CZĘŚĆ I. 1945-1955
Góry nie smakują jak dawniej
Rozdział 1.
Wolno marzyć
Kto z przedwojennych członków górnośląskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego nie zna Smoczyka i Gondzika? Byli tam, odkąd Katowice po plebiscycie i powstaniach przeszły w polskie ręce. Kamraty na śmierć i życie. Smoczyk to kupiec, wielki jak niedźwiedź. Gdy się napije, lepiej zejść mu z drogi. Gondzik drobniutki, cichy, spokojny. Zdolny dentysta. Obaj mają dwie namiętności - góry i wódkę. W górach zawsze wspinają się razem, a z każdą wyprawą ich coraz mocniejsza przyjaźń jest utrwalana alkoholem.
Na szlaku można ich poznać już z daleka po charakterystycznych sylwetkach. Potężny Smoczyk zawsze idzie pierwszy. Człapie powoli, lekko przygarbiony. Za nim równym, drobnym krokiem podąża Gondzik. Nigdy na odwrót.
W górach spędzają całe dnie. Wieczorami gwar zatłoczonej jadalni jakiegoś schroniska w Beskidach lub Tatrach przerywa huk otwieranych z impetem drzwi. W drzwiach staje najpierw Smoczyk - albo zziajany i zakurzony latem, albo czerwony na twarzy od mrozu i zasypany śniegiem, gdy jest zima. Przez drzwi schroniska przepycha się bokiem, inaczej by się nie zmieścił. Za nim zmęczony, ale szczęśliwy wsuwa się do środka Gondzik. Każdy ich zna, więc witają się wylewnie. Zawsze jest dla nich miejsce przy stole. Smoczyk jak Obeliks jada za czterech, a Gondzik jak Asteriks skromnie. Za kołnierz żaden z nich nie wylewa, choć Gondzik - siłą rzeczy - może wypić mniej.
Po kolacji ledwo trzymają się na nogach, więc szybko zasypiają. Chrapanie Smoczyka przerywa nocną ciszę schroniska. O tym, jak sypia Gondzik, kroniki milczą.
Smoczyk lubi iść w góry wcześnie rano, ale nigdy nie zostawiłby Gondzika, który trzymając się za głowę, podąża za nim. Idzie ledwo żywy, ale się nie skarży. Nigdy nie pozwoliłby Smoczykowi iść samotnie. Czasem nie wytrzymuje tempa i osuwa się omdlały na ziemię przed końcem kolejnej wędrówki. Smoczyk zarzuca wtedy kompana na ramiona i zanosi do najbliższego schroniska.
Na Smoczyka i Gondzika zawsze można liczyć. Nie odmawiają, gdy trzeba pomóc w schronisku, ustawić tablice na górskich szlakach albo odmalować stare znaki.
W 1939 roku dostają powołanie do wojska. Gondzik, jak tysiące innych, przez obozy internowania w Związku Radzieckim z armią Andersa dociera do Iranu. Smoczyk po klęsce wrześniowej ukrywa się przed Niemcami w Krakowie i Warszawie. Po wojnie wraca na Śląsk.
Gondzik mieszka w Rodezji, pracuje tam na farmie strusi. Pisze listy do swojego druha Smoczyka. Ma wracać na Śląsk? Jest do czego? Jak teraz będzie? Czy pójdą jeszcze razem w góry?
*
Kwiecień 1946 roku. Szwedzki statek "Ragne", wynajęty przez polskie władze do przewozu repatriantów, kołysze się na redzie w Gdyni. Na pokładzie żołnierze 2 Korpusu, przedwojenni urzędnicy, naukowcy, artyści, duchowni. Marek Stanisław Korowicz opiera się o burtę i patrzy na brzeg. Niepewny swojej decyzji. Czy dobrze robi, że wraca do kraju? Jaka będzie ta Polska?
Jeszcze przed wojną był uznanym prawnikiem, specjalistą z dziedziny prawa międzynarodowego. Taternik z zamiłowania, działacz górnośląskiego oddziału PTT. Potem wojna, Francja, niemiecka niewola. Ma szczęście - w marcu 1941 roku Niemcy przenoszą go w Pireneje, do nieokupowanej części Francji rządzonej przez marszałka Pétaina. Wydaje tam potajemnie książki i zeszyty oświatowe dla Polaków osadzonych w obozach dla uchodźców. Tęskni za Polską, ale gdy wojna się kończy, jest pewien, że Armia Czerwona nie opuści kraju. Komuniści zdobywają coraz większe wpływy.
Nikt nie wie, co robić. "Polski" Paryż rozdygotany. Jedni chcą wracać, mówią o obowiązku wobec kraju, który potrzebuje każdej głowy i każdych rąk do pracy przy odbudowie. Inni przestrzegają przed komunistami, kolportują doniesienia o terrorze sowieckiej okupacji, gwałtach, bezprawiu, biedzie. Powrót oznacza wsparcie dla komunistów. A to zdrada.
Korowicz jest rozdarty, chodzi na polonijne spotkania i odczyty emisariuszy, których warszawski rząd przysyła do Paryża. Namawiają, żeby wracać. Wracać koniecznie. Kazimierz Drewnowski, taternik, a przed wojną rektor Politechniki Warszawskiej, daje się przekonać. Uważa, że tak trzeba. Przedwojenny dyplomata, profesor Zygmunt Vetulani, usilnie popiera taką postawę. Znajomi, którzy już są w Polsce, piszą w listach o kraju "dalekim od komunizmu".
Rozum się burzy, wyczuwa fałsz i niebezpieczeństwo, ale Korowicz posłucha serca, które rwie się do Polski. Z portu w Gdyni leci na dworzec i jedzie pociągiem prosto do Katowic, gdzie mieszkał przed wojną. Wyższe Studium Społeczno-Gospodarcze z otwartymi rękami przyjmuje renomowanego wykładowcę prawa międzynarodowego i konstytucyjnego.
Katowice wydają się nietknięte wojną. Rosjanie zniszczyli tylko ratusz, południową zabudowę rynku, kamienice przy Pocztowej ze sklepami Salamandra i Meinla, dwa domy towarowe na głównej ulicy 3 Maja oraz delikatesy Emila Misery. Czerwonoarmiści szukali tam wódki i papierosów, a potem je podpalali.
Miasto jakby się chciało ukryć w dymach, sadzy i mgle. Autorzy w codziennych gazetach piszą o nim nowe, oblepione patosem pieśni: "Tu kryje się motor, który porusza wszystkie koła w kraju. Szary, przygarbiony górnik swymi żylastymi rękami wydziera ziemi węgiel i ze słowami "niech Bóg szczęści" wysyła w świat. Tu przy rozżarzonych piecach stają ogorzali hutnicy i jak czarci długimi widłami przewalają rozpalone do biała kloce metalów, podają je zębatym olbrzymom maszyn - by wykuć, wykrzywić i zagiąć przęsło dla mostu w Warszawie".
Na ciasnych ulicach śródmieścia Katowic kłębi się tłum przybyszów z całej Polski. Niby wszystko jak dawniej - przekupki sprzedają towary prosto z wiklinowych koszyków, a w okolicach dworca można usłyszeć: "Dolary kupuję, świnki...".
W oknach wystawowych, jak przed wojną, właściciele sklepów wystawiają cenne futra, kunsztowną porcelanę, sprowadzane z daleka delikatesy. Jeszcze się można zastanawiać, kto wygra wybory. Czy komuniści mogą przegrać z Mikołajczykiem? Ale już głośno nikt nie zapyta, czy Jałtę da się odwrócić i dlaczego Rosjanie wywożą całe pociągi maszyn z poniemieckich fabryk i ogałacają hałdy z węgla.
*
Dziennikarze, którzy odwiedzają Śląsk po wojnie, zauważają, że "miasta są tu ruchliwe, zapracowane, nie nadają się do rozrywek. Tu na rogatkach powinny być tablice: "Załatw sprawę i żegnaj, bo czas tu właśnie to skarb"".
Korowicz też jest zabiegany. Chciałby pojechać w Tatry, ale na razie może je oglądać tylko z daleka: z kopca Kościuszki, Skrzycznego, Pilska, Babiej Góry. Praca, praca, praca... Wszystko trzeba wystać, wychodzić, zdobyć, załatwić. A wypadałoby jeszcze odbudować górnośląski oddział Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego - przed wojną Korowicz był członkiem zarządu i prezesem jego sekcji wysokogórskiej. Musi zebrać ludzi, którzy będą chcieli pracować "w serdecznej przyjaźni, scementowanej miłością do przyrody górskiej i turystycznego wysiłku".
Byle do wakacji. Latem na uczelni nie ma zajęć, więc można się wreszcie ruszyć z Katowic. Pociąg z brudnymi, przepełnionymi wagonami wiezie Korowicza w ukochane góry. Pamięta to uczucie sprzed wojny. Za każdym razem, gdy wysiadał na stacji w Zakopanem i oddychał górskim powietrzem, ogarniało go radosne podniecenie. Zaraz potem przychodziła niecierpliwość, a następnie potrzeba wyjścia na szlak, której nic nie może poskromić.
Zakopane w lipcu 1946 roku jest jednak inne niż to przedwojenne. W czasie okupacji zamknięte dla Polaków, teraz przeżywa najazd turystów. Po Krupówkach przewalają się tłumy. Autobusy kursujące do Kuźnic nie nadążają zabierać wszystkich chętnych. A tam, w kolejce do wagonu na Kasprowy Wierch, trzeba czekać cztery, pięć godzin. Na drodze do Morskiego Oka sznur kilkudziesięciu ciężarówek wypełnionych uczestnikami zakładowych wycieczek. W gorące wakacyjne niedziele nad jezioro przywożą nawet 20 tysięcy ludzi. Ogromny tłum obsiada zbiornik w pięciu rzędach, w kosówkach i na kamieniach, a ścieżka biegnąca do Czarnego Stawu wygląda jak wolno pełznący wąż.
Władza dba o robotników i chłopów, zachęca do uprawiania turystyki. Zakłady pracy podstawiają autobusy i można jechać w góry, nad jeziora, nad morze. Każdego, kto pracuje, stać teraz na wycieczki i wczasy.
Korowicz ucieka przed hordami turystów. Idzie przez Boczań i Skupniów Upłaz. Wzrusza go widok Czarnego Stawu Gąsienicowego. Zanotuje potem, że "cudny, zadumany w swych mnogich, zielonych i niebieskich kolorach". Wspomni mgiełki, które w mgnieniu oka "urosły w wielkie, ciężkie mgły". Gdy stanie na szczycie Wielkiej Buczynowej Turni, zobaczy kontury sąsiednich grani, które "majaczą jak widma potężnych szczytów alpejskich". Wraca z Krzyżnego Doliną Pańszczycy, wspomina przedwojenne wycieczki i myśli o tym, co dzisiaj.
*
Z miesiąca na miesiąc mówić można mniej, i lepiej coraz ciszej. Korowicz traci złudzenia. W listopadzie 1946 roku, dwa miesiące przed wyborami, w Katowicach bezpieka aresztuje ludzi, którzy agitują przeciwko komunistom. Milicjanci odwiedzają mieszkania. Ostrzegają, że będą wiedzieli, kto jak zagłosował. Na listach wyborców brakuje setek tysięcy nazwisk. Władza może skreślić każdego pod zarzutem - nawet fałszywym - współpracy z okupantem. Wiece Polskiego Stronnictwa Ludowego są rozpędzane, a wieczorami na ulicy Jagiellońskiej w Katowicach słychać dziwny szum dochodzący spod ziemi, jakby setki osób szeptały jednocześnie. Miasto wie, że w aresztach zabrakło już miejsc dla osobników "niepewnych" i "wrogich", więc zapchano nimi piwnice kamienic przy Jagiellońskiej, a potem otoczono je wojskiem. Szaleństwo!
A w Tatrach? Na Rysach "kilkudziesięciu turystów polskich, czeskich i słowackich, gwarzących przyjaźnie jak za dawnych lat". O zachodzie słońca na szczycie robi się chicho. "Góry stoją same ze sobą, z jeziorami, dalekimi dolinami, niebem i z chmurami w fioletach oraz ogniu zachodzących promieni słońca. W takich chwilach Tatry odziewają się w przepyszny strój, w niebiańską krasę kolorów i nastrojów. Piękność ich jest dojmująca, niewysłowiona. Można powtarzać za Karłowiczem, że leczy ona rany duszy, goi, prostuje i wyrównywa" - opisuje Korowicz.
*
Nie może być! Ta sylwetka, te ruchy! Główną ulicą Katowic idzie potężny mężczyzna. Lekko pochylony kołysze się jak niedźwiedź. Smoczyk! Od razu poznaje Korowicza, zaciąga go do kawiarni. - Tęsknota mnie za niebogą, za Gondzikiem trawi - zwierza się Smoczyk. - Bez niego góry nie smakują jak dawniej.
Korowicz pociesza: - Wróci, na pewno wróci...
*
Komuniści nie przepadają za alpinistami. Piłka nożna, boks, gimnastyka, hokej - to dyscypliny istotne dla ludowej ojczyzny, bo zdobytą na boiskach tężyznę fizyczną i wartości duchowe można przenosić do swoich miejsc pracy: do fabryk, kopalń i hut, do szkół i uniwersytetów, do szpitali i na posterunki milicji. Dzięki temu można z werwą i młodzieńczym entuzjazmem realizować wyścig pracy, by szybciej odbudować kraj.
Alpiniści? Co oni mogą wnieść? Indywidualizm, duchowe przeżycia, elitaryzm? Niebezpieczne postawy, obce nowym ideom.
Chociaż... w Związku Radzieckim alpiniści też działają, ale alpinizm radziecki to szkoła męstwa i patriotyzmu. W walce z surowym górskim żywiołem wyrabia się charakter człowieka radzieckiego, budowniczego komunizmu. Wyszkolony alpinista radziecki to nie tylko zręczny wspinacz, to także doświadczony bojownik, który dla większej sprawy potrafi przezwyciężyć ludzkie słabości.
Polscy alpiniści są sprytni, wiedzą, jak mogą przetrwać. Nowej władzy deklarują: - Idziemy w ślady radzieckich alpinistów, chcemy rozwijać ich doświadczenia.
Wiosną 1947 roku w Krakowie odbywa się walne zebranie delegatów oddziałów Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Na stanowisko prezesa kandyduje pięćdziesięciolatek Władysław Wolski, wiceminister administracji publicznej. Delegaci się burzą. Wolski jest kapryśny, wybuchowy, trudny we współpracy. Nie chcą go, ale w końcu się zgadzają. Lepiej dobrze żyć z władzą, bo inaczej mogą nie zobaczyć grosza na działalność.
Po wyborze na szefa PTT Wolski budzi zdumienie. Wbrew oczekiwaniom nie zachowuje się jak partyjny kacyk. Załatwia pieniądze na odbudowę spalonych przez Niemców schronisk na Hali Chochołowskiej, na Hali Pysznej, w Dolinie Pięciu Stawów i kilkunastu innych w Beskidach. Oddział śląski ma pieniądze na odbudowę schronisk na Skrzycznem, Baraniej Górze i Równicy, a także odświeżenie znaków na górskich szlakach. Wolski pnie się w górę. Jest już ministrem, a jednak bierze udział w mszy w starym kościółku w Kościelisku, przywozi kwiaty do świątyni. Chwali tradycje przedwojennego PTT, namawia, by je kontynuować.
W 1947 roku Klub Wysokogórski organizuje pierwszą po wojnie wyprawę w Alpy. Przedwojenni alpiniści mają tam wyszkolić następców. Jedzie grupa dziesięcioosobowa: Stanisław Siedlecki, Jerzy Hajdukiewicz, Czesław Łapiński, Tadeusz Orłowski, Witold Ostrowski, Kazimierz Paszucha, Jerzy Piotrowski, Jan Staszel, Stanisław Worwa i Wawrzyniec Żuławski.
Pogoda sprzyja alpinistom. Na niebie ani jednej chmurki, upał. Słońce topi śnieg na stokach, odsłaniając lodowe ściany. Z drugiej strony wytopione kamienie spadają lawinami. W skalnych ścianach jest idealnie, w lodowych - niebezpiecznie.
Polacy wspinają się na Grandes Jorasses - grań w głównym grzbiecie masywu Mont Blanc, na granicy Francji i Włoch. Wchodzą na Mont Blanc (4809 m), na iglice du Grépon, du Bionnassay i Petit Dru. Zdobywają Mont Blanc du Tacul i Aiguille des Grands Charmoz. Przy Francuzach wyglądają jak ubodzy krewni. Buty podbite ćwiekami, flanelowe koszule, spodnie pumpy przewiązane wysoko paskami. Francuzi mają buty na wibramach - gumowej, karbowanej podeszwie, nylonowe liny i namioty z tworzywa sztucznego. Mają też leciutkie plecaki - ważą 2,5 kilograma, polskie są kilka razy cięższe.
Ale przejścia Polaków robią wrażenie, Francuzi zapraszają za rok.
Może jeszcze będzie normalnie?
Nic z tego. Po kongresie zjednoczeniowym w 1948 roku, gdy z połączenia PPR i PPS powstaje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, coraz trudniej oddychać. Stanowiska są tylko dla swoich. Kariery dla hunwejbinów. Wiedza, doświadczenie, kompetencje nic nie znaczą, za to liczą się znajomości. Prasa nikogo nie rozlicza, uprawia parodię informacji. Partia jest tylko jedna, inne ugrupowania mogą się nazywać stronnictwami. To, co oficjalne, rozmija się z tym, co prywatne. Kłamstwo święci triumfy. Granice państwowe są zamknięte - tylko nieliczni mogą wyjeżdżać. Zapomnijcie o wyprawach w Alpy.
*
Podróżni, którzy przyjeżdżają na Śląsk pociągiem, mogą zauważyć na bocznicach długie sznury wagonów z węglem. Niektóre składy stoją tak tygodniami, nikt nie pyta dlaczego.
Zmianę widać od razu - na dworcu kolejowym. Milicjanci i ormowcy już na peronach zatrzymują podróżnych z większymi bagażami i gorliwie je przeszukują. Przed wejściem na stację kręci się grupka kilkuletnich dzieci, które żebrzą lub usiłują handlować amerykańską gumą do żucia, gazetami lub niezdarnie skręconymi papierosami. Przy wejściu do hotelu Monopol na klientów czeka cała zgraja młodych chłopaków. Obdarci i brudni jak węgiel - łapią przechodniów wzrokiem i obiecują, że za grosze wyczyszczą im buty. Kto się skusi, dostanie dyskretną ofertę schadzki z "ładną panią", jedną z tych, które oferują swoje wdzięki na pobliskiej ulicy Mariackiej.
Ze sklepowych wystaw już dawno zniknęły delikatesy. Mąka, cukier, a nawet warzywa sprzedawane są w małych woreczkach, ale i tak nie wystarcza dla wszystkich. Tylko mięsa i wędlin nie brakuje - do wyboru, co kto lubi.
Właściciele prywatnych biznesów muszą sobie radzić w nowej rzeczywistości. Właściciel kawiarni Astoria chce rozruszać upadający interes. Aby zyskać przychylność władz, dogaduje się z kobiecą organizacją, która działa w sojuszu z partią. Wspólnie zapraszają mieszkańców Śląska na występ popularnego piosenkarza. Plakaty informujące o wydarzeniu wiszą w całym mieście, ale w dniu koncertu sala na 400 miejsc świeci pustkami. Zajętych jest tylko 90 krzeseł.
W rynku, w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego, grają Rewizora Mikołaja Gogola, ale dyrektor nie musi się martwić o frekwencję. Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego wykupił bilety za 40 tysięcy złotych. Nie ma znaczenia, czy ktoś przyjdzie, czy nie. Na widowni mężczyźni w garniturach i kobiety w długich sukniach. Ani jednego górnika. W przerwie spektaklu rozmawia się o warszawskiej dziennikarce, która nocowała w katowickim hotelu Polonia. Spała mocno i nie poczuła, jak pogryzły ją pluskwy. Po powrocie napisała w ogólnopolskiej gazecie elaborat o tej przygodzie. Artykuł zakończyła konkluzją, że Katowice są bardzo brudnym i nieprzyjemnym miastem.
*
Marek Arczyński, sekretarz generalny Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, następcy PTT, ma pomysł, jak godnie uczcić kongres zjednoczeniowy PZPR. Ekipa taterników z Klubu Wysokogórskiego ma wejść na Rysy i zatknąć na szczycie sztandar partyjny i polską flagę. Z Morskiego Oka wyrusza grupa dziesięciu śmiałków. Wspinaczka zwykle nie jest trudna, ale tym razem przeszkadza pogoda. Od dwóch dni w górach wieje silny wiatr i pada śnieg. Grubą warstwą pokrywa zlodowaciałe skały. Taternicy wiedzą, że nie powinni iść w takich warunkach, ale odpuścić przecież nie mogą. Z trudem przekopują się przez bulę, latem porośniętą trawą. Zaczynają wspinaczkę skalistą grzędą. Po stu metrach odrywają ścianę śniegu. Lawina porywa całą dziesiątkę i niesie w stronę Czarnego Stawu. Wszyscy potłuczeni i poranieni, jeden ma złamane obie nogi, inny tylko jedną. Dziękując Bogu za ocalenie, grupa z trudem dowleka się do schroniska. Od razu dzwonią do Zakopanego z meldunkiem - bardzo chcieli zatknąć sztandary na Rysach, lecz się nie dało.
Ale w gazetach już się ukazały teksty o dzielnych taternikach, którzy sztandary zatknęli i kongres zjednoczeniowy uczcili. Artykuły okraszono zdjęciami Arczyńskiego, który podkreślał, jak wspaniały był to pomysł. Jego pomysł.
Co robić? Spiker krakowskiego radia już podał wiadomość, że taternicy ledwo uszli z życiem. Arczyński jest wściekły. Dementuje radiowe informacje, taternikom zakazuje mówić o wyprawie. Publicznie potwierdza, że sztandary powiewają na Rysach. A spikera, który ma za długi język, nakazuje zwolnić z pracy.
*
Katowice za Bieruta. Lepiej nie słuchać zachodnich stacji radiowych i nie czytać zakazanych książek. Nie wolno protestować ani mieć dolarów. Nie wolno uczyć w szkołach niemieckiego. Najważniejszy jest węgiel, liczy się wydobycie. Nie wolno nie pracować.
Ale można marzyć: o własnym mieszkaniu bez współlokatorów, wakacjach nad morzem, nowej lodówce, ciepłym płaszczu na zimę. Można nie zwracać uwagi na brud, dym i sadzę, którą w śródmieściu pluje huta Marta. Na hałas, który towarzyszy produkcji stali, na dzwonki z kopalnianych wież, stukot pociągów i wąskotorówki. Można odwracać wzrok od podwórek, które toną w śmieciach, udawać, że nie czuć smrodu rozkładającej się zgnilizny i nie widać szczurów, które biegają swobodnie nawet po hali katowickiego dworca. Można się cieszyć na pokaz z okazji wielkich świąt: Narodowego Święta Odrodzenia Polski, Święta Pracy czy w rocznicę rewolucji październikowej. Albo czytać w partyjnych gazetach, jak cieszą się inni.
Można zazdrościć uczestnikom zabaw sylwestrowych, które "zgromadziły w domach kultury i świetlicach dziesiątki tysięcy górników, hutników, metalowców, robotników przemysłu chemicznego". Można sobie wyobrazić, jak "jarzył się światłami Wojewódzki Dom Kultury w Katowicach". I robotników, którzy "zakładają najlepsze dwurzędowe garnitury i włoskie koszule". Kobiety, które "udają się do uspołecznionych placówek fryzjerskich i układają włosy w kok". Można się obruszyć na "burżuazyjną modę, rozkloszowane spódnice, które zniekształcają sylwetkę kobiecą". Można mieć wiarę, że "państwo poświęca wiele uwagi i wysiłku, aby każdemu dać możliwość sprawienia sobie estetycznego i taniego ubrania".
Można pić do woli, alkoholu nie brakuje. Wszędzie można palić papierosy. Można się umówić z dziewczyną w zadymionej kawiarni Telimena w centrum albo w Santosie na placu Grunwaldzkim, gdzie jest szansa na prawdziwą kawę. Można zaprosić wybrankę na dansing do Polonii lub zabrać na seans do kina Elektron. Zawsze można złożyć samokrytykę albo na kogoś donieść.
Można założyć Klub Wysokogórski.
*
Od 28 lipca 1949 roku w Katowicach działa sekcja wysokogórska oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Katowicach, w październiku przekształcona w koło śląskie Klubu Wysokogórskiego PTT. Szefem zostaje Marek Stanisław Korowicz.
Obowiązkowo należy zorganizować odczyt o osiągnięciach radzieckiego alpinizmu i złożyć zobowiązanie, że "będzie się dążyło do propagandy taternictwa w najszerszych masach pracujących". Ale to nie wystarcza. Władza wciąż patrzy na taterników krzywym okiem.
Jan Alfred Szczepański, literat, publicysta i przedwojenny taternik, publikuje w "Wierchach" krytykę Klubu Wysokogórskiego, który "odsunął się na ubocze jak urażona primadonna", a praca "spełzła na manowce". Oskarża działaczy, że są zapatrzeni "we wzory alpinizmu burżuazyjnego", a nie doceniają alpinizmu radzieckiego. Jego zdaniem w klubie brakuje pracy ideowo-wychowawczej, a "inteligencka jednostronność spowodowała nie najlepszą strukturę społeczną". Ubolewa, że wciąż jest wielu taterników, którzy "nie wiedzą o pobycie Lenina w Tatrach, którzy głoszą, że walka klasowa wygasa u progu gór, którzy gardzą wszelką formą pracy kolektywnej i zasklepiają się w elitaryzmie".
Jednak wciąż przecież można jeździć w skałki, spotykać się z przyjaciółmi, śpiewać przy ognisku, pić tanie wino. Schroniska są otwarte, tabor przy Morskim Oku zawsze pełen znajomych. Można łoić skały i wiązać się liną. Można się jakoś nauczyć żyć w tym przeklętym czarnym mieście i czerwonym kraju.
Tyle że Korowicz nie chce. Coraz bardziej mierzi go atmosfera na uczelni. Wojewoda śląski Aleksander Zawadzki czyta donos na Korowicza. Rektor uczelni podpisany pod listem uważa, że Korowicz nie może być lojalnym obywatelem, skoro całą wojnę spędził na Zachodzie, a po powrocie do kraju nie zgłosił się do służby państwowej. A najgorsze, że "kokietuje młodzież zachodnimi nastrojami i utrudnia wykładowcom uczelni działalność wychowawczą".
Studenci proszą swojego profesora, żeby uważał. Taki donos może być wyrokiem śmierci. Nawet komuniści mówią o generale Zawadzkim, że to potwór. "Rodzonego brata zamorduje, gdy Urząd Bezpieczeństwa mu rozkaże. Uśmiecha się, a nienawidzi wszystkich. To na jego zarządzenie ludzie gniją w więzieniach".
Studenci stają murem za Korowiczem - nawet członkowie partii komunistycznej. Bronią go na audiencji u generała. Zawadzki daje się przekonać, ale Korowicz nie może zostać na uczelni. - Kanalie znajdą się wszędzie - żali się kolegom, przedwojennym profesorom. W prywatnych rozmowach nie kryją oburzenia, lecz radzą: "Lepiej siedzieć cicho, nie narażać się", "Trzeba myśleć przede wszystkim o sobie". Wielu z nich ostentacyjnie zerwie z nim kontakty. Za kilka lat Korowicz napisze w wydanej w Londynie książce W Polsce pod sowieckim jarzmem, że rozkład moralny inteligencji to największy sukces komunistów.
Klub Wysokogórski też ma kłopoty, jest uznawany za "wrogi klasowo". PTTK narzuca mu odgórnie wybrany zarząd. Wspinacze go nie akceptują. W 1953 roku klub przestaje istnieć. Ludzie nie porzucają gór, przenoszą się do klubów sportowych lub akademickich.
*
W sierpniu 1949 roku Korowicz przyjmuje zaproszenie Janusza Chmielowskiego do wspólnej wycieczki na Mięguszowiecki Szczyt.
Chmielowski to jeden z najwybitniejszych polskich taterników, miał 14 lat, gdy w 1892 roku wszedł na Mały Kozi Wierch. Pierwszy samotnie zdobywa Ostry Szczyt, wytycza w Tatrach wiele nowych dróg - od Świnicy po Jagnięcy Szczyt. Nosi nieformalny tytuł króla Tatr, jest ich najlepszym znawcą.
Ruszają rano ze schroniska nad Morskim Okiem w kierunku Przełęczy Hińczowej, stamtąd zaczynają trawersować krzesanice Szczytu Mięguszowieckiego. Chmielowski sprawdza opisywane przez siebie trasy, zapisuje w notesiku, gdzie trzeba zacząć wspinaczkę, którą turnię obejść z dołu, a którą od góry. Są na tak zwanym Siodełku, gdy słońce zaczyna zachodzić. Chmielowski nie pójdzie wyżej, na szczyt wysyła Korowicza. Potem, gdy wzejdzie księżyc, pójdą jeszcze znad Wielkiego Hińczowego Stawu na Rysy. Na szczycie Chmielowski zwierza się Korowiczowi: - Mam wprawdzie tylko siedemdziesiąt i pół lat, ale może nieprędko znowu tu będę. Posiedźmy.
Korowicz zapamięta tę chwilę: "Siedzieliśmy na pustym wierzchołku najwyższego szczytu Polski, w nieskalanej pogodzie. A jakieś nieokreślone przeczucia ściskały serca".
Ministerstwo Spraw Zagranicznych w 1953 roku wysyła go na sesję ONZ w Nowym Jorku. To pułapka. Jeśli odmówi, zostanie wyrzucony z uczelni. Jeśli się zgodzi - będzie musiał usiąść obok ludzi, którzy na Zachodzie są uważani za radzieckich agentów, ciemiężycieli narodu, a niektórzy za zbrodniarzy. Ale przyjmuje bilet. W Nowym Jorku poprosi o azyl.
Zimą, gdy Korowicz jeszcze jest w kraju, dzwoni do niego Smoczyk. Uradowany woła do słuchawki: - Kolego! Ten pieron Gondzik powrócił. Już jest w Katowicach, już jesteśmy razem!
Rozdział 2.
Granica
Katowiccy wspinacze reaktywują klub. W 1954 roku sami wybierają jego zarząd. Siedziba klubu przypomina samo miasto - ciasny, ciemny i zakopcony pokój na tyłach kamienicy przy ulicy Warszawskiej, tuż przy katowickim rynku. Ale oddycha się tu lżej. Wszyscy są kolegami, po imieniu zwraca się nawet do najstarszych. Tutaj odbywają się dyskusje o wyjazdach w skałki, w Tatry. Starsi opowiadają o swoich wyczynach, a niektórzy nawet o Alpach!
Można zamknąć oczy i wyobrazić sobie największy w Tatrach okap w ścianach Ministranta, trawiasto-piarżysty żleb, który łączy Mnichową Kopę z Mnichem, opadające do brzegów Czarnego Stawu urwiska Kazalnicy o wysokości pół kilometra. Posłuchać o akcji ratunkowej na wschodniej ścianie Rumanowego. Tu pachnie przygodą.
Każdy może być w klubie, jeszcze nie trzeba zgody ani rekomendacji. Wystarczy przyjść.
*
Ogłoszenie o zapisach na kurs wspinaczkowy wywieszone w gablocie uczelni jest jak wezwanie, któremu Adam Zyzak, student energetyki w Politechnice Śląskiej, nie potrafi się oprzeć. Od dziecka jest związany z górami. Przed wojną rodzice zabierali go na górskie wycieczki na Kresy - do Czeremosza, na Owidiusza, na Czarną Horę - albo w Tatry. Ojciec kolekcjonował pismo "Wierchy", opowiadał synowi o górskich pasmach, najwyższych szczytach świata, najpotężniejszych, nieprzebytych skalnych ścianach. Zyzak pragnie spełnić marzenia o zdobywaniu gór. Zapisuje się na kurs wspinaczkowy.
Po kilku wykładach w katowickim klubie jedzie na pierwszy wyjazd do Ogrodzieńca. Kurs praktyczny prowadzi tu Zdzisław Dziędzielewicz. Taternik, alpinista, ratownik TOPR. Młody, rocznik 1916, a już legenda. W klubie opowiadają o jego "Makolągwach" - grupie sportowej, którą Dziędzielewicz założył jeszcze w 1936 roku jako członek I Zakopiańskiej Drużyny Harcerskiej. Chłopcy tłumaczyli niemieckie książki alpinistyczne i próbowali stosować w Tatrach opisaną w nich technikę hakową. Kosili wszystko - weszli na Kościelec, Granaty, Wielicki Szczyt, Zawratową Turnię... Po wojnie Dziędzielewicz kończył studia na Politechnice Śląskiej, a potem był jednym z założycieli Klubu Wysokogórskiego w Katowicach.
Zyzak jest ciekawy: jak on się wspina?
Dziędzielewicz jednak nie będzie go szkolił. Ma inne zadania: na skałkach wytycza pierwsze drogi i oznacza je niebieską farbą. Strzałka wskazuje, w którym miejscu najlepiej zacząć wspinaczkę, a cyfra obok informuje o stopniu trudności wytyczonej drogi.
Węzeł tatrzański skrajny z szelkami, klucz zjazdowy Dülfera, jak wbić haki, założyć stanowisko, na czym polega asekuracja dynamiczna i poruszanie się po skale - o tym opowie i to pokaże Zyzakowi taternik Henryk Koniarek.
Pierwszy wyjazd, a już blamaż. Instruktorzy chcą się popisać przed młokosami. Wybierają Kaczora - turnię obudowaną murem ogrodzienieckiego zamku. Skała trudna, 18 metrów wysokości, ściany pionowe, lekko nachylone lub przewieszone. Instruktorom nic nie wychodzi, męczą się, wbijają mnóstwo haków, używają sizalowych pętli i... odpuszczają. - Cóż, sami widzicie, że nie na każdą skałę da się od razu wejść - wyjaśniają kursantom.
Andrzej Majchrowicz, jeden z uczestników kursu, z uwagą przygląda się skale.
- Ja to zrobię.
Instruktorzy rozbawieni: - Zgoda, próbuj. I tak nie masz szans, ale przy okazji powybijaj ze skały nasze haki.
Miny im rzedną, gdy Majchrowicz wdrapuje się na Kaczora. Urażeni każą się wszystkim pakować.
Zyzak nie może się doczekać kolejnego wyjazdu. Lech Forowicz proponuje mu wyprawę do Zabierzowa pod Krakowem. Pociąg pełen ludzi, nie ma szans wejść do wagonu. Chłopakom przydają się umiejętności z kursów wspinaczkowych. Siadają na buforach ostatniego wagonu, przewiązują się linami i wpinają do drabinki, która prowadzi na dach. Niewygodnie, ale na pewno nie spadną.
Terminy wyjazdów w skałki ogłaszane są w klubowej gablocie na ulicy. Czasem klub podstawia ciężarówkę, która dowozi na miejsce wszystkich chętnych. Ale to rzadkość. Najczęściej spotkania wyznaczane są "pod Józiem" (gipsowe popiersie Józefa Stalina w hali starego dworca kolejowego w Katowicach), stąd pociągiem do Zawiercia, a potem kilkanaście kilometrów na piechotę do Podlesic albo Ogrodzieńca.
- W latach 50. okolice Zawiercia to była głucha prowincja - mówi Zyzak. - Drogi były dziurawe, pokryte wapiennym pyłem. Autobusy jeździły z rzadka, czasem udało się wsiąść na furmankę. Noce były czarne, bo w wioskach, gdzie stały nędzne, drewniane chałupy, nie było prądu. Namiot to był luksus, spało się na gołej ziemi, ale można było popatrzeć w rozgwieżdżone niebo, takiego dzisiaj nie da się już zobaczyć.
Zyzak ma szansę zdobyć materiał na upragniony namiot. A było tak: idą z kolegą do Włodowic, gdy widzą balon z igelitu, który wolno opada na ziemię. Biegną za nim. Igelit to tworzywo sztuczne, nieprzepuszczające wody. Idealne na namiot!
Balon zatrzymuje się jednak kilka metrów nad ziemią. Za wysoko, by go dosięgnąć i ściągnąć. Chłopcy rzucają w konstrukcję kamieniami. Jeden z nich trafia w pojemnik, z którego wysypują się propagandowe ulotki. Takie balony wysyłano na wschód z Danii lub Republiki Federalnej Niemiec. Ulotki nie mają dla chłopaków wartości. Najgorsze, że pozbawiony ciężaru balon unosi się w powietrze, zabierając w niebo marzenia o własnym namiocie. Trudno, będą spali na gołej ziemi.
*
Skałki w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej wyglądały inaczej niż dzisiaj. Były bardziej nagie. W Podzamczu rosła tylko trawa i ani jednego krzaka. Pod Górą Birów też była rozległa polana. Przy Skałach Smolenia urokliwy zagajnik. Wieczorami pod skałkami płonęły dziesiątki ognisk, świeciły jak gwiazdy. Wspólne śpiewanie, żarty, alkohol. Opowieści instruktorów, ale jakie! Można godzinami słuchać o:
- surowych i piekielnie trudnych ścianach Gór Skalistych, jak słynna wschodnia ściana szczytu Longs Peak. I wyobrażać sobie jej granitową taflę, która wznosi się na wysokość 610 metrów;
- wyższej o całe 55 metrów Painted Wall w Czarnym Kanionie Gunnison;
- amerykańskim stanie Kolorado, w którym można znaleźć piękne skały i klify granitowe, kaniony wapienne i ostańce z piaskowca. Wszystko, o czym można marzyć, na wyciągnięcie ręki;
- Albercie Ellinwoodzie i jego partnerze Bartonie Hoagu, którzy w 1920 roku wdrapali się na samotną turnię Lizard Head, mając tylko konopną linę i trzy haki z miękkiej stali. A potem opowiadali, że skała jest niezwykle krucha. Deszcz kamieni leci z jej ścian jak igliwie z wysuszonej choinki, gdy się ją przypadkiem potrąci.
I jeszcze o tym, że podobno Amerykanie korzystają z wojennych wynalazków i używają teraz lin nylonowych oraz karabinków ze stopów duraluminiowych, które są lekkie jak piórko. Że wspinacze w Yosemite Valley masowo używają nitów i że to profanacja.
Bo przecież wiadomo, że:
- najszlachetniejsza jest wspinaczka klasyczna, podczas której wykorzystuje się naturalną rzeźbę skały i własne umiejętności. Lina służy wyłącznie do zabezpieczenia, na wypadek odpadnięcia od skały. Ale podczas wspinania nie wolno z niej korzystać!
- technika hakowa to sztuczne ułatwienie, niestety coraz częściej stosowana w miejscach, które nie dają szansy na pokonanie ich własnymi siłami;
- haki to nie tylko sztuczne punkty podparcia, wiesza się na nich pętle, małe linowe drabinki, na których można odpoczywać. Ale czy to etyczne?
- szlachetna postawa polega na tym, by przy pokonywaniu nawet najtrudniejszych górskich dróg nie zmieniać trwale naturalnie wytworzonej rzeźby. Nie wolno kuć w skale wygodniejszych chwytów lub stopni ani wiercić w niej dziur. To gwałt na przyrodzie, dowód słabości i bezradności wspinacza. Zwyczajnie wstyd!
Temat amerykańskich nitów jest jednak piekielnie ciekawy, więc dobrze byłoby wiedzieć, jak taki nit wygląda i jak go osadzić w skale. Wiadomo, że to świętokradztwo, ale skoro nit pomaga łoić skały...
Ech... żeby móc kiedyś pojechać do Kolorado!
Bo tu, w Polsce, trzeba korzystać z tego, co jest. Stalowe karabinki, wykuwane przez kowala haki i zmartwienie: skąd wziąć linę?
Ale przynajmniej nikt niczego nie rozkazuje, nie ma przymusu, jest wolność, są przyjaciele. Co za uczucie!
Instruktorów brakuje, a zasady - okazuje się - są tylko świstkiem papieru. Po roku starszyzna klubu uznaje, że Zyzak, choć formalnie nie powinien, może już sam szkolić kursantów. Swoim pierwszym uczniom Zyzak radzi, żeby na skałki zabierali zwykłe trampki, bo są najlepsze do wspinania.
Tylko że w sklepach nie ma trampek. Czasami więc działacze klubowi wykorzystują znajomości i załatwiają worek odrzutów. Wysypują górę butów na środku pokoju i można dobierać. Trudno znaleźć dwa jednakowe buty w tym samym rozmiarze. Najczęściej są z różnych partii, o różnych kolorach. Są tacy, którzy muszą się zadowolić jednym butem mniejszym, a drugim większym. Żadna przeszkoda.
Zyzak nie tylko szkoli, sam też wciąż się doskonali. Lubią z przyjaciółmi znajdować nowe skały, jeszcze niezdobyte. - Nadawaliśmy im nazwy: Ojos del Dalado, La Ramada, Tre Cruces - wspomina.
*
Józef Wissarionowicz Stalin, przywódca ZSRR, umiera 5 marca 1953 roku. Śląscy taternicy kilkanaście dni później organizują pierwszą ogólnopolską alpiniadę na jego cześć. 44 osoby, ekipa filmowa i fotograf. Baza w Dolinie Pustej, skąd można wejść na Orlą Perć. To nic, że bierze się udział w państwowej propagandzie, ale można pojechać na trzy dni w góry. Za darmo!
Powyżej Czarnego Stawu, ponad Morskim Okiem, gdy nikt nie patrzy, uczestnicy alpiniady niszczą czerwone gwiazdki. Władza oznaczyła nimi szlak, którym Lenin rzekomo wspiął się na Rysy. Podobno młotki same odwracają się ostrymi końcami w stronę skał i uderzają w przytwierdzone do nich symbole.
Kara? Można wziąć udział w sesjach samokrytyki. To nic nie kosztuje. Andrzej Wilczkowski opisuje zebranie z udziałem taterników złapanych na nielegalnej próbie przekroczenia granicy:
- Popełniliśmy z kolegami niewybaczalne błędy taktyczne, strategiczne i techniczne. Ale była mgła i w tej mgle, zajęci rozmową, nie zwróciliśmy uwagi na topografię. Po długim błądzeniu, zdezorientowani, znaleźliśmy się w miejscu, skąd nagle ruszyła lawina, która przepchnęła nas na czechosłowacką stronę. Nasze niedopatrzenie, godne najwyższego potępienia, stało się bezpośrednią przyczyną nieświadomego przekroczenia granicy państwa. Pragniemy wyrazić skruchę i uświadomić wszystkim szkodliwość społeczną takiego postępowania.
Za ten publiczny akt skruchy i postanowienie poprawy zamiast więzienia czeka nie tak dotkliwa kara: zakaz wspinaczki przez rok. Ale potem można się wspinać dalej.
Witold Sas-Nowosielski, alpinista z Katowic: - Skoro władza zyskała wpływ na życie wspinaczy, oni rozpoczęli z władzą grę pozorów. A tak naprawdę to mieliśmy ją głęboko w dupie przez cały okres komuny.
*
Zyzak marzy o motocyklu. Mógłby częściej bywać w skałkach, nie musiałby się tłuc przepełnionymi pociągami i zdzierać zelówek na jurajskich drogach. Na motocykl trzeba mieć przydział i długo się czeka w kolejce. Ale w 1955 roku w gazecie ukazuje się ogłoszenie: sklep przy ulicy 3 Maja w Katowicach ma partię maszyn, które można kupić od ręki.
- Pobiegłem tam od razu, mieli czeskie jawy. Zapłaciłem gotówką, dali mi kwitek i wyznaczyli termin odbioru - wspomina Zyzak. - Nie mogłem się doczekać. Moja jawa była zapakowana w drewnianą skrzynię, z wymontowanym przednim kołem. Zdenerwowałem się, bo kupiłem motocykl, a nie skrzynię. Zażądałem, żeby mi motor złożyli. Sprzedawcy wzruszyli ramionami: "Bierzesz pan czy nie?". Na szczęście w sklepie byli inni, bardziej ode mnie doświadczeni kupcy. Każdy miał kombinerki i odpowiednie klucze. Udało mi się poskładać motocykl, ale bałem się nim jechać, więc z centrum Katowic pchałem go na Klonową w Bogucicach, gdzie wtedy mieszkałem.
Jak się ma motocykl, cała Jura staje otworem. Można łoić ostańce koło Parkoszowic, Piaseczna, pod Ryczowem. Kto pierwszy wejdzie na skałę, ma przywilej ją nazwać. Musi być swojsko, ale oryginalnie. Na mapach coraz to nowe nazwy: Turnia Motocyklistów, Dziewica, Mała Cipuchna, Zemsta Kurdupla, Cyklon B, Wiosenne Klekoty, Mandolina Ogiera, Dupa Biskupa...
Zyzak i koledzy wspinają się na dziewiczą skałę o dwóch wierzchołkach, położoną tuż za Morskiem. Są przekonani, że nikt przed nimi nie stanął na jej szczycie. Ale znajdują hak zjazdowy. Szkoda! W skałkach jest już za duża konkurencja. No ale jak się ma motor, można przecież jechać w Tatry.
*
Nie każdy może być taternikiem. Działacze Sekcji Alpinistycznej PTTK ustalają, że wspinać może się ten, kto:
- uprawia ten sport dostatecznie długo i ma doświadczenie górskie zdobyte w najróżniejszych warunkach;
- ma dobrą znajomość techniki skalnej, śnieżnej i lodowej;
- ma odpowiednie umiejętności wspinaczkowe, pozwalające mu poruszać się swobodnie po każdej drodze;
- ma wytrzymałość potrzebną do odbywania długich wypraw połączonych z biwakami, zarówno w lecie, jak i zimą.
Przed wojną wspinaczka była prywatną sprawą każdego obywatela, ale Polska Ludowa nie może sobie pozwolić na takie otwarcie. Komuniści mają paranoję na punkcie amerykańskich szpiegów. Podsyca ją działające w Monachium i finansowane przez CIA Radio Wolna Europa, które nadaje audycje po polsku. Do tego dochodzą emigracyjne wydawnictwa, a wiele z nich do Polski trafia przez zieloną granicę. "Bibułę" przemycają taternicy, przez co stają się solą w oku partii. W prasie można przeczytać, że władza "dostrzega wpływ, jaki sport taternicki wywiera na charakter człowieka", że to "wyrabianie siły woli, wytrwałości, odwagi w podejmowaniu decyzji, poczucia odpowiedzialności, a co najważniejsze - zrozumienia wartości działania zespołowego". Ale żywiołowy wzrost zainteresowania taternictwem może być szkodliwy. SB w raportach ostrzega, że taternicy to ludzie bujający w obłokach, niesubordynowani, niepewni politycznie. Trzeba ich mieć na oku, a "przy znacznej liczbie taterników znajomość każdego z nich może być zawodna".
Rok 1955, wzorem radzieckim, przynosi klasyfikację sportowców. Od teraz to państwo decyduje, kto jest mistrzem, kto sportowcem drugiej, a kto trzeciej kategorii. Od tego zależy wielkość państwowych stypendiów, dopłaty do delegacji i dodatkowe urlopy na treningi.
Taternicy też są dzieleni w zależności od osiągnięć. Pierwsza klasa to legendarni już wspinacze przedwojenni - na liście wśród mężczyzn nie ma nikogo ze Śląska. Stalinogród reprezentuje jedynie Teresa Rubinowska w I klasie kobiet. W II klasie mężczyzn też nie ma tłoku: Jacek Biczewski, Zdzisław Dziędzielewicz, Witold Udziela - wszyscy z Gliwic. Ze Stalinogrodu tylko Tadeusz Rogowski. Najliczniejsza okazuje się klasa trzecia. Stolicę Górnego Śląska reprezentują: Henryk Bednarek, Maciej Bernatt, Jan Kowalczyk, Lesław Krok, Czesław Momatiuk i Marek Stefański.
Sklasyfikowani taternicy mają obowiązek utrzymywania kondycji fizycznej na wysokim poziomie i stałego odbywania wyznaczonej liczby wspinaczek o określonych stopniach trudności. Co dwa lata muszą odnawiać odznakę Sprawny do Pracy i Obrony. Jeśli nie - stracą klasę.
Środowisko jest podzielone. Co jest istotą taternictwa? Zmaganie się z przyrodą, satysfakcja z pokonania trudnej skały czy pogoń za wypełnieniem narzuconych limitów?
*
Młodzież z całej Polski zjeżdża do Zakopanego. Nie mogą liczyć na przydzielenie do żadnej klasy sportowej, ale nic ich to nie obchodzi. Wspinają się i tak.
Alpinista Tadeusz Nowicki zauważy: "Napłynęła w Tatry spora grupa ludzi będących może dobrymi wspinaczami, ale niemających nic wspólnego z prawdziwym taternictwem. Ich cechy to krzykliwe rozmowy w schroniskach o swoich wyczynach, damskie kapelusze na głowach, spodnie w łaty najwymyślniejszych kolorów, itd. Jeśli taternictwo polskie ma spełnić swe wychowawcze zadania, musi odizolować stanowczo i jak najszybciej tych ludzi, którzy w taternictwie widzą środek do bezkarnego wyładowywania swych, zabarwionych mocno chuligaństwem, chorobliwych ambicji".
Historyjka o Wandzi, świeżo po kursie dla początkujących, ale z wielką potrzebą wspinania się, ma przestrzegać przed tą nieokiełznaną miłością do gór.
Dziewczyna, jak wiele przed nią i po niej, była kompletnie zielona. Prosiła doświadczonych wspinaczy, by zabierali ją ze sobą w skały. Ale kto wziąłby sobie taki bagaż na plecy? Odmawiali stanowczo. Wandzia znalazła sposób - chowała się w kosówce przy ścieżce prowadzącej do Czarnego Stawu, a gdy obok przechodzili taternicy, wyskakiwała z młotkiem w ręku.
- Dokąd idziecie? - pytała.
- Na wspinaczkę.
- Zabierzcie mnie, mam młotek - kusiła.
Przy niedoborach sprzętu młotek wydawał się argumentem nie do odparcia, ale na drugiej szali była konieczność niańczenia żółtodzioba. Młotek zwykle przegrywał, rozsądek zwyciężał.
Pewnego dnia Wandzia chodziła podekscytowana po schronisku. W tajemnicy szeptała wszystkim, że idą z Jerzym Rudnickim, taternikiem z Katowic, na Granaty, na Filar Staszla.
Starsi koledzy Wandzi pytali z niepokojem: - A dasz sobie radę?
- Rudnicki powiedział, że każdego przeciągnie.
- Skoro tak... - wzruszali ramionami. - To doświadczony wspinacz, wie, co robi.
- A ty sama czujesz się na siłach? Co zrobisz, jak partner odpadnie od ściany? Dasz radę go utrzymać?
Wandzia: - Dlaczego miałby odpaść?
Na tak postawione pytanie żaden taternik nie zna odpowiedzi. Koniec dyskusji.
Po kilku godzinach w schronisku alarm. Zbierają wspinaczy na akcję ratunkową.
Wszyscy są pewni: Rudnicki i Wandzia!
Przeczucie ich nie myli. Rudnickiemu nie udaje się przeciągnąć dziewczyny przez jedną z problemowych ścian. Stoi na półce skalnej jak sparaliżowana. Gdy schodzi do niej ratownik, uczepia się go mocno i nie chce puścić. Przewiązuje ją dodatkową liną i krzyczy do kolegów, którzy czekają na górze, aby dziewczynę wyciągnęli. Wandzia natychmiast traci równowagę i huśta się jak wahadło, przy wyciąganiu szoruje ciałem o ścianę. Najgorszy okazuje się ostatni odcinek, bo na końcu ścianki jest przewieszka. Ratownicy ciągną z całych sił. Raz, raz, raz! Coś jednak spowalnia akcję, pręży linę i nie pozwala wyciągnąć wiszącej na jej drugim końcu dziewczyny. W końcu popuszcza. Na trawie pokazuje się głowa Wandzi, a potem cała ona.
- Moje piersi! - krzyczy.
Historię o Wandzi opisał w książce Miejsce przy stole Andrzej Wilczkowski, taternik i alpinista, kierownik wypraw górskich między innymi w Hindukusz i góry Etiopii, autor opowiadań i książek o tematyce alpinistycznej. Zdaniem Zyzaka jest prawdziwa, bo tylko Jerzy Rudnicki mógł zabrać ze sobą w góry niedoświadczoną dziewczynę.
Pijak - mówią o nim jedni. Brudas i flejtuch - twierdzą drudzy. Niereformowalny babiarz - dodają inni. Wszyscy potwierdzą, że Jerzy Rudnicki to świetny alpinista, człowiek niezwykle inteligentny i dobry przyjaciel. Jego życie to jedna wielka anegdota.
- To jedyny znany mi człowiek, który 30 lat po zakończeniu studiów zdecydował się zrobić magisterkę. Do wszystkiego miał luźne podejście, ale uparł się na dyplom, za cholerę nie wiem po co - mówi alpinista Jan Bagsik.
*
Ojciec Rudnickiego jest lekarzem, w powojennych Katowicach kieruje stacją pogotowia ratunkowego. Pierwsza siostra, śladami ojca, idzie na medycynę, druga wstępuje do zakonu. Jerzy zapisuje się na Wydział Elektromechaniczny Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Nie wiadomo, co jest dla niego ważniejsze: nauka czy Tatry? Mieszka na stancji, nie przywiązuje wagi do wyglądu. Chodzi w świecących się z brudu spodniach, ponaciąganych swetrach, niewyprasowanych koszulach, cerowanych marynarkach, skarpetach z dziurami. Wygląda jak lump. Wyznaje zasadę, że częste mycie skraca życie.
W latach 50. krakowska uczelnia przypomina wielki plac budowy. Stare budynki są remontowane, obok rosną nowe. Słychać nieustanny warkot ciężarówek, klekot pracujących betoniarek, pokrzykiwania majstrów. Budowlańcy mieszają się ze studentami. Profesorowie starają się zachować spokój, prowadzą zajęcia, organizują kolokwia, egzaminują.
- Panie szanowny, pan tutaj nie będziesz dzisiaj nic robił, egzaminuję właśnie studentów. Proszę wrócić jutro, robota może przecież poczekać - mówi poirytowany profesor do młodego mężczyzny w ubłoconych butach, przyprószonej tynkiem koszuli flanelowej i roboczych spodniach. Brakuje mu tylko kielni lub młotka w dłoni.
- Jestem pańskim studentem, właśnie przyszedłem na egzamin - mówi niezrażony chłopak. Profesor kręci głową z niedowierzaniem. Kogoś takiego mury uczelni jeszcze nie widziały. Wykładowca stara się udowodnić, że ktoś tak niechlujny nie zasługuje na miano studenta AGH. Jednak obkuty na blachę Rudnicki odpowiada na każde pytanie. Profesor musi skapitulować. Zalicza egzamin.
Studenci AGH po zakończeniu studiów zostają inżynierami, ale żeby zdobyć tytuł naukowy, trzeba napisać pracę magisterską. Rudnicki zdaje wszystkie egzaminy, przygotowuje pracę dyplomową. Powinien ją tylko oprawić w twarde okładki, dołączyć do niej konieczne rysunki i oddać w dziekanacie. Ale tak proste zadanie przerasta organizacyjne możliwości Rudnickiego. Praca jest napisana odręcznie, rysunki rozsypane po całej stancji. Na szczęście są koledzy. Rękopis oddają do przepisania, układają wszystko po kolei, zlecają oprawienie pracy. - Jureczku, wklej tylko wykresy i rysunki. Masz dwa dni, żeby to ogarnąć - instruują.
Rudnicki wykonuje polecenie, ale dziekanat nie chce przyjąć pracy magisterskiej. Jest dziwna, jakby napęczniała. Kobiety z dziekanatu brzydzą się jej nawet dotknąć. - Nie miałem kleju, więc zrobiłem go z mąki - wyjaśnia Rudnicki kolegom. Pracę magisterską złoży raz jeszcze, ale 30 lat później.
Zaraz po studiach dostaje etat w biurze projektowym w Krakowie. Pracuje w wieloosobowej sali. Po kilku dniach zauważa, że koledzy odsuwają od niego swoje deski kreślarskie. Nie ma pojęcia dlaczego. W końcu dyrektor biura wyjaśnia: - Sala jest źle przewietrzana, jest ciepło, czy mógłby pan bardziej dbać o higienę osobistą?
- Ale ja nie mam łazienki - odpowiada Rudnicki.
- Może pan korzystać z łazienki obok mojego gabinetu, ale wcześnie rano, żeby nikt nie widział - proponuje dyrektor.
Następnego dnia, kwadrans po rozpoczęciu pracy, Rudnicki wychodzi z łazienki nagi, przepasany tylko w biodrach ręcznikiem. - Dzień dobry, panie dyrektorze - wita radośnie przełożonego.
Dyscyplinarka. Musi wrócić do rodzinnych Katowic.
W Klubie Wysokogórskim nikt nie mówi mu po imieniu, niektórzy nie pamiętają nawet, jak się nazywa. Ale wszyscy znają Druciarza. Skąd ten pseudonim?
Rudnicki nie boi się technicznych wyzwań, ale podchodzi do nich niekonwencjonalnie. Naderwany karnisz, zamiast na kołku, przytwierdza do ściany drutem. Tak samo traktuje półki czy spłuczkę w toalecie. Prowizorka na lata. W swoim mieszkaniu składa motocykl. Skupuje używane części do przedwojennego DKW 200 i skręca je w dużym pokoju. Czego nie da się przykręcić, przytwierdza do ramy zwojami drutu. Końcówki przewodów elektrycznych wiąże sznurówkami. Reflektor do kierownicy - przydrutowany, podobnie jak tylny hamulec do stopki prawej nogi. Ręcznego nie ma w ogóle. Zdaniem Rudnickiego jest zbędny.
Czasami nawet w środku nocy Rudnicki kopie starter motoru. Rura wydechowa strzela czarnym dymem, silnik budzi się do życia. Szczęśliwy inżynier szarpie owiniętą wokół ramienia linkę gazu. Stojąca w pokoju maszyna wyje na wysokich obrotach. Wściekli sąsiedzi zrywają się z łóżek i walą w rury. Rudnicki pozostaje niewzruszony: o motor musi dbać, bo daje mu swobodę, pozwala w każdej chwili jechać w skałki.
- Ten motor to był szmelc. Jurek dojeżdżał w skałki i z miejsca zabierał się za naprawę. Więcej czasu spędzał przy maszynie niż na wspinaniu - wspomina himalaista Ignacy Walenty Nendza.
- Nie rozstawał się z drutem, stąd ta ksywka - wyjaśnia Adam Zyzak.
Przebite opony Druciarz wypycha trawą i sianem. Podczas motocyklowych wypraw boi się gasić silnik, bo nie ma pewności, że znowu odpali. Kiedy koledzy zatrzymują się, żeby coś zjeść, on jeździ motorem wokół restauracji.
Każdego roku Klub Wysokogórski w Katowicach organizuje zawody narciarskie o Złoty Kask. Trzeba wejść na Skrzyczne i zjechać ze szczytu. Technika nieważna, wygrywa ten, kto zjedzie najszybciej. O tytuł rywalizują zwykle Andrzej Popowicz i Adam Zyzak. Druciarz nie liczy się w tej konkurencji. Ma przedwojenne narty z przykręconymi na sztywno szerokimi szczękami, do tego kliny przytwierdzone drutem. Zapięcie butów także na drutach. Kijki zrobione samodzielnie z ciężkich, miedzianych rurek, oczywiście połączonych drutem. - Świetnie wyrabiają mięśnie rąk - wyjaśnia Rudnicki. Za małe buty narciarskie obcierają mu pięty, więc Druciarz naciera je smarem maszynowym. Nie przejmuje się, że za każdym razem zamyka narciarską stawkę.
Wygrywa tylko raz. Któregoś roku tuż przed zawodami pada deszcz, a trasa zamienia się w lodowisko. Doświadczeni narciarze upadają jeden po drugim. Do mety dojeżdża tylko Druciarz. Przed startem owija narty drutem i rzemieniem. Na lodzie działają jak hamulce.
Rudnicki ma 30 lat, gdy traci prawie wszystkie zęby. Wypadły, ukruszyły się lub zostały wyrwane. Efekt braku higieny, picia jaboli i złej diety. Problem rozwiązuje po swojemu. Sztuczną szczękę zmarłej babci traktuje dłutem i młotkiem. Kruszy masę ze sztucznego tworzywa, szlifuje, dodaje drut i wkłada w usta. Zęby leżą jak ulał. No prawie. Zdarza się, że podczas wspinaczki w skałkach wypadają mu z ust. Druciarz krzyczy do stojących pod ścianą kolegów, aby się odsunęli. - Bo wdepcecie mi zęby! - mówi zaniepokojony.
Mimo wielu mankamentów podoba się kobietom. Jest muskularny, ma łagodne spojrzenie, dużo uroku, jest też błyskotliwy i kulturalny. Ma potencjał - gdyby go umyć i porządnie ubrać, byłby najprzystojniejszym ze wszystkich katowickich wspinaczy.
- Jurek nie potrafił kobietom odmawiać. Miał trzy żony: pierwszą od Boga, drugą od diabła, trzecią od ludzi. Miał też nadzieję na czwartą. Chciał, żeby choć raz w życiu żona ugotowała mu dobry obiad - mówi Jan Bagsik.
O nikim w katowickim Klubie Wysokogórskim nie opowiada się tylu historyjek, anegdot, dykteryjek. Każda opowieść prędzej czy później przywołuje Druciarza.
Jak ta: przy obozowisku wspinaczy w Kroczycach stoi murowana studnia. Nachylają się nad nią, krzyczą, wydają zwierzęce odgłosy. Cieszy ich powracające echo, ale szybko kończą się im pomysły. - Druciarz, pierdnij do studni - prosi jedna z dziewczyn. Zjadający przeterminowane konserwy, nieznane nikomu grzyby i zapijający to wszystko jabolami Rudnicki słynie z potężnych wiatrów.
- No, Jurek, pierdnij - do prośby dołącza się kilka kolejnych damskich głosów.
- Skoro panie proszą - odpowiada Druciarz, dworsko się kłaniając. Chwilę potem opuszcza spodnie, siada na cembrowinie i wydaje potężny dźwięk.
- Wszystkim się zdawało, że Druciarz wciąż grzmi jeszcze, a to w studni grzmiało - wspomina Adam Zyzak.
Albo ta: zakochany Druciarz zmieniał się nie do poznania. Szorował sztuczną szczękę, częściej brał prysznic, prasował koszule. Jeśli nie zapomniał, wycierał też dłonie z motocyklowego smaru. Mocno przeżywał pierwsze wizyty u rodziców swoich wybranek. Podczas jednego z takich spotkań niedoszły teść częstuje Druciarza słodką nalewką. Rudnicki wypija kieliszek, dwa, trzy. Ale jest przyzwyczajony do nasączonych siarką jabcoków i słodycz nalewki zaczyna go mdlić. Zamyka się w toalecie. Dziewczyna i jej rodzice czekają na kawalera kwadrans, pół godziny. W końcu pukają do drzwi.
- Coś się stało? - pytają zaniepokojeni.
- Nie, wszystko w najlepszym porządku - szepcze Druciarz.
Kiedy nie wychodzi po godzinie, niedoszły teść pyta, czy może w czymś pomóc. Dziewczyna błaga: - Jurek, wyjdźże w końcu!
Rudnicki wychodzi z łazienki ze zbolałą miną. - Spuscona woda polwała moje zęby - sepleni.
No i ta: w Morskim Oku Druciarz poznaje przepiękną dziewczynę. Wysoka, zgrabna, ma długie, czarne włosy, a w dodatku nieźle się wspina. Nie jest obojętna na zalotne spojrzenia Rudnickiego. Tylko ten jego wygląd... Dziewczyna dyskretnie zwraca mu na to uwagę.
Czego nie robi się dla miłości? Druciarz organizuje wiadro, ciepłą wodę i mydło. Wrzuca do środka sweter. Pierze go, płucze, uciska, płucze. Ze zdumieniem podnosi ubranie do oczu. Sweter jest jasnożółty, a on był pewien, że brąz to jego oryginalny kolor.
Za oknem schroniska trzaskający mróz. Wywieszony na zewnątrz sweter w parę minut zamienia się w lodową zbroję. Właściciele schroniska nie pozwalają niczego suszyć przy piecu. Druciarz zakłada więc sweter na gołe ciało i okrywa się kurtką. Po trzech dniach z dumą stwierdza, że jest suchy. Niestety, obiektu jego westchnień nie ma już w schronisku.
Przez jakiś czas członkowie Klubu Wysokogórskiego w Katowicach spotykają się w studenckim klubie Akant. Na jedno ze spotkań przychodzą studenci z prośbą.
- Mamy międzywydziałowy turniej i musimy przyprowadzić na uczelnię jakiegoś bardzo oryginalnego człowieka - wyjaśniają. - A wy jesteście alpinistami, ciekawych ludzi pewnie u was nie brakuje.
Wspinacze wskazują palcem na Ignacego Walka Nendzę. To świetny gawędziarz z poczuciem humoru, na poczekaniu tworzy fraszki na każdy temat. Nendza daje się zaprosić na turniej. Idą razem na uczelnię, a tam siedzi już Jerzy Rudnicki. Nendza chce się wycofać. Skoro jest Druciarz, to on nie będzie już mówił o taternictwie.
Ale Rudnicki nie zamierza opowiadać studentom o alpinizmie. Pragnie im podpowiedzieć, jak się ożenić trzy razy i trzy razy dobrze wydać potem swoje żony za mąż.
Pod koniec życia Rudnicki żartuje, że najdłużej wytrzymała z nim milutka Balbina. - Czeka na mnie, gdy wracam z pracy, i piszczy z radości - powtarza. Balbina to jego świnka morska.
*
W dobrym tonie jest spędzać Wielkanoc w schronisku nad Morskim Okiem. Pociągiem do Zakopanego, z dworca kolejowego na autobusowy przy ulicy Kościuszki. Tam już gromada znajomych i wymiana informacji, że:
- autobus jedzie tylko do Wodogrzmotów Mickiewicza;
- nie jedzie dzisiaj wcale i z bagażem na plecach, a czasem i nartami w rękach trzeba iść na piechotę;
- można też autobusem na Bukowinę i stamtąd na nogach przez Głodówkę i Łysą Polanę;
- alternatywna trasa prowadzi z Jaszczurówki, tam autobusem, a potem waksmundzkim szlakiem albo przez Zawrat i Pięć Stawów.
Kto dotrze na miejsce, nie pożałuje - atrakcje to zjeżdżanie na toboganie w kopnym śniegu, obrzucanie się budyniem w jadalni schroniska, opowiadanie dowcipów, flirtowanie z kelnerkami, które czasem udaje się namówić na pieszczoty w zakamarkach schroniska.
Ale i tak wszyscy czekają na śmigus-dyngus. Schronisko jest wtedy jak gąbka nasączona wodą. Przecieka z drugiego piętra, na pierwsze, aż do jadalni. Czesław Łapiński, kierownik Morskiego Oka, już w Niedzielę Wielkanocną sprawdza pokoje i korytarze, opróżnia przygotowane do bitwy naczynia, zakręca zawory na rurach, ale jego wysiłki szlag trafia. Przeciwko niemu jest nawet Wanda, jego żona, zwana przez wszystkich Dziunią. Od świtu staje na linii frontu i oblewa każdego, kto się napatoczy. Nikt nie jest zaskoczony. Każdy bywalec schroniska wie, że w lany poniedziałek ubranie trzeba schować głęboko, a na gołe ciało założyć dresy. Płachty biwakowe zamienić w tarcze chroniące przed strugami wody. Nic jednak nie pomoże, gdy się wyląduje w beczce wypełnionej deszczówką. Na każdą szklankę wylanej wody odpowiedzią musi być garnek, na który należy odpowiedzieć wiadrem. Broń ostateczna: hydronetki i główny hydrant przeciwpożarowy.
- Zostaliśmy kiedyś w schronisku na prima aprilis - opowiada Witold Sas-Nowosielski. - Poza nami żywej duszy, bo wszyscy wybiegli ze schroniska na autobus. Cała sala zastawiona kuflami po piwie. Wspiąłem się na sosnową belkę, która biegła pod dachem, a kolega podawał mi kufle. Ustawiłem je tam w równym rzędzie. Następnego dnia schodzimy do sali, a ja, niestety, nie powstrzymałem się od zerknięcia w górę. Jedna z kelnerek zauważyła i krzyczy do Dziuni: "To on! Pani kierowniczko, to on popatrzał!".
Dziunia wpłynęła na salę jak karawela Kolumba. "Proszę panów, nie wiem, kto te kufle tam ustawił, ale myślę, że jacyś taternicy. Ale skoro tylko wy dwaj siedzicie w schronisku, to te kufle stamtąd zdejmiecie" - oznajmiła. Gdy skończyliśmy, Dziunia wyskoczyła z miotłą, myśleliśmy, że nas nią zdzieli, ale nie. "Panowie, takiego kawału jeszcze nikt mi nie zrobił" - powiedziała z uznaniem. I postawiła po piwie - kończy Sas-Nowosielski.
W Tatrach opowiada się inne historie niż w skałkach. Nad Morskim Okiem można posłuchać o Włodzimierzu Gosławskim i Adzie Kopczyńskiej, którzy w 1940 roku próbowali przedostać się na Węgry. Ich zamarznięte ciała znaleziono w Dolinie Cichej. Czy to prawda, że prowadzili ich niedoświadczeni, młodzi górale, zgubili drogę i zostawili ich na pastwę losu? Lecz po co tak doświadczonemu taternikowi jak Gosławski potrzebni byli młodzi przewodnicy? I dlaczego wszyscy mówią, że ta dwójka zbłądziła, skoro ich ciała leżały dokładnie na szlaku? Podobno Gosławski bardzo źle się czuł, może zasłabł w czasie wędrówki? A dziewczyna? Może nie chciała go opuścić i sama skazała się na śmierć? Czy bardziej prawdopodobne jest to, że to Kopczyńska zasłabła, a Gosławski po niej? Dlaczego więc nie zostawił towarzyszki i nie próbował się ratować?
Górale z dumą opowiadają też o ucieczce Stanisława Marusarza z krakowskiego więzienia na Montelupich. Aresztowany za próbę nielegalnego przekroczenia granicy węgierskiej, odmówił współpracy z gestapo, został skazany na karę śmierci. Przed wykonaniem wyroku wraz ze współwięźniami nogą z taboretu odgięli kraty w oknie celi. Marusarz wyszedł jako szósty, skoczył na dziedziniec z drugiego piętra, wykonał obrót w powietrzu i wylądował na dwie nogi, wspiął się na czterometrowy mur, wykorzystując klamkę zamkniętej furtki, zeskoczył po drugiej stronie i już go nie było.
Zakopiańczycy chwalą się też Józefem "Ujkiem" Uznańskim, taternikiem i ratownikiem TOPR, który w czasie wojny przenosił z Węgier lewe dokumenty, pieniądze, broń, a w drugą stronę eskortował polityków i żołnierzy. Zimą 1944 roku postanowił skorzystać z kolejki na Kasprowy Wierch, zamiast brnąć w głębokim śniegu, który właśnie spadł. W kolejce został rozpoznany przez agenta gestapo. Niemcy czekali na niego na stacji szczytowej. Ujek musiał działać. Nad Żlebem pod Palcem konduktor otworzył mu drzwi wagonika. Uznański złapał mocno narty i skoczył z wysokości kilku metrów w gęsty puch. Zapiął deski i... tyle go Niemcy widzieli.
Sas-Nowiesielski wraz z kolegami dowiadują się także, że czarny motyl zimą to znak, że w tej samej chwili w górach umiera człowiek. Latem co innego: gdy motyl na grani odwraca kierunek lotu, traktuj to jak ostrzeżenie; gdy leci dalej, strzeż się - niebezpieczeństwo! Najlepiej, gdy leci w poprzek grani, wtedy powodzenie akcji murowane. Mówią też, że na Zamarłej Turni grasuje zjawa kobiety w czarnej, długiej sukni. Twarz chowa za woalką. Strąca w otchłań każdego, kto ją zobaczy.
Sprzęt? Każdy musi kombinować. Buty do wspinaczki można zrobić samemu, trzeba mieć tylko szewskie kopyto. Wierzchy ze starych drewniaków, podeszwa z grubego sznurka. Śpiwór? Tę rolę spełnia ciepły koc. Albo poniemiecki worek na trupy złożony z siedmiu warstw mocnego papieru. Trzeba owinąć się kocem, wejść do worka i obwinąć go jeszcze płachtą namiotową. Przy mrozie i tak nie trzyma ciepła.
Ochrona przed spadającymi kamieniami - poduszka przywiązana sznurkiem do głowy. W okolicy pełno jest wojskowych hełmów, ale jakoś nie wypada ich nosić. Podstawa to lina, młotek, haki, jakiś karabinek. Wystarczy.
- Niektórzy mieli jeszcze przedwojenne haki, inni po prostu dawali wykuć kowalowi. Ja też miałem raki z kuźni - mówi Adam Zyzak. - Ale czekan miałem profesjonalny, austriacki. Starsi instruktorzy sprzedawali zużyty sprzęt młodzieży za cenę dwa razy wyższą niż za nowe. W katowickim klubie kierownikiem sprzętowym był Henryk Szymanowski, mój bliski kolega z nart. Odsprzedał mi austriacki czekan po atrakcyjnej cenie, bo chciał mnie ściągnąć z Gliwic do Katowic.
O Himalajach nikt jeszcze nie myśli. Szczytem marzeń jest wyprawa na Kaukaz. Nie można nawet do Czechosłowacji - granice zamknięte.
*
Maciej Bernatt, rocznik 1929: - Staraliśmy się rozeznać w sposobach działania pograniczników. W każdym schronisku siedział ich zaufany człowiek, takie oko i ucho. Meldował władzom, kto przychodził, co robił i co mówił. Wkrótce wiedzieliśmy, że w Morskim Oku trzeba uważać na kelnera. Jak wychodziliśmy w góry, to tak, żeby nie widział.
Nie jest łatwo minąć pograniczników. Kto idzie w góry, musi im zostawić legitymację. Dokument można odebrać do godziny 18. Kto się spóźni, ma się wytłumaczyć w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza na Łysej Polanie. Ale jak w każdym systemie i w tym jest furtka - na Mnicha można iść swobodnie. Każdy więc twierdzi, że idzie na Mnicha.
- Przepisy były po to, żebyśmy mieli co łamać. Wiele razy nielegalnie przechodziliśmy na czechosłowacką stronę. Nigdy nie zostałem złapany - wspomina Bernatt. Chociaż było blisko, gdy z kolegą robił przejście graniowe dookoła Morskiego Oka. Oczywiście nielegalne, bo wszystko to szczyty graniczne. Na jednym z nich dostrzegli siedzącego pogranicznika. Ani myślał się ruszyć. - Przetrzymał nas dobrych parę godzin. Gdybyśmy wpadli, mielibyśmy sprawę w sądzie, wpis w papierach i kłopoty ze znalezieniem pracy - tłumaczy Bernatt.
Granicy nikomu przekraczać nie wolno.
W sierpniu 1954 roku dochodzi do wypadku na grani między Mięguszowieckim Pośrednim a Mięguszowiecką Przełęczą Wyżnią. Adam Milówka, młody taternik ze Śląska, zjeżdżając jako ostatni, odpada od ściany. Z Morskiego Oka rusza na pomoc zespół około dwudziestu chłopaków. Lekkie koszule, trampki, krótkie spodnie. Pogoda jest fatalna, pada rzęsisty deszcz, który w wyższych partiach miesza się ze śniegiem. Silny wiatr, temperatura w okolicach zera. Za lekko ubrani ratownicy wykruszają się po drodze, zawracają. Na miejsce dociera najcieplej ubrana czwórka.
Ratownicy próbują nawoływać, ale wiatr ich zagłusza. Z dołu czasami dochodzi niewyraźny krzyk. W takich warunkach nie ma mowy o transporcie rannej osoby. Za dużo śniegu, brak sprzętu. Ratunkiem musi się zająć Horská záchranná služba, ale Słowaków trzeba zawiadomić. Czterej schodzą w dół.
Nie wiedzą, że na pomoc idzie też druga grupa, która dociera do rannego Milówki. Chłopak rzęzi, rzuca się, ma nienaturalnie rozszerzone źrenice. Wygląda to na pęknięcie podstawy czaszki, nie można go transportować. Kto tylko ma coś ciepłego, zostawia na miejscu, żeby można było ogrzać rannego i zabezpieczyć kolegów, którzy spędzą z nim noc. Tadeusz Westwalewicz zostaje w samej koszuli, wiatrówce i trampkach wsuniętych na gołe stopy. Trzeba uciekać, żeby nie zamarznąć.
O świcie ci z drugiej grupy wracają na przełęcz, schodzą po kolei do Milówki. Pęka lina, Westwalewicz spada kilkanaście metrów w dół żlebu. Ginie na miejscu.
Milówka też umiera - na plecach słowackiego ratownika.
Na Łysej Polanie strażnicy graniczni przesłuchują tych, którzy zeszli na czechosłowacką stronę po pomoc: - Dlaczego przekroczyliście granicę?
- Człowiek potrzebował pomocy.
- Dlaczego przekroczyliście granicę?!
- Nie było innej możliwości, musieliśmy zawiadomić Słowaków.
- Dlaczego przekroczyliście granicę?!
[...]