Rozdział 1
1
PO ODPŁYWIE ŁODZIE przycumowane w zatoce leżały na piachu. Wyglądały,
jakby ktoś je poobracał, dzioby miały zwrócone w stronę wykutych w murze
schodów.
W jego stronę.
Widział ich kadłuby rysujące się w zmierzchu. Słońce chowało się za
widocznym na zachodzie cyplem. Światło gęstniało, zamieniało się w mrok.
Mewy skrzeczały pod nisko zawieszonym niebem. Rozpostarte wzdłuż
horyzontu niczym żagiel zdawało się wciskać je w powierzchnię wody.
Wszystko było spychane do morza, spychane pod powierzchnię, spych...
O Jezu, pomyślał.
Jezu, ocal moją duszę. Ocal MOJĄ DUSZĘ.
Pierwszy raz w życiu widzę dzień tak szpetny,
A tak świetności pełen1.
Usłyszał za sobą jakiś odgłos. Ktoś szedł kamienną ścieżką prowadzącą do
kościoła. On też wyglądał, jakby go wykuto w skale. Wyłupano młotem z kamienia, jak wszystko tutaj, pod żaglem nieba. Kolejny raz spojrzał w górę. Niebo przybrało taki sam kamienny odcień jak wszystko wokół.
Kamienny żagiel. Wszystko z kamienia, nawet morze.
Kciuk sternika - osła,
Co pewien, że stanie
Dziś w domu - mieszkanie
Znalazł w oceanie.
Za jego plecami przesuwały się dusze zmierzające do kościoła
metodystycznego, żeby zażyć chwili spokoju. Wiedział, że na niego
patrzą, czuł na karku ich spojrzenia. Nie sprawiało mu to przykrości, to
nie były takie spojrzenia. Wiedział, że ludziom stąd może ufać. Nie byli
jego przyjaciółmi, ale też nie wrogami. Przyszło mu żyć w ich świecie i robił to już od dawna, od tak dawna, że stał się czymś więcej niż oni...
jakby był częścią tutejszego krajobrazu: kamieni, skał, murów, schodów,
falochronów, nieba, morza, dróg. Statków. Trawlerów.
Tych leżących tutaj.
I tych pochowanych pod falami przetaczającymi się przez kamieniołomy
rozsiane między kontynentami.
Jezu. O Jezu!
Odwrócił się. Kroki ucichły, zniknęły w kościele, za zamkniętymi
drzwiami. Zapaliły się nieliczne latarnie, ale przez to mrok zgęstniał
przedwcześnie. Światło gęstnieje stopniowo, powoli zmienia się w mrok.
Taka myśl przyszła mu do głowy, gdy ruszył przed siebie. Przedwczesny
mrok. Codziennie późnym popołudniem. Przedwcześnie i poniewczasie. Teraz
żyję poniewczasie. I to bardzo. Żyję. Jestem kimś innym, kimś nowym.
Tamto życie było na kredyt, było rolą, maską, jak ta tutaj. Człowiek
przekracza granicę i staje się kimś innym, zostawia swoje dawne ja za
sobą.
W ogródku przy schodach prowadzących do biegnącej górą drogi suszyły się
dziecięce ubrania. Malutkie rękawy machały do niego.
Przystanął na ulicy. Nad jego głową wznosiły się wiadukty kolejowe.
Wyglądały jak tory prowadzące do nieba. Oto tramwaj do nieba: Jezus jest
motorniczym, a Bóg konduktorem. Ale tramwaje nigdy tędy nie jeździły.
Kiedyś jechał tramwajem, ale nie tutaj. To było w poprzednim życiu,
dawno temu. Przedprzedwcześnie, zanim przekroczył granicę.
W tej części miasta wiadukty przecinały niebo na całej długości. Kiedyś
i tu docierały hałaśliwe pociągi. Ale to już historia. Ostatni skład
przejechał tędy w 1969 roku. Może był tu wtedy.
W 1888 roku wybudowano tę kamienną trasę do nieba. Czy i to widział?
Możliwe. Może był częścią kamienia, z którego wzniesiono wiadukt.
I tylko to jest we mnie, czego nie ma.
Tutaj go przyniosło i tutaj został.
Nie.
Został tu, ale z innego powodu.
Przeciął drogę, ruszył dalej w stronę North Castle Street i wszedł do
stojącego na skrzyżowaniu pubu. W środku nie było nikogo. Po chwili z zaplecza wyszła kobieta. Widział ją już kilka razy. Kiwnął głową w stronę kurków na barze.
- Fuller, tak? - zapytała i ze stojącej przy kasie sterty pozmywanych
naczyń wzięła szklankę. Nie zdążyła ich jeszcze poustawiać na półkach.
Znowu skinął głową. Kobieta napełniła szklankę i postawiła ją przed nim.
Patrzył, jak wzburzony płyn powoli się klaruje, jak niebo po niepogodzie
albo morskie dno po sztormie.
Zamówił whisky. Wskazał na jedną z tańszych marek. Butelki stały za jej
plecami. Postawiła przed nim szklankę. Upił trochę i wzdrygnął się.
- Wieczory są coraz zimniejsze - powiedziała.
- Mhm...
- Trzeba się jakoś rozgrzać, co?
- Hmm...
Wypił łyk piwa. Potem whisky. Czuł ciepło rozchodzące się po brzuchu.
Kobieta pokiwała głową, jakby na pożegnanie, i zniknęła na zapleczu.
Zastanawiał się, czy i ona przyjdzie dziś po południu.
Zza ściany dobiegł głos z telewizora. Rozejrzał się. Wciąż nie było
nikogo poza nim. Wypił kolejny łyk. I znów się rozejrzał, jakby szukał
niewidzialnych postaci. Było tak jak zawsze - był sam. Samotny gość.
Gość. Był gościem, zawsze tylko gościem.
Nie bał się tego, co miało nadejść.
Lepsza groza rzeczy,
Które istnieją, niż groza majaków.
Wypił do końca whisky, piwo też wychylił do dna. Wstał i wyszedł.
Niebo pociemniało. Wiadukty wyglądały jak sylwetki prehistorycznych
zwierząt. Prehistoria. Północny wiatr dmuchał mu w twarz.
Wyszedł na drogę. Nic nie jechało. Miasto połyskiwało w dole światłami.
Morze było całkiem ciemne. Zatrzymał się, ale nie dostrzegł ani jednego
jaśniejszego punktu. Czekał, ale widział tylko mrok. Wyprzedził go jakiś
samochód. Nie odwrócił się. Pachniało morzem. Ostry wiatr kłuł go w twarz, jakby w nią wbijał igły. Wymacał ręką broń. Miał ją w kieszeni. W głowie miał huk morza i jeszcze coś, krzyk.
Jezu!
Wiedział, że to musi się skończyć.
Rozdział 2
2
OD MORZA DZIELIŁO ICH JAKIEŚ DWIEŚCIE, dwieście pięćdziesiąt metrów.
Szli plażą, po której nikt jeszcze nie stąpał. To my możemy zostawić
pierwsze ślady, pomyślał.
Niebo wisiało wysoko nad nimi, ciągnęło się w nieskończoność. Słońce
raziło, chociaż mieli okulary przeciwsłoneczne. Morze się ruszało, ale
tylko trochę. Jego powierzchnia wyglądała jak złoto poprzetykane
srebrem.
Elsa krzyknęła na widok wody i puściła się biegiem wzdłuż brzegu, po
kamykach, których setki tysięcy mieszały się z milionami milionów
ziarenek piasku.
Erik Winter odwrócił się do Angeli. Kucała i przesypywała piach między
palcami.
- Jeśli potrafisz oszacować, ile ziarenek piasku masz w dłoni, czeka cię
wspaniała nagroda - powiedział.
Popatrzyła na niego. Podniosła drugą rękę, żeby osłonić oczy przed
słońcem.
- Jaka nagroda? - zapytała.
- A ile ziarenek piasku masz w dłoni?
- A ty niby skąd wiesz ile?
- Wiem - odparł.
- Co to za nagroda? - powtórzyła.
- Ile jest ziarenek?
- Czterdzieści tysięcy - odpowiedziała.
- Źle.
- Źle?
- Źle.
- A skąd, do cholery, miałbyś to wiedzieć? - Podniosła się i popatrzyła
na Elsę. Zbierała kamyki piętnaście metrów od nich. Angela nie potrafiła
powiedzieć, ile ziarenek może mieć w dłoni. Podeszła do mężczyzny
swojego życia, zanim zdążył odpowiedzieć: intuicja.
- Chcę dostać nagrodę. Chcę nagrodę!
- Ale nie odpowiedziałaś dobrze.
- Na-gro-da, na-gro-da! - zawołała i objęła go niczym zapaśnik, próbując
zamknąć odwrotny chwyt w pasie. Elsa zapatrzyła się na nich, upuściła
kilka kamyków. Widząc to, Winter uśmiechnął się do swojej czteroletniej
córeczki, a potem do drugiej kobiety swojego życia, która właśnie
przymierzała się do półnelsona. Szło jej całkiem nieźle. Poczuł, że
stopy zaczynają mu się suwać w sandałach, a sandały w piachu. Całkiem na
serio zaczął tracić równowagę i powoli przewrócił się na piasek, jakby
przyciągnięty przez magnes. Angela upadła na niego. Nie przestawał się
śmiać.
- Na-gro-da! - krzyknęła kolejny raz.
- Na-gro-da! - powtórzyła Elsa. Zdążyła już podbiec do siłujących się
rodziców.
- Dobrze już, dobrze - powiedział Winter.
- Skoro już zmądrzałeś, to przyznaj, że zgadłam. - Angela mocno chwyciła
go za ramiona. - No przyznaj!
- Prawie zgadłaś - odparł. - Przyznaję.
- To dawaj nagrodę!
Angela usiadła okrakiem na jego brzuchu, Elsa usadziła się na klatce
piersiowej. Mimo to wcale nie było mu trudno oddychać. Podniósł prawą
rękę i wskazał na ląd.
- Co? Co to ma być? - zapytała.
Winter znów wyciągnął rękę i pomachał.
- Nagroda - powiedział. Słońce raziło go w oczy. Ciemne okulary zsunęły
mu się z nosa. Czuł zapach soli, piachu i morza. Mógłby tak leżeć, i to
długo. I często. Przychodzić tu. Zostawiać ślady na piasku.
Z domu.
Przychodzić tu z domu. Mógłby stać w pobliskim sosnowym zagajniku.
Angela spojrzała na plażę. Potem na niego. Na morze. I znów na plażę i na niego.
- Naprawdę? - zapytała. - Poważnie o tym myślisz?
- Tak - odparł. - Zgadłaś. Kupujemy tę działkę.
Aneta Djanali nie zdążyła nawet schować legitymacji. Kobieta, która
przed chwilą otworzyła jej drzwi, natychmiast je zamknęła. Nie zdążyła
zobaczyć jej twarzy. Dojrzała jedynie cień i oczy połyskujące w dogasającym świetle dnia. Tylko ono rozpraszało mrok za drzwiami.
Kolejny raz nacisnęła dzwonek. Obok niej stała policjantka z miejscowego
komisariatu. Pani posterunkowa. Nie mogła mieć za sobą więcej niż kilka
miesięcy służby. Żółtodziób. Wyglądała, jakby dopiero co skończyła
liceum. Chyba się nie bała, ale też nie wyglądało na to, żeby ją to
bawiło.
