Podziękowania
Podziękowania są jedyną częścią książki, w którą, jak świat światem,
żaden redaktor nie ośmiela się ingerować. To właśnie tutaj autor - czyli
ja - może wyrazić wdzięczność wobec wszystkich tych, którzy na różne
sposoby wspierali go przez długie miesiące żmudnej pracy, uczestnicząc w procesie twórczym i przygotowaniach.
Mogę zatem powiedzieć, że dobrze spożytkowałem każdą chwilę. No i co
dalej?
Mam na koncie dwadzieścia cztery tytuły, a moi wierni czytelnicy
oczekują ode mnie czegoś nieoczekiwanego, więc tym razem pozwoliłem
sobie na odrobinę szaleństwa. Zaangażowałem cały swój zawodowy potencjał
w stworzenie książki traktującej o ludziach, którzy zjadali innych
ludzi.
Pragnę podziękować każdemu, kto przyczynił się jakoś do powstania tej
książki, i zacznę od Robina Odella, bez wątpienia światowej klasy
historyka i autora książek true crime, który współpracował ze mną i podobnie jak Joe Gaute był moim mentorem, gdy stawiałem pierwsze kroki
jako pisarz.
Mam ogromny dług wdzięczności wobec Frasera Ashforda, twórcy
dwunastoodcinkowego serialu dokumentalnego Serial Killers - to dzięki
niemu mogłem przeprowadzić wywiady z najbardziej odrażającymi seryjnymi
mordercami w historii Stanów Zjednoczonych i wniknąć w głąb ich umysłów.
Dziękuję moim wydawcom, od najstarszego, londyńskiego W.H. Allen, które
później przeobraziło się w Virgin Books, poprzez Smith Gryphon, aż po
John Blake Publishing z siedzibą w Londynie oraz jego amerykańskiego
wspólnika Ulysses Press z Berkeley w Kalifornii. Dziękuję także Keithowi
Riegertowi i całemu jego zespołowi oraz mojemu redaktorowi Richardowi
Harrisowi, który cierpliwie nadawał kształt tej książce.
Grupom medialnym TwoFour Productions z Plymouth i September Films z Londynu jestem wdzięczny za długoletnie wsparcie i współpracę. Moją
wdzięczność zaskarbił sobie Eamonn Holmes - z przyjemnością znowu
zaprezentuję w telewizji śniadaniowej profil psychologiczny jakiegoś
seryjnego mordercy, jeżeli cena będzie odpowiednia.
Na bardziej osobistym gruncie pragnę podziękować moim przyjaciołom,
którzy zawsze byli gotowi mnie wysłuchać, gdy pracowałem nad tą książką.
Mam tu na myśli przede wszystkim towarzystwo z Monks Bar przy High
Street w Old Portsmouth - Neila (właściciela lokalu), Arthura, Andy'ego
Dervana (z jego nieskazitelnym jaguarem) i Marka Hassego (znakomitego
szefa kuchni) oraz całą klientelę, zwłaszcza Keitha, Chrisa i Timmy'ego,
którzy ostatnim razem z taką serdecznością przyjęli Victorię,
współautorkę tej książki.
Na koniec chciałbym zaznaczyć - czym bez wątpienia uraduję zarówno
swoich wydawców, jak i czytelników - że gdybym nie spotkał Victorii
Redstall, nie znalazłbym w sobie natchnienia, by coś jeszcze napisać.
Dziękuję ci, Victorio, raz jeszcze.
Przedmowa
Pytano mnie, czy zabijałem. Tak, zdecydowanie za często jak na jednego
człowieka. Mówili, że jadłem ludzkie mięso. A jak było w pradawnych
czasach? Okazuje się, że wtedy ludzie polowali na innych ludzi (i wciąż
to czynią w odległych zakątkach świata). A takie zwierzęta jak świnia
albo dzik? Czemu niektóre księgi nie pozwalają jeść ich mięsa? Bo
smakuje jak ludzkie. Pokosztowałem mięsa mężczyzn i kobiet. Więc jeśli
następnym razem zasiądziecie do stołu, żeby zjeść bekon, szynkę,
soczystą duszoną wieprzowinę albo kotlet schabowy, pomyślcie o smaku
ludzkiego mięsa.
Z listu Arthura Johna Shawcrossa
do Christophera Berry-Dee
Był smętny piątkowy ranek 1994 roku, gdy zasiadłem w sali widzeń
nowojorskiego zakładu karnego Sullivan, by przeprowadzić ostatni z trzech wywiadów z Arthurem Shawcrossem, bez wątpienia jednym z najbardziej osławionych amerykańskich seryjnych morderców, którzy
dopuszczali się aktów kanibalizmu. Było to żmudne zadanie, jednak mój
wysiłek się opłacił, ponieważ Shawcross przyznał się wreszcie przed
kamerą do zamordowania swojej pierwszej ofiary, dziesięcioletniego Jacka
Blake'a. Dzięki tym wywiadom Departament Policji w Rochester mógł
również zamknąć nierozwiązaną sprawę śmierci głuchoniemej Kimberly
Logan, która, jak podejrzewano, padła ofiarą Shawcrossa w listopadzie
1989 roku.
Przez wiele godzin słuchałem, jak ten opasły mitoman przechwala się
najbardziej szokującymi aktami kanibalizmu, do jakich doszło w czasach
nowożytnych. Jego bohaterskie wyczyny podczas wojny w Wietnamie, gdzie
rzekomo jadł części ciała młodych bojowniczek Wietkongu, okazały się
zmyślone, lecz nie kłamał, wspominając o tym, że "wypreparował i spożył
pochwę" jednej z ofiar zamordowanej w Rochester w stanie Nowy Jork.
Kiedy snuł swoją opowieść, cały czas oblizywał wargi i miałem wrażenie,
że wciąż delektuje się słodkawym smakiem ludzkiego mięsa.
Podczas naszego ostatniego wywiadu nerwowo poruszał dłońmi, a jego
wodniste świńskie oczka strzelały dookoła, jakby się obawiał, że ktoś
sprzątnie mu sprzed nosa tacę z więziennym lunchem.
Skazany na 250 lat więzienia Potwór znad Genesee - bo tak ochrzciły go
media - miał spędzić resztę życia za kratami. Wciąż rozkoszował się
swoją złą sławą i pracował nad książką kucharską, którą zamierzał
sprzedawać w internecie. Odetchnąłem z ulgą, kiedy skończyliśmy serię
wywiadów dla telewizji. Nigdy więcej go nie zobaczyłem.
