Kanibale - Anna Karolina

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wzięła do ręki nóż, który le­żał na wierz­chu w szu­fla­dzie ze sztuć­cami. Odło­żyła go na bok i po­szu­kała in­nego. Więk­szego. Ostrzej­szego. Wi­delce, łyżki i ło­patki do sera prze­la­ty­wały jej przed oczami. Była w in­nym świe­cie, cho­ciaż wie­działa, że jest w domu. W swo­jej willi w Du­vbo. Sta­nęła, opie­ra­jąc się obiema rę­kami o ku­chenny blat. Pró­bo­wała się sku­pić. W końcu zna­la­zła naj­więk­szy nóż. Prze­cią­gnęła kciu­kiem po ostrzu. Skóra roz­chy­liła się jak płatki kwiatu. Od­sło­niła mięso. Krew. Ży­cie. Ob­li­zała ranę i prze­łknęła. Po­smak że­laza był wprost nie­biań­ski. Je­śli za­raz nie do­sta­nie wię­cej, umrze z głodu. Za­mknęła szu­fladę i usły­szała, jak trza­ska za­bez­pie­cze­nie przed dziećmi. Ze­gar na ścia­nie ty­kał zbyt gło­śno, zbyt szybko. Nie po­tra­fiła stwier­dzić, która była go­dzina. Wska­zówki wy­krzy­wiały się i żyły wła­snym ży­ciem. Nie było czasu. Wy­szła z kuchni i zna­la­zła się w sa­lo­nie.

Dziew­czynka klę­czała na so­fie. Wpa­try­wała się w ja­kąś kre­skówkę. Jedną ręką re­gu­lar­nie się­gała do mi­ski z po­pcor­nem.

Słod­kie dziecko. Jej włosy wciąż były sple­cione w war­ko­czyki, ra­zem zro­biły je rano. Ju­tro miały iść nad mo­rze kar­mić ptaki ka­wał­kami chleba, które od ja­kie­goś czasu zbie­rały. Ju­tro.

Ona jed­nak naj­pierw mu­siała coś zjeść.

Ude­rzyła no­żem z góry. Raz. Drugi. Nie­skoń­czoną liczbę razy.

Krew była tak cu­downa. Li­zała. Żuła. Darła. Jed­no­cze­śnie za­uwa­żyła coś dziw­nego. Ja­kieś prze­czu­cie.

Ape­tyt mimo to prze­wa­żył.

I ten głos. Ten dziwny głos. Spo­kojny i bez­pieczny. Mó­wił, że wszystko jest w po­rządku. Cały czas był przy niej.

Pro­wa­dził ją.

Po­łknęła coś, po czym odło­żyła kle­jący się nóż.

Lepka ciecz wy­pły­wała z ką­cika jej ust. Wy­tarła ją wierz­chem ręki. Dziwne.

Po­sta­cie w te­le­wi­zo­rze tań­czyły i się śmiały. Wy­głu­piały. Wy­łą­czyła pro­gram.

Za­brała po­pcorn z dy­wanu. Nie­po­rządny dzie­ciak. Ju­tro miały kar­mić ptaki. Uśmiech­nęła się do tej my­śli. Za­bawne. We­wnętrzny głos po­chwa­lił ją. Na jed­nym świat się koń­czy.

9

Björn miał za chwilę dojść. Sły­szała to. Co­raz szyb­ciej od­dy­chał. Co­raz in­ten­syw­niej się ru­szał. Moc­niej. Uży­wali tra­dy­cyj­nej po­zy­cji mi­sjo­na­rza. Björn nie lu­bił eks­pe­ry­men­to­wać. Pia skrzy­żo­wała nogi na jego ple­cach. Do­sto­so­wała się do szyb­szego tempa. W końcu na­de­szła ta chwila. Po­ja­wiła się eks­plo­zja roz­ko­szy i Pia na­pięła mię­śnie, żeby go za­trzy­mać. On wy­dał z sie­bie kilka nie­rów­nych ję­ków, jed­no­cze­śnie szarp­nął się do tyłu i wy­szedł z niej. Spu­ścił się na jej brzuch.

Roz­kosz ustą­piła miej­sca roz­cza­ro­wa­niu. Uśmiech­nęła się jed­nak i wy­tarła kro­ple potu z jego czoła. Po­dra­pała go pa­znok­ciami po ple­cach, kiedy wy­pusz­czał po­wie­trze z płuc.

- No mo­gło się to źle skoń­czyć.

Po­ło­żył się na boku i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek.

- Co ta­kiego?

- Dra­nie omal nie wy­lą­do­wały w nie­wła­ści­wym miej­scu.

- A to ja­kaś róż­nica?

Björn za­śmiał się nie­pew­nie.

- Chyba nie chcemy te­raz mieć dzieci?

- Dla­czego nie? Usta­li­li­śmy prze­cież, że spró­bu­jemy.

Björn przez chwilę mil­czał.

- Wiesz, jak Ger­trud i Hjal­ma­rowi jest te­raz trudno. Mu­simy tro­chę od­cze­kać.

- Mam czter­dzie­ści je­den lat. Wiesz rów­nie do­brze jak ja, że ze­gar tyka.

- Nie przej­muj się. Ciało masz jak dwu­dzie­sto­latka.

Ści­snął jej po­śla­dek. Czy pró­bo­wał żar­to­wać? Je­śli tak, to nie było to wcale za­bawne. Pia uwol­niła ra­mię, które le­żało pod jego kar­kiem, i wy­szła do ła­zienki. Usły­szała, jak wes­tchnął i ru­szył za nią. Przy­tu­lił ją od tyłu. Zi­gno­ro­wała go i od­krę­ciła wodę. Od­cze­kała, aż zrobi się cie­pła.

- Wiesz, że cię ko­cham. I pew­nego dnia zro­bimy so­bie dziecko. Chcę jed­nak, żeby dzieci miały moż­li­wość się przy­zwy­czaić. Dzieje się dużo no­wych rze­czy.

- Co ro­zu­miesz przez "pew­nego dnia"? Za ty­dzień, za mie­siąc, za rok?

- No prze­cież nie wiem.

Uwol­niła się z jego uści­sku i za­mknęła za sobą drzwi do ka­biny. Po­zwo­liła, by stru­mie­nie wody spłu­kały z niej upo­ko­rze­nie, od któ­rego pa­liły ją po­liczki. Czy ona nie jest dość do­bra? Dla­czego on wcze­śniej chciał mieć dzieci, a te­raz nie? Oczy­wi­ście była świa­doma, że to nie­zdrowe ro­zu­mo­wa­nie. Nie mo­gła jed­nak za­trzy­mać bio­lo­gicz­nego ze­gara. Z Ma­gnu­sem przy­naj­mniej pró­bo­wali, cho­ciaż ni­gdy nic z tego nie wy­szło. Pa­trząc z per­spek­tywy czasu, do­brze się stało. Te­raz jej sy­tu­acja była lep­sza. Do­bra re­la­cja, do­bry męż­czy­zna, do­bra praca. Po co w nie­skoń­czo­ność cze­kać? Ze względu na Ger­trud i Hjal­mara! To przez nich musi od­ma­wiać so­bie tego, co na świe­cie naj­cu­dow­niej­sze.

Kiedy Pia starła parę ze szkla­nych drzwi, już go nie zo­ba­czyła. Wy­szła i się ubrała. Dżinsy i ko­szulka, żeby po­je­chać do pracy ro­we­rem. Wło­żyła do ple­caka szarą su­kienkę i białą bluzkę. Uma­lo­wana się i wy­su­szyła włosy. Za­ło­żyła białe per­łowe kol­czyki i pa­su­jący do nich pier­ścio­nek. Usły­szała, jak Björn woła do dzieci, że śnia­da­nie go­towe. Prze­śli­zgnęła się za nim, kiedy stał przy bla­cie i sma­ro­wał ka­napki.

- Prze­pra­szam, że się zi­ry­to­wa­łam. - Skub­nęła go za pła­tek ucha.

Björn spoj­rzał na nią.

- Nie ma pro­blemu. Wszystko bę­dzie do­brze, zo­ba­czysz. Obie­cuję.

Pia wtu­liła twarz w jego ko­szulę. Jego od­po­wiedź ją uspo­ko­iła. Nie będą już długo cze­kać.

Ger­trud i Hjal­mar roz­sie­dli się przy stole. Dziew­czynka oświad­czyła z mocą, że nie chce jo­gurtu z płat­kami, bo nie lubi. "Cie­kawe, że wczo­raj lu­biła!" Hjal­mar na­rze­kał, że dżinsy, które chciał za­ło­żyć, leżą w ko­szu z pra­niem. Pia uśmiech­nęła się i się­gnęła po mleko dla Ger­trud. Ze spodniami chłopca nie­wiele mo­gła zro­bić, ale obie­cała, że do ju­tra będą wy­prane i wy­su­szone. Dzieci naj­wy­raź­niej za­ak­cep­to­wały jej wy­siłki, bo kwę­ka­nia ustały i śnia­da­nie prze­bie­gło sto­sun­kowo bez­bo­le­śnie. Björn rzu­cił jej cie­płe spoj­rze­nie nad ku­chen­nym sto­łem.

- Słu­chaj, dzwo­nili z pracy i ju­tro mam nocny dy­żur. - Björn ugryzł ka­wa­łek pa­pryki. - Może być?

Pia kiw­nęła głową.

- I tak za­mie­rza­łam tro­chę dłu­żej zo­stać w stajni, trzeba tam zro­bić parę rze­czy.

Björn wy­glą­dał na za­sko­czo­nego.

- Ale jak to? Weź­miesz ze sobą dzieci?

- Dzieci? Za­ło­ży­łam, że po­jadą do matki?

- No wiesz, nie chcę ob­cią­żać Ma­rii, prze­cież to mój ty­dzień.

Ob­cią­żać! To prze­cież jej wła­sne dzieci, do cho­lery!

- No tak...

- Faj­nie bę­dzie spę­dzić z Pią wie­czór, prawda? - zwró­cił się Björn do dzieci. Kiw­nęły gło­wami, pew­nie za­chę­cone uda­nym śnia­da­niem.

Pia była wście­kła. I co ma te­raz zro­bić? Sprze­ci­wiać się, kiedy dzieci sły­szą? Wstała i wło­żyła swój ta­lerz do zmy­warki. Za­mknęła drzwiczki moc­niej, niż za­mie­rzała. Na­czy­nia za­brzę­czały.

Kiedy myła zęby, sta­rała się prze­sta­wić mózg na bar­dziej po­zy­tywne tory. "Bę­dzie faj­nie. Zjemy wie­czo­rem coś sma­ko­wi­tego. Może prze­czy­tam im bajkę i tro­chę le­piej ich po­znam".

Jed­no­cze­śnie drę­czyła ją inna myśl: Itex bar­dzo po­trze­buje ru­chu.

"Za­ła­twię to ju­tro. I jesz­cze ten ko­wal, który miał się za­jąć ko­py­tami. Mu­szę za­dzwo­nić do Siv i za­py­tać, czy bę­dzie mo­gła mi po­móc. Do tego sprawa tego no­żow­nika roz­po­czy­na­jąca się w są­dzie re­jo­no­wym. Po­czy­tam o niej, kiedy dzieci za­sną".

Oczy­wi­ście, że sta­nie na wy­so­ko­ści za­da­nia i zaj­mie się dziećmi Björna. Po co ob­cią­żać ich wła­sną matkę?

Pia sie­działa przed kom­pu­te­rem w swoim biu­rze i ja­dła sa­łatkę, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. Szybko po­łknęła to, co miała w ustach. Był to Göran An­de­rzon. Opo­wia­dał, że za­trzy­mali sa­mo­chód, w któ­rym zna­le­ziono nie­wielką ilość nar­ko­ty­ków. Kie­rowcą był Bo­jan Je­lic, na­le­żący do fa­langi Mi­lo­rada Kral­je­vica. Göran chciał uzy­skać na­kaz prze­szu­ka­nia miesz­ka­nia Je­lica. Cho­dziło oczy­wi­ście o to, by zna­leźć wię­cej nar­ko­ty­ków, cho­ciaż wia­domo było, że szanse są małe. Ci fa­ceci byli zbyt cwani, żeby cho­wać worki z bia­łym prosz­kiem w od­ku­rza­czu albo w oka­pie ku­chen­nym. Za­wsze jed­nak można było zna­leźć coś in­nego, co kie­dyś mo­głoby się przy­dać. Nu­mery te­le­fo­nów, kon­takty, in­for­ma­cje z kom­pu­tera. Pia zgo­dziła się i za­no­to­wała na bloczku naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje.

Wło­żyła do ust ko­lejną por­cję sa­łatki, gdy te­le­fon znów za­dzwo­nił. O czym on znowu za­po­mniał?

- Tak?

Ci­sza.

- Halo, tu za­stęp­czyni głów­nego pro­ku­ra­tora Pia Blo­om­berg. Kto mówi?

W tle sły­chać było inne od­głosy niż przed­tem. Göran stał na dwo­rze przy dro­dze i sły­chać było prze­jeż­dża­jące sa­mo­chody.

Ci­sza. Po­tem długi głu­chy jęk.

- Halo!

Ktoś od­dy­chał w słu­chawkę. Sa­pał.

Pia się roz­łą­czyła. Jej dłoń przez chwilę spo­czy­wała na słu­chawce. Drgnęła, gdy usły­szała za­cie­ka­wiony głos Tho­masa Kal­lina.

- Zo­ba­czy­łaś UFO?

Stał w drzwiach i uśmie­chał się sze­roko. Pia za­uwa­żyła, że wy­bie­lił zęby. Ko­lejny krok w jego mo­zol­nej kam­pa­nii prze­ciwko wie­kowi pięć­dzie­się­ciu lat.

- Dzwo­nił ktoś, kto tylko ję­czał w słu­chawkę.

- Och. To chyba mu­sisz spraw­dzić w za­kła­dzie, czy były do­stał po­zwo­le­nie na te­le­fon.

Pia po­ża­ło­wała, że co­kol­wiek mu po­wie­działa. Tho­mas wy­ko­rzy­sty­wał każdą oka­zję, by wbić jej nóż w plecy. Skąd on bie­rze wszyst­kie te do­cinki?

- Czego chcia­łeś?

Wró­ciła do sa­łatki. Zna­la­zła wy­su­szone żółtko i odło­żyła je na bok.

- Nic ta­kiego, usły­sza­łem tylko, że roz­ma­wiasz z Göra­nem. Zro­bi­cie Kral­je­vi­cowi wjazd na chatę?

- Jed­nemu z jego do­staw­ców.

- Ach, tak. - Sztuczna pauza. - Je­śli chcesz, zajmę się tym. Je­żeli to dla cie­bie za trudne.

- Dzięki, ale nie trzeba.

- Ale my­śla­łem, że...

- Ja pro­wa­dzę tę sprawę.

- Jak so­bie chcesz.

Tho­mas za­stu­kał dwa razy w fu­trynę i po­szedł so­bie.

Co on so­bie wy­obra­żał - że ona z wdzięcz­no­ścią przyj­mie jego ofertę, cho­ciaż wia­domo, że tylko on na tym sko­rzy­sta? Nic z tego. Akta Kral­je­vica le­żały na jej biurku i tak miało zo­stać. Pia nie bała się ko­lej­nej bomby w sa­mo­cho­dzie. Tamta groźba skie­ro­wana była prze­ciwko Ma­gnu­sowi. Wciąż nie wie­działa dla­czego. Tylko to, że wyż­sze szcze­ble po­li­cji nie miały po­ję­cia o związ­kach Ma­gnusa z ju­go­sło­wiań­ską ma­fią. Czy rze­czy­wi­ście tak było? Sze­fo­stwo ni­gdy o ni­czym nie wie­działo, kiedy coś było nie tak. Pia się wa­hała. Była w pełni świa­doma, że jej były mąż nie był anio­łem. Mal­tre­to­wał ją i zdra­dzał. Fil­mo­wał ko­le­żanki w szatni i oglą­dał to w domu, kiedy ona go­to­wała mu w kuchni. Ow­szem, był świ­nią. Ale nie czy­niło to z niego mor­dercy. Je­śli o to cho­dzi, ufała mu. Nie było szans, że brał udział w mor­der­stwach tych mło­dych ko­biet. Żad­nych szans. A może jed­nak?

10

Na czwar­tym pię­trze po­ste­runku po­li­cji w Väste­rort pa­no­wało na­pię­cie. Ste­fan Bri­mark i Lasse San­dén od­by­wali spo­tka­nia za za­mknię­tymi drzwiami z sze­fową wy­działu Gu­nillą H?kans­son. Po każ­dym z nich Ste­fan wy­cho­dził z czer­wo­nymi pla­mami na twa­rzy, a Lasse jesz­cze bar­dziej za­tro­skany niż zwy­kle. Ża­den nic nie mó­wił Aman­dzie. Ona jed­nak wie­działa, co się stało. Ad­nan Na­simi wró­cił do Sztok­holmu.

Za­bójca po­li­cjanta.

Amanda pa­trzyła przez wiel­kie ta­fle szkła, za któ­rymi od­by­wało się ko­lejne spo­tka­nie tej trójki. Mają aż tyle do omó­wie­nia? Lasse sie­dział ple­cami do szyby i ge­sty­ku­lo­wał jedną ręką, mó­wiąc coś do Gu­nilli, ta na­to­miast wy­glą­dała na zre­zy­gno­waną.

- Znowu mają se­sję zrzę­dze­nia?

To Crippe pod­kradł się do jej biurka tak ci­cho, że na­wet tego nie za­uwa­żyła.

- Naj­wy­raź­niej.

Ob­jął dłońmi jej barki i za­czął ma­so­wać.

- Je­steś spięta.

- Mhm. Roz­ma­suj też kark.

Amanda po­chy­liła głowę, żeby uła­twić mu za­da­nie. Za­uwa­żyła, że Ma­thilda i Sara przy­glą­dają się im z dru­giej strony po­koju.

- O wła­śnie. Tro­chę moc­niej.

Amanda wie­działa, że wiele osób po­dej­rze­wało, że coś ich łą­czy. Wszy­scy uwa­żali, że mnó­stwo wie­dzą. Ale nie wie­dzieli nic. Roz­pa­la­nie ich cie­ka­wo­ści spra­wiało jej przy­jem­ność.

Na­gle otwo­rzyły się drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej i wy­szli z niej Ste­fan i Lasse. Spoj­rzeli z nie­chę­cią na Amandę i Crip­pego, który mocno do­ci­snął kciu­kiem jej bark. Amanda jęk­nęła, ale sta­rała się wy­trzy­mać ból.

Gu­nilla za­wo­łała ją przez drzwi. Amanda po­dej­rze­wała, o co cho­dzi. We­szła i usia­dła przy okrą­głym kon­fe­ren­cyj­nym stole.

Gu­nilla nie owi­jała w ba­wełnę.

- Ste­fan i Lasse żą­dają, żeby cię prze­nieść. Wiesz dla­czego, a sy­tu­acja staje się te­raz dla mnie nie do znie­sie­nia. Mu­simy roz­wią­zać ten pro­blem i to szybko.

- No cóż, to nic trud­nego.

Gu­nilla rzu­ciła jej spoj­rze­nie. Amanda mó­wiła da­lej:

- To Ste­fan i Lasse mają pro­blem ze mną. To oni po­winni się prze­nieść.

Gu­nilla wes­tchnęła ciężko. Po­tem po­chy­liła się w stronę Amandy.

- Czy by­łaś w związku z Ad­na­nem Na­si­mim?

Amanda spoj­rzała jej pro­sto w oczy. Długo nie od­ry­wała od niej wzroku. Zwle­kała z od­po­wie­dzią.

- A je­śli po­twier­dzę, co się sta­nie?

- Tak, nie, nie wiem. - Gu­nilla wier­ciła się na krze­śle. - W ta­kim wy­padku będę mu­siała to omó­wić z Ni­kla­sem Hol­mem.

- Mo­żesz spo­koj­nie roz­ma­wiać o tym z Ni­kla­sem Hol­mem. Znowu! Prze­pro­wa­dza­li­śmy tę dys­ku­sję już wiele razy i może na­de­szła pora, żeby Ste­fan i Lasse prze­stali mnie za­drę­czać fał­szy­wymi oskar­że­niami. Zwłasz­cza Ste­fan. Lasse za­zwy­czaj tylko mu przy­ta­kuje. To ty od­po­wia­dasz za śro­do­wi­sko pracy, a ono, jak pew­nie za­uwa­ży­łaś, nie jest w tej chwili naj­lep­sze. I nie przeze mnie. Chyba że uwa­żasz, że w ja­kiś spo­sób nie­wła­ści­wie się za­cho­wuję?

- Nie... - Gu­nilla prze­rwała. Od­chrząk­nęła. - Nie, ale...

- Wiem, że po­tra­fisz sa­mo­dziel­nie roz­wią­zać swoje pro­blemy z per­so­ne­lem, nie mie­sza­jąc do tego ko­men­danta. Nie przy­pusz­czam, żeby był za­chwy­cony, sły­sząc, że to wciąż trwa. Co o tym są­dzisz?

Gu­nilla stra­ciła pew­ność sie­bie. Go­rącz­kowo po­szu­ki­wała od­po­wie­dzi.

- Mam na­dzieję, że je­steś w tej chwili szczera, Amando.

- Ro­bię do­brą ro­botę i ni­gdy nie za­cho­wy­wa­łam się nie­wła­ści­wie. Kto tu robi pro­blemy?

Na tym dys­ku­sja się za­koń­czyła. Ko­lejny raz. Amanda wie­działa, że Gu­nilla nie chce wyjść na słabą przed Ni­kla­sem Hol­mem. Po­ka­zać, że nie ra­dzi so­bie z wła­snym per­so­ne­lem. Chciała wspi­nać się po szcze­blach ka­riery. Nie ukry­wała tego. A Holm stał po stro­nie Amandy. Było tak od dnia, kiedy zro­zu­miał, kim ona jest. Do czego jest zdolna. Ona miała swoje karty atu­towe, a on swoje błędy. Kiep­ska kom­bi­na­cja dla Ni­klasa.

Amanda wró­ciła do prze­strzeni biu­ro­wej. Znad ekra­nów pod­no­siły się oczy. Śle­dziły ją i sta­rały się wy­kryć, czego do­ty­czyło spo­tka­nie. Jaki był osta­teczny wy­rok.

Amanda wie­działa, że wielu jej ko­le­gów się waha. Ste­fan dzia­łał spraw­nie. Po­dzie­lił ze­spół na dwa obozy. Je­den za Amandą, drugi prze­ciw. Ta po­zy­tyw­nie na­sta­wiona grupa być może obej­mo­wała dziś tylko ją samą i Crip­pego. Nie wie­działa tego. Jed­nak w ostat­nich dniach coś się wy­da­rzyło. Współ­pra­cow­nicy milki, kiedy ona po­ja­wiała się w ich po­bliżu. Albo pa­trzyli na nią w nie­znany wcze­śniej spo­sób. Pró­bo­wali wy­ba­dać, czy ja­kieś wra­że­nie zro­biła na niej no­wina: mor­derca po­li­cjanta wró­cił do mia­sta. Czy była wstrzą­śnięta? Szczę­śliwa? Obo­jętna? Cie­ka­wość ota­czała ich jak au­re­ola. Kim ona na­prawdę jest? Ona, która za­strze­liła jed­nego z ban­dy­tów i jed­no­cze­śnie po­słała sza­no­wa­nego ko­mi­sa­rza po­li­cji za kratki za różne prze­stęp­stwa sek­su­alne. Sporo się ga­dało na ko­ry­ta­rzach. Amanda za­uwa­żała to zwłasz­cza wśród sta­ży­stów ma­ją­cych do dys­po­zy­cji wy­łącz­nie plotki. Plotki po­cho­dzące od tych, któ­rzy uwa­żali się za bar­dziej kom­pe­tent­nych. Bar­dziej do­świad­czo­nych. Tak jak in­spek­to­rzy po­li­cji Ste­fan Bri­mark i Lasse San­dén.

Nie po­tra­fili ukryć, że nie mogą się do­cze­kać wia­do­mo­ści o prze­nie­sie­niu Amandy Pal­ler. Ste­fan prze­łą­czał dłu­go­pis, ude­rza­jąc nim w matę na biurku. Lasse grze­bał w ja­kichś pa­pie­rach, nie pa­trząc na­wet na nie. Amanda nie­mal wi­działa ich my­śli: czy skoń­czy w ma­ga­zy­nie? W re­cep­cji? W drob­nych kra­dzie­żach? Uśmiech­nęła się do nich. Ste­fan wy­da­wał się zdez­o­rien­to­wany.

- Sko­czy­cie na kawę? Mo­żemy się stąd wy­rwać, skoro naj­wy­raź­niej nikt nie ma nic lep­szego do ro­boty niż ga­pie­nie się na mnie.

W po­miesz­cze­niu roz­legł się ci­chy szum. Mam­ro­ta­nie.

Crippe za­wtó­ro­wał jej.

- Ja­sna sprawa. Tu nic nie zwo­ju­jemy.

Do­łą­czyły do nich Ma­thilda i Sara. Po chwili rów­nież po­zo­stali, na­wet Ste­fan i Lasse. Może dla­tego, że byli bli­scy pęk­nię­cia z cie­ka­wo­ści.

Ma­thilda po­chy­liła się w stronę Amandy i wy­szep­tała: "Mam na­dzieję, że to się do­brze skoń­czy. Ten wy­dział nie bę­dzie taki sam bez cie­bie".

Sie­dzieli przez chwilę i nie­zo­bo­wią­zu­jąco roz­ma­wiali. Amanda po­ży­wiała się kwa­śnym mle­kiem z mu­sli, żeby mieć siłę na tre­ning po pracy. Ma­thilda mę­czyła się z gruszką, która oka­zała się pie­kiel­nie twarda. Ste­fan ku­pił so­bie marsa i ciam­kał gę­sty kar­mel z otwar­tymi ustami. W końcu nie wy­trzy­mał.

- Mam na­dzieję, że ro­zu­miesz, dla­czego nie mo­żemy z tobą pra­co­wać, Amando.

Spoj­rzała na niego py­ta­jąco. Po pod­bródku ście­kała mu ja­sno­brą­zowa masa.

Mó­wił da­lej:

- Albo ty się prze­nie­siesz, albo my. Ro­zu­miesz więc na pewno, dla­czego Gu­nilla po­sta­no­wiła prze­nieść cie­bie.

- Tak? Nic o tym nie wspo­mi­nała.

Ste­fan za­cho­wał po­ważną minę, ale jego oczy mru­gały jak sza­lone.

Amanda miała go roz­cza­ro­wać.

- Gu­nilla chciała po­rady w spra­wie ćwi­czeń na si­łowni. A twoim zda­niem o co cho­dziło?

Ste­fan otwo­rzył usta. Kar­mel wciąż ście­kał mu po bro­dzie jak liana. Od­wró­cił się do Las­sego, wy­mie­nili pełne za­sko­cze­nia spoj­rze­nia.

W tej sa­mej chwili we­szła Gu­nilla.

- Mamy nowe mor­der­stwo. Po­dej­rze­wają, że to znowu ten nar­ko­tyk ka­ni­bali.

Mó­wiła do Amandy i Crip­pego.

Ste­fan i Lasse zo­stali wy­klu­czeni.

Przed do­mem z bia­łej ce­gły przy ulicy Nor­re­gök­svägen w Sp?nga stały dwa ozna­ko­wane ra­dio­wozy i am­bu­lans. Cie­kaw­scy są­sie­dzi ster­czeli przy po­li­cyj­nej ta­śmie, żeby do­wie­dzieć się, co zda­rzyło się na ich ulicy. Kiedy Crippe i Amanda do­tarli na miej­sce, Amanda za­gad­nęła mun­du­ro­wego.

- Kogo ma­cie w sa­mo­cho­dzie? - Wska­zała głową w stronę tyl­nej szyby, za którą wi­działa ja­kąś po­stać.

- Po­dej­rzaną, Maj-Britt ?ker­lund - od­po­wie­dział po­li­cjant. Był od dość nie­dawna na służ­bie, jego barki zdo­biły złote ko­rony. Mun­dur wciąż miał swoją ory­gi­nalną ciem­no­nie­bie­ską barwę, nie był spło­wiały ani wy­tarty. To na pewno jego pierw­sze mor­der­stwo.

Amanda otwo­rzyła prawe tylne drzwi. Sie­działa tam star­sza ko­bieta z krótko przy­strzy­żo­nymi blond wło­sami. Miała krew na rę­kach, twa­rzy i na bluzce w kwiatki. Nie­wi­dzące oczy z ma­leń­kimi źre­ni­cami. Nie­obecne. Z gar­dła wy­do­by­wał jej się zwie­rzęcy od­głos po­mie­szany z nie­spój­nymi zda­niami. Trudno jej było usie­dzieć na miej­scu, cho­ciaż nie zdra­dzała ob­ja­wów agre­sji.

- Za­raz po­je­dziemy z nią do szpi­tala - po­in­for­mo­wał po­li­cjant.

- Musi być pod stałą strażą. Nie chcemy tu ofiary, która od­bie­rze so­bie ży­cie - po­in­stru­owała go Amanda.

- Eee... To jest sprawca, a nie ofiara.

Ko­lega oparł ra­mię na drzwiach.

- Ow­szem, jest ofiarą. Zwy­kła star­sza pani nie fa­sze­ruje się tak po pro­stu pro­chami.

Po­li­cjant wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego. Amanda zro­zu­miała, że próby tłu­ma­cze­nia mu to strata czasu.

- Nie­ważne! Do­pil­nuj tylko, żeby nie umarła. Okej?

Ko­lega kiw­nął głową.

- Za­bez­piecz­cie jej ubra­nie. I za­dbaj­cie, żeby nikt nie zmył z niej krwi, za­nim tech­nicy nie skoń­czą swo­jej ro­boty. Ab­so­lut­nie nie wolno jej iść do to­a­lety i przy­pad­kowo się umyć.

Amanda zro­biła w po­wie­trzu gest ozna­cza­jący cu­dzy­słów, gdy wy­po­wia­dała słowo "przy­pad­kowo".

- I nie za­po­mnij, żeby wzięli próbkę krwi, że­by­śmy wie­dzieli, co brała.

- Ja­sne, za­ła­twimy to.

- Włóż ubra­nie do pa­pie­ro­wych to­re­bek. Nie pla­sti­ko­wych.

Crippe uśmiech­nął się le­ciutko do Amandy, kiedy szli w stronę domu.

- Mu­sisz tro­chę od­pu­ścić tym świe­ża­kom.

Amanda po­trzą­snęła głową.

- Jed­no­znaczne in­for­ma­cje to pod­stawa. Nie mo­żemy so­bie po­zwo­lić na żadne błędy.

Inny po­li­cjant, który pil­no­wał drzwi, ostrzegł ich, kiedy po­de­szli:

- Je­ste­ście go­towi na to, co zo­ba­czy­cie?

Amanda kiw­nęła głową. Kiedy tu je­chali, do­stali in­for­ma­cję przez ra­dio. Wpa­dła tu w od­wie­dziny córka star­szego mał­żeń­stwa i od­kryła, że matka go­tuje zupę na sto­pie ojca.

Męż­czy­znę zna­leźli w kuchni. Le­żał na ple­cach w roz­chy­lo­nym szla­froku w szarą kratę. Jego ciało było blade, a brzuch na­brzmiały. Be­żowa pla­sti­kowa wy­kła­dzina i żółte fronty sza­fek po­kryte były za­krze­płą krwią. Wnio­sek: le­żał tu już od pew­nego czasu. Na ciele wid­niały liczne rany i jedna stopa rze­czy­wi­ście zo­stała ucięta. Mię­dzy pła­tami mięsa można było do­strzec ki­kut ko­ści. Amanda spoj­rzała w stronę ku­chenki, gdzie stał spory gar­nek z po­krywką. Po­de­szła i pod­nio­sła ją. Go­rąca para ude­rzyła ją w twarz. Na­tych­miast z po­wro­tem przy­kryła gar­nek. Prze­kli­nała samą sie­bie, że nie­po­trzeb­nie na­ra­ziła się na ta­kie prze­ży­cie. Czy za­uwa­żyła w zu­pie liść lau­rowy i biały pieprz?

- Tro­chę mi­nie, za­nim znów zjem świą­teczną szynkę - po­wie­działa.

- No ja pier­dolę. Czas po­roz­ma­wiać ze świad­kiem.

Amanda po­szła z Crip­pem do sy­pialni, gdzie znaj­do­wał się po­li­cjant z roz­trzę­sioną córką, ko­bietą po czter­dzie­stce. Sie­działa sku­lona na łóżku, owi­nięta kapą z pat­chworka. Opo­wie­działa, że od dwóch dni nie mo­gła skon­tak­to­wać się z ro­dzi­cami, co było dość nie­zwy­kłe. Kiedy tu przy­szła, zo­ba­czyła tę scenę. Mó­wiąc to, za­częła szlo­chać i mi­nęła dłuż­sza chwila, za­nim znów była w sta­nie coś z sie­bie wy­du­sić. Jej ro­dzice oczy­wi­ście nie brali nar­ko­ty­ków. Nie­dawno prze­szli na eme­ry­turę i cie­szyli się wi­zją spę­dze­nia zi­mo­wego se­zonu w swoim domu w Hisz­pa­nii. W ich domu ni­gdy nie było prze­mocy. Nie, nie za­uwa­żyła ostat­nio ni­czego nie­zwy­kłego. Nie, nic nie wie, by ro­dzice po­znali ja­kichś no­wych lu­dzi.

Amanda i Crippe za­do­wo­lili się krót­kim prze­słu­cha­niem. Ze zro­zu­mia­łych po­wo­dów nie można było na ra­zie z tej ko­biety wy­cią­gnąć nic istot­nego. Amanda była jed­nak pewna jed­nej rze­czy. Maj-Britt ?ker­lund i Nina Lil­je­dahl nie były ani ćpun­kami, ani le­ko­man­kami. Zo­stały w ja­kiś spo­sób oszu­kane. Wbrew ich woli odu­rzył je ktoś, kto miał do­stęp do nar­ko­tyku ka­ni­bali.

Ale dla­czego?

11

Ad­nan uci­skał kostki kciu­kiem i roz­pro­sto­wy­wał palce, spraw­dza­jąc, czy wszystko było całe. Czy nic nie zła­mał. Ale ręka wciąż go bo­lała po cio­sie, który zła­mał nos temu stuk­nię­temu Gre­kowi. Ad­nan tra­fił go uko­śnie od dołu. Wi­dział, jak głowa fa­ceta od­ska­kuje w tę samą stronę co pięść. W tym sa­mym kie­runku try­snęła ślina zmie­szana z krwią. Może na­wet ja­kiś ząb? Po­tem ofiara sie­działa sku­lona na pod­ło­dze. Męż­czy­zna jedną ręką trzy­mał się za twarz i ję­czał. Obok niego stała Ann-Sofi w swo­jej spra­nej ko­szulce i krzy­czała.

Ad­nan spoj­rzał na pro­fil Seb­bego sie­dzą­cego z za­ci­śnię­tymi zę­bami i pa­trzą­cego pro­sto przed sie­bie przez przed­nią szybę. Po­far­bo­wane na czer­wono włosy na jeża. Dziury na twa­rzy. Duży nos jak na Po­laka. Je­chali do Ska­nii. A do­kład­niej na ulicę Sjögräs­ga­tan w miej­sco­wo­ści o na­zwie Lomma. Cze­kało tam na nich warte czte­ry­sta pięć­dzie­siąt ty­sięcy vo­lvo, za­par­ko­wane w ga­rażu czte­ro­oso­bo­wej ro­dziny. In­for­ma­cje te Ha­jir otrzy­mał od da­le­kiego ku­zyna ze Ska­nii, który naj­wy­raź­niej peł­nił w or­ga­ni­za­cji Ha­jira funk­cję ko­goś w ro­dzaju de­tek­tywa.

Ro­dzina miesz­ka­jąca pod tym ad­re­sem co wie­czór około je­de­na­stej wy­łą­czała te­le­wi­zor. Mię­dzy pół­nocą a pierw­szą ktoś mu­siał się wy­si­kać, bo za­pa­lała się lampa w ła­zience na pię­trze. Po­tem w ca­łym domu za­zwy­czaj pa­no­wał spo­kój aż do wpół do siód­mej rano. Ad­nan i Sebbe mieli przed sobą jesz­cze mniej wię­cej cztery go­dziny jazdy, je­śli będą prze­kra­czać do­zwo­loną szyb­kość. W tej chwili Sebbe usta­wił tem­po­mat na do­kład­nie sto dzie­sięć ki­lo­me­trów na go­dzinę, bo prze­jeż­dżali przez Ny­köping. Tu, na au­to­stra­dzie, za­wsze cza­iły się suki, by ko­goś zgar­nąć i wle­pić man­dat. Ad­nan już je wi­dział, ale nie wia­domo było, czy kto­kol­wiek w wo­zach sie­dział, czy po pro­stu stały na wi­doku. Sprytna stra­te­gia. Wszy­scy wci­skali ha­mu­lec.

- Po­win­ni­śmy do­je­chać koło dru­giej.

To pierw­sze słowa, które Ad­nan wy­po­wie­dział od czasu, kiedy po­zo­sta­wili za sobą Ann-Sofi i po­obi­ja­nego Greka w ob­skur­nym miesz­ka­niu w ?r­sta.

Sebbe za­mru­czał w od­po­wie­dzi. Wciąż nie był w na­stroju do roz­mowy. Ad­nan to ro­zu­miał. Sebbe nie opo­wia­dał mu szcze­gól­nie dużo, ale Ad­nan mimo to wy­obra­ził so­bie praw­do­po­dobny sce­na­riusz, kiedy pod­su­mo­wał wszystko, co się zda­rzyło.

Je­chali do Ska­nii, żeby skub­nąć furę. Mieli tylko na chwilę wstą­pić po dro­dze do sio­stry Seb­bego w ?r­sta, żeby spraw­dzić, co u niej. Ann-Sofi otwo­rzyła im drzwi, pre­zen­tu­jąc pod­bite oko i opuch­niętą górną wargę.

Grek z puszką piwa w ręce. Brudna żo­no­bijka na tłu­stym brzu­chu. Czarne krę­cone włosy na piersi. Nie ro­zu­miał po­wagi sy­tu­acji. Beł­ko­tli­wie oświad­czył, że Sebbe ma nic nie­wartą sio­strę, która na­wet nie umie nic ugo­to­wać.

Sebbe ude­rza­jący głową go­ścia w ku­chenkę.

Ann-Sofi wrzesz­cząca tak, jak po­tra­fią tylko białe la­ski z bu­rac­kich ro­dzin. Dzieci ob­ser­wu­jące ich z sy­pialni z sze­roko otwar­tymi oczami.

Sebbe, który stra­cił kon­cen­tra­cję.

Grek, który chwy­cił pa­tel­nię.

Ad­nan, który mu­siał wkro­czyć.

Pró­bo­wał być de­li­katny, ale nos go­spo­da­rza nie wy­trzy­mał spo­tka­nia z jego pię­ścią.

Trzy dni w oj­czyź­nie. I Ad­nan znów był w cen­trum wy­da­rzeń.

W dro­dze na swoje pierw­sze zle­ce­nie. Wcią­gnięty w pa­skudne ro­dzinne sprawy Seb­bego. Ad­nan sam nie wie­dział, co my­śleć o swo­jej bły­ska­wicz­nej prze­mia­nie. Od azja­tyc­kich po­traw i pa­lą­cego słońca do po­goni za sta­tu­sem i za­ci­śnię­tych pię­ści. Za­nim jesz­cze zdą­żył się za­in­sta­lo­wać w po­koju go­ścin­nym Ha­jira, po­wró­ciła u niego chęć zdo­by­cia wiel­kich pie­nię­dzy. Go­to­wało się w nim w ostat­nich chwi­lach w Kam­bo­dży, od kiedy po­ja­wił się Ha­jir. Przed­tem Ad­na­nowi nie była po­trzebna uwaga in­nych, po­twier­dze­nie z ich strony. Tu, w domu, pra­gnie­nie uzna­nia po­wró­ciło. Tu był mor­dercą po­li­cjanta. Ban­dytą, który stuk­nął gli­nia­rza. I tak był trak­to­wany. Szyb­kie kiw­nię­cia głową. Cie­kaw­skie spoj­rze­nia. Po­dziw. Fa­ceci, któ­rzy pa­trzyli na niego z nie­zna­nym wcze­śniej sza­cun­kiem. Wi­tali się z nim ule­głym uści­skiem dłoni. Był dla nich wzo­rem. Przy­kła­dem. To je­dyny po­zy­tywny aspekt tej pa­skud­nej sy­tu­acji. Nikt ra­czej nie przej­mo­wał się tym, kto tak na­prawdę trzy­mał broń. Kto na­ci­snął spust. Wszy­scy wie­dzieli, że Ad­nan przy tym był. I tylko to się li­czyło.

To było jak bal­sam na du­szę. Być znów Ad­na­nem Na­si­mim. Ad­na­nem Na­si­mim z bar­dziej zna­czą­cym na­zwi­skiem. Upa­jał się tym. A jed­no­cze­śnie coś nie da­wało mu spo­koju. Cza­sami go drę­czyło. Prze­ni­kało całe ciało jak dreszcz. Cie­szył się sławą, na którą nie za­słu­żył. Był hańbą dla ro­dziny. To wła­śnie dla­tego wró­cił do domu.

Aby zmyć z sie­bie tę plamę.

Ad­nan za­drżał. Wyj­rzał w mrok. Ziew­nął. Miał w ustach pa­skudny smak. Sebbe zje­chał z au­to­strady i zbli­żał się do sta­cji OKQ8, znaj­du­ją­cej się na wznie­sie­niu. Ad­nan od­czy­tał ta­blicę miej­sco­wo­ści: Glum­slöv.

Sebbe wy­siadł i wy­brał pa­liwo. Od­krę­cił ko­rek wlewu i za­czął tan­ko­wać. Ad­nan rów­nież wy­siadł. Na­cią­gnął na głowę kap­tur i się prze­cią­gnął. Coś strze­liło mu w ple­cach. Nogi miał sztywne po dłu­gim sie­dze­niu bez ru­chu. Skie­ro­wał się do sklepu i ro­zej­rzał za to­a­letą. Po­szedł do niej i po­cią­gnął za klamkę, ale drzwi były za­mknięte.

- Sie­dzą tam już cho­ler­nie długo. Ma­mu­sia z gów­nia­rzem.

Ad­nan od­wró­cił się i spoj­rzał na go­ścia, który stał za nim. Cia­paty, po­dob­nie jak on sam. Brzmiał jed­nak dziw­nie. Be­to­nowy szwedzki z za­śpie­wem ze Ska­nii. Ad­nan znów od­wró­cił się w stronę drzwi do to­a­lety. Usły­szał krzyk dziecka. Od­szedł i za­mó­wił dwie kawy, za które za­pła­cił ra­zem z ben­zyną. Do­stał go­tówkę od Ha­jira. Karta zdra­dzi­łaby, gdzie byli. Ad­nan zresztą nie miał karty. W tym kraju nie miał już nic.

Je­chali da­lej na po­łu­dnie, przez ostat­nie ki­lo­me­try po pra­wej stro­nie skrzyło się w mroku mo­rze. Sebbe jesz­cze raz omó­wił zle­ce­nie. Ad­nan uda­wał, że słu­cha z uwagą, cho­ciaż sły­szał to już kilka razy. Cie­szył się jed­nak, że ko­lega znów za­czął się od­zy­wać, były to jego pierw­sze sen­sowne słowa od ?r­sta. Był spoko jak zwy­kle. Kiedy Ad­nan od­by­wał karę za po­ważne prze­stęp­stwo nar­ko­ty­kowe, sie­dzieli ra­zem w Öste­r?ker. Sebbe znany był z tego, że trzy­mał się na ubo­czu. Nie na­le­żał do żad­nego gangu, ale wszy­scy to ak­cep­to­wali. Nikt nie chciał za­dzie­rać z sa­mot­nym wil­kiem naj­chęt­niej spę­dza­ją­cym czas z książką. Kie­dyś po­ka­zał, że nie warto z nim po­gry­wać. Fa­cet, który śmiał się z niego, że jest nu­dzia­rzem, zo­stał zna­le­ziony nagi pod prysz­ni­cem z ucię­tym ję­zy­kiem. Od tej pory nikt ani sło­wem nie ko­men­to­wał jego przy­zwy­cza­jeń i hobby. I nikt nie pu­ścił farby gli­nia­rzom bez po­wo­dze­nia pró­bu­ją­cym prze­słu­chi­wać osa­dzo­nych.

Przy­byli na miej­sce tuż po dru­giej. Wje­chali ci­cho do dziel­nicy. Żad­nych in­nych sa­mo­cho­dów w polu wi­dze­nia. Ani ży­wej du­szy. Ciem­no­ści roz­pra­szały tylko la­tar­nie. Ostatni od­ci­nek prze­szli pie­szo. Kap­tury na gło­wach. Cien­kie rę­ka­wiczki. Chu­sty przy­kry­wa­jące po­łowę twa­rzy. Świa­tła w domu były zga­szone. Pa­no­wała ci­sza. Sły­chać było je­dy­nie ich kroki na żwi­ro­wej ścieżce.

Sebbe wy­jął prze­ci­nak do szkła. Wy­ciął kółko w po­dłuż­nym okienku obok drzwi wej­ścio­wych. Ci­che skrzy­pie­nie. Przy­krył szkło ręcz­ni­kiem i stuk­nął de­li­kat­nie pię­ścią. Na tyle mocno, by wy­bić wy­cięty ka­wa­łek, ale wy­star­cza­jąco de­li­kat­nie, by nie upadł i nie roz­bił się na te­ra­ko­cie w ko­ry­ta­rzu. Wy­jął kółko i po­ło­żył je w do­niczce na ganku. Wło­żył rękę do otworu i ob­ró­cił za­mek. Po­woli otwo­rzył drzwi. Ad­nan ro­zej­rzał się do­okoła. Wciąż ni­kogo na ulicy. Wszedł pierw­szy z la­tarką. Na ścia­nie mi­gała lampka alarmu. Mieli dwa­dzie­ścia, może trzy­dzie­ści se­kund. Ad­nan od­su­nął drzwi szafy. Roz­glą­dał się za pi­lo­tem do alarmu. Zna­lazł go na półce, gdzie le­żały też dwa port­fele i pęk klu­czy. Ja­kież to pro­ste! Lu­dzie od razu po wej­ściu do domu, tuż za drzwiami, opróż­niają kie­sze­nie. Sebbe za­krył sy­renę ręcz­ni­kiem, a Ad­nan roz­broił alarm. Ba­wełna stłu­miła dwa ostre pik­nię­cia. Wy­szli i za­mknęli drzwi. Ad­nan trzy­mał w ręce pęk klu­czy. Wszystko zna­leźli w tym sa­mym miej­scu, tak jakby było przy­go­to­wane na udaną ak­cję. Pi­lot do ga­rażu. Klu­cze do vo­lvo. Wy­star­czy otwo­rzyć i od­je­chać. Furą na klu­czyk wartą pół mi­liona. Da­leki ku­zyn Ha­jira od­ro­bił lek­cje. Nie ma wąt­pli­wo­ści.

Luk­su­so­wym au­tem je­chał Sebbe. Ad­nan po­dą­żał za nim pas­sa­tem, któ­rym się tu do­stali. Mu­sieli po­sta­wić vo­lvo na par­kingu koło łaźni w Sib­barp. Tam ja­kiś Nie­miec miał za­ło­żyć nowe bla­chy i prze­je­chać przez most nad Sun­dem. Dzia­łal­ność Ha­jira była glo­balna. Mię­dzy­na­ro­dowa. A przy­naj­mniej eu­ro­pej­ska. Im­po­no­wało to Ad­na­nowi. Co on sam osią­gnął przez ostat­nie lata? Mie­szał drinki dla po­pa­rzo­nych słoń­cem tu­ry­stów.

Je­chali wzdłuż mo­rza. Ad­nan nie znał Malmö, więc mu­siał za­ufać Seb­bemu, który ro­bił to już wcze­śniej. Mó­wił, że ni­gdy nie miał pro­ble­mów. Wy­star­czy za nim je­chać i bę­dzie spoko.

Ad­nana ośle­piły re­flek­tory w lu­sterku wstecz­nym. Na za­krę­cie stwier­dził, że to ra­dio­wóz. Skąd się wzięli? Czy na­wali przy pierw­szej ro­bo­cie? Kurwa! Czy Sebbe za­uwa­żył nie­pro­szone to­wa­rzy­stwo? Za­mie­rzał ucie­kać czy spo­koj­nie je­chać da­lej? Ad­nan roz­wa­żył wady i za­lety obu roz­wią­zań. Gli­nia­rze nie mieli ab­so­lut­nie żad­nego po­wodu, żeby za­trzy­mać vo­lvo. Ad­nan wci­snął ha­mu­lec. Ra­dio­wóz za­trzy­mał się o mi­li­metr od jego za­dka. Ad­nan gwał­tow­nie skrę­cił kie­row­nicę i za­wró­cił. Znów po­dą­żał w stronę mia­sta. Gli­nia­rze za nim. Nie­bie­skie świa­tła mi­gały jak na dys­ko­tece, sły­chać też było sy­renę. Prze­je­chał jesz­cze ka­wa­łek. Wci­snął rę­ka­wiczki i chu­stę pod sie­dze­nie. Włą­czył prawy kie­run­kow­skaz i za­trzy­mał się na przy­stanku au­to­bu­so­wym. Gli­nia­rze po­ja­wili się bły­ska­wicz­nie. Funk­cjo­na­riuszka za­stu­kała w szybę. Druga stała nieco uko­śnie z tyłu i roz­ma­wiała z kimś przez ra­dio. Ad­nan opu­ścił szybę.

- Prze­pra­szam, nie za­uwa­ży­łem, że ktoś jest za mną.

- To się mo­gło źle skoń­czyć.

Ton po­li­cjantki nie był przy­jemny. Ośle­piła go la­tarką. Je­dy­nym, co wi­dział, był długi blond war­kocz zwi­sa­jący nad jej bar­kiem.

- Bar­dzo prze­pra­szam. Słabo znam te oko­lice.

- Mogę zo­ba­czyć pań­skie prawo jazdy?

Ad­nan po­kle­pał się po kie­sze­niach w spodniach.

- O kurde. Mu­sia­łem zgu­bić port­fel, kiedy tan­ko­wa­łem. Cho­lera!

- No pro­szę. A ma pan ja­kiś do­wód toż­sa­mo­ści?

- Wszystko było w port­felu. Niech to szlag.

- Pań­ski nu­mer ewi­den­cyjny?

Po­li­cjantka nie wy­da­wała się osobą, którą mógłby ocza­ro­wać. Wy­rzu­cił z sie­bie nu­mer swo­jego młod­szego brata Sa­mira. Co prawda był od niego o wiele star­szy, ale to pierw­sze, co przy­szło mu do głowy. Funk­cjo­na­riuszka za­da­wała mnó­stwo py­tań. Gdzie pan mieszka? Czy był pan kie­dy­kol­wiek za coś ska­zany, a je­śli tak, to kiedy? Jak na­zy­wają się pań­scy ro­dzice? Ja­kie mają nu­mery ewi­den­cyjne? Za­pi­sała wszystko w no­te­sie i po­dała go ko­le­żance, która zbli­żyła się od strony kie­rowcy po tym, jak obe­szła sa­mo­chód do­okoła, świe­cąc la­tarką przez szyby.

Jak zwy­kle! Tylko dla­tego że ma czarne włosy. Druga po­li­cjantka oka­zała się rów­nież babką, cho­ciaż Ad­nan mu­siał chwilę się za­sta­no­wić, żeby mieć pew­ność. Miała krót­kie włosy i po­tężną fi­gurę. Cho­dziła na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach i tak samo stała. Ad­nan mógł le­piej się im przyj­rzeć po tym, kiedy ta z war­ko­czem prze­stała świe­cić mu pro­sto w oczy. Ko­bieta miała na twa­rzy grubą war­stwę brą­zo­wego pu­dru, uma­lo­wane oczy i usta po­kryte czer­woną szminką. Le­piej by pa­so­wała do rury w noc­nym klu­bie.

Po­de­szła krót­ko­włosa.

- Pro­szę prze­stać nas na­bie­rać. Nie wie pan, gdzie mieszka, a na­wet jak się na­zywa.

Kurwa mać! Ad­nan po­wi­nien był się do­my­ślić, że do tej pory bra­ci­szek za­ła­twił so­bie wła­sne miesz­ka­nie.

- Ach, prawda. Nie­dawno się prze­pro­wa­dzi­łem, ale jesz­cze się nie prze­mel­do­wa­łem. Nie po­my­śla­łem o tym.

- I jesz­cze zmie­nił pan na­zwi­sko i też nie po­my­ślał o tym? Dość tego! Je­śli nie do­stanę pra­wi­dło­wego nu­meru ewi­den­cyj­nego w ciągu pię­ciu se­kund, zo­sta­nie pan za­trzy­many i spę­dzi noc na po­ste­runku. Chyba że pan tak woli?

Ad­nan za­klął w du­chu. Kiep­sko się przy­go­to­wał. Trzeba było zor­ga­ni­zo­wać czyjś nu­mer. Na­le­żący do ko­goś w jego wieku. Ko­goś, kto się ostat­nio nie prze­pro­wa­dził ani nie zmie­nił na­zwi­ska. Coś za­pie­kło go w żo­łądku. Dla­czego Sa­mir zmie­nił na­zwi­sko? Tak bar­dzo się wsty­dził? Czy oj­ciec zro­bił to samo?

Wy­mam­ro­tał swoje praw­dziwe dane, a krót­ko­włosa baba po­wtó­rzyła cy­fry ko­muś przez ra­dio. Nie było sensu da­lej kła­mać. Co z tego, że znowu oskarżą go o po­ważne na­ru­sze­nie prze­pi­sów? Je­dyną ne­ga­tywną stroną tej sy­tu­acji było to, że był wi­dziany w Malmö w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym znik­nęło vo­lvo. Ale co z tego? W Ska­nii są ty­siące prze­stęp­ców. Dla­czego mie­liby po­dej­rze­wać aku­rat jego?

- Ad­nan Na­simi. - Krót­ko­włosa gło­śno wy­po­wie­działa na­zwi­sko. - Zgło­szę pana za po­ważne na­ru­sze­nie prze­pi­sów ru­chu dro­go­wego.

Ad­nan kiw­nął głową. Ko­bieta za­dała mu masę py­tań. Do kogo na­leży sa­mo­chód? Czy ta osoba wie, że jeź­dzi bez prawa jazdy? Jak czę­sto go po­ży­cza? Skąd dziś je­chał? Do­kąd? Ad­nan po­my­ślał, że jest zbyt do­kładna. Prze­cież przy­znał się do winy. Czy to nie wy­star­czy?

Po­tem po­ja­wiło się wię­cej ra­dio­wo­zów. Naj­pierw je­den. Po­tem dwa. Wkrótce było ich pięć. Umun­du­ro­wani funk­cjo­na­riu­sze krę­cili się wo­kół auta i za­glą­dali do środka. Ga­pili się jak na za­mkniętą w klatce małpę. Za­cie­ka­wieni. Pełni po­gardy. Z nie­na­wi­ścią w oczach.

Mor­derca po­li­cjanta.

12

Pia pa­trzyła na Tho­masa Kal­lina, który z pa­sją opo­wia­dał po­zo­sta­łym ko­le­gom w pro­ku­ra­tu­rze o strasz­li­wym mor­der­stwie ka­ni­balki. Przed­sta­wiał fakty tak, jakby sam był pierw­szy na miej­scu zbrodni. Eme­ry­to­wana pra­cow­nica so­cjalna Maj-Britt ?ker­lund za­biła swo­jego męża, kiedy sie­dział w fo­telu z książką. W miesz­ka­niu zna­le­ziono za­krwa­wioną sie­kierę, która praw­do­po­dob­nie była na­rzę­dziem zbrodni. Maj-Britt miała na ku­chence ko­cioł z po­trawką: stopą fa­ceta przy­pra­wioną ziar­nami bia­łego pie­przu, ce­bulą i li­ściem lau­ro­wym, z do­dat­kiem krąż­ków mar­chewki. Maj-Britt ?ker­lund była pod sil­nym wpły­wem cze­goś, co praw­do­po­dob­nie jest tym nie­zna­nym nar­ko­ty­kiem ka­ni­bali.

- Wciąż cze­kamy na osta­teczną ana­lizę, a je­śli jest to ta sama sub­stan­cja im­por­to­wana przez Mi­lo­rada Kral­je­vica, to ze­tknę­li­śmy się z dużą sprawą. - Tho­mas przy­ta­ki­wał sam so­bie. - Mamy mor­dercę odu­rza­ją­cego swoje ofiary i skła­nia­ją­cego je do za­bi­ja­nia wła­snych bli­skich.

Pia po­krę­ciła nie­znacz­nie głową i unio­sła brwi. Kiedy Tho­mas zdał so­bie sprawę, że bę­dzie oskar­żał w spra­wie sen­sa­cyj­nego prze­stęp­stwa, cał­ko­wi­cie zmie­nił front. Był to te­mat, który miał na długo za­go­ścić w me­diach i po­pchnąć do przodu jego ka­rierę. Pia ro­zej­rzała się po swo­ich współ­pra­cow­ni­kach sie­dzą­cych wo­kół pro­sto­kąt­nego stołu. W pro­ku­ra­tu­rze obo­wią­zy­wał tro­chę luź­niej­szy styl niż w są­dzie. Dżinsy i ko­szula. Wszy­scy z za­in­te­re­so­wa­niem słu­chali wy­kładu Tho­masa. Za­cie­ka­wieni tą gro­te­skową sprawą.

- Kto pro­wa­dzi wstępne do­cho­dze­nie w po­li­cji? - za­py­tała Pia.

- Chri­stian Nils­son. - Tho­mas wy­raź­nie dał do zro­zu­mie­nia, że nie po­doba mu się, kiedy ktoś prze­rywa. - Ja...

- A z kim współ­pra­cuje? - Pia znała od­po­wiedź, ale chciała się upew­nić.

Tho­mas wes­tchnął.

- Czy to ta­kie ważne? Nie le­piej, że­bym omó­wił sprawę?

- Czy to Amanda Pal­ler?

- Tak, chyba tak się na­zywa.

- To prze­cież ta sama, którą uzna­łeś za tak strasz­nie nie­kom­pe­tentną, kiedy zaj­mo­wała się pierw­szym mor­der­stwem. Już wtedy była na wła­ści­wym tro­pie, mó­wiła, że matka, która za­biła wła­sną córkę, była na pro­chach. A ty uwa­ża­łeś, że to bzdury.

Na szyję Tho­masa wy­peł­zły czer­wone plamy.

- Te­raz mamy znacz­nie wię­cej fak­tów. Dwa tego ro­dzaju mor­der­stwa to o jedno za dużo. Uczciwa pani z opieki spo­łecz­nej nie za­czyna się nar­ko­ty­zo­wać na eme­ry­tu­rze ani nie go­tuje zupy z męża. Każdy głupi to ro­zu­mie.

- A Amanda Pal­ler zro­zu­miała to od razu. - Pia wy­pro­sto­wała się na krze­śle. Czy ką­cik ust Tho­masa za­drżał? - Za­mie­rzam prze­jąć wstępne do­cho­dze­nie. To nie­do­bra sy­tu­acja dla cie­bie i tej Amandy Pal­ler, skoro od po­czątku jej nie wie­rzy­łeś.

- Co do... Nie mo­żesz prze­cież...

- Czeka tu cała hałda do­cho­dzeń, mo­żesz so­bie wy­brać inne za­miast tego. Mamy współ­pra­co­wać z po­li­cją, a nie dzia­łać prze­ciwko niej. Je­ste­śmy ze­spo­łem i mamy ra­zem ści­gać spraw­ców. Nie ma zna­cze­nia, czy ko­lega u nas, czy w po­li­cji jest młod­szy i mniej do­świad­czony. Trzeba słu­chać i za­cho­wać otwar­tość na wszyst­kie punkty wi­dze­nia. To jak, skoń­czy­li­śmy?

Pia wstała, a po­zo­stali ze­brani wo­kół stołu kiw­nęli gło­wami z za­sko­czo­nymi mi­nami. Kiedy od­cho­dziła, czuła na so­bie ich spoj­rze­nia. Czy za­grała za ostro? Być może. Ale Tho­mas od dawna ją iry­to­wał, a ona mil­czała. Te wszyst­kie jego do­cinki. To wy­wyż­sza­nie się. Przed­sta­wia­nie sa­mego sie­bie jako naj­lep­szego. Bę­dzie ją za to nie­na­wi­dził, ale co z tego? Już te­raz jej nie cierpi. Młod­szej ko­biety o krót­szym stażu w za­wo­dzie, która za­jęła jego wy­ma­rzone sta­no­wi­sko. I tak ni­gdy jej nie za­ak­cep­tuje.

Mor­der­stwa ka­ni­ba­lek le­żały te­raz na jej biurku. Bę­dzie współ­pra­co­wać z Amandą Pal­ler. Wresz­cie le­piej ją po­zna. Ko­bietę, która wie­działa tak dużo o Ma­gnu­sie. Ko­bietę, która go zde­ma­sko­wała. Po­słała za kratki.

Ru­chała się z nim!

Na po­po­łu­dnie Pia miała za­pla­no­wane po­stę­po­wa­nie w związku z aresz­to­wa­niem. Po­sa­dzono Bo­jana Je­lica, kiedy ze­spół pod wo­dzą Görana An­de­rzona za­trzy­mał go i zna­lazł w jego sa­mo­cho­dzie nie­wielką ilość nar­ko­ty­ków. Pod­czas póź­niej­szego prze­szu­ka­nia w jego miesz­ka­niu, zgod­nie z ocze­ki­wa­niami, nie na­tknięto się na nic wię­cej. An­de­rzon i jego ko­le­dzy spo­tkali tam na­to­miast pół­nagą ko­bietę. Po­nie­waż mó­wiła tylko po ru­muń­sku, nie li­cząc "help me", za­częto po­dej­rze­wać han­del ży­wym to­wa­rem. Gdy póź­niej prze­słu­chi­wano ją na po­ste­runku z po­mocą tłu­ma­cza, jej prze­ra­że­nie naj­wy­raź­niej osła­bło i opo­wie­działa, że jest na urlo­pie w pięk­nej Szwe­cji, gdzie spo­tkała Bo­jana, który po­mógł jej, kiedy stra­ciła to­rebkę ze wszyst­kim, co po­sia­dała. Pasz­por­tem, pie­niędzmi, do­wo­dem oso­bi­stym. Wszystko znik­nęło. Bo­jan Je­lic był bar­dzo po­mocny. Czy mogę już iść?

Pia po­szła do ka­wiarni, która znaj­do­wała się w po­ło­wie drogi mię­dzy pro­ku­ra­turą a są­dem re­jo­no­wym przy ulicy Sche­ele­ga­tan. Ku­piła paj z szynką i se­rem i ner­wowo spo­glą­dała na ze­ga­rek, kiedy po­si­łek po­woli ob­ra­cał się w mi­kro­fa­lówce. Po po­ran­nym spo­tka­niu Tho­mas na­padł na nią z wście­kło­ścią i gro­ził, że złoży wy­po­wie­dze­nie. Nie miała nic prze­ciwko temu. Kłót­nia ta jed­nak ogra­biła ją z prze­rwy na lunch i do roz­po­czę­cia roz­prawy w są­dzie zo­stało za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut. Pia nie­mal wy­bie­gła na ulicę z pa­jem w pu­dełku, kiedy ktoś za­wo­łał ją od tyłu.

- Zgu­biła pani coś.

Młoda ko­bieta w czar­nym płasz­czu trzy­mała w ręce port­fel Pii.

- Och, bar­dzo dzię­kuję.

Pia ode­brała swoją wła­sność i wło­żyła ją do we­wnętrz­nej kie­szeni teczki. Spoj­rzała na ko­bietę i się uśmiech­nęła. Wy­glą­dała ele­gancko i po­rząd­nie, brą­zowe włosy miała upięte w wę­zeł.

- Nie ma za co. - Ko­bieta mru­gnęła okiem. - Zda­rzają się gor­sze rze­czy.

Pia ru­szyła w swoją stronę. Wło­żyła rękę do teczki i po­czuła pod pal­cami miękną skórę port­fela. Dziwne. Była pewna, że wło­żyła go tam, pła­cąc za swoje da­nie. Jak to moż­liwe, że wy­padł? Tak, tak, czło­wiek cza­sami ma szczę­ście.

Usia­dła na twar­dej ławce w oka­za­łym bu­dynku, w któ­rym mie­ścił się sąd re­jo­nowy. Za­wsze czuła się tu tak, jakby cof­nęła się w cza­sie. Sze­ro­kie, dłu­gie schody, wy­soki su­fit, ciemne drewno. Bra­ko­wało tylko męż­czyzn w bia­łych pe­ru­kach. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Zo­stały dwie mi­nuty. Prze­łknęła ostatni ka­wa­łek paja i po­piła go wodą mi­ne­ralną. Wła­śnie miała wsta­wać, kiedy obok niej prze­szła ko­bieta w czar­nym płasz­czu.

- Pani też tu­taj? - za­py­tała Pia.

Ko­bieta nie od­po­wie­działa. Uśmiech­nęła się tylko, nie otwie­ra­jąc ust.

- Jesz­cze raz dzię­kuję - za­wo­łała za nią Pia.

Wy­rzu­ciła resztki je­dze­nia do ko­sza na śmieci w tej sa­mej chwili, w któ­rej gło­śnik za­pro­sił uczest­ni­ków do sali. Obe­szła na­roż­nik i zo­ba­czyła obrońcę Le­ifa Ap­pe­lqvi­sta i jego klienta, Bo­jana Je­lica. Był chudy. Czarne włosy ze­brane miał w koń­ski ogon. W tym oto­cze­niu trudno było wy­obra­zić so­bie, że na­le­żał do gangu Mi­lo­rada Kral­je­vica. Pia i Leif przy­wi­tali się krót­kim ski­nie­niem głowy. Czę­sto spo­ty­kali się w są­dzie i w in­nych służ­bo­wych oko­licz­no­ściach. W zwy­kłej sy­tu­acji za­mie­ni­liby kilka zdań. Tu jed­nak for­malne ski­nie­nie głową było naj­lep­sze, aby oka­zać lo­jal­ność wo­bec klienta. Ap­pe­lqvist po­ło­żył dłoń na barku Bo­jana i szep­nął mu coś do ucha. Bo­jan spoj­rzał w stronę Pii. Zi­gno­ro­wała to i jesz­cze raz spraw­dziła, czy port­fel wciąż bez­piecz­nie leży w teczce. Gdy pod­nio­sła wzrok, Bo­jan stał przed drzwiami. Już na nią nie pa­trzył. Przy­glą­dał się ko­muś, kto znaj­do­wał się da­lej w ko­ry­ta­rzu. Ko­bieta z wło­sami ze­bra­nymi w wę­zeł po­zdro­wiła go dło­nią. Po­tem uśmiech­nęła się do Pii i wło­żyła ręce do kie­szeni swo­jego czar­nego płasz­cza.

13

Amanda i Crippe zmie­rzali do sta­rego miej­sca pracy Maj-Britt ?ker­lund, ad­mi­ni­stra­cji dziel­nicy Has­selby. Crippe pro­wa­dził, a Amanda sie­działa obok niego. Na tyl­nym sie­dze­niu za­cie­ka­wiony uczeń wyż­szej szkoły po­li­cji na­chy­lał się w ich stronę, żeby słu­chać, co mó­wią. Miał na imię Ben­ja­min, a Amanda i Crippe nie mieli do­tąd po­ję­cia, że bę­dzie im przez dwa dni to­wa­rzy­szył. To było ty­powe w tej pracy. In­for­ma­cje za­trzy­my­wały się u ja­kie­goś szefa, który my­ślał, że prze­ka­zał je da­lej do in­nego szefa, który od­de­le­go­wał ta­kie sprawy swo­jemu za­stępcy aku­rat prze­by­wa­ją­cemu na zwol­nie­niu le­kar­skim. Mu­siało się zda­rzyć coś w tym stylu, bo sze­fów w po­li­cji było tak wielu, że ani oni sami, ani nikt inny nie wie­dział, czym się zaj­mują. Poza dum­nym pre­zen­to­wa­niem zło­tych list­ków na pa­go­nach i ro­bie­niem waż­nych min na róż­nych ze­bra­niach. Amanda i Crippe przy­jęli jed­nak Ben­ja­mina z otwar­tymi ra­mio­nami, mimo że to wzmoc­nie­nie ich sił było nie­ocze­ki­wane. Amanda przy­nio­sła dla niego ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną i prze­no­śny ra­dio­te­le­fon, a jego oczy za­iskrzyły ze szczę­ścia. Jak u dziecka na wi­gi­lię.

- Zro­bisz próbę łącz­no­ści z cen­trum do­wo­dze­nia? - za­py­tała go Amanda przez ra­mię.

- Rany, a co się wtedy mówi? - Chło­pak wy­glą­dał nie­pew­nie.

- Tylko to, że je­dziemy i mogą nas ak­ty­wo­wać na wła­snym.

- Wła­snym? A co to?

- Tak to się na­zywa. Sa­mo­chody ob­ser­wa­cyjne za­wsze stoją na wła­snym, a ze­społy in­ter­wen­cyjne stoją wolne. Mogą zo­stać skie­ro­wane do wszel­kich nad­cho­dzą­cych we­zwań. Po­wiedz tylko, że na wła­snym, a oni zro­zu­mieją.

Amanda we­zwała cen­trum do­wo­dze­nia i dała mi­kro­fon Ben­ja­mi­nowi. On po­chy­lił się mocno, żeby wy­star­czyło ka­bla. Kilka se­kund póź­niej do­stali od­po­wiedź i młody na­ci­snął przy­cisk roz­mowy.

- Eee... halo. Tu ob­ser­wa­cja, która robi próbę łącz­no­ści. Eee... bę­dziemy stać na wła­snym.

- Po­wiedz "od­biór", kiedy skoń­czysz - pod­su­nęła Amanda.

Chło­pak znów na­ci­snął przy­cisk.

- Eee... od­biór.

- Dzień do­bry. Łącz­ność jest do­bra i ak­ty­wuję was na wła­snym. Od­biór.

- Bar­dzo dzię­kuję i... do wi­dze­nia.

- Bez od­bioru - po­pra­wiła go Amanda.

- Eee... bez od­bioru.

Ope­ra­tor w cen­trum za­śmiał się, po czym za­koń­czył:

- Bez od­bioru.

Ben­ja­min od­dał Aman­dzie mi­kro­fon. Po­liczki miał czer­wone jak bu­rak.

Aman­dzie zro­biło się go żal.

- Nie chcia­łam cię za­wsty­dzić. My­śla­łam, że wie­dzia­łeś, jak się używa ra­dia. Nie uczyli tego w szkole?

Chło­pak po­trzą­snął głową.

- Spoko. Wiem, że nie mówi się "do wi­dze­nia", ale by­łem strasz­nie spięty.

- Za­wsze mówi się "od­biór", kiedy się skoń­czy nada­wać, a "bez od­bioru", kiedy nie masz nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Cen­trala koń­czy "bez od­bioru".

- Już ni­gdy tego nie za­po­mnę.

Chło­pak wciąż sie­dział po­chy­lony do przodu. Chyba się nad czymś za­sta­na­wiał.

- Co te­raz bę­dzie z tymi dwiema ko­bie­tami? Czy są po­dej­rze­wane o po­peł­nie­nie mor­der­stwa, czy nie?

- W tej chwili tak - od­po­wie­dział Crippe i włą­czył prawy kie­run­kow­skaz, żeby zje­chać z ronda Rack­star. - Ale Nina prze­cież nie żyje, więc nie ma o czym mó­wić.

- My jed­nak uwa­żamy, że i Maj-Britt, i Nina zo­stały w ja­kiś spo­sób odu­rzone - do­dała Amanda.

- Tym nar­ko­ty­kiem ka­ni­bali?

- Tak po­dej­rze­wamy. Osta­teczne wy­niki ba­dań mogą w każ­dej chwili na­dejść. Może na­wet dziś.

- Ale czy ma­cie pew­ność, że odu­rzył je ktoś inny? Że to nie przy­pa­dek, że jed­no­cze­śnie zda­rzyły się dwa mor­der­stwa z tym sa­mym mo­dus ope­randi?

Mo­dus ope­randi. Cze­goś w tej w szkole po­li­cyj­nej jed­nak ich uczą.

Crippe zje­chał na lewy pas i wy­prze­dził kilka sa­mo­cho­dów na pro­stej przed ron­dem Berg­slag.

- Ja­sne, że ni­czego nie mo­żemy wy­klu­czyć, ale za dużo wska­zuje na in­nego sprawcę. A żeby jego lub ją od­szu­kać, mu­simy przede wszyst­kim zna­leźć mo­tyw, ale też spraw­dzić, czy Nina i Maj-Britt miały ze sobą coś wspól­nego.

Ben­ja­min kiw­nął głową i od­chy­lił się w tył na sie­dze­niu.

Amanda się za­sta­na­wiała. Nie zna­leźli żad­nego punktu wspól­nego mię­dzy ko­bie­tami. Nie znały się. Miesz­kały w in­nych miej­scach. Jedna była młoda, a druga na eme­ry­tu­rze. Nina pra­co­wała jako pla­styk w biu­rze re­klamy, a Maj-Britt w opiece spo­łecz­nej. Łą­czyło je tylko to, że były ko­bie­tami, miały ro­dzinę i upo­rząd­ko­wane ży­cie. Na ra­zie nie mieli też mo­tywu. Po­ja­wiła się rów­nież wąt­pli­wość, czy były ofia­rami mordu, czy też zo­stały wy­ko­rzy­stane jako na­rzę­dzie zbrodni. W ta­kim przy­padku ofia­rami by­liby sze­ścio­let­nia córka Niny i mąż Maj-Britt. Nie można było tego wy­klu­czyć, ale trudno było zna­leźć po­wód, dla któ­rego sze­ścio­latka mu­siała umrzeć. No i na ko­niec te po­dobne mor­der­stwa mo­gły być mimo wszystko tra­gicz­nym zbie­giem oko­licz­no­ści. Nie ist­niał ża­den ze­wnętrzny mor­derca.

W biu­rze ad­mi­ni­stra­cji dziel­nicy dawni ko­le­dzy Maj-Britt ?ker­lund byli prze­ra­żeni tym, co się stało. Nie­stety byli w sta­nie opo­wie­dzieć głów­nie o szcze­gó­łach jej po­że­gnal­nego obiadu z oka­zji przej­ścia na eme­ry­turę. Per­so­nel ją lu­bił i nie było żad­nego klienta, który uwziąłby się na nią bar­dziej niż na ko­go­kol­wiek z po­zo­sta­łych. Ukryta nie­na­wiść i cza­sami na­wet prze­moc na­le­żały do ich co­dzien­no­ści. A byli prze­cież pra­cow­ni­kami so­cjal­nymi, a ich za­da­niem było po­ma­ga­nie in­nym lu­dziom. W tej pracy trzeba się spo­dzie­wać róż­nych rze­czy. Amanda do­sko­nale wie­działa, o co cho­dzi. Groźby, drwiny i wy­zwi­ska zda­rzały się rów­nie czę­sto, jak po­wia­do­mie­nie o przy­cho­dzą­cej po­czcie. Trzeba było je ka­so­wać, za­nim skrzynka się wy­pełni, a po­tem pra­co­wać da­lej.

Po­li­cjanci po­że­gnali się i wró­cili na po­ste­ru­nek.

Gu­nilla H?kans­son we­zwała wszyst­kich na po­po­łu­dniowe do­dat­kowe ze­bra­nie, aby omó­wić pro­wa­dzone sprawy. Jak zwy­kle przy­go­to­wano kawę i cia­steczka. Pusz­czono w obieg ter­mos, a ktoś po­sta­wił na stole pu­dełko z her­bat­ni­kami. Ste­fan uło­żył przed sobą sto­sik z czte­rech, a w ustach już miał piąte.

Okruszki, które nie przy­kle­iły mu się do ką­ci­ków ust, spa­dały na stół. Amanda otwo­rzyła kar­to­nik z mle­kiem do kawy i ści­snęła go. Mleko try­snęło na wszyst­kie strony, nie tra­fia­jąc jed­nak do kubka.

- Cho­lera! - Wy­szła do kuchni po szmatę. Wy­tarła stół, usu­wa­jąc jed­no­cze­śnie okruszki Ste­fana.

Gu­nilla otwo­rzyła ze­bra­nie:

- Okej, z tego, co zro­zu­mia­łam, na­sze prze­słu­cha­nia nie wnio­sły wiele no­wego. Wciąż nie mamy mo­tywu ani po­wią­zań mię­dzy ofia­rami. - Wes­tchnęła gło­śno. - Me­dia sza­leją i za­sta­na­wiają się, co się dzieje. Tak czy ina­czej, po­nie­waż ze­spół roz­pra­co­wuje Kral­je­vica, sprawa leży w cen­tral­nej pro­ku­ra­tu­rze. A te­raz naj­wy­raź­niej prze­jęła ją za­stęp­czyni kie­row­nika.

Ste­fan pró­bo­wał za­gwiz­dać, ale za­brzmiało to ra­czej tak, jak na­dmu­chi­wał ba­lon. Okruszki her­bat­nika wy­strze­liły z jego ust jak fon­tanna.

- Pia Blom­berg, była żona mał­po­jebcy. Bę­dzie cie­ka­wie. - Lasse spoj­rzał na Amandę.

Przez salę prze­szedł po­mruk.

Ben­ja­min sie­dział w mil­cze­niu, z pół­otwar­tymi ustami. Gu­nilla od­chrząk­nęła:

- No tak, nie ma w tym nic złego, ale moim zda­niem to tro­chę dziwne, że wy­brała sprawę, którą ty pro­wa­dzisz.

Spoj­rzała na Amandę w spo­sób su­ge­ru­jący, że chciała usły­szeć jej zda­nie.

- Jest prze­cież pro­fe­sjo­na­listką i po­trafi od­dzie­lić pracę od ży­cia pry­wat­nego.

Lasse par­sk­nął.

- Kto jest gliną, za­wsze jest gliną. Nie ma zna­cze­nia, czy ktoś jest wolny, czy nie.

Amanda zi­gno­ro­wała go.

- Ja w każ­dym ra­zie cie­szę się, że będę z nią współ­pra­co­wać.

- Co za bzdury! - Lasse bęb­nił dłu­go­pi­sem o stół.

- Zga­dzam się. - Ste­fan prze­łknął ostat­nie ciastko. - Ten cho­lerny Ara­bus nam grozi, a na­wet nie tylko nam, ale też na­szym ro­dzi­nom. Nie mo­żemy już spo­koj­nie wy­cho­dzić do mia­sta. Bo­imy się zo­sta­wiać dzieci w przed­szkolu. I...

- A co to ma z tym wspól­nego? - żach­nęła się Gu­nilla. - Po­stę­pu­jemy z groź­bami wo­bec was tak samo jak za­wsze. I ow­szem, to smutne, że to się dzieje, ale to nie wina Amandy. Te­raz skupmy się na do­cho­dze­niu.

- W każ­dym ra­zie uwa­żam, że wy­daje się pro­fe­sjo­nalna. - Amanda za­cho­wała spo­kój.

Lasse wstał i bez słowa opu­ścił salę.

Ste­fan spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał zro­bić to samo. Na stole wciąż jed­nak le­żały ciastka. Wy­cią­gnął rękę do pu­dełka.

- Mam coś cie­ka­wego - prze­rwała Sara ci­szę. - We­dług per­so­nelu ho­telu w Gävle, Jo­han Lil­je­dahl nie spał tam w noc mor­der­stwa, jak twier­dził.

Obecni unie­śli brwi.

Sara od­cze­kała, aż wszy­scy oswoją się z tą in­for­ma­cją.

- Miał po­kój, ale we­dług re­cep­cjo­ni­sty wy­szedł około ósmej i wró­cił do­piero rano.

- Ile czasu zaj­muje prze­jazd ze Sztok­holmu do Gävle? Pew­nie dwie go­dziny. - Gu­nilla od­po­wie­działa na wła­sne py­ta­nie. - W ta­kim ra­zie mógł zdą­żyć po­je­chać do domu, odu­rzyć żonę i spo­wo­do­wać za­bi­cie córki. Ale to, że pra­gnął dla niej ta­kiej śmierci, brzmi ra­czej mało praw­do­po­dob­nie. I jaki miałby mieć mo­tyw?

Amanda po­trzą­snęła głową.

- To nie on. Je­stem pewna, że ist­nieje wy­ja­śnie­nie, ale oczy­wi­ście mu­simy z nim o tym po­roz­ma­wiać.

- Ale dla­czego kła­mał? - spy­tała Sara.

- No prze­cież był na kon­fe­ren­cji - od­po­wie­działa Amanda, od­wra­ca­jąc się w stronę Ste­fana. - A wszy­scy wie­dzą, co fa­ceci ro­bią na kon­fe­ren­cjach.

- No kurde, to nie tylko my, męż­czyźni...

- Spoko. Żar­to­wa­łam. Ko­biety też to ro­bią. Ale w tym przy­padku uwa­żam, że Jo­han po­wi­nien nam sporo wy­ja­śnić.

Amanda uwiel­biała draż­nić Ste­fana. A on za­wsze da­wał się na­brać.

Spo­tka­nie trwało da­lej. Ma­thilda do­stała osta­teczną ana­lizę nar­ko­tyku, który przy­jęła Maj-Britt ?ker­lund. Po­dej­rze­nia się po­twier­dziły. Było to było MDPV. Poza tym próbki wy­ka­zały krót­ko­trwałe sto­so­wa­nie kor­ty­zonu, co sta­no­wiło ko­lejną oko­licz­ność prze­ma­wia­jącą za teo­rią, że ist­nieje po­wią­za­nie mię­dzy tymi spra­wami i że obie ko­biety zo­stały odu­rzone przez tę samą osobę. Ko­goś, kto znał sku­tek zmie­sza­nia tych sub­stan­cji. Py­ta­nie, w jaki spo­sób sprawca zna­lazł tę kom­bi­na­cję. Czy miał wy­kształ­ce­nie me­dyczne? Jo­han Lil­je­dahl był sprze­dawcą w fir­mie far­ma­ceu­tycz­nej. Czy miał od­po­wied­nie kom­pe­ten­cje? Być może. Ale jaki był mo­tyw? I ja­kie miał po­wią­za­nia z Maj-Britt?

Kiedy pod­su­mo­wy­wali spo­tka­nie, w fu­trynę za­stu­kał Fre­drik z nar­ko­ty­ko­wego, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę. Miał na so­bie luźne spodnie i brudną ko­szulkę, był blady i miał ciemne wory pod oczami.

Do­sko­nale wta­piał się w spo­łecz­ność ulicz­nych ćpu­nów.

- Zgar­nę­li­śmy ko­le­sia, który stał na ulicy i wrzesz­czał sam do sie­bie. - Fre­drik uśmiech­nął się le­ciutko. - Na­pa­dał na lu­dzi i prze­ra­żał ich na śmierć.

- Okej? - za­re­ago­wała Gu­nilla py­ta­ją­cym to­nem.

- To praw­do­po­dob­nie ten nar­ko­tyk ka­ni­bali. Po­my­śla­łem, że bę­dzie­cie chcieli rzu­cić na to okiem.

Amanda już ru­szyła z miej­sca.

Męż­czy­zna w wieku dwu­dzie­stu je­den lat stał po­środku celi i wal­czył rę­kami w po­wie­trzu z ludźmi i przed­mio­tami, które praw­do­po­dob­nie po­ja­wiały mu się przed oczami. Przy­po­mi­nało to ta­niec ofiarny wo­kół ogni­ska. Jego zmierz­wione włosy opa­dały mu na twarz. Amanda, Crippe i Ben­ja­min prze­py­chali się, żeby po­pa­trzeć w okienko.

- Chcesz wejść pierw­szy? - spy­tała Amanda chło­paka.

- Zwa­rio­wa­łaś chyba!

- Może ma porę kar­mie­nia - za­su­ge­ro­wał Crippe.

Ben­ja­min cof­nął się o kilka kro­ków i zmie­nił te­mat:

- Czy wszyst­kie wa­sze spo­tka­nia wy­glą­dają tak samo?

- Więk­szość - po­twier­dziła Amanda.

- Ale o co cho­dziło, ten Lasse wy­da­wał się strasz­nie wku­rzony?

- To długa hi­sto­ria.

- To ją skróć.

Amanda spoj­rzała na Ben­ja­mina, żeby oce­nić, ile mogą znieść jego nie­winne uszy. A co mi tam!

- Kilka lat temu zde­ma­sko­wa­łam ko­mi­sa­rza ma­ją­cego na swoim kon­cie kilka prze­stępstw sek­su­al­nych i bę­dą­cego mę­żem wła­śnie tej pro­ku­ra­torki, która wzięła to do­cho­dze­nie, Pii Blom­berg. Można po­wie­dzieć, że w tym sa­mym cza­sie za­strze­li­łam też ban­dziora z na­padu na trans­port pie­nię­dzy, a Lasse i Ste­fan są prze­ko­nani, że by­łam w związku z jed­nym z po­zo­sta­łych.

- Masz na my­śli, że by­li­ście ra­zem? - spy­tał Ben­ja­min, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

- Tak, oni tak so­bie wy­obra­żają.

Przez chwilę pa­no­wała ci­sza. Po­tem młody wy­du­sił z sie­bie:

- Ale Lasse jest prze­cież ra­si­stą.

- Sporo można po­wie­dzieć o Las­sem, ale nic nie wiem o tym, żeby był ra­si­stą.

- No ale na­zwał ko­goś mał­po­jebcą.

Amanda nie mo­gła po­wstrzy­mać się od śmie­chu. Crippe bar­dzo się sta­rał, ale i tak cały się trząsł.

Ben­ja­min spra­wiał wra­że­nie zdez­o­rien­to­wa­nego.

- Prze­cież nie można tak mó­wić, prawda?

Amanda opa­no­wała się, żeby móc mu od­po­wie­dzieć.

- Lasse na­zwał mał­po­jebcą by­łego męża Pii, tego ko­mi­sa­rza. Ale miał do­kład­nie to na my­śli, mał­po­jebcę.

- Nic nie ro­zu­miem.

Amanda przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy ma mu to po­wie­dzieć wprost.

- Okej, cho­dzi o zoo­fi­lię. Ku­masz?

Z twa­rzy Ben­ja­mina nie zni­kał wy­raz za­sko­cze­nia.

- Lubi ru­chać małpy.

Amanda od­wró­ciła się i znów spoj­rzała na fa­ceta w celi. Te­raz cho­dził na czwo­ra­kach. Pod­niósł nogę jak pies ob­si­ku­jący słup. Od­sło­nił zęby i dzią­sła. Chyba też war­czał. Amanda przy­ło­żyła ucho do drzwi. Słu­chała.

- Sły­szy­cie?

Crippe pod­szedł bli­żej i zaj­rzał do środka.

- To jest cał­kiem po­pa­prane.

- Mu­simy spraw­dzić, czy też ma pod­wyż­szony po­ziom kor­ty­zolu - po­wie­działa Amanda.

- Być może. Ale ten pew­nie jest zwy­kłym ćpu­nem.

- Do­kład­nie. A więc je­śli ma kor­ty­zol w nor­mie, tym bar­dziej prze­ma­wia to za tym, że Nina i Maj-Britt zo­stały odu­rzone.

Ben­ja­min rów­nież mógł ostatni raz rzu­cić okiem na aresz­tanta. Cof­nął się, gdy fa­cet dał głos. Dwa ostre szczek­nię­cia.

Amanda od­da­łaby wszystko, żeby się do­wie­dzieć, co działo się w gło­wie tego męż­czy­zny. Czy to jest jak odu­rze­nie al­ko­ho­lem? Czy był głodny? Tak głodny, że mógłby zjeść in­nego czło­wieka?

Je­śli chciała to wie­dzieć, mo­gła zro­bić tylko jedno. I tego chciała. Za­mie­rzała spró­bo­wać. Nar­ko­tyku ka­ni­bali.

14

Ad­nan przez pół go­dziny jeź­dził mię­dzy be­to­no­wymi do­mami. W sa­mo­cho­dzie Ha­jira i z kap­tu­rem na gło­wie nikt nie mógł go roz­po­znać, cho­ciaż był w dziel­nicy Ten­sta. Za­uwa­żył, że przy me­trze stoi Shar­ma­arke. Był rów­nie chudy jak za­wsze. Czy wciąż sprze­da­wał skra­dzione rze­czy? Koło budki z gril­lem tkwiło dwóch kum­pli jego młod­szego brata. Jak oni się na­zy­wali? Ali i Ibbe? Po­sze­rzyli się w ba­rach. To już nie gów­nia­rze.

Prze­je­chał ostatni raz koło domu i spoj­rzał w okna, w któ­rych wi­siały ozdobne za­słony. Ad­nan ni­gdy ich nie lu­bił. Jego zda­niem były zbyt fry­mu­śne. Te­raz jed­nak za­tę­sk­nił za wi­do­kiem matki, która wie­szała je i prze­su­wała o kilka cen­ty­me­trów w lewo i w prawo, żeby wy­glą­dały ide­al­nie. Chciał znów zo­ba­czyć, jak od­ku­rza mar­mu­rowe fi­gurki w miesz­ka­niu i trze­pie grube dy­wany na po­dwó­rzu. Ależ za nią tę­sk­nił! Jej już jed­nak nie było.

Co on tu wła­ści­wie ro­bił? Miał na­dzieję, że zo­ba­czy ojca? Tatę Hos­se­ina. Że wyj­rzy zza za­słon, kiedy Ad­nan bę­dzie prze­jeż­dżał obok. Za­uważy go i po­śle mu uśmiech. Zi­gno­ruje wszyst­kie plotki o swoim naj­star­szym synu i po­wita go z otwar­tymi ra­mio­nami.

Ad­nan od­je­chał stam­tąd, czu­jąc cię­żar w żo­łądku. Jakby ktoś go po­strze­lił w brzuch. Ból. Kto się te­raz zaj­muje oj­cem? Kto po­wie­sił za­słony?

Za­par­ko­wał na ulicy nie­da­leko domu Ha­jira. Wy­siadł i wci­snął przy­cisk na pi­lo­cie. Ha­jir ku­pił so­bie par­te­rową willę w Sp?nga i przy­sto­so­wał ją do po­trzeb osób z nie­peł­no­spraw­no­ściami. Rampa do drzwi wej­ścio­wych, ni­skie blaty w kuchni, po­ręcz przy se­de­sie. Wy­glą­dało to jak dom star­ców. Ale Ad­nan cie­szył się tym, jak po­to­czyło się ży­cie Ha­jira. Wszystko tak do­brze się skoń­czyło. Miał ko­cha­jącą żonę. Małe dzieci. Do­brze funk­cjo­nu­jącą firmę. Ha­jir miał wszystko. I to bar­dzo miło z jego strony, że po­zwo­lił Ad­na­nowi u sie­bie miesz­kać, ale Ad­nan mu­siał szybko zna­leźć wła­sne miej­sce. Nie chciał nad­uży­wać uprzej­mo­ści. Ro­zu­miał, że gość to dla Isa­belli cię­żar. Gość, któ­rego gliny zlo­ka­li­zo­wały już po pierw­szej nocy. Co kwa­drans obok domu prze­jeż­dżały nie­bie­sko-białe vo­lva. Pa­sa­że­ro­wie pa­trzyli na nich z nie­na­wi­ścią. Włą­czali nie­bie­skie świa­tła, żeby ich zde­ner­wo­wać. Nie da­wali za­po­mnieć o swoim ist­nie­niu. Skąd wie­dzieli? Ad­nan sta­rał się jed­nak tro­chę po­ma­gać w domu. Zo­stał z dziećmi, kiedy Ha­jir chciał za­pro­sić Isa­bellę na jej uro­dzi­nową ko­la­cję.

Silne ra­mię ob­jęło tu­łów Ad­nana. Coś zim­nego do­tknęło jego gar­dła. Nóż? Wszystko od­było się tak szybko, że nie zdą­żył za­re­ago­wać. Czło­wiek, który za­kradł się do niego za jego ple­cami, wie­dział, co robi. Zmu­sił Ad­nana do po­chy­le­nia się do tyłu. Przy­ci­snął głowę do jego ło­patki, żeby nie było szans ude­rzyć go czaszką. Ostra klinga na­cięła skórę na szyi.

Ode­zwał się chra­pliwy głos:

- Dzi­wię się, że od­wa­ży­łeś się wró­cić! Na pewno ro­zu­miesz, że tę­sk­ni­łem za tym dniem!

Nóż wbił się głę­biej, ale ad­re­na­lina uśmie­rzyła ból. Naj­mniej­szy ruch, a tęt­nica szyjna Ad­nana się otwo­rzy.

Głos mó­wił da­lej:

- Ty mały kur­wiu! Za kogo ty mnie masz? Co?

Ad­nan od­szu­kał ręką twarz sto­ją­cego za nim nie­za­do­wo­lo­nego męż­czy­zny. Zro­zu­miał: Sa­cha.

- Nie wzią­łem ich. - Ad­nan spró­bo­wał na­wią­zać roz­mowę.

- Co ta­kiego?

- Szmalu. Nie wzią­łem szmalu.

Tylko mi­li­metr dzie­lił go od śmierci.

- Przy­się­gam.

- Ga­daj!

- Gli­nia­rze go za­brali. Przy­się­gam.

- Nie­zła próba.

Ostrze ra­niło cienką skórę.

- Przy­się­gam! - krzyk­nął Ad­nan de­spe­racko.

Uścisk ze­lżał i Ad­nan prze­wró­cił się na as­falt. Bo­lały go plecy, ale naj­bar­dziej nie­po­koił się o szyję. Do­tknął jej ręką. Po­ma­cał. Czy wciąż jest cała? Jego palce za­bar­wiły się na czer­wono, ale krwi było za mało, by gro­ziło to śmier­cią. Po­czuł ulgę.

- Wiesz, że ni­gdy bym nie dał ciała!

- Tak my­śla­łem. - Sa­cha ba­wił się no­żem. - Za­ła­twi­łeś gli­nia­rza. Wszystko spier­do­li­łeś! Ro­zu­miesz, w ja­kie gówno mnie wpę­dzi­łeś?

- Spa­pra­li­śmy sprawę. - Ad­nan z tru­dem chwy­tał po­wie­trze. - Ale to gli­nia­rze wzięli kasę. Ina­czej do­stał­byś swoją działkę. Prze­cież wiesz.

- Wciąż do­stanę swoją działkę i gówno mnie ob­cho­dzi, jak to za­ła­twisz. Cze­ka­łem po­nad trzy pie­przone lata, a gli­nia­rze mó­wią co in­nego. Po co mie­liby ukry­wać, że zna­leźli łup?

- Też się nad tym za­sta­na­wia­łem.

- To ty ostatni mia­łeś szmal. To te­raz mu­sisz go zna­leźć.

Sa­cha skrzy­wił się, od­wró­cił na pię­cie i od­szedł do swo­jego czar­nego mer­ce­desa. Wsiadł i od­je­chał, nie mó­wiąc wię­cej ani słowa. Nie dał Ad­na­nowi ter­minu. Nic. Czy w ogóle mu uwie­rzył? Pew­nie tak. Ina­czej le­żałby już bez ru­chu w ka­łuży roz­le­wa­ją­cej się na wszyst­kie strony krwi. Prze­cią­gnął pal­cami po gar­dle i nie­zdar­nie wstał. Po­kuś­ty­kał w stronę domu i rampy. Plecy miał wy­krzy­wione.

Za­mie­rzał prze­kraść się do piw­nicy, gdzie miał swój po­kój, ale Isa­bella po­wi­tała go w ko­ry­ta­rzu.

- Co się stało?

Kuś­ty­kał da­lej. Lę­dź­wie strasz­nie go bo­lały.

- Nic.

- Jest tu ktoś, kto chce się z tobą zo­ba­czyć.

Ad­nan za­uwa­żył ja­kąś po­stać za go­spo­dy­nią. Z się­ga­ją­cymi do ra­mion ciem­nymi wło­sami. Spró­bo­wał wy­pro­sto­wać plecy, żeby wi­dzieć le­piej.

- Aj!

Po­de­szła ko­bieta. Sa­brine. Sio­stra Diara.

- Chodź, po­łóż się tu, na ka­na­pie.

Oto­czyła Ad­nana ra­mie­niem i uło­żyła go na boku z po­duszką pod głową. Za­klął gło­śno z bólu.

- Krwa­wisz.

- E to nic ta­kiego. Gdzie jest Ha­jir?

- Kła­dzie dzieci - po­in­for­mo­wała Isa­bella.

Sa­brine usia­dła obok Ad­nana i po­gła­skała dło­nią miej­sce, gdzie coś mu prze­sko­czyło w ple­cach. Ad­nan jęk­nął i nieco się od­prę­żył. Znał ją od wie­ków. Jako upier­dliwą sio­strę Diara, kiedy byli mali. Jako upier­dliwą dziew­czynę, kiedy byli na­sto­lat­kami. Jako fajną sio­strę Diara, gdy byli już nieco starsi. Ni­gdy nie wy­lą­do­wali ze sobą w łóżku. Cho­ciaż kilka razy było bli­sko. Ad­nan nie chciał kon­fliktu z Dia­rem. Wie­dział, że za­wiódłby Sa­brine. Oczy­wi­ście nie w kwe­stii seksu! Za­wiódłby jej ocze­ki­wa­nia co do ciągu dal­szego.

Wciąż le­żał w tej sa­mej po­zy­cji, kiedy do sa­lonu wto­czył się Ha­jir.

- Opo­wia­daj.

Go­spo­darz skon­cen­tro­wał się na pi­lo­cie i zmie­niał ka­nały w te­le­wi­zo­rze, który był cień­szy niż iPhone Ad­nana, ku­piony za wy­płatę za ro­botę w Ska­nii.

Ad­nan mó­wił, a Ha­jir ki­wał głową, śle­dząc wzro­kiem czer­wo­nych gra­czy Li­ver­po­olu i nie­bie­skich z Chel­sea. W prze­rwie me­czu wy­po­wie­dział swoje zda­nie:

- Sa­cha i Mi­ran my­ślą, że ich zdra­dzi­łeś. Też bym tak za­ło­żył na ich miej­scu. Mi­ra­nem nie trzeba się przej­mo­wać. Jest za słaby. Ale le­piej mieć go po swo­jej stro­nie. Mu­sisz zro­bić pierw­szy krok, skon­tak­to­wać się z nim i wszystko wy­ja­śnić.

- A Sa­cha?

- Mu­sisz za­pła­cić. Ty od­po­wia­dasz za to, że kasa znik­nęła.

- W ży­ciu! To gli­nia­rze wszystko zgar­nęli! Ro­bią to, żeby wy­wo­łać za­mie­sza­nie! Wie­dzą, że swoi mnie za­ła­twią! To prze­cież pięć mi­lio­nów. Ku­masz?

Ha­jir wzru­szył ra­mio­nami.

- Masz wielu wro­gów. A jaki masz plan?

- Za chuja nie wiem.

- Mamy chipsy?

Mi­nęła chwila, za­nim Ad­nan zro­zu­miał, że jego przy­ja­ciel mówi do Isa­belli. Go­spo­dyni po­szła do kuchni i przy­nio­sła co trzeba. Sa­brine wciąż ugnia­tała grzbiet Ad­nana, a jemu udało się po­ło­żyć na brzu­chu. Dziew­czyna sie­działa okra­kiem na jego no­gach. Ma­so­wała jego barki, kark, ty­łek. Prze­su­nęła się w dół, żeby do­trzeć do ud.

- Ćwi­czy­łeś tro­chę.

Mó­wiąc to, po­chy­liła się nad nim. Jej włosy po­ła­sko­tały go w po­li­czek. Iry­tu­jące jak mu­cha.

- No troszkę. Ale to nie tam mnie boli.

- Wy­lu­zuj, prze­cież cię nie zgwałcę.

- Sorry, po pro­stu strasz­nie mnie boli.

Po­czuł się nie­zręcz­nie. Dziew­czyna przy­szła tu dla niego. Przy­nio­sła mu ubra­nia, które za­cho­wała po opróż­nie­niu miesz­ka­nia Diara.

Ad­nan miesz­kał tam przez ja­kiś czas przed na­pa­dem. Za­nim się prze­pro­wa­dził. Sa­brine była miła. I była sio­strą Diara. Do tego cał­kiem ładną. A te­raz ma­so­wała mu plecy.

Isa­bella wró­ciła z chip­sami w dwóch mi­secz­kach. Jedną dała Ha­ji­rowi, a drugą po­sta­wiła na szkla­nym stole przed Ad­na­nem. Wziął garść, cho­ciaż nie miał szcze­gól­nej ochoty. Ręka Ha­jira się­gała na zmianę od mi­seczki do ust i z po­wro­tem.

- Do­sta­łem dziś pi­smo od po­li­cji. We­zwali mnie na prze­słu­cha­nie w związku z tym, że je­cha­łeś moim sa­mo­cho­dem. Nie pa­mię­tam, jak się to na­zy­wało, po­zwo­le­nie na nie­le­galną jazdę czy coś w tym ro­dzaju.

Ad­nan prze­łknął ślinę.

- Żar­tu­jesz.

- A wy­glą­dam, jak­bym żar­to­wał?

- Co, do chuja! Nie mogą ci prze­cież nic za to zro­bić?

- Naj­wy­raź­niej mogą.

KURWA! To przez tę lesbę w sze­ro­kim roz­kroku. Za­da­wała mnó­stwo py­tań o to, ile prze­je­chał. Jak czę­sto po­ży­czał sa­mo­chód. Ad­nan na­wet nie po­my­ślał o tym, że gli­nia­rze mo­gliby do­brać się do ko­go­kol­wiek in­nego poza nim. Ha­jir, który wszystko za­ła­twił, który za­wsze po­ma­gał. Gliny były jak wrzód na du­pie. Ni­gdy się nie pod­da­wały.

- Mu­sisz za­pła­cić moje man­daty - po­wie­dział Ha­jir.

Dys­ku­sja się za­koń­czyła. Pił­ka­rze znów wy­bie­gli na bo­isko. Go­nili za piłką, ubrani w czer­wone i nie­bie­skie stroje. Kiedy Ha­jir za­in­te­re­so­wał się fut­bo­lem? Kiedy byli mali, gry­wał tylko Ad­nan. Ha­jir przy­tu­lał ko­lesi na ma­cie do za­pa­sów. Stop­niowo prze­szedł na wa­le­nie ich po mor­dach. Taj­ski boks i MMA. To wła­śnie dzięki temu Ad­nan za­ło­żył rę­ka­wice. I wtedy zo­stał ura­to­wany. Nie ma lep­szego tre­ningu. Kon­dy­cja, siła, wy­bu­cho­wość. Po­czu­cie wspól­noty z in­nymi fa­ce­tami na ringu. Po­czu­cie przy­na­leż­no­ści.

Przy­naj­mniej w Malmö nie wszystko się po­pie­przyło. Ad­nan słusz­nie po­stą­pił, ścią­ga­jąc na sie­bie uwagę po­li­cji przez gwał­towne za­wró­ce­nie. Sebbe mógł dzięki temu po­je­chać da­lej i zo­sta­wić furę na par­kingu obok ja­kie­goś ba­senu, gdzie Nie­miec za­brał go w dal­szą drogę. Vo­lvo zo­stało już sprze­dane gdzieś w Eu­ro­pie, za­nim ro­dzina w Lom­mie otwo­rzyła oczy w swo­ich łóż­kach marki Carpe Diem.

- Mu­sisz za­przy­jaź­nić się z wro­giem.

Wy­da­wało się, że Ha­jir mówi do gra­czy na ekra­nie.

- To było do mnie?

Ad­nan spoj­rzał na pro­fil przy­ja­ciela. Naj­wyż­szy czas, żeby przy­strzygł brodę.

- To okle­pane po­wie­dzonko, ale jedno z naj­bar­dziej praw­dzi­wych. Mu­sisz za­przy­jaź­nić się z wro­giem.

Broda ru­szała się, kiedy mó­wił.

- Wy­ja­śnisz?

- Wciąż je­steś też wi­nien kupę kasy Kraj­le­vi­cowi. To pilna sprawa. Nie mo­żesz so­bie cho­dzić po mie­ście i cze­kać, aż on cię znaj­dzie. Mu­sisz się do niego zgło­sić.

Ad­nan le­żał w mil­cze­niu, za­sta­na­wia­jąc się, co Ha­jir miał na my­śli. Miałby się wła­mać do Kral­je­vica? Ni­gdy w ży­ciu!

Broda Ha­jira znów się po­ru­szyła.

- Se­ba­stian sprze­daje jego to­war. Wie­dzia­łeś o tym?

Ad­nan już miał usiąść na ka­na­pie, ale unie­moż­li­wiło mu to szarp­nię­cie w lę­dź­wiach. Za­klął gło­śno i z po­wro­tem się po­ło­żył. Dło­nie Sa­brine na prze­mian ugnia­tamy go i gła­skały.

- Nie, ostat­nio wiele nie roz­ma­wia­li­śmy.

Przed oczami Ad­nana znów sta­nął za­krwa­wiony Grek. Jego zła­many nos. Wrzesz­cząca sio­stra Seb­bego.

- Nie masz nic prze­ciwko temu?

- O ile do­brze wy­ko­nuje swoją ro­botę. Ko­leś jest lo­jalny. Mo­żesz go wy­ko­rzy­stać jako wej­ście.

- Mi­lo­rad prę­dzej urżnie mi jajca, niż za­trudni.

Ha­jir wzru­szył ra­mio­nami.

- To tylko taki po­mysł. Czy on musi w ogóle wie­dzieć, kim je­steś? Po­móż parę razy Se­ba­stia­nowi i zrób to bar­dzo do­brze. Pnij się w górę, aż sta­niesz się nie­za­stą­piony.

A może le­piej po­je­chać w góry i po­wspi­nać się bez ase­ku­ra­cji? Szanse na prze­ży­cie były rów­nie duże.

- Ale nie mo­żesz tu już dłu­żej miesz­kać. Sam ro­zu­miesz...

Ton Ha­jira zdra­dzał, że wszystko to było już po­sta­no­wione. Że jego po­mysł był dla Ad­nana je­dy­nym wyj­ściem.

- Je­śli chcesz, mo­żesz za­miesz­kać u mnie. Mam dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w Hal­lon­ber­gen.

Sa­brine na chwilę prze­stała go ugnia­tać.

- Za­je­bi­ście - po­wie­dział Ha­jir.

- No to tak zro­bimy.

Umowa najmu Ad­nana zo­stała roz­wią­zana bez wy­po­wie­dze­nia. Jaki miał wy­bór? Sa­brine przy­jęła go z otwar­tymi ra­mio­nami. Po­zo­sta­wało po­dzię­ko­wać i przy­jąć ofertę.

15

Nie ma za co. Zda­rzają się gor­sze rze­czy.

Pia nie mo­gła prze­stać ana­li­zo­wać tego, co po­wie­działa ko­bieta w czar­nym płasz­czu, gdy od­da­wała jej port­fel. "Zda­rzają się gor­sze rze­czy". Czy Pia w ogóle go zgu­biła? To nie przy­tra­fiło się jej ni­gdy wcze­śniej. Czy to przy­pa­dek, że ta sama ko­bieta po­ja­wiła się na jej spra­wie? Że znała Bo­jana Je­lica?

Wrzu­ciła kilka po­mi­do­rów do pla­sti­ko­wej to­rebki i wło­żyła ją do wózka. Po­szła da­lej wzdłuż sto­iska z wa­rzy­wami.

- Jedź znów zyg­za­kiem.

Ger­trud stała na ra­mie wózka, trzy­ma­jąc się mocno kra­wę­dzi. Była pełna ocze­ki­wa­nia.

Pia skrę­ciła gwał­tow­nie i skie­ro­wała się w stronę gar­mażu.

- Jesz­cze! Moja mama też tak za­wija.

- Nie, już wy­star­czy. Są tu inni lu­dzie, któ­rzy ro­bią za­kupy, ro­zu­miesz.

Ger­trud wy­sta­wiła dolną wargę i po­bie­gła do taty. Wsko­czyła na wó­zek obok Hjal­mara. Jej brat za­wył i pró­bo­wał ją ze­pchnąć. Na ko­niec Björn pod­niósł dziew­czynkę i usa­dził we­wnątrz wózka mię­dzy za­ku­pami. Skrę­cał i za­wra­cał, a dzieci pisz­czały za­chwy­cone. Pia wes­tchnęła. Zwró­ciła uwagę, że rę­kawy kurtki Björna zro­biły się nieco za krót­kie. Skur­czyły się w pra­niu? Tak czy ina­czej wy­glą­dał sta­ro­świecko.

Spraw­dziła li­stę za­ku­pów i do­go­niła go.

- Wzią­łeś im­bir?

- Co?

- Im­bir! - pod­nio­sła głos.

Björn kiw­nął głową.

- Te­raz mu­si­cie się uspo­koić i zejść z wózka. - Pia po­słała dzie­ciom zde­cy­do­wane spoj­rze­nie i od­wró­ciła się w stronę Björna. - Inni lu­dzie też chcą ro­bić za­kupy. Po­wiedz im.

Björn spró­bo­wał.

- Zro­bimy tak, jak mówi Pia. Po­wy­głu­piamy się gdzie in­dziej. Nie w skle­pie.

- To prze­cież tro­chę wstyd, kiedy tak się za­cho­wują.

Pia ro­zej­rzała się do­okoła, szu­ka­jąc kar­cą­cych spoj­rzeń. Ja­kaś ko­bieta trzy­ma­jąca dziecko na rę­kach uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem. Po­zo­stali wy­da­wali się za­jęci wła­snymi za­ku­pami. Pia znów spraw­dziła li­stę. Mango, awo­kado i ko­len­dra.

"Nie ma za co. Zda­rzają się gor­sze rze­czy".

Była pewna, że wło­żyła wtedy port­fel do teczki. A może z roz­tar­gnie­nia wsu­nęła go do kie­szeni?

Wzięła dwa mango, były w pro­mo­cji dwa za dzie­sięć ko­ron. Sia­teczkę awo­kado i do­niczkę ko­len­dry.

Była to ukryta groźba. To je­dyne wy­ja­śnie­nie. Ta ko­bieta ją śle­dziła. Jak długo?

Orzeszki ca­shew, ro­dzynki, chleb.

Kim ona jest? Wy­glą­dała na młodą, nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. I znała Bo­jana Je­lica, jed­nego z lu­dzi Mi­lo­rada Kral­je­vica.

Pia po­czuła w brzu­chu nie­przy­jemny ucisk. Po­de­szła do sto­iska z chle­bem i spraw­dziła datę wy­pieku kilku ro­dza­jów. Po­czy­tała, ile za­wie­rają wę­glo­wo­da­nów, w tym cu­krów. Aby wy­brała chleb, cu­krów mu­siało być mniej niż pięć gra­mów na sto.

Bo­jan Je­lic zo­stał zwol­niony. Wciąż był po­dej­rze­wany o prze­stęp­stwo nar­ko­ty­kowe, ale nie było pew­no­ści, czy to się utrzyma, bo Bo­jan twier­dził, że nie miał po­ję­cia o obec­no­ści to­waru w sa­mo­cho­dzie. Wy­po­ży­czył go. A wła­ści­ciel, nie­jaki Mi­kael Pet­ters­son, był wła­ści­cie­lem stu sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech po­jaz­dów za­re­je­stro­wa­nych na jego na­zwi­sko. Z Ru­munką też da­leko nie za­szli, bo prze­stała współ­pra­co­wać. Bo­jan Je­lic mógł po pro­stu po roz­pra­wie wyjść so­bie na Sche­ele­ga­tan - pod ra­mię z ko­bietą w czar­nym płasz­czu. Kto to jest? Czy na­leży do or­ga­ni­za­cji?

"Nie ma za co. Zda­rzają się gor­sze rze­czy".

- Ja pa­nią prze­pra­szam, ale pani nie może po­zwa­lać swoim dzie­ciom tak tu­taj bie­gać - skar­ciła ją pra­cow­nica sklepu w czer­wo­nym far­tu­chu.

Pia wró­ciła my­ślami do sklepu. Usły­szała sza­lone wrza­ski i zo­ba­czyła, jak Hjal­mar i Ger­trud ga­niają się przy na­biale. Björna nie było wi­dać. Prze­cież to nie moje dzieci!

- Ra­cja, ra­cja, po­wiem im - zgo­dziła się Pia.

Czer­wony far­tuch od­szedł, po­trzą­sa­jąc głową, by wy­ra­zić swoje nie­za­do­wo­le­nie.

To nie moje dzieci!

Co za pa­skudne bab­sko!

16

Ró­żowy drew­niany dom ro­dziny Lil­je­dahl był sie­lan­kowo po­ło­żony po­śród in­nych sta­rych, do­brze utrzy­ma­nych bu­dyn­ków w Du­vbo. Była to spo­kojna oko­lica z du­żymi dział­kami jak na nie­mal cen­trum Sztok­holmu. Bli­sko me­tra, rzut ka­mie­niem od cen­trum Sund­by­berg. Amanda prze­czy­tała na skrzynce pocz­to­wej za­wie­szo­nej na bia­łym pło­cie ze szta­chet: "Jo­han, Nina, Oli­via Lil­je­dah­lo­wie". Przy imie­niu Oli­vii przy­cze­piona była na­klejka w kształ­cie ró­żo­wego sło­nia. Je­den róg od­kleił się i zwi­nął. Amanda na­brała do płuc chłod­nego po­ran­nego po­wie­trza i wy­pu­ściła je z dłu­gim wes­tchnie­niem. Nie mo­gła po­wstrzy­mać się od tej my­śli: co by było, gdyby umarło jedno z jej dzieci? Jak by to prze­żyła jako matka? Łzy na­pły­nęły jej do oczu i mu­siała in­ten­syw­nie mru­gać, żeby nie za­częły jej spły­wać po po­licz­kach. Trzeba było szybko coś zna­leźć, żeby śledz­two ru­szyło do przodu. Amanda miała na­dzieję, że Jo­han wy­ja­śni swoje kłam­stwo o tym, gdzie znaj­do­wał się w noc mor­der­stwa. Bo nie mo­gła uwie­rzyć, że miał co­kol­wiek wspól­nego z tra­ge­dią swo­jej ro­dziny. To nie­moż­liwe. Crippe wy­prze­dził ją i otwo­rzył furtkę pro­wa­dzącą do przy­tul­nego ogrodu. Na ga­łęzi wi­śni za­wie­szona była sa­motna huś­tawka, bu­ja­jąca się le­ciutko na wie­trze.

Jo­han otwo­rzył drzwi w czar­nych dre­so­wych spodniach i ja­sno­sza­rej ko­szulce. Po­liczki miał za­pad­nięte, a skóra pod oczami zbrą­zo­wiała. Wpu­ścił ich do środka, jakby na nich cze­kał. Usie­dli przy okrą­głym ku­chen­nym stole. Jo­han za­gi­nał róg ja­kie­goś cza­so­pi­sma i z po­wro­tem go roz­pro­sto­wy­wał. Po­wta­rzał to bez końca. Ręka mu drżała.

Amanda i Crippe wy­mie­nili szyb­kie spoj­rze­nia i Crippe dał jej znak głową.

- No tak. - Amanda pró­bo­wała na­wią­zać kon­takt wzro­kowy z go­spo­da­rzem, ale on wciąż drę­czył cza­so­pi­smo. - No więc jest kilka spraw, o które chcie­li­by­śmy za­py­tać. To bę­dzie uzu­peł­nia­jące prze­słu­cha­nie, je­śli nie ma pan nic prze­ciwko temu.

Dłoń Jo­hana zgnio­tła dolną część jed­nej z kar­tek. Pod­niósł wzrok.

- To pierw­sza noc, którą tu prze­spa­łem... od­kąd...

Jego twarz gwał­tow­nie się po­marsz­czyła. W po­koju roz­legł się długi jęk, który w końcu prze­szedł w nie­po­ha­mo­wany płacz.

Amanda ze­sztyw­niała. Nie­na­wi­dziła ta­kich sy­tu­acji. Nie wie­działa, co ro­bić. Łzy ci­snące jej się do oczu już przy skrzynce pocz­to­wej za­częły spły­wać po jej twa­rzy. Wy­tarła po­liczki grzbie­tem dłoni i prze­su­nęła pal­cem wska­zu­ją­cym pod oczami. Miała na­dzieję, że tusz nie zdra­dzał za wiele. Kiedy szlo­cha­nie Jo­hana nieco uci­chło, pod­jęła ko­lejną próbę.

- Mu­simy... - Od­chrząk­nęła, aby po­zbyć się guli w gar­dle.

Ura­to­wał ją Crippe.

- Chcemy, żeby po­wie­dział nam pan, co ro­bił w Gävle oraz o któ­rej pan się za­mel­do­wał i wy­mel­do­wał i tak da­lej.

Jo­han po­trzą­sał głową, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie zda­nia:

- Ko­cha­łem ją. Na­prawdę. Ale przy­znaję się. Tam­tego wie­czoru spo­tka­łem się z inną ko­bietą. Ro­zu­miem, że to o to wam cho­dzi. Ale ni­gdy nie skrzyw­dził­bym Niny. Ani Oli­vii. Boże mój!

Ukrył twarz w dło­niach. Znów za­pła­kał. Amanda i Crippe cier­pli­wie cze­kali. Po­tem Jo­han opo­wie­dział o tej in­nej ko­bie­cie, z którą w ciągu ostat­nich sze­ściu mie­sięcy spo­tkał się trzy razy. Po­znali się na ja­kiejś kon­fe­ren­cji i nie oparł się po­ku­sie. Ale ko­chał Ninę. Ni­gdy by jej nie skrzyw­dził.

Amanda za­sta­na­wiała się, czy nie uro­dził się przy­pad­kiem na ja­kiejś in­nej pla­ne­cie. Ni­gdy by jej nie skrzyw­dził... Może nie fi­zycz­nie. Jed­no­cze­śnie współ­czuła mu. Prawda - zdra­dzał żonę i ry­zy­ko­wał znisz­cze­nie ro­dziny. A te­raz stra­cił wszystko.

- Ale, ale, coś wam przy­niosę. - Jo­han wstał i wy­szedł z po­koju.

- Chyba nie broń? - szep­nęła Amanda do Crip­pego. Unio­sła kurtkę z pra­wej strony i po­ło­żyła dłoń na kol­bie pi­sto­letu. Głów­nie po to, żeby spraw­dzić, czy tam jest. Crippe za­re­ago­wał pra­wi­dłowo. Pod­szedł do lo­dówki, żeby zna­leźli się na prze­kąt­nej. Sprawcy trud­niej by­łoby wtedy za­strze­lić ich oboje.

Go­spo­darz wró­cił, nio­sąc w rę­kach nie­wielki ob­raz. Spoj­rzał na Crip­pego, który udał, że roz­pro­sto­wuje nogi.

- Zna­la­złem to dzi­siaj. Mię­dzy za­baw­kami Oli­vii.

Jo­han pod­niósł przed­miot, żeby mo­gli mu się przyj­rzeć. Amanda czy­tała treść. Wpa­try­wała się w białe płótno roz­cią­gnięte na drew­nia­nej ra­mie. Nie­bie­skie li­tery wy­pi­sane pędz­lem. "Na jed­nym świat się koń­czy".

- Ni­gdy wcze­śniej tego nie wi­dzia­łem i to nie Oli­via na­pi­sała.

Jo­han oparł ob­raz o sto­jącą na stole do­niczkę.

- Mo­gli to zro­bić w przed­szkolu, ale prze­cież nie na­pi­sa­liby cze­goś ta­kiego?

Amanda po­trzą­snęła głową. Nie, nie na­pi­sa­liby. Ktoś zo­sta­wił wia­do­mość.

Kiedy wró­cili na po­ste­ru­nek, Crippe od razu po­szedł do to­a­lety. Amanda wy­mknęła się na piąte pię­tro. Do wy­działu nar­ko­ty­ko­wego. Był tam Fre­drik, jak się spo­dzie­wała. Sie­dział na biu­ro­wym krze­śle z no­gami na biurku i czy­tał coś z ekranu kom­pu­tera.

- Słu­chaj, ten ko­leś, któ­rego wczo­raj zgar­nę­li­ście. Ma­cie wy­niki?

Fre­drik drgnął. Wy­glą­dał na rów­nie wy­czer­pa­nego jak Jo­han Lil­je­dahl, ale brzmiał znacz­nie bar­dziej po­god­nie.

- Tylko szybką ana­lizę. Tak jak my­śle­li­śmy, główny skład­nik to MDPV.

- Tylko to? Bez kor­ty­zonu?

Fre­drik po­trzą­snął głową.

- Ra­czej nie, ale tego też się spo­dzie­wa­li­śmy.

- Prawda, ale do­brze wie­dzieć. - Amanda usia­dła na kra­wę­dzi biurka. - Prze­słu­cha­li­ście go?

- Tak jest. Oczy­wi­ście gówno po­wie­dział. Ku­pił to­war od ob­cego go­ścia na ulicy, więc nic wię­cej nie mamy. Prawdę mó­wiąc, wy­da­wał się mocno ża­ło­wać tego, co zro­bił. Pew­nie już ni­gdy nie spró­buje.

- Przy­naj­mniej jedna po­zy­tywna rzecz. A ile wie­cie o tym nar­ko­tyku? Chyba jest cho­ler­nie nie­bez­pieczny.

- Wszystko, co za­czyna się od MD, to pa­skudne rze­czy. - Fre­drik stu­kał pal­cami wska­zu­ją­cymi po kla­wia­tu­rze. - To jak fa­jer­werki w czaszce, które roz­bi­jają czło­wieka na ka­wałki. Czło­wiek do­staje ha­lu­cy­na­cji, z któ­rymi nie jest w sta­nie so­bie po­ra­dzić. Je­den fa­cet na przy­kład wy­sko­czył przez okno, kiedy do po­koju we­szła jego matka. To było szó­ste pię­tro.

- Ale dla­czego oni to biorą, je­śli to ta­kie nie­bez­pieczne?

Fre­drik krę­cił głową, jakby sta­rał się roz­luź­nić ze­sztyw­niałe mię­śnie karku.

- Wy­ja­śnie­nie jest pro­ste - to­war jest tani. Gram kosz­tuje na ulicy ty­siąc ko­ron. A żeby się na­wa­lić, wy­star­czy dwie setne grama. Poza tym jest ła­two do­stępny, sprze­dają go głów­nie przez sieć.

- A kto go używa?

- Wszy­scy. Czy ta ko­bieta z two­jej sprawy nie była eme­rytką?

- Po­dej­rze­wamy, że zo­stała odu­rzona wbrew jej woli.

- No pew­nie tak. To wy­daje się naj­bar­dziej praw­do­po­dobne. Ina­czej ozna­cza­łoby to, że Szwe­cja szybko sta­cza się do pie­kła.

Fre­drik zdjął nogi ze stołu i pod­szedł do dru­karki, z któ­rej wy­jął kartkę wy­dru­ko­waną pod­czas roz­mowy.

- Ten nar­ko­tyk staje się co­raz po­pu­lar­niej­szy wśród ćpu­nów, za­stę­puje am­fe­ta­minę i he­ro­inę. Nie­stety za­czy­nają tego pró­bo­wać też mło­dzi. Mó­wią na to "sól do ką­pieli". Ta na­zwa może ci się przy­dać.

- Sól do ką­pieli?

- Tak wy­gląda, jak białe krysz­tałki. Je­śli chcesz zo­ba­czyć, to chodź ze mną do ko­men­danta. I tak tam idę.

- Ja­sne. Ode­bra­li­ście to wczo­raj temu fa­ce­towi?

- No, miał przy so­bie jedną dzie­siątą grama, ja­kieś pięć dzia­łek. Do­brze, że tro­chę za­cho­wał. - Frank mru­gnął do niej okiem.

Po­je­chali windą na par­ter i wy­szli na ko­ry­tarz z oknami na ulicę. Fre­drik oka­zał się ko­pal­nią wie­dzy.

- Ten to­war znany też jest jako cloud nine, ivory wave, bliss, white li­ght­ning, Hur­ri­cane Char­lie. Na­zwa się zmie­nia w za­leż­no­ści od składu. "Sól do ką­pieli" to taka ogólna na­zwa. To nar­ko­tyk de­si­gner­ski, pro­du­ko­wany w pod­ziem­nych la­bo­ra­to­riach w róż­nych czę­ściach świata. Kiedy tylko ja­kiś skład­nik zo­staje za­kwa­li­fi­ko­wany jako nar­ko­tyk, wy­mie­niają go na inny, żeby obejść prze­pisy. Dla­tego dzia­ła­nie jest za­wsze nie­znane dla lu­dzi pró­bu­ją­cych no­wej par­tii.

Amanda mu­siała przy­spie­szyć kroku, żeby na­dą­żyć za Fre­dri­kiem. Mi­nęli bramki i dziew­czyny sie­dzące w re­cep­cji.

Amanda uśmiech­nęła się le­ciutko, kiedy za­uwa­żyła, że już nie no­szą co­dzien­nych ubrań. Do­stały ciem­no­nie­bie­skie bluzy pi­qué, przy­po­mi­na­jące po­li­cyjne, nie li­cząc na­ra­mien­ni­ków. Wcze­śniej wiele po­li­cjan­tek skar­żyło się, że re­cep­cja stała się praw­dzi­wym wy­bie­giem dla tych mło­dych dziew­czyn no­szą­cych skąpe topy. To w naj­wyż­szym stop­niu nie­wła­ściwe! Sze­fo­stwo jed­no­cze­śnie za­uwa­żyło, że pa­no­wie mar­no­wali sporo go­dzin pracy, bo z ja­kie­goś po­wodu mieli co­raz wię­cej spraw do za­ła­twie­nia w re­cep­cji.

Na krze­śle ko­men­danta sie­dział Bengt Tyr­man, który wy­mru­czał po­wi­ta­nie, kiedy we­szli. Fre­drik wy­ja­śnił, że za­pre­zen­tuje nar­ko­tyki w ce­lach szko­le­nio­wych, a Tyr­man zgo­dził się na to ru­chem ręki. Miał waż­niej­sze sprawy do za­ła­twie­nia. Cho­lerny te­le­fon dzwo­nił bez ustanku!

Krze­sło, na któ­rym za­zwy­czaj sie­dział jego za­stępca, było pu­ste. Aman­dzie do­sko­nale to od­po­wia­dało. O jedną parę cie­kaw­skich oczu mniej.

Fre­drik wstu­kał kod do szafki, w któ­rej prze­cho­wy­wano ważne klu­cze. Pod­szedł do szafy z nar­ko­ty­kami, zna­lazł to­re­beczkę stru­nową i po­dał Aman­dzie. Było tak, jak po­wie­dział - wy­glą­dało to jak sól do ką­pieli. Małe białe krysz­tałki. Jedna dzie­siąta grama. Pięć dzia­łek. Zwa­żyła pa­czuszkę w ręce. Za­sta­na­wiała się. Fre­drik przy­cią­gnął uwagę szefa, kiedy od­kła­dał słu­chawkę ze sło­wami "Od­wal­cie się". Amanda sły­szała, jak oma­wiali ja­kąś sprawę. Ro­zej­rzała się do­okoła. Za­uwa­żyła w ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do sali od­praw Tob­bego i po­ma­chała do niego. Kilka lat temu pra­co­wali ra­zem na pa­tro­lach. Po­li­cjant roz­pro­mie­nił się i Amanda po­de­szła do niego. Wsu­nęła dil­pak do kie­szeni spodni. Sta­rzy przy­ja­ciele uści­snęli się i Tobbe opo­wie­dział, że ma już dość ra­dio­wo­zów. Nie­ustanne nad­go­dziny i praca zmia­nowa kiep­sko wpły­wały na jego zwią­zek. Amanda chęt­nie po­roz­ma­wia­łaby dłu­żej, ale miała do zro­bie­nia coś waż­niej­szego. Prze­pro­siła i we­szła do dam­skiej to­a­lety. Roz­ło­żyła na de­sce se­de­so­wej ka­wa­łek pa­pie­ro­wego ręcz­nika, wy­jęła to­re­beczkę i wy­sy­pała część za­war­to­ści. Za­wi­nęła ją w pa­pier i wło­żyła do kie­szeni. Spu­ściła wodę i na wszelki wy­pa­dek pod­nio­sła de­skę, żeby spraw­dzić, czy jest czy­sto. By­łoby głu­pio, gdyby zo­sta­wiła dra­skę, a ktoś cze­kałby na swoją ko­lejkę. Wró­ciła do Tob­bego, roz­ma­wiali o fa­tal­nych wa­run­kach pracy w po­li­cji. Znowu zwa­żyła to­re­beczkę w ręce. Nikt nie za­uważy róż­nicy. Zo­ba­czyła ką­tem oka, że zbliża się do nich Fre­drik.

- A no wła­śnie, pra­wie o tym za­po­mnia­łam. - Amanda po­dała mu pa­ku­nek.

Fre­drik się uśmiech­nął.

- Przy odro­bi­nie pe­cha zna­la­zła­byś się za krat­kami za po­sia­da­nie.

Amanda uśmiech­nęła się i pa­trzyła, jak znów pod­cho­dzi do szafy z nar­ko­ty­kami. Wszystko wy­da­wało się w po­rządku, ode­tchnęła w du­chu z ulgą. Po­ga­dała jesz­cze chwilę z Tob­bem, po czym wy­szła na po­dwó­rze i oparła się o ce­glaną ścianę, roz­grzaną przez wio­senne słońce. Wy­jęła te­le­fon i za­dzwo­niła do Vicky.

- Mo­żesz mi zro­bić przy­sługę?

- To za­leży, o co cho­dzi. - Vicky już się na­uczyła, że nie można od razu się zga­dzać, kiedy Amanda pyta o coś ta­kiego. Róż­nie by­wało.

- Ta twoja zna­joma, Ca­ro­line. Jest le­karką?

- Tak. - W gło­sie Vicky sły­chać było nie­pew­ność.

- Mo­żesz ją po­pro­sić, żeby wy­sta­wiła re­ceptę na kor­ty­zon?

- A po co? Źle się czu­jesz?

- Nie. Wy­ja­śnię póź­niej, ale to ważne.

- Co ci znowu cho­dzi po gło­wie?

- Mo­żesz to za­ła­twić czy nie?

Mil­cze­nie. Amanda stu­kała stopą w as­falt. W końcu po­ja­wiła się od­po­wiedź.

- O ile obie­casz, że nie wpa­ku­jesz mnie znowu w ja­kieś gówno.

Amanda obie­cała.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1

- Sły­sza­łaś, co się stało?

Amanda nie zdą­żyła na­wet wy­siąść z windy, kiedy Crippe za­wo­łał do niej z ko­ry­ta­rza. Zro­zu­miała, że szedł do po­miesz­cze­nia so­cjal­nego. Cała klatka scho­dowa była już wy­peł­niona aro­ma­tem kawy.

- Dzień do­bry.

Crippe po­trzą­snął głową.

- Co za chora ak­cja. Po­pro­wa­dzimy ra­zem prze­słu­cha­nie. Chodź.

Ru­szył da­lej, a ona za nim. Mu­siało się stać coś nie­zwy­kłego. Crippe nie był osobą, która ła­two się pod­nie­cała. Wi­dział już nie­jedno. Po­dob­nie jak ona. I cała reszta na czwar­tym pię­trze w bu­dynku po­ste­runku po­li­cji w Väste­rort. W wy­dziale śled­czym - po­dzie­lo­nym na roz­boje i po­ważne prze­stęp­stwa. Amanda za­częła w tej pierw­szej jed­no­stce i awan­so­wała do dru­giej.

Crippe już wziął so­bie kawę. Amanda otwo­rzyła szafkę i wy­jęła z niej swój oso­bi­sty ku­bek ozdo­biony dwiema ra­do­snymi bu­ziami, na wi­dok któ­rych inni także się uśmie­chali. Kiedy zo­ba­czyła swoje bliź­nięta, zro­biło się jej cie­pło na du­szy.

Tę­sk­niła za tymi dwiema istot­kami, mimo że zo­sta­wiła je w przed­szkolu za­le­d­wie kwa­drans wcze­śniej.

- Opo­wia­daj - za­żą­dała.

- W nocy zwi­nęli ko­bietę. W Du­vbo. Zja­dła swoją sze­ścio­let­nią córkę.

- Co zro­biła?

- Za­dzwo­nił są­siad. Zna­lazł tę ko­bietę całą we krwi i wsz­czął alarm. My­ślał, że to ona jest ranna. Kiedy pa­trol przy­był na miej­sce, zna­leźli w sa­lo­nie dziew­czynkę. Po­kój wy­glą­dał jak rzeź­nia. Po­li­cjanci wciąż są na po­ste­runku, gdy­by­śmy chcieli z nimi po­roz­ma­wiać. Są w trak­cie od­prawy ra­zem z per­so­ne­lem ka­retki. Poza tym mam tu pa­piery, mo­żesz prze­czy­tać.

Amanda za­częła prze­glą­dać stos kar­tek. Ra­port z aresz­to­wa­nia, zgło­sze­nie, prze­słu­cha­nie są­siada, pro­to­kół za­ję­cia.

Crippe mó­wił da­lej:

- Tech­nicy są na miej­scu, a mun­du­rowi wy­py­tali są­sia­dów, ale to ra­czej nic nie dało.

Amanda znów przyj­rzała się ra­por­towi z aresz­to­wa­nia: Nina Lil­je­dahl. Trzy­dzie­ści pięć lat.

- Skąd wia­domo, że to ona? Przy­znała się?

- Nie dało się jej prze­słu­chać. Wy­gląda na to, że była na­szu­rana jak szpa­del. Ale kiedy przy­je­chał pa­trol, prze­żu­wała ucho.

Crippe się skrzy­wił.

- Mu­simy spró­bo­wać, straż­nik mó­wił, że się ock­nęła i cały czas pyta, co się stało.

- A nie wie?

Crippe wzru­szył ra­mio­nami.

- Do­wiemy się, co po­wie. Co za zjeb mógłby ze­żreć wła­sną córkę? To chore. Pro­chy mu­siały jej zro­bić papkę z mó­zgu. Ale w końcu sama zde­cy­do­wała, że je weź­mie.

Amanda po­szła do szatni, żeby za­brać swoje rze­czy. Tak na­prawdę było to biuro, które tym­cza­sowo opróż­niono, żeby wsta­wić tam kilka sta­rych drew­nia­nych sza­fek, gdzie prze­cho­wy­wali swoje oso­bi­ste rze­czy. Zdjęła czarną skó­rzaną kurtkę się­ga­jącą jej do pasa. I sza­lik w pan­terkę. Wsu­nęła czarny pas z wy­tło­czo­nym sło­wem "PO­LI­CJA" w szlufki dżin­sów. Za­wie­siła na nim z tyłu kaj­danki, a na pra­wym bio­drze ka­burę. Wię­cej nie mo­gła, bo nie da­łoby się tego ukryć. Kiedy skoń­czyła, po­de­szła do swo­jego biurka sto­ją­cego przy ścia­nie w otwar­tej prze­strzeni biura. Za­lo­go­wała się na kom­pu­te­rze i cze­ka­jąc, aż sys­tem się za­ła­duje, od­cią­gnęła ro­letę, żeby wpu­ścić nieco sza­rego dzien­nego świa­tła. Crippe stał nie­opo­dal i pa­trzył na nią z nie­cier­pli­wo­ścią. Amanda za­uwa­żyła, że ostat­nio za­czął zwra­cać uwagę na to, jak się ubiera. Dziś miał na so­bie ko­szulkę w ko­lo­rze woj­sko­wej zie­leni, opi­na­jącą mu pierś. Był w trak­cie roz­wodu i na­gle zgu­bił ja­kieś dzie­sięć kilo. Co­dzien­nie cho­dził na si­łow­nię i uwa­żał na to, co je. Czę­sto był to tuń­czyk albo kur­czak.

Amanda znów wzięła do ręki ra­port z aresz­to­wa­nia i wpi­sała do po­li­cyj­nej bazy da­nych nu­mer ewi­den­cyjny Niny. Prze­czy­tała wy­niki, które jesz­cze bar­dziej za­chę­ciły ją do po­roz­ma­wia­nia z pa­nią Lil­je­dahl.

Po­de­szła do Crip­pego i po­je­chali windą na par­ter. Po­sta­no­wili, że roz­mowę pro­wa­dzić bę­dzie Amanda. Wy­glą­dało na to, że straż­nik Micke po­czuł ulgę, kiedy przy­byli. Nina od go­dziny wa­liła w drzwi i ry­czała hi­ste­rycz­nie, przez co straż­nika roz­bo­lała głowa. Chciał od­po­cząć i zjeść śnia­da­nie. Szedł przed nimi dłu­gim ko­ry­ta­rzem z sze­re­giem bia­łych drzwi. Krzyki Niny sły­chać było z da­leka, a kiedy otwo­rzyli za­mek, na pod­łogę upa­dła ładna ko­bieta. Pła­kała i raz za ra­zem py­tała, dla­czego ją za­mknęli. Amanda i Crippe pró­bo­wali ją uspo­koić, pro­wa­dząc jed­no­cze­śnie do po­koju prze­słu­chań. Usie­dli na krze­słach. Po­li­cjanci z jed­nej strony stołu, Nina z dru­giej. Amanda nie wy­jęła na­wet no­tat­nika i dłu­go­pisu. Na po­czą­tek chciała po pro­stu po­roz­ma­wiać, a nie pro­wa­dzić for­malne prze­słu­cha­nie.

- Nie ma pani po­ję­cia, dla­czego pani tu jest?

Nina pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na Amandę. Szlo­cha­jąc, po­trzą­snęła głową.

- Obu­dzi­łam się i zo­ba­czy­łam, że je­stem za­mknięta. Spa­ni­ko­wa­łam. Dla­czego nikt nie chce mi po­wie­dzieć, co tu ro­bię? I gdzie jest Oli­via? Rany bo­skie! Prze­cież Jo­han wy­je­chał. Kto zaj­muje się Oli­vią?

- Roz­ma­wia­li­śmy z Jo­ha­nem, je­dzie już do domu.

Dolna warga Niny drżała.

- Ale dla­czego ja tu je­stem? Nic nie pa­mię­tam. Mam pustkę w gło­wie.

- Nino, po­patrz na mnie.

Amanda spoj­rzała jej w oczy. Roz­pacz. Strach. A bę­dzie jesz­cze go­rzej.

- Te­raz prze­pro­wa­dzę z tobą prze­słu­cha­nie. - Amanda prze­łknęła ślinę. - Je­steś po­dej­rze­wana o za­mor­do­wa­nie swo­jej córki Oli­vii.

Ci­sza. Krze­sło, na któ­rym sie­działa ko­bieta, za­częło się trząść.

Aman­dzie łzy na­pły­nęły do oczu, ze wszyst­kich sił sta­rała się je po­wstrzy­mać. Wpa­try­wała się w le­żący na biurku spi­nacz i po­dzi­wiała jego ele­ganc­kie kształty. Cóż za in­ten­sywny błę­kitny ko­lor! Oby tylko nie za­cząć pła­kać...

Z wy­sił­kiem ode­rwała wzrok od przed­miotu i znów spoj­rzała na Ninę.

- Ubie­głej nocy, a więc z pią­tego na szó­stego kwiet­nia, w pani domu do­ko­nano mor­der­stwa. Chcę po­in­for­mo­wać, że ma pani prawo do obec­no­ści ad­wo­kata przy na­szym prze­słu­cha­niu. Czy ży­czy pani so­bie tego?

Nina trzy­mała się kur­czowo kra­wę­dzi stołu i wy­glą­dała, jakby w każ­dej chwili mo­gła ze­mdleć.

- To musi być ja­kaś po­myłka - wy­ją­kała.

- Czy chce pani po­cze­kać na obrońcę, za­nim przej­dziemy da­lej?

- Nie! Chcę wie­dzieć, co się stało!

Nina biła się pię­ściami w głowę.

- Co się stało? - krzy­czała. - Co się stało?

Brą­zowe włosy przy­kle­jały jej się do mo­krych po­licz­ków.

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie.

Wzy­wa­nie te­raz ad­wo­kata, który mu­siałby przy­je­chać z cen­trum Sztok­holmu na po­ste­ru­nek w Sol­nej, nie by­łoby do­brym roz­wią­za­niem. Amanda nie chciała cze­kać. Nina też nie. Osta­tecz­nie było to tylko wstępne prze­słu­cha­nie, więc obec­ność praw­nika nie była po­trzebna. Amanda nie chciała tego prze­dłu­żać.

- Czy mo­głaby pani po­wie­dzieć, co pani ro­biła wczo­raj wie­czo­rem?

- Nie wiem! Ni­czego nie pa­mię­tam! To nie może być prawda!

Nina umil­kła. W jej oczach wi­dać było prze­ra­że­nie. Pod­cią­gnęła rę­kaw za du­żej ko­szuli, którą po­ży­czono jej w aresz­cie. Spoj­rzała na swoje ra­mię.

- Mia­łam tu krew. Boże, mia­łam tu krew! I we wło­sach też!

Chwy­ciła ko­smyk prze­siąk­nięty łzami. Jej palce za­bar­wiły się nieco na ró­żowo.

- Mam krew we wło­sach! Co się stało? Gdzie jest Oli­via?

Wstała gwał­tow­nie, a jej krze­sło się wy­wró­ciło.

Pod­szedł do niej Crippe i oto­czył ją ra­mie­niem.

- Pani córka zo­stała za­mor­do­wana. Już jej nie ma. Strasz­nie mi przy­kro.

Nina za­pa­dła się w so­bie. Trzę­sła się. Pła­kała. Wy­da­wała nie­kon­tro­lo­wane dźwięki, od któ­rych Amanda do­stała gę­siej skórki. Crippe wy­po­wia­dał uspo­ka­ja­jące słowa, ale te nie do­cie­rały do zroz­pa­czo­nej ko­biety.

- Na tym za­koń­czymy prze­słu­cha­nie - po­wie­dział w końcu.

Amanda pró­bo­wała znów sku­pić się na zszy­wa­czu, ale oczy miała już mo­kre. Prze­cią­gnęła wska­zu­ją­cym pal­cem pod rzę­sami. Sta­rała się unik­nąć roz­ma­za­nia tu­szu. Po­szła za Crip­pem i Niną do celi.

Ko­bieta nie pro­te­sto­wała. Umil­kła. Jej ciało przy­po­mi­nało wy­krę­coną szmatę. We­szła do środka i usia­dła na wy­słu­żo­nym gu­mo­wym ma­te­racu na pry­czy.

Crippe za­mknął drzwi i prze­krę­cił klucz w zamku. Od­wró­cił się w stronę Amandy i wes­tchnął ciężko.

- Co my­ślisz?

- Mówi prawdę. - Amanda od­chrząk­nęła. - Rze­czy­wi­ście nic nie pa­mięta.

- Wie­dzia­łem, że nie mo­żemy da­lej tego cią­gnąć. Jak się czu­jesz?

- Spoko. Trzeba by ją prze­wieźć do szpi­tala psy­chia­trycz­nego.

Crippe kiw­nął głową.

- Po­roz­ma­wiam o tym z do­wódcą.

Wra­cali ko­ry­ta­rzem, który wy­da­wał się dziw­nie ci­chy. Nikt nie wrzesz­czał. Nie było straż­nika. Pew­nie wciąż sie­dział w po­miesz­cze­niu so­cjal­nym, da­jąc od­po­cząć uszom. Do­brze się pra­co­wało z Crip­pem, Amanda ni­gdy nie mu­siała mu się tłu­ma­czyć. Od kiedy uro­dziła dzieci, zro­biła się wraż­liw­sza.

Zda­niem po­łoż­nej były to ja­kieś zmiany hor­mo­nalne, które miały zo­stać jej na całe ży­cie. Amanda uwa­żała, że to jed­no­cze­śnie do­bre i złe. Nie­na­wi­dziła tego w sy­tu­acjach ta­kich jak ta. Kiedy nie po­tra­fiła za­cho­wać pro­fe­sjo­na­li­zmu w obec­no­ści więź­nia. Ale nie była to zwy­kła aresz­tantka. Nina Lil­je­dahl czę­ściowo zja­dła swoją córkę. I ni­czego nie pa­mię­tała. Dla­czego? No cóż, była pod sil­nym wpły­wem nar­ko­ty­ków. Cie­kawe było to, że w po­li­cyj­nej ba­zie da­nych nie było o niej żad­nej wzmianki zwią­za­nej z nar­ko­ty­kami. W ogóle żad­nej in­for­ma­cji. Nina Lil­je­dahl była cał­kiem czy­sta. Po­dob­nie jak jej mąż Jo­han. Dla­czego ko­bieta, która pro­wa­dziła cał­kiem zwy­czajne ży­cie ro­dzinne, za­częła ćpać? Amanda za­mie­rzała ją o to spy­tać na na­stęp­nym prze­słu­cha­niu. Na ra­zie nie miała oka­zji.

Amanda za­krę­ciła kran i dud­nie­nie w ła­zience ustało. Sły­chać było tylko chla­pa­nie i szczę­śliwy szcze­biot, kiedy Char­lie i Greta pusz­czali do sie­bie łódki i ro­bili ustami fon­tannę. Przyj­rzała się im. Ta­kie nie­winne. Wciąż chro­nione przed ota­cza­jącą je rze­czy­wi­sto­ścią.

Jak to się stało, że wszystko po­szło tak źle? Czy mo­gła zro­bić coś ina­czej? My­śli bez­ład­nie prze­la­ty­wały jej przez głowę. Trudno było je uchwy­cić.

Po prze­słu­cha­niu Lil­je­dahl Amanda i Crippe po­roz­ma­wiali z pa­tro­lem i per­so­ne­lem ka­retki, któ­rzy pierwsi do­tarli na miej­sce zda­rze­nia. Opo­wie­dzieli, że z Niną nie było żad­nego kon­taktu. Cho­dziła jakby w tran­sie i mam­ro­tała coś bez ładu i składu. Cała była po­kryta krwią. Ubra­nie, twarz, ręce. Z po­czątku my­śleli, że gry­zie gumę do żu­cia. Po­tem za­uwa­żyli, że miała w ustach ucho. Dziew­czynkę zna­leźli na ka­na­pie w sa­lo­nie. Ra­tow­nicy nie mieli już nic do ro­boty. Ofiara miała po­de­rżnięte gar­dło i zma­sa­kro­waną część twa­rzy. Po ta­kiej nocy ko­le­dzy wciąż byli bla­dzi.

W po­ło­wie roz­mowy ode­zwał się we­wnętrzny alarm, a nie­bie­ska lampa na su­fi­cie roz­bły­sła w po­koju. Ktoś na po­ste­runku wci­snął alarm prze­ciw­na­pa­dowy. Amanda od razu zro­zu­miała, że coś się działo w aresz­cie. Po­bie­gła do drzwi, a za nią kilku ko­le­gów. Spie­szyli się, żeby po­móc Mic­kemu, który praw­do­po­dob­nie padł ofiarą ataku. Jed­nak Amanda my­ślała tylko o Ni­nie Lil­je­dahl, spo­dzie­wa­jąc się naj­gor­szego. Nie spoj­rzała przez wi­zjer w drzwiach. Prze­cią­gnęła kartę przez czyt­nik, żeby otwo­rzyć, i wbie­gła do celi. Stał tam Micke, wska­zu­jąc pal­cem w mil­cze­niu. Cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wany.

Nina sie­działa na pod­ło­dze po­chy­lona w przód. Jedną no­gawkę spodni miała okrę­coną wo­kół szyi, druga była przy­wią­zana do rury wo­do­cią­go­wej. To wy­star­czyło, żeby się po­wie­sić. Cię­żar ciała zro­bił resztę.

Amanda trzy­mała bez­władne ciało w pio­nie, pod­czas gdy Crippe wal­czył z pę­tlą wo­kół szyi. Ktoś wy­cią­gnął nóż i prze­cięli tka­ninę. Ktoś we­zwał po­go­to­wie.

W końcu spo­częła na zim­nej be­to­no­wej po­sadzce. Nina Lil­je­dahl, trzy­dzie­ści pięć lat. Blada i mar­twa.

Ko­lejne po­wie­sze­nie w aresz­cie po­li­cyj­nym, które trzeba było zba­dać i do­dać do pro­wa­dzo­nych spraw.

Amanda wzdry­gnęła się, kiedy woda chlap­nęła na jej twarz. Char­lie skrę­cał się ze śmie­chu. W prze­ci­wień­stwie do Grety, któ­rej brat wy­lał na głowę całe wia­derko.

- Wyjść, mamo. Chcę wyjść, mamo.

Córka wy­cią­gnęła ręce do Amandy, a ta po­mo­gła jej wy­do­stać się z wanny. Wy­tarła ją wiel­kim ręcz­ni­kiem z Pippi Lang­strumpf. Owi­nęła nim jej ciem­no­brą­zowe włosy, two­rząc na gło­wie tur­ban. Greta uwiel­biała to. Chciała wszystko ro­bić tak samo jak mama. Za­chi­cho­tała za­do­wo­lona, ale szybko umil­kła. Przy­glą­dała się Aman­dzie sze­roko otwar­tymi oczami.

- Dla­czego masz inny ko­lor, mamo?

Dziew­czynka po­cią­gnęła pa­lusz­kami blond włosy matki.

Amanda się ro­ze­śmiała.

- Bo cza­sem tak bywa. Ja mam ja­sne włosy, a tata ciemne, tak jak ty i Char­lie.

- Ale my nie mamy taty. Gdzie ona jest?

- On. Tata to on. I oczy­wi­ście, że ma­cie tatę. Wszy­scy mają tatę.

- Ale gdzie ona jest?

Amanda po­ca­ło­wała ją w miękki, py­zaty po­li­czek.

- Kie­dyś o tym opo­wiem, gdy bę­dzie­cie tro­chę więksi.

- Je­stem dużą dziew­czynką.

- Tak, je­steś. Ile masz lat?

Usta Grety wy­krę­cały się na wszyst­kie strony, kiedy in­ten­syw­nie my­ślała.

- Raz, dwa, cztery.

- Nie­długo skoń­czysz trzy lata. Wiesz to, prawda?

Greta wy­da­wała się za­do­wo­lona z roz­mowy i po­bie­gła po pi­żamę. Amanda wy­jęła pro­te­stu­ją­cego wście­kle Char­liego z wanny i wy­cią­gnęła ko­rek. Woda bul­go­tała, zni­ka­jąc w od­pły­wie. Dzie­ciaki były zu­peł­nie różne. Greta nie­śmiała i za­my­ślona. Char­lie był nie­spo­koj­nym du­chem, który pa­ko­wał się we wszel­kiego ro­dzaju kło­poty. Tro­chę jak oj­ciec. Trudno po­wie­dzieć, gdy byli ra­zem tak krótko. Ale ona do­stała to, co naj­lep­sze, coś, czego na­wet nie mo­głaby so­bie wy­obra­zić.

Bliź­niaki.

Gretę i Char­liego. Jej cały świat.

2

Ad­nan na­peł­nił pięć kie­lisz­ków te­qu­ilą, wy­sta­wił sól i ta­le­rzyk z po­kro­jo­nymi ka­wał­kami cy­tryny. Fa­ceci przy ba­rze za­wyli z za­do­wo­le­nia i ob­li­zy­wali na­sadę kciuka. Sy­pali sól i znów li­zali. Prze­ły­kali al­ko­hol i cmo­kali z dumą. Cy­tryny nie ru­szali. Naj­wy­raź­niej każdy chciał za­im­po­no­wać po­zo­sta­łym. Ad­nan miał już ser­decz­nie dość en­tu­zja­stycz­nych tu­ry­stów, ale mie­sza­nie drin­ków na­peł­niało przy­naj­mniej kasę. Przez ostatni rok pra­co­wał u Ra­gnara Johns­sona, Szweda, pro­wa­dzą­cego wraz ze swoją kam­bo­dżań­ską żoną re­stau­ra­cję i bar w Si­ha­no­ukville. Spo­tkali się w Świe­cie Dzi­kiego Za­chodu, jak Ra­gnar na­zy­wał to miej­sce. W dziu­rze, w któ­rej lą­do­wało się po do­tar­ciu do Kam­bo­dży stat­kiem z Taj­lan­dii. Ad­nan zga­dzał się z tą na­zwą. To była spo­łecz­ność bez­pra­wia. Bro­daci lu­dzie z Za­chodu, któ­rzy osie­dlili się tu i pro­wa­dzili biz­nes dzięki ła­pów­kom i obiet­ni­com lep­szego ży­cia. Je­dy­nym, co od­róż­niało to miej­sce od praw­dzi­wego mia­steczka Clinta Eastwo­oda, było to, że za­miast koni pę­dziły po nim sku­tery.

Po kilku piw­kach wy­pi­tych w ocze­ki­wa­niu na sta­tek do Si­ha­no­ukville Ra­gnar za­pro­po­no­wał mu pracę. Ad­nan był cał­kiem za­sko­czony. Ro­bota! Cho­ciaż tylko na próbę. Dla ta­kich jak on ry­nek pracy był za­mknięty, przy­naj­mniej w Szwe­cji. A tym­cza­sem po le­d­wie kilku go­dzi­nach w tym no­wym kraju za­pew­nił so­bie nor­malny do­chód. Ad­nan, prawdę mó­wiąc, nie prze­pa­dał za sta­łymi go­dzi­nami pracy i ru­tyną. Jed­nak w jego sy­tu­acji za­pusz­cze­nie ko­rzeni miało swoje za­lety. W Si­ha­no­ukville. Fakt, że nie był w sta­nie po­praw­nie wy­po­wie­dzieć tej na­zwy, miał mniej­sze zna­cze­nie.

To nad­mor­skie mia­steczko za­im­po­no­wało mu. A może było to tylko wra­że­nie po szo­ku­ją­cych po­cząt­kach na Dzi­kim Za­cho­dzie. Było tu wszystko: je­dze­nie, si­łow­nia, as­fal­towe drogi. Luk­su­sowe ho­tele kon­ku­ro­wały z prost­szymi bun­ga­lo­wami, a tu­ry­ści byli wo­żeni mo­to­rik­szami nie­za­leż­nie od tego, jak dużo mieli ba­gażu. Ad­nan ran­kami bie­gał po plaży, a wie­czo­rami wy­ci­skał że­lazo. Ży­wił się curry i jeź­dził na sku­te­rze. Pra­co­wał w ba­rze. I na tym w su­mie ko­niec.

- Pro­szę pięć razy piwo Ang­kor.

Je­den z fa­ce­tów mach­nął bank­no­tem w stronę Ad­nana. Wy­jął bu­telki z lo­dówki i otwo­rzył. Wło­żył do gu­mo­wa­nych uchwy­tów, żeby nie ście­kała po nich skro­plona para. Fa­ceci wy­pili za we­sołe ży­cie. Wzno­sili to­a­sty i krzy­czeli. Je­den z nich po­wie­dział, że po­cho­dzą z pół­nocy. Z Lule. Ad­nan ni­gdy nie mógł zro­zu­mieć, o co cho­dzi z tym zja­da­niem ostat­niej li­tery w co dru­gim sło­wie. Ale poza tym byli w po­rządku. Przy pi­ciu sporo ga­dali.

Ad­nan spoj­rzał na ze­ga­rek, ko­pię ro­leksa ku­pioną na lo­kal­nym rynku. Jesz­cze go­dzina do za­mknię­cia. Wsta­wił tro­chę piwa do lo­dówki. Wy­tarł blat. Za­wią­zał wo­rek ze śmie­ciami.

Wtedy go zo­ba­czył. Sto­jący przy ba­rze wó­zek in­wa­lidzki. Przyj­rzał się do­kład­niej. Otarł ręcz­ni­kiem pot z czoła. Nie­moż­liwe! Dwóch go­ści za­sło­niło mu wi­dok, gdy pró­bo­wali po­móc ja­dą­cemu męż­czyź­nie po­ko­nać próg. Po­tem się od­su­nęli.

Przez ciało Ad­nana jakby prze­pły­nął prąd. To był on: Ha­jir. Usta same roz­cią­gnęły się w uśmie­chu.

A jed­no­cze­śnie po­czuł strach. Bły­ska­wicz­nie wró­ciły wspo­mnie­nia, od któ­rych uciekł. Dla­czego on tu przy­je­chał? Ha­jir El-Ba­tal. Jego naj­lep­szy przy­ja­ciel.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Mię­dzy nimi stał stół do bi­lardu. Dwie dziew­czyny i dwóch chło­pa­ków po­chło­nię­tych było roz­grywką. Ko­le­sie z pół­nocy darli się i pró­bo­wali na­uczyć kilku Ame­ry­ka­nów wy­ma­wiać szwedzki to­ast. Ha­jir pod­je­chał bli­żej. Okrą­żył stół. Udało mu się uchy­lić przed ki­jem. Chwy­cił go ręką. Dziew­czyna, któ­rej unie­moż­li­wiło to grę, już za­mie­rzała gwał­tow­nie za­pro­te­sto­wać, ale zmie­niła zda­nie, wi­dząc in­wa­lidę. A może uci­szyło ją spoj­rze­nie Ha­jira? Sza­leń­stwo za­wsze błysz­czące w jego oczach. Prze­ci­skało się przez spo­kojną fa­sadę.

Ha­jir pu­ścił kij i znów ru­szył do przodu. Tro­chę przy­tył.

Wy­glą­dał znacz­nie żwa­wiej niż ostat­nim ra­zem, kiedy Ad­nan go wi­dział. Silne ra­miona, pew­nie dzięki nie­ustan­nemu na­pę­dza­niu wózka. Brzuch tro­chę za bar­dzo wy­py­chał ja­sno­nie­bie­ską ko­szulkę. Po­zba­wione ży­cia nogi wy­glą­dały jak wy­schnięte.

- Co po­leca bar­man?

Do­brze znany głos. Mroczny. Chra­pliwy.

- Może Ang­kor?

- Da­waj.

Ad­nan otwo­rzył dwie bu­telki. Druga była prze­zna­czona dla niego sa­mego. To warto było ob­lać, na­wet w go­dzi­nach pracy.

- Ja pier­dolę.

Po­trzą­snął głową. Wy­cią­gnął za­ci­śniętą pięść. Ha­jir stuk­nął w nią swoją.

- Miło cię wi­dzieć, chło­pie.

- Na­wza­jem.

Wy­pili po parę ły­ków lo­do­wa­tego piwa. Pod­stęp­nie do­bre. Ad­nan od wielu ty­go­dni nic nie pił. Wo­lał na po­waż­nie za­jąć się tre­nin­giem. Bi­cepsy miał więk­sze niż kie­dy­kol­wiek. Sze­ścio­pak na brzu­chu twardy jak ka­mień. Był w szczy­to­wej for­mie.

- Jak mnie tu zna­la­złeś?

- A ilu Ra­gna­rów jest w Si­ha­no­ukville?

Ad­nan za­chi­cho­tał, sły­sząc, jak brzmi to w ustach przy­ja­ciela.

- Po­wiedz to jesz­cze raz.

Ha­jir tym ra­zem bar­dzo się po­sta­rał:

- Si... ha... nouk... ville.

Znów chi­chot. W pół mi­nuty Ad­nan po­czuł się bar­dziej sobą niż przez ostat­nie trzy lata. Znów stuk­nęli się bu­tel­kami. Wy­pili. Ad­nan raz na ja­kiś czas ob­słu­gi­wał go­ści.

Ha­jir przy­wi­tał się z Ra­gna­rem i jego żoną Arun. Ra­gnar wy­glą­dał na za­sko­czo­nego, ale chyba cie­szył się ze względu na Ad­nana. Wiele od niego usły­szał. O tym, jak Ha­jir wy­lą­do­wał na wózku. I o tym, że była to w pew­nym sen­sie wina Ad­nana. Że Ha­jir był je­dyną osobą, z którą miał kon­takt w kraju po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło. Ad­nan otwo­rzył się przed Ra­gna­rem bar­dziej, niż się spo­dzie­wał. Ale oczy­wi­ście nie wszystko mu po­wie­dział. Jak można po­dzie­lić się z kimś rze­czami, o któ­rych co­dzien­nie stara się za­po­mnieć? Był za­do­wo­lony, że w ogóle żyje. Mimo że wszystko się za­wa­liło.

Go­dzinę póź­niej Ad­nan wy­pro­sił ostat­nich go­ści i zo­stali we dwójkę z Ha­ji­rem. Usie­dli przy drew­nia­nym stole, od któ­rego Ad­nan od­su­nął jedno krze­sło, żeby zro­bić miej­sce dla przy­ja­ciela.

- Czy to nie pora, że­byś wra­cał do domu? - za­py­tał po­waż­nie Ha­jir.

Ad­nan się skrzy­wił. Wy­pił łyk piwa.

Ha­jir kon­ty­nu­ował:

- Do­brze ci tu­taj?

Ad­nan kiw­nął głową.

- Przy­zwy­cza­iłem się. Ra­gnar jest w po­rządku. Ale wia­domo...

- Mam dla cie­bie ro­botę, je­śli je­steś za­in­te­re­so­wany.

Ad­nan roz­pro­mie­nił się, mimo że nie miał zbyt wiel­kich ocze­ki­wań.

- Jaką ro­botę?

- Nie ta­kie gówno jak przed­tem. Już nie zaj­muję się ta­kimi rze­czami, wiesz o tym. Han­dluję sa­mo­cho­dami. Luk­su­so­wymi. Mam wła­sną firmę.

Ha­jir za­czął opo­wia­dać.

Po­pyt na sa­mo­chody był ol­brzymi. Kra­dli je, uży­wa­jąc klu­czy­ków, i prze­jeż­dżali przez most nad Sun­dem, za­nim wła­ści­ciel zdą­żył za­uwa­żyć, że auto znik­nęło. Warsz­taty na kon­ty­nen­cie za­ła­twiały nowe ta­blice i prze­bi­jały nu­mery pod­wo­zia. Ha­jir zbu­do­wał so­bie nie­wiel­kie im­pe­rium. Miał już pięt­na­stu pra­cow­ni­ków, ale mu­siał roz­sze­rzyć dzia­łal­ność. Po­trze­bo­wał lu­dzi, któ­rym mógłby ufać. Mó­wił, że nie da się żyć tak jak Szwe­dzi. To nie było dla ta­kich jak oni. Jak on i Ad­nan. Nie po­zwa­lała na to ich prze­szłość.

Do Ad­nana ta­kie ro­zu­mo­wa­nie zna­ko­mi­cie tra­fiało. Tę­sk­nił za sta­rym ży­ciem. Za kasą. Wol­no­ścią. To nic no­wego. Odło­żył to tylko na ja­kiś czas na bok. Uwa­żał, że tak samo było z Ha­ji­rem, kiedy zo­stał po­strze­lony w plecy i pra­wie umarł. Po tym, jak za­ło­żył z Isa­bellą ro­dzinę i uro­dziło im się dwoje dzieci, nie li­cząc córki żony z wcze­śniej­szego związku. Ha­jir jed­nak wszystko do­brze prze­my­ślał. Ro­zu­miał, że szwedz­kie spo­łe­czeń­stwo ni­komu nie wy­ba­cza. Wpy­cha każ­dego ska­za­nego z po­wro­tem do prze­stęp­czego świata. Czy tego chciał, czy nie. Raz ban­dzior, za­wsze ban­dzior. Jed­nak z wie­kiem czło­wiek mą­drzeje. Po co się mę­czyć z ko­ka­iną, kiedy można za­ro­bić masę pie­nię­dzy na szyb­kich sa­mo­cho­dach? Mniej­sze ry­zyko. Wyż­sze do­chody na wszyst­kich po­zio­mach.

Ad­nan słu­chał. Za­sta­na­wiał się. Dys­ku­to­wał z Ha­ji­rem. Otwie­rał siódme piwo.

W końcu mu­siał za­dać nie­unik­nione py­ta­nie:

- Mi­ran?

Ha­jir ro­ze­śmiał się szcze­rze.

- Jest wście­kły. Znik­ną­łeś ra­zem z kasą. Co byś sam o tym po­my­ślał?

Ad­nan za­milkł na chwilę. Nie­jedną bez­senną noc spę­dził, za­sta­na­wia­jąc się, co stało się z łu­pem. Jego zda­niem mo­gli go prze­jąć wy­łącz­nie gli­nia­rze. Ale dla­czego ściem­niali? Po­wie­dzieli ga­ze­tom, że pie­nią­dze znik­nęły? Miał oczy­wi­ście swoje po­dej­rze­nia co do tego, jak to wszystko się od­było. Z po­czątku nie chciał w to wie­rzyć. Im wię­cej jed­nak o tym roz­my­ślał, tym bar­dziej ob­raz się kla­ro­wał. Zo­stał oszu­kany bar­dziej, niż mógłby to so­bie wy­obra­zić. Wy­ko­rzy­stany. Ale tego Mi­ra­nowi nie mógł wy­ja­śnić. Nic dziw­nego, że się wście­kał.

- Co tam u niego?

Ha­jir par­sk­nął.

- Od dawna go nie wi­dzia­łem. Ostat­nio sły­sza­łem, że ko­goś po­znał. Mam na­dzieję, że to do­bra dziew­czyna.

- Nie pra­cuje dla cie­bie?

- Nie, no co ty.

Ha­jir nie mu­siał mó­wić nic wię­cej. Mi­ran wciąż był po uszy w gów­nie. Cie­kawe, co brał. Ko­ka­inę? He­ro­inę? Spice? Co te­raz jest w mo­dzie? Ad­nan na­gle zdał so­bie sprawę, że ostat­nio żył jak w za­kła­dzie pracy chro­nio­nej. Stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Co miało swoje do­bre i złe strony.

W ca­łym ciele czuł tę­sk­notę za czymś in­nym.

Noc zmie­niła się we wcze­sny po­ra­nek i Ad­nan za­ła­twił Ha­ji­rowi pod­wózkę. Nie było trudno, bo miej­scowi go znali. Kie­rowca, który tak na­prawdę wy­bie­rał się na ry­nek sprze­da­wać kur­czaki, zło­żył wó­zek i przy­wią­zał go do da­chu cien­kim po­strzę­pio­nym sznur­kiem. Nie­po­ko­jąco chy­bo­tał się, kiedy sa­mo­chód od­je­chał w stronę So­kha Be­ach Re­sort. Pię­cio­gwiazd­ko­wego ho­telu z pry­watną plażą. Ha­jir po­wie­dział, że w po­dróż wy­brali się też Isa­bella i dzieci. Ad­nan wsiadł na sku­ter i po­je­chał do domu. Na dwo­rze było spo­koj­nie i ci­cho, wscho­dziło słońce. O tej po­rze za­zwy­czaj bie­gał. Dziś jed­nak mu­siał so­bie zro­bić prze­rwę. Al­ko­hol zwol­nił go z tre­ningu.

Jego bun­ga­low był pro­sty i za­wie­rał tylko to, co naj­po­trzeb­niej­sze. Łóżko z mo­ski­tierą, to­a­letę i prysz­nic. Jadł w re­stau­ra­cji Ra­gnara albo ku­po­wał coś na ulicy. Je­dyne, co przy­go­to­wy­wał w domu, to kawa z proszku. Czaj­nik do­stał od Arun.

Przed po­ło­że­niem się do łóżka wziął prysz­nic. Po wie­czo­rze w ba­rze śmier­dział po­tem, a jego ubra­nie cuch­nęło dy­mem. Nie­świeżo. Kiedy skoń­czył, wy­tarł się bia­łym ręcz­ni­kiem i wczoł­gał się nagi do łóżka.

Gdy le­żał, my­śli wi­ro­wały w jego gło­wie. Wszystko zda­rzyło się tak na­gle i nie­ocze­ki­wa­nie. Oczy­wi­ście przez cały czas drze­mały gdzieś w jego gło­wie. Py­ta­nia. Nie­koń­czące się py­ta­nia. Co ma zro­bić ze swoim ży­ciem? Czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze wróci do domu? Czy tego chce? Czy szu­kają go w związku z na­pa­dem? Praw­do­po­dob­nie nie. Czy szu­kają go w związku z mor­der­stwem po­li­cjanta?

Za­snął przy akom­pa­nia­men­cie brzę­cze­nia ko­mara, który zna­lazł dziurę w mo­ski­tie­rze.

Kiedy obu­dził się w po­rze lun­chu, prze­ście­ra­dło kle­iło mu się do ciała. Czuł su­chość w ustach i wstał po sto­jącą w lo­dówce bu­telkę wody. Spraw­dził, czy ma co­kol­wiek do je­dze­nia. Nie miał. Wcią­gnął na sie­bie szorty ką­pie­lowe i białą ko­szulkę. Wrzu­cił ręcz­nik pod sio­dełko sku­tera i po­je­chał w stronę plaży. Miał spo­tkać się z Ha­ji­rem i jego ro­dziną. Isa­bellą i dziećmi. Isa­bellą To­ros. Czy wciąż było na niego wście­kła?

Za­trzy­mał po­jazd na po­stoju dla sku­te­rów przy dro­dze i ku­pił gril­lo­wane udko kur­czaka od mło­dej dziew­czyny, która za­wsze sprze­da­wała w tym sa­mym miej­scu. Mięso do­stał w pla­sti­ko­wej to­rebce ze słod­kim so­sem chili na dnie. Po­ma­chała mu we­soło, kiedy od­jeż­dżał, po­ka­zu­jąc nie­kom­pletny gar­ni­tur zę­bów.

Od dawna nie był w ciągu dnia na plaży. Lu­dzie opa­lali się na le­ża­kach pod ło­po­czą­cymi na wie­trze barw­nymi pa­ra­so­lami. Za­uwa­żył ro­dzinę pod spo­rym drze­wem, któ­rego gę­ste li­sto­wie da­wało cień. Ha­jir le­żał na ręcz­niku, pod­pie­ra­jąc się na łok­ciach. Isa­bella kar­miła naj­młod­sze dziecko ba­na­nem.

Ad­nan wy­cią­gnął do niej rękę.

- Spo­tka­li­śmy się już kie­dyś, ale w znacz­nie gor­szych oko­licz­no­ściach.

- Wiem.

Uśmiech­nęła się. Czy to do­bry znak?

- A gdzie reszta?

Ad­nan ro­zej­rzał się do­okoła. Ha­jir wska­zał ręką.

- Tam, ką­pią się.

Ad­nan zer­k­nął w stronę wody. Zo­ba­czył dziew­czynkę w ró­żo­wym bi­kini, ra­zem z ma­łym chłop­cem bu­du­jącą za­mek z pia­sku. San­dra i Marco. Ad­nan ni­gdy wcze­śniej ich nie spo­tkał. Kiedy opu­ścił Szwe­cję, Isa­bella była w ciąży, Marco musi więc mieć trzy lata. San­dra po­cho­dziła z po­przed­niego związku Isa­belli.

Ad­nan roz­ło­żył swój ręcz­nik i usiadł z no­gami na słońcu, a tu­ło­wiem ukry­tym w cie­niu.

- A więc to tu­taj się ukry­wasz - po­wie­działa Isa­bella.

Ude­rzyło to Ad­nana. Nie my­ślał wcze­śniej o tym w ten spo­sób. Ucie­kał przed gli­nami, przed wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści, przed sa­mym sobą. Ale ukry­wać się? Słowo to było toż­same z tchó­rzo­stwem. Za­wiódł swo­jego przy­ja­ciela i zo­sta­wił go na wózku in­wa­lidz­kim. Nie zło­żył ze­znań prze­ciwko lu­dziom, któ­rzy po­strze­lili Ha­jira w plecy przy nie­uda­nej trans­ak­cji nar­ko­ty­ko­wej. Ad­nan obie­cał jed­nak za­jąć się tym w inny spo­sób. W zwy­kły spo­sób. Bez współ­pracy z po­li­cją. I Ad­nan, i Ha­jir o tym wie­dzieli. Nie­za­leż­nie od tego, co się działo.

- Tro­chę po­dró­żo­wa­łem - od­po­wie­dział.

- Ach, tak, faj­nie.

- Ale te­raz pora wra­cać do domu - wtrą­cił się Ha­jir.

- Może i tak.

- A co tu masz do ro­boty? Pew­nie, że można tu przy­jem­nie spę­dzić tro­chę czasu, jak na wa­ka­cjach. Ale na dłuż­szą metę...

Isa­bella cią­gnęła swój wą­tek:

- Przed kim się ukry­wasz? Nie mo­żesz przy­znać się do tego, co zro­bi­łeś?

- Dość.

Głos Ha­jira był spo­kojny, ale nie po­zo­sta­wiał miej­sca na sprze­ciw. Od­wró­cił się w stronę Ad­nana.

- Ro­zu­miem to, jak my­śla­łeś. Wcze­śniej cią­gle czu­łem się ofiarą. Ale już tak nie jest. Ro­bimy rze­czy na swój wła­sny spo­sób. Tak jak za­wsze.

Isa­bella wstała, trzy­ma­jąc naj­młod­sze dziecko w ob­ję­ciach, i po­szła do San­dry i Marca, któ­rzy wy­bie­rali się do wody. Chłop­czyk miał po­ma­rań­czowe mo­tylki na ra­mio­nach.

- Je­steś oj­cem.

Ad­nan zmru­żył oczy. Zdał so­bie sprawę, że za­po­mniał ciem­nych oku­la­rów. Ha­jir kiw­nął głową, a z jego twa­rzy biła duma.

- Troje dzieci. Kto by po­my­ślał?

Przez chwilę mil­czeli. Ja­kiś chło­pak ze źle roz­wi­nię­tymi no­gami, ubrany w po­dartą ko­szulę, pod­pełzł do nich po pia­sku i pod­su­nął im pla­sti­kową to­rebkę z pie­niędzmi. Ha­jir wrzu­cił do niej kilka bank­no­tów, a chło­piec uśmiech­nął się, uka­zu­jąc brą­zowy przedni ząb w pu­stej poza tym szczęce. Po­tem ru­szył da­lej, do ko­lej­nych tu­ry­stów. Ad­nan zdzi­wił się, wi­dząc nie­znaną stronę Ha­jira. Może po­czuł sym­pa­tię do nie­mo­gą­cego cho­dzić chło­paka. On sam ni­gdy nic nie da­wał. Wie­dział, jak to działa. Ka­le­kie dzieci były w tych kra­jach twardą wa­lutą i wy­ko­rzy­sty­wano je, by wy­cią­gać pie­nią­dze od dzia­nych przy­jezd­nych.

Spoj­rzał w stronę wody, gdzie Isa­bella ro­biła, co mo­gła, by wy­cią­gnąć Marca z ob­jęć fal, które za­ła­my­wały się, za­nim wró­ciły do mo­rza. San­dra trzy­mała naj­młod­sze dziecko. Ad­nan pod­szedł do nich, żeby po­móc. Ostatni ka­wa­łek prze­biegł, żeby ura­to­wać swoje po­de­szwy przed po­pa­rze­niem w go­rą­cym pia­sku. Chwy­cił Marca i wy­rzu­cił go w po­wie­trze. Chłop­czyk ro­ze­śmiał się gło­śno.

- Jesz­cze, jesz­cze! - wo­łał.

Ad­nan bu­jał go w przód i w tył. Woda chlu­po­tała, kiedy drobne stópki prze­ci­nały tur­ku­sową po­wierzch­nię.

Isa­bella i San­dra śmiały się, przy­glą­da­jąc się, jak Marco mocno trzyma Ad­nana i błaga:

- Jesz­cze!

- Nie masz dzieci? - do­py­ty­wała się za­cie­ka­wiona San­dra.

Ad­nan chwilę za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią.

- Nie, przy­naj­mniej nic o tym nie wiem.

Dziew­czynka zmarsz­czyła czoło.

Ad­nan sta­rał się uni­kać po­dejrz­li­wych spoj­rzeń Isa­belli. Wy­szu­kał wzro­kiem Ha­jira, który ob­ser­wo­wał ich ze swo­jej pół­le­żą­cej po­zy­cji pod drze­wem. On nie mógł pod­rzu­cać swo­ich dzieci w po­wie­trze.

Uśmie­chał się.

Jego po­stawa zdra­dzała jed­nak coś in­nego.

3

Pia do­cią­gnęła po­pręg i wsu­nęła stopę w strze­mię. Wsko­czyła na grzbiet ko­nia, który mógł po­chwa­lić się stu sie­dem­dzie­się­cioma trzema cen­ty­me­trami wy­so­ko­ści w kłę­bie. Po­chy­liła się do przodu i po­wie­działa mu, że dziś czeka ich tylko spa­ce­rek. Obie­cała, że ju­tro po­pra­cują cię­żej. Wa­łach wy­da­wał się ro­zu­mieć i par­sk­nął w od­po­wie­dzi. Ru­szył w stronę do­brze mu zna­nej le­śnej ścieżki. Pia je­chała z lek­ko­ścią i znów so­bie przy­po­mniała, jak bar­dzo to ko­cha. Być jed­no­ścią z ko­niem. Jed­no­ścią z na­turą. Po cięż­kim dniu w pro­ku­ra­tu­rze było to jak te­ra­pia dla du­szy. Te­ra­pia prze­ciwko wszyst­kiemu. Była wdzięczna, że Björn prze­ko­nał ją, by wró­ciła do swo­jego sta­rego hobby. Ku­piła Itexa z po­li­cyj­nej stajni. Uwa­żano tam, że ma w so­bie zbyt dużo we­rwy, żeby im się przy­dać. Sta­wał się zbyt dziki, je­śli nie mógł co­dzien­nie wy­jeż­dżać w te­ren. Poza tym cza­sami miał nad­wraż­liwą skórę na grzbie­cie. Cze­kała go więc rzeź­nia lub sprze­daż i wtedy po­ja­wiła się Pia. Po pierw­szej jeź­dzie za­ko­chała się po uszy. Może dzięki wszyst­kim po­zy­tyw­nym wspo­mnie­niom, które na­gle do niej wró­ciły. Kiedy była młod­sza, ko­nie były jej ży­ciem, ale jej były mąż uznał, że zaj­mują jej za dużo czasu. Że to zbędne hobby, zbyt dro­gie. Od­sta­wiła więc buty do kon­nej jazdy. Dziś ro­zu­miała, o co w tym tak na­prawdę cho­dziło.

Po­chy­liła głowę, żeby unik­nąć ude­rze­nia przez zwie­sza­jącą się nad ścieżką ga­łąź, i była go­towa, by skró­cić wo­dze, gdyby Itex rzu­cił się w bok. Wy­star­czyłby je­den nie­wła­ściwy krok, żeby za­czął sza­leć. Wtedy trzeba było zdą­żyć za­re­ago­wać w sio­dle. Pia za­zwy­czaj uni­kała my­śle­nia o pracy, ale dziś trudno jej było za­trzy­mać bieg my­śli. Tho­mas Kal­lin na­rze­kał na jedno do­cho­dze­nie i da­wał do zro­zu­mie­nia, że do­stał je tylko dla­tego, że ona chciała po­sta­wić na swoim. Pia za­sta­na­wiała się, kto tu tak na­prawdę chce po­sta­wić na swoim. Kiedy otrzy­mała po­sadę za­stęp­czyni głów­nego pro­ku­ra­tora w cen­trum, Tho­mas za­czął po­ka­zy­wać swoją nie­znaną stronę. Pia wie­działa, że był bar­dzo za­in­te­re­so­wany tym sa­mym sta­no­wi­skiem, i uwa­żał, że ma lep­sze kwa­li­fi­ka­cje. Czę­sto otwar­cie roz­ma­wiał o tym ze współ­pra­cow­ni­kami. Pia nie przej­mo­wała się tym, bo wie­działa, że jest bar­dziej niż wy­star­cza­jąco do­bra, by wziąć na sie­bie te obo­wiązki. Ale je­śli on za­mie­rzał da­lej cze­piać się jej pry­wat­nego ży­cia i su­ge­ro­wać, że nie jest dość silna, trzeba było po­ka­zać mu jego miej­sce. Pia wie­działa, że on pró­bo­wał tylko wy­ko­rzy­stać jej sła­bo­ści. Jej byłe sła­bo­ści. Te­raz żyła zu­peł­nie in­nym ży­ciem. Z no­wym męż­czy­zną. W no­wej pracy. Z wi­do­kami na przy­szłość.

Kiedy wró­ciła do stajni, słońce chy­liło się już ku za­cho­dowi. Ze­sko­czyła, mocno trzy­ma­jąc wo­dze. Po­gła­skała dło­nią brą­zową sierść na szyi ko­nia. Dała mu parę ka­wał­ków mar­chewki, które chęt­nie schru­pał. Po­pro­wa­dziła go do ko­ry­ta­rza i zdjęła sio­dło i tran­zelkę. Po­ca­ło­wała wierz­chowca w białą grzywę, a po­tem ży­czyła mu do­brej nocy i za­pro­wa­dziła do boksu.

Kiedy wszystko już zro­biła i stam­tąd od­jeż­dżała, po­ma­chała wła­ści­cie­lom go­spo­dar­stwa, Siv i Beng­towi, sto­ją­cym przy pa­stwi­sku. Pia miesz­kała po są­siedzku, za­nim wy­pro­wa­dziła się do mia­sta. Do Oden­plan. Ekerö oczy­wi­ście na­leży do Sztok­holmu, ale dla niej to wieś. Bli­sko cen­trum, ale zu­peł­nie ina­czej - las, pola i rzadka za­bu­dowa.

Kiedy wje­chała na główną drogę, znów zo­ba­czyła ten sa­mo­chód w lu­sterku wstecz­nym. Ciemne bmw. Na­li­czyła mię­dzy nim a swoim au­tem cztery po­jazdy. Po­dobny po­dą­żał za nią też w ze­szłym ty­go­dniu. A może so­bie to tylko wy­obra­ziła? Spoj­rzała znów w lu­sterko, ale nie miała pew­no­ści, czy wciąż tam jest. Przy­spie­szyła i wy­prze­dziła je­den sa­mo­chód. Ści­skała mocno kie­row­nicę. Skąd on się po­ja­wił? Czy cze­kał na nią przy skrzy­żo­wa­niu? Przy stajni? Rzu­ciła okiem w tył, ale nie za­uwa­żyła go. Tuż przed Brom­ma­plan bły­snął fo­to­ra­dar. Pia za­klęła ci­cho. Po­je­chała da­lej i za­par­ko­wała w pod­ziem­nym ga­rażu przy Döbelns­ga­tan, gdzie kilka mie­sięcy temu zdo­byli miej­sce. Mimo że było to dość da­leko od miesz­ka­nia, do­brze jed­nak mieć stałe sta­no­wi­sko do par­ko­wa­nia. Bez tego każ­dego wie­czoru trzeba by jeź­dzić w kółko na­wet przez go­dzinę, żeby zna­leźć ja­kieś pu­ste miej­sce. Świe­tlówki na su­fi­cie mi­go­tały, kiedy Pia szła do wyj­ścia. Roz­glą­dała się do­okoła. Co to za dźwięk? Przy­spie­szyła kroku. Otwo­rzyła gwał­tow­nie drzwi i wy­szła na ulicę. Znów się ro­zej­rzała.

Para re­flek­to­rów ośle­piła ją i się zbli­żyła. Pia za­sło­niła świa­tła ręką, żeby zo­ba­czyć, co to za auto. Prze­je­chało obok niej. Ciem­no­szare audi. Pia ode­tchnęła z ulgą i nie­mal bie­gnąc, po­ko­nała ostatni od­ci­nek dzie­lący ją od domu. Przy­trzy­my­wała koł­nierz, chro­niąc się przed chłod­nym wia­trem.

Kiedy we­szła do miesz­ka­nia, w ko­ry­ta­rzu po­wi­tał ją Björn. Pia ciężko dy­szała, cho­ciaż sta­rała się to ukryć.

- Co jest, ko­cha­nie? Bie­głaś?

Pia oparła się o ścianę i ścią­gnęła buty do kon­nej jazdy.

- Ten sa­mo­chód znów mnie śle­dził. To bmw.

- Je­steś pewna?

- Sama nie wiem.

Pod­szedł do niej i wziął ją w ra­miona. Przy­cią­gnął do sie­bie. Jej mię­śnie się roz­luź­niły. Tętno zwol­niło. Bez­pieczne ob­ję­cia. Wcią­gnęła w płuca jego za­pach. Pach­niał sobą. Żad­nymi per­fu­mami. Ni­czym spe­cjal­nym. Tylko sobą.

- Czuję się taka głu­pia. Na pewno so­bie to wy­obra­żam.

Björn wziął w dło­nie jej brodę.

- Ja też tak my­ślę i taką mam na­dzieję. Ale je­śli zda­rzy się to jesz­cze raz, mu­sisz to zgło­sić. To prze­cież może być ja­kiś nie­bez­pieczny czło­wiek, z któ­rym mia­łaś do czy­nie­nia w pracy.

- To na pewno tylko wy­obraź­nia.

Spoj­rzał na nią po­waż­nie.

- Wszystko w po­rządku?

Pia kiw­nęła głową.

- Otwo­rzę wino.

- A ja sko­czę do ła­zienki.

Usia­dła na se­de­sie. Na kilka se­kund ukryła twarz w dło­niach. To na pewno tylko wy­obraź­nia. Ma­gnus, jej były mąż, na­dal sie­dział w wię­zie­niu. Spraw­dziła to sta­ran­nie w ze­szłym ty­go­dniu. I nie da­wali mu prze­pu­stek.

Kiedy się umyła i wy­tarła, za­ło­żyła krótki je­dwabny szla­frok. Björn sie­dział na so­fie i pa­trzył na nią ba­daw­czo, kiedy usa­do­wiła się obok niego. Wcze­śniej za­pa­lił świece i na­lał czer­wone wino do dwóch kie­lisz­ków, te­raz po­dał jej je­den z nich. Roz­ma­wiali o mi­nio­nym dniu, za­py­tał, jak było w pracy. Pia opo­wie­działa mu o Tho­ma­sie Kal­li­nie, a Björn śmiał się, twier­dząc, że Tho­mas ma pro­blem z ko­bie­tami. Pia zgo­dziła się z nim. Björn był taki wy­ro­zu­miały. Opie­kuń­czy i w ogóle zu­peł­nie inny niż Ma­gnus i to, do czego była przy­zwy­cza­jona. Spra­wił, że znów uwie­rzyła w mi­łość. Uwie­rzyła, że ist­nieją do­brzy męż­czyźni. Był kimś, kto brał ją taką, jaka była.

Żad­nej kon­ku­ren­cji. Żad­nej za­zdro­ści. Pia zbli­żyła się do niego i przy­tu­liła do jego ko­szuli. Björn od­sta­wił swoje wino, a po chwili zro­bił to samo z jej kie­lisz­kiem. Ich wargi się spo­tkały. Po­woli. Ostroż­nie. Drobne ru­chy, które stop­niowo na­bie­rały in­ten­syw­no­ści.

- Idziemy do sy­pialni. - Jego głos był bar­dziej chra­pliwy niż zwy­kle.

Po­ło­żyli się na na­rzu­cie. On na dole. Ona na nim. Jego dło­nie go­rącz­kowo szu­kały ha­ftek na jej ple­cach. Pia zdjęła szla­frok, a on uśmiech­nął się, kiedy zro­zu­miał, że nie miała sta­nika. Po­ło­żył dło­nie na jej pier­siach i gła­skał je. Po­chy­lił się i wziął do ust su­tek. Pia roz­pięła mu roz­po­rek i jak na­sto­latki wal­czyli ra­zem z jego no­gaw­kami, które nie chciały dać się zsu­nąć. Pia po­mo­gła mu i zrzu­ciła spodnie na pod­łogę. Peł­zała w górę. Ca­ło­wała wnę­trze jego ud. Po­su­wała się co­raz wy­żej.

- Tato. Nie mogę spać.

Björn od­rzu­cił Pię na bok i sta­rał się przy­kryć ją koł­drą. Sto­jąca w drzwiach Ger­trud pa­trzyła na nich, trąc oczy.

Björn wstał z łóżka.

- Ależ, ko­cha­nie, nie mo­żesz spać? Tata za­pro­wa­dzi cię do łó­żeczka.

- Nie, ja chcę spać tu­taj - jęk­nęła Ger­trud.

- Ale jest le­piej, kiedy śpisz we wła­snym łóżku.

Dziew­czynka wy­to­czyła naj­cięż­sze działa i wy­dała z sie­bie ci­chy jęk, któ­remu to­wa­rzy­szyły kro­ko­dyle łzy.

Björn ska­pi­tu­lo­wał.

- No już do­brze, chodź tu­taj. Mo­żesz się po­ło­żyć mię­dzy mną a Pią. Masz tu koł­drę, ko­cha­nie.

Ger­trud wśli­zgnęła się do łóżka, a Björn po­ca­ło­wał ją w czółko.

- Do­bra­nocka, księż­niczko.

Spoj­rzał na Pię, a jego mina mó­wiła: "Nor­malka, na­stęp­nym ra­zem".

Pia uśmiech­nęła się, jakby uznała to za bar­dzo za­bawne. Od­wró­ciła się ple­cami do niego i zga­siła lampę. Uwol­niła koł­drę, na któ­rej po­ło­żyła się dziew­czynka. Wpa­try­wała się w ciemną sy­pial­nię, aż jej oczy przy­zwy­cza­iły się do mroku, i za­częła za­uwa­żać kon­tury me­bli i okna. Ra­zem z Björ­nem ku­pili nowe łóżko, a ona prze­ma­lo­wała dwa stare krze­sła na czarno, żeby wy­ko­rzy­stać je jako nocne sto­liki. Kwiaty sto­jące przy oknie wzięła ze swo­jego po­przed­niego miesz­ka­nia, lampa na su­fi­cie też była jej. Wspól­nie z Björ­nem urzą­dzili wła­sny dom. Zo­stali ro­dziną. Była te­raz do­dat­kową mamą, czy jak to się te­raz na­zywa. Bo­nu­sową mamą. No­wym ro­dzi­cem.

Ona sama wo­la­łaby zo­stać po pro­stu Pią.

4

- A dla­czego twoim zda­niem mamy kon­ty­nu­ować do­cho­dze­nie, które z po­li­cyj­nego punktu wi­dze­nia zo­stało wy­ja­śnione?

Sze­fowa od­działu pa­trzyła na Amandę, jed­no­cze­śnie szpe­ra­jąc w swoim pu­dełku z dru­gim śnia­da­niem i na­dzie­wa­jąc na wi­de­lec po­mi­do­rek kok­taj­lowy. Gu­nilla H?kans­son zro­biła się znacz­nie bar­dziej bez­po­śred­nia, od kiedy kilka dni wcze­śniej ostrzy­gła się na krótko.

- Coś tu się nie zga­dza - po­wie­działa Amanda. - Nina Lil­je­dahl nie uży­wała nar­ko­ty­ków. Pro­wa­dzili cał­kiem zwy­czajne ży­cie ro­dzinne...

- I prze­żu­wała ucho swo­jego dziecka, kiedy tam przy­je­cha­li­śmy. To też ma być nor­malne?

To Ste­fan Bri­mark - lo­kalny mą­drala. Niż­szy od Amandy. Pró­bo­wał kom­pen­so­wać to in­te­li­gent­nymi wy­po­wie­dziami.

Amanda po­sta­no­wiła go zi­gno­ro­wać i mó­wiła da­lej, od­wró­cona w stronę Gu­nilli:

- Nie twier­dzę, że tego nie zro­biła. Za­sta­na­wiam się tylko, dla­czego na­gle po­sta­no­wiła brać pro­chy. To bez sensu.

- Praw­do­po­dob­nie ni­gdy się tego nie do­wiemy - stwier­dziła Gu­nilla. - To po­twor­nie tra­giczne zda­rze­nie dla wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych, ale nie mo­żemy nie­po­trzeb­nie mar­no­wać za­so­bów. Nina Lil­je­dahl za­biła swoją córkę, a te­raz sama ode­brała so­bie ży­cie. Sprawa jest za­mknięta, nie mamy tu już nic wię­cej do ro­boty.

Gu­nilla wło­żyła do ust zwi­tek li­ści ru­koli.

Znów wtrą­cił się Ste­fan:

- A skąd wiemy, że wcze­śniej nic nie brała? To, że nie ma jej w re­je­strach, może wy­ni­kać z tego, że nikt jej ni­gdy nie zła­pał. Może ro­bili w domu wiel­kie nar­ko­ty­kowe im­prezy.

Do roz­mowy do­łą­czył Crippe:

- Ab­so­lut­nie nic na to nie wska­zuje. Ale zga­dzam się, że w tej chwili nie­wiele mo­żemy zro­bić. Mimo że to wcale nie jest fajne. - Skrzy­wił się. - Ja pier­dolę, nie chciał­bym być w skó­rze męża. Co za pie­kło!

Amanda i Crippe spo­tkali się z Jo­ha­nem Lil­je­dah­lem rano. Miesz­kał u swo­ich ro­dzi­ców, bo nie był jesz­cze w sta­nie po­je­chać do domu. Jego matka, a także bab­cia ofiary, otwo­rzyła im drzwi. Amanda długo nie za­po­mni bólu wi­docz­nego w jej oczach. Wpu­ściła ich do środka i po­szła ze spusz­czoną głową w stronę sa­lonu. Jo­han le­żał na so­fie, a ko­bieta wy­ja­śniła, że wziął ta­bletki na uspo­ko­je­nie. Po­woli usiadł i przy­wi­tał się bez słowa ski­nie­niem głowy. Oczy miał błysz­czące i prze­krwione, włosy w nie­ła­dzie. Po kilku wstęp­nych zda­niach Amanda za­dała py­ta­nia, które miały naj­waż­niej­sze zna­cze­nie w tej spra­wie.

- Czy Nina brała nar­ko­tyki i od kogo je ku­po­wała?

Jo­han pa­trzył na nią bez­barw­nym wzro­kiem.

- Ni­gdy nie brała nar­ko­ty­ków. Na­wet nie by­li­śmy w ich po­bliżu. Nic z tego nie ro­zu­miem.

- Czy mo­gła coś za­ży­wać tak, żeby nic pan nie za­uwa­żył?

- Ab­so­lut­nie nie. Ona taka nie była.

- A jaka była? Czy mógłby pan ją opi­sać?

Krót­kie mil­cze­nie.

- Była moją żoną. Była matką mo­jej córki. Ko­chała swoją ro­dzinę, swoją pracę. Ma przy­ja­ciół i jest lu­biana. Co jesz­cze miał­bym po­wie­dzieć?

Oparł głowę na zgię­ciu łok­cia. Cienka szara ko­szula stłu­miła ci­chy jęk.

Amanda i Crippe spoj­rzeli na sie­bie. Spró­bo­wała jesz­cze raz:

- Co pan o tym my­śli? Jak wy­ja­śni pan to, że tym ra­zem coś wzięła?

Jo­han po­trzą­snął głową. Uniósł ją nieco. Mię­dzy no­sem a ko­szulą wi­dać było dyn­da­jący glut.

- Coś mu­siało się stać. Nie wiem. Ona nie ma ta­kich kon­tak­tów. Nie mam po­ję­cia.

- A co pan ro­bił tego wie­czoru? - spy­tał Crippe.

- Spa­łem w ho­telu w Gävle. Dużo po­dró­żuję w związku z pracą.

- Je­śli się nie mylę, sprze­daje pan leki.

Jo­han kiw­nął głową.

- Czy prze­cho­wuje pan cza­sem coś w domu? - wtrą­ciła się Amanda.

- Nie, w ży­ciu. Wszystko jest bez­piecz­nie za­mknięte w ma­ga­zy­nie.

- Czy Nina brała ja­kieś leki?

- Nie, żad­nych. Na pewno już prze­cież o tym wie­cie.

Wie­dzieli. Te­sty nar­ko­ty­kowe wy­ka­zały u Niny obec­ność me­ty­le­no­diok­sy­pi­ro­wa­le­ronu, w skró­cie MDPV. Nar­ko­tyku ka­ni­bali. Na­zwa ta po­ja­wiła się po tym, jak pe­wien nagi męż­czy­zna w Sta­nach Zjed­no­czo­nych zjadł po­łowę twa­rzy bez­dom­nego czło­wieka, który nie był w sta­nie obro­nić się przed tą agre­sywną na­pa­ścią. To prze­dziwne zda­rze­nie zo­stało za­re­je­stro­wane przez ka­merę mo­ni­to­ringu przy au­to­stra­dzie, a po­tem tra­fiło na YouTube, gdzie do­cze­kało się mi­lio­nów wy­świe­tleń. W Szwe­cji do­tąd bar­dzo rzadko na­ty­kano się na MDPV, ale oba­wiano się, że sub­stan­cja ta sta­nie się bar­dziej po­pu­larna. Ko­le­dzy z wy­działu nar­ko­ty­ko­wego sły­szeli o niej od ćpu­nów na ulicy i po­ja­wiło się parę cyn­ków.

Inną rze­czą, która nie­po­ko­iła Amandę, było to, że u Niny stwier­dzono rów­nież ni­ski po­ziom kor­ty­zolu. Le­karz me­dy­cyny są­do­wej wy­ja­śnił jej to przy­stęp­nie przez te­le­fon:

- U osoby przyj­mu­ją­cej kor­ty­zon wy­stę­puje osła­bie­nie dzia­ła­nia kory nad­ner­czy. Działa ona więc nie tak, jak po­winna, i wła­sna pro­duk­cja kor­ty­zolu spada, co jest wy­raźne w przy­padku Niny. Nie mo­gła jed­nak przez dłuż­szy czas uży­wać kor­ty­zonu, bo ob­ja­wia­łoby się to w for­mie cze­goś, co na­zy­wamy twa­rzą księ­ży­co­watą lub kar­kiem ba­wo­lim. Wiesz, jak lu­dzie puchną po bra­niu kor­ty­zonu?

Amanda kiw­nęła głową.

- Ozna­cza to, że za­częła go sto­so­wać nie­dawno albo może jed­no­ra­zowo przy­jęła wy­soką dawkę, prawda? Może tak być?

- Ow­szem, to jest naj­bar­dziej praw­do­po­dobne.

- Czy to jest na re­ceptę, czy ła­two to zdo­być?

- To sto­sun­kowo pro­ste, kor­ty­zon bie­rze się na przy­kład na zwy­kłe za­pa­le­nie albo do­le­gli­wo­ści zwią­zane z astmą. Są­dzę, że każdy mógłby bez trudu zdo­być re­ceptę.

- Czy może da­wać inne ob­jawy poza puch­nię­ciem?

- Oczy­wi­ście, u wielu wy­stę­pują de­pre­sja i ma­nia, a u więk­szo­ści bar­dzo silny głód.

Kiedy Amanda po­rów­nała prze­słu­cha­nie Jo­hana Lil­je­dahla z tym, co stwier­dził le­karz, po­wstały dwa po­dobne ob­razy Niny Lil­je­dahl. Była do­brze funk­cjo­nu­jącą ko­bietą, ma­jącą ro­dzinę i pracę. Żad­nych oznak dłu­go­trwa­łego nad­uży­wa­nia. Jak do­szło do tego, że wła­śnie w tym dniu wzięła nar­ko­tyki? Czy była czymś za bar­dzo ob­cią­żona i tego nie za­uwa­żyli? Coś, o czym Jo­han nie chciał mó­wić, a może nie wie­dział? Jed­nak do­cho­dze­nie zo­stało za­mknięte. Ist­niały inne sprawy cze­ka­jące na roz­wią­za­nie. Nikt nie chciał mar­no­wać za­so­bów na przy­pa­dek, w któ­rym mor­derca nie żył. Nina Lil­je­dahl już zo­stała uka­rana.

Po po­łu­dniu Amanda sie­działa przy biurku i czy­tała naj­now­sze ra­porty z do­cho­dzeń do­ty­czą­cych nar­ko­ty­ków. Ktoś uwa­żał, że na klatce scho­do­wej pod ad­re­sem Sp?n­ga­vägen 4 dużo się dzieje. Ktoś inny sły­szał, że Ali Resa sprze­da­wał ha­szysz nie­let­nim. Trze­cia osoba wie­działa, że pierw­szego kwiet­nia przez port Fri­ham­nen do­trze duża do­stawa. Ta data już mi­nęła. Amanda wes­tchnęła. Nic na te­mat MDPV.

Za­dzwo­niła do swo­jej przy­ja­ciółki Vicky i za­py­tała, czy po­je­dzie z nią i dziećmi na cmen­tarz. Chęt­nie się zgo­dziła. Nie dla­tego, że to miej­sce szcze­gól­nie ją ku­siło, ale chciała spo­tkać się z Gretą i Char­liem.

Amanda po­szła do Gu­nilli i zle­ciła jej do­koń­cze­nie ra­portu z prze­słu­cha­nia, które pro­wa­dziła. Gu­nilla spoj­rzała w górę, kiedy z na­masz­cze­niem na­pi­sała ostat­nią li­terę.

- To ja spa­dam.

Amanda ja­kiś czas temu za­py­tała, czy może wyjść tro­chę wcze­śniej, bo jej dzieci wy­bie­rały się do den­ty­sty.

- To spa­daj. Do zo­ba­cze­nia ju­tro.

- A ta­tuś dzieci nie może cza­sami się nimi za­jąć? - Ste­fan rzu­cił to py­ta­nie w po­wie­trze, prze­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie se­gre­ga­tor. Uwiel­biał wbi­jać lu­dziom szpilki.

Amanda od­wró­ciła się i cof­nęła o kilka kro­ków.

- Je­śli masz ja­kiś pro­blem, to po­roz­ma­wiaj o nim ze mną.

- Mamy cał­kiem spory pro­blem. Nie zga­dzasz się z tym? - Spoj­rzał na nią spode łba.

- Ow­szem, taki, że psu­jesz kli­mat w pracy samą swoją obec­no­ścią.

- Nie tylko ja my­ślę, że nie masz tu czego szu­kać. - Ste­fan się nie pod­da­wał.

- Nie tylko ty? Weź to na klatę.

Ko­le­dzy sie­dzący przy in­nych biur­kach prze­rwali to, czym się zaj­mo­wali. Słu­chali za­cie­ka­wieni.

- Dla­czego ni­gdy nie po­wie­dzia­łaś, kim jest oj­ciec? - drą­żył Ste­fan. - A może to bo­cian je przy­niósł?

- Dość tego! - za­wo­łała wście­kłym to­nem Gu­nilla.

- Zga­dzam się ze Ste­fa­nem. Może po­win­ni­śmy raz na za­wsze roz­pra­wić się z tym pro­ble­mem - wtrą­cił się Lasse San­dén. Sie­dział na skraju biurka ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami.

Amanda uśmiech­nęła się do niego.

- No to może do­wiemy się, z kim ob­ści­ski­wa­łeś się na świą­tecz­nej im­pre­zie? Pew­nie ?sa chęt­nie o tym po­słu­cha.

Lasse za­czer­wie­nił się po uszy.

Gu­nilla spró­bo­wała uspo­koić sy­tu­ację.

- Nikt nie musi opo­wia­dać o swoim pry­wat­nym ży­ciu, je­śli nie ma na to ochoty.

- Nie, nie! Jest okej. - Amanda po­de­szła do Crip­pego i po­ło­żyła ra­miona na jego bar­kach. Po­ca­ło­wała go w po­li­czek.

- Je­śli to ta­kie ważne, to mo­żemy się przy­znać. Prawda, Crippe?

Ten wy­da­wał się za­sko­czony, ale szybko pod­jął grę. Kiw­nął głową.

- Wsko­czy­li­śmy kie­dyś ra­zem do łóżka. Kiedy to było? - Spoj­rzał py­ta­jąco na Amandę.

- Pew­nie ja­kieś trzy lata i sześć mie­sięcy temu. Na le­żance na czwar­tym pię­trze. - Spoj­rzała na Ste­fana. - Czy to nie ty czę­sto tam sy­piasz?

Kilka osób za­chi­cho­tało. Ste­fan i Lasse stra­cili hu­mor. Gu­nilla spra­wiała wra­że­nie, że po­czuła jed­no­cze­śnie ulgę i nie­po­kój.

Amanda obro­niła się przed ata­kiem Ste­fana ko­lejny raz, ale wie­działa, że on ni­gdy się nie podda. Nie ob­cho­dziło jej to. W tej służ­bie nie po­trze­bo­wała po­par­cia wszyst­kich, żeby so­bie ra­dzić.

Char­lie i Greta kłó­cili się o to, która szczo­teczka do zę­bów jest czyja. Do­stali je od den­ty­sty i te­raz oboje chcą mieć czer­woną. Vicky prze­rwała tę dys­ku­sję, wsia­da­jąc do sa­mo­chodu. Ode­brali ją w cen­trum Sol­nej, do­kąd do­stała się me­trem z Kung­shol­men. Dzieci cie­ka­wie przy­glą­dały się swo­jej matce chrzest­nej, mimo że spo­ty­kali się czę­sto.

- Cześć, moje zło­ciut­kie - przy­wi­tała się.

Char­lie za­re­ago­wał we­so­ło­ścią, a Greta scho­wała się pod grzywką. Chło­pak od­po­wia­dał na py­ta­nia Vicky o wi­zytę u sto­ma­to­loga, pod­czas gdy dziew­czynka tylko przy­słu­chi­wała się temu. Do­piero kiedy do­je­chali do cmen­ta­rza, uznała, że Vicky była kimś, z kim warto się przy­jaź­nić. Ko­bieta wzięła ich oboje za ręce, a one wie­szały się na niej i pod­ska­ki­wały, gdy szli za­gra­bioną szu­trową ścieżką. Amanda nio­sła kwiaty i zni­cze. Zbli­żali się do na­grobka. Serce mocno biło jej w piersi. Czuła ucisk. Kuc­nęła. Vicky z dziećmi sta­nęli obok.

- Chce­cie mi po­móc za­pa­lić zni­cze?

- Ta­aak! - za­wo­łały dzie­ciaki chó­rem. Mu­siały kilka razy pró­bo­wać, za­nim udało im się za­pa­lić knoty. Amanda po­sta­wiła zni­cze przed gro­bem. Prze­pięk­nie mie­niły się róż­nymi ko­lo­rami. Ró­żowy. Nie­bie­ski. Zie­lony.

- Mama. - Greta szturch­nęła Amandę. - Mama! Czy to tu­taj śpi Sanna?

Amanda po­ca­ło­wała ją w nos. Za­sko­czyła ją jej pa­mięć.

- Tak, wła­śnie tu. Ale ni­gdy już się nie obu­dzi. Za­wsze bę­dzie tu­taj spać.

Oczy Grety zro­biły się wiel­kie jak spodki.

- Tak jak tata Simby?

- Kto to jest Sanna? - spy­tał Char­lie.

- Była sio­strą mamy.

Char­lie zna­lazł ja­kiś pa­tyk i za­czął ry­so­wać kre­skę na żwi­rze. Greta szybko do­łą­czyła do niego.

- Jak się czu­jesz? - Vicky kuc­nęła obok Amandy.

Ta wzru­szyła ra­mio­nami.

- Strata. Ta­kie to uczu­cie. Pie­przona, cho­lerna, nie­po­trzebna strata!

Przez chwilę mil­czały. Amanda za­sta­na­wiała się nad tym, co przed chwilą po­wie­działa. Strata. To była prawda. Było w tym jed­nak jesz­cze coś wię­cej. Bez­sil­ność. To, że ona sama nie była w sta­nie zro­bić nic wię­cej. Ani przed­tem, ani po­tem.

Vicky od­chrząk­nęła.

- Mamy ostat­nio cał­kiem sporo do­cho­dzeń do­ty­czą­cych Mi­lo­rada Kral­je­vica i wkrótce zo­ba­czymy, czy to coś da.

Amanda prze­łknęła ślinę.

- Po­my­śla­łam, że chcia­ła­byś o tym wie­dzieć - do­dała Vicky.

Mi­lo­rad Kral­je­vic: męż­czy­zna, który znisz­czył tak strasz­nie dużo. Któ­rego ni­gdy nie spo­tkała. Ale który ma­czał palce we wszyst­kim, co się działo.

- Wiele wska­zuje na to, że spro­wa­dza do kraju nowy nar­ko­tyk, który po­dobno po­cho­dzi z Mek­syku. Wy­jąt­kowo ła­two go przedaw­ko­wać i w in­nych pań­stwach było dużo zgo­nów. Amanda, słu­chasz mnie?

Amanda od­su­nęła wzrok od na­grobka Sanny.

- Mów da­lej.

- Do­wie­dzia­łam się dziś jed­nej rze­czy. O tej Ni­nie Lil­je­dahl, prze­słu­chi­wa­łaś ją. Miała w or­ga­ni­zmie ten sam nar­ko­tyk, który na­szym zda­niem spro­wa­dza Kral­je­vic.

- Chyba żar­tu­jesz!

Vicky po­trzą­snęła głową.

- I co z tym da­lej zro­bimy? - za­py­tała Amanda.

- Ob­ser­wu­jemy kilku go­ści, któ­rzy praw­do­po­dob­nie są jego do­staw­cami. Ale ła­two nie jest, oni oczy­wi­ście zaj­mują się tym od dawna i wie­dzą, jak to działa. Pod­słu­chy te­le­fo­niczne nic nie dały.

- Ma­cie ja­kichś in­for­ma­to­rów?

- Nie mam po­ję­cia. O nich ni­gdy dużo nie wia­domo.

Amanda do­brze o tym wie­działa, in­for­ma­to­rzy nie byli czymś, o czym mó­wiło się gło­śno. Na­wet z naj­bliż­szymi współ­pra­cow­ni­kami. Gdy po­ja­wiał się cynk, pra­co­wało się nad nim, nie ma­jąc na­wet po­ję­cia, czy jest wia­ry­godny albo istotny. Tylko pro­wa­dzący co­kol­wiek o tym wie­dział.

- A in­fil­tra­to­rów ogląda się te­raz tylko na fil­mach.

Vicky się ro­ze­śmiała.

- Prawda, prawda. Sze­fo­stwo nie­spe­cjal­nie to lubi. Na­wet na na­szym po­zio­mie.

Vicky pra­co­wała w ze­spole, który zaj­mo­wał się zwal­cza­niem prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. W jego skład wcho­dzili przed­sta­wi­ciele róż­nych or­ga­nów. Pro­ku­ra­to­rzy, urząd skar­bowy, ko­mor­nicy, za­kład ubez­pie­czeń spo­łecz­nych, urząd do spraw prze­stępstw go­spo­dar­czych i inne. Ra­zem byli w sta­nie do­trzeć do tego, co mo­ty­wo­wało spraw­ców: pie­nię­dzy.

A te­raz ze­spół roz­pra­co­wu­jący Mi­lo­rada Kral­je­vica był na jego tro­pie. Gang­ster na­dal pro­wa­dził han­del nar­ko­ty­kami. Nie ob­cho­dziło go, że lu­dzie umie­rają. Nie przej­mo­wał się kon­se­kwen­cjami.

Amanda prze­cią­gnęła dło­nią po na­pi­sie wy­gra­we­ro­wa­nym na ka­mie­niu. Sanna była jedną z jego ofiar, choć po­śred­nio. Młoda i na­iwna, zo­stała sku­szona przez blichtr i obiet­nice Stu­re­plan. Wpa­dła w złe to­wa­rzy­stwo. Do­wie­działa się o rze­czach, o któ­rych nie po­winna nic wie­dzieć, co kosz­to­wało ją ży­cie. Ktoś do­stał pie­nią­dze za jej za­mor­do­wa­nie, Amanda była tego pewna. Ale Mi­lo­rad Kral­je­vic wciąż był na wol­no­ści.

Może jed­nak da­lej ist­niało coś, co Amanda może zro­bić. W jej gło­wie za­częła kry­sta­li­zo­wać się pewna myśl. Nie była bez­silna. Wprost prze­ciw­nie.

5

W ciągu ostat­niego ty­go­dnia Ad­nan co­dzien­nie spo­ty­kał się z Ha­ji­rem i jego ro­dziną. Ką­pali się w mo­rzu, pili owo­cowe szejki i piwo. Ad­nan wy­głu­piał się z dzie­cia­kami i po­da­ro­wał im ple­cione bran­so­letki z ich imio­nami. Cho­dzili na ry­nek i ku­po­wali sma­żone ka­ra­lu­chy, je­dwa­bie i mocne przy­prawy. Od­wie­dzali różne re­stau­ra­cje, a wie­czo­rami od­prę­żali się w pla­żo­wych ba­rach. Ra­gnar był miły i dał mu wolne.

Te­raz znów był sa­motny i dni mi­jały, ni­czym się od sie­bie nie róż­niąc. Po­ranna prze­bieżka. Je­dze­nie. Spa­nie. Wie­czo­rem si­łow­nia. Je­dze­nie. Od­po­czy­nek. Mik­so­wa­nie drin­ków w ba­rze. Otwie­ra­nie piwa. Doby szybko prze­la­ty­wały. Księ­życ zmie­niał kształt i coś za­częło się nie zga­dzać. Po­ja­wiły się pro­blemy z za­sy­pia­niem, Ad­nan długo le­żał, wpa­tru­jąc się w mo­ski­tierę i cią­gle znaj­du­jąc w niej nowe dziury. My­ślał o wszyst­kim i ni­czym. Słońce było za go­rące. Tu­ry­ści zbyt ra­do­śni. Miej­sco­wość za mała. Szwe­dzi ża­ło­śni. Za­cho­wy­wali się jak kró­lo­wie, pa­ra­du­jąc ze swo­imi ku­pio­nymi mło­dymi ko­bie­tami. Ad­nan wiele razy za­sta­na­wiał się, jak to jest mię­dzy Ra­gna­rem a Arun. Czy to praw­dziwy zwią­zek? Au­ten­tyczny? Miał taką na­dzieję ze względu na Ra­gnara. Byli ra­zem od dawna i wzięli ślub. A Ad­nan wi­dział to w ich oczach. A może nie? Ten sam blask, jaki można było zo­ba­czyć u Ha­jira i Isa­belli, kiedy na sie­bie pa­trzyli.

Ro­man­tyczne bzdury.

On sam wpadł kie­dyś w tę pu­łapkę. I nie za­mie­rza już ni­gdy tego po­wtó­rzyć!

Pod­sko­czył lekko na gu­mo­wej ma­cie, skrę­cił ciało i tra­fił w wo­rek go­le­nią. Wró­cił do pier­wot­nej po­zy­cji. Znów lekko pod­ska­ki­wał. Ręce miał za­ci­śnięte przed twa­rzą. Przy­go­to­wał się do ko­lej­nego kop­nię­cia. Wy­ko­nał po­dwójne. Bok­so­wał pię­ściami. Prawy sier­powy. Lewy sier­powy. Pod­cię­cie. Ude­rze­nie ko­la­nem w splot sło­neczny prze­ciw­nika. Ad­nan miał na so­bie tylko luźne szorty i owijkę wo­kół rąk. Pot ście­kał mu po mię­śniach. Po ta­tu­ażach, które błysz­czały pod sło­na­wym pły­nem. Smok. Tru­pia czaszka. Try­bale. Był za­do­wo­lony ze wszyst­kich poza jed­nym. Czar­nymi li­te­rami z boku ple­ców. FTP. Ża­ło­wał, że go zro­bił. To było głu­pie. Nie­mą­dre. Sym­bo­li­zo­wało zbyt pew­nego sie­bie chło­paka z przed­mie­ścia, który nie znał świata poza be­to­nem blo­ko­wi­ska. Ale nie tylko o to cho­dziło. Te­raz ten ta­tuaż był jak drwina. Za każ­dym ra­zem, kiedy wi­dział te li­tery, przy­po­mi­nał so­bie, jak zo­stał wy­sta­wiony do wia­tru. Fuck the po­lice. Te słowa na­brały no­wego zna­cze­nia. On nie miał po­ję­cia, a ona wy­ko­rzy­stała go do wła­snych ce­lów. Na­ro­biła mu po­tęż­nych pro­ble­mów. Więk­szych, niż miał wcze­śniej.

Ad­nan rzu­cił się na pod­łogę i wy­ko­nał dwa­dzie­ścia pom­pek z kla­ska­niem. Za­ata­ko­wał wo­rek ko­lej­nymi kop­nia­kami. Łok­ciami. Kop­nię­ciem z ob­rotu.

Fa­cet sto­jący przy są­sied­nim worku od­su­nął się tro­chę. Wy­glą­dał na nie­pew­nego sie­bie. Był o po­łowę mniej­szy od Ad­nana. I miał o po­łowę mniej ta­tu­aży.

Ad­nan spoj­rzał wil­kiem na ma­łego, przy­go­to­wu­jąc się do na­stęp­nej rundy. Wy­krę­cił kark, aż strze­liło. Ob­ra­cał barki, aby usta­wić je w od­po­wied­niej po­zy­cji. Ru­szył do ataku. Wrza­snął na wo­rek.

Jego drobny są­siad za­brał ręcz­nik i się od­da­lił. Ad­nan ciężko dy­szał.

Co ona zro­biła z kasą? Dzie­sięć pro­stych cio­sów. Agre­sja i moc.

Wnio­sek: wzięła je dla sie­bie. Co za suka! Dzie­sięć razy bur­pee.

A może to gli­nia­rze ściem­niają? Dzie­sięć pro­stych cio­sów.

Dla­czego?

Dzie­sięć razy bur­pee. Mię­śnie za­czy­nały straj­ko­wać. Po co mie­liby to ro­bić? A może jed­nak?

Dzie­sięć pro­stych cio­sów.

Jest tylko jedna moż­li­wość!

Dzie­sięć razy bur­pee.

Ad­nan padł na pod­łogę. Po­ło­żył się na ple­cach i wy­cią­gnął ra­miona nad głowę. Z tru­dem chwy­tał po­wie­trze.

Lo­gika pod­po­wia­dała: musi je od­zy­skać. Całą kasę! Je­śli nie dla sie­bie, to dla Mi­rana. Ad­nan nie na­le­żał do tych, któ­rzy się pod­dają. Do tych, któ­rzy się ukry­wają.

Był Ad­na­nem Na­si­mim!

6

Pia usia­dła przy stole i przy­wi­tała się z resztą ze­społu za­rzą­dza­ją­cego zwal­cza­niem prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Göran An­de­rzon, do­wódca ze­społu po­li­cji, spra­wiał wra­że­nie, jakby już szy­ko­wał się do wyj­ścia. Miał na so­bie kurtkę i sie­dział na kra­wę­dzi krze­sła, zwi­sa­jąc po­chy­lony do przodu i pod­pie­ra­jąc się łok­ciami. Sten Nils­son z ad­mi­ni­stra­cji po­dat­ko­wej był spo­koj­niej­szy. Po­ło­żył przed sobą wy­soką stertę te­czek, po­pra­wił je tak, żeby kra­wę­dzie były równe. Urząd ko­mor­ni­czy wy­słał Kurta Sp?ng­berga za­miast kie­row­nika, któ­rego po­wa­liła grypa. Kurt uwiel­biał dźwięk wła­snego głosu, Pia oba­wiała się więc, że spo­tka­nie sporo się prze­cią­gnie. Kiedy za­czął opo­wia­dać hi­sto­rię o za­ję­tym przez niego kilka dni wcze­śniej war­tym mi­liony jach­cie , Pia wy­mie­niła spoj­rze­nia z Göra­nem. Gdy mówca mu­siał wziąć od­dech, Pia na­tych­miast wkro­czyła i zmie­niła te­mat. Któ­rym spra­wom na­leży nadać prio­ry­tet? Co się dzieje? Co wy­da­rzyło się od ostat­niego razu? Göran opo­wie­dział o pla­no­wa­nym na­lo­cie na nie­le­galne sa­lony z au­to­ma­tami do gry w róż­nych czę­ściach kraju. Sten ży­czył so­bie przy­spie­sze­nia do­cho­dze­nia w spra­wie fał­szy­wych fak­tur po­ja­wia­ją­cych się jak grzyby po desz­czu. Kurt przed­sta­wił szcze­góły do­ty­czące dwóch za­ję­tych do­mów. Naj­cie­kaw­szy punkt po­ja­wił się na końcu - Mi­lo­rad Kral­je­vic, szef ju­go­sło­wiań­skiej ma­fii dzia­ła­ją­cej w re­gio­nie sztok­holm­skim. Göran opo­wia­dał: spe­ku­la­cje o tym, że Kral­je­vic wy­co­fał się z dzia­łal­no­ści, oka­zały się błędne. Prze­ciw­nie, praw­do­po­dob­nie po kry­jomu roz­bu­do­wuje swoją or­ga­ni­za­cję. Za­trud­nił za­ufa­nych pod­wład­nych do kie­ro­wa­nia róż­nego ro­dzaju biz­ne­sami pod prze­wod­nic­twem jego sio­strze­nicy, He­leny Kral­je­vic. Naj­więk­sze ob­roty za­pew­niają dzi­siaj han­del nar­ko­ty­kami, han­del ży­wym to­wa­rem i prze­myt lu­dzi. Kilka osób z niż­szych po­zio­mów hie­rar­chii ostat­nio po­peł­niło błędy. Na­mie­rzono ich z sa­mo­cho­dami i miesz­ka­niami, na które zgod­nie z in­for­ma­cjami po­dat­ko­wymi nie było ich stać. Są nie­ustan­nie pod ob­ser­wa­cją. Wiele wska­zuje rów­nież na to, że Kral­je­vic stoi za im­por­tem nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nego nar­ko­tyku, który już za­bił nie­jed­nego nar­ko­mana i mło­dego czło­wieka. MDPV. Nar­ko­tyk ka­ni­bali. Na tę sprawę na­leży prze­zna­czyć naj­więk­sze za­soby.

Pia się oży­wiła. Mi­lo­rad Kral­je­vic od dawna nie po­ja­wiał się w żad­nej spra­wie. Wciąż pa­mię­tała eks­plo­zję przed ich willą, tak jakby to było wczo­raj. Obu­dził ją po­tężny huk. Pło­nący sa­mo­chód. Kłęby dymu. Ale przede wszyst­kim Ma­gnus sto­jący przy oknie i wy­glą­da­jący na ze­wnątrz przez ża­lu­zje. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa, by był tak blady. Spa­ra­li­żo­wany. Ma­gnus, który trząsł się ze stra­chu. Za­zwy­czaj to ona to ro­biła. Póź­niej zro­zu­miała, że jej były mąż był za­mie­szany w dzia­łal­ność Kral­je­vica w inny spo­sób niż tylko jako po­li­cjant. Na pewno krę­cił wła­sne lody dla swo­jej ko­rzy­ści. Pia wciąż za­sta­na­wiała się, jak to wszystko mo­gło się tak po­sy­pać. Dla niej. Dla Ma­gnusa. Dla nich obojga.

Od­wró­ciła się w stronę Görana.

- Dla­czego na­zy­wają go nar­ko­ty­kiem ka­ni­bali?

Göran opo­wie­dział o spra­wie Niny Lil­je­dahl z Väste­rort. Jak to moż­liwe, że o niej nie sły­szała? Pia przy­po­mniała so­bie, że Tho­mas parę dni temu coś o tym mam­ro­tał. Że mu­siał umo­rzyć wstępne do­cho­dze­nie, mimo że je­den ze śled­czych pro­te­sto­wał. Je­śli Pia do­brze pa­mię­tała, bar­dzo mu się to nie po­do­bało i ob­wi­niał szefa od­działu kie­ru­ją­cego no­wi­cju­szy do do­cho­dzeń w spra­wie mor­derstw. To nie­mą­dre. Po­winni za­czy­nać od drob­nych kra­dzieży. Daw­niej było le­piej, kiedy sta­rzy ko­mi­sa­rze wie­dzieli, co ro­bią. Nie ma wąt­pli­wo­ści!

- A kto pro­wa­dził tę sprawę u was? - za­py­tała Pia, spo­glą­da­jąc na Görana.

- Chri­stian Nils­son i Amanda Pal­ler. Sprawa wciąż jest w Väste­rort. Do­wie­dzie­li­śmy się o niej tylko dla­tego, że nar­ko­tyki są spro­wa­dzane praw­do­po­dob­nie za po­śred­nic­twem Kral­je­vica. Ale po­nie­waż Nina Lil­je­dahl ode­brała so­bie ży­cie, trudno bę­dzie się do­wie­dzieć, od kogo je ku­piła. Ta ko­bieta nie wy­stę­puje w żad­nej ba­zie, a ana­liza tech­niczna nic nie dała.

Pia po­czuła, jak pieką ją po­liczki - wie­działa, że się czer­wieni.

Sku­piła się na swo­ich no­tat­kach, żeby nikt tego nie za­uwa­żył. Ści­snął jej się żo­łą­dek. Tylko na chwilę, ale wy­raź­nie. Na jed­nym spo­tka­niu usły­szała dwa na­zwi­ska, które obu­dziły u niej wszyst­kie sta­ran­nie skry­wane uczu­cia. Mi­lo­rad Kral­je­vic i Amanda Pal­ler. Oboje brali udział w na­głym roz­pa­dzie jej mał­żeń­stwa. W zu­peł­nie różny spo­sób. Ale jed­nak. Przed oczami sta­nął jej Ma­gnus. Wy­cho­dził z sali są­do­wej ze spusz­czoną głową. Ręce miał skute za ple­cami. Jego ko­le­dzy z po­li­cji pod­trzy­my­wali go za ra­miona. Upo­ko­rze­nie wy­peł­niało całe jego ciało. Całą salę.

- Pia, masz coś jesz­cze? - Göran wpa­try­wał się w nią.

Po­trzą­snęła głową.

- No to ja spły­wam, mam pełny har­mo­no­gram.

Göran wstał. Kurt za­ci­snął usta i wy­pu­ścił po­wie­trze no­sem.

- No cóż, to ja opo­wiem wię­cej na­stęp­nym ra­zem.

Mimo piątku Pia późno wró­ciła z pracy. Ugrzę­zła w spra­wie do­ty­czą­cej prze­mocy wo­bec ko­biet. Pa­piery le­żały na jej biurku, miała w po­nie­dzia­łek iść z tym do sądu. Tak na­prawdę znała tę sprawę już na pa­mięć. Wie­lo­krot­nie czy­tała do­ku­menty. Ale zaj­mo­wa­nie się czymś, co przy­po­mi­nało jej wła­sne prze­ży­cia, dzia­łało na nią w ja­kiś spo­sób lecz­ni­czo. Świa­do­mość tego, że nie była je­dyna. Jed­no­cze­śnie fru­stro­wało ją czy­ta­nie o sy­gna­łach ostrze­gaw­czych, które były tak oczy­wi­ste dla oto­cze­nia. Lu­dzie stają się ślepi w swo­ich wła­snych re­la­cjach.

Dziś po­je­chała do domu ro­we­rem. Z Kung­shol­men do Oden­plan. Wolno ob­ra­cała pe­da­łami, nogi nie miały ochoty się prze­mę­czać. Wie­czo­rem mieli mieć go­ści. Cla­esa i Lenę, przy­ja­ciół Björna i jego by­łej żony. Byli fajni i po­wi­tali Pię z otwar­tymi ra­mio­nami, mimo że Björn po­sta­no­wił dla niej odejść od żony. Pia, wielki ko­zioł ofiarny. Tak się czuła, choć nie zro­biła nic złego. To prze­cież Björn był żo­naty i zło­żył przy­sięgę wier­no­ści: póki śmierć nas nie roz­łą­czy. Jego eks wy­da­wała się tego nie ro­zu­mieć. W jej świe­cie to Pia była wszyst­kiemu winna.

Dla­czego więc nie spie­szy się te­raz do domu, tak jak to zwy­kle by­wało? Tak na­prawdę do­brze wie­działa. Pod­stępny lęk po­ja­wił się już kilka dni wcze­śniej. Kiedy zdała so­bie sprawę, że zbliża się pią­tek. Cu­downy ty­dzień Björna jako taty. Pia na­ci­snęła moc­niej na pe­dały. Czuła się tak, jakby była złym czło­wie­kiem. Ni­gdy wcze­śniej nie po­my­śla­łaby, że czy­jeś dzieci są okropne. We wszyst­kich in­nych ro­dzi­nach wy­da­wało się to świet­nie funk­cjo­no­wać. To ego­istyczne z jej strony, że chciała mieć Björna tylko dla sie­bie. Pra­gnęła, żeby mieli wspólne ży­cie, w które nie będą się wtrą­cać była żona i jej po­tom­stwo. Po­prawka: po­tom­stwo jej i Björna. Ich skarby. Björn je uwiel­biał! Pia oczy­wi­ście rów­nież po­winna uwa­żać, że jest miło, kiedy przy­cho­dzą. Po­sta­no­wiła w tym ty­go­dniu na­prawdę się po­sta­rać. Może zro­bić coś ra­zem z Ger­trud.

Usły­szała ich już na klatce scho­do­wej. Krzyki Hjal­mara prze­ni­kały przez ścianę. Ger­trud wrzesz­czała, jakby usia­dła na osie.

To bę­dzie fan­ta­styczny week­end. Spo­kojny i miły.

Jej nogi z wy­sił­kiem po­ko­ny­wały ko­lejne stop­nie. Wy­jęła klucz i ob­ró­ciła go w zamku. Spró­bo­wała uśmiech­nąć się w du­chu. Od­wie­siła swoją kurtę marki Peak Per­for­mance i scho­wała pół­buty. Po­ło­żyła kask na półce na ka­pe­lu­sze i ru­szyła w stronę do­bie­ga­ją­cych z sa­lonu krzy­ków. Björn grał z dziećmi w coś, czego Pia jesz­cze ni­gdy nie wi­działa.

- Te­raz moja ko­lej! - Ger­trud ude­rzyła brata, który za­wył.

Björn sta­rał się ich prze­krzy­czeć.

- Spo­koj­nie, dzieci. Wi­dzi­cie, kto się po­ja­wił?

Pia po­ma­chała do nich przez drzwi. Ger­trud i Hjal­mar spoj­rzeli na nią z nie­chę­cią.

- Co się mówi, kiedy ktoś przy­cho­dzi? - za­py­tał Björn.

- Cześć - po­wie­dzieli ko­lejno Ger­trud i Hjal­mar.

Pia po­de­szła i uści­skała ich oboje. Sztywno. Jakby z obo­wiązku. Pró­bo­wała sama sie­bie prze­ko­nać: to bę­dzie miły ty­dzień!

- Jak cu­dow­nie, że przy­szli­ście. Co ro­bi­li­ście od na­szego ostat­niego spo­tka­nia?

- Nic - od­po­wie­działy dzieci chó­rem.

- Ale prze­cież na pewno ro­bi­li­ście coś faj­nego.

Wy­da­wało się, że Ger­trud za­sta­na­wia się, czy cie­szyć się z przyj­ścia Pii.

- Ja zbie­ra­łam kasz­tany. Chcesz zo­ba­czyć?

Wy­bie­gła z sa­lonu i wró­ciła z pu­dłem. Wy­sy­pała za­war­tość na pod­łogę i za­pro­po­no­wała, żeby Pia ro­biła z nią lu­dziki przy uży­ciu wy­ka­ła­czek. Ko­bieta wo­lała za­jąć się go­to­wa­niem, ale się zgo­dziła. Zro­biły ra­zem pie­ski, krówki i zwie­rzęta, które nie ist­nieją. Ale i tak były słod­kie. Ła­twe w ob­słu­dze.

- Mama robi dużo faj­niej­sze zwie­rzątka niż ty - po­wie­działa Ger­trud. - Mają też oczy i bu­zie.

Wy­ka­łaczka ze­śli­zgnęła się po gład­kiej po­wierzchni kasz­tana i wbiła dziew­czynce pod pa­zno­kieć. Jej dolna warga przez chwilę drżała, po czym roz­legł się prze­raź­liwy wrzask.

Pia wzdry­gnęła się, nie­mal czu­jąc ten ból. Bóg ka­rze nie­któ­rych... "Ogar­nij się! Prze­cież to tylko dzieci".

Björn po­spie­szył z po­mocą. Wziął córkę na ręce. Przy­niósł pla­ste­rek z Hello Kitty.

Pia wy­mknęła się do kuchni i przy­go­to­wała tar­tinki, które mieli po­dać na po­wi­ta­nie go­ści. Sły­szała, jak Björn gra z dziećmi w nową grę. Ger­trud już chyba za­po­mniała o swoim zra­nio­nym palcu.

Pia od­kor­ko­wała bu­telkę Ama­rone i wy­jęła z szafki dwa kie­liszki do wina. Miały wzo­rek w kwiatki. Pia prze­cią­gnęła wska­zu­ją­cym pal­cem po jego kon­tu­rach. Uwiel­biała te kie­liszki, odzie­dzi­czyła je po babci. Dla­tego rzadko ich uży­wała, ale ten wie­czór bę­dzie do tego od­po­wiedni. We­szła do sa­lonu, a Björn roz­pro­mie­nił się, kiedy trą­cili się szkłem. Wy­pili po łyku. Pia po­trzy­mała na­pój przez chwilę w ustach, by roz­ko­szo­wać się peł­nym sma­kiem, za­nim prze­łknęła. Zdała so­bie sprawę, że my­ślała o Ma­gnu­sie. Było to jego ulu­bione wino.

Uśmiech­nęła się do Björna, naj­lep­szego męż­czy­zny, ja­kiego kie­dy­kol­wiek spo­tkała.

- Za Björna i Pię! - Lena unio­sła kie­li­szek, a jej nie­zli­czone bran­so­letki za­dzwo­niły. - Uwa­żam, że to wspa­niale, że się po­zna­li­śmy.

- I wza­jem­nie - od­po­wie­działa Pia.

Zje­dli przy­go­to­wany przez Pię trzy­da­niowy obiad. Björn po­mógł z pie­czy­wem czosn­ko­wym, żeby zdą­żyła wziąć prysz­nic przed przyj­ściem go­ści. Uspra­wie­dli­wił się tym, że dzieci, z któ­rymi nie wi­dział się przez ty­dzień, były wy­jąt­kowo pod­nie­cone. Kiedy przy­szli Claes i Lena, Pii udało się wy­mknąć do ła­zienki. Szybki ma­ki­jaż i pro­sty kok. Była jed­nak za­do­wo­lona z efektu, a Lena chciała się na­uczyć ro­bić taką wspa­niałą fry­zurę.

Björn wstał i na­peł­nił kie­liszki, a Claes po­szedł spraw­dzić, co ro­bią dzieci.

- Oglą­dają film, my­śla­łem, że za­snęły - po­wie­dział po po­wro­cie.

Go­ście rów­nież mieli dwoje dzieci. Dziew­czynkę i chłopca w tym sa­mym wieku co Ger­trud i Hjal­mar. Ma­lu­chy do­stały kieł­ba­ski z fryt­kami za­miast po­lę­dwicy wo­ło­wej i za­pie­kanki ziem­nia­cza­nej, za­ser­wo­wa­nych do­ro­słym.

- Jak świet­nie, że mamy dzieci, które tak do­brze się ra­zem ba­wią - po­wie­działa Lena.

Pia kiw­nęła głową, cho­ciaż nie była pewna, czy ta wy­po­wiedź do­ty­czy rów­nież jej. Uła­mała ka­wa­łek cze­ko­lady z solą mor­ską i wło­żyła go do ust. Usły­szała, jak dzwoni te­le­fon Björna, i od razu wie­działa, kto to. Prze­cież to piąt­kowy wie­czór!

- Cześć. Nie, spoko. Po­cze­kaj chwilę. - Björn wy­glą­dał na za­kło­po­ta­nego. - Za­mie­nię tylko parę słów z Ma­rią.

- Po­zdrów - po­wie­działa Lena.

- Tak, po­zdrów - po­wtó­rzył Claes.

Björn znik­nął. Pia wy­piła kilka ły­ków wina. Du­żych ły­ków.

- Ja­kie to fajne, że oni wciąż mają tak do­brą re­la­cję mimo tego wszyst­kiego. - Lena spoj­rzała na Pię.

- Zde­cy­do­wa­nie. Chce­cie do­lewkę kawy?

Go­ście grzecz­nie od­mó­wili.

- A ty ni­gdy nie chcia­łaś mieć wła­snych dzieci? - za­py­tała Lena.

- Chcia­łam tego, od­kąd skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia lat. - Pia ro­ze­śmiała się, żeby ukryć po­wagę.

- Ach, tak. To chyba fan­ta­stycz­nie, że do­sta­łaś w pa­kie­cie tę dwójkę. Nie mo­gło być le­piej.

Lena spra­wiała wra­ża­nie, że mówi to szcze­rze.

- To rze­czy­wi­ście su­per. - Claes po­twier­dził ski­nie­niem głowy.

- Oczy­wi­ście mam na­dzieję, że kie­dyś będę miała wła­sne - po­wie­działa Pia.

- No pro­szę! Ale czy nie je­steś mniej wię­cej w moim wieku? Nie mam nic złego na my­śli, po­my­śla­łam tylko...

- Mam czter­dzie­ści je­den lat, więc ze­gar oczy­wi­ście tyka. Ale na­dzieja jest.

Lena i Claes wy­mie­nili się spoj­rze­niami. My­śleli, że nie za­uwa­żyła tego?

- Bę­dzie faj­nie, je­śli Björn ze­chce za­cząć od nowa - stwier­dziła Lena. - Lata z ma­łymi dziećmi są wy­kań­cza­jące. Po­tra­fią nisz­czyć re­la­cje, po­patrz tylko na Björna i Ma­rię.

Pia za­cho­wała spo­kój, ale w du­szy wyła.

- My­ślę, że jed­nak warto, bo w końcu więk­szość lu­dzi ma dzieci. A do tego kil­koro.

Pia pró­bo­wała w ten spo­sób pod­su­mo­wać dys­ku­sję.

- Nie, Björn na pewno cze­goś ta­kiego nie prze­wi­dział, ale plany mogą ulec zmia­nie, gdy lu­dzie się roz­stają i od­cho­dzą z kimś no­wym.

- Ja ni­gdy nie mia­ła­bym wię­cej dzieci, gdy­by­śmy się z Cla­esem roz­stali. - Lena spoj­rzała na męża. - Ty też nie.

Claes po­trzą­snął głową.

- Zde­cy­do­wa­nie nie. A poza tym prze­cież nie bę­dziemy się roz­sta­wać...

Pia prze­stała słu­chać. Tak na­prawdę lu­biła Lenę i Cla­esa. Prze­szka­dzał jej tylko ten oczy­wi­sty po­gląd, że dzieci part­nera mu­szą być naj­lep­szym, co mo­głoby się przy­da­rzyć bez­dziet­nej ko­bie­cie. Czy lu­dzie nie po­tra­fią zro­zu­mieć, że chce się mieć wła­sne? Czy nie ro­zu­mieją tego we­wnętrz­nego stresu, który na­ra­sta z każ­dym upły­wa­ją­cym dniem? Tik-tak, tik-tak. Pew­nie nie, oni mieli szczę­ście, po­znali się jako mło­dzi i uro­dziła im się dwójka dzieci w od­stę­pie dwóch lat, tak jak wszyst­kim ide­al­nym pa­rom. A do tego parka - chłop­czyk i dziew­czynka. I oczy­wi­ście ni­gdy się nie roz­staną.

Dla­czego się zde­ner­wo­wała? Pia skie­ro­wała roz­mowę na pracę Cla­esa, py­ta­jąc, na ja­kie ak­cje na­leży po­sta­wić. W naj­mniej­szym stop­niu jej to nie in­te­re­so­wało, ale wszystko było lep­sze niż ich na­iwne dy­wa­ga­cje o re­la­cjach.

Po trzech kwa­dran­sach wró­cił Björn ra­zem z Ger­trud. Zwi­sała w jego ra­mio­nach, wy­jąc o wię­cej sło­dy­czy.

- Prze­pra­szam, że tak długo to za­jęło. Trzeba sporo rze­czy za­pla­no­wać w związku ze szkołą i całą resztą.

Na twa­rzach Leny i Cla­esa ma­lo­wało się zro­zu­mie­nie.

Pia uśmiech­nęła się z za­ci­śnię­tymi war­gami. To prze­cież oczy­wi­ste, że trzeba za­pla­no­wać szkołę i przed­szkole w piąt­kowy wie­czór. No bo niby kiedy?

Ger­trud wspięła się na krze­sło i wy­cią­gnęła rękę po mi­seczkę ze sło­dy­czami. Pia pa­trzyła na ukwie­cony kie­li­szek, jakby po­ru­szał się w zwol­nio­nym tem­pie. Prze­wró­cił się. Ude­rzył w ta­lerz. Roz­padł się na dwa duże ka­wałki i mnó­stwo ma­łych. Czer­wone wino wy­lało się na ob­rus.

To bę­dzie długi ty­dzień.

7

Char­lie i Greta sie­dzieli na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu, le­xusa RX, który Amanda ku­piła pół roku wcze­śniej. Zmę­czył ją stary hy­un­dai, zde­cy­do­wa­nie za czę­sto straj­ku­jący. Te­raz miała bar­dziej nie­za­wodne auto. Nie my­ślała o tym wcze­śniej, za­nim uro­dziła dzieci.

Za­par­ko­wała ka­wa­łek od sze­re­gowca w dziel­nicy Berg­shamra, skąd miała wi­dok na dom nu­mer 3, li­cząc od pra­wej. Ży­wo­płot z ja­łow­ców za­sła­niał działkę, ale było to ko­rzystne. Z domu nikt nie mógł też zo­ba­czyć jej.

Pod tym ad­re­sem miesz­kał Jo­van Blaku, je­den z pod­wład­nych Mi­lo­rada Kral­je­vica. Był od­po­wie­dzialny za do­stawy mię­dzy górą a di­le­rami pra­cu­ją­cymi na ulicy. Miesz­kał ra­zem ze swoją dziew­czyną, Jo­se­fin Ara­po­vic.

Amanda do­stała te in­for­ma­cje od Vicky. Ze­spół pra­co­wał nad Blaku już od ja­kie­goś czasu, ale bez re­zul­tatu. Wszel­kie doj­ścia do Kral­je­vica były trudne. A sze­fo­stwo chciało mieć wy­niki na­tych­miast, a jesz­cze le­piej na wczo­raj. Nikt nie miał za­miaru mar­no­wać za­so­bów na nie­pewne dzia­ła­nia.

Dziś Amanda ro­biła to samo co wczo­raj, kilka razy okrą­żyła te­ren, żeby upew­nić się, że nie ma tam żad­nych ob­ser­wa­to­rów w cy­wilu. Li­czyła na szybki suk­ces, dzieci nie prze­pa­dały za dłu­gim sie­dze­niem w sa­mo­cho­dzie. Lu­biły za to ro­bić so­bie pik­nik na tyl­nym sie­dze­niu. Char­lie wci­snął w sie­bie ka­napki, wa­fle ry­żowe i jabłka, aż nie zo­stał na­wet okru­szek. Greta ze­brała do pla­sti­ko­wej to­rebki od­padki, które zrzu­cił na pod­łogę.

Mniej wię­cej o wpół do siód­mej z domu wy­szła ko­bieta z blond wło­sami zwią­za­nymi w koń­ski ogon, ale od­le­głość unie­moż­li­wiała roz­po­zna­nie twa­rzy. Amanda mu­siała za­ry­zy­ko­wać, że to Jo­se­fin, wy­miary zga­dzały się z in­for­ma­cjami z re­je­stru po­bra­nymi przez Amandę wcze­śniej w pracy. Sto sześć­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu, drobna bu­dowa ciała. Od­wró­ciła się do dzieci. Char­lie za­snął, głowa mu zwi­sała, a z ką­cika ust cie­kła mu ślina. Greta prze­cią­gała pal­cem po swoim ta­ble­cie, wszystko wska­zy­wało na to, że smaży na­le­śniki z Pippi. Amanda ru­szyła. W ślad za bmw. Je­chali w stronę mia­sta. Po­zwo­liła, aby od ob­ser­wo­wa­nej ko­biety od­dzie­lało ją kilka aut. Nie chciała być za­uwa­żona. Nie wie­działa, jaki jest sto­su­nek Jo­se­fin do bez­pie­czeń­stwa, bio­rąc pod uwagę nie­le­galne źró­dło do­cho­dów jej part­nera. Sama dziew­czyna wy­stę­po­wała w re­je­strach z kil­koma zgło­sze­niami o nar­ko­ty­kach i oszu­stwach. Amanda sku­piła się na śle­dze­niu sa­mo­chodu. Żeby go nie zgu­bić, mu­siała prze­je­chać na czer­wo­nym świe­tle na Sve­avägen.

Auto za­par­ko­wało w końcu przy Oden­plan. Amanda prze­je­chała po­woli obok niego i rzu­ciła okiem na wy­sia­da­jącą ko­bietę. Bez wąt­pie­nia Jo­se­fin Ara­po­vic. Była ubrana w ob­ci­słe tre­nin­gowe spodnie w czarno-białą pan­terkę i luźną bluzkę. W ręce trzy­mała spor­towe buty i bu­telkę wody. Amanda uda­wała, że szuka miej­sca do za­par­ko­wa­nia, i je­chała po­woli do przodu. Za­uwa­żyła, jak Jo­se­fin wcho­dzi do si­łowni SATS. Amanda sta­nęła au­tem czę­ściowo na chod­niku i wzięła Gretę na ręce. Spoj­rzała na Char­liego, wciąż spał i ciężko od­dy­chał. Miała wy­rzuty su­mie­nia, ale nie było in­nego wyj­ścia. Zo­sta­wiła go tam i za­mknęła sa­mo­chód. To na pewno nie po­trwa długo.

Na si­łowni pa­no­wał gwar. Lu­dzie zo­sta­wiali swoje buty na wy­so­kich pół­kach przy wej­ściu i re­je­stro­wali się przy uży­ciu kart człon­kow­skich. Inni wy­cho­dzili, spo­ceni lub świeżo po prysz­nicu, za­kła­dali buty i od­cho­dzili. We­wnątrz lo­kalu sły­chać było mu­zykę i od­głosy cięż­kich od­waż­ni­ków ude­rza­ją­cych w pod­łogę. Amanda zo­ba­czyła plecy Jo­se­fin, kiedy wcho­dziła do jed­nej z sal. Zdjęła bluzkę, a pod spodem miała ró­żowy top.

- Czy mogę w czymś po­móc?

Py­tał młody chło­pak. Ob­ci­sła ko­szulka opi­nała jego po­tężne bi­cepsy. Iden­ty­fi­ka­tor z imie­niem zdra­dzał, że tu pra­cuje.

- Chcia­łam tylko wziąć har­mo­no­gram.

Amanda po­pra­wiła chwyt, bo Greta za­częła się jej wy­śli­zgi­wać z ob­jęć.

- Już to za­ła­twiam. - Chło­pak pod­szedł do re­cep­cji i wró­cił z kartką. - Czy jest pani człon­kiem, czy to pierw­szy raz?

- Pierw­szy raz. Czy można po­tre­no­wać na próbę przed ku­pie­niem karty?

- Oczy­wi­ście, a co pa­nią in­te­re­suje?

Amanda wska­zała salę, do któ­rej we­szła Jo­se­fin.

- Co tam te­raz ro­bią?

- Hm, to chyba tre­ning gru­powy. - Prze­cią­gnął pal­cem po har­mo­no­gra­mie. - Tak jest, tre­ning gru­powy.

- To pro­szę mnie za­pi­sać na na­stępny ty­dzień. O tej sa­mej po­rze.

Pra­cow­nik za­pi­sał na­zwi­sko i nu­mer te­le­fonu Amandy, która ru­szyła do sa­mo­chodu. Z dru­giej strony zbli­żał się do niego pew­nym kro­kiem par­kin­gowy. Amanda przy­pięła Gretę do fo­te­lika i wsko­czyła za kie­row­nicę. Kiedy trza­snęła drzwiami, Char­lie pod­sko­czył, ale od razu znów za­snął. Par­kin­gowy za­trzy­mał się i od­wie­sił swój ręczny kom­pu­ter z po­wro­tem za pa­sek.

Ty­dzień póź­niej znów tam była. Tym ra­zem po­sta­wiła auto tam, gdzie było to do­zwo­lone. Ku­piła w au­to­ma­cie bi­let i wło­żyła go za przed­nią szybę. Nie miała ze sobą dzieci, przez które mu­sia­łaby się stre­so­wać. Elsa jak zwy­kle sta­nęła na wy­so­ko­ści za­da­nia i przy­szła. Miesz­kała na­prze­ciwko. W ciągu roku zo­stała naj­pierw eme­rytką, a po­tem wdową. Amanda za­przy­jaź­niła się z nią na po­dwó­rzu, gdzie Elsa sia­dy­wała na ławce, pa­trząc, jak ba­wią się dzieci. Praw­do­po­dob­nie zbli­żył ich do sie­bie brak zna­jo­mych w wiel­kim mie­ście. Elsa miała do­ro­słe dzieci i wnuki roz­rzu­cone po ca­łym kraju, a Amanda zo­sta­wiła swo­ich ro­dzi­ców w Öster­götland. Po­trze­bo­wały sie­bie, a Amanda za­uwa­żyła, że Elsa oży­wia się, gdy zaj­muje się dziećmi.

Amanda zgło­siła się do re­cep­cji na kwa­drans przed roz­po­czę­ciem za­jęć. Roz­glą­dała się do­okoła. Jo­se­fin jesz­cze nie było. We­szła do sali i po­mo­gła wy­sta­wiać sprzęt. Sztangi, ke­tle, piłki le­kar­skie. Po­pra­wiła koń­ski ogon. Chciała uzy­skać taki styl jak Jo­se­fin - spięte włosy, mocny ma­ki­jaż, modny strój. Za­ło­żyła naj­mniej­szą blu­zeczkę, jaką zna­la­zła w sza­fie, była biała i od­sła­niała brzuch. Nie czuła się w niej wy­god­nie, ale tym ra­zem mu­siała wy­star­czyć.

Przy­cho­dziło co­raz wię­cej ko­biet, zaj­mu­jąc ko­lejne z dzie­się­ciu sta­no­wisk. Amanda cho­dziła po sali bez celu, po­pi­jała z bu­telki, usia­dła i za­wią­zała buty. W końcu przy­szła. Jo­se­fin Ara­po­vic. Dziś jej top był ja­skrawo żółty. Włosy sple­cione w długi, gruby war­kocz. Roz­ja­śnione. Pół­cen­ty­me­trowe od­ro­sty zdra­dzały, że jej na­tu­ralne włosy są ciemne. Miała za mocny ma­ki­jaż na­wet na im­prezę. Wy­dęte wargi. Bo­toks. In­nymi słowy, Amanda do­brze się wstrze­liła. Śle­dziła ją wzro­kiem i po­de­szła do tego sa­mego sta­no­wi­ska. In­struk­torka po­li­czyła, że w każ­dym miej­scu jest od­po­wied­nia liczba osób, i omó­wiła ćwi­cze­nia. Po dzie­się­cio­mi­nu­to­wej roz­grzewce przy róż­no­rod­nej mu­zyce za­czął się pierw­szy z trzech ob­wo­dów. Amanda przyj­rzała się do­kład­nie sprzę­towi i po­zo­sta­łym człon­ki­niom grupy. Zwró­ciła szcze­gólną uwagę na dziew­czynę spra­wia­jącą wra­że­nie, że jest tam pierw­szy raz. Amanda wy­wnio­sko­wała to na pod­sta­wie jej luź­nego topu i ama­tor­skich ru­chów. Ro­biły wy­pady, pompki na de­sce, ławkę z piłką le­kar­ską. Nowa dziew­czyna ciężko od­dy­chała i z tru­dem wlo­kła się do ko­lej­nego sta­no­wi­ska z ostat­niego ob­wodu. Chwy­ciła gryf i pró­bo­wała utrzy­mać go na wy­pro­sto­wa­nych ra­mio­nach nad głową, jed­no­cze­śnie wcho­dząc na wy­so­kie pu­dło i scho­dząc z niego. Chwiej­nie. Jo­se­fin stała obok niej. Amanda z tyłu. Ro­zej­rzała się do­okoła. Wszy­scy byli sku­pieni na swo­ich ćwi­cze­niach, nikt nie za­uwa­żył, co zro­biła. Po­pchnęła le­żący na ziemi gryf, który po­to­czył się do przodu. No­wi­cjuszka wła­śnie scho­dziła z pu­dła. Po­sta­wiła stopę na okrą­głym prę­cie. Za­chwiała się. Była zbyt zmę­czona, by zła­pać rów­no­wagę. Upu­ściła swój gryf na bok. Pro­sto na nogę Jo­se­fin. Obie upa­dły na pod­łogę. Jo­se­fin krzy­czała i ści­skała swoją stopę. Amanda pod­bie­gła i kuc­nęła przy niej.

- Co się stało?

Jo­se­fin miała łzy w oczach. Ję­czała.

Amanda od­wró­ciła się w stronę dru­giej dziew­czyny.

- Zwa­rio­wa­łaś? Co ty tu od­wa­lasz?

Dziew­czyna się prze­stra­szyła. Za­ła­mała ręce i za­częła chli­pać.

Amanda miała wy­rzuty su­mie­nia, ale bar­dzo po­trze­bo­wała do­trzeć do Jo­se­fin. Te­raz albo ni­gdy.

- Mu­sisz po­je­chać do szpi­tala na prze­świe­tle­nie stopy - po­wie­działa.

Były w re­cep­cji, a Jo­se­fin le­żała na pod­ło­dze z nogą unie­sioną i opartą o ławkę. Amanda po­ma­gała przy­trzy­mać okłady chło­dzące przy opu­chliź­nie.

Jo­se­fin wes­tchnęła.

- A co zro­bię z sa­mo­cho­dem? Mo­jego chło­paka nie ma w domu.

- Za­wiozę cię do szpi­tala Świę­tego Görana, a po­tem wrócę tu me­trem.

- Na­prawdę? Boże, jaka je­steś miła!

- Je­śli dasz mi klu­czyki, pójdę po twoje auto. Gdzie stoi?

Jo­se­fin chyba się wa­hała.

- A może nie chcesz, że­bym pro­wa­dziła?

- Ja­sne, że chcę. - Po­dała Aman­dzie klu­czyki. - Stoi przy Up­plands­ga­tan, szare bmw.

Amanda do­tarła na miej­sce, na­ci­snęła gu­zik na pi­lo­cie i otwo­rzyła sa­mo­chód. Ta­pi­cerka była wy­ko­nana z czar­nej skóry, czuć było za­pach dymu ty­to­nio­wego.

Amanda po­czuła się dziw­nie - tak pro­sto było uzy­skać do­stęp do sa­mo­chodu Jo­vana Blaku. Oczy­wi­ście wy­ma­gało to pew­nych przy­go­to­wań, ale te­raz miała wolną drogę. Otwo­rzyła scho­wek, prze­szu­kała miej­sca mię­dzy sie­dze­niami i wszyst­kie inne moż­liwe kry­jówki. Zna­la­zła pod fo­te­lem kie­rowcy pi­sto­let. Wzięła go przez ser­wetkę i za­pi­sała nu­mer se­rii. Odło­żyła broń na miej­sce. Czy to dla­tego Jo­se­fin się wa­hała?

W końcu mu­siała za­do­wo­lić się tym, co zo­ba­czyła, nie mo­gła prze­cież tkwić tu w nie­skoń­czo­ność. Prze­szu­ka­nie sa­mo­chodu, je­śli ma być do­kładne, może za­jąć mnó­stwo czasu. A to aku­rat nie było w tej chwili głów­nym ce­lem. Te­raz naj­waż­niej­sza była Jo­se­fin. Dziew­czyna Jo­vana Blaku. Pierw­szy krok do Mi­lo­rada Kral­je­vica.

Amanda spoj­rzała na ze­gar w po­cze­kalni. Za dzie­sięć dzie­siąta. Wcze­śniej za­dzwo­niła do Elsy, by po­wie­dzieć, że się spóźni. Jo­se­fin nie mo­gła skon­tak­to­wać się z Jo­va­nem, więc Amanda zo­stała, żeby do­trzy­mać jej to­wa­rzy­stwa. Tro­chę roz­ma­wiały, Jo­se­fin miała swój sa­lon pięk­no­ści, a Jo­van pro­wa­dził firmę bu­dow­laną. Ja­sne, był tak samo bu­dow­lań­cem, jak Amanda ste­war­desą. Tę hi­sto­rię wy­ko­rzy­sty­wała już wcze­śniej i wie­działa, do któ­rych miast la­tają po­szcze­gólne li­nie lot­ni­cze. Wię­cej kawy? Jesz­cze her­baty? Cza­sami na­wet śniło jej się, że ob­słu­guje po­dróż­nych.

Jo­van i Jo­se­fin byli ra­zem od ośmiu lat. Amanda nie mu­siała kła­mać, była sin­gielką. Za­ta­iła jed­nak, że ma dzieci. Jo­se­fin uznała, że po­winna po­znać nie­któ­rych ko­le­gów Jo­vana. Są fan­ta­styczni! Amanda za­śmiała się i przy­znała jej ra­cję. Nie dla­tego, że zwią­zek z gang­ste­rem uwa­żała za świetny po­mysł. Ale do jej ce­lów by­łoby to na­prawdę ko­rzystne. Poza tym Jo­se­fin uwiel­biała ro­bić za­kupy, tre­no­wać i im­pre­zo­wać. Amanda lu­biła te same rze­czy, ale po­dej­rze­wała, że Jo­se­fin robi to na nieco więk­szą skalę. Przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o za­kupy i im­prezy. Amanda mo­gła na pal­cach jed­nej ręki po­li­czyć, ile razy od uro­dze­nia dzieci na­wa­liła się w ja­kimś lo­kalu. Miała inne cele w ży­ciu. Inne cele zwią­zane z pracą. Ważne rze­czy.

Około wpół do je­de­na­stej Jo­se­fin zo­stała wresz­cie przy­jęta przez le­ka­rza, ten za­ło­żył jej ban­daż uci­skowy i wy­po­sa­żył w kule. Rent­gen nie wy­ka­zał zła­ma­nia, tylko silne krwa­wie­nie i skrę­coną kostkę. Amanda wciąż sie­działa w po­cze­kalni i ma­chi­nal­nie prze­glą­dała ja­kieś cza­so­pi­smo wnę­trzar­skie. Zna­la­zła fajne po­my­sły na od­świe­że­nie kuchni. To ostat­nia część jej no­wego miesz­ka­nia, która wciąż była je­dy­nie funk­cjo­nalna, nic wię­cej.

Ką­tem oka zo­ba­czyła, jak ktoś się zbliża, i pod­nio­sła wzrok znad pa­pieru. Jo­van Blaku. Roz­glą­dał się po po­cze­kalni. Twarde spoj­rze­nie. Za­cięta mina. Nad­mier­nie mu­sku­larny tu­łów. Mniej im­po­nu­jące nogi.

Czy po­winna się przed­sta­wić jako przy­ja­ciółka Jo­se­fin? Nie mu­siała po­dej­mo­wać tej de­cy­zji. Dziew­czyna kuś­ty­kała w ich stronę o ku­lach w dal­szej czę­ści ko­ry­ta­rza. Jo­van ru­szył w jej stronę po­tęż­nymi kro­kami. Ob­jął jej po­liczki obiema dłońmi. Po­ca­ło­wał w czoło. Jego rysy zmię­kły.

- Co się stało?

W jego gło­sie sły­chać było nie­po­kój.

- A więc do­sta­łeś wia­do­mość? Nie od­po­wie­dzia­łeś.

- By­łem za­jęty. Opo­wia­daj!

Jo­se­fin mó­wiła o nie­zgrab­nej dziew­czy­nie, która w ogóle nie po­winna cho­dzić na si­łow­nię. W jej gło­sie po­ja­wił się inny ton. Waż­niej­szy. Wy­wyż­sza­jący się. Po­tem od­wró­ciła się w stronę Amandy.

- To ona przy­wio­zła mnie tu moim sa­mo­cho­dem.

Jo­van przyj­rzał się jej uważ­nie. Po­dejrz­li­wie. Wy­cią­gnął rękę.

- Jo­van. Na­leżą ci się po­dzię­ko­wa­nia za to, że po­mo­głaś mo­jej dziew­czy­nie.

Amanda się przed­sta­wiła.

- Elin. Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Ucię­ły­śmy so­bie tu­taj bab­ską gadkę.

Jo­se­fin za­chi­cho­tała. Jo­van pa­trzył na nie na prze­mian. Jakby oce­niał sy­tu­ację. W końcu po­wie­dział do swo­jej dziew­czyny:

- Może za­pro­sisz Elin do sa­lonu?

- Oczy­wi­ście! - Jo­se­fin spoj­rzała na Amandę. - Chcia­ła­byś? Mo­żemy ci zro­bić ma­saż twa­rzy, pe­di­cure, ma­ni­cure. Co tylko chcesz!

- Czemu nie.

Uści­skały się i roz­stały.

Elin mo­gła znów być Amandą i wró­cić do dzieci.

Wszystko po­szło le­piej, niż ocze­ki­wała.

Amanda za­mie­rzała czę­ściej prze­mie­niać się w Elin.

8

Siwa pani sie­dząca obok Ad­nana po­chy­liła się nad nim, żeby wyj­rzeć przez małe okienko. Skórę miała opa­loną i po­marsz­czoną, pach­niała róż­nymi per­fu­mami, któ­rych praw­do­po­dob­nie pró­bo­wała w skle­pie bez­cło­wym. Ra­zem z mę­żem przez trzy ty­go­dnie jeź­dzili po Kam­bo­dży. Głów­nie opa­lali się i ką­pali w mo­rzu, ale od­wie­dzili też Phnom Penh i świą­ty­nię Ang­kor Wat. Ad­nan za­uwa­żył, że tro­chę prze­sa­dziła ze słoń­cem. Z nosa scho­dziła jej skóra, od­sła­nia­jąc ja­śniej­sze miej­sca. Ad­nan sta­rał się, jak mógł, roz­pro­sto­wy­wać nogi w cia­snej prze­strzeni. Ob­ra­cał sto­pami, żeby sty­mu­lo­wać krą­że­nie krwi. Wła­śnie mieli lą­do­wać i sa­mo­lot prze­chy­lił się, żeby skrę­cić. Wi­dok za­pie­rał dech w pier­siach. Sza­chow­nica pól. Po­je­dyn­cze go­spo­dar­stwa. Droga, po któ­rej po­ru­szały się sa­mo­chody, małe jak za­bawki. Wszystko z góry wy­glą­dało ina­czej, jak ja­kiś inny świat. I dla Ad­nana to był inny świat. Trzy lata w wil­got­nym azja­tyc­kim upale mocno kon­tra­sto­wały z roz­po­ście­ra­ją­cym się pod nim wiej­skim kra­jo­bra­zem Szwe­cji. Mimo że wo­lał cie­plej­szy kli­mat, tę­sk­nił za swoim daw­nym ży­ciem. Chciał znów być zwy­kłym Ad­na­nem. Uśmiech­nął się w du­chu. Jed­no­cze­śnie był prze­ra­żony. Nie miał po­ję­cia, co go czeka. Czy bę­dzie ża­ło­wał, że opu­ścił bez­pieczną przy­stań u Ra­gnara? Że po­rzu­cił swój mały bun­ga­low? Swoje zwy­czajne ży­cie? Może i tak! Nie chciał jed­nak już dłu­żej ucie­kać. Ist­niały sprawy, któ­rymi mu­siał się za­jąć. Na­de­szła na to pora.

Pod­łoga za­chwiała się, kiedy koła ude­rzyły w zie­mię i za­częły się to­czyć po pa­sie star­to­wym.

- Och, lą­du­jemy!

Są­siadka en­tu­zja­stycz­nie kla­skała. Kilka in­nych osób do niej do­łą­czyło. Zu­peł­nie jak kosz­marni po­dróżni la­ta­jący czar­te­rami. Prze­cież pi­lo­towi za to płacą, żeby po­sa­dził sa­mo­lot bez wy­padku! Kto klasz­cze kie­rowcy au­to­busu po do­je­cha­niu na przy­sta­nek?

Ad­nan po­ru­szał szczęką, aby wy­rów­nać ci­śnie­nie w uszach.

- Tak długo cię tu nie było, mu­sisz czuć się fan­ta­stycz­nie - po­wie­działa pani do Ad­nana. Wciąż w po­ło­wie wi­sząc na jego ko­la­nie.

- Bę­dzie miło.

Ad­nan roz­piął pas bez­pie­czeń­stwa, cho­ciaż sy­gna­li­za­cja wska­zy­wała, że jesz­cze nie można. Nie jest to jed­nak nie­le­galne.

Kiedy sa­mo­lot za­trzy­mał się na swoim sta­no­wi­sku, wszy­scy jed­no­cze­śnie wstali. Otwie­rali schowki na ba­gaż nad sie­dze­niami. Wy­cią­gali torby i to­rebki. Ktoś wal­nął ko­goś łok­ciem w twarz, ja­kaś ko­bieta w śred­nim wieku pró­bo­wała prze­ci­snąć się do przodu, krzy­cząc, że ma fo­bię. Ad­nan nie ru­szył się z miej­sca. Nie mógł zro­zu­mieć, po co lu­dzie się tak stre­sują. Po cho­lerę wsta­wać i się tło­czyć? Jak już się sie­działo przez pół doby, to można prze­cież jesz­cze wy­trzy­mać pięć mi­nut. Ty­powi Szwe­dzi!

W rę­ka­wie łą­czą­cym sa­mo­lot z ter­mi­na­lem przez szcze­liny prze­ci­skało się zimne po­wie­trze. Był wcze­sny po­ra­nek i Ad­nan za­drżał. Zmę­cze­nie też zro­biło swoje, pod­czas ca­łej po­dróży udało mu się tylko kilka razy na chwilę przy­mknąć oczy. Za­ło­żył białą bluzę i na­cią­gnął kap­tur na głowę. Zro­bił to au­to­ma­tycz­nie. Co cie­kawe, nie mógł so­bie przy­po­mnieć, kiedy za­cho­wał się tak ostat­nio. Te­raz jed­nak wró­cił do kraju, w któ­rym ktoś mógłby go roz­po­znać. W któ­rym roz­po­znać mo­gła go nie­wła­ściwa osoba. Włą­czył się in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy. Ad­nan przy­glą­dał się mi­ja­nym lu­dziom. Czy pró­bują ukryć, że na niego pa­trzą? Czy mają w uchu słu­chawkę? Czy już wcze­śniej ich wi­dział? Szedł za tłu­mem i sta­nął w ko­lejce do kon­troli pasz­por­to­wej. Pa­trzył na sie­dzącą w bok­sie dziew­czynę, która spraw­dzała sto­jące przed nim osoby. Wy­da­wała się do­kładna, prze­no­siła wzrok ze zdję­cia na twarz i z po­wro­tem. Ad­na­nowi spo­ciły się dło­nie. Nie­długo jego ko­lej. Męż­czy­zna przed nim do­stał z po­wro­tem pasz­port i od­szedł. Nie ma już od­wrotu. Ad­na­nowi drżała ręka, kiedy po­da­wał swój do­ku­ment. Dziew­czyna przy­wi­tała się krótko. Prze­wra­cała strony. Wpa­try­wała się w niego zza oku­la­rów. Pa­trzyła na zdję­cie. I znów na jego twarz.

- Długo pana nie było - po­wie­działa.

Ad­nan po­twier­dził ski­nie­niem głowy. Dla­czego to tyle trwa? W dru­giej ko­lejce ob­słu­żono już dwie osoby.

- Czy jest ja­kiś pro­blem? - za­py­tał.

- Mu­simy tylko spraw­dzić jedną rzecz.

- Jaką?

Dziew­czyna już miała od­po­wie­dzieć, kiedy Ad­nan za­uwa­żył, że pa­trzy na ko­goś za nim. Po­ja­wiła się dwójka po­li­cjan­tów, męż­czy­zna i ko­bieta. Sta­nęli po obu jego stro­nach.

Wy­glą­dali po­waż­nie.

- Ten pan jest po­szu­ki­wany - po­wie­działa dziew­czyna w bok­sie.

Po­li­cjanci chwy­cili go pod ra­miona. Zde­cy­do­wa­nie. Bez prze­mocy. A jed­nak: po­ni­ża­jąco!

- Pro­szę pójść z nami, po­roz­ma­wiamy - po­wie­działa ko­bieta.

- Dla­czego?

Od­po­wie­dział po­li­cjant:

- Nie mu­simy ro­bić tego tu­taj, mię­dzy ludźmi.

- A w czym jest pro­blem? Je­stem o coś po­dej­rze­wany, czy jak? - Ad­nan nie przej­mo­wał się pu­blicz­no­ścią.

- Le­piej, je­śli omó­wimy to póź­niej, okej?

Tym ra­zem ko­bieta. Naj­wy­raź­niej usta­lili, że będą mó­wić na zmianę.

- Ale ja prze­cież mam prawo wie­dzieć, czy je­stem o coś po­dej­rze­wany.

Ad­na­nowi ze­sztyw­niała szczęka. Na prze­mian za­ci­skał i otwie­rał pię­ści. Ko­bieta się­gała mu do pępka. Może w czapce tro­chę wy­żej. Fa­cet przez ostat­nie lata jadł wię­cej, niż po­trzeba. Po­liczki miał pełne i ró­żowe. Praw­do­po­dob­nie nad­ci­śnie­nie.

Na­de­szła ko­lej na po­li­cjanta.

- Pro­szę się uspo­koić, nie ma co ro­bić awan­tury.

- Po­wiedz­cie, czy je­stem o coś po­dej­rzany, ina­czej ni­g­dzie nie pójdę.

Po­li­cjantka wy­da­wała się wa­hać. Pu­ściła ra­mię Ad­nana i po­de­szła do kon­tro­lerki pasz­por­tów. Spoj­rzała na ekran kom­pu­tera, a po­tem na niego. I znów na ekran. Po­tem się­gnęła po krót­ko­fa­lówkę i za­mel­do­wała ko­muś z dru­giej strony sta­tus 16. Po­li­cjant moc­niej chwy­cił ra­mię Ad­nana. Co to, kurwa, jest sta­tus 16?

Ko­bieta wró­ciła do niego. Sta­rała się uda­wać spo­kój. Jed­nak jej sze­roko otwarte oczy zdra­dzały coś zu­peł­nie in­nego.

- Nie jest pan o nic po­dej­rze­wany. Jest pan jed­nak po­szu­ki­wany w celu prze­słu­cha­nia w in­nym cha­rak­te­rze.

- W in­nym cha­rak­te­rze?

Mó­wiła da­lej. Naj­wy­raź­niej prze­stała się przej­mo­wać za­sadą od­po­wia­da­nia na prze­mian.

- My też nie wiemy do­kład­nie, o co cho­dzi. Nie zdą­ży­li­śmy tego jesz­cze spraw­dzić. Ale odej­dziemy na stronę i wy­ja­śnimy to wszystko. Okej?

- Ale mam tylko zo­stać prze­słu­chany w in­nym cha­rak­te­rze?

- Jest pan po­szu­ki­wany w celu do­pro­wa­dze­nia na prze­słu­cha­nie. W tej chwili o nic pana nie po­dej­rze­wają.

W tej chwili!

Po­li­cjantka kon­ty­nu­owała:

- Pro­szę nie ro­bić nic głu­piego.

Czy w jej gło­sie sły­chać było drże­nie?

Po chwili po­ja­wiło się ko­lej­nych dwóch gli­nia­rzy. Para ro­słych wi­kin­gów w roz­mia­rze Ad­nana. Mógł so­bie tylko wy­obra­żać, co ko­bieta prze­czy­tała na ekra­nie. Nie za­mie­rzał jed­nak ro­bić chryi. Wy­ka­ra­ska się z tego we wła­ściwy spo­sób. Może zo­sta­nie oczysz­czony z za­rzu­tów? Ra­czej nie, to by­łaby prze­sada. Ale w każ­dym ra­zie nie bę­dzie po­dej­rze­wany.

- Ja je­stem spo­kojny, to wy pod­bi­ja­cie bę­be­nek - po­wie­dział.

Wi­kin­go­wie po­de­szli bli­żej i za­py­tali, czy jest ja­kiś pro­blem. Po­li­cjant wy­mam­ro­tał coś do nich. W oczach mię­śnia­ków po­ja­wiło się coś w ro­dzaju nie­na­wi­ści. Je­den z nich wy­jął kaj­danki. Drugi ner­wowo prze­bie­rał pal­cami po pi­sto­le­cie. Ad­nan za­ło­żył ręce za plecy, za­nim jesz­cze kto­kol­wiek ka­zał mu to zro­bić, i wo­kół jego nad­garst­ków za­trza­snął się zimny me­tal. Kiedy go pro­wa­dzili, za­uwa­żył po­marsz­czoną pa­nią, która sie­działa obok w sa­mo­lo­cie. Ga­piła się na niego, cią­gnąc męża za ko­szulę. Mu­siała to być naj­bar­dziej eks­cy­tu­jąca rzecz, jaka im się przy­da­rzyła pod­czas ca­łej po­dróży.

Trzy go­dziny póź­niej Ad­nan sie­dział w po­koju prze­słu­chań po­ste­runku w Väste­rort. Nie ro­zu­miał, dla­czego to tak długo trwało. Upły­nęły dwie go­dziny, za­nim jesz­cze ru­szyli z lot­ni­ska Ar­landa. Te­le­fony gli­nia­rzy cały czas brzę­czały, a oni cią­gle wy­cho­dzili, żeby po­roz­ma­wiać. Wra­cali i ga­pili się na niego, jakby my­śleli, że zła­pali mor­dercę pre­miera Pal­mego. Ad­nan wy­py­ty­wał, co się dzieje, ale nikt mu nie od­po­wia­dał.

Te­raz był już w Sol­nej. Co prawda do­tarł tu in­nym środ­kiem lo­ko­mo­cji, niż za­mie­rzał, ale przy­naj­mniej był dar­mowy i gwa­ran­to­wał mu mak­sy­malne bez­pie­czeń­stwo. Ro­zej­rzał się do­okoła. Te same białe ściany co po­przed­nim ra­zem. Może nieco brud­niej­sze. Biurko, kom­pu­ter, kilka ta­pi­ce­ro­wa­nych krze­seł. W jed­nym z nich z dziury wy­sta­wała wy­ściółka. Ad­nan miał ochotę ją wy­cią­gnąć, ale zre­zy­gno­wał, gdy usły­szał głosy na ze­wnątrz. Po­wra­cała do niego na­trętna myśl: a co, je­śli to ona po­pro­wa­dzi prze­słu­cha­nie?

Drzwi otwo­rzyły się i we­szło dwóch męż­czyzn około czter­dziestki. Mieli prze­sad­nie po­ważne miny. Je­den z nich był o dwie głowy niż­szy od dru­giego. Ru­miany z przy­strzy­żo­nymi wło­sami. Tęgi. Ten wyż­szy miał ciem­niej­szą cerę i po­cią­głą twarz.

Usie­dli na krze­słach. Ten niż­szy przed­sta­wił się jako Ste­fan Bri­mark, a wyż­szy jako Lars San­dén.

Ad­nan roz­ma­so­wy­wał czer­wone ślady po kaj­dan­kach.

- Czy mogę za­py­tać, dla­czego zo­sta­łem skuty? Po­dobno nie je­stem o nic po­dej­rze­wany?

- Nasi ko­le­dzy uznali, że za­cho­wy­wał się pan agre­syw­nie, i było ry­zyko, że pan uciek­nie.

Od­po­wie­dział Lars, ten wyż­szy.

Ad­nan uśmiech­nął się krzywo.

- Cały sa­mo­lot może za­świad­czyć, że sta­łem spo­koj­nie i roz­ma­wia­łem z funk­cjo­na­riu­szami. - Po­chy­lił się do przodu i po­ło­żył ręce na biurku. - Złożę skargę na to, że sku­li­ście mnie kaj­dan­kami. Mogę to zro­bić te­raz?

- Może pan to zro­bić póź­niej w re­cep­cji. To prze­słu­cha­nie do­ty­czy cze­goś in­nego - po­wie­dział ten niż­szy, Ste­fan. Bar­dziej pa­so­wa­łoby do niego imię Wieprz. Czy nie chrzą­kał, gdy mó­wił?

- Ale te­raz do­wie­dzie­li­ście się o prze­stęp­stwie i ma­cie obo­wią­zek przy­jąć skargę. Ina­czej po­peł­ni­cie za­nie­dba­nie służ­bowe.

Ad­nan był na ścieżce wo­jen­nej. Po ta­kim po­wi­ta­niu na szwedz­kiej ziemi nie za­mie­rzał współ­pra­co­wać.

Od­chy­lił się na krze­śle do tyłu i wy­cią­gnął nogi. Był za­do­wo­lony, że Wieprz bę­dzie mu­siał wy­sma­ro­wać skargę prze­ciwko wła­snym ko­le­gom. Nie ry­zy­ko­wałby oskar­że­nia o za­nie­dba­nie. Po­li­cjanci zro­zu­mieli, że Ad­nan nie był kimś, z kim można igrać. Że wie­dział, o co tu cho­dzi. Po­trzą­snął głową.

- Od trzech lat po­dró­żuję do­okoła świata. Kiedy to się zda­rzyło? Ostat­nio?

Ste­fan rzu­cił mu nie­chętne spoj­rze­nie.

- Dwa ty­go­dnie przed tym, jak opu­ścił pan kraj. Prze­pra­szam, jak udał się pan w po­dróż do­okoła świata. Co za ko­rzystny zbieg oko­licz­no­ści.

- Je­śli mó­wi­cie o na­pa­dzie w Ki­sta, ro­zu­miem, o co cho­dzi. Oglą­da­łem to w wia­do­mo­ściach. I za­strze­lono dwóch mo­ich kum­pli.

Nie było sensu ściem­niać. Ten gli­niarz wie­lo­krot­nie za­trzy­my­wał go z Dia­rem i na pewno wi­dział go też z Ale­xem.

W Wie­prza wstą­piła na­dzieja.

- No wła­śnie, ten na­pad, w któ­rym znik­nęło po­nad pięć mi­lio­nów. Chciał­bym, żeby opo­wie­dział pan, co ro­bił w tym dniu i wcze­śniej.

- Nie mam po­ję­cia. Prze­cież to było trzy lata temu. Ale po­dej­rze­wam, że pla­no­wa­łem po­dróż.

- A więc nie może pan nic po­wie­dzieć na te­mat tego okresu?

- Zero.

Wieprz od­chrząk­nął. Może był prze­zię­biony?

- Pań­ska sy­tu­acja nie po­prawi się od tego, że ma pan na­gły za­nik pa­mięci.

- A co pan ro­bił w tych dniach trzy lata temu? Pa­mięta pan?

- To nie ja je­stem prze­słu­chi­wany.

- A ja nie je­stem po­dej­rze­wany. Prawda?

Wargi Wie­prza znów znik­nęły w jego ustach. Wtrą­cił się dry­blas:

- Jak do­brze znał pan Diara Se­ma­kalę i Alexa Ry­assa?

Ad­nan sku­pił wzrok na śla­dzie na ścia­nie. Zro­bio­nej ołów­kiem kre­sce, którą ktoś pró­bo­wał wy­ma­zać. Diar Se­ma­kala: naj­lep­szy przy­ja­ciel Ad­nana. Tak długo wy­pie­rał wspo­mnie­nia. Te­raz ten gli­niarz chciał, żeby znów grze­bał w tym gów­nie.

- By­li­śmy kum­plami. Cho­dzi­łem z Dia­rem do szkoły. Cza­sem się spo­ty­ka­li­śmy.

- A czę­sto się spo­ty­ka­li­ście jako do­ro­śli?

- Cza­sami.

- A jak czę­sto to jest to "cza­sami"?

- Nie mam po­ję­cia.

Wieprz Ste­fan stra­cił cier­pli­wość. Po­ło­żył na biurku zdję­cie. Stu­kał w nie tak mocno, że Ad­nan na­brał na­dziei, że od­pad­nie mu pa­lec.

- Pro­szę się do­brze przyj­rzeć. Ten po­li­cjant miał trzy­dzie­ści dzie­więć lat. Żonę i troje dzieci. Jedno z nich jest nie­peł­no­sprawne i na­prawdę po­trze­buje taty. Wszy­scy go po­trze­bo­wali. Ale zo­stał za­strze­lony przez taką świ­nię jak ty. Za­ła­twiony z broni au­to­ma­tycz­nej. Praw­dziwa eg­ze­ku­cja! Patrz tu­taj, do cho­lery! - Ślina Ste­fana opry­skała zdję­cie.

Uspo­koił się na wi­dok kar­cą­cego spoj­rze­nia wyż­szego po­li­cjanta.

Ad­nan spoj­rzał: ciem­no­włosy męż­czy­zna w po­li­cyj­nym mun­du­rze. Bujna fry­zura. Krew na śniegu. Dużo krwi na śniegu. Obok owcza­rek nie­miecki. Rów­nież mar­twy. Ad­nan prze­łknął ślinę.

- To na­prawdę tra­giczne i ro­zu­miem, że chce­cie zna­leźć czło­wieka, który to zro­bił. Ale co ja mam z tym wspól­nego?

Wy­soki po­chy­lił się w stronę Ad­nana. Nie miał żad­nego sza­cunku dla strefy oso­bi­stej. Ad­nan mu­siał się wy­si­lić, by nie cof­nąć się przed nie­świe­żym od­de­chem gli­nia­rza.

- Z po­li­cyj­nego punktu wi­dze­nia wszystko jest wy­ja­śnione. Je­dyne, czego po­trze­bu­jemy, to drobne szcze­góły, aby móc skie­ro­wać sprawę do sądu. To tylko kwe­stia czasu. Każdy po­li­cjant w tym po­dłuż­nym kraju wie, kim je­steś, i po­wita cię z otwar­tymi ra­mio­nami. Na pewno to za­uwa­żysz. Wszę­dzie mamy oczy i uszy. Gdy­bym był na twoim miej­scu, po­dró­żo­wał­bym do­okoła świata do końca ży­cia.

Ad­nan od­po­wie­dział na po­stawę dry­blasa. Po­chy­lił się do przodu. Ich nosy dzie­liło tylko kilka mi­li­me­trów.

- Mo­żesz mi gro­zić, ile chcesz, w tym swoim bez­piecz­nym śro­do­wi­sku. Z ko­le­gami w po­bliżu, ty cipo. Ale kiedy wyj­dziesz do mia­sta z ro­dziną, to ja mam tam wszę­dzie oczy i uszy. A bio­rąc pod uwagę to, o co przed chwilą mnie oskar­ży­łeś... - Ad­nan nie do­koń­czył zda­nia.

Wie­dział, że wszystko, co po­wie, może zo­stać użyte prze­ciwko niemu. Było to dwóch ra­so­wych gli­nia­rzy prze­ciwko jed­nemu prze­stępcy. Wi­dział jed­nak po wy­so­kim po­li­cjan­cie, że zro­zu­miał prze­sła­nie. Mru­gnął do niego okiem.

Pół go­dziny póź­niej otwo­rzyła się wielka sta­lowa brama na ty­łach po­ste­runku i Ad­nan wy­szedł z niego jako wolny czło­wiek. Wolny czło­wiek uwię­ziony w swo­jej skom­pli­ko­wa­nej prze­szło­ści. Obok prze­je­chał ra­dio­wóz, z któ­rego wpa­try­wało się w niego czworo oczu. Na­cią­gnął kap­tur na głowę, ale pełne nie­na­wi­ści spoj­rze­nia i tak do niego do­cie­rały. Tak od tej pory miało być. Miał ety­kietę za­bójcy po­li­cjanta - tylko dla­tego, że Diar wpro­wa­dził do ekipy na­padu ko­cha­ją­cego strze­lać Alexa. Te­raz za­równo Diar, jak i Alex byli mar­twi i po­grze­bani. Ra­zem i w po­ro­zu­mie­niu, jak to ład­nie okre­ślają pro­ku­ra­to­rzy. Ad­nan nie za­mie­rzał jed­nak już wię­cej się ukry­wać. Przed ni­kim. Zo­stał prze­słu­chany w in­nym cha­rak­te­rze. Wnio­sek: gli­nia­rze nic na niego nie mieli! Ad­nan jed­nak do­brze wie­dział, jak to się stało, że po­li­cjant zo­stał za­strze­lony. Pro­blem w tym, że ni­gdy nie mógł o tym ni­komu opo­wie­dzieć, na­wet swoim.