Kamienny żagiel. Komisarz Erik Winter. Tom VI - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

PO ODPŁY­WIE ŁODZIE przy­cu­mo­wane w zatoce leżały na pia­chu. Wyglą­dały, jakby ktoś je poobra­cał, dzioby miały zwró­cone w stronę wyku­tych w murze scho­dów.

W jego stronę.

Widział ich kadłuby rysu­jące się w zmierz­chu. Słońce cho­wało się za widocz­nym na zacho­dzie cyplem. Świa­tło gęst­niało, zamie­niało się w mrok. Mewy skrze­czały pod nisko zawie­szo­nym nie­bem. Roz­po­starte wzdłuż hory­zontu niczym żagiel zda­wało się wci­skać je w powierzch­nię wody.

Wszystko było spy­chane do morza, spy­chane pod powierzch­nię, spych...

O Jezu, pomy­ślał.

Jezu, ocal moją duszę. Ocal MOJĄ DUSZĘ.

Pierw­szy raz w życiu widzę dzień tak szpetny,

A tak świet­no­ści pełen1.

Usły­szał za sobą jakiś odgłos. Ktoś szedł kamienną ścieżką pro­wa­dzącą do kościoła. On też wyglą­dał, jakby go wykuto w skale. Wyłu­pano mło­tem z kamie­nia, jak wszystko tutaj, pod żaglem nieba. Kolejny raz spoj­rzał w górę. Niebo przy­brało taki sam kamienny odcień jak wszystko wokół. Kamienny żagiel. Wszystko z kamie­nia, nawet morze.

Kciuk ster­nika - osła,

Co pewien, że sta­nie

Dziś w domu - miesz­ka­nie

Zna­lazł w oce­anie.

Za jego ple­cami prze­su­wały się dusze zmie­rza­jące do kościoła meto­dy­stycz­nego, żeby zażyć chwili spo­koju. Wie­dział, że na niego patrzą, czuł na karku ich spoj­rze­nia. Nie spra­wiało mu to przy­kro­ści, to nie były takie spoj­rze­nia. Wie­dział, że ludziom stąd może ufać. Nie byli jego przy­ja­ciółmi, ale też nie wro­gami. Przy­szło mu żyć w ich świe­cie i robił to już od dawna, od tak dawna, że stał się czymś wię­cej niż oni... jakby był czę­ścią tutej­szego kra­jo­brazu: kamieni, skał, murów, scho­dów, falo­chro­nów, nieba, morza, dróg. Stat­ków. Traw­le­rów.

Tych leżą­cych tutaj.

I tych pocho­wa­nych pod falami prze­ta­cza­ją­cymi się przez kamie­nio­łomy roz­siane mię­dzy kon­ty­nen­tami.

Jezu. O Jezu!

Odwró­cił się. Kroki uci­chły, znik­nęły w kościele, za zamknię­tymi drzwiami. Zapa­liły się nie­liczne latar­nie, ale przez to mrok zgęst­niał przed­wcze­śnie. Świa­tło gęst­nieje stop­niowo, powoli zmie­nia się w mrok. Taka myśl przy­szła mu do głowy, gdy ruszył przed sie­bie. Przed­wcze­sny mrok. Codzien­nie póź­nym popo­łu­dniem. Przed­wcze­śnie i ponie­wcza­sie. Teraz żyję ponie­wcza­sie. I to bar­dzo. Żyję. Jestem kimś innym, kimś nowym. Tamto życie było na kre­dyt, było rolą, maską, jak ta tutaj. Czło­wiek prze­kra­cza gra­nicę i staje się kimś innym, zosta­wia swoje dawne ja za sobą.

W ogródku przy scho­dach pro­wa­dzą­cych do bie­gną­cej górą drogi suszyły się dzie­cięce ubra­nia. Malut­kie rękawy machały do niego.

Przy­sta­nął na ulicy. Nad jego głową wzno­siły się wia­dukty kole­jowe. Wyglą­dały jak tory pro­wa­dzące do nieba. Oto tram­waj do nieba: Jezus jest motor­ni­czym, a Bóg kon­duk­to­rem. Ale tram­waje ni­gdy tędy nie jeź­dziły. Kie­dyś jechał tram­wajem, ale nie tutaj. To było w poprzed­nim życiu, dawno temu. Przed­prze­dw­cze­śnie, zanim prze­kro­czył gra­nicę.

W tej czę­ści mia­sta wia­dukty prze­ci­nały niebo na całej dłu­go­ści. Kie­dyś i tu docie­rały hała­śliwe pociągi. Ale to już histo­ria. Ostatni skład prze­je­chał tędy w 1969 roku. Może był tu wtedy.

W 1888 roku wybu­do­wano tę kamienną trasę do nieba. Czy i to widział? Moż­liwe. Może był czę­ścią kamie­nia, z któ­rego wznie­siono wia­dukt.

I tylko to jest we mnie, czego nie ma.

Tutaj go przy­nio­sło i tutaj został.

Nie.

Został tu, ale z innego powodu.

Prze­ciął drogę, ruszył dalej w stronę North Castle Street i wszedł do sto­ją­cego na skrzy­żo­wa­niu pubu. W środku nie było nikogo. Po chwili z zaple­cza wyszła kobieta. Widział ją już kilka razy. Kiw­nął głową w stronę kur­ków na barze.

- Ful­ler, tak? - zapy­tała i ze sto­ją­cej przy kasie sterty pozmy­wa­nych naczyń wzięła szklankę. Nie zdą­żyła ich jesz­cze pousta­wiać na pół­kach.

Znowu ski­nął głową. Kobieta napeł­niła szklankę i posta­wiła ją przed nim. Patrzył, jak wzbu­rzony płyn powoli się kla­ruje, jak niebo po nie­po­go­dzie albo mor­skie dno po sztor­mie.

Zamó­wił whi­sky. Wska­zał na jedną z tań­szych marek. Butelki stały za jej ple­cami. Posta­wiła przed nim szklankę. Upił tro­chę i wzdry­gnął się.

- Wie­czory są coraz zim­niej­sze - powie­działa.

- Mhm...

- Trzeba się jakoś roz­grzać, co?

- Hmm...

Wypił łyk piwa. Potem whi­sky. Czuł cie­pło roz­cho­dzące się po brzu­chu. Kobieta poki­wała głową, jakby na poże­gna­nie, i znik­nęła na zaple­czu.

Zasta­na­wiał się, czy i ona przyj­dzie dziś po połu­dniu.

Zza ściany dobiegł głos z tele­wi­zora. Rozej­rzał się. Wciąż nie było nikogo poza nim. Wypił kolejny łyk. I znów się rozej­rzał, jakby szu­kał nie­wi­dzial­nych postaci. Było tak jak zawsze - był sam. Samotny gość. Gość. Był gościem, zawsze tylko gościem.

Nie bał się tego, co miało nadejść.

Lep­sza groza rze­czy,

Które ist­nieją, niż groza maja­ków.

Wypił do końca whi­sky, piwo też wychy­lił do dna. Wstał i wyszedł.

Niebo pociem­niało. Wia­dukty wyglą­dały jak syl­wetki pre­hi­sto­rycz­nych zwie­rząt. Pre­hi­sto­ria. Pół­nocny wiatr dmu­chał mu w twarz.

Wyszedł na drogę. Nic nie jechało. Mia­sto poły­ski­wało w dole świa­tłami. Morze było cał­kiem ciemne. Zatrzy­mał się, ale nie dostrzegł ani jed­nego jaśniej­szego punktu. Cze­kał, ale widział tylko mrok. Wyprze­dził go jakiś samo­chód. Nie odwró­cił się. Pach­niało morzem. Ostry wiatr kłuł go w twarz, jakby w nią wbi­jał igły. Wyma­cał ręką broń. Miał ją w kie­szeni. W gło­wie miał huk morza i jesz­cze coś, krzyk.

Jezu!

Wie­dział, że to musi się skoń­czyć.

Rozdział 2

2

OD MORZA DZIE­LIŁO ICH JAKIEŚ DWIE­ŚCIE, dwie­ście pięć­dzie­siąt metrów. Szli plażą, po któ­rej nikt jesz­cze nie stą­pał. To my możemy zosta­wić pierw­sze ślady, pomy­ślał.

Niebo wisiało wysoko nad nimi, cią­gnęło się w nie­skoń­czo­ność. Słońce raziło, cho­ciaż mieli oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Morze się ruszało, ale tylko tro­chę. Jego powierzch­nia wyglą­dała jak złoto poprze­ty­kane sre­brem.

Elsa krzyk­nęła na widok wody i puściła się bie­giem wzdłuż brzegu, po kamy­kach, któ­rych setki tysięcy mie­szały się z milio­nami milio­nów zia­re­nek pia­sku.

Erik Win­ter odwró­cił się do Angeli. Kucała i prze­sy­py­wała piach mię­dzy pal­cami.

- Jeśli potra­fisz osza­co­wać, ile zia­re­nek pia­sku masz w dłoni, czeka cię wspa­niała nagroda - powie­dział.

Popa­trzyła na niego. Pod­nio­sła drugą rękę, żeby osło­nić oczy przed słoń­cem.

- Jaka nagroda? - zapy­tała.

- A ile zia­re­nek pia­sku masz w dłoni?

- A ty niby skąd wiesz ile?

- Wiem - odparł.

- Co to za nagroda? - powtó­rzyła.

- Ile jest zia­re­nek?

- Czter­dzie­ści tysięcy - odpo­wie­działa.

- Źle.

- Źle?

- Źle.

- A skąd, do cho­lery, miał­byś to wie­dzieć? - Pod­nio­sła się i popa­trzyła na Elsę. Zbie­rała kamyki pięt­na­ście metrów od nich. Angela nie potra­fiła powie­dzieć, ile zia­re­nek może mieć w dłoni. Pode­szła do męż­czy­zny swo­jego życia, zanim zdą­żył odpowie­dzieć: intu­icja.

- Chcę dostać nagrodę. Chcę nagrodę!

- Ale nie odpo­wie­dzia­łaś dobrze.

- Na-gro-da, na-gro-da! - zawo­łała i objęła go niczym zapa­śnik, pró­bu­jąc zamknąć odwrotny chwyt w pasie. Elsa zapa­trzyła się na nich, upu­ściła kilka kamy­ków. Widząc to, Win­ter uśmiech­nął się do swo­jej czte­ro­let­niej córeczki, a potem do dru­giej kobiety swo­jego życia, która wła­śnie przy­mie­rzała się do pół­nel­sona. Szło jej cał­kiem nie­źle. Poczuł, że stopy zaczy­nają mu się suwać w san­da­łach, a san­dały w pia­chu. Cał­kiem na serio zaczął tra­cić rów­no­wagę i powoli prze­wró­cił się na pia­sek, jakby przy­cią­gnięty przez magnes. Angela upa­dła na niego. Nie prze­sta­wał się śmiać.

- Na-gro-da! - krzyk­nęła kolejny raz.

- Na-gro-da! - powtó­rzyła Elsa. Zdą­żyła już pod­biec do siłu­ją­cych się rodzi­ców.

- Dobrze już, dobrze - powie­dział Win­ter.

- Skoro już zmą­drza­łeś, to przy­znaj, że zga­dłam. - Angela mocno chwy­ciła go za ramiona. - No przy­znaj!

- Pra­wie zga­dłaś - odparł. - Przy­znaję.

- To dawaj nagrodę!

Angela usia­dła okra­kiem na jego brzu­chu, Elsa usa­dziła się na klatce pier­sio­wej. Mimo to wcale nie było mu trudno oddy­chać. Pod­niósł prawą rękę i wska­zał na ląd.

- Co? Co to ma być? - zapy­tała.

Win­ter znów wycią­gnął rękę i poma­chał.

- Nagroda - powie­dział. Słońce raziło go w oczy. Ciemne oku­lary zsu­nęły mu się z nosa. Czuł zapach soli, pia­chu i morza. Mógłby tak leżeć, i to długo. I czę­sto. Przy­cho­dzić tu. Zosta­wiać ślady na pia­sku.

Z domu.

Przy­cho­dzić tu z domu. Mógłby stać w pobli­skim sosno­wym zagaj­niku.

Angela spoj­rzała na plażę. Potem na niego. Na morze. I znów na plażę i na niego.

- Naprawdę? - zapy­tała. - Poważ­nie o tym myślisz?

- Tak - odparł. - Zga­dłaś. Kupu­jemy tę działkę.

Aneta Dja­nali nie zdą­żyła nawet scho­wać legi­ty­ma­cji. Kobieta, która przed chwilą otwo­rzyła jej drzwi, natych­miast je zamknęła. Nie zdą­żyła zoba­czyć jej twa­rzy. Doj­rzała jedy­nie cień i oczy poły­sku­jące w doga­sa­ją­cym świe­tle dnia. Tylko ono roz­pra­szało mrok za drzwiami.

Kolejny raz naci­snęła dzwo­nek. Obok niej stała poli­cjantka z miej­sco­wego komi­sa­riatu. Pani poste­run­kowa. Nie mogła mieć za sobą wię­cej niż kilka mie­sięcy służby. Żół­to­dziób. Wyglą­dała, jakby dopiero co skoń­czyła liceum. Chyba się nie bała, ale też nie wyglą­dało na to, żeby ją to bawiło.

Nie była pod­eks­cy­to­wana. To dobrze.

- Idź­cie sobie - dało się sły­szeć zza drzwi. Głos był stłu­miony sam w sobie, dodat­kowo zagłu­szała go podwójna war­stwa for­niru dzie­ląca kobietę od nich, przed­sta­wi­cie­lek wymiaru spra­wie­dli­wo­ści.

- Musimy z panią chwilę poroz­ma­wiać - powie­działa Aneta do drzwi. - O tym, co się stało.

- Nic się nie stało - odpo­wie­działa kobieta.

- Dosta­ły­śmy zgło­sze­nie - odparła Aneta.

Kilka nie­wy­raź­nych dźwię­ków.

- Słu­cham? - zapy­tała Aneta.

- To nie od nas.

Aneta usły­szała, jak za jej ple­cami ktoś otwiera i natych­miast z powro­tem zatrza­skuje drzwi.

- To nie było pierw­sze zgło­sze­nie - powie­działa. - To już któ­ryś raz.

Młoda poli­cjantka przy­tak­nęła.

- Pani Lind­sten... - pró­bo­wała dalej Aneta.

- Idź­cie sobie.

Musiała pod­jąć decy­zję. Mogłaby tak stać i stać, a sytu­acja sta­wa­łaby się coraz bar­dziej kło­po­tliwa. Dla wszyst­kich.

Z tru­dem przy­po­mniała sobie twarz Anette Lind­sten. Ale przy­po­mniała sobie. Może teraz była pobita. Może to dla­tego.

Wtar­gnię­cie do środka mogłoby się oka­zać błę­dem nie do napra­wie­nia.

Rów­nie dobrze mogłoby być jedy­nym wła­ści­wym kro­kiem. To, co teraz zde­cy­duje, może o wszyst­kim prze­są­dzić. Prze­są­dzić o przy­szło­ści.

Pod­jęła decy­zję. Scho­wała odznakę, którą wciąż jesz­cze trzy­mała w ręku, dała znać umun­du­ro­wa­nej poli­cjantce, a potem odwró­ciła się i ruszyła do windy.

Zjeż­dżały na dół, żadna z nich nie ode­zwała się ani sło­wem. Gdyby chciały, mogłyby się zająć czy­ta­niem napi­sów na ścia­nach. Aż się na nich roiło od naba­zgra­nych na czer­wono i czarno wia­do­mo­ści.

Znów zerwał się wiatr. Sły­szała tram­waje jadące przez City­tor­get. Masywne domy zda­wały się masze­ro­wać w takt. Zaj­mo­wały każdy skra­wek prze­strzeni, miej­scami wpy­chały się aż na niebo. Budynki sto­jące przy Fastlags­ga­tan wyglą­dały, jakby się cią­gnęły przez całą linię hory­zontu.

Nie­które, te po dru­giej stro­nie ulicy, już zbu­rzono. Został po nich kra­ter. Domy zbu­do­wane przed czter­dzie­stu laty wresz­cie roze­brano i znów - przy­naj­mniej na jakiś czas - uka­zało się niebo. Dziś było nie­bie­skie, prze­raź­li­wie nie­bie­skie. Wrze­śniowe niebo, które przez całe lato zbie­rało kolory, było już gotowe. Oto ja - słynne skan­dy­naw­skie niebo.

Było cie­pło. Tem­pe­ra­tura jakby doj­rzała, jakby stę­żała w powie­trzu.

Babie lato, pomy­ślała. Tak to się nazywa, choć na­dal nie wiem dla­czego. Ile razy mia­łam zamiar to spraw­dzić. Tym razem to zro­bię. Jak tylko wrócę do domu. Spraw­dzę to.

Dziw­nym tra­fem wła­śnie teraz zauwa­żyła tabliczkę z nazwą ulicy, którą wcze­śniej prze­jeż­dżały: Brit­t­som­mars­ga­tan2. Mój Boże. A samo­chód zosta­wiły na All­hel­go­na­ga­tan3. Tu można szybko przejść od jed­nej pory roku do dru­giej. Zresztą ?rstidsgatan4 też jest nie­da­leko. W oko­licy zgro­ma­dzono cały czas, wtło­czono go w okrąg na pół­noc od Kor­te­dala Torg. Ulice adwentu, dru­giego dnia świąt, Wigi­lii, kwiet­nia i czerwca.

Nie widziała ulicy wrze­śnia, ale były inne: zmierz­chu, świtu, poranka.

Tutaj każ­demu mogą wybić wszyst­kie godziny dnia i roku, pomy­ślała. Jechała na połu­dnie, w stronę innej cywi­li­za­cji. Miała wra­że­nie, że prze­kra­czają gra­nicę.

Na City­tor­get bawiły się dzieci. Roz­ma­wiały po arab­sku. Z cen­trum han­dlo­wego wyszły kobiety w chu­s­tach na gło­wach. Na rogu był sklep z grami. Sprze­da­wano w nim też warzywa. Naprze­ciwko kwia­ciar­nia. Plac był podzie­lony na dwie czę­ści: jasną, oświe­tloną słoń­cem, i ciemną, zacie­nioną.

- Spo­tka­łaś już Anette Lind­sten? - zapy­tała Aneta młodą poli­cjantkę sie­dzącą na fotelu pasa­żera.

Dziew­czyna pokrę­ciła głową.

- A kto ją widział?

- Masz na myśli kogoś od nas? - zapy­tała poli­cjantka.

Aneta przy­tak­nęła.

- To zna­czy, czy ktoś się z nią spo­tkał?

Aneta kolejny raz ski­nęła głową.

- Z tego, co wiem, to nikt.

- Nikt?

- Ni­gdy nikogo nie wpu­ściła.

- Ale pięć razy ktoś dzwo­nił i zgła­szał, że jest bita?

- Tak.

- Czy ktoś ze zgła­sza­ją­cych się przed­sta­wił?

- Nno... parę razy tak. Sąsiadka. - Dziew­czyna odwró­ciła się do Anety. - Ta, z którą roz­ma­wia­ły­śmy.

- Tak, wiem.

Minęły fabryki na Gam­le­sta­den. Zbli­żały się do cen­trum. Już widziały domy sto­jące na obrze­żach Bagareg?rden. Zbu­do­wano je dla ludzi z innej cywi­li­za­cji. Piękne domy, każdy dla jed­nej rodziny, może dwóch. Można się było wokół nich prze­cha­dzać, cie­szyć się, że wła­śnie tutaj się mieszka i że ma się dość pie­nię­dzy, żeby sobota trwała cały tydzień. Aneta nagle zaczęła się zasta­na­wiać, czy w dziel­nicy, którą wła­śnie opu­ściły, jest ulica Soboty. Może nie. Może urzęd­nicy miej­scy zatrzy­mali się na czwartku albo ponie­działku. Ulica Ponie­działku. To wła­śnie tędy prze­biega gra­nica. Tam to ponie­dzia­łek trwa cały tydzień.

- To się nie może tak cią­gnąć - powie­działa Aneta.

- Co zamie­rzasz zro­bić?

- Co zamie­rzam zro­bić? Myślę, że chyba pora zba­dać miej­sce popeł­nie­nia prze­stęp­stwa.

- A można tak?

- Nie znasz prze­pi­sów? - Aneta szybko odwró­ciła głowę w stronę młod­szej kole­żanki. Wyglą­dała, jakby ją ktoś zagiął na egza­mi­nie i oblał. - To pod­pada pod oskar­że­nie wnie­sione przez oskar­ży­ciela publicz­nego - dodała łagod­niej­szym tonem. - Jeśli podej­rze­wam, że ktoś jest ofiarą prze­mocy, mogę wejść do domu i spraw­dzić, jak wygląda sytu­acja.

- I zro­bisz to?

- Czy wejdę do domu Lind­ste­nów? Może to już naj­wyż­sza pora.

- Ona mówi, że teraz mieszka sama.

- Ale mąż ją odwie­dza?

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

- Ona nie wspo­mniała o tym ani sło­wem.

- Ale sąsie­dzi nam powie­dzieli?

- Jedna sąsiadka mówiła, że go widziała.

- Żad­nych dzieci? - zapy­tała Aneta. - Nie mają dzieci?

- Nie.

- W takim razie odwie­dzimy go. - Tego dra­nia, dodała w myślach. Tak wła­śnie o nim myślała. - Tego dra­nia... - wymam­ro­tała.

- Co mówi­łaś?

- Odwie­dzimy jej męża - odpo­wie­działa. Znów odwró­ciła się w stronę młod­szej kole­żanki i poczuła, że się uśmie­cha.

Kiedy wcho­dziła do kamie­nicy, był już wie­czór. Na klatce uno­sił się swoj­ski zapach. To jej dom, czy raczej dom, w któ­rym mieszka, w któ­rym wynaj­muje miesz­ka­nie. Czuła, że to jej dom. Dobrze się czuła w tej sta­rej miesz­czań­skiej kamie­nicy przy Sve­aga­tan. W samym cen­trum. Mogła dojść pie­szo pra­wie wszę­dzie. Mogła też zde­cy­do­wać, że nie idzie, a potem zmie­nić zda­nie.

Winda powoli wje­chała na górę. To też lubiła. Lubiła otwie­rać drzwi i zbie­rać listy z drew­nia­nej pod­łogi. Lubiła rzu­cać kurtkę tam, gdzie stała, nie­dbale zdej­mo­wać buty i patrzeć na wielką muszlę, która od zawsze stała na komo­dzie, i na wiszącą nad nią afry­kań­ską maskę. Lubiła prze­cho­dzić w skar­pet­kach do kuchni, wsta­wiać wodę, parzyć her­batę, cza­sami się­gać po piwo czy kie­li­szek wina. Lubiła to.

Lubiła samot­ność.

Nie­kiedy ją to prze­ra­żało.

Prze­cież czło­wiek nie powi­nien być sam. Tak sądzą inni. Kiedy się jest samot­nym, to zna­czy, że coś jest nie tak. Samot­no­ści się nie wybiera. Samot­ność to kara. Wyrok.

Nie. Ona nie zasłu­żyła na żadną karę. Podo­bało jej się to, że może sobie tak sie­dzieć i decy­do­wać, czego chce i kiedy.

Sie­działa na kuchen­nym krze­śle, bo miała ochotę. Woda w czaj­niku zaczy­nała się już goto­wać. Wła­śnie zamie­rzała wstać, żeby zro­bić her­batę, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

- Tak?

- Co robisz?

Fre­drik Hal­ders, kolega z pracy. Bar­dzo spe­cy­ficzny. Może nie tak jak kie­dyś, ale na­dal dość spe­cy­ficzny, jeśli go porów­nać z innymi.

Dwa lata temu zgi­nęła jego była żona. Potrą­cił ją pijany kie­rowca.

Nie myślę już o niej jako o swo­jej eks, powie­dział jakiś czas potem. Spra­wiał przy tym wra­że­nie, jakby tro­chę maja­czył.

Kiedy to się stało, on i Aneta pra­co­wali ze sobą już od jakie­goś czasu. Potem zaczęli się spo­ty­kać. Poznała jego dzieci. Han­nesa i Magdę. One powoli zaczęły akcep­to­wać - tak naprawdę akcep­to­wać - jej obec­ność w domu.

Lubiła Fre­drika. Zaczęli ze sobą roz­ma­wiać ina­czej niż na początku.

Tego też się bała. Dokąd ich to zapro­wa­dzi? Czy chce wie­dzieć? Czy ma odwagę, żeby sobie to uświa­do­mić?

Usły­szała jego głos:

- Co robisz?

- Nic. Dopiero wró­ci­łam.

- Nie chcia­ła­byś iść wie­czo­rem do kina? - Nie dał jej odpo­wie­dzieć, mówił dalej: - Córka Lar­rin­dera chce doro­bić jako opie­kunka do dzieci. Sama zadzwo­niła. Bo pytał mnie dziś o to, więc powie­dzia­łem, żeby się ze mną skon­tak­to­wała. - Lar­rin­der od cał­kiem nie­dawna pra­co­wał z nimi w wydziale śled­czym. - A ona zadzwo­niła od razu!

- Otwie­rają się przed tobą cał­kiem nowe moż­li­wo­ści.

- No nie? I pro­wa­dzą do kina.

Kino było sto metrów od jej domu. Spoj­rzała na swoje stopy. Wyglą­dały na spłasz­czone, jakby ktoś je przy­gniótł prasą. Widziała fili­żankę her­baty cze­ka­jącą na nią na bla­cie. Oczyma wyobraźni widziała łóżko i książkę. Widziała sie­bie, pew­nie już za chwilę zapa­da­jącą w sen.

- Fre­drik, dzi­siaj nie dam rady. Jestem wykoń­czona.

- To ostat­nia szansa.

- Dzi­siaj? Dzi­siaj jest ostat­nia szansa?

- Tak.

- Kła­miesz.

- Tak.

- Bien, w takim razie jutro wie­czo­rem. Już dziś przy­go­tuję się men­tal­nie, żeby jutro się udało.

- Okej.

- Na pewno okej?

- Jasne, że tak. A co, do cho... a jak myślisz? Co robi­łaś po połu­dniu?

- Byłam w Kor­te­dala. Facet podej­rzany o bicie żony.

- Tacy są naj­gorsi. Zła­pa­łaś go?

- Nie.

- Nie mie­li­ście zgło­sze­nia?

- Nie od żony. I jak się oka­zało - od sąsia­dów też nie. Ale to już piąty raz.

- I jak wyglą­dała? - zapy­tał Hal­ders. - Było bar­dzo źle?

- Pytasz o obra­że­nia? Nie widzia­łam jej. Cho­ciaż pró­bo­wa­łam.

- Trzeba było jakoś wejść.

- Myśla­łam o tym, kiedy stam­tąd odjeż­dża­łam. Nie mogłam prze­stać o tym myśleć.

- Potrze­bu­jesz kogoś do pomocy?

- Tak.

- Jutro? - zapro­po­no­wał Hal­ders.

- Jutro nie dam rady. Muszę się zająć kra­dzie­żami w kawiar­niach w Högsbo.

- To daj znać, będę w goto­wo­ści.

- Dzięki, Fre­drik.

- A teraz porząd­nie odpocz­nij i przy­go­tuj się men­tal­nie na jutro, dziew­czynko.

- Bon­soir, Fre­drik.

Z uśmie­chem odło­żyła słu­chawkę. Zapa­rzyła her­batę. Poszła do salonu i włą­czyła płytę. Usia­dła na sofie. Czuła, jak jej stopy wra­cają do daw­nego kształtu. Słu­chała zwiew­nego pustyn­nego blu­esa Alego Farki Tourégo. Przy­wo­dził jej na myśl Bur­kina Faso.

Wstała i zmie­niła płytę. Włą­czyła Gabina Dabirégo - wiel­kiego muzyka z Bur­kina Faso. Wybrała Kontômé, jego album z 1990 roku. To jej muzyka. Jej kraj. Nie ten kraj, w któ­rym się uro­dziła i w któ­rym żyje. Jej kraj.

Kontomé to wize­ru­nek boga, który można zna­leźć w każ­dym domu w Bur­kina Faso. U niej wisiał w holu, nad komodą. Sym­bo­li­zo­wał duchy przod­ków, świa­tło prze­wod­nie rodziny i wszyst­kich ludzi.

Świa­tło, pomy­ślała. Kontomé roz­świe­tla drogę. Jeste­śmy mu wdzięczni za to, kim jeste­śmy teraz i kim będziemy w przy­szło­ści. Kontomé nam pomaga, gdy nić losu roz­wija się na naszej dro­dze.

Tak. Wie­rzyła w to. Miała to we krwi. Tak wła­śnie powinno być.

Gabin Dabiré śpie­wał Siza, wyzna­wał swoją prawdę:

Prawda, powiedz mi prawdę

Bo nasze dzieci, nasi starcy, nasi mędrcy

I sama natura

Nie znają zła

Prawda uwal­nia od brzy­doty nie­win­no­ści.

*

Uro­dziła się w Göteborgu. Jej rodzice pocho­dzili z Gór­nej Wolty, którą w 1984 roku prze­mia­no­wano na Bur­kina Faso. Kraj pozo­stał jed­nak taki sam - skraj­nie ubogi, wietrzny, jak muzyka, któ­rej przed chwilą słu­chała, kraj sawann, które zmie­niły się w pusty­nię, i wody, któ­rej nie było. Bur­kina Faso prze­ci­nają trzy duże rzeki pły­nące na połu­dnie: Mouhun, Nazi­non i Nakambe. Daw­niej nazy­wano je ina­czej - Czarną, Czer­woną i Białą Woltą - ale wody było w nich na­dal tyle samo. Pod­czas suszy owie­wane pół­noc­nym wia­trem, har­mat­ta­nem, sawanny zmie­niały się w pusty­nie. Rzeki wyschły. To od nich pocho­dziła dawna nazwa kraju. Kie­dyś Ane­cie wyda­wało się, że nazwa "odku­rzacz" też pocho­dzi stam­tąd. Zapy­tała o to nawet tatę.

Ten kraj nie miał szczę­ścia.

Sucha Wolta. Biedna Wolta. Chora Wolta. Wolta Pełna Prze­mocy. Nie­bez­pieczna Wolta.

Jej rodzice przy­je­chali do Szwe­cji w latach sześć­dzie­sią­tych, kilka lat po tym, jak ich kraj odzy­skał nie­pod­le­głość. Ucie­kali przed prze­śla­do­wa­niami.

Jej tata sie­dział jakiś czas w wię­zie­niu.

Rów­nie dobrze mógł zostać ska­zany na śmierć. Rów­nie dobrze. Cza­sami było to tylko kwe­stią szczę­ścia. Rodzice wywo­dzili się z ludu Mossi, który sta­no­wił więk­szość. Ale nikogo to nie obcho­dziło. Pierw­szemu pre­zy­den­towi kraju, Mau­rice'owi Yaméogo, przy­wódcy Union Démocratique Vol­ta­ique, coraz dalej było do démocratique, a coraz bli­żej do rzą­dów auto­ry­tar­nych. Zde­le­ga­li­zo­wał par­tie opo­zy­cyjne, a potem, w roku 1966, sam został oba­lony, kiedy woj­sko doko­nało puczu.

I tak dalej, i tak dalej. Ponura spi­rala się roz­wi­jała. Kata­stro­falna susza, kata­stro­falna poli­tyka. Klę­ska głodu, wymarłe bydło. Demon­stra­cje, strajki. Pucze. Egze­ku­cje, coraz wię­cej egze­ku­cji.

Nie­gdy­siej­sza kolo­nia fran­cu­ska po daw­nych cza­sach odzie­dzi­czyła grozę i mordy. Doko­ny­wano ich na Fran­cu­zach już od końca dzie­więt­na­stego wieku. I choć Fran­cu­zów już tam nie było, pozo­stał po nich język. Afry­kań­czycy, z któ­rych ust pły­nęła fran­cu­ska mowa, uznana za język ofi­cjalny.

Aneta nauczyła się fran­cu­skiego jako dziecko, tu, w Göteborgu. Była jedy­naczką. Kiedy już doro­sła i od dawna pra­co­wała jako poli­cjantka, jej rodzice zde­cy­do­wali się wró­cić do Waga­dugu, sto­licy Bur­kina Faso.

Dla Anety było oczy­wi­ste, że zosta­nie w kraju, w któ­rym się uro­dziła, ale rozu­miała, dla­czego rodzice chcieli wró­cić tam, skąd pocho­dzili, zanim będzie za późno.

Wła­ści­wie już było pra­wie za późno. Mama zmarła po dwóch mie­sią­cach. Pocho­wano ją w wypa­lo­nej czer­wo­nej ziemi na pół­noc­nych obrze­żach mia­sta. Pod­czas pogrzebu Aneta widziała napie­ra­jącą ze wszyst­kich stron pusty­nię. Roz­cią­gała się na milio­nach metrów kwa­dra­to­wych. Pomy­ślała wtedy, że w tym pustyn­nym kraju żyje dwa­na­ście milio­nów ludzi, nie­wiele wię­cej niż w pustyn­nej, choć ina­czej, Szwe­cji. Tutaj ludzie są czarni, nie­wia­ry­god­nie czarni. A ubra­nia mają białe, nie­wia­ry­god­nie białe.

Jej tata bar­dzo długo się zasta­na­wiał, czy to nie ich powrót przy­czy­nił się, choćby pośred­nio, do śmierci jej mamy.

Aneta została z nim w Waga­dugu tak długo, jak chciał. Z sze­roko otwar­tymi ze zdu­mie­nia oczami cho­dziła po uli­cach, na któ­rych mogła prze­cież spę­dzić całe życie, a na które wra­cała jako obca. Waga­dugu miało mniej wię­cej tylu miesz­kań­ców co Göteborg.

Wyglą­dała jak wszy­scy. Była nie­wia­ry­god­nie czarna i nosiła nie­wia­ry­god­nie białe ubra­nia. Potra­fiła się poro­zu­mieć po fran­cu­sku, przy­naj­mniej z tymi, któ­rzy skoń­czyli szkołę. Z innymi mogła się jako tako doga­dać w moré. I cza­sem to robiła.

Nie zwra­ca­jąc niczy­jej uwagi, mogła tak iść i iść, aż do przed­mieść, aż do pustyni, która ata­ko­wała mia­sto wia­trem, har­mat­ta­nem. Czuła go, sie­dząc w domu taty. W okrą­głej cha­cie, która w pro­mie­niach słońca wyglą­dała na białą, nie­wia­ry­god­nie białą. Słońce i niebo też były białe.

Usły­szała wiatr, szwedzki wiatr. Brzmiał bar­dziej krą­gle, miękko, chłod­niej. Ale na dwo­rze nie było zimno. Było babie lato. Wła­śnie. Pode­szła do regału sto­ją­cego przy ścia­nie w głębi pokoju i się­gnęła po lek­sy­kon. Nazwa babie lato nawią­zuje do póź­nej kobie­cej miło­ści.

Zado­wo­lona odło­żyła opa­sły tom na półkę. Poszła do łazienki, roze­brała się i odkrę­ciła cie­płą wodę. Powoli uło­żyła się w wan­nie. W domu było bar­dzo cicho. W pokoju zadzwo­nił tele­fon, włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka. Nie sły­szała głosu, tylko przy­jemny dla ucha pomruk. Zamknęła oczy i poczuła, że jej ciało unosi się w gorą­cej wodzie. Myślała o cie­płym wie­trze i o luk­su­sie, jakim jest pełna wody wanna. Mimo woli wła­śnie to przy­szło jej do głowy. Spró­bo­wała ode­gnać myśl o wodzie i luk­su­sie.

Na kilka sekund zoba­czyła twarz kobiety. I drzwi. Naj­pierw się otwo­rzyły, potem zamknęły. Świa­tło zmierz­chu. Poły­sku­jące w nim oczy. Po chwili znik­nęły. Oczy pełne stra­chu.

Wciąż zaci­skała powieki. Teraz widziała wodę, jakby pły­nęła pod powierzch­nią, uno­szona przez prąd, przez mor­ski wiatr.

Rozdział 3

3

WIN­TER JECHAŁ ROWE­REM NA ZACHÓD, przez Vasa­ga­tan. Już tysięczny raz, może wię­cej niż tysięczny. Powi­nien naoli­wić łań­cuch i dopom­po­wać przed­nie koło.

Kawiar­nie przy bul­wa­rze były otwarte. Kie­dyś gdzieś prze­czy­tał, że na tej ulicy jest naj­wię­cej kawiarń w Szwe­cji. Praw­do­po­dob­nie rów­nież w całej Euro­pie Pół­noc­nej. Czę­sto się używa tego okre­śle­nia. Cza­sami, na przy­kład teraz, się nad tym zasta­na­wiał. Gdzie prze­biega gra­nica Europy Pół­noc­nej? Na wyso­ko­ści Münster? Antwer­pii? War­szawy? Roz­ba­wiły go te roz­wa­ża­nia. Może na wyso­ko­ści Göteborga.

Tak czy ina­czej, kawiarni było tu sporo. W ogród­kach sie­działy setki ludzi.

W zeszłym roku roze­grała się tu wojna, wła­śnie tu, na tym spo­koj­nym bul­wa­rze, któ­rym teraz jechał.

Ktoś postrze­lił mło­dego męż­czy­znę w plecy, nie­mal śmier­tel­nie. Nie wia­domo było, czy wcze­śniej pró­bo­wał ude­rzyć ran­nego poli­cjanta kamie­niem wyrwa­nym z bruku w głowę, czy nie. Poprzed­niego wie­czoru bojowo uspo­so­bieni demon­stranci starli się z bojowo uspo­so­bio­nymi poli­cjantami. Stał wtedy na bal­ko­nie i obser­wo­wał. Krę­ciło mu się w gło­wie, miał mdło­ści. Vasa­plat­sen zmie­niło się w oblę­żoną twier­dzę.

Naj­cięż­sza bitwa w Euro­pie Pół­noc­nej.

W tam­ten czarny week­end w Göteborgu byli przed­sta­wi­ciele UE. Przy­je­chali na szczyt. Cała Europa przy­słała swo­ich repre­zen­tan­tów. Był też pre­zy­dent USA.

Byli też tacy, któ­rzy nie chcieli żad­nej repre­zen­ta­cji.

Wszy­scy byli ofia­rami, każdy na swój spo­sób. Mło­dzi demon­stranci, ci, któ­rzy rzu­cali kamie­niami i wal­czyli. Ci, któ­rzy stali obok. Ci, któ­rzy chcieli tylko poroz­ma­wiać, może prze­ma­sze­ro­wać po swoje prawa.

Poli­cjanci, ci miękcy i ci twar­dzi, ci wystra­szeni i ci sza­leni, cho­ro­bliwi fani siłowni, faszy­ści, socja­li­ści, umiar­ko­wani. Pacy­fi­ści. Koman­dosi. Też byli ofia­rami. Nie­któ­rzy z nich pła­kali w głębi duszy jak dzieci.

Poli­cja nie potra­fiła im zapew­nić pomocy psy­cho­lo­gicz­nej.

Hanne Östergaard pra­co­wała po godzi­nach, bez­u­stan­nie. Była pasto­rem, pra­co­wała dla poli­cji na pół etatu. Ale taki wymiar godzin to już prze­ży­tek. W dzi­siej­szym świe­cie sumie­nia i tar­gane roz­ter­kami dusze poli­cjan­tów potrze­bują wię­cej niż pół­e­ta­to­wej pomocy.

Naj­gor­sze było całe to pla­no­wa­nie przed szczy­tem. Albo raczej jego brak. Nie, do cho­lery, nie chciał teraz o tym myśleć. Nikt nie chciał już o tym myśleć ani tym bar­dziej roz­ma­wiać.

Tydzień póź­niej Hal­ders omal nie dał w szczękę poli­cjan­towi z oddziału pre­wen­cyj­nego. Wła­snemu kole­dze po fachu. Zasko­czył tym wszyst­kich, ale nie jego. W głębi duszy Hal­ders od zawsze był socja­li­stą. Gdy­bym tam wtedy był, tobym, kurwa, masze­ro­wał razem z tymi dzie­cia­kami, powie­dział. I dostał­byś kulkę w głowę, odpowie­dział mu Ber­gen­hem. Tobym dostał, powie­dział Hal­ders. Prze­cież wia­domo, że sami dla sie­bie możemy sta­no­wić zagro­że­nie. Sytu­acja była trudna, stwier­dził Ring­mar. A dla­czego? - zapy­tał Hal­ders. W któ­rym momen­cie zro­biła się trudna? Kiedy nasi sztur­mo­wali szkołę Hvit­feldt­ska i kazali czter­na­sto­lat­kom leżeć nago na kamien­nej pod­ło­dze? Gdzie to było? W Buenos Aires? W San­tiago? W Mon­te­vi­deo? Nie, w Göte-kurwa-borgu! Sztur­mo­wali, bo byli do tego zmu­szeni, wtrą­ciła Aneta. Nie­wielu z nich tego chciało. No to dla­czego to, kurwa, zro­bili?, zapy­tał Hal­ders. Tylko po to, żeby zapro­wa­dzić porzą­dek? Wysoki sądzie, musia­łem zapro­wa­dzić porzą­dek. Czy to nie brzmi zna­jomo? Hal­ders rozej­rzał się po pokoju. Nie wszy­scy zapro­wa­dzają porzą­dek, odpowie­działa Aneta. Pod­czas demon­stra­cji na Järntorget wyco­fali oddziały pre­wen­cyjne.

Na dłuż­szą chwilę zapa­dła cisza. Za oknami pano­wało cudowne lato. Win­ter marzył o wypra­wie nad morze. Bez­na­dzieja, do kurwy nędzy - tak pod­su­mo­wał straszne wyda­rze­nia minio­nego tygo­dnia. A potem pra­wie wszy­scy poroz­jeż­dżali się na urlopy, w stronę morza i nieba.

Win­ter jechał przez Heden, przez boiska. Myślał o morzu i o nie­bie roz­pię­tym niczym żagiel nad zatoką, nad którą być może się prze­pro­wa­dzi. Nad którą zacznie nowe, inne życie. Tak. Może to już naj­wyż­sza pora. Nowy roz­dział w życiu.

Roz­ma­wiali o tym w samo­cho­dzie. Elsa spała na tyl­nym sie­dze­niu. Słońce było już w dro­dze do innych miejsc. Angela przez chwilę pro­wa­dziła jedną ręką, drugą obej­mo­wała go za szyję.

- Czy to przy­pad­kiem nie jest nie­bez­pieczne? - zapy­tał.

- Mnie nie pytaj. To ty jesteś poli­cjan­tem.

- Czy to dobra decy­zja?

Zro­zu­miała, o co mu cho­dzi.

- Nie pod­ję­li­śmy jesz­cze żad­nych kro­ków - odpo­wie­działa.

- To tylko działka.

- Tak, nie ma się czym przej­mo­wać.

- Mamy prze­cież ładne miesz­ka­nie.

- Nad zatoką też jest ład­nie.

- No tak - przy­znał. - Jest ład­nie.

- Jest cudow­nie.

Komenda przy­jęła go z otwar­tymi ramio­nami. Fasada budynku wyglą­dała zachę­ca­jąco, jak zawsze. Przy wej­ściu uno­sił się ten sam zapach co zwy­kle. To, ile razy go prze­bu­dują, nie ma więk­szego zna­cze­nia, pomy­ślał i ski­nął głową recep­cjo­ni­stce. Ona także kiw­nęła głową. Do niego, ale rów­nież do kogoś, kto stał za nim. Otwo­rzyła okienko.

- Ktoś na pana czeka - powie­działa, wska­zu­jąc na kogoś.

Win­ter się odwró­cił i zoba­czył kobietę. Sie­działa na obi­tej sztuczną skórą sofie. Kiedy zaczęła się pod­no­sić, dostrzegł jej pro­fil odbity w szkla­nej gablo­cie. Dowódz­two komendy kazało w niej umie­ścić poli­cyjne czapki i kaski z całego świata. Na znak prze­kra­cza­ją­cej gra­nice państw przy­jaźni mię­dzy poli­cjan­tami. Było tam też kilka pałek. Zapewne miały umoc­nić tę przy­jaźń. Dokład­nie tak kie­dyś powie­dział. Wtedy, gdy wkrótce po tym, jak gablota tu sta­nęła, mijał ją z Ring­ma­rem. Ring­mar stwier­dził, że według niego naj­faj­niej­szy jest hełm tro­pi­kalny z Włoch. Założę się, że z Abi­sy­nii, odparł Win­ter. Ten daszek ide­al­nie osła­niał ich przed słoń­cem, kiedy wyrzy­nali tam­tej­szą lud­ność.

Kobieta była w jego wieku. Jej włosy, mimo że ciemne, poły­ski­wały jasno. Może zja­śniały od słońca. Miała sze­roką twarz i duże oczy. Odniósł wra­że­nie, że już kie­dyś je widział, ale musiało to być dawno. Była ubrana w dżinsy, spor­towy swe­ter, który wyglą­dał na drogi, i krótki żakiet. Wresz­cie ją roz­po­znał.

Wycią­gnął dłoń.

- Chyba się już kie­dyś spo­tka­li­śmy - powie­dział.

Odwza­jem­niła uścisk. Dłoń miała suchą i cie­płą. Popa­trzyła mu pro­sto w oczy. Pamię­tał to spoj­rze­nie.

- Johanna Osvald. Z Donsö.

- No tak.

Usie­dli w jego pokoju. Wciąż pach­niało latem - zamknię­tym poko­jem i suchym powie­trzem. Na biurku leżały papiery sprzed waka­cji. Nad nimi też uno­sił się zapach, zapach śmierci.

Odkąd się stało... to, nie miał ochoty prze­glą­dać tej prze­klę­tej sterty.

Chciał zapo­mnieć, ale nie potra­fił. Wie­dział, że musi się uczyć na błę­dach, na wła­snych błę­dach, ale to było bole­sne doświad­cze­nie, bole­śniej­sze niż wszyst­kie inne.

Będzie musiał popro­sić Möllerströma, żeby zabrał te papiery do piw­nicy.

Popa­trzył na Johannę Osvald. Kiedy szli do jego biura, nie ode­zwała się ani sło­wem, jakby chciała z tym zacze­kać, aż zostaną sami.

Musiało upły­nąć ze dwa­dzie­ścia lat.

Zda­wał sobie sprawę, że nic o niej nie wie. Nic poza tym, że ma zna­mię w lewej pachwi­nie. A może w pra­wej. I że raz ugry­zła go w wargę. I że czuł, że świat wiruje, kiedy sia­dała na nim i poru­szała się coraz szyb­ciej, aż wresz­cie w tym samym momen­cie co on eks­plo­do­wała. A potem, w kul­mi­na­cyj­nej chwili, zrzu­cił ją z sie­bie.

Świat wciąż wiro­wał. Ona się śmiała. A póź­niej nur­ko­wali w morzu, jak zawsze. Potem odpły­nął łódką na wyspę, na któ­rej miesz­kał. Spę­dzili ze sobą lato. Nawet nie­całe. Mie­siąc. Nie­wiele zdą­żył się o niej dowie­dzieć. Cały ten romans był swo­istą tajem­nicą. Cza­sami miał wra­że­nie, że to był tylko sen.

To w pew­nym sen­sie kwin­te­sen­cja mło­do­ści, pomy­ślał.

Wyśnione tajem­nice. A jed­nak to nie był tylko sen. Prze­cież sie­dzi teraz w jego biu­rze. Od tam­tego lata nie widział jej ani razu. To też tajem­nica. I wtedy zaczęła mówić.

- Pamię­tasz mnie, Eriku?

- Tak, kiedy tylko się przed­sta­wi­łaś, od razu sobie przy­po­mnia­łem.

Widział, że chciała jesz­cze coś dodać, ale zamil­kła. Zaczęła od nowa.

- Pamię­tasz, jak roz­ma­wia­li­śmy o moim dziadku?

- Tak...

Tak. Pamię­tam histo­rię jej dziadka. Pamię­tam nawet, jak się nazy­wał.

- John - powie­dział. - John Osvald.

- Rze­czy­wi­ście pamię­tasz.

- Ty się nazy­wasz cał­kiem podob­nie.

Nie roz­ba­wiło jej to. Ni­gdy się nie uśmie­chała. To rów­nież sobie przy­po­mniał. Ten wyraz twa­rzy.

- A pamię­tasz, że zagi­nął pod­czas wojny?

- Tak.

- Naprawdę pamię­tasz czy tylko tak mówisz?

- Naprawdę. Pod­czas wojny twój dzia­dek musiał się ukryć w jakimś por­cie w Anglii. Opo­wia­da­łaś mi o tym. I o tym, że potem zagi­nął na morzu. Wra­ca­jąc z tego połowu... z Anglii.

- Ze Szko­cji. To była Szko­cja. Naj­pierw musieli się schro­nić w Aber­deen.

- Aha.

- Mój tata nie miał nawet roku, kiedy dzia­dek wypły­nął po raz ostatni. W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym roku.

Win­ter się nie odzy­wał. To też sobie przy­po­mniał. I jej łzę. Spa­dła mu na ramię, paliła go w skórę. Czy tak wła­śnie było? Tak. Czuł, jak pła­kała. Opo­wia­dała mu to dawno temu, ale i teraz ten temat wywo­ły­wał łzy. Może to były przede wszyst­kim łzy jej taty. Rozu­miał to, ale chyba nie do końca, przy­naj­mniej nie wtedy. Gdyby usły­szał to teraz, byłoby ina­czej. Teraz był już kimś innym.

- A brat mojego taty jesz­cze się nie uro­dził. Przy­szedł na świat dopiero trzy mie­siące po ostat­niej wypra­wie dziadka.

Brat. O tym zapo­mniał. Nie było wtedy mowy o bra­cie.

- Zmarł na krzy­wicę, kiedy miał cztery lata - dodała Johanna. - Mówię o wujku.

Nagle otwo­rzyła mały ple­cak i wycią­gnęła list. Trzy­mała go w pod­nie­sio­nej dłoni, jakby na coś cze­kała. Z dystan­sem, jakby nie chciała z nim mieć nic wspól­nego. Win­ter widział to już wiele razy. Listy, które zja­wiały się niczym obce ptaki, czarne ptaki. Listy z wie­ściami, na które nikt nie cze­kał. Cza­sami adre­saci poja­wiali się u niego wraz z nimi. Ale kto powie­dział, że on je chęt­nie przyj­mie?

- Co to jest? - zapy­tał.

- List.

- Widzę - odpo­wie­dział z uśmie­chem. Johanna chyba go odwza­jem­niła. A może to tylko gra świa­tła. Prze­ska­ki­wało po pokoju to tu, to tam. Babie lato wła­śnie zaczy­nało się nie­po­koić o swoją przy­szłość.

- Wtedy przy­szedł stam­tąd list - wyja­śniła. - Ten list.

- Stam­tąd? Ze Szko­cji?

Przy­tak­nęła, pochy­liła się do przodu i poło­żyła przed nim kopertę.

- Ze stem­plem pocz­to­wym z Inver­ness.

- Aha.

- Na odwro­cie nie ma nadawcy.

- A list jest pod­pi­sany?

- Nie. Otwórz, to zoba­czysz.

- Ale chyba nie ma w nim bia­łego proszku, co?

Chyba nie­znacz­nie się uśmiech­nęła.

Wycią­gnął list z koperty. Cienki tani papier w linie. Wyglą­dał, jakby go wyrwano ze zwy­kłego notat­nika. Dwie linijki tek­stu, dru­ko­wa­nymi lite­rami po angiel­sku.

THINGS ARE NOT WHAT THEY LOOK LIKE.

JOHN OSVALD IS NOT WHAT HE SEEMS TO BE.

Win­ter spoj­rzał na kopertę. Zna­czek z bry­tyj­skim monar­chą. Stem­pel i adres:

OSWALD FAMILY

GOTHEN­BURGH ARCHI­PE­LAGO

SWE­DEN

*

- Doszedł do was - powie­dział. - Prze­był całą drogę, aż na szkiery.

- Widocz­nie na poczcie tra­fił na roz­gar­nię­tych urzęd­ni­ków.

- Nazwi­sko jest źle zapi­sane.

- Zan­gielsz­czone.

Win­ter prze­czy­tał jesz­cze raz: Sprawy mają się ina­czej, niż się wydaje. Racja, sam dosko­nale o tym wie­dział. Brzmiało to nie­mal jak pod­su­mo­wa­nie jego zda­nia na temat pracy śled­czego. John Oswald nie jest tym, kim się wydaje. Kim się wydaje. Wydaje się, że już nie żyje. Więc nie zgi­nął?

- Ni­gdy ofi­cjal­nie nie potwier­dzi­li­śmy zgonu - powie­działa Johanna, zanim zdą­żył zapy­tać. - Przy­naj­mniej nikt z rodziny tego nie zro­bił.

- Ale urzę­dowo go potwier­dzono?

- Tak.

- Ale myśli­cie...

- A co mamy myśleć? - prze­rwała mu. - Mamy nadzieję, zawsze mie­li­śmy... ale łódź zato­nęła gdzieś na Morzu Pół­noc­nym. Z tego, co wiem, nikogo nie odna­le­ziono.

- Z tego, co wiesz?

- Prze­cież była wojna. Nie mogli prze­pro­wa­dzić poszu­ki­wań w nor­mal­nych, bez­piecz­nych warun­kach, że tak powiem. Ale nie... ani bab­cia, ani tata ni­gdy nie dostali wia­do­mo­ści, że dzia­dek żyje. Ani że odna­le­ziono kogoś z pozo­sta­łych człon­ków załogi.

- Kiedy to się stało?

- Ten wypa­dek?

- Tak.

- Nie­długo po tym... po tym, jak musieli szu­kać schro­nie­nia. Po tym, jak mimo min prze­do­stali się jakoś na wybrzeże Szko­cji. Prze­cież wojna już się zaczęła. Łódź zagi­nęła w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku. Wio­sną.

- Ile lat miał wtedy twój dzia­dek?

- Dwa­dzie­ścia jeden.

- Dwa­dzie­ścia jeden? I już miał dwu­let­niego syna?

- W tej rodzi­nie wszy­scy wcze­śnie biorą śluby i wcze­śnie rodzą im się dzieci. Mój tata miał dwa­dzie­ścia dwa lata, kiedy się uro­dzi­łam.

Win­ter poli­czył w myślach.

- Jesteś z tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tego roku?

- Tak.

- Ja też.

- Wiem. Roz­ma­wia­li­śmy wtedy o tym. Nie pamię­tasz?

- Nie.

Zamil­kła.

- To ja prze­rwa­łam ten łań­cuch - powie­działa po chwili.

- Pro­szę?

- Ślub i dzieci w mło­dym wieku. Prze­rwa­łam to.

- Nie wie­dzia­łem.

- Nie wyszłam za mąż i nie uro­dzi­łam dzieci.

Win­ter zauwa­żył, że użyła czasu prze­szłego. Ale wyglą­dała na mniej niż czter­dzie­ści dwa lata. W dzi­siej­szych cza­sach nawet star­sze kobiety rodzą dzieci. Nie mam poję­cia, jak teraz żyje.

- A jak się miewa twoja... mama?

- Nie żyje. Umarła trzy lata temu.

- Przy­kro mi.

- Mnie też.

Ucie­kła wzro­kiem w stronę okna. Roz­po­znał to spoj­rze­nie. Z pro­filu wyglą­dała jak tamta młoda dziew­czyna sie­dząca w słońcu, na kamie­niach.

- Kiedy dosta­li­ście ten list? - zapy­tał, pod­no­sząc kopertę. Pomy­ślał, że wła­śnie zosta­wił na niej odci­ski pal­ców. Dodał je do setek innych odci­sków pocho­dzą­cych z obu stron Morza Pół­noc­nego.

- Dwa tygo­dnie temu.

- Czemu przy­szłaś z tym do mnie?

I czego wła­ści­wie ode mnie ocze­ku­jesz, dodał w myślach.

- Mój tata poje­chał tam dzie­sięć dni temu. A może dzie­więć. Do Inver­ness.

- Po co?

- Po co? Tak trudno się domy­ślić? Był zde­ner­wo­wany. To oczy­wi­ste. Chciał się dowie­dzieć. - Popa­trzyła na niego. - Wziął ze sobą kopię listu i koperty.

I co chciał tam zna­leźć?, pomy­ślał Win­ter. Nadawcę?

- To nie pierw­szy raz - dodała Johanna. - On... my... pró­bo­wa­li­śmy prze­cież szu­kać, ale doni­kąd nas to nie zapro­wa­dziło.

- Ale jak mógłby zna­leźć jaki­kol­wiek nowy ślad tylko na pod­sta­wie tego?

Nie odpo­wie­działa, nie od razu. Widział, że waży słowa. Był przy­zwy­cza­jony do takiego widoku. Cza­sami wręcz widział słowa, które ktoś miał wypo­wie­dzieć, ale nie teraz. Johanna spo­glą­dała to na niego, to w okno.

- Myślę, że... że dostał kolejną wia­do­mość - powie­działa, nie patrząc na niego. - Może ktoś do niego zadzwo­nił.

- Tak powie­dział?

- Nie, tak mi się wydaje. - Spoj­rzała na list. Win­ter odło­żył go już na biurko. - Cho­dziło o coś wię­cej niż te dwa zda­nia.

- Dla­czego tak ci się wydaje?

- To przez tę jego decy­zję. Kiedy dosta­li­śmy list, nie zare­ago­wał jakoś szcze­gól­nie. To zna­czy zde­ner­wo­wał się, natu­ral­nie, ale nic ponadto. Wszy­scy się zde­ner­wo­wa­li­śmy. A potem... nagle... stwier­dził, że jedzie. Natych­miast. I poje­chał.

- I to było dzie­sięć dni temu?

- Tak.

- I udało mu się coś zna­leźć?

Johanna Osvald spoj­rzała na niego.

- Ode­zwał się do mnie trzy razy. Ostat­nio przed czte­rema dniami.

- Tak?

- Mówił, że ma się z kimś spo­tkać.

- Z kim?

- Nie powie­dział. Ale miał się ode­zwać po spo­tka­niu. Jak tylko się dowie cze­goś wię­cej. - Johanna pochy­liła się do przodu. - W jego gło­sie sły­chać było... pra­wie pod­nie­ce­nie.

- I jak poszło?

- Mówi­łam prze­cież, że wtedy roz­ma­wia­łam z nim po raz ostatni. Potem już się nie ode­zwał. - Win­ter zauwa­żył w jej oczach strach. - Od tam­tej pory nie dał znaku życia. Dla­tego przy­szłam.

Rozdział 4

4

ANETA KOLEJNY RAZ WYBRAŁA SIĘ do Kor­te­dala. Dzień był desz­czowy, nagle zro­biło się zim­niej niż wcze­sną wio­sną. Może nade­szła już jesień.

Zwa­li­ste domy przy Befälsgatan i Beväringsgatan zda­wały się masze­ro­wać czy też uno­sić w dal we mgle. Wyglą­dają jak kamienny okręt wojenny, pomy­ślała. To jak żywy obraz, jak film.

Nagle przy­szła jej na myśl pio­senka Pink Floyd Ano­ther Brick in the Wall. Mury ota­czały miesz­ka­ją­cych tu ludzi, spy­chały ich w mgłę.

We don't need no edu­ca­tion.

Ale tego aku­rat potrze­buje każdy. Wykształ­ce­nia. Języka. Umie­jęt­no­ści komu­ni­ko­wa­nia się, pomy­ślała.

Zapar­ko­wała w jed­nej z uli­czek noszą­cej nazwę mie­siąca, może wio­sen­nego, może jesien­nego. Ni­gdzie nie było widać tabliczki. Pode­szła do muru, za nim miesz­kała Anette Lind­sten. To nazwi­sko zda­wało się w jakiś spo­sób paso­wać do oto­cze­nia. Lind­sten5. Praw­dzi­wie szwedz­kie nazwi­sko, zło­żone z wyra­zów nawią­zu­ją­cych do przy­rody. Więk­szość szwedz­kich nazwisk tak wygląda, pomy­ślała. Wszystko nawią­zuje do przy­rody. Z jed­nej strony coś mięk­kiego i lek­kiego, z dru­giej - coś twar­dego i cięż­kiego. Złą­czone w jedno nazwi­sko. Jak te koły­szące się domy. Kamie­nie na wie­trze.

Przy­po­mniały jej się oczy wyglą­da­jące zza uchy­lo­nych drzwi. One też wyglą­dały, jakby były z kamie­nia. Czy Anette Lind­sten roz­ma­wiała ze swoim mężem? Czy poroz­ma­wiali ze sobą? Czy to w ogóle było moż­liwe? Czy on potrafi roz­ma­wiać? Czy potrafi uży­wać języka? Aneta Dja­nali wie­działa jedno: ci, któ­rzy nie potra­fią wyra­zić, co myślą i co czują, czę­sto ucie­kają się do prze­mocy. Ciosy zastę­pują im słowa. W tym sen­sie prze­moc jest naj­bar­dziej uze­wnętrz­nioną, eks­tre­malną i naj­strasz­niej­szą formą komu­ni­ka­cji.

Czy mąż Anette ją bił? Czy kie­dy­kol­wiek jej gro­ził? I kim on wła­ści­wie jest? Kim jest ona?

Weszła do budynku. Drzwi były otwarte. Przed domem stał samo­chód dostaw­czy, pię­trzyło się na nim coś przy­po­mi­na­ją­cego orkie­strę. Aneta dostrze­gła kant sofy, dwa krze­sła, biurko i papie­rową torbę wyła­do­waną rośli­nami. Ktoś się wpro­wa­dza albo wypro­wa­dza, pomy­ślała.

Jakiś męż­czy­zna około sześć­dzie­siątki wysiadł z windy. Niósł jakąś paczkę, zała­do­wał ją na cię­ża­rówkę. Więc ktoś się wypro­wa­dza.

Męż­czy­zna wró­cił i wszedł do windy. Aneta już w niej stała, przy­trzy­mała mu drzwi.

- Ja na piąte - powie­dział.

- Ja też. - Aneta wci­snęła guzik.

Na pią­tym pię­trze znaj­do­wały się trzy miesz­ka­nia. Kiedy wysie­dli z windy, Aneta stwier­dziła, że drzwi Anette Lind­sten są otwarte na oścież.

Zupeł­nie ina­czej niż ostat­nio.

Aneta zro­zu­miała, że Anette się stąd wynosi. Zoba­czyła kar­tony w przed­po­koju, ubra­nia na wie­sza­kach i krze­sła. Kilka zwi­nię­tych dywa­nów. Sły­szała rów­nież cichą muzykę z radia. Ktoś nasta­wił je na lokalną sta­cję komer­cyjną. Brit­ney Spe­ars. Wszę­dzie leci Brit­ney Spe­ars.

Doszła do drzwi i zawa­hała się. Nie wie­działa, czy ma zadzwo­nić, czy zawo­łać. Męż­czy­zna wszedł już do przed­po­koju. Odwró­cił się. Aneta doj­rzała teraz kuch­nię. Wszystko już z niej wynie­siono. W miesz­ka­niu nie było nikogo wię­cej.

- Tak? Mogę pani w czymś pomóc? - zapy­tał męż­czy­zna.

Nie był nie­miły, ale wyglą­dał na zmę­czo­nego. Choć to zmę­cze­nie chyba nie było skut­kiem dźwi­ga­nia paczek. Był już cał­kiem siwy. Na ple­cach miał plamę potu, ukła­dała się na koszuli w nie­wy­raźne V.

- Szu­kam Anette Lind­sten - odpo­wie­działa.

W tym momen­cie z dru­giego pokoju wyszedł inny, młod­szy męż­czy­zna. W ręku miał czarny pla­sti­kowy worek wypchany pościelą.

- Co to jest? - zapy­tał, zanim ten star­szy zdą­żył odpo­wie­dzieć Ane­cie.

Młod­szy mógł być w jej wieku. Nie wyglą­dał miło. Wzdry­gnął się, kiedy ją zoba­czył.

- Pani szuka Anette - powie­dział star­szy. - Anette Lind­sten.

Póź­niej Aneta przy­po­mniała sobie, że zasta­no­wiło ją, dla­czego wymie­nił nazwi­sko.

- Kim pani jest? - zwró­cił się do niej młod­szy.

Aneta się przed­sta­wiła i poka­zała odznakę. Zapy­tała, kim są.

- To ojciec Anette, ja jestem jej bra­tem. O co cho­dzi?

- Chcia­łam z nią poroz­ma­wiać o...

- Tak, wiemy, o co cho­dzi, ale to już koniec, więc nie musi już pani z nią o tym roz­ma­wiać - odpo­wie­dział.

- Jesz­cze ni­gdy z nią nie roz­ma­wia­łam.

- W takim razie nie ma już takiej potrzeby. Jasne?

Ojciec Anette odchrząk­nął.

- O co cho­dzi? - Syn spoj­rzał na niego.

- Peter, nie musisz chyba tak pod­no­sić głosu - powie­dział i odwró­cił się do Anety. - Lind­sten. Jestem ojcem Anette. - Wciąż sto­jąc w głębi przed­po­koju, ski­nął głową. - A to mój syn, Peter. - Wska­zał na niego. - Wła­śnie zabie­ramy rze­czy Anette. - Spoj­rzał na nią wzro­kiem pozba­wio­nym wyrazu. - Anette się stąd wypro­wa­dza.

- Dokąd? - zapy­tała Aneta.

- A co to za róż­nica? - odparł Peter Lind­sten. - Chyba lepiej, żeby wie­działo o tym jak naj­mniej osób, nie? To raczej średni pomysł, żeby wszyst­kie cho­lerne wła­dze zaczęły się tam teraz zwa­lać.

- A wcze­śniej się zwa­lały? - zapy­tała Aneta.

- Nie.

Jego odpo­wiedź nie była logiczna, ale Aneta już się do takich przy­zwy­cza­iła.

- Ale pew­nie za... - zaczął mówić, prze­rwał mu jed­nak ojciec:

- Chyba możemy zro­bić kawę i poroz­ma­wiać o tym na spo­koj­nie. - Spoj­rzał na Anetę. Praw­dziwy ojciec, taki, który zawsze nad wszyst­kim spra­wuje pie­czę. Dokład­nie w tym momen­cie, w tej sekun­dzie przed oczami sta­nęła jej pochy­lona syl­wetka jej ojca, ukryta w ciem­nym wnę­trzu bia­łej chaty na afry­kań­skiej, pustyn­nej sawan­nie. Mrok w środku, świa­tło na zewnątrz, czarno-biały świat.

On też chciał na­dal spra­wo­wać nad nią pie­czę. To przez nią już nie byli sobie tak bli­scy.

- Nie mamy czasu - wtrą­cił Peter.

- Odłóż te rze­czy i wstaw wodę na kawę - powie­dział spo­koj­nie ojciec. Syn odsta­wił worek. Do tej pory nie wypusz­czał go z rąk. Potem posłusz­nie wyko­nał pole­ce­nie.

Win­ter przy­niósł dwie fili­żanki kawy. Jedną posta­wił przed Johanną Osvald. Wyglą­dała na opa­no­waną, a jed­no­cze­śnie spra­wiała wra­że­nie, jakby poczuła ulgę, jakby przy­cho­dząc tutaj, odnio­sła jakieś zwy­cię­stwo.

- Nie wie­dzia­łam, do kogo się zwró­cić.

- Wiesz, gdzie mieszka? Tam, w Szko­cji.

- Wiem, gdzie miesz­kał. Dzwo­ni­łam tam i powie­dzieli mi, że już się wyniósł. Cztery dni temu. - Spoj­rzała na niego. Nie wypiła ani łyka kawy. - To jakiś pry­watny pen­sjo­nat. Nie pamię­tam nazwy, ale mam ją gdzieś zapi­saną. - Zaczęła prze­szu­ki­wać ple­cak. - Gdzieś tu mam notes. - Kolejny raz popa­trzyła na Win­tera.

- A gdzie jest ten pen­sjo­nat? - zapy­tał.

- W Inver­ness. Nie wspo­mnia­łam o tym?

Inver­ness, pomy­ślał. Most nad rzeką Ness.

- I potem już się do cie­bie nie odzy­wał? Mówił ci, że się stam­tąd wypro­wa­dza?

- Nie.

- To co mówił, kiedy dzwo­nił ostat­nio?

- To, co powie­dzia­łam. Że ma się z kimś spo­tkać.

- Z kim?

- Prze­cież nie powie­dział.

- A pyta­łaś?

- Tak, oczy­wi­ście. Ale stwier­dził, że... że musi tylko coś spraw­dzić i że potem się ode­zwie.

- A co chciał spraw­dzić?

- Nie powie­dział. I nie, nie pyta­łam. Ojciec taki jest. Ni­gdy nie mówi za dużo, a już na pewno nie przez tele­fon.

- Ale to było coś zwią­za­nego z zagi­nię­ciem? Cho­dziło o zagi­nię­cie two­jego dziadka?

- Tak... tak przy­pusz­czam. To chyba oczy­wi­ste? O co innego mogłoby cho­dzić?

- Co jesz­cze powie­dział?

- Jak to?

- Chyba roz­ma­wia­li­ście też o innych rze­czach? Nie tylko o tym, że ma się z kimś spo­tkać, zapewne w spra­wie two­jego dziadka.

- Raczej nie... zapy­ta­łam, co sły­chać tak w ogóle. Odpo­wie­dział, że pada. - Win­ter stwier­dził, że kła­mie. Kiep­sko kła­mie. - Ale w Szko­cji to prze­cież nor­malne.

- Dzwo­nił z komórki? Z hotelu? A może z kawiarni albo pubu?

- Wła­ści­wie to nie wiem. Wyda­wało mi się, że dzwoni z... - Wresz­cie zna­la­zła notes. Otwo­rzyła go. - Że dzwo­nił z tego pen­sjo­natu. Nazywa się Glen Islay Bed & Bre­ak­fast. - Popa­trzyła na niego. - Ross Ave­nue, Inver­ness. Ulica nazywa się Ross Ave­nue. Wyda­wało mi się, że wła­śnie stam­tąd dzwo­nił.

Glen Islay, pomy­ślał Win­ter. Jak marka whi­sky. Znam tę nazwę, ale to nie whi­sky...

- Dla­czego ci się wyda­wało, że dzwo­nił wła­śnie stam­tąd? - zapy­tał.

- Jak teraz o tym myślę, to mam wra­że­nie, że mógł o tym wspo­mnieć. No i on nie ma komórki.

No pro­szę, więc są jesz­cze tacy, któ­rzy nie mają komó­rek, pomy­ślał Win­ter. W kolej­nym życiu też będę do nich nale­żał.

- Chcia­łam mu dać swój tele­fon, ale się nie zgo­dził. Powie­dział, że na pewno nie będzie dzia­łać i że tylko będzie się przez to dener­wo­wał pod­czas podróży.

- Wła­ści­wie miał rację - odparł Win­ter.

- Tak czy ina­czej, póź­niej już się nie ode­zwał.

- Naprawdę minęło już dużo czasu?

- Co masz na myśli?

- Cztery dni. Dopiero po czte­rech dniach zaczę­łaś się nie­po­koić. Może...

- O co ci cho­dzi? - prze­rwała mu. - Cały czas się nie­po­ko­iłam. Ale mówi­łam ci, że mój ojciec nie należy do tych, co dzwo­nią codzien­nie. W końcu do tego nie­po­koju doszedł kolejny, na tyle duży, że zadzwo­ni­łam do Glen Is... Glen Is... - Zacięła się i wybuch­nęła pła­czem.

Win­ter ska­mie­niał. Jestem idiotą, pomy­ślał. I nie mogę się zająć tą sprawą jak należy. Nagle poczuł, że jest w to zaan­ga­żo­wany oso­bi­ście. Muszę zna­leźć wyj­ście z tej sytu­acji.

- Jak się nazywa twój tata? - zapy­tał łagod­nie.

- Ax... Axel. Axel Osvald.

Pod­niósł się. Wziął obie fili­żanki i odsta­wił je na bok, żeby przez chwilę zająć się czymś innym i zacząć myśleć na nowo.

Wró­cił na swoje miej­sce i usiadł.

- A co ty o tym sądzisz? - zapy­tał. - Co według cie­bie mogło się stać? Jak myślisz?

- Myślę, że przy­tra­fiło mu się coś złego.

- Dla­czego tak myślisz?

- Nie widzę żad­nego innego wytłu­ma­cze­nia. Tylko to wyja­śnia, dla­czego się dotych­czas nie ode­zwał.

Win­ter myślał. Jak śled­czy. Po wszyst­kich tych roz­wa­ża­niach i pla­nach, które mu towa­rzy­szyły latem, czuł, że to spory wysi­łek.

- Wyna­jął samo­chód? - zapy­tał.

- Nie wiem.

- Ale ma prawo jazdy?

- Tak.

- Czym się zaj­muje?

- Jest... sto­la­rzem.

- Zawa­ha­łaś się - zauwa­żył Win­ter.

- Tak... Wcze­śniej był ryba­kiem, jak wszy­scy w rodzi­nie. I jak nie­mal wszy­scy na naszej wyspie. Ale skoń­czył z tym.

Win­ter nie chciał drą­żyć tego tematu. Pytał dalej.

- Może natra­fił na coś... na kogoś, i może jest gdzieś poza Inver­ness i nie­długo się ode­zwie.

- Och, ależ mi ulżyło, kiedy to powie­dzia­łeś - powie­działa z nagłą iro­nią.

- Czego w takim razie ode mnie ocze­ku­jesz?

- Sama nie wiem. Prze­pra­szam. Myśla­łam, że ty mi powiesz.

- Można zacząć go szu­kać przez Inter­pol. Jeśli chcesz, mogę ci pomóc.

- Inter­pol... to chyba bar­dzo for­malna ścieżka. Czy to w ogóle coś da? Nie możesz zro­bić nic wię­cej?

- Johanna, posłu­chaj. Nie minęło jesz­cze za dużo czasu. I nic nie wska­zuje na to, żeby twój ojciec był w nie­bez­pie­czeń­stwie. Może...

- To jak wyja­śnisz ten list? - zapy­tała, wska­zu­jąc ruchem głowy na kopertę. Wciąż leżała na biurku.

- Nie potra­fię tego wyja­śnić.

- Myślisz, że napi­sał to jakiś wariat?

- A ty tak wła­śnie myślisz?

- Sama nie wiem, co o tym sądzić. Wiem tylko, że tata prze­jął się tym na tyle, że poje­chał do Szko­cji. Albo dowie­dział się cze­goś wię­cej, jak już mówi­łam. I że to dziwne, że się do mnie nie ode­zwał.

Inver­ness. Win­ter wstał i pod­szedł do mapy Europy. Wisiała na ścia­nie oddzie­la­ją­cej jego biuro od kory­ta­rza. Inver­ness, na pół­noc­nym krańcu szkoc­kich High­lands. Był tam dwa­dzie­ścia lat temu. Jeden jedyny raz. Prze­sia­dał się tam pod­czas podróży z pół­nocy na połu­dnie. Pomy­ślał o kobie­cie, która wła­śnie sie­działa za jego ple­cami. To musiało być tego samego lata...

Zaczął się nad tym zasta­na­wiać. Wciąż stu­dio­wał mapę. Tak, to mogło być wtedy albo rok póź­niej. Było babie lato, wrze­sień, jak teraz. Podró­żo­wał wów­czas, żeby zna­leźć cel w życiu. Posta­no­wił wła­śnie, że rzuci prawo. Skoń­czył kurs wstępny i stwier­dził, że na wię­cej się nie pisze. To było, zanim osta­tecz­nie zde­cy­do­wał, że zosta­nie poli­cjan­tem, a co za tym idzie, będzie chro­nił ludzi i wpa­jał im zasady moralne.

Pra­co­wał na poczcie. A potem dostał spa­dek po babci. Ten spa­dek sporo w jego życiu zmie­nił. Poże­gnał się z listami i posta­no­wił poje­chać do Wiel­kiej Bry­ta­nii, bo ni­gdy wcze­śniej tam nie był. To miała być praw­dziwa wyprawa. Dopły­nął pro­mem do New­ca­stle, a stam­tąd pocią­giem poje­chał do Thurso i Dun­net Head - naj­da­lej wysu­nię­tego na pół­noc krańca wyspy. Potem auto­bu­sami, pocią­gami i sto­pem doje­chał na kra­niec połu­dniowy, do Lizard Point. Sam sobie wyzna­czył taki cel i już wtedy zro­zu­miał, że od tej pory tak będzie wyglą­dać jego życie: zmie­rzał do celu, nie bar­dzo wie­dząc, jak go osią­gnąć. A przy tym ta nie­pew­ność była meto­dyczna i zapla­no­wana.

Dopiero teraz pozwo­li­łem sobie zaufać wła­snej nie­pew­no­ści, pomy­ślał nagle i kolejny raz spoj­rzał na mapę, na Inver­ness. Spę­dził tam jedną noc w jakimś pen­sjo­na­cie.

Coś stam­tąd pamię­tał. Zaczął myśleć o tam­tym miej­scu. Pamię­tał je, bo musiał dojść ze sta­cji tam, gdzie stały wszyst­kie pen­sjo­naty. Droga oka­zała się długa, tak to przy­naj­mniej wspo­mi­nał. Dłuż­sza, niż mu powie­dzieli w infor­ma­cji tury­stycz­nej na sta­cji. Zadzwo­nili do pen­sjo­natu, któ­rego nazwy nie pamię­tał, i zare­zer­wo­wali mu pokój. A póź­niej ruszył w drogę. Szedł przez cen­trum, potem przez most, póź­niej przez nowe cen­trum, które wyglą­dało, jakby je wznio­sła inna cywi­li­za­cja, a potem przez dziel­nicę wil­lową, w któ­rej domy z kamie­nia i gra­nitu cią­gnęły się na prawo i na lewo, i na wprost, i na prawo, i na lewo, i na lewo, i na prawo. Trudno go nie zauwa­żyć. Cóż, wtedy po raz pierw­szy zetknął się z Bry­tyj­czy­kami. Nazwy ulicy, przy któ­rej miał stać jego pen­sjo­nat, wypa­try­wał tak długo, że wryła mu się głę­boko w pamięć. Pamię­tał ją rów­nież dla­tego, że szu­kał wtedy alei, ale ni­gdzie jej nie widział, a już na pewno nie na miej­scu: Ross Ave­nue. Uliczka jak wszyst­kie inne.

Odwró­cił się do Johanny. Czuł, jak ogar­nia go zdu­mie­nie.

- Nie mówi­łaś przy­pad­kiem, że ojciec zatrzy­mał się w pen­sjo­na­cie przy Ross Ave­nue?

- Tak.

Znów spoj­rzał na mapę.

- Byłem tam. Spa­łem w pen­sjo­na­cie przy Ross Ave­nue. Spę­dzi­łem tam jedną noc.

- Co za zbieg oko­licz­no­ści. - Usły­szał za sobą.

Nie chciał jej mówić, że to było wtedy, po tam­tych waka­cjach. Spoj­rzał na nią. Nagle przy­szło mu do głowy coś nowego.

- Znam kogoś, kto pocho­dzi z oko­lic Inver­ness. W dodatku to poli­cjant.

Ojciec Anette Lind­sten nalał kawy i wrę­czył jej kubek. Jego syn sta­nął na chwilę przy oknie, wyj­rzał przez nie, a potem wyszedł i zabrał się do zno­sze­nia paczek.

Aneta przy­sia­dła na krze­śle w pustej kuchni. Stół się chwiał, prze­chy­lał się w stronę ściany.

- Dla­czego przy­je­chała pani wła­śnie teraz? - zapy­tał Lind­sten.

- Byłam tu parę dni temu i... cóż... nie wyglą­dało to naj­le­piej.

- Co?

Aneta sączyła kawę. Była gorąca i mocna.

- Sytu­acja.

- To sąsie­dzi zadzwo­nili?

- Tak. I to nie było pierw­sze zgło­sze­nie.

- Ale ostat­nie - odparł Lind­sten.

- Przy­naj­mniej stąd - dodała Aneta, roz­glą­da­jąc się po kuchni. - Z tego domu.

- Nie - stwier­dził Lind­sten z prze­ko­na­niem. - Nie będzie wię­cej zgło­szeń. - Wypił łyk kawy, zde­cy­do­wa­nym ruchem. Zauwa­żyła, że gorący napój opa­rzył go w prze­łyk.

- Gdzie ona teraz jest? - zapy­tała Aneta.

- W bez­piecz­nym miej­scu - odpo­wie­dział po chwili.

- Mieszka u pana?

- Chwi­lowo - powie­dział i spoj­rzał w drugą stronę.

- Wie pan, gdzie jest jej mąż?

- Nie.

- Sprawa jest naprawdę poważna. Także w szer­szym wymia­rze. Wiele kobiet boi się swo­ich mężów. Albo byłych mężów. Sta­rają się nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Muszą się ukry­wać. Są i takie, które mają nadzieję, że coś się zmieni. I nie odcho­dzą.

- W tym przy­padku wszystko już się skoń­czyło.

- A kto wynaj­muje to miesz­ka­nie? - zapy­tała Aneta.

- Umowa zawsze była pod­pi­sana na Anette. Do końca zostały jesz­cze dwa mie­siące, ale, że tak powiem, bie­rzemy to na sie­bie. Miesz­ka­nie będzie stało puste.

- Roz­ma­wiał pan z mężem? Z jej mężem?

- Z tym cho­ler­nym dra­niem? Dzwo­nił wczo­raj. Powie­dzia­łem, żeby się nam wię­cej nie poka­zy­wał na oczy.

- Myśli pan, że posłu­cha?

- Jeśli się u nas zjawi, boję się, że nie dam rady powstrzy­mać Petera. Peter się na niego rzuci. A wtedy na serio będziemy mieć do czy­nie­nia z poli­cją.

- Tak, to kiep­skie roz­wią­za­nie.

- To jego wła­sne lekar­stwo. Jego wła­sne, gorz­kie lekar­stwo.

Jakieś pudło spa­dło w przed­po­koju na pod­łogę. Potem usły­szeli, jak Peter Lind­sten klnie. Jego ojciec zro­bił głową ruch w kie­runku przed­po­koju.

- Róż­nica będzie pole­gać na tym, że tym razem ten skur­czy­byk będzie musiał się zmie­rzyć z kimś swo­jej postury.

Fors­blad. Hans Fors­blad. Tak się nazy­wał jej mąż. Aneta spraw­dziła to w cen­trali, która przyj­mo­wała zgło­sze­nia. Potwier­dziła to u kole­gów z Kor­te­dala. Sprawa została już zgło­szona do jed­nostki zaj­mu­ją­cej się pra­wami kobiet.

Fors­blad6, kolejne praw­dzi­wie szwedz­kie nazwi­sko, pomy­ślała Aneta. Nawią­zuje do przy­rody i tak jak nazwi­sko jego żony łączy w sobie siłę i coś nie­zmier­nie lek­kiego. Deli­kat­nego. Które cechy z wła­snego nazwi­ska prze­ja­wiało każde z nich? Czy powinno się to rozu­mieć dosłow­nie?

- On nie ma klu­czy od tego miesz­ka­nia? - zapy­tała.

- Zmie­ni­li­śmy zamki - odparł Lind­sten.

- A gdzie są jego rze­czy?

- On wie, skąd może je ode­brać.

Skądś, gdzie słońce ni­gdy nie dociera, pomy­ślała Aneta.

- Więc wyrzu­ci­li­ście go na bruk.

Lind­sten się zaśmiał, ale w jego śmie­chu nie było rado­ści.

- Od dawna nie spę­dził tu ani jed­nej nocy. Bywał tutaj, to prawda. Ale tylko po to, żeby... żeby... - Nagle smu­tek wykrzy­wił mu twarz, oczy napeł­niły się łzami. Szybko odwró­cił się do okna, jakby się wsty­dził, choć nie było czego.

- Nie miał zakazu odwie­dza­nia pań­skiej córki - powie­działa Aneta. - Nie­stety.

- Jakby to miało coś zmie­nić - odpo­wie­dział stłu­mio­nym gło­sem, ze spusz­czoną głową.

- Miałby zakaz, gdyby Anette zło­żyła na niego donie­sie­nie. Ona albo ktoś inny. Sama mogła­bym na pocze­ka­niu pod­jąć taką decy­zję. Byłam gotowa zro­bić to teraz. Po to przy­je­cha­łam.

Lind­sten pod­niósł wzrok. Oczy wciąż miał szkli­ste.

- Teraz to już nie ma zna­cze­nia - odparł. - Nic z tego, co pani mówi, nie ma zna­cze­nia.

Zabrzmiało to tak, jakby nagle sam prze­stał wie­rzyć w to, co mówi. Znowu coś spa­dło w przed­po­koju i Aneta usły­szała kolejne prze­kleń­stwo. Czas się zbie­rać, pomy­ślała. Muszą dokoń­czyć tę prze­pro­wadzkę, prze­no­siny, które mają być począt­kiem nowego etapu. Aneta żywiła szczerą nadzieję, że tak wła­śnie się sta­nie, że życie kobiety, któ­rej twarz widziała przez zale­d­wie trzy sekundy, zacznie się na nowo.

- Znasz kogoś stam­tąd? - zapy­tała Johanna. Wyglą­dała, jakby chciała się zbie­rać do wyj­ścia. Win­ter wciąż stał przy mapie. - Kogoś z Inver­ness?

- Tak. Tak mi się wydaje.

- Twój kolega po fachu? Poli­cjant?

- Tak. Mieszka w Lon­dy­nie, ale jest Szko­tem.

Win­ter myślał, szu­kał cze­goś w pamięci. A było w niej mnó­stwo zaka­mar­ków. W końcu przed oczami sta­nął mu Lon­dyn, komi­sarz w jego wieku, mówiący ze szkoc­kim akcen­tem, zdję­cie ład­nej żony z dwójką ład­nych dzieci, bliź­nia­ków, twarz komi­sarza, którą trudno nazwać ładną, ale która mogła się wyda­wać atrak­cyjna. Ta twarz skądś pocho­dziła. Z jakiejś wio­ski nie­da­leko Inver­ness. Tak mu mówił Steve. Win­ter spoj­rzał na mapę, skala była bez­na­dziej­nie duża.

- Steve Mac­do­nald - powie­dział. - Steve stam­tąd pocho­dzi.

- Myślisz, że mógł­byś go zapy­tać?

- Tak.

Tylko o co?, pomy­ślał.

- On chyba mógłby spraw­dzić, czy tata wyna­jął samo­chód.

- To możemy spraw­dzić sami. Nawet ty mogła­byś to zro­bić.

- No... tak. Ale jeśli twój kolega pocho­dzi wła­śnie stam­tąd, to może zna kogoś, kto mógłby to... mógłby to w pew­nym sen­sie zba­dać. No nie wiem. - Sta­nęła przy mapie, obok niego. Spra­wiała wra­że­nie, jakby wcale nie chciała na nią patrzeć, jakby nie chciała oglą­dać tego kraju, który ode­grał tak dużą, ale kata­stro­falną rolę w życiu jej rodziny. I nie­wy­klu­czone, że będzie ją odgry­wał na­dal.

Czuł, że stoi bli­sko, sły­szał jej oddech. Nagle pomy­ślał, że lata lecą. Cał­kiem banalne, ale praw­dziwe.

- Jeśli chcesz się dowie­dzieć cze­goś wię­cej, może Steve będzie wie­dział, kogo należy zapy­tać - powie­dział, odwra­ca­jąc się w jej stronę.

W co ja się wplą­tuję? Nor­mal­nie taka roz­mowa musia­łaby się skoń­czyć, zanimby się zaczęła. A teraz mamy sprawę, i to na skalę mię­dzy­na­ro­dową.

Rozdział 5

5

PRZY­STA­NĄŁ NA NAJ­WYŻ­SZYM ZE WZNIE­SIEŃ. Widział sto­jący poni­żej kościół. Cza­sami się w nim modlił, kie­dyś, przed laty, modlił się, żeby Jezus oca­lił jego duszę. Kościół był jedyną pozo­sta­ło­ścią naprawdę daw­nych cza­sów. Jedyną, która ucho­wała się w New­town.

Kiedy Lord i Lady prze­nie­śli mia­steczko, kościół został na swoim miej­scu. Powstał w czter­na­stym wieku. W cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych, poprze­dza­ją­cych czasy wiel­kich wypraw, czasy żaglow­ców. Wiel­kich odkryć.

Swoją drogą, co za bru­talne posu­nię­cie! Lord i Lady prze­nie­śli mia­steczko. Nie chcieli, żeby leżało tuż przy ich zamku.

Nie chcieli, żeby przy ich sie­dzi­bie prze­bie­gała kolej.

Widział stąd także cią­gnące się w dole wia­dukty. Pięły się w powie­trzu, jakby szu­kały opar­cia. Musieli je zbu­do­wać wła­śnie tam, daleko od Lorda i Lady. Nad­ludzki wyczyn, a jed­nak im się udało.

Nie było już Lorda ani Lady. Wiele się tu zmie­niło, znik­nęło. Morze się ostało, ale i ono z roku na rok zda­wało się cho­wać coraz niżej. Pod­czas odpływu traw­lery cumo­wały dalej. Ich kadłuby wyglą­dały w świe­tle zmierz­chu niczym poły­sku­jące szczęki albo ławica orek, które zaczęły oble­gać mia­sto, ale zatrzy­mał je odpływ.

Stał ponad por­tem. W powie­trzu czuć było siarkę. W powie­trzu, pomy­ślał: to, co wyda­wało się cia­łem sta­łym, ule­ciało z wia­trem.

Bolało go bio­dro. Z każ­dym dniem coraz bar­dziej. Nie powi­nien cho­dzić, ale cho­dził. To w końcu jego ciało. To nic takiego. Wie­dział, co tak naprawdę ma zna­cze­nie. Wie­dział dobrze.

Kiedy przy­był tu pierw­szy raz, mia­sto było głów­nym por­tem dla wszyst­kich stat­ków rybac­kich pły­wa­ją­cych wzdłuż tej czę­ści wybrzeża, na połu­dnie od zatoki Moray Firth.

Było więk­sze niż Keith, Hun­tly czy nawet Buc­kie.

The Buc­kie boys are back in town, powtó­rzył w myślach.

Wtedy nie został tu długo. Wtedy nie wie­dział jesz­cze, kim jest i gdzie jest. Tak było. Był jak śle­piec. Teraz już rozu­miał, że kie­dyś cho­dził, przy­sta­wał i roz­ma­wiał z innymi, ale nie był tego świa­dom.

Cza­sami krzy­czał przez sen. Budził go wła­sny krzyk. Gdy otwie­rał oczy, oka­zy­wało się, że sie­dzi wypro­sto­wany na łóżku w swoim lodo­wato zim­nym pokoju. Jego paru­jący oddech wyglą­dał jak biały sto­żek. Krzyk wyda­wał się zamknięty w tym odde­chu. To było prze­ra­ża­jące uczu­cie, prze­ra­ża­jące. Gar­dło miał roze­rwane, jakby pod­cięte nożem. Co takiego krzy­czał? Kto go sły­szał? Wycho­dził na ulicę, ale w ciem­nych oknach po dru­giej stro­nie nic się nie ruszało.

Nikt go nie sły­szał.

Widział stąd świa­tła w leżą­cym powy­żej mie­ście. Zale­d­wie kilka jasnych punk­tów.

Wtedy przez chwilę o niej pomy­ślał.

Widział budkę tele­fo­niczną, świe­ciła pośrodku mgły. Tele­fon ni­gdy nie dzwo­nił.

Miał ją popro­sić.

Naprawdę miał.

Wcze­śniej speł­niała jego życze­nia.

Ale wtedy nie był już tego taki pewien.

Gdy się widzieli ostatni raz, spoj­rzała na niego tak jak ni­gdy wcze­śniej.

Więc nie zapy­tał.

*

Zosta­wił za sobą port i prze­szedł przez Seatown. Domy chy­liły się ku sobie, kuliły się pod wia­duk­tami. Szedł do swo­jego domu, prze­mie­rzał ulice bez nazw. This is where the stre­ets have no names, pomy­ślał. Czę­sto myślał po angiel­sku, pra­wie zawsze.

Cza­sami wra­cały urywki daw­nego języka, ale tylko wtedy, gdy był mocno poru­szony. Where the stre­ets have no names. Jesz­cze tylko w dwóch miej­scach jest podob­nie - w nie­bie i w pie­kle.

Był w obu. A teraz prze­miesz­czał się mię­dzy nimi.

Domy miały numery, choć wyglą­dało na to, że nie w porządku rosną­cym. Sió­demka przy dwu­dzie­stce piątce, szóstka przy trzy­dzie­stce jedynce. On sam miesz­kał w czar­nym domu na połu­dniu. Pod nume­rem czter­na­stym. Ozna­czało to, że był czter­na­stym domem w Seatown. Tak wła­śnie nume­ro­wano tu domy. Żaden inny dom nie był czarny.

Rozdział 6

6

FRE­DRIK HAL­DERS LEŻAŁ NA SOFIE ze sto­pami na opar­ciu. Nad sofą wisiała nie­sa­mo­wita lampa. A może tylko z jego per­spek­tywy wyglą­dała tak dziw­nie.

- Czy ja już widzia­łem tę lampę? - zapy­tał, wska­zu­jąc pal­cem na sufit.

- Na to pyta­nie sam musisz sobie odpo­wie­dzieć - odparła Aneta. Sie­działa na pod­ło­dze, pochy­lona nad zdję­ciami.

Hal­ders prych­nął, tak przy­naj­mniej wydało się Ane­cie.

Pró­bo­wał odwró­cić głowę, nie pod­no­sząc się z sofy. To był błąd. Jego szyja już ni­gdy nie będzie taka jak daw­niej. Kie­dyś, gdy zacho­wał się jak więk­szy idiota niż zwy­kle, obe­rwał w kark. To mógł być jego ostatni błąd. Mógł już nie odzy­skać swo­jego byczego karku. Nie­wiele bra­ko­wało. Każdy wie, co się dzieje z kar­kami w ostat­niej fazie.

- To z Afryki? - zapy­tał.

- A jak myślisz? - odpo­wie­działa, nie odry­wa­jąc wzroku od zdjęć.

Hal­ders jesz­cze raz badaw­czo przyj­rzał się lam­pie od spodu. Miała spi­cza­sty dół, wyżej było coś szer­szego i zie­lo­nego.

- Tak, to z Afryki - stwier­dził.

- Świet­nie, Fre­driku.

Sam sobie zaczął bić brawo.

- Potra­fisz zgad­nąć, z jakiego kraju? - dobiegł go głos Anety. - I, żeby było trud­niej, musisz mi też powie­dzieć, jak się nazy­wał ten kraj, zanim zaczął się nazy­wać tak jak teraz.

- To dopiero pod­chwy­tliwe pyta­nie.

- Wiem.

Świet­nie zda­wała sobie sprawę, jakie to trudne. Prze­cież odkąd zaczęli razem pra­co­wać, a potem rów­nież się spo­ty­kać, o jej ojczyź­nie roz­ma­wiali zale­d­wie trzy razy na godzinę. Codzien­nie. No, powiedzmy, że roz­ma­wiali. To Fre­drik bez prze­rwy gadał o jej egzo­tycz­nym pocho­dze­niu i o jej cudow­nej ojczyź­nie. Spra­wiał wra­że­nie, jakby nie potra­fił jej wska­zać na mapie, ale mimo to oka­zy­wało się, że cał­kiem nie­źle orien­tuje się w tema­cie. Wła­ści­wie, cho­ciaż zacho­wy­wał się gru­bo­skór­nie, orien­to­wał się nie­mal we wszyst­kim.

- Dawna nazwa zaczy­nała się na G - pod­po­wie­działa.

- G... G... G...

- Tak, począ­tek się zga­dza.

- Gujana - rzu­cił Fre­drik.

- Gujana nie leży w Afryce.

- Cho­lera.

- Druga litera to ó. Mogę ci jesz­cze pod­po­wie­dzieć, że skła­dała się z dwóch wyra­zów.

- Gó... Górne Sop­pero! - wykrzyk­nął w stronę sufitu.

- A gdzie to?

- W Afryce.

- Chyba nie w tej, z któ­rej pocho­dzę. Ale pierw­sze słowo się zga­dza.

- Dolne Sop­pero.

- Prze­cież miało się zaczy­nać na G.

- Kurde, no tak.

- Wię­cej nie mogę ci pod­po­wie­dzieć.

- Poroz­ma­wiajmy o czymś innym. Może wtedy sobie przy­po­mnę - powie­dział i uniósł się na łok­ciu. Łup­nęło mu w karku. - Co to za zdję­cia?

- Z zeszłych waka­cji.

- Jestem na nich? - zapy­tał.

Aneta pod­nio­sła jedno. Sama je wywo­łała i zro­biła odbitki. Ona i Fre­drik stali za jego dziećmi, Han­ne­sem i Magdą. Han­nes miał w ręku kabel od samo­wy­zwa­la­cza. Wyglą­dał na sku­pio­nego, ale i zado­wo­lo­nego. Wszy­scy na tym zdję­ciu byli zado­wo­leni.

Wyglą­dali jak... rodzina.

- Gdzie je zro­bi­li­śmy? - zapy­tał Hal­ders z sofy.

- Zgad­nij.

- No nie, znowu zaczy­nasz.

- Widzisz te fale za nami?

- Tak, tak. Ale nad któ­rym to jest morzem?

- Nad Pół­noc­nym oczy­wi­ście.

- Stare, dobre Morze Pół­nocne. Naj­lep­sze fale.

- Nie wtedy - zauwa­żyła. - Wtedy odwo­łano promy.

- Myślisz, że ktoś z Afryki odwa­żyłby się wsko­czyć do Morza Pół­noc­nego bez względu na porę roku? - zapy­tał.

- Bez komen­ta­rza.

- A sły­sza­łaś o tym Afry­kań­czyku, który spę­dził w Szwe­cji rok na wymia­nie stu­denc­kiej i kiedy wró­cił do domu, kole­dzy zapy­tali go, jaka była pogoda, a on powie­dział, że ta zie­lona zima była w porządku, ale ta biała do dupy?

- Nie, nie sły­sza­łam. Możesz mi o tym opo­wie­dzieć.

- G...

- Wciąż pró­bu­jesz sobie przy­po­mnieć tę nazwę.

Spoj­rzała na zdję­cie, które trzy­mała w ręku. To był piękny dzień. Wie­czo­rem Fre­drik puścił Lou Reeda. Jego muzyka brzmiała tak, jak wyglą­dał Fre­drik.

Rodzina ide­alna.

Nagle przy­szła jej na myśl Anette Lind­sten. Ukry­wa­jąca się w domu, w któ­rym się wycho­wała, a może gdzie indziej.

Anette musiała mieć zdję­cie ze ślubu. Z tego naj­pięk­niej­szego dnia. Dwie roz­pro­mie­nione twa­rze. Anette Lind­sten i Hans Fors­blad, dzieci natury, jak ich nazwi­ska.

Biorę sobie cie­bie... i ślu­buję ci miłość, wier­ność i uczci­wość mał­żeń­ską oraz że cię nie opusz­czę...

Że nie prze­stanę cię kato­wać.

Póki nie wró­cisz do natury, któ­rej jesteś dziec­kiem.

- Czy kie­dy­kol­wiek mia­łeś ochotę ude­rzyć Mar­ga­retę? - zapy­tała.

Hal­der­sowi opa­dła szczęka. Naprawdę opa­dła mu szczęka.

- Co to za pyta­nie, do cho­lery?

- Spo­koj­nie. Wiesz, co wczo­raj robi­łam. Po pro­stu zasta­na­wiam się, jak... jak to moż­liwe. Jak mogą się dziać takie rze­czy.

- Na Boga, Aneta, to zabrzmiało jak paro­dia tego nie­szczę­snego pyta­nia: czy prze­sta­łeś już bić żonę. Nie można odpo­wie­dzieć ani tak, ani nie.

- Ale ja nie o to pyta­łam.

Hal­ders nie odpo­wie­dział. Spoj­rzała na niego. Był czło­wie­kiem agre­syw­nym, zawsze uwa­żała go za... ostrego faceta, ale to się odno­siło tylko do tego, co mówił. Roz­ra­biam sło­wami, jak sam zwykł mawiać. Robił to nie­mal bez prze­rwy. Był sfru­stro­wany, ale nie on jeden. Potra­fił kon­tro­lo­wać złość. Całe życie był wku­rzony, ale miał nad tym kon­trolę.

- Raz. Cho­dziło o roz­wód - powie­dział z ocią­ga­niem. - A może to było wcze­śniej. Raz, a może dwa. Potra­fi­łem się... potra­fi­łem się tak wku­rzyć, że mia­łem ochotę w coś... w coś... - Spoj­rzał jej pro­sto w oczy. - Mia­łem ochotę w coś przy­wa­lić, ale ni­gdy, ni­gdy, przeni­gdy nie było nawet naj­mniej­szej szansy, żebym ude­rzył ją. Ni­gdy.

- Więc co? Albo... kogo?

- Cho­lera, prze­cież mnie znasz. Nikogo... no może cza­sem jakie­goś prze­stępcę, ale... wiesz, o co mi cho­dzi. Nikogo z bli­skich. Nikogo w domu. - Zaczął maso­wać sobie kark. Nagle, jakby z ner­wów. - Potra­fi­łem wal­nąć pię­ścią w drzwi od szafki. Zda­rzało się. Raz kop­ną­łem krze­sło w kuchni.

- Boże.

- Ale to było krze­sło!

- I co z tego.

Prze­stał się maso­wać. Aneta zauwa­żyła, że w jego oczach poja­wił się jakiś inny błysk, jakby patrzył do środka.

- Ale wie­dzia­łem, że to moja wina. Rozu­miesz? Że to moja wina, że jestem taki wście­kły czy sam nie wiem jaki. Że to przede wszyst­kim przeze mnie doszło do tej... sytu­acji. Że to ja roz­bi­łem rodzinę albo byłem tego bli­ski. I to mnie tak dez­orien­to­wało, że wali­łem w to czy w tamto. - Wyglą­dało na to, że już wró­cił ze swo­jego wnę­trza. Spoj­rzał na nią. - To dopiero para­doks, co? Uwal­niać się pię­ściami od wła­snej odpo­wie­dzial­no­ści.

Nie odpo­wie­działa.

- Ale te parę razy, kiedy się zda­rzyło... kiedy w coś wali­łem... to były mar­twe przed­mioty.

Mar­twe przed­mioty, pomy­ślała. Tak się mówi.

Widy­wała już mar­twe przed­mioty. Hal­ders też. To była część ich pracy. Część poli­cyj­nej rutyny. Rutyna: czym jest ciało, w któ­rym nie ma już życia?

Aneta, spo­koj­nie. Prze­cież to wie­czór bez rutyny. Na two­jej sofie leży męż­czy­zna, a ty sie­dzisz na pod­ło­dze i oglą­dasz radość lata uwiecz­nioną na zdję­ciach, a nie­długo zasią­dzie­cie w kuchni przy stole, zje­cie i wypi­je­cie coś dobrego. Tu, w środku, w tym pokoju, jest jasno. Nie musisz tu ścią­gać cieni. Kontomé roz­świe­tla pokój, roz­świe­tla twoją drogę.

- Uwal­niać się pię­ściami od wła­snej odpo­wie­dzial­no­ści. Po co pró­bo­wać? - powie­działa. - Prze­cież przed nią nie da się uciec.

- Ale wielu pró­buje - odparł Hal­ders.

Wstała. Zdję­cia wciąż leżały na pod­ło­dze, uło­żone w wachlarz. Wachlarz - to bar­dzo dobre okre­śle­nie. Oddaje sceny i atmos­ferę uchwy­cone na zdję­ciach.

- I pew­nie będą pró­bo­wać dalej.

Win­ter odwró­cił się w progu i spoj­rzał na śpiącą Elsę. Mocno trzy­mała w obję­ciach Pel­lego, swoją maskotkę, biało-czarną pandę z głową więk­szą niż jej wła­sna. Pelle patrzył na niego uważ­nie. Ni­gdy nie spusz­czał wzroku. Na jego pyszczku malo­wała się wiara w przy­szłość.

- Zna już na pamięć wszyst­kie ksią­żeczki - powie­dział. Angela sie­działa na sofie. Na kola­nach miała jakiś maga­zyn dla kobiet. - To ona czyta je mnie. Jak aktorka. - Przy­sta­nął na środku pokoju. - Dopóki nie zaśnie. - Prze­cią­gnął się. Zdrę­twiał, sie­dząc na łóżeczku Elsy. - Myślę, że Pelle też już zna je wszyst­kie, cho­ciaż się nie odzywa. - Opu­ścił ramiona. - Ale Elsa opo­wiada je z prze­ję­ciem, a potem prze­rywa w poło­wie zda­nia.

- Ona albo ty.

- Nie dziś.

Spoj­rzała na niego.

- Nie mógł­byś cze­goś zro­bić?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki