Kandydat - Jakub Żulczyk

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3.07. Prezydent

Pierw­sza myśl po prze­bu­dze­niu:

Muszę poroz­ma­wiać z żoną.

Pre­zy­dent wynu­rzył się z krót­kiego letargu, który nie był snem, tylko chwi­lo­wym bra­kiem natręt­nych myśli. Jego umysł przy­po­mi­nał ogromny zakład, jed­no­cze­śnie pro­du­ku­jący i spa­la­jący potężną ilość śmieci. Ni­gdy nie gasł, wciąż pra­co­wał, pro­du­ko­wał i palił wszystko, co przed chwilą wypro­du­ko­wał. Pre­zy­dent podej­rze­wał, że to, co miał za drzemkę, dla zwy­kłych ludzi było sta­nem nor­mal­nej przy­tom­no­ści, względ­nego funk­cjo­no­wa­nia.

Nie odpo­czy­wał we śnie. Nie odpo­czy­wał ni­gdy. W trum­nie odpocz­niesz, mówiła Matka. Wie­rzył jej.

Zabawne - w pew­nym sen­sie nad­cho­dzący dzień miał być dla niego pierw­szym wol­nym dniem od pię­ciu lat. Miał zro­bić tak naprawdę tylko trzy rze­czy. Tyle, co nic.

Gdy śnił, śnił o nawie­dzo­nych domach z prze­gni­łymi, nie­koń­czą­cymi się piw­ni­cami albo o tym, że ktoś ucina mu głowę, a on dalej bie­gnie, podry­gu­jąc przy tym jak zde­ka­pi­to­wany kur­czak.

Muszę poroz­ma­wiać z żoną.

Czuł potworną suchość w ustach. Jakby w cudzym ciele, które spę­dziło wie­czór w obcy mu spo­sób, któ­rego mógł się tylko domy­ślać.

W tym domu są ludzie, któ­rzy nie śpią, pomy­ślał. Pil­nują mnie, są za mnie odpo­wie­dzialni. Jed­nak wycho­dząc na zewnątrz, zacze­pia­jąc ich, roz­ma­wia­jąc z nimi, reali­zo­wałby jeden z banal­nych sche­ma­tów tego, kim jest. Kolejny, tysięczny powód do wstydu.

Ojciec mówił mu - w chwi­lach bez­czyn­no­ści zawsze warto zro­bić coś poży­tecz­nego. Warto iść się umyć, bo czło­wiek ni­gdy nie jest dosta­tecz­nie umyty. Warto się pomo­dlić.

Nie wiesz, co robić, to się roz­bierz i ubra­nia pil­nuj, żar­to­wała jego Matka, i to był chyba jej jedyny żart.

Wciąż nie potra­fił pomy­śleć, że jedno lub dru­gie nie ma racji. Tak go wytre­so­wano. Był tego świa­dom, ale nie umiał z tym nic zro­bić. Nie widział powodu, dla któ­rego miałby.

To słowa Mistrza: dzień walki o reelek­cję jest dla pre­zy­denta pierw­szym wol­nym dniem od pię­ciu lat. Oczy­wi­ście to był tylko żart. Ale nawet naj­bar­dziej nie­istotne żarty Mistrza trak­to­wał jak reli­kwie.

Muszę poroz­ma­wiać z żoną, która na pewno teraz śpi.

Pomy­ślał o tej dziw­nej zależ­no­ści - gdy umiera kobieta, z męż­czy­zną bywa róż­nie. Ale gdy umiera męż­czy­zna, jego żona zawsze żyje dalej. I żyje, i żyje. I żyje.

Nie ma cze­goś takiego jak silny męż­czy­zna, mówiła jego Matka. Albo bab­cia. Nie pamię­tał.

Nie wie­dział, co ma o tym myśleć. Sam ni­gdy nie był silny. Parę razy dostał w życiu straszny wpier­dol, ale ni­gdy się nie zemścił, i nie umiał powie­dzieć, czy wła­śnie to jest defi­ni­cją sła­bo­ści.

Wstał, dotknął zasłony i deli­kat­nie ją odchy­lił, zamiast w pełni odsu­nąć - jakby pod­glą­dał widok za oknem, nie chcąc, aby morze go dostrze­gło. Jego żona była jesz­cze w Kra­ko­wie - tak przy­naj­mniej twier­dził Seba­stian. Seba­stian był jedy­nym czło­wie­kiem, któ­remu ufał. Seba­stian nie okła­małby go nawet w dobrej wie­rze, o co podej­rze­wał wszyst­kich innych ze swo­jego oto­cze­nia.

Tak naprawdę brał to pod uwagę, roz­ma­wia­jąc z każ­dym, zawsze - że jest okła­my­wany. Czy­niło to jego życie nie­rze­czy­wi­stym i pozba­wio­nym gruntu.

Niebo od morza oddzie­lała bar­dzo nie­wy­raźna szara kre­ska, która jego zda­niem zapo­wia­dała już nad­cho­dzący świt. Bar­dzo chciał wie­rzyć, że wyłącz­nie on widzi tę kre­skę. Chciał mieć coś tylko swo­jego, nawet jeśli mia­łyby to być halu­cy­na­cje.

Tele­fon na sto­liku mil­czał, ale mógł zadzwo­nić w każ­dej chwili - śmieszny, archa­iczny apa­rat z lat zero­wych, jakie spo­ty­kało się cza­sami w hote­lach. Z tym, że ten był pod­łą­czony do szy­fro­wa­nej i zabez­pie­czo­nej linii. Więc może nie był taki śmieszny ani archa­iczny.

Wszystko wyda­wało się nie­rze­czy­wi­ste, a jed­no­cze­śnie wszystko miało jakąś wagę, ukryty sens. Odsu­nął zasłonę do końca. Ten gest ozna­czał osta­teczną rezy­gna­cję ze snu.

W trum­nie odpocz­niesz. Dokład­nie tak, Mamo.

Wziął zimny prysz­nic, stał pod stru­mie­niem wody dobre kilka minut, aż zaczął się trząść. Dzięki temu wszedł w stan względ­nej kon­troli nad cia­łem i myślami. Wło­żył białą koszulę, bie­li­znę, spodnie. Chciał wło­żyć skar­petki i buty, ale się wstrzy­mał.

W prze­ci­wień­stwie do mil­czą­cego apa­ratu na sto­liku jego smart­fon wario­wał, puchł od wia­do­mo­ści. Naj­wię­cej przy­sy­łał mu Bar­tek, który praw­do­po­dob­nie osza­lał. Linki, ana­lizy, arty­kuły. Memy, emo­ti­konki, wykresy, son­daże, ana­lizy memów, zasięgi memów, znowu son­daże, jesz­cze tro­chę son­daży. Niby-tajne prze­cieki, które nazy­wali "Baza­rek". Bar­tek doszedł do wnio­sku, że musi infor­mo­wać go o każ­dej iskrze w swoim roz­go­rącz­ko­wa­nym mózgu. Bar­tek to szef sztabu. Nie ma dostępu do żad­nych rze­czy­wi­ście waż­nych infor­ma­cji. Nie dostaje teczek, nie jest brie­fo­wany. Wymy­śla to, co Mistrz nazy­wał pod­łymi baj­kami dla doro­słych. Nie­stety, bez tych bajek nie można czy­nić praw­dzi­wego dobra, doda­wał zawsze Mistrz.

Jesz­cze raz wziął buty do ręki. Na chwilę zawi­sły w powie­trzu. Jakby chciał je zwa­żyć. Poło­żył je z powro­tem na ziemi i wyszedł boso na kory­tarz.

Zszedł po scho­dach, ostroż­nie, przy­po­mi­nał samemu sobie nasto­latkę wymy­ka­jącą się na randkę z chło­pa­kiem.

Ochro­niarz był tylko jeden, na dole. Spał na krze­śle. Nie miał mu tego za złe. Dopiero po chwili, sły­sząc chra­pa­nie, zro­zu­miał, co tak naprawdę chce zro­bić i że może mu się to udać.

Ochro­niarz, Kamil, był szczu­płym, bar­dzo wyso­kim chło­pa­kiem o krótko ostrzy­żo­nych blond wło­sach. W liceum grał w koszy­kówkę w junio­rach Wisły, wią­zał karierę z klu­bem, ale zali­czył bodajże kon­tu­zję kostki.

Wie­dział to od Seba­stiana, szefa SOP-u. Seba­stian dro­bia­zgowo prze­świe­tlał chło­pa­ków, któ­rych zatrud­niał. Seba­stian wie­dział o nim, pre­zy­den­cie, naj­wię­cej ze wszyst­kich ludzi, któ­rzy go ota­czali. Był jego jedy­nym przy­ja­cie­lem - cho­ciaż żaden zwy­kły czło­wiek nie nazwałby takiej rela­cji przy­jaź­nią.

Cza­sami miał nawet wra­że­nie, że Seba­stian popy­chał go w stronę kre­owa­nia nowych sekre­tów, tajem­nic, aby mógł zoba­czyć, jaki jest lojalny, jak bar­dzo można na nim pole­gać.

- Ty też będziesz miał pierw­szy wolny dzień od pię­ciu lat. Odpocz­nij - powie­dział Seba­stia­nowi przez tele­fon wczo­raj wie­czo­rem.

Ten par­sk­nął śmie­chem. A potem mu przy­po­mniał:

- Cza­sami muszę być mądrzej­szy niż twoje pole­ce­nia.

- Teraz nie musisz - odparł.

Dalej szedł boso. Wykła­dzina kłuła go w pięty, kom­plet­nie nie­na­wy­kłe do cho­dze­nia bez obu­wia. Cho­dząc boso po plaży, będzie pod­ska­ki­wał, pisz­czał i kwi­czał jak rażony prą­dem głu­pek. Bar­tek mógłby to nagrać, zro­bić z tego kolejną rolkę na Tik­Toka. Bar­tek mógłby zro­bić rolkę na Tik­Toka abso­lut­nie ze wszyst­kiego. Otwo­rzył drzwi, bar­dzo cicho, ostroż­nie, i wtedy jak na złość ciche pik­nię­cie w kie­szeni. Bar­tek. Kamil koszy­karz wypro­sto­wał się na krze­śle, zdzi­wiony i prze­stra­szony. Bał się Seba­stiana.

- Po pro­stu chcę wyjść, na kilka minut. - Pre­zy­dent poka­zał pal­cem na szare niebo.

- Wyjdę z panem. - Kamil wstał.

Miał w sobie coś nie­zgrab­nego. Jakby kie­dyś te wiel­kie, dłu­gie koń­czyny od niego odpa­dły, a potem ktoś przy­kleił je z powro­tem, pra­wie dobrze, ale nie do końca.

- Pro­szę, nie. - Zło­żył obie dło­nie jak do modli­twy i przy­jął swój naj­bar­dziej zre­zy­gno­wany wyraz twa­rzy.

- Nie można tak. - Kamil wycią­gał się jak dziecko, usil­nie sta­ra­jące się być kilka cen­ty­me­trów wyż­sze. To czy­niło go jesz­cze bar­dziej gro­te­sko­wym.

- Pięt­na­ście minut - popro­sił jesz­cze raz. - Ina­czej osza­leję.

Chło­pak dalej nie rozu­miał. Dalej się bał.

- Mam tele­fon. - Poma­chał Kami­lowi apa­ra­tem przed nosem i dodał: - Seba­stian o niczym się nie dowie.

Kącik ust Kamila nie­znacz­nie drgnął.

Na ekra­nie wid­niał kolejny mem. "Ten nam się udał", pisał Bar­tek. Jego zdję­cie z poprzed­niej kam­pa­nii.

Obra­zek był nawet zabawny, ale pamię­tał, co wtedy czuł, na tym festy­nie, w czter­dzie­sto­stop­nio­wym upale, w powie­trzu jak koł­dra pach­nąca mle­kiem, słomą i ben­zyną.

Małe mia­steczko gdzieś w kujaw­sko-pomor­skim, w tle płot, kapliczka, Matka Boska, poza kadrem kam­pa­nijny namiot. Soł­tys albo bur­mistrz, lokalni ofi­cjele, naboż­nie wpa­trzone w niego kobiety. Reago­wali na niego jak na Papieża Polaka. Stali spa­ra­li­żo­wani ze stra­chu, cho­ciaż chcieli go dotknąć. Napię­cie roz­ry­wało powie­trze, kobieta, która miała go witać, popła­kała się z emo­cji, więc przy­szła druga, która popła­kała się ciszej. Koło Gospo­dyń Wiej­skich nago­to­wało tony bigosu i pie­ro­gów, SOP spraw­dzał dzień wcze­śniej jedze­nie, ale za długo stało w słońcu i się potruli. Soł­tys stwier­dził, że naj­lep­szym ekwi­wa­len­tem sto­pe­ranu jest bim­ber, więc następ­nego dnia cały SOP latał nie tylko z bie­gunką, ale i potwor­nym bólem głowy.

Dali mu na ręce nie­mow­laka, rze­czy­wi­ście wyjąt­kowo dużego. Jakaś kobieta, chyba matka chłopca, stała obok i robiła zdję­cia, przy­sta­wia­jąc mu nie­malże apa­rat do twa­rzy. Dzie­ciak rze­czy­wi­ście był ciężki. Zde­cy­do­wał się zażar­to­wać, żar­to­bli­wie wypu­ścił powie­trze. Nowe życie. Dar ziemi. Świa­tło wio­sny. Jakiś star­szy pan zaczął recy­to­wać wiersz o tym, jak krwią try­snęła smo­leń­ska brzoza. Seba­stian kazał mu spier­da­lać. Potem oka­zało się, że star­szy pan to brat soł­tysa. Soł­tys zaczął prze­pra­szać za brata i kazał mu spier­da­lać jesz­cze raz, cho­ciaż ten już w sumie spier­do­lił i nie recy­to­wał dalej wier­sza, roz­pi­sa­nego na pięt­na­stu wymię­to­lo­nych kart­kach. On wciąż trzy­mał dzie­ciaka, nikt nie chciał mu go zabrać, może marzyli, że weź­mie go do War­szawy; poczuł nowy smród i cie­pło pod prawą dło­nią, bo nie­mow­lak, pora­żony jego maje­sta­tem, nawa­lił w pie­lu­chę.

Potem Bar­tek doło­żył pod­pis do tego zdję­cia: "O skur­wy­syn, na tego daj­cie 600 plus".

Ludzie myślą, że tego typu żarty robią tacy sami ludzie jak oni, a robił je Bar­tek, który zanim został sze­fem sztabu, był sze­fem kre­acji w agen­cji rekla­mo­wej w Kra­ko­wie. Festi­wal beki został wyre­ży­se­ro­wany.

- No dobra, panie sze­fie, ale za pięt­na­ście minut musi szef tu być z powro­tem. MUSI. - Kamil, eks­ko­szy­karz, wyda­wał roz­kazy pre­zy­den­towi Pol­ski.

- Muszę - odrzekł i uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi.

Pia­sek był przy­ja­zny, skóra nie sta­wiała oporu kamie­niom. Czła­pał powoli w stronę wody. Sta­wiał jedną stopę za drugą, jak medy­tu­jący mnich. W końcu usiadł na pia­chu, wycią­gnął nogi przed sie­bie. Pozwa­lał, aby lodo­wata woda przy­pływu omy­wała mu palce.

Zamknął oczy i pró­bo­wał prze­stać myśleć, wie­dząc, że prze­sta­nie myśleć dopiero w trum­nie. Codzien­nie gdy się modlił, pro­sił Boga, aby nie było żad­nego życia poza­gro­bo­wego. Przy­naj­mniej dla niego. Oszczędź mnie, bła­gał. Chcę spać. Nie chcę już ni­gdy niczego doświad­czać. Nie chcę już ni­gdy o niczym myśleć. Daj mi spo­kój, chło­pie.

Oczy­wi­ście, musiał dzi­siaj wygrać. Zawiódłby zbyt wielu ludzi. Czuł, że gdy prze­gra, prze­żyje upo­ko­rze­nie gor­sze od śmierci.

Wło­żył palce w pia­sek, a następ­nie przy­bli­żył je do ust. Pową­chał. Sól, sfer­men­to­wane białko.

Świt zaczy­nał być świ­tem. Czerń się roz­pra­szała, prze­mie­niała w szarą jed­no­litą ścianę. Pierw­sze mleczne ślady słońca wstrzy­ki­wane w litą ścianę chmur.

Muszę poroz­ma­wiać z żoną.

Tylko po co? Dosko­nale wie­dział, co mu powie. To samo, co powie­działa mu pięć, dzie­sięć, pięt­na­ście lat temu. To nie jest to, czego chcia­łam. To nie jest to, co wybra­łam. To nie jest to, to nie będzie to, to ni­gdy nie było to.

Jesteś doro­sła, odpo­wie­dział jej któ­re­goś razu.

Wtedy nie byłam, odparła.

Dobrze, gdyby teraz powie­działa mu cho­ciaż to, pomy­ślał.

Woda wpeł­zła mu pod łydki, pod uda, pod tyłek. Będzie musiał się prze­brać, ale prze­cież musiał i tak.

Son­daże dają mu sześć­dzie­siąt pro­cent. W pierw­szej turze zdo­był czter­dzie­ści dwa. Druga ma być for­mal­no­ścią. Wszy­scy to wie­dzą. Ten Drugi jest skom­pro­mi­to­wany jak azbest. Zadzi­wia go, że wysta­wiono naj­gor­szego moż­li­wego czło­wieka, pogu­bio­nego fajt­łapę i resor­tową mendę, za którą cią­gnął się śmier­dzący worek haków. Rzadko śmiał się z ludzi, ale z niego śmiał się naprawdę, tak samo jak śmiał się z tych wszyst­kich pisa­rzy, reży­se­rów, pro­fe­so­rów z łupie­żem na ramio­nach. Śmiał się czę­ściej i szcze­rzej, niż oni śmiali się z niego. On widział, kim są naprawdę; oni nie wie­dzieli o nim nic.

Te dzien­ni­karki trwale spau­zo­wane w histrio­nicz­nym wystę­pie, jakby uro­dziły się z wytrzesz­czem oczu. Przy­głupi Trolle na Twit­te­rze, żrący każdy idio­tyzm rzu­cony im w otwarte usta. Wielki Jąkała, zde­men­ciały upiór błą­dzący po kory­ta­rzach swo­jej redak­cji, nawie­dzo­nego domu, w któ­rym nie można było napra­wić dru­karki bez zgody pil­nu­ją­cej go kor­po­ra­cji. Ci nie­przy­tomni gamo­nie, uwa­ża­jący się za zbaw­ców demo­kra­cji i pań­stwa. Wszy­scy oni mieli jedną, bar­dzo kon­kretną defi­ni­cję demo­kra­cji - rządy rady mędr­ców, żon­glo­wa­nie cyta­tami nobli­wych tru­pów, wyku­wa­nie ich głów na mone­tach oko­licz­no­ścio­wych, oraz odda­wa­nie wła­dzy w ręce zewnętrz­nej rady opatrz­no­ścio­wej. Nie­miec­kich cha­de­ków. Fran­cu­skich cen­try­stów. Ame­ry­kań­skich Demo­kra­tów. Coraz mniej sprawne to żon­glo­wa­nie, coraz bar­dziej star­cze, piłki wypa­dały z uwię­dłych rąk, toczyły się doni­kąd po zaku­rzo­nej pod­ło­dze. To nie była żadna agora, to był klub dział­kowca, w któ­rym kwe­stie tak nie­ważne jak pie­nią­dze, zarzą­dza­nie czy poli­tyka były sce­do­wane na nażar­tych cwa­nia­ków, synów i córki sata­nicz­nej ośmior­nicy. Ale ci sata­ni­ści rów­nież nie byli demo­niczni. To była banda utu­czo­nych skur­wy­sy­nów. Anal­fa­be­tów z otłusz­czo­nymi wątro­bami, zna­ją­cych po pol­sku łącz­nie jakieś tysiąc słów. Wbrew temu, co wszyst­kim wma­wiano, naj­mniej na świe­cie było ludzi groź­nych.

Mistrz pra­wie ni­gdy nie prze­kli­nał - chyba że w roz­mo­wach z bra­tem - ale gdy wypili razem butelkę dobrego Pinot Noir, to uży­wał dokład­nie tego okre­śle­nia.

Utu­czo­nych skur­wy­sy­nów.

Odpo­wia­dał wtedy żar­to­bli­wie:

- Ale nie wiemy, czy ich matki wyko­ny­wały naj­star­szy zawód świata.

Mistrz ripo­sto­wał:

- Prze­cież wiesz, że nikt poważny nie nazwałby kurwą jakiejś bied­nej pro­sty­tutki.

Mistrza już nie było.

Po Mistrzu została dziura, którą czuł nawet przez sen.

Miał sześć­dzie­siąt pro­cent w son­da­żach.

Zdo­był czter­dzie­ści dwa pro­cent w pierw­szej turze.

Wybo­rów nie sfał­szo­wano, cho­ciaż spini Bartka przy­go­to­wali na wszelki wypa­dek nar­ra­cję o sfał­szo­wa­nych wybo­rach. Spe­cja­li­zo­wała się w tym jedna agen­cja z Lon­dynu.

To bar­dzo pro­ste, tłu­ma­czył mu kie­dyś Car, brat Mistrza, przy­wódca Par­tii i w swoim mnie­ma­niu praw­dziwy władca Pol­ski. Pod­stawy każ­dej nar­ra­cji powinny być bar­dziej niż nikłe. Im wię­cej fak­tów, im wię­cej dowo­dów, tym dana teza wydaje się być coraz bar­dziej spre­pa­ro­wana, sfa­bry­ko­wana. Wystar­czy naprawdę nie­wiele. Okru­chy. Wątłe tropy. Kil­ka­na­ścioro osób w komi­sjach w całej Pol­sce. Ci ludzie nie muszą robić niczego nie­le­gal­nego. Wystar­czy, aby byli gapo­waci, aby popeł­nili kilka błę­dów. Do tego doło­żyć kilku agre­syw­nych, lekko nie­sta­bil­nych gości. Naj­lepsi są męż­czyźni po sześć­dzie­siątce. Wystar­czy jakaś sprzeczka, szar­pa­nina, ktoś kop­nie w urnę, ktoś zacznie coś wykrzy­ki­wać. Im mniej­sza miej­sco­wość, tym lepiej. Koniecz­nie w matecz­ni­kach, w pew­nych okrę­gach.

Nie było jed­nak sensu odpa­lać tego pro­to­kołu.

Jesz­cze raz, miał sześć­dzie­siąt pro­cent. Wygrał Pol­skę. Pol­ska mu uwie­rzyła. Pol­ska powstała z kolan, cho­ciaż Pol­ska wcale nie klę­czała, naje­bana Pol­ska leżała na ziemi, roz­płasz­czona jak roz­gwiazda.

Nie ma nawet sensu pisać tego dru­giego prze­mó­wie­nia, powie­dział Bar­tek.

Możemy już pla­no­wać ci har­mo­no­gram po inau­gu­ra­cji, dodał Robert.

Usły­szał kogoś. Naj­pierw psa, potem czło­wieka. Odwró­cił się. Brze­giem biegł facet, przed nim pies. Spor­towy strój, wygodne buty, szczu­pła syl­wetka. Jego rówie­śnik, oko­lice pięć­dzie­siątki. Nie roz­po­znał, kogo mija.

Czuł, że ma mokry i zimny tyłek, ale był pre­zy­den­tem. Miał mokry tyłek codzien­nie.

Muszę poroz­ma­wiać z córką.

Córka była jesz­cze w Lon­dy­nie, przy­leci na wie­czór wybor­czy, sta­nie przy nim. Miała się tym zająć jego żona. Poczuł nie­okre­ślone ukłu­cie w dole żołądka. Przy­krył to miej­sce dło­nią. Wie­dział, czym jest to ukłu­cie. Nie chciał go teraz nazy­wać, nawet w myślach.

Sygnał. Tym razem stały, rów­no­mierny. Bar­tek. Czy Bar­tek wie, że on sie­dzi na plaży? Czy minęło już pięt­na­ście minut?

- Tak?

- Musisz być za dwie godziny w War­sza­wie.

Bar­tek zapo­mi­nał mówić do niego per "panie pre­zy­den­cie". Cza­sami mu to prze­szka­dzało, cza­sami nie. Gdy miał lep­szy nastrój, rozu­miał, że upo­mi­na­nie pod­wład­nego jest bez­sku­teczne. Bar­tek był wiru­jącą pralką, któ­rej wysia­dły amor­ty­za­tory. To była jego kon­dy­cja, jego ludzki kształt. Mistrz nie pozwo­liłby sobie na takie trak­to­wa­nie, zwol­niłby kogoś takiego od razu, dał wil­czy bilet w sek­to­rze publicz­nym, a Bar­tek pew­nie wzru­szyłby ramio­nami i wró­cił do reklamy albo finan­sów, albo gdzie­kol­wiek, skąd przy­szedł. Takich ludzi nazy­wało się genial­nymi, z dru­giej strony nazy­wało się genial­nymi ludzi poka­zu­ją­cych por­nosy w gale­riach czy nagry­wa­ją­cych muzykę brzmiącą jak wymio­to­wa­nie krowy.

- Jesteś tam?

- Jak?

- Heli­kop­ter. Powi­nie­neś być w War­sza­wie za pięt­na­ście minut. Powi­nie­neś być w War­sza­wie teraz.

- Mam być w Kra­ko­wie. A dopiero potem w War­sza­wie.

- Zmiana pla­nów.

W tle usły­szał głos. Robert, szef Kan­ce­la­rii. Powiedz mu, o co cho­dzi, mówił do Bartka. Zasta­na­wiał się, dla­czego to Bar­tek ma mu powie­dzieć, o co cho­dzi.

- Daj mi Roberta - powie­dział. Zaczy­nał być zły.

Robert prze­jął słu­chawkę.

- Mamy... pewien pro­blem.

- Czy to doty­czy mojej rodziny? - zapy­tał od razu, odru­chowo.

- Doty­czy to ludzi rze­komo... - zaczął Robert, ale mu prze­rwał:

- Rozu­miem.

Bo nagle wszystko zro­zu­miał.

Nie było sensu się łudzić, że cho­dzi o coś innego.

Strach jak skal­pel tnący go od brzu­cha aż do pod­nie­bie­nia, linia lodo­wa­tego bólu. Znik­nęła tak szybko, jak się poja­wiła. Ogar­nęła go ulga, gwał­towna jak pierw­szy wdech po dłu­gim nur­ko­wa­niu. Na krótki moment jego ciało opa­dło, sfla­czało.

Kamil, który miał grać w kosza w Wiśle, ale poko­nała go kon­tu­zja kostki, powoli czła­pał przez piach w jego kie­runku. Jego ręce bez­wład­nie obi­jały się o bio­dra, przy­po­mi­nały kije zawie­szone na polu­zo­wa­nych sznur­kach.

Dopiero teraz usły­szał napię­cie w gło­sie Bartka. Wstał. Odru­chowo zaczął się otrze­py­wać.

- Co to jest? - zapy­tał.

Kamil bez słowa pokie­ro­wał go z powro­tem w stronę budynku. Jasna sza­rość nieba zaczęła się nasy­cać bla­dym różem, tłu­ste mleko roz­cień­czone krwią. Prze­lotna myśl: wła­śnie zaczy­nało być pięk­nie. Miał pro­ste, być może banalne poję­cie piękna i aku­rat za to sie­bie lubił.

Zanim weszli do środka, Kamil popa­trzył na niego skrę­po­wany.

- Pro­szę, niech pan nie mówi Seba­stia­nowi, że przy­sną­łem w pracy. - Gdy to powie­dział, Pre­zy­dent zro­zu­miał, że Kamil nie jest skrę­po­wany. Jest prze­ra­żony.

- Już mi się to kie­dyś zda­rzyło, przy­sną­łem, Seba­stian się dowie­dział i...

- Nie chcesz stra­cić roboty - prze­rwał mu.

Koszy­karz opu­ścił głowę gestem kogoś, kto wie, że powie­dział za dużo.

- Nie ma sprawy - odrzekł Pre­zy­dent. - Nikomu nic nie powiem.

Wró­cił do pokoju, zdjął koszulę, spodnie, bie­li­znę. Dał Roberta na gło­śno­mó­wiący. Zaczął wkła­dać świeże ubra­nie.

- Nie wiem, czy pan go w ogóle pamięta, panie pre­zy­den­cie.

- Oczy­wi­ście, że pamię­tam. Zwer­bo­wa­li­ście go.

- "Zwer­bo­wa­li­ście" to nace­cho­wane słowo. Zatrud­ni­li­śmy go. Mie­li­śmy akcept.

- Zwer­bo­wa­li­ście go.

- Tra­cimy czas, roz­ma­wia­jąc o zna­cze­niu słów - wtrą­cił się Bar­tek.

Tym razem wło­żył skar­petki i buty.

- Co z nim? - zapy­tał.

- Ma to. To zna­czy, ma to - Bar­tek z powro­tem prze­jął roz­mowę.

- Ale jakie "to" kon­kret­nie?

- Wszystko, co moż­liwe. Nagra­nia. Zezna­nia. Mate­riały. Akta.

- Skąd wiemy, że to ma?

Pauza. Jakby się wahali, co mu wła­ści­wie powie­dzieć.

- Od jed­nej z osób, do któ­rej dzwo­nił.

Poki­wał głową. Na chwilę zamilkł. Bęb­nił pal­cami w blat stołu. Wszy­scy ocze­ki­wali od niego jakie­goś genial­nego pomy­słu, roz­wią­za­nia. On z kolei ocze­ki­wał go od nich. Sytu­acja była napięta i męcząca jak koniec par­tii sza­chów, gdy król w nie­skoń­czo­ność ucieka po opu­sto­sza­łej plan­szy przed kró­lową i poje­dyn­czym pio­nem.

- Mówi­łem: to zły pomysł. Mówi­łem: on nie zdra­dzi swo­ich. Zawsze będzie chciał zro­bić coś, za co otrzyma pochwałę.

- Mnie tego nie mówi­łeś - odpo­wie­dział Bar­tek.

- Mnie pan tego nie mówił, panie pre­zy­den­cie - popra­wił go.

- Mnie pan tego nie mówił, panie pre­zy­den­cie.

- Nie tobie, bo nie jesteś dla mnie part­ne­rem do tego typu roz­mów.

- Rozu­miem. Cho­dziło mi o to, że ja w ogóle nie mia­łem z tym nic wspól­nego, panie pre­zy­den­cie. O tym, że ten czło­wiek ma coś wspól­nego z...

- Z Par­tią.

- Dowie­dzia­łem się tego z plo­tek. O to mi cho­dziło, gdy powie­dzia­łem, że mnie pan tego nie mówił, panie pre­zy­den­cie. - Bar­tek wkła­dał wyraźny wysi­łek, by brzmieć jak zdy­scy­pli­no­wany żoł­nierz.

Gdy wyma­gała tego sytu­acja, pre­zy­dent był sta­now­czy. Umiał roz­sta­wiać ich po kątach. Tylko kamery i dyk­ta­fony nie umiały tego zare­je­stro­wać. Spłasz­czony do samego głosu, do dwu­wy­mia­ro­wego obrazka, zamie­niał się w pajaca.

- Robert, czy on chce pie­nię­dzy?

- Chce to wypu­ścić.

- Jest cisza wybor­cza.

- Znaj­dzie kogoś, kto zapłaci karę. Dość szybko. - Bar­tek znowu się wtrą­cił.

- Co robimy?

Naj­więk­szy lęk przy­cho­dzi w momen­cie, gdy zda­jemy sobie sprawę, że modli­twa została wysłu­chana.

- Facet jest skoń­czony. To scan­ce­lo­wany trup. - Bar­tek brzmiał, jakby pró­bo­wał pocie­szyć sam sie­bie.

Na pre­zy­denta cze­kała dziś armia ludzi. Miliony trzy­mały za niego kciuki. Miliony go nie­na­wi­dziły, uwa­żały za czło­wieka złego i cof­nię­tego w roz­woju jed­no­cze­śnie, cho­ciaż te dwie rze­czy wza­jem­nie się wyklu­czały.

Był pierw­szy. Pierw­szy w son­da­żach. Pierw­szy w pań­stwie. Pierw­szy w kolej­no­ści. Czy komuś się to podo­bało, czy nie.

Jedyne, czego chciał, to poroz­ma­wiać. Z żoną, a potem z córką. Ale była czwarta rano, miał zaraz wsiąść do heli­kop­tera. Rze­czy, któ­rych potrze­bo­wał naj­bar­dziej, staną się osią­galne dopiero wie­czo­rem.

Popa­trzył na swoje dło­nie, na dro­binki pia­sku za paznok­ciami.

- Nikt ni­gdy nie jest do końca skoń­czony - powie­dział Pre­zy­dent, cho­ciaż w ogóle w to nie wie­rzył. A potem się roz­łą­czył. Cho­ciaż może naj­pierw się roz­łą­czył, a dopiero potem wypowie­dział to zda­nie.

Cichy war­kot heli­kop­tera zawisł nad nim z bez­względ­no­ścią doży­wot­niego wyroku.

Prze­tarł buty czy­stym ręcz­ni­kiem hote­lo­wym i wyszedł z pokoju.

3.07. Reporter

Kie­dyś miał kilka toż­sa­mo­ści. Porząd­nych, pożą­da­nych. Był dzien­ni­ka­rzem, był repor­te­rem, był auto­rem ksią­żek, był wykła­dowcą, był mara­toń­czy­kiem. Był ojcem.

Teraz był sam i był nikim.

Był zdrajcą.

W pew­nym sen­sie zdrajcą podwój­nym.

Sie­dział w sta­rym samo­cho­dzie w jakiejś pol­skiej pustce i miał tak naprawdę bar­dzo nie­wiele wyjść. W sumie miał dwa. Oba chu­jowe. Dwie bramki do wyboru, a w każ­dej zonk, jak w tym sta­rym tele­tur­nieju.

Wyj­ście numer jeden - mógł się po pro­stu zabić. To było momen­tami kuszące, ale nie­wiele z tego wyni­kało.

Jeśli ist­niało jakieś życie po śmierci, to z pew­no­ścią nie zasłu­gi­wał na jego lep­szą wer­sję. Wyj­ście numer dwa - miał coś, co było dużo warte. Mógł z tym zro­bić kon­kretną rzecz. Wie­dział, jak użyć tego narzę­dzia, aby prze­dłu­żyć sobie życie. Tro­chę nie wie­dział po co i nie umiał sobie wyobra­zić kształtu tego przy­szłego życia. Ale miał sprawę do zała­twie­nia. Kartę do zagra­nia.

Ten as w ręka­wie był bar­dzo sta­ro­świecki. Wydruki, kse­rówki, akta. Nie ufał pli­kom, nie mógł sobie na to pozwo­lić.

Karta nie była oszu­kana, nie była zna­czona.

To ostatni moment, aby jej użyć.

Mógł teraz wyco­fać z powro­tem na drogę, roz­pę­dzić rzę­cha do mak­sy­mal­nej pręd­ko­ści i roz­trza­skać go o drzewo.

Mógł też zacząć dzwo­nić.

Dzwo­niąc, Repor­ter łado­wał w kło­poty tych, do któ­rych dzwo­nił. Choć kło­poty to nie było naj­lep­sze słowo. Do tej posłanki, do któ­rej weszli około czwar­tej nad ranem, po pro­stu strze­lili. Trudno to nazwać kło­po­tem, kulkę w łeb o czwar­tej nad ranem.

Mam to w piź­dzie, myślał Repor­ter, i tak by odpo­wie­dział, zapy­tany. Jebać ich kło­poty. Wejdą do nich, zało­mocą, strzelą. Naj­wy­żej zostaną boha­te­rami. On już ni­gdy nie zosta­nie boha­te­rem. To on miał, kurwa, kło­poty.

Znał tych, któ­rych chciał skom­pro­mi­to­wać i uszko­dzić. Byli gorsi, niż wszy­scy myśleli. I to ina­czej, niż wszy­scy mogliby sobie wyobra­żać.

Wie­dział też, kim są ludzie, do któ­rych pró­bo­wał się teraz dodzwo­nić.

I jedni, i dru­dzy byli bar­dzo chciwi.

Dla­tego dzi­wił się, że nikt nie odbiera. Naprawdę oni wszy­scy śpią? Dzi­siaj? Teraz? W noc przed wybo­rami?

Po latach, gdy będzie wspo­mi­nał ten dzień, przy­po­mni sobie tę myśl i uśmiech­nie się do niej. Nie potra­fimy wyobra­zić sobie tego, co się wyda­rzy. I cokol­wiek się wyda­rzy, zawsze trzeba pójść spać, cho­ciaż na chwilę.

Kwa­dra­towy oddech - nauczył go tego niski, łysawy tera­peuta ubrany od góry do dołu w Deca­th­lo­nie. Cztery sekundy wde­chu, cztery sekundy cze­ka­nia, cztery sekundy wyde­chu, cztery sekundy cze­ka­nia. Po dzie­się­ciu powtó­rze­niach akty­wo­wał się nerw błędny, ciało scho­dziło z poziomu paniki pię­tro niżej. Spo­koj­nie, spo­koj­nie - powi­nien zało­żyć, że to, co pró­buje zro­bić, ma dosyć nie­wiel­kie szanse powo­dze­nia. Nasta­wić się na klę­skę, ewen­tu­alny suk­ces przy­jąć jako miłe roz­cza­ro­wa­nie.

Pustka, w któ­rej tkwił, była gdzieś na obrze­żach Ostro­łęki. Dziwna wieś, połowa domów to drew­niane niby-świ­der­ma­jery, druga - nie­do­koń­czone, na oko dwu­stu­me­trowe bryły z SUV-ami na pod­jaz­dach. Gdzieś tutaj był podobno ośro­dek odwy­kowy dla posłów, dzien­ni­ka­rzy i ludzi z tele­wi­zji. Mogli tam jeź­dzić konno, grać w nogę i siat­kówkę. Zawią­zało się tam wiele pięk­nych i zaska­ku­ją­cych zna­jo­mo­ści, które w zwy­kłym kon­su­men­cie mediów i poli­tyki spo­wo­do­wa­łyby dyso­nans poznaw­czy. Jego nie dzi­wił żaden pakt, żadne kole­żeń­stwo - dosko­nale znał wszyst­kie zasady gry. Mógłby być sędzią. Rozu­miał, że cynizm to puste słowo, ozna­cza­jące tak naprawdę walkę o prze­trwa­nie.