Nie była podekscytowana. To dobrze.
- Idźcie sobie - dało się słyszeć zza drzwi. Głos był stłumiony sam w sobie, dodatkowo zagłuszała go podwójna warstwa forniru dzieląca kobietę
od nich, przedstawicielek wymiaru sprawiedliwości.
- Musimy z panią chwilę porozmawiać - powiedziała Aneta do drzwi. - O tym, co się stało.
- Nic się nie stało - odpowiedziała kobieta.
- Dostałyśmy zgłoszenie - odparła Aneta.
Kilka niewyraźnych dźwięków.
- Słucham? - zapytała Aneta.
- To nie od nas.
Aneta usłyszała, jak za jej plecami ktoś otwiera i natychmiast z powrotem zatrzaskuje drzwi.
- To nie było pierwsze zgłoszenie - powiedziała. - To już któryś raz.
Młoda policjantka przytaknęła.
- Pani Lindsten... - próbowała dalej Aneta.
- Idźcie sobie.
Musiała podjąć decyzję. Mogłaby tak stać i stać, a sytuacja stawałaby
się coraz bardziej kłopotliwa. Dla wszystkich.
Z trudem przypomniała sobie twarz Anette Lindsten. Ale przypomniała
sobie. Może teraz była pobita. Może to dlatego.
Wtargnięcie do środka mogłoby się okazać błędem nie do naprawienia.
Równie dobrze mogłoby być jedynym właściwym krokiem. To, co teraz
zdecyduje, może o wszystkim przesądzić. Przesądzić o przyszłości.
Podjęła decyzję. Schowała odznakę, którą wciąż jeszcze trzymała w ręku,
dała znać umundurowanej policjantce, a potem odwróciła się i ruszyła do
windy.
Zjeżdżały na dół, żadna z nich nie odezwała się ani słowem. Gdyby
chciały, mogłyby się zająć czytaniem napisów na ścianach. Aż się na nich
roiło od nabazgranych na czerwono i czarno wiadomości.
Znów zerwał się wiatr. Słyszała tramwaje jadące przez Citytorget.
Masywne domy zdawały się maszerować w takt. Zajmowały każdy skrawek
przestrzeni, miejscami wpychały się aż na niebo. Budynki stojące przy
Fastlagsgatan wyglądały, jakby się ciągnęły przez całą linię horyzontu.
Niektóre, te po drugiej stronie ulicy, już zburzono. Został po nich
krater. Domy zbudowane przed czterdziestu laty wreszcie rozebrano i znów
- przynajmniej na jakiś czas - ukazało się niebo. Dziś było niebieskie,
przeraźliwie niebieskie. Wrześniowe niebo, które przez całe lato
zbierało kolory, było już gotowe. Oto ja - słynne skandynawskie niebo.
Było ciepło. Temperatura jakby dojrzała, jakby stężała w powietrzu.
Babie lato, pomyślała. Tak to się nazywa, choć nadal nie wiem dlaczego.
Ile razy miałam zamiar to sprawdzić. Tym razem to zrobię. Jak tylko
wrócę do domu. Sprawdzę to.
Dziwnym trafem właśnie teraz zauważyła tabliczkę z nazwą ulicy, którą
wcześniej przejeżdżały: Brittsommarsgatan2. Mój Boże.
A samochód zostawiły na Allhelgonagatan3. Tu można
szybko przejść od jednej pory roku do drugiej. Zresztą
?rstidsgatan4 też jest niedaleko. W okolicy zgromadzono
cały czas, wtłoczono go w okrąg na północ od Kortedala Torg. Ulice
adwentu, drugiego dnia świąt, Wigilii, kwietnia i czerwca.
Nie widziała ulicy września, ale były inne: zmierzchu, świtu, poranka.
Tutaj każdemu mogą wybić wszystkie godziny dnia i roku, pomyślała.
Jechała na południe, w stronę innej cywilizacji. Miała wrażenie, że
przekraczają granicę.
Na Citytorget bawiły się dzieci. Rozmawiały po arabsku. Z centrum
handlowego wyszły kobiety w chustach na głowach. Na rogu był sklep z grami. Sprzedawano w nim też warzywa. Naprzeciwko kwiaciarnia. Plac był
podzielony na dwie części: jasną, oświetloną słońcem, i ciemną,
zacienioną.
- Spotkałaś już Anette Lindsten? - zapytała Aneta młodą policjantkę
siedzącą na fotelu pasażera.
Dziewczyna pokręciła głową.
- A kto ją widział?
- Masz na myśli kogoś od nas? - zapytała policjantka.
Aneta przytaknęła.
- To znaczy, czy ktoś się z nią spotkał?
Aneta kolejny raz skinęła głową.
- Z tego, co wiem, to nikt.
- Nikt?
- Nigdy nikogo nie wpuściła.
- Ale pięć razy ktoś dzwonił i zgłaszał, że jest bita?
- Tak.
- Czy ktoś ze zgłaszających się przedstawił?
- Nno... parę razy tak. Sąsiadka. - Dziewczyna odwróciła się do Anety. -
Ta, z którą rozmawiałyśmy.
- Tak, wiem.
Minęły fabryki na Gamlestaden. Zbliżały się do centrum. Już widziały
domy stojące na obrzeżach Bagareg?rden. Zbudowano je dla ludzi z innej
cywilizacji. Piękne domy, każdy dla jednej rodziny, może dwóch. Można
się było wokół nich przechadzać, cieszyć się, że właśnie tutaj się
mieszka i że ma się dość pieniędzy, żeby sobota trwała cały tydzień.
Aneta nagle zaczęła się zastanawiać, czy w dzielnicy, którą właśnie
opuściły, jest ulica Soboty. Może nie. Może urzędnicy miejscy zatrzymali
się na czwartku albo poniedziałku. Ulica Poniedziałku. To właśnie tędy
przebiega granica. Tam to poniedziałek trwa cały tydzień.
- To się nie może tak ciągnąć - powiedziała Aneta.
- Co zamierzasz zrobić?
- Co zamierzam zrobić? Myślę, że chyba pora zbadać miejsce popełnienia
przestępstwa.
- A można tak?
- Nie znasz przepisów? - Aneta szybko odwróciła głowę w stronę młodszej
koleżanki. Wyglądała, jakby ją ktoś zagiął na egzaminie i oblał. - To
podpada pod oskarżenie wniesione przez oskarżyciela publicznego - dodała
łagodniejszym tonem. - Jeśli podejrzewam, że ktoś jest ofiarą przemocy,
mogę wejść do domu i sprawdzić, jak wygląda sytuacja.
- I zrobisz to?
- Czy wejdę do domu Lindstenów? Może to już najwyższa pora.
- Ona mówi, że teraz mieszka sama.
- Ale mąż ją odwiedza?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Ona nie wspomniała o tym ani słowem.
- Ale sąsiedzi nam powiedzieli?
- Jedna sąsiadka mówiła, że go widziała.
- Żadnych dzieci? - zapytała Aneta. - Nie mają dzieci?
- Nie.
- W takim razie odwiedzimy go. - Tego drania, dodała w myślach. Tak
właśnie o nim myślała. - Tego drania... - wymamrotała.
- Co mówiłaś?
- Odwiedzimy jej męża - odpowiedziała. Znów odwróciła się w stronę
młodszej koleżanki i poczuła, że się uśmiecha.
Kiedy wchodziła do kamienicy, był już wieczór. Na klatce unosił się
swojski zapach. To jej dom, czy raczej dom, w którym mieszka, w którym
wynajmuje mieszkanie. Czuła, że to jej dom. Dobrze się czuła w tej
starej mieszczańskiej kamienicy przy Sveagatan. W samym centrum. Mogła
dojść pieszo prawie wszędzie. Mogła też zdecydować, że nie idzie, a potem zmienić zdanie.
Winda powoli wjechała na górę. To też lubiła. Lubiła otwierać drzwi i zbierać listy z drewnianej podłogi. Lubiła rzucać kurtkę tam, gdzie
stała, niedbale zdejmować buty i patrzeć na wielką muszlę, która od
zawsze stała na komodzie, i na wiszącą nad nią afrykańską maskę. Lubiła
przechodzić w skarpetkach do kuchni, wstawiać wodę, parzyć herbatę,
czasami sięgać po piwo czy kieliszek wina. Lubiła to.
Lubiła samotność.
Niekiedy ją to przerażało.
Przecież człowiek nie powinien być sam. Tak sądzą inni. Kiedy się jest
samotnym, to znaczy, że coś jest nie tak. Samotności się nie wybiera.
Samotność to kara. Wyrok.
Nie. Ona nie zasłużyła na żadną karę. Podobało jej się to, że może sobie
tak siedzieć i decydować, czego chce i kiedy.
Siedziała na kuchennym krześle, bo miała ochotę. Woda w czajniku
zaczynała się już gotować. Właśnie zamierzała wstać, żeby zrobić
herbatę, kiedy zadzwonił telefon.
- Tak?
- Co robisz?
Fredrik Halders, kolega z pracy. Bardzo specyficzny. Może nie tak jak
kiedyś, ale nadal dość specyficzny, jeśli go porównać z innymi.
Dwa lata temu zginęła jego była żona. Potrącił ją pijany kierowca.
Nie myślę już o niej jako o swojej eks, powiedział jakiś czas potem.
Sprawiał przy tym wrażenie, jakby trochę majaczył.
Kiedy to się stało, on i Aneta pracowali ze sobą już od jakiegoś czasu.
Potem zaczęli się spotykać. Poznała jego dzieci. Hannesa i Magdę. One
powoli zaczęły akceptować - tak naprawdę akceptować - jej obecność w domu.
Lubiła Fredrika. Zaczęli ze sobą rozmawiać inaczej niż na początku.
Tego też się bała. Dokąd ich to zaprowadzi? Czy chce wiedzieć? Czy ma
odwagę, żeby sobie to uświadomić?
Usłyszała jego głos:
- Co robisz?
- Nic. Dopiero wróciłam.
- Nie chciałabyś iść wieczorem do kina? - Nie dał jej odpowiedzieć,
mówił dalej: - Córka Larrindera chce dorobić jako opiekunka do dzieci.
Sama zadzwoniła. Bo pytał mnie dziś o to, więc powiedziałem, żeby się ze
mną skontaktowała. - Larrinder od całkiem niedawna pracował z nimi w wydziale śledczym. - A ona zadzwoniła od razu!
- Otwierają się przed tobą całkiem nowe możliwości.
- No nie? I prowadzą do kina.
Kino było sto metrów od jej domu. Spojrzała na swoje stopy. Wyglądały na
spłaszczone, jakby ktoś je przygniótł prasą. Widziała filiżankę herbaty
czekającą na nią na blacie. Oczyma wyobraźni widziała łóżko i książkę.
Widziała siebie, pewnie już za chwilę zapadającą w sen.
- Fredrik, dzisiaj nie dam rady. Jestem wykończona.
- To ostatnia szansa.
- Dzisiaj? Dzisiaj jest ostatnia szansa?
- Tak.
- Kłamiesz.
- Tak.
- Bien, w takim razie jutro wieczorem. Już dziś przygotuję się
mentalnie, żeby jutro się udało.
- Okej.
- Na pewno okej?
- Jasne, że tak. A co, do cho... a jak myślisz? Co robiłaś po południu?
- Byłam w Kortedala. Facet podejrzany o bicie żony.
- Tacy są najgorsi. Złapałaś go?
- Nie.
- Nie mieliście zgłoszenia?
- Nie od żony. I jak się okazało - od sąsiadów też nie. Ale to już piąty
raz.
- I jak wyglądała? - zapytał Halders. - Było bardzo źle?
- Pytasz o obrażenia? Nie widziałam jej. Chociaż próbowałam.
- Trzeba było jakoś wejść.
- Myślałam o tym, kiedy stamtąd odjeżdżałam. Nie mogłam przestać o tym
myśleć.
- Potrzebujesz kogoś do pomocy?
- Tak.
- Jutro? - zaproponował Halders.
- Jutro nie dam rady. Muszę się zająć kradzieżami w kawiarniach w Högsbo.
- To daj znać, będę w gotowości.
- Dzięki, Fredrik.
- A teraz porządnie odpocznij i przygotuj się mentalnie na jutro,
dziewczynko.
- Bonsoir, Fredrik.
Z uśmiechem odłożyła słuchawkę. Zaparzyła herbatę. Poszła do salonu i włączyła płytę. Usiadła na sofie. Czuła, jak jej stopy wracają do
dawnego kształtu. Słuchała zwiewnego pustynnego bluesa Alego Farki
Tourégo. Przywodził jej na myśl Burkina Faso.
Wstała i zmieniła płytę. Włączyła Gabina Dabirégo - wielkiego muzyka z Burkina Faso. Wybrała Kontômé, jego album z 1990 roku. To jej muzyka.
Jej kraj. Nie ten kraj, w którym się urodziła i w którym żyje. Jej kraj.
Kontomé to wizerunek boga, który można znaleźć w każdym domu w Burkina
Faso. U niej wisiał w holu, nad komodą. Symbolizował duchy przodków,
światło przewodnie rodziny i wszystkich ludzi.
Światło, pomyślała. Kontomé rozświetla drogę. Jesteśmy mu wdzięczni za
to, kim jesteśmy teraz i kim będziemy w przyszłości. Kontomé nam pomaga,
gdy nić losu rozwija się na naszej drodze.
Tak. Wierzyła w to. Miała to we krwi. Tak właśnie powinno być.
Gabin Dabiré śpiewał Siza, wyznawał swoją prawdę:
Prawda, powiedz mi prawdę
Bo nasze dzieci, nasi starcy, nasi mędrcy
I sama natura
Nie znają zła
Prawda uwalnia od brzydoty niewinności.
*
Urodziła się w Göteborgu. Jej rodzice pochodzili z Górnej Wolty, którą w 1984 roku przemianowano na Burkina Faso. Kraj pozostał jednak taki sam -
skrajnie ubogi, wietrzny, jak muzyka, której przed chwilą słuchała, kraj
sawann, które zmieniły się w pustynię, i wody, której nie było. Burkina
Faso przecinają trzy duże rzeki płynące na południe: Mouhun, Nazinon i Nakambe. Dawniej nazywano je inaczej - Czarną, Czerwoną i Białą Woltą -
ale wody było w nich nadal tyle samo. Podczas suszy owiewane północnym
wiatrem, harmattanem, sawanny zmieniały się w pustynie. Rzeki wyschły.
To od nich pochodziła dawna nazwa kraju. Kiedyś Anecie wydawało się, że
nazwa "odkurzacz" też pochodzi stamtąd. Zapytała o to nawet tatę.
Ten kraj nie miał szczęścia.
Sucha Wolta. Biedna Wolta. Chora Wolta. Wolta Pełna Przemocy.
Niebezpieczna Wolta.
Jej rodzice przyjechali do Szwecji w latach sześćdziesiątych, kilka lat
po tym, jak ich kraj odzyskał niepodległość. Uciekali przed
prześladowaniami.
Jej tata siedział jakiś czas w więzieniu.
Równie dobrze mógł zostać skazany na śmierć. Równie dobrze. Czasami było
to tylko kwestią szczęścia. Rodzice wywodzili się z ludu Mossi, który
stanowił większość. Ale nikogo to nie obchodziło. Pierwszemu
prezydentowi kraju, Maurice'owi Yaméogo, przywódcy Union Démocratique
Voltaique, coraz dalej było do démocratique, a coraz bliżej do rządów
autorytarnych. Zdelegalizował partie opozycyjne, a potem, w roku 1966,
sam został obalony, kiedy wojsko dokonało puczu.
I tak dalej, i tak dalej. Ponura spirala się rozwijała. Katastrofalna
susza, katastrofalna polityka. Klęska głodu, wymarłe bydło.
Demonstracje, strajki. Pucze. Egzekucje, coraz więcej egzekucji.
Niegdysiejsza kolonia francuska po dawnych czasach odziedziczyła grozę i mordy. Dokonywano ich na Francuzach już od końca dziewiętnastego wieku.
I choć Francuzów już tam nie było, pozostał po nich język. Afrykańczycy,
z których ust płynęła francuska mowa, uznana za język oficjalny.
Aneta nauczyła się francuskiego jako dziecko, tu, w Göteborgu. Była
jedynaczką. Kiedy już dorosła i od dawna pracowała jako policjantka, jej
rodzice zdecydowali się wrócić do Wagadugu, stolicy Burkina Faso.
Dla Anety było oczywiste, że zostanie w kraju, w którym się urodziła,
ale rozumiała, dlaczego rodzice chcieli wrócić tam, skąd pochodzili,
zanim będzie za późno.
Właściwie już było prawie za późno. Mama zmarła po dwóch miesiącach.
Pochowano ją w wypalonej czerwonej ziemi na północnych obrzeżach miasta.
Podczas pogrzebu Aneta widziała napierającą ze wszystkich stron
pustynię. Rozciągała się na milionach metrów kwadratowych. Pomyślała
wtedy, że w tym pustynnym kraju żyje dwanaście milionów ludzi, niewiele
więcej niż w pustynnej, choć inaczej, Szwecji. Tutaj ludzie są czarni,
niewiarygodnie czarni. A ubrania mają białe, niewiarygodnie białe.
Jej tata bardzo długo się zastanawiał, czy to nie ich powrót przyczynił
się, choćby pośrednio, do śmierci jej mamy.
Aneta została z nim w Wagadugu tak długo, jak chciał. Z szeroko
otwartymi ze zdumienia oczami chodziła po ulicach, na których mogła
przecież spędzić całe życie, a na które wracała jako obca. Wagadugu
miało mniej więcej tylu mieszkańców co Göteborg.
Wyglądała jak wszyscy. Była niewiarygodnie czarna i nosiła
niewiarygodnie białe ubrania. Potrafiła się porozumieć po francusku,
przynajmniej z tymi, którzy skończyli szkołę. Z innymi mogła się jako
tako dogadać w moré. I czasem to robiła.
Nie zwracając niczyjej uwagi, mogła tak iść i iść, aż do przedmieść, aż
do pustyni, która atakowała miasto wiatrem, harmattanem. Czuła go,
siedząc w domu taty. W okrągłej chacie, która w promieniach słońca
wyglądała na białą, niewiarygodnie białą. Słońce i niebo też były białe.
Usłyszała wiatr, szwedzki wiatr. Brzmiał bardziej krągle, miękko,
chłodniej. Ale na dworze nie było zimno. Było babie lato. Właśnie.
Podeszła do regału stojącego przy ścianie w głębi pokoju i sięgnęła po
leksykon. Nazwa babie lato nawiązuje do późnej kobiecej miłości.
Zadowolona odłożyła opasły tom na półkę. Poszła do łazienki, rozebrała
się i odkręciła ciepłą wodę. Powoli ułożyła się w wannie. W domu było
bardzo cicho. W pokoju zadzwonił telefon, włączyła się automatyczna
sekretarka. Nie słyszała głosu, tylko przyjemny dla ucha pomruk.
Zamknęła oczy i poczuła, że jej ciało unosi się w gorącej wodzie.
Myślała o ciepłym wietrze i o luksusie, jakim jest pełna wody wanna.
Mimo woli właśnie to przyszło jej do głowy. Spróbowała odegnać myśl o wodzie i luksusie.
Na kilka sekund zobaczyła twarz kobiety. I drzwi. Najpierw się
otworzyły, potem zamknęły. Światło zmierzchu. Połyskujące w nim oczy. Po
chwili zniknęły. Oczy pełne strachu.
Wciąż zaciskała powieki. Teraz widziała wodę, jakby płynęła pod
powierzchnią, unoszona przez prąd, przez morski wiatr.
Rozdział 3
3
WINTER JECHAŁ ROWEREM NA ZACHÓD, przez Vasagatan. Już tysięczny raz,
może więcej niż tysięczny. Powinien naoliwić łańcuch i dopompować
przednie koło.
Kawiarnie przy bulwarze były otwarte. Kiedyś gdzieś przeczytał, że na
tej ulicy jest najwięcej kawiarń w Szwecji. Prawdopodobnie również w całej Europie Północnej. Często się używa tego określenia. Czasami, na
przykład teraz, się nad tym zastanawiał. Gdzie przebiega granica Europy
Północnej? Na wysokości Münster? Antwerpii? Warszawy? Rozbawiły go te
rozważania. Może na wysokości Göteborga.
Tak czy inaczej, kawiarni było tu sporo. W ogródkach siedziały setki
ludzi.
W zeszłym roku rozegrała się tu wojna, właśnie tu, na tym spokojnym
bulwarze, którym teraz jechał.
Ktoś postrzelił młodego mężczyznę w plecy, niemal śmiertelnie. Nie
wiadomo było, czy wcześniej próbował uderzyć rannego policjanta
kamieniem wyrwanym z bruku w głowę, czy nie. Poprzedniego wieczoru
bojowo usposobieni demonstranci starli się z bojowo usposobionymi
policjantami. Stał wtedy na balkonie i obserwował. Kręciło mu się w głowie, miał mdłości. Vasaplatsen zmieniło się w oblężoną twierdzę.
Najcięższa bitwa w Europie Północnej.
W tamten czarny weekend w Göteborgu byli przedstawiciele UE. Przyjechali
na szczyt. Cała Europa przysłała swoich reprezentantów. Był też
prezydent USA.
Byli też tacy, którzy nie chcieli żadnej reprezentacji.
Wszyscy byli ofiarami, każdy na swój sposób. Młodzi demonstranci, ci,
którzy rzucali kamieniami i walczyli. Ci, którzy stali obok. Ci, którzy
chcieli tylko porozmawiać, może przemaszerować po swoje prawa.
Policjanci, ci miękcy i ci twardzi, ci wystraszeni i ci szaleni,
chorobliwi fani siłowni, faszyści, socjaliści, umiarkowani. Pacyfiści.
Komandosi. Też byli ofiarami. Niektórzy z nich płakali w głębi duszy jak
dzieci.
Policja nie potrafiła im zapewnić pomocy psychologicznej.
Hanne Östergaard pracowała po godzinach, bezustannie. Była pastorem,
pracowała dla policji na pół etatu. Ale taki wymiar godzin to już
przeżytek. W dzisiejszym świecie sumienia i targane rozterkami dusze
policjantów potrzebują więcej niż półetatowej pomocy.
Najgorsze było całe to planowanie przed szczytem. Albo raczej jego brak.
Nie, do cholery, nie chciał teraz o tym myśleć. Nikt nie chciał już o tym myśleć ani tym bardziej rozmawiać.
Tydzień później Halders omal nie dał w szczękę policjantowi z oddziału
prewencyjnego. Własnemu koledze po fachu. Zaskoczył tym wszystkich, ale
nie jego. W głębi duszy Halders od zawsze był socjalistą. Gdybym tam
wtedy był, tobym, kurwa, maszerował razem z tymi dzieciakami,
powiedział. I dostałbyś kulkę w głowę, odpowiedział mu Bergenhem. Tobym
dostał, powiedział Halders. Przecież wiadomo, że sami dla siebie możemy
stanowić zagrożenie. Sytuacja była trudna, stwierdził Ringmar. A dlaczego? - zapytał Halders. W którym momencie zrobiła się trudna? Kiedy
nasi szturmowali szkołę Hvitfeldtska i kazali czternastolatkom leżeć
nago na kamiennej podłodze? Gdzie to było? W Buenos Aires? W Santiago? W Montevideo? Nie, w Göte-kurwa-borgu! Szturmowali, bo byli do tego
zmuszeni, wtrąciła Aneta. Niewielu z nich tego chciało. No to dlaczego
to, kurwa, zrobili?, zapytał Halders. Tylko po to, żeby zaprowadzić
porządek? Wysoki sądzie, musiałem zaprowadzić porządek. Czy to nie brzmi
znajomo? Halders rozejrzał się po pokoju. Nie wszyscy zaprowadzają
porządek, odpowiedziała Aneta. Podczas demonstracji na Järntorget
wycofali oddziały prewencyjne.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Za oknami panowało cudowne lato. Winter
marzył o wyprawie nad morze. Beznadzieja, do kurwy nędzy - tak
podsumował straszne wydarzenia minionego tygodnia. A potem prawie
wszyscy porozjeżdżali się na urlopy, w stronę morza i nieba.
Winter jechał przez Heden, przez boiska. Myślał o morzu i o niebie
rozpiętym niczym żagiel nad zatoką, nad którą być może się przeprowadzi.
Nad którą zacznie nowe, inne życie. Tak. Może to już najwyższa pora.
Nowy rozdział w życiu.
Rozmawiali o tym w samochodzie. Elsa spała na tylnym siedzeniu. Słońce
było już w drodze do innych miejsc. Angela przez chwilę prowadziła jedną
ręką, drugą obejmowała go za szyję.
- Czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne? - zapytał.
- Mnie nie pytaj. To ty jesteś policjantem.
- Czy to dobra decyzja?
Zrozumiała, o co mu chodzi.
- Nie podjęliśmy jeszcze żadnych kroków - odpowiedziała.
- To tylko działka.
- Tak, nie ma się czym przejmować.
- Mamy przecież ładne mieszkanie.
- Nad zatoką też jest ładnie.
- No tak - przyznał. - Jest ładnie.
- Jest cudownie.
Komenda przyjęła go z otwartymi ramionami. Fasada budynku wyglądała
zachęcająco, jak zawsze. Przy wejściu unosił się ten sam zapach co
zwykle. To, ile razy go przebudują, nie ma większego znaczenia, pomyślał
i skinął głową recepcjonistce. Ona także kiwnęła głową. Do niego, ale
również do kogoś, kto stał za nim. Otworzyła okienko.
- Ktoś na pana czeka - powiedziała, wskazując na kogoś.
Winter się odwrócił i zobaczył kobietę. Siedziała na obitej sztuczną
skórą sofie. Kiedy zaczęła się podnosić, dostrzegł jej profil odbity w szklanej gablocie. Dowództwo komendy kazało w niej umieścić policyjne
czapki i kaski z całego świata. Na znak przekraczającej granice państw
przyjaźni między policjantami. Było tam też kilka pałek. Zapewne miały
umocnić tę przyjaźń. Dokładnie tak kiedyś powiedział. Wtedy, gdy wkrótce
po tym, jak gablota tu stanęła, mijał ją z Ringmarem. Ringmar
stwierdził, że według niego najfajniejszy jest hełm tropikalny z Włoch.
Założę się, że z Abisynii, odparł Winter. Ten daszek idealnie osłaniał
ich przed słońcem, kiedy wyrzynali tamtejszą ludność.
Kobieta była w jego wieku. Jej włosy, mimo że ciemne, połyskiwały jasno.
Może zjaśniały od słońca. Miała szeroką twarz i duże oczy. Odniósł
wrażenie, że już kiedyś je widział, ale musiało to być dawno. Była
ubrana w dżinsy, sportowy sweter, który wyglądał na drogi, i krótki
żakiet. Wreszcie ją rozpoznał.
Wyciągnął dłoń.
- Chyba się już kiedyś spotkaliśmy - powiedział.
Odwzajemniła uścisk. Dłoń miała suchą i ciepłą. Popatrzyła mu prosto w oczy. Pamiętał to spojrzenie.
- Johanna Osvald. Z Donsö.
- No tak.
Usiedli w jego pokoju. Wciąż pachniało latem - zamkniętym pokojem i suchym powietrzem. Na biurku leżały papiery sprzed wakacji. Nad nimi też
unosił się zapach, zapach śmierci.
Odkąd się stało... to, nie miał ochoty przeglądać tej przeklętej sterty.
Chciał zapomnieć, ale nie potrafił. Wiedział, że musi się uczyć na
błędach, na własnych błędach, ale to było bolesne doświadczenie,
boleśniejsze niż wszystkie inne.
Będzie musiał poprosić Möllerströma, żeby zabrał te papiery do piwnicy.
Popatrzył na Johannę Osvald. Kiedy szli do jego biura, nie odezwała się
ani słowem, jakby chciała z tym zaczekać, aż zostaną sami.
Musiało upłynąć ze dwadzieścia lat.
Zdawał sobie sprawę, że nic o niej nie wie. Nic poza tym, że ma znamię w lewej pachwinie. A może w prawej. I że raz ugryzła go w wargę. I że
czuł, że świat wiruje, kiedy siadała na nim i poruszała się coraz
szybciej, aż wreszcie w tym samym momencie co on eksplodowała. A potem,
w kulminacyjnej chwili, zrzucił ją z siebie.
Świat wciąż wirował. Ona się śmiała. A później nurkowali w morzu, jak
zawsze. Potem odpłynął łódką na wyspę, na której mieszkał. Spędzili ze
sobą lato. Nawet niecałe. Miesiąc. Niewiele zdążył się o niej
dowiedzieć. Cały ten romans był swoistą tajemnicą. Czasami miał
wrażenie, że to był tylko sen.
To w pewnym sensie kwintesencja młodości, pomyślał.
Wyśnione tajemnice. A jednak to nie był tylko sen. Przecież siedzi teraz
w jego biurze. Od tamtego lata nie widział jej ani razu. To też
tajemnica. I wtedy zaczęła mówić.
- Pamiętasz mnie, Eriku?
- Tak, kiedy tylko się przedstawiłaś, od razu sobie przypomniałem.
Widział, że chciała jeszcze coś dodać, ale zamilkła. Zaczęła od nowa.
- Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o moim dziadku?
- Tak...
Tak. Pamiętam historię jej dziadka. Pamiętam nawet, jak się nazywał.
- John - powiedział. - John Osvald.
- Rzeczywiście pamiętasz.
- Ty się nazywasz całkiem podobnie.
Nie rozbawiło jej to. Nigdy się nie uśmiechała. To również sobie
przypomniał. Ten wyraz twarzy.
- A pamiętasz, że zaginął podczas wojny?
- Tak.
- Naprawdę pamiętasz czy tylko tak mówisz?
- Naprawdę. Podczas wojny twój dziadek musiał się ukryć w jakimś porcie
w Anglii. Opowiadałaś mi o tym. I o tym, że potem zaginął na morzu.
Wracając z tego połowu... z Anglii.
- Ze Szkocji. To była Szkocja. Najpierw musieli się schronić w Aberdeen.
- Aha.
- Mój tata nie miał nawet roku, kiedy dziadek wypłynął po raz ostatni. W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku.
Winter się nie odzywał. To też sobie przypomniał. I jej łzę. Spadła mu
na ramię, paliła go w skórę. Czy tak właśnie było? Tak. Czuł, jak
płakała. Opowiadała mu to dawno temu, ale i teraz ten temat wywoływał
łzy. Może to były przede wszystkim łzy jej taty. Rozumiał to, ale chyba
nie do końca, przynajmniej nie wtedy. Gdyby usłyszał to teraz, byłoby
inaczej. Teraz był już kimś innym.
- A brat mojego taty jeszcze się nie urodził. Przyszedł na świat dopiero
trzy miesiące po ostatniej wyprawie dziadka.
Brat. O tym zapomniał. Nie było wtedy mowy o bracie.
- Zmarł na krzywicę, kiedy miał cztery lata - dodała Johanna. - Mówię o wujku.
Nagle otworzyła mały plecak i wyciągnęła list. Trzymała go w podniesionej dłoni, jakby na coś czekała. Z dystansem, jakby nie chciała
z nim mieć nic wspólnego. Winter widział to już wiele razy. Listy, które
zjawiały się niczym obce ptaki, czarne ptaki. Listy z wieściami, na
które nikt nie czekał. Czasami adresaci pojawiali się u niego wraz z nimi. Ale kto powiedział, że on je chętnie przyjmie?
- Co to jest? - zapytał.
- List.
- Widzę - odpowiedział z uśmiechem. Johanna chyba go odwzajemniła. A może to tylko gra światła. Przeskakiwało po pokoju to tu, to tam. Babie
lato właśnie zaczynało się niepokoić o swoją przyszłość.
- Wtedy przyszedł stamtąd list - wyjaśniła. - Ten list.
- Stamtąd? Ze Szkocji?
Przytaknęła, pochyliła się do przodu i położyła przed nim kopertę.
- Ze stemplem pocztowym z Inverness.
- Aha.
- Na odwrocie nie ma nadawcy.
- A list jest podpisany?
- Nie. Otwórz, to zobaczysz.
- Ale chyba nie ma w nim białego proszku, co?
Chyba nieznacznie się uśmiechnęła.
Wyciągnął list z koperty. Cienki tani papier w linie. Wyglądał, jakby go
wyrwano ze zwykłego notatnika. Dwie linijki tekstu, drukowanymi literami
po angielsku.
THINGS ARE NOT WHAT THEY LOOK LIKE.
JOHN OSVALD IS NOT WHAT HE SEEMS TO BE.
Winter spojrzał na kopertę. Znaczek z brytyjskim monarchą. Stempel i adres:
OSWALD FAMILY
GOTHENBURGH ARCHIPELAGO
SWEDEN
*
- Doszedł do was - powiedział. - Przebył całą drogę, aż na szkiery.
- Widocznie na poczcie trafił na rozgarniętych urzędników.
- Nazwisko jest źle zapisane.
- Zangielszczone.
Winter przeczytał jeszcze raz: Sprawy mają się inaczej, niż się wydaje.
Racja, sam doskonale o tym wiedział. Brzmiało to niemal jak podsumowanie
jego zdania na temat pracy śledczego. John Oswald nie jest tym, kim się
wydaje. Kim się wydaje. Wydaje się, że już nie żyje. Więc nie zginął?
- Nigdy oficjalnie nie potwierdziliśmy zgonu - powiedziała Johanna,
zanim zdążył zapytać. - Przynajmniej nikt z rodziny tego nie zrobił.
- Ale urzędowo go potwierdzono?
- Tak.
- Ale myślicie...
- A co mamy myśleć? - przerwała mu. - Mamy nadzieję, zawsze mieliśmy...
ale łódź zatonęła gdzieś na Morzu Północnym. Z tego, co wiem, nikogo nie
odnaleziono.
- Z tego, co wiesz?
- Przecież była wojna. Nie mogli przeprowadzić poszukiwań w normalnych,
bezpiecznych warunkach, że tak powiem. Ale nie... ani babcia, ani tata
nigdy nie dostali wiadomości, że dziadek żyje. Ani że odnaleziono kogoś
z pozostałych członków załogi.
- Kiedy to się stało?
- Ten wypadek?
- Tak.
- Niedługo po tym... po tym, jak musieli szukać schronienia. Po tym, jak
mimo min przedostali się jakoś na wybrzeże Szkocji. Przecież wojna już
się zaczęła. Łódź zaginęła w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku.
Wiosną.
- Ile lat miał wtedy twój dziadek?
- Dwadzieścia jeden.
- Dwadzieścia jeden? I już miał dwuletniego syna?
- W tej rodzinie wszyscy wcześnie biorą śluby i wcześnie rodzą im się
dzieci. Mój tata miał dwadzieścia dwa lata, kiedy się urodziłam.
Winter policzył w myślach.
- Jesteś z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku?
- Tak.
- Ja też.
- Wiem. Rozmawialiśmy wtedy o tym. Nie pamiętasz?
- Nie.
Zamilkła.
- To ja przerwałam ten łańcuch - powiedziała po chwili.
- Proszę?
- Ślub i dzieci w młodym wieku. Przerwałam to.
- Nie wiedziałem.
- Nie wyszłam za mąż i nie urodziłam dzieci.
Winter zauważył, że użyła czasu przeszłego. Ale wyglądała na mniej niż
czterdzieści dwa lata. W dzisiejszych czasach nawet starsze kobiety
rodzą dzieci. Nie mam pojęcia, jak teraz żyje.
- A jak się miewa twoja... mama?
- Nie żyje. Umarła trzy lata temu.
- Przykro mi.
- Mnie też.
Uciekła wzrokiem w stronę okna. Rozpoznał to spojrzenie. Z profilu
wyglądała jak tamta młoda dziewczyna siedząca w słońcu, na kamieniach.
- Kiedy dostaliście ten list? - zapytał, podnosząc kopertę. Pomyślał, że
właśnie zostawił na niej odciski palców. Dodał je do setek innych
odcisków pochodzących z obu stron Morza Północnego.
- Dwa tygodnie temu.
- Czemu przyszłaś z tym do mnie?
I czego właściwie ode mnie oczekujesz, dodał w myślach.
- Mój tata pojechał tam dziesięć dni temu. A może dziewięć. Do
Inverness.
- Po co?
- Po co? Tak trudno się domyślić? Był zdenerwowany. To oczywiste. Chciał
się dowiedzieć. - Popatrzyła na niego. - Wziął ze sobą kopię listu i koperty.
I co chciał tam znaleźć?, pomyślał Winter. Nadawcę?
- To nie pierwszy raz - dodała Johanna. - On... my... próbowaliśmy przecież
szukać, ale donikąd nas to nie zaprowadziło.
- Ale jak mógłby znaleźć jakikolwiek nowy ślad tylko na podstawie tego?
Nie odpowiedziała, nie od razu. Widział, że waży słowa. Był
przyzwyczajony do takiego widoku. Czasami wręcz widział słowa, które
ktoś miał wypowiedzieć, ale nie teraz. Johanna spoglądała to na niego,
to w okno.
- Myślę, że... że dostał kolejną wiadomość - powiedziała, nie patrząc na
niego. - Może ktoś do niego zadzwonił.
- Tak powiedział?
- Nie, tak mi się wydaje. - Spojrzała na list. Winter odłożył go już na
biurko. - Chodziło o coś więcej niż te dwa zdania.
- Dlaczego tak ci się wydaje?
- To przez tę jego decyzję. Kiedy dostaliśmy list, nie zareagował jakoś
szczególnie. To znaczy zdenerwował się, naturalnie, ale nic ponadto.
Wszyscy się zdenerwowaliśmy. A potem... nagle... stwierdził, że jedzie.
Natychmiast. I pojechał.
- I to było dziesięć dni temu?
- Tak.
- I udało mu się coś znaleźć?
Johanna Osvald spojrzała na niego.
- Odezwał się do mnie trzy razy. Ostatnio przed czterema dniami.
- Tak?
- Mówił, że ma się z kimś spotkać.
- Z kim?
- Nie powiedział. Ale miał się odezwać po spotkaniu. Jak tylko się dowie
czegoś więcej. - Johanna pochyliła się do przodu. - W jego głosie
słychać było... prawie podniecenie.
- I jak poszło?
- Mówiłam przecież, że wtedy rozmawiałam z nim po raz ostatni. Potem już
się nie odezwał. - Winter zauważył w jej oczach strach. - Od tamtej pory
nie dał znaku życia. Dlatego przyszłam.
Rozdział 4
4
ANETA KOLEJNY RAZ WYBRAŁA SIĘ do Kortedala. Dzień był deszczowy, nagle
zrobiło się zimniej niż wczesną wiosną. Może nadeszła już jesień.
Zwaliste domy przy Befälsgatan i Beväringsgatan zdawały się maszerować
czy też unosić w dal we mgle. Wyglądają jak kamienny okręt wojenny,
pomyślała. To jak żywy obraz, jak film.
Nagle przyszła jej na myśl piosenka Pink Floyd Another Brick in the
Wall. Mury otaczały mieszkających tu ludzi, spychały ich w mgłę.
We don't need no education.
Ale tego akurat potrzebuje każdy. Wykształcenia. Języka. Umiejętności
komunikowania się, pomyślała.
Zaparkowała w jednej z uliczek noszącej nazwę miesiąca, może wiosennego,
może jesiennego. Nigdzie nie było widać tabliczki. Podeszła do muru, za
nim mieszkała Anette Lindsten. To nazwisko zdawało się w jakiś sposób
pasować do otoczenia. Lindsten5. Prawdziwie szwedzkie
nazwisko, złożone z wyrazów nawiązujących do przyrody. Większość
szwedzkich nazwisk tak wygląda, pomyślała. Wszystko nawiązuje do
przyrody. Z jednej strony coś miękkiego i lekkiego, z drugiej - coś
twardego i ciężkiego. Złączone w jedno nazwisko. Jak te kołyszące się
domy. Kamienie na wietrze.
Przypomniały jej się oczy wyglądające zza uchylonych drzwi. One też
wyglądały, jakby były z kamienia. Czy Anette Lindsten rozmawiała ze
swoim mężem? Czy porozmawiali ze sobą? Czy to w ogóle było możliwe? Czy
on potrafi rozmawiać? Czy potrafi używać języka? Aneta Djanali wiedziała
jedno: ci, którzy nie potrafią wyrazić, co myślą i co czują, często
uciekają się do przemocy. Ciosy zastępują im słowa. W tym sensie przemoc
jest najbardziej uzewnętrznioną, ekstremalną i najstraszniejszą formą
komunikacji.
Czy mąż Anette ją bił? Czy kiedykolwiek jej groził? I kim on właściwie
jest? Kim jest ona?
Weszła do budynku. Drzwi były otwarte. Przed domem stał samochód
dostawczy, piętrzyło się na nim coś przypominającego orkiestrę. Aneta
dostrzegła kant sofy, dwa krzesła, biurko i papierową torbę wyładowaną
roślinami. Ktoś się wprowadza albo wyprowadza, pomyślała.
Jakiś mężczyzna około sześćdziesiątki wysiadł z windy. Niósł jakąś
paczkę, załadował ją na ciężarówkę. Więc ktoś się wyprowadza.
Mężczyzna wrócił i wszedł do windy. Aneta już w niej stała, przytrzymała
mu drzwi.
- Ja na piąte - powiedział.
- Ja też. - Aneta wcisnęła guzik.
Na piątym piętrze znajdowały się trzy mieszkania. Kiedy wysiedli z windy, Aneta stwierdziła, że drzwi Anette Lindsten są otwarte na oścież.
Zupełnie inaczej niż ostatnio.
Aneta zrozumiała, że Anette się stąd wynosi. Zobaczyła kartony w przedpokoju, ubrania na wieszakach i krzesła. Kilka zwiniętych dywanów.
Słyszała również cichą muzykę z radia. Ktoś nastawił je na lokalną
stację komercyjną. Britney Spears. Wszędzie leci Britney Spears.
Doszła do drzwi i zawahała się. Nie wiedziała, czy ma zadzwonić, czy
zawołać. Mężczyzna wszedł już do przedpokoju. Odwrócił się. Aneta
dojrzała teraz kuchnię. Wszystko już z niej wyniesiono. W mieszkaniu nie
było nikogo więcej.
- Tak? Mogę pani w czymś pomóc? - zapytał mężczyzna.
Nie był niemiły, ale wyglądał na zmęczonego. Choć to zmęczenie chyba nie
było skutkiem dźwigania paczek. Był już całkiem siwy. Na plecach miał
plamę potu, układała się na koszuli w niewyraźne V.
- Szukam Anette Lindsten - odpowiedziała.
W tym momencie z drugiego pokoju wyszedł inny, młodszy mężczyzna. W ręku
miał czarny plastikowy worek wypchany pościelą.
- Co to jest? - zapytał, zanim ten starszy zdążył odpowiedzieć Anecie.
Młodszy mógł być w jej wieku. Nie wyglądał miło. Wzdrygnął się, kiedy ją
zobaczył.
- Pani szuka Anette - powiedział starszy. - Anette Lindsten.
Później Aneta przypomniała sobie, że zastanowiło ją, dlaczego wymienił
nazwisko.
- Kim pani jest? - zwrócił się do niej młodszy.
Aneta się przedstawiła i pokazała odznakę. Zapytała, kim są.
- To ojciec Anette, ja jestem jej bratem. O co chodzi?
- Chciałam z nią porozmawiać o...
- Tak, wiemy, o co chodzi, ale to już koniec, więc nie musi już pani z nią o tym rozmawiać - odpowiedział.
- Jeszcze nigdy z nią nie rozmawiałam.
- W takim razie nie ma już takiej potrzeby. Jasne?
Ojciec Anette odchrząknął.
- O co chodzi? - Syn spojrzał na niego.
- Peter, nie musisz chyba tak podnosić głosu - powiedział i odwrócił się
do Anety. - Lindsten. Jestem ojcem Anette. - Wciąż stojąc w głębi
przedpokoju, skinął głową. - A to mój syn, Peter. - Wskazał na niego. -
Właśnie zabieramy rzeczy Anette. - Spojrzał na nią wzrokiem pozbawionym
wyrazu. - Anette się stąd wyprowadza.
- Dokąd? - zapytała Aneta.
- A co to za różnica? - odparł Peter Lindsten. - Chyba lepiej, żeby
wiedziało o tym jak najmniej osób, nie? To raczej średni pomysł, żeby
wszystkie cholerne władze zaczęły się tam teraz zwalać.
- A wcześniej się zwalały? - zapytała Aneta.
- Nie.
Jego odpowiedź nie była logiczna, ale Aneta już się do takich
przyzwyczaiła.
- Ale pewnie za... - zaczął mówić, przerwał mu jednak ojciec:
- Chyba możemy zrobić kawę i porozmawiać o tym na spokojnie. - Spojrzał
na Anetę. Prawdziwy ojciec, taki, który zawsze nad wszystkim sprawuje
pieczę. Dokładnie w tym momencie, w tej sekundzie przed oczami stanęła
jej pochylona sylwetka jej ojca, ukryta w ciemnym wnętrzu białej chaty
na afrykańskiej, pustynnej sawannie. Mrok w środku, światło na zewnątrz,
czarno-biały świat.
On też chciał nadal sprawować nad nią pieczę. To przez nią już nie byli
sobie tak bliscy.
- Nie mamy czasu - wtrącił Peter.
- Odłóż te rzeczy i wstaw wodę na kawę - powiedział spokojnie ojciec.
Syn odstawił worek. Do tej pory nie wypuszczał go z rąk. Potem
posłusznie wykonał polecenie.
Winter przyniósł dwie filiżanki kawy. Jedną postawił przed Johanną
Osvald. Wyglądała na opanowaną, a jednocześnie sprawiała wrażenie, jakby
poczuła ulgę, jakby przychodząc tutaj, odniosła jakieś zwycięstwo.
- Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić.
- Wiesz, gdzie mieszka? Tam, w Szkocji.
- Wiem, gdzie mieszkał. Dzwoniłam tam i powiedzieli mi, że już się
wyniósł. Cztery dni temu. - Spojrzała na niego. Nie wypiła ani łyka
kawy. - To jakiś prywatny pensjonat. Nie pamiętam nazwy, ale mam ją
gdzieś zapisaną. - Zaczęła przeszukiwać plecak. - Gdzieś tu mam notes. -
Kolejny raz popatrzyła na Wintera.
- A gdzie jest ten pensjonat? - zapytał.
- W Inverness. Nie wspomniałam o tym?
Inverness, pomyślał. Most nad rzeką Ness.
- I potem już się do ciebie nie odzywał? Mówił ci, że się stamtąd
wyprowadza?
- Nie.
- To co mówił, kiedy dzwonił ostatnio?
- To, co powiedziałam. Że ma się z kimś spotkać.
- Z kim?
- Przecież nie powiedział.
- A pytałaś?
- Tak, oczywiście. Ale stwierdził, że... że musi tylko coś sprawdzić i że
potem się odezwie.
- A co chciał sprawdzić?
- Nie powiedział. I nie, nie pytałam. Ojciec taki jest. Nigdy nie mówi
za dużo, a już na pewno nie przez telefon.
- Ale to było coś związanego z zaginięciem? Chodziło o zaginięcie
twojego dziadka?
- Tak... tak przypuszczam. To chyba oczywiste? O co innego mogłoby
chodzić?
- Co jeszcze powiedział?
- Jak to?
- Chyba rozmawialiście też o innych rzeczach? Nie tylko o tym, że ma się
z kimś spotkać, zapewne w sprawie twojego dziadka.
- Raczej nie... zapytałam, co słychać tak w ogóle. Odpowiedział, że pada.
- Winter stwierdził, że kłamie. Kiepsko kłamie. - Ale w Szkocji to
przecież normalne.
- Dzwonił z komórki? Z hotelu? A może z kawiarni albo pubu?
- Właściwie to nie wiem. Wydawało mi się, że dzwoni z... - Wreszcie
znalazła notes. Otworzyła go. - Że dzwonił z tego pensjonatu. Nazywa się
Glen Islay Bed & Breakfast. - Popatrzyła na niego. - Ross Avenue,
Inverness. Ulica nazywa się Ross Avenue. Wydawało mi się, że właśnie
stamtąd dzwonił.
Glen Islay, pomyślał Winter. Jak marka whisky. Znam tę nazwę, ale to nie
whisky...
- Dlaczego ci się wydawało, że dzwonił właśnie stamtąd? - zapytał.
- Jak teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że mógł o tym wspomnieć. No i on nie ma komórki.
No proszę, więc są jeszcze tacy, którzy nie mają komórek, pomyślał
Winter. W kolejnym życiu też będę do nich należał.
- Chciałam mu dać swój telefon, ale się nie zgodził. Powiedział, że na
pewno nie będzie działać i że tylko będzie się przez to denerwował
podczas podróży.
- Właściwie miał rację - odparł Winter.
- Tak czy inaczej, później już się nie odezwał.
- Naprawdę minęło już dużo czasu?
- Co masz na myśli?
- Cztery dni. Dopiero po czterech dniach zaczęłaś się niepokoić. Może...
- O co ci chodzi? - przerwała mu. - Cały czas się niepokoiłam. Ale
mówiłam ci, że mój ojciec nie należy do tych, co dzwonią codziennie. W końcu do tego niepokoju doszedł kolejny, na tyle duży, że zadzwoniłam do
Glen Is... Glen Is... - Zacięła się i wybuchnęła płaczem.
Winter skamieniał. Jestem idiotą, pomyślał. I nie mogę się zająć tą
sprawą jak należy. Nagle poczuł, że jest w to zaangażowany osobiście.
Muszę znaleźć wyjście z tej sytuacji.
- Jak się nazywa twój tata? - zapytał łagodnie.
- Ax... Axel. Axel Osvald.
Podniósł się. Wziął obie filiżanki i odstawił je na bok, żeby przez
chwilę zająć się czymś innym i zacząć myśleć na nowo.
Wrócił na swoje miejsce i usiadł.
- A co ty o tym sądzisz? - zapytał. - Co według ciebie mogło się stać?
Jak myślisz?
- Myślę, że przytrafiło mu się coś złego.
- Dlaczego tak myślisz?
- Nie widzę żadnego innego wytłumaczenia. Tylko to wyjaśnia, dlaczego
się dotychczas nie odezwał.
Winter myślał. Jak śledczy. Po wszystkich tych rozważaniach i planach,
które mu towarzyszyły latem, czuł, że to spory wysiłek.
- Wynajął samochód? - zapytał.
- Nie wiem.
- Ale ma prawo jazdy?
- Tak.
- Czym się zajmuje?
- Jest... stolarzem.
- Zawahałaś się - zauważył Winter.
- Tak... Wcześniej był rybakiem, jak wszyscy w rodzinie. I jak niemal
wszyscy na naszej wyspie. Ale skończył z tym.
Winter nie chciał drążyć tego tematu. Pytał dalej.
- Może natrafił na coś... na kogoś, i może jest gdzieś poza Inverness i niedługo się odezwie.
- Och, ależ mi ulżyło, kiedy to powiedziałeś - powiedziała z nagłą
ironią.
- Czego w takim razie ode mnie oczekujesz?
- Sama nie wiem. Przepraszam. Myślałam, że ty mi powiesz.
- Można zacząć go szukać przez Interpol. Jeśli chcesz, mogę ci pomóc.
- Interpol... to chyba bardzo formalna ścieżka. Czy to w ogóle coś da? Nie
możesz zrobić nic więcej?
- Johanna, posłuchaj. Nie minęło jeszcze za dużo czasu. I nic nie
wskazuje na to, żeby twój ojciec był w niebezpieczeństwie. Może...
- To jak wyjaśnisz ten list? - zapytała, wskazując ruchem głowy na
kopertę. Wciąż leżała na biurku.
- Nie potrafię tego wyjaśnić.
- Myślisz, że napisał to jakiś wariat?
- A ty tak właśnie myślisz?
- Sama nie wiem, co o tym sądzić. Wiem tylko, że tata przejął się tym na
tyle, że pojechał do Szkocji. Albo dowiedział się czegoś więcej, jak już
mówiłam. I że to dziwne, że się do mnie nie odezwał.
Inverness. Winter wstał i podszedł do mapy Europy. Wisiała na ścianie
oddzielającej jego biuro od korytarza. Inverness, na północnym krańcu
szkockich Highlands. Był tam dwadzieścia lat temu. Jeden jedyny raz.
Przesiadał się tam podczas podróży z północy na południe. Pomyślał o kobiecie, która właśnie siedziała za jego plecami. To musiało być tego
samego lata...
Zaczął się nad tym zastanawiać. Wciąż studiował mapę. Tak, to mogło być
wtedy albo rok później. Było babie lato, wrzesień, jak teraz. Podróżował
wówczas, żeby znaleźć cel w życiu. Postanowił właśnie, że rzuci prawo.
Skończył kurs wstępny i stwierdził, że na więcej się nie pisze. To było,
zanim ostatecznie zdecydował, że zostanie policjantem, a co za tym
idzie, będzie chronił ludzi i wpajał im zasady moralne.
Pracował na poczcie. A potem dostał spadek po babci. Ten spadek sporo w jego życiu zmienił. Pożegnał się z listami i postanowił pojechać do
Wielkiej Brytanii, bo nigdy wcześniej tam nie był. To miała być
prawdziwa wyprawa. Dopłynął promem do Newcastle, a stamtąd pociągiem
pojechał do Thurso i Dunnet Head - najdalej wysuniętego na północ krańca
wyspy. Potem autobusami, pociągami i stopem dojechał na kraniec
południowy, do Lizard Point. Sam sobie wyznaczył taki cel i już wtedy
zrozumiał, że od tej pory tak będzie wyglądać jego życie: zmierzał do
celu, nie bardzo wiedząc, jak go osiągnąć. A przy tym ta niepewność była
metodyczna i zaplanowana.
Dopiero teraz pozwoliłem sobie zaufać własnej niepewności, pomyślał
nagle i kolejny raz spojrzał na mapę, na Inverness. Spędził tam jedną
noc w jakimś pensjonacie.
Coś stamtąd pamiętał. Zaczął myśleć o tamtym miejscu. Pamiętał je, bo
musiał dojść ze stacji tam, gdzie stały wszystkie pensjonaty. Droga
okazała się długa, tak to przynajmniej wspominał. Dłuższa, niż mu
powiedzieli w informacji turystycznej na stacji. Zadzwonili do
pensjonatu, którego nazwy nie pamiętał, i zarezerwowali mu pokój. A później ruszył w drogę. Szedł przez centrum, potem przez most, później
przez nowe centrum, które wyglądało, jakby je wzniosła inna cywilizacja,
a potem przez dzielnicę willową, w której domy z kamienia i granitu
ciągnęły się na prawo i na lewo, i na wprost, i na prawo, i na lewo, i na lewo, i na prawo. Trudno go nie zauważyć. Cóż, wtedy po raz pierwszy
zetknął się z Brytyjczykami. Nazwy ulicy, przy której miał stać jego
pensjonat, wypatrywał tak długo, że wryła mu się głęboko w pamięć.
Pamiętał ją również dlatego, że szukał wtedy alei, ale nigdzie jej nie
widział, a już na pewno nie na miejscu: Ross Avenue. Uliczka jak
wszystkie inne.
Odwrócił się do Johanny. Czuł, jak ogarnia go zdumienie.
- Nie mówiłaś przypadkiem, że ojciec zatrzymał się w pensjonacie przy
Ross Avenue?
- Tak.
Znów spojrzał na mapę.
- Byłem tam. Spałem w pensjonacie przy Ross Avenue. Spędziłem tam jedną
noc.
- Co za zbieg okoliczności. - Usłyszał za sobą.
Nie chciał jej mówić, że to było wtedy, po tamtych wakacjach. Spojrzał
na nią. Nagle przyszło mu do głowy coś nowego.
- Znam kogoś, kto pochodzi z okolic Inverness. W dodatku to policjant.
Ojciec Anette Lindsten nalał kawy i wręczył jej kubek. Jego syn stanął
na chwilę przy oknie, wyjrzał przez nie, a potem wyszedł i zabrał się do
znoszenia paczek.
Aneta przysiadła na krześle w pustej kuchni. Stół się chwiał, przechylał
się w stronę ściany.
- Dlaczego przyjechała pani właśnie teraz? - zapytał Lindsten.
- Byłam tu parę dni temu i... cóż... nie wyglądało to najlepiej.
- Co?
Aneta sączyła kawę. Była gorąca i mocna.
- Sytuacja.
- To sąsiedzi zadzwonili?
- Tak. I to nie było pierwsze zgłoszenie.
- Ale ostatnie - odparł Lindsten.
- Przynajmniej stąd - dodała Aneta, rozglądając się po kuchni. - Z tego
domu.
- Nie - stwierdził Lindsten z przekonaniem. - Nie będzie więcej
zgłoszeń. - Wypił łyk kawy, zdecydowanym ruchem. Zauważyła, że gorący
napój oparzył go w przełyk.
- Gdzie ona teraz jest? - zapytała Aneta.
- W bezpiecznym miejscu - odpowiedział po chwili.
- Mieszka u pana?
- Chwilowo - powiedział i spojrzał w drugą stronę.
- Wie pan, gdzie jest jej mąż?
- Nie.
- Sprawa jest naprawdę poważna. Także w szerszym wymiarze. Wiele kobiet
boi się swoich mężów. Albo byłych mężów. Starają się nie zwracać na
siebie uwagi. Muszą się ukrywać. Są i takie, które mają nadzieję, że coś
się zmieni. I nie odchodzą.
- W tym przypadku wszystko już się skończyło.
- A kto wynajmuje to mieszkanie? - zapytała Aneta.
- Umowa zawsze była podpisana na Anette. Do końca zostały jeszcze dwa
miesiące, ale, że tak powiem, bierzemy to na siebie. Mieszkanie będzie
stało puste.
- Rozmawiał pan z mężem? Z jej mężem?
- Z tym cholernym draniem? Dzwonił wczoraj. Powiedziałem, żeby się nam
więcej nie pokazywał na oczy.
- Myśli pan, że posłucha?
- Jeśli się u nas zjawi, boję się, że nie dam rady powstrzymać Petera.
Peter się na niego rzuci. A wtedy na serio będziemy mieć do czynienia z policją.
- Tak, to kiepskie rozwiązanie.
- To jego własne lekarstwo. Jego własne, gorzkie lekarstwo.
Jakieś pudło spadło w przedpokoju na podłogę. Potem usłyszeli, jak Peter
Lindsten klnie. Jego ojciec zrobił głową ruch w kierunku przedpokoju.
- Różnica będzie polegać na tym, że tym razem ten skurczybyk będzie
musiał się zmierzyć z kimś swojej postury.
Forsblad. Hans Forsblad. Tak się nazywał jej mąż. Aneta sprawdziła to w centrali, która przyjmowała zgłoszenia. Potwierdziła to u kolegów z Kortedala. Sprawa została już zgłoszona do jednostki zajmującej się
prawami kobiet.
Forsblad6, kolejne prawdziwie szwedzkie nazwisko, pomyślała
Aneta. Nawiązuje do przyrody i tak jak nazwisko jego żony łączy w sobie
siłę i coś niezmiernie lekkiego. Delikatnego. Które cechy z własnego
nazwiska przejawiało każde z nich? Czy powinno się to rozumieć
dosłownie?
- On nie ma kluczy od tego mieszkania? - zapytała.
- Zmieniliśmy zamki - odparł Lindsten.
- A gdzie są jego rzeczy?
- On wie, skąd może je odebrać.
Skądś, gdzie słońce nigdy nie dociera, pomyślała Aneta.
- Więc wyrzuciliście go na bruk.
Lindsten się zaśmiał, ale w jego śmiechu nie było radości.
- Od dawna nie spędził tu ani jednej nocy. Bywał tutaj, to prawda. Ale
tylko po to, żeby... żeby... - Nagle smutek wykrzywił mu twarz, oczy
napełniły się łzami. Szybko odwrócił się do okna, jakby się wstydził,
choć nie było czego.
- Nie miał zakazu odwiedzania pańskiej córki - powiedziała Aneta. -
Niestety.
- Jakby to miało coś zmienić - odpowiedział stłumionym głosem, ze
spuszczoną głową.
- Miałby zakaz, gdyby Anette złożyła na niego doniesienie. Ona albo ktoś
inny. Sama mogłabym na poczekaniu podjąć taką decyzję. Byłam gotowa
zrobić to teraz. Po to przyjechałam.
Lindsten podniósł wzrok. Oczy wciąż miał szkliste.
- Teraz to już nie ma znaczenia - odparł. - Nic z tego, co pani mówi,
nie ma znaczenia.
Zabrzmiało to tak, jakby nagle sam przestał wierzyć w to, co mówi. Znowu
coś spadło w przedpokoju i Aneta usłyszała kolejne przekleństwo. Czas
się zbierać, pomyślała. Muszą dokończyć tę przeprowadzkę, przenosiny,
które mają być początkiem nowego etapu. Aneta żywiła szczerą nadzieję,
że tak właśnie się stanie, że życie kobiety, której twarz widziała przez
zaledwie trzy sekundy, zacznie się na nowo.
- Znasz kogoś stamtąd? - zapytała Johanna. Wyglądała, jakby chciała się
zbierać do wyjścia. Winter wciąż stał przy mapie. - Kogoś z Inverness?
- Tak. Tak mi się wydaje.
- Twój kolega po fachu? Policjant?
- Tak. Mieszka w Londynie, ale jest Szkotem.
Winter myślał, szukał czegoś w pamięci. A było w niej mnóstwo
zakamarków. W końcu przed oczami stanął mu Londyn, komisarz w jego
wieku, mówiący ze szkockim akcentem, zdjęcie ładnej żony z dwójką
ładnych dzieci, bliźniaków, twarz komisarza, którą trudno nazwać ładną,
ale która mogła się wydawać atrakcyjna. Ta twarz skądś pochodziła. Z jakiejś wioski niedaleko Inverness. Tak mu mówił Steve. Winter spojrzał
na mapę, skala była beznadziejnie duża.
- Steve Macdonald - powiedział. - Steve stamtąd pochodzi.
- Myślisz, że mógłbyś go zapytać?
- Tak.
Tylko o co?, pomyślał.
- On chyba mógłby sprawdzić, czy tata wynajął samochód.
- To możemy sprawdzić sami. Nawet ty mogłabyś to zrobić.
- No... tak. Ale jeśli twój kolega pochodzi właśnie stamtąd, to może zna
kogoś, kto mógłby to... mógłby to w pewnym sensie zbadać. No nie wiem. -
Stanęła przy mapie, obok niego. Sprawiała wrażenie, jakby wcale nie
chciała na nią patrzeć, jakby nie chciała oglądać tego kraju, który
odegrał tak dużą, ale katastrofalną rolę w życiu jej rodziny. I niewykluczone, że będzie ją odgrywał nadal.
Czuł, że stoi blisko, słyszał jej oddech. Nagle pomyślał, że lata lecą.
Całkiem banalne, ale prawdziwe.
- Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, może Steve będzie wiedział,
kogo należy zapytać - powiedział, odwracając się w jej stronę.
W co ja się wplątuję? Normalnie taka rozmowa musiałaby się skończyć,
zanimby się zaczęła. A teraz mamy sprawę, i to na skalę międzynarodową.
Rozdział 5
5
PRZYSTANĄŁ NA NAJWYŻSZYM ZE WZNIESIEŃ. Widział stojący poniżej kościół.
Czasami się w nim modlił, kiedyś, przed laty, modlił się, żeby Jezus
ocalił jego duszę. Kościół był jedyną pozostałością naprawdę dawnych
czasów. Jedyną, która uchowała się w Newtown.
Kiedy Lord i Lady przenieśli miasteczko, kościół został na swoim
miejscu. Powstał w czternastym wieku. W czasach prehistorycznych,
poprzedzających czasy wielkich wypraw, czasy żaglowców. Wielkich odkryć.
Swoją drogą, co za brutalne posunięcie! Lord i Lady przenieśli
miasteczko. Nie chcieli, żeby leżało tuż przy ich zamku.
Nie chcieli, żeby przy ich siedzibie przebiegała kolej.
Widział stąd także ciągnące się w dole wiadukty. Pięły się w powietrzu,
jakby szukały oparcia. Musieli je zbudować właśnie tam, daleko od Lorda
i Lady. Nadludzki wyczyn, a jednak im się udało.
Nie było już Lorda ani Lady. Wiele się tu zmieniło, zniknęło. Morze się
ostało, ale i ono z roku na rok zdawało się chować coraz niżej. Podczas
odpływu trawlery cumowały dalej. Ich kadłuby wyglądały w świetle
zmierzchu niczym połyskujące szczęki albo ławica orek, które zaczęły
oblegać miasto, ale zatrzymał je odpływ.
Stał ponad portem. W powietrzu czuć było siarkę. W powietrzu, pomyślał:
to, co wydawało się ciałem stałym, uleciało z wiatrem.
Bolało go biodro. Z każdym dniem coraz bardziej. Nie powinien chodzić,
ale chodził. To w końcu jego ciało. To nic takiego. Wiedział, co tak
naprawdę ma znaczenie. Wiedział dobrze.
Kiedy przybył tu pierwszy raz, miasto było głównym portem dla wszystkich
statków rybackich pływających wzdłuż tej części wybrzeża, na południe od
zatoki Moray Firth.
Było większe niż Keith, Huntly czy nawet Buckie.
The Buckie boys are back in town, powtórzył w myślach.
Wtedy nie został tu długo. Wtedy nie wiedział jeszcze, kim jest i gdzie
jest. Tak było. Był jak ślepiec. Teraz już rozumiał, że kiedyś chodził,
przystawał i rozmawiał z innymi, ale nie był tego świadom.
Czasami krzyczał przez sen. Budził go własny krzyk. Gdy otwierał oczy,
okazywało się, że siedzi wyprostowany na łóżku w swoim lodowato zimnym
pokoju. Jego parujący oddech wyglądał jak biały stożek. Krzyk wydawał
się zamknięty w tym oddechu. To było przerażające uczucie, przerażające.
Gardło miał rozerwane, jakby podcięte nożem. Co takiego krzyczał? Kto go
słyszał? Wychodził na ulicę, ale w ciemnych oknach po drugiej stronie
nic się nie ruszało.
Nikt go nie słyszał.
Widział stąd światła w leżącym powyżej mieście. Zaledwie kilka jasnych
punktów.
Wtedy przez chwilę o niej pomyślał.
Widział budkę telefoniczną, świeciła pośrodku mgły. Telefon nigdy nie
dzwonił.
Miał ją poprosić.
Naprawdę miał.
Wcześniej spełniała jego życzenia.
Ale wtedy nie był już tego taki pewien.
Gdy się widzieli ostatni raz, spojrzała na niego tak jak nigdy
wcześniej.
Więc nie zapytał.
*
Zostawił za sobą port i przeszedł przez Seatown. Domy chyliły się ku
sobie, kuliły się pod wiaduktami. Szedł do swojego domu, przemierzał
ulice bez nazw. This is where the streets have no names, pomyślał.
Często myślał po angielsku, prawie zawsze.
Czasami wracały urywki dawnego języka, ale tylko wtedy, gdy był mocno
poruszony. Where the streets have no names. Jeszcze tylko w dwóch
miejscach jest podobnie - w niebie i w piekle.
Był w obu. A teraz przemieszczał się między nimi.
Domy miały numery, choć wyglądało na to, że nie w porządku rosnącym.
Siódemka przy dwudziestce piątce, szóstka przy trzydziestce jedynce. On
sam mieszkał w czarnym domu na południu. Pod numerem czternastym.
Oznaczało to, że był czternastym domem w Seatown. Tak właśnie numerowano
tu domy. Żaden inny dom nie był czarny.
Rozdział 6
6
FREDRIK HALDERS LEŻAŁ NA SOFIE ze stopami na oparciu. Nad sofą wisiała
niesamowita lampa. A może tylko z jego perspektywy wyglądała tak
dziwnie.
- Czy ja już widziałem tę lampę? - zapytał, wskazując palcem na sufit.
- Na to pytanie sam musisz sobie odpowiedzieć - odparła Aneta. Siedziała
na podłodze, pochylona nad zdjęciami.
Halders prychnął, tak przynajmniej wydało się Anecie.
Próbował odwrócić głowę, nie podnosząc się z sofy. To był błąd. Jego
szyja już nigdy nie będzie taka jak dawniej. Kiedyś, gdy zachował się
jak większy idiota niż zwykle, oberwał w kark. To mógł być jego ostatni
błąd. Mógł już nie odzyskać swojego byczego karku. Niewiele brakowało.
Każdy wie, co się dzieje z karkami w ostatniej fazie.
- To z Afryki? - zapytał.
- A jak myślisz? - odpowiedziała, nie odrywając wzroku od zdjęć.
Halders jeszcze raz badawczo przyjrzał się lampie od spodu. Miała
spiczasty dół, wyżej było coś szerszego i zielonego.
- Tak, to z Afryki - stwierdził.
- Świetnie, Fredriku.
Sam sobie zaczął bić brawo.
- Potrafisz zgadnąć, z jakiego kraju? - dobiegł go głos Anety. - I, żeby
było trudniej, musisz mi też powiedzieć, jak się nazywał ten kraj, zanim
zaczął się nazywać tak jak teraz.
- To dopiero podchwytliwe pytanie.
- Wiem.
Świetnie zdawała sobie sprawę, jakie to trudne. Przecież odkąd zaczęli
razem pracować, a potem również się spotykać, o jej ojczyźnie rozmawiali
zaledwie trzy razy na godzinę. Codziennie. No, powiedzmy, że rozmawiali.
To Fredrik bez przerwy gadał o jej egzotycznym pochodzeniu i o jej
cudownej ojczyźnie. Sprawiał wrażenie, jakby nie potrafił jej wskazać na
mapie, ale mimo to okazywało się, że całkiem nieźle orientuje się w temacie. Właściwie, chociaż zachowywał się gruboskórnie, orientował się
niemal we wszystkim.
- Dawna nazwa zaczynała się na G - podpowiedziała.
- G... G... G...
- Tak, początek się zgadza.
- Gujana - rzucił Fredrik.
- Gujana nie leży w Afryce.
- Cholera.
- Druga litera to ó. Mogę ci jeszcze podpowiedzieć, że składała się z dwóch wyrazów.
- Gó... Górne Soppero! - wykrzyknął w stronę sufitu.
- A gdzie to?
- W Afryce.
- Chyba nie w tej, z której pochodzę. Ale pierwsze słowo się zgadza.
- Dolne Soppero.
- Przecież miało się zaczynać na G.
- Kurde, no tak.
- Więcej nie mogę ci podpowiedzieć.
- Porozmawiajmy o czymś innym. Może wtedy sobie przypomnę - powiedział i uniósł się na łokciu. Łupnęło mu w karku. - Co to za zdjęcia?
- Z zeszłych wakacji.
- Jestem na nich? - zapytał.
Aneta podniosła jedno. Sama je wywołała i zrobiła odbitki. Ona i Fredrik
stali za jego dziećmi, Hannesem i Magdą. Hannes miał w ręku kabel od
samowyzwalacza. Wyglądał na skupionego, ale i zadowolonego. Wszyscy na
tym zdjęciu byli zadowoleni.
Wyglądali jak... rodzina.
- Gdzie je zrobiliśmy? - zapytał Halders z sofy.
- Zgadnij.
- No nie, znowu zaczynasz.
- Widzisz te fale za nami?
- Tak, tak. Ale nad którym to jest morzem?
- Nad Północnym oczywiście.
- Stare, dobre Morze Północne. Najlepsze fale.
- Nie wtedy - zauważyła. - Wtedy odwołano promy.
- Myślisz, że ktoś z Afryki odważyłby się wskoczyć do Morza Północnego
bez względu na porę roku? - zapytał.
- Bez komentarza.
- A słyszałaś o tym Afrykańczyku, który spędził w Szwecji rok na
wymianie studenckiej i kiedy wrócił do domu, koledzy zapytali go, jaka
była pogoda, a on powiedział, że ta zielona zima była w porządku, ale ta
biała do dupy?
- Nie, nie słyszałam. Możesz mi o tym opowiedzieć.
- G...
- Wciąż próbujesz sobie przypomnieć tę nazwę.
Spojrzała na zdjęcie, które trzymała w ręku. To był piękny dzień.
Wieczorem Fredrik puścił Lou Reeda. Jego muzyka brzmiała tak, jak
wyglądał Fredrik.
Rodzina idealna.
Nagle przyszła jej na myśl Anette Lindsten. Ukrywająca się w domu, w którym się wychowała, a może gdzie indziej.
Anette musiała mieć zdjęcie ze ślubu. Z tego najpiękniejszego dnia. Dwie
rozpromienione twarze. Anette Lindsten i Hans Forsblad, dzieci natury,
jak ich nazwiska.
Biorę sobie ciebie... i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską
oraz że cię nie opuszczę...
Że nie przestanę cię katować.
Póki nie wrócisz do natury, której jesteś dzieckiem.
- Czy kiedykolwiek miałeś ochotę uderzyć Margaretę? - zapytała.
Haldersowi opadła szczęka. Naprawdę opadła mu szczęka.
- Co to za pytanie, do cholery?
- Spokojnie. Wiesz, co wczoraj robiłam. Po prostu zastanawiam się, jak...
jak to możliwe. Jak mogą się dziać takie rzeczy.
- Na Boga, Aneta, to zabrzmiało jak parodia tego nieszczęsnego pytania:
czy przestałeś już bić żonę. Nie można odpowiedzieć ani tak, ani nie.
- Ale ja nie o to pytałam.
Halders nie odpowiedział. Spojrzała na niego. Był człowiekiem
agresywnym, zawsze uważała go za... ostrego faceta, ale to się odnosiło
tylko do tego, co mówił. Rozrabiam słowami, jak sam zwykł mawiać. Robił
to niemal bez przerwy. Był sfrustrowany, ale nie on jeden. Potrafił
kontrolować złość. Całe życie był wkurzony, ale miał nad tym kontrolę.
- Raz. Chodziło o rozwód - powiedział z ociąganiem. - A może to było
wcześniej. Raz, a może dwa. Potrafiłem się... potrafiłem się tak wkurzyć,
że miałem ochotę w coś... w coś... - Spojrzał jej prosto w oczy. - Miałem
ochotę w coś przywalić, ale nigdy, nigdy, przenigdy nie było nawet
najmniejszej szansy, żebym uderzył ją. Nigdy.
- Więc co? Albo... kogo?
- Cholera, przecież mnie znasz. Nikogo... no może czasem jakiegoś
przestępcę, ale... wiesz, o co mi chodzi. Nikogo z bliskich. Nikogo w domu. - Zaczął masować sobie kark. Nagle, jakby z nerwów. - Potrafiłem
walnąć pięścią w drzwi od szafki. Zdarzało się. Raz kopnąłem krzesło w kuchni.
- Boże.
- Ale to było krzesło!
- I co z tego.
Przestał się masować. Aneta zauważyła, że w jego oczach pojawił się
jakiś inny błysk, jakby patrzył do środka.
- Ale wiedziałem, że to moja wina. Rozumiesz? Że to moja wina, że jestem
taki wściekły czy sam nie wiem jaki. Że to przede wszystkim przeze mnie
doszło do tej... sytuacji. Że to ja rozbiłem rodzinę albo byłem tego
bliski. I to mnie tak dezorientowało, że waliłem w to czy w tamto. -
Wyglądało na to, że już wrócił ze swojego wnętrza. Spojrzał na nią. - To
dopiero paradoks, co? Uwalniać się pięściami od własnej
odpowiedzialności.
Nie odpowiedziała.
- Ale te parę razy, kiedy się zdarzyło... kiedy w coś waliłem... to były
martwe przedmioty.
Martwe przedmioty, pomyślała. Tak się mówi.
Widywała już martwe przedmioty. Halders też. To była część ich pracy.
Część policyjnej rutyny. Rutyna: czym jest ciało, w którym nie ma już
życia?
Aneta, spokojnie. Przecież to wieczór bez rutyny. Na twojej sofie leży
mężczyzna, a ty siedzisz na podłodze i oglądasz radość lata uwiecznioną
na zdjęciach, a niedługo zasiądziecie w kuchni przy stole, zjecie i wypijecie coś dobrego. Tu, w środku, w tym pokoju, jest jasno. Nie
musisz tu ściągać cieni. Kontomé rozświetla pokój, rozświetla twoją
drogę.
- Uwalniać się pięściami od własnej odpowiedzialności. Po co próbować? -
powiedziała. - Przecież przed nią nie da się uciec.
- Ale wielu próbuje - odparł Halders.
Wstała. Zdjęcia wciąż leżały na podłodze, ułożone w wachlarz. Wachlarz -
to bardzo dobre określenie. Oddaje sceny i atmosferę uchwycone na
zdjęciach.
- I pewnie będą próbować dalej.
Winter odwrócił się w progu i spojrzał na śpiącą Elsę. Mocno trzymała w objęciach Pellego, swoją maskotkę, biało-czarną pandę z głową większą
niż jej własna. Pelle patrzył na niego uważnie. Nigdy nie spuszczał
wzroku. Na jego pyszczku malowała się wiara w przyszłość.
- Zna już na pamięć wszystkie książeczki - powiedział. Angela siedziała
na sofie. Na kolanach miała jakiś magazyn dla kobiet. - To ona czyta je
mnie. Jak aktorka. - Przystanął na środku pokoju. - Dopóki nie zaśnie. -
Przeciągnął się. Zdrętwiał, siedząc na łóżeczku Elsy. - Myślę, że Pelle
też już zna je wszystkie, chociaż się nie odzywa. - Opuścił ramiona. -
Ale Elsa opowiada je z przejęciem, a potem przerywa w połowie zdania.
- Ona albo ty.
- Nie dziś.
Spojrzała na niego.
- Nie mógłbyś czegoś zrobić?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki