V
Władek Koskiewicz rósł powoli. Dla przybranej matki stało się jasne, że chłopiec zawsze będzie chorowity. Łapał wszelkie możliwe choroby, jakie zazwyczaj przechodzą dzieci, oraz wiele innych, i zarażał nimi całą rodzinę bez wyboru. Helena traktowała go jak rodzonego syna i zawsze broniła zawzięcie, kiedy Jasio zaczynał przypisywać diabłu, a nie Bogu obecność chłopca w ich ciasnej chałupce. Florentyna opiekowała się nim jak własnym dzieckiem. Pokochała go od pierwszego wejrzenia gorącą miłością, której źródłem był lęk, że nikt nigdy nie zechce pojąć za żonę takiej nędzarki jak ona, a więc nie będzie miała własnych dzieci. Władek był jej dzieckiem.
Najstarszy brat, myśliwy, ten, który znalazł Władka nad rzeką, traktował go jak bawidełko, ale zbyt bał się ojca, by przyznać, że polubił wątlutkie niemowlę, które wyrastało na żywego berbecia. Tak czy owak mały myśliwy w styczniu następnego roku miał zakończyć szkolną edukację i rozpocząć pracę w majątku barona, a dzieci, jak mówił mu ojciec, to babski kłopot. Trzech młodszych braci, Stefana, Józefa i Jana, Władek niewiele obchodził, a najmłodszej z rodziny, malutkiej Zosi, wystarczyło zupełnie, jeśli go czasem przytuliła.
Co najbardziej zaskoczyło oboje rodziców, to charakter i umysłowość Władka, inne niż ich własnych dzieci. Każdemu rzucał się w oczy jego odmienny wygląd i odrębność intelektualna. Koskiewicze jeden w drugiego byli wysocy, grubokościści, szaroocy i jasnowłosi, natomiast Władek był mały i krągły, ciemnowłosy, o intensywnie niebieskich oczach. Koskiewicze nie mieli zacięcia do nauki i chętnie pozbywano się ich z wiejskiej szkółki, gdy tylko osiągnęli odpowiedni wiek lub z lada jakiego powodu. Przeciwnie Władek; wprawdzie zaczął późno chodzić, ale mówił mając osiemnaście miesięcy, w wieku trzech lat czytał, ale nie potrafił sam się ubrać, pisał mając pięć lat, ale się moczył. Był utrapieniem ojca i chlubą matki. Pierwsze cztery lata życia Władka upamiętniły się tylko ze względu na jego ustawiczne próby rozstania się z tym światem przez nie kończące się choroby, i na nieustępliwe wysiłki Heleny i Florentyny, aby mu na to nie pozwolić. Biegał na bosaka koło małej, drewnianej chatynki w swoim stroju arlekina, nie odstępując matki ani na krok. Kiedy Florentyna wracała ze szkoły, dreptał znowu za nią, dopóki nie położyła go spać. Dzieląc pożywienie między dziewięć osób Florentyna często oddawała mu pól swojej porcji, a kiedy był chory - całą. Nosił ubranka szyte jej rękoma, śpiewał piosenki, jakich go uczyła, i dzielił z nią te nieliczne zabawki i podarunki, jakie dostawała.
Ponieważ Florentyna większość dnia przebywała w szkole, Władek od maleńkiego pragnął tam chodzić. Gdy tylko mu pozwolono, powędrował osiemnaście wiorst (cały czas trzymając mocno rękę Florentyny) przez lasy porośniętych mchem brzóz i sosen i przez wiśniowe i śliwkowe sady do Słonimia, aby rozpocząć naukę.
Polubił szkołę od pierwszego dnia; była ucieczką od małej chatynki, która do tej pory stanowiła cały jego świat. W szkole zetknął się pierwszy raz w życiu z barbarzyńskimi następstwami zaboru tej części Polski przez Rosję. Dowiedział się, że językiem ojczystym wolno mu się posługiwać tylko w czterech ścianach chaty, natomiast w szkole może mówić tylko po rosyjsku. U innych dzieci odkrył żarliwą dumę z tępionego polskiego języka i kultury. On sam również czuł tę dumę. Ku swojemu zdumieniu Władek zauważył, że nauczyciel, pan Kotowski, nie traktuje go lekceważąco tak jak ojciec. Chociaż i tu był najmłodszy, nie minęło dużo czasu, a przewyższył wszystkich kolegów pod każdym względem prócz wzrostu. Myliła ich jego maleńka figurka; wciąż nie doceniali jego prawdziwych zdolności. Dzieci zawsze sobie wyobrażają, że większe jest lepsze. Przed ukończeniem piątego roku życia Władek był pierwszy w klasie w każdym przedmiocie oprócz kowalstwa.
Pod wieczór, po powrocie do małej chatynki, kiedy inne dzieci pielęgnowały fiołki i konwalie, tak bujnie się pleniące i upojnie pachnące w wiosennym ogródku, zrywały jagody, rąbały drzewo, łapały króliki lub szyły odzienie, Władek czytał i czytał, póki nie pochłonął wszystkich nie otwieranych dotąd książek najstarszego brata, a potem starszej siostry. Z czasem Helena Koskiewicz uprzytomniła sobie, że została obdarowana sowiciej niż przypuszczała, gdy jej syn, myśliwy, przyniósł do domu małego stworka zamiast trzech królików; już teraz Władek zadawał pytania, na które nie umiała odpowiedzieć. Wkrótce zrozumiała, że nie poradzi sobie sama, i nie wiedziała, co robić. Niezachwianie jednak wierzyła w przeznaczenie i wcale się nie zdziwiła, kiedy los sam za nią zadecydował.
Pewnego jesiennego wieczoru w 1911 roku w życiu Władka nastąpił pierwszy zwrot. Cała rodzina właśnie skończyła Jeść niewyszukaną kolację składającą się z barszczu i siekanych kotletów i Jasio chrapał już w najlepsze przy piecu, Helena zajęła się szyciem, a dzieci się bawiły. Władek siedział zaczytany u stóp matki, gdy wtem, wśród gwaru sprzeczki Stefana i Józefa o świeżo pomalowane sosnowe szyszki, rozległo się mocne stukanie do drzwi. Wszyscy umilkli. Stukanie do drzwi zawsze było zaskoczeniem dla rodziny Koskiewiczów, ich chatynkę bowiem dzieliło osiemnaście wiorst od Słonimia i ponad sześć od majątku barona. Prawie nigdy nikt ich nie odwiedzał, a zabłąkany gość mógł co najwyżej liczyć na poczęstowanie sokiem z jagód i hałaśliwe towarzystwo dzieci. Wszyscy z niepokojem spojrzeli w drzwi. Czekali na powtórne stuknięcie, jakby pierwszego nie było. Powtórzyło się, tym razem nieco głośniej. Jasio podniósł się ospale z krzesła, podszedł do drzwi i nieufnie je otworzył. Na widok mężczyzny stojącego w progu wszyscy skłonili głowy oprócz Władka, który wlepił wzrok w szeroką, postawną, arystokratyczną postać w ciężkiej niedźwiedziej szubie, postać, która przytłoczyła małą izdebkę i wzbudziła lęk w oczach ojca. Kordialny uśmiech rozproszył ten lęk i wieśniak zaprosił barona Rosnowskiego do środka. Nikt się nie odezwał. Nigdy dotychczas baron nie odwiedzał chaty i żadne z nich nie wiedziało, co należy powiedzieć.
Władek odłożył książkę, wstał, podszedł do przybysza i wyciągnął rękę, zanim ojciec zdołał mu przeszkodzić.
- Dobry wieczór panu - powiedział.
Baron ujął podaną rękę i obaj spojrzeli sobie w oczy. Kiedy baron puścił jego dłoń, Władek dostrzegł na jego przegubie wspaniałą, srebrną bransoletę z wyrytym na niej napisem, którego nie umiał odczytać.
- To pewno ty jesteś Władek.
- Tak, proszę pana - rzekł Władek, ani głosem, ani miną nie okazując zdziwienia, że baron zna jego imię.
- Właśnie w twojej sprawie przyszedłem się zobaczyć z twoim ojcem - powiedział baron.
Władek pozostał tam, gdzie był, wpatrzony w barona. Wieśniak ruchem ręki nakazał dzieciom, żeby zostawiły go sam na sam z chlebodawcą, więc dwie dziewczynki dygnęły, czterej chłopcy zgięli się w ukłonie i cała szóstka w milczeniu wycofała się na stryszek. Władek został na swoim miejscu i nikt nie polecił mu odejść.
- Koskiewicz - zaczął baron nadal stojąc, ponieważ nikt go nie poprosił, by usiadł. Wieśniak nie uczynił tego z dwu powodów: po pierwsze, był zbyt onieśmielony, a po drugie, sądził, że baron przyszedł zmyć mu głowę. - Chciałem was prosić o przysługę.
- Wszystko, co pan każe, jaśnie panie - odparł wieśniak dziwiąc się w duchu, co też takiego mógłby dać baronowi, czego ten by nie miał po stokroć więcej.
- Mój syn Leon - ciągnął baron - ma teraz sześć lat i uczą go dwaj mieszkający w zamku guwernerzy, Polak i Niemiec. Mówią, że jest uzdolniony, ale brak mu zachęty do nauki, gdyż jest sam i nie ma rywala. Pan Kotowski, nauczyciel ze szkól w Słonimiu, powiedział mi, że tylko Władek byłby rywalem stosownym dla Leona. Chciałbym więc zapytać, czybyście nie zezwolili synowi opuścić wiejskiej szkoły i przenieść się do zamku, aby uczył się wraz z Leonem pod okiem guwernerów?
Władek nadal stał wpatrzony w barona, a oczyma wyobraźni oglądał już cudowną wizję dobrego jedzenia i picia oraz książek i nauczycieli o wiele mądrzejszych od pana Kotowskiego. Zerknął na matkę. I ona wpatrywała się w barona, a jej twarz wyrażała zdumienie i smutek. Ojciec Władka odwrócił się ku żonie i ta chwila milczącego porozumienia zdała się dziecku wiecznością.
- To zaszczyt dla nas, jaśnie panie - wieśniak skłonił się do stóp baronowi.
Baron spojrzał pytająco na Helenę Koskiewiczową.
- Święta Panienka nie dopuści, żebym miała kiedyś stanąć na drodze mojego dziecka - powiedziała cicho kobieta - chociaż tylko Ona jedna wie, ile będzie mnie kosztowało to rozstanie.
- Ależ moja Koskiewiczowo, syn będzie mógł was regularnie odwiedzać.
- Tak, jaśnie panie. Na pewno będzie to robił z początku. - Chciała jeszcze ó coś poprosić, lecz zmilczała.
- Doskonale - uśmiechnął się baron - więc postanowione. Przyprowadźcie chłopca jutro przed siódmą rano do zamku. Podczas trymestru szkolnego Władek będzie mieszkał z nami, a przed Bożym Narodzeniem do was wróci.
Władek wybuchnął płaczem.
- Cicho bądź! - ofuknął go wieśniak.
- Ja nie pójdę - stanowczo oświadczył Władek, który tylko o tym marzył.
- Cicho bądź - powtórzył wieśniak trochę głośniej.
- Ale dlaczego? - spytał baron ze współczuciem.
- Nigdy nie zostawię Florci. Nigdy.
- Florci? - zdziwił się baron. - A któż to taki?
- Moja najstarsza córka - wtrącił wieśniak. - Proszę się o nią nie turbować, jaśnie panie. Chłopiec zrobi, co mu się każe.
Zapadła cisza. Baron coś rozważał. Władek nadal ronił wymuszone łzy.
- Ile dziewczynka ma lat? - spytał wreszcie baron.
- Czternaście - powiedział wieśniak.
- Czy nadawałaby się do pomocy w kuchni? - dowiadywał się baron, stwierdzając z ulgą, iż Helena Koskiewicz nie wtóruje synowi płaczem.
- O tak, jaśnie panie - rzekła Helena. - Florcia umie gotować, szyć i...
- Dobrze, dobrze, niech więc też przyjdzie. Będę na nich czekał jutro o siódmej.
Baron odwrócił się do wyjścia, obejrzał się i uśmiechnął do Władka, a ten odwzajemnił uśmiech. Władek dobił pierwszego w życiu targu. Zapatrzony w zamknięte drzwi poczuł mocny uścisk matki i usłyszał jej szept:
- Oj, matczyna kruszynko, co też teraz z tobą będzie?
Władek ciekaw był jeszcze bardziej.
Helena Koskiewicz pakowała w nocy rzeczy Władka i Florentyny, co wcale nie znaczyło, że mieli ich dużo; nawet spakowanie dobytku całej rodziny nie zajęłoby wiele czasu. Rankiem wszyscy ustawili się przed chatą i odprowadzali spojrzeniami dwoje dzieci wyruszających do zamku, każde z owiniętą w papier paczką pod pachą. Florentyna, wysoka i poruszająca się z wdziękiem, co chwilę odwracała się z płaczem i machała ręką, ale mały i niezgrabny Władek ani razu nie obejrzał się za siebie. Florentyna trzymała mocno rękę Władka cały czas, aż do zamku barona. Role się odwróciły; od tego dnia on stał się jej opiekunem.
W zamku barona najwyraźniej ich oczekiwano, bowiem na nieśmiałe pukanie do wielkich dębowych drzwi wyjrzał zaraz człowiek odziany w zieloną, zdobną haftem liberię. Dzieci nieraz w mieście przyglądały się z podziwem szarym mundurom żołnierzy, pilnujących pobliskiej granicy, ale nigdy w życiu nie oglądały tak olśniewającej postaci jak ów wystrojony sługa, patrzący na nich z wysoka i na pewno bardzo ważny. Główna sala zamkowa wyłożona była grubym dywanem i Władek jak urzeczony wpatrywał się w piękne zielonoczerwone wzory, niepewny, czy nie powinien zdjąć butów, i zdumiony, że nie słyszy własnych kroków. Olśniewająca postać zaprowadziła dzieci do przeznaczonych dla nich sypialni w zachodnim skrzydle zamku. Oddzielne sypialnie! Czy potrafią w nich kiedykolwiek zasnąć? Łączyły je na szczęście drzwi, więc nigdy nie byli zbyt daleko od siebie, zresztą przez wiele nocy spali razem w jednym łóżku.
Kiedy się rozpakowali, Florentynę zaprowadzono do kuchni, a Władka do dziecinnej bawialni w południowym skrzydle zamku, gdzie czekał Leon, syn barona. Był to wysoki, ładny chłopiec, który tak miło i bezpośrednio przywitał Władka, iż ten z ulgą i zdziwieniem od razu wyzbył się przybranej na wszelki wypadek zaczepnej postawy. Leon był osamotniony i nie miał nikogo do zabawy prócz swej niani, przywiązanej do niego Litwinki, która wykarmiła go piersią i opiekowała się nim od czasu przedwczesnej śmierci matki. Krępy chłopaczek z lasu będzie jego upragnionym towarzyszem zabaw. Obaj wiedzieli, że przynajmniej pod jednym względem zostali uznani za równych.
Leon z miejsca zaproponował, że oprowadzi Władka po zamku, i wyprawa ta zajęła im cały ranek. Władek oszołomiony był ogromem budowli, przepychem umeblowania i tkanin, a zwłaszcza kobiercami wyściełającymi wszystkie komnaty. Nie okazywał jednak Leonowi przepełniającego go zachwytu; w końcu wezwano go tutaj, gdyż sobie na to zasłużył. Główna część zamku to wczesny gotyk, objaśnił syn barona, jakby Władkowi cokolwiek to mówiło. Władek z mądrą miną kiwnął głową. Następnie Leon zaprowadził Władka do ogromnych piwnic, gdzie ujrzał nie kończące się rzędy butelek z winem, okrytych kurzem i pajęczyną. Najbardziej spodobała się Władkowi olbrzymia sala jadalna o potężnym sklepieniu wspartym na filarach i posadzce z kamiennych płyt. Na ścianach rozwieszono wypchane głowy zwierząt. Leon powiedział mu, że to żubry, niedźwiedzie, łosie, dziki i żbiki. W głębi sali, pod rogami jelenia, widniał przepyszny herb barona. Dewiza rodu Rosnowskich brzmiała: "Odważnym fortuna sprzyja". Po obiedzie, którego Władek prawie nie tknął, ponieważ nie umiał posługiwać się nożem i widelcem, poznał obu guwernerów, którzy nie przywitali go równie serdecznie jak Leon; wieczorem wgramolił się do najdłuższego łóżka, jakie w życiu widział, i opowiedział Florentynie o swoich przygodach. Słuchała go przejęta, z otwartą buzią, ani na chwilę nie odrywając od niego błyszczących ciekawością oczu, a jej zdumienie dosięgło szczytu, kiedy wspomniał o nożu i widelcu, ilustrując opowieść złączonymi palcami prawej ręki i rozczapierzonymi lewej.
Nauka rozpoczęła się punktualnie o siódmej, jeszcze przed śniadaniem, i trwała przez cały dzień z krótkimi przerwami na posiłki. Leon wyraźnie wyprzedzał Władka, ale ten tak zawzięcie zmagał się z podręcznikiem, że po kilku tygodniach zaczął go doganiać, tymczasem zaś rozkwitała przyjaźń i rywalizacja między obu chłopcami. Ani polskiemu, ani niemieckiemu guwernerowi nie przychodziło łatwo traktowanie na równi syna barona i wieśniaka, jednakże zapytani przez barona niechętnie przyznawali, iż wybór pana Kotkowskiego był trafny. Władek nie przejmował się zbytnio zachowaniem guwernerów, gdyż Leon zawsze go traktował jak równego sobie.
Baron okazywał zadowolenie z postępów obu chłopców i od czasu do czasu obdarowywał Władka ubraniem i zabawkami. Władek, który początkowo z rezerwą i chłodem podziwiał barona, z czasem zaczął go darzyć szacunkiem, a kiedy nadszedł czas powrotu do chatynki w lesie, do ojca i matki, na święta Bożego Narodzenia, chłopcu wcale nie uśmiechało się rozstanie z Leonem.
Z niechęcią opuszczał zamek i wkrótce się przekonał, że przeczucia go nie myliły. Wprawdzie bardzo się ucieszył na widok matki, ale krótki, trzymiesięczny pobyt w zamku barona unaocznił mu niedostatki własnego domu, z których przedtem nie zdawał sobie sprawy. Wakacje wlokły się niemiłosiernie. Władek wprost dusił się w małej chatynce z jedną izbą i stryszkiem, nie odpowiadały mu także posiłki podawane w znikomych ilościach i spożywane rękoma; w zamku nikomu nie wydzielano jedzenia. Po dwóch tygodniach Władek już tęsknie wyglądał powrotu do Leona i barona. Każdego popołudnia przemierzał sześć wiorst, siadał i wpatrywał się w mur okalający posiadłość. Florentyna, która przebywała jedynie wśród służby kuchennej, łatwiej zniosła powrót i nie mogła zrozumieć, że dla Władka wiejska chatka nigdy nie będzie już domem. Ojciec nie wiedział, jak odnosić się do Władka, który teraz był dobrze ubrany, wyrażał się po pańsku i, mając sześć lat, mówił o takich rzeczach, których on ani nie rozumiał, ani nie chciał rozumieć. Chłopak nic zupełnie nie robił, cały dzień marnował na czytanie. Co z niego wyrośnie, martwił się ojciec. Jak uczciwie zarobi na życie, skoro nie umie utrzymać siekiery ani złapać w sidła zająca? On też nie mógł doczekać się końca wakacji.
Helena była z Władka dumna i początkowo nie chciała się przyznać nawet przed sobą, że między Władka i jej własne dzieci wkradła się obcość. W końcu i tak nie dało się tego zataić. Któregoś wieczoru, przy zabawie w wojsko, zarówno Stefan, jak Franek, generałowie przeciwnych stron, odmówili przyjęcia Władka do swoich szeregów.
- Dlaczego nikt nigdy nie chce się ze mną bawić? - rozpłakał się Władek. - Ja też chcę nauczyć się bić.
- Bo ty nie jesteś nasz - oznajmił Stefan. - Nie jesteś naszym prawdziwym bratem.
Zapadła cisza, którą po długiej chwili przerwał Franek.
- Ojciec wcale ciebie nie chciał, tylko matka była za tobą.
Władek stał, jakby wrósł w ziemię, i tylko wodził oczyma po dzieciach wypatrując Florentyny.
- Dlaczego Stefan powiedział, że nie jestem naprawdę waszym bratem? - zapytał.
I tak Władek dowiedział się, jak przyszedł na świat, i zrozumiał, dlaczego zawsze odróżniał się od swoich braci i sióstr. Chociaż żal mu było matki, która bolała nad jego zamknięciem się w sobie, cieszył się skrycie, że pochodzi z nieznanego pnia, nie skażonego nikczemną krwią wieśniaka, i ze nosi w sobie zalążek ducha, który sprawi, że wszystko teraz stanie się możliwe.
Nieszczęsne wakacje dobiegły końca i Władek z radością powrócił do zamku. Leon powitał go z otwartymi ramionami; dla niego, równie odizolowanego od świata bogactwem barona, jak Władek nędzą swego ojca, wakacje także nie były pasmem szczęścia. Od tego czasu chłopcy jeszcze bardziej się zbliżyli i wkrótce stali się nierozłączni. Gdy nadeszły letnie wakacje, Leon uprosił ojca, żeby pozwolił Władkowi pozostać w zamku. Baron chętnie się zgodził, bo on również pokochał Władka. Władek nie posiadał się ze szczęścia. Do leśnej chaty zawitał jeszcze tylko raz w życiu.
Po lekcjach Leon z Władkiem resztę dnia spędzali na zabawach. Bardzo lubili bawić się w chowanego; zamek miał siedemdziesiąt dwa pokoje, więc zakamarków było bez liku. Ulubioną kryjówką Władka były podziemia zamku. Tylko słabe światło padające przez wykute w kamieniu okienko mogło zdradzić czyjąś obecność, zresztą i tak nie można się było tam poruszać bez świecy. Władek nie wiedział, jakiemu celowi służyły lochy, żaden ze służących nigdy o tym nie mówił, gdyż za ich pamięci nikt ich nie używał.
Władek dobrze wiedział, że dorównuje Leonowi jedynie w nauce, ale że w żadnej grze z wyjątkiem szachów nie dorasta przyjacielowi do pięt. Granicząca z posiadłością barona rzeka Szczara była jeszcze jednym miejscem zabaw. Wiosną łowili w niej ryby, latem pływali, zimą zaś, gdy zamarzła, przypinali drewniane łyżwy i ścigali się, a siedząca na brzegu Florentyna ostrzegała ich krzykiem, kiedy zapędzali się na cienki lód. Władek nigdy jej nie słuchał i zawsze to on się zapadał. Leon wyrastał na dużego i silnego chłopca; szybko biegał, dobrze pływał i nigdy się nie męczył ani nie chorował. Patrząc na niego Władek mógł się przekonać, co to znaczy prezencja i mocna budowa, a kiedy pływał, biegał i ślizgał się na łyżwach, zdawał sobie sprawę, że nigdy nie dorówna Leonowi. Najgorsze jednak, że pępek, który u Leona był niemal niewidoczny, u Władka wyglądał jak obrzydliwy kikucik i ordynarnie sterczał ze środka pulchnego brzucha. Władek nieraz spędzał długie godziny w ciszy własnego pokoju studiując w lustrze swój wygląd i wciąż zapytując, dlaczego; zwłaszcza dlaczego ma na piersi tylko jedną brodawkę, kiedy wszyscy chłopcy, których widział z nagim torsem, mieli zawsze dwie, jak tego wymaga symetria ludzkiego ciała. Czasami, gdy bezsennie leżał w łóżku, dotykał palcami swojej klatki piersiowej i ronił łzy żałości na poduszkę. Zasypiając wreszcie modlił się gorąco, żeby rankiem mógł zbudzić się odmieniony. Jego modlitwy nie zostały jednak wysłuchane.
Co wieczór Władek rezerwował sobie czas na ćwiczenia fizyczne, których nikt nie mógł widzieć, nawet Florentyna. Tylko dzięki swemu uporowi nauczył się tak trzymać, że robił wrażenie wyższego. Wzmacniał mięśnie rąk i nóg, a także wisiał zaczepiony koniuszkami palców na belce w sypialni licząc, że w ten sposób się wydłuży, ale Leon i tak rósł szybciej, nawet we śnie. Władek musiał w końcu pogodzić się z faktem, że zawsze będzie o głowę niższy od Leona i że nic, nic na świecie, nigdy nie przywróci mu brakującej brodawki. Awersja Władka do własnego ciała wynikała z jego własnych odczuć, Leon bowiem nigdy nie ganił wyglądu przyjaciela; nie znał innych dzieci oprócz Władka, którego bezkrytycznie kochał.
Baron Rosnowski również coraz bardziej przywiązywał się do hardego, ciemnowłosego chłopca, który zastąpił Leonowi młodszego brata, tragicznie utraconego, gdy baronowa umarła w połogu.
Wieczorem obaj chłopcy siadali wraz z nim do kolacji w wielkiej sali zamkowej o posadzce z kamiennych płyt, gdzie migotliwe światło świec rzucało na ściany złowieszcze cienie głów zwierzęcych, a służba krzątała się bezszelestnie obnosząc wielkie srebrne tace i złocone talerze, podając pieczone gęsi, szynki, raki, wyborne wina i owoce, czasem też mazurki, szczególnie ulubione ciasto Władka. Później, gdy ciemność gęstniała jeszcze bardziej wokół stołu, baron odprawiał służbę i snuł opowieść o historii Polski, pozwalając chłopcom spróbować gdańskiej wódki, w której maleńkie złote płatki lśniły delikatnie w świetle świec. Władek najczęściej, jak mógł, prosił o opowieść o Tadeuszu Kościuszce.
- Ten wielki patriota i bohater - zwykł wówczas zaczynać baron - prawdziwy symbol naszej walki o niepodległość, kształcony we Francji...
- Którą podziwiamy i kochamy, tak jak nienawidzimy Rosji i Austrii - podchwytywał Władek, tym bardziej rozmiłowany w tej opowieści, że znał ją słowo w słowo.
- Kto komu opowiada, Władku? - pytał ze śmiechem baron. - ...walczył następnie w Ameryce wraz z Jerzym Waszyngtonem o wolność i demokrację. W tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym drugim roku poprowadził polskie wojsko pod Dubienką. Kiedy nieszczęsny król Stanisław August opuścił nas i przeszedł na stronę Rosjan, Kościuszko wrócił do ojczyzny, którą ukochał, aby uwolnić ją z jarzma caratu. Gdzie wygrał bitwę, Leonie?
- Pod Racławicami, ojcze, a potem odbił Warszawę z rąk wroga.
- Dobrze, moje dziecko. Niestety, później Rosjanie zgromadzili wielkie siły pod Maciejowicami i ostatecznie Kościuszko przegrał i dostał się do niewoli. Mój przodek bił się tego dnia pod Kościuszką, a potem w Legionach Dąbrowskiego u boku wielkiego cesarza Napoleona Bonaparte.
- I za zasługi dla Polski otrzymał tytuł i nazwisko barona Rosnowskiego, nadanie, które pański ród po wsze czasy zachowa dla upamiętnienia tych wielkich dni - wyrecytował Władek z takim przejęciem, jakby kiedyś miał ów tytuł odziedziczyć.
- Dni chwały powrócą - powiedział cicho baron. - Modlę się, żebym tego dożył.
Przed wigilią wieśniacy z majątku barona schodzili się z rodzinami do zamku, spędzając czas na czuwaniu i modlitwie. W wigilię Bożego Narodzenia pościli, a dzieci wypatrywały pierwszej gwiazdki, żeby można było zasiąść do wieczerzy. Baron odmawiał modlitwę swoim pięknie brzmiącym, głębokim głosem: "Benedicte nobis, Domine Deus et hic donis quae ex liberalitate tua sumpturi sumus", i kiedy już wszyscy usiedli, Władek rumienił się ze wstydu za Jasia Koskiewicza, który zmiatał doszczętnie każde z trzynastu dań od barszczu aż do ciasta i kompotu ze śliwek, aby potem, jak w ubiegłych latach, zwrócić wszystko w lesie, w drodze do domu.
Po wieczerzy zaczynała się ku radości Władka ceremonia rozdawania prezentów spod uginającej się od świeczek i owoców choinki osłupiałym z zachwytu wiejskim dzieciom - lalka dla Zosi, myśliwski nóż dla Józefa, nowa sukienka dla Florentyny, pierwszy podarunek, o jaki Władek poprosił barona.
- To prawda - rzekł Józef do matki, gdy Władek wręczył mu podarek - że on nie jest naszym bratem?
- Nie - odparła - ale zawsze będzie moim synem.
Przez zimę i wiosnę 1914 roku Władek wyrósł na silnego chłopca i poczynił duże postępy w nauce. Nagle w lipcu nauczyciel Niemiec opuścił zamek bez słowa pożegnania; żaden z chłopców nie rozumiał, dlaczego. Nie przyszło im do głowy, że jego wyjazd mógł mieć związek z zabójstwem arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, dokonanym przez studenta anarchistę, o czym powiadomił ich drugi nauczyciel dziwnie poważnym tonem. Baron zamknął się w sobie; żaden z chłopców nie wiedział, dlaczego. Młodsi służący, ulubieńcy dzieci, zaczęli znikać jeden po drugim; żaden z chłopców nie miał pojęcia, dlaczego. Gdy rok przeminął, Leon jeszcze wyrósł, Władek nabrał tężyzny, a obaj zmądrzeli.
Pewnego ranka latem 1915 roku, gdy nadeszły piękne, rozleniwiające dni, baron wyruszył w daleką podróż do Warszawy, żeby, jak to ujął, uporządkować swoje sprawy. Był nieobecny przez trzy i pół tygodnia, całe dwadzieścia pięć dni, które Władek odkreślał każdego ranka w kalendarzu wiszącym w jego pokoju; zdawało mu się, że to wieczność. W dniu wyznaczonego powrotu obaj chłopcy wyjechali na stację kolejową w Słonimiu, aby czekać na przybywający raz w tygodniu pociąg z jednym wagonem i powitać barona. Wszyscy trzej wracali w milczeniu do domu.
Władek odniósł wrażenie, że jego ideał postarzał się i wygląda na znużonego, co było czymś niezwykłym. W ciągu następnego tygodnia baron często prowadził z zarządzającymi służbą krótkie, trwożne narady, przerywane w momencie, gdy tylko Leon lub Władek wchodzili do pokoju; ta niezwykła tajemniczość napawała chłopców niepokojem i obawą, iż są nieświadomie jej powodem. Władek rozpaczał, że baron odeśle go z powrotem do leśnej chaty; cały czas pamiętał, że jest obcy w obcym domu.
Któregoś wieczoru, w kilka dni po powrocie, baron wezwał chłopców do wielkiej sali zamkowej. Weszli cichutko, obaj przestraszeni. Bez żadnych wstępów oznajmił im, że niedlu?o wyruszą w daleką drogę. Tę krótką rozmowę, mało ważną, jak wówczas sądził, Władek miał zapamiętać na całe życie.
- Kochane dzieci - zaczął baron cichym, drżącym głosem - najeźdźcze armie Niemiec i Austro-Węgier otoczyły Warszawę i niedługo wtargną do nas.
Władkowi przemknęło przez głowę niezrozumiałe zdanie, które polski guwerner rzucił Niemcowi w ostatnich, pełnych napięcia dniach, kiedy byli razem.
- Czy to znaczy, że nareszcie wybiła godzina wolności dla zniewolonych ludów Europy? - zapytał.
Baron z czułością spojrzał na niewinną twarz chłopca.
- Nasz narodowy duch nie upadł w ciągu stu pięćdziesięciu lat ucisku i prześladowań - odparł. - Może być, że ważą się losy tak Polski, jak Serbii, ale jesteśmy bezsilni i nie mamy wpływu na historię. Zdani jesteśmy na łaskę trzech potężnych wrogów, którzy nas otaczają.
- Jesteśmy silni, umiemy się bić - odezwał się Leon. - Mamy drewniane miecze i tarcze. Nie boimy się Niemców ani Rosjan.
- Mój synku, ty tylko bawiłeś się w wojnę. Tej wojny nie rozstrzygną dzieci. Musimy teraz schronić się w spokojnym miejscu i przetrwać dopóty, dopóki historia nie zadecyduje o naszych losach. Musimy wyjechać stąd jak najszybciej. Mogę się tylko modlić, żeby to nie był koniec waszego dzieciństwa.
