Kanibale - Anna Karolina
39.90 zł
29.93 zł
(18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wzięła do ręki nóż, który leżał na wierzchu w szufladzie ze sztućcami. Odłożyła go na bok i poszukała innego. Większego. Ostrzejszego. Widelce, łyżki i łopatki do sera przelatywały jej przed oczami. Była w innym świecie, chociaż wiedziała, że jest w domu. W swojej willi w Duvbo. Stanęła, opierając się obiema rękami o kuchenny blat. Próbowała się skupić. W końcu znalazła największy nóż. Przeciągnęła kciukiem po ostrzu. Skóra rozchyliła się jak płatki kwiatu. Odsłoniła mięso. Krew. Życie. Oblizała ranę i przełknęła. Posmak żelaza był wprost niebiański. Jeśli zaraz nie dostanie więcej, umrze z głodu. Zamknęła szufladę i usłyszała, jak trzaska zabezpieczenie przed dziećmi. Zegar na ścianie tykał zbyt głośno, zbyt szybko. Nie potrafiła stwierdzić, która była godzina. Wskazówki wykrzywiały się i żyły własnym życiem. Nie było czasu. Wyszła z kuchni i znalazła się w salonie.
Dziewczynka klęczała na sofie. Wpatrywała się w jakąś kreskówkę. Jedną ręką regularnie sięgała do miski z popcornem.
Słodkie dziecko. Jej włosy wciąż były splecione w warkoczyki, razem zrobiły je rano. Jutro miały iść nad morze karmić ptaki kawałkami chleba, które od jakiegoś czasu zbierały. Jutro.
Ona jednak najpierw musiała coś zjeść.
Uderzyła nożem z góry. Raz. Drugi. Nieskończoną liczbę razy.
Krew była tak cudowna. Lizała. Żuła. Darła. Jednocześnie zauważyła coś dziwnego. Jakieś przeczucie.
Apetyt mimo to przeważył.
I ten głos. Ten dziwny głos. Spokojny i bezpieczny. Mówił, że wszystko jest w porządku. Cały czas był przy niej.
Prowadził ją.
Połknęła coś, po czym odłożyła klejący się nóż.
Lepka ciecz wypływała z kącika jej ust. Wytarła ją wierzchem ręki. Dziwne.
Postacie w telewizorze tańczyły i się śmiały. Wygłupiały. Wyłączyła program.
Zabrała popcorn z dywanu. Nieporządny dzieciak. Jutro miały karmić ptaki. Uśmiechnęła się do tej myśli. Zabawne. Wewnętrzny głos pochwalił ją. Na jednym świat się kończy.
9
Björn miał za chwilę dojść. Słyszała to. Coraz szybciej oddychał. Coraz intensywniej się ruszał. Mocniej. Używali tradycyjnej pozycji misjonarza. Björn nie lubił eksperymentować. Pia skrzyżowała nogi na jego plecach. Dostosowała się do szybszego tempa. W końcu nadeszła ta chwila. Pojawiła się eksplozja rozkoszy i Pia napięła mięśnie, żeby go zatrzymać. On wydał z siebie kilka nierównych jęków, jednocześnie szarpnął się do tyłu i wyszedł z niej. Spuścił się na jej brzuch.
Rozkosz ustąpiła miejsca rozczarowaniu. Uśmiechnęła się jednak i wytarła krople potu z jego czoła. Podrapała go paznokciami po plecach, kiedy wypuszczał powietrze z płuc.
- No mogło się to źle skończyć.
Położył się na boku i pocałował ją w policzek.
- Co takiego?
- Dranie omal nie wylądowały w niewłaściwym miejscu.
- A to jakaś różnica?
Björn zaśmiał się niepewnie.
- Chyba nie chcemy teraz mieć dzieci?
- Dlaczego nie? Ustaliliśmy przecież, że spróbujemy.
Björn przez chwilę milczał.
- Wiesz, jak Gertrud i Hjalmarowi jest teraz trudno. Musimy trochę odczekać.
- Mam czterdzieści jeden lat. Wiesz równie dobrze jak ja, że zegar tyka.
- Nie przejmuj się. Ciało masz jak dwudziestolatka.
Ścisnął jej pośladek. Czy próbował żartować? Jeśli tak, to nie było to wcale zabawne. Pia uwolniła ramię, które leżało pod jego karkiem, i wyszła do łazienki. Usłyszała, jak westchnął i ruszył za nią. Przytulił ją od tyłu. Zignorowała go i odkręciła wodę. Odczekała, aż zrobi się ciepła.
- Wiesz, że cię kocham. I pewnego dnia zrobimy sobie dziecko. Chcę jednak, żeby dzieci miały możliwość się przyzwyczaić. Dzieje się dużo nowych rzeczy.
- Co rozumiesz przez "pewnego dnia"? Za tydzień, za miesiąc, za rok?
- No przecież nie wiem.
Uwolniła się z jego uścisku i zamknęła za sobą drzwi do kabiny. Pozwoliła, by strumienie wody spłukały z niej upokorzenie, od którego paliły ją policzki. Czy ona nie jest dość dobra? Dlaczego on wcześniej chciał mieć dzieci, a teraz nie? Oczywiście była świadoma, że to niezdrowe rozumowanie. Nie mogła jednak zatrzymać biologicznego zegara. Z Magnusem przynajmniej próbowali, chociaż nigdy nic z tego nie wyszło. Patrząc z perspektywy czasu, dobrze się stało. Teraz jej sytuacja była lepsza. Dobra relacja, dobry mężczyzna, dobra praca. Po co w nieskończoność czekać? Ze względu na Gertrud i Hjalmara! To przez nich musi odmawiać sobie tego, co na świecie najcudowniejsze.
Kiedy Pia starła parę ze szklanych drzwi, już go nie zobaczyła. Wyszła i się ubrała. Dżinsy i koszulka, żeby pojechać do pracy rowerem. Włożyła do plecaka szarą sukienkę i białą bluzkę. Umalowana się i wysuszyła włosy. Założyła białe perłowe kolczyki i pasujący do nich pierścionek. Usłyszała, jak Björn woła do dzieci, że śniadanie gotowe. Prześlizgnęła się za nim, kiedy stał przy blacie i smarował kanapki.
- Przepraszam, że się zirytowałam. - Skubnęła go za płatek ucha.
Björn spojrzał na nią.
- Nie ma problemu. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Obiecuję.
Pia wtuliła twarz w jego koszulę. Jego odpowiedź ją uspokoiła. Nie będą już długo czekać.
Gertrud i Hjalmar rozsiedli się przy stole. Dziewczynka oświadczyła z mocą, że nie chce jogurtu z płatkami, bo nie lubi. "Ciekawe, że wczoraj lubiła!" Hjalmar narzekał, że dżinsy, które chciał założyć, leżą w koszu z praniem. Pia uśmiechnęła się i sięgnęła po mleko dla Gertrud. Ze spodniami chłopca niewiele mogła zrobić, ale obiecała, że do jutra będą wyprane i wysuszone. Dzieci najwyraźniej zaakceptowały jej wysiłki, bo kwękania ustały i śniadanie przebiegło stosunkowo bezboleśnie. Björn rzucił jej ciepłe spojrzenie nad kuchennym stołem.
- Słuchaj, dzwonili z pracy i jutro mam nocny dyżur. - Björn ugryzł kawałek papryki. - Może być?
Pia kiwnęła głową.
- I tak zamierzałam trochę dłużej zostać w stajni, trzeba tam zrobić parę rzeczy.
Björn wyglądał na zaskoczonego.
- Ale jak to? Weźmiesz ze sobą dzieci?
- Dzieci? Założyłam, że pojadą do matki?
- No wiesz, nie chcę obciążać Marii, przecież to mój tydzień.
Obciążać! To przecież jej własne dzieci, do cholery!
- No tak...
- Fajnie będzie spędzić z Pią wieczór, prawda? - zwrócił się Björn do dzieci. Kiwnęły głowami, pewnie zachęcone udanym śniadaniem.
Pia była wściekła. I co ma teraz zrobić? Sprzeciwiać się, kiedy dzieci słyszą? Wstała i włożyła swój talerz do zmywarki. Zamknęła drzwiczki mocniej, niż zamierzała. Naczynia zabrzęczały.
Kiedy myła zęby, starała się przestawić mózg na bardziej pozytywne tory. "Będzie fajnie. Zjemy wieczorem coś smakowitego. Może przeczytam im bajkę i trochę lepiej ich poznam".
Jednocześnie dręczyła ją inna myśl: Itex bardzo potrzebuje ruchu.
"Załatwię to jutro. I jeszcze ten kowal, który miał się zająć kopytami. Muszę zadzwonić do Siv i zapytać, czy będzie mogła mi pomóc. Do tego sprawa tego nożownika rozpoczynająca się w sądzie rejonowym. Poczytam o niej, kiedy dzieci zasną".
Oczywiście, że stanie na wysokości zadania i zajmie się dziećmi Björna. Po co obciążać ich własną matkę?
Pia siedziała przed komputerem w swoim biurze i jadła sałatkę, gdy zadzwonił telefon. Szybko połknęła to, co miała w ustach. Był to Göran Anderzon. Opowiadał, że zatrzymali samochód, w którym znaleziono niewielką ilość narkotyków. Kierowcą był Bojan Jelic, należący do falangi Milorada Kraljevica. Göran chciał uzyskać nakaz przeszukania mieszkania Jelica. Chodziło oczywiście o to, by znaleźć więcej narkotyków, chociaż wiadomo było, że szanse są małe. Ci faceci byli zbyt cwani, żeby chować worki z białym proszkiem w odkurzaczu albo w okapie kuchennym. Zawsze jednak można było znaleźć coś innego, co kiedyś mogłoby się przydać. Numery telefonów, kontakty, informacje z komputera. Pia zgodziła się i zanotowała na bloczku najważniejsze informacje.
Włożyła do ust kolejną porcję sałatki, gdy telefon znów zadzwonił. O czym on znowu zapomniał?
- Tak?
Cisza.
- Halo, tu zastępczyni głównego prokuratora Pia Bloomberg. Kto mówi?
W tle słychać było inne odgłosy niż przedtem. Göran stał na dworze przy drodze i słychać było przejeżdżające samochody.
Cisza. Potem długi głuchy jęk.
- Halo!
Ktoś oddychał w słuchawkę. Sapał.
Pia się rozłączyła. Jej dłoń przez chwilę spoczywała na słuchawce. Drgnęła, gdy usłyszała zaciekawiony głos Thomasa Kallina.
- Zobaczyłaś UFO?
Stał w drzwiach i uśmiechał się szeroko. Pia zauważyła, że wybielił zęby. Kolejny krok w jego mozolnej kampanii przeciwko wiekowi pięćdziesięciu lat.
- Dzwonił ktoś, kto tylko jęczał w słuchawkę.
- Och. To chyba musisz sprawdzić w zakładzie, czy były dostał pozwolenie na telefon.
Pia pożałowała, że cokolwiek mu powiedziała. Thomas wykorzystywał każdą okazję, by wbić jej nóż w plecy. Skąd on bierze wszystkie te docinki?
- Czego chciałeś?
Wróciła do sałatki. Znalazła wysuszone żółtko i odłożyła je na bok.
- Nic takiego, usłyszałem tylko, że rozmawiasz z Göranem. Zrobicie Kraljevicowi wjazd na chatę?
- Jednemu z jego dostawców.
- Ach, tak. - Sztuczna pauza. - Jeśli chcesz, zajmę się tym. Jeżeli to dla ciebie za trudne.
- Dzięki, ale nie trzeba.
- Ale myślałem, że...
- Ja prowadzę tę sprawę.
- Jak sobie chcesz.
Thomas zastukał dwa razy w futrynę i poszedł sobie.
Co on sobie wyobrażał - że ona z wdzięcznością przyjmie jego ofertę, chociaż wiadomo, że tylko on na tym skorzysta? Nic z tego. Akta Kraljevica leżały na jej biurku i tak miało zostać. Pia nie bała się kolejnej bomby w samochodzie. Tamta groźba skierowana była przeciwko Magnusowi. Wciąż nie wiedziała dlaczego. Tylko to, że wyższe szczeble policji nie miały pojęcia o związkach Magnusa z jugosłowiańską mafią. Czy rzeczywiście tak było? Szefostwo nigdy o niczym nie wiedziało, kiedy coś było nie tak. Pia się wahała. Była w pełni świadoma, że jej były mąż nie był aniołem. Maltretował ją i zdradzał. Filmował koleżanki w szatni i oglądał to w domu, kiedy ona gotowała mu w kuchni. Owszem, był świnią. Ale nie czyniło to z niego mordercy. Jeśli o to chodzi, ufała mu. Nie było szans, że brał udział w morderstwach tych młodych kobiet. Żadnych szans. A może jednak?
10
Na czwartym piętrze posterunku policji w Västerort panowało napięcie. Stefan Brimark i Lasse Sandén odbywali spotkania za zamkniętymi drzwiami z szefową wydziału Gunillą H?kansson. Po każdym z nich Stefan wychodził z czerwonymi plamami na twarzy, a Lasse jeszcze bardziej zatroskany niż zwykle. Żaden nic nie mówił Amandzie. Ona jednak wiedziała, co się stało. Adnan Nasimi wrócił do Sztokholmu.
Zabójca policjanta.
Amanda patrzyła przez wielkie tafle szkła, za którymi odbywało się kolejne spotkanie tej trójki. Mają aż tyle do omówienia? Lasse siedział plecami do szyby i gestykulował jedną ręką, mówiąc coś do Gunilli, ta natomiast wyglądała na zrezygnowaną.
- Znowu mają sesję zrzędzenia?
To Crippe podkradł się do jej biurka tak cicho, że nawet tego nie zauważyła.
- Najwyraźniej.
Objął dłońmi jej barki i zaczął masować.
- Jesteś spięta.
- Mhm. Rozmasuj też kark.
Amanda pochyliła głowę, żeby ułatwić mu zadanie. Zauważyła, że Mathilda i Sara przyglądają się im z drugiej strony pokoju.
- O właśnie. Trochę mocniej.
Amanda wiedziała, że wiele osób podejrzewało, że coś ich łączy. Wszyscy uważali, że mnóstwo wiedzą. Ale nie wiedzieli nic. Rozpalanie ich ciekawości sprawiało jej przyjemność.
Nagle otworzyły się drzwi do sali konferencyjnej i wyszli z niej Stefan i Lasse. Spojrzeli z niechęcią na Amandę i Crippego, który mocno docisnął kciukiem jej bark. Amanda jęknęła, ale starała się wytrzymać ból.
Gunilla zawołała ją przez drzwi. Amanda podejrzewała, o co chodzi. Weszła i usiadła przy okrągłym konferencyjnym stole.
Gunilla nie owijała w bawełnę.
- Stefan i Lasse żądają, żeby cię przenieść. Wiesz dlaczego, a sytuacja staje się teraz dla mnie nie do zniesienia. Musimy rozwiązać ten problem i to szybko.
- No cóż, to nic trudnego.
Gunilla rzuciła jej spojrzenie. Amanda mówiła dalej:
- To Stefan i Lasse mają problem ze mną. To oni powinni się przenieść.
Gunilla westchnęła ciężko. Potem pochyliła się w stronę Amandy.
- Czy byłaś w związku z Adnanem Nasimim?
Amanda spojrzała jej prosto w oczy. Długo nie odrywała od niej wzroku. Zwlekała z odpowiedzią.
- A jeśli potwierdzę, co się stanie?
- Tak, nie, nie wiem. - Gunilla wierciła się na krześle. - W takim wypadku będę musiała to omówić z Niklasem Holmem.
- Możesz spokojnie rozmawiać o tym z Niklasem Holmem. Znowu! Przeprowadzaliśmy tę dyskusję już wiele razy i może nadeszła pora, żeby Stefan i Lasse przestali mnie zadręczać fałszywymi oskarżeniami. Zwłaszcza Stefan. Lasse zazwyczaj tylko mu przytakuje. To ty odpowiadasz za środowisko pracy, a ono, jak pewnie zauważyłaś, nie jest w tej chwili najlepsze. I nie przeze mnie. Chyba że uważasz, że w jakiś sposób niewłaściwie się zachowuję?
- Nie... - Gunilla przerwała. Odchrząknęła. - Nie, ale...
- Wiem, że potrafisz samodzielnie rozwiązać swoje problemy z personelem, nie mieszając do tego komendanta. Nie przypuszczam, żeby był zachwycony, słysząc, że to wciąż trwa. Co o tym sądzisz?
Gunilla straciła pewność siebie. Gorączkowo poszukiwała odpowiedzi.
- Mam nadzieję, że jesteś w tej chwili szczera, Amando.
- Robię dobrą robotę i nigdy nie zachowywałam się niewłaściwie. Kto tu robi problemy?
Na tym dyskusja się zakończyła. Kolejny raz. Amanda wiedziała, że Gunilla nie chce wyjść na słabą przed Niklasem Holmem. Pokazać, że nie radzi sobie z własnym personelem. Chciała wspinać się po szczeblach kariery. Nie ukrywała tego. A Holm stał po stronie Amandy. Było tak od dnia, kiedy zrozumiał, kim ona jest. Do czego jest zdolna. Ona miała swoje karty atutowe, a on swoje błędy. Kiepska kombinacja dla Niklasa.
Amanda wróciła do przestrzeni biurowej. Znad ekranów podnosiły się oczy. Śledziły ją i starały się wykryć, czego dotyczyło spotkanie. Jaki był ostateczny wyrok.
Amanda wiedziała, że wielu jej kolegów się waha. Stefan działał sprawnie. Podzielił zespół na dwa obozy. Jeden za Amandą, drugi przeciw. Ta pozytywnie nastawiona grupa być może obejmowała dziś tylko ją samą i Crippego. Nie wiedziała tego. Jednak w ostatnich dniach coś się wydarzyło. Współpracownicy milki, kiedy ona pojawiała się w ich pobliżu. Albo patrzyli na nią w nieznany wcześniej sposób. Próbowali wybadać, czy jakieś wrażenie zrobiła na niej nowina: morderca policjanta wrócił do miasta. Czy była wstrząśnięta? Szczęśliwa? Obojętna? Ciekawość otaczała ich jak aureola. Kim ona naprawdę jest? Ona, która zastrzeliła jednego z bandytów i jednocześnie posłała szanowanego komisarza policji za kratki za różne przestępstwa seksualne. Sporo się gadało na korytarzach. Amanda zauważała to zwłaszcza wśród stażystów mających do dyspozycji wyłącznie plotki. Plotki pochodzące od tych, którzy uważali się za bardziej kompetentnych. Bardziej doświadczonych. Tak jak inspektorzy policji Stefan Brimark i Lasse Sandén.
Nie potrafili ukryć, że nie mogą się doczekać wiadomości o przeniesieniu Amandy Paller. Stefan przełączał długopis, uderzając nim w matę na biurku. Lasse grzebał w jakichś papierach, nie patrząc nawet na nie. Amanda niemal widziała ich myśli: czy skończy w magazynie? W recepcji? W drobnych kradzieżach? Uśmiechnęła się do nich. Stefan wydawał się zdezorientowany.
- Skoczycie na kawę? Możemy się stąd wyrwać, skoro najwyraźniej nikt nie ma nic lepszego do roboty niż gapienie się na mnie.
W pomieszczeniu rozległ się cichy szum. Mamrotanie.
Crippe zawtórował jej.
- Jasna sprawa. Tu nic nie zwojujemy.
Dołączyły do nich Mathilda i Sara. Po chwili również pozostali, nawet Stefan i Lasse. Może dlatego, że byli bliscy pęknięcia z ciekawości.
Mathilda pochyliła się w stronę Amandy i wyszeptała: "Mam nadzieję, że to się dobrze skończy. Ten wydział nie będzie taki sam bez ciebie".
Siedzieli przez chwilę i niezobowiązująco rozmawiali. Amanda pożywiała się kwaśnym mlekiem z musli, żeby mieć siłę na trening po pracy. Mathilda męczyła się z gruszką, która okazała się piekielnie twarda. Stefan kupił sobie marsa i ciamkał gęsty karmel z otwartymi ustami. W końcu nie wytrzymał.
- Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego nie możemy z tobą pracować, Amando.
Spojrzała na niego pytająco. Po podbródku ściekała mu jasnobrązowa masa.
Mówił dalej:
- Albo ty się przeniesiesz, albo my. Rozumiesz więc na pewno, dlaczego Gunilla postanowiła przenieść ciebie.
- Tak? Nic o tym nie wspominała.
Stefan zachował poważną minę, ale jego oczy mrugały jak szalone.
Amanda miała go rozczarować.
- Gunilla chciała porady w sprawie ćwiczeń na siłowni. A twoim zdaniem o co chodziło?
Stefan otworzył usta. Karmel wciąż ściekał mu po brodzie jak liana. Odwrócił się do Lassego, wymienili pełne zaskoczenia spojrzenia.
W tej samej chwili weszła Gunilla.
- Mamy nowe morderstwo. Podejrzewają, że to znowu ten narkotyk kanibali.
Mówiła do Amandy i Crippego.
Stefan i Lasse zostali wykluczeni.
Przed domem z białej cegły przy ulicy Norregöksvägen w Sp?nga stały dwa oznakowane radiowozy i ambulans. Ciekawscy sąsiedzi sterczeli przy policyjnej taśmie, żeby dowiedzieć się, co zdarzyło się na ich ulicy. Kiedy Crippe i Amanda dotarli na miejsce, Amanda zagadnęła mundurowego.
- Kogo macie w samochodzie? - Wskazała głową w stronę tylnej szyby, za którą widziała jakąś postać.
- Podejrzaną, Maj-Britt ?kerlund - odpowiedział policjant. Był od dość niedawna na służbie, jego barki zdobiły złote korony. Mundur wciąż miał swoją oryginalną ciemnoniebieską barwę, nie był spłowiały ani wytarty. To na pewno jego pierwsze morderstwo.
Amanda otworzyła prawe tylne drzwi. Siedziała tam starsza kobieta z krótko przystrzyżonymi blond włosami. Miała krew na rękach, twarzy i na bluzce w kwiatki. Niewidzące oczy z maleńkimi źrenicami. Nieobecne. Z gardła wydobywał jej się zwierzęcy odgłos pomieszany z niespójnymi zdaniami. Trudno jej było usiedzieć na miejscu, chociaż nie zdradzała objawów agresji.
- Zaraz pojedziemy z nią do szpitala - poinformował policjant.
- Musi być pod stałą strażą. Nie chcemy tu ofiary, która odbierze sobie życie - poinstruowała go Amanda.
- Eee... To jest sprawca, a nie ofiara.
Kolega oparł ramię na drzwiach.
- Owszem, jest ofiarą. Zwykła starsza pani nie faszeruje się tak po prostu prochami.
Policjant wyglądał na zdezorientowanego. Amanda zrozumiała, że próby tłumaczenia mu to strata czasu.
- Nieważne! Dopilnuj tylko, żeby nie umarła. Okej?
Kolega kiwnął głową.
- Zabezpieczcie jej ubranie. I zadbajcie, żeby nikt nie zmył z niej krwi, zanim technicy nie skończą swojej roboty. Absolutnie nie wolno jej iść do toalety i przypadkowo się umyć.
Amanda zrobiła w powietrzu gest oznaczający cudzysłów, gdy wypowiadała słowo "przypadkowo".
- I nie zapomnij, żeby wzięli próbkę krwi, żebyśmy wiedzieli, co brała.
- Jasne, załatwimy to.
- Włóż ubranie do papierowych torebek. Nie plastikowych.
Crippe uśmiechnął się leciutko do Amandy, kiedy szli w stronę domu.
- Musisz trochę odpuścić tym świeżakom.
Amanda potrząsnęła głową.
- Jednoznaczne informacje to podstawa. Nie możemy sobie pozwolić na żadne błędy.
Inny policjant, który pilnował drzwi, ostrzegł ich, kiedy podeszli:
- Jesteście gotowi na to, co zobaczycie?
Amanda kiwnęła głową. Kiedy tu jechali, dostali informację przez radio. Wpadła tu w odwiedziny córka starszego małżeństwa i odkryła, że matka gotuje zupę na stopie ojca.
Mężczyznę znaleźli w kuchni. Leżał na plecach w rozchylonym szlafroku w szarą kratę. Jego ciało było blade, a brzuch nabrzmiały. Beżowa plastikowa wykładzina i żółte fronty szafek pokryte były zakrzepłą krwią. Wniosek: leżał tu już od pewnego czasu. Na ciele widniały liczne rany i jedna stopa rzeczywiście została ucięta. Między płatami mięsa można było dostrzec kikut kości. Amanda spojrzała w stronę kuchenki, gdzie stał spory garnek z pokrywką. Podeszła i podniosła ją. Gorąca para uderzyła ją w twarz. Natychmiast z powrotem przykryła garnek. Przeklinała samą siebie, że niepotrzebnie naraziła się na takie przeżycie. Czy zauważyła w zupie liść laurowy i biały pieprz?
- Trochę minie, zanim znów zjem świąteczną szynkę - powiedziała.
- No ja pierdolę. Czas porozmawiać ze świadkiem.
Amanda poszła z Crippem do sypialni, gdzie znajdował się policjant z roztrzęsioną córką, kobietą po czterdziestce. Siedziała skulona na łóżku, owinięta kapą z patchworka. Opowiedziała, że od dwóch dni nie mogła skontaktować się z rodzicami, co było dość niezwykłe. Kiedy tu przyszła, zobaczyła tę scenę. Mówiąc to, zaczęła szlochać i minęła dłuższa chwila, zanim znów była w stanie coś z siebie wydusić. Jej rodzice oczywiście nie brali narkotyków. Niedawno przeszli na emeryturę i cieszyli się wizją spędzenia zimowego sezonu w swoim domu w Hiszpanii. W ich domu nigdy nie było przemocy. Nie, nie zauważyła ostatnio niczego niezwykłego. Nie, nic nie wie, by rodzice poznali jakichś nowych ludzi.
Amanda i Crippe zadowolili się krótkim przesłuchaniem. Ze zrozumiałych powodów nie można było na razie z tej kobiety wyciągnąć nic istotnego. Amanda była jednak pewna jednej rzeczy. Maj-Britt ?kerlund i Nina Liljedahl nie były ani ćpunkami, ani lekomankami. Zostały w jakiś sposób oszukane. Wbrew ich woli odurzył je ktoś, kto miał dostęp do narkotyku kanibali.
Ale dlaczego?
11
Adnan uciskał kostki kciukiem i rozprostowywał palce, sprawdzając, czy wszystko było całe. Czy nic nie złamał. Ale ręka wciąż go bolała po ciosie, który złamał nos temu stukniętemu Grekowi. Adnan trafił go ukośnie od dołu. Widział, jak głowa faceta odskakuje w tę samą stronę co pięść. W tym samym kierunku trysnęła ślina zmieszana z krwią. Może nawet jakiś ząb? Potem ofiara siedziała skulona na podłodze. Mężczyzna jedną ręką trzymał się za twarz i jęczał. Obok niego stała Ann-Sofi w swojej spranej koszulce i krzyczała.
Adnan spojrzał na profil Sebbego siedzącego z zaciśniętymi zębami i patrzącego prosto przed siebie przez przednią szybę. Pofarbowane na czerwono włosy na jeża. Dziury na twarzy. Duży nos jak na Polaka. Jechali do Skanii. A dokładniej na ulicę Sjögräsgatan w miejscowości o nazwie Lomma. Czekało tam na nich warte czterysta pięćdziesiąt tysięcy volvo, zaparkowane w garażu czteroosobowej rodziny. Informacje te Hajir otrzymał od dalekiego kuzyna ze Skanii, który najwyraźniej pełnił w organizacji Hajira funkcję kogoś w rodzaju detektywa.
Rodzina mieszkająca pod tym adresem co wieczór około jedenastej wyłączała telewizor. Między północą a pierwszą ktoś musiał się wysikać, bo zapalała się lampa w łazience na piętrze. Potem w całym domu zazwyczaj panował spokój aż do wpół do siódmej rano. Adnan i Sebbe mieli przed sobą jeszcze mniej więcej cztery godziny jazdy, jeśli będą przekraczać dozwoloną szybkość. W tej chwili Sebbe ustawił tempomat na dokładnie sto dziesięć kilometrów na godzinę, bo przejeżdżali przez Nyköping. Tu, na autostradzie, zawsze czaiły się suki, by kogoś zgarnąć i wlepić mandat. Adnan już je widział, ale nie wiadomo było, czy ktokolwiek w wozach siedział, czy po prostu stały na widoku. Sprytna strategia. Wszyscy wciskali hamulec.
- Powinniśmy dojechać koło drugiej.
To pierwsze słowa, które Adnan wypowiedział od czasu, kiedy pozostawili za sobą Ann-Sofi i poobijanego Greka w obskurnym mieszkaniu w ?rsta.
Sebbe zamruczał w odpowiedzi. Wciąż nie był w nastroju do rozmowy. Adnan to rozumiał. Sebbe nie opowiadał mu szczególnie dużo, ale Adnan mimo to wyobraził sobie prawdopodobny scenariusz, kiedy podsumował wszystko, co się zdarzyło.
Jechali do Skanii, żeby skubnąć furę. Mieli tylko na chwilę wstąpić po drodze do siostry Sebbego w ?rsta, żeby sprawdzić, co u niej. Ann-Sofi otworzyła im drzwi, prezentując podbite oko i opuchniętą górną wargę.
Grek z puszką piwa w ręce. Brudna żonobijka na tłustym brzuchu. Czarne kręcone włosy na piersi. Nie rozumiał powagi sytuacji. Bełkotliwie oświadczył, że Sebbe ma nic niewartą siostrę, która nawet nie umie nic ugotować.
Sebbe uderzający głową gościa w kuchenkę.
Ann-Sofi wrzeszcząca tak, jak potrafią tylko białe laski z burackich rodzin. Dzieci obserwujące ich z sypialni z szeroko otwartymi oczami.
Sebbe, który stracił koncentrację.
Grek, który chwycił patelnię.
Adnan, który musiał wkroczyć.
Próbował być delikatny, ale nos gospodarza nie wytrzymał spotkania z jego pięścią.
Trzy dni w ojczyźnie. I Adnan znów był w centrum wydarzeń.
W drodze na swoje pierwsze zlecenie. Wciągnięty w paskudne rodzinne sprawy Sebbego. Adnan sam nie wiedział, co myśleć o swojej błyskawicznej przemianie. Od azjatyckich potraw i palącego słońca do pogoni za statusem i zaciśniętych pięści. Zanim jeszcze zdążył się zainstalować w pokoju gościnnym Hajira, powróciła u niego chęć zdobycia wielkich pieniędzy. Gotowało się w nim w ostatnich chwilach w Kambodży, od kiedy pojawił się Hajir. Przedtem Adnanowi nie była potrzebna uwaga innych, potwierdzenie z ich strony. Tu, w domu, pragnienie uznania powróciło. Tu był mordercą policjanta. Bandytą, który stuknął gliniarza. I tak był traktowany. Szybkie kiwnięcia głową. Ciekawskie spojrzenia. Podziw. Faceci, którzy patrzyli na niego z nieznanym wcześniej szacunkiem. Witali się z nim uległym uściskiem dłoni. Był dla nich wzorem. Przykładem. To jedyny pozytywny aspekt tej paskudnej sytuacji. Nikt raczej nie przejmował się tym, kto tak naprawdę trzymał broń. Kto nacisnął spust. Wszyscy wiedzieli, że Adnan przy tym był. I tylko to się liczyło.
To było jak balsam na duszę. Być znów Adnanem Nasimim. Adnanem Nasimim z bardziej znaczącym nazwiskiem. Upajał się tym. A jednocześnie coś nie dawało mu spokoju. Czasami go dręczyło. Przenikało całe ciało jak dreszcz. Cieszył się sławą, na którą nie zasłużył. Był hańbą dla rodziny. To właśnie dlatego wrócił do domu.
Aby zmyć z siebie tę plamę.
Adnan zadrżał. Wyjrzał w mrok. Ziewnął. Miał w ustach paskudny smak. Sebbe zjechał z autostrady i zbliżał się do stacji OKQ8, znajdującej się na wzniesieniu. Adnan odczytał tablicę miejscowości: Glumslöv.
Sebbe wysiadł i wybrał paliwo. Odkręcił korek wlewu i zaczął tankować. Adnan również wysiadł. Naciągnął na głowę kaptur i się przeciągnął. Coś strzeliło mu w plecach. Nogi miał sztywne po długim siedzeniu bez ruchu. Skierował się do sklepu i rozejrzał za toaletą. Poszedł do niej i pociągnął za klamkę, ale drzwi były zamknięte.
- Siedzą tam już cholernie długo. Mamusia z gówniarzem.
Adnan odwrócił się i spojrzał na gościa, który stał za nim. Ciapaty, podobnie jak on sam. Brzmiał jednak dziwnie. Betonowy szwedzki z zaśpiewem ze Skanii. Adnan znów odwrócił się w stronę drzwi do toalety. Usłyszał krzyk dziecka. Odszedł i zamówił dwie kawy, za które zapłacił razem z benzyną. Dostał gotówkę od Hajira. Karta zdradziłaby, gdzie byli. Adnan zresztą nie miał karty. W tym kraju nie miał już nic.
Jechali dalej na południe, przez ostatnie kilometry po prawej stronie skrzyło się w mroku morze. Sebbe jeszcze raz omówił zlecenie. Adnan udawał, że słucha z uwagą, chociaż słyszał to już kilka razy. Cieszył się jednak, że kolega znów zaczął się odzywać, były to jego pierwsze sensowne słowa od ?rsta. Był spoko jak zwykle. Kiedy Adnan odbywał karę za poważne przestępstwo narkotykowe, siedzieli razem w Öster?ker. Sebbe znany był z tego, że trzymał się na uboczu. Nie należał do żadnego gangu, ale wszyscy to akceptowali. Nikt nie chciał zadzierać z samotnym wilkiem najchętniej spędzającym czas z książką. Kiedyś pokazał, że nie warto z nim pogrywać. Facet, który śmiał się z niego, że jest nudziarzem, został znaleziony nagi pod prysznicem z uciętym językiem. Od tej pory nikt ani słowem nie komentował jego przyzwyczajeń i hobby. I nikt nie puścił farby gliniarzom bez powodzenia próbującym przesłuchiwać osadzonych.
Przybyli na miejsce tuż po drugiej. Wjechali cicho do dzielnicy. Żadnych innych samochodów w polu widzenia. Ani żywej duszy. Ciemności rozpraszały tylko latarnie. Ostatni odcinek przeszli pieszo. Kaptury na głowach. Cienkie rękawiczki. Chusty przykrywające połowę twarzy. Światła w domu były zgaszone. Panowała cisza. Słychać było jedynie ich kroki na żwirowej ścieżce.
Sebbe wyjął przecinak do szkła. Wyciął kółko w podłużnym okienku obok drzwi wejściowych. Ciche skrzypienie. Przykrył szkło ręcznikiem i stuknął delikatnie pięścią. Na tyle mocno, by wybić wycięty kawałek, ale wystarczająco delikatnie, by nie upadł i nie rozbił się na terakocie w korytarzu. Wyjął kółko i położył je w doniczce na ganku. Włożył rękę do otworu i obrócił zamek. Powoli otworzył drzwi. Adnan rozejrzał się dookoła. Wciąż nikogo na ulicy. Wszedł pierwszy z latarką. Na ścianie migała lampka alarmu. Mieli dwadzieścia, może trzydzieści sekund. Adnan odsunął drzwi szafy. Rozglądał się za pilotem do alarmu. Znalazł go na półce, gdzie leżały też dwa portfele i pęk kluczy. Jakież to proste! Ludzie od razu po wejściu do domu, tuż za drzwiami, opróżniają kieszenie. Sebbe zakrył syrenę ręcznikiem, a Adnan rozbroił alarm. Bawełna stłumiła dwa ostre piknięcia. Wyszli i zamknęli drzwi. Adnan trzymał w ręce pęk kluczy. Wszystko znaleźli w tym samym miejscu, tak jakby było przygotowane na udaną akcję. Pilot do garażu. Klucze do volvo. Wystarczy otworzyć i odjechać. Furą na kluczyk wartą pół miliona. Daleki kuzyn Hajira odrobił lekcje. Nie ma wątpliwości.
Luksusowym autem jechał Sebbe. Adnan podążał za nim passatem, którym się tu dostali. Musieli postawić volvo na parkingu koło łaźni w Sibbarp. Tam jakiś Niemiec miał założyć nowe blachy i przejechać przez most nad Sundem. Działalność Hajira była globalna. Międzynarodowa. A przynajmniej europejska. Imponowało to Adnanowi. Co on sam osiągnął przez ostatnie lata? Mieszał drinki dla poparzonych słońcem turystów.
Jechali wzdłuż morza. Adnan nie znał Malmö, więc musiał zaufać Sebbemu, który robił to już wcześniej. Mówił, że nigdy nie miał problemów. Wystarczy za nim jechać i będzie spoko.
Adnana oślepiły reflektory w lusterku wstecznym. Na zakręcie stwierdził, że to radiowóz. Skąd się wzięli? Czy nawali przy pierwszej robocie? Kurwa! Czy Sebbe zauważył nieproszone towarzystwo? Zamierzał uciekać czy spokojnie jechać dalej? Adnan rozważył wady i zalety obu rozwiązań. Gliniarze nie mieli absolutnie żadnego powodu, żeby zatrzymać volvo. Adnan wcisnął hamulec. Radiowóz zatrzymał się o milimetr od jego zadka. Adnan gwałtownie skręcił kierownicę i zawrócił. Znów podążał w stronę miasta. Gliniarze za nim. Niebieskie światła migały jak na dyskotece, słychać też było syrenę. Przejechał jeszcze kawałek. Wcisnął rękawiczki i chustę pod siedzenie. Włączył prawy kierunkowskaz i zatrzymał się na przystanku autobusowym. Gliniarze pojawili się błyskawicznie. Funkcjonariuszka zastukała w szybę. Druga stała nieco ukośnie z tyłu i rozmawiała z kimś przez radio. Adnan opuścił szybę.
- Przepraszam, nie zauważyłem, że ktoś jest za mną.
- To się mogło źle skończyć.
Ton policjantki nie był przyjemny. Oślepiła go latarką. Jedynym, co widział, był długi blond warkocz zwisający nad jej barkiem.
- Bardzo przepraszam. Słabo znam te okolice.
- Mogę zobaczyć pańskie prawo jazdy?
Adnan poklepał się po kieszeniach w spodniach.
- O kurde. Musiałem zgubić portfel, kiedy tankowałem. Cholera!
- No proszę. A ma pan jakiś dowód tożsamości?
- Wszystko było w portfelu. Niech to szlag.
- Pański numer ewidencyjny?
Policjantka nie wydawała się osobą, którą mógłby oczarować. Wyrzucił z siebie numer swojego młodszego brata Samira. Co prawda był od niego o wiele starszy, ale to pierwsze, co przyszło mu do głowy. Funkcjonariuszka zadawała mnóstwo pytań. Gdzie pan mieszka? Czy był pan kiedykolwiek za coś skazany, a jeśli tak, to kiedy? Jak nazywają się pańscy rodzice? Jakie mają numery ewidencyjne? Zapisała wszystko w notesie i podała go koleżance, która zbliżyła się od strony kierowcy po tym, jak obeszła samochód dookoła, świecąc latarką przez szyby.
Jak zwykle! Tylko dlatego że ma czarne włosy. Druga policjantka okazała się również babką, chociaż Adnan musiał chwilę się zastanowić, żeby mieć pewność. Miała krótkie włosy i potężną figurę. Chodziła na szeroko rozstawionych nogach i tak samo stała. Adnan mógł lepiej się im przyjrzeć po tym, kiedy ta z warkoczem przestała świecić mu prosto w oczy. Kobieta miała na twarzy grubą warstwę brązowego pudru, umalowane oczy i usta pokryte czerwoną szminką. Lepiej by pasowała do rury w nocnym klubie.
Podeszła krótkowłosa.
- Proszę przestać nas nabierać. Nie wie pan, gdzie mieszka, a nawet jak się nazywa.
Kurwa mać! Adnan powinien był się domyślić, że do tej pory braciszek załatwił sobie własne mieszkanie.
- Ach, prawda. Niedawno się przeprowadziłem, ale jeszcze się nie przemeldowałem. Nie pomyślałem o tym.
- I jeszcze zmienił pan nazwisko i też nie pomyślał o tym? Dość tego! Jeśli nie dostanę prawidłowego numeru ewidencyjnego w ciągu pięciu sekund, zostanie pan zatrzymany i spędzi noc na posterunku. Chyba że pan tak woli?
Adnan zaklął w duchu. Kiepsko się przygotował. Trzeba było zorganizować czyjś numer. Należący do kogoś w jego wieku. Kogoś, kto się ostatnio nie przeprowadził ani nie zmienił nazwiska. Coś zapiekło go w żołądku. Dlaczego Samir zmienił nazwisko? Tak bardzo się wstydził? Czy ojciec zrobił to samo?
Wymamrotał swoje prawdziwe dane, a krótkowłosa baba powtórzyła cyfry komuś przez radio. Nie było sensu dalej kłamać. Co z tego, że znowu oskarżą go o poważne naruszenie przepisów? Jedyną negatywną stroną tej sytuacji było to, że był widziany w Malmö w tym samym czasie, w którym zniknęło volvo. Ale co z tego? W Skanii są tysiące przestępców. Dlaczego mieliby podejrzewać akurat jego?
- Adnan Nasimi. - Krótkowłosa głośno wypowiedziała nazwisko. - Zgłoszę pana za poważne naruszenie przepisów ruchu drogowego.
Adnan kiwnął głową. Kobieta zadała mu masę pytań. Do kogo należy samochód? Czy ta osoba wie, że jeździ bez prawa jazdy? Jak często go pożycza? Skąd dziś jechał? Dokąd? Adnan pomyślał, że jest zbyt dokładna. Przecież przyznał się do winy. Czy to nie wystarczy?
Potem pojawiło się więcej radiowozów. Najpierw jeden. Potem dwa. Wkrótce było ich pięć. Umundurowani funkcjonariusze kręcili się wokół auta i zaglądali do środka. Gapili się jak na zamkniętą w klatce małpę. Zaciekawieni. Pełni pogardy. Z nienawiścią w oczach.
Morderca policjanta.
12
Pia patrzyła na Thomasa Kallina, który z pasją opowiadał pozostałym kolegom w prokuraturze o straszliwym morderstwie kanibalki. Przedstawiał fakty tak, jakby sam był pierwszy na miejscu zbrodni. Emerytowana pracownica socjalna Maj-Britt ?kerlund zabiła swojego męża, kiedy siedział w fotelu z książką. W mieszkaniu znaleziono zakrwawioną siekierę, która prawdopodobnie była narzędziem zbrodni. Maj-Britt miała na kuchence kocioł z potrawką: stopą faceta przyprawioną ziarnami białego pieprzu, cebulą i liściem laurowym, z dodatkiem krążków marchewki. Maj-Britt ?kerlund była pod silnym wpływem czegoś, co prawdopodobnie jest tym nieznanym narkotykiem kanibali.
- Wciąż czekamy na ostateczną analizę, a jeśli jest to ta sama substancja importowana przez Milorada Kraljevica, to zetknęliśmy się z dużą sprawą. - Thomas przytakiwał sam sobie. - Mamy mordercę odurzającego swoje ofiary i skłaniającego je do zabijania własnych bliskich.
Pia pokręciła nieznacznie głową i uniosła brwi. Kiedy Thomas zdał sobie sprawę, że będzie oskarżał w sprawie sensacyjnego przestępstwa, całkowicie zmienił front. Był to temat, który miał na długo zagościć w mediach i popchnąć do przodu jego karierę. Pia rozejrzała się po swoich współpracownikach siedzących wokół prostokątnego stołu. W prokuraturze obowiązywał trochę luźniejszy styl niż w sądzie. Dżinsy i koszula. Wszyscy z zainteresowaniem słuchali wykładu Thomasa. Zaciekawieni tą groteskową sprawą.
- Kto prowadzi wstępne dochodzenie w policji? - zapytała Pia.
- Christian Nilsson. - Thomas wyraźnie dał do zrozumienia, że nie podoba mu się, kiedy ktoś przerywa. - Ja...
- A z kim współpracuje? - Pia znała odpowiedź, ale chciała się upewnić.
Thomas westchnął.
- Czy to takie ważne? Nie lepiej, żebym omówił sprawę?
- Czy to Amanda Paller?
- Tak, chyba tak się nazywa.
- To przecież ta sama, którą uznałeś za tak strasznie niekompetentną, kiedy zajmowała się pierwszym morderstwem. Już wtedy była na właściwym tropie, mówiła, że matka, która zabiła własną córkę, była na prochach. A ty uważałeś, że to bzdury.
Na szyję Thomasa wypełzły czerwone plamy.
- Teraz mamy znacznie więcej faktów. Dwa tego rodzaju morderstwa to o jedno za dużo. Uczciwa pani z opieki społecznej nie zaczyna się narkotyzować na emeryturze ani nie gotuje zupy z męża. Każdy głupi to rozumie.
- A Amanda Paller zrozumiała to od razu. - Pia wyprostowała się na krześle. Czy kącik ust Thomasa zadrżał? - Zamierzam przejąć wstępne dochodzenie. To niedobra sytuacja dla ciebie i tej Amandy Paller, skoro od początku jej nie wierzyłeś.
- Co do... Nie możesz przecież...
- Czeka tu cała hałda dochodzeń, możesz sobie wybrać inne zamiast tego. Mamy współpracować z policją, a nie działać przeciwko niej. Jesteśmy zespołem i mamy razem ścigać sprawców. Nie ma znaczenia, czy kolega u nas, czy w policji jest młodszy i mniej doświadczony. Trzeba słuchać i zachować otwartość na wszystkie punkty widzenia. To jak, skończyliśmy?
Pia wstała, a pozostali zebrani wokół stołu kiwnęli głowami z zaskoczonymi minami. Kiedy odchodziła, czuła na sobie ich spojrzenia. Czy zagrała za ostro? Być może. Ale Thomas od dawna ją irytował, a ona milczała. Te wszystkie jego docinki. To wywyższanie się. Przedstawianie samego siebie jako najlepszego. Będzie ją za to nienawidził, ale co z tego? Już teraz jej nie cierpi. Młodszej kobiety o krótszym stażu w zawodzie, która zajęła jego wymarzone stanowisko. I tak nigdy jej nie zaakceptuje.
Morderstwa kanibalek leżały teraz na jej biurku. Będzie współpracować z Amandą Paller. Wreszcie lepiej ją pozna. Kobietę, która wiedziała tak dużo o Magnusie. Kobietę, która go zdemaskowała. Posłała za kratki.
Ruchała się z nim!
Na popołudnie Pia miała zaplanowane postępowanie w związku z aresztowaniem. Posadzono Bojana Jelica, kiedy zespół pod wodzą Görana Anderzona zatrzymał go i znalazł w jego samochodzie niewielką ilość narkotyków. Podczas późniejszego przeszukania w jego mieszkaniu, zgodnie z oczekiwaniami, nie natknięto się na nic więcej. Anderzon i jego koledzy spotkali tam natomiast półnagą kobietę. Ponieważ mówiła tylko po rumuńsku, nie licząc "help me", zaczęto podejrzewać handel żywym towarem. Gdy później przesłuchiwano ją na posterunku z pomocą tłumacza, jej przerażenie najwyraźniej osłabło i opowiedziała, że jest na urlopie w pięknej Szwecji, gdzie spotkała Bojana, który pomógł jej, kiedy straciła torebkę ze wszystkim, co posiadała. Paszportem, pieniędzmi, dowodem osobistym. Wszystko zniknęło. Bojan Jelic był bardzo pomocny. Czy mogę już iść?
Pia poszła do kawiarni, która znajdowała się w połowie drogi między prokuraturą a sądem rejonowym przy ulicy Scheelegatan. Kupiła paj z szynką i serem i nerwowo spoglądała na zegarek, kiedy posiłek powoli obracał się w mikrofalówce. Po porannym spotkaniu Thomas napadł na nią z wściekłością i groził, że złoży wypowiedzenie. Nie miała nic przeciwko temu. Kłótnia ta jednak ograbiła ją z przerwy na lunch i do rozpoczęcia rozprawy w sądzie zostało zaledwie dziesięć minut. Pia niemal wybiegła na ulicę z pajem w pudełku, kiedy ktoś zawołał ją od tyłu.
- Zgubiła pani coś.
Młoda kobieta w czarnym płaszczu trzymała w ręce portfel Pii.
- Och, bardzo dziękuję.
Pia odebrała swoją własność i włożyła ją do wewnętrznej kieszeni teczki. Spojrzała na kobietę i się uśmiechnęła. Wyglądała elegancko i porządnie, brązowe włosy miała upięte w węzeł.
- Nie ma za co. - Kobieta mrugnęła okiem. - Zdarzają się gorsze rzeczy.
Pia ruszyła w swoją stronę. Włożyła rękę do teczki i poczuła pod palcami miękną skórę portfela. Dziwne. Była pewna, że włożyła go tam, płacąc za swoje danie. Jak to możliwe, że wypadł? Tak, tak, człowiek czasami ma szczęście.
Usiadła na twardej ławce w okazałym budynku, w którym mieścił się sąd rejonowy. Zawsze czuła się tu tak, jakby cofnęła się w czasie. Szerokie, długie schody, wysoki sufit, ciemne drewno. Brakowało tylko mężczyzn w białych perukach. Spojrzała na zegarek. Zostały dwie minuty. Przełknęła ostatni kawałek paja i popiła go wodą mineralną. Właśnie miała wstawać, kiedy obok niej przeszła kobieta w czarnym płaszczu.
- Pani też tutaj? - zapytała Pia.
Kobieta nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko, nie otwierając ust.
- Jeszcze raz dziękuję - zawołała za nią Pia.
Wyrzuciła resztki jedzenia do kosza na śmieci w tej samej chwili, w której głośnik zaprosił uczestników do sali. Obeszła narożnik i zobaczyła obrońcę Leifa Appelqvista i jego klienta, Bojana Jelica. Był chudy. Czarne włosy zebrane miał w koński ogon. W tym otoczeniu trudno było wyobrazić sobie, że należał do gangu Milorada Kraljevica. Pia i Leif przywitali się krótkim skinieniem głowy. Często spotykali się w sądzie i w innych służbowych okolicznościach. W zwykłej sytuacji zamieniliby kilka zdań. Tu jednak formalne skinienie głową było najlepsze, aby okazać lojalność wobec klienta. Appelqvist położył dłoń na barku Bojana i szepnął mu coś do ucha. Bojan spojrzał w stronę Pii. Zignorowała to i jeszcze raz sprawdziła, czy portfel wciąż bezpiecznie leży w teczce. Gdy podniosła wzrok, Bojan stał przed drzwiami. Już na nią nie patrzył. Przyglądał się komuś, kto znajdował się dalej w korytarzu. Kobieta z włosami zebranymi w węzeł pozdrowiła go dłonią. Potem uśmiechnęła się do Pii i włożyła ręce do kieszeni swojego czarnego płaszcza.
13
Amanda i Crippe zmierzali do starego miejsca pracy Maj-Britt ?kerlund, administracji dzielnicy Hasselby. Crippe prowadził, a Amanda siedziała obok niego. Na tylnym siedzeniu zaciekawiony uczeń wyższej szkoły policji nachylał się w ich stronę, żeby słuchać, co mówią. Miał na imię Benjamin, a Amanda i Crippe nie mieli dotąd pojęcia, że będzie im przez dwa dni towarzyszył. To było typowe w tej pracy. Informacje zatrzymywały się u jakiegoś szefa, który myślał, że przekazał je dalej do innego szefa, który oddelegował takie sprawy swojemu zastępcy akurat przebywającemu na zwolnieniu lekarskim. Musiało się zdarzyć coś w tym stylu, bo szefów w policji było tak wielu, że ani oni sami, ani nikt inny nie wiedział, czym się zajmują. Poza dumnym prezentowaniem złotych listków na pagonach i robieniem ważnych min na różnych zebraniach. Amanda i Crippe przyjęli jednak Benjamina z otwartymi ramionami, mimo że to wzmocnienie ich sił było nieoczekiwane. Amanda przyniosła dla niego kamizelkę kuloodporną i przenośny radiotelefon, a jego oczy zaiskrzyły ze szczęścia. Jak u dziecka na wigilię.
- Zrobisz próbę łączności z centrum dowodzenia? - zapytała go Amanda przez ramię.
- Rany, a co się wtedy mówi? - Chłopak wyglądał niepewnie.
- Tylko to, że jedziemy i mogą nas aktywować na własnym.
- Własnym? A co to?
- Tak to się nazywa. Samochody obserwacyjne zawsze stoją na własnym, a zespoły interwencyjne stoją wolne. Mogą zostać skierowane do wszelkich nadchodzących wezwań. Powiedz tylko, że na własnym, a oni zrozumieją.
Amanda wezwała centrum dowodzenia i dała mikrofon Benjaminowi. On pochylił się mocno, żeby wystarczyło kabla. Kilka sekund później dostali odpowiedź i młody nacisnął przycisk rozmowy.
- Eee... halo. Tu obserwacja, która robi próbę łączności. Eee... będziemy stać na własnym.
- Powiedz "odbiór", kiedy skończysz - podsunęła Amanda.
Chłopak znów nacisnął przycisk.
- Eee... odbiór.
- Dzień dobry. Łączność jest dobra i aktywuję was na własnym. Odbiór.
- Bardzo dziękuję i... do widzenia.
- Bez odbioru - poprawiła go Amanda.
- Eee... bez odbioru.
Operator w centrum zaśmiał się, po czym zakończył:
- Bez odbioru.
Benjamin oddał Amandzie mikrofon. Policzki miał czerwone jak burak.
Amandzie zrobiło się go żal.
- Nie chciałam cię zawstydzić. Myślałam, że wiedziałeś, jak się używa radia. Nie uczyli tego w szkole?
Chłopak potrząsnął głową.
- Spoko. Wiem, że nie mówi się "do widzenia", ale byłem strasznie spięty.
- Zawsze mówi się "odbiór", kiedy się skończy nadawać, a "bez odbioru", kiedy nie masz nic więcej do powiedzenia. Centrala kończy "bez odbioru".
- Już nigdy tego nie zapomnę.
Chłopak wciąż siedział pochylony do przodu. Chyba się nad czymś zastanawiał.
- Co teraz będzie z tymi dwiema kobietami? Czy są podejrzewane o popełnienie morderstwa, czy nie?
- W tej chwili tak - odpowiedział Crippe i włączył prawy kierunkowskaz, żeby zjechać z ronda Rackstar. - Ale Nina przecież nie żyje, więc nie ma o czym mówić.
- My jednak uważamy, że i Maj-Britt, i Nina zostały w jakiś sposób odurzone - dodała Amanda.
- Tym narkotykiem kanibali?
- Tak podejrzewamy. Ostateczne wyniki badań mogą w każdej chwili nadejść. Może nawet dziś.
- Ale czy macie pewność, że odurzył je ktoś inny? Że to nie przypadek, że jednocześnie zdarzyły się dwa morderstwa z tym samym modus operandi?
Modus operandi. Czegoś w tej w szkole policyjnej jednak ich uczą.
Crippe zjechał na lewy pas i wyprzedził kilka samochodów na prostej przed rondem Bergslag.
- Jasne, że niczego nie możemy wykluczyć, ale za dużo wskazuje na innego sprawcę. A żeby jego lub ją odszukać, musimy przede wszystkim znaleźć motyw, ale też sprawdzić, czy Nina i Maj-Britt miały ze sobą coś wspólnego.
Benjamin kiwnął głową i odchylił się w tył na siedzeniu.
Amanda się zastanawiała. Nie znaleźli żadnego punktu wspólnego między kobietami. Nie znały się. Mieszkały w innych miejscach. Jedna była młoda, a druga na emeryturze. Nina pracowała jako plastyk w biurze reklamy, a Maj-Britt w opiece społecznej. Łączyło je tylko to, że były kobietami, miały rodzinę i uporządkowane życie. Na razie nie mieli też motywu. Pojawiła się również wątpliwość, czy były ofiarami mordu, czy też zostały wykorzystane jako narzędzie zbrodni. W takim przypadku ofiarami byliby sześcioletnia córka Niny i mąż Maj-Britt. Nie można było tego wykluczyć, ale trudno było znaleźć powód, dla którego sześciolatka musiała umrzeć. No i na koniec te podobne morderstwa mogły być mimo wszystko tragicznym zbiegiem okoliczności. Nie istniał żaden zewnętrzny morderca.
W biurze administracji dzielnicy dawni koledzy Maj-Britt ?kerlund byli przerażeni tym, co się stało. Niestety byli w stanie opowiedzieć głównie o szczegółach jej pożegnalnego obiadu z okazji przejścia na emeryturę. Personel ją lubił i nie było żadnego klienta, który uwziąłby się na nią bardziej niż na kogokolwiek z pozostałych. Ukryta nienawiść i czasami nawet przemoc należały do ich codzienności. A byli przecież pracownikami socjalnymi, a ich zadaniem było pomaganie innym ludziom. W tej pracy trzeba się spodziewać różnych rzeczy. Amanda doskonale wiedziała, o co chodzi. Groźby, drwiny i wyzwiska zdarzały się równie często, jak powiadomienie o przychodzącej poczcie. Trzeba było je kasować, zanim skrzynka się wypełni, a potem pracować dalej.
Policjanci pożegnali się i wrócili na posterunek.
Gunilla H?kansson wezwała wszystkich na popołudniowe dodatkowe zebranie, aby omówić prowadzone sprawy. Jak zwykle przygotowano kawę i ciasteczka. Puszczono w obieg termos, a ktoś postawił na stole pudełko z herbatnikami. Stefan ułożył przed sobą stosik z czterech, a w ustach już miał piąte.
Okruszki, które nie przykleiły mu się do kącików ust, spadały na stół. Amanda otworzyła kartonik z mlekiem do kawy i ścisnęła go. Mleko trysnęło na wszystkie strony, nie trafiając jednak do kubka.
- Cholera! - Wyszła do kuchni po szmatę. Wytarła stół, usuwając jednocześnie okruszki Stefana.
Gunilla otworzyła zebranie:
- Okej, z tego, co zrozumiałam, nasze przesłuchania nie wniosły wiele nowego. Wciąż nie mamy motywu ani powiązań między ofiarami. - Westchnęła głośno. - Media szaleją i zastanawiają się, co się dzieje. Tak czy inaczej, ponieważ zespół rozpracowuje Kraljevica, sprawa leży w centralnej prokuraturze. A teraz najwyraźniej przejęła ją zastępczyni kierownika.
Stefan próbował zagwizdać, ale zabrzmiało to raczej tak, jak nadmuchiwał balon. Okruszki herbatnika wystrzeliły z jego ust jak fontanna.
- Pia Blomberg, była żona małpojebcy. Będzie ciekawie. - Lasse spojrzał na Amandę.
Przez salę przeszedł pomruk.
Benjamin siedział w milczeniu, z półotwartymi ustami. Gunilla odchrząknęła:
- No tak, nie ma w tym nic złego, ale moim zdaniem to trochę dziwne, że wybrała sprawę, którą ty prowadzisz.
Spojrzała na Amandę w sposób sugerujący, że chciała usłyszeć jej zdanie.
- Jest przecież profesjonalistką i potrafi oddzielić pracę od życia prywatnego.
Lasse parsknął.
- Kto jest gliną, zawsze jest gliną. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest wolny, czy nie.
Amanda zignorowała go.
- Ja w każdym razie cieszę się, że będę z nią współpracować.
- Co za bzdury! - Lasse bębnił długopisem o stół.
- Zgadzam się. - Stefan przełknął ostatnie ciastko. - Ten cholerny Arabus nam grozi, a nawet nie tylko nam, ale też naszym rodzinom. Nie możemy już spokojnie wychodzić do miasta. Boimy się zostawiać dzieci w przedszkolu. I...
- A co to ma z tym wspólnego? - żachnęła się Gunilla. - Postępujemy z groźbami wobec was tak samo jak zawsze. I owszem, to smutne, że to się dzieje, ale to nie wina Amandy. Teraz skupmy się na dochodzeniu.
- W każdym razie uważam, że wydaje się profesjonalna. - Amanda zachowała spokój.
Lasse wstał i bez słowa opuścił salę.
Stefan sprawiał wrażenie, jakby chciał zrobić to samo. Na stole wciąż jednak leżały ciastka. Wyciągnął rękę do pudełka.
- Mam coś ciekawego - przerwała Sara ciszę. - Według personelu hotelu w Gävle, Johan Liljedahl nie spał tam w noc morderstwa, jak twierdził.
Obecni unieśli brwi.
Sara odczekała, aż wszyscy oswoją się z tą informacją.
- Miał pokój, ale według recepcjonisty wyszedł około ósmej i wrócił dopiero rano.
- Ile czasu zajmuje przejazd ze Sztokholmu do Gävle? Pewnie dwie godziny. - Gunilla odpowiedziała na własne pytanie. - W takim razie mógł zdążyć pojechać do domu, odurzyć żonę i spowodować zabicie córki. Ale to, że pragnął dla niej takiej śmierci, brzmi raczej mało prawdopodobnie. I jaki miałby mieć motyw?
Amanda potrząsnęła głową.
- To nie on. Jestem pewna, że istnieje wyjaśnienie, ale oczywiście musimy z nim o tym porozmawiać.
- Ale dlaczego kłamał? - spytała Sara.
- No przecież był na konferencji - odpowiedziała Amanda, odwracając się w stronę Stefana. - A wszyscy wiedzą, co faceci robią na konferencjach.
- No kurde, to nie tylko my, mężczyźni...
- Spoko. Żartowałam. Kobiety też to robią. Ale w tym przypadku uważam, że Johan powinien nam sporo wyjaśnić.
Amanda uwielbiała drażnić Stefana. A on zawsze dawał się nabrać.
Spotkanie trwało dalej. Mathilda dostała ostateczną analizę narkotyku, który przyjęła Maj-Britt ?kerlund. Podejrzenia się potwierdziły. Było to było MDPV. Poza tym próbki wykazały krótkotrwałe stosowanie kortyzonu, co stanowiło kolejną okoliczność przemawiającą za teorią, że istnieje powiązanie między tymi sprawami i że obie kobiety zostały odurzone przez tę samą osobę. Kogoś, kto znał skutek zmieszania tych substancji. Pytanie, w jaki sposób sprawca znalazł tę kombinację. Czy miał wykształcenie medyczne? Johan Liljedahl był sprzedawcą w firmie farmaceutycznej. Czy miał odpowiednie kompetencje? Być może. Ale jaki był motyw? I jakie miał powiązania z Maj-Britt?
Kiedy podsumowywali spotkanie, w futrynę zastukał Fredrik z narkotykowego, żeby zwrócić na siebie uwagę. Miał na sobie luźne spodnie i brudną koszulkę, był blady i miał ciemne wory pod oczami.
Doskonale wtapiał się w społeczność ulicznych ćpunów.
- Zgarnęliśmy kolesia, który stał na ulicy i wrzeszczał sam do siebie. - Fredrik uśmiechnął się leciutko. - Napadał na ludzi i przerażał ich na śmierć.
- Okej? - zareagowała Gunilla pytającym tonem.
- To prawdopodobnie ten narkotyk kanibali. Pomyślałem, że będziecie chcieli rzucić na to okiem.
Amanda już ruszyła z miejsca.
Mężczyzna w wieku dwudziestu jeden lat stał pośrodku celi i walczył rękami w powietrzu z ludźmi i przedmiotami, które prawdopodobnie pojawiały mu się przed oczami. Przypominało to taniec ofiarny wokół ogniska. Jego zmierzwione włosy opadały mu na twarz. Amanda, Crippe i Benjamin przepychali się, żeby popatrzeć w okienko.
- Chcesz wejść pierwszy? - spytała Amanda chłopaka.
- Zwariowałaś chyba!
- Może ma porę karmienia - zasugerował Crippe.
Benjamin cofnął się o kilka kroków i zmienił temat:
- Czy wszystkie wasze spotkania wyglądają tak samo?
- Większość - potwierdziła Amanda.
- Ale o co chodziło, ten Lasse wydawał się strasznie wkurzony?
- To długa historia.
- To ją skróć.
Amanda spojrzała na Benjamina, żeby ocenić, ile mogą znieść jego niewinne uszy. A co mi tam!
- Kilka lat temu zdemaskowałam komisarza mającego na swoim koncie kilka przestępstw seksualnych i będącego mężem właśnie tej prokuratorki, która wzięła to dochodzenie, Pii Blomberg. Można powiedzieć, że w tym samym czasie zastrzeliłam też bandziora z napadu na transport pieniędzy, a Lasse i Stefan są przekonani, że byłam w związku z jednym z pozostałych.
- Masz na myśli, że byliście razem? - spytał Benjamin, otwierając szeroko oczy.
- Tak, oni tak sobie wyobrażają.
Przez chwilę panowała cisza. Potem młody wydusił z siebie:
- Ale Lasse jest przecież rasistą.
- Sporo można powiedzieć o Lassem, ale nic nie wiem o tym, żeby był rasistą.
- No ale nazwał kogoś małpojebcą.
Amanda nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Crippe bardzo się starał, ale i tak cały się trząsł.
Benjamin sprawiał wrażenie zdezorientowanego.
- Przecież nie można tak mówić, prawda?
Amanda opanowała się, żeby móc mu odpowiedzieć.
- Lasse nazwał małpojebcą byłego męża Pii, tego komisarza. Ale miał dokładnie to na myśli, małpojebcę.
- Nic nie rozumiem.
Amanda przez chwilę zastanawiała się, czy ma mu to powiedzieć wprost.
- Okej, chodzi o zoofilię. Kumasz?
Z twarzy Benjamina nie znikał wyraz zaskoczenia.
- Lubi ruchać małpy.
Amanda odwróciła się i znów spojrzała na faceta w celi. Teraz chodził na czworakach. Podniósł nogę jak pies obsikujący słup. Odsłonił zęby i dziąsła. Chyba też warczał. Amanda przyłożyła ucho do drzwi. Słuchała.
- Słyszycie?
Crippe podszedł bliżej i zajrzał do środka.
- To jest całkiem popaprane.
- Musimy sprawdzić, czy też ma podwyższony poziom kortyzolu - powiedziała Amanda.
- Być może. Ale ten pewnie jest zwykłym ćpunem.
- Dokładnie. A więc jeśli ma kortyzol w normie, tym bardziej przemawia to za tym, że Nina i Maj-Britt zostały odurzone.
Benjamin również mógł ostatni raz rzucić okiem na aresztanta. Cofnął się, gdy facet dał głos. Dwa ostre szczeknięcia.
Amanda oddałaby wszystko, żeby się dowiedzieć, co działo się w głowie tego mężczyzny. Czy to jest jak odurzenie alkoholem? Czy był głodny? Tak głodny, że mógłby zjeść innego człowieka?
Jeśli chciała to wiedzieć, mogła zrobić tylko jedno. I tego chciała. Zamierzała spróbować. Narkotyku kanibali.
14
Adnan przez pół godziny jeździł między betonowymi domami. W samochodzie Hajira i z kapturem na głowie nikt nie mógł go rozpoznać, chociaż był w dzielnicy Tensta. Zauważył, że przy metrze stoi Sharmaarke. Był równie chudy jak zawsze. Czy wciąż sprzedawał skradzione rzeczy? Koło budki z grillem tkwiło dwóch kumpli jego młodszego brata. Jak oni się nazywali? Ali i Ibbe? Poszerzyli się w barach. To już nie gówniarze.
Przejechał ostatni raz koło domu i spojrzał w okna, w których wisiały ozdobne zasłony. Adnan nigdy ich nie lubił. Jego zdaniem były zbyt frymuśne. Teraz jednak zatęsknił za widokiem matki, która wieszała je i przesuwała o kilka centymetrów w lewo i w prawo, żeby wyglądały idealnie. Chciał znów zobaczyć, jak odkurza marmurowe figurki w mieszkaniu i trzepie grube dywany na podwórzu. Ależ za nią tęsknił! Jej już jednak nie było.
Co on tu właściwie robił? Miał nadzieję, że zobaczy ojca? Tatę Hosseina. Że wyjrzy zza zasłon, kiedy Adnan będzie przejeżdżał obok. Zauważy go i pośle mu uśmiech. Zignoruje wszystkie plotki o swoim najstarszym synu i powita go z otwartymi ramionami.
Adnan odjechał stamtąd, czując ciężar w żołądku. Jakby ktoś go postrzelił w brzuch. Ból. Kto się teraz zajmuje ojcem? Kto powiesił zasłony?
Zaparkował na ulicy niedaleko domu Hajira. Wysiadł i wcisnął przycisk na pilocie. Hajir kupił sobie parterową willę w Sp?nga i przystosował ją do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Rampa do drzwi wejściowych, niskie blaty w kuchni, poręcz przy sedesie. Wyglądało to jak dom starców. Ale Adnan cieszył się tym, jak potoczyło się życie Hajira. Wszystko tak dobrze się skończyło. Miał kochającą żonę. Małe dzieci. Dobrze funkcjonującą firmę. Hajir miał wszystko. I to bardzo miło z jego strony, że pozwolił Adnanowi u siebie mieszkać, ale Adnan musiał szybko znaleźć własne miejsce. Nie chciał nadużywać uprzejmości. Rozumiał, że gość to dla Isabelli ciężar. Gość, którego gliny zlokalizowały już po pierwszej nocy. Co kwadrans obok domu przejeżdżały niebiesko-białe volva. Pasażerowie patrzyli na nich z nienawiścią. Włączali niebieskie światła, żeby ich zdenerwować. Nie dawali zapomnieć o swoim istnieniu. Skąd wiedzieli? Adnan starał się jednak trochę pomagać w domu. Został z dziećmi, kiedy Hajir chciał zaprosić Isabellę na jej urodzinową kolację.
Silne ramię objęło tułów Adnana. Coś zimnego dotknęło jego gardła. Nóż? Wszystko odbyło się tak szybko, że nie zdążył zareagować. Człowiek, który zakradł się do niego za jego plecami, wiedział, co robi. Zmusił Adnana do pochylenia się do tyłu. Przycisnął głowę do jego łopatki, żeby nie było szans uderzyć go czaszką. Ostra klinga nacięła skórę na szyi.
Odezwał się chrapliwy głos:
- Dziwię się, że odważyłeś się wrócić! Na pewno rozumiesz, że tęskniłem za tym dniem!
Nóż wbił się głębiej, ale adrenalina uśmierzyła ból. Najmniejszy ruch, a tętnica szyjna Adnana się otworzy.
Głos mówił dalej:
- Ty mały kurwiu! Za kogo ty mnie masz? Co?
Adnan odszukał ręką twarz stojącego za nim niezadowolonego mężczyzny. Zrozumiał: Sacha.
- Nie wziąłem ich. - Adnan spróbował nawiązać rozmowę.
- Co takiego?
- Szmalu. Nie wziąłem szmalu.
Tylko milimetr dzielił go od śmierci.
- Przysięgam.
- Gadaj!
- Gliniarze go zabrali. Przysięgam.
- Niezła próba.
Ostrze raniło cienką skórę.
- Przysięgam! - krzyknął Adnan desperacko.
Uścisk zelżał i Adnan przewrócił się na asfalt. Bolały go plecy, ale najbardziej niepokoił się o szyję. Dotknął jej ręką. Pomacał. Czy wciąż jest cała? Jego palce zabarwiły się na czerwono, ale krwi było za mało, by groziło to śmiercią. Poczuł ulgę.
- Wiesz, że nigdy bym nie dał ciała!
- Tak myślałem. - Sacha bawił się nożem. - Załatwiłeś gliniarza. Wszystko spierdoliłeś! Rozumiesz, w jakie gówno mnie wpędziłeś?
- Spapraliśmy sprawę. - Adnan z trudem chwytał powietrze. - Ale to gliniarze wzięli kasę. Inaczej dostałbyś swoją działkę. Przecież wiesz.
- Wciąż dostanę swoją działkę i gówno mnie obchodzi, jak to załatwisz. Czekałem ponad trzy pieprzone lata, a gliniarze mówią co innego. Po co mieliby ukrywać, że znaleźli łup?
- Też się nad tym zastanawiałem.
- To ty ostatni miałeś szmal. To teraz musisz go znaleźć.
Sacha skrzywił się, odwrócił na pięcie i odszedł do swojego czarnego mercedesa. Wsiadł i odjechał, nie mówiąc więcej ani słowa. Nie dał Adnanowi terminu. Nic. Czy w ogóle mu uwierzył? Pewnie tak. Inaczej leżałby już bez ruchu w kałuży rozlewającej się na wszystkie strony krwi. Przeciągnął palcami po gardle i niezdarnie wstał. Pokuśtykał w stronę domu i rampy. Plecy miał wykrzywione.
Zamierzał przekraść się do piwnicy, gdzie miał swój pokój, ale Isabella powitała go w korytarzu.
- Co się stało?
Kuśtykał dalej. Lędźwie strasznie go bolały.
- Nic.
- Jest tu ktoś, kto chce się z tobą zobaczyć.
Adnan zauważył jakąś postać za gospodynią. Z sięgającymi do ramion ciemnymi włosami. Spróbował wyprostować plecy, żeby widzieć lepiej.
- Aj!
Podeszła kobieta. Sabrine. Siostra Diara.
- Chodź, połóż się tu, na kanapie.
Otoczyła Adnana ramieniem i ułożyła go na boku z poduszką pod głową. Zaklął głośno z bólu.
- Krwawisz.
- E to nic takiego. Gdzie jest Hajir?
- Kładzie dzieci - poinformowała Isabella.
Sabrine usiadła obok Adnana i pogłaskała dłonią miejsce, gdzie coś mu przeskoczyło w plecach. Adnan jęknął i nieco się odprężył. Znał ją od wieków. Jako upierdliwą siostrę Diara, kiedy byli mali. Jako upierdliwą dziewczynę, kiedy byli nastolatkami. Jako fajną siostrę Diara, gdy byli już nieco starsi. Nigdy nie wylądowali ze sobą w łóżku. Chociaż kilka razy było blisko. Adnan nie chciał konfliktu z Diarem. Wiedział, że zawiódłby Sabrine. Oczywiście nie w kwestii seksu! Zawiódłby jej oczekiwania co do ciągu dalszego.
Wciąż leżał w tej samej pozycji, kiedy do salonu wtoczył się Hajir.
- Opowiadaj.
Gospodarz skoncentrował się na pilocie i zmieniał kanały w telewizorze, który był cieńszy niż iPhone Adnana, kupiony za wypłatę za robotę w Skanii.
Adnan mówił, a Hajir kiwał głową, śledząc wzrokiem czerwonych graczy Liverpoolu i niebieskich z Chelsea. W przerwie meczu wypowiedział swoje zdanie:
- Sacha i Miran myślą, że ich zdradziłeś. Też bym tak założył na ich miejscu. Miranem nie trzeba się przejmować. Jest za słaby. Ale lepiej mieć go po swojej stronie. Musisz zrobić pierwszy krok, skontaktować się z nim i wszystko wyjaśnić.
- A Sacha?
- Musisz zapłacić. Ty odpowiadasz za to, że kasa zniknęła.
- W życiu! To gliniarze wszystko zgarnęli! Robią to, żeby wywołać zamieszanie! Wiedzą, że swoi mnie załatwią! To przecież pięć milionów. Kumasz?
Hajir wzruszył ramionami.
- Masz wielu wrogów. A jaki masz plan?
- Za chuja nie wiem.
- Mamy chipsy?
Minęła chwila, zanim Adnan zrozumiał, że jego przyjaciel mówi do Isabelli. Gospodyni poszła do kuchni i przyniosła co trzeba. Sabrine wciąż ugniatała grzbiet Adnana, a jemu udało się położyć na brzuchu. Dziewczyna siedziała okrakiem na jego nogach. Masowała jego barki, kark, tyłek. Przesunęła się w dół, żeby dotrzeć do ud.
- Ćwiczyłeś trochę.
Mówiąc to, pochyliła się nad nim. Jej włosy połaskotały go w policzek. Irytujące jak mucha.
- No troszkę. Ale to nie tam mnie boli.
- Wyluzuj, przecież cię nie zgwałcę.
- Sorry, po prostu strasznie mnie boli.
Poczuł się niezręcznie. Dziewczyna przyszła tu dla niego. Przyniosła mu ubrania, które zachowała po opróżnieniu mieszkania Diara.
Adnan mieszkał tam przez jakiś czas przed napadem. Zanim się przeprowadził. Sabrine była miła. I była siostrą Diara. Do tego całkiem ładną. A teraz masowała mu plecy.
Isabella wróciła z chipsami w dwóch miseczkach. Jedną dała Hajirowi, a drugą postawiła na szklanym stole przed Adnanem. Wziął garść, chociaż nie miał szczególnej ochoty. Ręka Hajira sięgała na zmianę od miseczki do ust i z powrotem.
- Dostałem dziś pismo od policji. Wezwali mnie na przesłuchanie w związku z tym, że jechałeś moim samochodem. Nie pamiętam, jak się to nazywało, pozwolenie na nielegalną jazdę czy coś w tym rodzaju.
Adnan przełknął ślinę.
- Żartujesz.
- A wyglądam, jakbym żartował?
- Co, do chuja! Nie mogą ci przecież nic za to zrobić?
- Najwyraźniej mogą.
KURWA! To przez tę lesbę w szerokim rozkroku. Zadawała mnóstwo pytań o to, ile przejechał. Jak często pożyczał samochód. Adnan nawet nie pomyślał o tym, że gliniarze mogliby dobrać się do kogokolwiek innego poza nim. Hajir, który wszystko załatwił, który zawsze pomagał. Gliny były jak wrzód na dupie. Nigdy się nie poddawały.
- Musisz zapłacić moje mandaty - powiedział Hajir.
Dyskusja się zakończyła. Piłkarze znów wybiegli na boisko. Gonili za piłką, ubrani w czerwone i niebieskie stroje. Kiedy Hajir zainteresował się futbolem? Kiedy byli mali, grywał tylko Adnan. Hajir przytulał kolesi na macie do zapasów. Stopniowo przeszedł na walenie ich po mordach. Tajski boks i MMA. To właśnie dzięki temu Adnan założył rękawice. I wtedy został uratowany. Nie ma lepszego treningu. Kondycja, siła, wybuchowość. Poczucie wspólnoty z innymi facetami na ringu. Poczucie przynależności.
Przynajmniej w Malmö nie wszystko się popieprzyło. Adnan słusznie postąpił, ściągając na siebie uwagę policji przez gwałtowne zawrócenie. Sebbe mógł dzięki temu pojechać dalej i zostawić furę na parkingu obok jakiegoś basenu, gdzie Niemiec zabrał go w dalszą drogę. Volvo zostało już sprzedane gdzieś w Europie, zanim rodzina w Lommie otworzyła oczy w swoich łóżkach marki Carpe Diem.
- Musisz zaprzyjaźnić się z wrogiem.
Wydawało się, że Hajir mówi do graczy na ekranie.
- To było do mnie?
Adnan spojrzał na profil przyjaciela. Najwyższy czas, żeby przystrzygł brodę.
- To oklepane powiedzonko, ale jedno z najbardziej prawdziwych. Musisz zaprzyjaźnić się z wrogiem.
Broda ruszała się, kiedy mówił.
- Wyjaśnisz?
- Wciąż jesteś też winien kupę kasy Krajlevicowi. To pilna sprawa. Nie możesz sobie chodzić po mieście i czekać, aż on cię znajdzie. Musisz się do niego zgłosić.
Adnan leżał w milczeniu, zastanawiając się, co Hajir miał na myśli. Miałby się włamać do Kraljevica? Nigdy w życiu!
Broda Hajira znów się poruszyła.
- Sebastian sprzedaje jego towar. Wiedziałeś o tym?
Adnan już miał usiąść na kanapie, ale uniemożliwiło mu to szarpnięcie w lędźwiach. Zaklął głośno i z powrotem się położył. Dłonie Sabrine na przemian ugniatamy go i głaskały.
- Nie, ostatnio wiele nie rozmawialiśmy.
Przed oczami Adnana znów stanął zakrwawiony Grek. Jego złamany nos. Wrzeszcząca siostra Sebbego.
- Nie masz nic przeciwko temu?
- O ile dobrze wykonuje swoją robotę. Koleś jest lojalny. Możesz go wykorzystać jako wejście.
- Milorad prędzej urżnie mi jajca, niż zatrudni.
Hajir wzruszył ramionami.
- To tylko taki pomysł. Czy on musi w ogóle wiedzieć, kim jesteś? Pomóż parę razy Sebastianowi i zrób to bardzo dobrze. Pnij się w górę, aż staniesz się niezastąpiony.
A może lepiej pojechać w góry i powspinać się bez asekuracji? Szanse na przeżycie były równie duże.
- Ale nie możesz tu już dłużej mieszkać. Sam rozumiesz...
Ton Hajira zdradzał, że wszystko to było już postanowione. Że jego pomysł był dla Adnana jedynym wyjściem.
- Jeśli chcesz, możesz zamieszkać u mnie. Mam dwupokojowe mieszkanie w Hallonbergen.
Sabrine na chwilę przestała go ugniatać.
- Zajebiście - powiedział Hajir.
- No to tak zrobimy.
Umowa najmu Adnana została rozwiązana bez wypowiedzenia. Jaki miał wybór? Sabrine przyjęła go z otwartymi ramionami. Pozostawało podziękować i przyjąć ofertę.
15
Nie ma za co. Zdarzają się gorsze rzeczy.
Pia nie mogła przestać analizować tego, co powiedziała kobieta w czarnym płaszczu, gdy oddawała jej portfel. "Zdarzają się gorsze rzeczy". Czy Pia w ogóle go zgubiła? To nie przytrafiło się jej nigdy wcześniej. Czy to przypadek, że ta sama kobieta pojawiła się na jej sprawie? Że znała Bojana Jelica?
Wrzuciła kilka pomidorów do plastikowej torebki i włożyła ją do wózka. Poszła dalej wzdłuż stoiska z warzywami.
- Jedź znów zygzakiem.
Gertrud stała na ramie wózka, trzymając się mocno krawędzi. Była pełna oczekiwania.
Pia skręciła gwałtownie i skierowała się w stronę garmażu.
- Jeszcze! Moja mama też tak zawija.
- Nie, już wystarczy. Są tu inni ludzie, którzy robią zakupy, rozumiesz.
Gertrud wystawiła dolną wargę i pobiegła do taty. Wskoczyła na wózek obok Hjalmara. Jej brat zawył i próbował ją zepchnąć. Na koniec Björn podniósł dziewczynkę i usadził wewnątrz wózka między zakupami. Skręcał i zawracał, a dzieci piszczały zachwycone. Pia westchnęła. Zwróciła uwagę, że rękawy kurtki Björna zrobiły się nieco za krótkie. Skurczyły się w praniu? Tak czy inaczej wyglądał staroświecko.
Sprawdziła listę zakupów i dogoniła go.
- Wziąłeś imbir?
- Co?
- Imbir! - podniosła głos.
Björn kiwnął głową.
- Teraz musicie się uspokoić i zejść z wózka. - Pia posłała dzieciom zdecydowane spojrzenie i odwróciła się w stronę Björna. - Inni ludzie też chcą robić zakupy. Powiedz im.
Björn spróbował.
- Zrobimy tak, jak mówi Pia. Powygłupiamy się gdzie indziej. Nie w sklepie.
- To przecież trochę wstyd, kiedy tak się zachowują.
Pia rozejrzała się dookoła, szukając karcących spojrzeń. Jakaś kobieta trzymająca dziecko na rękach uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Pozostali wydawali się zajęci własnymi zakupami. Pia znów sprawdziła listę. Mango, awokado i kolendra.
"Nie ma za co. Zdarzają się gorsze rzeczy".
Była pewna, że włożyła wtedy portfel do teczki. A może z roztargnienia wsunęła go do kieszeni?
Wzięła dwa mango, były w promocji dwa za dziesięć koron. Siateczkę awokado i doniczkę kolendry.
Była to ukryta groźba. To jedyne wyjaśnienie. Ta kobieta ją śledziła. Jak długo?
Orzeszki cashew, rodzynki, chleb.
Kim ona jest? Wyglądała na młodą, nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. I znała Bojana Jelica, jednego z ludzi Milorada Kraljevica.
Pia poczuła w brzuchu nieprzyjemny ucisk. Podeszła do stoiska z chlebem i sprawdziła datę wypieku kilku rodzajów. Poczytała, ile zawierają węglowodanów, w tym cukrów. Aby wybrała chleb, cukrów musiało być mniej niż pięć gramów na sto.
Bojan Jelic został zwolniony. Wciąż był podejrzewany o przestępstwo narkotykowe, ale nie było pewności, czy to się utrzyma, bo Bojan twierdził, że nie miał pojęcia o obecności towaru w samochodzie. Wypożyczył go. A właściciel, niejaki Mikael Pettersson, był właścicielem stu siedemdziesięciu czterech pojazdów zarejestrowanych na jego nazwisko. Z Rumunką też daleko nie zaszli, bo przestała współpracować. Bojan Jelic mógł po prostu po rozprawie wyjść sobie na Scheelegatan - pod ramię z kobietą w czarnym płaszczu. Kto to jest? Czy należy do organizacji?
"Nie ma za co. Zdarzają się gorsze rzeczy".
- Ja panią przepraszam, ale pani nie może pozwalać swoim dzieciom tak tutaj biegać - skarciła ją pracownica sklepu w czerwonym fartuchu.
Pia wróciła myślami do sklepu. Usłyszała szalone wrzaski i zobaczyła, jak Hjalmar i Gertrud ganiają się przy nabiale. Björna nie było widać. Przecież to nie moje dzieci!
- Racja, racja, powiem im - zgodziła się Pia.
Czerwony fartuch odszedł, potrząsając głową, by wyrazić swoje niezadowolenie.
To nie moje dzieci!
Co za paskudne babsko!
16
Różowy drewniany dom rodziny Liljedahl był sielankowo położony pośród innych starych, dobrze utrzymanych budynków w Duvbo. Była to spokojna okolica z dużymi działkami jak na niemal centrum Sztokholmu. Blisko metra, rzut kamieniem od centrum Sundbyberg. Amanda przeczytała na skrzynce pocztowej zawieszonej na białym płocie ze sztachet: "Johan, Nina, Olivia Liljedahlowie". Przy imieniu Olivii przyczepiona była naklejka w kształcie różowego słonia. Jeden róg odkleił się i zwinął. Amanda nabrała do płuc chłodnego porannego powietrza i wypuściła je z długim westchnieniem. Nie mogła powstrzymać się od tej myśli: co by było, gdyby umarło jedno z jej dzieci? Jak by to przeżyła jako matka? Łzy napłynęły jej do oczu i musiała intensywnie mrugać, żeby nie zaczęły jej spływać po policzkach. Trzeba było szybko coś znaleźć, żeby śledztwo ruszyło do przodu. Amanda miała nadzieję, że Johan wyjaśni swoje kłamstwo o tym, gdzie znajdował się w noc morderstwa. Bo nie mogła uwierzyć, że miał cokolwiek wspólnego z tragedią swojej rodziny. To niemożliwe. Crippe wyprzedził ją i otworzył furtkę prowadzącą do przytulnego ogrodu. Na gałęzi wiśni zawieszona była samotna huśtawka, bujająca się leciutko na wietrze.
Johan otworzył drzwi w czarnych dresowych spodniach i jasnoszarej koszulce. Policzki miał zapadnięte, a skóra pod oczami zbrązowiała. Wpuścił ich do środka, jakby na nich czekał. Usiedli przy okrągłym kuchennym stole. Johan zaginał róg jakiegoś czasopisma i z powrotem go rozprostowywał. Powtarzał to bez końca. Ręka mu drżała.
Amanda i Crippe wymienili szybkie spojrzenia i Crippe dał jej znak głową.
- No tak. - Amanda próbowała nawiązać kontakt wzrokowy z gospodarzem, ale on wciąż dręczył czasopismo. - No więc jest kilka spraw, o które chcielibyśmy zapytać. To będzie uzupełniające przesłuchanie, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.
Dłoń Johana zgniotła dolną część jednej z kartek. Podniósł wzrok.
- To pierwsza noc, którą tu przespałem... odkąd...
Jego twarz gwałtownie się pomarszczyła. W pokoju rozległ się długi jęk, który w końcu przeszedł w niepohamowany płacz.
Amanda zesztywniała. Nienawidziła takich sytuacji. Nie wiedziała, co robić. Łzy cisnące jej się do oczu już przy skrzynce pocztowej zaczęły spływać po jej twarzy. Wytarła policzki grzbietem dłoni i przesunęła palcem wskazującym pod oczami. Miała nadzieję, że tusz nie zdradzał za wiele. Kiedy szlochanie Johana nieco ucichło, podjęła kolejną próbę.
- Musimy... - Odchrząknęła, aby pozbyć się guli w gardle.
Uratował ją Crippe.
- Chcemy, żeby powiedział nam pan, co robił w Gävle oraz o której pan się zameldował i wymeldował i tak dalej.
Johan potrząsał głową, wyrzucając z siebie zdania:
- Kochałem ją. Naprawdę. Ale przyznaję się. Tamtego wieczoru spotkałem się z inną kobietą. Rozumiem, że to o to wam chodzi. Ale nigdy nie skrzywdziłbym Niny. Ani Olivii. Boże mój!
Ukrył twarz w dłoniach. Znów zapłakał. Amanda i Crippe cierpliwie czekali. Potem Johan opowiedział o tej innej kobiecie, z którą w ciągu ostatnich sześciu miesięcy spotkał się trzy razy. Poznali się na jakiejś konferencji i nie oparł się pokusie. Ale kochał Ninę. Nigdy by jej nie skrzywdził.
Amanda zastanawiała się, czy nie urodził się przypadkiem na jakiejś innej planecie. Nigdy by jej nie skrzywdził... Może nie fizycznie. Jednocześnie współczuła mu. Prawda - zdradzał żonę i ryzykował zniszczenie rodziny. A teraz stracił wszystko.
- Ale, ale, coś wam przyniosę. - Johan wstał i wyszedł z pokoju.
- Chyba nie broń? - szepnęła Amanda do Crippego. Uniosła kurtkę z prawej strony i położyła dłoń na kolbie pistoletu. Głównie po to, żeby sprawdzić, czy tam jest. Crippe zareagował prawidłowo. Podszedł do lodówki, żeby znaleźli się na przekątnej. Sprawcy trudniej byłoby wtedy zastrzelić ich oboje.
Gospodarz wrócił, niosąc w rękach niewielki obraz. Spojrzał na Crippego, który udał, że rozprostowuje nogi.
- Znalazłem to dzisiaj. Między zabawkami Olivii.
Johan podniósł przedmiot, żeby mogli mu się przyjrzeć. Amanda czytała treść. Wpatrywała się w białe płótno rozciągnięte na drewnianej ramie. Niebieskie litery wypisane pędzlem. "Na jednym świat się kończy".
- Nigdy wcześniej tego nie widziałem i to nie Olivia napisała.
Johan oparł obraz o stojącą na stole doniczkę.
- Mogli to zrobić w przedszkolu, ale przecież nie napisaliby czegoś takiego?
Amanda potrząsnęła głową. Nie, nie napisaliby. Ktoś zostawił wiadomość.
Kiedy wrócili na posterunek, Crippe od razu poszedł do toalety. Amanda wymknęła się na piąte piętro. Do wydziału narkotykowego. Był tam Fredrik, jak się spodziewała. Siedział na biurowym krześle z nogami na biurku i czytał coś z ekranu komputera.
- Słuchaj, ten koleś, którego wczoraj zgarnęliście. Macie wyniki?
Fredrik drgnął. Wyglądał na równie wyczerpanego jak Johan Liljedahl, ale brzmiał znacznie bardziej pogodnie.
- Tylko szybką analizę. Tak jak myśleliśmy, główny składnik to MDPV.
- Tylko to? Bez kortyzonu?
Fredrik potrząsnął głową.
- Raczej nie, ale tego też się spodziewaliśmy.
- Prawda, ale dobrze wiedzieć. - Amanda usiadła na krawędzi biurka. - Przesłuchaliście go?
- Tak jest. Oczywiście gówno powiedział. Kupił towar od obcego gościa na ulicy, więc nic więcej nie mamy. Prawdę mówiąc, wydawał się mocno żałować tego, co zrobił. Pewnie już nigdy nie spróbuje.
- Przynajmniej jedna pozytywna rzecz. A ile wiecie o tym narkotyku? Chyba jest cholernie niebezpieczny.
- Wszystko, co zaczyna się od MD, to paskudne rzeczy. - Fredrik stukał palcami wskazującymi po klawiaturze. - To jak fajerwerki w czaszce, które rozbijają człowieka na kawałki. Człowiek dostaje halucynacji, z którymi nie jest w stanie sobie poradzić. Jeden facet na przykład wyskoczył przez okno, kiedy do pokoju weszła jego matka. To było szóste piętro.
- Ale dlaczego oni to biorą, jeśli to takie niebezpieczne?
Fredrik kręcił głową, jakby starał się rozluźnić zesztywniałe mięśnie karku.
- Wyjaśnienie jest proste - towar jest tani. Gram kosztuje na ulicy tysiąc koron. A żeby się nawalić, wystarczy dwie setne grama. Poza tym jest łatwo dostępny, sprzedają go głównie przez sieć.
- A kto go używa?
- Wszyscy. Czy ta kobieta z twojej sprawy nie była emerytką?
- Podejrzewamy, że została odurzona wbrew jej woli.
- No pewnie tak. To wydaje się najbardziej prawdopodobne. Inaczej oznaczałoby to, że Szwecja szybko stacza się do piekła.
Fredrik zdjął nogi ze stołu i podszedł do drukarki, z której wyjął kartkę wydrukowaną podczas rozmowy.
- Ten narkotyk staje się coraz popularniejszy wśród ćpunów, zastępuje amfetaminę i heroinę. Niestety zaczynają tego próbować też młodzi. Mówią na to "sól do kąpieli". Ta nazwa może ci się przydać.
- Sól do kąpieli?
- Tak wygląda, jak białe kryształki. Jeśli chcesz zobaczyć, to chodź ze mną do komendanta. I tak tam idę.
- Jasne. Odebraliście to wczoraj temu facetowi?
- No, miał przy sobie jedną dziesiątą grama, jakieś pięć działek. Dobrze, że trochę zachował. - Frank mrugnął do niej okiem.
Pojechali windą na parter i wyszli na korytarz z oknami na ulicę. Fredrik okazał się kopalnią wiedzy.
- Ten towar znany też jest jako cloud nine, ivory wave, bliss, white lightning, Hurricane Charlie. Nazwa się zmienia w zależności od składu. "Sól do kąpieli" to taka ogólna nazwa. To narkotyk designerski, produkowany w podziemnych laboratoriach w różnych częściach świata. Kiedy tylko jakiś składnik zostaje zakwalifikowany jako narkotyk, wymieniają go na inny, żeby obejść przepisy. Dlatego działanie jest zawsze nieznane dla ludzi próbujących nowej partii.
Amanda musiała przyspieszyć kroku, żeby nadążyć za Fredrikiem. Minęli bramki i dziewczyny siedzące w recepcji.
Amanda uśmiechnęła się leciutko, kiedy zauważyła, że już nie noszą codziennych ubrań. Dostały ciemnoniebieskie bluzy piqué, przypominające policyjne, nie licząc naramienników. Wcześniej wiele policjantek skarżyło się, że recepcja stała się prawdziwym wybiegiem dla tych młodych dziewczyn noszących skąpe topy. To w najwyższym stopniu niewłaściwe! Szefostwo jednocześnie zauważyło, że panowie marnowali sporo godzin pracy, bo z jakiegoś powodu mieli coraz więcej spraw do załatwienia w recepcji.
Na krześle komendanta siedział Bengt Tyrman, który wymruczał powitanie, kiedy weszli. Fredrik wyjaśnił, że zaprezentuje narkotyki w celach szkoleniowych, a Tyrman zgodził się na to ruchem ręki. Miał ważniejsze sprawy do załatwienia. Cholerny telefon dzwonił bez ustanku!
Krzesło, na którym zazwyczaj siedział jego zastępca, było puste. Amandzie doskonale to odpowiadało. O jedną parę ciekawskich oczu mniej.
Fredrik wstukał kod do szafki, w której przechowywano ważne klucze. Podszedł do szafy z narkotykami, znalazł torebeczkę strunową i podał Amandzie. Było tak, jak powiedział - wyglądało to jak sól do kąpieli. Małe białe kryształki. Jedna dziesiąta grama. Pięć działek. Zważyła paczuszkę w ręce. Zastanawiała się. Fredrik przyciągnął uwagę szefa, kiedy odkładał słuchawkę ze słowami "Odwalcie się". Amanda słyszała, jak omawiali jakąś sprawę. Rozejrzała się dookoła. Zauważyła w korytarzu prowadzącym do sali odpraw Tobbego i pomachała do niego. Kilka lat temu pracowali razem na patrolach. Policjant rozpromienił się i Amanda podeszła do niego. Wsunęła dilpak do kieszeni spodni. Starzy przyjaciele uścisnęli się i Tobbe opowiedział, że ma już dość radiowozów. Nieustanne nadgodziny i praca zmianowa kiepsko wpływały na jego związek. Amanda chętnie porozmawiałaby dłużej, ale miała do zrobienia coś ważniejszego. Przeprosiła i weszła do damskiej toalety. Rozłożyła na desce sedesowej kawałek papierowego ręcznika, wyjęła torebeczkę i wysypała część zawartości. Zawinęła ją w papier i włożyła do kieszeni. Spuściła wodę i na wszelki wypadek podniosła deskę, żeby sprawdzić, czy jest czysto. Byłoby głupio, gdyby zostawiła draskę, a ktoś czekałby na swoją kolejkę. Wróciła do Tobbego, rozmawiali o fatalnych warunkach pracy w policji. Znowu zważyła torebeczkę w ręce. Nikt nie zauważy różnicy. Zobaczyła kątem oka, że zbliża się do nich Fredrik.
- A no właśnie, prawie o tym zapomniałam. - Amanda podała mu pakunek.
Fredrik się uśmiechnął.
- Przy odrobinie pecha znalazłabyś się za kratkami za posiadanie.
Amanda uśmiechnęła się i patrzyła, jak znów podchodzi do szafy z narkotykami. Wszystko wydawało się w porządku, odetchnęła w duchu z ulgą. Pogadała jeszcze chwilę z Tobbem, po czym wyszła na podwórze i oparła się o ceglaną ścianę, rozgrzaną przez wiosenne słońce. Wyjęła telefon i zadzwoniła do Vicky.
- Możesz mi zrobić przysługę?
- To zależy, o co chodzi. - Vicky już się nauczyła, że nie można od razu się zgadzać, kiedy Amanda pyta o coś takiego. Różnie bywało.
- Ta twoja znajoma, Caroline. Jest lekarką?
- Tak. - W głosie Vicky słychać było niepewność.
- Możesz ją poprosić, żeby wystawiła receptę na kortyzon?
- A po co? Źle się czujesz?
- Nie. Wyjaśnię później, ale to ważne.
- Co ci znowu chodzi po głowie?
- Możesz to załatwić czy nie?
Milczenie. Amanda stukała stopą w asfalt. W końcu pojawiła się odpowiedź.
- O ile obiecasz, że nie wpakujesz mnie znowu w jakieś gówno.
Amanda obiecała.
1
- Słyszałaś, co się stało?
Amanda nie zdążyła nawet wysiąść z windy, kiedy Crippe zawołał do niej z korytarza. Zrozumiała, że szedł do pomieszczenia socjalnego. Cała klatka schodowa była już wypełniona aromatem kawy.
- Dzień dobry.
Crippe potrząsnął głową.
- Co za chora akcja. Poprowadzimy razem przesłuchanie. Chodź.
Ruszył dalej, a ona za nim. Musiało się stać coś niezwykłego. Crippe nie był osobą, która łatwo się podniecała. Widział już niejedno. Podobnie jak ona. I cała reszta na czwartym piętrze w budynku posterunku policji w Västerort. W wydziale śledczym - podzielonym na rozboje i poważne przestępstwa. Amanda zaczęła w tej pierwszej jednostce i awansowała do drugiej.
Crippe już wziął sobie kawę. Amanda otworzyła szafkę i wyjęła z niej swój osobisty kubek ozdobiony dwiema radosnymi buziami, na widok których inni także się uśmiechali. Kiedy zobaczyła swoje bliźnięta, zrobiło się jej ciepło na duszy.
Tęskniła za tymi dwiema istotkami, mimo że zostawiła je w przedszkolu zaledwie kwadrans wcześniej.
- Opowiadaj - zażądała.
- W nocy zwinęli kobietę. W Duvbo. Zjadła swoją sześcioletnią córkę.
- Co zrobiła?
- Zadzwonił sąsiad. Znalazł tę kobietę całą we krwi i wszczął alarm. Myślał, że to ona jest ranna. Kiedy patrol przybył na miejsce, znaleźli w salonie dziewczynkę. Pokój wyglądał jak rzeźnia. Policjanci wciąż są na posterunku, gdybyśmy chcieli z nimi porozmawiać. Są w trakcie odprawy razem z personelem karetki. Poza tym mam tu papiery, możesz przeczytać.
Amanda zaczęła przeglądać stos kartek. Raport z aresztowania, zgłoszenie, przesłuchanie sąsiada, protokół zajęcia.
Crippe mówił dalej:
- Technicy są na miejscu, a mundurowi wypytali sąsiadów, ale to raczej nic nie dało.
Amanda znów przyjrzała się raportowi z aresztowania: Nina Liljedahl. Trzydzieści pięć lat.
- Skąd wiadomo, że to ona? Przyznała się?
- Nie dało się jej przesłuchać. Wygląda na to, że była naszurana jak szpadel. Ale kiedy przyjechał patrol, przeżuwała ucho.
Crippe się skrzywił.
- Musimy spróbować, strażnik mówił, że się ocknęła i cały czas pyta, co się stało.
- A nie wie?
Crippe wzruszył ramionami.
- Dowiemy się, co powie. Co za zjeb mógłby zeżreć własną córkę? To chore. Prochy musiały jej zrobić papkę z mózgu. Ale w końcu sama zdecydowała, że je weźmie.
Amanda poszła do szatni, żeby zabrać swoje rzeczy. Tak naprawdę było to biuro, które tymczasowo opróżniono, żeby wstawić tam kilka starych drewnianych szafek, gdzie przechowywali swoje osobiste rzeczy. Zdjęła czarną skórzaną kurtkę sięgającą jej do pasa. I szalik w panterkę. Wsunęła czarny pas z wytłoczonym słowem "POLICJA" w szlufki dżinsów. Zawiesiła na nim z tyłu kajdanki, a na prawym biodrze kaburę. Więcej nie mogła, bo nie dałoby się tego ukryć. Kiedy skończyła, podeszła do swojego biurka stojącego przy ścianie w otwartej przestrzeni biura. Zalogowała się na komputerze i czekając, aż system się załaduje, odciągnęła roletę, żeby wpuścić nieco szarego dziennego światła. Crippe stał nieopodal i patrzył na nią z niecierpliwością. Amanda zauważyła, że ostatnio zaczął zwracać uwagę na to, jak się ubiera. Dziś miał na sobie koszulkę w kolorze wojskowej zieleni, opinającą mu pierś. Był w trakcie rozwodu i nagle zgubił jakieś dziesięć kilo. Codziennie chodził na siłownię i uważał na to, co je. Często był to tuńczyk albo kurczak.
Amanda znów wzięła do ręki raport z aresztowania i wpisała do policyjnej bazy danych numer ewidencyjny Niny. Przeczytała wyniki, które jeszcze bardziej zachęciły ją do porozmawiania z panią Liljedahl.
Podeszła do Crippego i pojechali windą na parter. Postanowili, że rozmowę prowadzić będzie Amanda. Wyglądało na to, że strażnik Micke poczuł ulgę, kiedy przybyli. Nina od godziny waliła w drzwi i ryczała histerycznie, przez co strażnika rozbolała głowa. Chciał odpocząć i zjeść śniadanie. Szedł przed nimi długim korytarzem z szeregiem białych drzwi. Krzyki Niny słychać było z daleka, a kiedy otworzyli zamek, na podłogę upadła ładna kobieta. Płakała i raz za razem pytała, dlaczego ją zamknęli. Amanda i Crippe próbowali ją uspokoić, prowadząc jednocześnie do pokoju przesłuchań. Usiedli na krzesłach. Policjanci z jednej strony stołu, Nina z drugiej. Amanda nie wyjęła nawet notatnika i długopisu. Na początek chciała po prostu porozmawiać, a nie prowadzić formalne przesłuchanie.
- Nie ma pani pojęcia, dlaczego pani tu jest?
Nina podniosła wzrok i spojrzała na Amandę. Szlochając, potrząsnęła głową.
- Obudziłam się i zobaczyłam, że jestem zamknięta. Spanikowałam. Dlaczego nikt nie chce mi powiedzieć, co tu robię? I gdzie jest Olivia? Rany boskie! Przecież Johan wyjechał. Kto zajmuje się Olivią?
- Rozmawialiśmy z Johanem, jedzie już do domu.
Dolna warga Niny drżała.
- Ale dlaczego ja tu jestem? Nic nie pamiętam. Mam pustkę w głowie.
- Nino, popatrz na mnie.
Amanda spojrzała jej w oczy. Rozpacz. Strach. A będzie jeszcze gorzej.
- Teraz przeprowadzę z tobą przesłuchanie. - Amanda przełknęła ślinę. - Jesteś podejrzewana o zamordowanie swojej córki Olivii.
Cisza. Krzesło, na którym siedziała kobieta, zaczęło się trząść.
Amandzie łzy napłynęły do oczu, ze wszystkich sił starała się je powstrzymać. Wpatrywała się w leżący na biurku spinacz i podziwiała jego eleganckie kształty. Cóż za intensywny błękitny kolor! Oby tylko nie zacząć płakać...
Z wysiłkiem oderwała wzrok od przedmiotu i znów spojrzała na Ninę.
- Ubiegłej nocy, a więc z piątego na szóstego kwietnia, w pani domu dokonano morderstwa. Chcę poinformować, że ma pani prawo do obecności adwokata przy naszym przesłuchaniu. Czy życzy pani sobie tego?
Nina trzymała się kurczowo krawędzi stołu i wyglądała, jakby w każdej chwili mogła zemdleć.
- To musi być jakaś pomyłka - wyjąkała.
- Czy chce pani poczekać na obrońcę, zanim przejdziemy dalej?
- Nie! Chcę wiedzieć, co się stało!
Nina biła się pięściami w głowę.
- Co się stało? - krzyczała. - Co się stało?
Brązowe włosy przyklejały jej się do mokrych policzków.
- Spokojnie, spokojnie.
Wzywanie teraz adwokata, który musiałby przyjechać z centrum Sztokholmu na posterunek w Solnej, nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Amanda nie chciała czekać. Nina też nie. Ostatecznie było to tylko wstępne przesłuchanie, więc obecność prawnika nie była potrzebna. Amanda nie chciała tego przedłużać.
- Czy mogłaby pani powiedzieć, co pani robiła wczoraj wieczorem?
- Nie wiem! Niczego nie pamiętam! To nie może być prawda!
Nina umilkła. W jej oczach widać było przerażenie. Podciągnęła rękaw za dużej koszuli, którą pożyczono jej w areszcie. Spojrzała na swoje ramię.
- Miałam tu krew. Boże, miałam tu krew! I we włosach też!
Chwyciła kosmyk przesiąknięty łzami. Jej palce zabarwiły się nieco na różowo.
- Mam krew we włosach! Co się stało? Gdzie jest Olivia?
Wstała gwałtownie, a jej krzesło się wywróciło.
Podszedł do niej Crippe i otoczył ją ramieniem.
- Pani córka została zamordowana. Już jej nie ma. Strasznie mi przykro.
Nina zapadła się w sobie. Trzęsła się. Płakała. Wydawała niekontrolowane dźwięki, od których Amanda dostała gęsiej skórki. Crippe wypowiadał uspokajające słowa, ale te nie docierały do zrozpaczonej kobiety.
- Na tym zakończymy przesłuchanie - powiedział w końcu.
Amanda próbowała znów skupić się na zszywaczu, ale oczy miała już mokre. Przeciągnęła wskazującym palcem pod rzęsami. Starała się uniknąć rozmazania tuszu. Poszła za Crippem i Niną do celi.
Kobieta nie protestowała. Umilkła. Jej ciało przypominało wykręconą szmatę. Weszła do środka i usiadła na wysłużonym gumowym materacu na pryczy.
Crippe zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Odwrócił się w stronę Amandy i westchnął ciężko.
- Co myślisz?
- Mówi prawdę. - Amanda odchrząknęła. - Rzeczywiście nic nie pamięta.
- Wiedziałem, że nie możemy dalej tego ciągnąć. Jak się czujesz?
- Spoko. Trzeba by ją przewieźć do szpitala psychiatrycznego.
Crippe kiwnął głową.
- Porozmawiam o tym z dowódcą.
Wracali korytarzem, który wydawał się dziwnie cichy. Nikt nie wrzeszczał. Nie było strażnika. Pewnie wciąż siedział w pomieszczeniu socjalnym, dając odpocząć uszom. Dobrze się pracowało z Crippem, Amanda nigdy nie musiała mu się tłumaczyć. Od kiedy urodziła dzieci, zrobiła się wrażliwsza.
Zdaniem położnej były to jakieś zmiany hormonalne, które miały zostać jej na całe życie. Amanda uważała, że to jednocześnie dobre i złe. Nienawidziła tego w sytuacjach takich jak ta. Kiedy nie potrafiła zachować profesjonalizmu w obecności więźnia. Ale nie była to zwykła aresztantka. Nina Liljedahl częściowo zjadła swoją córkę. I niczego nie pamiętała. Dlaczego? No cóż, była pod silnym wpływem narkotyków. Ciekawe było to, że w policyjnej bazie danych nie było o niej żadnej wzmianki związanej z narkotykami. W ogóle żadnej informacji. Nina Liljedahl była całkiem czysta. Podobnie jak jej mąż Johan. Dlaczego kobieta, która prowadziła całkiem zwyczajne życie rodzinne, zaczęła ćpać? Amanda zamierzała ją o to spytać na następnym przesłuchaniu. Na razie nie miała okazji.
Amanda zakręciła kran i dudnienie w łazience ustało. Słychać było tylko chlapanie i szczęśliwy szczebiot, kiedy Charlie i Greta puszczali do siebie łódki i robili ustami fontannę. Przyjrzała się im. Takie niewinne. Wciąż chronione przed otaczającą je rzeczywistością.
Jak to się stało, że wszystko poszło tak źle? Czy mogła zrobić coś inaczej? Myśli bezładnie przelatywały jej przez głowę. Trudno było je uchwycić.
Po przesłuchaniu Liljedahl Amanda i Crippe porozmawiali z patrolem i personelem karetki, którzy pierwsi dotarli na miejsce zdarzenia. Opowiedzieli, że z Niną nie było żadnego kontaktu. Chodziła jakby w transie i mamrotała coś bez ładu i składu. Cała była pokryta krwią. Ubranie, twarz, ręce. Z początku myśleli, że gryzie gumę do żucia. Potem zauważyli, że miała w ustach ucho. Dziewczynkę znaleźli na kanapie w salonie. Ratownicy nie mieli już nic do roboty. Ofiara miała poderżnięte gardło i zmasakrowaną część twarzy. Po takiej nocy koledzy wciąż byli bladzi.
W połowie rozmowy odezwał się wewnętrzny alarm, a niebieska lampa na suficie rozbłysła w pokoju. Ktoś na posterunku wcisnął alarm przeciwnapadowy. Amanda od razu zrozumiała, że coś się działo w areszcie. Pobiegła do drzwi, a za nią kilku kolegów. Spieszyli się, żeby pomóc Mickemu, który prawdopodobnie padł ofiarą ataku. Jednak Amanda myślała tylko o Ninie Liljedahl, spodziewając się najgorszego. Nie spojrzała przez wizjer w drzwiach. Przeciągnęła kartę przez czytnik, żeby otworzyć, i wbiegła do celi. Stał tam Micke, wskazując palcem w milczeniu. Całkowicie sparaliżowany.
Nina siedziała na podłodze pochylona w przód. Jedną nogawkę spodni miała okręconą wokół szyi, druga była przywiązana do rury wodociągowej. To wystarczyło, żeby się powiesić. Ciężar ciała zrobił resztę.
Amanda trzymała bezwładne ciało w pionie, podczas gdy Crippe walczył z pętlą wokół szyi. Ktoś wyciągnął nóż i przecięli tkaninę. Ktoś wezwał pogotowie.
W końcu spoczęła na zimnej betonowej posadzce. Nina Liljedahl, trzydzieści pięć lat. Blada i martwa.
Kolejne powieszenie w areszcie policyjnym, które trzeba było zbadać i dodać do prowadzonych spraw.
Amanda wzdrygnęła się, kiedy woda chlapnęła na jej twarz. Charlie skręcał się ze śmiechu. W przeciwieństwie do Grety, której brat wylał na głowę całe wiaderko.
- Wyjść, mamo. Chcę wyjść, mamo.
Córka wyciągnęła ręce do Amandy, a ta pomogła jej wydostać się z wanny. Wytarła ją wielkim ręcznikiem z Pippi Langstrumpf. Owinęła nim jej ciemnobrązowe włosy, tworząc na głowie turban. Greta uwielbiała to. Chciała wszystko robić tak samo jak mama. Zachichotała zadowolona, ale szybko umilkła. Przyglądała się Amandzie szeroko otwartymi oczami.
- Dlaczego masz inny kolor, mamo?
Dziewczynka pociągnęła paluszkami blond włosy matki.
Amanda się roześmiała.
- Bo czasem tak bywa. Ja mam jasne włosy, a tata ciemne, tak jak ty i Charlie.
- Ale my nie mamy taty. Gdzie ona jest?
- On. Tata to on. I oczywiście, że macie tatę. Wszyscy mają tatę.
- Ale gdzie ona jest?
Amanda pocałowała ją w miękki, pyzaty policzek.
- Kiedyś o tym opowiem, gdy będziecie trochę więksi.
- Jestem dużą dziewczynką.
- Tak, jesteś. Ile masz lat?
Usta Grety wykręcały się na wszystkie strony, kiedy intensywnie myślała.
- Raz, dwa, cztery.
- Niedługo skończysz trzy lata. Wiesz to, prawda?
Greta wydawała się zadowolona z rozmowy i pobiegła po piżamę. Amanda wyjęła protestującego wściekle Charliego z wanny i wyciągnęła korek. Woda bulgotała, znikając w odpływie. Dzieciaki były zupełnie różne. Greta nieśmiała i zamyślona. Charlie był niespokojnym duchem, który pakował się we wszelkiego rodzaju kłopoty. Trochę jak ojciec. Trudno powiedzieć, gdy byli razem tak krótko. Ale ona dostała to, co najlepsze, coś, czego nawet nie mogłaby sobie wyobrazić.
Bliźniaki.
Gretę i Charliego. Jej cały świat.
2
Adnan napełnił pięć kieliszków tequilą, wystawił sól i talerzyk z pokrojonymi kawałkami cytryny. Faceci przy barze zawyli z zadowolenia i oblizywali nasadę kciuka. Sypali sól i znów lizali. Przełykali alkohol i cmokali z dumą. Cytryny nie ruszali. Najwyraźniej każdy chciał zaimponować pozostałym. Adnan miał już serdecznie dość entuzjastycznych turystów, ale mieszanie drinków napełniało przynajmniej kasę. Przez ostatni rok pracował u Ragnara Johnssona, Szweda, prowadzącego wraz ze swoją kambodżańską żoną restaurację i bar w Sihanoukville. Spotkali się w Świecie Dzikiego Zachodu, jak Ragnar nazywał to miejsce. W dziurze, w której lądowało się po dotarciu do Kambodży statkiem z Tajlandii. Adnan zgadzał się z tą nazwą. To była społeczność bezprawia. Brodaci ludzie z Zachodu, którzy osiedlili się tu i prowadzili biznes dzięki łapówkom i obietnicom lepszego życia. Jedynym, co odróżniało to miejsce od prawdziwego miasteczka Clinta Eastwooda, było to, że zamiast koni pędziły po nim skutery.
Po kilku piwkach wypitych w oczekiwaniu na statek do Sihanoukville Ragnar zaproponował mu pracę. Adnan był całkiem zaskoczony. Robota! Chociaż tylko na próbę. Dla takich jak on rynek pracy był zamknięty, przynajmniej w Szwecji. A tymczasem po ledwie kilku godzinach w tym nowym kraju zapewnił sobie normalny dochód. Adnan, prawdę mówiąc, nie przepadał za stałymi godzinami pracy i rutyną. Jednak w jego sytuacji zapuszczenie korzeni miało swoje zalety. W Sihanoukville. Fakt, że nie był w stanie poprawnie wypowiedzieć tej nazwy, miał mniejsze znaczenie.
To nadmorskie miasteczko zaimponowało mu. A może było to tylko wrażenie po szokujących początkach na Dzikim Zachodzie. Było tu wszystko: jedzenie, siłownia, asfaltowe drogi. Luksusowe hotele konkurowały z prostszymi bungalowami, a turyści byli wożeni motorikszami niezależnie od tego, jak dużo mieli bagażu. Adnan rankami biegał po plaży, a wieczorami wyciskał żelazo. Żywił się curry i jeździł na skuterze. Pracował w barze. I na tym w sumie koniec.
- Proszę pięć razy piwo Angkor.
Jeden z facetów machnął banknotem w stronę Adnana. Wyjął butelki z lodówki i otworzył. Włożył do gumowanych uchwytów, żeby nie ściekała po nich skroplona para. Faceci wypili za wesołe życie. Wznosili toasty i krzyczeli. Jeden z nich powiedział, że pochodzą z północy. Z Lule. Adnan nigdy nie mógł zrozumieć, o co chodzi z tym zjadaniem ostatniej litery w co drugim słowie. Ale poza tym byli w porządku. Przy piciu sporo gadali.
Adnan spojrzał na zegarek, kopię roleksa kupioną na lokalnym rynku. Jeszcze godzina do zamknięcia. Wstawił trochę piwa do lodówki. Wytarł blat. Zawiązał worek ze śmieciami.
Wtedy go zobaczył. Stojący przy barze wózek inwalidzki. Przyjrzał się dokładniej. Otarł ręcznikiem pot z czoła. Niemożliwe! Dwóch gości zasłoniło mu widok, gdy próbowali pomóc jadącemu mężczyźnie pokonać próg. Potem się odsunęli.
Przez ciało Adnana jakby przepłynął prąd. To był on: Hajir. Usta same rozciągnęły się w uśmiechu.
A jednocześnie poczuł strach. Błyskawicznie wróciły wspomnienia, od których uciekł. Dlaczego on tu przyjechał? Hajir El-Batal. Jego najlepszy przyjaciel.
Ich spojrzenia się spotkały. Między nimi stał stół do bilardu. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków pochłoniętych było rozgrywką. Kolesie z północy darli się i próbowali nauczyć kilku Amerykanów wymawiać szwedzki toast. Hajir podjechał bliżej. Okrążył stół. Udało mu się uchylić przed kijem. Chwycił go ręką. Dziewczyna, której uniemożliwiło to grę, już zamierzała gwałtownie zaprotestować, ale zmieniła zdanie, widząc inwalidę. A może uciszyło ją spojrzenie Hajira? Szaleństwo zawsze błyszczące w jego oczach. Przeciskało się przez spokojną fasadę.
Hajir puścił kij i znów ruszył do przodu. Trochę przytył.
Wyglądał znacznie żwawiej niż ostatnim razem, kiedy Adnan go widział. Silne ramiona, pewnie dzięki nieustannemu napędzaniu wózka. Brzuch trochę za bardzo wypychał jasnoniebieską koszulkę. Pozbawione życia nogi wyglądały jak wyschnięte.
- Co poleca barman?
Dobrze znany głos. Mroczny. Chrapliwy.
- Może Angkor?
- Dawaj.
Adnan otworzył dwie butelki. Druga była przeznaczona dla niego samego. To warto było oblać, nawet w godzinach pracy.
- Ja pierdolę.
Potrząsnął głową. Wyciągnął zaciśniętą pięść. Hajir stuknął w nią swoją.
- Miło cię widzieć, chłopie.
- Nawzajem.
Wypili po parę łyków lodowatego piwa. Podstępnie dobre. Adnan od wielu tygodni nic nie pił. Wolał na poważnie zająć się treningiem. Bicepsy miał większe niż kiedykolwiek. Sześciopak na brzuchu twardy jak kamień. Był w szczytowej formie.
- Jak mnie tu znalazłeś?
- A ilu Ragnarów jest w Sihanoukville?
Adnan zachichotał, słysząc, jak brzmi to w ustach przyjaciela.
- Powiedz to jeszcze raz.
Hajir tym razem bardzo się postarał:
- Si... ha... nouk... ville.
Znów chichot. W pół minuty Adnan poczuł się bardziej sobą niż przez ostatnie trzy lata. Znów stuknęli się butelkami. Wypili. Adnan raz na jakiś czas obsługiwał gości.
Hajir przywitał się z Ragnarem i jego żoną Arun. Ragnar wyglądał na zaskoczonego, ale chyba cieszył się ze względu na Adnana. Wiele od niego usłyszał. O tym, jak Hajir wylądował na wózku. I o tym, że była to w pewnym sensie wina Adnana. Że Hajir był jedyną osobą, z którą miał kontakt w kraju po tym wszystkim, co się wydarzyło. Adnan otworzył się przed Ragnarem bardziej, niż się spodziewał. Ale oczywiście nie wszystko mu powiedział. Jak można podzielić się z kimś rzeczami, o których codziennie stara się zapomnieć? Był zadowolony, że w ogóle żyje. Mimo że wszystko się zawaliło.
Godzinę później Adnan wyprosił ostatnich gości i zostali we dwójkę z Hajirem. Usiedli przy drewnianym stole, od którego Adnan odsunął jedno krzesło, żeby zrobić miejsce dla przyjaciela.
- Czy to nie pora, żebyś wracał do domu? - zapytał poważnie Hajir.
Adnan się skrzywił. Wypił łyk piwa.
Hajir kontynuował:
- Dobrze ci tutaj?
Adnan kiwnął głową.
- Przyzwyczaiłem się. Ragnar jest w porządku. Ale wiadomo...
- Mam dla ciebie robotę, jeśli jesteś zainteresowany.
Adnan rozpromienił się, mimo że nie miał zbyt wielkich oczekiwań.
- Jaką robotę?
- Nie takie gówno jak przedtem. Już nie zajmuję się takimi rzeczami, wiesz o tym. Handluję samochodami. Luksusowymi. Mam własną firmę.
Hajir zaczął opowiadać.
Popyt na samochody był olbrzymi. Kradli je, używając kluczyków, i przejeżdżali przez most nad Sundem, zanim właściciel zdążył zauważyć, że auto zniknęło. Warsztaty na kontynencie załatwiały nowe tablice i przebijały numery podwozia. Hajir zbudował sobie niewielkie imperium. Miał już piętnastu pracowników, ale musiał rozszerzyć działalność. Potrzebował ludzi, którym mógłby ufać. Mówił, że nie da się żyć tak jak Szwedzi. To nie było dla takich jak oni. Jak on i Adnan. Nie pozwalała na to ich przeszłość.
Do Adnana takie rozumowanie znakomicie trafiało. Tęsknił za starym życiem. Za kasą. Wolnością. To nic nowego. Odłożył to tylko na jakiś czas na bok. Uważał, że tak samo było z Hajirem, kiedy został postrzelony w plecy i prawie umarł. Po tym, jak założył z Isabellą rodzinę i urodziło im się dwoje dzieci, nie licząc córki żony z wcześniejszego związku. Hajir jednak wszystko dobrze przemyślał. Rozumiał, że szwedzkie społeczeństwo nikomu nie wybacza. Wpycha każdego skazanego z powrotem do przestępczego świata. Czy tego chciał, czy nie. Raz bandzior, zawsze bandzior. Jednak z wiekiem człowiek mądrzeje. Po co się męczyć z kokainą, kiedy można zarobić masę pieniędzy na szybkich samochodach? Mniejsze ryzyko. Wyższe dochody na wszystkich poziomach.
Adnan słuchał. Zastanawiał się. Dyskutował z Hajirem. Otwierał siódme piwo.
W końcu musiał zadać nieuniknione pytanie:
- Miran?
Hajir roześmiał się szczerze.
- Jest wściekły. Zniknąłeś razem z kasą. Co byś sam o tym pomyślał?
Adnan zamilkł na chwilę. Niejedną bezsenną noc spędził, zastanawiając się, co stało się z łupem. Jego zdaniem mogli go przejąć wyłącznie gliniarze. Ale dlaczego ściemniali? Powiedzieli gazetom, że pieniądze zniknęły? Miał oczywiście swoje podejrzenia co do tego, jak to wszystko się odbyło. Z początku nie chciał w to wierzyć. Im więcej jednak o tym rozmyślał, tym bardziej obraz się klarował. Został oszukany bardziej, niż mógłby to sobie wyobrazić. Wykorzystany. Ale tego Miranowi nie mógł wyjaśnić. Nic dziwnego, że się wściekał.
- Co tam u niego?
Hajir parsknął.
- Od dawna go nie widziałem. Ostatnio słyszałem, że kogoś poznał. Mam nadzieję, że to dobra dziewczyna.
- Nie pracuje dla ciebie?
- Nie, no co ty.
Hajir nie musiał mówić nic więcej. Miran wciąż był po uszy w gównie. Ciekawe, co brał. Kokainę? Heroinę? Spice? Co teraz jest w modzie? Adnan nagle zdał sobie sprawę, że ostatnio żył jak w zakładzie pracy chronionej. Stracił kontakt z rzeczywistością. Co miało swoje dobre i złe strony.
W całym ciele czuł tęsknotę za czymś innym.
Noc zmieniła się we wczesny poranek i Adnan załatwił Hajirowi podwózkę. Nie było trudno, bo miejscowi go znali. Kierowca, który tak naprawdę wybierał się na rynek sprzedawać kurczaki, złożył wózek i przywiązał go do dachu cienkim postrzępionym sznurkiem. Niepokojąco chybotał się, kiedy samochód odjechał w stronę Sokha Beach Resort. Pięciogwiazdkowego hotelu z prywatną plażą. Hajir powiedział, że w podróż wybrali się też Isabella i dzieci. Adnan wsiadł na skuter i pojechał do domu. Na dworze było spokojnie i cicho, wschodziło słońce. O tej porze zazwyczaj biegał. Dziś jednak musiał sobie zrobić przerwę. Alkohol zwolnił go z treningu.
Jego bungalow był prosty i zawierał tylko to, co najpotrzebniejsze. Łóżko z moskitierą, toaletę i prysznic. Jadł w restauracji Ragnara albo kupował coś na ulicy. Jedyne, co przygotowywał w domu, to kawa z proszku. Czajnik dostał od Arun.
Przed położeniem się do łóżka wziął prysznic. Po wieczorze w barze śmierdział potem, a jego ubranie cuchnęło dymem. Nieświeżo. Kiedy skończył, wytarł się białym ręcznikiem i wczołgał się nagi do łóżka.
Gdy leżał, myśli wirowały w jego głowie. Wszystko zdarzyło się tak nagle i nieoczekiwanie. Oczywiście przez cały czas drzemały gdzieś w jego głowie. Pytania. Niekończące się pytania. Co ma zrobić ze swoim życiem? Czy kiedykolwiek jeszcze wróci do domu? Czy tego chce? Czy szukają go w związku z napadem? Prawdopodobnie nie. Czy szukają go w związku z morderstwem policjanta?
Zasnął przy akompaniamencie brzęczenia komara, który znalazł dziurę w moskitierze.
Kiedy obudził się w porze lunchu, prześcieradło kleiło mu się do ciała. Czuł suchość w ustach i wstał po stojącą w lodówce butelkę wody. Sprawdził, czy ma cokolwiek do jedzenia. Nie miał. Wciągnął na siebie szorty kąpielowe i białą koszulkę. Wrzucił ręcznik pod siodełko skutera i pojechał w stronę plaży. Miał spotkać się z Hajirem i jego rodziną. Isabellą i dziećmi. Isabellą Toros. Czy wciąż było na niego wściekła?
Zatrzymał pojazd na postoju dla skuterów przy drodze i kupił grillowane udko kurczaka od młodej dziewczyny, która zawsze sprzedawała w tym samym miejscu. Mięso dostał w plastikowej torebce ze słodkim sosem chili na dnie. Pomachała mu wesoło, kiedy odjeżdżał, pokazując niekompletny garnitur zębów.
Od dawna nie był w ciągu dnia na plaży. Ludzie opalali się na leżakach pod łopoczącymi na wietrze barwnymi parasolami. Zauważył rodzinę pod sporym drzewem, którego gęste listowie dawało cień. Hajir leżał na ręczniku, podpierając się na łokciach. Isabella karmiła najmłodsze dziecko bananem.
Adnan wyciągnął do niej rękę.
- Spotkaliśmy się już kiedyś, ale w znacznie gorszych okolicznościach.
- Wiem.
Uśmiechnęła się. Czy to dobry znak?
- A gdzie reszta?
Adnan rozejrzał się dookoła. Hajir wskazał ręką.
- Tam, kąpią się.
Adnan zerknął w stronę wody. Zobaczył dziewczynkę w różowym bikini, razem z małym chłopcem budującą zamek z piasku. Sandra i Marco. Adnan nigdy wcześniej ich nie spotkał. Kiedy opuścił Szwecję, Isabella była w ciąży, Marco musi więc mieć trzy lata. Sandra pochodziła z poprzedniego związku Isabelli.
Adnan rozłożył swój ręcznik i usiadł z nogami na słońcu, a tułowiem ukrytym w cieniu.
- A więc to tutaj się ukrywasz - powiedziała Isabella.
Uderzyło to Adnana. Nie myślał wcześniej o tym w ten sposób. Uciekał przed glinami, przed wymiarem sprawiedliwości, przed samym sobą. Ale ukrywać się? Słowo to było tożsame z tchórzostwem. Zawiódł swojego przyjaciela i zostawił go na wózku inwalidzkim. Nie złożył zeznań przeciwko ludziom, którzy postrzelili Hajira w plecy przy nieudanej transakcji narkotykowej. Adnan obiecał jednak zająć się tym w inny sposób. W zwykły sposób. Bez współpracy z policją. I Adnan, i Hajir o tym wiedzieli. Niezależnie od tego, co się działo.
- Trochę podróżowałem - odpowiedział.
- Ach, tak, fajnie.
- Ale teraz pora wracać do domu - wtrącił się Hajir.
- Może i tak.
- A co tu masz do roboty? Pewnie, że można tu przyjemnie spędzić trochę czasu, jak na wakacjach. Ale na dłuższą metę...
Isabella ciągnęła swój wątek:
- Przed kim się ukrywasz? Nie możesz przyznać się do tego, co zrobiłeś?
- Dość.
Głos Hajira był spokojny, ale nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Odwrócił się w stronę Adnana.
- Rozumiem to, jak myślałeś. Wcześniej ciągle czułem się ofiarą. Ale już tak nie jest. Robimy rzeczy na swój własny sposób. Tak jak zawsze.
Isabella wstała, trzymając najmłodsze dziecko w objęciach, i poszła do Sandry i Marca, którzy wybierali się do wody. Chłopczyk miał pomarańczowe motylki na ramionach.
- Jesteś ojcem.
Adnan zmrużył oczy. Zdał sobie sprawę, że zapomniał ciemnych okularów. Hajir kiwnął głową, a z jego twarzy biła duma.
- Troje dzieci. Kto by pomyślał?
Przez chwilę milczeli. Jakiś chłopak ze źle rozwiniętymi nogami, ubrany w podartą koszulę, podpełzł do nich po piasku i podsunął im plastikową torebkę z pieniędzmi. Hajir wrzucił do niej kilka banknotów, a chłopiec uśmiechnął się, ukazując brązowy przedni ząb w pustej poza tym szczęce. Potem ruszył dalej, do kolejnych turystów. Adnan zdziwił się, widząc nieznaną stronę Hajira. Może poczuł sympatię do niemogącego chodzić chłopaka. On sam nigdy nic nie dawał. Wiedział, jak to działa. Kalekie dzieci były w tych krajach twardą walutą i wykorzystywano je, by wyciągać pieniądze od dzianych przyjezdnych.
Spojrzał w stronę wody, gdzie Isabella robiła, co mogła, by wyciągnąć Marca z objęć fal, które załamywały się, zanim wróciły do morza. Sandra trzymała najmłodsze dziecko. Adnan podszedł do nich, żeby pomóc. Ostatni kawałek przebiegł, żeby uratować swoje podeszwy przed poparzeniem w gorącym piasku. Chwycił Marca i wyrzucił go w powietrze. Chłopczyk roześmiał się głośno.
- Jeszcze, jeszcze! - wołał.
Adnan bujał go w przód i w tył. Woda chlupotała, kiedy drobne stópki przecinały turkusową powierzchnię.
Isabella i Sandra śmiały się, przyglądając się, jak Marco mocno trzyma Adnana i błaga:
- Jeszcze!
- Nie masz dzieci? - dopytywała się zaciekawiona Sandra.
Adnan chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Nie, przynajmniej nic o tym nie wiem.
Dziewczynka zmarszczyła czoło.
Adnan starał się unikać podejrzliwych spojrzeń Isabelli. Wyszukał wzrokiem Hajira, który obserwował ich ze swojej półleżącej pozycji pod drzewem. On nie mógł podrzucać swoich dzieci w powietrze.
Uśmiechał się.
Jego postawa zdradzała jednak coś innego.
3
Pia dociągnęła popręg i wsunęła stopę w strzemię. Wskoczyła na grzbiet konia, który mógł pochwalić się stu siedemdziesięcioma trzema centymetrami wysokości w kłębie. Pochyliła się do przodu i powiedziała mu, że dziś czeka ich tylko spacerek. Obiecała, że jutro popracują ciężej. Wałach wydawał się rozumieć i parsknął w odpowiedzi. Ruszył w stronę dobrze mu znanej leśnej ścieżki. Pia jechała z lekkością i znów sobie przypomniała, jak bardzo to kocha. Być jednością z koniem. Jednością z naturą. Po ciężkim dniu w prokuraturze było to jak terapia dla duszy. Terapia przeciwko wszystkiemu. Była wdzięczna, że Björn przekonał ją, by wróciła do swojego starego hobby. Kupiła Itexa z policyjnej stajni. Uważano tam, że ma w sobie zbyt dużo werwy, żeby im się przydać. Stawał się zbyt dziki, jeśli nie mógł codziennie wyjeżdżać w teren. Poza tym czasami miał nadwrażliwą skórę na grzbiecie. Czekała go więc rzeźnia lub sprzedaż i wtedy pojawiła się Pia. Po pierwszej jeździe zakochała się po uszy. Może dzięki wszystkim pozytywnym wspomnieniom, które nagle do niej wróciły. Kiedy była młodsza, konie były jej życiem, ale jej były mąż uznał, że zajmują jej za dużo czasu. Że to zbędne hobby, zbyt drogie. Odstawiła więc buty do konnej jazdy. Dziś rozumiała, o co w tym tak naprawdę chodziło.
Pochyliła głowę, żeby uniknąć uderzenia przez zwieszającą się nad ścieżką gałąź, i była gotowa, by skrócić wodze, gdyby Itex rzucił się w bok. Wystarczyłby jeden niewłaściwy krok, żeby zaczął szaleć. Wtedy trzeba było zdążyć zareagować w siodle. Pia zazwyczaj unikała myślenia o pracy, ale dziś trudno jej było zatrzymać bieg myśli. Thomas Kallin narzekał na jedno dochodzenie i dawał do zrozumienia, że dostał je tylko dlatego, że ona chciała postawić na swoim. Pia zastanawiała się, kto tu tak naprawdę chce postawić na swoim. Kiedy otrzymała posadę zastępczyni głównego prokuratora w centrum, Thomas zaczął pokazywać swoją nieznaną stronę. Pia wiedziała, że był bardzo zainteresowany tym samym stanowiskiem, i uważał, że ma lepsze kwalifikacje. Często otwarcie rozmawiał o tym ze współpracownikami. Pia nie przejmowała się tym, bo wiedziała, że jest bardziej niż wystarczająco dobra, by wziąć na siebie te obowiązki. Ale jeśli on zamierzał dalej czepiać się jej prywatnego życia i sugerować, że nie jest dość silna, trzeba było pokazać mu jego miejsce. Pia wiedziała, że on próbował tylko wykorzystać jej słabości. Jej byłe słabości. Teraz żyła zupełnie innym życiem. Z nowym mężczyzną. W nowej pracy. Z widokami na przyszłość.
Kiedy wróciła do stajni, słońce chyliło się już ku zachodowi. Zeskoczyła, mocno trzymając wodze. Pogłaskała dłonią brązową sierść na szyi konia. Dała mu parę kawałków marchewki, które chętnie schrupał. Poprowadziła go do korytarza i zdjęła siodło i tranzelkę. Pocałowała wierzchowca w białą grzywę, a potem życzyła mu dobrej nocy i zaprowadziła do boksu.
Kiedy wszystko już zrobiła i stamtąd odjeżdżała, pomachała właścicielom gospodarstwa, Siv i Bengtowi, stojącym przy pastwisku. Pia mieszkała po sąsiedzku, zanim wyprowadziła się do miasta. Do Odenplan. Ekerö oczywiście należy do Sztokholmu, ale dla niej to wieś. Blisko centrum, ale zupełnie inaczej - las, pola i rzadka zabudowa.
Kiedy wjechała na główną drogę, znów zobaczyła ten samochód w lusterku wstecznym. Ciemne bmw. Naliczyła między nim a swoim autem cztery pojazdy. Podobny podążał za nią też w zeszłym tygodniu. A może sobie to tylko wyobraziła? Spojrzała znów w lusterko, ale nie miała pewności, czy wciąż tam jest. Przyspieszyła i wyprzedziła jeden samochód. Ściskała mocno kierownicę. Skąd on się pojawił? Czy czekał na nią przy skrzyżowaniu? Przy stajni? Rzuciła okiem w tył, ale nie zauważyła go. Tuż przed Brommaplan błysnął fotoradar. Pia zaklęła cicho. Pojechała dalej i zaparkowała w podziemnym garażu przy Döbelnsgatan, gdzie kilka miesięcy temu zdobyli miejsce. Mimo że było to dość daleko od mieszkania, dobrze jednak mieć stałe stanowisko do parkowania. Bez tego każdego wieczoru trzeba by jeździć w kółko nawet przez godzinę, żeby znaleźć jakieś puste miejsce. Świetlówki na suficie migotały, kiedy Pia szła do wyjścia. Rozglądała się dookoła. Co to za dźwięk? Przyspieszyła kroku. Otworzyła gwałtownie drzwi i wyszła na ulicę. Znów się rozejrzała.
Para reflektorów oślepiła ją i się zbliżyła. Pia zasłoniła światła ręką, żeby zobaczyć, co to za auto. Przejechało obok niej. Ciemnoszare audi. Pia odetchnęła z ulgą i niemal biegnąc, pokonała ostatni odcinek dzielący ją od domu. Przytrzymywała kołnierz, chroniąc się przed chłodnym wiatrem.
Kiedy weszła do mieszkania, w korytarzu powitał ją Björn. Pia ciężko dyszała, chociaż starała się to ukryć.
- Co jest, kochanie? Biegłaś?
Pia oparła się o ścianę i ściągnęła buty do konnej jazdy.
- Ten samochód znów mnie śledził. To bmw.
- Jesteś pewna?
- Sama nie wiem.
Podszedł do niej i wziął ją w ramiona. Przyciągnął do siebie. Jej mięśnie się rozluźniły. Tętno zwolniło. Bezpieczne objęcia. Wciągnęła w płuca jego zapach. Pachniał sobą. Żadnymi perfumami. Niczym specjalnym. Tylko sobą.
- Czuję się taka głupia. Na pewno sobie to wyobrażam.
Björn wziął w dłonie jej brodę.
- Ja też tak myślę i taką mam nadzieję. Ale jeśli zdarzy się to jeszcze raz, musisz to zgłosić. To przecież może być jakiś niebezpieczny człowiek, z którym miałaś do czynienia w pracy.
- To na pewno tylko wyobraźnia.
Spojrzał na nią poważnie.
- Wszystko w porządku?
Pia kiwnęła głową.
- Otworzę wino.
- A ja skoczę do łazienki.
Usiadła na sedesie. Na kilka sekund ukryła twarz w dłoniach. To na pewno tylko wyobraźnia. Magnus, jej były mąż, nadal siedział w więzieniu. Sprawdziła to starannie w zeszłym tygodniu. I nie dawali mu przepustek.
Kiedy się umyła i wytarła, założyła krótki jedwabny szlafrok. Björn siedział na sofie i patrzył na nią badawczo, kiedy usadowiła się obok niego. Wcześniej zapalił świece i nalał czerwone wino do dwóch kieliszków, teraz podał jej jeden z nich. Rozmawiali o minionym dniu, zapytał, jak było w pracy. Pia opowiedziała mu o Thomasie Kallinie, a Björn śmiał się, twierdząc, że Thomas ma problem z kobietami. Pia zgodziła się z nim. Björn był taki wyrozumiały. Opiekuńczy i w ogóle zupełnie inny niż Magnus i to, do czego była przyzwyczajona. Sprawił, że znów uwierzyła w miłość. Uwierzyła, że istnieją dobrzy mężczyźni. Był kimś, kto brał ją taką, jaka była.
Żadnej konkurencji. Żadnej zazdrości. Pia zbliżyła się do niego i przytuliła do jego koszuli. Björn odstawił swoje wino, a po chwili zrobił to samo z jej kieliszkiem. Ich wargi się spotkały. Powoli. Ostrożnie. Drobne ruchy, które stopniowo nabierały intensywności.
- Idziemy do sypialni. - Jego głos był bardziej chrapliwy niż zwykle.
Położyli się na narzucie. On na dole. Ona na nim. Jego dłonie gorączkowo szukały haftek na jej plecach. Pia zdjęła szlafrok, a on uśmiechnął się, kiedy zrozumiał, że nie miała stanika. Położył dłonie na jej piersiach i głaskał je. Pochylił się i wziął do ust sutek. Pia rozpięła mu rozporek i jak nastolatki walczyli razem z jego nogawkami, które nie chciały dać się zsunąć. Pia pomogła mu i zrzuciła spodnie na podłogę. Pełzała w górę. Całowała wnętrze jego ud. Posuwała się coraz wyżej.
- Tato. Nie mogę spać.
Björn odrzucił Pię na bok i starał się przykryć ją kołdrą. Stojąca w drzwiach Gertrud patrzyła na nich, trąc oczy.
Björn wstał z łóżka.
- Ależ, kochanie, nie możesz spać? Tata zaprowadzi cię do łóżeczka.
- Nie, ja chcę spać tutaj - jęknęła Gertrud.
- Ale jest lepiej, kiedy śpisz we własnym łóżku.
Dziewczynka wytoczyła najcięższe działa i wydała z siebie cichy jęk, któremu towarzyszyły krokodyle łzy.
Björn skapitulował.
- No już dobrze, chodź tutaj. Możesz się położyć między mną a Pią. Masz tu kołdrę, kochanie.
Gertrud wślizgnęła się do łóżka, a Björn pocałował ją w czółko.
- Dobranocka, księżniczko.
Spojrzał na Pię, a jego mina mówiła: "Normalka, następnym razem".
Pia uśmiechnęła się, jakby uznała to za bardzo zabawne. Odwróciła się plecami do niego i zgasiła lampę. Uwolniła kołdrę, na której położyła się dziewczynka. Wpatrywała się w ciemną sypialnię, aż jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, i zaczęła zauważać kontury mebli i okna. Razem z Björnem kupili nowe łóżko, a ona przemalowała dwa stare krzesła na czarno, żeby wykorzystać je jako nocne stoliki. Kwiaty stojące przy oknie wzięła ze swojego poprzedniego mieszkania, lampa na suficie też była jej. Wspólnie z Björnem urządzili własny dom. Zostali rodziną. Była teraz dodatkową mamą, czy jak to się teraz nazywa. Bonusową mamą. Nowym rodzicem.
Ona sama wolałaby zostać po prostu Pią.
4
- A dlaczego twoim zdaniem mamy kontynuować dochodzenie, które z policyjnego punktu widzenia zostało wyjaśnione?
Szefowa oddziału patrzyła na Amandę, jednocześnie szperając w swoim pudełku z drugim śniadaniem i nadziewając na widelec pomidorek koktajlowy. Gunilla H?kansson zrobiła się znacznie bardziej bezpośrednia, od kiedy kilka dni wcześniej ostrzygła się na krótko.
- Coś tu się nie zgadza - powiedziała Amanda. - Nina Liljedahl nie używała narkotyków. Prowadzili całkiem zwyczajne życie rodzinne...
- I przeżuwała ucho swojego dziecka, kiedy tam przyjechaliśmy. To też ma być normalne?
To Stefan Brimark - lokalny mądrala. Niższy od Amandy. Próbował kompensować to inteligentnymi wypowiedziami.
Amanda postanowiła go zignorować i mówiła dalej, odwrócona w stronę Gunilli:
- Nie twierdzę, że tego nie zrobiła. Zastanawiam się tylko, dlaczego nagle postanowiła brać prochy. To bez sensu.
- Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy - stwierdziła Gunilla. - To potwornie tragiczne zdarzenie dla wszystkich zainteresowanych, ale nie możemy niepotrzebnie marnować zasobów. Nina Liljedahl zabiła swoją córkę, a teraz sama odebrała sobie życie. Sprawa jest zamknięta, nie mamy tu już nic więcej do roboty.
Gunilla włożyła do ust zwitek liści rukoli.
Znów wtrącił się Stefan:
- A skąd wiemy, że wcześniej nic nie brała? To, że nie ma jej w rejestrach, może wynikać z tego, że nikt jej nigdy nie złapał. Może robili w domu wielkie narkotykowe imprezy.
Do rozmowy dołączył Crippe:
- Absolutnie nic na to nie wskazuje. Ale zgadzam się, że w tej chwili niewiele możemy zrobić. Mimo że to wcale nie jest fajne. - Skrzywił się. - Ja pierdolę, nie chciałbym być w skórze męża. Co za piekło!
Amanda i Crippe spotkali się z Johanem Liljedahlem rano. Mieszkał u swoich rodziców, bo nie był jeszcze w stanie pojechać do domu. Jego matka, a także babcia ofiary, otworzyła im drzwi. Amanda długo nie zapomni bólu widocznego w jej oczach. Wpuściła ich do środka i poszła ze spuszczoną głową w stronę salonu. Johan leżał na sofie, a kobieta wyjaśniła, że wziął tabletki na uspokojenie. Powoli usiadł i przywitał się bez słowa skinieniem głowy. Oczy miał błyszczące i przekrwione, włosy w nieładzie. Po kilku wstępnych zdaniach Amanda zadała pytania, które miały najważniejsze znaczenie w tej sprawie.
- Czy Nina brała narkotyki i od kogo je kupowała?
Johan patrzył na nią bezbarwnym wzrokiem.
- Nigdy nie brała narkotyków. Nawet nie byliśmy w ich pobliżu. Nic z tego nie rozumiem.
- Czy mogła coś zażywać tak, żeby nic pan nie zauważył?
- Absolutnie nie. Ona taka nie była.
- A jaka była? Czy mógłby pan ją opisać?
Krótkie milczenie.
- Była moją żoną. Była matką mojej córki. Kochała swoją rodzinę, swoją pracę. Ma przyjaciół i jest lubiana. Co jeszcze miałbym powiedzieć?
Oparł głowę na zgięciu łokcia. Cienka szara koszula stłumiła cichy jęk.
Amanda i Crippe spojrzeli na siebie. Spróbowała jeszcze raz:
- Co pan o tym myśli? Jak wyjaśni pan to, że tym razem coś wzięła?
Johan potrząsnął głową. Uniósł ją nieco. Między nosem a koszulą widać było dyndający glut.
- Coś musiało się stać. Nie wiem. Ona nie ma takich kontaktów. Nie mam pojęcia.
- A co pan robił tego wieczoru? - spytał Crippe.
- Spałem w hotelu w Gävle. Dużo podróżuję w związku z pracą.
- Jeśli się nie mylę, sprzedaje pan leki.
Johan kiwnął głową.
- Czy przechowuje pan czasem coś w domu? - wtrąciła się Amanda.
- Nie, w życiu. Wszystko jest bezpiecznie zamknięte w magazynie.
- Czy Nina brała jakieś leki?
- Nie, żadnych. Na pewno już przecież o tym wiecie.
Wiedzieli. Testy narkotykowe wykazały u Niny obecność metylenodioksypirowaleronu, w skrócie MDPV. Narkotyku kanibali. Nazwa ta pojawiła się po tym, jak pewien nagi mężczyzna w Stanach Zjednoczonych zjadł połowę twarzy bezdomnego człowieka, który nie był w stanie obronić się przed tą agresywną napaścią. To przedziwne zdarzenie zostało zarejestrowane przez kamerę monitoringu przy autostradzie, a potem trafiło na YouTube, gdzie doczekało się milionów wyświetleń. W Szwecji dotąd bardzo rzadko natykano się na MDPV, ale obawiano się, że substancja ta stanie się bardziej popularna. Koledzy z wydziału narkotykowego słyszeli o niej od ćpunów na ulicy i pojawiło się parę cynków.
Inną rzeczą, która niepokoiła Amandę, było to, że u Niny stwierdzono również niski poziom kortyzolu. Lekarz medycyny sądowej wyjaśnił jej to przystępnie przez telefon:
- U osoby przyjmującej kortyzon występuje osłabienie działania kory nadnerczy. Działa ona więc nie tak, jak powinna, i własna produkcja kortyzolu spada, co jest wyraźne w przypadku Niny. Nie mogła jednak przez dłuższy czas używać kortyzonu, bo objawiałoby się to w formie czegoś, co nazywamy twarzą księżycowatą lub karkiem bawolim. Wiesz, jak ludzie puchną po braniu kortyzonu?
Amanda kiwnęła głową.
- Oznacza to, że zaczęła go stosować niedawno albo może jednorazowo przyjęła wysoką dawkę, prawda? Może tak być?
- Owszem, to jest najbardziej prawdopodobne.
- Czy to jest na receptę, czy łatwo to zdobyć?
- To stosunkowo proste, kortyzon bierze się na przykład na zwykłe zapalenie albo dolegliwości związane z astmą. Sądzę, że każdy mógłby bez trudu zdobyć receptę.
- Czy może dawać inne objawy poza puchnięciem?
- Oczywiście, u wielu występują depresja i mania, a u większości bardzo silny głód.
Kiedy Amanda porównała przesłuchanie Johana Liljedahla z tym, co stwierdził lekarz, powstały dwa podobne obrazy Niny Liljedahl. Była dobrze funkcjonującą kobietą, mającą rodzinę i pracę. Żadnych oznak długotrwałego nadużywania. Jak doszło do tego, że właśnie w tym dniu wzięła narkotyki? Czy była czymś za bardzo obciążona i tego nie zauważyli? Coś, o czym Johan nie chciał mówić, a może nie wiedział? Jednak dochodzenie zostało zamknięte. Istniały inne sprawy czekające na rozwiązanie. Nikt nie chciał marnować zasobów na przypadek, w którym morderca nie żył. Nina Liljedahl już została ukarana.
Po południu Amanda siedziała przy biurku i czytała najnowsze raporty z dochodzeń dotyczących narkotyków. Ktoś uważał, że na klatce schodowej pod adresem Sp?ngavägen 4 dużo się dzieje. Ktoś inny słyszał, że Ali Resa sprzedawał haszysz nieletnim. Trzecia osoba wiedziała, że pierwszego kwietnia przez port Frihamnen dotrze duża dostawa. Ta data już minęła. Amanda westchnęła. Nic na temat MDPV.
Zadzwoniła do swojej przyjaciółki Vicky i zapytała, czy pojedzie z nią i dziećmi na cmentarz. Chętnie się zgodziła. Nie dlatego, że to miejsce szczególnie ją kusiło, ale chciała spotkać się z Gretą i Charliem.
Amanda poszła do Gunilli i zleciła jej dokończenie raportu z przesłuchania, które prowadziła. Gunilla spojrzała w górę, kiedy z namaszczeniem napisała ostatnią literę.
- To ja spadam.
Amanda jakiś czas temu zapytała, czy może wyjść trochę wcześniej, bo jej dzieci wybierały się do dentysty.
- To spadaj. Do zobaczenia jutro.
- A tatuś dzieci nie może czasami się nimi zająć? - Stefan rzucił to pytanie w powietrze, przeglądając jednocześnie segregator. Uwielbiał wbijać ludziom szpilki.
Amanda odwróciła się i cofnęła o kilka kroków.
- Jeśli masz jakiś problem, to porozmawiaj o nim ze mną.
- Mamy całkiem spory problem. Nie zgadzasz się z tym? - Spojrzał na nią spode łba.
- Owszem, taki, że psujesz klimat w pracy samą swoją obecnością.
- Nie tylko ja myślę, że nie masz tu czego szukać. - Stefan się nie poddawał.
- Nie tylko ty? Weź to na klatę.
Koledzy siedzący przy innych biurkach przerwali to, czym się zajmowali. Słuchali zaciekawieni.
- Dlaczego nigdy nie powiedziałaś, kim jest ojciec? - drążył Stefan. - A może to bocian je przyniósł?
- Dość tego! - zawołała wściekłym tonem Gunilla.
- Zgadzam się ze Stefanem. Może powinniśmy raz na zawsze rozprawić się z tym problemem - wtrącił się Lasse Sandén. Siedział na skraju biurka ze skrzyżowanymi nogami.
Amanda uśmiechnęła się do niego.
- No to może dowiemy się, z kim obściskiwałeś się na świątecznej imprezie? Pewnie ?sa chętnie o tym posłucha.
Lasse zaczerwienił się po uszy.
Gunilla spróbowała uspokoić sytuację.
- Nikt nie musi opowiadać o swoim prywatnym życiu, jeśli nie ma na to ochoty.
- Nie, nie! Jest okej. - Amanda podeszła do Crippego i położyła ramiona na jego barkach. Pocałowała go w policzek.
- Jeśli to takie ważne, to możemy się przyznać. Prawda, Crippe?
Ten wydawał się zaskoczony, ale szybko podjął grę. Kiwnął głową.
- Wskoczyliśmy kiedyś razem do łóżka. Kiedy to było? - Spojrzał pytająco na Amandę.
- Pewnie jakieś trzy lata i sześć miesięcy temu. Na leżance na czwartym piętrze. - Spojrzała na Stefana. - Czy to nie ty często tam sypiasz?
Kilka osób zachichotało. Stefan i Lasse stracili humor. Gunilla sprawiała wrażenie, że poczuła jednocześnie ulgę i niepokój.
Amanda obroniła się przed atakiem Stefana kolejny raz, ale wiedziała, że on nigdy się nie podda. Nie obchodziło jej to. W tej służbie nie potrzebowała poparcia wszystkich, żeby sobie radzić.
Charlie i Greta kłócili się o to, która szczoteczka do zębów jest czyja. Dostali je od dentysty i teraz oboje chcą mieć czerwoną. Vicky przerwała tę dyskusję, wsiadając do samochodu. Odebrali ją w centrum Solnej, dokąd dostała się metrem z Kungsholmen. Dzieci ciekawie przyglądały się swojej matce chrzestnej, mimo że spotykali się często.
- Cześć, moje złociutkie - przywitała się.
Charlie zareagował wesołością, a Greta schowała się pod grzywką. Chłopak odpowiadał na pytania Vicky o wizytę u stomatologa, podczas gdy dziewczynka tylko przysłuchiwała się temu. Dopiero kiedy dojechali do cmentarza, uznała, że Vicky była kimś, z kim warto się przyjaźnić. Kobieta wzięła ich oboje za ręce, a one wieszały się na niej i podskakiwały, gdy szli zagrabioną szutrową ścieżką. Amanda niosła kwiaty i znicze. Zbliżali się do nagrobka. Serce mocno biło jej w piersi. Czuła ucisk. Kucnęła. Vicky z dziećmi stanęli obok.
- Chcecie mi pomóc zapalić znicze?
- Taaak! - zawołały dzieciaki chórem. Musiały kilka razy próbować, zanim udało im się zapalić knoty. Amanda postawiła znicze przed grobem. Przepięknie mieniły się różnymi kolorami. Różowy. Niebieski. Zielony.
- Mama. - Greta szturchnęła Amandę. - Mama! Czy to tutaj śpi Sanna?
Amanda pocałowała ją w nos. Zaskoczyła ją jej pamięć.
- Tak, właśnie tu. Ale nigdy już się nie obudzi. Zawsze będzie tutaj spać.
Oczy Grety zrobiły się wielkie jak spodki.
- Tak jak tata Simby?
- Kto to jest Sanna? - spytał Charlie.
- Była siostrą mamy.
Charlie znalazł jakiś patyk i zaczął rysować kreskę na żwirze. Greta szybko dołączyła do niego.
- Jak się czujesz? - Vicky kucnęła obok Amandy.
Ta wzruszyła ramionami.
- Strata. Takie to uczucie. Pieprzona, cholerna, niepotrzebna strata!
Przez chwilę milczały. Amanda zastanawiała się nad tym, co przed chwilą powiedziała. Strata. To była prawda. Było w tym jednak jeszcze coś więcej. Bezsilność. To, że ona sama nie była w stanie zrobić nic więcej. Ani przedtem, ani potem.
Vicky odchrząknęła.
- Mamy ostatnio całkiem sporo dochodzeń dotyczących Milorada Kraljevica i wkrótce zobaczymy, czy to coś da.
Amanda przełknęła ślinę.
- Pomyślałam, że chciałabyś o tym wiedzieć - dodała Vicky.
Milorad Kraljevic: mężczyzna, który zniszczył tak strasznie dużo. Którego nigdy nie spotkała. Ale który maczał palce we wszystkim, co się działo.
- Wiele wskazuje na to, że sprowadza do kraju nowy narkotyk, który podobno pochodzi z Meksyku. Wyjątkowo łatwo go przedawkować i w innych państwach było dużo zgonów. Amanda, słuchasz mnie?
Amanda odsunęła wzrok od nagrobka Sanny.
- Mów dalej.
- Dowiedziałam się dziś jednej rzeczy. O tej Ninie Liljedahl, przesłuchiwałaś ją. Miała w organizmie ten sam narkotyk, który naszym zdaniem sprowadza Kraljevic.
- Chyba żartujesz!
Vicky potrząsnęła głową.
- I co z tym dalej zrobimy? - zapytała Amanda.
- Obserwujemy kilku gości, którzy prawdopodobnie są jego dostawcami. Ale łatwo nie jest, oni oczywiście zajmują się tym od dawna i wiedzą, jak to działa. Podsłuchy telefoniczne nic nie dały.
- Macie jakichś informatorów?
- Nie mam pojęcia. O nich nigdy dużo nie wiadomo.
Amanda dobrze o tym wiedziała, informatorzy nie byli czymś, o czym mówiło się głośno. Nawet z najbliższymi współpracownikami. Gdy pojawiał się cynk, pracowało się nad nim, nie mając nawet pojęcia, czy jest wiarygodny albo istotny. Tylko prowadzący cokolwiek o tym wiedział.
- A infiltratorów ogląda się teraz tylko na filmach.
Vicky się roześmiała.
- Prawda, prawda. Szefostwo niespecjalnie to lubi. Nawet na naszym poziomie.
Vicky pracowała w zespole, który zajmował się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej. W jego skład wchodzili przedstawiciele różnych organów. Prokuratorzy, urząd skarbowy, komornicy, zakład ubezpieczeń społecznych, urząd do spraw przestępstw gospodarczych i inne. Razem byli w stanie dotrzeć do tego, co motywowało sprawców: pieniędzy.
A teraz zespół rozpracowujący Milorada Kraljevica był na jego tropie. Gangster nadal prowadził handel narkotykami. Nie obchodziło go, że ludzie umierają. Nie przejmował się konsekwencjami.
Amanda przeciągnęła dłonią po napisie wygrawerowanym na kamieniu. Sanna była jedną z jego ofiar, choć pośrednio. Młoda i naiwna, została skuszona przez blichtr i obietnice Stureplan. Wpadła w złe towarzystwo. Dowiedziała się o rzeczach, o których nie powinna nic wiedzieć, co kosztowało ją życie. Ktoś dostał pieniądze za jej zamordowanie, Amanda była tego pewna. Ale Milorad Kraljevic wciąż był na wolności.
Może jednak dalej istniało coś, co Amanda może zrobić. W jej głowie zaczęła krystalizować się pewna myśl. Nie była bezsilna. Wprost przeciwnie.
5
W ciągu ostatniego tygodnia Adnan codziennie spotykał się z Hajirem i jego rodziną. Kąpali się w morzu, pili owocowe szejki i piwo. Adnan wygłupiał się z dzieciakami i podarował im plecione bransoletki z ich imionami. Chodzili na rynek i kupowali smażone karaluchy, jedwabie i mocne przyprawy. Odwiedzali różne restauracje, a wieczorami odprężali się w plażowych barach. Ragnar był miły i dał mu wolne.
Teraz znów był samotny i dni mijały, niczym się od siebie nie różniąc. Poranna przebieżka. Jedzenie. Spanie. Wieczorem siłownia. Jedzenie. Odpoczynek. Miksowanie drinków w barze. Otwieranie piwa. Doby szybko przelatywały. Księżyc zmieniał kształt i coś zaczęło się nie zgadzać. Pojawiły się problemy z zasypianiem, Adnan długo leżał, wpatrując się w moskitierę i ciągle znajdując w niej nowe dziury. Myślał o wszystkim i niczym. Słońce było za gorące. Turyści zbyt radośni. Miejscowość za mała. Szwedzi żałośni. Zachowywali się jak królowie, paradując ze swoimi kupionymi młodymi kobietami. Adnan wiele razy zastanawiał się, jak to jest między Ragnarem a Arun. Czy to prawdziwy związek? Autentyczny? Miał taką nadzieję ze względu na Ragnara. Byli razem od dawna i wzięli ślub. A Adnan widział to w ich oczach. A może nie? Ten sam blask, jaki można było zobaczyć u Hajira i Isabelli, kiedy na siebie patrzyli.
Romantyczne bzdury.
On sam wpadł kiedyś w tę pułapkę. I nie zamierza już nigdy tego powtórzyć!
Podskoczył lekko na gumowej macie, skręcił ciało i trafił w worek golenią. Wrócił do pierwotnej pozycji. Znów lekko podskakiwał. Ręce miał zaciśnięte przed twarzą. Przygotował się do kolejnego kopnięcia. Wykonał podwójne. Boksował pięściami. Prawy sierpowy. Lewy sierpowy. Podcięcie. Uderzenie kolanem w splot słoneczny przeciwnika. Adnan miał na sobie tylko luźne szorty i owijkę wokół rąk. Pot ściekał mu po mięśniach. Po tatuażach, które błyszczały pod słonawym płynem. Smok. Trupia czaszka. Trybale. Był zadowolony ze wszystkich poza jednym. Czarnymi literami z boku pleców. FTP. Żałował, że go zrobił. To było głupie. Niemądre. Symbolizowało zbyt pewnego siebie chłopaka z przedmieścia, który nie znał świata poza betonem blokowiska. Ale nie tylko o to chodziło. Teraz ten tatuaż był jak drwina. Za każdym razem, kiedy widział te litery, przypominał sobie, jak został wystawiony do wiatru. Fuck the police. Te słowa nabrały nowego znaczenia. On nie miał pojęcia, a ona wykorzystała go do własnych celów. Narobiła mu potężnych problemów. Większych, niż miał wcześniej.
Adnan rzucił się na podłogę i wykonał dwadzieścia pompek z klaskaniem. Zaatakował worek kolejnymi kopniakami. Łokciami. Kopnięciem z obrotu.
Facet stojący przy sąsiednim worku odsunął się trochę. Wyglądał na niepewnego siebie. Był o połowę mniejszy od Adnana. I miał o połowę mniej tatuaży.
Adnan spojrzał wilkiem na małego, przygotowując się do następnej rundy. Wykręcił kark, aż strzeliło. Obracał barki, aby ustawić je w odpowiedniej pozycji. Ruszył do ataku. Wrzasnął na worek.
Jego drobny sąsiad zabrał ręcznik i się oddalił. Adnan ciężko dyszał.
Co ona zrobiła z kasą? Dziesięć prostych ciosów. Agresja i moc.
Wniosek: wzięła je dla siebie. Co za suka! Dziesięć razy burpee.
A może to gliniarze ściemniają? Dziesięć prostych ciosów.
Dlaczego?
Dziesięć razy burpee. Mięśnie zaczynały strajkować. Po co mieliby to robić? A może jednak?
Dziesięć prostych ciosów.
Jest tylko jedna możliwość!
Dziesięć razy burpee.
Adnan padł na podłogę. Położył się na plecach i wyciągnął ramiona nad głowę. Z trudem chwytał powietrze.
Logika podpowiadała: musi je odzyskać. Całą kasę! Jeśli nie dla siebie, to dla Mirana. Adnan nie należał do tych, którzy się poddają. Do tych, którzy się ukrywają.
Był Adnanem Nasimim!
6
Pia usiadła przy stole i przywitała się z resztą zespołu zarządzającego zwalczaniem przestępczości zorganizowanej. Göran Anderzon, dowódca zespołu policji, sprawiał wrażenie, jakby już szykował się do wyjścia. Miał na sobie kurtkę i siedział na krawędzi krzesła, zwisając pochylony do przodu i podpierając się łokciami. Sten Nilsson z administracji podatkowej był spokojniejszy. Położył przed sobą wysoką stertę teczek, poprawił je tak, żeby krawędzie były równe. Urząd komorniczy wysłał Kurta Sp?ngberga zamiast kierownika, którego powaliła grypa. Kurt uwielbiał dźwięk własnego głosu, Pia obawiała się więc, że spotkanie sporo się przeciągnie. Kiedy zaczął opowiadać historię o zajętym przez niego kilka dni wcześniej wartym miliony jachcie , Pia wymieniła spojrzenia z Göranem. Gdy mówca musiał wziąć oddech, Pia natychmiast wkroczyła i zmieniła temat. Którym sprawom należy nadać priorytet? Co się dzieje? Co wydarzyło się od ostatniego razu? Göran opowiedział o planowanym nalocie na nielegalne salony z automatami do gry w różnych częściach kraju. Sten życzył sobie przyspieszenia dochodzenia w sprawie fałszywych faktur pojawiających się jak grzyby po deszczu. Kurt przedstawił szczegóły dotyczące dwóch zajętych domów. Najciekawszy punkt pojawił się na końcu - Milorad Kraljevic, szef jugosłowiańskiej mafii działającej w regionie sztokholmskim. Göran opowiadał: spekulacje o tym, że Kraljevic wycofał się z działalności, okazały się błędne. Przeciwnie, prawdopodobnie po kryjomu rozbudowuje swoją organizację. Zatrudnił zaufanych podwładnych do kierowania różnego rodzaju biznesami pod przewodnictwem jego siostrzenicy, Heleny Kraljevic. Największe obroty zapewniają dzisiaj handel narkotykami, handel żywym towarem i przemyt ludzi. Kilka osób z niższych poziomów hierarchii ostatnio popełniło błędy. Namierzono ich z samochodami i mieszkaniami, na które zgodnie z informacjami podatkowymi nie było ich stać. Są nieustannie pod obserwacją. Wiele wskazuje również na to, że Kraljevic stoi za importem niezwykle niebezpiecznego narkotyku, który już zabił niejednego narkomana i młodego człowieka. MDPV. Narkotyk kanibali. Na tę sprawę należy przeznaczyć największe zasoby.
Pia się ożywiła. Milorad Kraljevic od dawna nie pojawiał się w żadnej sprawie. Wciąż pamiętała eksplozję przed ich willą, tak jakby to było wczoraj. Obudził ją potężny huk. Płonący samochód. Kłęby dymu. Ale przede wszystkim Magnus stojący przy oknie i wyglądający na zewnątrz przez żaluzje. Nigdy wcześniej nie widziała, by był tak blady. Sparaliżowany. Magnus, który trząsł się ze strachu. Zazwyczaj to ona to robiła. Później zrozumiała, że jej były mąż był zamieszany w działalność Kraljevica w inny sposób niż tylko jako policjant. Na pewno kręcił własne lody dla swojej korzyści. Pia wciąż zastanawiała się, jak to wszystko mogło się tak posypać. Dla niej. Dla Magnusa. Dla nich obojga.
Odwróciła się w stronę Görana.
- Dlaczego nazywają go narkotykiem kanibali?
Göran opowiedział o sprawie Niny Liljedahl z Västerort. Jak to możliwe, że o niej nie słyszała? Pia przypomniała sobie, że Thomas parę dni temu coś o tym mamrotał. Że musiał umorzyć wstępne dochodzenie, mimo że jeden ze śledczych protestował. Jeśli Pia dobrze pamiętała, bardzo mu się to nie podobało i obwiniał szefa oddziału kierującego nowicjuszy do dochodzeń w sprawie morderstw. To niemądre. Powinni zaczynać od drobnych kradzieży. Dawniej było lepiej, kiedy starzy komisarze wiedzieli, co robią. Nie ma wątpliwości!
- A kto prowadził tę sprawę u was? - zapytała Pia, spoglądając na Görana.
- Christian Nilsson i Amanda Paller. Sprawa wciąż jest w Västerort. Dowiedzieliśmy się o niej tylko dlatego, że narkotyki są sprowadzane prawdopodobnie za pośrednictwem Kraljevica. Ale ponieważ Nina Liljedahl odebrała sobie życie, trudno będzie się dowiedzieć, od kogo je kupiła. Ta kobieta nie występuje w żadnej bazie, a analiza techniczna nic nie dała.
Pia poczuła, jak pieką ją policzki - wiedziała, że się czerwieni.
Skupiła się na swoich notatkach, żeby nikt tego nie zauważył. Ścisnął jej się żołądek. Tylko na chwilę, ale wyraźnie. Na jednym spotkaniu usłyszała dwa nazwiska, które obudziły u niej wszystkie starannie skrywane uczucia. Milorad Kraljevic i Amanda Paller. Oboje brali udział w nagłym rozpadzie jej małżeństwa. W zupełnie różny sposób. Ale jednak. Przed oczami stanął jej Magnus. Wychodził z sali sądowej ze spuszczoną głową. Ręce miał skute za plecami. Jego koledzy z policji podtrzymywali go za ramiona. Upokorzenie wypełniało całe jego ciało. Całą salę.
- Pia, masz coś jeszcze? - Göran wpatrywał się w nią.
Potrząsnęła głową.
- No to ja spływam, mam pełny harmonogram.
Göran wstał. Kurt zacisnął usta i wypuścił powietrze nosem.
- No cóż, to ja opowiem więcej następnym razem.
Mimo piątku Pia późno wróciła z pracy. Ugrzęzła w sprawie dotyczącej przemocy wobec kobiet. Papiery leżały na jej biurku, miała w poniedziałek iść z tym do sądu. Tak naprawdę znała tę sprawę już na pamięć. Wielokrotnie czytała dokumenty. Ale zajmowanie się czymś, co przypominało jej własne przeżycia, działało na nią w jakiś sposób leczniczo. Świadomość tego, że nie była jedyna. Jednocześnie frustrowało ją czytanie o sygnałach ostrzegawczych, które były tak oczywiste dla otoczenia. Ludzie stają się ślepi w swoich własnych relacjach.
Dziś pojechała do domu rowerem. Z Kungsholmen do Odenplan. Wolno obracała pedałami, nogi nie miały ochoty się przemęczać. Wieczorem mieli mieć gości. Claesa i Lenę, przyjaciół Björna i jego byłej żony. Byli fajni i powitali Pię z otwartymi ramionami, mimo że Björn postanowił dla niej odejść od żony. Pia, wielki kozioł ofiarny. Tak się czuła, choć nie zrobiła nic złego. To przecież Björn był żonaty i złożył przysięgę wierności: póki śmierć nas nie rozłączy. Jego eks wydawała się tego nie rozumieć. W jej świecie to Pia była wszystkiemu winna.
Dlaczego więc nie spieszy się teraz do domu, tak jak to zwykle bywało? Tak naprawdę dobrze wiedziała. Podstępny lęk pojawił się już kilka dni wcześniej. Kiedy zdała sobie sprawę, że zbliża się piątek. Cudowny tydzień Björna jako taty. Pia nacisnęła mocniej na pedały. Czuła się tak, jakby była złym człowiekiem. Nigdy wcześniej nie pomyślałaby, że czyjeś dzieci są okropne. We wszystkich innych rodzinach wydawało się to świetnie funkcjonować. To egoistyczne z jej strony, że chciała mieć Björna tylko dla siebie. Pragnęła, żeby mieli wspólne życie, w które nie będą się wtrącać była żona i jej potomstwo. Poprawka: potomstwo jej i Björna. Ich skarby. Björn je uwielbiał! Pia oczywiście również powinna uważać, że jest miło, kiedy przychodzą. Postanowiła w tym tygodniu naprawdę się postarać. Może zrobić coś razem z Gertrud.
Usłyszała ich już na klatce schodowej. Krzyki Hjalmara przenikały przez ścianę. Gertrud wrzeszczała, jakby usiadła na osie.
To będzie fantastyczny weekend. Spokojny i miły.
Jej nogi z wysiłkiem pokonywały kolejne stopnie. Wyjęła klucz i obróciła go w zamku. Spróbowała uśmiechnąć się w duchu. Odwiesiła swoją kurtę marki Peak Performance i schowała półbuty. Położyła kask na półce na kapelusze i ruszyła w stronę dobiegających z salonu krzyków. Björn grał z dziećmi w coś, czego Pia jeszcze nigdy nie widziała.
- Teraz moja kolej! - Gertrud uderzyła brata, który zawył.
Björn starał się ich przekrzyczeć.
- Spokojnie, dzieci. Widzicie, kto się pojawił?
Pia pomachała do nich przez drzwi. Gertrud i Hjalmar spojrzeli na nią z niechęcią.
- Co się mówi, kiedy ktoś przychodzi? - zapytał Björn.
- Cześć - powiedzieli kolejno Gertrud i Hjalmar.
Pia podeszła i uściskała ich oboje. Sztywno. Jakby z obowiązku. Próbowała sama siebie przekonać: to będzie miły tydzień!
- Jak cudownie, że przyszliście. Co robiliście od naszego ostatniego spotkania?
- Nic - odpowiedziały dzieci chórem.
- Ale przecież na pewno robiliście coś fajnego.
Wydawało się, że Gertrud zastanawia się, czy cieszyć się z przyjścia Pii.
- Ja zbierałam kasztany. Chcesz zobaczyć?
Wybiegła z salonu i wróciła z pudłem. Wysypała zawartość na podłogę i zaproponowała, żeby Pia robiła z nią ludziki przy użyciu wykałaczek. Kobieta wolała zająć się gotowaniem, ale się zgodziła. Zrobiły razem pieski, krówki i zwierzęta, które nie istnieją. Ale i tak były słodkie. Łatwe w obsłudze.
- Mama robi dużo fajniejsze zwierzątka niż ty - powiedziała Gertrud. - Mają też oczy i buzie.
Wykałaczka ześlizgnęła się po gładkiej powierzchni kasztana i wbiła dziewczynce pod paznokieć. Jej dolna warga przez chwilę drżała, po czym rozległ się przeraźliwy wrzask.
Pia wzdrygnęła się, niemal czując ten ból. Bóg karze niektórych... "Ogarnij się! Przecież to tylko dzieci".
Björn pospieszył z pomocą. Wziął córkę na ręce. Przyniósł plasterek z Hello Kitty.
Pia wymknęła się do kuchni i przygotowała tartinki, które mieli podać na powitanie gości. Słyszała, jak Björn gra z dziećmi w nową grę. Gertrud już chyba zapomniała o swoim zranionym palcu.
Pia odkorkowała butelkę Amarone i wyjęła z szafki dwa kieliszki do wina. Miały wzorek w kwiatki. Pia przeciągnęła wskazującym palcem po jego konturach. Uwielbiała te kieliszki, odziedziczyła je po babci. Dlatego rzadko ich używała, ale ten wieczór będzie do tego odpowiedni. Weszła do salonu, a Björn rozpromienił się, kiedy trącili się szkłem. Wypili po łyku. Pia potrzymała napój przez chwilę w ustach, by rozkoszować się pełnym smakiem, zanim przełknęła. Zdała sobie sprawę, że myślała o Magnusie. Było to jego ulubione wino.
Uśmiechnęła się do Björna, najlepszego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek spotkała.
- Za Björna i Pię! - Lena uniosła kieliszek, a jej niezliczone bransoletki zadzwoniły. - Uważam, że to wspaniale, że się poznaliśmy.
- I wzajemnie - odpowiedziała Pia.
Zjedli przygotowany przez Pię trzydaniowy obiad. Björn pomógł z pieczywem czosnkowym, żeby zdążyła wziąć prysznic przed przyjściem gości. Usprawiedliwił się tym, że dzieci, z którymi nie widział się przez tydzień, były wyjątkowo podniecone. Kiedy przyszli Claes i Lena, Pii udało się wymknąć do łazienki. Szybki makijaż i prosty kok. Była jednak zadowolona z efektu, a Lena chciała się nauczyć robić taką wspaniałą fryzurę.
Björn wstał i napełnił kieliszki, a Claes poszedł sprawdzić, co robią dzieci.
- Oglądają film, myślałem, że zasnęły - powiedział po powrocie.
Goście również mieli dwoje dzieci. Dziewczynkę i chłopca w tym samym wieku co Gertrud i Hjalmar. Maluchy dostały kiełbaski z frytkami zamiast polędwicy wołowej i zapiekanki ziemniaczanej, zaserwowanych dorosłym.
- Jak świetnie, że mamy dzieci, które tak dobrze się razem bawią - powiedziała Lena.
Pia kiwnęła głową, chociaż nie była pewna, czy ta wypowiedź dotyczy również jej. Ułamała kawałek czekolady z solą morską i włożyła go do ust. Usłyszała, jak dzwoni telefon Björna, i od razu wiedziała, kto to. Przecież to piątkowy wieczór!
- Cześć. Nie, spoko. Poczekaj chwilę. - Björn wyglądał na zakłopotanego. - Zamienię tylko parę słów z Marią.
- Pozdrów - powiedziała Lena.
- Tak, pozdrów - powtórzył Claes.
Björn zniknął. Pia wypiła kilka łyków wina. Dużych łyków.
- Jakie to fajne, że oni wciąż mają tak dobrą relację mimo tego wszystkiego. - Lena spojrzała na Pię.
- Zdecydowanie. Chcecie dolewkę kawy?
Goście grzecznie odmówili.
- A ty nigdy nie chciałaś mieć własnych dzieci? - zapytała Lena.
- Chciałam tego, odkąd skończyłam dwadzieścia lat. - Pia roześmiała się, żeby ukryć powagę.
- Ach, tak. To chyba fantastycznie, że dostałaś w pakiecie tę dwójkę. Nie mogło być lepiej.
Lena sprawiała wrażanie, że mówi to szczerze.
- To rzeczywiście super. - Claes potwierdził skinieniem głowy.
- Oczywiście mam nadzieję, że kiedyś będę miała własne - powiedziała Pia.
- No proszę! Ale czy nie jesteś mniej więcej w moim wieku? Nie mam nic złego na myśli, pomyślałam tylko...
- Mam czterdzieści jeden lat, więc zegar oczywiście tyka. Ale nadzieja jest.
Lena i Claes wymienili się spojrzeniami. Myśleli, że nie zauważyła tego?
- Będzie fajnie, jeśli Björn zechce zacząć od nowa - stwierdziła Lena. - Lata z małymi dziećmi są wykańczające. Potrafią niszczyć relacje, popatrz tylko na Björna i Marię.
Pia zachowała spokój, ale w duszy wyła.
- Myślę, że jednak warto, bo w końcu większość ludzi ma dzieci. A do tego kilkoro.
Pia próbowała w ten sposób podsumować dyskusję.
- Nie, Björn na pewno czegoś takiego nie przewidział, ale plany mogą ulec zmianie, gdy ludzie się rozstają i odchodzą z kimś nowym.
- Ja nigdy nie miałabym więcej dzieci, gdybyśmy się z Claesem rozstali. - Lena spojrzała na męża. - Ty też nie.
Claes potrząsnął głową.
- Zdecydowanie nie. A poza tym przecież nie będziemy się rozstawać...
Pia przestała słuchać. Tak naprawdę lubiła Lenę i Claesa. Przeszkadzał jej tylko ten oczywisty pogląd, że dzieci partnera muszą być najlepszym, co mogłoby się przydarzyć bezdzietnej kobiecie. Czy ludzie nie potrafią zrozumieć, że chce się mieć własne? Czy nie rozumieją tego wewnętrznego stresu, który narasta z każdym upływającym dniem? Tik-tak, tik-tak. Pewnie nie, oni mieli szczęście, poznali się jako młodzi i urodziła im się dwójka dzieci w odstępie dwóch lat, tak jak wszystkim idealnym parom. A do tego parka - chłopczyk i dziewczynka. I oczywiście nigdy się nie rozstaną.
Dlaczego się zdenerwowała? Pia skierowała rozmowę na pracę Claesa, pytając, na jakie akcje należy postawić. W najmniejszym stopniu jej to nie interesowało, ale wszystko było lepsze niż ich naiwne dywagacje o relacjach.
Po trzech kwadransach wrócił Björn razem z Gertrud. Zwisała w jego ramionach, wyjąc o więcej słodyczy.
- Przepraszam, że tak długo to zajęło. Trzeba sporo rzeczy zaplanować w związku ze szkołą i całą resztą.
Na twarzach Leny i Claesa malowało się zrozumienie.
Pia uśmiechnęła się z zaciśniętymi wargami. To przecież oczywiste, że trzeba zaplanować szkołę i przedszkole w piątkowy wieczór. No bo niby kiedy?
Gertrud wspięła się na krzesło i wyciągnęła rękę po miseczkę ze słodyczami. Pia patrzyła na ukwiecony kieliszek, jakby poruszał się w zwolnionym tempie. Przewrócił się. Uderzył w talerz. Rozpadł się na dwa duże kawałki i mnóstwo małych. Czerwone wino wylało się na obrus.
To będzie długi tydzień.
7
Charlie i Greta siedzieli na tylnym siedzeniu samochodu, lexusa RX, który Amanda kupiła pół roku wcześniej. Zmęczył ją stary hyundai, zdecydowanie za często strajkujący. Teraz miała bardziej niezawodne auto. Nie myślała o tym wcześniej, zanim urodziła dzieci.
Zaparkowała kawałek od szeregowca w dzielnicy Bergshamra, skąd miała widok na dom numer 3, licząc od prawej. Żywopłot z jałowców zasłaniał działkę, ale było to korzystne. Z domu nikt nie mógł też zobaczyć jej.
Pod tym adresem mieszkał Jovan Blaku, jeden z podwładnych Milorada Kraljevica. Był odpowiedzialny za dostawy między górą a dilerami pracującymi na ulicy. Mieszkał razem ze swoją dziewczyną, Josefin Arapovic.
Amanda dostała te informacje od Vicky. Zespół pracował nad Blaku już od jakiegoś czasu, ale bez rezultatu. Wszelkie dojścia do Kraljevica były trudne. A szefostwo chciało mieć wyniki natychmiast, a jeszcze lepiej na wczoraj. Nikt nie miał zamiaru marnować zasobów na niepewne działania.
Dziś Amanda robiła to samo co wczoraj, kilka razy okrążyła teren, żeby upewnić się, że nie ma tam żadnych obserwatorów w cywilu. Liczyła na szybki sukces, dzieci nie przepadały za długim siedzeniem w samochodzie. Lubiły za to robić sobie piknik na tylnym siedzeniu. Charlie wcisnął w siebie kanapki, wafle ryżowe i jabłka, aż nie został nawet okruszek. Greta zebrała do plastikowej torebki odpadki, które zrzucił na podłogę.
Mniej więcej o wpół do siódmej z domu wyszła kobieta z blond włosami związanymi w koński ogon, ale odległość uniemożliwiała rozpoznanie twarzy. Amanda musiała zaryzykować, że to Josefin, wymiary zgadzały się z informacjami z rejestru pobranymi przez Amandę wcześniej w pracy. Sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu, drobna budowa ciała. Odwróciła się do dzieci. Charlie zasnął, głowa mu zwisała, a z kącika ust ciekła mu ślina. Greta przeciągała palcem po swoim tablecie, wszystko wskazywało na to, że smaży naleśniki z Pippi. Amanda ruszyła. W ślad za bmw. Jechali w stronę miasta. Pozwoliła, aby od obserwowanej kobiety oddzielało ją kilka aut. Nie chciała być zauważona. Nie wiedziała, jaki jest stosunek Josefin do bezpieczeństwa, biorąc pod uwagę nielegalne źródło dochodów jej partnera. Sama dziewczyna występowała w rejestrach z kilkoma zgłoszeniami o narkotykach i oszustwach. Amanda skupiła się na śledzeniu samochodu. Żeby go nie zgubić, musiała przejechać na czerwonym świetle na Sveavägen.
Auto zaparkowało w końcu przy Odenplan. Amanda przejechała powoli obok niego i rzuciła okiem na wysiadającą kobietę. Bez wątpienia Josefin Arapovic. Była ubrana w obcisłe treningowe spodnie w czarno-białą panterkę i luźną bluzkę. W ręce trzymała sportowe buty i butelkę wody. Amanda udawała, że szuka miejsca do zaparkowania, i jechała powoli do przodu. Zauważyła, jak Josefin wchodzi do siłowni SATS. Amanda stanęła autem częściowo na chodniku i wzięła Gretę na ręce. Spojrzała na Charliego, wciąż spał i ciężko oddychał. Miała wyrzuty sumienia, ale nie było innego wyjścia. Zostawiła go tam i zamknęła samochód. To na pewno nie potrwa długo.
Na siłowni panował gwar. Ludzie zostawiali swoje buty na wysokich półkach przy wejściu i rejestrowali się przy użyciu kart członkowskich. Inni wychodzili, spoceni lub świeżo po prysznicu, zakładali buty i odchodzili. Wewnątrz lokalu słychać było muzykę i odgłosy ciężkich odważników uderzających w podłogę. Amanda zobaczyła plecy Josefin, kiedy wchodziła do jednej z sal. Zdjęła bluzkę, a pod spodem miała różowy top.
- Czy mogę w czymś pomóc?
Pytał młody chłopak. Obcisła koszulka opinała jego potężne bicepsy. Identyfikator z imieniem zdradzał, że tu pracuje.
- Chciałam tylko wziąć harmonogram.
Amanda poprawiła chwyt, bo Greta zaczęła się jej wyślizgiwać z objęć.
- Już to załatwiam. - Chłopak podszedł do recepcji i wrócił z kartką. - Czy jest pani członkiem, czy to pierwszy raz?
- Pierwszy raz. Czy można potrenować na próbę przed kupieniem karty?
- Oczywiście, a co panią interesuje?
Amanda wskazała salę, do której weszła Josefin.
- Co tam teraz robią?
- Hm, to chyba trening grupowy. - Przeciągnął palcem po harmonogramie. - Tak jest, trening grupowy.
- To proszę mnie zapisać na następny tydzień. O tej samej porze.
Pracownik zapisał nazwisko i numer telefonu Amandy, która ruszyła do samochodu. Z drugiej strony zbliżał się do niego pewnym krokiem parkingowy. Amanda przypięła Gretę do fotelika i wskoczyła za kierownicę. Kiedy trzasnęła drzwiami, Charlie podskoczył, ale od razu znów zasnął. Parkingowy zatrzymał się i odwiesił swój ręczny komputer z powrotem za pasek.
Tydzień później znów tam była. Tym razem postawiła auto tam, gdzie było to dozwolone. Kupiła w automacie bilet i włożyła go za przednią szybę. Nie miała ze sobą dzieci, przez które musiałaby się stresować. Elsa jak zwykle stanęła na wysokości zadania i przyszła. Mieszkała naprzeciwko. W ciągu roku została najpierw emerytką, a potem wdową. Amanda zaprzyjaźniła się z nią na podwórzu, gdzie Elsa siadywała na ławce, patrząc, jak bawią się dzieci. Prawdopodobnie zbliżył ich do siebie brak znajomych w wielkim mieście. Elsa miała dorosłe dzieci i wnuki rozrzucone po całym kraju, a Amanda zostawiła swoich rodziców w Östergötland. Potrzebowały siebie, a Amanda zauważyła, że Elsa ożywia się, gdy zajmuje się dziećmi.
Amanda zgłosiła się do recepcji na kwadrans przed rozpoczęciem zajęć. Rozglądała się dookoła. Josefin jeszcze nie było. Weszła do sali i pomogła wystawiać sprzęt. Sztangi, ketle, piłki lekarskie. Poprawiła koński ogon. Chciała uzyskać taki styl jak Josefin - spięte włosy, mocny makijaż, modny strój. Założyła najmniejszą bluzeczkę, jaką znalazła w szafie, była biała i odsłaniała brzuch. Nie czuła się w niej wygodnie, ale tym razem musiała wystarczyć.
Przychodziło coraz więcej kobiet, zajmując kolejne z dziesięciu stanowisk. Amanda chodziła po sali bez celu, popijała z butelki, usiadła i zawiązała buty. W końcu przyszła. Josefin Arapovic. Dziś jej top był jaskrawo żółty. Włosy splecione w długi, gruby warkocz. Rozjaśnione. Półcentymetrowe odrosty zdradzały, że jej naturalne włosy są ciemne. Miała za mocny makijaż nawet na imprezę. Wydęte wargi. Botoks. Innymi słowy, Amanda dobrze się wstrzeliła. Śledziła ją wzrokiem i podeszła do tego samego stanowiska. Instruktorka policzyła, że w każdym miejscu jest odpowiednia liczba osób, i omówiła ćwiczenia. Po dziesięciominutowej rozgrzewce przy różnorodnej muzyce zaczął się pierwszy z trzech obwodów. Amanda przyjrzała się dokładnie sprzętowi i pozostałym członkiniom grupy. Zwróciła szczególną uwagę na dziewczynę sprawiającą wrażenie, że jest tam pierwszy raz. Amanda wywnioskowała to na podstawie jej luźnego topu i amatorskich ruchów. Robiły wypady, pompki na desce, ławkę z piłką lekarską. Nowa dziewczyna ciężko oddychała i z trudem wlokła się do kolejnego stanowiska z ostatniego obwodu. Chwyciła gryf i próbowała utrzymać go na wyprostowanych ramionach nad głową, jednocześnie wchodząc na wysokie pudło i schodząc z niego. Chwiejnie. Josefin stała obok niej. Amanda z tyłu. Rozejrzała się dookoła. Wszyscy byli skupieni na swoich ćwiczeniach, nikt nie zauważył, co zrobiła. Popchnęła leżący na ziemi gryf, który potoczył się do przodu. Nowicjuszka właśnie schodziła z pudła. Postawiła stopę na okrągłym pręcie. Zachwiała się. Była zbyt zmęczona, by złapać równowagę. Upuściła swój gryf na bok. Prosto na nogę Josefin. Obie upadły na podłogę. Josefin krzyczała i ściskała swoją stopę. Amanda podbiegła i kucnęła przy niej.
- Co się stało?
Josefin miała łzy w oczach. Jęczała.
Amanda odwróciła się w stronę drugiej dziewczyny.
- Zwariowałaś? Co ty tu odwalasz?
Dziewczyna się przestraszyła. Załamała ręce i zaczęła chlipać.
Amanda miała wyrzuty sumienia, ale bardzo potrzebowała dotrzeć do Josefin. Teraz albo nigdy.
- Musisz pojechać do szpitala na prześwietlenie stopy - powiedziała.
Były w recepcji, a Josefin leżała na podłodze z nogą uniesioną i opartą o ławkę. Amanda pomagała przytrzymać okłady chłodzące przy opuchliźnie.
Josefin westchnęła.
- A co zrobię z samochodem? Mojego chłopaka nie ma w domu.
- Zawiozę cię do szpitala Świętego Görana, a potem wrócę tu metrem.
- Naprawdę? Boże, jaka jesteś miła!
- Jeśli dasz mi kluczyki, pójdę po twoje auto. Gdzie stoi?
Josefin chyba się wahała.
- A może nie chcesz, żebym prowadziła?
- Jasne, że chcę. - Podała Amandzie kluczyki. - Stoi przy Upplandsgatan, szare bmw.
Amanda dotarła na miejsce, nacisnęła guzik na pilocie i otworzyła samochód. Tapicerka była wykonana z czarnej skóry, czuć było zapach dymu tytoniowego.
Amanda poczuła się dziwnie - tak prosto było uzyskać dostęp do samochodu Jovana Blaku. Oczywiście wymagało to pewnych przygotowań, ale teraz miała wolną drogę. Otworzyła schowek, przeszukała miejsca między siedzeniami i wszystkie inne możliwe kryjówki. Znalazła pod fotelem kierowcy pistolet. Wzięła go przez serwetkę i zapisała numer serii. Odłożyła broń na miejsce. Czy to dlatego Josefin się wahała?
W końcu musiała zadowolić się tym, co zobaczyła, nie mogła przecież tkwić tu w nieskończoność. Przeszukanie samochodu, jeśli ma być dokładne, może zająć mnóstwo czasu. A to akurat nie było w tej chwili głównym celem. Teraz najważniejsza była Josefin. Dziewczyna Jovana Blaku. Pierwszy krok do Milorada Kraljevica.
Amanda spojrzała na zegar w poczekalni. Za dziesięć dziesiąta. Wcześniej zadzwoniła do Elsy, by powiedzieć, że się spóźni. Josefin nie mogła skontaktować się z Jovanem, więc Amanda została, żeby dotrzymać jej towarzystwa. Trochę rozmawiały, Josefin miała swój salon piękności, a Jovan prowadził firmę budowlaną. Jasne, był tak samo budowlańcem, jak Amanda stewardesą. Tę historię wykorzystywała już wcześniej i wiedziała, do których miast latają poszczególne linie lotnicze. Więcej kawy? Jeszcze herbaty? Czasami nawet śniło jej się, że obsługuje podróżnych.
Jovan i Josefin byli razem od ośmiu lat. Amanda nie musiała kłamać, była singielką. Zataiła jednak, że ma dzieci. Josefin uznała, że powinna poznać niektórych kolegów Jovana. Są fantastyczni! Amanda zaśmiała się i przyznała jej rację. Nie dlatego, że związek z gangsterem uważała za świetny pomysł. Ale do jej celów byłoby to naprawdę korzystne. Poza tym Josefin uwielbiała robić zakupy, trenować i imprezować. Amanda lubiła te same rzeczy, ale podejrzewała, że Josefin robi to na nieco większą skalę. Przynajmniej jeśli chodzi o zakupy i imprezy. Amanda mogła na palcach jednej ręki policzyć, ile razy od urodzenia dzieci nawaliła się w jakimś lokalu. Miała inne cele w życiu. Inne cele związane z pracą. Ważne rzeczy.
Około wpół do jedenastej Josefin została wreszcie przyjęta przez lekarza, ten założył jej bandaż uciskowy i wyposażył w kule. Rentgen nie wykazał złamania, tylko silne krwawienie i skręconą kostkę. Amanda wciąż siedziała w poczekalni i machinalnie przeglądała jakieś czasopismo wnętrzarskie. Znalazła fajne pomysły na odświeżenie kuchni. To ostatnia część jej nowego mieszkania, która wciąż była jedynie funkcjonalna, nic więcej.
Kątem oka zobaczyła, jak ktoś się zbliża, i podniosła wzrok znad papieru. Jovan Blaku. Rozglądał się po poczekalni. Twarde spojrzenie. Zacięta mina. Nadmiernie muskularny tułów. Mniej imponujące nogi.
Czy powinna się przedstawić jako przyjaciółka Josefin? Nie musiała podejmować tej decyzji. Dziewczyna kuśtykała w ich stronę o kulach w dalszej części korytarza. Jovan ruszył w jej stronę potężnymi krokami. Objął jej policzki obiema dłońmi. Pocałował w czoło. Jego rysy zmiękły.
- Co się stało?
W jego głosie słychać było niepokój.
- A więc dostałeś wiadomość? Nie odpowiedziałeś.
- Byłem zajęty. Opowiadaj!
Josefin mówiła o niezgrabnej dziewczynie, która w ogóle nie powinna chodzić na siłownię. W jej głosie pojawił się inny ton. Ważniejszy. Wywyższający się. Potem odwróciła się w stronę Amandy.
- To ona przywiozła mnie tu moim samochodem.
Jovan przyjrzał się jej uważnie. Podejrzliwie. Wyciągnął rękę.
- Jovan. Należą ci się podziękowania za to, że pomogłaś mojej dziewczynie.
Amanda się przedstawiła.
- Elin. Cała przyjemność po mojej stronie. Ucięłyśmy sobie tutaj babską gadkę.
Josefin zachichotała. Jovan patrzył na nie na przemian. Jakby oceniał sytuację. W końcu powiedział do swojej dziewczyny:
- Może zaprosisz Elin do salonu?
- Oczywiście! - Josefin spojrzała na Amandę. - Chciałabyś? Możemy ci zrobić masaż twarzy, pedicure, manicure. Co tylko chcesz!
- Czemu nie.
Uściskały się i rozstały.
Elin mogła znów być Amandą i wrócić do dzieci.
Wszystko poszło lepiej, niż oczekiwała.
Amanda zamierzała częściej przemieniać się w Elin.
8
Siwa pani siedząca obok Adnana pochyliła się nad nim, żeby wyjrzeć przez małe okienko. Skórę miała opaloną i pomarszczoną, pachniała różnymi perfumami, których prawdopodobnie próbowała w sklepie bezcłowym. Razem z mężem przez trzy tygodnie jeździli po Kambodży. Głównie opalali się i kąpali w morzu, ale odwiedzili też Phnom Penh i świątynię Angkor Wat. Adnan zauważył, że trochę przesadziła ze słońcem. Z nosa schodziła jej skóra, odsłaniając jaśniejsze miejsca. Adnan starał się, jak mógł, rozprostowywać nogi w ciasnej przestrzeni. Obracał stopami, żeby stymulować krążenie krwi. Właśnie mieli lądować i samolot przechylił się, żeby skręcić. Widok zapierał dech w piersiach. Szachownica pól. Pojedyncze gospodarstwa. Droga, po której poruszały się samochody, małe jak zabawki. Wszystko z góry wyglądało inaczej, jak jakiś inny świat. I dla Adnana to był inny świat. Trzy lata w wilgotnym azjatyckim upale mocno kontrastowały z rozpościerającym się pod nim wiejskim krajobrazem Szwecji. Mimo że wolał cieplejszy klimat, tęsknił za swoim dawnym życiem. Chciał znów być zwykłym Adnanem. Uśmiechnął się w duchu. Jednocześnie był przerażony. Nie miał pojęcia, co go czeka. Czy będzie żałował, że opuścił bezpieczną przystań u Ragnara? Że porzucił swój mały bungalow? Swoje zwyczajne życie? Może i tak! Nie chciał jednak już dłużej uciekać. Istniały sprawy, którymi musiał się zająć. Nadeszła na to pora.
Podłoga zachwiała się, kiedy koła uderzyły w ziemię i zaczęły się toczyć po pasie startowym.
- Och, lądujemy!
Sąsiadka entuzjastycznie klaskała. Kilka innych osób do niej dołączyło. Zupełnie jak koszmarni podróżni latający czarterami. Przecież pilotowi za to płacą, żeby posadził samolot bez wypadku! Kto klaszcze kierowcy autobusu po dojechaniu na przystanek?
Adnan poruszał szczęką, aby wyrównać ciśnienie w uszach.
- Tak długo cię tu nie było, musisz czuć się fantastycznie - powiedziała pani do Adnana. Wciąż w połowie wisząc na jego kolanie.
- Będzie miło.
Adnan rozpiął pas bezpieczeństwa, chociaż sygnalizacja wskazywała, że jeszcze nie można. Nie jest to jednak nielegalne.
Kiedy samolot zatrzymał się na swoim stanowisku, wszyscy jednocześnie wstali. Otwierali schowki na bagaż nad siedzeniami. Wyciągali torby i torebki. Ktoś walnął kogoś łokciem w twarz, jakaś kobieta w średnim wieku próbowała przecisnąć się do przodu, krzycząc, że ma fobię. Adnan nie ruszył się z miejsca. Nie mógł zrozumieć, po co ludzie się tak stresują. Po cholerę wstawać i się tłoczyć? Jak już się siedziało przez pół doby, to można przecież jeszcze wytrzymać pięć minut. Typowi Szwedzi!
W rękawie łączącym samolot z terminalem przez szczeliny przeciskało się zimne powietrze. Był wczesny poranek i Adnan zadrżał. Zmęczenie też zrobiło swoje, podczas całej podróży udało mu się tylko kilka razy na chwilę przymknąć oczy. Założył białą bluzę i naciągnął kaptur na głowę. Zrobił to automatycznie. Co ciekawe, nie mógł sobie przypomnieć, kiedy zachował się tak ostatnio. Teraz jednak wrócił do kraju, w którym ktoś mógłby go rozpoznać. W którym rozpoznać mogła go niewłaściwa osoba. Włączył się instynkt samozachowawczy. Adnan przyglądał się mijanym ludziom. Czy próbują ukryć, że na niego patrzą? Czy mają w uchu słuchawkę? Czy już wcześniej ich widział? Szedł za tłumem i stanął w kolejce do kontroli paszportowej. Patrzył na siedzącą w boksie dziewczynę, która sprawdzała stojące przed nim osoby. Wydawała się dokładna, przenosiła wzrok ze zdjęcia na twarz i z powrotem. Adnanowi spociły się dłonie. Niedługo jego kolej. Mężczyzna przed nim dostał z powrotem paszport i odszedł. Nie ma już odwrotu. Adnanowi drżała ręka, kiedy podawał swój dokument. Dziewczyna przywitała się krótko. Przewracała strony. Wpatrywała się w niego zza okularów. Patrzyła na zdjęcie. I znów na jego twarz.
- Długo pana nie było - powiedziała.
Adnan potwierdził skinieniem głowy. Dlaczego to tyle trwa? W drugiej kolejce obsłużono już dwie osoby.
- Czy jest jakiś problem? - zapytał.
- Musimy tylko sprawdzić jedną rzecz.
- Jaką?
Dziewczyna już miała odpowiedzieć, kiedy Adnan zauważył, że patrzy na kogoś za nim. Pojawiła się dwójka policjantów, mężczyzna i kobieta. Stanęli po obu jego stronach.
Wyglądali poważnie.
- Ten pan jest poszukiwany - powiedziała dziewczyna w boksie.
Policjanci chwycili go pod ramiona. Zdecydowanie. Bez przemocy. A jednak: poniżająco!
- Proszę pójść z nami, porozmawiamy - powiedziała kobieta.
- Dlaczego?
Odpowiedział policjant:
- Nie musimy robić tego tutaj, między ludźmi.
- A w czym jest problem? Jestem o coś podejrzewany, czy jak? - Adnan nie przejmował się publicznością.
- Lepiej, jeśli omówimy to później, okej?
Tym razem kobieta. Najwyraźniej ustalili, że będą mówić na zmianę.
- Ale ja przecież mam prawo wiedzieć, czy jestem o coś podejrzewany.
Adnanowi zesztywniała szczęka. Na przemian zaciskał i otwierał pięści. Kobieta sięgała mu do pępka. Może w czapce trochę wyżej. Facet przez ostatnie lata jadł więcej, niż potrzeba. Policzki miał pełne i różowe. Prawdopodobnie nadciśnienie.
Nadeszła kolej na policjanta.
- Proszę się uspokoić, nie ma co robić awantury.
- Powiedzcie, czy jestem o coś podejrzany, inaczej nigdzie nie pójdę.
Policjantka wydawała się wahać. Puściła ramię Adnana i podeszła do kontrolerki paszportów. Spojrzała na ekran komputera, a potem na niego. I znów na ekran. Potem sięgnęła po krótkofalówkę i zameldowała komuś z drugiej strony status 16. Policjant mocniej chwycił ramię Adnana. Co to, kurwa, jest status 16?
Kobieta wróciła do niego. Starała się udawać spokój. Jednak jej szeroko otwarte oczy zdradzały coś zupełnie innego.
- Nie jest pan o nic podejrzewany. Jest pan jednak poszukiwany w celu przesłuchania w innym charakterze.
- W innym charakterze?
Mówiła dalej. Najwyraźniej przestała się przejmować zasadą odpowiadania na przemian.
- My też nie wiemy dokładnie, o co chodzi. Nie zdążyliśmy tego jeszcze sprawdzić. Ale odejdziemy na stronę i wyjaśnimy to wszystko. Okej?
- Ale mam tylko zostać przesłuchany w innym charakterze?
- Jest pan poszukiwany w celu doprowadzenia na przesłuchanie. W tej chwili o nic pana nie podejrzewają.
W tej chwili!
Policjantka kontynuowała:
- Proszę nie robić nic głupiego.
Czy w jej głosie słychać było drżenie?
Po chwili pojawiło się kolejnych dwóch gliniarzy. Para rosłych wikingów w rozmiarze Adnana. Mógł sobie tylko wyobrażać, co kobieta przeczytała na ekranie. Nie zamierzał jednak robić chryi. Wykaraska się z tego we właściwy sposób. Może zostanie oczyszczony z zarzutów? Raczej nie, to byłaby przesada. Ale w każdym razie nie będzie podejrzewany.
- Ja jestem spokojny, to wy podbijacie bębenek - powiedział.
Wikingowie podeszli bliżej i zapytali, czy jest jakiś problem. Policjant wymamrotał coś do nich. W oczach mięśniaków pojawiło się coś w rodzaju nienawiści. Jeden z nich wyjął kajdanki. Drugi nerwowo przebierał palcami po pistolecie. Adnan założył ręce za plecy, zanim jeszcze ktokolwiek kazał mu to zrobić, i wokół jego nadgarstków zatrzasnął się zimny metal. Kiedy go prowadzili, zauważył pomarszczoną panią, która siedziała obok w samolocie. Gapiła się na niego, ciągnąc męża za koszulę. Musiała to być najbardziej ekscytująca rzecz, jaka im się przydarzyła podczas całej podróży.
Trzy godziny później Adnan siedział w pokoju przesłuchań posterunku w Västerort. Nie rozumiał, dlaczego to tak długo trwało. Upłynęły dwie godziny, zanim jeszcze ruszyli z lotniska Arlanda. Telefony gliniarzy cały czas brzęczały, a oni ciągle wychodzili, żeby porozmawiać. Wracali i gapili się na niego, jakby myśleli, że złapali mordercę premiera Palmego. Adnan wypytywał, co się dzieje, ale nikt mu nie odpowiadał.
Teraz był już w Solnej. Co prawda dotarł tu innym środkiem lokomocji, niż zamierzał, ale przynajmniej był darmowy i gwarantował mu maksymalne bezpieczeństwo. Rozejrzał się dookoła. Te same białe ściany co poprzednim razem. Może nieco brudniejsze. Biurko, komputer, kilka tapicerowanych krzeseł. W jednym z nich z dziury wystawała wyściółka. Adnan miał ochotę ją wyciągnąć, ale zrezygnował, gdy usłyszał głosy na zewnątrz. Powracała do niego natrętna myśl: a co, jeśli to ona poprowadzi przesłuchanie?
Drzwi otworzyły się i weszło dwóch mężczyzn około czterdziestki. Mieli przesadnie poważne miny. Jeden z nich był o dwie głowy niższy od drugiego. Rumiany z przystrzyżonymi włosami. Tęgi. Ten wyższy miał ciemniejszą cerę i pociągłą twarz.
Usiedli na krzesłach. Ten niższy przedstawił się jako Stefan Brimark, a wyższy jako Lars Sandén.
Adnan rozmasowywał czerwone ślady po kajdankach.
- Czy mogę zapytać, dlaczego zostałem skuty? Podobno nie jestem o nic podejrzewany?
- Nasi koledzy uznali, że zachowywał się pan agresywnie, i było ryzyko, że pan ucieknie.
Odpowiedział Lars, ten wyższy.
Adnan uśmiechnął się krzywo.
- Cały samolot może zaświadczyć, że stałem spokojnie i rozmawiałem z funkcjonariuszami. - Pochylił się do przodu i położył ręce na biurku. - Złożę skargę na to, że skuliście mnie kajdankami. Mogę to zrobić teraz?
- Może pan to zrobić później w recepcji. To przesłuchanie dotyczy czegoś innego - powiedział ten niższy, Stefan. Bardziej pasowałoby do niego imię Wieprz. Czy nie chrząkał, gdy mówił?
- Ale teraz dowiedzieliście się o przestępstwie i macie obowiązek przyjąć skargę. Inaczej popełnicie zaniedbanie służbowe.
Adnan był na ścieżce wojennej. Po takim powitaniu na szwedzkiej ziemi nie zamierzał współpracować.
Odchylił się na krześle do tyłu i wyciągnął nogi. Był zadowolony, że Wieprz będzie musiał wysmarować skargę przeciwko własnym kolegom. Nie ryzykowałby oskarżenia o zaniedbanie. Policjanci zrozumieli, że Adnan nie był kimś, z kim można igrać. Że wiedział, o co tu chodzi. Potrząsnął głową.
- Od trzech lat podróżuję dookoła świata. Kiedy to się zdarzyło? Ostatnio?
Stefan rzucił mu niechętne spojrzenie.
- Dwa tygodnie przed tym, jak opuścił pan kraj. Przepraszam, jak udał się pan w podróż dookoła świata. Co za korzystny zbieg okoliczności.
- Jeśli mówicie o napadzie w Kista, rozumiem, o co chodzi. Oglądałem to w wiadomościach. I zastrzelono dwóch moich kumpli.
Nie było sensu ściemniać. Ten gliniarz wielokrotnie zatrzymywał go z Diarem i na pewno widział go też z Alexem.
W Wieprza wstąpiła nadzieja.
- No właśnie, ten napad, w którym zniknęło ponad pięć milionów. Chciałbym, żeby opowiedział pan, co robił w tym dniu i wcześniej.
- Nie mam pojęcia. Przecież to było trzy lata temu. Ale podejrzewam, że planowałem podróż.
- A więc nie może pan nic powiedzieć na temat tego okresu?
- Zero.
Wieprz odchrząknął. Może był przeziębiony?
- Pańska sytuacja nie poprawi się od tego, że ma pan nagły zanik pamięci.
- A co pan robił w tych dniach trzy lata temu? Pamięta pan?
- To nie ja jestem przesłuchiwany.
- A ja nie jestem podejrzewany. Prawda?
Wargi Wieprza znów zniknęły w jego ustach. Wtrącił się dryblas:
- Jak dobrze znał pan Diara Semakalę i Alexa Ryassa?
Adnan skupił wzrok na śladzie na ścianie. Zrobionej ołówkiem kresce, którą ktoś próbował wymazać. Diar Semakala: najlepszy przyjaciel Adnana. Tak długo wypierał wspomnienia. Teraz ten gliniarz chciał, żeby znów grzebał w tym gównie.
- Byliśmy kumplami. Chodziłem z Diarem do szkoły. Czasem się spotykaliśmy.
- A często się spotykaliście jako dorośli?
- Czasami.
- A jak często to jest to "czasami"?
- Nie mam pojęcia.
Wieprz Stefan stracił cierpliwość. Położył na biurku zdjęcie. Stukał w nie tak mocno, że Adnan nabrał nadziei, że odpadnie mu palec.
- Proszę się dobrze przyjrzeć. Ten policjant miał trzydzieści dziewięć lat. Żonę i troje dzieci. Jedno z nich jest niepełnosprawne i naprawdę potrzebuje taty. Wszyscy go potrzebowali. Ale został zastrzelony przez taką świnię jak ty. Załatwiony z broni automatycznej. Prawdziwa egzekucja! Patrz tutaj, do cholery! - Ślina Stefana opryskała zdjęcie.
Uspokoił się na widok karcącego spojrzenia wyższego policjanta.
Adnan spojrzał: ciemnowłosy mężczyzna w policyjnym mundurze. Bujna fryzura. Krew na śniegu. Dużo krwi na śniegu. Obok owczarek niemiecki. Również martwy. Adnan przełknął ślinę.
- To naprawdę tragiczne i rozumiem, że chcecie znaleźć człowieka, który to zrobił. Ale co ja mam z tym wspólnego?
Wysoki pochylił się w stronę Adnana. Nie miał żadnego szacunku dla strefy osobistej. Adnan musiał się wysilić, by nie cofnąć się przed nieświeżym oddechem gliniarza.
- Z policyjnego punktu widzenia wszystko jest wyjaśnione. Jedyne, czego potrzebujemy, to drobne szczegóły, aby móc skierować sprawę do sądu. To tylko kwestia czasu. Każdy policjant w tym podłużnym kraju wie, kim jesteś, i powita cię z otwartymi ramionami. Na pewno to zauważysz. Wszędzie mamy oczy i uszy. Gdybym był na twoim miejscu, podróżowałbym dookoła świata do końca życia.
Adnan odpowiedział na postawę dryblasa. Pochylił się do przodu. Ich nosy dzieliło tylko kilka milimetrów.
- Możesz mi grozić, ile chcesz, w tym swoim bezpiecznym środowisku. Z kolegami w pobliżu, ty cipo. Ale kiedy wyjdziesz do miasta z rodziną, to ja mam tam wszędzie oczy i uszy. A biorąc pod uwagę to, o co przed chwilą mnie oskarżyłeś... - Adnan nie dokończył zdania.
Wiedział, że wszystko, co powie, może zostać użyte przeciwko niemu. Było to dwóch rasowych gliniarzy przeciwko jednemu przestępcy. Widział jednak po wysokim policjancie, że zrozumiał przesłanie. Mrugnął do niego okiem.
Pół godziny później otworzyła się wielka stalowa brama na tyłach posterunku i Adnan wyszedł z niego jako wolny człowiek. Wolny człowiek uwięziony w swojej skomplikowanej przeszłości. Obok przejechał radiowóz, z którego wpatrywało się w niego czworo oczu. Naciągnął kaptur na głowę, ale pełne nienawiści spojrzenia i tak do niego docierały. Tak od tej pory miało być. Miał etykietę zabójcy policjanta - tylko dlatego, że Diar wprowadził do ekipy napadu kochającego strzelać Alexa. Teraz zarówno Diar, jak i Alex byli martwi i pogrzebani. Razem i w porozumieniu, jak to ładnie określają prokuratorzy. Adnan nie zamierzał jednak już więcej się ukrywać. Przed nikim. Został przesłuchany w innym charakterze. Wniosek: gliniarze nic na niego nie mieli! Adnan jednak dobrze wiedział, jak to się stało, że policjant został zastrzelony. Problem w tym, że nigdy nie mógł o tym nikomu opowiedzieć, nawet swoim.