Kara cię nie ominie - Christina Larsson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czwartek, 21 grudnia

Godzina 15.27

Ko­menda po­li­cji w Göte­borgu, plac Ern­sta Fon­tella

Ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej In­grid Berg­man po raz dzie­siąty tego po­po­łu­dnia spoj­rzała na ze­ga­rek. Wpół do czwar­tej. Nie mo­gła się już do­cze­kać, kiedy skoń­czy pracę i pój­dzie do domu. Na jej biurku le­żał stos akt zwią­za­nych ze śledz­twami, które jak naj­szyb­ciej po­winna za­mknąć. Wpraw­dzie sprawy nie były zbyt skom­pli­ko­wane, ale wy­ma­gały czasu. Uznała jed­nak, że pora koń­czyć. Wy­wią­zała się wię­cej niż na­le­ży­cie ze swo­ich obo­wiąz­ków wo­bec pań­stwa, nie po­winna więc mieć wy­rzu­tów su­mie­nia, bo już dawno temu prze­kro­czyła li­mit nad­go­dzin. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem zsu­nęła pa­piery do dol­nej szu­flady biurka, zga­siła lampkę i po­de­szła do jed­nego z okien wy­cho­dzą­cych na ulicę Sk?ne­ga­tan. Na dwo­rze było już ciemno, przez cały dzień pa­dał śnieg. Brzydka po­goda za­częła się po­przed­niego dnia wie­czo­rem i wszystko wska­zy­wało na to, że utrzyma się do piątku. Po­li­cja z pew­nym nie­po­ko­jem ocze­ki­wała na na­dej­ście świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia, w cza­sie któ­rych znowu doj­dzie do kłótni, bó­jek i in­nych prze­stępstw po­peł­nia­nych pod wpły­wem al­ko­holu. Ko­lejny raz okaże się, że na­dzieje i ży­cze­nia wy­ra­żane na po­czątku roku się nie speł­niły, że bra­ko­wało pie­nię­dzy, dzieci spra­wiały kło­poty, a re­la­cje mię­dzy ludźmi da­le­kie były od przy­ja­ciel­skich, bo part­ne­rzy albo współ­mał­żon­ko­wie dzia­łali so­bie na nerwy. Li­sta po­wo­dów, dla któ­rych święta nie są tym, o czym wszy­scy ma­rzą, była długa.

W tym roku po raz pierw­szy od wielu lat spę­dzi ten czas z jed­nym ze swo­ich braci i jego ro­dziną. Na przed­wi­gi­lijny wie­czór za­pro­siła do domu grono przy­ja­ciół, dla któ­rych i ona była waż­niej­sza od ro­dziny. Przy­je­dzie też Adam, po­znała go je­sie­nią. Na myśl o nim uśmiech­nęła się do sie­bie. Adam jest ar­ty­stą i różni ich to, że on bie­rze ży­cie ta­kim, ja­kie jest. Po­ja­wił się w jej świe­cie i skradł jej serce, a ona nie umie na­wet po­wie­dzieć, jak to się stało.

Z uśmie­chem po­de­szła do drzwi, wło­żyła kurtkę, spraw­dziła, czy klu­czyki, port­fel i te­le­fon ko­mór­kowy ma w kie­szeni, i zga­siła świa­tło. Ju­tro przyj­dzie do pracy tylko na kilka go­dzin, a po­tem bę­dzie miała pięć dni wol­nego. Oczy­wi­ście, pod wa­run­kiem że nic złego się nie wy­da­rzy. W tym roku to jej przy­padł świą­teczny dy­żur. Musi być pod te­le­fo­nem i sta­wić się na każde we­zwa­nie. Na ra­zie był spo­kój, więc po­sta­no­wiła wyjść i ku­pić świą­teczne pre­zenty.

Le­d­wie po­ja­wiła się na ko­ry­ta­rzu, gdy usły­szała, jak woła ją po imie­niu je­den z in­spek­to­rów, Vi­king Jo­hans­son.

- Wy­cho­dzisz? - spy­tał.

- Tak - od­parła. - Mu­szę zro­bić za­kupy.

Jo­hans­son spoj­rzał na ze­ga­rek i na jego twa­rzy po­ja­wił się lekko drwiący uśmiech. Jak zwy­kle ubrany był bez za­rzutu w ele­gancko wy­pra­so­waną ko­szulę i ciemne chi­nosy. Berg­man wciąż nie po­tra­fiła do­ciec, ja­kim spo­so­bem jej ko­lega z pracy za­wsze wy­glą­dał tak świeżo i nie­na­gan­nie. Do­ty­czyło to także jego za­cze­sa­nych do tyłu, ciem­nych krę­co­nych wło­sów i gładko ogo­lo­nych po­licz­ków. Kiedy zda­rzało im się dłu­żej zo­stać w pracy i na jego twa­rzy po­ja­wiał się ślad za­ro­stu, Jo­hans­son wy­glą­dał na jesz­cze bar­dziej przy­stoj­nego niż zwy­kle.

- Gra­tu­luję, wy­bra­łaś naj­lep­szą porę dnia - stwier­dził. - Do­cho­dzi czwarta, do Wi­gi­lii trzy dni, a na dwo­rze sza­leje za­dymka śnieżna. Pew­nie lu­bisz się tło­czyć w tłu­mie. Rano mó­wili w ra­diu, że na za­kupy wy­szło dwie­ście ty­sięcy miesz­kań­ców na­szego mia­sta, a każ­dego dnia ich liczba bę­dzie ro­snąć o ko­lejne pięć­dzie­siąt ty­sięcy. W po­rów­na­niu z tym, co się bę­dzie działo ju­tro i po­ju­trze, dzi­siej­szy dzień wy­daje się więc wła­ściwy na ro­bie­nie za­ku­pów.

Berg­man za­klęła w my­ślach. Że też o tym nie po­my­ślała! Ale cóż, ostatni raz ro­biła ta­kie za­kupy przed wielu laty. Za­zwy­czaj ku­po­wała pre­zenty je­dy­nie Ewie i He­lene, ale w tym roku musi ich ku­pić wię­cej.

- Taką mamy pracę - sko­men­to­wała jego słowa. - Nie po­zo­staje nam nic in­nego, jak tylko za­ci­snąć zęby i za­ła­twić to, co za­pla­no­wa­li­śmy. A ty? Do­my­ślam się po two­jej za­do­wo­lo­nej mi­nie, że pre­zenty ku­pi­łeś dawno temu.

- Oczy­wi­ście, że tak. Je­stem do­świad­czony w tych spra­wach.

Berg­man unio­sła z uśmie­chem brwi.

- W ta­kim ra­zie to ja po­win­nam ci po­gra­tu­lo­wać. Na ra­zie, mu­szę już iść.

- Po­cze­kaj, chcę cię o coś spy­tać. Czy kon­tak­to­wała się z tobą Ma­lin Skogsby? Od ty­go­dnia prze­bywa na zwol­nie­niu le­kar­skim. Pró­bo­wa­łem się do­dzwo­nić na jej ko­mórkę i wy­sy­ła­łem ma­ile, ale nie od­po­wiada. Roz­ma­wia­łaś z nią ostat­nio? Może ty wiesz, co się z nią dzieje?

- Wiem tylko tyle, że ma zwol­nie­nie le­kar­skie. Sły­sza­łam, że zła­pała grypę albo ja­kieś prze­zię­bie­nie.

- Nikt w ca­łej ko­men­dzie z nią nie roz­ma­wiał.

Berg­man wzru­szyła ra­mio­nami.

- Lo­gicz­nie rzecz uj­mu­jąc, nie po­winno nas to dzi­wić. Do mnie też nie dzwo­niła, więc do­szłam do wnio­sku, że kon­tak­to­wała się z kimś in­nym. Wy­da­wało mi się, że je­ste­ście so­bie bli­scy.

- Mnie też się tak wy­da­wało i dla­tego tak mnie za­sta­na­wia, że nie od­biera te­le­fonu ani nie od­po­wiada na ma­ile. Za­czy­nam się o nią nie­po­koić.

- Wy­da­wało mi się, że je­ste­ście...

- W związku? - spy­tał Jo­hans­son i krzywo się uśmiech­nął.

- Krążą ta­kie plotki - stwier­dziła Berg­man.

- Do­my­ślam się, ale nie ro­zu­miem, na ja­kiej pod­sta­wie - od­parł i spoj­rzał na nią ba­daw­czym wzro­kiem. - Wy­da­wało mi się, że wszy­scy wie­dzą, że ko­biety mnie nie po­cią­gają.

- Ow­szem, ale... Chyba mi się coś po­my­liło. Ma­lin przy­szła do mnie dwa mie­siące temu i spy­tała, czy to prawda, że w cza­sie pro­wa­dzo­nych przeze mnie śledztw nie po­zwa­lam, żeby lu­dzie z mo­jej ekipy uma­wiali się ze sobą na randki. Wy­dało mi się oczy­wi­ste, że miała na my­śli cie­bie, bo od­nio­słam wra­że­nie, że je­ste­ście... Oboje bra­li­ście udział w ostat­nim śledz­twie, więc... Poza tym Ma­lin pra­cuje u nas od nie­dawna i na­prawdę two­rzy­cie zgrany duet. Zresztą sam przed chwilą po­wie­dzia­łeś, że krążą na ten te­mat różne plotki.

Jo­hans­son po­krę­cił głową.

- To oczy­wi­ste, że się do sie­bie zbli­ży­li­śmy, że utrzy­mu­jemy kon­takty w ży­ciu pry­wat­nym i za­wo­do­wym, ale do ni­czego wię­cej nie do­szło.

- Może po­wa­liła ją grypa i Ma­lin jest za słaba, żeby się z nami skon­tak­to­wać? Spró­buję za­dzwo­nić do niej ju­tro, może od­bie­rze, wi­dząc mój nu­mer. Te­raz na­prawdę mu­szę już iść. Sam wspo­mnia­łeś, że liczba osób ro­bią­cych świą­teczne za­kupy stale ro­śnie.

- W ta­kim ra­zie wi­dzimy się ju­tro - po­że­gnał ją z uśmie­chem Jo­hans­son.

Czwartek, 21 grudnia

Godzina 15.45

Ulica Hum­le­g?rds­ga­tan, dziel­nica Ör­gryte, Göte­borg

Śnieg sy­pał tak gę­sto, że Lina Wik­man le­d­wie wi­działa swoje stopy. Wiatr ostro za­ci­nał, lo­do­wate krysz­tałki sma­gały ją w twarz. Ręce wsu­nęła głę­boko do kie­szeni i prze­dzie­rała się przez śnieg, sta­wia­jąc czoła sil­nym po­dmu­chom. Do przej­ścia miała krótki od­ci­nek. Zwy­kle je­chała ro­we­rem i na po­ko­na­nie tej od­le­gło­ści po­trze­bo­wała sze­ściu albo sied­miu mi­nut, ale przy ta­kiej po­go­dzie jazda by­łaby nie­moż­liwa. Mimo to mu­siała się zmie­rzyć z nie­ko­rzyst­nymi wa­run­kami po­go­do­wymi, bo po­trze­bo­wała pie­nię­dzy. Miała na­dzieję, że trudny okres, przez który prze­cho­dziła, wkrótce się skoń­czy. W Wyż­szej Szkole Han­dlo­wej zo­stał jej ostatni se­mestr, a póź­niej zo­sta­nie dy­plo­mo­waną księ­gową i nie bę­dzie mu­siała do­ra­biać sprzą­ta­niem cu­dzych do­mów i miesz­kań. Za­cznie za­ra­biać po­rządne pie­nią­dze i prze­sta­nie so­bie od­ma­wiać wielu rze­czy. Po­sta­no­wiła nie brać po­życzki na stu­dia, tylko utrzy­my­wać się z wła­snej pracy. Od dwóch lat ma trzy stałe zle­ce­nia, dzięki któ­rym za­ra­bia tyle, ile po­trze­buje. Wy­naj­muje małą ka­wa­lerkę przy ulicy Win­g?rds­ga­tan, ale żeby wziąć prysz­nic, musi zejść do piw­nicy. Na za­ję­cia jeź­dzi ro­we­rem, pod­ręcz­niki i inne ma­te­riały dy­dak­tyczne kse­ruje od ko­le­gów i ko­le­ża­nek z roku. Oprócz czyn­szu za miesz­ka­nie płaci też za je­dze­nie, in­ter­net i te­le­fon ko­mór­kowy, a ubra­nia ku­puje zwy­kle w se­cond han­dzie, dla­tego ni­gdy nie są ani modne, ani ele­ganc­kie.

Ro­dzice nie po­ma­gają jej fi­nan­sowo, bo ma jesz­cze trójkę ro­dzeń­stwa. Mama sie­dzi na ka­sie w jed­nym ze skle­pów sieci Kon­sum, oj­ciec jest na ren­cie, bo cho­ruje na krę­go­słup. Na szczę­ście ma jesz­cze bab­cię, która od czasu do czasu pod­syła jej dwie­ście ko­ron. Sta­ruszka jest z niej dumna, a pie­nią­dze daje pew­nie dla­tego, że jej wnuczka jest je­dyną osobą w ro­dzi­nie kształ­cącą się na wyż­szej uczelni. Bab­cia z całą pew­no­ścią nie wy­ka­zuje się aż taką szczo­dro­ścią wo­bec reszty jej ro­dzeń­stwa.

Kie­dyś po­sta­no­wiła zo­stać księ­gową, bo była do­bra w licz­bach, które bez pro­blemu utrwa­lały jej się w gło­wie. Nu­mery te­le­fo­nów, kont ban­ko­wych... Wy­star­czyło, że raz na nie spoj­rzała, i od razu je za­pa­mię­ty­wała. Pla­no­wała, że po stu­diach przez rok po­pra­cuje w ja­kimś biu­rze księ­go­wym w Göte­borgu, naj­le­piej w pro­wa­dzo­nej przez Erika W. Stern­hega fir­mie EWS. Wła­śnie jego dom szła te­raz po­sprzą­tać. Firma EWS znana jest z tego, że ob­słu­guje duże re­stau­ra­cje, przed­sta­wi­cieli miej­sco­wych elit, waż­nych przed­się­bior­ców i dy­rek­to­rów firm. Je­śli uda jej się tam za­ła­pać, po­zna bo­ga­tych lu­dzi i na­wiąże nie­zbędne kon­takty. Po pew­nym cza­sie otwo­rzy wła­sną firmę i sta­nie się bo­gata, dzięki czemu pod­nie­sie swój sta­tus spo­łeczny. Wie­działa, że je­śli od­po­wied­nio się do tego za­bie­rze, na pewno so­bie po­ra­dzi.

Skrę­ciła w ulicę Hum­le­g?rds­ga­tan i do przej­ścia zo­stał jej ostatni krótki od­ci­nek. Wszyst­kie trzy miej­sca, w któ­rych sprzą­tała, znaj­do­wały się w Ör­gryte. W przy­szło­ści kupi tu dom, po­nie­waż ad­res w tej dziel­nicy świad­czy o wy­so­kim sta­tu­sie. Wszy­scy znają dziel­nicę, od któ­rej biją pre­stiż i bo­gac­two.

Sta­nęła przed wej­ściem do domu Stern­hega - du­żej willi z tyn­ko­waną fa­sadą i bia­łymi ko­lu­mien­kami przy wej­ściu. Uwa­żała je za naj­ład­niej­sze na tej ulicy. Wy­jęła rękę z cie­płej kie­szeni i wstu­kała kod w do­mo­fo­nie, żeby otwo­rzyć dużą że­la­zną bramę zdo­bioną po­ma­lo­wa­nymi na złoty ko­lor ini­cja­łami wła­ści­ciela. Od dwóch lat, bo wła­śnie wtedy za­częła tu sprzą­tać, kod się nie zmie­nił. Two­rzyły go cy­fry je­den, sześć, trzy i dwa. Za każ­dym ra­zem, kiedy to ro­biła, przy­cho­dziła jej na myśl data bi­twy pod Lüt­zen, w któ­rej po­legł król Gu­staw II Adolf.

Kiedy sprząta, wła­ści­cieli zwy­kle nie ma w domu. Praca w cha­rak­te­rze sprzą­taczki na­dal uwa­żana jest w Szwe­cji za coś wsty­dli­wego, cho­ciaż to za­ję­cie do­brze płatne. Obec­ność wła­ści­cieli nie miała dla niej więk­szego zna­cze­nia, cho­ciaż rze­czy­wi­ście le­piej się czuje, gdy ni­kogo nie ma w tym cza­sie w domu. Za­uwa­żyła jed­nak, że kiedy zda­rza im się zo­stać, bacz­nie ją ob­ser­wują. Kiedy jest sama, cho­dzi po po­ko­jach, do­tyka róż­nych przed­mio­tów i udaje, że są jej wła­sno­ścią. Pod­czas pracy w domu Stern­hega sia­dy­wała przy biurku w jego czar­nym skó­rza­nym fo­telu, kła­dła stopy na blat i po­dzi­wiała wi­szące na ścia­nach fo­to­gra­fie, które przed­sta­wiały wła­ści­ciela w to­wa­rzy­stwie zna­nych osób. Na jed­nej z nich wi­tał się uści­skiem dłoni z Bil­lem Clin­to­nem. Cza­sem szła do sy­pialni, wcho­dziła do gar­de­roby, w któ­rej pani Stern­heg trzy­mała swoje mar­kowe ubra­nia, i długo je oglą­dała. Pew­nego razu po­sta­no­wiła przy­mie­rzyć jedną z jej wie­czo­ro­wych su­kien, wy­szy­waną pe­reł­kami w ko­lo­rze ko­ści sło­nio­wej, od Diora. Nie­stety, źle na niej le­żała, bo wła­ści­cielka jest od niej wyż­sza o dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów.

Wiele razy wcho­dziła na na­le­żącą do Stern­hega stronę in­ter­ne­tową, sta­rała się też zna­leźć jak naj­wię­cej in­for­ma­cji na te­mat firmy i jej wła­ści­ciela. Po pew­nym cza­sie po­sta­no­wiła, że po ukoń­cze­niu stu­diów za­trudni się u niego.

***

Otwie­ra­jąc bramę wej­ściową, mu­siała użyć wszyst­kich sił, żeby od­su­nąć za­le­ga­jący na ziemi śnieg. Nikt go nie od­gar­nął, a świa­tła w ca­łym domu były zga­szone. Zdzi­wiło ją to, że świe­ciła się tylko jedna lampa ze­wnętrzna, zwłasz­cza że gę­sto pa­da­jący śnieg osła­biał bi­jący od niej blask. Po­my­ślała, że to dziwne, ale do­szła do wnio­sku, że wła­ści­ciele wy­je­chali, bo prze­cież bo­gaci lu­dzie nie spę­dzają okresu świą­teczno-no­wo­rocz­nego w domu. Na roku ma wiele ko­le­ża­nek i ko­le­gów, któ­rzy po­cho­dzą z do­brze sy­tu­owa­nych ro­dzin. Naj­czę­ściej jest tak, że te kil­ka­na­ście dni spę­dzają wła­śnie na wy­jaz­dach. Ona ni­gdy nie była za gra­nicą, no może z wy­jąt­kiem po­bytu w Da­nii, ale to się prze­cież nie li­czy.

Bro­dząc w pół­me­tro­wej war­stwie śniegu, prze­szła na tył domu, gdzie znaj­do­wało się tylne wej­ście. Bar­dzo zmar­zła, cała się trzę­sła. Prze­klęty wiatr, po­my­ślała. To je­dyna ne­ga­tywna strona miesz­ka­nia w Göte­borgu, gdzie pra­wie za­wsze, bez względu na porę roku, wieje wiatr. Zdjęła rę­ka­wiczkę, wsu­nęła dłoń do kie­szeni kurtki, wy­jęła klucz, wło­żyła go do zamka i prze­krę­ciła. Pró­bo­wała usu­nąć bu­tami za­le­ga­jący przed drzwiami biały puch, ale słabo jej to szło. W pew­nej chwili za­uwa­żyła sto­jącą obok scho­dów i ob­sy­paną śnie­giem mio­tłę, więc wzięła ją do ręki i kil­koma szyb­kimi ru­chami usu­nęła białą po­krywę sprzed drzwi. Ależ zimno, po­my­ślała, ma­rząc o tym, żeby jak naj­szyb­ciej wejść do cie­płego luk­su­so­wego domu. Było w nim wszystko, co sama chciała mieć: praw­dziwe dy­wany, do­brane przez spe­cja­li­stów od aran­ża­cji wnętrz sprzęty i pach­nące luk­su­sem ele­ganc­kie me­ble.

Chwy­ciła klamkę, żeby otwo­rzyć drzwi, ale oka­zało się, że skrzy­dło przy­mar­zło do fu­tryny. Na­parła na nie dwa razy, a kiedy ustą­piły, we­szła do ma­łego holu i od razu je za sobą za­mknęła. Otrze­pała ubra­nie oraz buty ze śniegu i po­wie­siła kurtkę na wie­szaku. Przez chwilę stała nie­ru­chomo, roz­ko­szu­jąc się cie­płem. Boże, jak tu przy­jem­nie, po­my­ślała.

Na­gle uprzy­tom­niła so­bie, że trzeba wy­łą­czyć sys­tem alar­mowy. Pra­wie o tym za­po­mniała. Szybko się od­wró­ciła, otwo­rzyła wi­szącą na ścia­nie przy drzwiach wej­ścio­wych małą skrzynkę, wstu­kała kod i do­słow­nie w ostat­niej se­kun­dzie wy­łą­czyła alarm w ca­łym domu. Gdyby tego nie zro­biła, w ciągu kwa­dransa przy­je­cha­liby pra­cow­nicy firmy ochro­niar­skiej Se­cu­ri­tas. Przy­po­mniała so­bie, że miała spraw­dzić, czy nie do­stała no­wych wia­do­mo­ści. Wy­jęła te­le­fon i zer­k­nęła na wy­świe­tlacz.

Dwa ese­mesy. Po­czuła strach, żo­łą­dek jej się skur­czył, a jego treść po­de­szła Li­nie do gar­dła. Na­tych­miast za­dzia­łały kubki sma­kowe, więc szybko prze­łknęła ślinę, żeby po­zbyć się z ust nie­mi­łego smaku. Czy ten gno­jek ni­gdy nie prze­sta­nie jej nę­kać? Przez kilka dni pa­no­wał spo­kój i miała na­dzieję, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy. A może ese­mesy przy­słał jej ktoś inny? Tylko kto? Dwa dni temu zmie­niła nu­mer i po­dała go tylko kilku oso­bom, w tym ma­mie i paru ko­le­żan­kom z roku. Po­sta­no­wiła nie cze­kać, tylko od razu za­po­znać się z tre­ścią wia­do­mo­ści. Uznała, że tak bę­dzie le­piej. Pierw­sza z nich brzmiała: Masz nowy nu­mer te­le­fonu, ale za­po­mnia­łaś mnie o tym po­wia­do­mić. Roz­wiążmy ten pro­blem na spo­koj­nie, żeby obie strony były za­do­wo­lone. Je­steś mi to winna... Czy Ty ni­gdy nie bie­rzesz od­po­wie­dzial­no­ści za swoje czyny? Zła­ma­łaś mi serce, ale ja się ni­gdy nie pod­dam!

Niech to szlag! Mar­kus ja­kimś spo­so­bem zdo­był jej nowy nu­mer. Dłu­żej tego nie wy­trzyma! Ko­le­żanki z roku opo­wia­dały jej o wir­tu­al­nych rand­kach, co brzmiało na­prawdę in­try­gu­jąco. Sie­dze­nie w domu i flir­to­wa­nie w in­ter­ne­cie wy­dało jej się bez­pieczne. Za­ło­żyła dwa pro­file, ale nie wsta­wiła na nie swo­ich zdjęć ani nie po­dała praw­dzi­wych da­nych oso­bo­wych, tylko zro­biła to, co inni użyt­kow­nicy por­tali rand­ko­wych: wy­my­śliła nick Dzika Betty. Od razu do­stała mnó­stwo wia­do­mo­ści. Więk­szość po­cho­dziła od wa­ria­tów, ale kilka ją za­in­te­re­so­wało, zwłasz­cza ta od Mar­kusa. Ko­re­spon­do­wali przez kilka ty­go­dni, a kiedy się z nim spo­tkała, nie do­znała roz­cza­ro­wa­nia. Prze­ciw­nie, Mar­kus wy­dał jej się miły i cza­ru­jący. Na pierw­sze spo­tka­nie umó­wili się w ka­wiarni w dziel­nicy Haga. Mar­kus po­dał jej na po­wi­ta­nie rękę i szcze­rze się do Liny uśmiech­nął, a jego uśmiech wzbu­dził jej za­ufa­nie. Ła­two zna­leźli wspólne te­maty do roz­mów, cho­ciaż Mar­kus był od niej o dzie­sięć lat star­szy. Przy roz­sta­niu przy­tu­lił ją do sie­bie i w tym mo­men­cie za­ko­chała się w nim po uszy. Nie mo­gła tylko zro­zu­mieć, ja­kim cu­dem spo­tyka się z nią tak przy­stojny, miły fa­cet. Dała mu swój nu­mer te­le­fonu, a tym sa­mym po­stą­piła wbrew za­le­ce­niom, które można zna­leźć na każ­dym por­talu rand­ko­wym. Po tym spo­tka­niu Mar­kus wy­sy­łał jej po kilka ese­me­sów dzien­nie, a po dwóch ko­lej­nych spo­tka­niach na mie­ście za­pro­siła go do sie­bie do domu. Przy­niósł jej dwa­dzie­ścia czer­wo­nych róż i to­mik wier­szy mi­ło­snych. Była nim już tak za­uro­czona, że uczu­cie cał­kiem ją za­śle­piło.

Ich ro­mans trwał pra­wie cztery mie­siące. Spo­ty­kali się kilka razy w ty­go­dniu, za­wsze w jej miesz­ka­niu. Po pew­nym cza­sie za­uwa­żyła, że Mar­kus jest za­zdro­sny. Na po­czątku brała to za prze­jaw tro­ski, ale kiedy zro­zu­miała, że męż­czy­zna chce kon­tro­lo­wać jej ży­cie, po­sta­no­wiła z nim ze­rwać. I wtedy za­częło się pie­kło, które trwa od dwóch mie­sięcy. Mar­kus wy­dzwa­niał do niej po dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści razy dzien­nie, wy­sy­łał jej se­ryj­nie ese­mesy i pi­sał dłu­gie ma­ile, za­pew­niał, że ją ko­cha, ale czuje się przez nią oszu­kany, a na­wet wy­py­ty­wał, ilu miała męż­czyzn w cza­sie trwa­nia ich związku. Za­pew­niał też, że ni­gdy nie prze­sta­nie o nią wal­czyć. Po­czuła szczy­pa­nie pod po­wie­kami, dwa razy głę­boko ode­tchnęła. Nie, Mar­kus nie jest wart jej łez. Klik­nęła w na­stępną wia­do­mość. Dbaj o sie­bie, mam na­dzieję, że wszystko u Cie­bie w po­rządku i miło spę­dzisz święta. Być może wy­ślę Twoim przy­ja­cio­łom tro­chę faj­nych pre­zen­tów... Ca­łuję, Mar­kus.

Wpa­dła w pa­nikę, po­czuła, jak strach prze­nika jej włókna ner­wowe. O co mu cho­dzi z tymi świę­tami? Co znowu wy­my­ślił? Ja­kie pre­zenty za­mie­rza wy­słać jej zna­jo­mym? Może w końcu po­winna zgło­sić to na po­li­cję? My­ślała o tym wie­lo­krot­nie i kilka razy szła już na ko­mendę przy Sk?ne­ga­tan, ale za­wsze opusz­czała ją od­waga. Co niby mia­łaby ze­znać? Że za­re­je­stro­wała się na por­talu rand­ko­wym, uży­wała nicka Dzika Betty, ma­ilo­wała z nie­zna­nym fa­ce­tem i wy­ka­zała się na­iw­no­ścią, bo opo­wie­działa mu o wielu spra­wach, o któ­rych nie po­wi­nien wie­dzieć? Na przy­kład o swo­ich bo­ga­tych przy­ja­cio­łach. Wszystko ro­biła tylko po to, żeby da­lej z nim flir­to­wać, a przy oka­zji uda­wała, że jest znacz­nie bar­dziej na­miętną i do­świad­czoną ko­bietą, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Otwo­rzyła przed nim serce, opo­wie­działa mu o so­bie i swo­ich zna­jo­mych i do­piero po dłu­gim cza­sie uświa­do­miła so­bie, że tak na­prawdę nic o nim nie wie. Przy­po­mniało jej się, jak spryt­nie wy­cią­gał z niej różne szcze­góły, a o so­bie opo­wia­dał dru­go­rzędne fakty. Kiedy spraw­dziła jego nu­mer te­le­fonu, oka­zało się, że używa karty typu pre­paid. W końcu po­sta­no­wiła go le­piej prze­świe­tlić i usta­liła, że Mar­kus Lind­kvist mieszka w dziel­nicy Jo­han­ne­berg przy ulicy Eklan­da­ga­tan. Po­je­chała tam i za­dzwo­niła do drzwi, ale otwo­rzył jej obcy męż­czy­zna, któ­rego pra­wie zmu­siła, żeby dla po­twier­dze­nia swo­jej toż­sa­mo­ści oka­zał ja­kiś do­ku­ment. Po tym wszyst­kim do­szła do wnio­sku, że je­śli pój­dzie na po­li­cję i po­każe ese­mesy od Mar­kusa, nikt jej nie uwie­rzy, że czuje się za­gro­żona. W każ­dej wia­do­mo­ści sta­wiał wie­lo­kro­pek, ale po każ­dym jego ema­ilu była tak prze­stra­szona, że stra­ciła ape­tyt i prze­stała do­brze sy­piać. Wy­czu­wała bo­wiem ukrytą groźbę.

***

Ten by­dlak do­brze wie­dział, co robi. Uznała jego za­cho­wa­nie za zwy­kły stal­king, o któ­rym czy­tała w in­ter­ne­cie. Nie­któ­rzy stal­ke­rzy prze­śla­dują swoje ofiary la­tami. W ta­kich sy­tu­acjach obo­wią­zuje za­sada, żeby nie od­po­wia­dać na ich za­czepki w for­mie li­stów, ese­me­sów albo ma­ili, bo każda od­po­wiedź prze­śla­dowcę na­kręca i jesz­cze bar­dziej mo­ty­wuje do dzia­ła­nia. Na po­czątku dzwo­niła do Mar­kusa, żeby prze­mó­wić mu do ro­zumu, ale za każ­dym ra­zem żą­dał, żeby się przed nim spo­wia­dała z tego, co ro­biła. Mu­siała go pro­sić o wy­ba­cze­nie, bo twier­dząc, że go ko­cha, znisz­czyła mu ży­cie. Zmar­no­wał dla niej cztery mie­siące, a ona na­gle z nim ze­rwała. Twier­dził, że nie ro­zu­mie ta­kiego za­cho­wa­nia. Prze­pra­szała go więc, pła­kała i krzy­czała, ale to nie po­ma­gało, a prze­śla­do­wa­nia się nie skoń­czyły. Twier­dził, że nie może z tym skoń­czyć, bo ją ko­cha, a poza tym wie, że ona ko­cha jego i oboje są so­bie prze­zna­czeni.

Za­częła się więc sto­so­wać do po­rad zna­le­zio­nych w in­ter­ne­cie. Prze­stała od­po­wia­dać na jego te­le­fony i ese­mesy. Na po­czątku było jesz­cze go­rzej, ale po­tem Mar­kus się uspo­koił. Zda­rzały się dni, kiedy w ogóle jej nie drę­czył. Nie­stety, od pew­nego czasu za­czął dzia­łać jakby ze zdwo­joną mocą.

W tej sa­mej chwili roz­legł się sy­gnał in­for­mu­jący o na­dej­ściu ese­mesa. Lina aż się wzdry­gnęła. Oczy za­szły jej łzami, roz­pacz ode­brała jej siły. Ostroż­nie oparła się o ścianę przed­po­koju i od­czy­tała nową wia­do­mość: Czy Erik W. Stern­heg zna Dziką Betty? Je­śli szu­kasz pracy, mogę Ci dać re­fe­ren­cje. Na przy­kład wy­słać mu kilka wia­do­mo­ści od niej... A może roz­wią­żemy ten pro­blem ra­zem? Kiedy się spo­tkamy? Ty zde­cy­duj...

Osu­nęła się na pod­łogę i sku­liła w po­zy­cji płodu. Tylko nie to, po­my­ślała, tylko nie to! Mar­kus nie może znisz­czyć ma­rzeń to­wa­rzy­szą­cych jej przez ostat­nie lata. Je­śli fak­tycz­nie wy­śle Stern­he­gowi ma­ile, o któ­rych wspo­mniał, ona ni­gdy nie do­sta­nie pracy w jego fir­mie. Dwie mi­nuty sie­działa nie­ru­chomo, aż w końcu wzięła się w garść i od­dzwo­niła. Mar­kus ode­brał po pierw­szym sy­gnale.

- Dzień do­bry, ko­cha­nie, jak się masz? - spy­tał.

Miała ochotę krzyk­nąć, że pa­skud­nie, ale nie zro­biła tego. I tak w ni­czym by jej to nie po­mo­gło.

- W po­rządku - od­parła i otarła dło­nią łzy. - Czego ty wła­ści­wie chcesz?

- Czego chcę? Że­byś w końcu zro­zu­miała, co mi zro­bi­łaś. Ba­wi­łaś się mną, i to przez wiele mie­sięcy. Ro­bi­łem dla cie­bie wszystko, kilka razy dzien­nie wy­sy­ła­łem ci mi­ło­sne ma­ile i ese­mesy i ku­po­wa­łem ci pre­zenty, które chęt­nie przyj­mo­wa­łaś. Już nie pa­mię­tasz? A co było po­tem? Na­gle oznaj­mi­łaś, że ze mną zry­wasz, a winę zrzu­ci­łaś na mnie. Czyżby moje miej­sce za­jął ktoś nowy? Po­wiedz! Ile razy w cza­sie trwa­nia na­szego związku spo­ty­ka­łaś się z in­nymi męż­czy­znami?

Po­do­bne dys­ku­sje to­czyli ze sobą wiele razy.

- Spo­ty­ka­łam się tylko z tobą i do­brze o tym wiesz. Za każ­dym ra­zem, gdy do mnie przy­cho­dzi­łeś, po­zwa­la­łam ci zaj­rzeć do mo­jej skrzynki z ma­ilami. Ni­kogo in­nego oprócz cie­bie nie mia­łam. Czy mo­żesz zo­sta­wić mnie w spo­koju?

- Do­sze­dłem do in­nego wnio­sku, a mia­no­wi­cie że przed każ­dym na­szym spo­tka­niem opróż­nia­łaś kosz, że­bym nie mógł prze­czy­tać tego, co w nim było.

- Za­pew­niam cię, że ni­gdy tego nie zro­bi­łam. Li­czy­łeś się tylko ty. Czego ode mnie chcesz? Czemu nie zo­sta­wisz mnie w spo­koju? Nie chcę mieć z tobą już nic do czy­nie­nia. Prze­stań mnie prze­śla­do­wać.

- Uspo­kój się. Do­brze wiesz, co nas łą­czyło, więc nie mogę cię tak po pro­stu zo­sta­wić. Mu­sisz to w końcu zro­zu­mieć. Po­da­ro­wa­łaś mi cztery cu­do­wne mie­siące, a po­tem na­gle, bez żad­nego uza­sad­nie­nia po­wie­dzia­łaś, że to ko­niec. Na­leżę do lu­dzi, któ­rzy mu­szą znać prawdę, żeby móc nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Po­nie­waż jed­nak nie od­bie­rasz te­le­fonu, nie chcesz się ze mną spo­ty­kać ani wszyst­kiego mi wy­ja­śnić, że­bym mógł nor­mal­nie żyć, na­dal będę ro­bił to, co do tej pory. Ko­cham cię i wiem, że ty też mnie ko­chasz, więc dla­czego mnie tak trak­tu­jesz? Co się tak na­prawdę stało? Mu­siało się wy­da­rzyć coś, co na­sta­wiło cię prze­ciwko mnie. Jest ktoś inny, prawda? Mu­simy się spo­tkać i to wy­ja­śnić.

Bez względu na to, co Mar­kus mó­wił, za­wsze żon­glo­wał sło­wami w taki spo­sób, jakby chciał udo­wod­nić, że po­wstały pro­blem nie ma nic wspól­nego z nim ani z pró­bami kon­tro­lo­wa­nia przez niego jej za­cho­wań. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Za kwa­drans piąta.

- Nie mogę dłu­żej z tobą roz­ma­wiać, mu­szę wra­cać do pracy, ale je­śli chcesz, mo­żemy się spo­tkać ju­tro.

- Zgoda, do­sto­suję się do cie­bie. Będę u cie­bie ju­tro wie­czo­rem o siód­mej. Ży­czę ci mi­łego wie­czoru i...

Mar­kus nie do­koń­czył, tylko się ro­ze­śmiał.

- I co?

- Wiem, że mnie ko­chasz.

Roz­mowa do­bie­gła końca i Mar­kus się roz­łą­czył. By­dlak, pew­nie te­raz za­ciera ręce. Miała ochotę ci­snąć te­le­fo­nem o ścianę, ale tylko wsu­nęła go do tyl­nej kie­szeni. Musi się za­brać do pracy, sku­pić na czymś in­nym, prze­stać my­śleć o Mar­ku­sie, zna­leźć na niego ja­kie­goś haka. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła do ko­mórki ze sprzę­tem i wy­jęła z niej od­ku­rzacz, proszki i wia­dro ze szma­tami. Dzi­siaj za­cznie od ła­zienki na pię­trze. Do­pro­wa­dza­nie ta­kich miejsc do po­rządku na­leży do naj­gor­szych czyn­no­ści, gdy się sprząta u ob­cych lu­dzi. Po­de­szła do scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro i po­czuła trudny do okre­śle­nia za­pach, który chwilę póź­niej za­czął przy­po­mi­nać smród zgni­li­zny. Czyżby w domu le­żał zde­chły szczur? Sły­szała, że w nie­któ­rych sta­rych bu­dyn­kach te stwo­rze­nia prze­do­stają się do se­de­sów ru­rami ka­na­li­za­cyj­nymi. We­szła na górę, po­sta­wiła od­ku­rzacz i wia­dro na pod­ło­dze i po­czuła, że za­pach jest tu jesz­cze bar­dziej in­ten­sywny. Przez po­kój z ki­nem do­mo­wym prze­szła do du­żej sy­pialni. Smród stał się nie do znie­sie­nia, ale łóżko było po­ście­lone i wszystko wy­glą­dało nor­mal­nie. Otwo­rzyła drzwi przy­le­ga­ją­cej do sy­pialni gar­de­roby, ale pa­no­wał w niej cał­ko­wity po­rzą­dek. Po­zo­stała ła­zienka. Za­wa­hała się, bo do­szła do wnio­sku, że coś jest nie tak. In­tu­icja jej pod­po­wia­dała, żeby tym ra­zem dała so­bie spo­kój ze sprzą­ta­niem, ale uznała, że przez roz­mowę z Mar­ku­sem stra­ciła zbyt dużo czasu i po­winna się za­brać do pracy. Chwy­ciła klamkę i otwo­rzyła drzwi. Wi­dok, który uj­rzała, był tak prze­ra­ża­jący, że na lata utkwił jej w pa­mięci. Białe ka­felki nie były już białe, bo od pod­łogi po su­fit po­kry­wały je brą­zo­wawe plamy i smugi. W nie­któ­rych miej­scach po­ro­biły się po­dłużne na­cieki, które wy­glą­dały tak, jakby ktoś je tam na­kleił. Roz­glą­dała się po ła­zience roz­bie­ga­nym wzro­kiem i za­pi­sy­wała w pa­mięci każdy szcze­gół. Na twar­dych ka­flach twa­rzą do pod­łogi le­żały zwłoki męż­czy­zny. Jego plecy, kark i tylna część głowy przy­po­mi­nały krwawą masę. Ciało po­kryte było okrą­głymi otwo­rami i wy­glą­dało tak, jakby ktoś pró­bo­wał je po­na­kłu­wać. Obok zwłok le­żał za­krwa­wiony mło­tek. Od razu się do­my­śliła, dla­czego męż­czy­zna wy­glą­dał tak, a nie ina­czej.