Słowa barona zarazem oszołomiły i rozdrażniły chłopców. Wojnę wyobrażali sobie jako emocjonującą przygodę, która ich na pewno ominie, jeśli wyjadą z zamku. Pakowanie zajęło służbie kilka dni, a Władkowi i Leonowi zapowiedziano, że w najbliższy poniedziałek wszyscy wyruszą do letniego domu na północ od Grodna. Obaj chłopcy, przeważnie zostawieni sami sobie, nadal uczyli się i bawili, a nikt w zamku nie miał czasu ani ochoty odpowiadać na ich niezliczone pytania.
W sobotę jak zwykle lekcje odbywały się tylko rano. Tłumaczyli właśnie "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza na łacinę, kiedy usłyszeli huk wystrzałów. Zrazu Władek myślał, że to jakiś myśliwy poluje w okolicy, i chłopcy wrócili do poezji. Następna seria strzałów dobiegła już z bliska i zaraz potem usłyszeli krzyki na dole. Spojrzeli po sobie z osłupieniem. Nie bali się, bowiem żaden z nich w swoim krótkim życiu nie doświadczył niczego, co by przejęło go strachem. Nauczyciel uciekł zostawiwszy ich samych i niedługo usłyszeli strzał, tym razem na korytarzu, tuż za drzwiami. Zamarli z przerażenia i wstrzymali oddech.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i w progu stanął żołnierz w szarym mundurze i stalowym hełmie, nie starszy od ich guwernera. Leon przylgnął do Władka, a ten wbił wzrok w nieproszonego gościa. Żołnierz krzyknął do nich po niemiecku, pytając, kim są, żaden jednak mu nie odpowiedział, chociaż doskonale znali język i mogli się nim posługiwać równie biegle jak polskim. Następny żołnierz pojawił się za plecami pierwszego, ten zaś podszedł do chłopców, schwycił jednego i drugiego jak kurczęta i wywlókł na korytarz, schodami na dół i do ogrodu, gdzie ujrzeli histerycznie krzyczącą, wpatrującą się w trawnik Florentynę. Leon nie mógł znieść okropnego widoku i ukrył głowę na ramieniu Władka. Władek ze zdumieniem i zgrozą patrzył na leżące szeregiem martwe ciała, przeważnie służących, obrócone twarzami do dołu. Nagle spostrzegł wąsy moknące w kałuży krwi. To był jego przybrany ojciec. Władek nie czuł nic, słyszał tylko krzyk Florentyny.
- Czy papa tam jest? Czy papa tam jest? - dopytywał się Leon.
Władek raz jeszcze uważnie przebiegł wzrokiem szereg leżących ciał. Podziękował Bogu, nie nie ma wśród nich barona Rosnowskiego i już chciał obwieścić Leonowi dobrą wiadomość, gdy podszedł do nich żołnierz.
- Wer hat gesprochen? - zapytał z wściekłością.
- Ich - hardo odpowiedział Władek.
Żołnierz uniósł karabin i kolbą zdzielił Władka w głowę. Chłopiec upadł na ziemię z twarzą zalaną krwią. Gdzie jest baron, co się dzieje, dlaczego są tak traktowani we własnym domu? Leon błyskawicznie skoczył i zasłonił Władka własnym ciałem przed następnym ciosem. Żołnierz zamierzył się celując w żołądek Władka, lecz kolba z całą siłą trafiła w tył głowy Leona.
Obaj chłopcy leżeli bez ruchu; Władek, ponieważ ogłuszył go cios i przygniótł ciężar ciała Leona, a Leon, bo był martwy.
Władek usłyszał, jak drugi żołnierz złorzeczy oprawcy. Spróbowali podnieść Leona, ale Władek uczepił się go z całej siły. Dwaj żołnierze z trudem wyrwali zwłoki z jego rąk i cisnęli je bezceremonialnie na ziemię, twarzą do trawy. Władek stał jak skamieniały i wpatrywał się w nieruchome ciało najdroższego przyjaciela, póki nie zagoniono go na powrót do zamku i wraz z garstką oszołomionych niedobitków nie zaprowadzono do podziemi. Nikt nie odważył się odezwać ze strachu, że podzieli los zabitych na trawniku, aż drzwi zostały zaryglowane i ucichły głosy oddalających się żołnierzy. Wówczas Władek wykrzyknął: "Święty Boże!" - albowiem w kącie, pod murem, dostrzegł skuloną sylwetkę barona; nie był ranny, tylko ogłuszony i wpatrywał się w przestrzeń niewidzącymi oczyma. Ocalał wyłącznie dlatego, że zdobywcy potrzebowali kogoś do sprawowania pieczy nad resztą więźniów. Władek podszedł do niego, pozostali zaś usadowili się jak najdalej od swego pana. Obaj spojrzeli sobie w oczy, jak za pierwszym razem, kiedy się spotkali. Władek wyciągnął rękę i baron ją ujął, jak wówczas. Chłopiec patrzył na łzy spływające po dumnej twarzy barona. Żaden z nich nie przemówił. Stracili jedyną osobę, która była im droższa nad wszystko.