Tele­fon szybko mu się roz­ła­do­wy­wał. W miarę nowy iPhone, przed­ostat­nia gene­ra­cja; komórka z cza­sów, gdy taki zakup leżał w zasięgu jego moż­li­wo­ści. Bate­rii star­czało na pięć-sześć godzin. Wie­dział, że to jedna z kon­se­kwen­cji zain­sta­lo­wa­nia Feniksa. Z dru­giej strony zacho­dził w głowę, dla­czego aku­rat na niego ktoś miał wydać milion dola­rów.

Choć tak naprawdę było to dla niego oczy­wi­ste. Zro­zu­miał to dosyć późno, bo wszystko łapał tro­chę za późno.

Podobno całe to "ale ja?", "ale mnie?", "po co komu jestem potrzebny?" wyni­kało z niskiego poczu­cia wła­snej war­to­ści. To też tłu­ma­czył mu facet w ciu­chach z Deca­th­lonu, który brał dwie­ście zło­tych za spo­tka­nie.

Dwie­ście zło­tych to nie milion dola­rów.

A może wydali na niego milion dola­rów w momen­cie, gdy tylko wszedł do domu na Żoli­bo­rzu. Domu, który był moder­ni­styczną kostką, ale mógłby być zamczy­skiem z gotyc­kiej powie­ści. Pamię­tał to: pró­bo­wał się nie zaśmiać na widok Cara, osten­ta­cyj­nie odwró­co­nego do niego ple­cami, sto­ją­cego przed wycho­dzą­cym na zapusz­czony ogród zakra­to­wa­nym oknem na par­te­rze, z małymi dłońmi wsu­nię­tymi w kie­sze­nie mary­narki. Nie wyszło, par­sk­nął śmie­chem. Car zapy­tał go jak bel­fer na lek­cji, co wła­ści­wie jest takie zabawne.

- Tyle lat pro­si­łem pana o wywiad - wytłu­ma­czył - i zawsze mi pan odma­wiał.

- Ja bym na "dzień dobry" nie odpo­wie­dział takiej szma­cie jak ty, a co dopiero wywiad - odparł Car.

Wczo­raj prze­pi­sał kilka naj­waż­niej­szych nume­rów na kartkę i zro­oto­wał tele­fon do usta­wień fabrycz­nych, zało­żył nowe AppleID. Rychło w czas. Tych kilka osób, do któ­rych zadzwo­nił, mogło mieć nad ranem wizytę ABW, drzwi, psy, meble, ubra­nia, wyry­wa­nie gniaz­dek, cały ten amba­ras.

Zażar­to­wał z tego pod­czas tam­tej roz­mowy z Carem.

- Jeśli mnie pod­słu­chu­je­cie, lepiej by było, jak­by­ście dali mnie ten milion dolców, zamiast kupo­wać licen­cję - powie­dział, pró­bu­jąc uda­wać odprę­żo­nego.

- Jesteś dege­ne­ra­tem. Gdy­bym dał ci ten milion dola­rów, po tygo­dniu był­byś mar­twy - odparł Car.

Ota­czała go głu­cha, ciężka czerń. Całe życie dookoła głę­boko spało. Nawet psy, któ­rych pew­nie było tu co nie­miara i które zaczy­nały jazgo­tać wraz z pierw­szym prze­bły­skiem świtu.

Ale świtu jesz­cze nie było.

- Prze­szłość pod wie­loma wzglę­dami jest bar­dziej nie­od­gad­niona niż przy­szłość. Cza­sami trzeba prze­po­wia­dać prze­szłość - powie­dział wtedy Car.

Koja­rzył, że to cytat, ale nie pamię­tał z czego. Nie pamię­tał żad­nych cyta­tów. To była inte­li­gencka gra w pikuty. Nie lubił i nie umiał w nią grać, nie zno­sił ludzi, któ­rzy zaczy­nali wypo­wie­dzi od: "było takie opo­wia­da­nie Tur­gie­niewa". Ale Car był w tym wszyst­kim praw­dziwy. Ksa­wery powie­działby, że Car jest OG, ori­gi­nal gang­ster. Robił to w spo­sób, który nie był krin­dżowy ani śmieszny.

Robił to tak, że można było się go prze­stra­szyć.

I Repor­te­rowi zro­biło się wtedy wstyd, że nie zna tego cytatu.

Nie palił od roku. Miał to za swój naj­więk­szy życiowy suk­ces, rzu­ce­nie papie­ro­sów po dwu­dzie­stu pię­ciu latach pale­nia dwóch paczek dzien­nie. Dwie godziny temu na sta­cji kupił wagon cien­kich pall malli.

Wepchnął go do skrytki, a teraz go z niej wycią­gał. Skrytka była prze­peł­niona - wraz z wago­nem na sie­dze­nie wypa­dło coś jesz­cze, stara, pla­sti­kowa legi­ty­ma­cja "Gazety Kra­jo­wej". Rzu­cił ją z obrzy­dze­niem na ubło­cony dywa­nik, jakby była kulką zuży­tego papieru toa­le­to­wego. Odwi­nął kar­ton z folii, wycią­gnął pierw­szą paczkę, patrzył na nią przez kilka sekund, otwarł, wycią­gnął pierw­szego papie­rosa, wło­żył do ust, zapa­lił.

Kwa­dra­towy oddech, jebać to macze­tami.

Roz­kosz wyłą­czyła wszystko na jakieś dwie sekundy. Tak, było warto.

Wygo­oglo­wał adres naj­bliż­szego motelu w zain­sta­lo­wa­nej wczo­raj zaszy­fro­wa­nej prze­glą­darce. Zadzwo­nił tam. Zaspana recep­cjo­nistka odpo­wie­działa mu chra­pli­wym gło­sem, że ow­szem, mają pokój, ale musi zapła­cić za mini­mum dwie noce, bo teraz jest w sza­rej stre­fie mię­dzy jedną dobą hote­lową a drugą.

- W życiu nie sły­sza­łem dziw­niej­szej rze­czy - zaśmiał się. Powie­dział tak, ale nie była to prawda. Usły­szał w życiu wiele dziw­niej­szych rze­czy. Te naj­dziw­niej­sze były w papie­rach leżą­cych na sie­dze­niu pasa­żera.

Muszę poroz­ma­wiać z Nadią.

- Zawsze byłem Drugi, a dla cie­bie chciał­bym być Pierw­szy - powie­dział do niej, gdy jesz­cze mu się wyda­wało że w jego życiu dzieje się coś rzad­kiego jak naj­rzad­szy kru­szec. Teraz rozu­miał, że wyda­wało mu się tak w życiu dziw­nie czę­sto. Tak bar­dzo czuł się nie­ko­chany.

Drugi papie­ros. Oczy­wi­ście, że nie sma­ko­wał tak samo jak pierw­szy, ale wciąż był papie­rosem i wciąż był wspa­niały.

Oddzwa­nia pierw­szy z nich. Tygo­dnik. Zamiast przy­wi­ta­nia ciężko wypusz­cza powie­trze, jego wydech brzmi jak ujście powie­trza prze­bi­tej opony. Tak to jest, gdy ma się pra­wie sto kilo nad­wagi. Tygo­dnik jest stra­cony, nie pomo­gła mu nawet ope­ra­cja pomniej­sza­nia żołądka. Trudno, nie­któ­rzy po pro­stu chcą umrzeć.

- Spo­tkajmy się.

Oj, ten drugi papie­ros też jest pyszny. Nawet bar­dziej.

- Tak, spo­tkajmy się.

- Nie ma dru­giego takiego skur­wy­syna i chuja, i mendy jak ty. - Wyda­wa­nie głosu musi być dla niego takim wysił­kiem, jak dla nor­mal­nego czło­wieka seria mar­twego ciągu, pomy­ślał.

- Jak­byś dopiero się o tym dowie­dział.

- Wcze­śniej mie­ści­łeś się w naszej skur­wy­syń­skiej i chu­jo­wa­tej, i men­dziar­skiej nor­mie.

- Pocze­kaj. Czy na pewno chcesz teraz prze­ma­wiać? Zaraz świt. Nie spa­łeś. Męczysz się.

- Ze mną wszystko w porządku, ty chu­jozo.

- Czyli to wciąż jest przy­jaźń.

- Nie, to nie jest przy­jaźń, a ty jesteś skoń­czony.

- Nikt ni­gdy nie jest cał­kiem skoń­czony - powie­dział, choć prze­cież w to nie wie­rzył.

Wypa­lił połowę papie­rosa, drugą pstryk­nął za okno. Wziął wdech. Uczu­cie triumfu prze­sło­niło na kilka sekund wszystko inne.

- Nie przez tele­fon.

- Dobra, gdzie?

- Wiesz gdzie.

- Nie wpusz­czą cię do budynku.

- Prze­stań się mazać.

- Masz prawny zakaz zbli­ża­nia się do mojej pra­cow­nicy.

- To ona o tej porze cią­gle sie­dzi w pracy? Bije­cie rekord w kul­tu­rze zapier­dolu?

Roz­łą­czył się, zanim tam­ten cokol­wiek mu odpo­wie­dział. Ta roz­mowa nie miała dal­szego sensu, Tygo­dnik wie­dział wszystko.

Nadia. Chciał powie­dzieć jej "prze­pra­szam". Czuł, że ma do tego prawo, do tej jed­nej rze­czy, i czuł się skrzyw­dzony, bo mu jej odma­wiano. Prawa do eks­pia­cji. Moż­li­wo­ści pokuty.

Karty leżały na stole, wystar­czyło się z nimi pogo­dzić, obok poło­żyć żetony. Prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i wyru­szył w noc.

Wyszedł all in, nie wie­dząc, co tak naprawdę leży na stole. Reha­bi­li­ta­cja? Przy­wró­ce­nie do spo­łe­czeń­stwa? Pie­nią­dze? Wolne żarty. Beka, powie­działby Ksa­wery. A może już by tak nie powie­dział? Może były w tym pie­nią­dze, ale na pewno zbyt mało, by jak­kol­wiek napra­wić to, co się stało.

Być może jakaś jego część wciąż chciała wal­czyć o ulotne głu­poty typu honor, god­ność, moral­ność, czło­wie­czeń­stwo. Wołał do niego pan­teon gip­so­wych boha­te­rów, czuł od nich mdlący zapach zbu­twia­łej bibuły. Kalka mię­dzy kart­kami w maszy­nie do pisa­nia. Papie­rosy, śmier­dzące i tanie, potem lep­sze. Nie­za­leżne Zrze­sze­nie Stu­den­tów. Bez­war­to­ściowe bank­noty z wie­loma zerami, a potem akcje wrę­czane w oka­zyj­nych pakie­tach. Pro­gres. Postęp. Rewo­lu­cja. Mon­to­wa­nie demo­kra­cji. W jed­nym zga­dzał się z Carem: zamon­to­wano ją wadli­wie. Sil­nik był z tyłu, jak w malu­chu, przy krak­sie prze­la­ty­wał przez kabinę i roz­ry­wał ciała pasa­że­rów na strzępy.

Gdy pra­wie dwie dekady temu Redak­cja weszła na giełdę, żoł­nie­rzom roz­dano akcje. Nie­któ­rzy kupili całe kamie­nice. Repor­ter był młody, za swoje akcje kupił miesz­ka­nie na Moko­to­wie i dom na Mazu­rach. Dużo. Faj­nie. Czuł się usta­wiony. Że nie ma cze­goś takiego jak usta­wiony, przy­po­mniał sobie teraz, sie­dząc w pustce na obrze­żach Ostro­łęki. Nie miał już miesz­ka­nia na Moko­to­wie ani domu na Mazu­rach. Miała je matka Ksa­we­rego. Nie tęsk­nił za tymi nie­ru­cho­mo­ściami, nie tęsk­nił za matką Ksa­we­rego, ale za Ksa­we­rym bar­dzo.

Może o to wła­śnie cho­dzi. Może to jest na stole.

Kim jest w oczach swo­jego syna.

Zadru­ko­wane kartki w kar­to­no­wych sko­ro­szy­tach. Zdję­cia. Kasety z ana­lo­go­wego dyk­ta­fonu. Odpisy aktu uro­dze­nia. Zezna­nia w pro­ku­ra­tu­rze. Adno­ta­cje dłu­go­pi­sem. Pie­czątki. Cyfry. Gdyby miał teraz wypa­dek, gdyby to spło­nęło - cała sprawa wypa­ro­wa­łaby jak eter.

Matka Dziew­czynki potrze­bo­wała całej wiecz­no­ści, żeby się zde­cy­do­wać. Zro­biła to dopiero w ostat­niej chwili.

- Przede wszyst­kim jest pani potwor­nie źle potrak­to­waną kobietą - powie­dział jej.

- I ty to mówisz - odparła.

- Tak, ja to mówię - potwier­dził.

- Spe­cja­li­sta od złego trak­to­wa­nia kobiet.

- To pomó­wie­nia - mruk­nął.

Roz­pę­dził auto. Wcho­dząc w zakręty, jesz­cze przy­spie­szał. Zaczy­nał się budzić, cho­ciaż nie wie­dział do końca, z czego się budzi. Pierw­sze prze­bły­ski świtu kłuły w oczy.

Zadzwo­nił Tele­wi­zor, wkrótce potem Por­tal. Nie sze­fo­wie, tak jak w wypadku Tygo­dnika - zadzwo­nił odpo­wied­nio wice­szef infor­ma­cji i naczelny strony głów­nej. Byli zain­te­re­so­wani. Wszy­scy chcieli tego samego.

Zadał im pyta­nie o ciszę wybor­czą, jed­nemu i dru­giemu. Sta­rał się mówić ostroż­nie, ważyć infor­ma­cje, grać jak gracz. I tak mieli go za szczura, ale te pozory przy­da­wały mu we wła­snym mnie­ma­niu jakichś resz­tek god­no­ści. Wie­dział, że tak naprawdę wszy­scy srają na ciszę wybor­czą.

- Mak­sy­malna kara za zła­ma­nie ciszy to milion zło­tych - powie­dział Tele­wi­zor. - Żadne pie­nią­dze.

Tele­wi­zor mie­rzył war­tość ludzi w zegar­kach, autach i nie­ru­cho­mo­ściach. Były dla niego wyznacz­ni­kiem efek­tyw­no­ści i zdro­wego roz­sądku.

Grał w otwarte karty. Widział wszystko i wszystko wie­dział. Był cyni­kiem, ale nie aż takim, by się na przy­kład roz­pić, prze­pu­ścić wszystko w kasy­nach i bur­de­lach. Wolał jeź­dzić na rowe­rze, fana­tycz­nie, robił po sto kilo­me­trów dzien­nie. Jego szczu­płość, wyspor­to­wa­nie były prze­gięte, fał­szywe, wręcz kome­diowe. Znali się z Redak­cji, z samych począt­ków. Tele­wi­zor też dostał akcje, tro­chę wię­cej niż on, ale nie na tyle wię­cej, by prze­stali być kole­gami.

- Mnie mar­twi co innego. Wiesz, jaka jest nie­pi­sana umowa - zająk­nął się Por­tal.

- Jaka jest nie­pi­sana umowa? - zapy­tał go.

Por­tal był młod­szy, z innego roz­da­nia. Typ kujona: olim­piady, czer­wone paski. Jako jedyna znana Repor­te­rowi osoba w branży rze­czy­wi­ście skoń­czył dzien­ni­kar­stwo, a nawet otwo­rzył prze­wód dok­tor­ski. Prze­chwa­lał się tym prze­wo­dem. Prze­chwa­lał się tym, że dostał się na stu­dia z olim­piady polo­ni­stycz­nej i w prze­ci­wień­stwie do innych nie musiał się upi­jać, aby się prze­chwa­lać. Prze­chwa­lał się tym, że pierw­szy w przed­szkolu umiał płyn­nie czy­tać. Prze­chwa­lał się wszyst­kim. Jed­no­cze­śnie wciąż wie­rzył w Rze­tel­ność, Wia­ry­god­ność, Odpo­wie­dzial­ność. Zasady. Wszy­scy się z niego śmiali, może oprócz grzecz­nej żony i dum­nych rodzi­ców.

Tygo­dnik powie­dział o nim kie­dyś, chyba na uro­dzi­nach Wiel­kiego Jąkały:

- Por­tal myśli, że każde miej­sce, w któ­rym pra­cuje, to Reu­ters. Myśli, że to jest wszystko naprawdę. Ma etos, zbyt wiele czasu spę­dził ze sta­rymi dzia­dami. A może po pro­stu rodzice go bili. Tak czy siak, nie rozu­mie, że nie ma już prawdy, że pra­cuje wyłącz­nie dla kapi­tału, że nawet poli­tycy pra­cują dla kapi­tału, bo wszystko jest obsługą kapi­tału, że działa w sek­to­rze dyma­nia ludzi w głowę, ubi­ja­nia im mózgów na pianę z białka.

Teraz, w samo­cho­dzie, jadąc w stronę świtu, Repor­ter roz­ma­wiał z Por­ta­lem na gło­śno­mó­wią­cym i Por­tal dalej tego nie rozu­miał. Nie­stru­dze­nie wykła­dał wymy­ślony przez sie­bie przed­miot, Teo­rię Zasad i God­no­ści, dla jedy­nego stu­denta, który chciał go słu­chać, czyli sie­bie samego.

- Umowa jest taka, że my, wszy­scy, nie piszemy o spra­wach oby­cza­jo­wych, o zdra­dza­niu żon, o sie­dze­niu w sza­fie. Zawsze tak było. Nie wiem, czemu mie­li­by­śmy to łamać.

Słu­chał go cier­pli­wie, cho­ciaż były to bajki, nie ist­niała nie­pi­sana kon­wen­cja genew­ska, trak­tat ato­mowy rze­komo przy­jęły wszyst­kie redak­cje w Pol­sce. Poli­tycy, posło­wie, mini­stro­wie - każdy z nich ruchał kogoś na boku, to był naj­pow­sze­dniej­szy efekt uboczny wła­dzy. Nie­któ­rzy robili to wsty­dli­wie i w cie­niu kon­fe­sjo­nału, inni dawno zgu­bili wstyd jako coś archa­icz­nego i zbęd­nego, książki tele­fo­niczne albo pagery. Pier­do­lili sekre­tarki, pier­do­lili kole­żanki posłanki, asy­stentki, żony kole­gów, żony obcych ludzi, pier­do­lili się nawza­jem. Posłanki i mini­sterki pier­do­liły młod­szych asy­sten­tów albo kole­gów ze szkol­nej ławki. Jedna posłanka od Faszy­stów, młoda i ładna, pier­do­liła się z księ­dzem. Sły­szał plotki o orgiach na ple­ba­nii i w nie wie­rzył. Napię­cie i wła­dza, nic wię­cej. Nie było sensu o tym pisać. Nikogo to nie obcho­dziło. W USA pre­zy­dent pła­cił za dyma­nie babce, która grała w por­no­sach. A potem pła­cił jej za mil­cze­nie. Powinna się cie­szyć, bo ruski albo chiń­ski władca by ją zabił, a tak przy­naj­mniej sobie zaro­biła.

- To nie jest zwy­kła sprawa oby­cza­jowa. To żadna kochanka w szta­bie czy męska dziwka.

- A to jest w ogóle zwe­ry­fi­ko­wane? - Por­tal pisz­czał, ster­ro­ry­zo­wany jak mały gry­zoń.

- Nie wiem, co ci powie­dzieć, możesz zabrać to do rze­czo­znawcy na eks­per­tyzę, która potrwa mie­siąc. - To była zło­śli­wość, ale Por­tal jej nie zro­zu­miał.

- No tak, to za długo - wes­tchnął.

Współ­czuł mu, tacy ludzie codzien­nie, co chwila walą głową o nie­wi­doczny kant rze­czy­wi­sto­ści. Ich życie to pasmo roz­cza­ro­wań.

Został jesz­cze jeden - Dzien­nik. Ale Dzien­nik mil­czał. Po pół­go­dzi­nie jazdy i kolej­nych pię­ciu papie­ro­sach Repor­ter doszedł do wnio­sku, że god­ność to fik­cja, i zadzwo­nił. Dzien­nik ode­brał po sied­miu sygna­łach. Zro­bił to spe­cjal­nie, jak nic patrzył z kwa­śnym uśmie­chem na numer wyświe­tla­jący się na ekra­nie.

Dzien­nik był potwor­nie pewny sie­bie. Wiele osób było potwor­nie pew­nych sie­bie, ale więk­szość odgry­wała przed­sta­wie­nie, wci­skała kit. Nie on. Dzien­nik zagryzł wszyst­kich w redak­cji. Wszyst­kich oprócz Jąkały, bo pomnika nie da się ugryźć, nawet zmur­sza­łego. Przed Jąkałą świet­nie odgry­wał zatro­ska­nego o idee pół­przy­tom­nego pyszałka, takiego jak reszta "Kra­jo­wej". Gdy Jąkała miał przyjść na kole­gium, Dzien­nik spe­cjal­nie się nie golił i wkła­dał wczo­raj­szą koszulę, bo Jąkale higiena oso­bi­sta koja­rzyła się z bez­i­de­owo­ścią, kor­po­ra­cyj­nym sata­ni­zmem.

A teraz Dzien­nik był wice, a for­mal­nie naczel­nym "Kra­jo­wej", bo Jąkała stał się obsra­nym przez gołę­bie pomni­kiem.

- Jesteś tam? - zapy­tał Dzien­nik.

- Jestem, jestem - powie­dział i nazwał go po imie­niu.

Wiele żyć temu uwa­żał Dzien­nika za swo­jego przy­ja­ciela. Przy­ja­ciółmi Dzien­nika mogli być jedy­nie ludzie bar­dzo zdolni i naiwni, któ­rzy lubili pra­co­wać całą dobę, nie lubili snu, któ­rzy wie­rzyli w idee takie jak dobro i zło i któ­rych można było potem użyć, zgnieść i wyrzu­cić do kosza. Tak jak Gło­wacką od Klubu Puchatka. Podobno Dzien­nik miał z nią romans, a potem zabrał jej autor­stwo naj­lep­szego mate­riału. A gdy opo­wie­działa mu o jakiejś potwor­nej zbrodni, któ­rej doszu­kała się na zadu­piu, wysłał ją do psy­chia­tryka, zga­sił jak nie­do­pa­łek. Teraz podobno osza­lała do reszty, wege­to­wała w odzie­dzi­czo­nym po babci miesz­ka­niu, zja­da­jąc tafelkę xanaxu dzien­nie, i raz w tygo­dniu wycho­dziła na uczel­nię dać jakiś mętny wykład o warsz­ta­cie dzien­ni­ka­rza dla wie­czo­ro­wych stu­den­tów dzien­ni­kar­stwa.

Dzien­nik był S-klasą wśród gnid. Nie can­ce­luje się takich jak on, pomy­ślał, są zbyt sprytni na likwi­da­cję. Can­ce­luje się takich jak ja, pomy­ślał, neu­ro­tyczne, pogu­bione safan­duły, które tak bar­dzo zacho­ro­wały od samot­no­ści, że despe­ra­cja wypa­liła w nich wszyst­kie bez­piecz­niki - orien­ta­cję w emo­cjo­nal­nym tere­nie, dobre maniery, umie­jęt­ność uda­wa­nia god­no­ści.

- Prze­stań się nad sobą uża­lać - przy­po­mniał mu łysy facet w stroju Deca­th­lonu.

- Słu­chaj, ja nie mam czasu, jeśli nie powiesz cze­goś w ciągu pię­ciu sekund, to się roz­łą­czam. - Dzien­nik brzmiał, jakby nie wie­dział, czego doty­czy roz­mowa.

- Wiesz, co mam.

- Wiem, co masz. I wiem, że jedziesz do tłu­ścio­cha.

- Czy posia­da­nie jakiejś wie­dzy nie jest, jak to mówią mło­dzi... over­ra­ted?

- Nie jedziesz do tłu­ścio­cha. Przy­jeż­dżasz tutaj.

- Mów dalej.

- Gazu.

- Jadę sto sie­dem­dzie­siąt, kra­jówką, pięt­na­sto­let­nim autem.

- Jeśli jedzie sto sie­dem­dzie­siąt, to poje­dzie sto osiem­dzie­siąt.

- I co z tego będę miał?

- Ty myślisz, że pro­wa­dzisz licy­ta­cję? Bo moim zda­niem to się topisz.

- Cie­kawe. Jakoś jesz­cze się nie uto­pi­łem.

- Nie? Słu­chaj, ty nie będziesz nic z tego miał. Ty zosta­łeś wyłą­czony z sys­temu spo­łecz­nego, ty nie możesz niczego posia­dać. Możesz iść na wydawkę dla bez­dom­nych, dadzą ci tam stare buty, kilo cukru i power­banka. I to możesz mieć do momentu, aż zaje­bie ci to inny bez­domny.

Rok temu Dzien­nik wrę­czył mu zwol­nie­nie dys­cy­pli­narne. Zro­bił to publicz­nie, wzru­sza­jąc przy tym ramio­nami i wypo­wia­da­jąc trzy tru­pio zimne słowa: "wymóg opi­nii publicz­nej".

Pamię­tał, jak raz przy­je­chał po Ksa­we­rego do przed­szkola. Dzieci same wypro­siły go z sali. Nikt nie chciał się z nim bawić. Ksa­wery nie rozu­miał dla­czego. Dzieci mówiły, że Ksa­wery śmier­dzi, a Ksa­wery nie śmier­dział. Pod­niósł go wtedy i pową­chał, a Ksa­wery popła­kał się jesz­cze bar­dziej.

- Nie wie­rzysz mi - chli­pał. - To, że mi nie wie­rzysz, jest jesz­cze gor­sze niż to, że mnie wygo­nili.

Powtó­rzył to zda­nie, odbie­ra­jąc wypo­wie­dze­nie.

Tydzień póź­niej Dzien­nik znie­nacka przy­je­chał do niego do domu. Zapu­kał, otwo­rzył drzwi, rzu­cił mu pod nogi papie­rową torbę.

- Odprawa - powie­dział.

W odpra­wie było pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów w gotówce.

- Wie­rzę ci - dodał, wycho­dząc z miesz­ka­nia. Dopiero wtedy.

- Teraz to spier­da­laj - odpo­wie­dział mu.

Część bank­no­tów była sple­śniała. Musiał je wymie­nić w Ukra­inie, bo pol­skie banki nie wymie­niały znisz­czo­nej waluty.

Ale teraz było teraz.

- Jesteś tam? - zapy­tał Dzien­nik.

- Nie wiem, zoba­czymy.

- Co zoba­czymy?

- Nie wiem, do kogo osta­tecz­nie pojadę.

Roz­łą­czył się, zanim Dzien­nik zdą­żył go zblu­zgać.

Mógł­bym napi­sać o nich książkę, pomy­ślał, Znie­wo­lony umysł 2. Z jego zde­ze­lo­wa­nego hyun­daia z pęk­nię­tym zde­rza­kiem widać wszystko, przez obsrane szyby widać tę bez­względną prawdę na ich temat, leżą przed nim pootwie­rani jak żaby w pra­cowni bio­lo­gicz­nej.

Tylko że ta prawda nikogo nie inte­re­suje.

Nikt by tej książki nie czy­tał.

Oni wszy­scy, inte­li­genc­kie dziady i ich wycho­wan­ko­wie grzeczni jak psy, narze­kają, że Polacy nie czy­tają ksią­żek. Nie, Polacy czy­tają książki. W pie­przo­nym metrze każdy ma książkę w ręku. Po pro­stu nie czy­tają ksią­żek o was, pomy­ślał.

Pod­czas tam­tego pierw­szego spo­tka­nia na Żoli­bo­rzu Car wziął jabłko z leżą­cej na stole patery i zaczął jeść, brzydko i łap­czy­wie. To było dziwne i Repor­ter nagle zro­zu­miał, że media ni­gdy nie poka­zały Cara, gdy ten cokol­wiek je lub pije. Ktoś to wymy­ślił, na przy­kład jedna z obsłu­gu­ją­cych ich bry­tyj­skich agen­cji - jeśli nie poka­zu­jesz kogoś, jak ten je, pije, ziewa, przy­da­jesz mu nie­ludz­kich atry­bu­tów, kodu­jesz spo­łe­czeń­stwu prze­kaz, że ten czło­wiek jest z innego porządku, jego kró­le­stwo jest nie z tego świata.

- Oprócz dege­ne­ra­cji moral­nej - mówił Car z gębą pełną jabłka - twoim wiel­kim pro­ble­mem jest to, że masz się za naj­mą­drzej­szego. Pew­nie tak cię wycho­wano, pew­nie w pod­sta­wówce byłeś naj­zdol­niej­szym uczniem. I to jest sedno pro­blemu, bo dege­ne­ra­cja zaczyna się od braku pokory. Żaden z was nie ma cie­nia pokory. Nie czu­je­cie jej nawet przed śmier­cią.

Nie dys­ku­to­wał z nim, bo pew­nie tak było.

- Ale ta pokora przyj­dzie, może­cie być pewni - cią­gnął Car. - Myśli­cie, że codzien­nie popeł­nia­cie zbrod­nie dosko­nałe. Ale zbrod­nie są dosko­nałe tylko wtedy, gdy pań­stwo z jakie­goś powodu rezy­gnuje z kara­nia zbrod­nia­rzy. No cóż, was już pań­stwo nie chroni.

W sumie nie pamię­tał, na któ­rym spo­tka­niu Car powie­dział aku­rat te słowa. Na pierw­szym czy na ostat­nim. Gdy go zatrud­niał czy gdy go zwal­niał. Te spo­tka­nia nie były jakoś mocno odda­lone od sie­bie w cza­sie.

Pamię­tał tylko, że Car mla­skał, że jabłko wyraź­nie mu sma­ko­wało. Nie widział zbyt dobrze jego twa­rzy, w pokoju pano­wał pół­mrok, jedy­nym źró­dłem świa­tła była sto­jąca w kącie poje­dyn­cza lampa. Czuł jed­nak, że to jest inna twarz, taka, któ­rej nie widać na ekra­nach. Twarz o innej mimice, innym spoj­rze­niu. Oni wszy­scy byli dużo lepiej przy­go­to­wani, wyre­ży­se­ro­wani, usta­wieni, dużo bar­dziej pro­fe­sjo­nalni, niż się komu­kol­wiek wydaje.

Naj­pierw ude­rzył nogą w hamu­lec, a dopiero potem zro­zu­miał, co wła­ści­wie go zatrzy­mało. Ciało pole­ciało do przodu, w ostat­niej chwili zła­pał je pas, głowa zatrzy­mała się parę cen­ty­me­trów od kie­row­nicy.

- Kurwa mać - powie­dział gło­śno.

Kciuk poli­cjanta stu­ka­jący w szybę.

Odkrę­cił okno.

- Prawo jazdy i dowód oso­bi­sty.

- Kurwa mać - powtó­rzył.

- Dmu­chamy.

- Tak, jasne. Kurwa mać.

- Pro­szę nie prze­kli­nać.

Było ich dwóch. Cze­kali na wjeź­dzie w leśną drogę.

Kolejny tele­fon. Por­tal, jesz­cze raz.

- Potem pan odbie­rze.

- Tak, jasne.

Czubki drzew dookoła tonęły w różo­wa­wej sza­ro­ści, las zda­wał się cią­gnąć bez końca do góry.

Podał mu dowód oso­bi­sty.

- Nie mam upraw­nień.

Wysiadł z auta. Dmuch­nął. Zero pro­mili. Wyjął ręce z kie­szeni. Myślał, że drżą, ale nie drżały.

- Tu jest sie­dem­dzie­siąt. Pan jechał sto czter­dzie­ści. Dwu­krotne prze­kro­cze­nie. A teraz brak upraw­nień.

Znowu ktoś dzwo­nił. Tym razem numer, któ­rego nie znał.

- Dużo do pana dzwo­nią o tej porze.

- Mają powody. Ja też mam powód, by tak jechać.

- Będzie man­dat i sprawa w sądzie grodz­kim, i zakaz pro­wa­dze­nia pojaz­dów - poin­for­mo­wał pierw­szy poli­cjant.

Drugi zaczął go spraw­dzać przez radio. Wyroki na razie miał tylko w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Pró­bo­wał na chwilę wyłą­czyć głowę. Wcią­gnął głę­boko powie­trze, świeże i cierp­kie. Kwa­dra­towy oddech. Nie szło mu w ogóle, war­czał sam na sie­bie. Tętno wario­wało.

- Wszystko przyj­muję, ale muszę jechać dalej - powie­dział po chwili.

- Do War­szawy?

- Jakie to ma zna­cze­nie?

Wdech. Długi. Cztery sekundy prze­rwy.

- Pod­daj się wobec tego, na co nie masz wpływu - mówił łysy facet w ciu­chach z Deca­th­lonu.

- Zawie­ziemy pana na auto­bus do Ostro­łęki. O siód­mej rano jest chyba pierw­szy.

- Ja muszę jechać dalej - powtó­rzył.

- Poje­dzie pan, spo­koj­nie. Pocią­giem albo auto­bu­sem. Albo z nami na poste­ru­nek.

Gdy wymie­nił te dolary w Ukra­inie, wyna­jął kawa­lerkę w wiel­kiej pły­cie. Nie stać go było na poprzed­nie miesz­ka­nie. Nata­sza pozwo­liła mu zosta­wić w domu na Mazu­rach więk­szość rze­czy. Dzie­sięć lat temu wszystko jej oddał, a teraz wie­dział, że to był idio­tyzm, durne cier­pięt­nic­two, kolejna próba zabawy w jakąś fał­szywą god­ność. Ktoś mu kie­dyś powie­dział: męż­czy­zna przy roz­sta­niu powi­nien wziąć ze sobą skar­petki na zmianę i szczo­teczkę do zębów. Tak wła­śnie zro­bił, potulny idiota. Nata­sza miesz­kała na wsi, Ksa­wery w miesz­ka­niu Nata­szy w War­sza­wie, Ksa­wery był już męż­czy­zną, Ksa­wery stu­dio­wał, Ksa­wery powie­dział, że ni­gdy nie chce jak ojciec, nawet w jed­nym pro­cen­cie, że na szczę­ście nie jest do niego podobny.

Muszę poroz­ma­wiać z Nadią.

Nadia, Nata­sza, w tych imio­nach jest pewien klucz - śmiał się jeden z jego byłych kole­gów. Wszy­scy jego kole­dzy byli byłymi kole­gami.

- Masz zakaz zbli­ża­nia się - powie­dział Tygo­dnik.

- Ma pan wybór - powie­dział poli­cjant.

Kwa­dra­towy oddech.

Gdy wymie­nił te dolary w Ukra­inie, wyna­jął kawa­lerkę, kupił tego hyun­daia za dzie­sięć tysięcy, a resztę miał w gotówce, zawsze przy sobie, i teraz był sobie za to bar­dzo wdzięczny, za ten jedyny prze­jaw zdro­wego roz­sądku.

Potem zaro­bił dużo pie­nię­dzy u Cara. Wydał je od razu. Kupił jesz­cze jedną kawa­lerkę, w dewe­lo­per­skim bloku na Pra­dze. Była dla Ksa­we­rego. Ksa­wery jej nie chciał, więc klu­cze dał Nata­szy. Teraz Nata­sza miała od niego dwa miesz­ka­nia i dom.

Zosta­wił sobie tylko te dolary. Wymie­nił bank­noty na dobre, ale te dobre wciąż śmier­działy ple­śnią. Może zapach wżarł mu się w palce.

Tylko na tyle zasłu­gi­wał.

Znowu tele­fon.

- Tak, mam wybór - powie­dział.

Drugi poli­cjant oddał pierw­szemu dowód oso­bi­sty.

- Mogę coś wziąć z samo­chodu? - zapy­tał Repor­ter, a poli­cjant kiw­nął głową.

Otwo­rzył drzwi, otwo­rzył skrytkę, wyjął z niej kom­pakt Rol­ling Sto­nes, Exile on Main Street. Jego ulu­biona płyta, brudna, ale i pełna nadziei, muzyka uśmiech­nię­tych żebra­ków nagrana przez zde­ge­ne­ro­wa­nych milio­ne­rów. Ostatni utwór nazy­wał się Shine a Light, "zaświeć świa­tło", i gdy go słu­chał w pędzą­cym samo­cho­dzie, to przez chwilę sam miał wra­że­nie, że świa­tło jed­nak ist­nieje. W ksią­żeczkę wci­śnięta była część pie­nię­dzy. Około dwóch tysięcy zło­tych.

Nie bawił się w żadne deco­rum, prze­cież byli w Pol­sce, na gra­nicy zapo­mnia­nych gmin, w środku lasu, ota­czały ich dźwięki pta­ków, byli męż­czy­znami i Pola­kami, wszy­scy rozu­mieli wszystko. Przy­naj­mniej miał taką nadzieję.

- Pan się wygłu­pia - powie­dział poli­cjant.

- Mój syn jest bar­dzo ciężko chory. Pró­bo­wał popeł­nić samo­bój­stwo. Jest w szpi­talu na Sobie­skiego. Nie mogę jechać do War­szawy jeba­nym auto­bu­sem z Ostro­łęki o siód­mej czy tam ósmej rano.

Powie­dział to i od razu zro­biło mu się potwor­nie wstyd.

Ale musiał jechać dalej.

Musiał jechać teraz.

Poli­cjant popa­trzył na jego wycią­gniętą dłoń, potem popa­trzył mu w oczy. Był bar­dzo zmę­czony.

- Kogo pan ze mnie robi? - zapy­tał.

- Czło­wieka. Jeste­śmy ludźmi.

- Nie, robi pan ze mnie kogoś, kto weź­mie łapówkę od faceta, któ­rego syn pró­bo­wał się zabić. - Jesz­cze raz popa­trzył na jego dłoń, na trzy­mane w niej pie­nią­dze. Następ­nie znów prze­niósł wzrok na jego twarz. W oczach miał pogardę.

Car zjadł jabłko razem z ogryz­kiem. Pozo­sta­łych ludzi, któ­rzy byli wtedy w tym ciem­nym, zatę­chłym pokoju, Repor­ter widział po raz pierw­szy. Nie był zdzi­wiony. Zda­wał sobie sprawę, że Pre­zy­dent, Pro­ku­ra­tor, Dłu­go­nosy, czyli Pre­mier, są parę stopni niżej w hie­rar­chii. To praw­dziwy deep state, nikt nie wszedł tak głę­boko jak ja - myślał wtedy przez chwilę, zaja­rany jak dzie­ciak.

Ale potem znów zro­zu­miał, że ludzi to nie obcho­dzi.

- Luk­sem­bur­gi­za­cja - powie­dział Car. - Tak można nazwać jed­nym sło­wem to, co was zepsuło.

- Teraz cytuje pan swoją wła­sną książkę.

Roz­po­znał te słowa, bo przed spo­tka­niem czy­tał wszyst­kie książki Cara, nawet jego pracę dok­tor­ską, nudną jak licze­nie pcheł na psie. Sam nabrał ochoty na jabłko. Leżały na stole w szkla­nym pół­mi­sku, dobry kilo­gram.

- Niech pan się zde­cy­duje, co jest prawdą. To, co ma pan w ręku, czy to, co ma pan w oczach - powie­dział teraz poli­cjant.

- Wy nie umie­cie się nawet zde­cy­do­wać, co jest dla was prawdą - powie­dział wtedy Car.

- Wy też cią­gle zmie­nia­cie swoje prawdy.

- My decy­du­jemy, co jest prawdą. Dosto­so­wu­jemy to do oko­licz­no­ści. Wy posta­wieni przed taką odpo­wie­dzial­no­ścią bara­nie­je­cie. Ci, któ­rzy chcą utrzy­mać wła­dzę, muszą być ela­styczni. Muszą wciąż się zmie­niać. Ci, któ­rzy idą za nimi, muszą ufać, że tamci wie­dzą, co robią. - Car mówił pod­nio­śle, ale spo­koj­nie. Nikogo nie odgry­wał. To był jego natu­ralny język, mówił nim i myślał. W tym sen­sie zawsze był spójny, ni­gdy nie kła­mał.

- Mówisz, że etos para­li­żuje, zatrzy­muje w miej­scu - zwra­cał się do Cara bez­ce­re­mo­nial­nie na ty, a on ni­gdy nie zwró­cił mu uwagi. Zresztą Car od początku zwra­cał się do niego na ty, a Repor­ter wie­dział, że to ni­gdy nie jest jed­no­stronne.

- Mówię, że wiara w to, że coś, co było prawdą wczo­raj, jest prawdą dzi­siaj, świad­czy o naiw­no­ści.

Patrząc na poli­cjanta, scho­wał pie­nią­dze do kie­szeni. To nie był wybór tej praw­dziw­szej prawdy. Po pro­stu mogły mu się jesz­cze przy­dać.

- Dla­czego nie myśli­cie, że jed­nak mogę być wtyką? - zapy­tał wtedy Cara.

- Dla­czego męż­czy­zna jak ty, wciąż młody, męż­czy­zna z pozy­cją, męż­czy­zna, któ­rego nauczono prze­cież ina­czej, musi brać kobiety siłą? - odpo­wie­dział pyta­niem Car i się­gnął po kolejne jabłko. Pod­rzu­cił je jak piłkę teni­sową. To było rok temu, a on pamię­tał wszystko, każdą sekundę, klatka po klatce.

W kie­szeni oprócz gotówki miał też paczkę papie­ro­sów. Wycią­gnął w stronę poli­cjanta - zako­do­wany odruch sta­rego dzien­ni­ka­rza, papie­rosy jako waluta, jako fajka pokoju.

- Spier­da­laj pan już, naprawdę - powie­dział poli­cjant. - Kto­kol­wiek tam panu umiera.

- Pamię­tam dwa tysiące szó­sty rok, pamię­tam naszych koali­cjan­tów - wspo­mi­nał dalej Car - tego obrzy­dliwca z Oporu Rol­ni­czego, co to był za czło­wiek. Zęby, ten czło­wiek w życiu u den­ty­sty nie był. Znał tysiąc słów, z czego połowa to było spe­cja­li­styczne słow­nic­two rol­ni­cze, pro­szę pana. I taki czło­wiek pod­świa­do­mie wie­dział, że siła to jedyne wyj­ście, że on nie zdoła wejść w jaką­kol­wiek sub­li­ma­cję rela­cji ani sek­su­al­nej, ani przy­ja­ciel­skiej, ani poli­tycz­nej.

Wresz­cie się­gnął po jabłko. Car patrzył na niego uważ­nie, a on obra­cał je w pal­cach, nawo­sko­wana skórka lekko lepiła się do dłoni.

- Z tego, co wiem, nie ma pan jakichś boga­tych doświad­czeń z kobie­tami - powie­dział i ugryzł. Jabłko oka­zało się słod­kie i twarde. Bar­dzo smaczne.

- Na pewno nie mam doświad­czeń jako gwał­ci­ciel - odpo­wie­dział Car, zupeł­nie bez gniewu.

- Nie jestem gwał­ci­cie­lem.

- Tylko winni bawią się defi­ni­cjami - odparł Car.

Wsiadł do samo­chodu. Ruszył, spo­koj­nie. Dopiero teraz poczuł, jak szyb­kie ma tętno, jak sza­leje mu puls. Przy­śpie­szył od razu za zakrę­tem. W gło­wie mu dud­niło, jakby przez ostat­nie kil­ka­na­ście minut obi­jano ją kijami.

Zadzwo­nił znów ten sam numer. Ode­brał.

- Dzie, dzie, dzień do-do-dobry - usły­szał i poczuł, jak serce rośnie mu do roz­mia­rów cie­płej piłki lekar­skiej.

- Co pan sądzi o łama­niu ciszy wybor­czej, panie redak­to­rze?

- Pa-pan wie, wie wszy-wszystko, co ja ja są-sądzę. Pa-pan jest in-inte inteli-gentny. Po po co te te te gie-gierki? - dobie­gło z dru­giej strony słu­chawki.

- Masz jechać, ile to fizycz­nie moż­liwe. Zapłacę wszyst­kie man­daty. Ty biedna kurwo - powie­dział Dzien­nik.

Uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy.

Zwol­nił. Jesz­cze zapa­lił.

Odkrę­cił szybę.

Może to wszystko, co stało się do tej pory, było jed­nak coś warte, pomy­ślał.

O tym dniu pomy­śli podob­nie za jakiś czas, za kilka mie­sięcy. Ale w zupeł­nie inny spo­sób.

Tym­cza­sem była teraź­niej­szość i sie­dząc w swoim umie­ra­ją­cym samo­cho­dzie, Repor­ter był pewien, że jedyne, na co można liczyć w życiu, to bar­dzo krót­kie wyrzuty satys­fak­cji.

5.10. Prezydent

Całe swoje życie robił wszystko, by trak­to­wano go poważ­nie. W końcu został Pre­zy­den­tem. Ale nawet bycie Pre­zy­den­tem nic nie zmie­niało - wciąż miał to okropne podej­rze­nie, że wszy­scy się z niego śmieją, gdy tylko odwraca głowę. Że zawsze ma mokry tyłek, plamę na spodniach. Ni­gdy nie trak­to­wał sie­bie poważ­nie. Ni­gdy sie­bie nie sza­no­wał. Popra­wiał dostar­czane mu prze­mó­wie­nia tylko po to, aby nie wyjść na Dyzmę. Jego pierw­szym impul­sem w każ­dej sytu­acji, przy każ­dej oso­bie, było zaufać jak dziecko. Wal­czył z tym, mniej lub bar­dziej sku­tecz­nie.

Czę­sto nie­ocze­ki­wa­nie robił głu­pie miny, komicz­nie pod­no­sił głos. Robił to, bo cza­sami docho­dził do wnio­sku, że skoro już mają się z niego śmiać, to niech przy­naj­mniej ma jakąś kon­trolę nad tym, kiedy się z niego śmieją.

Miał zresztą nad sobą dużo lep­szą kon­trolę, niż wszy­scy myśleli.

Stra­cił ją tylko raz, w potwor­nym ataku histe­rii. Czuł się wtedy jak porwany do góry przez komik­so­wego potwora; potwór potrzą­sał nim tak mocno, że narządy wewnętrzne zda­wały odry­wać się od powięzi.

Ale wtedy nie był jesz­cze pre­zy­den­tem.

Nawet sobie tego nie wyobra­żał.

Heli­kop­ter lądo­wał przy Pałacu Pre­zy­denc­kim. Ktoś powie­dział: "panie pre­zy­den­cie", jakby chciał go obu­dzić, a on prze­cież nie spał.

Odpiął pasy, ochro­nia­rze pomo­gli mu wyjść i prze­pro­wa­dzili go szyb­kim kro­kiem przez lądo­wi­sko. Robert cze­kał przy drzwiach. Miał koszulę roz­piętą pod szyją, zaka­sane rękawy, bar­dzo chciał spra­wiać wra­że­nie zapra­co­wa­nego. Pre­zy­dent znał te triki. Był na tych samych szko­le­niach.

Wszedł do środka i powie­dział nagle, na głos, dzi­wiąc tym samego sie­bie:

- Muszę poroz­ma­wiać z żoną.

- To chyba nie jest dobry pomysł, panie pre­zy­den­cie - odparł Robert.

Chciał powie­dzieć, że to pole­ce­nie, ale zre­zy­gno­wał. Może Robert miał rację. Robert miał czę­sto rację, mimo że potwor­nie dzia­łał mu na nerwy.

Bar­tek i dwóch jego ludzi - to zna­czy ludzi z Kan­ce­la­rii Pre­zy­denta - cze­kali w pokoju. Bar­tek dostał wolną rękę w dobo­rze ekipy, i czę­sto dobie­rał sobie do pracy wła­śnie pra­cow­ni­ków Kan­ce­la­rii. Był to dziwny wybór, ale może kole­dzy, któ­rzy pra­co­wali z nim w rekla­mie, się go wsty­dzili. Może nawet ukry­wał w swoim śro­do­wi­sku, gdzie pra­cuje.

Pokój nazy­wany Kwa­terą niczym się nie wyróż­niał - bez­barwna kor­po­ra­cyjna sala z dłu­gim drew­nia­nym sto­łem przy­po­mi­na­ją­cym wykrzyk­nik, któ­rego kropką był zawie­szony na ścia­nie sześć­dzie­się­cio­ca­lowy tele­wi­zor. Jedyne, co odróż­niało ją od iden­tycz­nych pomiesz­czeń w szkla­nych biu­row­cach na całym świe­cie, było godło Pol­ski nad drzwiami oraz krzyż.

Pre­zy­dent usiadł na szczy­cie stołu. W momen­cie, gdy to zro­bił, do pokoju weszła dziew­czyna, któ­rej imie­nia zapo­mniał - niska, zaokrą­glona blon­dynka w krót­kim sza­rym żakie­cie. Sztyw­nym gestem poło­żyła na stole kopertę. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Wszy­scy byli bar­dzo zde­ner­wo­wani, ale ona naj­bar­dziej. Drżały jej ręce. Wspólny stres wisiał w powie­trzu, ciężki i tru­jący niczym tle­nek węgla.

- Panie pre­zy­den­cie, przy­go­to­wa­li­śmy jed­nak też wer­sję prze­mó­wie­nia na wypa­dek gdy...

- Spier­da­laj - prze­rwał jej Bar­tek.

Dopiero teraz, w zim­nym świe­tle pomiesz­cze­nia, Pre­zy­dent zauwa­żył, że Bar­tek jest spo­cony i blady, jakby wła­śnie wyszedł z wie­lo­go­dzin­nej imprezy techno.

Dziew­czyna popa­trzyła na niego zdzi­wiona i prze­stra­szona.

- Nie życzę sobie takiego słow­nic­twa, zwłasz­cza w sto­sunku do kobiet - powie­dział, popa­trzył na dziew­czynę prze­pra­sza­jąco i wziął od niej kopertę.

Wyjął kartkę i zaczął czy­tać. Słowa ukła­dały się w odda­nie wła­dzy, przy­zna­nie się do prze­gra­nej i podzię­ko­wa­nia dla wybor­ców. To była for­mal­ność, ale musieli przy­go­to­wać rów­nież ten doku­ment, krótką i zwię­złą abdy­ka­cję.

Bar­tek miał tak zaci­śniętą szczękę, że zaraz mogły popę­kać mu zęby.

- To chyba nie jest moment... - zaczął, ale Pre­zy­dent mu prze­rwał, ude­rza­jąc dło­nią w stół. Dziew­czyna pod­sko­czyła. Bar­tek jesz­cze bar­dziej się skur­czył.

- Prze­proś ją! - roz­ka­zał.

- Prze­pra­szam, Syl­wia - powie­dział Bar­tek.

- Ja też panią prze­pra­szam - dodał Pre­zy­dent, patrząc dziew­czy­nie w oczy.

Krótka i nie­mą­dra myśl, spię­cie elek­tryczne prze­ste­ro­wa­nego mózgu - mógłby wziąć tę dziew­czynę za rękę i zna­leźć się z nią z powro­tem na tej samej plaży, na któ­rej jesz­cze dwie godziny temu wpa­try­wał się w świt, mocząc sobie tyłek.

Myśli są tylko myślami, powie­działa mu kie­dyś psy­cho­lożka, z którą widział się parę razy. Nie uwie­rzył jej. Gdy był mały, Matka powie­działa mu, że wszyst­kie jego myśli obser­wuje Bóg.

- Nic się nie stało - ode­zwała się dziew­czyna i wybie­gła na zewnątrz.

- Mamy prze­je­bane - stwier­dził Bar­tek, wstał z krze­sła i zaczął cho­dzić dookoła pokoju.

- Pro­po­nuję, aby­śmy odpu­ścili sobie... - roz­po­czął swoim cichym gło­sem Robert, ale Bar­tek znowu mu prze­rwał, oparł się o stół, lekko opę­ta­nym wzro­kiem powiódł po wszyst­kich i powtó­rzył:

- Mamy. Prze­je­bane.

Bar­tek naj­wi­docz­niej odtwa­rzał scenę z któ­re­goś z seriali, które nało­gowo oglą­dał, zamiast iść spać.

Pre­zy­dent wziął kartkę, którą podała mu Syl­wia, podarł na kawałki i roz­sy­pał po stole, po czym obma­cał kie­sze­nie mary­narki. To było tro­chę teatralne, ale potrzebne. Podar­cie kartki zatrzy­mało ich w zdzi­wie­niu; zro­zu­mieli ten gest. Poka­zał im, że jest jesz­cze bar­dziej pewny wygra­nej niż oni. Podarł ich wąt­pli­wo­ści, ich stres, ich zmę­cze­nie.

- Przy­nieś mi oku­lary - zwró­cił się do Roberta.

Robert nie wstał, tylko do kogoś zadzwo­nił.

- Co możemy zro­bić? - zapy­tał Bar­tek. Miał twarz dziecka, które zbiło słój z cukier­kami.

Asy­stenci Bartka nie byli tak prze­ra­żeni jak on. Wie­dzieli, że jego przed­sta­wie­nia to mono­dramy, że w tym teatrze można być tylko pra­cow­ni­kiem tech­nicz­nym.

Pre­zy­dent nie zno­sił wyglądu Bartka - krót­kich, pofar­bo­wa­nych na pla­ty­nowo wło­sów, wzo­rzy­stych koszul wło­skich firm, maro­kań­skich pan­to­fli. Jakby Bar­tek pró­bo­wał siłą wło­żyć do ust ludziom to, kim naprawdę jest. Choć był gejem, co mani­fe­sto­wał każ­dym swoim ruchem, sło­wem i ele­men­tem stroju, wymy­ślił to zda­nie z wiecu wybor­czego: "LGBT to nie ludzie, to pro­pa­ganda". Instru­ował wtedy Pre­zy­denta, żeby zro­bił dłuż­szą pauzę po "ludzie", tak aby media nie miały pro­blemu z wyci­na­niem pierw­szego zda­nia wypo­wie­dzi.

- Możemy ich tro­chę prze­stra­szyć - dopiero po chwili zro­zu­miał, że Bar­tek odpo­wiada sam sobie na zadane przed chwilą pyta­nie.

Do pokoju weszła inna dziew­czyna, podob­nie ubrana do poprzed­niej, i przy­nio­sła mu fute­rał z oku­la­rami. Na czar­nym zamszu wid­niało wytło­czone złote godło Pol­ski. Z tą dziew­czyną też mógłby uciec. Świat był pełen dróg ucieczki, ale Pre­zy­dent nie mógł sko­rzy­stać z żad­nej.

- Pyta­nie tylko jak - cią­gnął Bar­tek - jak szybko pre­zy­dent może wymy­ślić jakąś kom­plet­nie poje­baną, gigan­tyczną ustawę, wielką jak Godzilla, która zde­le­ga­li­zuje w jeden dzień "Kra­jową", NTV, Cyfrową Pol­skę i cały ten baj­zel i przy­mu­sowo sprzeda to Węgrom albo Tur­kom. Nawet nie ustawę, pro­po­zy­cję ustawy, ideę ustawy...

Zało­żył oku­lary i zro­zu­miał, że nie chce widzieć Bartka ani jego ludzi, ani tego pomiesz­cze­nia, jesz­cze wyraź­niej.

- Myślisz bar­dzo szybko, Bar­tek. Ale musisz tro­chę zwal­niać, gdy zaczy­nasz mówić - powie­dział po chwili Robert. Gło­śniej niż do tej pory. Pra­wie ni­gdy nie kry­ty­ko­wał Bartka, musiał być wypro­wa­dzony z rów­no­wagi.

Ale Bar­tek był wypro­wa­dzony z rów­no­wagi jesz­cze bar­dziej.

- A co innego można zro­bić w tej sytu­acji? Można ich tylko prze­ra­zić. Oni niczego od was nie chcą. To nie jest pro­po­zy­cja han­dlowa. Oni umie­rają, koń­czą się, są zde­spe­ro­wani. Chcą jesz­cze cokol­wiek zna­czyć. Chcą na cokol­wiek wpły­wać. Nie widzi­cie tego? Opu­bli­kują ten arty­kuł, nawet jeśli mają jutro prze­stać ist­nieć.

- Więc po co ich stra­szyć, Bar­tek? - zapy­tał Robert.

- To nie ich masz stra­szyć, tylko akcjo­na­riu­szy, Robert, czy ja ci muszę tłu­ma­czyć, gdzie jest jebane słonko, kiedy śpi?! - wrza­snął Bar­tek.

Pre­zy­dent znowu ude­rzył dło­nią w stół, tym razem lżej, sym­bo­licz­nie. Wstał, odwró­cił się do nich tyłem. Odwra­ca­nie się tyłem zawsze dzia­łało. Pod­pa­trzył to u Mistrza i Cara.

- Myślę, że nic nie możemy zro­bić. Myślę, że nic nie musimy - dodał.

Dwa­na­ście lat temu dowie­dział się jako jeden z pierw­szych - w końcu był sekre­ta­rzem stanu. Miał tam być. Miał lecieć tym samo­lo­tem. Osta­tecz­nie został, aby koor­dy­no­wać na miej­scu tę wizytę.

Wystar­czyło, aby jego myśli powę­dro­wały w stronę tam­tych wyda­rzeń, i jego ciało od razu prze­ży­wało je na nowo. Jakby tuż przed oczyma wybu­chła mu gwiazda, wypa­la­jąc oczy, mózg, cały układ ner­wowy.

Miał wolne. Sie­dział nago na łóżku w swoim kra­kow­skim miesz­ka­niu. Była ósma rano. Miał kaca, poprzed­niego dnia był na chwilę na weselu kolegi żony. Bawił się źle, więc wypił za dużo.

Nie obu­dził go tele­fon, obu­dziły go pra­gnie­nie i pełny pęcherz. Tele­fon zadzwo­nił chwilę póź­niej - to był szef Kan­ce­la­rii, głupi facet o pseu­do­ni­mie Śluz. Mistrz i Car obda­rzali takich ludzi naj­więk­szym zaufa­niem. Kom­pe­ten­cje nie miały zna­cze­nia, każdy miał jakieś kom­pe­ten­cje, w końcu nawet brak kom­pe­ten­cji był pewną kom­pe­ten­cją - nato­miast mało kto cier­piał na tę spe­cy­ficzną odmianę głu­poty, która wią­zała się z lojal­no­ścią.

- Oni wszy­scy nie żyją - powie­dział wtedy Śluz, po czym dodał, dziw­nie i głu­pio: - Dzień, w któ­rym pękło niebo.

Dopiero jakiś rok póź­niej, odtwa­rza­jąc ten dia­log w gło­wie, zro­zu­miał, że Śluz nawią­zy­wał do pio­senki Dżemu.

Pre­zy­dent nie cier­piał pio­se­nek Dżemu, cho­ciaż umiał więk­szość z nich zaśpie­wać i zagrać na gita­rze. Był w końcu mistrzem w har­cer­stwie.

- Nie rozu­miem, panie pre­zy­den­cie - dobiegł go głos Bartka.

- Czego nie rozu­miesz? - zapy­tał.

- Czemu mamy nic nie robić - wyja­śnił Bar­tek.

Pre­zy­dent wes­tchnął. Odwró­cił się, popa­trzył na ich prze­ra­żone twa­rze. W pewien spo­sób były iden­tyczne z roz­sy­pa­nymi na stole strzę­pami papieru.

- Dopro­wa­dzi­li­śmy do sytu­acji, w któ­rej ci, któ­rzy są z nami, kom­plet­nie w to nie uwie­rzą. A ci, któ­rzy są prze­ciwko nam... No cóż. - Pokrę­cił głową. - Pozo­staje pyta­nie, ile jest któ­rych. To kwe­stia licze­nia.

- Nie wszy­scy są z nami albo prze­ciwko nam. Prze­cież wiesz, że nie jest to takie pro­ste - prze­rwał mu Bar­tek.

- Panie pre­zy­den­cie - popra­wił go ostro. - Prze­cież pan wie, że to nie takie pro­ste, panie pre­zy­den­cie. A ja myślę, że to jest w miarę pro­ste.

Bar­tek wypu­ścił powie­trze. Prze­łknął ślinę. Obrzu­cił spoj­rze­niem ludzi z Kan­ce­la­rii, któ­rzy lustro­wali czubki swo­ich wło­żo­nych do gar­ni­turu tram­pek.

- Ja tylko wyko­nuję swoją pracę - powie­dział cicho Bar­tek.

- Jak pra­wie wszy­scy doro­śli ludzie - odparł Pre­zy­dent.

- I tak wygrywa się wybory ludźmi, któ­rzy nie gło­sują na wła­sne pie­nią­dze. Nie pozwo­li­li­śmy dalej okra­dać spo­łe­czeń­stwa. Dla­tego wła­śnie wygramy - spa­ra­fra­zo­wał Cara.

W rze­czy­wi­sto­ści Car był mu obcy, pra­wie wrogi. Jego wypo­wie­dzi czę­sto go iry­to­wały. Pra­wie zawsze była to jakaś para­fraza słów Mistrza, ale para­fraza zepsuta, dopra­wiona zło­ścią, wyzbyta tej imma­nent­nej mądro­ści, którą miał Mistrz. Tutaj jed­nak Car miał rację. Ludzie nie chcieli być biedni. Ludzie mieli dość prze­pra­sza­nia za to, że żyją, dość buta trzy­ma­nego im na twa­rzy. Ludzie prze­stali wie­rzyć w te okropne kłam­stwa tych u wła­dzy, w ich poczu­cie wyż­szo­ści.

Bar­tek poka­zał mu ekran tabletu. Mejl.

- Pan pre­zy­dent wie, co jest w tym mejlu i co tak naprawdę musimy zaadre­so­wać. - Ame­ry­ka­ni­zmy były kolejną rze­czą, któ­rej nie­na­wi­dził w Bartku, ale na razie zosta­wił je bez komen­ta­rza.

Wtedy, dwa­na­ście lat temu, tego strasz­nego poranka potrze­bo­wał dłu­gich minut, aby zro­zu­mieć, co się stało. Język, któ­rym mówiono w tele­wi­zji, nie był języ­kiem pol­skim. Roz­po­zna­wał słowa, ale nie rozu­miał zdań, bo te zda­nia wyra­żały nie­moż­liwe. Włą­czył tele­wi­zor. Pre­zen­te­rzy pła­kali na każ­dym z kana­łów. Obraz był zły, zamglony, na początku myślał, że to jego wła­sny wzrok, kacowa usterka zmy­słów.

- Pro­szę pań­stwa, na rosyj­skim lot­ni­sku... - zaczęła.

Wyłą­czył odbior­nik. Naj­pierw zadzwo­nił do Mistrza. Przy­tłu­miony kobiecy głos wypo­wia­dał chrzęsz­czące, rosyj­skie wyrazy. Zaczął pła­kać i krzy­czeć jed­no­cze­śnie. Jego żona obu­dziła się prze­ra­żona, pewna, że wła­śnie wybu­chła wojna świa­towa. Zadzwo­nił do Śluza.

- Musisz spraw­dzić, czy on żyje. Musisz się tego dowie­dzieć! - krzy­czał.

Tam­ten zaczął mu prze­ry­wać, mówić do niego zdrob­niale po imie­niu, jak do dziecka.

- Nie ma cię tutaj - powta­rzał jak man­trę - nie widzisz, co się stało. Nie poka­zują tego w tele­wi­zji, bo tego nie można poka­zać.

- Obejdź sam ten jebany samo­lot. Obejdź go. Obie­gnij. Obczoł­gaj go, kurwa. Czoł­gaj się dookoła tego samo­lotu, aż go znaj­dziesz. Szu­kaj go w tra­wie, szu­kaj w liściach. Może on się skur­czył. Zmie­nił się w małe zwie­rzę. Zda­rzają się prze­różne rze­czy. W Biblii są wsze­la­kie cuda. Nie ufaj Ruskom. On mógł prze­żyć. Może być prze­ra­żony, sam, scho­wany gdzieś w lesie. On może bar­dzo się bać - kwi­lił do tele­fonu.

Z per­spek­tywy czasu nie miał poję­cia, skąd w gło­wie wzięły mu się te obrazy: nagiego czło­wieka, pre­zy­denta Pol­ski, scho­wa­nego mię­dzy drze­wami, śmier­tel­nie prze­ra­żo­nego, z nagłą utratą pamięci; czło­wieka, który cudem, jako jedyny, wyczoł­gał się z pło­ną­cego wraku.

- On może się tak bar­dzo bać, kurwa, tak strasz­nie się bać - szlo­chał i nie umiał prze­stać.

Żona poło­żyła mu na ple­cach cie­płą, obcą dłoń.

- Prze­pra­szam, ale nie możesz wyda­wać mi pole­ceń służ­bo­wych - odparł wtedy Śluz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki