1
Brat Franciszek Gerard z Utah nigdy by
pewnie nie odkrył owych świętych pism, gdyby nie pielgrzym z przepasanymi biodrami, który pojawił się na pustyni w okresie nakazanego
nowicjuszom czterdziestodniowego postu.
Brat Franciszek nigdy dotąd nie widział pielgrzyma z przepasanymi
biodrami, ale o tym, że ten właśnie jest wiarygodnym osobnikiem,
przekonał się, gdy tylko opanował dreszcz przerażenia wywołany
pojawieniem się na horyzoncie czarnej joty chyboczącej się w rozedrganej
mgiełce rozgrzanego powietrza. Beznoga, ale wyposażona w małą głowę jota
wyłoniła się z lustrzanego szkliwa, idąc potrzaskaną szosą, aczkolwiek
miało się wrażenie, że nie kroczy, lecz wkręca się nibyśruba w pole
widzenia. Brat Franciszek zacisnął kurczowo w dłoniach krucyfiks przy
różańcu i bezgłośnie poruszając ustami, odmówił jedną i drugą zdrowaśkę.
Owa jota nasuwała myśl, że chodzi o jakąś drobną zjawę spłodzoną przez
demony upału, które nękają całą tę krainę w samo południe, kiedy każde
stworzenie, które mogło się poruszać po pustyni (poza sępami i paroma
pustelnikami w rodzaju Franciszka), leżało bez ruchu w swojej jamie albo
kryło się w cieniu skały przed wściekłością promieni słonecznych. Tylko
jakaś istota potworna, nadprzyrodzona czy niespełna rozumu mogła kroczyć
w samo południe szlakiem przez pustkowie.
Brat Franciszek dorzucił czym prędzej modlitwę do Świętego Raula
Cyklopa, patrona wybryków natury, o ochronę przed nieszczęściami, nad
którymi ten roztaczał swoją opiekę. (A któż nie wiedział w owych dniach,
że na ziemi żyją potwory? Każdy bowiem, kto urodził się żywy, musiał, na
mocy nakazu Kościoła i prawa naturalnego, znosić w miarę możliwości
swoje pełne cierpienia życie i korzystać jako dziecko z pomocy tych,
którzy go spłodzili. Nie zawsze przestrzegano tego prawa, ale
wystarczająco często, by podtrzymywać rozproszone grono dorosłych
potworów, które wybierały sobie często najbardziej zapadłe zakątki
pustynnych krain i nocą podpełzały do ognisk osób podróżujących przez
prerię). W końcu jednak jota wykręciła się całkowicie z rozedrganej
warstwy na przezroczyste powietrze i wtedy stało się zupełnie oczywiste,
że jest nią odległy nadal pielgrzym. Brat Franciszek puścił krucyfiks i powiedział cichutko: "Amen".
Pielgrzymem okazał się chudy starzec wspierający się na lasce, w plecionym kapeluszu, z potarganą brodą i bukłakiem na wodę przerzuconym
przez ramię. Żuł i spluwał ze zbyt wielkim zacięciem jak na zjawę, a jednocześnie wydawał się zbyt wątły i ułomny, żeby z powodzeniem
uprawiać fach ludożercy albo rozbójnika. Jednak Franciszek cichaczem
usunął się z pola widzenia pielgrzyma i przycupnął za stertą gruzu, skąd
mógł widzieć, sam nie będąc widziany. Spotkania z obcymi na pustyni
zdarzały się nieczęsto, ale kiedy już do nich dochodziło, nie obywało
się bez podejrzliwości i wstępnych przygotowań obu stron, ponieważ
powitanie mogło się okazać równie dobrze serdeczne, jak wrogie.
Zwykle nie częściej niż trzy razy do roku jakiś człowiek świecki lub w ogóle ktoś obcy przemierzał stary szlak przechodzący przez teren
opactwa, chociaż była tam oaza, która umożliwiała jego istnienie i która
uczyniłaby z klasztoru naturalny zajazd dla wędrowców, gdyby nie to, że
szlak prowadził donikąd, oczywiście jak na ówczesne sposoby
podróżowania. Być może w minionych wiekach szosa stanowiła fragment
najkrótszej drogi z Great Salt Lake do Old El Paso; na południe od
opactwa przecinała się z innym pasmem gruzu, rozciągającym się na wschód
i zachód. Spustoszenia były dziełem czasu, nie zaś człowieka.
Pielgrzym zbliżył się na odległość głosu, ale nowicjusz nie wyszedł
spoza sterty gruzu. Biodra pielgrzyma były naprawdę przepasane strzępem
brudnego worka, który stanowił jego jedyne odzienie, jeśli nie liczyć
kapelusza i sandałów. Wytrwale podążał przed siebie, stawiając
mechanicznie kroki i wspomagając chromą nogę ciężką laską. Rytmiczny
marsz świadczył o tym, że wędrowiec ma długą drogę za sobą i równie
długą przed sobą. Kiedy jednak wszedł na teren starożytnych ruin,
przystanął, żeby się rozejrzeć.
Franciszek schował głowę.
Wśród stert gruzu, w miejscu, gdzie niegdyś wznosiło się skupisko
wiekowych budowli, nie było cienia, ale niektóre większe głazy mogły
jednak dać trochę ochłody wybranym fragmentom ciała podróżników, równie
mądrych w drodze przez pustynię jak, co już wkrótce się okazało,
pielgrzym. Sięgnął bez wahania po odpowiedniej wielkości odłam skalny.
Brat Franciszek zauważył z uznaniem, że tamten nie szarpał się z kamieniem, lecz stanął przed nim w bezpiecznej odległości i wykorzystując laskę jako dźwignię, a mniejszy odłamek jako punkt
podparcia, przesunął ciężar, spod którego wypełzło z sykiem zagniewane
stworzenie. Podróżnik obojętnym ciosem laski zabił węża i odrzucił na
bok wijący się jeszcze zewłok. Po usunięciu mieszkańca szczeliny pod
kamieniem, pielgrzym wykorzystał owo sklepienie chłodnej szczeliny,
stosując zwykłą metodę, to znaczy odwracając kamień na drugą stronę.
Następnie obciągnął z tyłu przepaskę, usadowił zwiędłe pośladki na
względnie chłodnej powierzchni kamienia, ruchem nóg zrzucił sandały i postawił stopy na tym, co było przedtem piaskowym podłożem zimnej jamy.
Ochłodziwszy się w ten sposób, poruszył palcami stóp, uśmiechnął się
bezzębnymi ustami i zaczął nucić jakąś melodię. Wkrótce rozległ się
zawodzący śpiew w nieznanym nowicjuszowi dialekcie. Zmęczony i skulony
brat Franciszek ciągle zmieniał pozycję.
Nie przestając śpiewać, pielgrzym wydobył suchar i kawałek sera. Potem
umilkł i wstał na chwilę, żeby nosowym głosem zabuczeć w miejscowym
narzeczu:
- Błogosławiony bądź, Adonai Elohim, królu wszystkich rzeczy, który
sprawiłeś, że ziemia rodzi chleb.
Potem znowu usiadł i począł jeść.
Ten wędrowiec musiał naprawdę przebyć szmat drogi - pomyślał brat
Franciszek, bo nie znał żadnego pobliskiego królestwa, które byłoby
rządzone przez monarchę o tak niezwykłym imieniu i takich dziwacznych
roszczeniach. Starzec odbywa pielgrzymkę pokutną - próbował odgadnąć
brat Franciszek - być może do "sanktuarium" w opactwie, aczkolwiek nie
było tam oficjalnie żadnego sanktuarium, a "święty" nie został jeszcze
uznany za świętego. Brat Franciszek nie potrafił znaleźć żadnego innego
wytłumaczenia dla obecności starego wędrowca na drodze prowadzącej
donikąd.
Pielgrzym spożywał chleb i ser bez pośpiechu, a nowicjusz wiercił się
coraz bardziej, w miarę jak niknął strach. Reguła milczenia podczas dni
postnych nie pozwalała wszczynać dobrowolnie rozmowy ze starcem, ale nie
ulegało wątpliwości, że gdyby opuścił swoją kryjówkę za stertą gruzu,
zanim tamten odejdzie, zostałby przez niego rychło dostrzeżony albo
usłyszany, ponieważ nie wolno mu przecież było opuszczać sąsiedztwa
pustelni przed końcem Wielkiego Postu.
Ciągle jeszcze niezbyt pewny swego brat Franciszek odchrząknął głośno, a następnie wyprostował się tak, że można go było zobaczyć.
- Ojej!
Pielgrzym rzucił natychmiast chleb i ser. Chwycił za laskę i zerwał się
na równe nogi.
- Tylko spróbuj się zbliżyć!
Potrząsnął groźnie laską w stronę zakapturzonej postaci, która wyłoniła
się spoza stosu kamieni. Brat Franciszek zauważył, że grubszy koniec
laski jest uzbrojony w kolec. Trzykrotnie skłonił się uprzejmie, ale
pielgrzym nie zwrócił uwagi na te grzeczności.
- Cofnij się! - wychrypiał. - Trzymaj się z daleka, poczwaro. Nie masz
tu czego szukać, chyba że chodzi ci o ser. Możesz go sobie wziąć. Jeśli
pragniesz mięsa, tylko spójrz na mnie: skóra i kości, ale będę walczył,
żeby to zachować. Cofnij się! Do tyłu!
- Posłuchaj... - Nowicjusz urwał. Miłosierdzie, a nawet zwykła grzeczność
mogły mieć pierwszeństwo przed wielkopostną regułą milczenia, ale
perspektywa przerwania milczenia z własnej woli zbijała go nieco z tropu. - Nie jestem żadną poczwarą, dobry prostaku - ciągnął, używając
grzecznościowego zwrotu. Odrzucił do tyłu kaptur, żeby pokazać mnisią
fryzurę, i uniósł różaniec. - Czy pojmujesz, co to jest?
Przez kilka sekund pielgrzym trwał w postawie kota gotowego do walki,
przyglądając się spękanej od słońca chłopięcej twarzy nowicjusza. W tym,
że błędnie go ocenił, nie było nic dziwnego. Groteskowe stworzenia,
które pełzały na obrzeżach pustyni, często nosiły kaptury, maski albo
obszerne suknie, by ukryć zniekształcenia ciała. Byli wśród nich i tacy,
którzy nie tylko ciało mieli zdeformowane, lecz uważali podróżnych za
zupełnie właściwe źródło dziczyzny.
Po krótkich oględzinach pielgrzym się wyprostował.
- Och... więc jesteś jednym z nich. - Oparł się na kiju i jego twarz się
zachmurzyła. - Czy to Opactwo Leibowitza? - spytał, wskazując odległe
skupisko budynków dalej na południe.
Brat Franciszek skłonił się uprzejmie do samej ziemi.
- Co robisz tu wśród ruin?
Nowicjusz wziął do ręki kawałek kamienia przypominający kredę. Było mało
prawdopodobne, by podróżnik umiał czytać, ale brat Franciszek postanowił
podjąć próbę. Ponieważ pospolity dialekt ludowy nie miał ani swojego
alfabetu, ani ortografii, napisał kredą na wielkim płaskim kamieniu
łacińskie słowa oznaczające pokutę, samotność i milczenie, a następnie
powtórzył je poniżej w starożytnym angielskim, mając - wbrew swemu
nieuświadomionemu pragnieniu, żeby z kimś porozmawiać - nadzieję, że
starzec zrozumie i odejdzie, umożliwiając mu dalsze samotne wielkopostne
czuwanie.
Na widok napisu pielgrzym zaśmiał się z ironią. Bardziej przypominało to
pełne rezygnacji beczenie owcy niż śmiech człowieka.
- Hmmm-hnnn! - Nadal więc piszecie w niewłaściwą stronę - stwierdził.
Jeśli jednak nawet zrozumiał to, co Franciszek napisał, nie chciał się
przyznać. Odłożył kij, usiadł z powrotem na kamieniu, podniósł chleb i ser z piasku, po czym zaczął ocierać z nich pył. Franciszek oblizał
łakomie wargi, ale odwrócił głowę. Od Środy Popielcowej nie jadł nic
poza owocami kaktusa i garścią palonej kukurydzy; reguły postu i wstrzemięźliwości były bardzo ostre w okresie czuwania przed złożeniem
ślubów zakonnych.
Zauważywszy minę brata Franciszka, pielgrzym przełamał chleb i ser i mu
podał.
Pomimo odwodnienia spowodowanego skąpym zapasem wody usta nowicjusza
wypełniły się śliną. Nieposłuszne oczy nie mogły oderwać się od ręki
podającej jedzenie. Świat się skurczył; w samym jego środku znalazł się
zapiaszczony smakołyk w postaci ciemnego chleba i bladego sera. Demon
nakazał mięśniom lewej nogi przesunąć stopę o pół metra do przodu.
Następnie zawładnął jego prawą nogą i oto prawa stopa stanęła przed
lewą, a potem w jakiś sobie tylko znany sposób zmusił mięsień piersiowy
i biceps do wyciągnięcia prawej ręki, aż dłoń nowicjusza dotknęła dłoni
pielgrzyma. Palce wymacały jadło. Wydawało się nawet, że czują jego
smak. Bezwiedny dreszcz przebiegł przez wygłodzone ciało. Brat
Franciszek przymknął oczy i ujrzał opata, który przyglądał mu się i potrząsał bykowcem. Kiedy tylko spróbował wyobrazić sobie Trójcę Świętą,
Bóg Ojciec zawsze przybierał rysy opata, które zazwyczaj, tak się
przynajmniej wydawało Franciszkowi, wyrażały wielkie zagniewanie. Za
plecami opata szalał ogień, a z płomieni wyzierały oczy błogosławionego
męczennika Leibowitza patrzącego w udręce umierania na tego, który
pościł w jego imię, ale został przyłapany na sięganiu po ser.
Nowicjusz raz jeszcze zadrżał.
- Apage Satanas!1 - syknął, odskakując do tyłu i rzucając
jedzenie.
Bez żadnego ostrzeżenia pokropił starca święconą wodą z małej fiolki,
którą wydobył z rękawa. W oszołomionym nieco wskutek słońca umyśle
nowicjusza pielgrzym zlał się na chwilę w jedno z arcywrogiem.
Ten atak z zaskoczenia na siły ciemności i pokusy nie wywołał
natychmiastowych nadprzyrodzonych skutków, ale przyrodzone skutki
ujawniły się ex opere operato2. Wprawdzie pielgrzym-Belzebub
nie przemienił się w siarczany dym, ale wydał z siebie gardłowe dźwięki,
lekko się zarumienił i sięgnął w stronę Franciszka z rykiem mrożącym
krew w żyłach. Nowicjusz przydeptywał sobie habit, kiedy umykał przed
zamaszystymi ciosami zaostrzonego kija, i tylko dlatego wykaraskał się z opresji bez podziurawionego ciała, że pielgrzym zapomniał o swoich
sandałach. Nagle uświadomił sobie, że stawia bose stopy na rozpalonych
kamykach. Zatrzymał się, żeby to przemyśleć. Kiedy brat Franciszek
zerknął przez ramię, odniósł wrażenie, że pielgrzym musiał zdobyć się na
nie lada bohaterstwo, żeby skacząc na palcach, wycofać się w chłodne
miejsce.
Zawstydzony zapachem sera na palcach, powtarzając raz po raz swój
bezsensowny egzorcyzm, nowicjusz zabrał się chyłkiem do prac, które sam
sobie wyznaczył wśród starych ruin. Pielgrzym chłodził stopy i rozładowywał gniew, ciskając co jakiś czas kamieniem w stronę
Franciszka, kiedy tylko ten znalazł się w zasięgu wzroku pośród stert
gruzu. W końcu ręka mu się zmęczyła i udawał, że rzuca kamienie. Mruczał
coś pochylony nad chlebem i serem, więc Franciszek przestał nawet robić
uniki.
Chodził to tu, to tam wśród ruin i co jakiś czas wędrował w stronę
jakiegoś ogniskowego punktu swojej pracy, obejmując w bolesnym uścisku
głaz wielkości tułowia. Pielgrzym przyglądał się, jak nowicjusz wybiera
kamień, ocenia jego wielkość, rozciągając ramiona, odrzuca, a następnie
wybiera starannie inny, wydobywa go ze zwaliska, dźwiga i niesie,
potykając się pod brzemieniem. Jeden z głazów rzucił po zrobieniu kilku
kroków i nagle usiadł, opuszczając głowę nisko między kolana,
najwidoczniej starając się uniknąć omdlenia. Przez chwilę ciężko dyszał,
ale potem znowu wstał i dotoczył głaz do celu. Kontynuował dzieło, a pielgrzym przestał rzucać wścibskie spojrzenia i zaczął ziewać.
Słońce rzucało swoje południowe przekleństwo na spaloną ziemię,
obkładając anatemą wszystko, co zachowało choćby odrobinę wilgoci.
Franciszek nie ustawał w pracy pomimo skwaru.
Kiedy podróżny zmiótł co do ostatniej okruszyny zapiaszczony chleb i ser, a także wypił parę łyków z bukłaka, wsunął stopy w sandały, wstał z chrząknięciem i pokuśtykał przez ruiny do miejsca, gdzie trudził się
nowicjusz. Widząc, że starzec się zbliża, brat Franciszek usunął się na
bezpieczną odległość. Pielgrzym drwiąco pogroził mu zaostrzoną laską,
ale wydawało się, że bardziej interesuje go murarskie przedsięwzięcie
młodzieńca niż zemsta. Przystanął, żeby obejrzeć zbudowaną kryjówkę.
W tym miejscu, w pobliżu wschodniego krańca ruin, brat Franciszek
wygrzebał płytki dół, używając kija jako motyki i rąk zamiast szufli.
Pierwszego dnia Wielkiego Postu zrobił dach, wykorzystując do tego celu
wiązki chrustu, i nocą chronił się pod nim przed pustynnymi wilkami. Ale
w miarę jak przybywało dni postu, wzrastała w okolicy liczba jego śladów
i nocne drapieżniki poczuły nieprzeparty pociąg do terenu ruin, a kiedy
wygasło ognisko, jęły drapać wokół wiązki chrustu.
Franciszek najpierw próbował zniechęcić je do nocnych podkopów,
narzucając więcej chrustu na swój dół i odgradzając go kręgiem głazów
ułożonych ciasno w bruździe. Ale poprzedniej nocy coś wskoczyło na stos
chrustu i zaczęło wyć, podczas gdy Franciszek leżał pod spodem i drżał
ze strachu, tak więc postanowił umocnić jamę i wykorzystując pierwszy
krąg kamieni jako fundament, zaczął budować ścianę. Mur pochylał się do
środka, ale ponieważ ogrodzenie miało kształt prawie owalny, kamienie z każdej kolejnej warstwy napierały na dolne, uniemożliwiając zawalenie
się całej budowli. Brat Franciszek miał nadzieję, że dobierając
starannie skalne odłamy, dbając o utrzymanie równowagi, utykając
szczeliny ziemią i podpierając małymi kamykami, zdoła dokończyć budowę
kopuły. I nawet jedno przęsło niewspartego na niczym łuku rzucało w jakiś niewyjaśniony sposób wyzwanie sile ciążenia, wznosząc się nad jamą
jako świadectwo tych planów. Brat Franciszek zaskowyczał jak szczenię,
kiedy pielgrzym zaczął z zaciekawieniem szturchać ten łuk swoją laską.
Zatrwożony o swoje mieszkanie nowicjusz przysunął się bliżej i patrzył,
jak pielgrzym dokonuje inspekcji. Ten zaś odpowiedział na jego skowyt
pokazaniem laski i krwiożerczym rykiem. Brat Franciszek, umykając,
nastąpił na skraj habitu i klapnął na ziemię. Starzec zachichotał.
- Hmmm-hnnn! Potrzebny ci będzie głaz niezwykłego kształtu, żeby pasował
do tego otworu - oznajmił i zaczął obstukiwać kijem na wszystkie strony
pustą przestrzeń w najwyższym rzędzie kamieni.
Młodzieniec skinął głową i spojrzał w drugą stronę. Nadal siedział na
piasku i miał nadzieję, że milczenie i spuszczony wzrok wyjaśnią
starcowi, że nie wolno mu ani rozmawiać, ani zgodzić się dobrowolnie na
czyjąś obecność w wielkopostnej samotni. Zaczął pisać patykiem na
piasku: Et ne nos inducas in...3
- Jak na razie nie zaproponowałem ci, że zmienię te kamienie w chleb,
prawda? - spytał ze złością wędrowiec.
Brat Franciszek podniósł szybko wzrok. Więc starzec umie czytać, a co
więcej zna Pismo. Ponadto jego uwaga wskazywała, że zrozumiał, dlaczego
nowicjusz tak impulsywnie użył święconej wody, a również dlaczego tu
przebywa. Brat Franciszek, zdając sobie teraz sprawę z tego, że
pielgrzym podkpiwa sobie z niego, znowu spuścił oczy i czekał.
- Hmmm-hnnn! Tak więc należy zostawić cię samego? No cóż, ruszam w takim
razie swoją drogą. Powiedz mi jednak, czy twoi bracia z opactwa użyczą
staremu człowiekowi dachu nad głową.
Brat Franciszek skinął głową.
- Dadzą ci także jeść i pić - dodał cicho, korzystając z prawa
miłosierdzia.
Pielgrzym zachichotał.
- W zamian za to, zanim odejdę, znajdę ci głaz, który będzie pasował do
otworu. Bóg z tobą.
"Ależ wcale nie musisz..." Niewypowiedziany protest zamarł bratu
Franciszkowi na wargach. Patrzył, jak tamten odchodzi, kuśtykając.
Pielgrzym zaczął chodzić wśród stert gruzu. Przystawał co jakiś czas, by
obejrzeć jakiś kamień albo podważyć go laską. Jego starania z całą
pewnością okażą się bezowocne - pomyślał nowicjusz, gdyż sam już
prowadził podobne poszukiwania od przedpołudnia. Doszedł w końcu do
wniosku, że łatwiej będzie usunąć i zbudować na nowo odcinek ostatniego
rzędu, niż znaleźć zwornik, który pasowałby do przypominającego
klepsydrę otworu. Ale z pewnością pielgrzym straci rychło cierpliwość i pójdzie swoją drogą.
Przez ten czas brat Franciszek odpoczywał. Modlił się o odzyskanie tego
duchowego oderwania od świata, którego miał szukać zgodnie z założeniami
czuwania; chodziło o to, żeby umysł stał się czystym pergaminem, na
którym w tej samotności mogłyby zostać zapisane słowa wezwania - jeśli
tylko ta inna Niezmierzona Samotność, Bóg, zechce wyciągnąć dłoń, by
dotknąć jego ludzkiej samotności i naznaczyć jego powołanie. Mała
Księga, którą przeor Cheroki wręczył mu w poprzednią niedzielę, służyła
za przewodnik w medytacji. Liczyła sobie wiele wieków i nazywano ją
Libellus Leibowitz, aczkolwiek tylko niepewna tradycja przypisywała
jej autorstwo samemu błogosławionemu.
Parvum equidem te diligebam, Domine, iuventute mea; quare doleo nimis...
Zbyt mało, Panie, miłowałem Cię w latach mej młodości; dlatego tak
bardzo smucę się w mych latach dojrzałych. Próżno w dniach owych
uciekałem do Ciebie...
- Hej! Tutaj! - dobiegł okrzyk zza stosów gruzu.
Brat Franciszek rzucił krótkie spojrzenie w stronę, skąd dochodził głos,
ale nie dostrzegł pielgrzyma. Znowu przeniósł wzrok na stronicę.
Repugnans tibi, ausus sum quaerere quidquid doctius mihi fide, certius
spe, aut dulcius caritate visum esset. Quis itaque stultior me...4
- Hej, chłopcze! - rozległ się znowu okrzyk. - Znalazłem ci kamień,
który zapewne będzie pasował.
Tym razem, kiedy brat Franciszek uniósł głowę, zobaczył laskę dającą mu
sygnały zza góry kamieni. Westchnął i wrócił do lektury.
O inscrutabilis Scrutator animarum, cui patet omne cor, si me
vocaveras, olim a te fugeram. Si autem nunc velis vocare me
indignum...5
Spoza gruzów dobiegł poirytowany głos:
- Dobrze, jak sobie życzysz. Oznaczę głaz i wetknę przy nim kij. Rób, co
ci się podoba.
- Dziękuję ci - rzekł z westchnieniem nowicjusz, ale wątpił, by starzec
go usłyszał.
Dalej mozolił się nad tekstem.
Libera me, Domine, ab vitiis meis, ut solius tuae voluntatis mihi
cupidus sim, et vocationis...6
- Tutaj! - wrzasnął pielgrzym. - Wetknąłem kij i zaznaczyłem głaz. I obyś szybko odnalazł swój głos, chłopcze. Olla allaj!
Okrzyk osłabł i ucichł, a brat Franciszek dostrzegł kątem oka pielgrzyma
z trudem podążającego szlakiem, który prowadził do opactwa. Czym prędzej
wyszeptał słowa błogosławieństwa i modlitwę o szczęśliwą drogę.
Skoro odzyskał samotność, odłożył książkę do jamy i wrócił do wznoszenia
na chybił trafił swojego muru, nie zawracając sobie na razie głowy
głazem znalezionym przez pielgrzyma. Kiedy jego wygłodniałe ciało
dźwigało się, napinało i potykało pod ciężarem głazów, jego umysł
automatycznie powtarzał modlitwę o utwierdzenie w powołaniu:
Libere me, Domine, ab vitiis meis... Uwolnij mnie, Panie, od występków
moich, abym w mym sercu pragnął tylko spełnienia Twojej woli i abym
usłyszał Twoje wezwanie, gdy nadejdzie... ut solius tuae voluntatis mihi
cupidus sim, et vocationis tuae conscius si digneris me vocare. Amen.
Uwolnij mnie, Panie, od występków moich, abym w mym sercu...
Grupka cumulusów, które zdążały w stronę gór, by obdarzyć je mokrym
błogosławieństwem, przedtem odmówionym suchej pustyni, zaczęła zasłaniać
słońce i przesuwać mroczne plamy cienia poprzez spaloną ziemię, dając
chwilową, ale upragnioną ulgę od żaru promieni słonecznych. Kiedy cień
chmury przemieszczał się przez ruiny, nowicjusz pracował gorączkowo, a potem odpoczywał, dopóki postrzępiony kłąb nie przesłonił słońca.
Głaz znaleziony przez pielgrzyma odkrył zupełnie przypadkowo. Podczas
swojej krzątaniny potknął się o patyk, który starzec wetknął w ziemię
jako drogowskaz. Padł na czworaki i wpatrywał się w dwa znaki napisane
przed chwilą kredą na starym kamieniu: .
Znaki zostały tak starannie nakreślone, że brat Franciszek uznał je bez
wahania za symbole, ale chociaż przez parę minut dumał nad nimi, ciągle
był jak zamroczony. Może tymi znakami? Ależ nie, starzec zawołał
przecież: "Bóg z tobą", czego czarownik by nie uczynił. Nowicjusz
wyłuskał głaz i przewrócił go na drugą stronę. Kiedy to robił, sterta
gruzu osunęła się nieco; mały kamyczek potoczył się po jej zboczu.
Franciszek odskoczył, obawiając się lawiny, ale kamienie zamarły już w bezruchu. W miejscu, gdzie zaklinowany był głaz znaleziony przez
pielgrzyma, ukazał się mały czarny otwór.
Takie jamy często miały lokatorów.
Ale ten otwór był tak szczelnie zatkany przez głaz pielgrzyma, że dopóki
Franciszek go nie usunął, mogła się tam wcisnąć ledwie pchła. Poszukał
jednak kija i ostrożnie wsunął go w pustkę. Nie napotkał żadnego oporu.
Kiedy zaś wypuścił go z ręki, kij zsunął się i znikł w jakiejś większej
podziemnej jamie. Franciszek czekał zdenerwowany. Z dziury nic nie
wypełzło.
Padł znowu na kolana i ostrożnie wciągnął do nosa powietrze z pieczary.
Ponieważ nie poczuł zapachu ani zwierzęcia, ani siarki, wrzucił do
środka mały kamyk i nachylił się jeszcze bardziej, nasłuchując. Kamyk
odbił się trochę poniżej, a następnie stoczył się, potrącił po drodze
coś metalowego i wreszcie zatrzymał się gdzieś głęboko w dole. Pogłos
świadczył o tym, że podziemna pieczara jest zapewne wielkości izby.
Brat Franciszek niepewnie dźwignął się na nogi i rozejrzał. Był chyba
sam, jeśli nie liczyć sępa, towarzysza jego samotności, który wzbił się
wysoko i przyglądał mu się ostatnio z takim zainteresowaniem, że inne
sępy co jakiś czas opuszczały swoje terytoria gdzieś na horyzoncie i przylatywały, żeby zbadać sprawę.
Nowicjusz obszedł dokoła stertę gruzu, ale nie odkrył drugiej dziury.
Wspiął się na przyległe wzniesienie i mrużąc oczy, wpatrywał się w szlak. Pielgrzym już dawno znalazł się poza zasięgiem wzroku. Na starej
szosie nic się nie ruszało, ale przelotnie dostrzegł brata Alfreda
pokonującego niskie wzniesienie, jakąś milę na wschód, w poszukiwaniu
wokół swojej wielkopostnej pustelni patyków na opał. Brat Alfred był
głuchy jak pień. Poza nim nie było nikogo widać. Franciszek nie widział
żadnego powodu, żeby wołać o pomoc, ale jeśli by wyłoniła się taka
potrzeba, to tylko niepotrzebnie zdzierałby sobie gardło. Po dokonaniu
uważnych oględzin terenu zlazł ze sterty. Oddech potrzebny do krzyku
lepiej byłoby zachować na wypadek ewentualnego biegu.
Zdecydował się położyć głaz na miejsce, żeby zatkać otwór jak
poprzednio, ale sąsiednie kamienie przesunęły się nieco, więc głaz nie
pasował już do swojego miejsca w układance. Poza tym otwór w najwyższym
rzędzie muru pozostał niezatkany, a pielgrzym miał rację: wyglądało na
to, że głaz pasuje doń rozmiarami i kształtem. Po krótkim wahaniu
dźwignął głaz i potykając się, ruszył do swojej nory.
Kamień wsunął się dokładnie w puste miejsce. Brat Franciszek sprawdził
kopnięciem, czy został dobrze osadzony; zwornik trzymał się pewnie,
chociaż wskutek wstrząsu mur trochę osiadł tu i ówdzie. Znaki narysowane
przez pielgrzyma zamazały się przy przenoszeniu kamienia, ale nadal były
wystarczająco wyraźne, by dało się je skopiować. Brat Franciszek
starannie przepisał je na innym kamieniu, używając jako rylca zwęglonego
końca kija. Kiedy w sobotę przeor Cheroki będzie dokonywał obchodu
pustelni, może zdoła orzec, czy mają one jakieś znaczenie jako urok albo
przekleństwo. Wprawdzie nie wolno bać się kabały pogan, ale nowicjusz
chętnie dowiedziałby się przynajmniej, co za znak znalazł się nad jego
legowiskiem, zważywszy na ciężar materiału, na którym został napisany.
Nie przerwał pracy przez całe upalne popołudnie. Gdzieś w zakątku mózgu
pamiętał o interesującym, ale i przerażającym otworze i o tym, jak to
osuwanie się kamyka wywołało gdzieś w głębi słabe echo. Wiedział, że
wszystkie ruiny rozciągające się wokół niego są bardzo stare. Wiedział
też z tradycji, że tymi dziwacznymi kupami gruzu stały się wskutek
działalności całych pokoleń mnichów, wspieranych czasem w tym dziele
przez obcych ludzi szukających ładunku kamieni albo kawałków
zardzewiałego żelaza, które można było wydobyć, rozbijając większe
fragmenty kolumn i płyt, jako że starożytne pręty tego metalu zostały w jakiś tajemniczy sposób wbite w skały przez ludzi żyjących w wiekach
prawie już zapomnianych przez świat. Ta dokonana ludzkimi rękami erozja
zniweczyła wszelkie podobieństwo do budowli, które tradycja wiązała z ruinami we wcześniejszym okresie, aczkolwiek obecny mistrz mularski
opactwa nadal szczycił się tym, że potrafił wyczuć i wskazać tu i ówdzie
pozostałości dawnego planu poziomego. I nadal można było znaleźć tu
metal, jeśli tylko ktoś zadał sobie trud rozłupania wystarczającej
ilości skał.
Samo opactwo wybudowane zostało z tego właśnie kamienia. Przypuszczenia,
że pokolenia mularzy buszujących tu przez tyle wieków mogły pozostawić
jeszcze coś interesującego, Franciszek uważał za czyste mrzonki. A ponadto nie słyszał nigdy, by ktoś wspominał o budowlach z pomieszczeniami na poziomie gruntu albo pod ziemią. Przypomniał sobie
teraz nawet, że mularze stanowczo twierdzili, iż budowle na tym terenie
wydawały się wzniesione pospiesznie, nie miały głębokich fundamentów i w większości przypadków stały na płytach ułożonych na powierzchni.
Kiedy budowa schronienia dobiegała prawie końca, brat Franciszek
ośmielił się znowu zbliżyć do otworu i stał nad nim, wpatrując się w dół. Nie mógł wyzbyć się właściwego mieszkańcom pustyni przekonania, że
jeśli tylko gdzieś jest jakieś miejsce, w którym można skryć się przed
słońcem, z pewnością zostało już zajęte. Nawet jeśli w tej chwili nie
mieszka w niej żadne stworzenie, z całą pewnością wślizgnie się tam,
zanim wstanie jutrzejszy świt. Z drugiej strony, jeśli coś już w środku
żyje, bezpieczniej będzie zawrzeć znajomość w ciągu dnia niż w nocnych
ciemnościach. Wyglądało na to, że w sąsiedztwie nie ma żadnych śladów
poza jego własnymi, tymi pozostawionymi przez stopy pielgrzyma oraz
tropami wilków.
Podjąwszy szybko decyzję, począł oczyszczać dziurę z kamieni i piasku.
Po półgodzinnej pracy wprawdzie nie stała się większa, ale jego
przekonanie, że prowadzi do podziemnej sztolni, zmieniło się w pewność.
Dwa małe, na wpół zagrzebane głazy tuż obok otworu najwidoczniej
zaklinowały się wskutek nacisku wielkiej masy napierającej na wylot
szybu; zupełnie jakby uwięzły w szyjce butelki. Kiedy podważył jeden z kamieni w stronę prawą, jego sąsiad przesunął się w lewo tak, że
wszelkie dalsze przemieszczanie stało się niemożliwe. Przeciwny skutek
nastąpił, kiedy zaczął napierać w drugą stronę, ale nie rezygnował.
Dźwignia sama wysunęła mu się z rąk, odskoczyła, uderzyła go w bok głowy
i zniknęła w jamie, która nagle się otworzyła. Gwałtowny cios sprawił,
że zatoczył się na nogach. Kamień, który wystrzelił z osuwiska, uderzył
go w plecy, więc upadł, łapczywie chwytając powietrze, niepewny, czy
wpadł do szybu, czy też nie, aż do chwili, kiedy walnął brzuchem o podłoże i przywarł do niego ramionami. Łoskot spadających skał trwał
krótko, ale był ogłuszający.
Oślepiony pyłem Franciszek leżał, chwytając łapczywie powietrze i zastanawiając się, czy zdobędzie się na odwagę, żeby wykonać jakiś ruch,
tak ostry był ból w plecach. Kiedy odzyskał nieco dech, wsunął rękę pod
habit i sięgnął do miejsca między łopatkami, gdzie jakieś kości mogły
ulec złamaniu. Palce natrafiły na zgrubienie i poczuł ukłucie. Cofnął
rękę i zobaczył, że palce ma mokre i czerwone. Poruszył się, ale jęknął
i padł z powrotem.
Jego uszu dobiegł łagodny trzepot skrzydeł. Brat Franciszek uniósł głowę
i zobaczył sępa, który opadł na stertę gruzu w odległości kilku jardów.
Zaraz wzbił się znowu w powietrze, ale Franciszek odniósł wrażenie, że
spojrzał na niego z jakimś matczynym zafrasowaniem, tak jak patrzy
zmartwiona kwoka. Czym prędzej przekręcił się na plecy. Ptaki zbiły się
na niebie w wielką czarną hordę i zataczały kręgi na małej wysokości.
Kiedy się poruszył, wzleciały wyżej. Nagle, nie zważając na to, że być
może ma złamany kręgosłup albo złamane żebro, chwiejnie podniósł się na
nogi. Rozczarowana czereda wzbiła się znowu wysoko na niewidocznych
słupach rozgrzanego powietrza, a następnie się rozproszyła, odlatując w stronę swoich oddalonych powietrznych posterunków. Wydawało się, że
ptaki, mroczne alternatywy Parakleta, na którego nadejście czekał,
pragną czasem zstąpić zamiast Gołębia; ich nagłe zainteresowanie jego
osobą denerwowało go i poruszywszy parę razy na próbę ramionami, rychło
doszedł do wniosku, że ostry odłam skalny zrobił mu tylko siniaka i lekko go skaleczył.
Powiew wiatru rozpraszał słup pyłu, który wzbił się znad szybu.
Franciszek miał nadzieję, że z wież strażniczych opactwa dojrzą ten pył
i ktoś przybędzie, żeby sprawdzić, co się stało. U jego stóp, w miejscu,
gdzie zbocze się zapadło, zionął kwadratowy otwór. Zobaczył wiodące w dół schody, ale tylko ich górny fragment nie był zasypany. Niżej
pokrywał je gruz, który przez sześć wieków wisiał na włosku, czekając na
pomoc brata Franciszka, zanim zwalił się z łoskotem.
Na ścianie szybu przetrwał czytelny, chociaż na wpół zasypany znak.
Mobilizując cały skromny zasób swojego angielskiego sprzed Potopu,
wyszeptał niepewnie słowa:
SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU
Maksymalna pojemność: 15
Zaopatrzenie w przeliczeniu na jednego użytkownika: 180 dni. Podzielić
przez liczbę użytkowników. Wchodząc do schronu, upewnij się: czy
Pierwszy Właz jest szczelnie zaryglowany, czy osłona zabezpieczająca
przed wtargnięciem osób napromieniowanych jest pod napięciem, czy
światła ostrzegawcze na zewnątrz zostały włączone...
Reszta była zasypana, ale Franciszkowi wystarczyło jedno słowo. Nigdy
nie widział "Opadu" i miał nadzieję, że nigdy go nie zobaczy. Nie
przetrwał żaden wiarygodny opis tego potwora, ale Franciszek znał
legendy. Przeżegnał się i cofnął znad otworu. Tradycja mówiła, że
błogosławiony Leibowitz spotkał Opad i był w jego władaniu przez wiele
miesięcy, zanim egzorcyzmy odpędziły diabła.
Brat Franciszek wyobrażał sobie Opad jako pół-salamandrę, ponieważ,
według tradycji, zrodził się z Potopu Ognia, i pół-inkuba, który psuł
dziewice podczas snu; czyż bowiem potworów tego świata nie nazywano
nadal "dziećmi Opadu"? To, że diabeł jest zdolny zadać wszystkie
nieszczęścia, jakie spadły na Hioba, nie tylko zostało zapisane, ale być
może stanowiło artykuł wiary.
Nowicjusz z przerażeniem patrzył na znak. Jego znaczenie było
wystarczająco wyraźne. Niechcący wtargnął do siedziby (modlił się, by
okazała się pusta) nie jednej, ale piętnastu straszliwych istot! Sięgnął
po fiolkę ze święconą wodą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Idź precz, Szatanie! (Zgodnie z intencjami autora zamieszczone w książce teksty w języku łacińskim często zawierają błędy. Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji). [wróć]
Same z siebie. [wróć]
I nie wódź nas na... [wróć]
Sprzeciwiając się Tobie, ośmieliłem się rozprawiać o tym, co wydało mi się mądrzejsze od wiary, pewniejsze od nadziei lub słodsze od miłości chrześcijańskiej. Któż więc głupszy ode mnie... [wróć]
O niezbadany Egzaminatorze dusz, dla którego każde serce stoi otworem, jeśli kiedyś wołałeś mnie, uciekałem od Ciebie. Jeśli jednak teraz chcesz mnie wezwać niegodnego... [wróć]
Uwolnij mnie, Panie, od występków moich, abym w sercu pragnął tylko spełnienia Twojej woli i abym był świadom Twojego wezwania... [wróć]