Kiedy so­bie uświa­do­miła, że to ciało Stern­hega, prze­szył ją lo­do­waty chłód. Wsu­nęła rękę do kie­szeni i za­częła szu­kać te­le­fonu. Zdu­mie­wa­jąco spo­koj­nie wy­brała nu­mer alar­mowy, ale gdy po kilku trwa­ją­cych wiecz­ność se­kun­dach ktoś ode­brał, żo­łą­dek tak jej się skur­czył, że zwy­mio­to­wała, a jego za­war­tość try­snęła jak fon­tanna na pod­łogę i po­kie­re­szo­wane zwłoki Stern­hega.

Czwartek, 21 grudnia

Godzina 17.19

Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego, Göte­borg

Ma­gnus Axels­son, ope­ra­tor w Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego, po­pra­wił słu­chawki. Od dawna uwie­rały go w uszy, ale stale bra­ko­wało mu czasu, żeby je wy­mie­nić na nowe. Po­trze­bo­wał na to dwóch mi­nut, ale tego dnia liczba zgło­szeń była więk­sza niż zwy­kle. Jego ko­le­dzy zre­zy­gno­wali na­wet z obo­wiąz­ko­wej prze­rwy, bo bra­ko­wało lu­dzi do pracy. Wielu pra­cow­ni­ków wzięło przed świę­tami wolne, a poza tym wśród per­so­nelu sza­lała grypa żo­łąd­kowa. Pa­da­jący śnieg wy­wo­łał chaos ko­mu­ni­ka­cyjny w mie­ście, co miało okre­ślone skutki. Ich cen­trum nie było przy­go­to­wane na kon­se­kwen­cje tak ob­fi­tych opa­dów, któ­rych nie zdo­łał prze­wi­dzieć na­wet In­sty­tut Me­te­oro­lo­gii. Pa­nu­jącą sy­tu­ację po­gar­szał silny wiatr.

W pew­nej chwili ktoś po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. Ulrika, kie­row­niczka zmiany, stała za nim z kub­kiem kawy.

- Masz ja­kieś nowe wie­ści o po­go­dzie? - spy­tał.

- Tylko tyle, że ta­kie wa­runki się utrzy­mają, cho­ciaż po­ja­wiła się na­dzieja, że wkrótce cho­ciaż prze­sta­nie pa­dać śnieg. Prze­cież to nie może trwać wiecz­nie. Sy­pie od pół­to­rej doby jak sza­lony. Ka­retki i straż po­żarna z tru­dem do­cie­rają na miej­sca, do któ­rych są wzy­wane, a służby od­śnie­żają mia­sto na okrą­gło, żeby le­ka­rze i stra­żacy mo­gli do­trzeć do naj­pil­niej­szych wy­pad­ków. Sy­tu­acja jest tak zła, że od we­zwa­nia ka­retki do przy­jazdu na miej­sce mija na­wet sie­dem go­dzin. Jed­nostki obrony cy­wil­nej rzu­ciły do walki z ży­wio­łem wszyst­kie siły, ja­kimi dys­po­no­wały, a woj­sko od­dało do oczysz­cze­nia ulic swój ta­bor.

Axels­son ski­nął głową i wes­tchnął w my­ślach. Do końca dy­żuru zo­stało mu pół­to­rej go­dziny. Był głodny i zmę­czony, ale wie­dział, że nie może tak po pro­stu wstać i pójść do domu, bo ci, któ­rzy mają prze­jąć dy­żur po nim, mogą mieć kło­poty z do­tar­ciem na miej­sce.

- Czy mo­gła­byś mi za­ła­twić nowy ze­staw słu­chaw­kowy? Obecny mnie uwiera.

- Ja­sne. Wra­cam za pięć mi­nut.

W tej sa­mej chwili na ekra­nie mo­ni­tora wy­świe­tlił się ko­mu­ni­kat in­for­mu­jący o tym, że do ode­bra­nia jest ko­lejna roz­mowa, jedna z wielu ocze­ku­ją­cych. Axels­son na­pił się kawy i spy­tał:

- Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego, co się stało?

Lina Wik­man sły­szała jego pewny sie­bie mę­ski głos, ale słowa uwię­zły jej w gar­dle. Chciała wy­krzy­czeć swój strach, opo­wie­dzieć, że całe jej ży­cie roz­sy­puje się w drobny mak, a przy­szłość, którą so­bie za­pla­no­wała, przez złych lu­dzi roz­pada się na jej oczach jak do­mek z kart. Tylko dla­czego ich ofiarą pa­dła wła­śnie ona? Axels­son sły­szał w tle jej od­dech, więc spy­tał po­now­nie:

- Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego, co się stało?

Spoj­rzał na ekran i usta­lił, że roz­mowa pro­wa­dzona jest z nu­meru na­le­żą­cego do Liny Wik­man. Po dru­giej stro­nie na­dal pa­no­wała ci­sza. Może te­le­fon sam się po­łą­czył z nu­me­rem na­le­żą­cym do cen­trum? Ostat­nio ta­kich po­łą­czeń jest co­raz wię­cej. Po­wód jest pro­sty: lu­dzie no­szą ko­mórki w tyl­nej kie­szeni spodni, a gdy kla­wia­tura nie jest za­bez­pie­czona, apa­rat sam wy­biera nu­mer i dzwoni. Na­gle Axels­son usły­szał coś, co przy­po­mi­nało kwi­le­nie. A więc jed­nak ktoś tam był!

- Ro­zu­miem, że nie mo­żesz mó­wić - za­czął. - Czy mo­żesz to po­twier­dzić, pu­ka­jąc je­den raz w mi­kro­fon?

Wik­man była cała spa­ra­li­żo­wana, czuła, jak znowu ogar­nia ją pa­nika. Wszystko w po­koju stra­ciło ko­lor, me­ble i ob­razy za­fa­lo­wały jej przed oczami i znowu zro­biło jej się nie­do­brze. Na­gle za­częła się trząść. Na po­czątku trzę­sły jej się nogi, po­tem drgawki ob­jęły brzuch i ra­miona, aż na końcu trzę­sła się cała, i to z taką siłą, że upu­ściła te­le­fon.

Axels­son wy­tę­żył zmy­sły, a gdy usły­szał słabe stuk­nię­cie w mi­kro­fon, włą­czył funk­cję, która miała mu po­móc w usta­le­niu lo­ka­li­za­cji dzwo­nią­cej osoby.

- Je­śli je­steś w po­miesz­cze­niu za­da­szo­nym, stuk­nij w te­le­fon je­den raz.

Przez kilka mi­nut za­da­wał ko­lejne py­ta­nia, ale po dru­giej stro­nie na­dal pa­no­wała ci­sza. Po­łą­czył się więc z po­li­cją i prze­ka­zał lo­ka­li­za­cję dzwo­nią­cej osoby. Za­strzegł przy tym, że może cho­dzić o sy­tu­ację, gdy za­gro­żone jest ludz­kie ży­cie. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wy­sy­łałby na miej­sce ka­retkę po­go­to­wia, ale wie­dział, że w ta­kich wa­run­kach po­go­do­wych nie warto na­wet pró­bo­wać.

Piątek, 22 grudnia

Godzina 05.26

Göte­borg, ulica Lyc­kans väg

Berg­man po­grą­żona była w głę­bo­kim śnie, ale i tak usły­szała, jak dzwoni te­le­fon. Z nie­chę­cią stwier­dziła, że w miarę upływu czasu dźwięk nie usta­wał, tylko na­ra­stał. Otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na sto­jący na noc­nej szafce ra­diowy bu­dzik. Wpół do szó­stej. Szybko do­szła do wnio­sku, że coś się wy­da­rzyło. Pod­nio­sła słu­chawkę i usia­dła na łóżku.

- Berg­man, słu­cham.

- Dzień do­bry, mówi Tommy Va­le­fors, ofi­cer dy­żurny. Prze­pra­szam, że cię bu­dzę o tak wcze­snej po­rze, ale mamy za sobą okropną noc. Wzy­wają cię na ulicę Hum­le­g?rds­ga­tan w Ör­gryte.

Berg­man wstała z łóżka, po­de­szła do okna i unio­sła ża­lu­zje, żeby wyj­rzeć na dwór. Na­dal wiał silny wiatr i pa­dał gę­sty śnieg. Przez noc na­pa­dało go przy­naj­mniej metr.

- Co się stało?

- Dwa­dzie­ścia pięć mi­nut po sie­dem­na­stej ktoś za­dzwo­nił do Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego z nu­meru za­re­je­stro­wa­nego na Linę Wik­man. Na po­czątku dy­żurny my­ślał, że te­le­fon sam się włą­czył, ale po­tem usły­szał coś, co brzmiało jak ludzki od­dech, więc pró­bo­wał się skon­tak­to­wać z tą osobą na różne spo­soby. W od­po­wie­dzi dzwo­niący stuk­nął w mi­kro­fon te­le­fonu i po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane. Dy­żurny dzwo­nił pod ten nu­mer jesz­cze kilka razy, ale nu­mer cią­gle był za­jęty. Włą­czył więc pro­gram do usta­la­nia lo­ka­li­za­cji abo­nenta, a po­tem wszyst­kie ze­brane in­for­ma­cje i współ­rzędne ad­re­sowe prze­ka­zał do wła­ści­wej ko­men­dzie po­li­cji. Zgło­sze­nie prze­le­żało kilka go­dzin i do­piero po dłuż­szym cza­sie wy­słano pa­trol, żeby spraw­dził, co się stało. Po­dany ad­res był przy­bli­żony, więc znowu upły­nęło tro­chę czasu, za­nim tra­fili pod wła­ściwy. To willa przy Hum­le­g?rds­ga­tan 21.

- Co było da­lej? - spy­tała Berg­man. Była już po­iry­to­wana tak dłu­gim wstę­pem. Przejdź do rze­czy, czło­wieku, do­dała w my­ślach.

- Nasz pa­trol wszedł do bu­dynku tyl­nymi drzwiami i zna­lazł w środku mar­twego męż­czy­znę i prze­ra­żoną ko­bietę. Z tego, co nam prze­ka­zali przez te­le­fon, wy­nika, że to nie była na­tu­ralna śmierć. Męż­czy­zna zo­stał za­bity przy po­mocy młotka.

- Czemu dzwo­ni­cie w tej spra­wie do mnie? - spy­tała Berg­man. Oczami wy­ob­raźni uj­rzała, jak jej świą­teczne plany roz­wie­wają się jak dym.

- Po­se­sja na­leży do Erika Stern­hega, który pro­wa­dzi sprawy po­dat­kowe wielu ce­le­bry­tów. Na pewno o nim sły­sza­łaś. Ting­ström uważa, że je­śli ofiarą za­bójcy padł wła­ści­ciel, sprawa sta­nie się me­dialna, i dla­tego uznał, że to ty po­win­naś po­pro­wa­dzić śledz­two.

***

Al­bert Ting­ström od wielu lat był na­czel­ni­kiem wy­działu i bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym In­grid Berg­man. Wcale się więc nie zdzi­wiła, że kie­ro­wa­nie do­cho­dze­niem po­wie­rzył wła­śnie jej. Nie miała ży­cia pry­wat­nego i w okre­sie świą­tecz­nym zwy­kle peł­niła dy­żur, cho­ciaż w tym roku wzięła wolne. Ting­ström wie­dział, że tego dnia za­mie­rzała wyjść z biura wcze­śniej, bo zło­żyła wnio­sek o urlop do dwu­dzie­stego ósmego grud­nia, a on oso­bi­ście go pod­pi­sał.

- Ro­zu­miem, ale nie wiem, o któ­rej tam będę - od­parła. - W taką po­godę mogę mieć pro­blemy z szyb­kim do­tar­ciem na miej­sce.

- Po­może nam woj­sko, za pół go­dziny przed twój dom pod­je­dzie woj­skowy wóz, który cię tam za­wie­zie. Służby nie na­dą­żają z od­śnie­ża­niem ulic, a w nocy mie­li­śmy praw­dziwe pie­kło. Lu­dzie bez prze­rwy do nas dzwo­nią.

- Co z na­szymi tech­ni­kami?

- Są w dro­dze. To­wa­rzy­szą im Tho­mas Al­freds­son i Vi­king Jo­hans­son.

- A le­karz me­dy­cyny są­do­wej?

- Pra­cuję nad tym, ale na ra­zie ni­czego nie mogę obie­cać.

- Ro­zu­miem. Zgło­szę się, je­śli będę po­trze­bo­wała wię­cej lu­dzi.

- Je­śli nie prze­sta­nie pa­dać, mo­żesz o nich za­po­mnieć. Przez mia­sto mogą prze­jeż­dżać po­jazdy woj­skowe, pia­skarki i pługi do od­śnie­ża­nia ulic. Na­szych lu­dzi wy­sy­łamy tylko do naj­pil­niej­szych spraw.

***

Roz­mowa do­bie­gła końca. Pół go­dziny, po­my­ślała Berg­man i po­szła do kuchni. Na­sta­wiła wodę na kawę, przy­go­to­wała kilka ka­na­pek i za­brała się do je­dze­nia. W tym sa­mym cza­sie przy­go­to­wała czapkę, ocie­plane spodnie, bie­li­znę ter­mo­ak­tywną, grube rę­ka­wiczki i pu­chową kurtkę. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej spoj­rzała przez ku­chenne okno i zo­ba­czyła, jak przed jej do­mem par­kuje woj­skowy po­jazd gą­sie­ni­cowy w ko­lo­rach uła­twia­ją­cych ka­mu­flaż. Chciała wyjść, ale nie mo­gła, bo drzwi za­sy­pał śnieg i nie dało się ich otwo­rzyć na­wet na cen­ty­metr. Po­sta­no­wiła więc za­dzwo­nić do dy­żur­nego na ko­men­dzie. Chciała go po­pro­sić, żeby prze­ka­zał kie­rowcy po­jazdu, że osoba, po którą przy­je­chał, nie może się wy­do­stać z bu­dynku. Na szczę­ście w tej sa­mej chwili usły­szała gło­śne pu­ka­nie do drzwi, a po­tem roz­le­gły się dźwięki przy­po­mi­na­jące od­gar­nia­nie śniegu ze scho­dów. Chwy­ciła klamkę, za­parła się o pod­łogę i udało jej się uchy­lić drzwi na sze­ro­kość dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów. Do środka wdarły się kłęby śniegu. W progu stał męż­czy­zna w woj­sko­wym mun­du­rze. W ręce trzy­mał szu­flę i sze­roko się uśmie­chał.

- Czy pani ko­mi­sarz In­grid Berg­man? - za­py­tał gło­śno twar­dym skoń­skim dia­lek­tem, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć wiatr.

Po­li­cjantka ski­nęła głową i prze­ci­snęła się przez szcze­linę w drzwiach. Szła po­chy­lona do przodu, żeby chro­nić twarz przez ude­rze­niami lo­do­wa­tego wia­tru. W ta­kiej po­zy­cji po­ko­nała od­le­głość dzie­lącą ją od chod­nika i szybko we­szła do po­jazdu, w któ­rym pa­no­wało przy­jemne cie­pło.

- Tu jest jak w li­mu­zy­nie - stwier­dził sie­dzący za kie­row­nicą dwu­dzie­sto­kil­ku­letni męż­czy­zna i wy­cią­gnął do niej rękę na po­wi­ta­nie. - Na­zy­wam się Mi­kael. Mamy po­je­chać na ulicę Hum­le­g?rds­ga­tan 21. Wie pani, gdzie to jest, czy mam włą­czyć na­wi­ga­cję?

- Wiem i mogę po­pro­wa­dzić. To pół­tora ki­lo­me­tra stąd.

- Zo­ba­czymy, ile czasu nam to zaj­mie w tych wa­run­kach - od­parł z uśmie­chem Mi­kael i ru­szył.

***

Na miej­sce do­tarli do­piero po trzy­dzie­stu mi­nu­tach. Berg­man była lekko zszo­ko­wana, że za­jęło im to aż tyle czasu. Cen­trum mia­sta za­sy­pane było war­stwą śniegu, która miej­scami miała sto cen­ty­me­trów. Na nie­któ­rych uli­cach le­żały pra­wie czte­ro­me­trowe za­spy się­ga­jące da­chów. Wszę­dzie wi­dać było po­rzu­cone sa­mo­chody, a w Li­se­berg i na ulicy Kor­svägen stały ko­lumny za­sy­pa­nych śnie­giem au­to­bu­sów i tram­wa­jów. Berg­man wy­szła z po­jazdu i po­pro­siła kie­rowcę, żeby kilka mi­nut na nią po­cze­kał. Brama wej­ściowa była otwarta, ktoś zdą­żył też od­śnie­żyć pro­wa­dzącą na tył domu alejkę. Berg­man we­szła do środka. W przed­po­koju cze­kał na nią funk­cjo­na­riusz Lars Fred­berg.

- Sie­dzimy w kuchni - po­wie­dział ści­szo­nym gło­sem. Wska­zał pal­cem przez ra­mię i do­dał: - Jest tam dziew­czyna, którą zna­leź­li­śmy przy zwło­kach.

- Jesz­cze tu jest? - zdzi­wiła się Berg­man, uno­sząc brwi.

- Tak.

- Dla­czego?

- Nie wi­dzi pani, że pada śnieg? - spy­tał po­li­cjant, a wi­dząc błysk w jej oczach, od razu zmie­nił ton: - Prze­pra­szam, ale je­stem nie­wy­spany i zszo­ko­wany tym, co tu uj­rza­łem. W mie­ście ogło­szono stan klę­ski ży­wio­ło­wej, po uli­cach jeż­dżą tylko po­jazdy uprzy­wi­le­jo­wane. To, że udało nam się tu do­trzeć, uwa­żam za praw­dziwy cud. Po dro­dze dwa razy utknę­li­śmy, ale i tak mie­li­śmy szczę­ście, bo przez więk­szą część trasy je­cha­li­śmy za płu­giem śnież­nym. Ra­dio­wóz zo­sta­wi­li­śmy przy Sankt Sig­frids­ga­tan. Pró­bo­wa­li­śmy tu ścią­gnąć ja­kiś inny wóz, żeby od­wieźć dziew­czynę do szpi­tala, ale wy­gląda na to, że dla osób od­po­wia­da­ją­cych za po­rzą­dek w mie­ście ta młoda ko­bieta, która zna­la­zła trupa i do­znała szoku, znaj­duje się na sa­mym końcu li­sty prio­ry­te­tów.

- Kim jest i co ze­znała?

- Nie udało nam się z niej wy­do­być ani słowa. Na­dal jest w szoku.

- Przed do­mem stoi woj­skowy po­jazd. Mam na­dzieję, że nie od­je­chał. Po­wiedz któ­re­muś z na­szych lu­dzi, żeby ją za­wiózł do szpi­tala.

Fred­berg ski­nął głową, a Berg­man na­cią­gnęła na głowę kap­tur i uchy­liła drzwi, które pod wpły­wem sil­nego po­wiewu wia­tru otwo­rzyły się z trza­skiem. Wy­szła na dwór i szyb­kim kro­kiem okrą­żyła dom. Z ulgą stwier­dziła, że po­jazd na­dal stoi przed bramą.

- Za­ła­twione? - spy­tał Mi­kael, gdy wsia­dła do środka i za­mknęła drzwi.

- Mamy tu młodą ko­bietę, którą na­tych­miast trzeba od­wieźć do szpi­tala. Bę­dzie jej to­wa­rzy­szył je­den z na­szych lu­dzi.

- Za­sta­na­wiam się, czy...

- Nie wiem, kto jest twoim prze­ło­żo­nym, ale je­śli za­cznie na cie­bie krzy­czeć, po­wiedz mu, że do­sta­łeś ta­kie po­le­ce­nie ode mnie - prze­rwała mu sta­now­czym to­nem Berg­man. - Już idą - do­dała i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, otwo­rzyła drzwi, żeby po­móc po­li­cjan­towi nio­są­cemu Wik­man na rę­kach. Po­tem wró­ciła do willi, gdzie w kuchni cze­kał na nią Fred­berg. Zdjęła wierzch­nie ubra­nie i po­wie­działa:

- Sia­daj i mel­duj, jaką mamy sy­tu­ację.

Fred­berg usiadł ciężko na krze­śle i po­ło­żył na stole sple­cione dło­nie.

- Ja i Frans­son przy­je­cha­li­śmy tu po pią­tej. Tylne drzwi nie były za­mknięte na klucz, więc we­szli­śmy. W środku po­czu­li­śmy nie­przy­jemny za­pach i usły­sze­li­śmy do­bie­ga­jące z pię­tra ża­ło­sne jęki. Skie­ro­wa­li­śmy się na górę i uj­rze­li­śmy dziew­czynę. Miała szkli­ste oczy i sie­działa sku­lona w rogu sy­pialni. W znaj­du­ją­cej się obok ła­zience zna­leź­li­śmy na­giego fa­ceta, który le­żał na brzu­chu w ka­łuży za­schnię­tej krwi. Wy­glą­dał okrop­nie i śmier­dział, co ozna­czało, że mu­siał tam le­żeć od paru dni.

- Ja­kie wy­ko­na­li­ście czyn­no­ści?

- Ni­czego nie ru­sza­li­śmy. Spro­wa­dzi­li­śmy dziew­czynę do kuchni i po­wia­do­mi­li­śmy ko­mendę. Po­tem cze­ka­li­śmy na po­moc i na sa­mo­chód, który miał ją za­brać do szpi­tala. Prze­szu­ka­łem wszyst­kie po­koje i zsze­dłem do piw­nicy, ale nie zna­la­złem śla­dów wła­ma­nia.

- Do­bra ro­bota. Czy wia­domo, kim jest ofiara?

- Praw­do­po­dob­nie to Erik Stern­heg.

- O ile się nie mylę, jest on kimś w ro­dzaju za­ufa­nego księ­go­wego wielu zna­nych ce­le­bry­tów.

- Nie wiem, czy to on padł ofiarą zbrodni, ale znaj­du­jemy się w jego domu.

- Po­cze­kamy na ekipę tech­niczną i na­szych lu­dzi.

Berg­man wstała od stołu, żeby się ro­zej­rzeć po kuchni, ale w tej sa­mej chwili drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się z trza­skiem i do środka we­szli dwaj in­spek­to­rzy po­li­cji kry­mi­nal­nej: Tho­mas Al­freds­son i Vi­king Jo­hans­son, któ­rym to­wa­rzy­szyli dwaj tech­nicy. Nils­son i Bo­berg nie­śli w rę­kach duże torby.

- Wi­tam wszyst­kich! - za­wo­łał Al­freds­son, zdej­mu­jąc czapkę i rę­ka­wiczki. - Pa­skudna po­goda. Do­tar­cie na miej­sce za­brało nam po­nad go­dzinę. My­śla­łem, że ni­gdy tu nie do­je­dziemy.

Berg­man cze­kała cier­pli­wie, aż obaj in­spek­to­rzy się roz­biorą.

- Usiądź­cie na pięć mi­nut, omó­wimy wszyst­kie czyn­no­ści, które mamy tu do wy­ko­na­nia. W tej chwili wiem nie­wiele wię­cej od was, ale praw­do­po­do­bną ofiarą jest Erik Stern­heg. To jego dom, przed nami byli tu dwaj nasi funk­cjo­na­riu­sze. Wczo­raj po sie­dem­na­stej ope­ra­tor Cen­trum Po­wia­da­mia­nia Ra­tun­ko­wego ode­brał dziwny te­le­fon. Dzwo­niąca osoba po­słu­gi­wała się te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym za­re­je­stro­wa­nym na Linę Wik­man. Kon­ty­nuuj.

Ostat­nie słowo Berg­man skie­ro­wała do Fred­berga:

- Ja i Frans­son we­szli­śmy do willi po pią­tej rano. W sy­pialni na pię­trze zna­leź­li­śmy dziew­czynę, która le­żała na pod­ło­dze zwi­nięta w kłę­bek. Nie udało nam się jej prze­słu­chać, a Frans­son je­dzie z nią te­raz do szpi­tala. W przy­le­ga­ją­cej do sy­pialni ła­zience leży mar­twy męż­czy­zna. Nie do­ty­ka­li­śmy go. Wła­ści­cie­lem domu jest Erik Stern­heg i nie można wy­klu­czyć, że to on jest ofiarą.

Fred­berg zro­bił krótką pauzę, żeby jego słowa za­pa­dły każ­demu w pa­mięć.

- To tyle, co mogę po­wie­dzieć. Prze­szu­ka­łem par­ter, pię­tro i piw­nicę, ale nie zna­la­złem śla­dów wła­ma­nia.

- Erik Stern­heg - po­wtó­rzył Al­freds­son. - Czy to ten słynny księ­gowy?

- Nie­wy­klu­czone - od­parła Berg­man. - Za­cznijmy od tego, że ty i Vi­king zbie­rze­cie tro­chę in­for­ma­cji na jego te­mat. Po­szu­kaj­cie jego żony, part­nerki, dzieci, krew­nych. Po­py­taj­cie w jego fir­mie, ale bez ujaw­nia­nia szcze­gó­łów. Sprawdź­cie, czy coś wiemy o Li­nie Wik­man. Fred­berg, za­dzwoń do Frans­sona i sprawdź, w ja­kim dziew­czyna jest sta­nie. - Po­pa­trzyła na Nils­sona i Bo­berga i do­dała: - Naj­pierw pój­dziemy na górę, żeby zo­ba­czyć, jak to wy­gląda.

- Włóż­cie kom­bi­ne­zony ochronne - po­le­cił zde­cy­do­wa­nym to­nem Nils­son, gdy wszy­scy wstali z krze­seł. Wy­po­wia­da­jąc te słowa, prze­su­nął dło­nią po po­kry­tej rzad­kimi wło­sami czaszce, żeby je wy­gła­dzić.

Berg­man stwier­dziła w my­ślach, że Nils­son jest jak zwy­kle w kiep­skim hu­mo­rze i ko­lejny raz to­czy nie­równą walkę ze swoim dziw­nym ucze­sa­niem. Jakby nie chciał zro­zu­mieć, że tych kilka pa­se­mek, któ­rymi pró­buje za­kryć ły­sinę, tylko przy­ciąga uwagę in­nych osób. Wie­działa jed­nak, że roz­mowa na ten te­mat by­łaby jed­no­znaczna z po­peł­nie­niem ha­ra­kiri.

Fred­berg ru­szył jako pierw­szy, żeby po­ka­zać drogę na pię­tro. Za­trzy­mał się przed wej­ściem do sy­pialni, żeby ich pu­ścić przo­dem.

- Ja już to wi­dzia­łem, więc zo­stanę tu­taj - wy­ja­śnił.

Sto­jąca obok niego Berg­man od razu po­czuła du­szący za­pach. Na­brała po­wie­trza do płuc, jakby chciała się przy­go­to­wać na to, co za chwilę zo­ba­czy.

- Ja i Bo­berg wej­dziemy pierwsi - za­de­cy­do­wał lekko pod­nie­sio­nym gło­sem Nils­son. Po­zo­stałe osoby sta­nęły za nim, ale za­trzy­mały się w pół­kolu przed otwar­tymi drzwiami pro­wa­dzą­cymi do ła­zienki. Od razu było wi­dać, że le­żący w ka­łuży wy­schnię­tej krwi męż­czy­zna zo­stał za­mor­do­wany.

Każdy pró­bo­wał so­bie wy­obra­zić, jak mo­gło dojść do tej śmierci. Ktoś za­ata­ko­wał ofiarę od tyłu i zro­bił to z wielką fu­rią. Do­wo­dem na po­par­cie tej tezy był le­żący obok zwłok mło­tek z reszt­kami ludz­kiej tkanki na me­ta­lo­wej po­wierzchni i brą­zo­wymi pla­mami za­krze­płej krwi na trzonku. Ściany ła­zienki po­kryte były bru­nat­nymi pla­mami. Do na­padu mu­siało dojść przed wie­loma go­dzi­nami. Na se­de­sie i ka­bi­nie prysz­ni­co­wej zo­stały krwawe od­ci­ski dłoni.

- Czy wszy­scy się już na­pa­trzyli? - spy­tał Nils­son, a gdy nikt nie od­po­wie­dział, ka­zał wszyst­kim wyjść, żeby za­brać się do pracy.

Piątek, 22 grudnia

Godzina 07.03

Ulica Hum­le­g?rds­ga­tan, Ör­gryte

Al­freds­son za­klął w my­ślach. Święta dia­bli wzięli. Ta­kiej sprawy nie da się roz­wią­zać w ciągu jed­nego dnia. Z po­wodu po­gody utknęli w za­śnie­żo­nej willi w Ör­gryte ra­zem z tru­pem, któ­rego nie udało im się jesz­cze ode­słać na od­dział me­dy­cyny są­do­wej po­bli­skiego szpi­tala. Wes­tchnął, spoj­rzał przez okno i stwier­dził z odro­biną na­dziei, że śnieg nie pada już tak gę­sto, jak do nie­dawna, za to na­dal wiał silny wiatr.

Te­go­roczne święta za­mie­rzał spę­dzić z matką. Przez cały dzień miał się opy­chać je­dze­niem, obej­rzeć w to­wa­rzy­stwie ro­dziny film z Ka­czo­rem Do­nal­dem i cze­kać na Świę­tego Mi­ko­łaja. Prawdę mó­wiąc, nie za­le­żało mu na pie­lę­gno­wa­niu daw­nych tra­dy­cji, chciał tylko spę­dzić tro­chę wol­nego czasu w to­wa­rzy­stwie lu­dzi. Praca w Boże Na­ro­dze­nie ni­gdy nie na­le­żała do jego ulu­bio­nych za­jęć.

***

- Jak się po­dzie­limy pracą? - spy­tał Jo­hans­son, prze­ry­wa­jąc mu te głę­bo­kie roz­wa­ża­nia. Al­freds­son z nie­chę­cią wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

- Spraw­dzę Stern­hega, ty po­szu­kaj cze­goś o dziew­czy­nie.

- Zgoda.

Al­freds­son wy­jął te­le­fon, no­tes i dłu­go­pis i za­czął wy­dzwa­niać. Go­dzinę póź­niej miał przed sobą li­stę naj­waż­niej­szych fak­tów z ży­cia Stern­hega. Męż­czy­zna miał pięć­dzie­siąt pięć lat i był je­dy­nym wła­ści­cie­lem za­ło­żo­nej przed trzy­dzie­stu laty do­brze pro­spe­ru­ją­cej firmy EWS, która za­trud­niała dwu­dzie­stu dwóch pra­cow­ni­ków. Jej klien­tami było wielu zna­nych miesz­kań­ców Göte­borga. Al­freds­son po­my­ślał, że trzeba to bę­dzie do­kład­nie spraw­dzić, ale uznał, że można z tym po­cze­kać. Żona Stern­hega miała na imię Ann-Kri­stin. Uro­dziła się w miej­sco­wo­ści Bac­klund, miała pięć­dzie­siąt je­den lat i od dawna była ze Stern­he­giem w związku mał­żeń­skim. Pró­bo­wał się do niej do­dzwo­nić, ale bez po­wo­dze­nia. Przez cały czas po­bytu ekipy śled­czej w willi te­le­fony mil­czały jak za­klęte. Berg­man nie zdą­żyła jesz­cze wró­cić, ale spo­dzie­wali się jej w każ­dej chwili. Czyn­no­ści wy­ko­ny­wane przez tech­ni­ków mogą po­trwać cały dzień. Naj­pierw spraw­dzą ła­zienkę, po­tem po­zo­stałe po­miesz­cze­nia.

***

Berg­man cho­dziła po domu i po­dzi­wiała prze­pych, z ja­kim go urzą­dzono. Od razu za­uwa­żyła, że wi­szące na ścia­nach ob­razy były bar­dzo war­to­ściowe. Wszę­dzie pach­niało luk­su­sem i pie­niędzmi. Je­den ze znaj­du­ją­cych się na par­te­rze po­ko­jów peł­nił funk­cję bi­blio­teki, na środku stało duże ma­ho­niowe biurko. To wła­śnie temu po­miesz­cze­niu po­li­cjantka po­świę­ciła naj­wię­cej czasu, po­nie­waż chciała so­bie wy­ro­bić po­gląd o oso­bach, które miesz­kały w tym domu. Szcze­gólne wra­że­nie wy­warły na niej opra­wione w ramki zdję­cia przed­sta­wia­jące Stern­hega w to­wa­rzy­stwie wielu zna­nych po­staci.

Przej­rzała za­war­tość sza­fek oraz szu­flad i w jed­nej z nich zna­la­zła no­tes z nu­me­rami te­le­fo­nów. Za­brała go do kuchni, którą ich ekipa za­mie­niła w pro­wi­zo­ryczną bazę.

- Jak wam idzie? - spy­tała. - Ma­cie coś?

- Je­śli za­ło­żymy, że ofiarą na­padu jest Erik Stern­heg, co obec­nie mo­żemy przy­jąć pra­wie jako pew­nik, wiem o nim tylko tyle, że jest żo­naty i ma córkę - za­czął Al­freds­son. - Pró­bo­wa­łem się skon­tak­to­wać z jego żoną, ale bez po­wo­dze­nia. Na­gra­łem się więc i po­pro­si­łem, żeby jak naj­prę­dzej się ode­zwała. Za­dzwo­ni­łem też do firmy Stern­hega i po­łą­czono mnie z jego oso­bi­stą asy­stentką. Po­wie­działa, że jej szef przy­cho­dzi do pracy jako pierw­szy, a na dzi­siaj ma umó­wio­nych kilka spo­tkań. Taki z niego ranny pta­szek. Obie­cała, że je­śli się po­jawi albo się z nią skon­tak­tuje, od razu nas po­wia­domi. Dzwo­ni­łem pod jego nu­mer, ale za każ­dym ra­zem włą­czała się au­to­ma­tyczna se­kre­tarka.

- A py­ta­łeś, kiedy ostatni raz był w fir­mie?

- We wto­rek rano. Przed wyj­ściem z pracy oznaj­mił, że bie­rze wolne na wtor­kowe po­po­łu­dnie, środę i czwar­tek.

- A córka?

- Nie udało mi się zdo­być jej nu­meru.

Berg­man unio­sła no­tes, który zna­la­zła w po­koju.

- Może tu coś bę­dzie - po­wie­działa, kła­dąc go na biurku przed Al­freds­so­nem. Po­li­cjant za­ło­żył rę­ka­wiczki ochronne i za­czął go prze­glą­dać.

- Dużo tych nu­me­rów - stwier­dził po chwili. - Do­kład­nie je przej­rzę. Może znajdę nu­mer do córki i ja­kieś inne nu­mery do jej matki.

- Sprawdź, czy jest tam na­zwi­sko jego sto­ma­to­loga. Być może pa­to­lo­gom bę­dzie po­trzebne zdję­cia rent­ge­now­skie. To na wy­pa­dek, gdyby nie udało nam się zna­leźć krew­nych, któ­rzy zi­den­ty­fi­kują ofiarę. Skon­tak­tuj się z za­kła­dem me­dy­cyny są­do­wej i spy­taj, czy ktoś do nas je­dzie.

Al­freds­son ski­nął głową i za­pi­sał jej słowa.

- Masz coś wię­cej na te­mat Stern­hega? - spy­tała.

- Tro­chę da­nych o jego fir­mie, ale nic, co mo­głoby nam uła­twić iden­ty­fi­ka­cję.

Berg­man po­tarła pal­cami czoło. Mę­czyło ją, że przez tyle czasu prze­bywa za­mknięta w willi i na­wet nie wie, kiedy bę­dzie mo­gła z niej wyjść. Poza tym była po­iry­to­wana fak­tem, że nie może sko­rzy­stać z per­so­nelu i za­so­bów, które zwy­kle ma do dys­po­zy­cji w cza­sie pro­wa­dze­nia śledztw do­ty­czą­cych mor­derstw. Bo w to, że do­szło do za­bój­stwa, nie wąt­piła. Po­pa­trzyła na Jo­hans­sona oraz Fred­berga i spy­tała:

- A co wy ma­cie?

- Dziew­czyna jest już w szpi­talu, od razu się nią za­jęli - za­czął Fred­berg. - Frans­son zo­sta­nie z nią do czasu, aż ktoś go za­stąpi albo do­sta­nie zgodę, żeby się stam­tąd od­da­lić. Dziew­czyna do­stała środki uspo­ka­ja­jące, żeby otrzą­snęła się z szoku, bo wciąż nie można na­wią­zać z nią kon­taktu. Frans­son prze­szu­kał jej ubra­nie i zna­lazł port­fel. Było w nim prawo jazdy wy­sta­wione na Linę Wik­man.

- No to przy­naj­mniej wiemy, kim jest. Te­raz mu­simy usta­lić, po co była wczo­raj w willi. Vi­king, co wiemy na jej te­mat?

- Lina Wik­man ma dwa­dzie­ścia dwa lata i mieszka w Käl­l­torp przy ulicy Win­g?rds­ga­tan. W li­nii pro­stej to około pół­tora ki­lo­me­tra stąd. Stanu wol­nego, pod wska­za­nym ad­re­sem nikt inny nie jest za­mel­do­wany. Wcze­śniej miesz­kała przy ulicy Ve­ga­ga­tan w Lin­nésta­den. Roz­ma­wia­łem z jej matką. Do­wie­dzia­łem się od niej, że Lina jest na ostat­nim roku Wyż­szej Szkoły Han­dlo­wej. Od kilku lat sprząta na zle­ce­nie domy i miesz­ka­nia, ale matka nie pa­mię­tała na­zwy firmy.

Berg­man przy­po­mniała so­bie od­ku­rzacz i środki che­miczne, które za­uwa­żyła na pię­trze willi.

- Za­dzwoń do urzędu skar­bo­wego, po­proś o jej ze­zna­nia po­dat­kowe i sprawdź, która firma da­wała jej zle­ce­nia. Je­śli fak­tycz­nie do­ra­bia sprzą­ta­niem, wy­ja­śni się, co tu ro­biła. Na wszelki wy­pa­dek przej­rzyj też na­sze re­je­stry. My­ślę, że po­win­ni­śmy pro­wa­dzić to śledz­two, opie­ra­jąc się na za­ło­że­niu, że ofiarą zbrodni jest Erik Stern­heg. Spró­buj się do­dzwo­nić do jego żony i córki. Mu­simy usta­lić, co ro­bił w ciągu kilku ostat­nich dni. Zaj­rzyj do no­tesu z nu­me­rami te­le­fo­nów i ob­dzwoń osoby, które uznasz za istotne dla sprawy.

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Berg­man wy­sła­łaby ko­goś do firmy Stern­hega, żeby prze­py­tać pra­cow­ni­ków, ale w tych wa­run­kach po­go­do­wych było to nie­moż­liwe. Spoj­rzała przez okno i z ulgą stwier­dziła, że śnieg nie sy­pie już tak ob­fi­cie jak wcze­śniej. W po­wie­trzu tań­czyły po­je­dyn­cze płatki, które po­woli opa­dały na zie­mię.

- Za­nim stąd od­je­dziemy, po­win­ni­śmy usta­lić, co się da. Ja­kieś py­ta­nia?

Nikt się nie ode­zwał, więc po­trak­to­wała to jako jedno wspólne "Nie". Wstała od stołu, żeby pójść do tech­ni­ków i spy­tać o wy­niki prac, ale w tej sa­mej chwili za­dzwo­nił jej te­le­fon. Oka­zało się, że to star­szy brat In­grid, An­ders. Szybko wy­szła z kuchni, żeby móc z nim roz­ma­wiać w spo­sób nie­skrę­po­wany.

- Cześć, An­ders. Jak tam w Halm­stad? Was też za­sy­pało?

- Cześć. U nas śnieg prze­stał sy­pać go­dzinę temu, ale nie ma mowy o tym, żeby wyjść na ulicę.

- To do­bry pro­gno­styk przed świę­tami. Mam na­dzieję, że do was przy­jadę, ale na obiad nie zdążę, cho­ciaż obie­ca­łam.

- Mu­simy się jak naj­szyb­ciej spo­tkać przed Wi­gi­lią.

- Czy coś się stało?

- Można tak po­wie­dzieć. Jak już wiesz, spo­rzą­dzono spis rze­czy po ta­cie. W przy­szłym ty­go­dniu, dwu­dzie­stego siód­mego, mamy się spo­tkać z praw­ni­kiem, który ten wy­kaz przy­go­to­wał. Zda­rzyło się jed­nak coś, w co na­dal nie mogę uwie­rzyć.

- Wy­duś to wresz­cie z sie­bie.

- Kiedy by­li­śmy dziećmi, oj­ciec miał ro­mans z pewną ko­bietą. In­nymi słowy... mamy przy­rod­nią sio­strę.

- O czym ty ga­dasz? Kiedy się o tym do­wie­dzia­łeś? Je­steś pe­wien, że to prawda? Kiedy niby miał ten ro­mans?

Berg­man była tak za­sko­czona, że słowa uwię­zły jej w gar­dle. Przy­po­mniała so­bie, że ich oj­ciec wie­lo­krot­nie wy­jeż­dżał, ale za każ­dym ra­zem twier­dził, że to wy­jazdy służ­bowe. Wie­czo­rami i w week­endy czę­sto nie było go w domu, ale za­wsze mó­wił, że to z po­wodu obo­wiąz­ków. To, o czym po­wie­dział An­ders, może być prawdą. Czyżby wszyst­kie jego wy­jazdy i nie­obec­no­ści w domu spo­wo­do­wane były tym, że w jego ży­ciu była druga ko­bieta?

- Czy mama o tym wie? - spy­tała. - Roz­ma­wia­łeś z Pe­te­rem?

- Do­wie­dzia­łem się o tej spra­wie wczo­raj po po­łu­dniu i przez kilka go­dzin roz­ma­wia­łem z mamą przez te­le­fon. Nie mia­łem oka­zji, żeby za­dzwo­nić do cie­bie wcze­śniej, ale Pe­ter zna sprawę.

- Co po­wie­działa mama?

- Po­dej­rze­wamy, że wie­działa o tej ko­bie­cie. Nie je­stem pe­wien, ale je­śli tak, wiele by to wy­ja­śniło, prawda?

***

Od po­grzebu ojca w po­ło­wie paź­dzier­nika Berg­man nie utrzy­my­wała z matką żad­nych kon­tak­tów. Roz­stały się z wro­go­ścią, a matka za­po­wie­działa, że nie chce jej wię­cej wi­dzieć. Berg­man ob­wi­niała ją o śmierć swo­jego rocz­nego syna. Jej matka się nim zaj­mo­wała. Tam­tego dnia była pi­jana i zo­sta­wiła go w wan­nie bez żad­nej opieki. Je­śli matka wie­działa, że ich oj­ciec miał ro­mans z inną ko­bietą, która na do­da­tek uro­dziła mu dziecko, to jej za­cho­wa­nie sta­łoby się bar­dziej zro­zu­miałe. Na przy­kład to, że kiedy byli dziećmi, czę­sto się­gała po bu­telkę i roz­sie­wała wo­kół sie­bie zgorzk­nie­nie. Berg­man za­sta­na­wiała się, dla­czego jej ro­dzice po pro­stu się nie roz­wie­dli. Może taka opcja nie była z ja­kichś wzglę­dów moż­liwa? W tam­tych cza­sach lu­dzie za­ci­skali zęby i ro­bili do­brą minę do złej gry. Matka chyba też, bo z czego by żyła po roz­wo­dzie w tak ma­łej miej­sco­wo­ści? Mu­sia­łaby się utrzy­my­wać na wła­sną rękę, więc wo­lała uda­wać, że wszystko jest w po­rządku. Poza tym roz­wód wią­zał się w tam­tych cza­sach ze spo­łecz­nym wy­klu­cze­niem.

- In­grid, je­steś tam?

- Tak, tak... Za­sta­na­wia­łam się przez chwilę nad na­szym dzie­ciń­stwem i za­cho­wa­niem mamy. My­ślę, że o wszyst­kim wie­działa.

- Ja i Pe­ter też tak uwa­żamy.

- Co wiesz o tej ko­bie­cie i o na­szej sio­strze... a wła­ści­wie przy­rod­niej sio­strze? Jak mamy ją wła­ści­wie na­zy­wać?

- Ko­bieta na­zywa się Ma­rianne Eriks­son, a jej córka ma na imię Ma­ria. Obie miesz­kają w Göte­borgu.

- Na­prawdę?

Berg­man po­czuła mdło­ści. Nie mo­gła prze­cież wy­klu­czyć, że kie­dyś się na nie na­tknęła. Cie­kawe, czy o niej wie­działy. Na myśl o tym znowu zro­biło jej się nie­do­brze.

- Czy... - za­częła, ale nie do­koń­czyła, bo nie wie­działa, jak sfor­mu­ło­wać zda­nie.

- Praw­nik, z któ­rym mamy się spo­tkać, nie wi­dzi po­wodu, żeby to spo­tka­nie za­wie­sić albo prze­ło­żyć na na­stępny ty­dzień. Uwa­żam, że oprócz mamy po­winna się na nim sta­wić cała na­sza trójka.

Berg­man pró­bo­wała prze­tra­wić to, co przed chwilą usły­szała, bo cią­gle czuła się tak, jakby ta sprawa do­ty­czyła nie jej, tylko ko­goś in­nego. Po­sta­no­wiła wy­ko­rzy­stać do tego celu swój trzeźwy po­li­cyjny umysł.

- Nie mogę dłu­żej roz­ma­wiać, mu­szę się nad tym za­sta­no­wić. Zdzwo­nimy się wie­czo­rem, do­brze? Dam ci znać około dzie­wią­tej.

- Okej, tylko nie za­po­mnij - od­parł An­ders i się roz­łą­czył.

***

Jak mo­gła­bym za­po­mnieć, po­my­ślała Berg­man i ru­szyła w kie­runku scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę, gdzie swoje ru­ty­nowe czyn­no­ści wy­ko­ny­wali po­li­cyjni tech­nicy. Czuła, jak ogar­nia ją gniew. Przy scho­dach spo­tkała Nils­sona.

- Śnieg prze­stał pa­dać, a my skoń­czy­li­śmy w ła­zience - stwier­dził. - Te­raz trzeba wy­słać zwłoki do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej.

- Od razu się tym zajmę. Co wiemy na tym eta­pie?

- Fa­cet zo­stał za­bity młot­kiem. Z wi­docz­nych na ciele śla­dów wy­nika, że ciosy za­da­wano mu też po śmierci. Otrzy­mał ich ze trzy­dzie­ści albo czter­dzie­ści. Moim zda­niem, mó­wię to oczy­wi­ście nie­ofi­cjal­nie, sprawca był na niego cho­ler­nie wku­rzony.

Berg­man unio­sła brwi.

- Fak­tycz­nie, żad­nych in­nych śla­dów po ude­rze­niach młot­kiem w tym domu nie ma - stwier­dziła. - Mu­szę na­tych­miast za­dzwo­nić do Ting­ströma i ode­słać ciało do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej.

- A my wra­camy do pracy - od­parł Nils­son. - A pro­pos: czy mo­gła­byś za­mó­wić nam coś do je­dze­nia? Pew­nie zo­sta­niemy tu cały dzień.

Po tych sło­wach od­wró­cił się i po­szedł na górę. Berg­man za­dzwo­niła do Ting­ströma.

- Jak wam idzie? - spy­tał na­czel­nik.

- Mamy tu oka­le­czone zwłoki. Tech­nicy wy­ko­nali swoją część pracy przy ofie­rze, więc chcia­ła­bym ode­słać ciało do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej.

- Czy to rze­czy­wi­ście jest Stern­heg?

- Tego jesz­cze nie wiemy. Chcę, żeby zwło­kami za­jęli się pa­to­lo­dzy, dzięki czemu usta­limy jego toż­sa­mość. Czy me­dia już wie­dzą o tym, co się stało?

- Na szczę­ście nie. Wszy­scy są za­jęci za­kłó­ce­niami, do któ­rych do­szło z po­wodu opa­dów śniegu. Sły­sza­łem, że na miej­scu zbrodni znaj­do­wała się ko­bieta. Czy coś ze­znała?

- Tra­fiła do szpi­tala, jest przy niej je­den z na­szych lu­dzi. Na ra­zie nie udało się jej prze­słu­chać, ale praw­do­po­dob­nie przy­szła tu po­sprzą­tać. Jej matka po­wie­działa, że córka pra­cuje dla jed­nej z firm sprzą­ta­ją­cych. A wła­śnie: wiesz coś no­wego na te­mat po­gody?

- Bu­rze śnieżne prze­su­nęły się w głąb kraju, u nas za­po­wiada się po­prawa. We­dług pro­gnoz In­sty­tutu Me­te­oro­lo­gii śnieg wkrótce za­cznie top­nieć. Wiatr też ze­lżał. Jak za­mie­rzasz po­pro­wa­dzić to śledz­two?

Berg­man spoj­rzała na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dzie­siąta. Za dwie mi­nuty po­winna roz­po­cząć urlop.

- Nie masz ko­goś in­nego, kto mógłby prze­jąć tę sprawę? Chyba pa­mię­tasz, że wzię­łam urlop na święta.

- Bar­dzo mi przy­kro, ale nikt inny mi nie zo­stał. Poza tym masz do­świad­cze­nie w ta­kich spra­wach. Je­śli ofiarą fak­tycz­nie jest Stern­heg, za­cznie się cyrk, ja­kiego nie wi­dzie­li­śmy. Ża­den z na­szych śled­czych nie jest na tyle do­świad­czony, żeby ogar­nąć za­mie­sza­nie, do któ­rego za­pewne doj­dzie. A tak mię­dzy nami: sprawą po­wi­nien się za­jąć ktoś, kto po­siada... jak by to ująć... wła­ściwe oby­cie w kon­tak­tach z ludźmi z krę­gów, w któ­rych ob­ra­cał się Stern­heg.

- Nie mu­sisz mi się pod­li­zy­wać - od­parła z uśmie­chem Berg­man. - We­zmę tę sprawę, ale przez kilka naj­bliż­szych dni ktoś od czasu do czasu bę­dzie mnie mu­siał za­stą­pić.

- Ja­koś to za­ła­twimy, ale wcale nie za­mie­rza­łem ci schle­biać. Je­śli o mnie cho­dzi, będę pod te­le­fo­nem przez całe święta.

***

Słaba po­cie­cha, po­my­ślała Berg­man. Ting­ström jest jej sze­fem od wielu lat, oboje znają się na wy­lot. Jest do­brym na­czel­ni­kiem, działa dy­plo­ma­tycz­nie i ze spo­ko­jem i ja­koś za­wsze po­trafi po­sta­wić na swoim. Na po­czątku ta jego nor­r­landzka flegma ją iry­to­wała, ale z cza­sem na­uczyła się do­ce­niać jego ce­chy cha­rak­teru, zwłasz­cza to, że w cza­sie śledztw wpro­wa­dza w swoim oto­cze­niu spo­kój i zo­sta­wia śled­czym swo­bodę dzia­ła­nia. Poza tym oboje na­dają zwy­kle na tych sa­mych fa­lach. Ni­gdy nie miała pro­blemu, żeby prze­dys­ku­to­wać z nim swoje po­my­sły i wnio­ski, za­wsze chwy­tał je w lot i oboje do­brze się ro­zu­mieli, zwłasz­cza gdy ścieżki do­cho­dze­nia do pew­nych wnio­sków sta­wały się za­wiłe.

- Okej, w ta­kim ra­zie we­zmę tę sprawę, ale będę po­trze­bo­wała kilku lu­dzi, żeby prze­słu­chali są­sia­dów Stern­hega. Nasi tech­nicy będą pra­co­wać w willi przez cały dzień. Ile osób mo­żesz mi przy­dzie­lić do po­mocy?

- Tho­mas i Vi­king już się włą­czyli w śledz­two. Mogę ci do­dać Mar­tina Ed­berga i Pon­tusa Te­lan­dera. Ka­rin Falk i Nina Ha­mil­ton też są do­stępne.

- Okej, to do­bry po­czą­tek. A co z Ma­lin? Na­dal jest na zwol­nie­niu le­kar­skim? Ją też bym chęt­nie wi­działa w na­szej eki­pie.

- Zo­ba­czę, co się da zro­bić.

- Dzięki.

Berg­man spe­cjal­nie wspo­mniała o mło­dej po­li­cjantce, bo cho­ciaż Skogsby pra­co­wała w wy­dziale śled­czym nie­cały rok i nie zdą­żyła jesz­cze na­brać do­świad­cze­nia, wiele razy udo­wod­niła, że po­trafi my­śleć no­wa­tor­sko, a brak do­świad­cze­nia nad­ra­biała doj­rza­ło­ścią.

- Vi­king mar­twi się o nią. Przez ostatni ty­dzień wiele razy pró­bo­wał się z nią skon­tak­to­wać, ale bez po­wo­dze­nia.

- Może się po­kłó­cili?

- Vi­king twier­dzi, że łą­czą ich re­la­cje czy­sto za­wo­dowe. Do­brze wiemy, że ko­biety go nie in­te­re­sują. Je­śli mo­żesz, przy­ślij mi Ka­rin, zlecę jej do­kładne prze­szu­ka­nie willi, bo zro­bi­łam to po­bież­nie. Zna­la­złam mię­dzy in­nymi no­tes z nu­me­rami te­le­fo­nów, który da­łam do przej­rze­nia Tho­ma­sowi. Prze­każ Ka­rin, Ni­nie, Ed­ber­gowi i Te­lan­de­rowi, że za dzie­sięć mi­nut od­bę­dzie się te­le­kon­fe­ren­cja, w cza­sie któ­rej Vi­king po­in­for­muje nas o ostat­nich usta­le­niach w spra­wie za­bój­stwa. Ja po­jadę do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej, żeby ich tro­chę po­go­nić. Zwłoki nie mogą le­żeć i cze­kać przez całe święta. Czy jest coś jesz­cze, o czym po­win­ni­śmy po­my­śleć?

- Me­dia, ale na ra­zie wpro­wa­dzimy cał­ko­witą blo­kadę.

- No to do usły­sze­nia. Będę pod te­le­fo­nem.

Po roz­mo­wie z Ting­strömem Berg­man po­szła na górę do tech­ni­ków, żeby ich po­in­for­mo­wać, czego się do­wie­działa o po­go­dzie. Po­tem wró­ciła do kuchni, żeby prze­ka­zać po­zo­sta­łym oso­bom treść roz­mowy z na­czel­ni­kiem. Fred­berg, który był na służ­bie od trzy­na­stu go­dzin, sie­dział przy stole i sta­rał się utrzy­mać po­zy­cję wy­pro­sto­waną. Kiedy Berg­man skoń­czyła, chrząk­nął i spy­tał, czy mógłby już pójść do domu. Wy­ja­śnił, że ra­dio­wóz, któ­rym je­chali z Frans­so­nem na miej­sce zda­rze­nia, na­dal stoi za­par­ko­wany przy placu Sankt Sig­frid­splan, a po­nie­waż śnieg prze­stał pa­dać, ulice zo­staną wkrótce od­śnie­żone i staną się prze­jezdne.

- Zrób, jak uwa­żasz - od­parła Berg­man. - Z tego, co wiem, twój dy­żur za­koń­czył się kilka go­dzin temu. Za­nim wyj­dziesz, po­wiedz, czy roz­ma­wia­łeś z Frans­so­nem.

- Tak. Per­so­nel szpi­tala wsta­wił mu łóżko do po­koju, w któ­rym leży tamta dziew­czyna.

- Spró­buję zna­leźć ko­goś na za­stęp­stwo. Czy on ma mój nu­mer te­le­fonu?

- Nie, ale ma mój, więc bę­dziemy w kon­tak­cie - wtrą­cił Jo­hans­son.

- To do­brze. Idźmy da­lej, za­raz za­cznie się te­le­kon­fe­ren­cja. Sama po­in­for­muję Ninę, więc o nią nie mu­si­cie się mar­twić. Chcę ją wy­słać do firmy Stern­hega, za­nim pra­cow­nicy pójdą do domu, bo po­tem trudno nam się bę­dzie z nimi skon­tak­to­wać.

***

Pięć­dzie­siąt dwie mi­nuty póź­niej do willi przy­je­chał sa­mo­chód, który miał za­brać zwłoki do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Berg­man też po­je­chała. Na­stęp­nie, po nie­ca­łym kwa­dran­sie, przed do­mem za­par­ko­wał nie­ozna­ko­wany wóz po­li­cyjny. Falk, Te­lan­der i Ed­berg przy­wieźli dla tech­ni­ków dwa kar­tony z pizzą i li­trową bu­telkę coca-coli. Nils­son, który do­brze wie­dział, że dla jego lu­dzi bę­dzie to pra­co­wity dzień, po­czer­wie­niał na ten wi­dok na twa­rzy. Al­freds­son i Jo­hans­son z tru­dem za­cho­wy­wali po­wagę, ale kiedy wy­szli z willi, nie mo­gli się już po­wstrzy­mać i wy­buch­nęli śmie­chem. Ktoś, kto za­mó­wił dla Nils­sona pizzę z colą, mógł się spo­dzie­wać awan­tury. I to wkrótce.

Piątek, 22 grudnia

Godzina 10.25

Ko­menda po­li­cji, plac Ern­sta Fon­tella

In­spek­tor Nina Ha­mil­ton odło­żyła te­le­fon i po­pa­trzyła na swoje po­roz­wie­szane po po­koju wil­gotne wierzch­nie ubra­nie. Po­sta­no­wiła, że od razu za­bie­rze się do pracy. Włą­czyła kom­pu­ter, żeby w in­ter­ne­cie wy­szu­kać in­for­ma­cje na te­mat firmy Stern­hega. Jej sie­dziba mie­ściła się w cen­trum mia­sta przy ulicy Västra Hamn­ga­tan. W tych wa­run­kach po­go­do­wych naj­lep­szym spo­so­bem na do­tar­cie do tego miej­sca była jazda na nar­tach. Kiedy jed­nak rano oznaj­miła zde­cy­do­wa­nym to­nem, że jak zwy­kle za­mie­rza pójść do pracy, jej mąż Bosse po­krę­cił głową.

- Nie sły­sza­łaś, co mó­wili w ra­diu i te­le­wi­zji? Ra­dzą lu­dziom zo­stać w do­mach. Na dwo­rze sza­leje za­dymka śnieżna i pra­wie ni­g­dzie nie można do­je­chać. Wła­dze we­zwały na po­moc woj­sko, po mie­ście jeż­dżą cię­ża­rówki i po­jazdy gą­sie­ni­cowe, które mają wspo­móc służby oczysz­cza­nia mia­sta, ka­retki i wozy stra­żac­kie. Jak chcesz się do­stać na ko­mendę na tych sta­rych nar­tach? Je­śli nie my­ślisz o so­bie, po­myśl przy­naj­mniej o mnie i dzie­ciach. Co bę­dzie, je­śli się prze­wró­cisz i zro­bisz so­bie krzywdę? Zo­sta­niesz na śniegu i za­mar­z­niesz na śmierć. Warto ry­zy­ko­wać ży­ciem tylko po to, żeby do­je­chać do pracy? Je­śli o mnie cho­dzi, za­mie­rzam zo­stać z dziećmi w domu. Uwa­żam, że po­win­naś zro­bić to samo.

Ha­mil­ton spoj­rzała mu w oczy.

- Uspo­kój się. Me­dia jak zwy­kle prze­sa­dzają.

- Oczy­wi­ście - od­parł Bosse i po­szedł do du­żego po­koju. - Chodź i sama zo­bacz. Wzrok mnie nie myli, a moje prze­strogi wcale nie są prze­sa­dzone.

Ha­mil­ton po­de­szła do okna i sta­nęła obok męża. Ich przy­do­mowy ogró­dek był za­sy­pany śnie­giem, wi­docz­ność się­gała kilku me­trów, a wiatr ude­rzał w okno z dużą siłą. W po­wie­trzu uno­siły się duże płatki śniegu, jakby żyły wła­snym ży­ciem. Ani je­den nie opa­dał pro­sto na zie­mię. Ha­mil­ton ob­jęła męża i wtu­liła głowę w jego ra­mię.

- Za­po­mnia­łeś, że twoja żona od lat cho­dzi w góry na po­lo­wa­nia? Taka po­goda wcale mnie nie prze­raża, a w pracy będą mnie po­trze­bo­wać wła­śnie dla­tego, że mamy taką po­godę.

- Ty i ta twoja praca! Do­brze, idź, ale obie­caj, że jak do­trzesz na miej­sce, od razu za­dzwo­nisz. Chcę być pe­wien, że wszystko jest w po­rządku.

Ha­mil­ton obie­cała, że to zrobi, i obiet­nicy do­trzy­mała. Po­ko­na­nie trasy mię­dzy do­mem a ko­mendą po­li­cji za­brało jej dwie go­dziny. W pew­nym mo­men­cie chciała się pod­dać i za­wró­cić do domu, ale za­ci­snęła zęby i ru­szyła da­lej. Prze­była na nar­tach ko­lejne ki­lo­me­try, aż do­tarła na miej­sce. Spo­cona i wy­czer­pana zdjęła mo­kre od śniegu i potu ubra­nie i do­piero te­raz do­ce­niła fakt, że przed wyj­ściem z domu wło­żyła do ple­caka ciu­chy na zmianę.

Kiedy szła ko­ry­ta­rzem Wy­działu Śled­czego, po­pro­sił ją do sie­bie Ting­ström, który po­in­for­mo­wał ją o zbrodni w willi przy Hum­le­g?rds­ga­tan. Chwilę póź­niej za­dzwo­niła Berg­man i ka­zała jej po­je­chać do firmy Stern­hega. Nie po­zo­stało więc nic in­nego, jak tylko z po­wro­tem wło­żyć mo­kre ubra­nie i opu­ścić ko­mendę. Naj­pierw jed­nak po­sta­no­wiła się na­pić go­rą­cej kawy.

***

W fir­mie przy­jęła ją Vi­veka Brandt, asy­stentka Stern­hega. Kiedy szły do salki kon­fe­ren­cyj­nej, żeby móc po­roz­ma­wiać w nie­skrę­po­wany spo­sób, Ha­mil­ton przy­glą­dała jej się ukrad­kiem. Brandt była wy­soką, szczu­płą ko­bietą w nie­okre­ślo­nym wieku. Miała na so­bie gra­na­towy ko­stium, w uszach kol­czyki z pe­reł, na szyi per­łowy na­szyj­nik. Ciem­no­brą­zowe włosy ob­cięte były na pa­zia i ani je­den ko­smyk nie ster­czał bun­tow­ni­czo. Ma­ki­jaż był mocny, ale nie­wul­garny. Brandt spra­wiała wra­że­nie osoby chłod­nej i pro­fe­sjo­nal­nej. Ha­mil­ton usia­dła przy stole.

- Kawy? - spy­tała Brandt.

- Chęt­nie... po­pro­szę czarną.

Asy­stentka wy­szła z sali bez­sze­lest­nie, a Ha­mil­ton po­ło­żyła na stole no­tes i dłu­go­pis i ro­zej­rzała się po po­koju. Była na­prawdę pod wra­że­niem. Stern­heg miał się czym po­chwa­lić. Praw­dziwe dy­wany, piękne ob­razy i ciemna dę­bowa bo­aze­ria two­rząca ciężką, a za­ra­zem sub­telną at­mos­ferę. Z ukry­tych gło­śni­ków pły­nęły przy­tłu­mione dźwięki mu­zyki kla­sycz­nej, które pod­kre­ślały ogólne wra­że­nie. W sali pach­niało pie­niędzmi i pro­fe­sjo­na­li­zmem, roz­ta­czała się aura dys­kre­cji. Ha­mil­ton od razu się do­my­śliła, że EWS sły­nie z suk­ce­sów, a jej klienci na­leżą do elit fi­nan­so­wych tego mia­sta. Wła­śnie tak miało brzmieć prze­sła­nie.

Brandt wró­ciła po kilku mi­nu­tach ze srebrną tacą i dzban­kiem z kawą, który po­sta­wiła przed po­li­cjantką. Usia­dła na­prze­ciwko niej, ale kawy so­bie nie na­lała. Na stole po­ło­żyła duży ciem­no­zie­lony no­tat­nik. Na okładce znaj­do­wał się wy­tło­czony zło­tymi li­te­rami na­pis "Ter­mi­narz spo­tkań". Ha­mil­ton z ła­two­ścią go od­czy­tała, cho­ciaż z jej po­zy­cji tekst był do góry no­gami.

- Z tego, co wiem, jest pani oso­bi­stą asy­stentką pana Stern­hega - za­częła. - Od jak dawna pra­cuje pani na tym sta­no­wi­sku?

- Wio­sną miną dwa­dzie­ścia trzy lata.

- Ro­zu­miem, że obo­wią­zuje pa­nią ta­jem­nica służ­bowa.

- Ta za­sada obo­wią­zuje wszyst­kie za­trud­nione tu osoby.

- To do­brze, bo sprawy, o któ­rych bę­dziemy roz­ma­wiać, po­winny po­zo­stać mię­dzy nami. Przy­naj­mniej do czasu, aż usta­limy, co tak na­prawdę się stało. Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie śmierci pew­nej osoby. Nie wy­klu­czamy, że jest nią pan Erik Stern­heg, ale po­nie­waż nie je­ste­śmy tego pewni, po­pro­si­łam pa­nią o za­cho­wa­nie peł­nej dys­kre­cji. Je­śli sprawy nie uda się utrzy­mać w ta­jem­nicy, może dojść do prze­cieku i za­czną o niej trą­bić wszyst­kie me­dia.

Brandt spoj­rzała na po­li­cjantkę sze­roko otwar­tymi oczami. W pew­nej chwili jakby ze­sztyw­niała, ale szybko się opa­no­wała, a jej twarz znowu przy­brała obo­jętny wy­raz.

- Pro­szę py­tać, a ja po­sta­ram się jak naj­le­piej po­móc. Nie wolno mi się jed­nak wy­po­wia­dać na te­mat spraw do­ty­czą­cych na­szej firmy.

- Kiedy wi­działa pani Erika Stern­hega po raz ostatni?

- We wto­rek przed po­łu­dniem, ale nie wiem, o któ­rej przy­szedł do biura. Za­wsze jest w pracy przed wszyst­kimi.

- Jaki wtedy był? Czy za­cho­wy­wał się ina­czej niż zwy­kle? Chcia­ła­bym po­znać pani pry­watną opi­nię.

Brandt za­sta­na­wiała się przez chwilę, ale ani na mo­ment nie spu­ściła wzroku z po­li­cjantki.

- My­ślę, że był w cał­kiem do­brym hu­mo­rze.

- A w ja­kim na­stroju bywa na co dzień?

- Dość sto­no­wa­nym. To czło­wiek o sil­nym po­czu­ciu wła­snej in­te­gral­no­ści.

- Czy na wto­rek miał umó­wione ja­kieś spo­tka­nia?

- Tylko jedno, przed po­łu­dniem. Po po­łu­dniu, we środę i wczo­raj nie miał za­re­zer­wo­wa­nych żad­nych ter­mi­nów.

- Czy wy­ja­śnił, dla­czego bę­dzie nie­obecny w pracy?

- Nie, ale we wto­rek po po­łu­dniu za­mie­rzał od­wieźć swoją żonę na lot­ni­sko Lan­dvet­ter. Z tego, co pa­mię­tam, miała po­le­cieć na Wy­spy Ka­na­ryj­skie, a kon­kret­nie na wy­spę Gran Ca­na­ria.

- Dla­czego pan Stern­heg nie po­le­ciał ra­zem z nią?

- Nie chcę być nie­dy­skretna, ale mam na­dzieję, że pan Stern­heg nie bę­dzie miał mi tego za złe... Pań­stwo Stern­heg pro­wa­dzą jakby od­dzielne ży­cie.

- Co pani ma na my­śli?

- Pan Stern­heg wiele czasu spę­dza w fir­mie, a jego żona, przy­naj­mniej o ile wiem, od za­wsze zaj­mo­wała się do­mem. Dla­tego cza­sem po­dró­żuje sama. Pro­szę mnie jed­nak źle nie zro­zu­mieć. Nie roz­po­wszech­niam plo­tek, bo ra­zem też sporo wy­jeż­dżają.

- Czy pani wie, jak się z nią skon­tak­to­wać? Pró­bo­wa­li­śmy to zro­bić, ale bez po­wo­dze­nia.

Brandt otwo­rzyła no­tes, prze­rzu­ciła parę kar­tek i od­wró­ciła go w stronę Ha­mil­ton.

- Mam do niej kilka nu­me­rów.

Po­li­cjantka prze­pi­sała je w mil­cze­niu do swo­jego no­tesu.

- Dzię­kuję. A te­raz pro­szę mi po­wie­dzieć, z kim pan Stern­heg spo­tkał się we wto­rek przed po­łu­dniem. Bę­dzie mi też po­trzebna li­sta wa­szych klien­tów i ich nu­mery te­le­fo­nów.

Brandt za­mknęła no­tes i po­ło­żyła na nim obie dło­nie.

- Tych da­nych nie mogę pani prze­ka­zać bez zgody pana Stern­hega.

Ha­mil­ton wzięła do ręki dłu­go­pis i przez chwilę się nim ba­wiła.

- W ta­kim ra­zie to tyle na dzi­siaj. Być może wrócę z na­ka­zem prze­szu­ka­nia firmy. Będę wdzięczna, je­śli do tego czasu przy­go­tuje pani dane, o które pro­si­łam.

- Mam na­dzieję, że pani mnie ro­zu­mie. Nie wolno mi ujaw­niać da­nych o na­szych klien­tach bez zgody wła­ści­ciela.

- Oczy­wi­ście - od­parła Ha­mil­ton i wstała z krze­sła. - Oba­wiam się jed­nak, że w tym wy­padku ta­kiej zgody pani nie otrzyma. Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie śmierci i bę­dziemy wdzięczni za wszelką po­moc. Pan Stern­heg z pew­no­ścią do­ce­niłby to, co pani dla nas uczy­niła. Dzię­kuję za kawę. Znajdę drogę do wyj­ścia. Wrócę z na­ka­zem.

***

Po wyj­ściu z biura Ha­mil­ton do­szła do wnio­sku, że Brandt da­rzy swo­jego szefa zbyt du­żym sza­cun­kiem. Na ulicy stwier­dziła ku swemu zdzi­wie­niu, że wiatr osłabł i zro­biło się cie­plej. Z ulgą wy­jęła te­le­fon i za­dzwo­niła do Jo­hans­sona, żeby mu zre­fe­ro­wać treść roz­mowy i prze­ka­zać nu­mery te­le­fo­nów do żony Stern­hega, które do­stała od asy­stentki. Z ko­lei Jo­hans­son po­in­for­mo­wał ją, że pierw­sza w tym śledz­twie od­prawa ca­łej ekipy zo­stała za­pla­no­wana na go­dzinę sie­dem­na­stą.

Piątek, 22 grudnia

Godzina 16.59

Sala od­praw, ko­menda po­li­cji

Berg­man we­szła do sali mi­nutę przed cza­sem. W środku za­stała całą swoją ekipę: Ka­rin Falk, Ninę Ha­mil­ton, Vi­kinga Jo­hans­sona, Tho­masa Al­freds­sona, Mar­tina Ed­berga i Pon­tusa Te­lan­dera. Była tro­chę roz­ko­ja­rzona, po­nie­waż wcze­śniej spraw­dzała w sieci dane swo­jej przy­rod­niej sio­stry i jej matki. Pro­blem po­le­gał na tym, że w Szwe­cji mieszka wiele ko­biet o tym imie­niu i na­zwi­sku. Przed­po­łu­dniowa roz­mowa z An­der­sem ją zde­kon­cen­tro­wała i wy­trą­ciła z rów­no­wagi, cho­ciaż zwy­kle umie od­dzie­lić pracę za­wo­dową od ży­cia pry­wat­nego. Była w tym cał­kiem do­bra, ale nie dla­tego, że miała o swoim ży­ciu wy­so­kie mnie­ma­nie. Mimo to przez cały czas wra­cała my­ślami do ojca, który przez wiele lat pro­wa­dził po­dwójne ży­cie. Tak to przy­naj­mniej wy­glą­dało.

***

- Dzień do­bry - za­częła, zwra­ca­jąc się do ze­bra­nych osób. - Wła­śnie wró­ci­łam z za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Usta­lono toż­sa­mość męż­czy­zny zna­le­zio­nego w willi przy Hum­le­g?rds­ga­tan. Na sto pro­cent wiemy, że to Erik Stern­heg. Pół go­dziny temu dzwo­niła do mnie jego żona. Jest te­raz na Wy­spach Ka­na­ryj­skich, ale obie­cała, że wróci do domu pierw­szym sa­mo­lo­tem. Być może wy­lą­duje w Göte­borgu dziś w nocy albo naj­póź­niej ju­tro przed po­łu­dniem. Za­mie­rzam się z nią spo­tkać na lot­ni­sku. Czeka nas śledz­two w spra­wie zbrodni, o któ­rej będą in­for­mo­wać wszyst­kie me­dia. Na­szym obo­wiąz­kiem jest utrzy­ma­nie, moż­li­wie jak naj­dłu­żej, szcze­gó­łów tej sprawy w ta­jem­nicy. Na po­czątku mu­simy usta­lić, jak wy­glą­dały ostat­nie dni i go­dziny ży­cia Stern­hega. Z tego, co wiemy, ostat­nią osobą, która wi­działa go ży­wego, była jego żona, Ann-Kri­stin. Działo się to we wto­rek o pią­tej rano.

- Nie - prze­rwała jej Ha­mil­ton. - Jego asy­stentka, z którą dzi­siaj roz­ma­wia­łam, twier­dziła, że Stern­heg był w biu­rze przez całe przed­po­łu­dnie.

- Okej, czyli już wia­domo, co wtedy ro­bił. Wciąż jed­nak nie wiemy, gdzie prze­by­wał i czym się zaj­mo­wał we wto­rek po po­łu­dniu, w środę i czwar­tek, gdy wie­czo­rem sprzą­taczka zna­la­zła jego ciało.

Berg­man zro­biła krótką pauzę i zwró­ciła się do Ed­berga i Te­lan­dera sie­dzą­cych przy stole obok sie­bie.

- Czego się do­wie­dzie­li­ście od jego są­sia­dów?

- Ty po­wiedz - od­parł Te­lan­der, pa­trząc na Ed­berga.

- Ogra­ni­czy­li­śmy się do dwóch ulic, a mia­no­wi­cie Her­r­g?rds­ga­tan i Hum­le­g?rds­ga­tan. Po­se­sje przy tej pierw­szej gra­ni­czą ogro­dami z drugą. Ogól­nie rzecz bio­rąc, w każ­dym z do­mów ko­goś za­sta­li­śmy. My­ślę, że z po­wodu brzyd­kiej po­gody. To plus w tej spra­wie. Po stro­nie mi­nu­sów mo­żemy za­pi­sać fakt, że nie uzy­ska­li­śmy od tych osób pra­wie żad­nych kon­kret­nych in­for­ma­cji. Z jed­nym wy­jąt­kiem: starsi pań­stwo, któ­rzy miesz­kają na­prze­ciwko willi Stern­hega, byli pewni, że we wto­rek wie­czór za­par­ko­wał przed willą, a w środę w po­łu­dnie stam­tąd od­je­chał. Twier­dzili, że przez cały ty­dzień w willi za­pa­lało się i ga­sło świa­tło.

- W środku jest praw­do­po­dob­nie urzą­dze­nie au­to­ma­tycz­nie włą­cza­jące i wy­łą­cza­jące świa­tło w ca­łym domu - wtrą­ciła Falk.

- Te in­for­ma­cje są nie­wiele warte - pod­su­mo­wała Berg­man. - Kon­ty­nuuj.

- Wy­gląda mi na to, że sta­rusz­ko­wie ma­jący tyle do po­wie­dze­nia na te­mat Stern­hega stale ob­ser­wują jego dom. Ze­znali mię­dzy in­nymi, że w każdy czwar­tek przy­cho­dzi tam po­sprzą­tać ja­kaś ko­bieta. Zja­wia się o czwar­tej po po­łu­dniu i wy­cho­dzi około ósmej wie­czo­rem. Żona Stern­hega zwy­kle opusz­czała willę tuż przed jej przy­by­ciem, a wie­czo­rem wra­cała z za­ku­pami, mniej wię­cej pół go­dziny po jej wyj­ściu.

Wszy­scy się uśmiech­nęli. Wścib­scy są­sie­dzi to dla po­li­cji cenni świad­ko­wie, cho­ciaż pry­wat­nie nikt by so­bie ta­kich nie ży­czył.

- My­ślę, że te in­for­ma­cje są praw­dziwe - włą­czył się do roz­mowy Jo­hans­son. - Roz­ma­wia­łem z urzę­dem skar­bo­wym i usta­li­łem dane ko­biety, o któ­rej mó­wili. Za­trud­nia­jąca ją firma na­zywa się Po­rządne sprzą­ta­nie. Z da­nych urzędu wy­nika, że Wik­man pra­cuje dla nich od kilku lat, a u Stern­hega sprząta re­gu­lar­nie od roku. Spraw­dzi­łem ją w na­szych re­je­strach, jest czy­sta.

- W ta­kim ra­zie wra­camy do har­mo­no­gramu za­jęć Stern­hega. Je­śli ze­zna­nia świad­ków są praw­dziwe, opu­ścił willę w środę w po­łu­dnie, a w czwar­tek wie­czo­rem zna­la­zła go sprzą­taczka, któ­rej na ra­zie nie udało nam się prze­słu­chać. Mu­simy więc wy­peł­nić ist­nie­jącą lukę cza­sową. Zdzi­wił mnie odór na miej­scu zbrodni. Może on świad­czyć o tym, że Stern­heg le­żał tam ja­kiś czas. Zo­ba­czymy, czego się do­wiemy z pro­to­kołu z sek­cji zwłok.

Berg­man na­brała po­wie­trza i po­woli wy­pu­ściła je przez usta. Za­sta­na­wiała się, jak kon­ty­nu­ować to spo­tka­nie.

- Co z sa­mo­cho­dem Stern­hega? - spy­tała. - Czy rze­czy­wi­ście stał przed willą?

Ro­zej­rzała się, a gdy Al­freds­son uniósł dłu­go­pis na znak, że chce coś po­wie­dzieć, udzie­liła mu głosu.

- Stern­heg jest wła­ści­cie­lem dwóch sa­mo­cho­dów: SUV-a Po­rsche Cay­enne Turbo i mer­ce­desa kombi klasy E. Oba mo­dele z tego roku. Nie było ich ani w ga­rażu, ani przed do­mem.

Berg­man gwizd­nęła.

- Firma musi świet­nie pro­spe­ro­wać, ale spraw­dzimy to póź­niej. Czy na żonę Stern­hega też jest za­re­je­stro­wany ja­kiś wóz?

Al­freds­son po­krę­cił prze­cząco głową.

- W ta­kim ra­zie bę­dziemy mu­sieli po­szu­kać dwóch sa­mo­cho­dów. Nino, ty się tym zaj­miesz. Po­wiedz nam też, czego się do­wie­dzia­łaś w cza­sie wi­zyty w fir­mie Stern­hega.

Ha­mil­ton przej­rzała swoje no­tatki.

- Pod­czas wi­zyty w EWS roz­ma­wia­łam z asy­stentką Stern­hega. Na­zywa się Vi­veka Brandt. Po­twier­dziła, że jej szef był w biu­rze we wto­rek przed po­łu­dniem, bo miał umó­wione spo­tka­nia. Kilka in­nych miał też za­pla­no­wa­nych na dzi­siaj. Nie chciała mi prze­ka­zać na­zwisk osób, z któ­rymi Stern­heg spo­tkał się we wto­rek, ani tych, z któ­rymi miał się spo­tkać dzi­siaj.

- Po­roz­ma­wiam z pro­ku­ra­to­rem ma­ją­cym nad­zór nad na­szym śledz­twem bez względu na to, kto nim jest. Nino, do czasu uzy­ska­nia tych in­for­ma­cji zaj­mij się fi­nan­sami firmy. Tho­mas i Ka­rin, zbierz­cie jak naj­wię­cej in­for­ma­cji o Stern­hegu. Czy zna­leź­li­ście coś cie­ka­wego w no­te­sie z nu­me­rami te­le­fo­nów?

- Jesz­cze nie - od­parł Al­freds­son. - Ja i Vi­king po­dzie­li­li­śmy się pracą. Za­sta­na­wia nas fakt, że w no­te­sie nie ma in­for­ma­cji o jego córce.

- To fak­tycz­nie dziwne... Vi­king, za­in­te­re­suj się nią. Spy­taj jej matkę, na pewno coś wie. Ka­rin, mia­łaś prze­szu­kać willę. Czy coś zna­la­złaś? Ja­kie od­nio­słaś wra­że­nie?

- Kasa, kasa i jesz­cze raz kasa. Wszystko jest tam dro­gie i eks­klu­zywne, co świad­czy o tym, że Stern­he­go­wie byli za­moż­nymi ludźmi. Do ogól­nego ob­razu nie pa­suje mi torba z no­wo­cze­snymi ga­dże­tami ero­tycz­nymi. Zna­la­złam ją w przy­le­ga­ją­cej do ich sy­pialni gar­de­ro­bie.

- W dzi­siej­szych cza­sach sprze­dają ta­kie rze­czy na­wet w ap­te­kach - stwier­dził z uśmie­chem Al­freds­son.

Falk spoj­rzała na niego po­nu­rym wzro­kiem.

- Po­wie­dzia­łam "z no­wo­cze­snymi". Łań­cu­chy, bi­cze, skó­rzane ka­gańce, kaj­danki, kulki analne, la­tek­sowe ubra­nia z otwo­rami w od­po­wied­nich miej­scach i tak da­lej. Z tego, co wiem, w ap­te­kach ta­kich za­ba­wek nie sprze­dają. W gar­de­ro­bie Stern­hega zna­la­złam tak zwane ubra­nie na uro­czy­ste oka­zje ze wstę­gami i or­de­rami. Wy­gląda na to, że był człon­kiem klubu czy sto­wa­rzy­sze­nia o na­zwie Bac­chus. Szu­ka­łam w in­ter­ne­cie ja­kichś in­for­ma­cji na ten te­mat, ale nic nie zna­la­złam. Nie zdą­ży­łam też spraw­dzić ca­łego domu, bo czasu wy­star­czyło mi tylko na pię­tro. We wszyst­kich sza­fach i szu­fla­dach pa­no­wał nie­na­tu­ralny po­rzą­dek. Nie za­uwa­ży­łam, żeby ktoś w nich grze­bał albo je prze­szu­ki­wał. W mo­jej opi­nii mamy do czy­nie­nia z prze­stęp­stwem, w któ­rym śmierć ofiary nie była przy­pad­kowa. Nie daje mi spo­koju coś in­nego: ni­g­dzie nie zna­la­złam jego te­le­fonu ko­mór­ko­wego. Po od­pra­wie wrócę do willi i go po­szu­kam.

- Zgoda - od­parła Berg­man i ski­nęła jej z wdzięcz­no­ścią głową. Wkrótce Wi­gi­lia, to do­brze, że nie trzeba zmu­szać ni­kogo do pracy po go­dzi­nach. - Nasi tech­nicy po­będą tam jesz­cze przez kilka go­dzin. Po­cze­kamy, co ustalą. Na ra­zie się z nami nie kon­tak­to­wali, co może ozna­czać, że nic cie­ka­wego nie zna­leźli.

Berg­man znowu zro­biła pauzę. Sta­rała się kon­tro­lo­wać my­śli, bo wcze­sna faza śledz­twa za­wsze jest ważna. Cho­dzi o to, żeby cze­goś nie prze­oczyć.

- A co z mo­ty­wem... Ja­kieś su­ge­stie? - spy­tała, roz­glą­da­jąc się po sali.

- Pie­nią­dze - rzu­cił Jo­hans­son. - Kto po nim dzie­dzi­czy? Tylko żona?

- Tego na ra­zie nie wiemy, ale roz­mowa na ten te­mat na pewno bę­dzie in­te­re­su­jąca. Inne su­ge­stie?

- Ze­msta - od­parła Ha­mil­ton. - Ktoś tak bo­gaty jak Stern­heg na pewno nie raz na­dep­nął ko­muś na od­cisk.

- Mamy więc dwa mo­tywy: pie­nią­dze i ze­mstę. Co jesz­cze?

W tym sa­mym mo­men­cie roz­le­gło się mocne pu­ka­nie do drzwi i do sali wszedł Ting­ström w to­wa­rzy­stwie pro­ku­ra­tora Hol­gera Bjur­stedta.

- Dzień do­bry - po­wie­dział. W od­po­wie­dzi wszy­scy ski­nęli gło­wami. - To pan pro­ku­ra­tor Hol­ger Bjur­stedt. Bę­dzie nad­zo­ro­wał śledz­two w spra­wie za­bój­stwa Stern­hega. Prze­pra­szam, że prze­szka­dzamy.

Berg­man była zdzi­wiona tą nie­spo­dzie­waną wi­zytą, po­nie­waż ani Ting­ström, ani nad­zo­ru­jący śledz­two pro­ku­ra­tor pra­wie ni­gdy nie przy­cho­dzili na od­prawy. Tym ra­zem było ina­czej, bo ofiarą zbrodni padł ce­le­bryta ob­słu­gu­jący inne sławy.

Bjur­stedt miał duży do­ro­bek i Berg­man czę­sto z nim współ­pra­co­wała. Jego naj­więk­szą za­letą było to, że ni­gdy się nie mie­szał w do­cho­dze­nia bar­dziej, niż to było ko­nie­czne. Do wad pro­ku­ra­tora za­li­czała to, że ni­gdy nie mo­gła li­czyć na jego po­moc. Bjur­stedt za­bie­rał głos do­piero wtedy, kiedy śledz­two do­bie­gało końca, żeby spić całą śmie­tankę.

- Pod­su­muję to, co wiemy, i za­pro­po­nuję wam plan pracy. Je­śli ktoś chce, może w tym cza­sie iść zro­bić so­bie kawę.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej od­prawa do­bie­gła końca. Wszy­scy dali wy­raz swej ra­do­ści, ude­rza­jąc dłońmi w stół kon­fe­ren­cyjny. Pro­ku­ra­tor pod­jął de­cy­zję o prze­szu­ka­niu firmy ESW, a Berg­man zle­ciła tę czyn­ność Ed­ber­gowi i Te­lan­de­rowi. Bjur­stedt spoj­rzał przez okno, chrząk­nął i po­wie­dział:

- O tym ich klu­bie, a ra­czej sto­wa­rzy­sze­niu Bac­chus sły­sza­łem wcze­śniej, ale my­śla­łem, że to tylko po­gło­ski. Do­szło do mo­ich uszu, że w Göte­borgu ist­nieje grupa męż­czyzn, któ­rzy od­by­wają tajne spo­tka­nia. Two­rzą coś w ro­dzaju klubu wza­jem­nej po­mocy. Wpi­sowe wy­nosi okrą­gły mi­lion ko­ron, ale po­trak­tuj­cie to jako cie­ka­wostkę.

- Mogę spró­bo­wać do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej - za­de­kla­ro­wała Berg­man. - Uwa­żam, że na tym eta­pie śledz­twa nie po­win­ni­śmy wy­klu­czyć żad­nego wątku. Bez za­po­zna­nia się z wy­ni­kami sek­cji i ra­por­tem tech­ni­ków mo­żemy je­dy­nie stwier­dzić, że Stern­heg padł ofiarą wy­jąt­ko­wej prze­mocy i zgi­nął od cio­sów za­da­nych młot­kiem. Za­bójca mu­siał dzia­łać w sta­nie nie­po­ha­mo­wa­nej fu­rii. Stern­heg zo­stał za­sko­czony w ła­zience, bo w chwili zna­le­zie­nia był nagi. Nie stwier­dzono śla­dów wła­ma­nia do willi, a samo po­bi­cie nie wy­gląda na główny po­wód ataku, więc nie mo­żemy wy­klu­czyć, że sprawcą jest osoba z bli­skiego oto­cze­nia ofiary. Jak już jed­nak po­wie­dzia­łam, mo­żemy dy­wa­go­wać tylko do czasu, kiedy wpłyną koń­cowe ra­porty z ob­duk­cji zwłok i czyn­no­ści wy­ko­na­nych przez tech­ni­ków. Po­tem bę­dziemy mieli wię­cej kon­kre­tów. Ja­kieś ko­men­ta­rze, wnio­ski, pro­po­zy­cje?

Od­po­wie­dzią było mil­cze­nie. Berg­man spoj­rzała na ze­ga­rek.

- Okej, w ta­kim ra­zie na­stępną od­prawę zwo­łuję na ju­tro na pięt­na­stą trzy­dzie­ści. Tym, któ­rzy wzięli urlop, ży­czę we­so­łych świąt. Reszta bę­dzie pra­co­wać w tym cza­sie nad sprawą.

Szu­ra­nie krze­seł po pod­ło­dze za­głu­szyło dzwo­nek te­le­fonu. Berg­man ode­brała do­piero po pią­tym sy­gnale. Dzwo­nił Han­sén z za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Berg­man unio­sła rękę, żeby uci­szyć ha­łas, i po­pro­siła, żeby wszy­scy zo­stali jesz­cze w sali. Han­sén po­in­for­mo­wał ją, że udało się usta­lić przy­czynę zgonu Stern­hega. Do­szło do niego na sku­tek wie­lo­krot­nych ude­rzeń za­da­nych młot­kiem w tył głowy. Do­ko­nały one tak du­żej per­fo­ra­cji czaszki, że mło­tek prze­bił się do mó­zgu. Trzy ude­rze­nia za­dane zo­stały z taką siłą, że każde z nich mo­gło być śmier­telne. Stern­heg zmarł po kilku mi­nu­tach. Więk­szość po­zo­sta­łych cio­sów otrzy­mał już po śmierci. Zgon na­stą­pił w czwar­tek, mię­dzy dzie­siątą a dwu­na­stą w po­łu­dnie.

Piątek, 22 grudnia

Godzina 18.21

Szpi­tal Wschodni w Göte­borgu

Lina Wik­man otwo­rzyła oczy i nie­przy­tom­nym wzro­kiem ro­zej­rzała się po po­koju. Wciąż była otu­ma­niona i do­piero po kilku se­kun­dach do niej do­tarło, gdzie się znaj­duje. Przed jej oczami prze­su­wały się w zwol­nio­nym tem­pie ob­razy przed­sta­wia­jące po­kie­re­szo­wane zwłoki i za­laną krwią ła­zienkę. Wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści, po­woli od­zy­ski­wała pa­mięć. Przy­po­mniała so­bie spę­dzoną w sy­pialni Stern­he­gów noc. Nie mo­gła się zmu­sić, żeby za­mknąć drzwi do ła­zienki, a po­tem jakby zni­kąd po­ja­wili się dwaj po­li­cjanci, któ­rzy za­częli jej za­da­wać py­ta­nia. Pa­trzyła na nich i pró­bo­wała na nie od­po­wia­dać, ale nie była w sta­nie sfor­mu­ło­wać choćby jed­nego słowa.

Ob­li­zała spę­kane wargi, po bro­dzie cie­kła jej ślina. Ostroż­nie usia­dła na łóżku i opu­ściła nogi na pod­łogę. Chciała być jak naj­szyb­ciej w domu, u mamy. Przy­po­mniało jej się, że obie­cała Mar­ku­sowi spo­tka­nie, i znowu ogar­nął ją strach. Musi wró­cić do domu, bo je­śli się z nim nie spo­tka, Mar­kus wy­śle jej zna­jo­mym coś, co ją skom­pro­mi­tuje. Stern­heg nie żyje, a ona i tak nie może po­li­cji w ni­czym po­móc.

Spoj­rzała na ścienny ze­gar. Osiem­na­sta trzy­dzie­ści. Je­śli nie prze­spała pół­to­rej doby - a nie po­winna - Mar­kus nie­długo się zjawi, więc po­winna jak naj­prę­dzej udać się do sie­bie. Od­su­nęła koł­drę i usły­szała ja­kiś brzęk. Oka­zało się, że to klucz przy­szyty żółtą ni­cią do szpi­tal­nej po­ścieli. Ostroż­nie go ode­rwała i po­de­szła do wyj­ścia, przy któ­rym stała szafa na ubra­nie. Na­gle otwo­rzyły się drzwi i w progu po­ja­wił się mniej wię­cej pięć­dzie­się­cio­letni umun­du­ro­wany po­li­cjant. Na jej wi­dok drgnął za­sko­czony i ob­lał się kawą z trzy­ma­nego w ręce kubka. Za­klął na głos, bo się po­pa­rzył go­rą­cym na­po­jem.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział. - Na­zy­wam się Kjell Frans­son i by­łem w willi, w któ­rej pa­nią zna­leź­li­śmy. Miło mi wi­dzieć pa­nią w lep­szym sta­nie.

- Mu­szę wró­cić do domu! - za­wo­łała Wik­man. - Gdzie ja je­stem?

- W szpi­talu, a ja je­stem tu po to, żeby od­wieźć pa­nią do domu. Przed­tem jed­nak mu­szę za­dać pani kilka py­tań. Pro­szę wró­cić do łóżka.

Wik­man chciała za­pro­te­sto­wać i wy­ja­śnić, że nie ma czasu, ale bała się wy­ja­wić po­wód tego po­śpie­chu. Od­wró­ciła się więc zre­zy­gno­wana, wró­ciła do łóżka i usia­dła.

***

Frans­son był już bar­dzo zmę­czony, bo służbę peł­nił pra­wie dobę. Obie­cano mu, że ktoś go zmieni, ale nikt się nie zja­wił. Pew­nie o nim za­po­mnieli albo jego zmien­nik nie do­tarł do szpi­tala z po­wodu złej po­gody. Przy­cią­gnął krze­sło i usiadł na­prze­ciwko bla­dej jak ściana dziew­czyny.

- Na­zywa się pani Lina Wik­man, prawda?

- Tak.

- Raz na ty­dzień sprząta pani w willi pań­stwa Stern­he­gów. Zga­dza się?

Wik­man ski­nęła głową.

- Czy wczo­raj po wej­ściu do willi za­uwa­żyła pani coś szcze­gól­nego? Czy drzwi były za­mknięte na klucz? Czy przed bu­dyn­kiem stały ja­kieś sa­mo­chody? A może ktoś prze­by­wał w domu?

Wik­man za­sta­na­wiała się przez chwilę nad od­po­wie­dzią.

- Drzwi jak zwy­kle były za­mknięte na klucz, a gdy we­szłam do środka, sys­tem alar­mowy był włą­czony. Nie wiem, czy przed bu­dyn­kiem stały ja­kieś sa­mo­chody. Śnieg sy­pał tak gę­sto, że pra­wie nic przed sobą nie wi­dzia­łam. Czy męż­czy­zna, któ­rego zna­la­złam w ła­zience, to pan Stern­heg?

- Tak.

- Czy mogę już iść?

Frans­son nie wie­dział, o co jesz­cze spy­tać. Był zbyt zmę­czony, a śled­czy i tak znali jej ad­res, gdyby chcieli ją po­now­nie prze­słu­chać.

- Wi­dzę, że zna­la­zła pani klucz do szafy. W środku wisi ubra­nie, są też port­fel i te­le­fon. Pro­szę się ubrać, a ja prze­każę na­szej eki­pie, że się pani obu­dziła i chce wró­cić do domu. Tro­chę to po­trwa, bo le­karz musi przy­go­to­wać wy­pis.

***

Kiedy Frans­son wy­szedł z po­koju, Wik­man otwo­rzyła szafę i za­częła szu­kać wzro­kiem te­le­fonu. Le­żał obok pęku klu­czy do miesz­ka­nia, ze­garka i port­fela. Się­gnęła po niego i serce za­biło jej moc­niej, gdy spo­strze­gła, że ba­te­ria jest roz­ła­do­wana. Spoj­rzała na ze­ga­rek, a gdy zo­ba­czyła, która go­dzina, uświa­do­miła so­bie, że nie zdąży do domu na umó­wione spo­tka­nie. Nie było szans, żeby do­tarła do Käl­l­torp w ciągu pię­ciu mi­nut. Te­le­fon nie dzia­łał, ale nie chciała pro­sić ni­kogo o udo­stęp­nie­nie apa­ratu w oba­wie, że szu­ka­nie ta­kiej osoby za­bie­rze jej zbyt dużo czasu. Szybko się ubrała i do­szła do wnio­sku, że je­śli się po­spie­szy, być może zdąży do domu przed wpół do ósmej.

Ostroż­nie uchy­liła drzwi i wyj­rzała na ko­ry­tarz.

Był pu­sty.

Piątek, 22 grudnia

Godzina 19.03

Ko­menda po­li­cji, plac Ern­sta Fon­tella

Berg­man sie­działa przy biurku i my­ślała o Stern­hegu. Oprócz tego, że zo­stał za­mor­do­wany, nie­wiele o nim wie­działa. Bę­dzie mu­siała ze­brać wię­cej in­for­ma­cji o jego ży­ciu pry­wat­nym, po­roz­ma­wiać z żoną i od­na­leźć córkę. W in­ter­ne­cie zna­la­zła mnó­stwo wzmia­nek o jego fir­mie i o nim sa­mym jako oso­bie pu­blicz­nej. Nie­stety, były to tylko ogól­nie znane fakty. W to­wa­rzy­stwie Stern­heg ucho­dził za czło­wieka suk­cesu, miał wielu zna­jo­mych, na każ­dym zdję­ciu był uśmiech­nięty. Wi­dać było, że w swój wy­gląd in­we­sto­wał sporo pie­nię­dzy. Zęby miał białe i ide­al­nie równe. Na każ­dej fo­to­gra­fii był opa­lony i ele­gancko ubrany. Cie­kawe, ja­kim czło­wie­kiem był pry­wat­nie. Czy za­wsze był taki po­prawny i uśmiech­nięty? Jaki był jako szef? Kiedy Nina roz­ma­wiała z jego asy­stentką, od­nio­sła wra­że­nie, że Brandt wy­po­wia­dała się o nim z du­żym sza­cun­kiem. Ist­nieje jed­nak za­sad­ni­cza róż­nica mię­dzy sza­cun­kiem dla szefa a stra­chem przed nim. Trzeba bę­dzie spraw­dzić, czy na gład­kim wi­ze­runku Stern­hega nie ist­nieje ja­kaś rysa, je­śli w ogóle jest to moż­liwe. Jego me­dialne ob­li­cze nie pa­so­wało do oko­licz­no­ści, w któ­rych zo­stał za­bity. Ktoś za­mor­do­wał go w sta­nie fu­rii. Po roz­mo­wie z Han­sénem była tego bar­dziej niż pewna. Pa­to­log do­li­czył się pięć­dzie­się­ciu trzech śla­dów po ude­rze­niach młot­kiem. Wszyst­kie zo­stały za­dane w plecy i w tył głowy. Ani na dło­niach, ani na rę­kach ofiary nie stwier­dzono śla­dów wska­zu­ją­cych na to, że Stern­heg się bro­nił. Praw­do­po­dob­nie zo­stał za­sko­czony od tyłu. Sama wi­działa na se­de­sie i ka­bi­nie prysz­ni­co­wej krwawe od­ci­ski dłoni. Po otrzy­ma­niu pierw­szych ude­rzeń praw­do­po­dob­nie pró­bo­wał się utrzy­mać na no­gach, ale spa­dły na niego ko­lejne ciosy. Bity był także wtedy, gdy mar­twy le­żał na pod­ło­dze. Sprawca chciał się praw­do­po­dob­nie upew­nić, że ofiara jego ataku już nie wsta­nie. Han­sén zna­lazł na nad­garst­kach, kost­kach i na szyi de­nata słabe si­niaki, ale nie umiał ich sko­men­to­wać, po­nie­waż tech­nicy nie zna­leźli na miej­scu zbrodni ni­czego, co po­mo­głoby po­wią­zać je z na­pa­dem. Na pod­ło­dze w ła­zience za­bez­pie­czyli je­dy­nie mło­tek, a poza sy­pial­nią nie stwier­dzili żad­nych śla­dów krwi.

Berg­man się­gnęła w za­my­śle­niu po te­le­fon i za­dzwo­niła do Han­séna. My­ślała, że już skoń­czył pracę i po­szedł do domu, ale ku jej zdzi­wie­niu ode­brał.

- Cie­szę się, że ode­bra­łeś - za­częła. - Dzwo­nię w spra­wie Stern­hega. Wspo­mnia­łeś, że na nad­garst­kach, kost­kach nóg i szyi zna­leź­li­ście si­niaki. W jego sy­pialni wi­dzie­li­śmy ga­dżety ero­tyczne, ta­kie jak łań­cu­chy, skó­rzane pa­ski i tak da­lej. Czy twoim zda­niem mogą mieć coś wspól­nego z si­nia­kami?

Han­sén za­sta­na­wiał się przez chwilę nad od­po­wie­dzią.

- Nie można tego wy­klu­czyć. To jest ja­kieś wy­ja­śnie­nie.

- Kiedy, twoim zda­niem, te si­niaki po­wstały? Orien­ta­cyj­nie.

- Naj­wcze­śniej na dobę przed zgo­nem, ale rów­nie do­brze mo­gły się tam po­ja­wić na kilka go­dzin przed śmier­cią. Trudno to do­kład­nie okre­ślić, więc trak­tuj to jako przy­pusz­cze­nie.

- Dzięki. Tylko tyle chcia­łam wie­dzieć.

Tro­chę zdez­o­rien­to­wana odło­żyła te­le­fon na biurko. Wy­glą­dało na to, że Stern­heg lu­bił za­bawy ero­tyczne i nocą ze środy na czwar­tek ktoś go zwią­zał. Tak to mo­gło wy­glą­dać, pod wa­run­kiem że jej teo­ria i przy­pusz­cze­nia Han­séna są praw­dziwe. Kto go zwią­zał? Na pewno nie jego żona, bo prze­by­wała wtedy na Gran Ca­na­rii.

***

Ann-Kri­stin Stern­heg miała wy­lą­do­wać na lot­ni­sku Lan­dvet­ter o trze­ciej w nocy. Berg­man za­mie­rzała po nią po­je­chać. Za­sta­na­wiała się, czy nie pójść do domu, żeby się kilka go­dzin prze­spać. Wstała z krze­sła i za­częła zbie­rać pa­piery z biurka. Po chwili ktoś za­pu­kał do drzwi i do po­koju zaj­rzał Jo­hans­son.

- Wy­cho­dzisz? - spy­tał.

- Nie. Wejdź i usiądź.

Berg­man wska­zała mu krze­sło i usia­dła na swoim fo­telu za biur­kiem.

- Przed chwilą dzwo­nił Frans­son.

Berg­man unio­sła brwi.

- To ten funk­cjo­na­riusz, który dziś rano od­wiózł Wik­man do szpi­tala.

- Za­ła­pa­łam. Mów da­lej.

- Pół go­dziny temu od­zy­skała przy­tom­ność. Ze­znała, że kiedy przy­szła do willi, drzwi były za­mknięte na klucz, a sys­tem alar­mowy włą­czony.

- Co jesz­cze?

- Kiedy Frans­son po­szedł po pie­lę­gniarkę, Wik­man wy­mknęła się z po­koju. Frans­son po­wie­dział, że wy­glą­dała na prze­stra­szoną i chciała jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu.

- Mu­simy ją do­kład­nie prze­słu­chać, ale po­cze­kamy z tym do ju­tra.

- Od­na­la­złem córkę Stern­hega - kon­ty­nu­ował Jo­hans­son. - Na­zywa się Ce­ci­lia Svens­son. Kiedy do niej za­dzwo­ni­łem z in­for­ma­cją o śmierci ojca, za­re­ago­wała tak, jakby była otę­piała. Cóż, lu­dzie róż­nie re­agują na wieść o śmierci bli­skich. Wła­ści­wie po­wi­nie­nem był do niej po­je­chać i prze­ka­zać jej tę wia­do­mość oso­bi­ście, ale po­my­śla­łem o me­diach. Nie chcia­łem, żeby do­wie­działa się o tym z ga­zet albo z te­le­wi­zji. Svens­son mieszka w Gam­le­sta­den, je­stem z nią umó­wiony ju­tro przed po­łu­dniem. A te­raz, je­śli mnie już nie po­trze­bu­jesz, po­jadę do domu.

- Chcia­ła­bym cię po­pro­sić, że­byś jesz­cze coś spraw­dził - od­parła Berg­man i opo­wie­działa o swo­jej roz­mo­wie z Han­sénem.

- Wy­nika z tego, że pod­czas nie­obec­no­ści żony Stern­heg za­ba­wiał się w nie­ty­powy spo­sób.

- Na to wy­gląda. Sprawdź, czy w mie­ście dzia­łają ja­kieś kluby ofe­ru­jące tego ro­dzaju roz­rywkę i kim są lu­dzie, któ­rzy coś ta­kiego ro­bią.

- Zajmę się tym ju­tro rano. A czy udało ci się skon­tak­to­wać z Ma­lin?

- Zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łam - od­parła zgod­nie z prawdą Berg­man.

- W ta­kim ra­zie spró­buję jesz­cze raz. Pa­mię­tasz jej nu­mer te­le­fonu?

Jo­hans­son wy­jął te­le­fon, wszedł w kon­takty i wy­szu­kał nu­mer Skogsby. Berg­man wpi­sała go do swo­ich kon­tak­tów.

- Ma­lin nie ma te­le­fonu sta­cjo­nar­nego?

- Nie, to nu­mer jej ko­mórki. Ma też apa­rat służ­bowy, ale ten nu­mer na pewno masz.

Berg­man wy­brała nu­mer służ­bowy, ale Skogsby nie od­bie­rała, a gdy po siód­mym sy­gnale włą­czyła się au­to­ma­tyczna se­kre­tarka, Berg­man się na­grała. Po­pro­siła Ma­lin, żeby od­dzwo­niła, i do­dała, że sprawa jest pilna.

- Przy­kro mi, ale nie ode­brała.

- Za­czy­nam się o nią nie­po­koić. Wy­bra­łem się do niej dziś wie­czo­rem i za­dzwo­ni­łem do drzwi, ale albo nie było jej w domu, albo nie chciała otwo­rzyć. A je­śli coś jej się stało? Może tam leży i po­trze­buje po­mocy?

- Po­jedź tam jesz­cze raz w dro­dze do domu i sprawdź. Je­śli nie otwo­rzy albo nie od­dzwoni, ju­tro rano zja­wimy się tam ze ślu­sa­rzem.

***

Kiedy Jo­hans­son wy­szedł z po­koju, Berg­man po­czuła wy­rzuty su­mie­nia. Po­winna była od razu za­de­kla­ro­wać, że też po­je­dzie do Ma­lin, ale nie mo­gła tego zro­bić, bo na ju­trzej­szy wie­czór za­pro­siła swoje naj­lep­sze przy­ja­ciółki, Ewę i He­lene. Przyj­dzie też Adam i jego oj­ciec, Karl-Erik He­dén. Nie mo­gła się już do­cze­kać, kiedy ich wszyst­kich zo­ba­czy. Zwłasz­cza Adama: ar­ty­stę, nie­zwy­kłego męż­czy­znę, który był tak inny niż ona. Dzięki do­bremu hu­mo­rowi i dy­stan­sowi wo­bec nud­nych aspek­tów ży­cia Adam wkradł się do jej od wielu lat nie­do­stęp­nego serca. Nie za­mie­rzała od­wo­ły­wać ju­trzej­szego spo­tka­nia, zwłasz­cza te­raz, gdy po­goda się po­pra­wiła i drogi znowu stały się prze­jezdne.

Od po­łu­dnia miała być na urlo­pie. Wzięła go, by zro­bić za­kupy, po­szu­kać pre­zen­tów, po­sprzą­tać dom i ubrać przy­nie­sioną po­przed­niego dnia cho­inkę. Ku­piła też je­miołę, świece ad­wen­towe, kilka świą­tecz­nych mi­ko­łaj­ków, bombki cho­in­kowe i inne ozdoby, które za­mie­rzała po­wie­sić na drzewku. W sto­ją­cych w piw­nicy kar­to­nach miała ich sporo, ale były już stare, bo przez osta­nie lata nie ob­cho­dziła świąt. Spoj­rzała na ze­ga­rek i stwier­dziła, że jest już po dzie­sią­tej. Przy­po­mniało jej się, że miała za­dzwo­nić do An­dersa. Po­sta­no­wiła zro­bić to od razu.

- Cześć, jak leci?

- W obec­nych oko­licz­no­ściach cał­kiem nie­źle. A co u cie­bie?

- Nie mogę się po­go­dzić z tym, co zro­bił tata, i wciąż do mnie nie do­ciera, że mamy przy­rod­nią sio­strę. Pró­bo­wa­łam cze­goś się o niej do­wie­dzieć, ale obie z matką mają tak po­pu­larne imiona i na­zwi­ska, że da­łam so­bie spo­kój.

- Mama nie stawi się na spo­tka­niu w spra­wie po­działu spadku.

- Do­brze ją ro­zu­miem, ale wcale mnie nie zdziwi, je­śli w ostat­niej chwili zmieni zda­nie. Na pewno ją cie­kawi, co to za ko­biety. Tak jak mnie, cho­ciaż trudno mi się do tego przy­znać.

An­ders ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Mnie też to in­te­re­suje, ale mu­simy wy­trzy­mać do na­stęp­nego ty­go­dnia. Co w pracy? Kiedy bę­dziesz mo­gła się do nas wy­rwać? Przyj­dziesz na wi­gi­lijny obiad czy mamy się cie­bie spo­dzie­wać póź­niej?

- Z obiadu mu­szę zre­zy­gno­wać już te­raz, ale na pewno wpadnę mię­dzy piątą a szó­stą wie­czo­rem.

- Przy­jedź, o któ­rej bę­dziesz mo­gła. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy się zjawi Święty Mi­ko­łaj.

- W swoim worku na pewno nie ma dla mnie zbyt wielu pre­zen­tów. Jak będę do was wy­jeż­dżać, za­dzwo­nię.

Berg­man wes­tchnęła i się roz­łą­czyła. Po tej roz­mo­wie wy­rzuty su­mie­nia drę­czyły ją jesz­cze bar­dziej niż przed chwilą, bo na­prawdę się cie­szyła, że od­no­wiła kon­takt z bra­tem, który za­pro­sił ją na Wi­gi­lię. Nie chciała zmar­no­wać tej szansy. Upo­rząd­ko­wała pa­piery na biurku, ubrała się, wło­żyła do kie­szeni te­le­fon i zga­siła lampki. Po­sta­no­wiła po­je­chać do domu, za­nim znowu coś jej wy­sko­czy i bę­dzie mu­siała zo­stać dłu­żej. Wy­star­czy, że przez cały dzień miała na gło­wie sporo spraw, i tych pry­wat­nych, i tych za­wo­do­wych.

Sobota, 23 grudnia

Godzina 05.37

Ko­menda po­li­cji, plac Ern­sta Fon­tella

Berg­man była na­prawdę po­iry­to­wana. Po­przed­niego dnia wró­ciła po pracy do domu, od­grzała je­dze­nie, włą­czyła te­le­wi­zor i przez pół go­dziny ska­kała po ka­na­łach. Miała na­dzieję, że przed wy­jaz­dem na lot­ni­sko Lan­dvet­ter za­cznie przy­go­to­wa­nia do świąt, ale szybko do­szła do wnio­sku, że le­piej bę­dzie się tro­chę prze­spać. Usta­wiła bu­dzik w te­le­fo­nie na kwa­drans po dru­giej i po­ło­żyła się w ubra­niu na łóżku. Po prze­bu­dze­niu bę­dzie miała czter­dzie­ści pięć mi­nut, żeby się od­świe­żyć i do­je­chać na lot­ni­sko.

Kilka mi­nut przed trze­cią stała w hali przy­lo­tów z ta­bliczką z na­pi­sem "Ann-Kri­stin Stern­heg". Kwa­drans po trze­ciej zja­wili się pierwsi opa­leni pa­sa­że­ro­wie z wa­liz­kami. Po czwar­tej uznała, że Stern­heg tym sa­mo­lo­tem nie przy­le­ciała, więc nie­wy­spana i znie­cier­pli­wiona zwró­ciła się o po­moc do Straży Gra­nicz­nej. Oka­zało się, że na li­ście pa­sa­że­rów żadna pani Stern­heg nie fi­gu­ruje.

O wpół do pią­tej opu­ściła te­ren lot­ni­ska, a po­nie­waż do domu nie było sensu wra­cać, wpa­dła do ca­ło­do­bo­wej ka­wiarni w Ha­dze i za­mó­wiła na śnia­da­nie ja­jecz­nicę na be­ko­nie. Tuż po wpół do szó­stej we­szła do swo­jego po­koju na ko­men­dzie i od­szu­kała trzy nu­mery te­le­fo­nów Ann-Kri­stin Stern­heg. Ko­bieta ode­brała po trze­cim sy­gnale i prze­pro­siła ją za swoją nie­fra­so­bli­wość. Wy­ja­śniła, że w ostat­niej chwili zmie­niła plany i zde­cy­do­wała się nie wra­cać do Szwe­cji za­pla­no­wa­nym lo­tem. Po­szła spać, ale nie za­dzwo­niła do Berg­man w środku nocy, żeby nie za­kłó­cać jej spo­koju. Na końcu po­in­for­mo­wała po­li­cjantkę, że przy­leci na Lan­dvet­ter kwa­drans po sie­dem­na­stej. Berg­man z tru­dem nad sobą pa­no­wała, czuła, jak ogar­nia ją złość. Nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­czego Stern­heg za­cho­wała się tak nie­od­po­wie­dzial­nie. Gdyby za­dzwo­niła i uprze­dziła, że przy­leci póź­niej, oszczę­dzi­łaby jej nie­po­trzeb­nego wy­jazdu na lot­ni­sko i cze­ka­nia na sa­mo­lot. Opa­no­wała jed­nak emo­cje i po­pro­siła, żeby przed wej­ściem do sa­mo­lotu Stern­heg do niej za­dzwo­niła i po­twier­dziła go­dzinę przy­lotu. Po roz­mo­wie do­szła do wnio­sku, że sie­dem­na­sta to nie­zbyt szczę­śliwa pora, bo o dzie­więt­na­stej mają przyjść go­ście. Do tego czasu musi zro­bić za­kupy, ubrać cho­inkę i za­dbać o sie­bie.

Ciężko wes­tchnęła i po­szła do au­to­matu po kawę. Na­pój miał okropny smak, ale po­trze­bo­wała ko­fe­iny, żeby się po­bu­dzić do ży­cia. Idąc ko­ry­ta­rzem, za­uwa­żyła, że u Jo­hans­sona pali się świa­tło. Drzwi były uchy­lone, więc na­lała drugi ku­bek kawy i we­szła do jego po­koju.

- Sia­daj - po­wie­dział po­li­cjant, gdy sta­nęła w progu.

Berg­man za­jęła sto­jące przed biur­kiem krze­sło i po­dała Jo­hans­so­nowi ku­bek pa­ru­ją­cego na­poju. Przez chwilę po­pi­jali w mil­cze­niu. W końcu Berg­man prze­rwała mil­cze­nie:

- Co z Ma­lin? By­łeś u niej wczo­raj w domu?

Jo­hans­son po­krę­cił w mil­cze­niu głową.

- Jest jesz­cze wcze­śnie, ale je­śli uwa­żasz, że to wska­zane, za dwie go­dziny mo­żemy po­je­chać do niej ze ślu­sa­rzem - za­pro­po­no­wała.

- Uwa­żam to za ko­nie­czne. Bar­dzo się nie­po­koję. Ta­kie za­cho­wa­nie jest do niej nie­po­do­bne.

Jo­hans­son umilkł i spoj­rzał na ekran mo­ni­tora.

- Co te­raz ro­bisz? - spy­tała Berg­man.

- Czy­tam o tak zwa­nym soft bon­dage, czyli wią­za­niu rąk w cza­sie upra­wia­nia seksu. I o BDSM, czyli sa­do­ma­so­chi­stycz­nym wa­rian­cie soft bon­dage. BDSM sta­nowi jego bar­dziej za­awan­so­wany wa­riant, bo w prze­ci­wień­stwie do soft bon­dage cho­dzi w nim o za­da­wa­nie bólu. - Jo­hans­son zro­bił pauzę, uśmiech­nął się i kon­ty­nu­ował: - W na­szej pracy mamy do czy­nie­nia z wie­loma cie­ka­wymi rze­czami, o któ­rych nie uczą w szko­łach po­li­cyj­nych. Mogę cię za­pew­nić, że w in­ter­ne­cie można zna­leźć na ten te­mat sporo in­for­ma­cji. Przy­suń się, coś ci po­każę.

- A zna­la­złeś ja­kieś kluby, które pro­wa­dzą taką dzia­łal­ność w Göte­borgu i oko­licy?

- Jesz­cze nie, ale obej­rzyj tę pre­zen­ta­cję.

Berg­man spoj­rzała za­cie­ka­wiona na wy­świe­tloną stronę.

- Komu spra­wia przy­jem­ność to, że jest wią­zany i po­ni­żany? Trudno mi so­bie wy­obra­zić, że ta­kie prak­tyki mogą dać ko­muś sek­su­al­nego kopa. Poza tym to boli.

Jo­hans­son, który prze­glą­dał ko­lejne strony, po­krę­cił głową.

- Wszy­scy się czymś róż­nimy. Mo­ich upodo­bań wo­lał­bym ci nie zdra­dzać.

- Po­cze­kaj - prze­rwała mu Berg­man. - Cof­nij, po­każ po­przed­nie zdję­cie.

Z po­czątku my­ślała, że jej się przy­wi­działo, ale Jo­hans­son zo­ba­czył to samo.

- To chyba Ma­lin! - za­wo­łała. - A może ta ko­bieta jest do niej tylko po­do­bna? Po­większ ob­raz.

Jo­hans­son sko­pio­wał zdję­cie, prze­niósł je do Pho­to­shopa i po­więk­szył.

- Wie­dzia­łeś o tym? - spy­tała Berg­man.

- Nie mia­łem po­ję­cia. My­śla­łem, że do­brze ją znam, ale chyba się my­li­łem.

- Naj­le­piej bę­dzie, je­śli za­cho­wamy to dla sie­bie, bo ina­czej nie da­dzą jej w pracy spo­koju.

- Coś mi się tu nie zga­dza - od­parł Jo­hans­son i jesz­cze bar­dziej po­więk­szył zdję­cie. - Wi­dzisz? - spy­tał, wska­zu­jąc pal­cem na ekran. - To zwy­kły fo­to­mon­taż. Ja­kiś by­dlak sko­pio­wał jej twarz i po­łą­czył z cia­łem in­nej osoby.

- Za­mknij kom­pu­ter - po­le­ciła mu Berg­man. - Nie bę­dziemy dłu­żej cze­kać, tylko od razu do niej po­je­dziemy. Po­wia­do­mię ślu­sa­rza, żeby się sta­wił bez­po­śred­nio na miej­scu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki