ROZDZIAŁ III
Burgwald - tam i nazad
Jaczemir udał się do miejsca, gdzie Soła przeważnie płynęła płytko. Przeważnie, bo była rzeką nieprzewidywalną i z dnia na dzień potrafiła zmienić koryto. Wylewała kiedy i gdzie chciała. Teraz jednakże wydawała się spokojna jak panienka po ustaniu krwawienia. Dziatwa harcująca tutaj za dnia ułożyła nawet tamę z kamienia, więc nie mogła płynąć zbyt wartko. Pacholęta wiedziały, co czynią, oj wiedziały. Kiedyś postawiły zaporę na Macosze, a młynarz Michael przez dobre trzy doby w głowę zachodził, cóż to za nieurodzaj i posucha, że nurtu brak. Koło młyńskie ani drgnęło. Biedaczysko zanosił dary do świętego Floriana, patrona ognia i wody, aby się zlitował i niebo o deszcz uprosił. Gdy się Michael dowiedział, co było prawdziwą przyczyną owego stanu rzeczy, to połowa małych łapserdaków od swych rodzicieli taki łomot dostała, że do rzeki więcej się nie zbliżała.
Wyrobnik przeszedł zgrabnie po wierzchu tamy, omijając śliskie od glonów głazy. Szedł wzdłuż brzegu, wystrzegając się bliskości Burego Lasu, jednak i tam musiał zabrnąć. Nie w smak mu to było, aczkolwiek bór wydawał się wyjątkowo spokojny. Spłoszył łanie, które w gąszczu leżały, później stado bażantów przecięło mu ścieżkę, co uznał za dobry znak. Koniec końców dotarł bez przeszkód do chaty myśliwego, choć ostatni kawałek drogi w zmroku niemal po omacku.
Odkąd wyruszył z ulicy Granicznej, która biegła za murami fary
i okalała miasto, nie poprzestawał rozmyślać nad intencjami zleceniodawcy.
Czemuż to właśnie mnie wybrał? Za cóż tak hojnie wynagradzać drobne oszustwo? Wszakże to nadal powszednia robota, czyż nie? Co jest na tym wozie, że warte jest takiego starania? Broń? Magiczne eliksiry? Mam szmuglować alkohol, medykamenty czy jakiś inny zakazany towar? Bez opłaty na rzecz króla Wacława czy księcia Kazimierza?
- Jeśli tak, to biada mi - westchnął. - Karcą za to słono... Dłoń nie moja, gdy przyłapią, a bywa, że i dłoń mało - zadręczał się coraz bardziej.
Obejście zamajaczyło w blasku księżyca. Przyśpieszył kroku.
Kimże jest ten kupiec, za którego pomagiera mam się podawać? Zrabowany, zaś mnie za raubrittera
przyjdzie czynić i jego towarem rozporządzać? Żywota dokonał? Istnieje on, czy jest jeno wytworem wyobraźni Darena? Hynek z Karwiny, postać mi zaprawdę obca...
Ech, pytań tyleż, zaś odpowiedzi tak mało - trapił się, mijając kolejne sztachety zagrody. Zbyt pochopnie wyraziłem zgodę! Jakby mi strapień nie był dostatek. Coś czuję, że kolejny raz w łajno wdepnąłem. Tak głęboko, że aż po nozdrzach odór raczy dawać...
- O kurwa! Naprawdę w gówno wdepnąłem. Ależ śmierdzi! - But chłopaka ugrzązł w lepkiej mazi. - Komuś trzewia chyba fermentują niczym moszcz na wino. Dawno już tak ohydnych fekaliów nie czułem. Zaraz się porzygam!
I uczynił, jak zapowiedział, po czym otarł usta dłonią, beknął dwa razy i odetchnął z ulgą.
Gdy stanął przed drzwiami chaty, okazało się, że są uchylone. Z grzeczności zastukał, ale odpowiedziała cisza. Ponowił nieco mocniej.
- Jest tam kto?! - zawołał. - Jam posłaniec od Darena! Żyjecie, panie myśliwy?!
Nie było odzewu, więc Jaczemir zaniepokoił się. Nie przewidział takiego obrotu sprawy.
Czy to znaczy, że mam wracać z pustymi rękoma? - bił się z myślami.
Liczył, że jegier lada moment wróci. Zaczekał przed wejściem, nie chcąc pod jego nieobecność zaglądać do środka. Odmówił trzy zdrowaśki, potem kilka innych modlitw, pokręcił się chwilę w miejscu, aż w końcu zdecydował się wejść.
Smród alkoholu i rzygowin uderzył go w nozdrza zaraz po przekroczeniu progu. W chacie mało co było widać, gdyż ogień w palenisku ledwo się tlił. Jaczemir zrobił dwa kroki i przepadł przez powróz, rzucony niedbale na środku izby.
Któż, do cholery, zostawia sznur na podłodze?!
Naraz zobaczył na szerokiej ławie mężczyznę bez oznak życia. Przestraszył się wpierw, ale zaraz pocieszył, że skoro jegomość jest źródłem fetoru, to pewnie jest jedynie upity.
Tłuścioch jakich mało - pomyślał, próbując go poruszyć. Graniczyło to jednak z cudem.
- Panie myśliwy, panie myśliwy! - zawołał mu do ucha, klepiąc jednocześnie po łysinie. - Panie Dragobor, żyjecie?
- Sbie... eee... bier... - zabełkotał, co uradowało młodzieńca niczym matulę krzyk noworodka. - Dar... aj... alaj...
- Rozgadanyś - skwitował ironicznie Jaczemir, ciesząc się, że nie musi oglądać trupa. Nadstawił uszu, by zrozumieć, co tenże chce mu zakomunikować.
- Spierrr... spierdalaj!
Nie to chciał usłyszeć, wszelako: lepší něco než nic,jak to w Teschinie gwarzą. Był rad, że myśliwy żyje.
- Oss... aw... mne... speee... daalaaajcież... - dukał brzuchacz, zapewne próbując przeciwstawić się szturchaniu, które młodzieniec czynił odruchowo i nieprzerwanie od momentu, kiedy przy nim stanął. - Kurevníku jede... eee... en... oss... aw... mnieee! Noż zostaw! - Zaczkał.
- Panie Dragobor, jak was mam zostawić, skoro po wóz przybyłem? - oświadczył nad podziw spokojnie Jar, po czym dodał: - Glejt mi jeno dajcie, a resztę sam załatwię.
Po tych słowach spasiony jegomość jął się rzucać tak zawzięcie, że ciężko było orzec: czy to złość okropna, czy to konwulsje go dopadły. Pienił się przy tym okrutnie, a ślina wraz z przekleństwami cisnęła mu się nieprzerwanie na wargi.
- Ja... dam wam glejt - zacharczał. - Poczekaj... - Ponownie dopadła go czkawka. - Zkurvesynie!!! Jebany w rzyć Ślązaku... - Z każdym kolejnym wyrazem mówienie szło mu coraz lepiej. - Jdi prčic!
- Panie jegier, co wy gadacie? - oburzył się Jaczemir, nie zdzierżywszy dłużej pijackiego bełkotu. - Mieliście mnie obsłużyć i w drogę posłać, a wyście się tak uchlali, że głowa mała. Solidnie zalaliście krzeczka
, oj... nie pozazdrościć!
Tłuścioch pragnął coś odrzec, ale tylko ulało mu się z pyska, łbem ponownie o ławę przywalił i usnął.
Od zmysłów odszedł - pomyślał Jaczemir. Zwidy miał i nie był zdolny odgadnąć, z kimże gada - dedukował, słuchając głośnego chrapania. Wybaczę mu zniewagi, jednak nie przekazał mi dokumentu, a tego wybaczyć nie mogę. Gdzież ten flejtuch go wepchnął?
Młodzieniec odpalił od żaru z pieca znalezioną na blacie świecę i omiótł wzrokiem izbę. Kusza myśliwska, trofea, powrozy, noże rzeźnicze do obdzierania ze skóry, koryta - zapewne do oprawiania truchła upolowanej zwierzyny, drwa do kominka, poroża jeleni, plastry drewna, tłuczki, ogarki, suszone mięso... Jednak po glejcie nie było ni śladu.
Naraz zalany w trupa mężczyzna zmienił ułożenie ciała i zza jego pazuchy wysunął się kawałek pergaminu. Jar delikatnie go wyciągnął i bacznie obejrzał, choć nic zeń nie pojmował, bo był niepiśmienny jak większość społeczeństwa. Nagryzmolone znaki, czarny atrament, tęga czcionka - niechybnie gęsim piórem spisana, jakaś czerwona plama na dole, bodajże pieczęć kupiecka. Zwinął ostrożnie pergamin, schował do wewnętrznej kieszeni lichego kubraka, a potem wziął jedno z jabłek, leżących w wiklinowym koszu i zmniejszył odrobinę ssanie w żołądku. Sięgnął jeszcze po pochodnię, rozpalił ją, trzymając jakiś czas nad płomieniem świecy, po czym wyszedł.
Gdy konia oporządził i zaprzągł do wozu, sprawdził, czy aby na pewno nie rozładowano skrzyń. Upewniwszy się, że są na swoim miejscu, wskoczył na wóz i wziął bat do ręki. Zwykle wzbraniał się mocno przed nocnymi wyprawami przez knieję i przezornie czynił to za dnia.
To blisko. Ino zakręt pokonać, a już będzie widać most i wartownię - dodawał sobie otuchy.
Trwożyła go ciemność. Światło pochodni wcale nie pomagało, bowiem pokraczne cienie tańczyły dookoła, a to działało na wyobraźnię.
- Wio! - wrzasnął, po czym smagnął rzemieniem konia: - Wiśta wio, gniady! Nuże, nuże!
Zwierzę ruszyło z wolna przed siebie i skręciło posłusznie w stronę Kanthy. Był to potężny, brązowy ogier o kruczoczarnej grzywie. Kolejne uderzenie bata sprawiło, że przyśpieszył i nie było konieczności, aby go więcej ponaglać.
Jaczemir minął zakręt. Przez okamgnienie wydawało mu się, że upiór przemknął wśród starych brzóz. Może to biała kora w blasku pochodni błysła? Albo... Nie chciał o tym myśleć.
Pogonił gniadego. Próbował odganiać się od koszmarnych wizji, jakie rodziły się w jego głowie. Oddychał nerwowo. Szybsze bicie serca uspokoiła dopiero majacząca w oddali wartownia. Patrzył prosto przed siebie na przybliżający się budynek i wolał się nie odwracać.
Gdy wjechał na most i końskie kopyta wystukały równy rytm, uderzając o foszty, odetchnął. Jednak w połowie drogi strażnik wyszedł z przyczółka i zagrodził przejazd.
- Prrr! - huknął Jar w kierunku konia. - Stój, gniady, stójże! - Chwycił za lejce i szarpnął mocno. Ogier zatrzymał się nieomal przed samym zbrojnym.
- Cóż wieziecie? - zapytał wartownik, bacznie przyglądając się chłopakowi i furmance.
Jaczemir zaniemówił, jakoby go ktoś zakneblował.
Jakże mogłem tego nie przewidzieć? - zrugał się w myślach. Przecież to było oczywiste, że zapytają mnie o wieziony towar, czegóż się spodziewałem? Spocił się niczym parobek w skwarny dzień. Zapewne każe otworzyć mi te skrzynie, zaś tam nie wiadomo, jakie licho drzemie.
Przełknął głośno ślinę i postarał się opanować, aby nie dać po sobie poznać zmieszania. Nawet zdobył się na subtelny grymas, przypominający uśmiech.
- Towary od samego dostojnego Hynka z Karwiny - jął improwizować. - Najznamienitszego sortu... do kupca, co w waszej mieścinie obecnie przebywa... Ignáca - Gorączkowo usiłował przypomnieć sobie jakiś czeski zwrot, by wpleść go w wypowiedź. - Noc je tak chladná, a horké ženy chybi
- Niewiele żeście rzekli, a tyle skłamali - oświadczył chłodno wartownik, a serce Jaczemira wcisnęło się do gardła. - Żaden dostojny Hynek! Za przeproszeniem to kurwiarz przebrzydły, co lubuje się w zwiedzaniu zamtuzów. Do tego taki pasibrzuch, że swą kuśkę po raz ostatni w Olzie widział podczas kąpieli, gdy się od tafli wody odbijała. Dacie wiarę, jaki los dziewek marny, gdy taką przygniecie? Ponoć jedną tak przyparł swym cielskiem do ściany burdelu, że udusił. - Jaczemira zdziwiła, a jednocześnie uspokoiła gadatliwość zbrojnego. - Uratowała go znajomość z biskupem krakovskim Piotrem, który przypadkiem w tamtym czasie nieopodal obozował. Duchowny potwierdził, że zło mu z ladacznicy pomagał wypędzać, a że wyszło z ostatnim tchnieniem, to już skutek uboczny. W Oswyanczyniu jest on dobrze znany jako obieżyświat i hulaka! Dostojny Hynek! - Zaśmiał się. - Dobre sobie, macie poczucie humoru, chłopcze. A was jak wołają?
- Yyy... - Jaczemir wytężył swój umysł, aby wymyślić coś naprędce. - Jožin... ekhm... Jožin z Bažin
, panie - palnął, co mu ślina na język przyniosła.
- Dziwna to nazwa miejscowości... To pewnie mało znacząca wioseczka jakaś? Pierwszy raz o Bažinach słyszę, jakem żyw.
- Ano,malo, malo - Jarowi pot zrosił czoło. Trudził się, aby jak najbardziej po czesku zabrzmieć. - Malo wiesiczka... - Jaka, kurwa, wiesiczka, obec lub vesnice, złapał się na pomyłce, lecz wartownik zdawał się łykać wszystko jak rybitwa narybek. - Mala a leží daleko, temuż zmęczony jsem... ano. - Kiedy już nie miał konceptu, co powiedzieć, dodawał ano. Stwierdził, że to nie zaszkodzi.
- Glejt mi jeno dajcie, panoczku, i puszczam was wolno! - rzekł strażnik, rozweselony tym, że w końcu mógł z kimś zamienić słowo tego wieczoru. Chłopak urozmaicił mu przykrą jednostajność samotnego pilnowania mostu.
- Juźli dajem... kasik tu byl... oho i jest! - Przekazał zwój, który zabrał z chaty myśliwego. - Prosím, vezměte to, pane! - rzekł niemal jak rodzony Czech, rad, że kiedyś z jednym w karczmie miał sposobność caluśką noc przegadać i co nieco w pamięci utrwalić.
- Zobaczmy, co my tu mamy - Strażnik rozwinął pergamin i wytężył wzrok. Chwilę błądził po dokumencie, zaś jego mina z wesołej stała się rozeźlona. - Dupcyć tebe będę, dzieuszko krasna... Cóż to, do czorta? Dworujecie sobie ze mnie, Morawczyku? Takież to są wasze czeskie błazenady?
Jaczemir pobladł, po czym wystękał:
- Ttttoo ne je glejt?
- Przecie gadam! List do pannicy mi daliście, jurnyście galan, ale to was z okazania stosownego papieru nie zwalnia. - Wyciągnął dłoń i przeszył chłopaka zimnym spojrzeniem. Wyraźnie się niecierpliwił. - Nuże, nuże, gibko! Wszakże nie będziemy tutaj do rana stali.
Raz na wozie, raz pod wozem. Nieznajomość pisma nie pierwszy raz wpędziła go w tarapaty, tak samo jak nieznajomość prawa. Teraz zrozumiał, dlaczego dokument pachniał tak ładnie: nasączony był kwiatowym olejkiem, zaś to nie odcisk pieczęci kupieckiej zdobił go u dołu, a czerwień z ust kobiety. Dumał nad tym, cóż powiedzieć, aczkolwiek nic roztropnego nie przychodziło mu do głowy. Postanowił przynajmniej częściowo przyznać się do winy.
- Pane, bądźcie litościwi, prosím! - zaczął, chyląc głowę z pokorą. - Jo nepismenny. Wziąłem liścik miłosny, miast glejtu. Całkiem nieświadomie. Dureń ze mnie okropny. Wybaccie, pane! - rugał się i usprawiedliwiał na tyleż głośno, na ileż gardło pozwoliło. - Jakżeście řekli wcześniej... z Hynka, co mnie poslal, nezly dupcyngel!Ano, po tymże liściku to teraz vide. Mnie ku wam poslal bez glejtu, bo zapewne dupcyl jakąś dievke i zapomnal. Ne kazujce mi wracać, jo po dluhiej podróży - Zeskoczył z wozu i padł do stóp strażnika.
Prosił wpierw o zmiłowanie i darowanie lekkomyślności, potem klął się na chorą matkę i dziatwę, co w domu bez jadła pozostała, i co mu tam jeszcze na myśl przyszło. Łgał jak pies. Choć nie przychodziło mu to wcale łatwo, bo kłamstwem na ogół się brzydził. Błagał i wzywał wszystkie świętości. Łkał, bił się w piersi, a także obiecywał poprawę.
Cóż miał z nim zrobić strażnik? Nie chcąc biedaka pozbawić sposobności wykarmienia rodziny, sprawdził, czy aby nikt się całemu zajściu nie przygląda i zezwolił jechać. Pod warunkiem że z samego ranka, nim wzejdzie słońce, Czech opuści Kanthy.
Było to na rękę Jaczemirowi, bo nie zamierzał w mieście bawić jako Jožin z Bažin, aby intryga nie wyszła na jaw.
Chłód wrześniowej nocy orzeźwiał umysł, a księżyc i gwiazdy na bezchmurnym niebie oświetlały trasę. Drewniane koła podskakiwały i stukały na nierówno wybrukowanej Bielyczstraße
. Była to najbardziej zaludniona droga w Kanthy, dlatego do uszu wyrobnika co jakiś czas dolatywały obelgi. Po zmroku żaden mieszkaniec nie parał się pracą, prócz karczmarza i wartowników. Nie lubiano, gdy ktoś inny dopuszczał się rumoru czy imał jakiegokolwiek zajęcia.
Wśród wtóru przekleństw przybył pod chatę Ignáca. Dla niepoznaki obwinął głowę kawałkiem sukna, by go ktoś postronny nie poznał. Było takowych nadto, bowiem w rozwartych okiennicach stało już kilka wścibskich bab. Sukno znalazł wepchnięte za siedzisko, zaś po zapachu wnioskował, że służyło Hynkowi do obcierania potu z czoła. Miał nadzieję, że tylko do tego.
Zeskoczył z wozu i załomotał w drzwi. Kiedy to nie pomogło, krzyknął:
- Pane Ignác, je pan tam?
- Przestańcież drzeć tę morawską mordę! - ryknął jeden z mieszczan, któremu zawtórowała jego baba.
Tego pieniacza Jaczemir znał doskonale. Był to Gniewosz. Imię dane mu na chrzcie pasowało do niego jak ulał. Gniewosz wraz z żoną Gniewomirą, prawdziwy chichot losu, byli siebie warci. Opatrzność jednak czuwała nad chłopakiem i nie udało im się go rozpoznać.
Ignác nie kazał na siebie długo czekać, a widząc, co się święci, zaprosił przybysza do środka. Nie chciał dobijać interesu na zewnątrz na oczach wścibskich sąsiadów: "pieniądz lubi ciszę".
Jaczemir vel Jožin zdał sobie sprawę, że rozmawia z rodzonym Czechem, i przemianował się zgrabnie na Józka z Teschina, który w służbie Hynka z Karwiny sporadycznie się tylko udziela. Wyjaśnił absencję protektora i chytrze niczym lis urwał dalsze rozmowy, tłumacząc się opadaniem z sił, a także przymusem szybkiego rozładunku związanego z koniecznością powrotu jeszcze tej samej nocy.
Poszło nieźle, choć bynajmniej nielekko, bo skrzynie swoje ważyły. Na całe szczęście to zajęcie odbierało chęci do dysput. Zmęczony Ignác odprawił chłopaka z trzema mieszkami monet, tak jak zakładała umowa. Musiał mieć do Hynka zaufanie, bowiem nawet nie sprawdził zawartości kufrów.
Jaczemir pożegnał gospodarza czeskim ahoj, po czym wsiadł na wóz. Przeżegnał się, mijając niewielką, drewnianą kaplicę Świętego Krzyża, w której często przystawał na chwilę modlitwy. Co ciekawe, pachniało tu różami niezależnie od pory roku. Także teraz. Rozkoszując się tym zapachem, zwolnił.
Przy moście podziękował raz jeszcze strażnikowi, który strzegł przejazdu na Sole, i ruszył dalej. Nie minęło ćwierć mszy, gdy bez trudu dotarł do chaty myśliwego. Podprowadził powóz pod ścianę domostwa, wyprzągł konia i podstawił mu wiadro z wodą.
Nagle zdębiał. Całemu zajściu przypatrywał się zarośnięty olbrzym.
Rany boskie, czyż to człek czy jakieś leśne licho? - przeraził się.
- A dutki mocie? - zagaił wielkolud, podpierając się na drewnianej ladze.
Przyjdzie mi tu zginąć - pomyślał spanikowany Jaczemir. Krew wydawała się wrzeć mu w żyłach, serce zaś tłukło się prędzej aniżeli dzięciole werblowanie. Czuł, że nogi się pod nim uginają. Jedyne, co był zdolny zrobić, to pokręcić przecząco głową.
- Jakżeż ni mocie? - brodacz oburzył się, a zarazem zdziwił. - Kłamiecie... Oj, srodze kłamiecie, panocku. - Pogroził wielgachnym paluchem. - A jeśli doprawdy ni mocie, to trza mi będzie was loć, jaz mi pary w płuckach braknie! Boście ukryli...
- Nie bijcie, panie, ja Bogu ducha winny - wyjąkał, zasłaniając się rękoma. - Smarkacz jeno. Dragoborowi przysługę wyświadczam. Biedak ze mnie, bez grosza przy duszy.
- A dyć jo żem jes Dragobor!
Jaczemir osłupiał.
- Panie, to wyście nie zbójnik? - zapytał nieśmiało.
- Łowca żem jes - odrzekł olbrzym. - Toć znacy ni łowca taka, co to po polu hasa, ino łowcy... łowycz... łowywyc... Srał to pies. JE-GI-ER żem jes!
- Wobec tego kogo zastałem w tej chacie, jak po wóz przybyłem?
- Jak kogo? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - Nu Hynka z Karwiny trosku nazartego.
- To by wiele wyjaśniało - westchnął głośno chłopak. Dlatego tak się pieklił Hynek, gdy go o oddanie glejtu prosiłem. Myślał, żem zbir. Czyżby Dragobor wraz z Darenem go upili, a później obrabowali moimi rękoma? - Zamyślił się.
- Zara przetrzepie wam galoty, obesrańcu... - Te słowa wyrwały Jaczemira z zadumy.
- Chwilunia, panie Dragobor, już daję - rzekł, sięgając po mieszki. - Trzy... Po wadze mniemam, że będzie tu mniej więcej ze trzy kopy monet, czyli wedle umowy.
- Dzielny chopok, trza było tak od razu - skwitował myśliwy, a na znak radości łupnął młodzieńca otwartą dłonią wielkości cygańskiej patelni w plecy. Ów o mało co się nie połamał. - Aleście mizerniutki, jakieby panienka. Ćwicyć musicie, a tymcasem pódźcie nu do Hynka i dejcie mu te worecki!
Jaczemir otrząsnął się i podrapał po głowie. Już nic z tego nie rozumiał. Okradli kupca z towaru, żeby później oddać mu monety? Wolał nie wnikać. Swoje zrobił i jak najprędzej chciał czmychnąć, nim Dragobor zechce poklepać go po raz drugi.
***
W chacie nie śmierdziało. Owa odmiana była przyjemna dla nozdrzy. Hynek z Karwiny gromko chrapał, co jakiś czas krztusząc się i donośnie charcząc. Palenisko dawało przyjemne ciepło i roztaczało światło na całą izbę. Ława była wyszorowana, zatem w trakcie nieobecności Jaczemira obrzyganiec musiał choć na chwilę się przebudzić. Być może Dragobor doprowadził go, jak i obejście, do porządku. Kupiec pod głową miał worek z sianem, zaś okryty był końską płachtą. Jar, nie chcąc go budzić lub w niepotrzebne dysputy się wdawać, położył mieszki zaraz obok niego tak, aby nie dało się ich przeoczyć.
Albo na nich usiądzie, co jest najmniej pożądane, bo jego tłusta rzyć może nie poczuć różnicy, albo zrzuci i hałasu narobi. Albo najzwyczajniej je zobaczy. To już nie moje zmartwienie - stwierdził. Oddałem, wychodzę.
Obrócił się na pięcie i szybko opuścił chatę.
Miał zamiar pożegnać się z Dragoborem i potwierdzić wykonanie powinności, jednak nie znalazł go w pobliżu.
- Któż to wyprawia się w środku nocy na polowanie? - zamamrotał, bo wizja samotnych łowów w Burgwaldzie przyprawiała go o dreszcze. - Licho wie, cóż tam drzemie...
Jaczemir nie chciał myśleć o mieszkańcach lasu, bo strach go jeszcze większy dopadał. Wiele zapewne owe dęby dostojne, topole strzeliste, buki o pniach nagich i wierzby, co płaczą, i brzozy pobielone widzieć musiały, i gdyby mogły, to kto wie, czy by nie krzyczały. Poprawił pas, zapiął kubrak, zabrał kostur oparty o ścianę chaty, przeżegnał się, a gdy wzrok mu się do ciemności przyzwyczaił, wyruszył przed siebie.
Strach wyczulił mu zmysły. Każdy szelest był jak trzask, każda gałąź buczyny lśniła w świetle księżyca niczym zjawa. Odcienie szarości grały nikczemnie z wyobraźnią chłopaka, wygięte gałęzie drzew wydawały się szponami bestii czyhającej na jego życie. Jakby tego było mało, przeraźliwie pohukiwała sowa. Zwiastunka nieszczęść. Wzbudzało to niemałą grozę w sercu młodzieńca. Bardziej złowieszcze od sów były tylko kruki. Posłańcy śmierci. Także w tym wypadku nie trzeba było na nie długo czekać. Jak na zawołanie nocne powietrze przeszyło urywane krr... krak... krak... Ptaki zbudzone obecnością intruza i światłem pochodni ostrzegały się nawzajem.
Chłopak przyśpieszył kroku.
Naraz księżyc zniknął, świsnęły skrzydła i chmary latopiyrzy zasłoniły niebo. Jeden zbłądził i wczepił się w długie włosy wyrobnika. Stworzenie szarpało się i tłukło błoniastymi kończynami, przez co zaplątało się jeszcze bardziej. Jaczemir capnął zwierzę oburącz i począł wyrywać je z włosów z całych sił. Bolało, ale na próżno się to zdało.
Kozik, którym obierałem rzepę! - przypomniał sobie, zwolnił uścisk jednej dłoni i pogrzebał w kubraku. Tuś mi, bratku! Pięknie żeś się schował...
Wytarmosił nóż zza wszytego pod kaftan rzemienia, po czym naprężył latopiyrza niczym łucznik cięciwę i ciachnął wprost pod jego pazurami. Stworzenie wzbiło się w powietrze, trzepocąc szalenie skrzydłami, a wraz z nim pofrunął pukiel czarno-siwych włosów.
Dziewiętnastolatek odetchnął i rozejrzał się.
Tylko parę kroków przez bury las i będę bezpieczny - pomyślał, widząc prześwit wśród drzew i słysząc szum Soły.
Wydawało mu się wszelako, jakoby ten kawałek drogi trwał wieczność. Za ostatnią linią drzew, które rzadziej porastały skarpę, dostrzegł odbijające się w toni wody światło.
Jestem ocalony - westchnął z ulgą i przyśpieszył.
Już radował się bliskością brzegu, gdy nagle zatrzymał się i zastygł w bezruchu. Nie wierzył własnym oczom. Przetarł je dla pewności, łudząc się, że to zmęczenie daje się we znaki. Bynajmniej nie był to efekt wyczerpania. Nad brzegiem rzeki odpoczywała przeraźliwa bestia o obliczu na poły kobiety, na poły gada. Wężowy ogon trzymała częściowo zanurzony w wodzie, zaś skrzydła na kształt nietoperzych zwiesiła wzdłuż ciała. Były postrzępione niczym zapomniany sztandar na polu dawnej bitwy. Twarz i kibić miała niewieścią, tyle że w odcieniu zgniłej zieleni. Piersi nagie, duże i całkiem ponętne. Zajadała się surową rybą, którą ściskała w swych długich, kościstych paluchach. Pomimo szumu wody dało się słyszeć jej mlaskanie. Przeżuwała właśnie ogon jeszcze ruszającego się zwierzęcia.
Jaczemir próbował wycofać się chyłkiem, lecz trzask patyka pod stopą zdradził jego obecność. Błyszczące ślepia skierowały się w stronę hałasu. Poczwara oblizała się, a Jar zerwał się do ucieczki. Pech chciał, że noga zaplątała się mu wśród korzeni i utknął. Tymczasem bestia pełzła wprost na niego. Nie miał szans na ucieczkę. Drobne korzenie za żadne skarby nie chciały puścić, mimo że wierzgał zawzięcie. Zrozpaczony zaczął więc gorliwie odmawiać modlitwę.
- ...błagań naszych nie odrzuć w potrzebie... - wężowa matrona zbliżyła się na odległość dwóch, góra trzech łokci - ...lecz od wszelakich bied... - Wyciągnęła palce i... oswobodziła jego stopę.
- Zaraz, zaraz - zdziwił się. - To nie miało się chyba tak skończyć?!
- Jesteś nieszczęśliwy z tego powodu, chłopcze? - zasyczała, wyszczerzając zęby z wyraźnie większymi kłami niż u człowieka.
- Ależ skąd, bynajmniej! - Jar zreflektował się. - Zaskoczony jeno...
- Nie gussstuję w ludzkim mięsie - żachnęła się. Z jej wąskich ust to wysuwał się, to chował żmijowy język.
Jaczemir wciąż czuł się niepewnie. Serce waliło mu niczym młot kowala Sobierada, gdy ten bywał rozeźlony. Wbrew dobrym manierom opuścił wzrok, bo nie był zdolny patrzeć w żółtawe, gadzie ślepia rozmówczyni.
Czy zasady savoir-vivre'u tyczą się także nieludzi? Chrzanić to - zrugał się w myślach. Skąd mi to przyszło do głowy?! Czyżbym zmysły postradał? Jakobym nie miał większych zmartwień.
- Paniczu, sss... Długo tak będziesz stał?
- Skądże znowu - spłoszył się. - Nadal jednakże jestem zdziwiony takim obrotem spraw. Czemuż mnie nie zjedliście, pani? Surową rybą nie pogardziliście, a ludzkiego mięsa się brzydzicie? - Dopiero po chwili uświadomił sobie, że pogarsza sytuację. Trwoga odbierała mu trzeźwość myślenia.
- Zdolna jestem nadrobić ów nietakt, lecz czy wszyściuchno, powinnam do paszczy wkładać? - oburzyła się. - Tak może czynić jawnogrzesznica, co bierze w usta wszyssstko jak popadnie, nie zaś szanująca się upiorzyca...
- Prawda zaiste i... żebym wątpliwości nie wzbudzał - przełknął głośno ślinę - rad jestem, żem z życiem uszedł. A czym... wybacz, od zawsze miałem problem z doborem słów, a kim właściwie jesteś, madame, jeśli wolno spytać? - Zabłysnął znajomością języka żabojadów i dobrych manier, których to nauczył się od pewnego obieżyświata.
- Słodkiś, chłopcze... - syknęła, powtórnie oblizując się rozdwojonym jęzorem. - Zdradzę ci, kimże jestem... Meluzyną we własnej, najprawdziwszej postaci. - Rozpostarła skrzydła na boki, jakby chciała się okazalej zaprezentować.
- Darujcie mi, pani, mą niewiedzę, lecz wasze imię nic mi nie mówi.
- Czyż moja legenda nie dotarła w twe strony?!
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.