Rozdział 1
Pierwsze próby. Muza opuszcza człowieka
Gwizd lokomotywy zranił ciszę.
Sączy się z niej pasmo dymu wąskie.
Wsiadam radośnie na prędkość. Słyszę
jak hasło kół przelatuje nad mostem12.
Swą pisarską podróż Ryszard Kapuściński zaczął prawdopodobnie od tej
właśnie strofy. Pierwszej strofy pierwszego napisanego oraz (co
pewniejsze) pierwszego opublikowanego wiersza. Miał siedemnaście lat,
kiedy "wsiadł radośnie na prędkość" i popędził wprost na łamy
warszawskiego tygodnika "Dziś i Jutro". Zapewne ani on sam nie marzył o karierze literackiej, ani jego otoczenie nie pokładało w nim takich
nadziei, choć może niektórzy dostrzegli pewien błysk talentu. Młody
Ryszard miał wiele zalet: był przystojny, wysportowany, bystry i głodny
wiedzy. Nie wyrastał jednak w klimacie subtelnej kultury, w którym tak
bujnie rozkwitła inteligencja twórcza przedwojennej Warszawy. Ani matka,
ani ojciec - mimo że byli nauczycielami - raczej nie zaszczepili
Kapuścińskiemu miłości do literatury, nie nauczyli jej czytać. W każdym
razie on nigdy o tym nie wspominał. Jego rodzice przybyli do okupowanej
(a potem - wyzwolonej) stolicy wraz z tłumem wojennych uchodźców z ziem
wschodnich. Zanim więc chwycił za pióro, w swym krótkim życiu poznał już
gorycz utraconej beztroski dzieciństwa. Poznał też głód, niepewność
jutra, poniewierkę wojenną, strach i radość ocalenia - sprawy dość
odległe od finezji uniesień poetyckich. Należał do pokolenia, które
dorastało i uczyło się życia w twardych realiach wojny, a jego droga
pisarska okazała się typową historią self-made mana.
Kapuściński urodził się 4 marca 1932 roku na Kresach Wschodnich Drugiej
Rzeczpospolitej, w Pińsku, dziś znajdującym się w granicach Białorusi.
Wtedy było to prowincjonalne miasto na Polesiu, u zbiegu Piny i Prypeci.
Według powszechnego spisu ludności z 9 grudnia 1931 roku Pińsk liczył
niemal 32 tysiące ludności, co czyniło zeń drugi co do wielkości (po
Brześciu nad Bugiem) ośrodek miejski w słabo zurbanizowanym województwie
poleskim. Miejscowość zasiedlali głównie Żydzi - wspomniany spis
ludności podaje, że jidysz lub hebrajski jako język ojczysty
zadeklarowało aż 63% pińszczan. Z kolei 23% mieszkańców jako ojczysty
wskazało język polski, a w sumie niespełna 10% - język białoruski,
rosyjski lub "tutejszy". Wśród obywateli polskojęzycznych dali się
prawdopodobnie w grudniu 1931 roku spisać także rodzice przyszłego
reportera, Józef i Maria.
Kapuścińscy reprezentowali w Pińsku element napływowy. Matka pochodziła
z Bochni, ojciec - z Kieleckiego, oboje przyjechali na Polesie w poszukiwaniu pracy. Otrzymali posady nauczycieli w prowincjonalnej
miejscowości, tam się prawdopodobnie poznali i pobrali. Józef prowadził
zajęcia praktyczno-techniczne, Maria najpewniej zajmowała się tym, co
dziś określamy mianem nauczania początkowego. Piętnaście miesięcy po
narodzinach syna doczekali się także córki Barbary. Kapuścińscy w Pińsku
zamieszkiwali pod kilkoma adresami, najdłużej, między rokiem 1933 a 1939, przy ulicy Błotnej 4 (dziś Suworowa 43).
Dziewięć miesięcy po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego jego żona i córka
odsłonią tablicę pamiątkową na bladożółtym, krytym czerwoną blachą
jednopiętrowym domku zajmowanym w międzywojniu przez rodzinę polskich
osiedleńców. Domku niegdyś zrujnowanym (takim widywał go Kapuściński
podczas swych paru wizyt na Białorusi pod koniec życia), potem zaś
pięknie odremontowanym dla upamiętnienia, jak głosi tablica, "wybitnego
polskiego pisarza i dziennikarza".
Rok przed wybuchem wojny Rysiek rozpoczyna naukę w Szkole Powszechnej nr
5 przy ulicy Kościuszki. Lekcje odbywają się po polsku, zgodnie z rządowym programem polonizacji Kresów. Wiosną 1939 roku Józef
Kapuściński otrzymuje zawiadomienie o mobilizacji wojskowej. Ostatnie
przedwojenne lato dzieci spędzają razem z matką u wuja na
Lubelszczyźnie, we wsi Pawłów koło Rejowca, skąd na wieść o agresji
niemieckiej na Polskę wracają do Pińska. We wrześniu docierają do miasta
okupowanego już przez Armię Czerwoną. Rysiek podejmuje naukę w szkole -
odtąd rosyjskojęzycznej. W tym samym czasie jego ojciec po ustaniu walk
przedziera się w cywilnym ubraniu z powrotem do domu. W wersji
pamiętanej przez syna jest uciekinierem z niewoli radzieckiej, z transportu jadącego do Katynia, we wspomnieniach córki - po prostu
powrócił do domu po zakończeniu walk3. Wkrótce jednak opuszcza
żonę oraz dzieci i przedostaje się do Generalnego Gubernatorstwa, by
uniknąć aresztowania przez NKWD, które dąży do likwidacji urzędników,
nauczycieli i funkcjonariuszy państwowych Drugiej Rzeczpospolitej.
Nastają lata tułaczki, strachu i nasilającego się głodu, który będzie
towarzyszył Kapuścińskim przez całą wojnę. Wiosną 1940 roku Maria w obawie przez wywózką w głąb ZSRR sprzedaje majątek i podejmuje decyzję o opuszczeniu Pińska. Z dwójką dzieci udaje się do teściów do Przemyśla,
potem wraz z rodzicami męża podróżuje przez Kraków w kierunku Warszawy.
Wyprawę tę, otwierającą nowy okres losów rodziny, oraz kolejne
wydarzenia tamtego czasu Kapuściński opisze w latach osiemdziesiątych w tekście Ćwiczenia pamięci, włączonym do kolejnych wydań Buszu po
polsku.
W położonym w Puszczy Kampinoskiej Sierakowie, niedaleko Palmir, miejsca
masowych egzekucji, zdążająca do stolicy Maria szczęśliwym trafem
spotyka na drodze męża. Jak się okazuje, pracuje on w miejscowej szkole.
Rodzina, chwilowo ponownie połączona, osiedla się w podwarszawskiej wsi,
a potem przenosi się do Izabelina. Józef jest jednak zaangażowany w działalność konspiracyjną w Armii Krajowej i zagrożony aresztowaniem
zaczyna się ukrywać. Maria z dziećmi początkowo zamieszkują w Warszawie
przy ulicy Krochmalnej, później udają się do Świdra koło Otwocka, gdzie
znalazł schronienie uciekinier. Cała rodzina pozostanie tam aż do
wyzwolenia. W Otwocku Rysiek i Basia podejmują naukę w szkole, Józef zaś
pracuje pod fałszywym nazwiskiem jako poborca podatkowy.
Ostatecznie, tuż po wyzwoleniu, Kapuścińscy przenoszą się na stałe do
Warszawy. Początkowo gniotą się w pokoiku przy składzie materiałów
budowlanych, który prowadzi Józef Kapuściński, potem zaś dostają
przydział na jeden z tak zwanych domków fińskich na Polu Mokotowskim.
Kiedy w 1950 roku Rysiek zostanie laureatem konkursu "Przekroju" na
wiersz o Warszawie, przedruk jego utworu redakcja podpisze adresem: ul.
Wawelska, domki fińskie III/6-a. Owe dwurodzinne drewniane chatki
składane z gotowych elementów, jak na warunki zrujnowanej powojennej
Warszawy komfortowe (mimo braku łazienki), podarowali odbudowującej się
stolicy właśnie Finowie. Tam nastoletni Ryszard będzie urządzał
zakrapiane spotkania z kolegami gimnazjalnymi, tam na pierwszym roku
historii będzie go odwiedzała jego przyszła żona Alicja. Niedługo przed
śmiercią pisarz, spacerując z żoną po Polu Mokotowskim, odkryje, że
dawny domek Kapuścińskich seniorów wciąż stoi, a w nim centralne miejsce
nadal zajmuje ten sam stół, który wyszedł niegdyś spod ręki jego ojca.
Ryszard zaczyna naukę w warszawskim gimnazjum im. Stanisława Staszica, z pasją trenuje boks oraz piłkę nożną na pozycji bramkarza. W pierwszych
latach tej edukacji poezja - rozważana jako obszar własnej działalności
- prawdopodobnie była dlań dziedziną abstrakcyjną. Jednak coraz
namiętniej Kapuściński czyta literaturę, szczególnie wiersze, zachęcony
przez polonistę zagląda do tygodnika "Odrodzenie".
Debiutuje w druku jeszcze w okresie gimnazjum, najpewniej pod koniec lat
czterdziestych. Jak to się w szczegółach odbyło, trudno dziś stwierdzić
jednoznacznie. Według wersji wypowiedzianej w rozmowie z Markiem
Millerem Ryszard pewnego dnia po powrocie z boiska - a miał wtedy
"szesnaście lat" - po prostu usiadł i napisał wiersz w "stanie
zamroczenia", "niekontrolowanego przymusu", "jak w transie". Potem,
"działając w takim samym stanie, zupełnie nieświadomym", włożył wiersz w kopertę i wysłał do redakcji. Po tygodniu świeżo upieczony poeta
przeczytał wydrukowany utwór4. Pismo nazywało się "Odrodzenie" (w innym wariancie było to "Słowo Powszechne" - dodatek "W Młodych
Oczach").
Najprawdopodobniej jednak debiut miał miejsce na łamach "Dziś i Jutro",
katolickiego tygodnika spod znaku PAX-u, który 14 sierpnia 1949 roku
opublikował dwa wiersze - wówczas siedemnastoletniego - Kapuścińskiego:
Pisane szybkością i Uzdrowienie. W "Słowie Powszechnym" liryk
Przechadzka ukazał się dopiero w listopadzie 1949, a w "Odrodzeniu"
Różowe jabłka - w lutym 1950 roku.
Opowieść o początkach swej kariery pisarskiej Kapuściński często
zaczynał w późniejszych latach właśnie od przypomnienia o wierszach.
Osąd tej młodzieńczej poezji miał bardzo ostry ("Pisałem bardzo złe
wiersze, w bardzo zresztą złym okresie startowałem, na szczęście nie
wydałem żadnego tomiku. Na szczęście, bo mógłby teraz ktoś to wyciągnąć
i miałby zabawę" 5; "Pisałem wiersze, ale wszystkie bardzo
złe"6), mimo to podkreślał sam fakt jej uprawiania ("Przypominam
panu, że ja już wcześniej pisałem wiersze" 7). Dlaczego?
Zapewne dlatego, że w tradycji historycznoliterackiej poezja ma status
szczególny. Jest w świątyni literatury pięknej jej punktem centralnym -
formą najczystszej emanacji talentu.
Według innych wersji "mitu o początku" pewną - niedookreśloną i zmienną
- rolę odegrał gimnazjalny polonista, postać niewątpliwie ważna (zadał
napisanie wiersza? zachęcał do pisania? śledził losy poezji swego
ucznia?). Jednak właśnie ów charakterystyczny opis zdarzeń przedstawiony
Millerowi daje wgląd w to, jak Kapuściński rozumiał bycie poetą, jak
postrzegał poezję oraz proces jej tworzenia: jako pewien boski dar,
rodzaj transu.
Ostatecznie, według słów Czesława Miłosza: "powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy, że w nas jest / więc mrugamy oczami, jakby
wyskoczył z nas tygrys"8. Stwierdzając, że czegoś podobnego
właśnie doświadczał, gdy pisał jako nastolatek (a w dodatku chciano go
drukować!), Kapuściński mówił jednocześnie: od początku miałem powołanie
do służby najwyższej ze sztuk, a ono stanowi łaskę, jest dane. Tak też
zawsze traktował artystów słowa, zwłaszcza zaś poetów - jako
"wybranych". (Do młodszego o blisko trzydzieści lat dziennikarza i poety
Jarosława Mikołajewskiego zatelefonował, żeby powiedzieć: "Dzień dobry,
mówi Ryszard Kapuściński. Jesteśmy kolegami, bo też jestem
dziennikarzem, ale dzwonię do pana jako do poety. Jest pan wielki,
bardzo bym chciał pana poznać"9). "Wybrani" go onieśmielali, a jednocześnie to do ich grona aspirował i pragnął ostatecznie należeć. Na
rok przed śmiercią, podczas wieczoru autorskiego w Krakowie po wydaniu
tomiku Prawa natury, taki właśnie był: onieśmielony, przejęty aż do
granic wzruszenia i dumny.
Trzeba zarazem pamiętać, że przygoda z poezją przytrafiła się
nastoletniemu Ryszardowi w specyficznych warunkach powojennej polskiej
pustyni kulturalnej i ofensywy stalinowskiego modelu "sztuki". W dwóch,
trzech najwcześniejszych wierszach widać błysk talentu i świeżość
obrazowania. Najciekawszy bodaj tekst spośród owych kilku pierwszych,
czyli Pisane szybkością, to "ładna poetycka impresja z podróży
pociągiem"10. Pobrzmiewają w niej już to echa wersyfikacji
skamandryckiej, już to peiperowska fascynacja maszyną i prędkością,
ujęte w oryginalne metafory:
Gwizd lokomotywy zranił ciszę.
Sączy się z niej pasmo dymu wąskie.
Wsiadam radośnie na prędkość. Słyszę
jak hasło kół przelatuje nad mostem.
Iskry zakwitają w liściach drzew,
Płoną fontanną błysku, który więdnie szybko.
Dotyku stalowych kół monotonny śpiew
Stoczył się po nasypie i w strumieniu zniknął.
[...]
Gwiazdy skryły się w muszlach ciemni,
A księżyc zagnieździł się w mroku.
Zabity światłem stacji pociąg już nie pędzi
Zaplątał się w szynach i mozaice zwrotnic11.
Z kolei Przechadzka, z mottem ze Stéphane'a Mallarmégo, zdradza
wyraźne inspiracje symbolizmem i dekadentyzmem. Nastoletni autor podjął
tu próbę wykreowania melancholijnej aury:
Horyzont tak niezdarnie za liśćmi ukryty.
Gwiazdy pozamieniane w chodnikowe płyty.
Usta leżą samotnie. Nikt ich nie wypija.
I drogi nikt nie szuka. Droga jest niczyja...
Do strumienia przybiegły krzewy i bezsiły.
Drzewa mówić nie mogą. Szelest gdzieś zgubiły.
I wszystko można ujrzeć. Prócz TWOJEGO cienia.
I wszystko można spotkać. Tylko CIEBIE nie ma12.
Dostrzegalne walory literackie spowodowały podanie do druku pierwszych
utworów Kapuścińskiego. Jednak już w 1950 roku w dwu kolejnych wierszach
- Różowych jabłkach i Wieczorze miasta - widać, że w ledwo
kiełkujący talent wstrzyknięta została trucizna socjalistycznej
propagandy, pod której wpływem pewne partie tekstu martwieją. Na
szczęście w innych tętni życie. Wieczorem miasta Kapuściński wywalczył
sobie tytuł laureata konkursu poetyckiego "Przekroju" na wiersz o odbudowującej się Warszawie (wyniki opublikowano 12 marca 1950 roku).
Uczestników było 1116, laureatów zaś - czterech, tym większy więc sukces
ówczesnego maturzysty. W Wieczorze miasta znajdziemy wersy zgrabne
("Pachniały cegły - kwiaty miasta, / i pęk latarni nowych zakwitł"),
sąsiadujące jednak z wersami słusznymi ("i murarz skuwał słowa dwa, /
słowa: Warszawa - Socjalizm"13).
Wszystko, co jeszcze było świeże, zostało niestety niemal natychmiast
zmiażdżone przez walec socrealizmu (czy jak później mawiał Kapuściński:
"majakowszczyzny"), którym młody autor, od 1948 roku gorliwy członek
Związku Młodzieży Polskiej, wyrównywał z zapałem swoje poetyckie
juwenilia. Dodajmy, że własny zapał to jedna rzecz, druga zaś - że tego
właśnie od niego oczekiwano. Silna kontrola ideologiczna (zarówno
ZMP-owskich rówieśników, jak i ówczesnych mentorów nastoletniego
Ryszarda) pojawiła się niemal równocześnie z perspektywą kariery
literackiej. Półświadom czy nawet nieświadom owych uwarunkowań,
młodziutki autor musiał dokonywać, i dokonywał, wyborów.
Dobrze widać to w zdarzeniu, które z jednej strony jest symbolem
niezwykłego tempa, w jakim rozwijała się kariera poetycka licealisty
Kapuścińskiego, z drugiej zaś ukazuje całą dwuznaczność ówczesnych
"pryszczatych" sukcesów. Chodzi o młodzieżową dyskusję o poezji w gimnazjum im. Staszica z marca 1950 roku, kiedy to liryki takich
twórców, jak Jan Brzękowski, Konstanty Ildefons Gałczyński, Kazimierz
Wierzyński i Józef Czechowicz, porównywano z tekstami Dobrze Władimira
Majakowskiego i - sic! - Różowe jabłka Ryszarda Kapuścińskiego.
Dokładniej zaś mówiąc: przeciwstawiano "proste, zrozumiałe i świadome",
zawierające ideologię marksistowsko-leninowską dzieła Majakowskiego i Kapuścińskiego wierszom poetów dwudziestolecia, na których "piętno"
wycisnęła "zagmatwana burżuazyjna ideologia"14.
Otóż i fragmenty owych Różowych jabłek, które jeszcze nie zostały
doszczętnie zmiażdżone w ideologicznej młockarni:
I nagle... nagle na śniegu wyrosły
Różowe jabłka.
Mówię wyraźnie towarzysze:
Różowe jabłka na śniegu.
Różowe jabłka -
Radosne twarzyczki dzieci.
[...]
Świat jest biały jak gołąb pokoju
Który unosi w dziobie skrawek czerwonego płótna.
To dzieci wciągają na maszt
Czerwoną flagę
Rączkami ciepłymi od ufności15.
Sprawozdanie z dyskusji ukazało się 5 marca 1950 roku w nader liczącym
się wówczas tygodniku "Odrodzenie", co, jak twierdzi w swej książce
wspomnieniowej Mirosław Ikonowicz, było wynikiem zainteresowania Wiktora
Woroszylskiego próbami poetyckimi niedoszłego boksera i bramkarza16. Woroszylski, zaledwie pięć lat starszy od
Kapuścińskiego, ale uznany już poeta i misjonarz "nowej wiary", odegrał
niewątpliwie na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych rolę
mentora i promotora Kapuścińskiego. To on (wraz z Andrzejem Braunem)
miał go ściągnąć do prowadzonego przez siebie działu kulturalnego w powstającym właśnie "Sztandarze Młodych", gdzie, po zdaniu matury, od 6
czerwca 1950 roku osiemnastoletni Ryszard podjął pracę w charakterze
gońca.
Rolę Woroszylskiego w początkach pisarskich Kapuścińskiego nazwać trzeba
ambiwalentną. Z jednej strony - dostrzegł talent literacki w pierwszych
opublikowanych strofach swego przyszłego podopiecznego i wprowadził go w środowisko, z drugiej zaś - jego wpływ zaciążył na treści i formie
kolejnych utworów. Po latach Andrzej Braun mówił o Woroszylskim:
Witek rozkochał się wtedy w Majakowskim i zaczął wszystkich do
Majakowskiego przymierzać. Że wszelkie formy obumarły i skompromitowały
się, że nowoczesna jest tylko forma "wiecowa", owe rytmiczne "schodki".
Zaczął pisać w tej manierze, narzucać to wszystkim i atakować
oponentów17.
W numerze "Odrodzenia" z 26 stycznia, poprzedzającym publikację
Różowych jabłek, ukazał się znany artykuł Woroszylskiego Batalia o Majakowskiego. Można być pewnym, że Kapuściński go czytał. Do końca
życia wspominał swego ówczesnego opiekuna literackiego z sympatią, ale i ze świadomością, że od niego zaraził się nową "estetyką". ("Był to okres
panowania w Polsce "majakowszczyzny" - mówił w 2006 roku Wojciechowi
Kassowi o swych początkach - propagowanej m.in. przez Witka
Woroszylskiego, mojego szefa, którego zresztą bardzo
ceniłem"18).
Wspomniana dyskusja opublikowana w "Odrodzeniu" miała jeden moment
szczególnie znaczący. Po początkowych pochwałach dla postępowych poetów
głos zabrał kolega Andrzej Piotrowski. Przypuścił on szturm na autora
Różowych jabłek, dowodząc, iż w porównaniu z Majakowskim popełnia
"zasadniczy błąd", gdyż sytuuje się na "stanowisku obserwatora,
sprawozdawcy" i "nie akcentuje silniej swej przynależności politycznej",
a ponadto grzeszy symbolizmem, bezrymowością i "zmiennym
rytmem"19. Piotrowski zakończył zapewnieniem (ostrzeżeniem?):
"Dalsza twórczość Kapuścińskiego da nam możność ponownego zbadania
sprawy. Pokaże nam, jakie tradycje będzie kontynuował. [...] Kapuściński
jest naszym kolegą i sami będziemy mu pomagać w przezwyciężaniu błędów
drogą krytyki [...]"20. W odpowiedzi na te zarzuty na zakończenie
dyskusji błądzący młodzieniec niejako prostuje swą ścieżkę i wygłasza
nowy utwór, "bliższy - jak sądził - właściwych tradycji poetyckich":
[...]
nie może sprawa poezji
w ogonie wydarzeń zostać.
Jesteśmy daleko w tyle
Ale zacznijmy za górnikami pościg
Chyba się domyślacie
Co by tu rzekł Majakowski?
[...]
Wiem: niejeden mnie weźmie zdrowo
Przebłyśnie talentu latarką
Nie dla sławy śpiew liry
wymieniam na pracy warkot21.
Tu już wszystko jest jak trzeba, jedynie "talentu latarka" jakoś
przygasła. Sprawia to trochę wrażenie, jakby zaniepokojony krytyką
Kapuściński naskrobał ów tekścik na chybcika, gdzieś pod stołem
prezydialnym. Wrażenie pisania na kolanie, oparte jedynie na lekturze
obu tekstów i sprawozdania, może być bliskie prawdy.
Mirosław Ikonowicz, relacjonując całe wydarzenie, wspomina, jak to
przychylne Ryszardowi koleżanki ostrzegły go przed planowanym przez
"gorliwców ze szkolnego komitetu ZMP" atakiem podczas
dyskusji22. Miał ponoć szybko przygotować odpowiedź - właśnie
tę: W sprawie zobowiązań. I właśnie ów wiersz, nie zaś tchnące
burżuazyjną zgnilizną Różowe jabłka, zyskał poklask dyskutantów. Ba,
trafił nawet do antologii Praca radosna. Wiersze o pracy, wydrukowanej
nakładem Wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej w 1951 roku.
Gimnazjalna rozmowa o poezji, za sprawą publikacji na łamach
"Odrodzenia", urosła do rozmiarów wydarzenia kulturalnego. Świadczyć o tym może fakt, iż przetrwała, złączona z nazwiskiem Kapuścińskiego, we
wspomnieniach choćby Leszka Kołakowskiego czy Jarosława
Abramowa-Newerlego. Kołakowski pamięta niejasno, myląc szczegóły: "w jakimś piśmie literackim, chyba w "Nowej Kulturze", była dyskusja o tym,
czym Kapuściński różni się od Majakowskiego. Nie pamiętam już, czym
zdaniem dyskutantów się różnił albo nie różnił"23.
Abramow-Newerly zaś podaje szczegóły i z nutą ironii podsumowuje:
Leżałem chory na szkarlatynę i prawdziwą bombą stał się dla mnie artykuł
w "Odrodzeniu". [...] Krytyk, porównując Czerwone jabłko [sic! -
K.S.] do zaczytywanej wtedy poezji Majakowskiego, będącej dla wielu
niedościgłym wzorem, stwierdził w dyskusji, że wybór tradycji
poetyckiej, do której sięgnął młodziutki poeta, wróży mu wielką
przyszłość. Fakt, że mój rówieśnik wypadł lepiej - co podkreślano w dyskusji - od Kazimierza Wierzyńskiego, ukochanego poety mojego ojca
Igora Newerlego, prawdziwie mną wstrząsnął24.
Dwa miesiące po publikacji dyskusji o poezji, 12 maja 1950 roku na
łamach "Sztandaru Młodych" ukazał się pierwszy tekst Kapuścińskiego, a był to - rzecz jasna - wiersz. Nosił tytuł Depesza i opiewał... bydgoską
załogę parowozu Pm2-5. Stanowił znaczące preludium podjętej przez
początkującego autora niespełna miesiąc później etatowej pracy w redakcji organu Zarządu Głównego ZMP.
Trafiwszy do "Sztandaru Młodych" pod skrzydła Woroszylskiego,
Kapuściński uzyskał szerokie, ogólnopolskie łamy dla swej twórczości, a jednocześnie zaplecze światopoglądowe i pozycję wśród rówieśników.
Otwarły się dla niego także drzwi do świata wybranych - do samej elity
literackiej ówczesnej Polski.
Jako goniec redakcyjny odwiedzał twórców w ich domach, przekazywał
prośby redakcyjne, odbierał artykuły i apele, które gazeta miała zwyczaj
publikować przy okazji rozmaitych rocznic, ceremonii i wydarzeń. W ten
sposób poznał Marię Dąbrowską, Zofię Nałkowską i Leopolda Staffa.
Uczestniczył w naradach organizowanych przez redakcję z pisarzami przed
wysyłaniem ich "w teren" - do fabryk, PGR-ów, na place wielkich budów,
gdzie artyści w służbie realnego socjalizmu mieli szukać natchnienia,
aby płodzić arcydzieła zaprojektowane przez władzę w ramach swoistej
kulturalnej sześciolatki. Na narady te przychodziło po kilkunastu
luminarzy pióra naraz, toteż w krótkim czasie młody adept poznał niemal
każdego z liczących się literatów. Ważnym punktem kulturalno-towarzyskim
była również stołówka na Krakowskim Przedmieściu, gdzie bywali tak zwani
"wszyscy". Z tamtego okresu nastoletni wciąż Ryszard dobrze zapamiętał
Tadeusza Peipera. Wspominał także, że rozmawiał z Julianem Tuwimem i uścisnął dłoń Gałczyńskiego.
Zapisał się wówczas do Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich,
którym opiekował się Władysław Broniewski. "To była duża grupa
początkujących pisarzy - opowiadał na rok przed śmiercią Wojciechowi
Kassowi. - W przeciwieństwie do tego, co teraz panuje, bardzo zwarta,
ambitna, entuzjastycznie nastawiona"25. Należeli do niej,
między innymi, Woroszylski, Andrzej Braun, Andrzej Mandalian i Tadeusz
Borowski. Właśnie owa "zwarta" i "entuzjastyczna" grupa spod znaku
Woroszylskiego i Borowskiego wodziła wiosną 1951 roku prym na Zjeździe
Kół Młodych Pisarzy w Nieborowie (w tym samym pałacu księcia Radziwiłła,
w którym trzy lata wcześniej odbyło się sławetne seminarium młodych
pisarzy, a zarazem frontalne starcie "starych" błądzących z "młodymi"
triumfatorami).
W sprawozdaniu ze zjazdu na łamach "Sztandaru Młodych" Borowski pisał:
[...] konferencja [...] dała pełną charakterystykę młodych środowisk
literackich, wykazała pewną dojrzałość artystyczną i polityczną
debiutantów lat 1949-1950. [...] Wiersze Edwarda Hołdy, poemat Andrzeja
Mandaliana, satyry Litwiniuka, opowiadania Kuśmierka i Jaźwicza, utwory
Gaworskiego, Kapuścińskiego, Koszutskiego, Dąbrowskiego świadczą o świadomym przyswajaniu i pogłębianiu przez młodych pisarzy metody
realizmu socjalistycznego26.
W połowie lat siedemdziesiątych Andrzej Kantowicz zapytał Kapuścińskiego
o tę obecność w Nieborowie: "I tam byłeś za socrealizmem?". "Byłem -
odpowiedział pisarz. - Skrzyknięto nas i Tadeusz Borowski nakazywał
utrzymać się i zwyciężyć, i takie różne rzeczy. Pozowałem do zdjęcia
zbiorowego - i to był cały mój wkład w socrealizm. Jak
widzisz"27. Rzeczywiście, na niewyraźnej, małej fotografii
zjazdowej w pierwszym rzędzie trzeci od prawej siedzi na stopniach
pałacyku nastoletni Ryszard.
Jako młody obiecujący poeta publikował również Kapuściński w "Kulturze"
(fragmenty Poematu o Nowej Hucie na jednej stronie z Początkiem
opowieści Mariana Brandysa - beletryzowanym reportażem o budowie
kombinatu) oraz w "Twórczości" (poemat Droga prowadzi naprzód). Obydwa
teksty ukazały się w listopadzie 1950 roku i obydwa w czołowych w kraju
pismach kulturalnych. Drugi z poematów doczekał się nawet recenzji pióra
znanego krytyka Ryszarda Matuszewskiego, który chwalił "ambitną próbę
młodego poety", wytykając mu jednocześnie braki w postaci "zbyt daleko
posuniętego sprowadzania zagadnienia do jego bardzo ogólnych, typowych
rysów, stąd pewna ogólnikowość przedstawionej sytuacji i sposobu
obrazowania, przewaga retoryki nad opisem konkretnych
wydarzeń"28. Była to bodaj pierwsza ocena twórczości
Kapuścińskiego, wprawdzie dokonana przez krytyka nie spontanicznie, a za
namową redakcji "Sztandaru Młodych" (która zwróciła się "do kilku
wybitnych pisarzy polskich z propozycją omówienia niektórych utworów ich
najmłodszych, początkujących kolegów"29), ale jednak.
Wejście Kapuścińskiego na scenę literacką odbyło się z przytupem. Czas i właściwe poglądy sprzyjały takim awansom, lecz nie wystarczyłyby, gdyby
nie tlił się w autorze płomyk talentu. W każdym razie, jak podsumuje to
po latach drugi z jego ówczesnych mentorów, Andrzej Braun: "[Ryszard]
rozwijał się szybko i szybko zdobywał rozgłos. Ktoś szykujący w tym
czasie wydanie antologii poetyckiej żartował, iż da jej tytuł Od
Kochanowskiego do Kapuścińskiego"30.
Pozostają pytania. Na ile autor W sprawie zobowiązań zdawał sobie
wówczas, w początkach lat pięćdziesiątych, sprawę z ambiwalencji swojej
kariery literackiej? Jak traktował swoje sukcesy i związane z tym
wejście w środowisko literatów?
We wspomnieniu z 9 sierpnia 1987 roku zanotował:
Moja wizyta u Nałkowskiej. Jest wiosna roku 1951. Pracuję w "Sztandarze
Młodych". Mój szef - Wiktor Woroszylski - wysyła mnie do pani Zofii, aby
odebrać tekst jej wypowiedzi na temat walki o pokój (była wtedy moda
pisania i drukowania takich wypowiedzi). Nałkowska miała wówczas 67 lat,
ale robiła wrażenie kobiety znacznie młodszej, o silnej i tęgiej
sylwetce, o prosto i mocno osadzonej głowie osoby śmiałej, obytej
towarzysko, stającej przed audytorium bez tremy. Mieszkała w Domu
Literatury na piętrze, drzwi z klatki schodowej - na lewo. Najpierw był
pokój pełen psów i kotów, a głębiej jej gabinet. Pełno w nim było
kartek, karteluszków wszędzie rozłożonych. Nałkowska wręczyła mi kartkę
z napisanym na maszynie tekstem. Odprowadziła mnie do drzwi. Wyszła ze
mną na klatkę schodową i po chwili wahania spytała: "Czy pan myśli, że
pozwolą nam pisać tak, jak pisaliśmy dawniej?". Coś bąknąłem niewyraźnie
i speszony, oszołomiony pognałem schodami w dół31.
W 2006 roku Kapuściński opowiedział Wojciechowi Kassowi następującą
scenę:
Pamiętam, że jak przychodziłem do Staffa, który mieszkał niedaleko
Nowego Światu, na Ordynackiej, dostępu do niego broniła żona, a on był
takim drobnym staruszkiem. Najpierw w drzwiach pojawiała się ona, a za
nią z tyłu niewielki Staff. Pan Leopold brał mnie za rękę, przeprowadzał
pod ramieniem żony do swojego pokoiku, którego okna wychodziły na
Ordynacką i zaraz pytał, o co chodzi. Byłem bardzo speszony, młodziutki
i coś tam tłumaczyłem, że właśnie zaczyna się Kongres Pokoju i w związku
z tym proszę o wypowiedź. Wtedy poeta mówił, abym szybko coś napisał, a on podpisze. Więc naprędce szkicowałem kilka zdań, że wszyscy jesteśmy
za pokojem i tym podobne, pan Leopold podpisywał, a ja zadowolony rzecz
niosłem do Woroszylskiego, do redakcji na Szucha. Drukowało się to na
pierwszej stronie32.
W obydwu tych przekazach brak właściwie komentarza odautorskiego do
wydarzeń, ale pamięć - zapewne nieprzypadkowo - przechowała obrazki w szczegółach swych nader charakterystyczne i dające wgląd w relacje
między "starymi" a "młodymi" literatami w epoce stalinizmu. Relacje
oparte na rezerwie, wręcz lęku przedwojennych twórców (nawet jeśli
zgłosili akces do nowej rzeczywistości) przed pokoleniem
"prawomyślnych", zaślepionych żółtodziobów pisarskich, słynnych
"pryszczatych". W czasach, kiedy jedno niewłaściwe słowo mogło
sprowadzić niełaskę, odebrać możliwość publikowania (czyli też źródło
utrzymania), a nawet - wolność, bezpieczniej było nie zadzierać z młodą
gwardią. Z pewnością dlatego także - nie tylko z powodu zapracowania -
Staff wolał, żeby nastolatek w czerwonym krawacie napisał za niego
"coś", "że wszyscy jesteśmy za pokojem i tym podobne". Starsi twórcy,
porozstawiani po kątach przez młodzież literacką pod wodzą
Woroszylskiego i Borowskiego na zjeździe w Nieborowie w 1948 roku,
wiedzieli już, kto dzierży faktyczną władzę w kulturze. Dlatego
67-letnia Nałkowska zadaje młodszemu od niej o pół wieku chłopcu z młodzieżowej gazety to dziwne, na pozór nie na miejscu, pytanie: "Czy
pan myśli, że pozwolą nam pisać tak, jak pisaliśmy dawniej?". I właśnie
owo dziwaczne pytanie wprawia młodzieńca w zakłopotanie, którego
przyczyn być może on sam do końca nie rozumie. Ale tamten wstyd - i pamięć tamtego wstydu - są najistotniejszym punktem owego wspomnienia.
Drugie dno rzeczywistości musiało się Kapuścińskiemu choćby niejasno
ukazywać także w błysku takich momentów, jak ten, który przywołuje
Jarosław Mikołajewski z opowieści swego przyjaciela: "Chodziłem z Woroszylskim do Broniewskiego, on siadał na wersalce z butelką wódki,
pił, w końcu się kładł i kazał nam turlać się przed sobą na
dywanie"33. Albo w samobójstwie Tadeusza Borowskiego, u którego
Ryszard był kilka dni wcześniej po felieton dla "Sztandaru Młodych". Ta
nagła śmierć 2 lipca 1951 roku wstrząsnęła środowiskiem i literatów, i dziennikarzy. "Rozmawialiśmy o tym z Witkiem Woroszylskim - mówił mi
Marian Turski, późniejszy kolega redakcyjny Kapuścińskiego - właściwie
półsłówkami, szybko przerwaliśmy. Bo historia ta była... bolesna
strasznie. Pamiętam, że Witek rzucił wtedy myśl: "Czy on się nie
wypalił?". I nie było to dla nas pytanie nielogiczne: "Czy on się nie
wypalił w swoich neofickich poglądach?"". A Mirosław Ikonowicz, od lat
pięćdziesiątych dziennikarz PAP, tłumaczył mi: "Wiedzieliśmy, co się
stało. Pewnie, że nie na sto procent. Ale zwłaszcza ci, co z nim
wcześniej wódkę pili, przypuszczali, jak było. Miałem takich przyjaciół.
W środowisku takie rzeczy się rozchodzą". Kapuściński, opowiadając
autorkom książki Lawina i kamienie o swej ostatniej wizycie u Tadeusza
Borowskiego, podkreślił, że nigdy by mu do głowy nie przyszło, iż
człowiek ten może się targnąć na swoje życie34.
A jednak w jego bezwzględnej ocenie "bardzo złych" wierszy młodości,
oprócz oczywistego odniesienia do jakości tekstów, prawdopodobnie wyraża
się również - w sposób zawoalowany - osąd tamtej epoki i poniekąd siebie
samego z tamtych czasów. Osąd przeprowadzony na podobnej zasadzie jak tu
(choć nieco innej treści):
Borges o złych książkach, które pisał w młodości: "Dzisiaj nie czuję się
już winny owego braku umiaru: książki te pisał ktoś inny". I dalej: "Nie
czuję żadnej więzi z zarozumiałym i nieco dogmatycznym młodzieńcem,
jakim kiedyś byłem"35.
Nasuwa się pytanie, dlaczego Kapuściński porzucił świetnie zapowiadającą
się karierę poetycką. Odpowiedź chyba niecałkowicie zawiera się w stwierdzeniu: odkrył w sobie naturę reportera. W tamtym czasie, w początkach lat pięćdziesiątych, tak wiele jeszcze "odkryć" nie mógł,
chodził w glorii poety i coraz mocniej zakorzeniał się w środowisku
literatów raczej niż dziennikarzy, chociaż wierszy pisywał doprawdy
niewiele.
Pierwsza faza poetycka Kapuścińskiego trwała mniej więcej do lata 1951
roku. W tym czasie, licząc od debiutu w sierpniu 1949 roku, tekstów w druku ukazała się garstka. Udało mi się odnaleźć dziewięć pojedynczych
wierszy, trzy fragmenty Poematu o Nowej Hucie oraz poemat Droga
prowadzi naprzód, składający się z czterech utworów. Od wiosny 1950
roku Kapuściński pisze już same teksty "słuszne". Sławią one załogę
parowozu z Bydgoszczy, ZMP-owców - młodych traktorzystów albo
budowniczych Nowej Huty, opiewają Kongres Pokoju. W niektórych trafiają
się nośne metafory. To chyba wszystko, co można o nich powiedzieć.
W trakcie studiów opublikuje, prócz tłumaczenia liryku Jewgienija
Jewtuszenki, bodaj tylko dwa wiersze - jeden w kwietniu 1953 roku
(Zaciągu pionierskiego ochotnicy - o górnikach), a drugi, zatytułowany
Brzoza, we wrześniu 1954 roku. Ów, jak się wydaje, ostatni młodzieńczy
utwór poetycki domyka cykl juweniliów Kapuścińskiego, zwiastując odwilż
w myśleniu młodego autora. Wiersz o drzewie, które przetrwało wojenną
zagładę starego świata i zostało przez (niedookreślonych) budowniczych
nowego wkorzenione w odtworzoną rzeczywistość, odchodzi od treściowej
nachalności socrealizmu. Kapuściński próbuje oczyszczać język, szuka
nowego głosu. Potem milknie jako poeta na kilkadziesiąt lat.
Można powiedzieć, że oczekiwania, jakie żywiono względem młodego autora,
były zdecydowanie niewspółmierne do jego płodności lirycznej. Bardzo
szybko, bo już po dwóch, trzech miesiącach pracy w "Sztandarze", zaczął
pisywać teksty publicystyczne - najpierw recenzje książek, potem
sprawozdania reporterskie. Równie dynamicznie jak wcześniej stał się
poetą, tak teraz podjął zadania dziennikarza. Owo porzucenie poezji dla
dziennikarstwa jest znaczące i zarazem niejednoznaczne, a w tamtym
czasie musiało zastanawiać, czego ślady znajdziemy we wspomnieniu
Jarosława Abramowa-Newerlego: "Później dziwiło mnie, i to, jak pamiętam,
przez długi jeszcze czas, że Kapuściński jako ten zapowiadający się
dobrze, z sukcesem, poeta z pokolenia pryszczatych, odszedł całkowicie
od poezji [...], tylko zaczął uprawiać dziennikarkę, głównie reportaż i stał się naszym korespondentem zagranicznym"36.
Dlaczego więc? Żona i córka podały mi przyczynę najbardziej praktyczną:
pieniądze. Kapuściński musiał zarabiać na rodzinę. Alicję poślubił w roku 1952, a rok później przyszła na świat Zofia, nazywana Zojką, dziś
artystka multimedialna wystawiająca pod pseudonimem Rene Maisner. To
niewykluczone, ale splot powodów wydaje się jednak gęstszy. Być może sam
Kapuściński czuł się w roli poety nieswojo, rozumiejąc w przebłyskach
dwuznaczność swego szybkiego awansu. Może prędko uświadomił sobie
niezadowalającą jakość własnej twórczości (w tej zaś kwestii przykładał
do tekstów surową miarę, żądając od nich doskonałości). Może wreszcie,
jak twierdził po latach, nie mógł się w tej formie wyrazić. Albo też
jako zaangażowany aktywista ZMP-owski chciał podjąć się innej jeszcze
misji społecznej niż tylko służba artysty - lub też został do jej
podjęcia popchnięty. I oczywiście - last but not least - odkrył w sobie pociąg do przygody oraz "naturę reportera".
Mimo tej dezercji magia wtajemniczenia artystycznego działała silnie.
Kapuściński był całe życie wierny przyjaźniom z literatami i zawsze
skłonny nawiązywać nowe znajomości twórcze - czy byli to Krzysztof
Karasek, Jarosław Mikołajewski albo Julia Hartwig, czy też Salman
Rushdie, Claudio Magris albo Hans Magnus Enzensberger. Choć odcinał się
zdecydowanie od młodzieńczych wierszy, pozostał do końca zadowolony z formuły swego pisarskiego początku. W 2006 roku wspominał:
Los zetknął mnie z wielkimi postaciami polskiej literatury, ale to
przecież nie były stosunki partnerskie. Oni mówili, ja słuchałem z wielkim przejęciem, speszony i, że tak powiem, skrępowany ich formatem.
Niemniej jednak ta znajomość od razu pozwalała mi zetknąć się ze
środowiskiem, z samym jego centrum, z Parnasem. Tak, to był Parnas -
najwięksi w prozie i poezji37.
Zawsze - jak się wydaje - chciał na Parnas trafić.
* * *
Czy zdołałby zaistnieć jako liczący się poeta w innych warunkach
społeczno-politycznych? A jeśli tak, to czy zyskawszy autentyczne
uznanie środowiska literackiego, porzuciłby poezję dla reportażu?
* * *
Próbę bezpośredniego - poprzez lirykę - powrotu na Parnas podjął Ryszard
Kapuściński po raz pierwszy dopiero w 1986 roku, publikując tom Notes,
po raz drugi zaś na rok przed śmiercią - zbiorkiem Prawa natury. Całe
życie jednak pozostał wiernym czytelnikiem i, jak to kiedyś nazwał,
"fanatykiem" poezji. "Bez poezji - mówił - nie byłoby literatury, bez
literatury nie ma kultury, bez kultury - społeczeństwa". Niestety,
"poezja - dodawał jeszcze - to muza, która zwykle wcześnie opuszcza
człowieka"38.
Rozdział 2
Publicystyka. W słusznej sprawie
Kto kogo opuścił - czy poezja Kapuścińskiego, czy Kapuściński poezję -
nie zostało do końca wyjaśnione. Jednak rzeczywiście mniej więcej od
lata 1950 roku niedoszły literat rzucił się w wir dziennikarskich zadań
w reżimowym dzienniku, jakim podówczas był "Sztandar Młodych".
Zdecydowaną większość wytworów jego pióra zaczęły stanowić teksty
publicystyczne. Początkowo były to głównie notki o poezji i prozie, z czasem nieco obszerniejsze recenzje książek, głównie w ramach rubryki
porad Co czytać? Do lipca 1951 roku - przez pierwszy rok pracy w redakcji (i jednocześnie pierwszy rok studiów na Uniwersytecie
Warszawskim, na wydziale filologii polskiej, jak przystało na ciągle
jeszcze literata) - powstaje przynajmniej osiemnaście tekstów
recenzenckich i osiem pierwszych "reportaży", a raczej, nazwijmy to,
relacji z wydarzeń lub wyjazdów służbowych, relacji pisanych
samodzielnie lub "kolektywnie".
W sierpniu 1951 roku miało miejsce duże wydarzenie - wyjazd do
komunistycznego wschodniego Berlina na festiwal młodzieżowy, a dokładniej: na III Zlot Młodych Bojowników o Pokój. Kapuściński wraz ze
Stefanem Skrobiszewskim ruszają w podróż jako korespondenci "Sztandaru
Młodych". Dziewiętnastoletni Ryszard jest pierwszy raz za granicą.
Między sierpniem a wrześniem nadsyła do redakcji dziesięć tekstów
podpisanych własnym nazwiskiem bądź wspólnie ze Skrobiszewskim (ostatni,
dziesiąty, ukazuje się po przerwie - w listopadzie).
Jesienią Kapuściński rezygnuje z polonistyki i, formalnie, z pracy w "Sztandarze", stwierdziwszy w sposób doświadczalny, iż nie da się
trzymać dwu srok za ogon. Karierę akademicką zaczyna niejako jeszcze raz
i w nieco inny sposób, bardziej zbieżny z nowymi zainteresowaniami i bardziej pożyteczny dla fachu dziennikarza, jaki będzie w przyszłości
wykonywał. Rozpoczyna studia na wydziale historii i głównie studiowaniu
będzie poświęcał czas oraz siły przez najbliższe cztery lata. W tym
okresie Kapuściński nie zrywa całkowicie kontaktu z redakcją
"Sztandaru", niemniej publikuje bardzo rzadko, głównie w czasie przerw
wakacyjnych.
Na pierwszym roku studiów oddaje do druku (oprócz zaległej
korespondencji z Niemiec) dwa teksty - recenzję książkową i artykuł
publicystyczny, latem 1952 roku - cztery (w tym jedno tłumaczenie
wiersza), na drugim roku - również cztery (w tym jeden wiersz),
natomiast latem 1953 roku nie napisze nic, podobnie na trzecim roku. Pod
koniec wakacji przed ostatnim rokiem studiów powraca na łamy
"Sztandaru". We wrześniu 1954 roku publikuje trzy reportaże i jeden
wiersz, a na czwartym roku aż dwanaście tekstów: reportaży,
korespondencji bądź artykułów publicystycznych. Latem 1955 roku, po
ukończeniu studiów, Kapuściński wraca do redakcji. Ostatnie lata
spędzone w "Sztandarze" (do 1957 roku) pokazują go już wyłącznie jako
dziennikarza, a dokładniej - reportera i publicystę, w którego
przedzierzgnął się młodziutki Ryszard, zrzuciwszy ostatecznie skórę
obiecującego poety.
Czy to oznacza, że wziął równocześnie jako autor czasowy rozbrat z literaturą? Oficjalnie tak - i z całą pewnością zniknął z pola widzenia
krytyków literackich oraz literatów jako potencjalny talent. Pojawił się
natomiast w polu widzenia środowiska dziennikarskiego, znów w roli
zdolnego i obiecującego - tym razem żurnalisty, w dodatku wciąż jeszcze
spowitego poetycką mgiełką. Jednym słowem, nastąpiło przejęcie, tym
cenniejsze dla dziennikarzy, że dotyczyło postaci zauważonej wcześniej
przez literatów. Migracje takie miały z reguły charakter odwrotny:
przejścia od prasowego rzemiosła do sztuki słowa - literatury tout
court, jak w przypadku Marka Hłaski, Sławomira Mrożka czy Andrzeja
Bursy, i przez środowisko artystów pióra nie były specjalnie fetowane.
Owszem, zdarzały się ówcześnie chwilowe, niekonsekwentne próby akcesu
pisarzy do działalności quasi-reporterskiej - przykładem może być Przy
budowie Tadeusza Konwickiego - jednak należy uznać je za skutek
socrealistycznego zamroczenia, zwłaszcza że sami twórcy szybko uznawali
owe dzieła za artystyczną porażkę.
Kapuściński pokonał zatem drogę w przeciwną stronę, niejako pod prąd
naturalnego wówczas kierunku awansu pisarskiego, by już - oficjalnie -
nie wrócić. Oczywiście nie był jedynym, który porzucił pisanie wierszy
dla reportażu. Podobną drogę przeszedł choćby Jerzy Lovell w Krakowie,
który zanim został cenionym reporterem, publikował w drugiej połowie lat
czterdziestych poezje w prasie literackiej. Jednakże przemiana autora
Różowych jabłek była chyba bardziej spektakularna, a także, jak się
zdaje, widoczniejsza, również dlatego, że odbyła się w warunkach
warszawskich.
Przejście to nosiło w tamtych czasach znamiona potwierdzenia wyboru
światopoglądowego, właśnie z powodu zawłaszczenia reportażu przez
komunistów na potrzeby propagandy - jako forpoczty nowej sztuki
opiewającej nową rzeczywistość. Wszystko bowiem, co niósł reżim, było
nowe i wspaniałe, a już najwspanialsze, jeśli zostało uczynione na wzór
sowiecki. I jeszcze, jak piszą Beata Nowacka i Zygmunt Ziątek,
biografowie reportera: "liczył się pewien wzór kulturowy: poety, co to
"nadeptuje gardło swej pieśni", a talent oddaje w służbę Sprawy, Idei,
która wymaga akurat walki artykułem publicystycznym, reportażem, słowem
gazetowym..."39.
Jak sam Kapuściński mógł odczuwać owo porzucenie sztuki literackiej?
Najwcześniejsze teksty ze "Sztandaru" dowodzą, że z wielkim zapałem i zaangażowaniem wcielił się w nową rolę młodzieżowego interwenta i trybuna, zapominając o swych wcześniejszych ambicjach. Jako recenzentowi
podobają mu się książki nie tyle dobre, co prawomyślne: na przykład
Notatnik warszawski Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, Ludzie
czerwonej Woli Moniki Warneńskiej czy W kraju, gdzie jutro jest już
dniem wczorajszym - tom pochwalnych reportaży z ZSRR czechosłowackiego
komunisty Juliusa Fučíka. Ale także: Wiersze zebrane Władysława
Broniewskiego, tu w odsłonie "największego polskiego poety rewolucyjnego
naszej epoki"40.
Jako autor relacji "z terenu" stawia przede wszystkim na entuzjazm i patos (w opisach "szlachetnego współzawodnictwa" młodych budowniczych
socjalizmu) oraz surowość i pryncypialność (w krytyce niedociągnięć i błędów lokalnych kadr kierowniczych ZMP). Jego język ("wróg klasowy",
"więzienie faszystowskie", "kapitalistyczno-obszarniczy wyzysk", "wroga
działalność sabotażystów i bumelantów") i wykorzystywana retoryka ("350
traktorów miesięcznie. Tyle się produkuje. To znaczy, że wszystko jest
dobrze? Nie. Nie wszystko. Dlaczego? Dlatego, że można produkować
więcej" 41) tracą cechy jakiejkolwiek indywidualności, stają się
całkowicie służebne względem ideologii. Talent zostaje zmiażdżony. To
swoisty nów jego sztuki i jego światopoglądu, moment zero.
A jednak to właśnie w latach terminowania w "Sztandarze Młodych" (i jednocześnie latach studenckich), a więc między rokiem 1950 a 1957,
dokona się metamorfoza Kapuścińskiego, zadzierzgną się wszystkie
najważniejsze wątki jego późniejszej działalności - twórczej czy wręcz
artystycznej oraz, by tak rzec, "misyjnej". Może nie wszystko w tamtym
czasie odbędzie się ze stuprocentową samoświadomością, ale wszystko
będzie miało zasadnicze konsekwencje w kolejnych dziesięcioleciach.
Dojrzewanie artystyczne pisarza jest - zwłaszcza w latach
"sztandarowych" - wyraźnie skorelowane z dojrzewaniem intelektualnym i etycznym.
* * *
Jeden punkt na mapie Polski był szczególnie znaczący w historii
literatury epoki stalinowskiej i początku odwilży. Ważny dla
dziennikarstwa, a także dla samego Kapuścińskiego.
Siedemdziesięcioletnia dziś Nowa Huta powstała tuż po drugiej wojnie
światowej jako wytwór ustroju importowanego z imperium sowieckiego.
Miała być perłą socjalizmu, nowym miastem nowych ludzi. I jednocześnie
karą dla sąsiadującego z nią starego miasta starych ludzi - niepokornego
Krakowa, który w referendum 1946 i wyborach 1947 roku mówił komunistom
"nie". Tak twierdzą jedni. Inni podkreślają, że kraj wyniszczony pożogą
wojenną potrzebował maszyn, pojazdów - potrzebował stali. Gospodarka nie
mogła się obejść bez przemysłu, a ludzie bez pracy. Tych pierwszych (od
kary) z tymi drugimi (od profesjonalizmu) chcą pogodzić wyznawcy teorii
mieszanej, głoszący, że pierwsze były powody pragmatyczne, bardzo szybko
jednak nastąpiła ich ideologizacja.
Politycy, w których głowach pojawiła się wizja huty produkującej pół
miliona ton stali rocznie, huty, jakiej nie było w Polsce przed wojną,
najpierw skłaniali się ku patronatowi amerykańskiemu. Kombinat,
zbudowany dzięki licencji i dostawom wprost z Chicago, miał dawać co
roku polskiemu przemysłowi nie pół miliona, a milion ton surowca. Zmiana
kursu politycznego i obranie azymutu na wschód unieważniły te plany.
Polski przemysł wpadł w szpony radzieckiego sojusznika. Stawkę podbił
Stalin, entuzjasta hutnictwa i "inżynier naszych marzeń", osobiście
decydując, że Polsce potrzebny jest zakład zdolny wytworzyć półtora
miliona ton stali. Więcej niż wszystkie huty Drugiej Rzeczpospolitej
razem wzięte.
Rozważano jedenaście lokalizacji huty giganta: w rankingu długo
przodowały Gliwice, wyprzedzając między innymi Zator, Jarosław i Tarnobrzeg. Ostatecznie mocą decyzji radzieckich inżynierów zwyciężyła
podkrakowska wieś Mogiła. Zakład powstawał według przysłanych z ZSRR
planów i projektów. Znajdował się pod pełną kontrolą radziecką.
A miasto? Rosło w odmienny sposób. Nowa Huta rodziła się na deskach
kreślarskich zespołu polskich architektów pod kierownictwem Tadeusza
Ptaszyckiego. Miała być wzorowana na diamencie urbanistyki
socrealistycznej - Magnitogorsku. Pierwsze bloki powstały jednak bez
ogólnych planów urbanistycznych, na podstawie przedwojennych projektów
architekta Franciszka Adamskiego. Plan generalny, oficjalnie tworzony
według wytycznych polityków, w istocie wykorzystywał neighbourhood unit
concept - amerykańską koncepcję jednostki sąsiedzkiej z lat
dwudziestych XX wieku, stanowiącą urbanistyczny fundament regionu Nowy
Jork. W ten sposób zgniły imperializm wdarł się podstępem na plac budowy
sztandarowej inwestycji planu sześcioletniego.
Kto budował Nową Hutę? Według chłopów z podkrakowskich wsi, którym żyzne
ziemie odebrano za bezcen, komunistyczne władze uparły się na chłopskiej
krzywdzie stawiać "miasto bez Boga" rękami "służalców i najemników",
"czerwonych antykrystów" tudzież "zetempowskiej szarańczy". Owymi
służalcami i "antykrystami" byli - oprócz młodzieży ze "Służby Polsce",
do której przynależność była w tamtych latach obowiązkowa, oraz
ochotniczych brygad ZMP-owskich - najczęściej tacy sami synowie chłopscy
jak ci pleszowscy czy bieńczyccy, tylko "z dalsza": spod Bochni,
Brzeska, Kielc, spod Myślenic i Tarnowa, a nawet Białegostoku. Czasem
pojawiali się wśród nich przesiedleni Kresowiacy, którym się nie
powiodło na Ziemiach Odzyskanych. W większości byli to bardzo młodzi
mężczyźni, oprócz nich było trochę kobiet. Przyjechało wielu
półanalfabetów i analfabetów szukających ucieczki z ubóstwa i przeludnienia galicyjskich czy podhalańskich wsi. Pewnego dnia usłyszeli
coś od sąsiadów o wielkiej budowie pod Krakowem albo zobaczyli jeden z niezliczonych plakatów "Buduj z nami Nową Hutę" i ruszyli w drogę.
Wyrywali się spod kurateli rodziców wbrew ich woli. Wieś, mocno osadzona
w tradycji katolickiej, nie chciała przykładać ręki do bezbożnej budowy,
ale głód i brak perspektyw gnały młodzież, mimo gniewu ojców, pod
Kraków.
Zwabieni mirażem dobrze płatnej pracy, mieszkania i szybkiego awansu,
przyjeżdżali i dosłownie wpadali po kostki w błoto. Zimą łopata pękała
przy wbijaniu w zmrożoną ziemię, wiosną gumiaki grzęzły w gliniastej
mazi, latem oczy łzawiły od lessowego pyłu, a na pryczach w namiotach i barakach roiło się od pluskiew i wszy. Często nie było gdzie się umyć,
wyprać ubrania, brakowało latryn albo okazywały się przepełnione.
Panoszyły się choroby zakaźne, w tym gruźlica. Popołudniami i wieczorami
doskwierała nuda, na którą pomagała jedynie wódka. Czasem trafiała się
dziewczyna - chętna albo zachęcona do zabawy. Często wywalczona od
innych konkurentów pięścią lub - zdarzało się - nożem. W milicyjnych
raportach z 1955 roku pojawiają się szacunkowe dane o zagrożeniu "ukrytą
prostytucją i półprostytucją", obejmującym 10% nowohuckich
kobiet42. Życie pierwszych budowniczych Nowej Huty przypominało
wielki całoroczny obóz młodzieżowy bez regulaminu i nadzoru dorosłych.
Wielu młodych wracało do rodzinnych wsi lub szło dalej w Polskę w poszukiwaniu lepszego losu. Wymiana kadr pracujących w pierwszym okresie
budowy wynosiła w skali roku nawet 78%. W 1952 roku co miesiąc
odchodziło około tysiąca robotników, czyli niemal 10% zatrudnionych.
To wszystko rzeczywiście działo się w pierwszych kilku latach
powstawania miasta.
Jednocześnie niemal od początku obrazem Nowej Huty zawładnęła oficjalna
propaganda. Na gigantyczny plac budowy nieustannie docierali twórcy:
filmowcy, dziennikarze, pisarze czy poeci, by już to odczytywać rzekomo
spragnionym "uświadomionej" kultury robotnikom swe socrealistyczne
utwory, już to szukać tematów do przyszłych dzieł. Tu zdobywali
doświadczenie ludzi pracy, mieli szansę dotknąć rzeczywistości, którą
należało potem opiewać. Tu mogli też nawiązać twórcze znajomości.
Kreowali radosny i jasny obraz Nowej Huty, pełen zdrowych,
zdyscyplinowanych, zdolnych do poświęceń i kipiących mocą młodych
budowniczych świata dopiero wyłaniającego się z chaosu, ale
błyskawicznie porządkowanego. Rosnącego w niebo jak wieża Babel sprzed
pomieszania języków. Owych herosów budownictwa miały cechować wigor i obowiązkowość, wysoka moralność i zapał.
Również młodziutki Kapuściński bywał w Nowej Hucie już w początkach lat
pięćdziesiątych - jako obiecujący poeta i terminujący dziennikarz
"Sztandaru Młodych". Nie przypadkiem właśnie tam poznał Mariana
Brandysa. Pierwsze spotkanie wspominał tak:
Wiosną 1951 roku pojechaliśmy z Wiktorem Woroszylskim do Nowej Huty.
Woroszylski miał tam czytać swoje wiersze, ja byłem towarzyszącym mu
początkującym czeladnikiem dziennikarskim. Ściśle biorąc, Nowa Huta
jeszcze nie istniała. Za Krakowem rozciągały się kilometry rozkopanej
ziemi, przeraźliwego, przepastnego błota, w którym tonęli ludzie i maszyny. Nie było gdzie spać, nie było co jeść, przede wszystkim nie
było gdzie się ukryć przed zimnym deszczem i lodowatym wiatrem - miasto
istniało tylko na planach, bez ulic, bez ścian ani dachów. Po kilku
godzinach taplaniny w grząskim, oślizgłym bagnie nowohuckiego piekła z odrętwienia i rezygnacji wyrwał nas nagle radosny okrzyk: Wiktor!
Naprzeciw nas stał w zabłoconej, mokrej kurtce młody, uśmiechnięty
mężczyzna z szeroko otwartymi ramionami.
Był to Marian Brandys.
Brandys - reporter, który tu był już od dawna i codziennie przemierzał
kilometry bezdroży, zbierając materiał do swojej nowej książki,
wielkiego reportażu-fresku Początek opowieści. Dwie rzeczy
zapamiętałem z tego spotkania. Pogodny, ciepły uśmiech na śniadej,
wyrazistej twarzy Brandysa oraz zapał, z jakim opowiadał, co się tu
dzieje. Wszystko, co go otaczało, było dla niego rzeczywistością, którą
chciał poznać, zrozumieć i opisać. Wszystkim był przejęty43.
To wspomnienie po latach, naznaczone już innym nastawieniem do
nowohuckich początków, utrwala jednak ówczesny autentyczny entuzjazm
Brandysa dla wielkiego dzieła budowy miasta. Brandys nie stanowił w tamtym czasie wyjątku, zapał był powszechny, nic więc dziwnego, że uległ
mu także nastoletni jeszcze Kapuściński. W wierszu opublikowanym
jesienią 1950 roku pisał:
Niebo
zastygło w cemencie gwiazd.
Nad ziemią
noc się wznosi jak podniesiony dźwig.
Tutaj
już mury krzepną.
Tutaj
powstanie miasto.
A obok jest jeszcze pustka.
Ale w pustkę -
nie wierzy nikt44.
Zaczynało się więc wspaniale. W pierwszych kadrach dokumentu Andrzeja
Munka Kierunek - Nowa Huta! (1951, scenariusz Artur Międzyrzecki)
obezwładniająca nędza i beznadzieja starego wiejskiego świata zostaje
zastąpiona obrazami naprężonych ramion i roześmianych twarzy młodych
junaków, z werwą budujących świetlaną przyszłość, którą wypełniają
szerokie czyste ulice, przestronne i jasne mieszkania, wzorcowe szkoły i przedszkola, a także przez wizję kombinatu, który stanie się fundamentem
nowoczesnego polskiego przemysłu. Jeśli pojawiają się problemy, są one
szybko rozwiązywane przez oddanych sprawie, mądrych towarzyszy, jak na
kartach prekursorskiego produkcyjniaka Tadeusza Konwickiego Przy
budowie (1950), gdzie pełen wiary i pasji Paweł Czajkowski z partyjnej
centrali, porzuciwszy dla sprawy młodą żonę, jedzie "na robotę" w nowohucki teren. Tam poskramia wroga klasowego, uświadamia
nieuświadomionych i doprowadza do terminowego "wykonu" - uruchomienia
odcinka linii kolejowej.
Wszystkie te wątki (awans społeczny klasy dotychczas uciskanej i pogrążonej w nędzy, budowa nowego, szczęśliwego świata, szlachetne
współzawodnictwo, tropienie wrogów klasowych i przezwyciężanie
trudności) pojawiają się w rozmaitych wariantach w następnych tekstach
tego rodzaju, choćby we wspomnianym Początku opowieści Mariana
Brandysa (1951), poemacie Woroszylskiego Świt nad Nową Hutą (lipiec
1950) czy - z innej bajki - w reportażach Janusza Roszki Pionierska
"szturmowa" (1953) o pierwszej brygadzie ZMP w Nowej Hucie albo
Krzysztofa Kąkolewskiego Marzenie o stali (1953) o karierze młodego
hutnika, syna wiejskich nędzarzy.
W tym chórze odzywa się także głos młodziutkiego wysłannika "Sztandaru
Młodych", który swój pierwszy w życiu tekst o charakterze relacji
reporterskiej (napisany wraz z Zygmuntem Kortą, a opublikowany w sierpniu 1950 roku) poświęcił wyborom zarządu ZMP właśnie w Nowej Hucie.
Relacja, pełna żarliwości i patosu, doprawiona nieodzowną szczyptą
krytyki błędów "do przezwyciężenia", została napisana w stylu absolutnie
bezosobowym, bez indywidualizacji języka czy myśli. Dwóch autorów
piszących wspólnie - ale bez własnej woli, bez własnych oczu czy uszu.
Bez kontaktu z rzeczywistością. Autorów schowanych za ścianą klisz
percepcyjnych, piszących o "nowym stylu pracy" przodowników i "szlachetnym współzawodnictwie" (tu dane liczbowe o przekroczeniu norm
pracy o 200, 400, a nawet 500%), o powstawaniu Nowej Huty "dla dobra i szczęścia mas pracujących Polski Ludowej, dla umocnienia sił obozu
pokoju i postępu". "Bez przerwy - relacjonują wysłannicy "Sztandaru" -
skandowane są słowa: Nowa Huta - Pokój - Stalin - Bierut - ZMP" 45.
Można by rzec, iż reporterskie początki Kapuścińskiego okazały się
zdecydowanie mniej fortunne niż początki poetyckie. Nie było żadnej
oryginalnej rozbiegówki, żadnej próby samodzielności - od razu
propagandowy schemat, od razu nów.
Do tematu Nowej Huty początkujący dziennikarz powróci tydzień później
samodzielnym tekstem zatytułowanym Więcej rozmachu w pracy
kulturalno-oświatowej w Nowej Hucie. Będzie ostro krytykował ową
niedostateczną "pracę" i wskazywał palcem: "winę tutaj ponosi
kierownictwo ZMP i "SP" ["Służba Polsce" - przyp. K.S.]" 46. Z młodzieńczą dezynwolturą napiętnuje niewystarczającą troskę o działania
wychowawcze prowadzone wśród robotników, a przecież "młodzieży w Nowej
Hucie należy zapewnić dobrą politycznie i artystycznie rozrywkę"
47. Tonem nieznoszącym sprzeciwu nakaże: ""Film Polski" musi
zwiększyć ilość kin objazdowych" 48. Zaiste, jak ujmują to
biografowie Kapuścińskiego:
Jako potencjalny walczący publicysta miał zdecydowaną i ciężką rękę.
Posługiwał się wyrazistą argumentacją, z żelazną logiką przeprowadzał
wywód domagający się pilnych działań praktycznych. Na szczęście był zbyt
młody, żeby mieć wpływ na jakiekolwiek praktyczne działania i rzeczywiście zaszkodzić komuś albo sobie samemu49.
Wpływ - zapewne ograniczony - mógł jednak mieć. Dowodzi tego odzew, jaki
wywołał jego artykuł Młodzieży Wrocławia należy się dobry teatr.
Kapuściński krytykował w nim ostro "błędny ideologicznie",
"anachroniczny" i "nie najsłuszniejszy" repertuar teatralny, na który
składały się: piętnująca rasizm amerykańska sztuka Głęboko sięgają
korzenie, Pan Damazy Józefa Blizińskiego czy spektakl słowno-muzyczny
łączący utwory Chopina z wierszami "R. Horodyńskiego" (chodziło o Jerzego Horodyńskiego) - wszystkie teksty "złe albo nie młodzieżowe"
50. Jedynie sztuka Siergieja Michałkowa Ja chcę do domu
okazała się godna pochwały. (Paradoksalnie z tego artykułu wyłania się
obraz Teatru Młodego Widza całkiem jak na owe czasy przyzwoity). "W przedstawieniach - grzmiał młody autor - występuje duża ilość starszych
aktorów o złym stosunku do pracy w teatrze młodzieżowym",
reprezentujących "zły poziom gry". W związku z powyższym należałoby
"inaczej obsadzić stanowisko kierownika literackiego teatru" (tu
nazwisko), a "zły" zespół "zmienić"51.
Mniej więcej miesiąc później "w związku" z artykułem zorganizowano pod
auspicjami Zarządu Wojewódzkiego ZMP publiczną dyskusję w sali teatru,
na którą przybyli robotnicy - przodownicy pracy oraz młodzież szkolna i uniwersytecka. Niemal wszyscy dyskutanci powtarzali sądy tekstu ze
"Sztandaru" - w słowach jeszcze ostrzejszych domagając się zmiany
repertuaru i wystawienia ówczesnych radzieckich przebojów literackich:
Matki Maksima Gorkiego oraz Młodej Gwardii Aleksandra Fadiejewa, czy
żądając "odmłodzenia" zespołu przez "wciąganie do pracy młodych amatorów
z fabrycznych i szkolnych zespołów świetlicowych"52.
Jedyny głos krytyczny, iż "sztuki nie można włożyć łopatą do głowy", a młodzież chce się "śmiać dla samego śmiechu", został określony jako
"wystąpienie fałszywe i wrogie w swojej ostatecznej wymowie"53.
Jakie konkretne skutki miała prawdopodobnie owa dyskusja dla aktorów i kierownika literackiego wrocławskiego teatru? W kolejnym sezonie,
1951/1952, nazwisko kierownika znika z listy pracowników. W repertuarze
nie pojawia się jednak Maksim Gorki (ale kolejna sztuka Michałkowa -
owszem), za to udaje się przemycić Pinokia Carla Collodiego.
Niestety, prawdopodobnie w taki sposób Kapuściński uczy się po raz
pierwszy, że słowo może wpływać na rzeczywistość. Wkrótce nauczy się
też, że za słowo oraz wywołane przez nie zmiany trzeba brać osobistą
odpowiedzialność i będzie to lekcja dlań przełomowa.
W początkach swej działalności pisarskiej Kapuściński poświęcił Nowej
Hucie wspomniane dwa teksty publicystyczne i trzy wiersze. Złożyły się
one na Poemat o Nowej Hucie - sławiący młodych budowniczych i nabrzmiały podziwem dla miasta, które "wyrosło szybciej od żyta", aby
"błyskiem i mocą stali potężniał socjalizmu ogrom"54. Wszystkie
owe publikacje zamknęły się w granicach roku 1950. W następnych latach
Huta będzie niekiedy wzmiankowana. Przypomni się Kapuścińskiemu i Skrobiszewskiemu jako autorom relacji z wizyty w "największym kombinacie
metalurgicznym NRD" w Fürstenbergu i otaczającym go osiedlu-mieście
robotniczym (druk: listopad 1951) albo kiedy Kapuściński będzie
reklamował teksty pożyteczne dla aktywistów ZMP-owskich, zalecając do
wykorzystania w szkoleniach Przy budowie Konwickiego, Początek
opowieści Brandysa czy Świt nad Nową Hutą Woroszylskiego (luty
1952)55.
Jesienią 1951 roku Ryszard rozpoczyna studia na wydziale historii. Pisze
coraz mniej, w końcu na kilkanaście miesięcy milknie. Być może dlatego,
że, jak twierdził, ówczesna ZMP-owska dyscyplina studiów nie pozwalała
na łączenie nauki i pracy. Kilka lat przed śmiercią na spotkaniu ze
studentami historii Uniwersytetu Warszawskiego Kapuściński opowiadał:
Na roku było nas około setki, cztery grupy po dwadzieścia parę osób.
Zajęcia były obowiązkowe, o ósmej wszyscy musieli być. Jak ktoś nie
przyszedł na zajęcia, grupa się zbierała (wszyscy należeli do ZMP) i rozpoczynało się dochodzenie, dlaczego ktoś się spóźnił lub nie
przyszedł. Jak ktoś dostał trójkę, to grupa też się zbierała i dyskutowała, dlaczego dostał trójkę. Ktoś z osób lepiej uczących się
musiał się zgłosić i pomóc temu, który był słabszy56.
Do ZMP należeli niekoniecznie "wszyscy", ale ogromna większość, między
60 a 90% studentów, w zależności od uczelni i kierunku. (Zabawne, że
liczby te znacznie przekraczały wskaźnik przynależności do ZMP wśród
młodych robotników z załogi podkrakowskiego kombinatu. W 1955 roku
wprawdzie 45% spośród niech zapisało się do organizacji, jednak absencja
na zebraniach sięgała 40% i więcej). Istniało niebezpodstawne
przekonanie, że przynależność do Związku Młodzieży Polskiej (oprócz
właściwego robotniczo-chłopskiego pochodzenia) ułatwia przyjęcie na
studia. Kapuściński do ZMP zapisał się już w szkole średniej, a w latach
studenckich był zaangażowanym aktywistą. W 1952 roku złożył podanie o przyjęcie do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i -
zarekomendowany przez innego działacza partii, Bronisława Geremka -
został tak zwanym "kandydatem". Rok później, w kwietniu 1953 roku,
otrzymał status pełnoprawnego członka PZPR. W czasach studenckich
prowadził też, jako asystent, zajęcia z marksizmu-leninizmu dla
młodszych roczników. Wiele lat później tłumaczył Markowi Millerowi:
W tym, co robiliśmy jako grupa studencka, nie było nic złego. Ja nie
mogę powiedzieć o sobie, że popełniłem jakąś zbrodnię, że kogoś
skrzywdziłem. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Myślałem bardzo naiwnie.
Dzisiaj to wiem, ale wówczas z wielką euforią, romantyzmem i przekonaniem wierzyłem w słuszność działania, wierzyłem w to, co robię.
Z całym przekonaniem, że postępuję słusznie57.
Dalej dodawał jeszcze:
W tym był jakiś element religijny, jakaś próba szukania nowej wiary.
Dalej - próba odbicia się od koszmaru, jaki stanowiła dla wszystkich
okupacja. Tego uwikłania nie można zrozumieć bez doświadczenia
wojennego, dlatego wszystko to, co się działo bezpośrednio po wojnie,
stanowiło próbę ucieczki przed tym doświadczeniem. W tym momencie dobre
było to, co dawało jakąkolwiek nadzieję58.
Pytanie "dlaczego?" - "dlaczego uwierzyliście w komunizm?" - było potem
stawiane temu pokoleniu wielokrotnie. Ci unikający odpowiedzi wzruszali
ramionami, oburzali się albo irytowali, co miało znaczyć: "Takie były
czasy" i "Wy tego nie zrozumiecie". Ci, którzy zechcieli podjąć trud i ryzyko świadectwa, mówili o bolesnej przedwojennej niesprawiedliwości
społecznej, o nazizmie, niewyobrażalnym koszmarze wojny, cierpieniu i zawiedzionych nadziejach, śmierci dawnego świata - świata ludzi i świata
idei. A także o częstym po wojnie odczuciu pustki wszelkich wartości i zmęczeniu, śmiertelnym zmęczeniu walką, strachem, głodem i niepewnością
jutra. Po pięciu latach boju na śmierć i życie byli zbyt wyczerpani,
zbyt pragnęli spokoju i stabilizacji albo też zwyczajnie - nagrody za
utracony czas, by się od nowa przeciwstawiać. Nie wiedzieli, czym może
być nowy porządek. Albo wiedzieli i byli głęboko przekonani, że "u nas"
będzie inaczej. Ci pozbawieni złudzeń ufali, że uda im się, jak mówi
poeta, "na nowo ułożyć się z twarzą"59 i podejmą służbę,
zachowując wewnętrzną niezawisłość. Ostatecznie okazało się, że akurat
Stalinowi chodziło właśnie o duszę. Część mówiła wprost o czynniku
irracjonalnym - "obłędzie" lub "opętaniu". Albo - inaczej - o wierze, że
można coś dobrego wywalczyć: sprawiedliwość społeczną, likwidację
ubóstwa i analfabetyzmu, równość. Poza tym, niezależnie od ustroju, jaki
został narzucony, trzeba było odbudować kraj, rozpocząć pracę na polu
kultury i oświaty. Ludzie solidarnie i z ochotą podjęli ten wysiłek,
który natychmiast został zawłaszczony przez propagandę nowych władz.
Bardzo istotny motyw, wspomniany przez samego Kapuścińskiego - odcięcia
się od koszmaru wojny, a także od przedwojennej tradycji religijnej i politycznej, którą potem współobwiniano o kataklizm wojenny - pojawia
się często w tekstach i wypowiedziach rozliczeniowych byłych
"pryszczatych" literatów i nieliteratów. Kapuściński miał trzynaście
lat, kiedy skończyła się wojna, był zbyt mały, by walczyć, ale
wystarczająco duży, by pamiętać trupy, strach, głód, chłód i poniewierkę. Z dziecka przedzierzgnął się w młodzieńca już w nowej
Polsce, w nowej rzeczywistości politycznej, w nowej szkole, otoczony
przez nowe media i nowe książki. Propaganda "nowego" wciskała się w każdą szczelinę życia i z pewnością świadomość nastolatka stanowiła dla
niej łatwy cel. Ważny był entuzjazm, wspólne działanie i przykład
starszych - pisarzy, nauczycieli, intelektualistów, którzy swoim
autorytetem potwierdzali słuszność nowej wiary.
Oczywiście narzuca się tu kolejne pytanie, stawiane już wcześniej przez
biografów Kapuścińskiego: co wiedział? Co w pierwszych latach
powojennych wiedział o Katyniu, procesach podziemia, prześladowaniu
myślących inaczej? Czy znał ciemną stronę ideologii, w którą wierzył?
Nie ma na te pytania pewnej odpowiedzi. Musieli się z tym zresztą
mierzyć wszyscy z pokolenia powojennego. Inni "pryszczaci" odpowiadali
różnie, jednak dwa czynniki zwykle ważyły na ich odpowiedzi: data
urodzenia, bo dwudziestolatek (Wiktor Woroszylski) miał świadomość i odpowiedzialność odmienną niż piętnastolatek (Ryszard Kapuściński), oraz
dom rodzinny. Przepływ szczególnego rodzaju wiedzy - pamięci i świadomości historycznej - mógł się bowiem dokonać w zasadzie tylko
wewnątrz rodziny. Dom rodzinny był ówcześnie podstawowym weryfikatorem
stalinowskiej wersji prawdy o świecie i człowieku. O ile spełniał tę
funkcję. Istniał, poza wszystkim, także czynnik strachu. "Może nasi
rodzice po prostu nas się bali? - pytał Jarosław Marek Rymkiewicz w rozmowie z Jackiem Trznadlem. - Nie wiem, czy między moim ojcem a moją
matką nie odbywały się rozmowy: Lepiej przy nim nie mówmy! Nie mów przy
nim, bo powtórzy w szkole!"60.
Jaki był przepływ informacji w domu Kapuścińskich? Co mógł wiedzieć
nastoletni Ryszard o akowskiej karcie swego ojca? Jak rodzice tłumaczyli
mu doświadczenia tamtych lat? Trudno powiedzieć. Swoje wspomnienia z czasów wojny i wkroczenia Armii Czerwonej - pod znamiennym tytułem
Ćwiczenia pamięci - spisał dopiero w latach osiemdziesiątych. Co
jednak z doświadczeń pińskich funkcjonowało bezpośrednio po wyzwoleniu
jako element jego świadomości historycznej, a co jako niejasne
wspomnienie koszmaru wojny? W rozmowie z Markiem Millerem Kapuściński
podkreślał, że nie wiedział nic: "O zbrodni w Katyniu dowiedziałem się
dopiero latem 1957 roku, czyli dwa lata po ukończeniu studiów. Nic nie
wiedzieliśmy"61. To "nic" wiąże z oficjalną niedostępnością
wiedzy - spowodowaną brakiem książek i swobodnego przepływu informacji w mediach, a także na uczelni i ogólnie między ludźmi. (Nie wydaje się to
jednak ścisłe. Choćby kwestia Katynia: sam "Sztandar Młodych" w 1952
roku opublikował dwuczęściowy artykuł polemiczny, podpisany J.R., dający
odpór "napaści" Głosu Ameryki na proradziecką książkę Bolesława
Wójcickiego Prawda o Katyniu. Sprawa zatem istniała w świadomości
młodzieży, pozostawało raczej pytanie, na ile dawała ona wiarę
sowieckiemu kłamstwu nazywanemu "prawdą").
A dom? Kapuściński, mówiąc o subiektywizmie ludzkiej pamięci, podawał
jako przykład fakt, że on i jego młodsza siostra Basia, nierozłączni w czasie wojny, pamiętają jednak z tamtych czasów zupełnie inne obrazy czy
wydarzenia. Z pewnością dowodzi to indywidualizacji ludzkiej pamięci,
ale może też do pewnego stopnia świadczyć o braku spójnej wykładni
historii rodzinnej, która była przekazywana przez ojca i matkę. Być
może, po prostu, z dziećmi się o "takich rzeczach", o "sprawach
dorosłych" z różnych względów nie rozmawiało i niczego im nie
tłumaczono, toteż każde z rodzeństwa zdobywało wiedzę na własną rękę i własną ścieżką dochodziło do deziluzji.
W przypadku dwudziestoletniego Ryszarda - jak twierdzi jego córka -
pierwszym krokiem na tej ścieżce miały być studia historyczne. Rene
Maisner przekonuje, że ojciec, kończąc wydział historii, był już innym
człowiekiem. Porzucił zaangażowanie aktywisty i pozostał jedynie
formalnym członkiem partii. "Coś z nim tam zrobili" - mówi z naciskiem.
W pierwszym momencie teza ta może wydać się zbyt prosta, zbyt
optymistyczna. Ale gdy prześledzić uważnie publikacje Kapuścińskiego w "Sztandarze", widać wyraźnie, że "coś" się jednak w tamtych latach
wydarzyło. Nie była to gwałtowna i ostateczna przemiana, ale zauważalna
ewolucja. W czasie studiów pojawia się inny nurt w myśleniu i pisaniu
młodego twórcy.
Rozdział 3
Ku odwilży. Walka o język
Początkiem zmiany staje się właśnie moment milczenia. Gdy 5 marca 1953
roku umiera Stalin, pisarz określi to z perspektywy czasu jako "pierwszy
szok" dla siebie i swej generacji ("w jakimś sensie dla mojego pokolenia
świat się skończył"62). Ukazuje się numer żałobny "Sztandaru
Młodych" (a nawet kilka numerów), ale Kapuściński nie włącza się w zbiorowy lament. Unika publikacji pożegnania (nie udało mi się znaleźć
żadnego takiego tekstu podpisanego jego nazwiskiem). Mniej więcej
miesiąc później drukuje swój przedostatni młodzieńczy liryk - pochwałę
pracy górników. Potem, jak się wydaje, milczy aż do września 1954 roku.
W tle przebiega pewien proces, dla nas niewidoczny, być może związany z osobami przedwojennych wykładowców historii, ich wpływem na studenta
Kapuścińskiego.
Cenił ich wyjątkowo:
Wydział historyczny zawsze słynął z wysokiego poziomu nauczania,
ponieważ skupiała się tu wielkiej klasy profesura. Kiedy ja się tu
uczyłem, wykładały wielkie sławy polskiej historiografii: Gieysztor,
Manteuffel, Kieniewicz. To były znakomite nazwiska. Z tych powodów
wydział ten przez cały czas zachowywał bardzo wysoki standard naukowy,
humanistyczny63.
Nie bez znaczenia mogły być też kontakty z utalentowanymi kolegami z uczelni - Januszem Tazbirem, Antonim Mączakiem, Bronisławem Geremkiem,
Henrykiem Samsonowiczem czy starszym o pięć lat filozofem Leszkiem
Kołakowskim. I zapewne lektury: poezja, proza, filozofia, historia. Co
jeszcze? Mirosław Ikonowicz twierdzi, że Kapuściński już wtedy cenił
swój czas i zamiast uczestniczenia w co nudniejszych zajęciach na
studiach wybierał nadrabianie zaległości lekturowych. Niestety, trudno
dziś powiedzieć dokładnie, co czytał w pierwszej połowie lat
pięćdziesiątych i jak szerokie były wtedy jego poszukiwania
intelektualne lub artystyczne.
Jeden szczegół znaczący - w kwietniu 1954 roku na łamach "Sztandaru
Młodych" debiutuje opowiadaniem Baza sokołowska Marek Hłasko.
(Pierwszy odcinek ukazuje się zresztą podpisany omyłkowo Ryszard
Hłasko). Świeżość i jędrność języka debiutanta oraz płynność narracji
bliskiej życiu zrobiły duże wrażenie na środowisku literatów, nie mówiąc
o dziennikarzach. Tych ostatnich zresztą Hłasko traktował zapewne nie
tyle jako kolegów po piórze, ile raczej jako kompanów hulanek w słynnej
Kameralnej. Mało prawdopodobne, aby Kapuściński przeoczył ten debiut i osobę Hłaski, opromienionego sławą wschodzącej gwiazdy prozy. Co
ciekawe, autor Bazy opublikował na łamach "Sztandaru" dwa reportaże -
pierwszy w październiku 1954 roku, a drugi w lutym 1955 roku. Choć
obydwa powstały na redakcyjne zamówienie, a co za tym idzie -
podejmowały "słuszne" tematy (właściwej wychowawczo i politycznie
kulturalnej aktywizacji prowincji), to wyróżniają się na tle przeciętnej
produkcji reporterów "Sztandaru" sprawnością językową i narracyjną. Ale
też domieszką autentyzmu lub, jeśli trzeba, subtelnością ironii, jak w tekście o świetlicy kulturalnej w podwrocławskiej Bystrzycy: "Zespół
taneczny istnieje, tylko że się nie tańczy. [...] Tylu a tylu członków.
Tylko że nie tańczą. Tymi samymi osiągnięciami może pochwalić się zespół
chóralny"64.
Ową odmienność tekstów Hłaski widać dość dobrze na tle ówczesnych
"sztandarowych" tekstów Krzysztofa Kąkolewskiego. On, pisząc o obchodach
1 Maja czy opiewając tempo rozwoju Śląska, stara się wprawdzie szukać
oryginalnych sztuczek formalnych - jak relacja z przyszłości w stylistyce science fiction - jednak zdecydowanie jego pióro nie ma
giętkości, dzięki której opowieść wypływałaby wartką strugą.
Kapuściński, niedoszły poeta, był niewątpliwie obdarzony słuchem
językowym literata, nie dziennikarza, i raczej znał teksty obu
wspomnianych autorów, a także potrafił je ocenić. Z całą pewnością
aspirował do poziomu Hłaski.
Na łamy "Sztandaru" Kapuściński powraca, jako się rzekło, jesienią 1954
roku serią reportaży, w których da się wyczuć odrobinę odmienny ton.
Autor niejako na nowo próbuje pióra. Łagodzi radykalizm wypowiedzi. Nie
chce już korzystać tylko z propagandowych klisz, szuka więc
indywidualnego wyrazu, choć z różnym skutkiem. Jak się jednak wydaje,
otwiera oczy i uszy. Usiłuje samodzielnie patrzeć i słyszeć. Wnioskować.
Są to na razie nieśmiałe próby.
Treściowo teksty koncentrują się na sprawach organizacji ZMP-owskiej,
która w tamtym czasie wchodzi w fazę głębokiego kryzysu, przejawiającego
się nieformalnym odpływem członków, upadkiem morale aktywistów,
postępującą biernością i biurokratyzacją oraz coraz szybszą utratą
autorytetu wśród młodzieży. Sytuacja ta skutkuje podjęciem przez władze
organizacji wysiłków naprawczych, w których ramach mieści się rodzaj
koncesjonowanej krytyki błędów, dotyczącej zwłaszcza działaczy niższego
szczebla, z komitetów powiatowych czy gminnych, czasem wojewódzkich.
Kapuściński włącza się w nurt krytyczny, podejmując problem
niedostatecznego wychowania młodzieży, szczególnie zaś - bliską jego
sercu, a lekceważoną przez aktywistów w terenie - sprawę krzewienia
kultury ("kultura to też polityka" i "praca kulturalna jest pracą
polityczną" - pisze65). W tym duchu utrzymane są teksty o sytuacji
młodych ludzi oraz zaniedbaniach ZMP w Tuchowie czy Stoczni
Szczecińskiej, a także relacja ze Zlotu Młodych Talentów zorganizowanego
przez Zarząd Wojewódzki ZMP w Bydgoszczy. Młody autor wyraźnie zmienia
jednak ton swej krytyki. Więcej w niej troski, wyrozumiałości i zachęty
niż osądu i potępienia, jak bywało wcześniej.
Na drugiej szali leżą sukcesy - podkreśla się, co zrobiono w poszczególnych powiatach czy gminach dzięki pełnej pasji i ofiarnej
pracy zaangażowanych działaczy. Tych obrazków znajdziemy u Kapuścińskiego na przełomie lat 1954 i 1955 więcej niż artykułów
krytycznych. Są wśród nich: reportaż dożynkowy o osiągnięciach wiejskich
ZMP-owców ze wsi Strzelce Krajeńskie, portret aktywisty, który przejęty
powieścią Nikołaja Ostrowskiego Jak hartowała się stal założył w swej
wsi koło organizacji, a jako trzeciego członka wpisał... Pawkę Korczagina
czy opowieść o niewidomym kierowniku ludowych zespołów wiejskich,
zarażającym swą pasją i podrywającym do działania cały powiat żniński.
Albo patetyczny reportaż z Zakładów Wytwórczych Sprzętu Teletechnicznego
T-8 w Bydgoszczy, gdzie pracuje się metodą oszczędnościową Lidii
Korabielnikowej i widać jak na dłoni przyjaźń radziecką, a nawet "więcej
niż przyjaźń"66. O ile w szczerość zafascynowania młodego
reportera socjalizmem wierzymy, o tyle deklarację płomiennych uczuć do
Związku Sowieckiego trudno określić innym mianem niż koniunkturalizm.
Jest więc jeszcze w tych tekstach Kapuściński pełnym zapału i pasji
aktywistą, jeszcze nie wykracza poza ramy myślowe wyznaczane przez
organizację, ale już chciałby - przede wszystkim w reportażach - uwolnić
język od martwych fraz, oczyścić z propagandowego mułu. Nie znajdziemy
tu "wrogów klasowych", "bumelantów", "sabotażystów", "szlachetnego
współzawodnictwa", "ohydnych faszystów" i "zdrajców", z rzadka trafi się
"kułak", "towarzysz", "radziecka przyjaźń" czy też "socjalistyczne jutro
naszej wsi". Młody autor próbuje pisać o tych problemach należących do
spektrum ówczesnej propagandy, które wydają mu się autentyczne, bliskie
prawdziwego życia i - co może najistotniejsze - stara się kłopoty i radości swych bohaterów widzieć ich oczyma.
Testuje więc, bodaj po raz pierwszy, narrację z punktu widzenia postaci,
co pociąga za sobą konieczność zmiany słownictwa i stylistyki wypowiedzi
na język żywy, podsłuchany na ulicy czy w wiejskiej izbie ("Będzie
zebranie. Względem wyborów"). W niektórych tekstach wyraźnie zmierza ku
formie opowiadania, minimalizując odniesienia do rzeczywistości. Tak
jest na przykład w reportażach-opowiastkach Niepokój opuszcza serce o starym i schorowanym dziadku Pawlisiu, który ledwie człapiąc, dociera na
wiejskie zebranie wyborcze, by nie dopuścić do wybrania niegospodarnego
radnego, oraz Grzela - pionier wraca..., czyli historii młodego
pioniera, który pragnie uciec przez trudami życia i pracy w zaniedbanym
pegeerze, ale pokonuje strach i bierze na siebie ciężar zadania, bo
pionier to "nie jakieś tam byle co" 67. Gdyby nie wcześniejsze
stricte dziennikarskie teksty młodego autora, można by owe reportaże
rozważyć właściwie jako próby prozatorskie (tak jak będzie później
odczytywany Sztywny z tomu Busz po polsku).
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
We wszystkich cytatach w książce zachowano styl i ortografię oryginalnego tekstu, w prozie korygując tylko interpunkcję. Zachowano też oryginalną pisownię tytułów czasopism i artykułów. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Pisane szybkością, "Dziś i Jutro", 14 VIII 1949, nr 32, s. 2. [wróć]
Por. Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction, Warszawa 2010, s. 53. [wróć]
Pisanie. Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Marek Miller, Warszawa 2012, s. 50. [wróć]
Wojciech Giełżyński, Czterokrotnie rozstrzelany, "Ekspres Reporterów" 1978, z. 6, s. 37. [wróć]
Być dla siebie surowym, z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Wojciech Wiśniewski, [w:] Wojciech Wiśniewski, Lekcja polskiego, Warszawa 1993, s. 117. [wróć]
"Nowy tekst", czyli w centrum zdarzeń, z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Stanisław Bereś, [w:] Historia literatury polskiej w rozmowach. XX-XXI wiek, Warszawa 2002, s. 146. [wróć]
Czesław Miłosz, Ars poetica?, [w:] tegoż, Wiersze wybrane, Wrocław 2013, s. 250-251. [wróć]
Jarosław Mikołajewski, Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego, Kraków 2008, s. 61. [wróć]
Beata Nowacka, Zygmunt Ziątek, Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza, Kraków 2008, s. 32. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Pisane szybkością, dz. cyt. [wróć]
Tenże, Przechadzka, "Słowo Powszechne", 19 XI 1949, nr 315, wkładka "W Oczach Młodych", s. 3. [wróć]
Tenże, Wieczór miasta, "Przekrój", 12 III 1950, nr 257, s. 13. [wróć]
Dyskusja o poezji w gimn. im. Staszica w Warszawie, "Odrodzenie", 5 III 1950, nr 10, s. 5. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Różowe jabłka, tamże. [wróć]
Mirosław Ikonowicz, Hombre Kapuściński, Warszawa 2011, s. 28-29. [wróć]
Jacek Trznadel, Hańba domowa. Rozmowy z pisarzami, Lublin 1990, s. 264. [wróć]
Dialog jest fundamentem kultury, z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Wojciech Kass, "Topos" 2006, nr 1-2, s. 18. [wróć]
Dyskusja o poezji..., dz. cyt. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Mirosław Ikonowicz, Hombre..., dz. cyt., s. 29. [wróć]
Opisać Ryszarda Kapuścińskiego [Leszek Kołakowski], zebr. i oprac. Wojciech Kass, "Topos" 2006, nr 1-2, s. 52. [wróć]
Tamże [Jarosław Abramow-Newerly], s. 55. [wróć]
Dialog jest fundamentem..., dz. cyt., s. 17. [wróć]
Tadeusz Borowski, Problemy młodego pisarstwa. Po Zjeździe Kół Młodych Pisarzy w Nieborowie, "Sztandar Młodych", 7 IV 1951, nr 83, s. 2. [wróć]
Gdzieś kryje się większa racja..., z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Andrzej Kantowicz, "Kultura", 1 VIII 1976, nr 31, s. 1. [wróć]
Ryszard Matuszewski, Ambitna próba młodego poety, "Sztandar Młodych", 28 III 1951, nr 74, s. 4. [wróć]
Tamże. [wróć]
Opisać Ryszarda Kapuścińskiego [Andrzej Braun], dz. cyt., s. 50. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Lapidarium, Warszawa 1990, s. 177. [wróć]
Dialog jest fundamentem..., dz. cyt., s. 17. [wróć]
Jarosław Mikołajewski, Sentymentalny..., dz. cyt., s. 63. [wróć]
Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu, Warszawa 2006, s. 202. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Lapidarium VI, Warszawa 2007, s. 41. [wróć]
Opisać Ryszarda Kapuścińskiego [Jarosław Abramow-Newerly], dz. cyt., s. 56. [wróć]
Dialog jest fundamentem..., dz. cyt., s. 17. [wróć]
"Dzięki poezji istniejemy", z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Tomasz Fiałkowski, "Tygodnik Powszechny", 4 II 2007, nr 5, dodatek "Książki w Tygodniku", s. 16. [wróć]
Beata Nowacka, Zygmunt Ziątek, Ryszard Kapuściński..., dz. cyt., s. 35. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Nasz poeta, "Sztandar Młodych", 2 VIII 1950, nr 80, s. 2. [wróć]
Tenże, "Łamiąc stare, niesłuszne normy - przyśpieszymy budowę podstaw socjalizmu w Polsce Ludowej". Robotnicy oddziału montażu Zakładów Mechanicznych "Ursus" podejmują inicjatywę metalowców z Zakładów Starachowickich, "Sztandar Młodych", 31 VIII 1950, nr 105, s. 3. [wróć]
Wojciech Paduchowski, Nowa Huta nieznana i tajna. Obraz miasta w materiałach Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Milicji Obywatelskiej (1949-1956), Kraków 2014, s. 132. [wróć]
Ryszard Kapuściński, W zwadzie z historią, "Gazeta Wyborcza", 25-26 I 1997, nr 21, s. 10. [wróć]
Tenże, Zetempowcy (fragment Poematu o Nowej Hucie), "Sztandar Młodych", 9 IX 1950, nr 113, s. 3. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Zygmunt Korta, W oparciu o doświadczenia Komsomołu zlikwidujemy błędy i niedociągnięcia w pracy, staniemy się pierwszym pomocnikiem Partii w walce o zbudowanie podstaw socjalizmu. I Konferencja Powiatowa ZMP w Nowej Hucie, "Sztandar Młodych", 22 VIII 1950, nr 97, s. 3. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Więcej rozmachu w pracy kulturalno-oświatowej w Nowej Hucie, "Sztandar Młodych", 30 VIII 1950, nr 104, s. 2. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Beata Nowacka, Zygmunt Ziątek, Ryszard Kapuściński..., dz. cyt., s. 38. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Młodzieży Wrocławia należy się dobry teatr, "Sztandar Młodych", 25 VIII 1950, nr 100, s. 2. [wróć]
Tamże. [wróć]
R. Karpiński, Młodzież Wrocławia dyskutuje o Teatrze Młodego Widza, "Sztandar Młodych", 3 IX 1950, nr 131, s. 2. [wróć]
Tamże. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Poemat o Nowej Hucie, "Nowa Kultura", 5 XI 1950, nr 32, s. 3. [wróć]
Zob. Ryszard Kapuściński, Stefan Skrobiszewski, Unser Friedenswerk - to znaczy: nasza huta pokoju, "Sztandar Młodych", 16 XI 1951, nr 273, s. 2, oraz Ryszard Kapuściński, K. Szwedówna, Lepiej wykorzystywać Bibliotekę "Sztandaru Młodych" w szkoleniu ZMP-owskim, "Sztandar Młodych", 22 II 1952, nr 46, s. 2. [wróć]
Ryszard Kapuściński, O studiach historycznych, oprac. i red. Agnieszka Regulska i Piotr Barański, "Teka Historyka. Materiały Studenckiego Koła Naukowego Historyków Uniwersytetu Warszawskiego" 2003, z. 22-23, s. 87-94. [wróć]
Pisanie..., dz. cyt., s. 56-57. [wróć]
Tamże, s. 58. [wróć]
Zbigniew Herbert, Powrót prokonsula, [w:] tegoż, Wiersze wybrane, Kraków 2004, s. 123. [wróć]
Jacek Trznadel, dz. cyt., s. 141. [wróć]
Pisanie..., dz. cyt., s. 57. [wróć]
Tamże, s. 59. [wróć]
Ryszard Kapuściński, O studiach historycznych, dz. cyt., s. 88. [wróć]
Marek Hłasko, Niedaleko Wrocławia, "Sztandar Młodych", 12 II 1955, nr 38, s. 2. Zob. też tenże, "Lis Przechera - Kątne", "Sztandar Młodych", 20 X 1954, nr 250, s. 2. [wróć]
Zob. Ryszard Kapuściński, Zarośnięte ścieżki. Z cyklu "Sześciolatka... czy kultura", "Sztandar Młodych", 4 IX 1954, nr 211, s. 2. [wróć]
Ryszard Kapuściński, Więcej niż przyjaźń, "Sztandar Młodych", 6 XI 1954, nr 256, s. 3. [wróć]
Zob. tenże, Niepokój opuszcza serce, "Sztandar Młodych", 4 XII 1954, nr 289, s. 3, oraz tenże, Grzela - pionier wraca..., "Sztandar Młodych", 21 XII 1954, nr 303, s. 2. [wróć]