W piątek 7 listopada 2008 roku Shawcross zaczął się skarżyć na ból nogi.
Nie dostał wózka inwalidzkiego, ponieważ personel medyczny i strażnicy
uważali, że symuluje. Nie symulował i w poniedziałek 10 listopada został
przewieziony do Albany Medical Center, gdzie doznał ataku serca. Zmarł o 21.50. Został skremowany, a prochy przekazano jego córce.
Więcej uwagi poświęciłem kwestii spożywania ludzkiego mięsa, dopiero
kiedy usłyszałem o niemieckim kanibalu Arminie Meiwesie. Swoją
"dobrowolną" ofiarę, Bernda Brandesa, poznał na forum internetowym dla
osób zafascynowanych praktykami kanibalistycznymi. Zaprosił go do
swojego wiejskiego domu pod Rotenbugiem, gdzie obciął mu penisa, którego
obaj próbowali zjeść, popijając czerwonym winem. Potem zajął się lekturą
książki, a po paru godzinach dobił ciosem noża nieprzytomnego Brandesa,
który wykrwawiał się, leżąc w wannie. Wszystko od początku do końca
zarejestrował na taśmie wideo. Ciało swojej ofiary rozkawałkował i zamroził. Do grudnia 2002 roku, kiedy został aresztowany, zjadł około
czterech1 kilogramów ludzkiego mięsa. W pierwszym procesie
zapadł stosunkowo łagodny wyrok - tylko osiem i pół roku więzienia -
ponieważ do zabójstwa doszło za zgodą ofiary, jednak po ponownym
rozpatrzeniu sprawy sąd uznał go za winnego morderstwa i skazał na
dożywocie.
Wkrótce przekonałem się, że istnieją setki stron internetowych
poświęconych antropofagii, czyli dosłownie zjadaniu ludzi. W ciągu kilku
zarwanych nocy odkryłem, że przedstawiciele naszego gatunku od
niepamiętnych czasów zjadają się nawzajem - gotują mięso swoich ofiar,
smażą, grillują, opiekają na rożnie, duszą, pieką albo podgrzewają w kuchence mikrofalowej.
Wstęp
Jestem przekonany, że gdy człowiek stworzy cywilizację wyższą od tej
zmechanizowanej, ale wciąż prymitywnej, którą ma teraz, jedzenie
ludzkiego mięsa stanie się dopuszczalne. Wtedy bowiem człowiek wyzbędzie
się wszystkich przesądów i irracjonalnych tabu.
Diego Rivera
Jak wynika z odkryć archeologicznych, przynajmniej część naszych
przodków żyjących w jaskiniach żywiła się ludzkim mięsem. Niektórzy
antropolodzy sugerują, że kanibalizm wśród ludzi był powszechnym
zjawiskiem w czasach poprzedzających okres górnego paleolitu, który
rozpoczął się około 40 tysięcy lat przed naszą erą. Podstawą tej teorii,
do której przychyla się Tim D. White, paleoantropolog z Uniwersytetu
Kalifornijskiego w Berkeley, jest ogromna liczba "ludzkich kości
noszących ślady kawałkowania" znalezionych w Neanderthalu oraz innych
miejscach zamieszkiwanych przez społeczności wczesnego i środkowego
paleolitu. Według relacji historycznych plemiona Aborygenów z dużym
prawdopodobieństwem były kanibalami - zawsze zjadały zabitych wrogów
oraz zmarłych śmiercią naturalną pobratymców słynących z waleczności,
"aby okazać żałobę i poszanowanie dla ciała". Zapisy kopalne z epoki
kamienia łupanego oraz niektóre malowidła naskalne dowodzą, że w okresie
od około 3 milionów lat do 18 tysięcy lat p.n.e. dostarczycielem
niezbędnych pokarmów białkowych był patriarcha. Zyskiwał on przewagę nad
kobietą, pozostawiając ją w miejscu, które wydawało się najbardziej dla
niej odpowiednie - w jaskini - sam natomiast wyruszał na łowy zbrojny w długi zaostrzony kij i worek pełen krzemiennych narzędzi, żeby zapewnić
swoim bliskim pożywienie. Dzięki roli myśliwego cieszył się
niekwestionowanym szacunkiem graniczącym z czcią należną bohaterom. Jego
kobieta patrzyła na niego z podziwem, gdy wracał do domu znużony pogonią
za kudłatym mamutem. Przyrządzała posiłek swojemu panu i władcy, który
jadł pierwszy, po czym rzucał jej i dzieciom resztki, za co oczekiwał
należnej wdzięczności. Kiedy w okolicy brakowało czworonożnych stworzeń,
ojciec rodziny doraźnie rozwiązywał problemy aprowizacyjne, zabijając
sąsiada, którego można było zjeść zamiast zwierzyny.
Religijni czytelnicy mogą być zszokowani, dowiedziawszy się, że w Drugiej Księdze Królewskiej (2 Kr 6,25-29) znajduje się wzmianka o dwóch
kobietach, które podczas oblężenia Samarii zawarły pakt i postanowiły
zjeść swoje dzieci, ale tylko jedna dotrzymała słowa, natomiast druga
ukryła syna, gdy przyszła jej kolej. Również podczas oblężenia Numancji
przez Rzymian w II wieku p.n.e. wygłodzeni mieszkańcy miasta żywili się
ludzkim mięsem. Gdybyśmy natomiast chcieli przyjrzeć się zjawisku
kanibalizmu w szerszym zakresie, nie musimy szukać dalej niż w dziełach
Józefa Flawiusza, człowieka dobrze obeznanego z ówczesnymi zwyczajami,
który pisał bez ogródek, że na wielu ucztach w starożytnym Rzymie
serwowano półmiski pełne ludzkiego mięsa.
Sąsiedztwo wielkiej rzeki nie zawsze gwarantuje obfite zbiory. Między
1073 a 1064 rokiem p.n.e. poziom wody w Nilu był wyjątkowo niski i nie
dochodziło do regularnych wylewów, które nawadniały pola. Wysuszona
ziemia nie dawała plonów, a żywy inwentarz padał z pragnienia.
Nieuchronnym rezultatem była klęska głodu i ludzie zaczęli spoglądać na
swych bliźnich jak na potencjalne źródło kalorii.
Zgodnie z przysłowiem "Kto nie marnuje, temu nie brakuje", egipscy
szarlatani podczas plądrowania grobowców, w których znajdowały się
tysiące mumii, wpadli na chytry pomysł. Starte na proszek zmumifikowane
ludzkie szczątki sprzedawali jako cudowny lek na wszystko, który cieszył
się ogromnym popytem. Interes kwitł od czasów wypraw krzyżowych aż do
końca XVI wieku, dopóki nie wyszło na jaw, że zamiast starożytnych mumii
na rynek trafiają odpowiednio spreparowane zwłoki niedawno straconych
skazańców albo osób zmarłych w szpitalach.
W klasycznym dziele medycyny alternatywnej, szesnastowiecznej chińskiej
farmakopei, znajduje się wzmianka o zdrowotnych walorach melifikowanego
człowieka zwanego również ludzkim cukierkiem - cudownego panaceum, które
stosowano na Półwyspie Arabskim do leczenia ran i złamań. Były to
zmumifikowane ciała mężczyzn w podeszłym wieku, którzy poświęcali się,
przechodząc na dietę złożoną wyłącznie z miodu. (Miód od niepamiętnych
czasów słynie z leczniczych i odżywczych właściwości szczególnie
pomocnych dla osób cierpiących z powodu anemii, astmy, łysienia,
wycieńczenia organizmu, niepłodności, ukąszeń owadów, paraliżu i osteoporozy). Ze względu na przeczyszczające właściwości miodu była to
jednak dla nich zabójcza dieta prowadząca do śmierci z odwodnienia. Ich
skrystalizowane zwłoki umieszczano w kamiennych sarkofagach wypełnionych
miodem, w którym marynowały się przez sto lat. Według innych źródeł nie
były to ciała altruistycznych ochotników z Bliskiego Wschodu, lecz
birmańskich mnichów, które jakiś przedsiębiorczy farmaceuta postanowił
przerobić na uniwersalny lek. Tak czy inaczej, był to niezwykle
dochodowy interes - sama słodycz - przynajmniej do pewnego czasu.
Moira Martingale w swojej książce Cannibal Killers pisze, że "chiński
cesarz Shi Hu, który panował w latach 336-349, wydawał na swoim dworze
uczty dla setek, a może nawet tysięcy gości, częstując ich specjałami
przyrządzonymi z mięsa młodych niewolnic".
Od tysiącleci zjadamy siebie nawzajem, kiedy brakuje pożywienia, czynimy
to z pobudek religijnych, seksualnych czy politycznych; spożywamy nawet
ciała naszych zmarłych krewnych albo zabitych wrogów, żeby zespolili się
z nami na wieki.
Co najmniej do połowy XIX wieku na Karaibach i w niektórych częściach
Ameryki Południowej rdzenni mieszkańcy praktykowali kanibalizm.
Niektórzy zapładniali niewolnice, a potem zjadali ich dzieci. Czasami
przytomne ofiary patrzyły, jak oprawcy odcinają im kończyny i przyrządzają z nich posiłek - przynajmniej według relacji europejskich
misjonarzy, którzy skwapliwie przedstawiali Indian jako okrutnych
barbarzyńców.
Trzynastowieczny podróżnik Marco Polo oraz europejscy i arabscy kupcy
wspominają o tybetańskich mnichach, którzy zjadali ciała straconych
skazańców. Nic nie wskazuje jednak na to, by któryś z ludzi Zachodu był
naocznym świadkiem takich rytuałów, natomiast sam Polo - który swoją
drogą twierdził, że Tybetańczycy mają ogony - często koloryzował
rzeczywistość we wspomnieniach.
Najpierw podano obcięte głowy na złotych półmiskach. Stężałe twarze
młodych niewolnic o pozbawionych życia migdałowych oczach wciąż urzekały
swoją urodą i świeżością. Mężczyźni ślinili się na myśl, że za kilka
minut jako honorowi goście skosztują ich delikatnego słodkiego mięsa.
Moira Martingale, Cannibal Killers
W Afryce ludożercze plemiona tuczyły niewolników i sprzedawały jak bydło
rzeźne. Członków takich plemion można było łatwo rozpoznać po
spiłowanych na szpic zębach. Istnieją podejrzenia, że w dzisiejszych
czasach wciąż dochodzi do aktów kanibalizmu w Kongu, Ugandzie i Kenii. W latach siedemdziesiątych XX wieku Jean-Bédel Bokassa, przywódca
Cesarstwa Środkowoafrykańskiego, podobno zjadał ciała straconych
buntowników, a ugandyjski dyktator Idi Amin robił to samo ze szczątkami
swoich przeciwników politycznych, lecz akurat za te zbrodnie żadnego z nich nie pociągnięto do odpowiedzialności.
W odizolowanych wyspiarskich kulturach południowego Pacyfiku kanibalizm
przetrwał do XIX wieku, a na niektórych wyspach Melanezji popyt na
ludzkie mięso podobno utrzymuje się do dziś. Na archipelagu Fidżi było
ono cenione bardziej od zwierzęcego i jako wielce pożądany towar miało
nawet specjalną nazwę - puaka balava, co oznacza "długą świnię".
Jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku rdzenni mieszkańcy
Papui-Nowej Gwinei zjadali japońskich żołnierzy schwytanych podczas II
wojny światowej. Jak wynika ze współczesnych badań antropologicznych
poświęconych plemieniu Korowai - jednemu z nielicznych, które wciąż
praktykuje kanibalizm w formie obrzędów - mięso Japończyków uchodziło w tamtym regionie za najsmaczniejsze. Natomiast członkowie plemienia Fore,
również zamieszkującego Nową Gwineę, w ramach obrzędów pogrzebowych
posuwali się do endokanibalizmu - zjadali ciała swoich zmarłych krewnych
- jednak porzucili te praktyki, dowiedziawszy się, że mogą być przyczyną
śmiertelnych chorób neurodegradacyjnych.
Rozbitkowie, którzy ocaleli z katastrof morskich albo lotniczych i walczyli o przetrwanie na nieprzyjaznym odludziu, również traktowali
swoich bliźnich jako pożywienie. W 1727 taki właśnie los spotkał grupę
brytyjskich marynarzy na Atlantyku. Statek handlowy Luxborough Galley,
który dostarczył afrykańskich niewolników do hiszpańskich kolonii w Ameryce Łacińskiej i płynął do Europy, zatonął w pobliżu Bahamów, gdy w ładowni wypełnionej beczkami rumu wybuchł pożar. Dwudziestu dwóch
członków załogi zdołało się uratować i przez dwa tygodnie dryfowało po
oceanie. Stłoczeni w ciasnej szalupie mężczyźni ciągnęli losy, aby
zdecydować, który z nich pierwszy zostanie zabity i zjedzony. Na
szczęście okazało się, że zabójstwo nie jest konieczne, ponieważ zaczęli
umierać z przyczyn naturalnych, zanim głód stał się nie do wytrzymania.
Początkowo marynarze próbowali wykorzystać ludzkie mięso jako przynętę
na ryby i ptaki, ale nie udało im się niczego upolować, więc ostatecznie
zaczęli zjadać swoich martwych towarzyszy. Dwunastu jeszcze żyło, kiedy
znaleźli ich rybacy, ale podróż do najbliższego portu przetrwało tylko
pięciu.
Gdy w lipcu 1816 roku u wybrzeży Mauretanii zatonęła francuska fregata
La Méduse, część załogi i pasażerów, która dryfowała na prowizorycznie
skleconej tratwie, uciekała się do kanibalizmu. Ich udrękę uwiecznił
Théodore Géricalult na obrazie Tratwa Meduzy.
W 1845 roku brytyjski podróżnik i badacz Arktyki kapitan sir John
Franklin wyruszył na swoją czwartą i ostatnią wyprawę w poszukiwaniu
Przejścia Północno-Zachodniego. Żaden ze 129 uczestników ekspedycji nie
przeżył - wszyscy przepadli bez wieści. Charakterystyczne ślady cięć na
ludzkich kościach znalezionych w 1997 roku na Wyspie Króla Williama
dowodzą, że niektórzy z zaginionych nieszczęśników skończyli w żołądkach
swoich głodnych towarzyszy. Szczegółowy przebieg tej tragicznej wyprawy
już na zawsze pozostanie tajemnicą. Na pomniku kapitana Franklina w jego
rodzinnym miasteczku Spilsby widnieje napis Odkrywca Przejścia
Północno-Zachodniego, chociaż do 1906 roku nikomu nie udało się
przepłynąć tej drogi.
W 1884 roku czteroosobowa załoga jachtu Mignorette, który zatonął
podczas sztormu na południowym Atlantyku, znalazła się w poważnych
tarapatach. Po blisko dwóch tygodniach dryfowania w małej szalupie,
zaopatrzonej jedynie w dwie puszki marynowanej rzepy, kapitan Thomas
Dudley zabił chłopca pokładowego, siedemnastoletniego Richarda Parkera,
który pochorował się po wypiciu morskiej wody i był w ciężkim stanie.
Rozbitkowie posilali się ciałem Parkera, a gdy cztery dni później
zostali uratowani, Dudley przyznał się do morderstwa. Brytyjski sąd
skazał całą trójkę na karę śmierci obowiązującą ustawowo w takich
sytuacjach, jednak ze względu na okoliczności przestępstwa zmienił wyrok
na sześć miesięcy więzienia.
Pod koniec I wojny światowej amerykański statek handlowy Dumaru
przewożący ładunek amunicji zatonął trafiony piorunem na południowym
Pacyfiku. Wszyscy członkowie załogi zdołali się uratować, ale zanim
dopłynęli do Filipin, spędzili na oceanie około trzech tygodni i w tym
czasie jedli ciała zmarłych towarzyszy. Ich historię opisał legendarny
dziennikarz Lowell Thomas w książce The Wreck of Dumaru (Katastrofa
Dumaru).
Najsłynniejszy przypadek kanibalizmu wiąże się z katastrofą lotniczą, do
której doszło 13 października 1972 roku. Samolot wyczarterowany od
Urugwajskich Sił Powietrznych rozbił się na ośnieżonym stoku w Andach na
wysokości około 3500 m n.p.m. Zanim nadeszła pomoc, rozbitkowie byli
zmuszeni przetrwać 72 dni w bardzo ciężkich warunkach bez zapasów
żywności i ciepłej odzieży. Niektórzy jedli ciała tych, którzy zginęli w katastrofie albo zmarli później. Spośród czterdziestu pięciu osób
znajdujących się na pokładzie - załogi, drużyny rugbystów z college'u w Montevideo oraz członków ich rodzin - przeżyło tylko szesnastu. W 1974
roku Piers Paul Read opisał historię ocalonych w książce Alive: The
Story of the Andes Survivors (Ocaleni - historia rozbitków w Andach),
która 19 lat później doczekała się ekranizacji zatytułowanej Alive,
dramat w Andach.
W listopadzie 2008 roku migranci z Dominikany płynący do Portoryko
zgubili się na morzu i byli zmuszeni żywić się ciałami zmarłych z odwodnienia towarzyszy, zanim po dwóch tygodniach uratował ich patrol
amerykańskiej Straży Przybrzeżnej. Niechlubna tradycja morskiego
kanibalizmu wciąż jest żywa.
Na przełomie 1846 i 1847 roku amerykańscy pionierzy należący do tak
zwanej Karawany Donnera w drodze do Kalifornii musieli spędzić zimę w górach Sierra Nevada. Przedwczesne i obfite opady śniegu uniemożliwiały
dalszą podróż, więc grupa osiemdziesięciu pięciu mężczyzn, kobiet i dzieci pod wodzą ambitnego George'a Donnera musiała założyć obóz w miejscu, w którym obecnie znajduje się miejscowość Truckee. Osadnicy
wznieśli chaty z sosnowych bali po jednej na każdą rodzinę i mieli tam
przezimować. Kiedy wyczerpały się zapasy żywności, zabili i zjedli
ostatnie zwierzęta, a potem zaczęli walczyć między sobą o resztki
pożywienia. Nie wiadomo, co się stało z George'em Donnerem, ale idę o zakład, że zasiadając do stołu, najadł się nie tylko wstydu. Tak czy
inaczej, za sprawą kanibalizmu jego nazwisko przeszło do historii i figuruje na mapach - został patronem jeziora i przełęczy w okolicy, w której utknęła jego wyprawa.
Chociaż na temat aktów kanibalizmu wśród osadników krąży wiele pogłosek,
do pierwszego potwierdzonego incydentu doszło jednak pod koniec lutego
1847 roku, między przybyciem drugiej i trzeciej wyprawy ratunkowej.
Moira Martingale pisze, że seria morderstw zaczęła się, gdy Lewis
Keseberg - niemiecki imigrant podróżujący z żoną i dwójką dzieci -
"pewnego wieczoru wziął ze sobą do łóżka małego chłopca, a rankiem
następnego dnia dał innym jego ciało do rozkawałkowania". Nie wiadomo,
co stało się z chłopcem, jednak większość świadków była przekonana, że
padł ofiarą morderstwa.
Niektórzy z osadników, a wśród nich rodzina Donnerów i Keseberg, zostali
w obozie, podczas gdy dwie ekspedycje ratunkowe zabrały ze sobą
czterdzieści pięć osób, które mogły samodzielnie iść. Gdy w kwietniu
przybyła na miejsce ostatnia, czwarta ekspedycja, żył już tylko
Keseberg, który leżał wśród okaleczonych szczątków, a obok niego
gotowały się w garnku ludzkie płuca i wątroba - gwoli ścisłości to, co
zostało z pani Donner. Keseberg podczas procesu twierdził, że posunął
się do kanibalizmu, aby pozostać przy życiu, ale jadł tylko ciała
zmarłych. Złożył pozew cywilny przeciw jednemu z członków wyprawy
ratunkowej, którzy zarzucali mu, że zabijał swoje ofiary, i rozpowszechniali krzywdzące plotki na jego temat. Sąd ostatecznie
przyznał mu odszkodowanie w wysokości jednego dolara, ale z braku
wiarygodnych dowodów nie uznał go za winnego morderstwa. Później
Keseberg imał się różnych zajęć, między innymi prowadził restaurację.
Nigdy nie jadłem niczego tak wybornego.
Lewis Keseberg o Tamsen Donner
Jesienią 1873 roku Alfred Packer wraz z grupą innych poszukiwaczy złota
wyruszył z Salt Lake City w kierunku gór San Juan, masywu wznoszącego
się w południowo-zachodniej części stanu Kolorado. Chociaż tubylcy
ostrzegali go przed nadchodzącą srogą zimą, nie chciał zawieść swoich
towarzyszy, a gorączka złota wzięła górę nad ostrożnością. Na początku
lutego 1874 roku poprowadził pięciu zdesperowanych mężczyzn w zasypane
śniegiem góry. Okazało się, że nie tylko ich zawiódł, ale również zjadł.
W połowie kwietnia wrócił w pojedynkę do miasteczka u podnóża gór.
Popijając whisky w saloonie, żalił się, że towarzysze go porzucili.
Wszyscy przyglądali mu się podejrzliwie. Inni przewodnicy, którzy go
znali, zwrócili uwagę na to, że wygląda na zdrowszego i lepiej
odżywionego niż przed dwoma miesiącami, kiedy wyruszał na szlak. Byli
również skonsternowani, gdy zobaczyli w jego jukach sprzęty, które
należały do zaginionych uczestników wyprawy.
W końcu Indianie znaleźli ciała i okazało się, że czterej mężczyźni mają
roztrzaskane czaszki i prawdopodobnie zginęli we śnie, natomiast piąty
został zastrzelony. Zwłoki ofiar były całkowicie lub częściowo ogołocone
z mięsa.
Powstań, Alfredzie Packerze, ty nienasycony parszywy ludożerco! W hrabstwie Hinsdale mieliśmy tylko siedmiu demokratów, a ty pożarłeś
pięciu z nich!
Sędzia Melvile Green, z mowy na procesie Alfreda Packera
Packer podpisał protokół, w którym przyznawał się do winy, ale później
uciekł z aresztu i przez dziewięć lat ukrywał się w Wyoming pod
przybranym nazwiskiem. Kiedy w końcu go schwytano, został oskarżony o zabójstwo i skazany na czterdzieści lat ciężkich robót. Wyszedł na
wolność po siedemnastu latach na mocy zwolnienia warunkowego. Legenda
głosi, że w ostatnich latach życia został wegetarianinem. Przeżył
sześćdziesiąt pięć lat i chociaż zmarł w zapomnieniu, dziś każde dziecko
w Kolorado uczy się o nim na lekcjach historii. Pamięć o nim przetrwała
w dziesiątkach piosenek, między innymi Comin' Back for More C.W.
McCalla, oraz filmach takich jak Cannibal! The Musical, czarna komedia
w reżyserii Treya Parkera, współtwórcy serialu Miasteczko South Park.
W 1968 roku studenci Uniwersytetu Kolorado w Boulder przeprowadzili
oficjalne głosowanie w sprawie nazwy uczelnianego bufetu - Alfred Packer
Memorial Grill - która przetrwała do dziś. Hasło reklamowe lokalu brzmi
"Przyjaciel na lunch - tylko u nas".
W latach osiemdziesiątych XIX wieku w górach Montany żył pewien traper,
niejaki John Johnson, człowiek zajęty swoimi sprawami, który nikomu nie
wchodził w drogę. Ożenił się z Indianką, która urodziła mu dziecko.
Pewnego dnia, kiedy był w lesie, Indianie z plemienia Kruków zamordowali
mu rodzinę.
Johnson poprzysiągł im zemstę. Ilekroć natrafiał na obozowisko Kruków,
atakował ich, zabijał wszystkich, których udało mu się dopaść, po czym
kawałkował ich zwłoki i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zjadał
tylko wątroby. Przez prawie dwadzieścia lat w pojedynkę prowadził wojnę
przeciwko całemu plemieniu. Zyskał sobie przydomek Johnson Wątrobożerca,
ale jego skądinąd odrażające praktyki nie spotykały się z potępieniem.
Został szeryfem w Coulson w stanie Montana, gdzie przez kilka lat stał
na straży prawa i porządku, zanim znów zaszył się w górach. Jego wyczyny
stały się inspiracją dla twórców filmu Jeremiah Johnson, w którym
tytułową rolę zagrał Robert Redford.
Ludzie zjadają się nawzajem powodowani wszelkimi możliwymi motywami,
jakie mógłby wymyślić głodny psycholog albo szef kuchni
czterogwiazdkowej restauracji. Gdy oprowadzę was teraz po odrażających
meandrach kanibalizmu, całkiem możliwe, że już nigdy nie będziecie mieli
ochoty na smakowitą pieczeń wieprzową.
Cristopher Berry-Dee
Były dyrektor Instytutu Badań Kryminologicznych
Redaktor "The New Criminologist"
Rozdział 1
Krótka historia kanibalizmu - fakty i mity
Słowo kanibalizm pochodzi od hiszpańskiego caniba, zniekształconej
nazwy Cariba, której wyspiarskie plemię Tainów używało na określenie
swoich sąsiadów Karaibów, według Krzysztofa Kolumba słynących z tego, że
swoją dietę złożoną z ryb i owoców wzbogacali o ludzkie mięso. Wywodzący
się z doliny rzeki Orinoko Karaibowie pod koniec XV wieku zamieszkiwali
większość wysp w archipelagu Małych Antyli oraz wybrzeże dzisiejszej
Wenezueli - terytoria, z których wyparli łagodniej usposobiony lud
Arawaków. Karaibscy mężczyźni nade wszystko cenili sobie bohaterskie
wyczyny w walce. Nie tworzyli struktur hierarchicznych podporządkowanych
wodzowi, tylko w niezorganizowanych grupach napadali inne plemiona.
Podobno torturowali i zjadali pojmanych mężczyzn, a kobiety brali do
niewoli.
Wielu chrześcijańskich misjonarzy próbowało odwieść tubylców od takich
barbarzyńskich praktyk. Było to jednak bardzo niebezpieczne
przedsięwzięcie. Po długich miesiącach przedzierania się przez parną
dżunglę, brodzenia w bagnach, nad którymi unoszą się chmary komarów, i wiosłowania w górę rzek pełnych krokodyli i piranii uzbrojonego jedynie
w kostur i Biblię księdza spotykała często męczeńska śmierć. Nawracanie
niewiernych było ryzykownym zajęciem.
Lecz jest to tylko jedna strona medalu, jak się niebawem przekonamy.
Przez kolejne stulecia przybysze ze Starego Świata wyrządzili
karaibskiej ludności wiele szkód.
Jak wiemy z historycznych przekazów, pewnego jesiennego ranka 1492 roku
Krzysztof Kolumb, stojąc na plaży Hispanioli (obecnie Haiti), próbował
się porozumieć z przedstawicielami lokalnego plemienia Tainów.
Dowiedział się od półnagich tubylców, że położone na południowym
wschodzie wyspy (dziś Małe Antyle) zamieszkują Kanibowie, wojowniczy
amatorzy ludzkiego mięsa, którzy regularnie napadają spokojnych
sąsiadów. Według mitologii Tainów plemię to miało powiązania z zaświatami.
Kapitan Kolumb wysłuchał także innych relacji na temat napastliwych
wyspiarzy. Chociaż nigdy nie widział żadnego z nich, podczas pobytu na
Kubie w czwartek 4 listopada 1492 roku zanotował w swoim dzienniku:
"Kanibowie mają psie pyski i tylko po jednym oku". Jak się okazało w trakcie późniejszej kolonizacji Indii Zachodnich, zamiast fantastycznych
stworów na tamtejszych wyspach żyli poruszający się na dwóch nogach,
wyposażeni w dwoje oczu i pozbawieni ogonów rdzenni Amerykanie.
Lud ów bardzo niewprawny jest w toczeniu boju. Nawet pięćdziesięciu
mężów łatwo sobie podporządkować i skłonić do wykonywania
rozkazów2.
Krzysztof Kolumb
Przeglądając stare zapiski dotyczące Karaibów, antropolog Robert Myers
odkrył, że faktycznie mieli oni w zwyczaju napadać na Wyspy Nawietrzne i brać niewolników, jednak nie natrafił na żaden wiarygodny dowód
świadczący o ich rzekomym upodobaniu do ludzkiego mięsa. Niemniej z czysto finansowych powodów doniesienia o dzikości i okrucieństwie tego
plemienia przez stulecia wpływały na hiszpańską politykę. Pomagały one w rozstrzyganiu konfliktów między klerem zabiegającym o ratowanie dusz a kolonizatorami, którym zależało na niewolniczej sile roboczej.
Wydany w 1511 roku edykt określał Karaibów jako "Indian, którzy są wrogo
nastawieni do Europejczyków, uciekają się do przemocy i spożywają
ludzkie mięso". Według tej niezwykle korzystnej charakterystyki byli
także pozbawieni dusz, zatem nic nie stało na przeszkodzie, aby uczynić
z nich niewolników.
Kim byli mieszkańcy Małych Antyli nazywani też Wyspiarskimi Karibami?
Odpowiedzi na to pytanie z pewnością potrafił udzielić ojciec Raymond
Breton, żyjący w XVII wieku francuski misjonarz, który spędził wśród
nich wiele lat swojego życia.
Urodzony w Baune w 1609 roku Breton w wieku siedemnastu lat wstąpił do
zakonu dominikanów, którzy wysłali go do Paryża, aby tam w słynnym
klasztorze św. Jakuba zdobył wykształcenie w dziedzinie filozofii i teologii. Po ukończeniu studiów wątły i nad wyraz pobożny młody zakonnik
wyruszył wraz z trzema innymi braciszkami do Francuskich Indii
Zachodnich, gdzie dotarł w 1635 roku. Poświęcał się pracy misjonarskiej
przez blisko dwie dekady, z czego dwanaście lat spędził na wyspie San
Domingo (obecnie Haiti). Choć żył zupełnie sam wśród rdzennych
mieszkańców, nie spadł mu włos z głowy (i to nie dlatego, że był prawie
łysy).
Przez resztę czasu Breton odwiedzał różne wyspy archipelagu, nauczając i ewangelizując tubylców w ich własnych językach. Ponieważ opanował wiele
lokalnych narzeczy, mógł później oświadczyć jako niepodważalny
autorytet, że kobiety i mężczyźni Kalinago - jak mówili o sobie
Wyspiarscy Karibowie - posługiwali się oddzielnymi językami. Jego
zdaniem taki system był następstwem podboju Małych Antyli - Breton
uważał, że przybyli z Ameryki Południowej Karibowie wymordowali lub
sprowadzili do roli niewolników mężczyzn mówiących w języku Arawaków i brali sobie za żony miejscowe kobiety, zatem męski język Kalinago
wywodzi się od mowy najeźdźców.
Nie udało się odnaleźć pozostałości archeologicznych, które
potwierdzałyby hipotezę inwazji. W latach sześćdziesiątych XX wieku
Ripley Bullen, archeolog z Uniwersytetu Florydy, zasugerował, że
istnieje związek między inwazją Karibów a ceramiką z kultury Suazoid -
cywilizacji indiańskiej, która rozwinęła się w XII wieku na wyspach
położonych na południe od Martyniki. Inni badacze liczą się z jego
teorią. Louis Allare z Uniwersytetu Alberty oraz holenderski archeolog
Arie Boomert znaleźli podobieństwo między naczyniami ceramicznymi z wykopalisk na Małych Antylach i w Gujanie, lecz ich odkrycia są zbyt
niepełne, aby mogły czegokolwiek dowodzić.
Relacja Bretona nie jest pozbawiona nieścisłości, a teoria na temat
pochodzenia Wyspiarskich Karibów może się opierać na innym niż
dzisiejsze pojmowaniu przesłanek historycznych i lingwistycznych. Jak
dowiedli Berend Hoff z uniwersytetu w Lejdzie i amerykański lingwista
Douglas Taylor, język mężczyzn Kalinago był w gruncie rzeczy pidżynem -
miał ograniczone słownictwo i uproszczoną strukturę gramatyczną. Jeśli
posiadał taką samą genezę jak inne pidżyny, jest bardziej prawdopodobne,
że stanowi odzwierciedlenie pokojowych interakcji między Karibami
przybyłymi z Ameryki Południowej i Arawakami zamieszkującymi Małe
Antyle. Taka hipoteza sugeruje, że Wyspiarscy Karibowie nie byli
potomkami najeźdźców z kontynentu, lecz wywodzili się od Arawaków. A jeśli rzeczywiście jadali ludzkie mięso, relacje dotyczące rozmiaru
takich praktyk były wyolbrzymione. Mimo otaczającej ich złej sławy
Breton najwyraźniej nigdy nie był świadkiem aktu kanibalizmu. Wprawdzie
Wyspiarscy Karibowie mieli reputację czarnej owcy na tle innych ludów
zamieszkujących Indie Zachodnie, jednak należeli do tego samego stada.
Na tym przykładzie widać, że kanibalizm był często narzędziem służącym
do demonizowania określonych grup etnicznych. Podobny los spotkał Żydów,
którzy w chrześcijańskiej kulturze średniowiecza funkcjonowali jako
amatorzy niemowlęcej krwi. Ale chociaż antropolodzy podchodzą dosyć
sceptycznie do takich relacji, w dziejach ludzkości nie brakuje
potwierdzonych przypadków kanibalizmu, zarówno o podłożu rytualnym, jak
i wynikającego z walki o przetrwanie.
W kulturze Azteków zamieszkujących tereny dzisiejszego Meksyku
kanibalizm stanowił część obrzędów religijnych polegających na składaniu
ofiar z jeńców wojennych. Zgodnie z pierwotnymi wierzeniami rytualne
spożywanie części ciała zabitego wroga pozwala na zawładnięcie jego
duszą. Natomiast praktyki kanibalistyczne w ramach rytuałów pogrzebowych
miały zapewnić nieśmiertelność duszy zmarłego, na przykład szanowanego
członka klanu. Aztekowi czcili tyle krwiożerczych bóstw, że w zasadzie
co tydzień kapłani poświęcali im jakieś niewinne dziecko, młodego
mężczyznę lub kobietę albo wziętego do niewoli wroga. Aby zjednać sobie
łaskawość boga słońca, który zapewniał obfite plony, należało unieść ku
niebu wciąż bijące serce wyrwane z piersi żywej ofiary. Następnie ciało
zabitego rozdzielano między zgromadzony tłum, który je zjadał, nie tyle
z łakomstwa, ile ze względu na symbolikę religijną.
Ludność Markizów, archipelagu wchodzącego w skład Polinezji Francuskiej,
tłoczyła się w wąskich dolinach. Walczące ze sobą plemiona czasami
zjadały ciała zabitych wrogów. Amerykański historyk William D.
Rubinstein pisze: "Członkowie zamieszkującego Markizy plemienia Taipi
uważali spożycie ludzkiego ciała za przejaw wielkiego triumfu.
Traktowali pojmanych wrogów z niesłychanym okrucieństwem. Nie zabijali
ich od razu, tylko łamali im nogi, by zapobiec ucieczce, tym samym
skazując nieszczęśników na rozmyślania o nieuchronnej śmierci. Podobnie
jak inne plemiona bardzo cenili sobie mięso młodych kobiet".
Z innych relacji wynika, że wyspiarze z południowego Pacyfiku zjadali
ciała zabitych wrogów, a ponieważ każde plemię walczyło ze swoimi
sąsiadami, układ sił w regionie był bardzo niestabilny.
Gdy w 1820 roku amerykański statek wielorybniczy Essex zatonął na
Pacyfiku staranowany przez kaszalota, kapitan wraz z ocalałymi członkami
załogi zdecydował się płynąć szalupami pod wiatr w kierunku oddalonego o prawie 5000 kilometrów wybrzeża Chile, zamiast obrać kurs na Mariany
znajdujące się o połowę bliżej, ponieważ wiedział, że może tam trafić na
kanibali. Jak na ironię podczas długiego rejsu wielu rozbitków posilało
się ciałami zmarłych towarzyszy, żeby uniknąć śmierci głodowej.
Nikt nie znał się tak dobrze na wielorybach taranujących statki jak
autor Moby Dicka, amerykański pisarz Herman Melville. Ale czy nie
zrobiliśmy złej prasy rdzennym mieszkańcom Markizów? Melville żył wśród
najbardziej wojowniczych plemion zamieszkujących archipelag i podobnie
jak ojciec Breton wyszedł z tej przygody bez szwanku. Jednak w swojej
autobiograficznej powieści Taipi wspomina o wypreparowanych ludzkich
głowach i przywódcach plemiennych, którzy po walce zjadali ciała
zabitych wrogów.
W folderach dawnych biur podróży na próżno byłoby szukać wzmianki o tym,
że w niektórych częściach Melanezji jeszcze na początku XX wieku
dochodziło do aktów kanibalizmu. Takie praktyki miały wiele przyczyn,
jak na przykład chęć odwetu, upokorzenia zabitego wroga albo przejęcia
jego cech. Ratu Udre Udre, żyjący w XIX wieku fidżyjski wódz, podobno
zjadł osiemset siedemdziesiąt dwie osoby i figuruje w Księdze rekordów
Guinnessa jako najbardziej wydajny kanibal. Dla upamiętnienia swojego
wyczynu usypał kopiec z kamieni, z których każdy symbolizował jedną
ofiarę. Całkiem zrozumiałe, że wieści o tych zwyczajach szybko dotarły
do europejskich żeglarzy, którzy skwapliwie omijali Fidżi, nazywając je
Wyspami Ludożerców.
Nie było roku, by jakiś podróżny powracający z odległych zakątków świata
nie opowiadał historii o kanibalizmie; należał do nich brat Diego de
Landa będący świadkiem takich zwyczajów na Jukatanie. Amatorami
ludzkiego mięsa okazali się również żyjący w kolumbijskich górach
Indianie, których opisuje angielski duchowny i podróżnik Samuel Purchas.
Norweski misjonarz Hans Egede wspomina o Inuitach z Grenlandii, którzy
zabili czarownicę i zjedli jej serce.
Szczególnie makabrycznym zwyczajom hołdowali mieszkańcy brazylijskiego
stanu Sergipe, którzy spożywali ludzkie mięso przy każdej nadarzającej
się okazji i nie gardzili także niedonoszonymi płodami.
W 1903 roku brytyjski dyplomata Roger Casement po powrocie znad jeziora
Mantumba w Wolnym Państwie Kongo napisał w liście, że niemal każdy, na
kogo się natknął, uprawiał kanibalizm. Dodał również, że jeszcze nigdy
nie widział takich "dziwolągów", i wspomniał o plemieniu niziołków
zwanym Batwa, które zamieszkiwało dżunglę i też jadało ludzkie mięso.
Jednak Batwa nie mogli czuć się bezpiecznie, bo gdy nadchodziły ciężkie
czasy, polowali na nich bardziej rośli kanibale. "To nie są bajki, mój
drogi Cowperze, lecz przerażająca rzeczywistość tego biednego,
pogrążonego w ciemnocie i dzikiego kraju" - pisał Casement. Adresat
listu, Francis H. Cowper, urzędnik królewski na placówce konsularnej w Lizbonie, nie zapisał w swoim skądinąd skrupulatnym dzienniku, czy tego
dnia z apetytem zjadł kolację.
W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie przez wiele lat krążyły legendy o dziwnym stworzeniu zwanym Wendigo. Pokolenia myśliwych i traperów,
którzy zapuszczali się w głąb lasów północnej Minnesoty, opowiadały o spotkaniach z tym potworem. Podobno był tak delikatnie zbudowany, że
jego sylwetkę dało się zobaczyć tylko z bardzo bliska. Słynął z nienasyconego apetytu na ludzkie mięso; gdy mieszkańcy jakiejś wioski
znikali z niewyjaśnionych okolicznościach, winą obarczano Wendigo.
Rdzenni Amerykanie również mieli z nim styczność. Algonkinowie oraz inne
plemiona z pogranicza Stanów Zjednoczonych i Kanady określali tę
tajemniczą bestię różnymi nazwami, między innymi Wendigo, Witigo, Witiko
oraz Wee-Tee-Go. Wszystkie można tłumaczyć jako "zły duch, który pożera
ludzi". Pewien niemiecki badacz ustalił, że słowo to oznaczało kanibala
w języku plemion zamieszkujących okolice Wielkich Jezior. Według
przyjętych wśród Indian wyobrażeń Wendigo mierzył prawie pięć metrów
wzrostu. Kiedyś był człowiekiem, ale za sprawą magii zamienił się w istotę nadprzyrodzoną. Mimo różnic w opisach jego wyglądu, na ogół we
wszystkich występuje para ogromnych świecących oczu, ostre kły i odrażająco długi język. Większość tych stworów miała bladą żółtawą
skórę, inne zaś były pokryte włosami i podobne do wilkołaków. Górowały
nad ludźmi i napędzał je nienasycony głód.
Zdarzało się, że obarczano je winą za akty kanibalizmu popełnione w rzeczywistości przez ludzi - były zatem wygodnymi kozłami ofiarnymi i pozwalały przezwyciężyć wstręt wobec takich praktyk, często będących
sposobem na przetrwanie. Uważano, że jeśli ktoś jadł ciała swoich
bliźnich, mógł się nabawić tego odrażającego upodobania do ludzkiego
mięsa poprzez "dotyk Wendigo".
W 1879 roku pochodzący z plemienia Kri traper Katist Chen, czyli Żwawy
Biegacz, podczas wyprawy myśliwskiej zamordował i zjadł matkę, żonę,
brata oraz sześcioro dzieci. Podczas procesu oświadczył, że został
opętany przez Wendigo. Początkowo utrzymywał, że jego rodzina umarła z głodu, lecz ani taka wersja wydarzeń, ani próba zrzucenia
odpowiedzialności na demona nie trafiły do przekonania sądu, który uznał
go za winnego morderstwa. Później wyznał księdzu, że Wendigo nawiedzał
go w celi i torturował, żeby zmusić do składania fałszywych zeznań.
Jedynie mówiąc prawdę, jak twierdził, mógł się uwolnić od napastliwego
ducha. Żwawy Biegacz zawisł na szubienicy, czym zapisał się w historii
jako pierwszy skazaniec stracony przez Kanadyjską Królewską Policję
Konną.
W hinduskiej mitologii występują potężne złe istoty zwane asura i rakshasa, które mieszkają w lesie, dysponują wieloma mocami i posuwają
się do różnych potworności, między innymi pożerają przedstawicieli
własnego gatunku. Można je uznać za hinduistyczny odpowiednik demonów.
Tymczasem Aborygeni praktykują coś, co uchodzi za łagodniejszą formę
kanibalizmu, czyli endokanibalizm polegający na zjadaniu ciał krewnych
lub przyjaciół. Według ich wierzeń rytualne spożywanie ciała zmarłego
przez najbliższych miało zapewnić jego duszy wieczne życie.
Znamy także z historii wiele przykładów kanibalizmu, do którego
dochodziło podczas klęsk głodu albo w innych poważnych sytuacjach
kryzysowych.
W większości krajów, także w Stanach Zjednoczonych, spożywanie ludzkiego
mięsa samo w sobie nie jest przestępstwem. Sprawców zwykle karze się za
morderstwo albo, jeśli ofiara już nie żyje, za zbezczeszczenie zwłok.
Sądy zwykle uznają stan wyższej konieczności za okoliczność wyłączającą
winę, ale tylko w tym drugim wypadku.
Na poziomie mitologicznym matka zjadająca własne dzieci urasta do rangi
najwyższej zwierzchności, czego przykładem jest hinduska bogini śmierci
Kali zwana również Panią Kosmosu. Według wierzeń zaratusztriańskich,
które wniosły swój wkład w mitologię Zachodu, usta są bramą piekieł.
Zgodnie z katolickim dogmatem chleb i wino, które ksiądz rozdaje
wiernym, ulegają przeistoczeniu w ciało i krew Chrystusa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki