Kapitanowa na wielkiej żegludze - Aleksandra Skibińska

-
Proszę czekać

Bierz lancet, Kapitanie!

Butelka z winem, która tłukła się w szafie od ścianki do ścianki, doprowadzała mnie do wrzenia. Dookoła statku szalał potężny sztorm i co chwilę słychać było ciężkie "łuuup", jakby statek wpadał w jakąś dziurę pomiędzy falami i spadał w nią z lekkością tysiące ton ważącej maszyny. A gdy wpadał w tę dziurę, to butelka też robiła "łuuup" o ściankę, by po chwili znowu walnąć w drugi kąt.

Mam zakaz chodzenia po kabinie w czasie sztormu, bo – jak twierdzi mój prywatny Kapitan – "nie mam masy", w związku z czym rzuca mną jak piłką. Mój Kapitan też "nie ma masy", ale radzi sobie w sztormie o wiele lepiej niż ja, krótko mówiąc – chodzi jak kaczka. Tak czy siak, wstałam z kojki, otworzyłam szafę i przykucnąwszy przy dolnej półce, sięgnęłam po butelkę. Zadanie niby łatwe, ale nie w takim sztormie – co złapałam butelkę, to przez moment ramię zawisało bezwładnie w powietrzu, jakbym znajdowała się w próżni, a potem gwałtowne szarpnięcie wyrywało mi ją z ręki. Uniosłam się więc, by z wyższej półki ściągnąć jakieś koszulki i rzucić je na upiorną butelkę, i w tym momencie stało się – kolejne tąpnięcie statku, ułamki sekundy w próżni i następne uderzenie, po którym przeleciałam przez kabinę niczym piłka do tenisa, prosto na przeciwległą, stalową ściankę oddzielającą sypialnię od saloniku. Było to tak nagłe i gwałtowne, że nie zdążyłam nawet osłonić twarzy, więc z całą mocą przywaliłam czołem w metal.

Odpadłam od ściany, złapałam się za obite miejsce i poczułam, jak w zastraszającym tempie nad lewym okiem, u nasady brwi, rośnie mi pod palcami potężny guz.

Lód! – pomyślałam i trzymając się sprzętów, dopadłam do lodówki w saloniku. Guz był coraz większy, na lewe oko przestawałam już widzieć, więc przyłożywszy zimny okład, zadzwoniłam na mostek.

– Nie teraz, robię zwrot, mam ludzi na luzujących się kontenerach, radź sobie sama! – Usłyszałam od własnego męża.

Gdy Pan Kapitan łaskawie zbiegł w końcu do kabiny, guz nad brwiami był wielkości piłki do ping-ponga, a podskórna krew zalewała mi już drugie oko.

– Mówiłem ci, nie łaź po kabinie w czasie sztormu! – grzmiał Kapitan, przyglądając się mojej puchnącej twarzy. – Przecież możesz mieć wstrząs mózgu!

Moja przyjaciółka – chirurg, do której natychmiast zadzwoniłam do odległego Wrocławia, nie miała wątpliwości:

– Możesz stracić wzrok, więc niech Mirko bierze lancet i robi małe nacięcie pod okiem, by krew odpłynęła.

– Cooooo?

Medical Radio z Bremen potwierdziło jednak ten brutalny sposób leczenia. Pan Kapitan, po obowiązkowych kursach medycznych powtarzanych co pięć lat, był nawet chętny do wykonania tego zabiegu, ale ja – w żadnym wypadku.

Leżałam więc na kojce obłożona lodem i tabletkami od bólu głowy i czekałam na cud, który uratuje mi oczy. Kiedy jednak i następnego dnia po wypadku spodziewana ślepota nie nadeszła, nałożyłam ciemne okulary i powróciłam do życia statkowego.

– Pewnie pani już nigdy więcej nie popłynie – wyrwało się dwudziestopięcioletniemu trzeciemu oficerowi na mój – dość straszny – widok.

Krwawe, podskórne wylewy sięgały mi już wtedy do wysokości ust i żadne okulary nie były w stanie ich zakryć. Jasne, baba powinna bać się morza, nie to, co on, prawie wilk morski!

Mój Kapitan, jeszcze w czasach Szkoły Morskiej, był dokładnie taki sam. On i jego koledzy nosili brody, palili fajki, pili gin i whisky, a udawali takich wilków morskich, że pewnie wierzyli, iż siusiają morską wodą. A tak naprawdę to mieli za sobą od jednego do trzech rejsów na Darze Pomorza oraz praktyki na statku szkolnym Garnuszewski, słowem – były to raczej nieopierzone wilczki, a i to bez kłów.

No, ale teraz to ja już miałam własnego, prawdziwego Wilka Morskiego na mostku i mogłam realizować swoje dawne marzenia o wielkich oceanach, dalekich morzach i lądach.

W PRL-u nie miałam na to wszystko zbyt wielkich szans, żelazna kurtyna trzymała nas w żelaznym uścisku, pieniędzy na podróże nie było, a paszporty dawano po uważaniu. O szkole morskiej nawet nie mogłam pomarzyć, kobiet nie przyjmowano, a zresztą – byłam słaba z matematyki.

Tak więc już na starcie w samodzielne życie uznałam, że marzenia chwilowo trzeba schować do szuflady. A że studiować trzeba było, skończyłam filologię polską i zostałam dziennikarzem. Ponieważ początki kariery zawodowej zaprowadziły mnie w głąb lądu, moje mrzonki o lądach i oceanach, jak mi się wydawało, zostały ostatecznie pogrzebane.

Los tak chciał

Oni tam potrzebują dziennikarki – napisała do mnie pewna znajoma pracująca w prowincjonalnej prasie, która znała moje zawodowe plany. Szczerze mówiąc, było mi wszystko jedno, gdzie się zaczepię, byleby się zaczepić.

Za pożyczone pieniądze pojechałam do Gniezna, do lokalnego miesięcznika "Przemiany", na rozmowę z naczelnym redaktorem. Na miejscu zobaczyłam pisemko, które liczyło sobie zaledwie osiem stron, za to wysokie było na ponad pół metra, papier był obrzydliwy i szary, druk brudził palce, ale nic to, takie były wtedy wszystkie nasze gazety i wybrzydzanie nie miało sensu!

"Oni" faktycznie potrzebowali kogoś, i to od zaraz. I tak oto z dnia na dzień zostałam prowincjonalną dziennikarką, a moim miejscem zamieszkania stała się redakcja. Mieściła się w starym, przedwojennym, dużym mieszkaniu, gdzie na końcu korytarza znajdował się maleńki pokój z kuchenką, zapewne niegdyś mieszkanko dla panny służącej. No i tam wylądowałam na dobry początek. W tej pierwszej redakcji oddelegowano mnie "do spraw socjalnych", więc pilnie zaczęłam pisać o różnych smutnych rzeczach. A to o dojeżdżającej do szkół młodzieży oczekującej na pociągi całymi godzinami w obrzydliwych, dworcowych warunkach (po artykule nic się nie zmieniło), o kolejarzu, który miał wypadek, ale nie dostał odszkodowania (po artykule też nie dostał) i tak dalej. Chcąc mnie zatrzymać, redakcja wystąpiła do władz o przyznanie mi mieszkania z puli dla niezbędnych specjalistów. W tym czasie czekało się na mieszkanie piętnaście i więcej lat, toteż sposób na "fachowca" był chyba najlepszy. I tak oto pewnego dnia wprowadziłam się na dziewiąte piętro "vipowego" bloku, gdzie przyznano mi trzydziestometrową kawalerkę, usytuowaną tuż za windami. Robiły one głośne "łuuup", gdy dojeżdżały do końca swojej trasy, a że jeździły na okrągło, więc i hałas też był na okrągło.

Czego ani moja gazetka, ani władze miasta nie wiedziały: miałam już w tym czasie "nagraną" pracę w Bydgoszczy w tygodniku "Fakty" i natychmiast po zasiedleniu kawalerki przeniosłam się do nowej redakcji. "Fakty" rozmiarowo podobne były do "Przemian", papier był równie okropny, druk smarujący palce, za to mieliśmy dodatkowo dwa kolory, no i więcej stron, bo aż dwanaście.

Niestety o mieszkaniu w Bydgoszczy – przynajmniej w tym okresie – mowy nie było, musiałam więc zostać za windami w Gnieźnie. Moim obowiązkiem było pokazywanie się w redakcji raz w tygodniu, w piątek, a w pozostałe dni miałam zbierać materiały i pisać – miejsce pisania było dla redakcji nieważne.

Do Bydgoszczy i z powrotem jeździłam pociągami pośpiesznymi, które pokonywały tę trasę w dwie godziny i dziesięć minut, i były zawsze straszliwie zapchane i spóźnione.

Tego pamiętnego dnia, dokładnie szóstego września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku, po wyjściu z redakcji poszłam jeszcze na zakupy. Słonko świeciło, humor mi dopisywał, a poza tym "upolowałam" zieloną, plastikowa półeczkę do łazienki, której poszukiwałam bezskutecznie już od dłuższego czasu. A gdy już ją miałam w ręce, to nagle okazało się, że zdążę jeszcze na pociąg, który wyjeżdżał z Bydgoszczy około siedemnastej, następny był dopiero dwie godziny później.

Szczerze powiedziawszy, planowałam pojechać tym późniejszym i gdy dzisiaj o tym myślę, to wiem, że o całym moim późniejszym życiu zadecydowały dosłownie minuty! Bo gdy wpadłam na dworzec, to pociąg właśnie nadjeżdżał, zaś stojący na peronie potężny tłum, gniotąc się i tratując, rzucił się na wagony, nie zważając na to, że stalowy kolos jeszcze nie wyhamował. Szans na wepchnięcie się praktycznie już nie miałam, wiec przystanęłam trochę bezradnie na obrzeżu szalejących ludzi. I nagle z okna wagonu wysunęła się czyjaś blond głowa z loczkami i wykrzyczała:

– Proszę pani, proszę pani! Tak, ta pani z półeczką, u nas jest miejsce, zarezerwuję je dla pani!

No co za zbieg okoliczności!

Ściskając moją zieloną półeczkę, ze zdwojoną siłą rzuciłam się do przodu, by dostać się do wnętrza wagonu. I gdy wreszcie dotarłam do celu, to okazało się, że w kącie siedzi zabójczy brunet, a tuż obok niego jest właśnie wolne miejsce! Usiadłam więc obok bruneta, tylko zresztą po to, by w następnej minucie usłyszeć:

– To jest moje miejsce! A pani siedzi tu, obok mnie!

Blondynek był rozmowny i natychmiast uraczył mnie opowieścią o rejsie na Darze Pomorza, z którego właśnie, razem z kolegą, powracał.

Wow! Dla nas, żyjących za żelazną kurtyną, takie opowieści to były bajki o Żelaznym Wilku, które zaczynały się od słów: za górami, za lasami, za siedmioma morzami... Oczywiście mój Blondynek, wtedy student Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, był w swym mniemaniu ogromnym wilkiem morskim. Brunet też zresztą prężył pierś do odznaczeń, w sumie dwie godziny podróży minęły szybko i przyjemnie. A ja tak sobie myślałam, że jakby to było fajnie popływać, poznać tych wszystkich obcych ludzi, dalekie, tajemnicze lądy...

Rozstaliśmy się, wymieniając adresy. Ta podróż przeorała moje życie do gruntu. W rok później byliśmy już małżeństwem, kilka miesięcy po tym fakcie rozpoczęłam pracę w Gdańsku w tygodniku "Czas", jak na owe czasy niesłychanie nowoczesnym i kolorowym, gdzie wkrótce dochrapałam się etatu starszej publicystki, co w prasie było czymś poważnym. Potem udało mi się nawet zamienić moje trzydzieści metrów kwadratowych za windami na całe czterdzieści jeden metrów w Gdyni-Witominie.

Na koniec zostałam także na pół etatu rzecznikiem prasowym Wyższej Szkoły Morskiej! A że pracowałam bezpośrednio z rektorem, więc w pewnym sensie zmuszona zostałam do chodzenia do niego na "wywiadówki" w sprawie własnego męża. Który został przyłapany gdzieś w mieście w mundurze, ale bez obowiązkowej czapki, napyskował dziekanowi, narobił zaległości w pływaniu na basenie, powiedział jakiemuś wykładowcy, że go nudzi, no i w ogóle – był mało pokorny.