Prolog
Prolog
Pradawna Era
Szczytowy okres Krucjat Jacuruku
Wiele Wysp
Gdy tylko Uli zobaczył, co się dzieje, uświadomił sobie, że to zły omen.
Przygotowywał sieci do przedświtowego połowu, kiedy nagle ujrzał
nienaturalną zielononiebieską aurę. Pojawiła się ona na jaśniejącym
niebie na wschodzie i z każdą chwilą rozrastała się coraz bardziej. Wody
były wzburzone, jakby podekscytowały się tak samo jak on. Miał opory
przed zepchnięciem swej płytkiej łodzi w fale zatoki, ale jego rodzina
musiała jeść, a skurczone żołądki wybekują niezliczone skargi.
Z początku, zarzucając sieci, odwracał spojrzenie od zjawiska, które
wisiało na odbarwionym niebie, lśniąc niczym złowróżbne oko jakiegoś
boga. Dzisiejszy połów nie zaliczał się do udanych: albo zjawa odwracała
jego uwagę, albo ryby przed nią uciekły. Tak czy inaczej, w końcu
postanowił, że porzuci swe wysiłki jako przeklęte, cisnął sieć na dno
łodzi i powiosłował w stronę brzegu. Niebieskozielone oko świeciło teraz
jaśniej od słońca. Osłonił oczy przed błyskami obcego światła
odbijającego się w falach i zaczął wiosłować szybciej.
Wtem jego gorączkowym wysiłkom kres położył dziwny hałas. Potężny ryk,
jakby osypywała się ziemia. Rozejrzał się, wypatrując jego źródła. Obce
oko wypełniało chyba z pół nieba. Wody zadrzewionego brzegu oraz
ciemnych wypukłości odległych wysp nie dotykał już nawet najmniejszy
ślad ciepłego żółtego blasku słońca. Powierzchnia zatoki wygładziła się
z nienaturalną szybkością, jakby była zastraszona. Uli wstrzymał oddech,
przechylając się z boku na bok w swej maleńkiej łódce.
Oko zaczęło się rozpadać. Oddzielały się od niego odpryski, ciągnące za
sobą łuki niebieskich płomieni. Huk, jakiego nigdy dotąd nie słyszał,
sprawił, że zatkał uszy dłońmi, krzycząc z bólu. Daleko na wschodzie na
ziemię runął ogromny, masywny obiekt, przypominający węgielek z paleniska jakiegoś boga. Biały gorejący blask oślepił na moment Ulego.
Wyglądało na to, że coś uderzyło w jakąś wielką wyspę.
Gdy zdolność widzenia powróciła, gdzieś za plecami mężczyzny rozbłysła
kolejna łuna. Na wodach zatoki pojawił się jego cień, niby czarna
wstęga. Uli odwrócił się i wytrzeszczył oczy na widok wielkiej chmary
odprysków spadających na zachodzie, podczas gdy nad jego głową wciąż
pojawiały się kolejne. Potarł obolałe oczy. Czy to mógł być koniec
świata? Być może spadał kolejny z księżyców, jak opowiadano w legendach.
Przypomniał sobie o wiośle. Helta i dzieciaki z pewnością były
przerażone. Znowu zaczął wiosłować z desperacką furią, niemalże łkając
ze strachu.
Łódeczka z niewyprawionych skór ugrzęzła w błocie znacznie szybciej niż
zwykle. Zaskoczony Uli postawił stopę na zewnątrz. Płycizny, tam, gdzie
przedtem ich nie było. A brzeg nadal był dość daleko. Woda jakby
znikała. Uniósł wzrok i skrzywił się: na wschodzie pod niebo wznosiła
się potężna, ciemna chmura szaroczarnej barwy. Już zdążyła pochłonąć
słońce. Wokół Ulego leżały niezliczone dobra: sterty próbujących
oddychać powietrzem, miotających się w śmiertelnych konwulsjach ryb.
Ale nie ma ani jednego ptaka. Gdzie się podziały ptaki?
Światło przybrało niesamowity ciemnozielonkawy odcień. Uli obrócił się
powoli, kierując twarz ku morzu, i opuściła go wszelka nadzieja. Coś
wznosiło się na wodach: brudnozielona ściana. Potop, o jakich mówiły
dawne opowieści. Góry wody zalewające ląd, jak przepowiadały wszystkie z nich. Fala była tak wysoka, że wyglądała, jakby wznosiła się nad jego
głową. Jej łukowatą powierzchnię pokrywała piana, szczyt wieńczyła
brudna biel. Mógł tylko unosić wzrok, gapiąc się na nadciągającą
nieubłaganie śmierć.
Uciekajcie, dzieci, uciekajcie! Woda wraca, by odzyskać ląd!
Około 400 lat p.e.M. (przed erą Muru)
Puste Wyspy
Temal wygramolił się z zimnych fal przyboju i przykucnął, unosząc miecz.
Spojrzał bez zrozumienia na ciemniejącą powierzchnię wód i otarł z twarzy morską pianę.
Gdzie się podziały? W jednej chwili walczył o życie, a w następnej
morskie demony zniknęły, tak samo jak poprzedzająca je mgła.
Z boku dobiegły go odgłosy słabego kaszlu. Powlókł się ku mokremu,
leżącemu pośród kamieni towarzyszowi i podniósł go. To był Arel, jego
daleki kuzyn. Choć Temal omdlewał ze zmęczenia, powlókł go w stronę
brzegu. Ocalali wojownicy z jego oddziału wbiegli w przybój i pociągnęli
obu ku wielkiemu, przywracającemu życie ognisku, w którym płonęło
wyrzucone na brzeg drewno.
- Co się stało? - wyjąkał, dzwoniąc zębami.
- Wycofali się - odpowiedział starszy mieczowy brat Temala, Jhenhelf. W jego głosie pobrzmiewały zdumienie i niedowierzanie. - Ale dlaczego?
Mogli nas zniszczyć.
Temal nie polemizował z jego opinią. Był zbyt zmęczony. Zresztą
wiedział, że to prawda. Miał w swoim oddziale niespełna dwudziestu
zdrowych mężczyzn i zbyt wielu z nich było niedoświadczonymi
młodzieńcami.
- Wrócą o świcie, żeby nas wykończyć - ciągnął siedzący po drugiej
stronie ogniska Jhenhelf.
Temal spojrzał w oczy starego towarzysza przez buzujące płomienie, ale
nadal się nie odzywał. Leżący u ich stóp Arel kaszlnął i zwymiotował
połkniętą wodą morską.
- Co z Reddenem? - zapytał jeden z nowo zwerbowanych. - Moglibyśmy
wysłać po pomoc.
Twarze wokół ogniska skierowały się ku niemu, pobladłe z zimna i strachu.
- Mógłby być tu o świcie...
- Redden jest w równie trudnej sytuacji jak my - przerwał im stanowczo
Temal. - Musi bronić własnego brzegu. - Spojrzał kolejno w oczy
wszystkim niespokojnym wojownikom. - Nie może poświęcić ludzi, by nam
pomóc.
- W takim razie... - zaczął jeden z młodzieńców.
- W takim razie zaczekamy i odpoczniemy! - warknął Jhenhelf. - Arel,
Will, Otten, stańcie na straży. Reszta niech się trochę prześpi.
Wdzięczny staremu przyjacielowi za wsparcie Temal usiadł na ziemi i wyciągnął obute w sandały nogi w stronę ognia, starając się ignorować
bolesne szczypanie soli w licznych skaleczeniach i otarciach. Poczuł
wypełniające go ciepło i pochylił się, wspierając na udach rękę, w której ściskał rękojeść schowanego w pochwie miecza. Przymrużył powieki,
obserwując parę unoszącą się z jego schnącego skórzanego stroju.
Nie miał pojęcia, dlaczego Jeźdźcy - te przeklęte morskie demony -
zaatakowali. Pomimo ich obecności to były atrakcyjne tereny. Półwyspy i wyspy były liczne, a ziemia nadawała się pod uprawę. Cała okolica byłaby
gotowa do zasiedlenia, gdyby nie garstka ciemnych, dzikich tubylców.
Ojciec Temala, a przed nim jego dziadek, z trudem utrzymywali niepewne
panowanie nad nią. Jako przywódca wielkiego klanu musiał myśleć o przyszłości. Dość już bezcelowych wędrówek! Utrzymają te wyspy i wszystkie ziemie leżące za nimi. Ciemna Avallithal ze swymi nawiedzanymi
lasami nie była dla nich odpowiednia, podobnie jak dzikie wybrzeże
Dhal-Horm czy posępne wyspy Malassy. Tutaj zatknęli swój sztandar. Tutaj
jego przodkowie spalili swe łodzie. Nie pozwoli, żeby Jeźdźcy ich
przegnali. Nie mieli dokąd pójść.
***
Temal ocknął się nagle, zrzucając z siebie rękę budzącego go Jhenhelfa.
Był już prawie świt.
- Atak? - zapytał i wstał z wysiłkiem. Nogi miał sztywne i odrętwiałe.
Twarz jego zastępcy miała nieznany mu dotąd wyraz.
- Nie - odparł Jhenhelf, wskazując podbródkiem ku tyłowi, gdzie wznosiły
się klify o porośniętych trawą szczytach, ku łąkom, lasom i leżącym za
nimi ziemiom uprawnym. Wszystko to wkrótce zginie i zwiędnie, jeśli
pozwoli się morskim demonom bez przeszkód uprawiać ich magię.
Temal zauważył, że wszyscy gapią się w głąb lądu, zamiast wypatrywać na
morzu pierwszych perłowych błysków zbliżających się Jeźdźców.
- Co się dzieje?
Jhenhelf nie odpowiadał. Temalowi przyszło na myśl, że niezwykła mina na
ogorzałej, naznaczonej przez liczne bitwy twarzy przyjaciela może
wyrażać pełen bojaźni zachwyt. Przymrużył powieki i wbił wzrok w szczyt
poszarpanego klifu. Stała tam jakaś postać, rysująca się na tle ciemnych
chmur podświetlonych czerwonozłotym blaskiem nadchodzącego świtu.
Proporcje tego, co widział, wydały się Temalowi dziwne: nieznajoma osoba
musiała mieć olbrzymi wzrost, by z tak daleka wydawać się równie wysoka.
- Ja tam pójdę - oznajmił, wlepiając wzrok w sylwetkę. - Wy stójcie na
straży.
- Weź Willa i Ottena.
- Jeśli muszę.
***
Gdy wdrapali się na górę, nadszedł już świt. Will i Otten zamarli,
wytrzeszczając oczy. Choć dął silny wiatr od morza, nozdrza Temala
wypełnił odrażający smród kojarzący się z gnijącym mięsem. Mężczyzna
zacisnął usta, próbując uodpornić żołądek na fetor, i ruszył naprzód w pojedynkę. Postać była ogromna, wykraczała poza wszelkie standardy.
Dwukrotnie przerastała wzrostem Jaghutów, czy innych pradawnych, o których słyszał opowieści, takich jak Toblakai czy Tarthinoe. Wyglądała
raczej na kobietę. Długie, przetłuszczone włosy opadały jej do pasa,
miała sterczące piersi oraz gęstwę ciemnych włosów w kroczu. Sprawiała
jednak odrażające wrażenie: biała, cętkowana skóra jak u śniętej ryby,
usiana otwartymi, gnijącymi wrzodami. Temal omal nie zemdlał od smrodu.
U boku istoty leżał wielki blok czarnego kamienia, przypominający
skrzynię albo ołtarz.
Mężczyzna zerknął w stronę morza. Czysta, nieskalana tafla lśniła w blasku poranka. Nie pozostał na niej nawet najmniejszy ślad niesionych
przez fale morskich demonów. Ponownie zerknął na postać. Mroczny
Zbieraczu! Czy to mogła być ona? Miejscowa bogini, do której w pewnych
tubylczych osadach kierowano prośby o opiekę? Która według wielu
oferowała azyl przed Jeźdźcami?
Szerokie, bezkrwiste usta rozciągnęły się w mądrym uśmiechu, jakby
istota czytała w jego myślach. Oczy jednak nadal były pozbawione
wszelkiego wyrazu: martwe i matowe niczym mleczne gałki oczne umarłych.
Temal poczuł się przeobrażony.
Nadeszła! Uratowała ich od niechybnej śmierci zadanej lancami morskich
demonów!
Nie wiedząc, co powiedzieć, opadł na jedno kolano, składając bezgłośny
hołd. Will i Otten również uklękli za jego plecami.
Postać wessała w płuca wielki haust powietrza.
- Cudzoziemcze - odezwała się - przybyliście, by osiedlić się w tej
krainie. Witam was i obiecuję swą ochronę. - Bogini wskazała sękatą,
powykrzywianą dłonią na kamienny blok leżący u jej stóp. - Weźcie ten
nadzwyczaj cenny sarkofag. W jego wnętrzu spoczywa ciało mego ciała.
Ponieście go wzdłuż wybrzeża. Wyznaczcie ścieżkę, a następnie zbudujcie
wzdłuż niej wielki mur. Barierę. Brońcie go, a za jego osłoną będziecie
bezpieczni przed nadchodzącymi z morza wrogami, którzy pragną spustoszyć
ląd. Czy przyjmujecie ten dar przeznaczony dla was i całego waszego
ludu?
Temal niejasno czuł spływające mu po twarzy łzy.
- Przyjmujemy - wydyszał, ledwie ufając własnemu głosowi.
Bogini szeroko rozpostarła potężne ramiona.
- Niech więc tak się stanie. Dokonało się. Oto nasze przymierze. Niechaj
nikt nigdy go nie złamie. Zostawiam was waszemu wielkiemu zadaniu.
Temal raz jeszcze pochylił głowę. Bogini poczłapała na południe. Czuł,
że ziemia, na której klęczał, trzęsie się pod jej krokami. Po paru
chwilach zniknęła. Nie wiedział, jak długo pozostawał w takiej pozycji,
ale w końcu podeszli do niego Will i Otten. Gorące promienie słońca
grzały mu plecy. Wyprostował się dręczony zawrotami głowy.
Co uczynił? A co mógł uczynić? Nie miał wyboru. Przegrywali. Co roku
było ich coraz mniej, podczas gdy nieprzyjaciel wciąż wydawał się równie
silny, jeśli nie silniejszy. Wycofał się jednak na sam jej widok.
Will pierwszy odzyskał głos.
- Czy to była Jaghutka? Czy może ona? Bogini?
- To była ona. Zaoferowała nam ochronę.
- Ale teraz sobie poszła. A oni wrócą - stwierdził zawsze sceptyczny
Otten.
- Nie. Nadal tu jest - zaprzeczył Temal, wskazując bazaltową trumnę.
- Co to takiego? - zapytał Otten, wyciągając rękę ku obiektowi.
- Nie! - Temal odepchnął obu mężczyzn. - Przyprowadźcie Jhenhelfa. I Reddena.
- Powiedziałeś, że mają stać na straży.
- Nieważne, co powiedziałem. Wysłuchajcie mnie uważnie. Przyprowadźcie
tu ich obu i powiedzcie, żeby zabrali drewno oraz liny.
- A co z demonami?
- Nie wrócą. Przynajmniej nie blisko nas.
Wyciągnął otwartą dłoń ku czarnemu, lśniącemu blokowi. Buchał od niego
żar, jakby kamień wyciągnięto z ognia.
Ciało mojego ciała! Dobra bogini! Łaskawa pani! Obyśmy nigdy nie
zawiedli ciebie ani twojego zaufania.
Korelrijski rok 4156 e.M. (ery Muru)
11. rok malazańskiej okupacji
Królestwo Rool
Wyspa Pięść
Karien'el, porucznik Straży Miejskiej, zaprowadził Bakune'a, niedawno
mianowanego głównym asesorem Banith, pod molo, gdzie leżało ciało młodej
kobiety, zaplątane w wodorosty u stóp usypanego z kamieni falochronu.
Porucznik, zawsze zważający na szarżę, wyciągnął rękę, by pomóc drugiemu
mężczyźnie przejść po śliskich głazach, mimo że liczył sobie więcej lat
niż nowo mianowany asesor Banith.
Gdy tylko Bakune pojawił się na zimnym, omywanym potężnymi falami
brzegu, ludzie ze Straży się wyprostowali. Niektórzy pośpiesznie
zaciągnęli rzemyki hełmów i poprawili skórzane kamizelki, a także pałki
oraz będące ich dumą - aczkolwiek krótkie - miecze. Ze wszystkich
mieszkańców Pięści malazańscy władcy tylko im pozwalali na ich noszenie.
Bakune - na swój sposób również liczący się z szarżą - odpowiedział
nieformalnie na ich saluty, pragnąc, by przeszli do postawy swobodnej.
Uważał, że to nie w porządku, by ci ludzie, wśród których było wielu
weteranów wojen inwazyjnych, mu salutowali. Skrępowany otulił się
ciaśniej szatami dla ochrony przed zimnem i uniósł brwi, spoglądając na
porucznika Straży.
- Gdzie ciało?
- Tutaj, asesorze.
Karien'el poprowadził go w dół, na sam brzeg, gdzie leniwe fale pluskały
o poczerniałe, porośnięte wodorostami głazy, wielkie jak kadzie do wina.
Czekał tam na nich stary mężczyzna, ogorzały od słońca i wiatru.
Przysiadł na piętach, na brudnych stopach miał znoszone sandały, a jego
broda była równie wystrzępiona jak tunika.
- A to kto? - zapytał Karien'ela Bakune.
- Zaprowadził nas do ciała.
Staruszek zamarł w bezruchu, słuchając uważnie. Jego twarz nic nie
wyrażała. Ciało leżało u jego stóp. Bakune przykucnął. Morze wyrzuciło
je niedawno. Smród rozkładu nie przebijał się jeszcze przez odór brzegu.
Kobieta była naga. Kraby obgryzły jej dłonie i stopy, a także zniszczyły
większą część twarzy. A może to było celowe okaleczenie? Bardzo młoda i szczupła, z pewnością za życia była atrakcyjna. Prostytutka? Dziwne
ślady na szyi - uduszenie. Wyblakłe tatuaże henną - pospolite ozdoby.
- Kim była dla ciebie? - zapytał staruszka Bakune, nie podnosząc głowy.
- Nikim - wychrypiał mężczyzna, mówiąc po roolijsku z silnym akcentem.
- To czemu wezwałeś Straż?
- Czy anonimowa martwa dziewczyna nie zasługuje na waszą uwagę?
Bakune uniósł powoli głowę, spoglądając na mężczyznę: ciemna twarz,
kędzierzawe, siwiejące włosy. Ciemne oczy tamtego patrzyły nań z nieskrywaną uwagą, którą niektórzy mogliby uznać za impertynencką.
Asesor pochylił głowę, wziął patyk i przesunął rękę zabitej.
- Pochodzisz z plemion - stwierdził. - Jesteś Drennem?
- Widzę, że znasz się na plemionach. To rzadko się zdarza wśród
najeźdźców.
Bakune ponownie uniósł wzrok, mrużąc powieki.
- Najeźdźców? To Malazańczycy są najeźdźcami.
W kącikach ust staruszka pojawił się cień pozbawionego wszelkiej
wesołości uśmieszku.
- Są najeźdźcy i najeźdźcy.
Bakune wyprostował się, upuścił patyk i spojrzał na tamtego. Jako
wyszkolony asesor wiedział, kiedy go... przesłuchiwano. Skrzyżował ramiona
na piersi.
- Jak się nazywasz?
Znowu ten cierpliwy uśmieszek.
- W waszym języku? Gheven.
- W porządku, Gheven. Co sądzisz o tej... sytuacji?
- Jestem tylko wędrownym człowiekiem z plemion, szlachetny panie. Czemu
moja opinia miałaby mieć znaczenie?
- Dla mnie ma.
Usta starego przerodziły się w prostą, mocno zaciśniętą linię, a oczy
niemal całkowicie zniknęły pośród zmarszczek.
- Naprawdę?
Z jakiegoś dziwnego powodu Bakune poczuł się, jakby opuszczały go siły.
- Tak. Oczywiście. Jestem asesorem. To mój obowiązek.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Na jego twarz o twardych rysach powrócił
wyraz spokojnej, pozbawionej wyrazu czujności.
- To zdarza się coraz częściej - podjął. - Ale zaczęło się dawno temu.
Oczywiście wszyscy winicie Malazańczyków. Owi Malazańczycy są tu od...
Ilu? Dziesięciu lat? Chodzą po waszych ulicach, kwaterują w waszych
domach i gospodach. Odwiedzają wasze tawerny. Korzystają z usług waszych
prostytutek. Wasze kobiety się z nimi spotykają. Takie dziewczyny często
giną z tego powodu. Z reguły z rąk ojców albo braci, za splamienie tego,
co zwą tu "honorem"...
- Kłamiesz, cholerna plemienna świnio! To Malazańczycy!
Bakune omal nie zerwał się z miejsca. Zapomniał o poruczniku Straży.
Położył dłoń na ramieniu rozwścieczonego mężczyzny, by go uspokoić.
Porucznik zaciskał dłoń na rękojeści krótkiego miecza tak mocno, że aż
zbielały mu kostki.
- Powiedziałeś "z reguły"...?
Pomarszczona twarz mężczyzny wykrzywiła się w grymasie bezkompromisowego
niesmaku. Sękate dłonie zwisały luźno u jego boków. Wyglądał, jakby nie
wiedział, że o mało nie oberwał. A może było mu to obojętne. Na
szczęście dla niego Bakune podzielał jego niesmak, a w znacznej części
również opinie. Gheven pokiwał kudłatą głową i rozluźnił zaciśnięte
usta.
- Tak. Z reguły. Ale nie tym razem. Znaczna część ciała zniknęła, ale
zwróć uwagę na wzór wysoko na prawym barku.
Bakune uklęknął i przesunął ciało rękami, nie zawracając sobie głowy
patykiem. Namalowane henną linie były stare i dodatkowo wyblakły od
morskiej wody, ale pośród zwyczajnych geometrycznych abstrakcji jego
uwagę przyciągnął jeden symbol... przerwany krąg. Znak jednego z nowych,
cudzoziemskich kultów, wyjętych spod prawa przez panujący w Korelu i na
Pięści miejscowy Kościół Wybawicielki, ich Pani Wyzwolenia. Próbował
sobie przypomnieć, która to z oszałamiająco licznych zagranicznych wiar,
i po chwili mu się udało. Niewielki kult czczący "Upadłego Boga".
- I co z tego? Chyba nie sugerujesz, że przez ten jeden tatuaż
gwardziści Naszej Pani...
- Sugeruję coś gorszego. Przyjrzyj się sińcom na jej gardle. Ranom na
nadgarstkach. Minęło wiele czasu, odkąd ta, która waszym zdaniem broni
was przed morskimi demonami, Jeźdźcami, ostatnio zażądała zapłaty.
Nieprawdaż, asesorze?
- Ty dreńska świnio!
Karien'el złapał mężczyznę za szyję. Żelazo zgrzytnęło o drewno, gdy
wysuwał miecz z pochwy.
- Poruczniku! - Oficer zatrzymał się, dysząc z furii. - Zapominasz się.
Ja tu jestem asesorem.
Porucznik, powoli i niechętnie, cofnął rękę, wsunął miecz z powrotem do
pochwy i odepchnął starca.
- Te same, stare kłamstwa. Zawsze zniesławiają Naszą Panią, pomimo
ochrony, jaką nam zapewnia. Ona broni nawet was, ludzi z plemion, przed
morskimi demonami. Powinniście siedzieć w swych lasach albo górach i cieszyć się z tego błogosławieństwa.
Gheven nie odpowiedział, ale w jego niemal całkowicie nieruchomej twarzy
Bakune dostrzegał zaciekłą, niezłomną dumę.
- A co ty sądzisz na ten temat... asesorze? - zapytał staruszek.
Bakune oddalił się od brzegu i od potężnych fal zalewających mu twarz
zimnymi bryzgami. Wyciągnął z rękawa chusteczkę, by otrzeć słoną wodę.
- Twoje, hmm, podejrzenia, odnotowano, Gheven. Muszę ci jednak z przykrością oznajmić, że mocne zarzuty wymagają równie mocnych dowodów,
a tych tutaj nie dostrzegam. Jeśli nie odkryjemy nowych faktów, musimy
uznać to morderstwo za - jak zasugerowałeś na początku - odrażającą
zbrodnię na tle honorowym. Taka jest moja ocena.
- Czy już tu skończyliśmy? - zapytał Karien'el, nie spuszczając ze
starca spojrzenia przymrużonych oczu.
- Tak. I, poruczniku, temu człowiekowi nie może się stać krzywda.
Spełnił swój obowiązek, zwracając naszą uwagę na tę paskudną zbrodnię.
Odpowiadasz za niego osobiście.
Kwaśna mina Karien'ela zwarzyła się jeszcze bardziej. Oficer pochylił
jednak głowę na znak zgody.
- Tak jest, asesorze.
Wspinając się z powrotem na szczyt falochronu, Bakune poprawił szaty, a potem zacisnął zziębnięte dłonie w pięści, próbując przywrócić czucie w palcach. Pewnie, że widział znaki na szyi, ale niektórych rzeczy nie
można było przyznawać na głos. A przynajmniej nie na tak wczesnym etapie
kariery. Spojrzał na porucznika, który podążył za nim, zawsze pełen
gorliwości, i stał teraz z jedną stopą na brzegu kamiennego chodnika.
- Zawiadom mnie osobiście, jeśli znajdziecie więcej podobnych ciał. Albo
jeśli dotrą do was pogłoski o zniknięciach młodych ludzi obojga płci.
Wśród nas może się ukrywać potwór, Karien.
Strażnik zasalutował, dotykając palcami radełkowanego czoła metalowego
hełmu.
- Tak jest, asesorze.
Oficer zszedł na dół. Jego buty stukały o kamienie, a płaszcz łopotał na
wietrze. Bakune skulił się z zimna. Pani, jakże nienawidził brzegu.
Chłodnego wiatru cuchnącego Jeźdźcami, natarczywych fal oraz zimnej
wilgoci pokrywającej pleśnią wszystko, czego dotknęła. Jednakże
pozytywna ocena jego pracy może mu dać awans oraz stanowisko w Paliss,
na które liczył... To kolejny powód, by zachować dyskrecję.
Spojrzał na mokre głazy, wypatrując staruszka, ale ten już zniknął. I bardzo dobrze. Bakune nie chciał mieć na sumieniu pobicia. Cóż za
oskarżenie! Co go skłoniło do podobnych wniosków? Co prawda w dawnych
czasach starożytne prawa sankcjonowały podobne czyny w imię wyższego
dobra, ale wszystkim takim praktykom położyło kres przybycie Naszej
Wybawicielki, Błogosławionej Pani.
Zapisy historyków świadczą też jasno, że to jego przodkowie dopuszczali
się podobnych czynów, a nie nasi! Stąd wzięła się długotrwała niechęć
między nami a tymi czającymi się na bagnach i pustkowiach dzikusami z ich nieczystą krwią.
Być może zabójstwa rzeczywiście był winien rozwścieczony ojciec albo
brat, ale któż mógłby to określić bez wystarczających dowodów? Pod ich
nieobecność miejscowi z pewnością dojdą do wniosku, że zbrodni -
podobnie jak poprzednich - winni byli krwiożerczy malazańscy okupanci.
***
Ukryty między wysokimi głazami Gheven obserwował dwóch oddalających się
mężczyzn. Oficer Straży, Karien'el, zwlekał, poszukując go wzrokiem.
Starzec nie przejmował się tym. I tak zamierzał opuścić to miejsce. W oczach roolijskich okupantów ziemi, którą przezwali Pięścią, prowadził
wędrowny tryb życia. I czemu by nie? W końcu był na pielgrzymce -
wędrował po świętych ścieżkach i odwiedzał święte miejsca, a owe
wędrówki i odwiedziny wiodły do ponownego opisania i potwierdzenia.
Godna uwagi zbieżność diametralnie przeciwnych podejść.
Odwrócił się, by odejść. Z każdym krokiem dostrzegał wokół krajobraz
snów swej starożytnej ojczyzny. Ta ziemia była ich grotą, a oni jej
użytkownikami. Wszyscy ci cudzoziemscy najeźdźcy, śmiertelni i nieśmiertelni, najwyraźniej nie byli w stanie tego pojąć. On również już
tu skończył. Nasiona zasiano: czas pokaże, jak silne będą korzenie czy
jak głęboko sięgną.
Jeśli ten nowy asesor był wierny swemu powołaniu, Ghevenowi było go żal.
Tych, którzy mówili prawdę, nigdy nie witano miło, zwłaszcza wśród
swoich. Lepiej być opowiadaczem historii. Oni przynajmniej rozumieli
głęboką prawdę, że wszyscy wolą kłamstwa.
Korelrijski rok 4176 e.M.
31. rok malazańskiej okupacji
Królestwo Rool
Wyspa Pięść
Właściciel małej szalupy o łacińskim ożaglowaniu przeprowadził ją przez
zatłoczony port Banith i przycumował między kupiecką galerą z Kradzieży
a butwiejącą jourilańską barką towarową. Rzucił na nabrzeże swój jedyny
bagaż, belę materiału mocno związaną sznurem, a potem wspiął się na
zapleśniałe deski z czarnodrewna. Przysadzisty mężczyzna rozciągnął
szerokie plecy, wspierając ręce na krzyżu, a potem wyprostował się z grymasem na twarzy.
Poborca akcyzy sprawdzający ładunek galery wymierzył w niego swą
urzędową buławę.
- Hej, ty! Nie możesz tu cumować! To handlowe nabrzeże. Zabierz tę
zabawkę do publicznego!
- Co mam zabrać? - zapytał obojętnym tonem mężczyzna.
Urzędnik otworzył usta, by mu odpowiedzieć, ale zaraz je zamknął.
Nieznajomy wyglądał na wiekowego ze swą wygoloną, mocno opaloną głową,
ale jego gruba, mięsista szyja, szerokie bary oraz sękate dłonie o wielkich kostkach jasno świadczyły, że nadal jest silny. Jeszcze
bardziej niepokojąco wyglądały wyblakłe ślady sinych tatuaży na czole,
policzkach oraz podbródku, przedstawiające pysk groźnie wyszczerzonego
odyńca.
- Łódź. Przesuń łódź.
- Nie jest moja.
- Jest! Przed chwilą widziałem, jak ją cumowałeś!
- Hej, ty! - zawołał przybysz do staruszka w łachmanach, który szorował
nabrzeże pumeksem, wsparty na rękach i kolanach. - Chciałbyś mieć łódkę?
Jest trochę sfatygowana, ale trzyma się na wodzie.
Staruszek wytrzeszczył oczy, a potem roześmiał się chrapliwie, kręcąc
głową.
- Nie mam pieniędzy.
- Już masz - odparł nieznajomy, rzucając miedziaka na nabrzeże.
- Chwileczkę... - sprzeciwił się poborca, przenosząc podejrzliwie
spojrzenie z jednego na drugiego z nich.
Staruszek podniósł monetę, zerknął żartobliwie na urzędnika, a potem
rzucił ją właścicielowi. Przybysz złapał pieniążek w powietrzu.
- Rozmawiaj z nim - rzekł do poborcy i odwrócił się plecami.
- Hej! Nie możesz tak po prostu...
- Zaraz przesunę swoją łódź, panie! - Staruszek zachichotał, odsłaniając
mroczną jamę pozbawioną zębów. - Nawet by mi się nie śniło, żeby tu
cumować!
Oddalający się przybysz rozciągnął widoczne pod płaskim, złamanym nosem
usta w szerokim, żabim uśmiechu.
***
Minął wartownię miejscowego portu, zatrzymując spojrzenie na
malazańskich żołnierzach siedzących w cieniu ganka. Zauważył, że jeden z nich rozpiął skórzaną kamizelkę, by nie cisnęła go w wydatny brzuch,
drugi zaś śpi na odchylonym do tyłu krześle, a hełm opada mu na oczy.
Z twarzy przybysza zniknął uśmiech. Przed sobą miał przybrzeżną ulicę
Banith, biegnącą w przybliżeniu ze wschodu na zachód. Miasteczko
wspinało się na niskie nadmorskie wzgórza, nad jego dachami dominowały
wysokie, sterczące ku niebu wieże Świętego Klasztoru, a także liczne
spadziste dachy pobliskiego Hospicjum. Za nimi ciągnęły się uprawne
równiny, żyzne i pagórkowate. Lesiste ongiś ziemie niknęły w mglistej
dali. Mężczyzna zwrócił się w prawo. Szedł powoli, przyglądając się
sklepowym witrynom oraz straganom. Minął grupkę ulicznych zbirów i zauważył wśród nich ciemniejsze albo jaśniejsze odcienie skóry półkrwi
Malazańczyków, zupełnie różne od jednolicie smagłej cery mieszkańców
Pięści.
- Rzuć nam monetę, żebrzący kapłanie! - zawołał najśmielszy i najstarszy
z młodzieńców.
- Wszystko, co posiadam, należy do was - odparł przybysz ochrypłym
głosem.
To zaskoczyło młodzieńców. Przez chwilę wymieniali zdziwione spojrzenia,
aż wreszcie najstarszy z nich prychnął z niedowierzaniem.
- W takim razie oddaj to nam.
- Łatwo będzie to zrobić, ponieważ niczego nie posiadam - odparł
przysadzisty mężczyzna, przyglądając się pustej wystawie sklepowej. -
Czy ten budynek jest zajęty?
- To więzienie dla dłużników - wyjaśniła bosa dziewczyna w podartych
spodniach z żaglowego płótna oraz brudnej bluzie. Jej mocno kręcone
włosy świadczyły o dziedzictwie, w którym Malaz mieszał się z Korelem. -
Tych, którzy nie chcieli płacić podatków malazańskim władcom.
Przybysz uniósł muskularne ramiona.
- W takim razie poświęcam go w imieniu swego boga.
- A który z waszych cholernych cudzoziemskich bogów to będzie?
Mężczyzna odwrócił się. Na jego krzywych ustach wykwitł uśmiech
zniekształcający wyblakły tatuaż dziczego pyska.
- Skoro pytasz... - zaczął mocniejszym głosem - ...opowiem wam o swoim bogu.
Jego domeną są poniżeni i wydziedziczeni. Biedni i chorzy. Pozycja
społeczna, bogactwa i prestiż są dla niego pustymi, pozbawionymi
znaczenia zasłonami. Jego pierwszy przekaz brzmi tak, że wszyscy
jesteśmy słabi. Wszyscy jesteśmy niedoskonali. Wszyscy jesteśmy
śmiertelni. I musimy się nauczyć to akceptować.
- Akceptować? Co mielibyśmy akceptować?
- Nasze słabości. Albowiem wszyscy jesteśmy niedoskonali.
- A jak brzmi imię tego chorego, zboczonego boga?
Kapłan rozpostarł ramiona, demonstrując puste, otwarte dłonie.
- Jest tym, co mieszka w nas. Pozostali bogowie to tylko jego aspekty.
- Pozostali bogowie? Wszyscy? Nawet Nasza Pani, która chroni nas przed
złem?
- Tak. Nawet ona.
Wielu członków gangu wzdrygnęło się na te słowa. Odsunęli się od
przybysza, jakby wyczuwali, że pod jego typowym dla cudzoziemców brakiem
szacunku kryje się głębsze, bardziej niepokojące świętokradztwo.
- A drugi przekaz? - zapytała dziewczyna. Podeszła bliżej, ale nadal
czujnie obserwowała ulicę. Drwiący uśmieszek utrzymywał się na jej
bezkrwistych ustach jak przyklejony.
- Każdy może osiągnąć zbawienie i łaskę. One są dostępne dla wszystkich.
Nikomu nie można ich odmówić, jak zwykłej monety.
- I dla nas również? - zapytała, wskazując na swą chudą pierś. - Słudzy
Uświęconej Pani nie wpuszczają nas za swój próg. Nawet do Hospicjum.
Opluwają nas jako mieszańców. A stary Mroczny Zbieracz i tak żąda opłaty
za każdą duszę.
Ciemne oczy mężczyzny rozbłysły wesołością.
- Tego, o czym mówię, nie kupi się za doczesne pieniądze ani nie wymusi
tego doczesna władza.
Zdziwiona dziewczyna pozwoliła, by koledzy ją odciągnęli. Oglądała się
jednak z zamyśloną miną, marszcząc ostro zarysowane brwi.
Przybysz znowu się uśmiechnął, chwycił za klamkę i popchnął drzwi ze
spokojną, miarową siłą, aż drewno pękło z trzaskiem i droga stanęła
przed nim otworem. Przespał noc na progu, przykryty swym cienkim,
pikowanym kocem.
***
Ranek spędził, siedząc w otwartym wejściu i pozdrawiając skinieniem
głowy wszystkich przechodniów. Ci, którzy nie ignorowali owego gestu,
pierzchali jak spłoszone źrebaki. Wkrótce po świcie pojawiło się
sześcioro malazańskich żołnierzy, patrolujących nieśpiesznie okolicę.
Kapłan obserwował, jak monety przechodzą z rąk handlarzy do rąk
sierżanta, a żołnierze biorą sobie ze straganów, co tylko zechcą, by
jeść po drodze chleb, owoce oraz mięso na patykach, upieczone nad
węglami.
W końcu dotarli do niego. Westchnął, opuszczając spojrzenie. Słyszał, że
sytuacja na Pięści jest niedobra - dlatego właśnie tu przybył - ale nie
spodziewał się, że będzie aż tak źle.
Sierżant zatrzymał się nagle, marszcząc gęste, ciemne brwi.
- Co, na cycki Togga, robi tu kapłan Fenera z Kradzieży?
Przybysz wstał.
- To prawda, jestem kapłanem. Ale już nie służę Fenerowi.
- Wywalili cię? Może za chędożenie chłopców?
- Za to dostaje się awans.
Mężczyźni i kobiety z patrolu ryknęli śmiechem. Sierżant skrzywił się,
marszcząc tłuste, nieogolone policzki. Wetknął dłonie za pas,
spoglądając chytrze na swoich ludzi.
- Chyba mamy tu włóczęgę. Masz jakieś pieniądze, stary żebraku?
- Mam.
Kapłan sięgnął do fałdy wystrzępionej koszuli i rzucił na bruk
przyciętego miedziaka.
- Bezwartościowy styggijski półgrosik?
Sierżant wykrzywił mięsiste usta.
- Masz rację, że jest bezwartościowy. Żadne pieniądze nie mają wartości.
Niektóre po prostu są jeszcze mniej wartościowe od innych.
Sierżant prychnął pogardliwie.
- W dodatku to przeklęty przez Kaptura mistyk - stwierdził i wyciągnął
zza pasa drewnianą pałkę. - W tym mieście nie tolerujemy nierobów.
Zabieraj się stąd albo otrzymasz ode mnie inną zapłatę.
Szerokie dłonie kapłana zwisały luźno u boków. Jego żabie usta
rozciągnęły się w linii prostej.
- Masz szczęście, że ja też nie potrzebuję tej monety.
Sierżant się zamachnął. Pałka uderzyła w otwartą dłoń kapłana.
Malazańczyk stęknął, wytężając mięśnie. Jego opalona twarz pociemniała z wysiłku. Kapłan wyrwał mu nagłym szarpnięciem pałkę, a potem złamał ją
na kolanie. Kawałki rzucił na ulicę. Mężczyźni i kobiety z patrolu
cofnęli się o krok, sięgając po miecze.
Sierżant uniósł rękę, by ich powstrzymać. Potem skinął głową, okazując
kapłanowi uznanie.
- Jesteś tu nowy, więc tym razem ci daruję, ale od dziś sprawy będą
wyglądały tak: jeśli chcesz tu zostać, musisz płacić. To proste. W przeciwnym razie trafisz do pudła. Podpowiem ci coś jeszcze... jeśli
posiedzisz tam wystarczająco długo, sprzedamy twoją dupę Korelrijczykom.
Oni zawsze potrzebują ciepłych ciał na mur i nie dbają zbytnio o to,
skąd się one biorą. - Pokręcił głową z trzaskiem kręgów i uśmiechnął się
złowrogo. - Mówisz, że jesteś kapłanem. My też mamy kapłanów. Chyba ci
ich tu podeślę, żebyście podyskutowali o filozofii. A na razie śpij
dobrze.
Sierżant skinął na swych ludzi, każąc im ruszać. Posłuchali go,
uśmiechając się szeroko. Jedna z żołnierek przesłała mu całusa.
***
Kapłan usiadł, przyglądając się wymuszającym pieniądze od kolejnych
ofiar żołnierzom. Zauważył też, że młodzi ulicznicy zniknęli.
Jest fatalnie. Gorzej niż sobie wyobrażał. Dobrze, że nie ma tu starego
komendanta, bo gdyby to zobaczył, cały garnizon wylądowałby w pace.
Podniósł dwa leżące na ulicy fragmenty pałki.
Nie powinienem być dla nich zbyt surowy. Okupacja i pacyfikacja
miejscowej ludności - zamierzone czy nie - to paskudna robota. Brutalna.
Budzi w obu stronach najgorsze cechy. Pomyśleć tylko, co słyszy się o Siedmiu Miastach. A tu chyba wcale nie jest lepiej.
No cóż, miał swojego boga. Kapłan rozciągnął w uśmiechu szerokie usta.
Ach tak, swojego boga. A także sterroryzowaną, uciśnioną ludność, którą
można będzie zwerbować. Żyzny grunt. Przechylił z namysłem głowę. Tak
jest... to może się udać...
Pierwszy rok rządów cesarza Mallicka Rela "Miłosiernego"
1167 rok snu Pożogi
Miasto Delanss, subkontynent Falar
Siedzący naprzeciwko swego potężnie zbudowanego przyjaciela o siwych
włosach Kyle ściskał w rękach szklankę z winem, starając się nie
okazywać dręczącego go niepokoju. W długich włosach barwy kamienia,
którym Szara Grzywa zawdzięczał swój dawny przydomek, widziało się teraz
więcej srebra niż cyny. I choć atakował ryż w pikantnym falarskim sosie
paprykowym z typową dla siebie pasją i apetytem, młodzieniec dostrzegał,
że z pewnością ma kłopoty finansowe: wokół jego ust uformowały się nowe
bruzdy, oczy miał podkrążone, a Kyle mógłby przysiąc, że starszy
mężczyzna traci też na wadze.
Siedzieli na tarasie wychodzącym na zamknięty dziedziniec wysypany
piaskiem, gdzie na stojakach można było zobaczyć miecze najróżniejszej
roboty, sztylety, broń drzewcową oraz drągi, a także wyściełane kolczugi
i hełmy oraz tarcze. Wszystko, czego potrzebuje szkoła walki, pomyślał
Kyle.
Oprócz uczniów.
Według oceny młodzieńca do tej pory Szara Grzywa, obecnie upierający
się, by zwracano się doń imieniem Orjin, które nadano mu przy
narodzinach, przyciągnął do swej nowej szkoły walki najwyżej trzydziestu
płacących uczniów. Siebie nie liczył; próbował płacić za wszystkie
lekcje i ćwiczenia, którymi zaszczycił go Orjin, ale ten nie chciał
przyjąć ani grosza. Trzej kuzyni, którzy przybyli tu z nim i z Szarą
Grzywą, również chcieli być pomocni, ale okazało się, że ich wersja
"szkolenia" prowadzi do połamanych kończyn i rozkwaszonych nosów, zatem
Orjin kazał im przestać. Znudzeni bezczynnością Skradacz, Głusza i Weszka pożegnali się, wsiedli na statek i popłynęli na zachód. Duch
przewodni, który towarzyszył Kyle'owi, czy może go straszył, również
gdzieś zniknął - Przechył, cień nieżyjącego Karmazynowego Gwardzisty,
jednego z Zaprzysiężonych, tych, którzy ślubowali, że będą się
sprzeciwiać Imperium Malazańskiemu, dopóki będzie istniało. Owe Śluby
dawały im bardzo wiele - przedłużenie życia i nadludzkie siły wiązały
ich również ze światem po śmierci. Jednakże z upływem miesięcy Przechył
wyblakł, być może wracając do poległych braci. Gdy duch pojawił się po
raz ostatni, by się pożegnać, Kyle odniósł wrażenie, że dostrzega w jego
oczach coś w rodzaju rozczarowania.
Od tego czasu Kyle przy każdej okazji zachwalał szkołę walki prowadzoną
przez Orjina. Podejrzewał jednak, że jego przyjaciel nie jest zbytnio
zainteresowany zwyczajnymi mieszczanami i wieśniakami, jakich
młodzieniec spotykał na targach, w gospodach i w szynkach, lecz raczej
kieruje spojrzenie na znacznie wyżej postawioną i bogatszą warstwę
delansyjskiego społeczeństwa.
Marne szanse. Delanss, stolica drugiej pod względem zaludnienia wyspy
falarskiego subkontynentu i archipelagu, mógł się pochwalić starymi,
prestiżowymi szkołami: Akademią Griega, Szkołą Krzywej Klingi czy Szkołą
Czarnego Sokoła, akademiami mogącymi rywalizować ze sławną szkołą
oficerską na Wyspie Ciosu. Osobiście Kyle nie wierzył, by jego
przyjaciel zdołał się kiedykolwiek wedrzeć na tak zamknięty, opleciony
siecią wzajemnych powiązań rynek w chyba równie zamkniętym i oplecionym
siecią wzajemnych powiązań społeczeństwie. Odnosił wrażenie, że jedynym
skutkiem kapitulacji tej krainy przed malazańskimi najeźdźcami była
zmiana koloru flagi powiewającej nad portową fortecą.
Szara Grzywa - Orjin - oderwał sobie kawał nasączonego tłuszczem
podpłomyka i wytarł nim resztę sosu. Wyglądał, jakby chciał coś
powiedzieć, ale tylko przeżuł ponuro kęs. Kyle pociągnął łyk białego
wina ryżowego, zastanowił się, czy zapytać, czy na dzisiaj są
przewidziane jakieś lekcje, i doszedł do wniosku, że lepiej tego nie
robić.
Podejrzewał, że jego przyjaciel czuje się szczególnie poirytowany
faktem, że musi ukrywać swą przeszłość. Gdyby kandydaci na oficerów o niej wiedzieli, łomotaliby tłumnie do jego drzwi. Niestety, wieści o jego dawnej karierze pięści, dowodzącego armiami Imperium Malazańskiego,
oraz o późniejszym wyjęciu spod prawa przez to samo Imperium również na
tym subkontynencie uczyniłyby go poszukiwanym zbiegiem.
Dobiegający z dołu odgłos zwrócił uwagę Kyle'a na piętro ćwiczeń. Do
środka wszedł jakiś mężczyzna. Na głowie miał płócienny melonik, a jego
grube szaty i kosztowna biżuteria świadczyły o tym, że należy do tej
właśnie warstwy społecznej, której uwagę tak bardzo starał się
przyciągnąć Orjin. Nieznajomy rozejrzał się z oszołomieniem po pustej
szkole. Orjin zerknął na dół, podążając wzrokiem za spojrzeniem Kyle'a,
i zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że aż zwaliło się na podłogę.
- Proszę pana! - zagrzmiał. - Czym mogę służyć?
Mężczyzna podskoczył, słysząc ryk wyćwiczony na polach bitew, i przymrużył niepewnie powieki.
- Ty jesteś właścicielem tego przybytku? - zapytał po taliańsku, w drugim, nieoficjalnym języku archipelagu.
- Tak jest! Proszę chwilkę zaczekać! - Orjin otarł usta, uwolnił się od
przewróconego krzesła i ruszył w stronę schodów. Przechodząc przez
piętro ćwiczeń, ukłonił się uprzejmie. - W czym mogę pomóc?
Kyle dopił wino i podążył za przyjacielem. Zatrzymał się u podstawy
schodów, wsparty o poręcz z niegładzonego drewna. Przybysz był odziany w najmodniejszy strój preferowany przez miejscową arystokrację: liczne
pierścienie na palcach oraz grube srebrne łańcuchy opadające na szatę z futrzanym obszyciem i mankietami. Na głowie miał kapelusz z ciemnoburgundowej tkaniny z naszytymi półszlachetnymi kamieniami, a jego
twarz ozdabiała pięknie przystrzyżona kozia bródka. Głaskał ją,
oglądając Orjina od stóp do głów i demonstrując wielkie klejnoty w pierścieniach.
- Jakie masz referencje?
Orjin ponownie się pokłonił. Kyle miał nadzieję, że strój z garbowanych
skór nadaje jego przyjacielowi odpowiednio srogi i profesjonalny wygląd.
- Służyłem w malazańskiej Czwartej Armii i osiągnąłem stopień kapitana,
nim zostałem ranny w Bitwie na Równinach.
Mężczyzna uniósł brwi.
- Naprawdę? Zatem byłeś przy śmierci cesarzowej?
- Tak, ale nie widziałem jej na własne oczy.
- Niewielu ją widziało, jak rozumiem. A jakie wrażenie wywarł na tobie
ten nowy cesarz, Mallick Rel?
Orjin obejrzał się na Kyle'a i odchrząknął.
- Hmm, nie jestem politykiem. Ucieszyłem się jednak, że nie postawił w stan oskarżenia oficerów, którzy zbuntowali się przeciwko cesarzowej.
Ponieważ byłeś jednym z nich? - zdawało się pytać pełne kalkulacji
spojrzenie przybysza.
- No wiesz, on jest Falarczykiem.
- Tak? Nie wiedziałem o tym - odparł Orjin.
- Tak. Powiem ci coś jeszcze. Wielu z nas bynajmniej nie zaskoczyły
wieści o jego, hmm, awansie.
- Skoro tak mówisz.
Mężczyzna wzruszył ze skrępowaniem ramionami pod licznymi warstwami
szat.
- Tak czy inaczej... ile bierzesz?
- Pół srebrnika za godzinę indywidualnych lekcji.
Kąciki ust przybysza opadły.
- To znacznie więcej, niż się spodziewałem.
- Ach, ale... - Potężnie zbudowany mężczyzna skinął na Kyle'a. - Mogę
również zaoferować lekcje udzielane przez mojego towarzysza, który
służył w sławnej kompanii najemników, Karmazynowej Gwardii.
Szlachcic spojrzał od niechcenia na młodzieńca.
- A teraz wykorzystuje swe umiejętności do łamania rąk.
Orjin skrzywił się boleśnie.
- To prawda. Jeśli uznasz, że te lekcje nie przynoszą ci pożytku, zawsze
możesz zrezygnować.
- One nie są dla mnie. Chodzi o mojego syna.
- Rozumiem? Ile ma lat?
- Właściwie jest jeszcze chłopcem, ale to łobuz. Brakuje mu dyscypliny.
- Przechylił głowę i pogłaskał się po koziej bródce. - Wyglądasz na
kogoś, kto mógłby sobie z nim poradzić. - Przytaknął z namysłem. - Tak.
Dziękuję. No to do zobaczenia.
Ukłonił się.
Orjin odwzajemnił ukłon.
- Nie mogę się doczekać, aż go poznam.
Mężczyzna wyszedł, a Kyle podszedł do Orjina.
- Myślisz, że go jeszcze zobaczymy?
- Kto wie?
- Nawet nie poprosił, żebyś pokazał mu papiery.
- Być może wie, jak łatwo można podrobić taki syf.
- Może i tak. - Zerknął z ukosa na przyjaciela. - Pół srebrnika za
godzinę? To sporo. Nie mógłbym sobie pozwolić na twoje usługi.
Mężczyzna uśmiechnął się drapieżnie. W jego jasnych jak lód niebieskich
oczach pojawiły się iskierki wesołości. Przez chwilę wyglądał tak, jak
za dawnych czasów.
- Sprawiał wrażenie kogoś, kogo na to stać.
Kyle parsknął śmiechem.
- Zaiste. Zatem do jutra.
- Tak. Posługiwanie się mieczem i tarczą.
Kyle cofnął się o krok i zbył sugestię machnięciem ręki.
- Bogowie, nie. To nie wymaga żadnych umiejętności.
- Żadnych umiejętności! Cóż za ignorancja. Któregoś dnia może cię ona
zgubić.
- Najpierw załatwię ją nożem.
- Nożem? Nóż jest bezużyteczny przeciwko komuś, kto ma choć kawałek
zbroi.
Kyle umilkł na moment.
- W takim razie...
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Kyle zmarszczył brwi i otworzył jedno z ich
szerokich skrzydeł. Stali za nimi trzej mężczyźni. Byli zwyczajnie
ubrani, ale mieli drogie miecze w falarskim stylu oraz sztylety o prostych, wąskich klingach. Trzech kolejnych klientów! Szara Grzywa
najwyraźniej miał szczęśliwy dzień. Skinął głową do jednego z nich.
- Dzień dobry!
Pierwszy mężczyzna, młody elegant w zielonym filcowym kapeluszu z szerokim rondem, przyjrzał się Kyle'owi od stóp do głów, nie próbując
ukrywać dezaprobaty.
- Ty jesteś tym nowym nauczycielem walki? - zapytał.
- Nie. - Kyle wskazał dłonią za siebie. - On jest tam.
Odsunął się na bok. Trzej mężczyźni weszli do środka, zostawiając drzwi
uchylone. Ten obojętny, pogardliwy gest - jakby byli przyzwyczajeni do
tego, że inni otwierają przed nimi drzwi i zamykają - sprawił, że
zaciekawiony Kyle ruszył ich śladem.
***
Zatrzymał się u wylotu tunelu prowadzącego na dziedziniec. Trzej
mężczyźni spotkali Orjina przy stojaku z bronią.
- Ty jesteś nowym nauczycielem walki, Orjinem Samarrem? - zapytał ich
przywódca niemal oskarżycielskim tonem.
Orjin odwrócił się i zamrugał. W cieniu jego oczy lśniły niczym szafiry.
- Tak? W czym mogę pomóc? Jesteście zainteresowani lekcją?
Trzej mężczyźni wymienili spojrzenia, wykrzywiając usta w ironicznych
grymasach.
- Tak - odpowiedział ten w zielonym kapeluszu, cofając się i kładąc
urękawicznioną dłoń na rękojeści miecza. - Możesz rozstrzygnąć zakład,
który zawarliśmy we trzech... - Dwaj pozostali przesunęli się na boki,
zajmując pozycje po prawej i po lewej stronie Orjina. - Chodziło o to,
czy jakikolwiek cudzoziemiec może udzielić lekcji choć zbliżonych do
jakości, jaką pobłogosławiono Delanss.
Orjin skinął głową ze zrozumieniem, zdjął drąg ze stojaka, uniósł go do
oka i popatrzył na nich wzdłuż drzewca.
- Rozumiem. Z reguły biorę za lekcję pół srebrnika, ale ponieważ jest
was trzech, możemy porozmawiać o zniżce...
Warknęli ze złością i wyciągnęli broń. Orjin zaatakował tego, który stał
po jego prawej stronie, uderzając drągiem w jego prawą dłoń. Mężczyzna
pisnął i schował rękę pod pachą. Orjin zwrócił się ku dwóm pozostałym
przeciwnikom. Kyle zdjął ze stojaka drewnianą buławę i zaczął nią
żonglować, przyglądając się walce.
Orjin ujął drąg w obie dłonie i sparował uderzenia cienkich,
obusiecznych mieczy. Jego broń poruszała się szybko jak błyskawica.
Mężczyzna w filcowym kapeluszu odrzucił z wściekłością miecz i wyciągnął
sztylet. Trzask drąga uderzającego o ostrza poniósł się echem na
dziedzińcu. Kyle nasłuchiwał charakterystycznego odgłosu żelaza
wbijającego się w drewno, ale do tej pory Orjinowi udawało się uniknąć
tego niebezpieczeństwa. Twarz walczącego poczerwieniała i Kyle przestał
podrzucać swój oręż.
Za wcześnie. Stanowczo za wcześnie, by zmęczenie stało się widoczne.
- Oni mają noże - zauważył od niechcenia.
Orjin łypnął na niego spode łba. Zaczynał sapać. Trzech mężczyzn
tańczyło wokół niego, a on przesuwał się powoli. Kolana miał ugięte, a drąg unosił przed sobą.
- W normalnej sytuacji żaden z was nie miałby okazji mierzyć się z przeciwnikiem posługującym się dwuręczną bronią... - Jeden z nich rzucił
się do przodu i drąg trafił go w twarz. Napastnik zatoczył się w bok i Orjin skierował uwagę na dwóch pozostałych. - Taka broń z reguły jest
zbyt wolna i nieporęczna, by przesuwać ją z jednej strony na drugą.
Zwinny przeciwnik mógłby...
Ten sam mężczyzna rzucił się do kolejnego ataku. Orjin sparował jego
cios, pochylił drąg i trafił go w krocze. Napastnik padł na ziemię jak
marionetka, której przecięto sznurki. Kyle skrzywił się.
Po twarzy Orjina spływał pot. Zwrócił się ku dowódcy, który uśmiechnął
się, przyjmując do wiadomości uwagi nauczyciela, i natychmiast skoczył
na niego. Orjin sparował cios i pochylił głowę.
- Tak, tak! - zawołał dla zachęty. - Tak właśnie się to robi. Przesuń
sztych w bok i przygotuj lewak do zaskakującego ataku!
Kyle chciał ostrzec przyjaciela, ale krzyk zamarł mu w gardle, gdy ten z napastników, który oberwał w rękę, postanowił znowu przyłączyć się do
walki i spróbował złapać Orjina od tyłu. To był zdumiewająco lekkomyślny
manewr. Przyjaciel Kyle'a był o połowę szerszy w barach niż jakikolwiek
inny mężczyzna, którego w życiu spotkał.
Orjin wzruszył barkami, sięgnął za siebie, otoczył ramieniem głowę
przeciwnika i przerzucił go sobie przez ramię brzuchem do góry niczym
worek piasku.
- Teraz masz przewagę - powiedział mężczyźnie w filcowym kapeluszu. -
Jednoręki przeciwnik!
Ten nie wahał się ani chwili. Szurał butami po piasku, uchylał się i próbował fint, tańcząc wokół poruszającego się ociężale Orjina. Kyle
odbił się kopniakiem od ściany.
Cholera! Naprawdę tego spróbuje!
Miecz zadrapał powierzchnię drąga i odsunął go na bok. Mężczyzna
podszedł bliżej i uderzył lewakiem, ale Orjin odwrócił się
błyskawicznie, pozwalając, by ostrze drasnęło mu lekko bok. Nogi i buty
człowieka, którego przerzucił sobie przez ramię, uderzyły z wielką siłą
jego towarzysza, który poleciał gwałtownie w bok. Orjin zarzucił go na
pierwszego z napastników i zatrzymał się, dysząc ciężko. Dotknął
ostrożnie boku i skrzywił się boleśnie.
- Nauczka brzmi tak, że powinniście wszyscy zaatakować razem, bez
względu na ryzyko.
Kyle zauważył, że klatka piersiowa jego przyjaciela porusza się ciężko.
Już się zdyszał? Niedobrze. Bardzo niedobrze. Odłożył buławę na miejsce.
Gdy przywódca spróbował się podnieść, Orjin postawił obutą stopę na jego
plecach i skierował mężczyznę kopniakiem w głąb tunelu.
- Wziąłbym od was pieniądze, ale podejrzewam, że nie jesteście w stanie
czegokolwiek się nauczyć.
Wszyscy zebrali broń i ruszyli ku wyjściu. Kyle pokłonił się im, gdy
przechodzili obok.
- Czcigodni panowie! - rzekł, ale oni tylko łypali na niego ze złością i mamrotali przekleństwa pod nosem. Podszedł do otrzepującego ubranie
Orjina.
- Już się zdyszałeś...
Przyjaciel zerknął na niego ze złością.
- Dawno nie walczyłem. - Znalazł szmatę i wytarł nią sobie twarz.
- Taka drobna potyczka nie powinna...
- Przestań.
Kyle uniósł brwi.
W dodatku zrobił się nerwowy.
- Przyjdę jutro po południu na tę lekcję miecza i tarczy. Mam włożyć
pełną zbroję? Jak sądzisz?
Orjin skrzywił się ze złością.
- Bardzo zabawne. A teraz zjeżdżaj stąd. Muszę posprzątać.
Kyle zasalutował i odszedł.
Ale mówił poważnie.
***
W mrocznym zaułku odległym o kilka przecznic młody zbir trzymający w dłoni zielony filcowy kapelusz uniósł jedwabną chustkę do krwawiącego
nosa i ust, po czym spojrzał na noszącego obszyty futrem strój oraz
grube srebrne łańcuchy delansyjskiego szlachcica. Ten uniósł
upierścienioną dłoń, przesunął głowę młodzieńca w bok, przyjrzał się
jego policzkowi i cmoknął cicho.
- Widzę, że rzeczywiście sobie z tobą poradził...
- Ojcze!
- Jak myślisz? Czy to on?
- Na pewno. Uniósł Donasa jak małe dziecko.
- Bardzo dobrze. Wyślę wiadomość. Na razie wynajmij ludzi, żeby mieli
oko na szkołę.
Młodzieniec pokłonił się ojcu.
- Tylko bez zemsty! Żadnych kusz w nocy czy noży na targowisku. Chcą go
dostać żywego.
Młodzieniec wzniósł oczy ku niebu.
- Tak, ojcze.
Szlachcic pogłaskał się po upstrzonej siwizną bródce i spojrzał na syna.
- Muszę przyznać, że zaimponowało mi jego opanowanie. Załatwił cię, nie
łamiąc ani jednej kości. Wykazał wielką cierpliwość w obliczu
skandalicznej zniewagi.
- Ojcze!
Pierwszy rok rządów cesarza Mallicka Rela "Miłosiernego"
(1167 rok Snu Pożogi)
Subkontynent Stratem
O świcie Kuhn Eshen, zwany Kuhnem "Nosem", kapitan katakańskiego statku
kupieckiego Zyskowne Wieści, zarzucił kotwicę nieopodal miasteczka
Thickton i przez cały ranek czekał z niepokojem, by się przekonać, czy
opowieści o tym, że ziemie Stratemu znowu otworzyły się przed światem
zewnętrznym, mówią prawdę.
Z upływem godzin do portu jak zwykle wpływały małe łodzie oferujące na
sprzedaż świeże owoce, chleb, ryby oraz świnie. W zimnej wodzie pływali
chłopcy i dziewczęta, proponujący członkom załóg, że zaprowadzą ich do
pensjonatów bądź burdeli albo podejmą się roli przewodników i oprowadzą
ich po miasteczku. Wszystko tu sugerowało zwiększoną otwartość na
handel. W południe pojawiły się większe łodzie, mające na pokładach
agentów kupieckich. Tych Kuhn przywitał osobiście. Pozwolił im
skosztować styggiijskiego likieru, który tu przywiózł, i pokazał bele
jassańskiego sukna. Wysłuchali z ledwie skrywaną ekscytacją
przywiezionych przez niego wieści z Korelu. Pochodziły one zaledwie
sprzed kilku tygodni, podczas gdy z reguły wiadomości potrzebowały dwóch
albo trzech miesięcy, by dotrzeć do tej części izolowanego Morza
Dzwoneczków.
Jedyna pośród agentów kupieckich kobieta zaskoczyła jednak Kuhna.
Obserwował ją z uwagą. Opierała się o burtę, stojąc z dala od
pozostałych. Wdziała ciemny skórzany strój, do pasa przytroczyła miecz,
a długie, kasztanowe włosy spięła jaskrawozieloną klamrą z szylkretu.
Przypominała niemal kogoś w rodzaju oficera. Nie okazała zainteresowania
towarami oferowanymi przez Kuhna. Obserwowała tylko jego ludzi,
gapiących się na gęsto porośnięty drzewami brzeg. Na Korel docierały
jedynie nieliczne, zniekształcone opowieści dotyczące wydarzeń na
ziemiach południowego sąsiada. Podobno zgraja najemników wywalczyła tam
dla siebie prywatne królestwo. To było dawno temu, ale Kuhn zastanawiał
się, czy kobieta może być jedną z nich.
Okazawszy zainteresowanie stopami deskowymi miejscowego drewna,
garbowanymi skórami oraz futrami, poświęcił sporo czasu na przekazywanie
wiadomości z Korelu. Otaczający go krąg miejscowych z uwagą słuchał
wszystkich jego słów - prawdziwych czy nie. Gdy opowiadał o Sztormowym
Murze, słuchacze nagle umilkli. Wszyscy skierowali spojrzenia za jego
plecy. Odwrócił się.
Kobieta w skórzanym stroju zatrzymała się tuż za nim. Przyglądała mu się
z uwagą, unosząc podbródek.
- Przepraszam... - wyjąkał.
- Pytałam o to... o czym mówiłeś.
- To tylko najnowsze wieści ze Sztormowego Muru, czcigodna pani. Kim
jesteś?
- Reprezentuję gubernatora tej prowincji. Stratemskiej prowincji
Przystań.
- Gubernatora? Naprawdę? - Kuhn zerknął na pobliskiego agenta, który
pokiwał z powagą głową. Intrygujące. Te wieści mogą być wiele warte w niektórych portach Korelu. - A jak się nazywa ten gubernator?
Gdy podeszła bliżej, zauważył wysoko na jej lewej piersi ozdobę
przedstawiającą smoka albo węża wykutego w srebrze.
Uniosła jeden koniuszek wąskich ust w niemalże okrutnym uśmieszku.
- Ty pierwszy.
Ach, więc tak chcesz to rozegrać? Kuhn wzruszył ramionami i wsparł
przedramiona na relingu.
- Oczywiście, pani. Moje wieści nic nie kosztują. To chyba najważniejszy
powód, dla którego kupcy wszędzie są mile widziani. Mówiłem o Sztormowym
Murze. No wiesz, szeregi Wybranych się przerzedziły, ale w ostatnim roku
na Murze pojawił się nowy obrońca. Korelrijczycy ciągle opowiadają o jego czynach. Mówią na niego Krata. To dziwne imię.
Wzdrygnął się, ujrzawszy reakcję kobiety. Pobladła nagle i uniosła dłoń,
jakby chciała zacisnąć ją na gardle Kuhna, ale ku jego uldze pochwyciła
tylko powietrze.
- Krata - wysyczała tonem bliskim bojaźni, a potem przeskoczyła przez
reling i zsunęła się na dół po linie, posługując się tylko rękami.
Wylądowała niezbyt pewnie w łodzi i natychmiast kazała odpływać. Nawet
sama złapała za wiosła i muskularni wioślarze tylko z trudem mogli jej
dorównać.
Kuhn przypatrywał się temu ze zdziwieniem, drapiąc się po skórze głowy.
- Kto to był, na Błogosławioną Panią?
- Janeth, strażniczka miasta.
- Strażniczka? Co znaczy ten tytuł? Czy to wasza władczyni?
Agent pokręcił głową.
- Nie, szlachetny panie. Mamy swoją radę. Janeth tylko pilnuje
przestrzegania praw. Jej ludzie strzegą wybrzeża. Aresztują złodziei i morderców. Co prawda, od dawna nie mieliśmy tu morderstwa. - Agent
skrzyżował ramiona na relingu, wyraźnie zainteresowany tematem. -
Niedawno pojawili się tu łupieżcy z sąsiedniej Kobyły. Napadają na nas
od czasu do czasu. Przepędziła ich ze swoimi ludźmi.
Kuhn spojrzał na oddalającą się łódź. Przepędzili kobylańskich
łupieżców? Ilu miała tych ludzi? Strzeżenie prawa i ochrona. Pracuje dla
tego samozwańczego gubernatora. Czy to król pod inną nazwą? Te wieści o sennym dotąd południowym sąsiedzie z pewnością zainteresują Korelrijską
Radę Wybranych.
- A jak się nazywa ten gubernator prowincji?
Agent wzruszył ukrytymi pod grubym skórzanym strojem ramionami.
- Słyszałem kiedyś, jak mówili na niego Blues. My nazywamy go lordem
gubernatorem. Mieszka w starym forcie o nazwie Przystań. Dawno go tu nie
widziano. Zresztą nawet gdybym go zobaczył, i tak bym go nie poznał.
Na razie wystarczy.
Kuhn uśmiechnął się i poklepał agenta po ramieniu.
- Dziękuję. Spotkamy się wieczorem?
- Z pewnością. "U Esty". To miejsce jest bardzo czyste. Najlepsze.
Przekonasz się.
Najlepsze? Przyjacielu, bardzo wątpię, by to błotniste zadupie mogło
konkurować z atrakcjami, jakie mają do zaoferowania legendarne lokale,
jakimi mogą się pochwalić Danig w Kradzieży albo Heban w Styggu.
Rozdział I
Rozdział I
Czym jest starzec, jeśli nie stertą więdnących liści?
Mądrość starożytnych
Kreshen Reel, kompilator
Rok 33. okupacji malazańskiej
Korelrijski rok 4178 e.M.
Na północ od Elri, Wyspa Korel
Biurko lorda protektora Sztormowego Muru zbudowano z desek pochodzących
z wraku kobylańskiej galery wojennej. Wróg, Jeźdźcy Sztormu, zdobył ją i wykorzystał w próbie staranowania muru. To był jeden z ich najlepiej
zaplanowanych ataków w ostatnim stuleciu. Ponad trzydziestu Wybranych
oddało życie, by zamknąć wyłom, i zostało świętymi męczennikami.
Ówczesny lord protektor, jeden z nielicznych nie-Korelrijczyków, jacy
kiedykolwiek piastowali ten czcigodny urząd, nakazał zrobić to biurko,
by przypominało jego następcom, że choć Jeźdźcy Sztormu przez stulecia
atakowali Mur, stosując ciągle tę samą, przewidywalną taktykę, nigdy nie
wolno ich lekceważyć.
Lord protektor Hiam, obecnie piastujący najwyższy urząd na
subkontynencie, ostatni z nieprzerwanej linii zaczynającej się od
pierwszego lorda protektora, legendarnego Założyciela Temal-Esha,
przesunął dłonią po ciepłym, gładkim blacie biurka, myśląc o tym aż
nazbyt aktualnym przekazie z przeszłości. W szczytowym momencie ataku
Jeźdźców rogi blatu pokrył szron, jakby drewno przypomniało sobie, w jak
podstępnym celu kiedyś je wykorzystano. To była jedna z najbardziej
niebezpiecznych chwil w całej historii Sztormowego Muru, ale
przynajmniej zagrożenie przychodziło z zewnątrz. Hiam z chęcią
zamieniłby na nie to, przed którym stał obecnie.
Uniósł wzrok i zobaczył, że jego adiutant, marszałek sztabu Shool,
czekał cierpliwie przez cały czas, gdy on zatopił się w myślach.
Odchrząknął.
- Jak rozumiem, prognozy naboru nadal spadają, Shool.
Adiutant na jednym przedramieniu trzymał hełm, a przez drugie przerzucił
sobie ciemnolazurowy płaszcz. Pokłonił się, usiadł i położył prosty hełm
na podłodze.
- Tak, lordzie protektorze.
- Jeśli uwzględnić przejścia w stan spoczynku, straty w ludziach i zwykłe zużycie, w jakiej sytuacji postawi nas to jesienią?
- W jeszcze gorszej niż w poprzednim roku.
A w poprzednim była gorsza niż w tym, który był przed nim. Ten wyraźny
trend zapowiadał nieuniknioną totalną katastrofę każdemu, kto chciałby
ekstrapolować go na przyszłość. Ale Hiam nie miał zamiaru tego robić.
Pani, ich Obrończyni, ocali ich jak zawsze. Wiedział, że powszechnie
uważa się, iż spadkowi liczby Wybranych winni są malazańscy najeźdźcy.
Nie próbował wyperswadować ludziom tego przekonania, właśnie dlatego, że
wiedział, iż ten trend zaczął się na długo przed przybyciem
Malazańczyków.
Podszedł do szczeliny okna wychodzącego na najdłuższy i najpotężniejszy
odcinek ciągnącego się przez wiele mil Sztormowego Muru. Szara, spokojna
tafla Morza Sztormów lśniła w blasku słońca. Ile razy stał w tym miejscu
i zastanawiał się, co kryje się pod tą powierzchnią? Czy nieprzyjaciel w tej chwili również ich obserwował? A może po porażce wycofywał się do
jakichś niewyobrażalnych głębi bądź jaskiń, żeby przespać
wielomiesięczną przerwę? Nikt tego nie wiedział, choć poeci i minstrele
snuli rozmaite spekulacje w swych niezliczonych romantycznych balladach
i eposach.
Z pomocą Pani być może uda mu się także raz na zawsze unicestwić
Jeźdźców.
Odwrócił się od wąskiej szpary w grubym na długość ramienia Murze.
- Potrzebujemy więcej pospolitego ruszenia z prowincji, Shool. Naciskaj
na nich mocno. Przypomnij Jasstończykom i Styggijczykom o ich
obowiązkach.
Shool podniósł hełm i zaczął obracać go w dłoniach, przyglądając się
zabarwionej na niebiesko skórze i srebrnemu grawerunkowi Wybranego
Sztormowego Gwardzisty.
- Spodziewasz się, że nowy malazański cesarz zarządzi ofensywę?
- Spodziewam się ofensywy, Shool - odparł ze spokojem Hiam. - Ale nie ze
strony Malazańczyków.
Hełm znieruchomiał w dłoniach adiutanta. Shool opuścił głowę w geście
posłuszeństwa.
- Wybacz, lordzie protektorze.
Hiam zdjął z haka przy oknie gruby wełniany płaszcz, który nosił przez
cały rok - zarówno gdy dęły mroźne wichry, jak i kiedy nadchodziły
letnie upały.
- Pójdziemy?
Shool wstał pośpiesznie i skinął głową.
- Tak jest, lordzie protektorze.
***
Wyszli z głównego donżonu na szeroki na pięćdziesiąt kroków, targany
wiatrem szczyt muru, miejsce zbiórek żołnierzy. Bliżej morza znajdował
się drugi, węższy mur, pełen kamiennych klatek schodowych i zwieńczony
chodnikiem oraz zewnętrznymi machikułami. Szare granitowe bloki, z których zbudowano mur, lśniły po niedawnym deszczu, a w kałużach
odbijało się zachmurzone niebo.
Malazańczycy tylko odwracają naszą uwagę od prawdziwego obowiązku, jaki
spełniamy zgodnie z boskim nakazem, pomyślał Hiam. Wielu ludziom zbytnio
zaimponowały sukcesy odniesione przez Imperium w innych miejscach. Oni
jednak nie byli zapchlonymi barbarzyńcami, zdumiewającymi się tajemnicą
zorganizowanej piechoty, ani dekadenckimi mieszczuchami, których można
było zastraszyć bądź przekupić. Byli Sztormowymi Gwardzistami,
Wybranymi. Bronili wszystkich krain przed ich największym wrogiem.
Nikt nie zdoła ich pokonać. Absolutnie nikt.
Wybrany spotkał ich tuż za drzwiami. Miał na sobie gruby ciemnoniebieski
płaszcz będący ich nieoficjalnym mundurem. Na głowie nosił hełm z kitą,
a w dłoni dzierżył włócznię o szerokim grocie. To był marszałek muru i kwatermistrz, Quint z Kradzieży. Pokłonił się Hiamowi, a na jego
ciemnej, naznaczonej blizną twarzy pojawił się srogi grymas. Lord
protektor pamiętał, że tak wygląda jego uśmiech, i skinął głową w odpowiedzi.
Rozpoczęli inspekcję. Hiam nie mógł przeoczyć niepokojących szczegółów,
choć powstrzymywał się od komentarzy. Popękane stopnie w kiepskim
stanie, podarte kosze, które powinno się zastąpić nowymi, cienka,
wytarta lina, mająca już za sobą najlepsze lata, wystrzępiony płaszcz
Quinta i jego znoszone sandały. Wszystkie te problemy mogłyby rozwiązać
adekwatne fundusze, ale pieniądze, jakie dostawali dzięki trybutom,
podatkom oraz składkom, w całości wydawano na zdobycie żołnierzy na
wszelkie możliwe sposoby.
A wpływy z trybutów i podatków spadały, zwłaszcza od chwili, gdy
pojawili się najeźdźcy. Malazańczycy dodali śmiałości pełnym
resentymentów sąsiadom, takim jak Jasston i Stygg, którzy byli teraz
gotowi zapomnieć o obowiązujących od stuleci traktatach oraz umowach.
- Jak idą naprawy, marszałku? - zapytał Hiam.
Naznaczona blizną - pamiątką po wyszczerbionym mieczu Jeźdźca - twarz
Quinta wykrzywiła się jeszcze bardziej. Poruszył ukrytymi pod płaszczem
rękami, przyciskając do siebie drzewce włóczni.
- Ci robotnicy są powolni jak wybredne kurwy w burdelu.
Hiam nie zdołał się powstrzymać przed ironicznym uśmieszkiem. Quint
zasłynął jako najstraszliwszy ze Sztormowych Gwardzistów. Znali się już
od chwili wstąpienia do Gwardii, choć Quint był tu wcześniej od niego.
- To nie są ochotnicy, jak za dawnych lat.
W przeciwieństwie do nas.
Marszałek ograniczył się do potwierdzającego chrząknięcia. Nikt inny nie
pozwoliłby sobie na coś takiego podczas rozmowy z lordem protektorem.
- Gdyby pracowali choć z ułamkiem zapału, z jakim się skarżą, wszystko
już dawno byłoby zrobione. Powinieneś ich posłuchać, Hiam. Mówią, że
zimą pracują wystarczająco ciężko, by nie musieć latem zasuwać w brygadach remontowych. Ale żaden z nich nigdy nie stanął na szczycie
muru. Musimy polegać raczej na cudzoziemskich robotnikach niż na
rodowitych Korelrijczykach. To cholerny skandal. Wcale bym się nie
zdziwił... - Ucichł, a po chwili parsknął ochrypłym śmiechem. - Ale kiedy
zaczyna sypać śnieg, śpiewają inną piosenkę, czyż nie tak, Hiam?
Lord protektor zauważył, że Quint gapi się na wstrząśniętą minę Shoola.
Tak, stary przyjacielu, nie jesteśmy sami. Chciałeś powiedzieć, że wcale
byś się nie zdziwił, gdyby Nasza Pani odwróciła się od nas z powodu
naszych grzechów, mam rację? Staliśmy się starymi psami narzekającymi na
upadek obyczajów, jak nasi instruktorzy i przełożeni przed nami.
Hiam zatrzymał się i skinął głową do Shoola.
- Wystarczy. Spisami zajmiemy się jutro.
- Tak jest, lordzie protektorze - odparł adiutant, kłaniając się.
Quint odprowadził go wzrokiem.
- Minęło stanowczo za mało czasu, odkąd odstawiono go od cycka -
poskarżył się.
- Swoje już odsłużył - mruknął Hiam. - Odpowiedz mi szczerze,
kwatermistrzu. Bez swych zwykłych wykrętów.
- Wszystko się spierdoliło i tyle. Jesteśmy spóźnieni na wszystkich
odcinkach. Na wschód od Vor jest szczelina w oblicówce tak szeroka, że
mógłby się w niej posuwać dorosły mężczyzna. Ale... - odsłonił krzywe,
pożółkłe zęby - ...to samo można by powiedzieć o pewnej kobiecie, którą
poznałem w Jourilanie.
- A co z inżynierem Stiminsem?
Quint prychnął z irytacją.
- Coś ci opowiem o naczelnym inżynierze Stiminsie. W zeszłym tygodniu
zaprowadził mnie do podstawy muru za piątą wieżą na północ od Sztormu i pokazał mi krętą smużkę piasku biegnącą między kamieniami. Wyrywa sobie
włosy z głowy z powodu wyschniętego strumyka, podczas gdy ja nie mogę
znaleźć kamieniarzy, którzy wypełniliby luki.
- Boi się o fundamenty.
- Nie chrzań. Mur jest masywny jak góra. Nie może się zawalić. Zresztą
to tylko pozycja, której możemy bronić. Ważni są ci, którzy na nim
stoją. Potrzebujemy ich więcej.
- Niech Pani pobłogosławi twoje słowa, Quint. Co z najnowszym naborem?
Jak sobie radzą?
- Tyle z nich pożytku, co z eunuchów i krawcowych. Ale nauczymy ich,
czego trzeba. Jak zwykle odrzuty z więzień Katakanu i Kradzieży nie są
warte żywności, którą dla nich kupujemy, ale dourkański i jourilański
kontyngent są w porządku. Z Kobyły przysłano nam malazańskich jeńców.
Mamy nawet trochę dłużników z Rool. Najwyraźniej Malazańczycy nadal na
to pozwalają.
- Jestem pewien, że dostają działkę. Jeśli już o nich mowa, to jak sobie
radzi nasz obrońca?
- Nie możemy liczyć, że wytrzyma kolejny sezon. Pragnie śmierci.
Widziałem już takie przypadki.
- To fatalnie. Dokonał zdumiewających czynów.
- To prawda. Ale śmieje się jak szaleniec za każdym razem, gdy nazywamy
go Malazańczykiem.
Hiam pokiwał z namysłem głową, słuchając dobiegających z wiatrem
metalicznych odgłosów młotków uderzających w kamień, nawoływań
brygadzistów oraz cichego rytmu jesiennych fal uderzających o brzeg.
Ramiona pociły mu się pod grubym płaszczem.
- Znakomicie, kwatermistrzu. Nie będę ci już dłużej przeszkadzał w pracy.
Quint przechylił podejrzliwie głowę.
- Dokąd się wybierasz?
- Spróbuję znaleźć naszego naczelnego inżyniera.
- Ha! Na pewno opadł na ręce i kolana i obwąchuje nasze fundamenty jak
pies.
- Rób swoje, marszałku muru, i nie wchodź w drogę naczelnemu
inżynierowi.
- Z przyjemnością.
***
Lord protektor zdołał wytropić naczelnego inżyniera Stiminsa dopiero
późnym popołudniem. Zgodnie z przewidywaniami Quinta obwąchiwał podstawę
muru. Do tego czasu Hiam pozyskał już eskortę - dwoje weteranów, Stalla
z Korelu i solidną Evessę z Jourilanu. Wielu podejrzewało, że w żyłach
kobiety płynie więcej niż kropelka starej krwi. Przybyli tu na polecenie
Quinta, który powiedział im, że nie uchodzi, by lord protektor łaził sam
po murze, nie mając strażników. Hiam nie wspomniał nic o tym, że
kwatermistrz postąpił równie niestosownie, pozwalając na to naczelnemu
inżynierowi.
Usłyszał Stiminsa na długo przed tym, nim go zobaczył. Stał wśród
wielkich, zwalonych głazów na stoku po tylnej stronie muru.
- Jesteś naprawdę piękny - mruczał stary inżynier. Hiam nie musiał się
zastanawiać, do czego przemawia inżynier. - Naprawdę bardzo piękny.
Stall i Evessa, którzy szli za nim, postukując włóczniami, wymienili
spojrzenia, a potem wznieśli oczy ku niebu.
Hiam zadał sobie pytanie, czy podkrada się do papugi.
Wreszcie okrążyli wysoki głaz i zobaczył naczelnego inżyniera. Stimins
opadł na czworaki przed szczeliną. Wyglądał jak blady pająk szukający w niej pożywienia.
- Naczelny inżynierze... - zaczął lord protektor.
Mężczyzna poderwał się nagle i obrzucił go krótkowzrocznym spojrzeniem
spod białych, krzaczastych brwi.
- Kto mówi? Kto?
- Jestem Hiam, Stimins.
- Aha, młody Hiam. Co tu robisz, w imię Pani?
- Szukam cię - odpowiedział cierpkim tonem lord protektor.
- Tak? A po co?
Hiam obejrzał się na strażników, nakazując im się oddalić. Posłuchali go
i oparli się o głazy, krzyżując ramiona na drzewcach włóczni.
- Twój raport.
Inżynier bawił się kamykami, które trzymał w dłoni, obracając je bez
końca.
- Raport? Jaki raport?
Lord protektor uderzył otwartą dłonią w szorstką, rozgrzaną powierzchnię
głazu, pokrytą białymi smugami wyschniętego ptasiego guana oraz
zielonymi i pomarańczowymi plamami porostów.
- Twój raport o stanie muru!
- Ach, ten raport. Nie jest jeszcze ukończony. Muszę dokładniej zbadać
sprawę.
- To samo powiedziałeś mi w zeszłym roku. I dwa lata temu.
Śnieżnobiałe brwi uniosły się wysoko. Załzawione jasnoniebieskie oczy
wpatrywały się w lorda protektora.
- Naprawdę? Sam widzisz.
- Z całym szacunkiem, naczelny inżynierze, nie mamy już czasu na takie
luksusy jak kończenie raportów. Będzie nam musiało wystarczyć to, co
stworzyłeś do tej pory.
Stimins pociągnął z dezaprobatą nosem.
- Na tym właśnie polega problem z młodym pokoleniem. Brakuje wam
cierpliwości, żeby wykonać robotę, jak należy. Dlatego wszystko pędzi w Otchłań na uszkodzonym wozie.
Hiam skrzyżował ręce na piersi, rozchylając płaszcz, by odsłonić
muskularne, naznaczone bliznami przedramiona. Na zarękawiach z brązu i garbowanej skóry pełno było głębokich bruzd i zadrapań. Naczelny
inżynier wyciągnął kościstą dłoń. Zaciskał ją mocno, aż knykcie
zaznaczały się wyraźnie. Hiam podsunął mu swoją, otwartą. Spadły na nią
dwa kamyki.
- Oto mój raport - oznajmił Stimins.
Zaskoczony lord protektor przyjrzał się kamykom. Ujął po jednym w obie
dłonie i przekonał się, że pasują do siebie doskonale. Były dwiema
połowami tego samego kawałka.
- Co to ma być? Pęknięty kamień?
- Rozpołowiony przez niszczące zimno, lordzie protektorze.
Hiam spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Zimno? Jak coś takiego może być możliwe?
Stimins uniósł rękę, prosząc go o cierpliwość.
- Pozwól, że się poprawię. Przez szron. Wilgoć, która nagle zamarzła.
Gwałtownie.
Hiam pomyślał o beczkach wody porzuconych podczas najgroźniejszych
ataków. Niektóre z nich eksplodowały od dotyku magii Jeźdźców.
- Rozumiem... chyba.
- Na całej długości muru wilgoć co roku zamarza, a potem topnieje -
kontynuował Stimins głosem, który nabrał rozmarzonego brzmienia. - Ale
to nie są powolne, łagodne procesy natury, lecz nienaturalna pięść
Jeźdźców, uderzająca każdej zimy. Rozbijająca mur na fragmenty.
- Ile... - Hiam odkaszlnął, żeby przeczyścić sobie gardło. - Ile czasu nam
zostało?
Stary inżynier wzruszył ramionami z irytującą obojętnością. Jego twarz
nadal była pozbawiona wyrazu.
- Kto wie? Może sto lat, a może tylko jeden rok.
Starając się nie stracić panowania nad sobą, Hiam odrzucił kamyki, które
uderzyły ze stukiem o głaz.
- Dziękuję za raport, naczelny inżynierze. - Choć okazał się całkowicie
bezużyteczny, jeśli chodzi o bieżący kryzys. - Przypominam ci, że takimi
informacjami możesz się dzielić tylko ze mną.
Stimins zamrugał ze zdziwieniem i zmarszczył brwi.
- Oczywiście, lordzie protektorze.
- Znakomicie. Rób dalej swoje.
Hiam opuścił swego naczelnego inżyniera, by mógł nadal drapać się po
rzadkich włosach i wpatrywać w głazy z zasępioną miną.
Jego strażnicy, Stall i Evessa, odsunęli się od wielkich jak menhiry
głazów. Stall rzucił o nie garstką kamyków.
- Bardzo dziwnie stukają, nieprawdaż, Evessa?
- Echo jest tu niezwykłe, Stall.
***
Ivanr prowadził gospodarstwo rolne na niespokojnym dalekim południu
Jourilanu, u podnóża potężnego łańcucha górskiego zwanego niekiedy
Lodowym Grzbietem. Często przechodzili tędy wędrowcy oraz uchodźcy,
uciekający z położonych na północy miast przed prześladowaniami
religijnymi. Wielu twierdziło, że Kapłanka jest blisko, ale zdziwił się,
gdy pewnego dnia pojawiła się w jego gospodarstwie. Gdy pochylał się
nisko, zajęty pieleniem ogrodu, nagle usłyszał jej głos. Wyprostował
się, próbując mruganiem usunąć pot z oczu.
- Dlaczego się mnie boisz, Ivanr? - zapytała.
Przyjrzał się stojącej przed nim młodej dziewczynie odzianej w łachmany.
Cudzoziemce, która przybyła tu, by nawrócić cały kraj. Jej twarz
naznaczyły bruzdami cierpienia, jakich nie powinien doznawać nikt w tak
młodym wieku. Kończyny miała chude, niemalże wypaczone od wysiłków, do
jakich była zmuszana. Mimo to otaczała ją niezaprzeczalna aura mocy,
ostrzegająca wszystkich, którzy mogliby mieć ochotę rzucić jej wyzwanie.
Wzruszył ramionami i wrócił do pielenia.
- Nie boję się ciebie, Kapłanko.
- Ale uparcie mnie unikasz.
Zatoczył ręką krąg, wskazując na swoje pole.
- Mam dużo roboty.
Podeszła bliżej. Suche liście szeleściły pod jej stopami.
- Ja też. Czyżbyś obawiał się, że mogę cię obciążyć dodatkową pracą?
- Masz mnóstwo innych kandydatów.
- Ale rozmawiam teraz z tobą.
Wyprostował się. Był znacznie wyższy od niej i musiała unosić głowę, by
spojrzeć mu w oczy. Splecione czarne włosy otaczały jej twarz niczym
kaptur. Wzdrygnął się na widok rozkazującej głębi w jej oczach.
- W takim razie tracisz czas.
- Wydaje ci się, że masz pojęcie, co robię? No wiesz, wszyscy z ciebie
drwią. Nazywają cię wieśniakiem. Grzebiącym w ziemi tchórzem.
- Uprawiam warzywa zwane pomidorami, fasolą i kabaczkami. - Przez jego
twarz przemknął udręczony uśmiech. - Nie potrzebujesz mnie. Słyszałem,
że masz wielu arystokratów. Ludzi czystej krwi, ze sprawujących władzę
rodzin.
- To prawda. Pod moim skromnym figowcem zbierają się synowie i córki
najszlachetniejszych jourilańskich rodów. "Zapoznaj mnie ze swoimi
naukami", żądają. "Z tą nową ścieżką, o której słyszymy". Niewykluczone,
że zaszli już zbyt daleko błędną ścieżką, ale nie umiem im tego
zademonstrować. Tylko ty możesz tego dokonać.
Przyjrzał się swoim brudnym od ziemi dłoniom, krwawiącym skaleczeniom,
stwardnieniom i połamanym paznokciom.
Zupełnie jak podczas tych wszystkich lat ćwiczeń i pojedynków.
- Nie zechcą mnie słuchać. Mam... niewłaściwe pochodzenie.
- Ach tak. Wszyscy Jourilańczycy wstydzą się tej skazy. Mieszana krew.
Wiesz, jak się nazywali twoi przodkowie, Ivanr?
Wzruszył ramionami, przymykając powieki.
- Matka powiedziała mi, że pochodzi z plemienia Czerwonej Skały z Thoul-Alai. To wszystko, co wiem.
- Twoi przodkowie byli Toblakai, Ivanr! - zawołała stwardniałym z nagłego gniewu głosem. - Błogosławionymi dziećmi Wielkiej Matki.
Niektórzy z was przetrwali tu i ówdzie w izolowanych grupach, pomimo
wysiłków tych, którzy ukradli wasze ziemie.
- Ukradli? To mocne słowo, jak na cudzoziemkę.
Kapłanka oplotła ramionami chude ciało. Bruzdy wokół jej ust pogłębiły
się gwałtownie.
- Ta historia nie jest mi obca.
Ivanr przyjrzał się jej z zaskoczeniem.
Odsłonięcie słabego punktu. Otwarcie. Uważaj. Pokusa ma wiele twarzy.
- Nieważne. Co się stało, to się nie odstanie. Nic nie przywróci
przeszłości.
- Nie chciałabym tego.
Jej słowa brzmiały teraz łagodniej, bardziej odpowiednio dla jej wieku.
Czuł rany, które nosiła, i coś w nim pragnęło ją uściskać, złagodzić jej
ból.
Naprawdę jest niebezpieczna.
- Rzecz w tym, jak powinniśmy zmierzać ku przyszłości. Ivanr, jesteś
wojownikiem, który odrzucił wezwanie Sztormowego Muru. Słyszałam wiele
pogłosek na temat twoich motywów, ale mam własną teorię...
Skierował spojrzenie na stado wron przelatujące nad odległym centralnym
płaskowyżem Jourilanu. Dym przesłaniał horyzont na północy. Osłonił oczy
dłonią i wytężył wzrok.
Pożary już się zaczęły. Cholernie wcześnie.
- To było tchórzostwo. Poprzestańmy na tym.
- Nie. Tchórzostwem byłoby poprzestanie na tym.
Opuścił rękę. Kapłanka przyglądała mu się spokojnie, prawie chłodno.
Poczuł, że kuli się pod jej niewzruszonym spojrzeniem. Na tej szczupłej,
pooranej bruzdami twarzy odcisnęło się tak wiele cierpienia! A powinna
być nieskalana. I jeszcze ta udręka w oczach. Czy to utrzymujący się
cień objawienia, o którym wszyscy szepczą? Któż ośmieliłby się
krytykować wybory, których dokonała? Ale on z pewnością nie jest jej
godny. Jak ktoś, kto kiedyś napawał się radością walki, mógłby służyć
Dessembrae, Panu Tragedii, czy któremukolwiek z cudzoziemskich bogów?
- Nie mogę. Nie jestem...
- Godny? Wystarczająco czysty? Skłonny do poświęceń? Pewien? Nikt z nas
nie jest. A Pana Tragedii nie interesuje nikt, kto jest pewien. Ich
umysły są zamknięte, a on wymaga otwartości. - Spoglądała teraz na niego
z ukosa, niemalże drwiąco. - To twój otwarty umysł doprowadził cię do
takiego wniosku, rozbłysku intuicji, który cię zmienił, czyż nie tak?
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Instynktownie, bez żadnych wpływów z zewnątrz, ujrzałeś bezsens tego
wszystkiego.
Bogowie, ta kobieta naprawdę jest niebezpieczna! Skąd wie? Czy jednak
nie jest to esencja jej nauczania, jej przekaz?
Przesunął dłonią po spoconym czole.
- To niebezpieczne słowa, kapłanko - rzekł ochrypłym tonem. - Może za
nie grozić śmierć.
- A jednak się boisz...
Uśmiechnął się do niej półgębkiem.
- Dołów tortur jourilańskiego cesarza? Z pewnością.
- To nie one są wrogiem, tylko ignorancja i nienawiść. Czyż nie warto
przeciwstawić się im?
Czysty idealizm. Bogowie, od czego zacząć rozmowę z kimś takim?
Skierował spojrzenie na leżącą u jego stóp paprykę.
- Kapłanko... - zaczął. - Chyba nie myślisz, że jesteś pierwsza? -
Zatoczył krąg ręką, wskazując na pola. - Nasza Pani Wybawicielka od
wielu pokoleń pilnie pełni straż nad swoim ogrodem. Usuwa chwasty
nieustannie i bezlitośnie. Nie pozwala się zakorzenić żadnemu
niepożądanemu intruzowi. Widziałem to już nieraz.
Uniosła wzrok. Być może powodem był wieczorny blask słońca albo jakieś
odbicie, ale jej oczy rozjarzyły się płynnym ogniem.
- Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego musisz nieustannie walczyć z chwastami? - zapytała cicho.
Przechylił głowę, niepewny, do czego zmierza kobieta.
- Dlatego że są znacznie odporniejsze niż plony, które próbujesz zebrać.
Wzdrygnął się i zaczął chodzić po ogrodzie, stawiając stopy między
roślinami.
Niech cię szlag, kobieto! Jak śmiesz nękać mnie swoimi niedorzecznymi
żądaniami?! Czy nie zrobiłem już dostatecznie dużo? Być może nie
wystarczy po prostu odejść. Być może nigdy nie mogło wystarczyć.
Zatrzymał się i spojrzał na nią. Mógł jej ofiarować jedynie niemą
odmowę.
Zbliżyła się ostrożnie, jakby się bała, że może uciec, i wyciągnęła do
niego rękę.
- Przyjmij to i przyjdź do mojego figowca. Usiądź u mego boku i wysłuchaj wiadomości, która do mnie dotarła. Wierzę, że zaszedłeś już
daleko na Ścieżce.
Nie chciał unieść ręki, więc ją ujęła i wcisnęła w nią jakiś przedmiot.
Jej dłoń była znacznie mniejsza od jego dłoni, lecz zarazem
nieporównanie twardsza. Ostra i nieustępliwa jak kawałki kamienia.
Oddaliła się, ciągnąc za sobą przez ogród długie, złachmanione szaty.
Ivanr otworzył dłoń. Trzymał w niej żelazny gwóźdź o kwadratowej główce,
przypominający miniaturowy miecz. Przez małą pętlę, która była uchwytem
i gałką, przeciągnięto rzemyk. Symbol kultu Dessembrae.
Wieści o herezji politeizmu dotarły na północ z podgórza kilka lat temu.
Od tego czasu Ivanr dwukrotnie odrzucił wezwanie z muru i cisnął swe
miecze na ziemię na placu ćwiczebnym z Abor. Wsadzili go do więzienia,
pobili prawie na śmierć i nazwali przeklętym półkrwi Thelem - choć jego
pochodzenie nie miało znaczenia, dopóki służył im jego miecz. Nie
chcieli go jednak zabić - nie wielkiego Ivanra, którego do niedawna
wysławiali jako największego jourilańskiego wojownika za pamięci
żyjących.
Tak oto ocknął się w nieznajomym blasku słońca, nie mając niczego poza
łachmanami, które nosił na grzbiecie. Strażnicy, którzy zepchnęli go z wozu, rzucili mu do stóp bukłak wody i oznajmili, że jeśli wróci do
miasta, natychmiast go zabiją. Gdy uklęknął, by podnieść bukłak, na jego
plecach otworzyły się rany po biczowaniu.
Powędrował na południe. Początkowo sądził, że będzie po prostu szedł
przed siebie, aż dojdzie do rozległych lodowców utrzymywanych na miejscu
przez Lodowy Grzbiet. Tam z pewnością by zginął. Jednakże gdy dotarł na
podgórze, znalazł tam wielu podobnych sobie. Mieszkali w niewielkich
obozowiskach, w których palili ogniska, i uprawiali ziemię przy trakcie.
W żyłach części z nich płynęła czysta krew, inni zaś byli mieszańcami -
niedobitki, ci, którzy nosili piętno poprzednich mieszkańców krainy.
Jedni byli wysocy jak on, inni zaś niscy, ale szerocy w barach.
Thoul-Alai, zwani też przez najeźdźców Thelami albo Thoulami. Doszedł do
wniosku, że być może właśnie to jest miejsce dla niego. Wybrał sobie
kawałek twardej, nieurodzajnej ziemi na stoku i zajął się jej uprawą.
Miejscowi rolnicy, hodujący rasę bydła zwaną baranalami, uważali go za
szaleńca i często przepędzali swoje stada przez jego pole. Inni Thelowie
również uważali go za nawiedzonego. Żaden z nich nie zajmował się
rolnictwem. On jednak uważał, że społeczeństwo oparte na sposobie życia
łowców-zbieraczy, którego nie sposób już było dłużej podtrzymywać,
naprawdę powinno się zmienić. W tej sytuacji rolnictwo wydawało się
rozsądnym wyjściem.
Potem nadeszły wieści o nowym kulcie. Bluźnierstwo! Odrzucają Boginię!
Sprzeciwiają się Sztormowemu Murowi! Rządząca nimi kapłanka była
czarownicą, obracającą mężczyzn w niewolników za pomocą seksu. Urządzali
orgie, podczas których mordowali i zjadali niemowlęta.
Wydawało mu się dziwne, że wszyscy byli gotowi uwierzyć, że kult
propagujący wyrzeczenie się przemocy jest gotowy mordować niemowlęta.
Życie jednak nauczyło go, że religia bardzo często wiąże się z obłędem.
Potem na trakcie biegnącym przez dolinę pojawiły się pierwsze grupy
zakutych w łańcuchy więźniów. Na czele kolumny zawsze niesiono
dyndającego na szubienicy trupa. Ivanr przez cały dzień pracował na
roli, ostentacyjnie zwrócony plecami do traktu, aż wreszcie porzucił
narzędzia i ruszył do miejsca, w którym jourilańscy strażnicy urządzili
obozowisko. Oficer wyszedł mu na spotkanie w towarzystwie kilku
żołnierzy.
- To heretycy? - zapytał Ivanr.
- Tak. - Oficer przyglądał mu się z uwagą.
Ivanr widział wśród więźniów wiele swych thelskich braci i sióstr.
- Prowadzicie ich do Abor?
- Tak.
- Na egzekucję?
- Tak.
- W zwyczajowy sposób? Ukamienowanie? Zmiażdżenie? Publiczne garotowanie
i wbijanie na pal? Czy po prostu zwykłe ukrzyżowanie? Gwałtowny koniec
życia dla tych, którzy wyrzekają się przemocy.
Spojrzenie jourilańskiego oficera nabrało jeszcze twardszego wyrazu.
- Czy to miał być sprzeciw?
- Tylko spostrzeżenie.
Oficer machnął ręką, każąc mu odejść.
- Wygłaszaj swoje spostrzeżenia z większego dystansu.
***
Miesiąc później Ivanr siedział przed swą krytą darnią chatą i ostrzył
narzędzia, gdy pojawił się szereg zakurzonych po długiej drodze
żebraków. Prowadził ich stary mężczyzna czystej krwi jourilańskich
najeźdźców. Był wychudzony i niemyty, ale głowę trzymał wysoko i szedł
równym krokiem, posiłkując się stawianą przed sobą laską. Zatrzymał
swych ludzi w uprzejmej odległości i podszedł bliżej, nadal wspierając
się na lasce.
- Czy możesz podzielić się wodą z tymi, którzy są spragnieni,
nieznajomy?
Ivanr odłożył osełkę i omiótł wzrokiem horyzont, wypatrując
jourilańskich patroli. Nie zauważył żadnego.
- Mogę.
Wyniósł z chaty beczułkę wypełnioną deszczówką i smołowany skórzany
kubek. Starzec pokłonił się mu, pociągnął mały łyk, a potem zaniósł
beczułkę swoim ludziom, ani na moment nie spuszczając z Ivanra ciemnych
oczu osadzonych w ogorzałej, pokrytej bliznami twarzy.
- Jesteście z południa? - zapytał Ivanr.
- Tak.
- Przynosicie wieści o tej nowej wierze?
Spękane, krwawiące wargi mężczyzny rozciągnęły się w lekkim uśmieszku.
- Jesteśmy wyznawcami Kapłanki i głosimy jej nauczanie. Słowo o nowej
wierze, którą jej objawiono. Wierze, która czci życie i odrzuca śmierć.
- Odrzucacie śmierć?
- Akceptujemy ją. I w ten sposób pozbawiamy ją władzy nad nami.
- Zmierzacie na północ?
- Tak. Do Pon-Ruo.
- Myślę, że znajdziecie tam to, co odrzucacie.
Znowu ten krzywy uśmieszek.
- Śmierć czeka nas wszystkich. Dlatego powinniśmy stawiać sobie pytanie,
jak należy żyć.
- To znaczy przetrwać?
- Nie. Jak żyć własnym życiem. Krzywdzenie innych nie jest sposobem na
oddawanie czci życiu.
Ivanr, który do tej pory tylko bawił się rozmową, zadrżał, słysząc te
słowa. Stary pielgrzym najwyraźniej tego nie zauważył. Wskazał na pole.
- Uprawa ziemi jest oddawaniem czci życiu.
Ivanr zbył go machnięciem ręki.
- Zabierzcie wodę i idźcie sobie - rzekł, po czym się oddalił.
- Nie zdołasz uciec od życia! - zawołał za nim pielgrzym. - W ten sposób
szkodzisz sobie i dajesz moc temu, od czego się odwracasz.
- Zostaw mnie!
Starzec pokłonił się uprzejmie.
- Oddajemy ci cześć za twój dar.
- Idźcie już sobie, do cholery.
***
Bakune był przekonany, że ze wszystkich miejsc, w jakich można umrzeć w Banith, to jest najprawdopodobniej najbrzydsze. Niemalże czuł smród
obłędu, który doprowadził staruszkę do śmierci w tym ślepym zaułku. Z pewnością jednak czuł odór starego potu, zwierzęcego strachu i wyschniętych szczyn.
Była mniszką służącą w Klasztorze i Hospicjum Naszej Pani Wybawicielki.
Tyle przynajmniej zdołała ustalić Straż. Ogarnął ją obłęd i zakończyła
życie w pełnym śmieci zaułku, zmieniając się w wykręcone ciało o pokrytych pianą ustach i zakrwawionych palcach, którymi przed śmiercią
drapała kamienny mur.
Ten przypadek omal nie umknął jego uwagi.
Straży nawet nie chciało się już go wzywać. To były tylko kolejne
zwłoki. Asesor przyszedł, przyjrzał się scenie, zadał kilka głupich
pytań i wrócił do ślęczenia nad swoimi raportami. Jaki był z tego
pożytek? Bakune widział, że choć Straż szanuje jego urzędową pracę,
wolałaby, żeby siedział w swoich pokojach. Po wszystkich tych latach
jego zachowanie zaczęło się robić, no cóż, kłopotliwe.
Ten przypadek różnił się jednak od innych. Co mniszka ze świątyni robiła
na dworze pośrodku nocy? Jak zdołała opuścić świątynię niepostrzeżenie
dla nikogo? I po co to zrobiła? W jakim celu zapuściła się w ten
labirynt zaułków? Szaleństwo było łatwą odpowiedzią.
Zbyt łatwą jak na jego gust. Świątynia nie ujawniała zbyt wiele, gdy
chodziło o szczegóły doktryny wiary, a tym bardziej o jej wewnętrzną
organizację. Jak to możliwe, że ta żenująca sprawa umknęła jej uwagi?
Szaloną kobietę z pewnością poddano by aresztowi domowemu już jakiś czas
temu. Zapewne nawet zamknięto by ją w celi dla ascetów. Być może
powinien odwiedzić świątynię.
Wyprostował się i odsunął od sztywniejącego trupa. Jego eskorta, dwójka
żołnierzy ze Straży, wycofała się do wylotu zaszczurzonego zaułka, gdzie
spotykał się z drugim, nieco szerszym i mniej zaśmieconym. Bakune ruszył
z westchnieniem ku żołnierzom, przechodząc nad gnijącymi śmieciami i wyrzucanymi tu nieczystościami.
- Ale fetor - zauważył ten z wąsami.
Od ludzi ze Straży Bakune mógł liczyć najwyżej na takie przeprosiny.
- Chcę porozmawiać z opatem.
Dwaj strażnicy wymienili spojrzenia. Bakune z przygnębieniem uświadomił
sobie, jak mało znaczyły jego wpływy i opinia o nim. Co innego
towarzyszyć asesorowi, gdy łaził po zaułkach, a co innego pozwolić mu
zawracać głowę opatowi Klasztoru Naszej Pani.
Martwiło go to, ale nie był zaskoczony. Straż Miejska ceniła działanie i szybkie rezultaty. Zdaniem asesora tępe, okrutne pałki u boku strażników
były bardzo odpowiednią bronią dla tępych, okrutnych narzędzi władzy,
które je nosiły.
- Nie musicie mi towarzyszyć.
Znowu pośpiesznie wymienili spojrzenia.
- Nie, asesorze - wycedził ten z nich, który wyglądał na nieco mniej
tępego. - Na tym polega nasza robota.
- Proszę bardzo. Miejmy nadzieję, że uda się nam porozmawiać z opatem
bez zwłoki.
Klasztor Błogosławionej Pani był trzecim pod względem ważności świętym
miejscem na Pięści, po Jaskiniach Ascetów w pobliżu Thol oraz Świątyni
Naszej Pani w Paliss. Kobyła i Skolati nie miały podobnych miejsc
przyciągających pielgrzymów. Klasztor wybudowano na nagiej skale, na
której ponoć Pani przelała własną krew, by powstrzymać nadchodzących z morza wrogów.
Bakune ruszył w stronę ścieżki dla pielgrzymów, wijącej się od portu aż
do dwuskrzydłowych miedzianych wrót Klasztoru. Najpierw dobiegła go
kakofonia. Przekupnie i naganiacze próbowali głośnym wrzaskiem
przyciągnąć uwagę pątników wspinających się starożytną ścieżką do
obitych miedzianą blachą drzwi. Bakune i jego strażnicy przyłączyli się
do kolejki. Po obu stronach wąskiej Drogi Błagalników ciągnęły się
sklepy, stragany oraz skromne dywany, na których wystawiano towary.
Wszędzie ofiarowano ogromny wybór amuletów, błogosławionych bransolet,
uzdrawiających kamieni, kości rozmaitych mnichów, mniszek oraz świętych,
tkanin zdartych z pleców słynących z pobożności ludzi, którzy zmarli w szalonym uniesieniu - krótko mówiąc: wszystkiego, co mogłoby skusić
pielgrzymów, którzy przybyli tu, by pogłębić duchowe oczyszczenie.
Odpychał wyciągane ku niemu kije obwieszone licznymi amuletami - las
pokrytych paciorkami drzew.
- Leczu gorączkę, zgniliznę i kataraktę! - zawołał przekupień,
podsuwając mu wiszącą na kiju butelkę. - Błogosławiona woda z klasztornego źródła! Leczy wszystko!
Bakune wiedział, że taką wodę trzeba czerpać bezpośrednio ze źródła, by
była skuteczna, ale pielgrzymi, którzy byli tu po raz pierwszy, nie
mieli o tym pojęcia.
Brudny ulicznik szarpnął go za szaty.
- Chcesz skontrolować święte dziewice? - zapytał z lubieżnym uśmiechem,
zdumiewającym na tak młodej twarzy.
Jeden ze strażników przegnał go kopniakiem.
Bakune mógł tylko potrząsnąć głową. Minęło już sporo czasu od jego
ostatniej obowiązkowej wizyty, ale nie przypominał sobie, żeby to
wszystko było aż tak... odrażające. Zatrzymał się i spojrzał za siebie.
Ocierali się o niego barkami zmierzający w górę pielgrzymi. Wszyscy
opuszczali głowy, pogrążeni w głębokiej kontemplacji. Na dole widział
łuk Drogi. Pełno przy nim było nie tylko sprzedawców religijnych towarów
- autentycznych bądź nie - lecz również straganów z żywnością, gospód,
stajni i tak dalej. Przedsiębiorczy mieszkańcy Banith świadczyli
napływającym przez cały rok gościom wszelkie możliwe usługi. Szczerze
mówiąc, w pozbawionej poza tym znaczenia nadmorskiej mieścinie było to
jedyne regularne źródło dochodów. Wszystko, co zagrażało pielgrzymkom,
stanowiło groźbę dla całego miasteczka. Bakune poczuł zimny dreszcz
przebiegający mu przez twarz - instynktowne potwierdzenie tego, co jego
rozum dawno już wiedział.
Eskortujący go żołnierze zatrzymali się nagle, wymieniając znudzone
spojrzenia. Odwrócił się bez słowa i skinął dłonią, nakazując im ruszać
dalej.
Bliżej Klasztoru tłum się przerzedził. Znajdowały się tu drogie sklepy
za wąskimi drzwiami, przeznaczone dla bogatszych pielgrzymów - być może
kupców albo żon wysokich rangą urzędników z Dourkanu bądź Jourilanu. Tu
również porządku strzegli Gwardziści Wiary w poważnych, ciemnych
szatach, uzbrojeni w drągi z żelaznymi okuciami. Zakon początkowo był
militarną kadrą wiary, odpowiedzią na najazd Malazańczyków. Jego
obowiązkiem była obrona pielgrzymów, a także samej wiary przed błędami
doktrynalnymi i korupcją. Zdaniem Bakune'a była to najgorsza z innowacji
wprowadzonych pod naciskiem cudzoziemskiej okupacji - być może dlatego,
że zakon stał się czymś w rodzaju konkurencyjnej, religijnej policji,
decydującej, co jest dozwolone, a co nie. Być może uważał przy tym, że
stoi ponad doczesnym prawem, które reprezentował w tym miejscu sam
asesor.
Gdy dotarł do wielkich dwuskrzydłowych drzwi prowadzących na tereny
klasztorne, ujrzał tam mnóstwo wałęsających się bezczynnie gwardzistów.
Ich widok przypomniał Bakune'owi, że od chwili przybycia tutaj nie
widział ani jednego żołnierza niedawnych malazańskich okupantów. To było
rozsądne posunięcie. Trzymali się z dala od szlaku pielgrzymów, gdzie
łatwo mogło dojść do wybuchu przemocy.
Dwaj gwardziści stanęli na jego widok w otwartych drzwiach, zagradzając
mu drogę.
- Co cię sprowadza do Klasztoru? - zapytał jeden z nich.
Asesor uniósł brwi. Odkąd to zaczęli przesłuchiwać gości?
- To mój interes. Jakim prawem mnie o to pytacie?
- Prawem wiary - warknął mężczyzna, ściskając mocniej drąg. Obrzucił
Bakune'a spojrzeniem od stóp do głów, zauważając jego ciemny płaszcz,
płócienne spodnie, ozdobioną brokatem atłasową kamizelkę oraz czystą
płócienną koszulę.
- Nie jesteś pielgrzymem. Co cię tu sprowadza?
- Umieram na krwawiące płuco.
Gwardzista wzdrygnął się, ale szybko odzyskał równowagę i uniósł głowę.
- Nie wolno żartować z takich spraw. W naszym Hospicjum leżą ludzie
bliscy śmierci z powodu tej choroby, modlący się o błogosławieństwo Pani
i jej uzdrawiające wody, a ty z tego drwisz.
Bakune'owi zaimponowało, jak szybko mężczyzna przybrał ton moralnej
wyższości. Jego posunięcie było jednak stanowczo zbyt śmiałe i bezczelne. Tępe pałki. Takie same, jakie mieli jego strażnicy, którzy
wreszcie przywlekli się na szczyt brukowanej drogi.
Westchnął zirytowany, zdjął moleskinową rękawiczkę i wyciągnął rękę.
- Jestem asesor Bakune. Przyszedłem zobaczyć się z opatem.
Gwardzista zmarszczył brwi na widok symbolizującego urząd asesora
pierścienia. Bakune uświadomił sobie, że równie dobrze mógłby mu
podsunąć żywego skunksa. Mężczyzna nie miał pojęcia, co oznacza pieczęć
sędziowska. Instynkt przetrwania podpowiedział mu jednak, że za tym
wszystkim może się coś kryć. Skinął z niechęcią głową i usunął się na
bok. Powodem mogło być również spóźnione pojawienie się dwóch strażników
Bakune'a, zlizujących tłuszcz z palców. Bakune wszedł do drewnianego
tunelu o kopulastym sklepieniu, wiodącego na tereny klasztorne. Drugi
gwardzista, być może inteligentniejszy, pobiegł przodem, by zanieść
wiadomość o jego przybyciu. Za tunelem zaczynały się cieniste kolumnady,
prowadzące w prawo i w lewo, z przodu zaś biegły wysypane żwirem ścieżki
prowadzące przez wypielęgnowane ogrody oraz chodniki Błogosławionej
Kontemplacji. Po prawej stronie wznosiło się dwupiętrowe Hospicjum
Naszej Pani, jedna z największych tego typu instytucji na całej Pięści.
Przerastała ją jedynie ta, która służyła Wybranym weteranom. Po lewej,
nad żywopłotami i ozdobnymi drzewami, piętrzyły się wysokie wieże
zbudowanego bez jednolitego planu kompleksu klasztornego. Było to miasto
w mieście. Miało własne szkoły, administrację, kuchnie i piekarnię,
kwatery dla mnichów i mniszek, bibliotekę, sierociniec, a nawet
Hospicjum dla zniedołężniałych albo umierających braci oraz sióstr.
Bakune postanowił zaczekać na zewnątrz. Zdjął drugą rękawiczkę, żeby się
nacieszyć kwiatami późno zakwitającego zimowego laku. Maleńkie białe
kwiatki kojarzono z melancholią, ponieważ ich pojawienie się
sygnalizowało, że nadchodzi zima. Lubił ich delikatny zapach. Jego
strażnicy uwalili się na ławce, przyglądając się zdrowszym pacjentom
Hospicjum łażącym w kółko dla poprawy kondycji. W końcu zjawił się opat
Starvann Arl - Bakune wiedział, że musi to zrobić - w towarzystwie
garstki urzędników i pomocników.
Uściskali się jak równi sobie - bo też byli nimi, przynajmniej w teorii.
Starvann był głową Klasztoru, miał władzę nad wszystkimi dotyczącymi
religii sprawami w mieście i odpowiadał tylko przed samą przeoryszą
rezydującą w stolicy, Paliss, a Bakune, asesor i sędzia, był
najważniejszym przedstawicielem prawa w mieście, podporządkowanym
jedynie wielkiemu asesorowi, również urzędującemu w stolicy. Różnice
były jednak bardzo poważne. Bakune mógł liczyć jedynie na udzielaną z oporami pomoc Straży Miejskiej, natomiast Starvann miał na swoje rozkazy
cały personel Klasztoru, być może więcej niż tysiąc ludzi, i wspierał go
również zakon Gwardzistów Wiary. Tak jest, byli sobie równi tylko w teorii, pomyślał skwaszony asesor.
- Bakune! Cieszę się, że cię widzę. Za rzadko się widujemy. Miło, że
zechciałeś nas odwiedzić. - Opat uścisnął jego dłonie z zaskakującą
siłą. Potem z jego twarzy zniknął skrywający się pod gęstą brodą
uśmiech, a jasne oczy się zachmurzyły. - Wiem, dlaczego przyszedłeś -
dodał ze smutkiem.
Bakune uniósł pytająco brwi.
- Naprawdę?
Starvann raz jeszcze uścisnął mocno dłonie asesora, a potem je puścił.
- Siostra Roztropność. Wieści dotarły do mnie dopiero dziś rano. -
Położył dłoń na plecach Bakune'a i delikatnie, ale stanowczo popchnął go
naprzód. - Chodź, przejdziemy się po terenie... wybacz, ale to poprawia
moje samopoczucie.
- Oczywiście.
Asesor pozwolił wprowadzić się na ścieżkę biegnącą między wiecznie
zielonymi krzewami. Opat splótł dłonie za sobą. Gdy szedł, jego proste,
ciemne szaty muskały żwir. Nosił niewyszukany, lecz majestatyczny strój,
jak przystało jego pozycji. Jedyną ozdobą był zawieszony na szyi diadem
przestawiający rozchodzące się na wszystkie strony promienie - symbol
wiary w Błogosławioną Panią.
- Ona nie żyje, prawda? - zapytał, pochylając głowę.
- Tak.
- Zatem wreszcie odnalazła spokój u boku Naszej Pani.
- Tak. Powiedziałeś siostra... Roztropność?
Opat uniósł głowę. Jego długie, siwe włosy kołysały się na lekkim
wietrzyku.
- To imię wybrała, gdy w dzieciństwie wstąpiła do zakonu.
- Rozumiem. Czy mogę zapytać...
- Skąd wiem, że nie żyje?
Bakune odchrząknął. Musiał przymrużyć powieki, spoglądając w nieziemsko
jasne oczy opata.
- Hmm, tak.
Łagodny uśmiech powrócił. Starvann uścisnął jego ramię. Bakune wiedział,
że uśmiech opata powinien go uspokajać, a osobista uwaga, którą mu
poświęcił, powinna mu schlebiać, ale z jakiegoś powodu tak się nie
stało.
Po co zawraca sobie głowę? - wyszeptał do niego podejrzliwy sędziowski
głos, zawsze towarzyszący mu, gdy sprawował swą funkcję.
Często się spotykamy. To tylko profesjonalna uprzejmość.
A ty czujesz się zaszczycony jego łaskawością, tak?
Czy to zazdrość? - zadał sobie pytanie tonem najbardziej bezlitosnej
autoanalizy.
Obejrzał się. Musiał powstrzymywać śmiech. Jego dwaj strażnicy szli
powoli za nimi, a jeden z nich eksplorował głębiny własnego nosa. Za ich
plecami tłoczyła się świta opata.
Starvann nigdzie się nie śpieszył. Żwir chrzęścił pod jego sandałami.
- Siostra Roztropność była z nami przez całe życie. Od pewnego czasu
byliśmy zmuszeni... Jakby to ująć...? Powstrzymywać ją. Kiedy uciekła z Hospicjum, wiedzieliśmy, jak to się skończy. To straszliwy uczynek.
Straszliwy. Ale... - przerwał, by zaczerpnąć głęboko tchu. - Pani z pewnością przyjęła jej udręczonego ducha, a teraz chroni go i uspokaja.
- Tak. Oczywiście. Czy mogę spytać, na czym polegały jej obowiązki?
Starvann zatrzymał się, unosząc krzaczaste brwi.
- Obowiązki? Takie same jak u innych sióstr. Oddawanie czci Pani, rzecz
jasna. Modlitwa za tych, którzy cierpią w Hospicjum, i przynoszenie im
ulgi. Zajmowała się na zmianę gotowaniem i sprzątaniem, podobnie jak
wszystkie siostry. Pełniła też służbę w sierocińcu. Pamiętam, że
najbardziej lubiła zajmować się naszymi najmłodszymi podopiecznymi.
- Rozumiem. Dziękuję, że zechciałeś poświęcić mi czas, opacie.
Starvann pokłonił się płytko.
- Nie ma sprawy. Dziękuję, że zjawiłeś się osobiście. Twoją pilność
zauważono.
Bakune odwzajemnił ukłon. Audiencja była skończona.
On naprawdę myśli, że przyszedłem tu, by popisać się pracowitością. Coś
- być może pogarda opata - skłoniło go do wypowiedzenia kolejnego
pytania.
- Czy miała jakąś bliską przyjaciółkę? W zakonie oczywiście.
Odwracając się, zaskoczony opat zmarszczył brwi. Wykonał drobny gest.
- Mam wrażenie, że jakąś miała. Chyba nazywała się siostra
Dobroczynność.
Opat zaczął się oddalać.
- A gdzie mogę ją znaleźć? - zapytał podniesionym głosem Bakune.
Opat zacisnął wargi. Jego świta wyprzedziła strażników Bakune'a i teraz
go odpychała.
- Opuściła zakon już przed laty - wycedził. - Miłego dnia.
- Miłego dnia - wyszeptał Bakune i pokłonił się, ale nie został przy nim
już nikt poza jego strażnikami, którzy wsunęli dłonie za pasy i obserwowali oddalającą się grupkę.
- Chyba już tu skończyliśmy - oznajmił im.
- Na to wygląda - burknął jeden z żołnierzy.
- Chcę teraz porozmawiać z waszym kapitanem.
Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia, zataczając oczami.
***
Przed rokiem Kyle porzucił służbę w kompanii najemników, dla której
walczył od czasu, gdy zabrano go z porośniętych wysoką trawą stepów,
jakie znał w latach młodości. Teraz próbował jakoś sobie radzić w Delanss, stolicy wyspy o tej samej nazwie, i nagle zorientował się, że
pilnie potrzebuje czegoś, o co nigdy dotąd nie musiał się martwić -
pieniędzy na wyżywienie i dachu nad głową. Rozwiązał ten problem,
przyjmując pracę strażnika osobistego u mężczyzny o imieniu Best. Praca
właściwie ograniczała się do siedzenia na ławie, picia ale i spania w oberży pracodawcy, a czasami również zastraszania ludzi, którzy byli na
tyle głupi, że pożyczyli od niego pieniądze.
Tej nocy jak zwykle pił w oberży, gdy jego bezpośredni przełożony, Tar
Kargin, zszedł z góry, tupiąc, i przywołał gestem wszystkich swoich
ludzi.
- Mamy robotę. Zlecenie od samego Besta - oznajmił i wyszedł na śliski
od deszczu bruk. Zapadał już mrok.
Tar, szeroki w barach jak łódź, szedł środkiem ulicy, a z obu boków
towarzyszyli mu wybrani przez niego ludzie. Kyle posuwał się za nimi,
zastanawiając się, jak ten człowiek potrafi zastraszyć wszystkich,
którzy staną mu na drodze, wyłącznie za pomocą tępego uporu i potężnego
egocentryzmu. Ustępowali mu miejsca nie tylko przechodnie chodzący
późnym wieczorem po ulicach stolicy, lecz również ludzie ciągnący wózki,
dokerzy stękający pod ciężarem licznych worków oraz bel materiału, a nawet konne wozy, skręcające w ostatniej chwili, by uniknąć kolizji,
która mogłaby się okazać fatalna dla którejś ze stron. O dziwo, zmusił
do odsunięcia się na bok nawet osła prowadzącego na sznurku ślepca.
- Masz swoje trofea? - zapytał Kyle'a, nie odwracając osadzonej na
byczym karku głowy.
Kyle zazgrzytał zębami, z niechęcią wyciągnął z mieszka obrzydliwy,
śmierdzący pasek i zawiesił go sobie na szyi. Zwisały z niego
wygarbowane, pomarszczone przedmioty, być może uszy albo nosy. Nie był
pewien co i, szczerze mówiąc, wolał tego nie wiedzieć. Best wygrzebał je
skądś i kazał mu je nosić podczas pracy. Twierdził, że zastraszą
wszystkich. Kyle najbardziej bał się ich smrodu.
Zatrzymali się blisko brzegu, przed szeregiem piętrowych sklepów, w których nie paliły się światła. Kargin załomotał pięścią w drzwi.
- Bor 'eth! Otwieraj! Wiem, że tam jesteś! Otwieraj!
Trzech zbirów uśmiechnęło się do niego, i dotknęło kciukami pałek, które
nosili ukryte pod koszulami. Kyle skrzyżował ręce na piersi, po raz
setny przeklinając cywilizowany wynalazek zwany pracą. Jak dotąd nie był
nią zbytnio zachwycony.
Wizjer w drzwiach się otworzył i wyjrzał przez niego stary mężczyzna.
- Ach! To ty, Kargin. No wiesz, to dziwne. Akurat pomyślałem...
- Zamknij gębę i otwieraj drzwi.
- Ale jutro...
- Już dzisiaj jest za późno.
- Przysięgam, jutro...
- Jeśli nie wpuścisz mnie natychmiast, następnym razem nie będę prosił
tak uprzejmie.
- Ech... no dobra... skoro nalegasz.
Zamki zazgrzytały i zagrzechotały. Grube drzwi zaczęły się powoli
uchylać. Kargin popchnął je i wszedł do środka. Zbiry podążyły za nim.
Kyle zamykał grupę.
Wszyscy tłoczyli się w sieni sklepu. Słabe światło palonej przez
staruszka lampy padało na wiele cennych, importowanych towarów. Na
najbliższej Kyle'a półce stały puchary rozmaitych kształtów i rozmiarów.
Kargin delikatnie wyjął lampę z rąk właściciela sklepu i postawił ją na
najwyższej półce, po czym skinął na jednego ze swoich chłopaków, każąc
mu zamknąć drzwi. Zbir zasunął rygle i z twarzy staruszka zniknął
uśmiech.
- Zapłacę, Kargin, wiesz, że zapłacę. - Sklepikarz spróbował znowu się
uśmiechnąć, ale jego twarz zamarła w grymasie przerażenia. - Po prostu w tej chwili interesy idą kiepsko...
- Kiepsko... - Kargin wyprostował się z ciężkim westchnieniem pełnym
znużonej cierpliwości. - Widzisz tego chłopaka? - Bor 'eth skinął
niepewnie głową. - On pochodzi z dalekiego, dzikiego kraju, gdzie
wszyscy zabijają się nawzajem z byle powodu. Nie cenią ludzkiego życia.
Nie tak, jak cywilizowani ludzie, tacy jak my. Widzisz ten pas? -
Kolejne niepewne przytaknięcie. - To są uszy, nosy i... inne rzeczy ucięte
przez niego ludziom, których zabił. - Staruszek uniósł wzrok, wzdrygnął
się gwałtownie i ciaśniej otulił zarzuconą na ramiona kołdrą. -
Wystarczy, że pstryknę palcami... o tak... i utnie ci uszy. Co ty na to?
Sklepikarz złapał się za szyję i przyjrzał kolejno twarzom wszystkich
obecnych, jakby chciał sprawdzić, czy to miał być żart.
- Naprawdę? - wydyszał drżącym, piskliwym głosikiem. - To zdumiewające...
- Urżnij mu uszy!
Kyle rzucił się naprzód, złapał staruszka za rudosiwe włosy i przystawił
nóż do nasady jego ucha. Nieszczęśnik zaskrzeczał ochryple jak
przerażony ptak, miotając się bezsilnie w rękach napastnika. Kyle
zerknął na Kargina.
Potężnie zbudowany mężczyzna ryknął donośnym śmiechem, uwolnił Bor 'etha
z rąk Kyle'a i objął go mocno.
- Ale tym razem nie pozwolę mu na to, Bor 'eth! Płacącemu klientowi nie
robi się takich rzeczy, czyż nie tak? - Staruszek zalał się łzami.
Uczepił się Kargina, jakby ten przed chwilą uratował mu życie. - Nie... to
zrobię tylko, jeśli nie przyniesiesz jutro Bestowi pieniędzy. Tym,
którzy się spóźniają, robię coś innego.
Skinął głową do swoich zbirów, którzy wyrwali Bor 'etha z jego ramion.
- Co? - wydyszał sklepikarz.
- Łamię im rękę.
Jego chłopaki złapały ze śmiechem za pałki. Jeden unieruchomił rękę
sklepikarza na ladzie, a dwaj pozostali unieśli broń.
- Nie... błagam... w imię Soliel...
- Jestem dziś w łaskawym nastroju, Bor 'eth. - Skinął krótko głową.
Jedna z pałek uderzyła o ladę. Staruszek krzyknął. Druga pałka uderzyła
w ladę z wilgotnym mlaśnięciem. Bor 'eth osunął się bezwładnie w ramionach zbira. Ten potrząsnął nim, żeby się ocknął. - Jeszcze raz -
rozkazał Kargin. Pałki znowu się uniosły.
Gdy zbiry masakrowały dłoń sklepikarza, Kyle przyglądał się pucharom.
Tyle bólu i kłopotów z powodu pieniędzy. Wychował się na otwartych
równinach, gdzie nie znano czegoś takiego. Ludzie polowali, by zdobyć
pożywienie, i sami robili dla siebie narzędzia. Mieli trochę monet i innych tego rodzaju przedmiotów, które zachowywali na wymianę, ale poza
tym Kyle dorastał, nie czując potrzeby posiadania pieniędzy. Sądząc po
tym, co widział podczas podróży, jego ludowi powodziło się lepiej bez
akurat tego osiągnięcia cywilizacji. Gdyby ktoś próbował narzucić mu
potrzebę korzystania z pieniędzy, po prostu by odszedł.
Kargin uniósł rękę. Kyle się obejrzał. Uwolniony staruszek usiadł,
kołysząc się w przód i w tył. Przyciskał do piersi krwawiącą masę, która
jeszcze przed chwilą była jego dłonią. Kargin wskazał na drzwi. Kyle
odstawił na miejsce kielich z różowego kryształu.
***
Wyszli na ulicę i ruszyli w stronę oberży Besta. Po lekkim deszczyku
zrobiło się zimno i rześko. Jeden z młodych zbirów podszedł do Kyle'a i uśmiechnął się, odsłaniając krzywe, połamane zęby.
- Widziałeś to? - zapytał.
- Co?
- Stary się zlał. Zmoczył te swoje drogie szaty.
- Gratulacje. Pobiliście bezbronnego starca tak mocno, że aż się
zeszczał.
Młody zbir przestał się uśmiechać. Odgarnął długie włosy z pryszczatej
twarzy.
- Rzeczywiście robiłeś to wszystko, o czym mówił Kargin? - zapytał. -
Obcinałeś uszy i tak dalej?
Kyle rozciągnął usta w drwiącym uśmiechu i pochylił się w stronę zbira.
- Kurwa, przez cały czas.
Gdy byli już blisko oberży, Kargin zatrzymał gestem swoich ludzi.
- Twój kumpel miał pecha - poinformował Kyle'a.
Ten zatrzymał się, zdjął z szyi sznurek ze śmierdzącymi trofeami i schował do mieszka.
- Słucham?
- No wiesz, ten gość, z którym się kolegowałeś. Drugi cudzoziemiec. Domy
handlowe, od których pożyczył pieniądze... przejęły jego nieruchomość za
długi. Zamknęły jego interes.
Kyle przytroczył mieszek do pasa i spojrzał na Kargina.
- Naprawdę?
- Aha. Kiedy o tym usłyszałem, zacząłem się zastanawiać, co byś zrobił,
gdybyśmy to jego musieli dzisiaj odwiedzić?
Były najemnik wziął w rękę swój lekki jak piórko mieszek.
- Nic bym nie zrobił. Nie musiałbym nic robić, bo rozgoniłby was
wszystkich jak stado wróbli.
Dowódca zbirów pracujących dla Besta, człowieka odpowiedzialnego za
większość szantaży i wymuszeń w mieście, obrzucił Kyle'a sennym
spojrzeniem. Jego potężna klatka piersiowa poruszała się miarowo.
Prychnął, rozszerzając nozdrza.
- Niby miałeś być takim groźnym byłym najemnikiem. A do tej pory nie
pokazałeś za chuja nic nadzwyczajnego.
- I już nie pokażę. Masz. - Kyle rzucił w niego mieszkiem. - Zatrzymaj
sobie te uszy. Do zobaczenia.
- Wątpię, żebyśmy się zobaczyli! - zawołał za nim Kargin. - Twój kumpel
siedziałby teraz w więzieniu, gdyby ktoś nie wykupił jego długów. Ten
ktoś nie pochodzi stąd...
Jego chytry, basowy śmiech podążał za Kyle'em oddalającym się pogrążoną
w mroku ulicą.
***
Do drzwi szkoły Orjina przybito gwoździami falarskie prawne dokumenty,
przewiązane wstążkami i obciążone woskowymi pieczęciami. Kyle popchnął
je i przekonał się, że są otwarte. Przeszedł przez tunel i dotarł do
opustoszałego placu ćwiczeń. Piasek lśnił w blasku księżyca niczym żywe
srebro.
- Orjin! - wysyczał. - Orjin!
W ciemności coś się poruszyło. W bladym świetle pojawiła się chwiejąca
się na nogach postać. W jednej ręce trzymała zwisającą luźno szpadę.
Wielki Łowco, miej nas w swej opiece! Co się stało?
Podbiegł do przyjaciela i stęknął, gdy jego znaczny ciężar osunął się na
niego.
- Co się stało? Jesteś ranny?
Coś uderzyło go w głowę. Rozległ się plusk. Kyle wyrwał Orjinowi z ręki
gliniany dzban.
- Co to ma być?
- Dość tego gadania! - ryknął mu tamten prosto w ucho. - Dotrzymaj
swoich kontraktów i dokumentów! Staw mi czoło jak mężczyzna, niech cię
Martwa Poliel porwie!
- Och, do Kaptura!
Kyle odepchnął go. Powinien poczuć odór, ale kilka miesięcy
przesiadywania w oberży stępiło mu węch.
Orjin zatoczył się i machnął cienką darudżystańską szpadą, omal nie
kalecząc Kyle'a.
- Ruszaj się! Łap za broń! Rozwiążemy to na dawny sposób! - Podszedł do
stojaka z bronią i przewrócił go z głośnym brzękiem żelastwa. -
Wybieraj! Jak widzisz, jest tu mnóstwo broni!
- Orjin... Szara Grzywo...
Mężczyzna zamrugał, nadal trzymając się niepewnie na nogach.
- Jak mówisz? Szara Grzywo? Szara Grzywo? - Opuścił głowę, dotykając
podbródkiem piersi. Przez pewien czas gapił się na leżącą na piasku
broń, lśniącą srebrno w blasku księżyca. - Ten człowiek nie żyje.
- Orjin... słyszałem, że ktoś się zjawił. Ktoś z obcego kraju. To mogą być
tylko Malazańczycy. Znaleźli cię. - Podszedł bliżej. - Zwiewajmy stąd.
Tu nie ma nic dla nas. Nienawidzę tego miejsca. Ci ludzie dadzą się
wyruchać osłom, jeśli tylko będą miały złoto. Zwiewajmy stąd.
Orjin wydał z siebie głośne, wilgotne westchnienie, usiadł pośród broni
i zwiesił głowę. Jego długa, rozczochrana grzywa lśniła równie jasno jak
walające się na ziemi żelazo.
- Nie. Jestem już skończony. Niech po mnie przyjdą. - Zatoczył ręką
szeroki krąg, wskazując na całe otoczenie. - No wiesz, Kyle, to zawsze
było moje marzenie. Przejść w stan spoczynku. Otworzyć szkołę walki.
Przekazać innym choć część tego, czego się nauczyłem. - Wybrał
przypadkowo jeden z oręży, ciężki miecz z północnej Genabackis, i uniósł
do oczu, by spojrzeć wzdłuż klingi. - Ale nikt nie chce nauczyć się
tego, co ma do przekazania ktoś, kto przejadł się wojną.
Kyle spojrzał z góry na przyjaciela. Miał ochotę siłą postawić go na
nogi, ale nie sądził, by zdołał podźwignąć taki ciężar. Przykucnął.
- Posłuchaj, Orjin. Niech Kaptur weźmie wszystkich kupców i gangsterów.
Nie ma między nimi żadnej różnicy. Zwiewajmy stąd! Zaciągnijmy się na
pierwszy statek, który znajdziemy w porcie, wszystko jedno, dokąd będzie
płynął.
- Nie, nie. To zabawa dla młodych. Jestem na to za stary. Ty popłyń.
- Mnie nikt nie ściga.
- W takim razie co tu robisz?
- Jestem tu, bo...
Nagle rozległ się cichy dźwięk, szuranie stóp po piasku.
Były najemnik odwrócił głowę.
Z tunelu wyłoniło się czterech ludzi. Wszyscy nosili ciemne skórzane
stroje. U jednego boku mieli miecze, a u drugiego lewaki. Kyle
wyprostował się i podniósł z ziemi najbliższą broń - solidny kordelas o masywnym ostrzu.
- Kim jesteście? - zapytał.
- Kimkolwiek ty jesteś, zejdź nam z drogi - odpowiedział jeden z nich,
odsyłając go skinieniem dłoni.
Nie mówił z malazańskim akcentem. Właściwie jego akcent nie przypominał
żadnego, z jakim Kyle zetknął się podczas swoich podróży. Usłyszawszy
ten głos, Orjin uniósł nagle głowę.
- Idź stąd. Zostaw nas - rzekł do Kyle'a całkowicie trzeźwym głosem.
- Mam was zostawić? Co to za ludzie? Wynajęci zabójcy?
- Są zabójcami, ale nie pracują dla złota ani dla innej nagrody. - Orjin
wstał, trzymając w obu dłoniach długie, cienkie szpady. - Hej, Cullel? -
Na twarzy napastnika, który przemówił, pojawił się radosny, gniewny
uśmiech. - Zabijasz z innego powodu, prawda? Wyłącznie dla wiary.
- Eksterminujemy heretyków - mruknął Cullel.
Czterej mężczyźni oddalili się od siebie i zaczęli krążyć wokół placu.
- Kim, na Otchłań, są ci szaleńcy? - zapytał Kyle.
- To Korelrijczycy. Weterani ze Sztormowego Muru. Udzielono im
specjalnego pozwolenia. Mają mnie załatwić. Zgadza się, Cullel?
- Załatwić cię? - zapytał Kyle.
- Tak - potwierdził Orjin, odwracając się do niego plecami.
- Myślałem, że to Malazańczycy cię ścigają.
- Hmm... oni też.
- Rewelacyjnie.
Czterej napastnicy zajęli pozycje po wszystkich stronach placu i jednocześnie wyciągnęli długą i krótką broń.
- Odrzuć to i wyciągnij swój sławny miecz - rozkazał Orjin Kyle'owi.
- Nie... mam go.
- Nie masz go? - Orjin obejrzał się przez ramię i obrzucił go pełnym
irytacji spojrzeniem - Dlaczego, na Otchłań?
- Panowie - odezwał się cicho Cullel.
- Ukradli mi go z pokoju.
- Ukradli?
- Panowie!
- Przez ciebie mamy kłopoty - poskarżył się Orjin.
- Dziękuję - podjął Cullel. - Szara Grzywo, zanim spełnimy swój
obowiązek, muszę cię poinformować, że Wielka Rada Wybranych, Strażników
Ziem Korelu, Całej Wielkiej Pięści i Dalej Położonych Krain zaocznie
uznała cię za winnego paktowania z nieprzyjacielem. Dobrowolnie i świadomie zawarłeś pakt oraz przymierze z demonicznymi Jeźdźcami.
- Pakt? - wyszeptał do Orjina Kyle.
Jego przyjaciel wzruszył potężnymi ramionami na znak potwierdzenia.
- Rozmawiałem z nimi.
- Z Jeźdźcami? Naprawdę dogadałeś się z Jeźdźcami Sztormu?
- Panowie! Zachowujcie się odpowiednio. Wymierzenie sprawiedliwości to
poważna sprawa.
- Sprawiedliwości? - warknął z oburzeniem Kyle. - Sam się potępiłeś tymi
słowami.
Na wąskiej twarzy Cullela pojawił się niesmak.
- Skoro tak mówisz. Sąd podjął decyzję. Pora wykonać wyrok.
Skinął na swoich towarzyszy.
Cała czwórka ruszyła naprzód, unosząc broń. Ładna mi sprawiedliwość.
Czterech przeciwko dwóm, pomyślał Kyle. Gdy Korelrijczycy weszli w światło księżyca, ich zbroje, okucia i pochwy zalśniły. Wszystkie były
wysadzane klejnotami i ozdobione filigranowymi, krętymi wzorami z najczystszego srebra.
Tak się złożyło, że Kyle miał przed sobą Cullela. Zaszurał obutą w sandał nogą, wzbijając kłęby piasku, i sparował atak drugiego
Korelrijczyka. Natychmiast uświadomił sobie, że ma do czynienia z najlepszymi szermierzami, jakich kiedykolwiek spotkał. Ledwie był w stanie parować ich ataki. Na jego przedramionach pojawiły się płytkie,
krwawiące rany. Nagłe pchnięcie trafiło go w udo i omal się nie
przewrócił. Współpracowali ze sobą. Mógł jedynie przyglądać się, jak
koordynują ataki, by zmusić go do odsłonięcia jednej ze stron.
Niech to Wiatr! Nic na to nie poradzę!
Wyczuł, że za jego plecami Orjin opadł na jedno kolano. Czyżby już
oberwał?
Szara Grzywa wstał nagle i dwaj napastnicy walczący z Kyle'em wzdrygnęli
się, dostrzegając coś za jego plecami.
Jeden z Korelrijczyków walczących za plecami Kyle'a warknął z bólu, a drugi przeleciał nagle nad jego głową, jakby otrzymał potężny cios, i runął na piasek. Orjin wysunął się przed przyjaciela, wymachując
dwuręcznym mieczem o szarej matowej barwie. Były najemnik nigdy dotąd
nie widział tej broni. Cullel sparował atak, ale klinga jego miecza
roztrzaskała się niczym kruchy brąz. Oręż Orjina uderzył go w bok i Strażnik zwalił się na piasek. Ostatni z napastników wrzasnął
przeraźliwie i rzucił się do ataku, ale nadział się na grubą klingę.
Orjin skopał jego ciało z szarej, wyglądającej na szorstką broni i strząsnął z niej kropelki krwi.
Kyle spojrzał na czterech zabitych mężczyzn, a następnie na szary
dwuręczny miecz.
- Gdzie znalazłeś coś takiego, na wszystkie Tajemnice Królowej?
Leżący na piasku Cullel wybuchnął wilgotnym śmiechem. Ten dźwięk zmroził
krew w żyłach Kyle'a. Zacisnął dłoń na krwawiącej dziurze w skórzanych
spodniach i pokuśtykał w stronę ciężko rannego przeciwnika.
- O co chodzi? Masz coś jeszcze do powiedzenia?
- A więc to prawda... - wydyszał mężczyzna. Wraz ze słowami z jego ust
popłynęła krew. - Opowieści mówił prawdę. Kamienny Wojownik.... zdradził
ludzkość w zamian za ten artefakt.
- Nie pierdol!
Oczy Cullela otworzyły się szerzej. Zapłonął w nich gorączkowy płomień.
- Tak. To jego nagroda. Zapytaj go, choć z pewnością cię okłamie.
Jego ciało zrobiło się sztywne, a po krótkiej chwili całkowicie
bezwładne.
Kyle spojrzał na Orjina.
- I co ty na to?
Jego przyjaciel po prostu się oddalił i uklęknął, by podnieść z piasku
tykwę wina. Kiedy się wyprostował, miecza już nie było.
- Gdzie on się podział? - zapytał Kyle, podchodząc do niego.
- O co pytasz?
- O miecz. - Rozejrzał się, ale nigdzie go nie zauważył. - Gdzie się
podział?
- Nieważne, Kyle. Zapomnij o tym.
Orjin pociągnął długi łyk.
- Ale... co to jest?
Potężnie zbudowany mężczyzna otarł usta rękawem i westchnął.
- Coś kurewsko bezużytecznego.
- Bezużytecznego?
Orjin machnął ręką, przerywając dyskusję, podszedł do ławy i usiadł na
niej ciężko. Kyle postanowił do niego dołączyć. Noga drętwiała mu coraz
bardziej. Wziął w rękę tykwę i pociągnął łyk, by zwilżyć wyschnięte
usta, a potem splunął.
- Jeźdźcy ci go dali?
Orjin skinął nieśpiesznie głową.
- Tak. Po prostu mi go dali. Nie było żadnego paktu ani niczego w tym
rodzaju. Po prostu rozmawialiśmy, a następnie dali mi miecz.
- I to wszystko?
Potężnie zbudowany mężczyzna odwrócił głowę i łypnął na Kyle'a jednym
okiem.
- Nie gadaj głupot. Pewnej nocy wdrapałem się na klify przy brzegu
Oceanu Sztormów i czekałem. Też mógłbyś kiedyś tego spróbować. Po jakimś
czasie pojawiło się kilku. Mówią po korelrijsku... Czyż nie ma w tym
ironii? Tak czy inaczej, rozmawialiśmy. Zapewnili, że nie są naszymi
wrogami. Zauważyłem, że fakt, iż od pokoleń atakują Sztormowy Mur,
sugeruje coś innego. Odpowiedzieli, że Korelrijczycy blokują im dostęp
do ich terytorium i uniemożliwiają spełnienie starożytnego obowiązku czy
może świętej pielgrzymki... albo coś w tym rodzaju. - Odkaszlnął i machnął
ręką. - W końcu nie zrozumiałem z tego zbyt wiele.
Kyle odnosił wrażenie, że kryje się w tym coś więcej, ale najwyraźniej
to było wszystko, co był gotowy mu powiedzieć Orjin, Przynajmniej na
razie. Pociągnął kolejny łyk i skierował spojrzenie na cztery nieruchome
ciała leżące w blasku księżyca.
- Jak to możliwe, że mówią po korelrijsku, jeśli oni i Korelrijczycy są
zaprzysiężonymi wrogami? Czy nie biorą jeńców na murze i nie torturują
ich w swoich podmorskich legowiskach albo coś w tym rodzaju?
Orjin pochylił się i przeszył go srogim spojrzeniem.
- Co takiego? - Znowu złapał za tykwę. - Nasłuchałeś się zbyt wielu
romantycznych opowieści i mózg ci od tego zgnił. Mnie też nasunęła się
ta myśl, więc ich zapytałem. Odpowiedzieli, że zawsze słuchają ludzi
rozmawiających na murze i marynarzy na statkach.
- W takim razie dlaczego nie zawołają do nich z wody? Nie spróbują z nimi porozmawiać?
- Mówili, że próbowali, ale ludzie zawsze ich ignorują. Nazywają ich
kłamcami, syrenami i tak dalej. Dlatego dali sobie z tym spokój.
- A miecz?
Orjin znowu wzruszył potężnymi ramionami.
- Byli wdzięczni, że chciałem z nimi pogadać, i zapytali, czy mogą mi
coś podarować. Odpowiedziałem, że jasne.
- Co to za broń? Skąd się wzięła?
Orjin opróżnił tykwę i odrzucił ją na bok.
- Nie wiedzieli tego. Powiedzieli, że znaleźli ją głęboko na dnie
Przesmyku. Twierdzili, że jest bardzo stara, i zgadzam się z nimi.
- Nigdy jej nie używasz.
Pokręcił głową.
- To prawda. Jest zbyt potężna. Za bardzo niebezpieczna.
- Ale pamiętam, że użyłeś jej przeciwko temu czarownikowi. - Skinął z namysłem głową, wpatrując się przed siebie. Być może on również
kontemplował znaczenie czterech milczących, martwych Strażników Wiary. -
To właśnie z jej powodu niektórzy nazywają cię Kamiennym Wojownikiem?
- Tak. Niektórzy mówili tak na mnie, nim jeszcze aresztowało mnie
Imperialne Dowództwo Naczelne.
- Ale... myślałem, że to ty dowodziłeś malazańskimi siłami w Korelu.
- Wojskowymi siłami. Piechotą morską i regularną. Ale istniały też
cywilne władze, Gubernator Hemel. Hemel 'Et Kelal. Bloorski szlachcic.
Nie mam pojęcia, co się z nim stało. Tak czy inaczej, on i grupa
młodszych rangą oficerów oskarżyli mnie o paktowanie z Jeźdźcami... i to
był koniec.
- Co stało się potem? - zapytał zafascynowany Kyle, niemal zapominając o bólu w nodze.
Orjin zbył jego słowa machnięciem ręki.
- Nieważne. To dawne dzieje. - Wstał, jęcząc i krzywiąc się z bólu. -
Zabrakło mi wina, a tobie trzeba opatrzyć nogę. - Wyciągnął rękę. -
Chodźmy.
Kyle wyprostował się, uczepił ramienia przyjaciela i pokuśtykał razem z nim.
- Zaciągniemy się na statek?
- Nie, na Trake'a! Odzyskamy twój miecz.
- Już ci mówiłem, że ktoś go ukradł z mojego pokoju.
Orjin pokręcił głową.
- Kyle... jesteś zbyt ufny.
- Nie rozumiem.
- Best jest jedną z największych szych czarnego rynku w Delanss. To
złodziej. On ci go ukradł.
- Powiedział, że odzyska go dla mnie!
Orjin zatrzymał się i przez dłuższą chwilę przypatrywał się Kyle'owi.
- A potem zasugerował, że mógłbyś popracować dla niego przez pewien
czas...
Były najemnik wzruszył ramionami z zawstydzoną miną.
- Coś w tym rodzaju.
- To rozstrzyga sprawę. Możesz chodzić?
- Mogę. Choć z trudem.
- Ruszajmy do portu. Zaczekasz tam na mnie. Wrócę z twoim mieczem, a potem będziemy musieli szybko zwiewać.
- Szara... Orjin, nie mogę ci na to pozwolić.
- Równie dobrze możesz mnie nazywać Szarą Grzywą, Kyle. Próbowałem znowu
się stać zwykłym, starym Orjinem Samarrem, ale nic z tego nie wyszło.
Dlatego wracam do Szarej Grzywy. A Szara Grzywa odwiedzi dziś wieczorem
Besta.
Kyle spojrzał na cichą, mokrą od deszczu ulicę i skąpane w blasku
księżyca witryny sklepów.
- Szara, nie ma sensu się trudzić. Znikajmy stąd, dopóki możemy.
- Nie ma sensu? Wiesz, że to kłamstwo. Twoi koledzy z Gwardii, Skradacz
i jego kuzyni, powiedzieli mi, kto dał ci broń. Obaj wiemy, ile jest
warta. - W jego głęboko osadzonych jasnoniebieskich oczach rozbłysło
coś, co mogło być wesołością. - Obaj dźwigamy brzemię mieczy, które są
czymś więcej, niżbyśmy chcieli. - Skinął na Kyle'a, każąc mu ruszać w drogę. - Znajdź nam miejsce na jakimś statku odpływającym o świcie!
Kyle odprowadził go wzrokiem, a potem pokuśtykał do portu. Skradacz mu
powiedział. Albo Szara Grzywa go zapytał. Tak czy inaczej, to była
prawda. Miecz dał mu Osserc, istota czczona przez pobratymców Kyle'a jako boski patron Wiatru, Nieba i Światła. Potem Kyle dowiedział się, że
Osserc jest jedynie - jedynie! - potężnym jestestwem, Ascendentem,
podobnie jak wódz Tiste Andii Anomander, Syn Ciemności, albo Królowa
Snów, jak niektórzy nazywali Czarodziejkę.
Kyle był jednak obecnie przekonany, że cała ta moc sprawia więcej
kłopotu niż to warte. Nie mógł nawet wyciągnąć tego cholerstwa bez
przyciągania do siebie nadmiernej uwagi, podobnie jak Szara Grzywa. A teraz ten cholerny dureń da się zabić... I w imię czego? Kuśtykającemu
Kyle'owi przyszło na myśl, że być może jego przyjaciel pragnie udowodnić
samemu sobie, że nadal potrafi robić takie rzeczy.
***
Zbliżał się już świt. Kyle siedział wysoko na pokładzie rufowym galery z Curaki, gdy zauważył renegata. Opatrujący mu nogę pokładowy cyrulik
wyprostował się nagle.
- To on! - zawołał były najemnik. - Odpływamy!
- Aiya! - krzyknęła stara kobieta i mocno uścisnęła jego zranioną
kończynę. - Siedź spokojnie!
- Lepiej, żeby ten twój człowiek był tego wart! - ostrzegł go stojący
przy relingu mat. - Zwijać cumy!
Potężnie zbudowany mężczyzna biegł nabrzeżem, trzymając w jednej ręce
długi przedmiot. Spomiędzy budynków za jego plecami wyłonił się tłum
uzbrojonych mężczyzn i kobiet, cywili oraz strażników miejskich. Na ten
widok cyrulik zachichotał jak szalony.
- Szeroki Oceanie na dole! - zaklął mat. - Twój koleżka podrażnił
gniazdo szerszeni!
Co takiego zrobił?
- Znasz Besta, handlarza czarnorynkowego?
- Tego karalucha? Znam?
- Myślę, że mój przyjaciel właśnie skopał go po jajach.
Mat uśmiechnął się szeroko.
- Wyglądajcie groźnie i łapcie za piki! - zawołał do załogi. -
Przygotujcie się do odparcia abordażu.
Staruszka znowu zachichotała. Ten radosny odgłos irytował Kyle'a bardziej, niż się tego spodziewał.
***
Delansyjski szlachcic wszedł do opustoszałej, splądrowanej Szkoły
Szermierki Orjina i skrył dłonie w grubych szatach pod masywnym srebrnym
łańcuchem będącym symbolem jego rangi. Zauważył, że w ciągu nocy
wyniesiono stąd wszystko.
- Hej! - zawołał. Piasek splamiła krew, ale nie zauważył żadnych ciał. -
Jest tu kto?
- Tak.
Poderwał się i obejrzał. Z cieni wyłoniła się kobieta. Wdziała proste,
ciemne szaty, a na nogach miała miękkie, skórzane buty. Jej kędzierzawe
włosy były krótko ostrzyżone. Coś w niej przypominało szlachcicowi
Korelrijczyków, z którymi niedawno miał do czynienia, choć wiedział, że
kobieta nie pochodzi z Pięści. Być może łączył ją z nimi odór fanatyzmu.
- Przepraszam za tego Orjina. Nie miałem pojęcia, że jest taki
niestabilny. Słyszałem, że przedarł się przez wszystkich strażników
Besta i wsadził mu głowę do dziury wychodka, żądając, by oddał mu pewien
przedmiot. To nie moja wina, że wpadł w szał.
Kobieta zbyła jego niepokój leniwym gestem długopalcej dłoni.
- Nie przejmuj się. Zapłacilibyśmy ci pewną sumę, nawet gdyby
Korelrijczykom udało się go zabić.
- Nawet wtedy?
- Tak. Wtedy dowiedzielibyśmy się, że nie był już człowiekiem, jakiego
potrzebujemy.
Szlachcic uniósł brwi.
- Naprawdę? A czego dowiedzieliście się teraz, gdy zranił ponad
dwudziestu ludzi, pokonał patrol straży miejskiej i zagrał na nosie
wszystkim cywilnym władzom?
Ciemnobrązowe oczy kobiety zaśmiały się do niego. Co więcej, wzbudziły w nim coś, co tylko najnowsza z jego kochanek potrafiła przywołać jednym
spojrzeniem.
- Że jest dokładnie takim człowiekiem - odpowiedziała z uśmiechem.
***
Drzwi celi Corla otworzyły się z grzechotem zamka. Korelrijski oficer w granatowej zbroi inkrustowanej srebrem skinął na niego, nakazując mu
wyjść. Nie był jednym ze strażników, których już poznał. Nasunęła mu się
myśl, że dotąd nie widział wśród korelrijskich Wybranych ani jednej
kobiety. Najwyraźniej zakon z jakiegoś powodu ich nie chciał albo
utrudniał im awans. Postawił nogi na podłodze.
- Co jest?
- Chodź z nami.
- Najpierw zdejmij to - zażądał, wskazując na metalową obręcz na szyi
oficera.
Mężczyzna prychnął pogardliwie.
- Masz nas za głupców, czarowniku?
Nie za głupców. Po prostu za niedoświadczonych, pomyślał Corlo i wyszedł
za nim na korytarz. Korelrijczycy wiedzieli bardzo mało o magach i byli
gotowi utopić fortunę w obręczach z niewielką domieszką blokującego
magię otataralu, gdy tylko mieli się spotkać z jednym z nich. W fakcie,
że ta substancja pochodziła od malazańskich najeźdźców, zapewne kryło
się sporo ironii. W korytarzu czekała drużyna korelrijskich kuszników.
Wszyscy wycelowali w niego broń.
Brak im doświadczenia i wypełnia ich strach. Naprawdę myślą, że magiczne
talenty mają coś wspólnego z ich wrogami, morskimi demonami. Pogrążeni w ignorancji kryją się za swoim murem. Zawsze tak się dzieje, kiedy ktoś
wznosi mury. Za ich przesądami z pewnością kryje się Pani.
- Dokąd idziemy?
- Cisza, Malazańczyku. Ruszaj się.
Corlo dał już sobie spokój z próbami wyjaśnienia strażnikom subtelności
polityki poza ich izolowanymi wyspami. Nie byli w stanie jej pojąć albo
po prostu w ogóle ich to nie obchodziło. Rzeczywiście przyszedł na świat
w Imperium Malazańskim. Urodził się w Avore, zanim stary cesarz wytarł
je z mapy.
Większe znaczenie miał jednak fakt, że był członkiem Karmazynowej
Gwardii, kompanii najemników, której celem było zniszczenie Imperium. A przynajmniej kiedyś był jej członkiem i taki cel przyświecał kompanii w owym czasie. Teraz nie był już tego pewien. Ani on, ani żaden z jego
ocalałych towarzyszy.
***
Oficer i jego eskorta wyprowadzili go z labiryntu cel i jaskiń
wypełniającego Sztormowy Mur na północ od Fortecy Kor i ruszyli
szerokimi, krętymi schodami ku koszarom znajdującym się za skalnym
rumowiskiem u podstawy muru. Świeciło słońce, ale w zacienionych
miejscach było zimno. Corlo przypomniał sobie, że nadchodzi zima, a wraz
z nią kolejny sezon stania na murze. Po kilku zakrętach zorientował się,
dokąd go prowadzą, i poczuł ucisk w klatce piersiowej.
Och, błagam cię, Pożogo. Chyba nie spróbował znowu?
Po chwili rzeczywiście dotarli do otoczonych murami kwater
najważniejszych spośród więźniów, którzy stali na murze. Jeńcy z całego
świata, mężczyźni i kobiety, którzy dowiedli swej wartości w walce i zdolności współdziałania, żyli we względnym luksusie i spokoju. Jego
przełożony z Karmazynowej Gwardii, Żelazna Krata, miał tu dla siebie
cały apartament.
Ale on nie jest zbyt skłonny do współpracy.
Pod drzwiami pokojów Kraty odprowadzający Corla oficer wyciągnął rękę,
zatrzymując go.
- Jeśli cenisz życie przyjaciela, przypomnij mu, co leży w jego
interesie - ostrzegł go.
Corlo odsunął jego rękę.
- To mój przyjaciel - odparł.
W ciemnobrązowych oczach mężczyzny widocznych w wąskiej wizurze hełmu z poczernianego żelaza nie było widać przekonania. Możemy sobie poradzić
bez was - wyczytał Corlo w ich twardym, niewzruszonym spojrzeniu.
Mężczyzna wskazał głową na strażników i jeden z nich odsunął zasuwę.
Corlo popchnął ciężką żelazną barierę. W środku panował chaos. Na
gładkiej posadzce walały się kawałki glinianych garnków oraz fragmenty
rozbitych stołów i krzeseł. Między szczątkami widniały kałuże wina oraz
zrzucone na podłogę tace z owocami i chlebem. Jęki przyciągnęły jego
uwagę do dziewczyny, która siedziała przy drzwiach, oplatając kolana
ramionami.
Podniósł ją na nogi. Drżała, nadal oplatając się ramionami.
Nie, nie zrobiłby tego...
Uniósł podbródek dziewczyny. Kohl spływał z jej oczu, brudząc całą
twarz. Nie chciała odwzajemnić spojrzenia, ale dostrzegał w jej
zachowaniu strach i zmieszanie.
Pewnie nigdy nie spotkałaś się z czymś podobnym, dziecko. On już taki
jest.
Delikatnie przekazał ją strażnikom, po czym ruszył do wnętrza
apartamentu, stąpając po walających się na posadzce szczątkach. Okruchy
potłuczonych szklanych karafek i glinianych dzbanów chrzęściły pod jego
stopami. Usłyszał za plecami dźwięk zamykanych drzwi i zasuwanego rygla.
Przeszukał główny pokój i wreszcie znalazł swego dowódcę. Leżał pod
zakratowanym oknem. Był nieogolony, włosy lepiły się mu od potu, a do
szyi przystawiał sobie nóż o szerokim ostrzu. Na jego widok wyszczerzył
zęby niczym dzikie zwierzę.
- To nic nie da - stwierdził Corlo, wskazując na ostrze.
Nieruchomy uśmiech wyglądał upiornie. Krata wypuścił nóż, który spadł z brzękiem na posadzkę.
- Ale oni o tym nie wiedzą - wychrypiał.
Corlo nie zawracał sobie głowy pytaniem, co się stało. Po prostu oparł
się o ścianę, skrzyżował ramiona na piersi i wlepił spojrzenie w Kratę,
licząc na to, że wywoła to jakąś reakcję.
Błagam, niech się okaże, że nadal jest zdolny coś czuć.
Krata nie chciał na niego patrzeć. Jego spojrzenie wędrowało po leżących
na podłodze szczątkach, jakby się zastanawiał, ile to wszystko będzie
kosztowało.
- Nie mogę dłużej tego ciągnąć - odezwał się wreszcie po długim
milczeniu. - Umieram. - Corlo skrzywił się boleśnie, słysząc brzmienie
jego śmiechu. - Umieram, ale nie mogę umrzeć. - Zerknął na maga spod
pozlepianych od potu włosów. - Jest w tym pewna ironia.
- Możesz stąd odejść.
Krata wzruszył niecierpliwie ramionami i znowu ucichł na dłuższą chwilę.
Sięgnął po dzban i wypił kolejny łyk.
- Nie zostawię tu żadnego z was.
- Wiedzą o tym.
- Cóż więc mam zrobić?
Położył sobie dzban na kolanach.
Corlo zerknął na własne dłonie, które zaciskał na szarfie, i ponownie
uniósł wzrok.
- Nie zabiją nas. Mówią, że to zrobią, ale to nieprawda. Słuchałem ich
rozmów. Potrzebują wszystkich ludzi, jakich mogą dostać.
Krata przymrużył powieki, wpatrując się w przeszłość.
- Dokąd miałbym się udać...
- Do Stratemu.
Corlo uchylił się szybko. Dzban rozbił się nad jego głową.
- Jebać Stratem!
Mag wyprostował się i poruszył szyją, by złagodzić nerwowe napięcie
mięśni. Krata oklapł i przymrużył powieki, zatapiając się na moment w myślach.
- Byliśmy bardzo blisko. Wyczuwałem obecność Braciszków. Poczułem, że
odwrócili się od misji dla tego skurwysyna Oprawcy. A on zadrwił ze
mnie. Zadrwił! - Zacisnął dłonie na opadającej głowie. - Karmazynowa
Gwardia złamała śluby i porzuciła nas, żebyśmy tu zgnili. A... ja... nadal...
nie... mogę... umrzeć!
Corlo mógł jedynie milczeć.
Wreszcie dotarliśmy do sedna. Zdrada. Poczucie klęski. Bezradność i daremność. Co mógłbym powiedzieć?
Czując do siebie wstręt, sięgnął po ostatnie narzędzie, jakie mu
pozostało. To samo, którym posługiwali się jego strażnicy. Odsunął się
od ściany i wsparł spocone dłonie na bokach.
- Trzymaj się, Krata. Dla naszych.
Jego dowódca stłumił konwulsyjny śmiech i potarł włosy tak gwałtownie,
że mag pomyślał, iż ma ochotę je wyrwać.
- Tak jest. Wracamy do punktu wyjścia.
- Nie ma wyboru.
- Nawet najmniejszego.
Corlo skinął lekko głową.
- Powiem im, żeby tu posprzątali.
Krata nie odpowiedział. Jego oczy utraciły wszelki wyraz, jakby wycofał
się w jakieś odległe miejsce. Mag podszedł ostrożnie do drzwi i zapukał
w nie.
Otworzyły się.
- Możecie tam posprzątać, ale zostawcie go w spokoju.
Korelrijski Wybrany skinął tylko na niego, rozkazując mu podążyć za
sobą. Ta niewdzięczność nie rozgniewała Corla. Gdy szedł w dół po
schodach, w jego klatce piersiowej płonął wstyd.
Jestem taki sam jak ty, myślał, wpatrując się w plecy swego zakutego w zbroję przewodnika. A nawet gorszy. Jestem kolaborantem. Zdrajcą, który
pomaga wrogom obrócić przyjaciela w niewolnika.
Przed stu laty założyciele Karmazynowej Gwardii złożyli straszliwe śluby
wiecznej wojny z Imperium Malazańskim. W owej chwili przyznano im coś w rodzaju nieśmiertelności, mającej trwać, dopóki Imperium będzie
istniało. Corlo wiedział jednak, że mogą umrzeć. Gdyby Krata naprawdę
chciał ze sobą skończyć, byłby w stanie to zrobić. Mur był wysoki, a wody zimne. Pętle dusiły. Długie cienkie ostrze mogło przebić gałkę
oczną i znajdujący się za nią mózg.
Najbardziej bał się właśnie tego, że jego dowódca da za wygraną.
Większość ludzi zapewne już by tak zrobiła. Ale Krata nigdy dotąd się
nie poddawał. To właśnie było jego siłą jako Zaprzysiężonego Gwardzisty.
Na to liczył Corlo.
Jego dowódcy po prostu trzeba było od czasu do czasu o tym przypomnieć.
***
Mieszkaniec Malazu - miasta położonego na wyspie o tej samej nazwie -
chodzący nocą po ulicach pomimo lodowatego jesiennego deszczu - pijak,
piekarz czy może członek nocnej straży, gdyby w Malazie kiedykolwiek
istniała taka instytucja - mógłby zauważyć szczupłą, spowitą w płaszcz
postać kręcącą się pod bramą domu o wyjątkowo złej reputacji. Miejscowi
zwali go Domem Umarłych, gdy coś zmusiło ich do przyznania, że w ogóle
istnieje. Nikt tam nie mieszkał, na podwórku pełno było wzgórków -
śladów po niezliczonych pogrzebach - a ci, którzy weszli do środka,
nigdy nie wracali.
Taki przemoczony, zmarznięty świadek mógłby zauważyć, że tajemnicza
postać dotknęła bramy, najwyraźniej zamierzając wejść do środka, na co
nie odważyłby się żaden z mieszkańców miasta. Potem usłyszałby kobiecy
głos krzyczący rozkazującym tonem:
- Stój!
W tej chwili każdy mieszkaniec Malazu - który w ogóle nie powinien łazić
po ulicach o takiej porze i przy takiej pogodzie - z pewnością oddaliłby
się rozsądnie, pozwalając nocnym wędrowcom zająć się ich podejrzanymi
sprawami, i nie wspomniałby nikomu o tym incydencie. Dlatego nie
zobaczyłby, że wyższa z postaci - która okazała się młodą kobietą -
ujęła dłoń starszej, noszącej szal kobiety, która powstrzymała ją
krzykiem, i ją pocałowała.
***
Kiska rozprostowała nogi i rozejrzała się po ciasnym, pełnym półek,
skrzynek i rzuconych na stertę worków wnętrzu sklepu z ziołami
należącego do Agayli. Pomyśleć tylko, że w latach dzieciństwa wydawał
się jej duży. Wytarła ręcznikiem krótkie mokre włosy i prychnęła
lekceważąco. To było dawno. Niemniej przy każdym oddechu czuła silne,
uderzające do głowy wonie niezliczonych przypraw, przypominające jej
tamte czasy.
Ciotka Agayla wróciła, niosąc zupę na tacy. Właściwie nie były
spokrewnione, ale pozostawały ze sobą wystarczająco blisko jak na tamte
mniej biurokratyczne czasy, w których każdy mógł przyjąć pod swój dach
dowolną osobę, a miejscowe władze mogły się pójść utopić w zatoce. W jej
długich włosach było więcej siwizny niż za dawnych czasów, a ramiona
stały się jeszcze chudsze i bardziej żylaste, ale ogólnie trzymała się
nieźle.
Agayla popatrzyła na nią nad dymiącymi miskami. Na jej szczupłej,
poważnej twarzy pojawił się wyraz srogiej dezaprobaty.
- Nie chciałam ze sobą skończyć - zapewniła Kiska.
Starsza kobieta uniosła ciemną brew.
- Tak? W takim razie co zamierzałaś zrobić?
- To... skomplikowane, ciociu.
Druga brew uniosła się w ślad za pierwszą.
- Aha. Skomplikowane, tak?
- Ciociu! To... - Szukała słów, które pozwoliłyby jej odeprzeć zarzuty
Agayli, ale żadnych nie znalazła. Po chwili machnęła ręką. - Nieważne.
- Wypij zupę.
Czując się jak naburmuszone, pełne pretensji dziecko, jakim z pewnością
była przed z górą dziesięcioleciem, Kiska wzięła w ręce miskę z zupą.
Była pyszna, rzecz jasna. Najlepszy posiłek, jaki jadła od lat. Na
powierzchni zupy pływał kłębek jakichś roślinnych fragmentów. Odsunęła
go na bok, by popijać płyn.
Szałwia? - zadała sobie pytanie, czując ostrą woń.
- Oczywiście o wszystkim słyszałam - zaczęła Agayla, odstawiając swoją
miskę. - I bardzo mi przykro.
Słyszała o wszystkim? Pewnie tak. Kto o tym nie słyszał. Wielkiego maga
Tayschrenna, być może najwybitniejszego z użytkowników magii tej epoki,
wessała pustka. Nawet bogowie nie wiedzieli, dokąd mogła go cisnąć. A ona, jego strażniczka osobista, przeżyła i musiała stawić czoło swej
całkowitej, upokarzającej porażce. Nikt nie poniósł tak spektakularnej
klęski od czasów Szarej Grzywy. Tak jest, Agayla musiała o tym słyszeć.
Kiskę każdego ranka budziło wspomnienie tej chwili.
- To byli Zaprzysiężeni, dziewczyno. Już to, że stawiłaś im opór,
zasługuje na uznanie.
- Ale okazałam się za słaba.
- Pociesz się myślą, że takich, którzy by sobie z nimi poradzili, jest
bardzo niewielu. - Starsza kobieta przerzuciła długie włosy na jedno
ramię i zaczęła je czesać grzebieniem z muszli. Kiska przyglądała się
temu. Mimo swych żalów poczuła, że magia znanego rytuału na nią działa.
Jej kończyny rozluźniły się, a bolesne skurcze w barkach ustąpiły.
Pamiętała, jak często stawała za nią wieczorami i czesała jej włosy,
licząc każdy ruch.
- A co zamierzałaś zrobić? - zapytała po pewnym czasie Agayla.
- Złożyć propozycję temu, kto otworzy mi drzwi.
Agayla przestała się czesać i spojrzała na nią z błyskiem w ciemnych
oczach.
- Jaką propozycję?
- Służba w zamian za pomoc. Oni pomogą mi go znaleźć, a ja zgodzę się im
służyć.
Starsza kobieta odłożyła grzebień.
- To bardzo ryzykowny plan.
- Co jest takie ryzykowne? Wejście na teren?
- Nie. To, że mogliby, czy mogłoby, przyjąć tę propozycję.
Kiska odwróciła wzrok, próbując ukryć irytację znajomą arogancją ciotki,
i skierowała go na wytarte worki, wypełnione zeschłymi liśćmi.
- Nie masz już w tej sprawie głosu, Agayla. Przez dziesięć lat byłam
strażniczką Tayschrenna. Towarzyszyłam mu przy negocjowaniu traktatów.
Spotkałam się z ambasadorem przysłanym przez samego Anomandera Rake'a.
Odwiedziłam Darudżystan, gdzie rozmawialiśmy z delegacją magów z byłych
Wolnych Miast. Wiem, że na swój sposób jesteś utalentowaną użytkowniczką
magii, Agayla. Przynajmniej jeśli brać pod uwagę tę wyspę. Ale to jest
mała wyspa, a tu chodzi o większe sprawy.
Kiska nigdy dotąd nie widziała, by gęste, ciemne brwi jej ciotki uniosły
się tak wysoko.
- Oho! Widzę, jak upadły płytki! Mogę sobie najwyżej poradzić z leczeniem wstydliwych chorób albo z pomaganiem dziewczynom, które wpadły
w kłopoty, tak?
- Bez obrazy, ciociu, ale czy kiedykolwiek opuściłaś tę wyspę?
Agayla splotła włosy w długi warkocz.
- Opłotkowa czarownica z tej wyspy nie może w niczym pomóc komuś takiemu
jak ty, kto obracał się wśród wysoko postawionych osób, tak?
- Agayla...
- Mogę tylko przywoływać wiatr i robić świece, zgadza się?
Kiska zwiesiła głowę i czekała, aż burza minie.
- Nie to miałam na myśli - odezwała się po pewnym czasie, wpatrując się
w swe złożone na kolanach dłonie.
- Jesteś jeszcze młoda, dziecko - odpowiedziała Agayla łagodniejszym
tonem. - Przewróciło ci się w głowie. Widziałaś świat i jesteś pewna, że
wiesz już wszystko. Ale w rzeczywistości twoja edukacja ledwie się
zaczęła.
Kiska uniosła nagle głowę.
- Nie traktuj mnie jak dziecko. Być może w twoich wspomnieniach nadal
nim jestem, ale upłynęło już wiele czasu. Stałam się dorosłą kobietą i sama będę o sobie decydować.
Przygotowała się na odparcie kolejnych argumentów, ale żaden nie padł.
Ciotka Agayla pochyliła tylko głowę, uznając prawdziwość jej słów.
- Masz rację. Dla mnie zawsze pozostaniesz dzieckiem, któremu osuszałam
łzy i które prowadziłam za rączkę. Nic nie może tego zmienić. - Związała
warkocz w gruby węzeł. - Starczy już gadania na dziś. Idź spać. Twoje
łóżko nadal jest w tym samym miejscu. Rano wszystko może wyglądać
inaczej.
Kiska oparła się wygodniej na krześle, pozostawiając dłonie leżące
swobodnie na kolanach. Zupa pieściła jej żołądek ciepłem. Skinęła głową,
wstała i ruszyła na zaplecze, gdzie znajdowały się wąskie schody
prowadzące do jej starego pokoju.
- Zaśnij - wyszeptała Agayla, odprowadzając ją spojrzeniem i znowu
mrużąc powieki. - I śnij - dodała jeszcze cichszym szeptem.
***
Kiedy została sama, podeszła do najnowszego gobelinu rozpostartego na
jej krośnie, wsparła stopy na pedałach i puściła czółenko w ruch. Po
chwili zmieniła wzór. Pracowała aż do świtu. Warsztat tkacki drżał, nici
krzyżowały się, a drewniane czółenko przesuwało się bez końca. Myślami
przebywała jednak daleko od pracy. Jej palce poruszały się mechanicznie,
a oczy wpatrywały się w oszałamiający wzorzec ujawniający się w tkaninie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki