Kamienny wojownik. Imperium Malazańskie. Tom 3 - Ian C. Esslemont

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (49,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dramatis personae

Dra­ma­tis per­so­nae

Z mala­zań­skiego kor­pusu eks­pe­dy­cyj­nego

Szara Grzywa/Orjin Samarr: wielka pięść, dowódca kor­pusu eks­pe­dy­cyj­nego

Kyle: przy­boczny wiel­kiej pię­ści

Nok: admi­rał, dowódca sił mor­skich

Zakręt: admi­rał sił Nie­bie­skich Moran­thów

Ril­lish Jal Keth: pięść dywi­zyjna Czwar­tej Armii

Khe­met Shul: pięść dywi­zyjna Ósmej Armii

Deva­leth: mag kadrowy

Sie­dem­na­sta Dru­żyna Czwar­tej Kom­pa­nii Dru­giej Dywi­zji Czwar­tej Armii Impe­rium Mala­zań­skiego

Bet­te­ries: kapi­tan kom­pa­nii

Goss: sier­żant

Pyke: ciężka pie­chota

Yana: ciężka pie­chota

Suth: ciężka pie­chota

Sma­lec: ciężka pie­chota

Gamoń: ciężka pie­chota

Wess: ciężka pie­chota

Len: sabo­ta­ży­sta

Keri: sabo­ta­żystka

Faro: zwia­dowca

Inni

Urfa: porucz­nik z Czwar­tej Kom­pa­nii

Dwie Stopy: sier­żant z Szó­stej Kom­pa­nii

Koral: sier­żant z Dwu­dzie­stej Kom­pa­nii

Tolat: bar­gha­scka zwia­dow­czyni z Czwar­tej Kom­pa­nii

Z mala­zań­skiej Szó­stej Armii

Yeull 'ul Taith: naj­wyż­szy władca

Ussü: wielki mag i doradca

Borun: dowódca Czar­nych Moran­thów

Enesh-jer: emi­sa­riusz naj­wyż­szego władcy

Na Sztor­mo­wym Murze

Hiam: lord pro­tek­tor Sztor­mo­wego Muru, dowódca wszyst­kich Korel­rij­czy­ków

Quint: pierw­szy ofi­cer (mar­sza­łek Sztor­mo­wego Muru)

Shool: adiu­tant Hiama

Toral Sti­mins: naczelny inży­nier

Żela­zna Krata: obrońca Sztor­mo­wego Muru i Zaprzy­się­żony z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Corlo: wię­zień i Kar­ma­zy­nowy Gwar­dzi­sta

Jemain: wię­zień i czło­nek załogi Kraty

Hagen: były obrońca Sztor­mo­wego Muru

Tol­len: mala­zań­ski jeniec

W Kró­le­stwie Rool

Bakune: główny ase­sor w Banith

Karien'el: porucz­nik, potem kapi­tan, Straży Miej­skiej

Hako: straż­nik miej­ski

Cią­gnik: straż­nik miej­ski

Sta­rvann Arl: opat Klasz­toru i Hospi­cjum Naszej Pani Wyba­wi­cielki

Ipshank: były kapłan Fenera

Manask: zło­dziej

Z jouri­lań­skiej Armii Reformy

Beneth: przy­wódca duchowy

Hegil Lesour 'an 'al: dowódca kon­nicy

Mar­tal: dowo­dząca armią, "Czarna Kró­lowa"

Ivanr: były wielki mistrz Jouri­lań­skich Igrzysk Cesar­skich

Carr: porucz­nik w armii

Z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii

Blues

Pal­czak

Lazar

Shell

Synod Styg­gij­ski

Tot­sin Jurth Trzeci

Brat Car­fin

Sio­stra Gosh

Sio­stra Esa

Sio­stra Nebras

Brat Jool

W Kró­le­stwie Cie­nia

Kiska: dawna straż­niczka oso­bi­sta Tay­schrenna, wielki mag Impe­rium

Jhe­val: agent Kró­lo­wej Snów

Mor­scy Ludzie

Orzu: patriar­cha klanu

Ena: młoda matka z klanu

Prolog

Pro­log

Pra­dawna Era Szczy­towy okres Kru­cjat Jacu­ruku Wiele Wysp

Gdy tylko Uli zoba­czył, co się dzieje, uświa­do­mił sobie, że to zły omen. Przy­go­to­wy­wał sieci do przed­świ­to­wego połowu, kiedy nagle ujrzał nie­na­tu­ralną zie­lo­no­nie­bie­ską aurę. Poja­wiła się ona na jaśnie­ją­cym nie­bie na wscho­dzie i z każdą chwilą roz­ra­stała się coraz bar­dziej. Wody były wzbu­rzone, jakby pod­eks­cy­to­wały się tak samo jak on. Miał opory przed zepchnię­ciem swej płyt­kiej łodzi w fale zatoki, ale jego rodzina musiała jeść, a skur­czone żołądki wybe­kują nie­zli­czone skargi.

Z początku, zarzu­ca­jąc sieci, odwra­cał spoj­rze­nie od zja­wi­ska, które wisiało na odbar­wio­nym nie­bie, lśniąc niczym zło­wróżbne oko jakie­goś boga. Dzi­siej­szy połów nie zali­czał się do uda­nych: albo zjawa odwra­cała jego uwagę, albo ryby przed nią ucie­kły. Tak czy ina­czej, w końcu posta­no­wił, że porzuci swe wysiłki jako prze­klęte, cisnął sieć na dno łodzi i powio­sło­wał w stronę brzegu. Nie­bie­sko­zie­lone oko świe­ciło teraz jaśniej od słońca. Osło­nił oczy przed bły­skami obcego świa­tła odbi­ja­ją­cego się w falach i zaczął wio­sło­wać szyb­ciej.

Wtem jego gorącz­ko­wym wysił­kom kres poło­żył dziwny hałas. Potężny ryk, jakby osy­py­wała się zie­mia. Rozej­rzał się, wypa­tru­jąc jego źró­dła. Obce oko wypeł­niało chyba z pół nieba. Wody zadrze­wio­nego brzegu oraz ciem­nych wypu­kło­ści odle­głych wysp nie doty­kał już nawet naj­mniej­szy ślad cie­płego żół­tego bla­sku słońca. Powierzch­nia zatoki wygła­dziła się z nie­na­tu­ralną szyb­ko­ścią, jakby była zastra­szona. Uli wstrzy­mał oddech, prze­chy­la­jąc się z boku na bok w swej maleń­kiej łódce.

Oko zaczęło się roz­pa­dać. Oddzie­lały się od niego odpry­ski, cią­gnące za sobą łuki nie­bie­skich pło­mieni. Huk, jakiego ni­gdy dotąd nie sły­szał, spra­wił, że zatkał uszy dłońmi, krzy­cząc z bólu. Daleko na wscho­dzie na zie­mię runął ogromny, masywny obiekt, przy­po­mi­na­jący węgie­lek z pale­ni­ska jakie­goś boga. Biały gore­jący blask ośle­pił na moment Ulego. Wyglą­dało na to, że coś ude­rzyło w jakąś wielką wyspę.

Gdy zdol­ność widze­nia powró­ciła, gdzieś za ple­cami męż­czy­zny roz­bły­sła kolejna łuna. Na wodach zatoki poja­wił się jego cień, niby czarna wstęga. Uli odwró­cił się i wytrzesz­czył oczy na widok wiel­kiej chmary odpry­sków spa­da­ją­cych na zacho­dzie, pod­czas gdy nad jego głową wciąż poja­wiały się kolejne. Potarł obo­lałe oczy. Czy to mógł być koniec świata? Być może spa­dał kolejny z księ­ży­ców, jak opo­wia­dano w legen­dach. Przy­po­mniał sobie o wio­śle. Helta i dzie­ciaki z pew­no­ścią były prze­ra­żone. Znowu zaczął wio­sło­wać z despe­racką furią, nie­malże łka­jąc ze stra­chu.

Łódeczka z nie­wy­pra­wio­nych skór ugrzę­zła w bło­cie znacz­nie szyb­ciej niż zwy­kle. Zasko­czony Uli posta­wił stopę na zewnątrz. Pły­ci­zny, tam, gdzie przed­tem ich nie było. A brzeg na­dal był dość daleko. Woda jakby zni­kała. Uniósł wzrok i skrzy­wił się: na wscho­dzie pod niebo wzno­siła się potężna, ciemna chmura sza­ro­czar­nej barwy. Już zdą­żyła pochło­nąć słońce. Wokół Ulego leżały nie­zli­czone dobra: sterty pró­bu­ją­cych oddy­chać powie­trzem, mio­ta­ją­cych się w śmier­tel­nych kon­wul­sjach ryb.

Ale nie ma ani jed­nego ptaka. Gdzie się podziały ptaki?

Świa­tło przy­brało nie­sa­mo­wity ciem­no­zie­lon­kawy odcień. Uli obró­cił się powoli, kie­ru­jąc twarz ku morzu, i opu­ściła go wszelka nadzieja. Coś wzno­siło się na wodach: brud­no­zie­lona ściana. Potop, o jakich mówiły dawne opo­wie­ści. Góry wody zale­wa­jące ląd, jak prze­po­wia­dały wszyst­kie z nich. Fala była tak wysoka, że wyglą­dała, jakby wzno­siła się nad jego głową. Jej łuko­watą powierzch­nię pokry­wała piana, szczyt wień­czyła brudna biel. Mógł tylko uno­sić wzrok, gapiąc się na nad­cią­ga­jącą nie­ubła­ga­nie śmierć.

Ucie­kaj­cie, dzieci, ucie­kaj­cie! Woda wraca, by odzy­skać ląd!

Około 400 lat p.e.M. (przed erą Muru) Puste Wyspy

Temal wygra­mo­lił się z zim­nych fal przy­boju i przy­kuc­nął, uno­sząc miecz. Spoj­rzał bez zro­zu­mie­nia na ciem­nie­jącą powierzch­nię wód i otarł z twa­rzy mor­ską pianę.

Gdzie się podziały? W jed­nej chwili wal­czył o życie, a w następ­nej mor­skie demony znik­nęły, tak samo jak poprze­dza­jąca je mgła.

Z boku dobie­gły go odgłosy sła­bego kaszlu. Powlókł się ku mokremu, leżą­cemu pośród kamieni towa­rzy­szowi i pod­niósł go. To był Arel, jego daleki kuzyn. Choć Temal omdle­wał ze zmę­cze­nia, powlókł go w stronę brzegu. Oca­lali wojow­nicy z jego oddziału wbie­gli w przy­bój i pocią­gnęli obu ku wiel­kiemu, przy­wra­ca­ją­cemu życie ogni­sku, w któ­rym pło­nęło wyrzu­cone na brzeg drewno.

- Co się stało? - wyją­kał, dzwo­niąc zębami.

- Wyco­fali się - odpo­wie­dział star­szy mie­czowy brat Temala, Jhen­helf. W jego gło­sie pobrzmie­wały zdu­mie­nie i nie­do­wie­rza­nie. - Ale dla­czego? Mogli nas znisz­czyć.

Temal nie pole­mi­zo­wał z jego opi­nią. Był zbyt zmę­czony. Zresztą wie­dział, że to prawda. Miał w swoim oddziale nie­spełna dwu­dzie­stu zdro­wych męż­czyzn i zbyt wielu z nich było nie­do­świad­czo­nymi mło­dzień­cami.

- Wrócą o świ­cie, żeby nas wykoń­czyć - cią­gnął sie­dzący po dru­giej stro­nie ogni­ska Jhen­helf.

Temal spoj­rzał w oczy sta­rego towa­rzy­sza przez buzu­jące pło­mie­nie, ale na­dal się nie odzy­wał. Leżący u ich stóp Arel kaszl­nął i zwy­mio­to­wał połkniętą wodą mor­ską.

- Co z Red­de­nem? - zapy­tał jeden z nowo zwer­bo­wa­nych. - Mogli­by­śmy wysłać po pomoc.

Twa­rze wokół ogni­ska skie­ro­wały się ku niemu, pobla­dłe z zimna i stra­chu.

- Mógłby być tu o świ­cie...

- Red­den jest w rów­nie trud­nej sytu­acji jak my - prze­rwał im sta­now­czo Temal. - Musi bro­nić wła­snego brzegu. - Spoj­rzał kolejno w oczy wszyst­kim nie­spo­koj­nym wojow­ni­kom. - Nie może poświę­cić ludzi, by nam pomóc.

- W takim razie... - zaczął jeden z mło­dzień­ców.

- W takim razie zacze­kamy i odpocz­niemy! - wark­nął Jhen­helf. - Arel, Will, Otten, stań­cie na straży. Reszta niech się tro­chę prze­śpi.

Wdzięczny sta­remu przy­ja­cie­lowi za wspar­cie Temal usiadł na ziemi i wycią­gnął obute w san­dały nogi w stronę ognia, sta­ra­jąc się igno­ro­wać bole­sne szczy­pa­nie soli w licz­nych ska­le­cze­niach i otar­ciach. Poczuł wypeł­nia­jące go cie­pło i pochy­lił się, wspie­ra­jąc na udach rękę, w któ­rej ści­skał ręko­jeść scho­wa­nego w pochwie mie­cza. Przy­mru­żył powieki, obser­wu­jąc parę uno­szącą się z jego schną­cego skó­rza­nego stroju.

Nie miał poję­cia, dla­czego Jeźdźcy - te prze­klęte mor­skie demony - zaata­ko­wali. Pomimo ich obec­no­ści to były atrak­cyjne tereny. Pół­wy­spy i wyspy były liczne, a zie­mia nada­wała się pod uprawę. Cała oko­lica byłaby gotowa do zasie­dle­nia, gdyby nie garstka ciem­nych, dzi­kich tubyl­ców. Ojciec Temala, a przed nim jego dzia­dek, z tru­dem utrzy­my­wali nie­pewne pano­wa­nie nad nią. Jako przy­wódca wiel­kiego klanu musiał myśleć o przy­szło­ści. Dość już bez­ce­lo­wych wędró­wek! Utrzy­mają te wyspy i wszyst­kie zie­mie leżące za nimi. Ciemna Aval­li­thal ze swymi nawie­dza­nymi lasami nie była dla nich odpo­wied­nia, podob­nie jak dzi­kie wybrzeże Dhal-Horm czy posępne wyspy Malassy. Tutaj zatknęli swój sztan­dar. Tutaj jego przod­ko­wie spa­lili swe łodzie. Nie pozwoli, żeby Jeźdźcy ich prze­gnali. Nie mieli dokąd pójść.

***

Temal ock­nął się nagle, zrzu­ca­jąc z sie­bie rękę budzą­cego go Jhen­helfa. Był już pra­wie świt.

- Atak? - zapy­tał i wstał z wysił­kiem. Nogi miał sztywne i odrę­twiałe.

Twarz jego zastępcy miała nie­znany mu dotąd wyraz.

- Nie - odparł Jhen­helf, wska­zu­jąc pod­bród­kiem ku tyłowi, gdzie wzno­siły się klify o poro­śnię­tych trawą szczy­tach, ku łąkom, lasom i leżą­cym za nimi zie­miom upraw­nym. Wszystko to wkrótce zgi­nie i zwięd­nie, jeśli pozwoli się mor­skim demo­nom bez prze­szkód upra­wiać ich magię.

Temal zauwa­żył, że wszy­scy gapią się w głąb lądu, zamiast wypa­try­wać na morzu pierw­szych per­ło­wych bły­sków zbli­ża­ją­cych się Jeźdź­ców.

- Co się dzieje?

Jhen­helf nie odpo­wia­dał. Tema­lowi przy­szło na myśl, że nie­zwy­kła mina na ogo­rza­łej, nazna­czo­nej przez liczne bitwy twa­rzy przy­ja­ciela może wyra­żać pełen bojaźni zachwyt. Przy­mru­żył powieki i wbił wzrok w szczyt poszar­pa­nego klifu. Stała tam jakaś postać, rysu­jąca się na tle ciem­nych chmur pod­świe­tlo­nych czer­wo­no­zło­tym bla­skiem nad­cho­dzą­cego świtu. Pro­por­cje tego, co widział, wydały się Tema­lowi dziwne: nie­zna­joma osoba musiała mieć olbrzymi wzrost, by z tak daleka wyda­wać się rów­nie wysoka.

- Ja tam pójdę - oznaj­mił, wle­pia­jąc wzrok w syl­wetkę. - Wy stój­cie na straży.

- Weź Willa i Ottena.

- Jeśli muszę.

***

Gdy wdra­pali się na górę, nad­szedł już świt. Will i Otten zamarli, wytrzesz­cza­jąc oczy. Choć dął silny wiatr od morza, noz­drza Temala wypeł­nił odra­ża­jący smród koja­rzący się z gni­ją­cym mię­sem. Męż­czy­zna zaci­snął usta, pró­bu­jąc uod­por­nić żołą­dek na fetor, i ruszył naprzód w poje­dynkę. Postać była ogromna, wykra­czała poza wszel­kie stan­dardy. Dwu­krot­nie prze­ra­stała wzro­stem Jaghu­tów, czy innych pra­daw­nych, o któ­rych sły­szał opo­wie­ści, takich jak Tobla­kai czy Tar­thi­noe. Wyglą­dała raczej na kobietę. Dłu­gie, prze­tłusz­czone włosy opa­dały jej do pasa, miała ster­czące piersi oraz gęstwę ciem­nych wło­sów w kro­czu. Spra­wiała jed­nak odra­ża­jące wra­że­nie: biała, cęt­ko­wana skóra jak u śnię­tej ryby, usiana otwar­tymi, gni­ją­cymi wrzo­dami. Temal omal nie zemdlał od smrodu. U boku istoty leżał wielki blok czar­nego kamie­nia, przy­po­mi­na­jący skrzy­nię albo ołtarz.

Męż­czy­zna zer­k­nął w stronę morza. Czy­sta, nie­ska­lana tafla lśniła w bla­sku poranka. Nie pozo­stał na niej nawet naj­mniej­szy ślad nie­sio­nych przez fale mor­skich demo­nów. Ponow­nie zer­k­nął na postać. Mroczny Zbie­ra­czu! Czy to mogła być ona? Miej­scowa bogini, do któ­rej w pew­nych tubyl­czych osa­dach kie­ro­wano prośby o opiekę? Która według wielu ofe­ro­wała azyl przed Jeźdź­cami?

Sze­ro­kie, bez­kr­wi­ste usta roz­cią­gnęły się w mądrym uśmie­chu, jakby istota czy­tała w jego myślach. Oczy jed­nak na­dal były pozba­wione wszel­kiego wyrazu: mar­twe i matowe niczym mleczne gałki oczne umar­łych. Temal poczuł się prze­obra­żony.

Nade­szła! Ura­to­wała ich od nie­chyb­nej śmierci zada­nej lan­cami mor­skich demo­nów!

Nie wie­dząc, co powie­dzieć, opadł na jedno kolano, skła­da­jąc bez­gło­śny hołd. Will i Otten rów­nież uklę­kli za jego ple­cami.

Postać wessała w płuca wielki haust powie­trza.

- Cudzo­ziem­cze - ode­zwała się - przy­by­li­ście, by osie­dlić się w tej kra­inie. Witam was i obie­cuję swą ochronę. - Bogini wska­zała sękatą, powy­krzy­wianą dło­nią na kamienny blok leżący u jej stóp. - Weź­cie ten nad­zwy­czaj cenny sar­ko­fag. W jego wnę­trzu spo­czywa ciało mego ciała. Ponie­ście go wzdłuż wybrzeża. Wyznacz­cie ścieżkę, a następ­nie zbu­duj­cie wzdłuż niej wielki mur. Barierę. Broń­cie go, a za jego osłoną będzie­cie bez­pieczni przed nad­cho­dzą­cymi z morza wro­gami, któ­rzy pra­gną spu­sto­szyć ląd. Czy przyj­mu­je­cie ten dar prze­zna­czony dla was i całego waszego ludu?

Temal nie­ja­sno czuł spły­wa­jące mu po twa­rzy łzy.

- Przyj­mu­jemy - wydy­szał, led­wie ufa­jąc wła­snemu gło­sowi.

Bogini sze­roko roz­po­starła potężne ramiona.

- Niech więc tak się sta­nie. Doko­nało się. Oto nasze przy­mie­rze. Nie­chaj nikt ni­gdy go nie zła­mie. Zosta­wiam was waszemu wiel­kiemu zada­niu.

Temal raz jesz­cze pochy­lił głowę. Bogini poczła­pała na połu­dnie. Czuł, że zie­mia, na któ­rej klę­czał, trzę­sie się pod jej kro­kami. Po paru chwi­lach znik­nęła. Nie wie­dział, jak długo pozo­sta­wał w takiej pozy­cji, ale w końcu pode­szli do niego Will i Otten. Gorące pro­mie­nie słońca grzały mu plecy. Wypro­sto­wał się drę­czony zawro­tami głowy.

Co uczy­nił? A co mógł uczy­nić? Nie miał wyboru. Prze­gry­wali. Co roku było ich coraz mniej, pod­czas gdy nie­przy­ja­ciel wciąż wyda­wał się rów­nie silny, jeśli nie sil­niej­szy. Wyco­fał się jed­nak na sam jej widok.

Will pierw­szy odzy­skał głos.

- Czy to była Jaghutka? Czy może ona? Bogini?

- To była ona. Zaofe­ro­wała nam ochronę.

- Ale teraz sobie poszła. A oni wrócą - stwier­dził zawsze scep­tyczny Otten.

- Nie. Na­dal tu jest - zaprze­czył Temal, wska­zu­jąc bazal­tową trumnę.

- Co to takiego? - zapy­tał Otten, wycią­ga­jąc rękę ku obiek­towi.

- Nie! - Temal ode­pchnął obu męż­czyzn. - Przy­pro­wadź­cie Jhen­helfa. I Red­dena.

- Powie­dzia­łeś, że mają stać na straży.

- Nie­ważne, co powie­dzia­łem. Wysłu­chaj­cie mnie uważ­nie. Przy­pro­wadź­cie tu ich obu i powiedz­cie, żeby zabrali drewno oraz liny.

- A co z demo­nami?

- Nie wrócą. Przy­naj­mniej nie bli­sko nas.

Wycią­gnął otwartą dłoń ku czar­nemu, lśnią­cemu blo­kowi. Buchał od niego żar, jakby kamień wycią­gnięto z ognia.

Ciało mojego ciała! Dobra bogini! Łaskawa pani! Oby­śmy ni­gdy nie zawie­dli cie­bie ani two­jego zaufa­nia.

Korel­rij­ski rok 4156 e.M. (ery Muru) 11. rok mala­zań­skiej oku­pa­cji Kró­le­stwo Rool Wyspa Pięść

Karien'el, porucz­nik Straży Miej­skiej, zapro­wa­dził Bakune'a, nie­dawno mia­no­wa­nego głów­nym ase­so­rem Banith, pod molo, gdzie leżało ciało mło­dej kobiety, zaplą­tane w wodo­ro­sty u stóp usy­pa­nego z kamieni falo­chronu. Porucz­nik, zawsze zwa­ża­jący na szarżę, wycią­gnął rękę, by pomóc dru­giemu męż­czyź­nie przejść po śli­skich gła­zach, mimo że liczył sobie wię­cej lat niż nowo mia­no­wany ase­sor Banith.

Gdy tylko Bakune poja­wił się na zim­nym, omy­wa­nym potęż­nymi falami brzegu, ludzie ze Straży się wypro­sto­wali. Nie­któ­rzy pośpiesz­nie zacią­gnęli rze­myki heł­mów i popra­wili skó­rzane kami­zelki, a także pałki oraz będące ich dumą - acz­kol­wiek krót­kie - mie­cze. Ze wszyst­kich miesz­kań­ców Pię­ści mala­zań­scy władcy tylko im pozwa­lali na ich nosze­nie. Bakune - na swój spo­sób rów­nież liczący się z szarżą - odpo­wie­dział nie­for­mal­nie na ich saluty, pra­gnąc, by prze­szli do postawy swo­bod­nej. Uwa­żał, że to nie w porządku, by ci ludzie, wśród któ­rych było wielu wete­ra­nów wojen inwa­zyj­nych, mu salu­to­wali. Skrę­po­wany otu­lił się cia­śniej sza­tami dla ochrony przed zim­nem i uniósł brwi, spo­glą­da­jąc na porucz­nika Straży.

- Gdzie ciało?

- Tutaj, ase­so­rze.

Karien'el popro­wa­dził go w dół, na sam brzeg, gdzie leniwe fale plu­skały o poczer­niałe, poro­śnięte wodo­ro­stami głazy, wiel­kie jak kadzie do wina. Cze­kał tam na nich stary męż­czy­zna, ogo­rzały od słońca i wia­tru. Przy­siadł na pię­tach, na brud­nych sto­pach miał zno­szone san­dały, a jego broda była rów­nie wystrzę­piona jak tunika.

- A to kto? - zapy­tał Karien'ela Bakune.

- Zapro­wa­dził nas do ciała.

Sta­ru­szek zamarł w bez­ru­chu, słu­cha­jąc uważ­nie. Jego twarz nic nie wyra­żała. Ciało leżało u jego stóp. Bakune przy­kuc­nął. Morze wyrzu­ciło je nie­dawno. Smród roz­kładu nie prze­bi­jał się jesz­cze przez odór brzegu. Kobieta była naga. Kraby obgry­zły jej dło­nie i stopy, a także znisz­czyły więk­szą część twa­rzy. A może to było celowe oka­le­cze­nie? Bar­dzo młoda i szczu­pła, z pew­no­ścią za życia była atrak­cyjna. Pro­sty­tutka? Dziwne ślady na szyi - udu­sze­nie. Wybla­kłe tatu­aże henną - pospo­lite ozdoby.

- Kim była dla cie­bie? - zapy­tał sta­ruszka Bakune, nie pod­no­sząc głowy.

- Nikim - wychry­piał męż­czy­zna, mówiąc po roolij­sku z sil­nym akcen­tem.

- To czemu wezwa­łeś Straż?

- Czy ano­ni­mowa mar­twa dziew­czyna nie zasłu­guje na waszą uwagę?

Bakune uniósł powoli głowę, spo­glą­da­jąc na męż­czy­znę: ciemna twarz, kędzie­rzawe, siwie­jące włosy. Ciemne oczy tam­tego patrzyły nań z nie­skry­waną uwagą, którą nie­któ­rzy mogliby uznać za imper­ty­nencką. Ase­sor pochy­lił głowę, wziął patyk i prze­su­nął rękę zabi­tej.

- Pocho­dzisz z ple­mion - stwier­dził. - Jesteś Dren­nem?

- Widzę, że znasz się na ple­mio­nach. To rzadko się zda­rza wśród najeźdź­ców.

Bakune ponow­nie uniósł wzrok, mru­żąc powieki.

- Najeźdź­ców? To Mala­zań­czycy są najeźdź­cami.

W kąci­kach ust sta­ruszka poja­wił się cień pozba­wio­nego wszel­kiej weso­ło­ści uśmieszku.

- Są najeźdźcy i najeźdźcy.

Bakune wypro­sto­wał się, upu­ścił patyk i spoj­rzał na tam­tego. Jako wyszko­lony ase­sor wie­dział, kiedy go... prze­słu­chi­wano. Skrzy­żo­wał ramiona na piersi.

- Jak się nazy­wasz?

Znowu ten cier­pliwy uśmie­szek.

- W waszym języku? Ghe­ven.

- W porządku, Ghe­ven. Co sądzisz o tej... sytu­acji?

- Jestem tylko wędrow­nym czło­wie­kiem z ple­mion, szla­chetny panie. Czemu moja opi­nia mia­łaby mieć zna­cze­nie?

- Dla mnie ma.

Usta sta­rego prze­ro­dziły się w pro­stą, mocno zaci­śniętą linię, a oczy nie­mal cał­ko­wi­cie znik­nęły pośród zmarsz­czek.

- Naprawdę?

Z jakie­goś dziw­nego powodu Bakune poczuł się, jakby opusz­czały go siły.

- Tak. Oczy­wi­ście. Jestem ase­so­rem. To mój obo­wią­zek.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami. Na jego twarz o twar­dych rysach powró­cił wyraz spo­koj­nej, pozba­wio­nej wyrazu czuj­no­ści.

- To zda­rza się coraz czę­ściej - pod­jął. - Ale zaczęło się dawno temu. Oczy­wi­ście wszy­scy wini­cie Mala­zań­czy­ków. Owi Mala­zań­czycy są tu od... Ilu? Dzie­się­ciu lat? Cho­dzą po waszych uli­cach, kwa­te­rują w waszych domach i gospo­dach. Odwie­dzają wasze tawerny. Korzy­stają z usług waszych pro­sty­tu­tek. Wasze kobiety się z nimi spo­ty­kają. Takie dziew­czyny czę­sto giną z tego powodu. Z reguły z rąk ojców albo braci, za spla­mie­nie tego, co zwą tu "hono­rem"...

- Kła­miesz, cho­lerna ple­mienna świ­nio! To Mala­zań­czycy!

Bakune omal nie zerwał się z miej­sca. Zapo­mniał o porucz­niku Straży. Poło­żył dłoń na ramie­niu roz­wście­czo­nego męż­czy­zny, by go uspo­koić. Porucz­nik zaci­skał dłoń na ręko­je­ści krót­kiego mie­cza tak mocno, że aż zbie­lały mu kostki.

- Powie­dzia­łeś "z reguły"...?

Pomarsz­czona twarz męż­czy­zny wykrzy­wiła się w gry­ma­sie bez­kom­pro­mi­so­wego nie­smaku. Sękate dło­nie zwi­sały luźno u jego boków. Wyglą­dał, jakby nie wie­dział, że o mało nie obe­rwał. A może było mu to obo­jętne. Na szczę­ście dla niego Bakune podzie­lał jego nie­smak, a w znacz­nej czę­ści rów­nież opi­nie. Ghe­ven poki­wał kudłatą głową i roz­luź­nił zaci­śnięte usta.

- Tak. Z reguły. Ale nie tym razem. Znaczna część ciała znik­nęła, ale zwróć uwagę na wzór wysoko na pra­wym barku.

Bakune uklęk­nął i prze­su­nął ciało rękami, nie zawra­ca­jąc sobie głowy paty­kiem. Nama­lo­wane henną linie były stare i dodat­kowo wybla­kły od mor­skiej wody, ale pośród zwy­czaj­nych geo­me­trycz­nych abs­trak­cji jego uwagę przy­cią­gnął jeden sym­bol... prze­rwany krąg. Znak jed­nego z nowych, cudzo­ziem­skich kul­tów, wyję­tych spod prawa przez panu­jący w Korelu i na Pię­ści miej­scowy Kościół Wyba­wi­cielki, ich Pani Wyzwo­le­nia. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, która to z osza­ła­mia­jąco licz­nych zagra­nicz­nych wiar, i po chwili mu się udało. Nie­wielki kult czczący "Upa­dłego Boga".

- I co z tego? Chyba nie suge­ru­jesz, że przez ten jeden tatuaż gwar­dzi­ści Naszej Pani...

- Suge­ruję coś gor­szego. Przyj­rzyj się siń­com na jej gar­dle. Ranom na nad­garst­kach. Minęło wiele czasu, odkąd ta, która waszym zda­niem broni was przed mor­skimi demo­nami, Jeźdź­cami, ostat­nio zażą­dała zapłaty. Nie­praw­daż, ase­so­rze?

- Ty dreń­ska świ­nio!

Karien'el zła­pał męż­czy­znę za szyję. Żelazo zgrzyt­nęło o drewno, gdy wysu­wał miecz z pochwy.

- Porucz­niku! - Ofi­cer zatrzy­mał się, dysząc z furii. - Zapo­mi­nasz się. Ja tu jestem ase­so­rem.

Porucz­nik, powoli i nie­chęt­nie, cof­nął rękę, wsu­nął miecz z powro­tem do pochwy i ode­pchnął starca.

- Te same, stare kłam­stwa. Zawsze znie­sła­wiają Naszą Panią, pomimo ochrony, jaką nam zapew­nia. Ona broni nawet was, ludzi z ple­mion, przed mor­skimi demo­nami. Powin­ni­ście sie­dzieć w swych lasach albo górach i cie­szyć się z tego bło­go­sła­wień­stwa.

Ghe­ven nie odpo­wie­dział, ale w jego nie­mal cał­ko­wi­cie nie­ru­cho­mej twa­rzy Bakune dostrze­gał zacie­kłą, nie­złomną dumę.

- A co ty sądzisz na ten temat... ase­so­rze? - zapy­tał sta­ru­szek.

Bakune odda­lił się od brzegu i od potęż­nych fal zale­wa­ją­cych mu twarz zim­nymi bry­zgami. Wycią­gnął z rękawa chu­s­teczkę, by otrzeć słoną wodę.

- Twoje, hmm, podej­rze­nia, odno­to­wano, Ghe­ven. Muszę ci jed­nak z przy­kro­ścią oznaj­mić, że mocne zarzuty wyma­gają rów­nie moc­nych dowo­dów, a tych tutaj nie dostrze­gam. Jeśli nie odkry­jemy nowych fak­tów, musimy uznać to mor­der­stwo za - jak zasu­ge­ro­wa­łeś na początku - odra­ża­jącą zbrod­nię na tle hono­ro­wym. Taka jest moja ocena.

- Czy już tu skoń­czy­li­śmy? - zapy­tał Karien'el, nie spusz­cza­jąc ze starca spoj­rze­nia przy­mru­żo­nych oczu.

- Tak. I, porucz­niku, temu czło­wie­kowi nie może się stać krzywda. Speł­nił swój obo­wią­zek, zwra­ca­jąc naszą uwagę na tę paskudną zbrod­nię. Odpo­wia­dasz za niego oso­bi­ście.

Kwa­śna mina Karien'ela zwa­rzyła się jesz­cze bar­dziej. Ofi­cer pochy­lił jed­nak głowę na znak zgody.

- Tak jest, ase­so­rze.

Wspi­na­jąc się z powro­tem na szczyt falo­chronu, Bakune popra­wił szaty, a potem zaci­snął zzięb­nięte dło­nie w pię­ści, pró­bu­jąc przy­wró­cić czu­cie w pal­cach. Pew­nie, że widział znaki na szyi, ale nie­któ­rych rze­czy nie można było przy­zna­wać na głos. A przy­naj­mniej nie na tak wcze­snym eta­pie kariery. Spoj­rzał na porucz­nika, który podą­żył za nim, zawsze pełen gor­li­wo­ści, i stał teraz z jedną stopą na brzegu kamien­nego chod­nika.

- Zawia­dom mnie oso­bi­ście, jeśli znaj­dzie­cie wię­cej podob­nych ciał. Albo jeśli dotrą do was pogło­ski o znik­nię­ciach mło­dych ludzi obojga płci. Wśród nas może się ukry­wać potwór, Karien.

Straż­nik zasa­lu­to­wał, doty­ka­jąc pal­cami radeł­ko­wa­nego czoła meta­lo­wego hełmu.

- Tak jest, ase­so­rze.

Ofi­cer zszedł na dół. Jego buty stu­kały o kamie­nie, a płaszcz łopo­tał na wie­trze. Bakune sku­lił się z zimna. Pani, jakże nie­na­wi­dził brzegu. Chłod­nego wia­tru cuch­ną­cego Jeźdź­cami, natar­czy­wych fal oraz zim­nej wil­goci pokry­wa­ją­cej ple­śnią wszystko, czego dotknęła. Jed­nakże pozy­tywna ocena jego pracy może mu dać awans oraz sta­no­wi­sko w Paliss, na które liczył... To kolejny powód, by zacho­wać dys­kre­cję.

Spoj­rzał na mokre głazy, wypa­tru­jąc sta­ruszka, ale ten już znik­nął. I bar­dzo dobrze. Bakune nie chciał mieć na sumie­niu pobi­cia. Cóż za oskar­że­nie! Co go skło­niło do podob­nych wnio­sków? Co prawda w daw­nych cza­sach sta­ro­żytne prawa sank­cjo­no­wały podobne czyny w imię wyż­szego dobra, ale wszyst­kim takim prak­ty­kom poło­żyło kres przy­by­cie Naszej Wyba­wi­cielki, Bło­go­sła­wio­nej Pani.

Zapisy histo­ry­ków świad­czą też jasno, że to jego przod­ko­wie dopusz­czali się podob­nych czy­nów, a nie nasi! Stąd wzięła się dłu­go­trwała nie­chęć mię­dzy nami a tymi cza­ją­cymi się na bagnach i pust­ko­wiach dzi­ku­sami z ich nie­czy­stą krwią.

Być może zabój­stwa rze­czy­wi­ście był winien roz­wście­czony ojciec albo brat, ale któż mógłby to okre­ślić bez wystar­cza­ją­cych dowo­dów? Pod ich nie­obec­ność miej­scowi z pew­no­ścią dojdą do wnio­sku, że zbrodni - podob­nie jak poprzed­nich - winni byli krwio­żer­czy mala­zań­scy oku­panci.

***

Ukryty mię­dzy wyso­kimi gła­zami Ghe­ven obser­wo­wał dwóch odda­la­ją­cych się męż­czyzn. Ofi­cer Straży, Karien'el, zwle­kał, poszu­ku­jąc go wzro­kiem. Sta­rzec nie przej­mo­wał się tym. I tak zamie­rzał opu­ścić to miej­sce. W oczach roolij­skich oku­pan­tów ziemi, którą prze­zwali Pię­ścią, pro­wa­dził wędrowny tryb życia. I czemu by nie? W końcu był na piel­grzymce - wędro­wał po świę­tych ścież­kach i odwie­dzał święte miej­sca, a owe wędrówki i odwie­dziny wio­dły do ponow­nego opi­sa­nia i potwier­dze­nia. Godna uwagi zbież­ność dia­me­tral­nie prze­ciw­nych podejść.

Odwró­cił się, by odejść. Z każ­dym kro­kiem dostrze­gał wokół kra­jo­braz snów swej sta­ro­żyt­nej ojczy­zny. Ta zie­mia była ich grotą, a oni jej użyt­kow­ni­kami. Wszy­scy ci cudzo­ziem­scy najeźdźcy, śmier­telni i nieśmier­telni, naj­wy­raź­niej nie byli w sta­nie tego pojąć. On rów­nież już tu skoń­czył. Nasiona zasiano: czas pokaże, jak silne będą korze­nie czy jak głę­boko się­gną.

Jeśli ten nowy ase­sor był wierny swemu powo­ła­niu, Ghe­ve­nowi było go żal. Tych, któ­rzy mówili prawdę, ni­gdy nie witano miło, zwłasz­cza wśród swo­ich. Lepiej być opo­wia­da­czem histo­rii. Oni przy­naj­mniej rozu­mieli głę­boką prawdę, że wszy­scy wolą kłam­stwa.

Korel­rij­ski rok 4176 e.M. 31. rok mala­zań­skiej oku­pa­cji Kró­le­stwo Rool Wyspa Pięść

Wła­ści­ciel małej sza­lupy o łaciń­skim oża­glo­wa­niu prze­pro­wa­dził ją przez zatło­czony port Banith i przy­cu­mo­wał mię­dzy kupiecką galerą z Kra­dzieży a butwie­jącą jouri­lań­ską barką towa­rową. Rzu­cił na nabrzeże swój jedyny bagaż, belę mate­riału mocno zwią­zaną sznu­rem, a potem wspiął się na zaple­śniałe deski z czar­no­drewna. Przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna roz­cią­gnął sze­ro­kie plecy, wspie­ra­jąc ręce na krzyżu, a potem wypro­sto­wał się z gry­ma­sem na twa­rzy.

Poborca akcyzy spraw­dza­jący ładu­nek galery wymie­rzył w niego swą urzę­dową buławę.

- Hej, ty! Nie możesz tu cumo­wać! To han­dlowe nabrzeże. Zabierz tę zabawkę do publicz­nego!

- Co mam zabrać? - zapy­tał obo­jęt­nym tonem męż­czy­zna.

Urzęd­nik otwo­rzył usta, by mu odpo­wie­dzieć, ale zaraz je zamknął. Nie­zna­jomy wyglą­dał na wie­ko­wego ze swą wygo­loną, mocno opa­loną głową, ale jego gruba, mię­si­sta szyja, sze­ro­kie bary oraz sękate dło­nie o wiel­kich kost­kach jasno świad­czyły, że na­dal jest silny. Jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jąco wyglą­dały wybla­kłe ślady sinych tatu­aży na czole, policz­kach oraz pod­bródku, przed­sta­wia­jące pysk groź­nie wyszcze­rzo­nego odyńca.

- Łódź. Prze­suń łódź.

- Nie jest moja.

- Jest! Przed chwilą widzia­łem, jak ją cumo­wa­łeś!

- Hej, ty! - zawo­łał przy­bysz do sta­ruszka w łach­ma­nach, który szo­ro­wał nabrzeże pumek­sem, wsparty na rękach i kola­nach. - Chciał­byś mieć łódkę? Jest tro­chę sfa­ty­go­wana, ale trzyma się na wodzie.

Sta­ru­szek wytrzesz­czył oczy, a potem roze­śmiał się chra­pli­wie, krę­cąc głową.

- Nie mam pie­nię­dzy.

- Już masz - odparł nie­zna­jomy, rzu­ca­jąc mie­dziaka na nabrzeże.

- Chwi­leczkę... - sprze­ci­wił się poborca, prze­no­sząc podejrz­li­wie spoj­rze­nie z jed­nego na dru­giego z nich.

Sta­ru­szek pod­niósł monetę, zer­k­nął żar­to­bli­wie na urzęd­nika, a potem rzu­cił ją wła­ści­cie­lowi. Przy­bysz zła­pał pie­nią­żek w powie­trzu.

- Roz­ma­wiaj z nim - rzekł do poborcy i odwró­cił się ple­cami.

- Hej! Nie możesz tak po pro­stu...

- Zaraz prze­sunę swoją łódź, panie! - Sta­ru­szek zachi­cho­tał, odsła­nia­jąc mroczną jamę pozba­wioną zębów. - Nawet by mi się nie śniło, żeby tu cumo­wać!

Odda­la­jący się przy­bysz roz­cią­gnął widoczne pod pła­skim, zła­ma­nym nosem usta w sze­ro­kim, żabim uśmie­chu.

***

Minął war­tow­nię miej­sco­wego portu, zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na mala­zań­skich żoł­nier­zach sie­dzą­cych w cie­niu ganka. Zauwa­żył, że jeden z nich roz­piął skó­rzaną kami­zelkę, by nie cisnęła go w wydatny brzuch, drugi zaś śpi na odchy­lo­nym do tyłu krze­śle, a hełm opada mu na oczy.

Z twa­rzy przy­by­sza znik­nął uśmiech. Przed sobą miał przy­brzeżną ulicę Banith, bie­gnącą w przy­bli­że­niu ze wschodu na zachód. Mia­steczko wspi­nało się na niskie nad­mor­skie wzgó­rza, nad jego dachami domi­no­wały wyso­kie, ster­czące ku niebu wieże Świę­tego Klasz­toru, a także liczne spa­dzi­ste dachy pobli­skiego Hospi­cjum. Za nimi cią­gnęły się uprawne rów­niny, żyzne i pagór­ko­wate. Lesi­ste ongiś zie­mie nik­nęły w mgli­stej dali. Męż­czy­zna zwró­cił się w prawo. Szedł powoli, przy­glą­da­jąc się skle­po­wym witry­nom oraz stra­ga­nom. Minął grupkę ulicz­nych zbi­rów i zauwa­żył wśród nich ciem­niej­sze albo jaśniej­sze odcie­nie skóry pół­krwi Mala­zań­czy­ków, zupeł­nie różne od jed­no­li­cie sma­głej cery miesz­kań­ców Pię­ści.

- Rzuć nam monetę, żebrzący kapła­nie! - zawo­łał naj­śmiel­szy i naj­star­szy z mło­dzień­ców.

- Wszystko, co posia­dam, należy do was - odparł przy­bysz ochry­płym gło­sem.

To zasko­czyło mło­dzień­ców. Przez chwilę wymie­niali zdzi­wione spoj­rze­nia, aż wresz­cie naj­star­szy z nich prych­nął z nie­do­wie­rza­niem.

- W takim razie oddaj to nam.

- Łatwo będzie to zro­bić, ponie­waż niczego nie posia­dam - odparł przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna, przy­glą­da­jąc się pustej wysta­wie skle­po­wej. - Czy ten budy­nek jest zajęty?

- To wię­zie­nie dla dłuż­ni­ków - wyja­śniła bosa dziew­czyna w podar­tych spodniach z żaglo­wego płótna oraz brud­nej blu­zie. Jej mocno krę­cone włosy świad­czyły o dzie­dzic­twie, w któ­rym Malaz mie­szał się z Kore­lem. - Tych, któ­rzy nie chcieli pła­cić podat­ków mala­zań­skim wład­com.

Przy­bysz uniósł musku­larne ramiona.

- W takim razie poświę­cam go w imie­niu swego boga.

- A który z waszych cho­ler­nych cudzo­ziem­skich bogów to będzie?

Męż­czy­zna odwró­cił się. Na jego krzy­wych ustach wykwitł uśmiech znie­kształ­ca­jący wybla­kły tatuaż dzi­czego pyska.

- Skoro pytasz... - zaczął moc­niej­szym gło­sem - ...opo­wiem wam o swoim bogu. Jego domeną są poni­żeni i wydzie­dzi­czeni. Biedni i cho­rzy. Pozy­cja spo­łeczna, bogac­twa i pre­stiż są dla niego pustymi, pozba­wio­nymi zna­cze­nia zasło­nami. Jego pierw­szy prze­kaz brzmi tak, że wszy­scy jeste­śmy słabi. Wszy­scy jeste­śmy nie­do­sko­nali. Wszy­scy jeste­śmy śmier­telni. I musimy się nauczyć to akcep­to­wać.

- Akcep­to­wać? Co mie­li­by­śmy akcep­to­wać?

- Nasze sła­bo­ści. Albo­wiem wszy­scy jeste­śmy nie­do­sko­nali.

- A jak brzmi imię tego cho­rego, zbo­czo­nego boga?

Kapłan roz­po­starł ramiona, demon­stru­jąc puste, otwarte dło­nie.

- Jest tym, co mieszka w nas. Pozo­stali bogo­wie to tylko jego aspekty.

- Pozo­stali bogo­wie? Wszy­scy? Nawet Nasza Pani, która chroni nas przed złem?

- Tak. Nawet ona.

Wielu człon­ków gangu wzdry­gnęło się na te słowa. Odsu­nęli się od przy­by­sza, jakby wyczu­wali, że pod jego typo­wym dla cudzo­ziem­ców bra­kiem sza­cunku kryje się głęb­sze, bar­dziej nie­po­ko­jące świę­to­kradz­two.

- A drugi prze­kaz? - zapy­tała dziew­czyna. Pode­szła bli­żej, ale na­dal czuj­nie obser­wo­wała ulicę. Drwiący uśmie­szek utrzy­my­wał się na jej bez­kr­wi­stych ustach jak przy­kle­jony.

- Każdy może osią­gnąć zba­wie­nie i łaskę. One są dostępne dla wszyst­kich. Nikomu nie można ich odmó­wić, jak zwy­kłej monety.

- I dla nas rów­nież? - zapy­tała, wska­zu­jąc na swą chudą pierś. - Słu­dzy Uświę­co­nej Pani nie wpusz­czają nas za swój próg. Nawet do Hospi­cjum. Oplu­wają nas jako mie­szań­ców. A stary Mroczny Zbie­racz i tak żąda opłaty za każdą duszę.

Ciemne oczy męż­czy­zny roz­bły­sły weso­ło­ścią.

- Tego, o czym mówię, nie kupi się za docze­sne pie­nią­dze ani nie wymusi tego docze­sna wła­dza.

Zdzi­wiona dziew­czyna pozwo­liła, by kole­dzy ją odcią­gnęli. Oglą­dała się jed­nak z zamy­śloną miną, marsz­cząc ostro zary­so­wane brwi.

Przy­bysz znowu się uśmiech­nął, chwy­cił za klamkę i popchnął drzwi ze spo­kojną, mia­rową siłą, aż drewno pękło z trza­skiem i droga sta­nęła przed nim otwo­rem. Prze­spał noc na progu, przy­kryty swym cien­kim, piko­wa­nym kocem.

***

Ranek spę­dził, sie­dząc w otwar­tym wej­ściu i pozdra­wia­jąc ski­nie­niem głowy wszyst­kich prze­chod­niów. Ci, któ­rzy nie igno­ro­wali owego gestu, pierz­chali jak spło­szone źre­baki. Wkrótce po świ­cie poja­wiło się sze­ścioro mala­zań­skich żoł­nie­rzy, patro­lu­ją­cych nie­śpiesz­nie oko­licę. Kapłan obser­wo­wał, jak monety prze­cho­dzą z rąk han­dla­rzy do rąk sier­żanta, a żoł­nie­rze biorą sobie ze stra­ga­nów, co tylko zechcą, by jeść po dro­dze chleb, owoce oraz mięso na paty­kach, upie­czone nad węglami.

W końcu dotarli do niego. Wes­tchnął, opusz­cza­jąc spoj­rze­nie. Sły­szał, że sytu­acja na Pię­ści jest nie­do­bra - dla­tego wła­śnie tu przy­był - ale nie spo­dzie­wał się, że będzie aż tak źle.

Sier­żant zatrzy­mał się nagle, marsz­cząc gęste, ciemne brwi.

- Co, na cycki Togga, robi tu kapłan Fenera z Kra­dzieży?

Przy­bysz wstał.

- To prawda, jestem kapła­nem. Ale już nie służę Fene­rowi.

- Wywa­lili cię? Może za chę­do­że­nie chłop­ców?

- Za to dostaje się awans.

Męż­czyźni i kobiety z patrolu ryk­nęli śmie­chem. Sier­żant skrzy­wił się, marsz­cząc tłu­ste, nie­ogo­lone policzki. Wetknął dło­nie za pas, spo­glą­da­jąc chy­trze na swo­ich ludzi.

- Chyba mamy tu włó­częgę. Masz jakieś pie­nią­dze, stary żebraku?

- Mam.

Kapłan się­gnął do fałdy wystrzę­pio­nej koszuli i rzu­cił na bruk przy­cię­tego mie­dziaka.

- Bez­war­to­ściowy styg­gij­ski pół­gro­sik?

Sier­żant wykrzy­wił mię­si­ste usta.

- Masz rację, że jest bez­war­to­ściowy. Żadne pie­nią­dze nie mają war­to­ści. Nie­które po pro­stu są jesz­cze mniej war­to­ściowe od innych.

Sier­żant prych­nął pogar­dli­wie.

- W dodatku to prze­klęty przez Kap­tura mistyk - stwier­dził i wycią­gnął zza pasa drew­nianą pałkę. - W tym mie­ście nie tole­ru­jemy nie­ro­bów. Zabie­raj się stąd albo otrzy­masz ode mnie inną zapłatę.

Sze­ro­kie dło­nie kapłana zwi­sały luźno u boków. Jego żabie usta roz­cią­gnęły się w linii pro­stej.

- Masz szczę­ście, że ja też nie potrze­buję tej monety.

Sier­żant się zamach­nął. Pałka ude­rzyła w otwartą dłoń kapłana. Mala­zań­czyk stęk­nął, wytę­ża­jąc mię­śnie. Jego opa­lona twarz pociem­niała z wysiłku. Kapłan wyrwał mu nagłym szarp­nię­ciem pałkę, a potem zła­mał ją na kola­nie. Kawałki rzu­cił na ulicę. Męż­czyźni i kobiety z patrolu cof­nęli się o krok, się­ga­jąc po mie­cze.

Sier­żant uniósł rękę, by ich powstrzy­mać. Potem ski­nął głową, oka­zu­jąc kapła­nowi uzna­nie.

- Jesteś tu nowy, więc tym razem ci daruję, ale od dziś sprawy będą wyglą­dały tak: jeśli chcesz tu zostać, musisz pła­cić. To pro­ste. W prze­ciw­nym razie tra­fisz do pudła. Pod­po­wiem ci coś jesz­cze... jeśli posie­dzisz tam wystar­cza­jąco długo, sprze­damy twoją dupę Korel­rij­czy­kom. Oni zawsze potrze­bują cie­płych ciał na mur i nie dbają zbyt­nio o to, skąd się one biorą. - Pokrę­cił głową z trza­skiem krę­gów i uśmiech­nął się zło­wrogo. - Mówisz, że jesteś kapła­nem. My też mamy kapła­nów. Chyba ci ich tu pode­ślę, żeby­ście pody­sku­to­wali o filo­zo­fii. A na razie śpij dobrze.

Sier­żant ski­nął na swych ludzi, każąc im ruszać. Posłu­chali go, uśmie­cha­jąc się sze­roko. Jedna z żoł­nie­rek prze­słała mu całusa.

***

Kapłan usiadł, przy­glą­da­jąc się wymu­sza­ją­cym pie­nią­dze od kolej­nych ofiar żoł­nie­rzom. Zauwa­żył też, że mło­dzi ulicz­nicy znik­nęli.

Jest fatal­nie. Gorzej niż sobie wyobra­żał. Dobrze, że nie ma tu sta­rego komen­danta, bo gdyby to zoba­czył, cały gar­ni­zon wylą­do­wałby w pace.

Pod­niósł dwa leżące na ulicy frag­menty pałki.

Nie powi­nie­nem być dla nich zbyt surowy. Oku­pa­cja i pacy­fi­ka­cja miej­sco­wej lud­no­ści - zamie­rzone czy nie - to paskudna robota. Bru­talna. Budzi w obu stro­nach naj­gor­sze cechy. Pomy­śleć tylko, co sły­szy się o Sied­miu Mia­stach. A tu chyba wcale nie jest lepiej.

No cóż, miał swo­jego boga. Kapłan roz­cią­gnął w uśmie­chu sze­ro­kie usta. Ach tak, swo­jego boga. A także ster­ro­ry­zo­waną, uci­śnioną lud­ność, którą można będzie zwer­bo­wać. Żyzny grunt. Prze­chy­lił z namy­słem głowę. Tak jest... to może się udać...

Pierw­szy rok rzą­dów cesa­rza Mal­licka Rela "Miło­sier­nego" 1167 rok snu Pożogi Mia­sto Delanss, sub­kon­ty­nent Falar

Sie­dzący naprze­ciwko swego potęż­nie zbu­do­wa­nego przy­ja­ciela o siwych wło­sach Kyle ści­skał w rękach szklankę z winem, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać drę­czą­cego go nie­po­koju. W dłu­gich wło­sach barwy kamie­nia, któ­rym Szara Grzywa zawdzię­czał swój dawny przy­do­mek, widziało się teraz wię­cej sre­bra niż cyny. I choć ata­ko­wał ryż w pikant­nym falar­skim sosie papry­ko­wym z typową dla sie­bie pasją i ape­ty­tem, mło­dzie­niec dostrze­gał, że z pew­no­ścią ma kło­poty finan­sowe: wokół jego ust ufor­mo­wały się nowe bruzdy, oczy miał pod­krą­żone, a Kyle mógłby przy­siąc, że star­szy męż­czy­zna traci też na wadze.

Sie­dzieli na tara­sie wycho­dzą­cym na zamknięty dzie­dzi­niec wysy­pany pia­skiem, gdzie na sto­ja­kach można było zoba­czyć mie­cze naj­róż­niej­szej roboty, szty­lety, broń drzew­cową oraz drągi, a także wyście­łane kol­czugi i hełmy oraz tar­cze. Wszystko, czego potrze­buje szkoła walki, pomy­ślał Kyle.

Oprócz uczniów.

Według oceny mło­dzieńca do tej pory Szara Grzywa, obec­nie upie­ra­jący się, by zwra­cano się doń imie­niem Orjin, które nadano mu przy naro­dzi­nach, przy­cią­gnął do swej nowej szkoły walki naj­wy­żej trzy­dzie­stu pła­cą­cych uczniów. Sie­bie nie liczył; pró­bo­wał pła­cić za wszyst­kie lek­cje i ćwi­cze­nia, któ­rymi zaszczy­cił go Orjin, ale ten nie chciał przy­jąć ani gro­sza. Trzej kuzyni, któ­rzy przy­byli tu z nim i z Szarą Grzywą, rów­nież chcieli być pomocni, ale oka­zało się, że ich wer­sja "szko­le­nia" pro­wa­dzi do poła­ma­nych koń­czyn i roz­kwa­szo­nych nosów, zatem Orjin kazał im prze­stać. Znu­dzeni bez­czyn­no­ścią Skra­dacz, Głu­sza i Weszka poże­gnali się, wsie­dli na sta­tek i popły­nęli na zachód. Duch prze­wodni, który towa­rzy­szył Kyle'owi, czy może go stra­szył, rów­nież gdzieś znik­nął - Prze­chył, cień nie­ży­ją­cego Kar­ma­zy­no­wego Gwar­dzi­sty, jed­nego z Zaprzy­się­żo­nych, tych, któ­rzy ślu­bo­wali, że będą się sprze­ci­wiać Impe­rium Mala­zań­skiemu, dopóki będzie ist­niało. Owe Śluby dawały im bar­dzo wiele - prze­dłu­że­nie życia i nad­ludz­kie siły wią­zały ich rów­nież ze świa­tem po śmierci. Jed­nakże z upły­wem mie­sięcy Prze­chył wyblakł, być może wra­ca­jąc do pole­głych braci. Gdy duch poja­wił się po raz ostatni, by się poże­gnać, Kyle odniósł wra­że­nie, że dostrzega w jego oczach coś w rodzaju roz­cza­ro­wa­nia.

Od tego czasu Kyle przy każ­dej oka­zji zachwa­lał szkołę walki pro­wa­dzoną przez Orjina. Podej­rze­wał jed­nak, że jego przy­ja­ciel nie jest zbyt­nio zain­te­re­so­wany zwy­czaj­nymi miesz­cza­nami i wie­śnia­kami, jakich mło­dzie­niec spo­ty­kał na tar­gach, w gospo­dach i w szyn­kach, lecz raczej kie­ruje spoj­rze­nie na znacz­nie wyżej posta­wioną i bogat­szą war­stwę delan­syj­skiego spo­łe­czeń­stwa.

Marne szanse. Delanss, sto­lica dru­giej pod wzglę­dem zalud­nie­nia wyspy falar­skiego sub­kon­ty­nentu i archi­pe­lagu, mógł się pochwa­lić sta­rymi, pre­sti­żo­wymi szko­łami: Aka­de­mią Griega, Szkołą Krzy­wej Klingi czy Szkołą Czar­nego Sokoła, aka­de­miami mogą­cymi rywa­li­zo­wać ze sławną szkołą ofi­cer­ską na Wyspie Ciosu. Oso­bi­ście Kyle nie wie­rzył, by jego przy­ja­ciel zdo­łał się kie­dy­kol­wiek wedrzeć na tak zamknięty, ople­ciony sie­cią wza­jem­nych powią­zań rynek w chyba rów­nie zamknię­tym i ople­cionym sie­cią wza­jem­nych powią­zań spo­łe­czeń­stwie. Odno­sił wra­że­nie, że jedy­nym skut­kiem kapi­tu­la­cji tej kra­iny przed mala­zań­skimi najeźdź­cami była zmiana koloru flagi powie­wa­ją­cej nad por­tową for­tecą.

Szara Grzywa - Orjin - ode­rwał sobie kawał nasą­czo­nego tłusz­czem pod­pło­myka i wytarł nim resztę sosu. Wyglą­dał, jakby chciał coś powie­dzieć, ale tylko prze­żuł ponuro kęs. Kyle pocią­gnął łyk bia­łego wina ryżo­wego, zasta­no­wił się, czy zapy­tać, czy na dzi­siaj są prze­wi­dziane jakieś lek­cje, i doszedł do wnio­sku, że lepiej tego nie robić.

Podej­rze­wał, że jego przy­ja­ciel czuje się szcze­gól­nie poiry­to­wany fak­tem, że musi ukry­wać swą prze­szłość. Gdyby kan­dy­daci na ofi­ce­rów o niej wie­dzieli, łomo­ta­liby tłum­nie do jego drzwi. Nie­stety, wie­ści o jego daw­nej karie­rze pię­ści, dowo­dzą­cego armiami Impe­rium Mala­zań­skiego, oraz o póź­niej­szym wyję­ciu spod prawa przez to samo Impe­rium rów­nież na tym sub­kon­ty­nen­cie uczy­ni­łyby go poszu­ki­wa­nym zbie­giem.

Dobie­ga­jący z dołu odgłos zwró­cił uwagę Kyle'a na pię­tro ćwi­czeń. Do środka wszedł jakiś męż­czy­zna. Na gło­wie miał płó­cienny melo­nik, a jego grube szaty i kosz­towna biżu­te­ria świad­czyły o tym, że należy do tej wła­śnie war­stwy spo­łecz­nej, któ­rej uwagę tak bar­dzo sta­rał się przy­cią­gnąć Orjin. Nie­zna­jomy rozej­rzał się z oszo­ło­mie­niem po pustej szkole. Orjin zer­k­nął na dół, podą­ża­jąc wzro­kiem za spoj­rze­niem Kyle'a, i zerwał się z krze­sła tak gwał­tow­nie, że aż zwa­liło się na pod­łogę.

- Pro­szę pana! - zagrzmiał. - Czym mogę słu­żyć?

Męż­czy­zna pod­sko­czył, sły­sząc ryk wyćwi­czony na polach bitew, i przy­mru­żył nie­pew­nie powieki.

- Ty jesteś wła­ści­cie­lem tego przy­bytku? - zapy­tał po taliań­sku, w dru­gim, nie­ofi­cjal­nym języku archi­pe­lagu.

- Tak jest! Pro­szę chwilkę zacze­kać! - Orjin otarł usta, uwol­nił się od prze­wró­co­nego krze­sła i ruszył w stronę scho­dów. Prze­cho­dząc przez pię­tro ćwi­czeń, ukło­nił się uprzej­mie. - W czym mogę pomóc?

Kyle dopił wino i podą­żył za przy­ja­cie­lem. Zatrzy­mał się u pod­stawy scho­dów, wsparty o poręcz z nie­gła­dzo­nego drewna. Przy­bysz był odziany w naj­mod­niej­szy strój pre­fe­ro­wany przez miej­scową ary­sto­kra­cję: liczne pier­ście­nie na pal­cach oraz grube srebrne łań­cu­chy opa­da­jące na szatę z futrza­nym obszy­ciem i man­kie­tami. Na gło­wie miał kape­lusz z ciem­no­bur­gun­do­wej tka­niny z naszy­tymi pół­sz­la­chet­nymi kamie­niami, a jego twarz ozda­biała pięk­nie przy­strzy­żona kozia bródka. Gła­skał ją, oglą­da­jąc Orjina od stóp do głów i demon­stru­jąc wiel­kie klej­noty w pier­ście­niach.

- Jakie masz refe­ren­cje?

Orjin ponow­nie się pokło­nił. Kyle miał nadzieję, że strój z gar­bo­wa­nych skór nadaje jego przy­ja­cie­lowi odpo­wied­nio srogi i pro­fe­sjo­nalny wygląd.

- Słu­ży­łem w mala­zań­skiej Czwar­tej Armii i osią­gną­łem sto­pień kapi­tana, nim zosta­łem ranny w Bitwie na Rów­ni­nach.

Męż­czy­zna uniósł brwi.

- Naprawdę? Zatem byłeś przy śmierci cesa­rzo­wej?

- Tak, ale nie widzia­łem jej na wła­sne oczy.

- Nie­wielu ją widziało, jak rozu­miem. A jakie wra­że­nie wywarł na tobie ten nowy cesarz, Mal­lick Rel?

Orjin obej­rzał się na Kyle'a i odchrząk­nął.

- Hmm, nie jestem poli­ty­kiem. Ucie­szy­łem się jed­nak, że nie posta­wił w stan oskar­że­nia ofi­ce­rów, któ­rzy zbun­to­wali się prze­ciwko cesa­rzo­wej.

Ponie­waż byłeś jed­nym z nich? - zda­wało się pytać pełne kal­ku­la­cji spoj­rze­nie przy­by­sza.

- No wiesz, on jest Falar­czy­kiem.

- Tak? Nie wie­dzia­łem o tym - odparł Orjin.

- Tak. Powiem ci coś jesz­cze. Wielu z nas by­naj­mniej nie zasko­czyły wie­ści o jego, hmm, awan­sie.

- Skoro tak mówisz.

Męż­czy­zna wzru­szył ze skrę­po­wa­niem ramio­nami pod licz­nymi war­stwami szat.

- Tak czy ina­czej... ile bie­rzesz?

- Pół srebr­nika za godzinę indy­wi­du­al­nych lek­cji.

Kąciki ust przy­by­sza opa­dły.

- To znacz­nie wię­cej, niż się spo­dzie­wa­łem.

- Ach, ale... - Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna ski­nął na Kyle'a. - Mogę rów­nież zaofe­ro­wać lek­cje udzie­lane przez mojego towa­rzy­sza, który słu­żył w sław­nej kom­pa­nii najem­ni­ków, Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii.

Szlach­cic spoj­rzał od nie­chce­nia na mło­dzieńca.

- A teraz wyko­rzy­stuje swe umie­jęt­no­ści do łama­nia rąk.

Orjin skrzy­wił się bole­śnie.

- To prawda. Jeśli uznasz, że te lek­cje nie przy­no­szą ci pożytku, zawsze możesz zre­zy­gno­wać.

- One nie są dla mnie. Cho­dzi o mojego syna.

- Rozu­miem? Ile ma lat?

- Wła­ści­wie jest jesz­cze chłop­cem, ale to łobuz. Bra­kuje mu dys­cy­pliny. - Prze­chy­lił głowę i pogła­skał się po koziej bródce. - Wyglą­dasz na kogoś, kto mógłby sobie z nim pora­dzić. - Przy­tak­nął z namy­słem. - Tak. Dzię­kuję. No to do zoba­cze­nia.

Ukło­nił się.

Orjin odwza­jem­nił ukłon.

- Nie mogę się docze­kać, aż go poznam.

Męż­czy­zna wyszedł, a Kyle pod­szedł do Orjina.

- Myślisz, że go jesz­cze zoba­czymy?

- Kto wie?

- Nawet nie popro­sił, żebyś poka­zał mu papiery.

- Być może wie, jak łatwo można pod­ro­bić taki syf.

- Może i tak. - Zer­k­nął z ukosa na przy­ja­ciela. - Pół srebr­nika za godzinę? To sporo. Nie mógł­bym sobie pozwo­lić na twoje usługi.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się dra­pież­nie. W jego jasnych jak lód nie­bie­skich oczach poja­wiły się iskierki weso­ło­ści. Przez chwilę wyglą­dał tak, jak za daw­nych cza­sów.

- Spra­wiał wra­że­nie kogoś, kogo na to stać.

Kyle par­sk­nął śmie­chem.

- Zaiste. Zatem do jutra.

- Tak. Posłu­gi­wa­nie się mie­czem i tar­czą.

Kyle cof­nął się o krok i zbył suge­stię mach­nię­ciem ręki.

- Bogo­wie, nie. To nie wymaga żad­nych umie­jęt­no­ści.

- Żad­nych umie­jęt­no­ści! Cóż za igno­ran­cja. Któ­re­goś dnia może cię ona zgu­bić.

- Naj­pierw zała­twię ją nożem.

- Nożem? Nóż jest bez­u­ży­teczny prze­ciwko komuś, kto ma choć kawa­łek zbroi.

Kyle umilkł na moment.

- W takim razie...

Nagle ktoś zapu­kał do drzwi. Kyle zmarsz­czył brwi i otwo­rzył jedno z ich sze­ro­kich skrzy­deł. Stali za nimi trzej męż­czyźni. Byli zwy­czaj­nie ubrani, ale mieli dro­gie mie­cze w falar­skim stylu oraz szty­lety o pro­stych, wąskich klin­gach. Trzech kolej­nych klien­tów! Szara Grzywa naj­wy­raź­niej miał szczę­śliwy dzień. Ski­nął głową do jed­nego z nich.

- Dzień dobry!

Pierw­szy męż­czy­zna, młody ele­gant w zie­lo­nym fil­co­wym kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem, przyj­rzał się Kyle'owi od stóp do głów, nie pró­bu­jąc ukry­wać dez­apro­baty.

- Ty jesteś tym nowym nauczy­cie­lem walki? - zapy­tał.

- Nie. - Kyle wska­zał dło­nią za sie­bie. - On jest tam.

Odsu­nął się na bok. Trzej męż­czyźni weszli do środka, zosta­wia­jąc drzwi uchy­lone. Ten obo­jętny, pogar­dliwy gest - jakby byli przy­zwy­cza­jeni do tego, że inni otwie­rają przed nimi drzwi i zamy­kają - spra­wił, że zacie­ka­wiony Kyle ruszył ich śla­dem.

***

Zatrzy­mał się u wylotu tunelu pro­wa­dzą­cego na dzie­dzi­niec. Trzej męż­czyźni spo­tkali Orjina przy sto­jaku z bro­nią.

- Ty jesteś nowym nauczy­cie­lem walki, Orji­nem Samar­rem? - zapy­tał ich przy­wódca nie­mal oskar­ży­ciel­skim tonem.

Orjin odwró­cił się i zamru­gał. W cie­niu jego oczy lśniły niczym sza­firy.

- Tak? W czym mogę pomóc? Jeste­ście zain­te­re­so­wani lek­cją?

Trzej męż­czyźni wymie­nili spoj­rze­nia, wykrzy­wia­jąc usta w iro­nicz­nych gry­ma­sach.

- Tak - odpo­wie­dział ten w zie­lo­nym kape­lu­szu, cofa­jąc się i kła­dąc urę­ka­wicz­nioną dłoń na ręko­je­ści mie­cza. - Możesz roz­strzy­gnąć zakład, który zawar­li­śmy we trzech... - Dwaj pozo­stali prze­su­nęli się na boki, zaj­mu­jąc pozy­cje po pra­wej i po lewej stro­nie Orjina. - Cho­dziło o to, czy jaki­kol­wiek cudzo­zie­miec może udzie­lić lek­cji choć zbli­żo­nych do jako­ści, jaką pobło­go­sła­wiono Delanss.

Orjin ski­nął głową ze zro­zu­mie­niem, zdjął drąg ze sto­jaka, uniósł go do oka i popa­trzył na nich wzdłuż drzewca.

- Rozu­miem. Z reguły biorę za lek­cję pół srebr­nika, ale ponie­waż jest was trzech, możemy poroz­ma­wiać o zniżce...

Wark­nęli ze zło­ścią i wycią­gnęli broń. Orjin zaata­ko­wał tego, który stał po jego pra­wej stro­nie, ude­rza­jąc drą­giem w jego prawą dłoń. Męż­czy­zna pisnął i scho­wał rękę pod pachą. Orjin zwró­cił się ku dwóm pozo­sta­łym prze­ciw­ni­kom. Kyle zdjął ze sto­jaka drew­nianą buławę i zaczął nią żon­glo­wać, przy­glą­da­jąc się walce.

Orjin ujął drąg w obie dło­nie i spa­ro­wał ude­rze­nia cien­kich, obu­siecz­nych mie­czy. Jego broń poru­szała się szybko jak bły­ska­wica. Męż­czy­zna w fil­co­wym kape­lu­szu odrzu­cił z wście­kło­ścią miecz i wycią­gnął szty­let. Trzask drąga ude­rza­ją­cego o ostrza poniósł się echem na dzie­dzińcu. Kyle nasłu­chi­wał cha­rak­te­ry­stycz­nego odgłosu żelaza wbi­ja­ją­cego się w drewno, ale do tej pory Orji­nowi uda­wało się unik­nąć tego nie­bez­pie­czeń­stwa. Twarz wal­czą­cego poczer­wie­niała i Kyle prze­stał pod­rzu­cać swój oręż.

Za wcze­śnie. Sta­now­czo za wcze­śnie, by zmę­cze­nie stało się widoczne.

- Oni mają noże - zauwa­żył od nie­chce­nia.

Orjin łyp­nął na niego spode łba. Zaczy­nał sapać. Trzech męż­czyzn tań­czyło wokół niego, a on prze­su­wał się powoli. Kolana miał ugięte, a drąg uno­sił przed sobą.

- W nor­mal­nej sytu­acji żaden z was nie miałby oka­zji mie­rzyć się z prze­ciw­ni­kiem posłu­gu­ją­cym się dwu­ręczną bro­nią... - Jeden z nich rzu­cił się do przodu i drąg tra­fił go w twarz. Napast­nik zato­czył się w bok i Orjin skie­ro­wał uwagę na dwóch pozo­sta­łych. - Taka broń z reguły jest zbyt wolna i nie­po­ręczna, by prze­su­wać ją z jed­nej strony na drugą. Zwinny prze­ciw­nik mógłby...

Ten sam męż­czy­zna rzu­cił się do kolej­nego ataku. Orjin spa­ro­wał jego cios, pochy­lił drąg i tra­fił go w kro­cze. Napast­nik padł na zie­mię jak mario­netka, któ­rej prze­cięto sznurki. Kyle skrzy­wił się.

Po twa­rzy Orjina spły­wał pot. Zwró­cił się ku dowódcy, który uśmiech­nął się, przyj­mu­jąc do wia­do­mo­ści uwagi nauczy­ciela, i natych­miast sko­czył na niego. Orjin spa­ro­wał cios i pochy­lił głowę.

- Tak, tak! - zawo­łał dla zachęty. - Tak wła­śnie się to robi. Prze­suń sztych w bok i przy­go­tuj lewak do zaska­ku­ją­cego ataku!

Kyle chciał ostrzec przy­ja­ciela, ale krzyk zamarł mu w gar­dle, gdy ten z napast­ni­ków, który obe­rwał w rękę, posta­no­wił znowu przy­łą­czyć się do walki i spró­bo­wał zła­pać Orjina od tyłu. To był zdu­mie­wa­jąco lek­ko­myślny manewr. Przy­ja­ciel Kyle'a był o połowę szer­szy w barach niż jaki­kol­wiek inny męż­czy­zna, któ­rego w życiu spo­tkał.

Orjin wzru­szył bar­kami, się­gnął za sie­bie, oto­czył ramie­niem głowę prze­ciw­nika i prze­rzu­cił go sobie przez ramię brzu­chem do góry niczym worek pia­sku.

- Teraz masz prze­wagę - powie­dział męż­czyź­nie w fil­co­wym kape­lu­szu. - Jed­no­ręki prze­ciw­nik!

Ten nie wahał się ani chwili. Szu­rał butami po pia­sku, uchy­lał się i pró­bo­wał fint, tań­cząc wokół poru­sza­ją­cego się ocię­żale Orjina. Kyle odbił się kop­nia­kiem od ściany.

Cho­lera! Naprawdę tego spró­buje!

Miecz zadra­pał powierzch­nię drąga i odsu­nął go na bok. Męż­czy­zna pod­szedł bli­żej i ude­rzył lewa­kiem, ale Orjin odwró­cił się bły­ska­wicz­nie, pozwa­la­jąc, by ostrze dra­snęło mu lekko bok. Nogi i buty czło­wieka, któ­rego prze­rzu­cił sobie przez ramię, ude­rzyły z wielką siłą jego towa­rzy­sza, który pole­ciał gwał­tow­nie w bok. Orjin zarzu­cił go na pierw­szego z napast­ni­ków i zatrzy­mał się, dysząc ciężko. Dotknął ostroż­nie boku i skrzy­wił się bole­śnie.

- Nauczka brzmi tak, że powin­ni­ście wszy­scy zaata­ko­wać razem, bez względu na ryzyko.

Kyle zauwa­żył, że klatka pier­siowa jego przy­ja­ciela poru­sza się ciężko. Już się zdy­szał? Nie­do­brze. Bar­dzo nie­do­brze. Odło­żył buławę na miej­sce.

Gdy przy­wódca spró­bo­wał się pod­nieść, Orjin posta­wił obutą stopę na jego ple­cach i skie­ro­wał męż­czy­znę kop­nia­kiem w głąb tunelu.

- Wziął­bym od was pie­nią­dze, ale podej­rze­wam, że nie jeste­ście w sta­nie cze­go­kol­wiek się nauczyć.

Wszy­scy zebrali broń i ruszyli ku wyj­ściu. Kyle pokło­nił się im, gdy prze­cho­dzili obok.

- Czci­godni pano­wie! - rzekł, ale oni tylko łypali na niego ze zło­ścią i mam­ro­tali prze­kleń­stwa pod nosem. Pod­szedł do otrze­pu­ją­cego ubra­nie Orjina.

- Już się zdy­sza­łeś...

Przy­ja­ciel zer­k­nął na niego ze zło­ścią.

- Dawno nie wal­czy­łem. - Zna­lazł szmatę i wytarł nią sobie twarz.

- Taka drobna potyczka nie powinna...

- Prze­stań.

Kyle uniósł brwi.

W dodatku zro­bił się ner­wowy.

- Przyjdę jutro po połu­dniu na tę lek­cję mie­cza i tar­czy. Mam wło­żyć pełną zbroję? Jak sądzisz?

Orjin skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Bar­dzo zabawne. A teraz zjeż­dżaj stąd. Muszę posprzą­tać.

Kyle zasa­lu­to­wał i odszedł.

Ale mówił poważ­nie.

***

W mrocz­nym zaułku odle­głym o kilka prze­cznic młody zbir trzy­ma­jący w dłoni zie­lony fil­cowy kape­lusz uniósł jedwabną chustkę do krwa­wią­cego nosa i ust, po czym spoj­rzał na noszą­cego obszyty futrem strój oraz grube srebrne łań­cu­chy delan­syj­skiego szlach­cica. Ten uniósł upier­ście­nioną dłoń, prze­su­nął głowę mło­dzieńca w bok, przyj­rzał się jego policz­kowi i cmok­nął cicho.

- Widzę, że rze­czy­wi­ście sobie z tobą pora­dził...

- Ojcze!

- Jak myślisz? Czy to on?

- Na pewno. Uniósł Donasa jak małe dziecko.

- Bar­dzo dobrze. Wyślę wia­do­mość. Na razie wynaj­mij ludzi, żeby mieli oko na szkołę.

Mło­dzie­niec pokło­nił się ojcu.

- Tylko bez zemsty! Żad­nych kusz w nocy czy noży na tar­go­wi­sku. Chcą go dostać żywego.

Mło­dzie­niec wzniósł oczy ku niebu.

- Tak, ojcze.

Szlach­cic pogła­skał się po upstrzo­nej siwi­zną bródce i spoj­rzał na syna.

- Muszę przy­znać, że zaim­po­no­wało mi jego opa­no­wa­nie. Zała­twił cię, nie łamiąc ani jed­nej kości. Wyka­zał wielką cier­pli­wość w obli­czu skan­da­licz­nej znie­wagi.

- Ojcze!

Pierw­szy rok rzą­dów cesa­rza Mal­licka Rela "Miło­sier­nego" (1167 rok Snu Pożogi) Sub­kon­ty­nent Stra­tem

O świ­cie Kuhn Eshen, zwany Kuh­nem "Nosem", kapi­tan kata­kań­skiego statku kupiec­kiego Zyskowne Wie­ści, zarzu­cił kotwicę nie­opo­dal mia­steczka Thick­ton i przez cały ranek cze­kał z nie­po­ko­jem, by się prze­ko­nać, czy opo­wie­ści o tym, że zie­mie Stra­temu znowu otwo­rzyły się przed świa­tem zewnętrz­nym, mówią prawdę.

Z upły­wem godzin do portu jak zwy­kle wpły­wały małe łodzie ofe­ru­jące na sprze­daż świeże owoce, chleb, ryby oraz świ­nie. W zim­nej wodzie pły­wali chłopcy i dziew­częta, pro­po­nu­jący człon­kom załóg, że zapro­wa­dzą ich do pen­sjo­na­tów bądź bur­deli albo podejmą się roli prze­wod­ni­ków i opro­wa­dzą ich po mia­steczku. Wszystko tu suge­ro­wało zwięk­szoną otwar­tość na han­del. W połu­dnie poja­wiły się więk­sze łodzie, mające na pokła­dach agen­tów kupiec­kich. Tych Kuhn przy­wi­tał oso­bi­ście. Pozwo­lił im skosz­to­wać styg­giij­skiego likieru, który tu przy­wiózł, i poka­zał bele jas­sań­skiego sukna. Wysłu­chali z led­wie skry­waną eks­cy­ta­cją przy­wie­zio­nych przez niego wie­ści z Korelu. Pocho­dziły one zaled­wie sprzed kilku tygo­dni, pod­czas gdy z reguły wia­do­mo­ści potrze­bo­wały dwóch albo trzech mie­sięcy, by dotrzeć do tej czę­ści izo­lo­wa­nego Morza Dzwo­necz­ków.

Jedyna pośród agen­tów kupiec­kich kobieta zasko­czyła jed­nak Kuhna. Obser­wo­wał ją z uwagą. Opie­rała się o burtę, sto­jąc z dala od pozo­sta­łych. Wdziała ciemny skó­rzany strój, do pasa przy­tro­czyła miecz, a dłu­gie, kasz­ta­nowe włosy spięła jaskra­wo­zie­loną klamrą z szyl­kretu. Przy­po­mi­nała nie­mal kogoś w rodzaju ofi­cera. Nie oka­zała zain­te­re­so­wa­nia towa­rami ofe­ro­wa­nymi przez Kuhna. Obser­wo­wała tylko jego ludzi, gapią­cych się na gęsto poro­śnięty drze­wami brzeg. Na Korel docie­rały jedy­nie nie­liczne, znie­kształ­cone opo­wie­ści doty­czące wyda­rzeń na zie­miach połu­dnio­wego sąsiada. Podobno zgraja najem­ni­ków wywal­czyła tam dla sie­bie pry­watne kró­le­stwo. To było dawno temu, ale Kuhn zasta­na­wiał się, czy kobieta może być jedną z nich.

Oka­zaw­szy zain­te­re­so­wa­nie sto­pami desko­wymi miej­sco­wego drewna, gar­bo­wa­nymi skó­rami oraz futrami, poświę­cił sporo czasu na prze­ka­zy­wa­nie wia­do­mo­ści z Korelu. Ota­cza­jący go krąg miej­sco­wych z uwagą słu­chał wszyst­kich jego słów - praw­dzi­wych czy nie. Gdy opo­wia­dał o Sztor­mo­wym Murze, słu­cha­cze nagle umil­kli. Wszy­scy skie­ro­wali spoj­rze­nia za jego plecy. Odwró­cił się.

Kobieta w skó­rza­nym stroju zatrzy­mała się tuż za nim. Przy­glą­dała mu się z uwagą, uno­sząc pod­bró­dek.

- Prze­pra­szam... - wyją­kał.

- Pyta­łam o to... o czym mówi­łeś.

- To tylko naj­now­sze wie­ści ze Sztor­mo­wego Muru, czci­godna pani. Kim jesteś?

- Repre­zen­tuję guber­na­tora tej pro­win­cji. Stra­tem­skiej pro­win­cji Przy­stań.

- Guber­na­tora? Naprawdę? - Kuhn zer­k­nął na pobli­skiego agenta, który poki­wał z powagą głową. Intry­gu­jące. Te wie­ści mogą być wiele warte w nie­któ­rych por­tach Korelu. - A jak się nazywa ten guber­na­tor?

Gdy pode­szła bli­żej, zauwa­żył wysoko na jej lewej piersi ozdobę przed­sta­wia­jącą smoka albo węża wyku­tego w sre­brze.

Unio­sła jeden koniu­szek wąskich ust w nie­malże okrut­nym uśmieszku.

- Ty pierw­szy.

Ach, więc tak chcesz to roze­grać? Kuhn wzru­szył ramio­nami i wsparł przed­ra­miona na relingu.

- Oczy­wi­ście, pani. Moje wie­ści nic nie kosz­tują. To chyba naj­waż­niej­szy powód, dla któ­rego kupcy wszę­dzie są mile widziani. Mówi­łem o Sztor­mo­wym Murze. No wiesz, sze­regi Wybra­nych się prze­rze­dziły, ale w ostat­nim roku na Murze poja­wił się nowy obrońca. Korel­rij­czycy cią­gle opo­wia­dają o jego czy­nach. Mówią na niego Krata. To dziwne imię.

Wzdry­gnął się, ujrzaw­szy reak­cję kobiety. Pobla­dła nagle i unio­sła dłoń, jakby chciała zaci­snąć ją na gar­dle Kuhna, ale ku jego uldze pochwy­ciła tylko powie­trze.

- Krata - wysy­czała tonem bli­skim bojaźni, a potem prze­sko­czyła przez reling i zsu­nęła się na dół po linie, posłu­gu­jąc się tylko rękami. Wylą­do­wała nie­zbyt pew­nie w łodzi i natych­miast kazała odpły­wać. Nawet sama zła­pała za wio­sła i musku­larni wio­śla­rze tylko z tru­dem mogli jej dorów­nać.

Kuhn przy­pa­try­wał się temu ze zdzi­wie­niem, dra­piąc się po skó­rze głowy.

- Kto to był, na Bło­go­sła­wioną Panią?

- Janeth, straż­niczka mia­sta.

- Straż­niczka? Co zna­czy ten tytuł? Czy to wasza wład­czyni?

Agent pokrę­cił głową.

- Nie, szla­chetny panie. Mamy swoją radę. Janeth tylko pil­nuje prze­strze­ga­nia praw. Jej ludzie strzegą wybrzeża. Aresz­tują zło­dziei i mor­der­ców. Co prawda, od dawna nie mie­li­śmy tu mor­der­stwa. - Agent skrzy­żo­wał ramiona na relingu, wyraź­nie zain­te­re­so­wany tema­tem. - Nie­dawno poja­wili się tu łupieżcy z sąsied­niej Kobyły. Napa­dają na nas od czasu do czasu. Prze­pę­dziła ich ze swo­imi ludźmi.

Kuhn spoj­rzał na odda­la­jącą się łódź. Prze­pę­dzili koby­lań­skich łupież­ców? Ilu miała tych ludzi? Strze­że­nie prawa i ochrona. Pra­cuje dla tego samo­zwań­czego guber­na­tora. Czy to król pod inną nazwą? Te wie­ści o sen­nym dotąd połu­dnio­wym sąsie­dzie z pew­no­ścią zain­te­re­sują Korel­rij­ską Radę Wybra­nych.

- A jak się nazywa ten guber­na­tor pro­win­cji?

Agent wzru­szył ukry­tymi pod gru­bym skó­rza­nym stro­jem ramio­nami.

- Sły­sza­łem kie­dyś, jak mówili na niego Blues. My nazy­wamy go lor­dem guber­na­to­rem. Mieszka w sta­rym for­cie o nazwie Przy­stań. Dawno go tu nie widziano. Zresztą nawet gdy­bym go zoba­czył, i tak bym go nie poznał.

Na razie wystar­czy.

Kuhn uśmiech­nął się i pokle­pał agenta po ramie­niu.

- Dzię­kuję. Spo­tkamy się wie­czo­rem?

- Z pew­no­ścią. "U Esty". To miej­sce jest bar­dzo czy­ste. Naj­lep­sze. Prze­ko­nasz się.

Naj­lep­sze? Przy­ja­cielu, bar­dzo wąt­pię, by to błot­ni­ste zadu­pie mogło kon­ku­ro­wać z atrak­cjami, jakie mają do zaofe­ro­wa­nia legen­darne lokale, jakimi mogą się pochwa­lić Danig w Kra­dzieży albo Heban w Styggu.

Rozdział I

Roz­dział I

Czym jest sta­rzec, jeśli nie stertą więd­ną­cych liści?

Mądrość sta­ro­żyt­nych Kre­shen Reel, kom­pi­la­tor

Rok 33. oku­pa­cji mala­zań­skiej Korel­rij­ski rok 4178 e.M. Na pół­noc od Elri, Wyspa Korel

Biurko lorda pro­tek­tora Sztor­mo­wego Muru zbu­do­wano z desek pocho­dzą­cych z wraku koby­lań­skiej galery wojen­nej. Wróg, Jeźdźcy Sztormu, zdo­był ją i wyko­rzy­stał w pró­bie sta­ra­no­wa­nia muru. To był jeden z ich naj­le­piej zapla­no­wa­nych ata­ków w ostat­nim stu­le­ciu. Ponad trzy­dzie­stu Wybra­nych oddało życie, by zamknąć wyłom, i zostało świę­tymi męczen­ni­kami. Ówcze­sny lord pro­tek­tor, jeden z nie­licz­nych nie-Korel­rij­czy­ków, jacy kie­dy­kol­wiek pia­sto­wali ten czci­godny urząd, naka­zał zro­bić to biurko, by przy­po­mi­nało jego następ­com, że choć Jeźdźcy Sztormu przez stu­le­cia ata­ko­wali Mur, sto­su­jąc cią­gle tę samą, prze­wi­dy­walną tak­tykę, ni­gdy nie wolno ich lek­ce­wa­żyć.

Lord pro­tek­tor Hiam, obec­nie pia­stu­jący naj­wyż­szy urząd na sub­kon­ty­nen­cie, ostatni z nie­prze­rwa­nej linii zaczy­na­ją­cej się od pierw­szego lorda pro­tek­tora, legen­dar­nego Zało­ży­ciela Temal-Esha, prze­su­nął dło­nią po cie­płym, gład­kim bla­cie biurka, myśląc o tym aż nazbyt aktu­al­nym prze­ka­zie z prze­szło­ści. W szczy­to­wym momen­cie ataku Jeźdź­ców rogi blatu pokrył szron, jakby drewno przy­po­mniało sobie, w jak pod­stęp­nym celu kie­dyś je wyko­rzy­stano. To była jedna z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych chwil w całej histo­rii Sztor­mo­wego Muru, ale przy­naj­mniej zagro­że­nie przy­cho­dziło z zewnątrz. Hiam z chę­cią zamie­niłby na nie to, przed któ­rym stał obec­nie.

Uniósł wzrok i zoba­czył, że jego adiu­tant, mar­sza­łek sztabu Shool, cze­kał cier­pli­wie przez cały czas, gdy on zato­pił się w myślach. Odchrząk­nął.

- Jak rozu­miem, pro­gnozy naboru na­dal spa­dają, Shool.

Adiu­tant na jed­nym przed­ra­mie­niu trzy­mał hełm, a przez dru­gie prze­rzu­cił sobie ciem­no­la­zu­rowy płaszcz. Pokło­nił się, usiadł i poło­żył pro­sty hełm na pod­ło­dze.

- Tak, lor­dzie pro­tek­to­rze.

- Jeśli uwzględ­nić przej­ścia w stan spo­czynku, straty w ludziach i zwy­kłe zuży­cie, w jakiej sytu­acji postawi nas to jesie­nią?

- W jesz­cze gor­szej niż w poprzed­nim roku.

A w poprzed­nim była gor­sza niż w tym, który był przed nim. Ten wyraźny trend zapo­wia­dał nie­unik­nioną totalną kata­strofę każ­demu, kto chciałby eks­tra­po­lo­wać go na przy­szłość. Ale Hiam nie miał zamiaru tego robić. Pani, ich Obroń­czyni, ocali ich jak zawsze. Wie­dział, że powszech­nie uważa się, iż spad­kowi liczby Wybra­nych winni są mala­zań­scy najeźdźcy. Nie pró­bo­wał wyper­swa­do­wać ludziom tego prze­ko­na­nia, wła­śnie dla­tego, że wie­dział, iż ten trend zaczął się na długo przed przy­by­ciem Mala­zań­czy­ków.

Pod­szedł do szcze­liny okna wycho­dzą­cego na naj­dłuż­szy i naj­po­tęż­niej­szy odci­nek cią­gną­cego się przez wiele mil Sztor­mo­wego Muru. Szara, spo­kojna tafla Morza Sztor­mów lśniła w bla­sku słońca. Ile razy stał w tym miej­scu i zasta­na­wiał się, co kryje się pod tą powierzch­nią? Czy nie­przy­ja­ciel w tej chwili rów­nież ich obser­wo­wał? A może po porażce wyco­fy­wał się do jakichś nie­wy­obra­żal­nych głębi bądź jaskiń, żeby prze­spać wie­lo­mie­sięczną prze­rwę? Nikt tego nie wie­dział, choć poeci i min­strele snuli roz­ma­ite spe­ku­la­cje w swych nie­zli­czo­nych roman­tycz­nych bal­la­dach i epo­sach.

Z pomocą Pani być może uda mu się także raz na zawsze uni­ce­stwić Jeźdź­ców.

Odwró­cił się od wąskiej szpary w gru­bym na dłu­gość ramie­nia Murze.

- Potrze­bu­jemy wię­cej pospo­li­tego rusze­nia z pro­win­cji, Shool. Naci­skaj na nich mocno. Przy­po­mnij Jas­stoń­czy­kom i Styg­gij­czy­kom o ich obo­wiąz­kach.

Shool pod­niósł hełm i zaczął obra­cać go w dło­niach, przy­glą­da­jąc się zabar­wio­nej na nie­bie­sko skó­rze i srebr­nemu gra­we­run­kowi Wybra­nego Sztor­mo­wego Gwar­dzi­sty.

- Spo­dzie­wasz się, że nowy mala­zań­ski cesarz zarzą­dzi ofen­sywę?

- Spo­dzie­wam się ofen­sywy, Shool - odparł ze spo­ko­jem Hiam. - Ale nie ze strony Mala­zań­czy­ków.

Hełm znie­ru­cho­miał w dło­niach adiu­tanta. Shool opu­ścił głowę w geście posłu­szeń­stwa.

- Wybacz, lor­dzie pro­tek­to­rze.

Hiam zdjął z haka przy oknie gruby weł­niany płaszcz, który nosił przez cały rok - zarówno gdy dęły mroźne wichry, jak i kiedy nad­cho­dziły let­nie upały.

- Pój­dziemy?

Shool wstał pośpiesz­nie i ski­nął głową.

- Tak jest, lor­dzie pro­tek­to­rze.

***

Wyszli z głów­nego don­żonu na sze­roki na pięć­dzie­siąt kro­ków, tar­gany wia­trem szczyt muru, miej­sce zbió­rek żoł­nie­rzy. Bli­żej morza znaj­do­wał się drugi, węż­szy mur, pełen kamien­nych kla­tek scho­do­wych i zwień­czony chod­ni­kiem oraz zewnętrz­nymi machi­ku­łami. Szare gra­ni­towe bloki, z któ­rych zbu­do­wano mur, lśniły po nie­daw­nym desz­czu, a w kału­żach odbi­jało się zachmu­rzone niebo.

Mala­zań­czycy tylko odwra­cają naszą uwagę od praw­dzi­wego obo­wiązku, jaki speł­niamy zgod­nie z boskim naka­zem, pomy­ślał Hiam. Wielu ludziom zbyt­nio zaim­po­no­wały suk­cesy odnie­sione przez Impe­rium w innych miej­scach. Oni jed­nak nie byli zapchlo­nymi bar­ba­rzyń­cami, zdu­mie­wa­ją­cymi się tajem­nicą zor­ga­ni­zo­wa­nej pie­choty, ani deka­denc­kimi miesz­czu­chami, któ­rych można było zastra­szyć bądź prze­ku­pić. Byli Sztor­mo­wymi Gwar­dzi­stami, Wybra­nymi. Bro­nili wszyst­kich krain przed ich naj­więk­szym wro­giem.

Nikt nie zdoła ich poko­nać. Abso­lut­nie nikt.

Wybrany spo­tkał ich tuż za drzwiami. Miał na sobie gruby ciem­no­nie­bie­ski płaszcz będący ich nie­ofi­cjal­nym mun­du­rem. Na gło­wie nosił hełm z kitą, a w dłoni dzier­żył włócz­nię o sze­ro­kim gro­cie. To był mar­sza­łek muru i kwa­ter­mistrz, Quint z Kra­dzieży. Pokło­nił się Hia­mowi, a na jego ciem­nej, nazna­czo­nej bli­zną twa­rzy poja­wił się srogi gry­mas. Lord pro­tek­tor pamię­tał, że tak wygląda jego uśmiech, i ski­nął głową w odpo­wie­dzi.

Roz­po­częli inspek­cję. Hiam nie mógł prze­oczyć nie­po­ko­ją­cych szcze­gó­łów, choć powstrzy­my­wał się od komen­ta­rzy. Popę­kane stop­nie w kiep­skim sta­nie, podarte kosze, które powinno się zastą­pić nowymi, cienka, wytarta lina, mająca już za sobą naj­lep­sze lata, wystrzę­piony płaszcz Quinta i jego zno­szone san­dały. Wszyst­kie te pro­blemy mogłyby roz­wią­zać ade­kwatne fun­du­sze, ale pie­nią­dze, jakie dosta­wali dzięki try­bu­tom, podat­kom oraz skład­kom, w cało­ści wyda­wano na zdo­by­cie żoł­nie­rzy na wszel­kie moż­liwe spo­soby.

A wpływy z try­bu­tów i podat­ków spa­dały, zwłasz­cza od chwili, gdy poja­wili się najeźdźcy. Mala­zań­czycy dodali śmia­ło­ści peł­nym resen­ty­men­tów sąsia­dom, takim jak Jas­ston i Stygg, któ­rzy byli teraz gotowi zapo­mnieć o obo­wią­zu­ją­cych od stu­leci trak­ta­tach oraz umo­wach.

- Jak idą naprawy, mar­szałku? - zapy­tał Hiam.

Nazna­czona bli­zną - pamiątką po wyszczer­bio­nym mie­czu Jeźdźca - twarz Quinta wykrzy­wiła się jesz­cze bar­dziej. Poru­szył ukry­tymi pod płasz­czem rękami, przy­ci­ska­jąc do sie­bie drzewce włóczni.

- Ci robot­nicy są powolni jak wybredne kurwy w bur­delu.

Hiam nie zdo­łał się powstrzy­mać przed iro­nicz­nym uśmiesz­kiem. Quint zasły­nął jako naj­strasz­liw­szy ze Sztor­mo­wych Gwar­dzi­stów. Znali się już od chwili wstą­pie­nia do Gwar­dii, choć Quint był tu wcze­śniej od niego.

- To nie są ochot­nicy, jak za daw­nych lat.

W prze­ci­wień­stwie do nas.

Mar­sza­łek ogra­ni­czył się do potwier­dza­ją­cego chrząk­nię­cia. Nikt inny nie pozwo­liłby sobie na coś takiego pod­czas roz­mowy z lor­dem pro­tek­to­rem.

- Gdyby pra­co­wali choć z ułam­kiem zapału, z jakim się skarżą, wszystko już dawno byłoby zro­bione. Powi­nie­neś ich posłu­chać, Hiam. Mówią, że zimą pra­cują wystar­cza­jąco ciężko, by nie musieć latem zasu­wać w bry­ga­dach remon­to­wych. Ale żaden z nich ni­gdy nie sta­nął na szczy­cie muru. Musimy pole­gać raczej na cudzo­ziem­skich robot­ni­kach niż na rodo­wi­tych Korel­rij­czy­kach. To cho­lerny skan­dal. Wcale bym się nie zdzi­wił... - Ucichł, a po chwili par­sk­nął ochry­płym śmie­chem. - Ale kiedy zaczyna sypać śnieg, śpie­wają inną pio­senkę, czyż nie tak, Hiam?

Lord pro­tek­tor zauwa­żył, że Quint gapi się na wstrzą­śniętą minę Sho­ola. Tak, stary przy­ja­cielu, nie jeste­śmy sami. Chcia­łeś powie­dzieć, że wcale byś się nie zdzi­wił, gdyby Nasza Pani odwró­ciła się od nas z powodu naszych grze­chów, mam rację? Sta­li­śmy się sta­rymi psami narze­ka­ją­cymi na upa­dek oby­cza­jów, jak nasi instruk­to­rzy i prze­ło­żeni przed nami.

Hiam zatrzy­mał się i ski­nął głową do Sho­ola.

- Wystar­czy. Spi­sami zaj­miemy się jutro.

- Tak jest, lor­dzie pro­tek­to­rze - odparł adiu­tant, kła­nia­jąc się.

Quint odpro­wa­dził go wzro­kiem.

- Minęło sta­now­czo za mało czasu, odkąd odsta­wiono go od cycka - poskar­żył się.

- Swoje już odsłu­żył - mruk­nął Hiam. - Odpo­wiedz mi szcze­rze, kwa­ter­mi­strzu. Bez swych zwy­kłych wykrę­tów.

- Wszystko się spier­do­liło i tyle. Jeste­śmy spóź­nieni na wszyst­kich odcin­kach. Na wschód od Vor jest szcze­lina w obli­cówce tak sze­roka, że mógłby się w niej posu­wać doro­sły męż­czy­zna. Ale... - odsło­nił krzywe, pożół­kłe zęby - ...to samo można by powie­dzieć o pew­nej kobie­cie, którą pozna­łem w Jouri­la­nie.

- A co z inży­nie­rem Sti­min­sem?

Quint prych­nął z iry­ta­cją.

- Coś ci opo­wiem o naczel­nym inży­nie­rze Sti­min­sie. W zeszłym tygo­dniu zapro­wa­dził mnie do pod­stawy muru za piątą wieżą na pół­noc od Sztormu i poka­zał mi krętą smużkę pia­sku bie­gnącą mię­dzy kamie­niami. Wyrywa sobie włosy z głowy z powodu wyschnię­tego stru­myka, pod­czas gdy ja nie mogę zna­leźć kamie­nia­rzy, któ­rzy wypeł­ni­liby luki.

- Boi się o fun­da­menty.

- Nie chrzań. Mur jest masywny jak góra. Nie może się zawa­lić. Zresztą to tylko pozy­cja, któ­rej możemy bro­nić. Ważni są ci, któ­rzy na nim stoją. Potrze­bu­jemy ich wię­cej.

- Niech Pani pobło­go­sławi twoje słowa, Quint. Co z naj­now­szym nabo­rem? Jak sobie radzą?

- Tyle z nich pożytku, co z eunu­chów i kraw­co­wych. Ale nauczymy ich, czego trzeba. Jak zwy­kle odrzuty z wię­zień Kata­kanu i Kra­dzieży nie są warte żyw­no­ści, którą dla nich kupu­jemy, ale dour­kań­ski i jouri­lań­ski kon­tyn­gent są w porządku. Z Kobyły przy­słano nam mala­zań­skich jeń­ców. Mamy nawet tro­chę dłuż­ni­ków z Rool. Naj­wy­raź­niej Mala­zań­czycy na­dal na to pozwa­lają.

- Jestem pewien, że dostają działkę. Jeśli już o nich mowa, to jak sobie radzi nasz obrońca?

- Nie możemy liczyć, że wytrzyma kolejny sezon. Pra­gnie śmierci. Widzia­łem już takie przy­padki.

- To fatal­nie. Doko­nał zdu­mie­wa­ją­cych czy­nów.

- To prawda. Ale śmieje się jak sza­le­niec za każ­dym razem, gdy nazy­wamy go Mala­zań­czy­kiem.

Hiam poki­wał z namy­słem głową, słu­cha­jąc dobie­ga­ją­cych z wia­trem meta­licz­nych odgło­sów młot­ków ude­rza­ją­cych w kamień, nawo­ły­wań bry­ga­dzi­stów oraz cichego rytmu jesien­nych fal ude­rza­ją­cych o brzeg. Ramiona pociły mu się pod gru­bym płasz­czem.

- Zna­ko­mi­cie, kwa­ter­mi­strzu. Nie będę ci już dłu­żej prze­szka­dzał w pracy.

Quint prze­chy­lił podejrz­li­wie głowę.

- Dokąd się wybie­rasz?

- Spró­buję zna­leźć naszego naczel­nego inży­niera.

- Ha! Na pewno opadł na ręce i kolana i obwą­chuje nasze fun­da­menty jak pies.

- Rób swoje, mar­szałku muru, i nie wchodź w drogę naczel­nemu inży­nie­rowi.

- Z przy­jem­no­ścią.

***

Lord pro­tek­tor zdo­łał wytro­pić naczel­nego inży­niera Sti­minsa dopiero póź­nym popo­łu­dniem. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Quinta obwą­chi­wał pod­stawę muru. Do tego czasu Hiam pozy­skał już eskortę - dwoje wete­ra­nów, Stalla z Korelu i solidną Evessę z Jouri­lanu. Wielu podej­rze­wało, że w żyłach kobiety pły­nie wię­cej niż kro­pelka sta­rej krwi. Przy­byli tu na pole­ce­nie Quinta, który powie­dział im, że nie ucho­dzi, by lord pro­tek­tor łaził sam po murze, nie mając straż­ni­ków. Hiam nie wspo­mniał nic o tym, że kwa­ter­mistrz postą­pił rów­nie nie­sto­sow­nie, pozwa­la­jąc na to naczel­nemu inży­nie­rowi.

Usły­szał Sti­minsa na długo przed tym, nim go zoba­czył. Stał wśród wiel­kich, zwa­lo­nych gła­zów na stoku po tyl­nej stro­nie muru.

- Jesteś naprawdę piękny - mru­czał stary inży­nier. Hiam nie musiał się zasta­na­wiać, do czego prze­ma­wia inży­nier. - Naprawdę bar­dzo piękny.

Stall i Evessa, któ­rzy szli za nim, postu­ku­jąc włócz­niami, wymie­nili spoj­rze­nia, a potem wznie­śli oczy ku niebu.

Hiam zadał sobie pyta­nie, czy pod­krada się do papugi.

Wresz­cie okrą­żyli wysoki głaz i zoba­czył naczel­nego inży­niera. Sti­mins opadł na czwo­raki przed szcze­liną. Wyglą­dał jak blady pająk szu­ka­jący w niej poży­wie­nia.

- Naczelny inży­nie­rze... - zaczął lord pro­tek­tor.

Męż­czy­zna pode­rwał się nagle i obrzu­cił go krót­ko­wzrocz­nym spoj­rze­niem spod bia­łych, krza­cza­stych brwi.

- Kto mówi? Kto?

- Jestem Hiam, Sti­mins.

- Aha, młody Hiam. Co tu robisz, w imię Pani?

- Szu­kam cię - odpo­wie­dział cierp­kim tonem lord pro­tek­tor.

- Tak? A po co?

Hiam obej­rzał się na straż­ni­ków, naka­zu­jąc im się odda­lić. Posłu­chali go i oparli się o głazy, krzy­żu­jąc ramiona na drzew­cach włóczni.

- Twój raport.

Inży­nier bawił się kamy­kami, które trzy­mał w dłoni, obra­ca­jąc je bez końca.

- Raport? Jaki raport?

Lord pro­tek­tor ude­rzył otwartą dło­nią w szorstką, roz­grzaną powierzch­nię głazu, pokrytą bia­łymi smu­gami wyschnię­tego pta­siego guana oraz zie­lo­nymi i poma­rań­czo­wymi pla­mami poro­stów.

- Twój raport o sta­nie muru!

- Ach, ten raport. Nie jest jesz­cze ukoń­czony. Muszę dokład­niej zba­dać sprawę.

- To samo powie­dzia­łeś mi w zeszłym roku. I dwa lata temu.

Śnież­no­białe brwi unio­sły się wysoko. Załza­wione jasno­nie­bie­skie oczy wpa­try­wały się w lorda pro­tek­tora.

- Naprawdę? Sam widzisz.

- Z całym sza­cun­kiem, naczelny inży­nie­rze, nie mamy już czasu na takie luk­susy jak koń­cze­nie rapor­tów. Będzie nam musiało wystar­czyć to, co stwo­rzy­łeś do tej pory.

Sti­mins pocią­gnął z dez­apro­batą nosem.

- Na tym wła­śnie polega pro­blem z mło­dym poko­le­niem. Bra­kuje wam cier­pli­wo­ści, żeby wyko­nać robotę, jak należy. Dla­tego wszystko pędzi w Otchłań na uszko­dzo­nym wozie.

Hiam skrzy­żo­wał ręce na piersi, roz­chy­la­jąc płaszcz, by odsło­nić musku­larne, nazna­czone bli­znami przed­ra­miona. Na zarę­ka­wiach z brązu i gar­bo­wa­nej skóry pełno było głę­bo­kich bruzd i zadra­pań. Naczelny inży­nier wycią­gnął kości­stą dłoń. Zaci­skał ją mocno, aż knyk­cie zazna­czały się wyraź­nie. Hiam pod­su­nął mu swoją, otwartą. Spa­dły na nią dwa kamyki.

- Oto mój raport - oznaj­mił Sti­mins.

Zasko­czony lord pro­tek­tor przyj­rzał się kamy­kom. Ujął po jed­nym w obie dło­nie i prze­ko­nał się, że pasują do sie­bie dosko­nale. Były dwiema poło­wami tego samego kawałka.

- Co to ma być? Pęk­nięty kamień?

- Roz­po­ło­wiony przez nisz­czące zimno, lor­dzie pro­tek­to­rze.

Hiam spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem.

- Zimno? Jak coś takiego może być moż­liwe?

Sti­mins uniósł rękę, pro­sząc go o cier­pli­wość.

- Pozwól, że się popra­wię. Przez szron. Wil­goć, która nagle zamar­zła. Gwał­tow­nie.

Hiam pomy­ślał o becz­kach wody porzu­co­nych pod­czas naj­groź­niej­szych ata­ków. Nie­które z nich eks­plo­do­wały od dotyku magii Jeźdź­ców.

- Rozu­miem... chyba.

- Na całej dłu­go­ści muru wil­goć co roku zama­rza, a potem top­nieje - kon­ty­nu­ował Sti­mins gło­sem, który nabrał roz­ma­rzo­nego brzmie­nia. - Ale to nie są powolne, łagodne pro­cesy natury, lecz nie­na­tu­ralna pięść Jeźdź­ców, ude­rza­jąca każ­dej zimy. Roz­bi­ja­jąca mur na frag­menty.

- Ile... - Hiam odkaszl­nął, żeby prze­czy­ścić sobie gar­dło. - Ile czasu nam zostało?

Stary inży­nier wzru­szył ramio­nami z iry­tu­jącą obo­jęt­no­ścią. Jego twarz na­dal była pozba­wiona wyrazu.

- Kto wie? Może sto lat, a może tylko jeden rok.

Sta­ra­jąc się nie stra­cić pano­wa­nia nad sobą, Hiam odrzu­cił kamyki, które ude­rzyły ze stu­kiem o głaz.

- Dzię­kuję za raport, naczelny inży­nie­rze. - Choć oka­zał się cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczny, jeśli cho­dzi o bie­żący kry­zys. - Przy­po­mi­nam ci, że takimi infor­ma­cjami możesz się dzie­lić tylko ze mną.

Sti­mins zamru­gał ze zdzi­wie­niem i zmarsz­czył brwi.

- Oczy­wi­ście, lor­dzie pro­tek­to­rze.

- Zna­ko­mi­cie. Rób dalej swoje.

Hiam opu­ścił swego naczel­nego inży­niera, by mógł na­dal dra­pać się po rzad­kich wło­sach i wpa­try­wać w głazy z zasę­pioną miną.

Jego straż­nicy, Stall i Evessa, odsu­nęli się od wiel­kich jak men­hiry gła­zów. Stall rzu­cił o nie garstką kamy­ków.

- Bar­dzo dziw­nie stu­kają, nie­praw­daż, Evessa?

- Echo jest tu nie­zwy­kłe, Stall.

***

Ivanr pro­wa­dził gospo­dar­stwo rolne na nie­spo­koj­nym dale­kim połu­dniu Jouri­lanu, u pod­nóża potęż­nego łań­cu­cha gór­skiego zwa­nego nie­kiedy Lodo­wym Grzbie­tem. Czę­sto prze­cho­dzili tędy wędrowcy oraz uchodźcy, ucie­ka­jący z poło­żo­nych na pół­nocy miast przed prze­śla­do­wa­niami reli­gij­nymi. Wielu twier­dziło, że Kapłanka jest bli­sko, ale zdzi­wił się, gdy pew­nego dnia poja­wiła się w jego gospo­dar­stwie. Gdy pochy­lał się nisko, zajęty pie­le­niem ogrodu, nagle usły­szał jej głos. Wypro­sto­wał się, pró­bu­jąc mru­ga­niem usu­nąć pot z oczu.

- Dla­czego się mnie boisz, Ivanr? - zapy­tała.

Przyj­rzał się sto­ją­cej przed nim mło­dej dziew­czy­nie odzia­nej w łach­many. Cudzo­ziemce, która przy­była tu, by nawró­cić cały kraj. Jej twarz nazna­czyły bruz­dami cier­pie­nia, jakich nie powi­nien dozna­wać nikt w tak mło­dym wieku. Koń­czyny miała chude, nie­malże wypa­czone od wysił­ków, do jakich była zmu­szana. Mimo to ota­czała ją nie­za­prze­czalna aura mocy, ostrze­ga­jąca wszyst­kich, któ­rzy mogliby mieć ochotę rzu­cić jej wyzwa­nie. Wzru­szył ramio­nami i wró­cił do pie­le­nia.

- Nie boję się cie­bie, Kapłanko.

- Ale upar­cie mnie uni­kasz.

Zato­czył ręką krąg, wska­zu­jąc na swoje pole.

- Mam dużo roboty.

Pode­szła bli­żej. Suche liście sze­le­ściły pod jej sto­pami.

- Ja też. Czyż­byś oba­wiał się, że mogę cię obcią­żyć dodat­kową pracą?

- Masz mnó­stwo innych kan­dy­da­tów.

- Ale roz­ma­wiam teraz z tobą.

Wypro­sto­wał się. Był znacz­nie wyż­szy od niej i musiała uno­sić głowę, by spoj­rzeć mu w oczy. Sple­cione czarne włosy ota­czały jej twarz niczym kap­tur. Wzdry­gnął się na widok roz­ka­zu­ją­cej głębi w jej oczach.

- W takim razie tra­cisz czas.

- Wydaje ci się, że masz poję­cie, co robię? No wiesz, wszy­scy z cie­bie drwią. Nazy­wają cię wie­śnia­kiem. Grze­bią­cym w ziemi tchó­rzem.

- Upra­wiam warzywa zwane pomi­do­rami, fasolą i kabacz­kami. - Przez jego twarz prze­mknął udrę­czony uśmiech. - Nie potrze­bu­jesz mnie. Sły­sza­łem, że masz wielu ary­sto­kra­tów. Ludzi czy­stej krwi, ze spra­wu­ją­cych wła­dzę rodzin.

- To prawda. Pod moim skrom­nym figow­cem zbie­rają się syno­wie i córki naj­szla­chet­niej­szych jouri­lań­skich rodów. "Zapo­znaj mnie ze swo­imi naukami", żądają. "Z tą nową ścieżką, o któ­rej sły­szymy". Nie­wy­klu­czone, że zaszli już zbyt daleko błędną ścieżką, ale nie umiem im tego zade­mon­stro­wać. Tylko ty możesz tego doko­nać.

Przyj­rzał się swoim brud­nym od ziemi dło­niom, krwa­wią­cym ska­le­cze­niom, stward­nie­niom i poła­ma­nym paznok­ciom.

Zupeł­nie jak pod­czas tych wszyst­kich lat ćwi­czeń i poje­dyn­ków.

- Nie zechcą mnie słu­chać. Mam... nie­wła­ściwe pocho­dze­nie.

- Ach tak. Wszy­scy Jouri­lań­czycy wsty­dzą się tej skazy. Mie­szana krew. Wiesz, jak się nazy­wali twoi przod­ko­wie, Ivanr?

Wzru­szył ramio­nami, przy­my­ka­jąc powieki.

- Matka powie­działa mi, że pocho­dzi z ple­mie­nia Czer­wo­nej Skały z Thoul-Alai. To wszystko, co wiem.

- Twoi przod­ko­wie byli Tobla­kai, Ivanr! - zawo­łała stward­nia­łym z nagłego gniewu gło­sem. - Bło­go­sła­wio­nymi dziećmi Wiel­kiej Matki. Nie­któ­rzy z was prze­trwali tu i ówdzie w izo­lo­wa­nych gru­pach, pomimo wysił­ków tych, któ­rzy ukra­dli wasze zie­mie.

- Ukra­dli? To mocne słowo, jak na cudzo­ziemkę.

Kapłanka oplo­tła ramio­nami chude ciało. Bruzdy wokół jej ust pogłę­biły się gwał­tow­nie.

- Ta histo­ria nie jest mi obca.

Ivanr przyj­rzał się jej z zasko­cze­niem.

Odsło­nię­cie sła­bego punktu. Otwar­cie. Uwa­żaj. Pokusa ma wiele twa­rzy.

- Nie­ważne. Co się stało, to się nie odsta­nie. Nic nie przy­wróci prze­szło­ści.

- Nie chcia­ła­bym tego.

Jej słowa brzmiały teraz łagod­niej, bar­dziej odpo­wied­nio dla jej wieku. Czuł rany, które nosiła, i coś w nim pra­gnęło ją uści­skać, zła­go­dzić jej ból.

Naprawdę jest nie­bez­pieczna.

- Rzecz w tym, jak powin­ni­śmy zmie­rzać ku przy­szło­ści. Ivanr, jesteś wojow­ni­kiem, który odrzu­cił wezwa­nie Sztor­mo­wego Muru. Sły­sza­łam wiele pogło­sek na temat two­ich moty­wów, ale mam wła­sną teo­rię...

Skie­ro­wał spoj­rze­nie na stado wron prze­la­tu­jące nad odle­głym cen­tral­nym pła­sko­wy­żem Jouri­lanu. Dym prze­sła­niał hory­zont na pół­nocy. Osło­nił oczy dło­nią i wytę­żył wzrok.

Pożary już się zaczęły. Cho­ler­nie wcze­śnie.

- To było tchó­rzo­stwo. Poprze­stańmy na tym.

- Nie. Tchó­rzo­stwem byłoby poprze­sta­nie na tym.

Opu­ścił rękę. Kapłanka przy­glą­dała mu się spo­koj­nie, pra­wie chłodno. Poczuł, że kuli się pod jej nie­wzru­szo­nym spoj­rze­niem. Na tej szczu­płej, poora­nej bruz­dami twa­rzy odci­snęło się tak wiele cier­pie­nia! A powinna być nie­ska­lana. I jesz­cze ta udręka w oczach. Czy to utrzy­mu­jący się cień obja­wie­nia, o któ­rym wszy­scy szep­czą? Któż ośmie­liłby się kry­ty­ko­wać wybory, któ­rych doko­nała? Ale on z pew­no­ścią nie jest jej godny. Jak ktoś, kto kie­dyś napa­wał się rado­ścią walki, mógłby słu­żyć Des­sem­brae, Panu Tra­ge­dii, czy któ­re­mu­kol­wiek z cudzo­ziem­skich bogów?

- Nie mogę. Nie jestem...

- Godny? Wystar­cza­jąco czy­sty? Skłonny do poświę­ceń? Pewien? Nikt z nas nie jest. A Pana Tra­ge­dii nie inte­re­suje nikt, kto jest pewien. Ich umy­sły są zamknięte, a on wymaga otwar­to­ści. - Spo­glą­dała teraz na niego z ukosa, nie­malże drwiąco. - To twój otwarty umysł dopro­wa­dził cię do takiego wnio­sku, roz­bły­sku intu­icji, który cię zmie­nił, czyż nie tak?

- Nie mam poję­cia, o czym mówisz.

- Instynk­tow­nie, bez żad­nych wpły­wów z zewnątrz, ujrza­łeś bez­sens tego wszyst­kiego.

Bogo­wie, ta kobieta naprawdę jest nie­bez­pieczna! Skąd wie? Czy jed­nak nie jest to esen­cja jej naucza­nia, jej prze­kaz?

Prze­su­nął dło­nią po spo­co­nym czole.

- To nie­bez­pieczne słowa, kapłanko - rzekł ochry­płym tonem. - Może za nie gro­zić śmierć.

- A jed­nak się boisz...

Uśmiech­nął się do niej pół­gęb­kiem.

- Dołów tor­tur jouri­lań­skiego cesa­rza? Z pew­no­ścią.

- To nie one są wro­giem, tylko igno­ran­cja i nie­na­wiść. Czyż nie warto prze­ciw­sta­wić się im?

Czy­sty ide­alizm. Bogo­wie, od czego zacząć roz­mowę z kimś takim? Skie­ro­wał spoj­rze­nie na leżącą u jego stóp paprykę.

- Kapłanko... - zaczął. - Chyba nie myślisz, że jesteś pierw­sza? - Zato­czył krąg ręką, wska­zu­jąc na pola. - Nasza Pani Wyba­wi­cielka od wielu poko­leń pil­nie pełni straż nad swoim ogro­dem. Usuwa chwa­sty nie­ustan­nie i bez­li­to­śnie. Nie pozwala się zako­rze­nić żad­nemu nie­po­żą­da­nemu intru­zowi. Widzia­łem to już nie­raz.

Unio­sła wzrok. Być może powo­dem był wie­czorny blask słońca albo jakieś odbi­cie, ale jej oczy roz­ja­rzyły się płyn­nym ogniem.

- Czy zasta­na­wia­łeś się kie­dyś, dla­czego musisz nie­ustan­nie wal­czyć z chwa­stami? - zapy­tała cicho.

Prze­chy­lił głowę, nie­pewny, do czego zmie­rza kobieta.

- Dla­tego że są znacz­nie odpor­niej­sze niż plony, które pró­bu­jesz zebrać.

Wzdry­gnął się i zaczął cho­dzić po ogro­dzie, sta­wia­jąc stopy mię­dzy rośli­nami.

Niech cię szlag, kobieto! Jak śmiesz nękać mnie swo­imi nie­do­rzecz­nymi żąda­niami?! Czy nie zro­bi­łem już dosta­tecz­nie dużo? Być może nie wystar­czy po pro­stu odejść. Być może ni­gdy nie mogło wystar­czyć.

Zatrzy­mał się i spoj­rzał na nią. Mógł jej ofia­ro­wać jedy­nie niemą odmowę.

Zbli­żyła się ostroż­nie, jakby się bała, że może uciec, i wycią­gnęła do niego rękę.

- Przyj­mij to i przyjdź do mojego figowca. Usiądź u mego boku i wysłu­chaj wia­do­mo­ści, która do mnie dotarła. Wie­rzę, że zasze­dłeś już daleko na Ścieżce.

Nie chciał unieść ręki, więc ją ujęła i wci­snęła w nią jakiś przed­miot. Jej dłoń była znacz­nie mniej­sza od jego dłoni, lecz zara­zem nie­po­rów­na­nie tward­sza. Ostra i nie­ustę­pliwa jak kawałki kamie­nia. Odda­liła się, cią­gnąc za sobą przez ogród dłu­gie, złach­ma­nione szaty. Ivanr otwo­rzył dłoń. Trzy­mał w niej żela­zny gwóźdź o kwa­dra­to­wej główce, przy­po­mi­na­jący minia­tu­rowy miecz. Przez małą pętlę, która była uchwy­tem i gałką, prze­cią­gnięto rze­myk. Sym­bol kultu Des­sem­brae.

Wie­ści o here­zji poli­te­izmu dotarły na pół­noc z pod­gó­rza kilka lat temu. Od tego czasu Ivanr dwu­krot­nie odrzu­cił wezwa­nie z muru i cisnął swe mie­cze na zie­mię na placu ćwi­czeb­nym z Abor. Wsa­dzili go do wię­zie­nia, pobili pra­wie na śmierć i nazwali prze­klę­tym pół­krwi The­lem - choć jego pocho­dze­nie nie miało zna­cze­nia, dopóki słu­żył im jego miecz. Nie chcieli go jed­nak zabić - nie wiel­kiego Ivanra, któ­rego do nie­dawna wysła­wiali jako naj­więk­szego jouri­lań­skiego wojow­nika za pamięci żyją­cych.

Tak oto ock­nął się w nie­zna­jo­mym bla­sku słońca, nie mając niczego poza łach­ma­nami, które nosił na grzbie­cie. Straż­nicy, któ­rzy zepchnęli go z wozu, rzu­cili mu do stóp bukłak wody i oznaj­mili, że jeśli wróci do mia­sta, natych­miast go zabiją. Gdy uklęk­nął, by pod­nieść bukłak, na jego ple­cach otwo­rzyły się rany po biczo­wa­niu.

Powę­dro­wał na połu­dnie. Począt­kowo sądził, że będzie po pro­stu szedł przed sie­bie, aż doj­dzie do roz­le­głych lodow­ców utrzy­my­wa­nych na miej­scu przez Lodowy Grzbiet. Tam z pew­no­ścią by zgi­nął. Jed­nakże gdy dotarł na pod­gó­rze, zna­lazł tam wielu podob­nych sobie. Miesz­kali w nie­wiel­kich obo­zo­wi­skach, w któ­rych palili ogni­ska, i upra­wiali zie­mię przy trak­cie. W żyłach czę­ści z nich pły­nęła czy­sta krew, inni zaś byli mie­szań­cami - nie­do­bitki, ci, któ­rzy nosili piętno poprzed­nich miesz­kań­ców kra­iny. Jedni byli wysocy jak on, inni zaś niscy, ale sze­rocy w barach. Thoul-Alai, zwani też przez najeźdź­ców The­lami albo Tho­ulami. Doszedł do wnio­sku, że być może wła­śnie to jest miej­sce dla niego. Wybrał sobie kawa­łek twar­dej, nie­uro­dzaj­nej ziemi na stoku i zajął się jej uprawą.

Miej­scowi rol­nicy, hodu­jący rasę bydła zwaną bara­na­lami, uwa­żali go za sza­leńca i czę­sto prze­pę­dzali swoje stada przez jego pole. Inni The­lo­wie rów­nież uwa­żali go za nawie­dzo­nego. Żaden z nich nie zaj­mo­wał się rol­nic­twem. On jed­nak uwa­żał, że spo­łe­czeń­stwo oparte na spo­so­bie życia łow­ców-zbie­ra­czy, któ­rego nie spo­sób już było dłu­żej pod­trzy­my­wać, naprawdę powinno się zmie­nić. W tej sytu­acji rol­nic­two wyda­wało się roz­sąd­nym wyj­ściem.

Potem nade­szły wie­ści o nowym kul­cie. Bluź­nier­stwo! Odrzu­cają Bogi­nię! Sprze­ci­wiają się Sztor­mo­wemu Murowi! Rzą­dząca nimi kapłanka była cza­row­nicą, obra­ca­jącą męż­czyzn w nie­wol­ni­ków za pomocą seksu. Urzą­dzali orgie, pod­czas któ­rych mor­do­wali i zja­dali nie­mow­lęta.

Wyda­wało mu się dziwne, że wszy­scy byli gotowi uwie­rzyć, że kult pro­pa­gu­jący wyrze­cze­nie się prze­mocy jest gotowy mor­do­wać nie­mow­lęta. Życie jed­nak nauczyło go, że reli­gia bar­dzo czę­sto wiąże się z obłę­dem.

Potem na trak­cie bie­gną­cym przez dolinę poja­wiły się pierw­sze grupy zaku­tych w łań­cu­chy więź­niów. Na czele kolumny zawsze nie­siono dyn­da­ją­cego na szu­bie­nicy trupa. Ivanr przez cały dzień pra­co­wał na roli, osten­ta­cyj­nie zwró­cony ple­cami do traktu, aż wresz­cie porzu­cił narzę­dzia i ruszył do miej­sca, w któ­rym jouri­lań­scy straż­nicy urzą­dzili obo­zo­wi­sko. Ofi­cer wyszedł mu na spo­tka­nie w towa­rzy­stwie kilku żoł­nie­rzy.

- To here­tycy? - zapy­tał Ivanr.

- Tak. - Ofi­cer przy­glą­dał mu się z uwagą.

Ivanr widział wśród więź­niów wiele swych thel­skich braci i sióstr.

- Pro­wa­dzi­cie ich do Abor?

- Tak.

- Na egze­ku­cję?

- Tak.

- W zwy­cza­jowy spo­sób? Uka­mie­no­wa­nie? Zmiaż­dże­nie? Publiczne garo­to­wa­nie i wbi­ja­nie na pal? Czy po pro­stu zwy­kłe ukrzy­żo­wa­nie? Gwał­towny koniec życia dla tych, któ­rzy wyrze­kają się prze­mocy.

Spoj­rze­nie jouri­lań­skiego ofi­cera nabrało jesz­cze tward­szego wyrazu.

- Czy to miał być sprze­ciw?

- Tylko spo­strze­że­nie.

Ofi­cer mach­nął ręką, każąc mu odejść.

- Wygła­szaj swoje spo­strze­że­nia z więk­szego dystansu.

***

Mie­siąc póź­niej Ivanr sie­dział przed swą krytą dar­nią chatą i ostrzył narzę­dzia, gdy poja­wił się sze­reg zaku­rzo­nych po dłu­giej dro­dze żebra­ków. Pro­wa­dził ich stary męż­czy­zna czy­stej krwi jouri­lań­skich najeźdź­ców. Był wychu­dzony i nie­myty, ale głowę trzy­mał wysoko i szedł rów­nym kro­kiem, posił­ku­jąc się sta­wianą przed sobą laską. Zatrzy­mał swych ludzi w uprzej­mej odle­gło­ści i pod­szedł bli­żej, na­dal wspie­ra­jąc się na lasce.

- Czy możesz podzie­lić się wodą z tymi, któ­rzy są spra­gnieni, nie­zna­jomy?

Ivanr odło­żył osełkę i omiótł wzro­kiem hory­zont, wypa­tru­jąc jouri­lań­skich patroli. Nie zauwa­żył żad­nego.

- Mogę.

Wyniósł z chaty beczułkę wypeł­nioną desz­czówką i smo­ło­wany skó­rzany kubek. Sta­rzec pokło­nił się mu, pocią­gnął mały łyk, a potem zaniósł beczułkę swoim ludziom, ani na moment nie spusz­cza­jąc z Ivanra ciem­nych oczu osa­dzo­nych w ogo­rza­łej, pokry­tej bli­znami twa­rzy.

- Jeste­ście z połu­dnia? - zapy­tał Ivanr.

- Tak.

- Przy­no­si­cie wie­ści o tej nowej wie­rze?

Spę­kane, krwa­wiące wargi męż­czy­zny roz­cią­gnęły się w lek­kim uśmieszku.

- Jeste­śmy wyznaw­cami Kapłanki i gło­simy jej naucza­nie. Słowo o nowej wie­rze, którą jej obja­wiono. Wie­rze, która czci życie i odrzuca śmierć.

- Odrzu­ca­cie śmierć?

- Akcep­tu­jemy ją. I w ten spo­sób pozba­wiamy ją wła­dzy nad nami.

- Zmier­za­cie na pół­noc?

- Tak. Do Pon-Ruo.

- Myślę, że znaj­dzie­cie tam to, co odrzu­ca­cie.

Znowu ten krzywy uśmie­szek.

- Śmierć czeka nas wszyst­kich. Dla­tego powin­ni­śmy sta­wiać sobie pyta­nie, jak należy żyć.

- To zna­czy prze­trwać?

- Nie. Jak żyć wła­snym życiem. Krzyw­dze­nie innych nie jest spo­so­bem na odda­wa­nie czci życiu.

Ivanr, który do tej pory tylko bawił się roz­mową, zadrżał, sły­sząc te słowa. Stary piel­grzym naj­wy­raź­niej tego nie zauwa­żył. Wska­zał na pole.

- Uprawa ziemi jest odda­wa­niem czci życiu.

Ivanr zbył go mach­nię­ciem ręki.

- Zabierz­cie wodę i idź­cie sobie - rzekł, po czym się odda­lił.

- Nie zdo­łasz uciec od życia! - zawo­łał za nim piel­grzym. - W ten spo­sób szko­dzisz sobie i dajesz moc temu, od czego się odwra­casz.

- Zostaw mnie!

Sta­rzec pokło­nił się uprzej­mie.

- Odda­jemy ci cześć za twój dar.

- Idź­cie już sobie, do cho­lery.

***

Bakune był prze­ko­nany, że ze wszyst­kich miejsc, w jakich można umrzeć w Banith, to jest naj­praw­do­po­dob­niej naj­brzyd­sze. Nie­malże czuł smród obłędu, który dopro­wa­dził sta­ruszkę do śmierci w tym śle­pym zaułku. Z pew­no­ścią jed­nak czuł odór sta­rego potu, zwie­rzę­cego stra­chu i wyschnię­tych szczyn.

Była mniszką słu­żącą w Klasz­to­rze i Hospi­cjum Naszej Pani Wyba­wi­cielki. Tyle przy­naj­mniej zdo­łała usta­lić Straż. Ogar­nął ją obłęd i zakoń­czyła życie w peł­nym śmieci zaułku, zmie­nia­jąc się w wykrę­cone ciało o pokry­tych pianą ustach i zakrwa­wio­nych pal­cach, któ­rymi przed śmier­cią dra­pała kamienny mur.

Ten przy­pa­dek omal nie umknął jego uwagi.

Straży nawet nie chciało się już go wzy­wać. To były tylko kolejne zwłoki. Ase­sor przy­szedł, przyj­rzał się sce­nie, zadał kilka głu­pich pytań i wró­cił do ślę­cze­nia nad swo­imi rapor­tami. Jaki był z tego poży­tek? Bakune widział, że choć Straż sza­nuje jego urzę­dową pracę, wola­łaby, żeby sie­dział w swo­ich poko­jach. Po wszyst­kich tych latach jego zacho­wa­nie zaczęło się robić, no cóż, kło­po­tliwe.

Ten przy­pa­dek róż­nił się jed­nak od innych. Co mniszka ze świą­tyni robiła na dwo­rze pośrodku nocy? Jak zdo­łała opu­ścić świą­tynię nie­po­strze­że­nie dla nikogo? I po co to zro­biła? W jakim celu zapu­ściła się w ten labi­rynt zauł­ków? Sza­leń­stwo było łatwą odpo­wie­dzią.

Zbyt łatwą jak na jego gust. Świą­ty­nia nie ujaw­niała zbyt wiele, gdy cho­dziło o szcze­góły dok­tryny wiary, a tym bar­dziej o jej wewnętrzną orga­ni­za­cję. Jak to moż­liwe, że ta żenu­jąca sprawa umknęła jej uwagi? Sza­loną kobietę z pew­no­ścią pod­dano by aresz­towi domo­wemu już jakiś czas temu. Zapewne nawet zamknięto by ją w celi dla asce­tów. Być może powi­nien odwie­dzić świą­ty­nię.

Wypro­sto­wał się i odsu­nął od sztyw­nie­ją­cego trupa. Jego eskorta, dwójka żoł­nie­rzy ze Straży, wyco­fała się do wylotu zaszczu­rzo­nego zaułka, gdzie spo­ty­kał się z dru­gim, nieco szer­szym i mniej zaśmie­co­nym. Bakune ruszył z wes­tchnie­niem ku żoł­nie­rzom, prze­cho­dząc nad gni­ją­cymi śmie­ciami i wyrzu­ca­nymi tu nie­czy­sto­ściami.

- Ale fetor - zauwa­żył ten z wąsami.

Od ludzi ze Straży Bakune mógł liczyć naj­wy­żej na takie prze­pro­siny.

- Chcę poroz­ma­wiać z opa­tem.

Dwaj straż­nicy wymie­nili spoj­rze­nia. Bakune z przy­gnę­bie­niem uświa­do­mił sobie, jak mało zna­czyły jego wpływy i opi­nia o nim. Co innego towa­rzy­szyć ase­so­rowi, gdy łaził po zauł­kach, a co innego pozwo­lić mu zawra­cać głowę opa­towi Klasz­toru Naszej Pani.

Mar­twiło go to, ale nie był zasko­czony. Straż Miej­ska ceniła dzia­ła­nie i szyb­kie rezul­taty. Zda­niem ase­sora tępe, okrutne pałki u boku straż­ni­ków były bar­dzo odpo­wied­nią bro­nią dla tępych, okrut­nych narzę­dzi wła­dzy, które je nosiły.

- Nie musi­cie mi towa­rzy­szyć.

Znowu pośpiesz­nie wymie­nili spoj­rze­nia.

- Nie, ase­so­rze - wyce­dził ten z nich, który wyglą­dał na nieco mniej tępego. - Na tym polega nasza robota.

- Pro­szę bar­dzo. Miejmy nadzieję, że uda się nam poroz­ma­wiać z opa­tem bez zwłoki.

Klasz­tor Bło­go­sła­wio­nej Pani był trze­cim pod wzglę­dem waż­no­ści świę­tym miej­scem na Pię­ści, po Jaski­niach Asce­tów w pobliżu Thol oraz Świą­tyni Naszej Pani w Paliss. Kobyła i Sko­lati nie miały podob­nych miejsc przy­cią­ga­ją­cych piel­grzy­mów. Klasz­tor wybu­do­wano na nagiej skale, na któ­rej ponoć Pani prze­lała wła­sną krew, by powstrzy­mać nad­cho­dzą­cych z morza wro­gów.

Bakune ruszył w stronę ścieżki dla piel­grzy­mów, wiją­cej się od portu aż do dwu­skrzy­dło­wych mie­dzia­nych wrót Klasz­toru. Naj­pierw dobie­gła go kako­fo­nia. Prze­kup­nie i naga­nia­cze pró­bo­wali gło­śnym wrza­skiem przy­cią­gnąć uwagę pąt­ni­ków wspi­na­ją­cych się sta­ro­żytną ścieżką do obi­tych mie­dzianą bla­chą drzwi. Bakune i jego straż­nicy przy­łą­czyli się do kolejki. Po obu stro­nach wąskiej Drogi Bła­gal­ni­ków cią­gnęły się sklepy, stra­gany oraz skromne dywany, na któ­rych wysta­wiano towary. Wszę­dzie ofia­ro­wano ogromny wybór amu­le­tów, bło­go­sła­wio­nych bran­so­let, uzdra­wia­ją­cych kamieni, kości roz­ma­itych mni­chów, mni­szek oraz świę­tych, tka­nin zdar­tych z ple­ców sły­ną­cych z poboż­no­ści ludzi, któ­rzy zmarli w sza­lo­nym unie­sie­niu - krótko mówiąc: wszyst­kiego, co mogłoby sku­sić piel­grzy­mów, któ­rzy przy­byli tu, by pogłę­bić duchowe oczysz­cze­nie.

Odpy­chał wycią­gane ku niemu kije obwie­szone licz­nymi amu­le­tami - las pokry­tych pacior­kami drzew.

- Leczu gorączkę, zgni­li­znę i kata­raktę! - zawo­łał prze­ku­pień, pod­su­wa­jąc mu wiszącą na kiju butelkę. - Bło­go­sła­wiona woda z klasz­tor­nego źró­dła! Leczy wszystko!

Bakune wie­dział, że taką wodę trzeba czer­pać bez­po­śred­nio ze źró­dła, by była sku­teczna, ale piel­grzymi, któ­rzy byli tu po raz pierw­szy, nie mieli o tym poję­cia.

Brudny ulicz­nik szarp­nął go za szaty.

- Chcesz skon­tro­lo­wać święte dzie­wice? - zapy­tał z lubież­nym uśmie­chem, zdu­mie­wa­ją­cym na tak mło­dej twa­rzy.

Jeden ze straż­ni­ków prze­gnał go kop­nia­kiem.

Bakune mógł tylko potrzą­snąć głową. Minęło już sporo czasu od jego ostat­niej obo­wiąz­ko­wej wizyty, ale nie przy­po­mi­nał sobie, żeby to wszystko było aż tak... odra­ża­jące. Zatrzy­mał się i spoj­rzał za sie­bie. Ocie­rali się o niego bar­kami zmie­rza­jący w górę piel­grzymi. Wszy­scy opusz­czali głowy, pogrą­żeni w głę­bo­kiej kon­tem­pla­cji. Na dole widział łuk Drogi. Pełno przy nim było nie tylko sprze­daw­ców reli­gij­nych towa­rów - auten­tycz­nych bądź nie - lecz rów­nież stra­ga­nów z żyw­no­ścią, gospód, stajni i tak dalej. Przed­się­bior­czy miesz­kańcy Banith świad­czyli napły­wa­ją­cym przez cały rok gościom wszel­kie moż­liwe usługi. Szcze­rze mówiąc, w pozba­wio­nej poza tym zna­cze­nia nad­mor­skiej mie­ści­nie było to jedyne regu­larne źró­dło docho­dów. Wszystko, co zagra­żało piel­grzym­kom, sta­no­wiło groźbę dla całego mia­steczka. Bakune poczuł zimny dreszcz prze­bie­ga­jący mu przez twarz - instynk­towne potwier­dze­nie tego, co jego rozum dawno już wie­dział.

Eskor­tu­jący go żoł­nie­rze zatrzy­mali się nagle, wymie­nia­jąc znu­dzone spoj­rze­nia. Odwró­cił się bez słowa i ski­nął dło­nią, naka­zu­jąc im ruszać dalej.

Bli­żej Klasz­toru tłum się prze­rze­dził. Znaj­do­wały się tu dro­gie sklepy za wąskimi drzwiami, prze­zna­czone dla bogat­szych piel­grzy­mów - być może kup­ców albo żon wyso­kich rangą urzęd­ni­ków z Dour­kanu bądź Jouri­lanu. Tu rów­nież porządku strze­gli Gwar­dzi­ści Wiary w poważ­nych, ciem­nych sza­tach, uzbro­jeni w drągi z żela­znymi oku­ciami. Zakon począt­kowo był mili­tarną kadrą wiary, odpo­wie­dzią na najazd Mala­zań­czy­ków. Jego obo­wiąz­kiem była obrona piel­grzy­mów, a także samej wiary przed błę­dami dok­try­nal­nymi i korup­cją. Zda­niem Bakune'a była to naj­gor­sza z inno­wa­cji wpro­wa­dzo­nych pod naci­skiem cudzo­ziem­skiej oku­pa­cji - być może dla­tego, że zakon stał się czymś w rodzaju kon­ku­ren­cyj­nej, reli­gij­nej poli­cji, decy­du­ją­cej, co jest dozwo­lone, a co nie. Być może uwa­żał przy tym, że stoi ponad docze­snym pra­wem, które repre­zen­to­wał w tym miej­scu sam ase­sor.

Gdy dotarł do wiel­kich dwu­skrzy­dło­wych drzwi pro­wa­dzą­cych na tereny klasz­torne, ujrzał tam mnó­stwo wałę­sa­ją­cych się bez­czyn­nie gwar­dzi­stów. Ich widok przy­po­mniał Bakune'owi, że od chwili przy­by­cia tutaj nie widział ani jed­nego żoł­nie­rza nie­daw­nych mala­zań­skich oku­pan­tów. To było roz­sądne posu­nię­cie. Trzy­mali się z dala od szlaku piel­grzy­mów, gdzie łatwo mogło dojść do wybu­chu prze­mocy.

Dwaj gwar­dzi­ści sta­nęli na jego widok w otwar­tych drzwiach, zagra­dza­jąc mu drogę.

- Co cię spro­wa­dza do Klasz­toru? - zapy­tał jeden z nich.

Ase­sor uniósł brwi. Odkąd to zaczęli prze­słu­chi­wać gości?

- To mój inte­res. Jakim pra­wem mnie o to pyta­cie?

- Pra­wem wiary - wark­nął męż­czy­zna, ści­ska­jąc moc­niej drąg. Obrzu­cił Bakune'a spoj­rze­niem od stóp do głów, zauwa­ża­jąc jego ciemny płaszcz, płó­cienne spodnie, ozdo­bioną bro­ka­tem atła­sową kami­zelkę oraz czy­stą płó­cienną koszulę.

- Nie jesteś piel­grzy­mem. Co cię tu spro­wa­dza?

- Umie­ram na krwa­wiące płuco.

Gwar­dzi­sta wzdry­gnął się, ale szybko odzy­skał rów­no­wagę i uniósł głowę.

- Nie wolno żar­to­wać z takich spraw. W naszym Hospi­cjum leżą ludzie bli­scy śmierci z powodu tej cho­roby, modlący się o bło­go­sła­wień­stwo Pani i jej uzdra­wia­jące wody, a ty z tego drwisz.

Bakune'owi zaim­po­no­wało, jak szybko męż­czy­zna przy­brał ton moral­nej wyż­szo­ści. Jego posu­nię­cie było jed­nak sta­now­czo zbyt śmiałe i bez­czelne. Tępe pałki. Takie same, jakie mieli jego straż­nicy, któ­rzy wresz­cie przy­wle­kli się na szczyt bru­ko­wa­nej drogi.

Wes­tchnął ziry­to­wany, zdjął mole­ski­nową ręka­wiczkę i wycią­gnął rękę.

- Jestem ase­sor Bakune. Przy­sze­dłem zoba­czyć się z opa­tem.

Gwar­dzi­sta zmarsz­czył brwi na widok sym­bo­li­zu­ją­cego urząd ase­sora pier­ście­nia. Bakune uświa­do­mił sobie, że rów­nie dobrze mógłby mu pod­su­nąć żywego skunksa. Męż­czy­zna nie miał poję­cia, co ozna­cza pie­częć sędziow­ska. Instynkt prze­trwa­nia pod­po­wie­dział mu jed­nak, że za tym wszyst­kim może się coś kryć. Ski­nął z nie­chę­cią głową i usu­nął się na bok. Powo­dem mogło być rów­nież spóź­nione poja­wie­nie się dwóch straż­ni­ków Bakune'a, zli­zu­ją­cych tłuszcz z pal­ców. Bakune wszedł do drew­nia­nego tunelu o kopu­la­stym skle­pie­niu, wio­dą­cego na tereny klasz­torne. Drugi gwar­dzi­sta, być może inte­li­gent­niej­szy, pobiegł przo­dem, by zanieść wia­do­mość o jego przy­by­ciu. Za tune­lem zaczy­nały się cie­ni­ste kolum­nady, pro­wa­dzące w prawo i w lewo, z przodu zaś bie­gły wysy­pane żwi­rem ścieżki pro­wa­dzące przez wypie­lę­gno­wane ogrody oraz chod­niki Bło­go­sła­wio­nej Kon­tem­pla­cji. Po pra­wej stro­nie wzno­siło się dwu­pię­trowe Hospi­cjum Naszej Pani, jedna z naj­więk­szych tego typu insty­tu­cji na całej Pię­ści. Prze­ra­stała ją jedy­nie ta, która słu­żyła Wybra­nym wete­ra­nom. Po lewej, nad żywo­pło­tami i ozdob­nymi drze­wami, pię­trzyły się wyso­kie wieże zbu­do­wa­nego bez jed­no­li­tego planu kom­pleksu klasz­tornego. Było to mia­sto w mie­ście. Miało wła­sne szkoły, admi­ni­stra­cję, kuch­nie i pie­kar­nię, kwa­tery dla mni­chów i mni­szek, biblio­tekę, sie­ro­ci­niec, a nawet Hospi­cjum dla znie­do­łęż­nia­łych albo umie­ra­ją­cych braci oraz sióstr.

Bakune posta­no­wił zacze­kać na zewnątrz. Zdjął drugą ręka­wiczkę, żeby się nacie­szyć kwia­tami późno zakwi­ta­ją­cego zimo­wego laku. Maleń­kie białe kwiatki koja­rzono z melan­cho­lią, ponie­waż ich poja­wie­nie się sygna­li­zo­wało, że nad­cho­dzi zima. Lubił ich deli­katny zapach. Jego straż­nicy uwa­lili się na ławce, przy­glą­da­jąc się zdrow­szym pacjen­tom Hospi­cjum łażą­cym w kółko dla poprawy kon­dy­cji. W końcu zja­wił się opat Sta­rvann Arl - Bakune wie­dział, że musi to zro­bić - w towa­rzy­stwie garstki urzęd­ni­ków i pomoc­ni­ków.

Uści­skali się jak równi sobie - bo też byli nimi, przy­naj­mniej w teo­rii. Sta­rvann był głową Klasz­toru, miał wła­dzę nad wszyst­kimi doty­czą­cymi reli­gii spra­wami w mie­ście i odpo­wia­dał tylko przed samą prze­ory­szą rezy­du­jącą w sto­licy, Paliss, a Bakune, ase­sor i sędzia, był naj­waż­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem prawa w mie­ście, pod­po­rząd­ko­wa­nym jedy­nie wiel­kiemu ase­sorowi, rów­nież urzę­du­ją­cemu w sto­licy. Róż­nice były jed­nak bar­dzo poważne. Bakune mógł liczyć jedy­nie na udzie­laną z opo­rami pomoc Straży Miej­skiej, nato­miast Sta­rvann miał na swoje roz­kazy cały per­so­nel Klasz­toru, być może wię­cej niż tysiąc ludzi, i wspie­rał go rów­nież zakon Gwar­dzi­stów Wiary. Tak jest, byli sobie równi tylko w teo­rii, pomy­ślał skwa­szony ase­sor.

- Bakune! Cie­szę się, że cię widzę. Za rzadko się widu­jemy. Miło, że zechcia­łeś nas odwie­dzić. - Opat uści­snął jego dło­nie z zaska­ku­jącą siłą. Potem z jego twa­rzy znik­nął skry­wa­jący się pod gęstą brodą uśmiech, a jasne oczy się zachmu­rzyły. - Wiem, dla­czego przy­sze­dłeś - dodał ze smut­kiem.

Bakune uniósł pyta­jąco brwi.

- Naprawdę?

Sta­rvann raz jesz­cze uści­snął mocno dło­nie ase­sora, a potem je puścił.

- Sio­stra Roz­trop­ność. Wie­ści dotarły do mnie dopiero dziś rano. - Poło­żył dłoń na ple­cach Bakune'a i deli­kat­nie, ale sta­now­czo popchnął go naprzód. - Chodź, przej­dziemy się po tere­nie... wybacz, ale to popra­wia moje samo­po­czu­cie.

- Oczy­wi­ście.

Ase­sor pozwo­lił wpro­wa­dzić się na ścieżkę bie­gnącą mię­dzy wiecz­nie zie­lo­nymi krze­wami. Opat splótł dło­nie za sobą. Gdy szedł, jego pro­ste, ciemne szaty muskały żwir. Nosił nie­wy­szu­kany, lecz maje­sta­tyczny strój, jak przy­stało jego pozy­cji. Jedyną ozdobą był zawie­szony na szyi dia­dem prze­sta­wia­jący roz­cho­dzące się na wszyst­kie strony pro­mie­nie - sym­bol wiary w Bło­go­sła­wioną Panią.

- Ona nie żyje, prawda? - zapy­tał, pochy­la­jąc głowę.

- Tak.

- Zatem wresz­cie odna­la­zła spo­kój u boku Naszej Pani.

- Tak. Powie­dzia­łeś sio­stra... Roz­trop­ność?

Opat uniósł głowę. Jego dłu­gie, siwe włosy koły­sały się na lek­kim wie­trzyku.

- To imię wybrała, gdy w dzie­ciń­stwie wstą­piła do zakonu.

- Rozu­miem. Czy mogę zapy­tać...

- Skąd wiem, że nie żyje?

Bakune odchrząk­nął. Musiał przy­mru­żyć powieki, spo­glą­da­jąc w nie­ziem­sko jasne oczy opata.

- Hmm, tak.

Łagodny uśmiech powró­cił. Sta­rvann uści­snął jego ramię. Bakune wie­dział, że uśmiech opata powi­nien go uspo­ka­jać, a oso­bi­sta uwaga, którą mu poświę­cił, powinna mu schle­biać, ale z jakie­goś powodu tak się nie stało.

Po co zawraca sobie głowę? - wyszep­tał do niego podejrz­liwy sędziow­ski głos, zawsze towa­rzy­szący mu, gdy spra­wo­wał swą funk­cję.

Czę­sto się spo­ty­kamy. To tylko pro­fe­sjo­nalna uprzej­mość.

A ty czu­jesz się zaszczy­cony jego łaska­wo­ścią, tak?

Czy to zazdrość? - zadał sobie pyta­nie tonem naj­bar­dziej bez­li­to­snej auto­ana­lizy.

Obej­rzał się. Musiał powstrzy­my­wać śmiech. Jego dwaj straż­nicy szli powoli za nimi, a jeden z nich eks­plo­ro­wał głę­biny wła­snego nosa. Za ich ple­cami tło­czyła się świta opata.

Sta­rvann ni­gdzie się nie śpie­szył. Żwir chrzę­ścił pod jego san­da­łami.

- Sio­stra Roz­trop­ność była z nami przez całe życie. Od pew­nego czasu byli­śmy zmu­szeni... Jakby to ująć...? Powstrzy­my­wać ją. Kiedy ucie­kła z Hospi­cjum, wie­dzie­li­śmy, jak to się skoń­czy. To strasz­liwy uczy­nek. Strasz­liwy. Ale... - prze­rwał, by zaczerp­nąć głę­boko tchu. - Pani z pew­no­ścią przy­jęła jej udrę­czo­nego ducha, a teraz chroni go i uspo­kaja.

- Tak. Oczy­wi­ście. Czy mogę spy­tać, na czym pole­gały jej obo­wiązki?

Sta­rvann zatrzy­mał się, uno­sząc krza­cza­ste brwi.

- Obo­wiązki? Takie same jak u innych sióstr. Odda­wa­nie czci Pani, rzecz jasna. Modli­twa za tych, któ­rzy cier­pią w Hospi­cjum, i przy­no­sze­nie im ulgi. Zaj­mo­wała się na zmianę goto­wa­niem i sprzą­ta­niem, podob­nie jak wszyst­kie sio­stry. Peł­niła też służbę w sie­ro­cińcu. Pamię­tam, że naj­bar­dziej lubiła zaj­mo­wać się naszymi naj­młod­szymi pod­opiecz­nymi.

- Rozu­miem. Dzię­kuję, że zechcia­łeś poświę­cić mi czas, opa­cie.

Sta­rvann pokło­nił się płytko.

- Nie ma sprawy. Dzię­kuję, że zja­wi­łeś się oso­bi­ście. Twoją pil­ność zauwa­żono.

Bakune odwza­jem­nił ukłon. Audien­cja była skoń­czona.

On naprawdę myśli, że przy­sze­dłem tu, by popi­sać się pra­co­wi­to­ścią. Coś - być może pogarda opata - skło­niło go do wypo­wie­dze­nia kolej­nego pyta­nia.

- Czy miała jakąś bli­ską przy­ja­ciółkę? W zako­nie oczy­wi­ście.

Odwra­ca­jąc się, zasko­czony opat zmarsz­czył brwi. Wyko­nał drobny gest.

- Mam wra­że­nie, że jakąś miała. Chyba nazy­wała się sio­stra Dobro­czyn­ność.

Opat zaczął się odda­lać.

- A gdzie mogę ją zna­leźć? - zapy­tał pod­nie­sio­nym gło­sem Bakune.

Opat zaci­snął wargi. Jego świta wyprze­dziła straż­ni­ków Bakune'a i teraz go odpy­chała.

- Opu­ściła zakon już przed laty - wyce­dził. - Miłego dnia.

- Miłego dnia - wyszep­tał Bakune i pokło­nił się, ale nie został przy nim już nikt poza jego straż­ni­kami, któ­rzy wsu­nęli dło­nie za pasy i obser­wo­wali odda­la­jącą się grupkę.

- Chyba już tu skoń­czy­li­śmy - oznaj­mił im.

- Na to wygląda - burk­nął jeden z żoł­nie­rzy.

- Chcę teraz poroz­ma­wiać z waszym kapi­ta­nem.

Obaj męż­czyźni wymie­nili spoj­rze­nia, zata­cza­jąc oczami.

***

Przed rokiem Kyle porzu­cił służbę w kom­pa­nii najem­ni­ków, dla któ­rej wal­czył od czasu, gdy zabrano go z poro­śnię­tych wysoką trawą ste­pów, jakie znał w latach mło­do­ści. Teraz pró­bo­wał jakoś sobie radzić w Delanss, sto­licy wyspy o tej samej nazwie, i nagle zorien­to­wał się, że pil­nie potrze­buje cze­goś, o co ni­gdy dotąd nie musiał się mar­twić - pie­nię­dzy na wyży­wie­nie i dachu nad głową. Roz­wią­zał ten pro­blem, przyj­mu­jąc pracę straż­nika oso­bi­stego u męż­czy­zny o imie­niu Best. Praca wła­ści­wie ogra­ni­czała się do sie­dze­nia na ławie, picia ale i spa­nia w obe­rży pra­co­dawcy, a cza­sami rów­nież zastra­sza­nia ludzi, któ­rzy byli na tyle głupi, że poży­czyli od niego pie­nią­dze.

Tej nocy jak zwy­kle pił w obe­rży, gdy jego bez­po­średni prze­ło­żony, Tar Kar­gin, zszedł z góry, tupiąc, i przy­wo­łał gestem wszyst­kich swo­ich ludzi.

- Mamy robotę. Zle­ce­nie od samego Besta - oznaj­mił i wyszedł na śli­ski od desz­czu bruk. Zapa­dał już mrok.

Tar, sze­roki w barach jak łódź, szedł środ­kiem ulicy, a z obu boków towa­rzy­szyli mu wybrani przez niego ludzie. Kyle posu­wał się za nimi, zasta­na­wia­jąc się, jak ten czło­wiek potrafi zastra­szyć wszyst­kich, któ­rzy staną mu na dro­dze, wyłącz­nie za pomocą tępego uporu i potęż­nego ego­cen­try­zmu. Ustę­po­wali mu miej­sca nie tylko prze­chod­nie cho­dzący póź­nym wie­czo­rem po uli­cach sto­licy, lecz rów­nież ludzie cią­gnący wózki, doke­rzy stę­ka­jący pod cię­ża­rem licz­nych wor­ków oraz bel mate­riału, a nawet konne wozy, skrę­ca­jące w ostat­niej chwili, by unik­nąć koli­zji, która mogłaby się oka­zać fatalna dla któ­rejś ze stron. O dziwo, zmu­sił do odsu­nię­cia się na bok nawet osła pro­wa­dzą­cego na sznurku ślepca.

- Masz swoje tro­fea? - zapy­tał Kyle'a, nie odwra­ca­jąc osa­dzo­nej na byczym karku głowy.

Kyle zazgrzy­tał zębami, z nie­chę­cią wycią­gnął z mieszka obrzy­dliwy, śmier­dzący pasek i zawie­sił go sobie na szyi. Zwi­sały z niego wygar­bo­wane, pomarsz­czone przed­mioty, być może uszy albo nosy. Nie był pewien co i, szcze­rze mówiąc, wolał tego nie wie­dzieć. Best wygrze­bał je skądś i kazał mu je nosić pod­czas pracy. Twier­dził, że zastra­szą wszyst­kich. Kyle naj­bar­dziej bał się ich smrodu.

Zatrzy­mali się bli­sko brzegu, przed sze­re­giem pię­tro­wych skle­pów, w któ­rych nie paliły się świa­tła. Kar­gin zało­mo­tał pię­ścią w drzwi.

- Bor 'eth! Otwie­raj! Wiem, że tam jesteś! Otwie­raj!

Trzech zbi­rów uśmiech­nęło się do niego, i dotknęło kciu­kami pałek, które nosili ukryte pod koszu­lami. Kyle skrzy­żo­wał ręce na piersi, po raz setny prze­kli­na­jąc cywi­li­zo­wany wyna­la­zek zwany pracą. Jak dotąd nie był nią zbyt­nio zachwy­cony.

Wizjer w drzwiach się otwo­rzył i wyj­rzał przez niego stary męż­czy­zna.

- Ach! To ty, Kar­gin. No wiesz, to dziwne. Aku­rat pomy­śla­łem...

- Zamknij gębę i otwie­raj drzwi.

- Ale jutro...

- Już dzi­siaj jest za późno.

- Przy­się­gam, jutro...

- Jeśli nie wpu­ścisz mnie natych­miast, następ­nym razem nie będę pro­sił tak uprzej­mie.

- Ech... no dobra... skoro nale­gasz.

Zamki zazgrzy­tały i zagrze­cho­tały. Grube drzwi zaczęły się powoli uchy­lać. Kar­gin popchnął je i wszedł do środka. Zbiry podą­żyły za nim. Kyle zamy­kał grupę.

Wszy­scy tło­czyli się w sieni sklepu. Słabe świa­tło palo­nej przez sta­ruszka lampy padało na wiele cen­nych, impor­to­wa­nych towa­rów. Na naj­bliż­szej Kyle'a półce stały puchary roz­ma­itych kształ­tów i roz­mia­rów. Kar­gin deli­kat­nie wyjął lampę z rąk wła­ści­ciela sklepu i posta­wił ją na naj­wyż­szej półce, po czym ski­nął na jed­nego ze swo­ich chło­pa­ków, każąc mu zamknąć drzwi. Zbir zasu­nął rygle i z twa­rzy sta­ruszka znik­nął uśmiech.

- Zapłacę, Kar­gin, wiesz, że zapłacę. - Skle­pi­karz spró­bo­wał znowu się uśmiech­nąć, ale jego twarz zamarła w gry­ma­sie prze­ra­że­nia. - Po pro­stu w tej chwili inte­resy idą kiep­sko...

- Kiep­sko... - Kar­gin wypro­sto­wał się z cięż­kim wes­tchnie­niem peł­nym znu­żo­nej cier­pli­wo­ści. - Widzisz tego chło­paka? - Bor 'eth ski­nął nie­pew­nie głową. - On pocho­dzi z dale­kiego, dzi­kiego kraju, gdzie wszy­scy zabi­jają się nawza­jem z byle powodu. Nie cenią ludz­kiego życia. Nie tak, jak cywi­li­zo­wani ludzie, tacy jak my. Widzisz ten pas? - Kolejne nie­pewne przy­tak­nię­cie. - To są uszy, nosy i... inne rze­czy ucięte przez niego ludziom, któ­rych zabił. - Sta­ru­szek uniósł wzrok, wzdry­gnął się gwał­tow­nie i cia­śniej otu­lił zarzu­coną na ramiona koł­drą. - Wystar­czy, że pstryknę pal­cami... o tak... i utnie ci uszy. Co ty na to?

Skle­pi­karz zła­pał się za szyję i przyj­rzał kolejno twa­rzom wszyst­kich obec­nych, jakby chciał spraw­dzić, czy to miał być żart.

- Naprawdę? - wydy­szał drżą­cym, piskli­wym gło­si­kiem. - To zdu­mie­wa­jące...

- Urżnij mu uszy!

Kyle rzu­cił się naprzód, zła­pał sta­ruszka za rudo­siwe włosy i przy­sta­wił nóż do nasady jego ucha. Nie­szczę­śnik zaskrze­czał ochry­ple jak prze­ra­żony ptak, mio­ta­jąc się bez­sil­nie w rękach napast­nika. Kyle zer­k­nął na Kar­gina.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna ryk­nął dono­śnym śmie­chem, uwol­nił Bor 'etha z rąk Kyle'a i objął go mocno.

- Ale tym razem nie pozwolę mu na to, Bor 'eth! Pła­cą­cemu klien­towi nie robi się takich rze­czy, czyż nie tak? - Sta­ru­szek zalał się łzami. Ucze­pił się Kar­gina, jakby ten przed chwilą ura­to­wał mu życie. - Nie... to zro­bię tylko, jeśli nie przy­nie­siesz jutro Bestowi pie­nię­dzy. Tym, któ­rzy się spóź­niają, robię coś innego.

Ski­nął głową do swo­ich zbi­rów, któ­rzy wyrwali Bor 'etha z jego ramion.

- Co? - wydy­szał skle­pi­karz.

- Łamię im rękę.

Jego chło­paki zła­pały ze śmie­chem za pałki. Jeden unie­ru­cho­mił rękę skle­pi­ka­rza na ladzie, a dwaj pozo­stali unie­śli broń.

- Nie... bła­gam... w imię Soliel...

- Jestem dziś w łaska­wym nastroju, Bor 'eth. - Ski­nął krótko głową. Jedna z pałek ude­rzyła o ladę. Sta­ru­szek krzyk­nął. Druga pałka ude­rzyła w ladę z wil­got­nym mla­śnię­ciem. Bor 'eth osu­nął się bez­wład­nie w ramio­nach zbira. Ten potrzą­snął nim, żeby się ock­nął. - Jesz­cze raz - roz­ka­zał Kar­gin. Pałki znowu się unio­sły.

Gdy zbiry masa­kro­wały dłoń skle­pi­ka­rza, Kyle przy­glą­dał się pucha­rom. Tyle bólu i kło­po­tów z powodu pie­nię­dzy. Wycho­wał się na otwar­tych rów­ni­nach, gdzie nie znano cze­goś takiego. Ludzie polo­wali, by zdo­być poży­wie­nie, i sami robili dla sie­bie narzę­dzia. Mieli tro­chę monet i innych tego rodzaju przed­mio­tów, które zacho­wy­wali na wymianę, ale poza tym Kyle dora­stał, nie czu­jąc potrzeby posia­da­nia pie­nię­dzy. Sądząc po tym, co widział pod­czas podróży, jego ludowi powo­dziło się lepiej bez aku­rat tego osią­gnię­cia cywi­li­za­cji. Gdyby ktoś pró­bo­wał narzu­cić mu potrzebę korzy­sta­nia z pie­nię­dzy, po pro­stu by odszedł.

Kar­gin uniósł rękę. Kyle się obej­rzał. Uwol­niony sta­ru­szek usiadł, koły­sząc się w przód i w tył. Przy­ci­skał do piersi krwa­wiącą masę, która jesz­cze przed chwilą była jego dło­nią. Kar­gin wska­zał na drzwi. Kyle odsta­wił na miej­sce kie­lich z różo­wego krysz­tału.

***

Wyszli na ulicę i ruszyli w stronę obe­rży Besta. Po lek­kim desz­czyku zro­biło się zimno i rześko. Jeden z mło­dych zbi­rów pod­szedł do Kyle'a i uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc krzywe, poła­mane zęby.

- Widzia­łeś to? - zapy­tał.

- Co?

- Stary się zlał. Zmo­czył te swoje dro­gie szaty.

- Gra­tu­la­cje. Pobi­li­ście bez­bron­nego starca tak mocno, że aż się zeszczał.

Młody zbir prze­stał się uśmie­chać. Odgar­nął dłu­gie włosy z prysz­cza­tej twa­rzy.

- Rze­czy­wi­ście robi­łeś to wszystko, o czym mówił Kar­gin? - zapy­tał. - Obci­na­łeś uszy i tak dalej?

Kyle roz­cią­gnął usta w drwią­cym uśmie­chu i pochy­lił się w stronę zbira.

- Kurwa, przez cały czas.

Gdy byli już bli­sko obe­rży, Kar­gin zatrzy­mał gestem swo­ich ludzi.

- Twój kum­pel miał pecha - poin­for­mo­wał Kyle'a.

Ten zatrzy­mał się, zdjął z szyi sznu­rek ze śmier­dzą­cymi tro­fe­ami i scho­wał do mieszka.

- Słu­cham?

- No wiesz, ten gość, z któ­rym się kole­go­wa­łeś. Drugi cudzo­zie­miec. Domy han­dlowe, od któ­rych poży­czył pie­nią­dze... prze­jęły jego nie­ru­cho­mość za długi. Zamknęły jego inte­res.

Kyle przy­tro­czył mie­szek do pasa i spoj­rzał na Kar­gina.

- Naprawdę?

- Aha. Kiedy o tym usły­sza­łem, zaczą­łem się zasta­na­wiać, co byś zro­bił, gdy­by­śmy to jego musieli dzi­siaj odwie­dzić?

Były najem­nik wziął w rękę swój lekki jak piórko mie­szek.

- Nic bym nie zro­bił. Nie musiał­bym nic robić, bo roz­go­niłby was wszyst­kich jak stado wró­bli.

Dowódca zbi­rów pra­cu­ją­cych dla Besta, czło­wieka odpo­wie­dzial­nego za więk­szość szan­taży i wymu­szeń w mie­ście, obrzu­cił Kyle'a sen­nym spoj­rze­niem. Jego potężna klatka pier­siowa poru­szała się mia­rowo. Prych­nął, roz­sze­rza­jąc noz­drza.

- Niby mia­łeś być takim groź­nym byłym najem­ni­kiem. A do tej pory nie poka­za­łeś za chuja nic nad­zwy­czaj­nego.

- I już nie pokażę. Masz. - Kyle rzu­cił w niego miesz­kiem. - Zatrzy­maj sobie te uszy. Do zoba­cze­nia.

- Wąt­pię, żeby­śmy się zoba­czyli! - zawo­łał za nim Kar­gin. - Twój kum­pel sie­działby teraz w wię­zie­niu, gdyby ktoś nie wyku­pił jego dłu­gów. Ten ktoś nie pocho­dzi stąd...

Jego chy­try, basowy śmiech podą­żał za Kyle'em odda­la­ją­cym się pogrą­żoną w mroku ulicą.

***

Do drzwi szkoły Orjina przy­bito gwoź­dziami falar­skie prawne doku­menty, prze­wią­zane wstąż­kami i obcią­żone wosko­wymi pie­czę­ciami. Kyle popchnął je i prze­ko­nał się, że są otwarte. Prze­szedł przez tunel i dotarł do opu­sto­sza­łego placu ćwi­czeń. Pia­sek lśnił w bla­sku księ­życa niczym żywe sre­bro.

- Orjin! - wysy­czał. - Orjin!

W ciem­no­ści coś się poru­szyło. W bla­dym świe­tle poja­wiła się chwie­jąca się na nogach postać. W jed­nej ręce trzy­mała zwi­sa­jącą luźno szpadę.

Wielki Łowco, miej nas w swej opiece! Co się stało?

Pod­biegł do przy­ja­ciela i stęk­nął, gdy jego znaczny cię­żar osu­nął się na niego.

- Co się stało? Jesteś ranny?

Coś ude­rzyło go w głowę. Roz­legł się plusk. Kyle wyrwał Orji­nowi z ręki gli­niany dzban.

- Co to ma być?

- Dość tego gada­nia! - ryk­nął mu tam­ten pro­sto w ucho. - Dotrzy­maj swo­ich kon­trak­tów i doku­men­tów! Staw mi czoło jak męż­czy­zna, niech cię Mar­twa Poliel porwie!

- Och, do Kap­tura!

Kyle ode­pchnął go. Powi­nien poczuć odór, ale kilka mie­sięcy prze­sia­dy­wa­nia w obe­rży stę­piło mu węch.

Orjin zato­czył się i mach­nął cienką daru­dży­stań­ską szpadą, omal nie kale­cząc Kyle'a.

- Ruszaj się! Łap za broń! Roz­wią­żemy to na dawny spo­sób! - Pod­szedł do sto­jaka z bro­nią i prze­wró­cił go z gło­śnym brzę­kiem żela­stwa. - Wybie­raj! Jak widzisz, jest tu mnó­stwo broni!

- Orjin... Szara Grzywo...

Męż­czy­zna zamru­gał, na­dal trzy­ma­jąc się nie­pew­nie na nogach.

- Jak mówisz? Szara Grzywo? Szara Grzywo? - Opu­ścił głowę, doty­ka­jąc pod­bród­kiem piersi. Przez pewien czas gapił się na leżącą na pia­sku broń, lśniącą srebrno w bla­sku księ­życa. - Ten czło­wiek nie żyje.

- Orjin... sły­sza­łem, że ktoś się zja­wił. Ktoś z obcego kraju. To mogą być tylko Mala­zań­czycy. Zna­leźli cię. - Pod­szedł bli­żej. - Zwie­wajmy stąd. Tu nie ma nic dla nas. Nie­na­wi­dzę tego miej­sca. Ci ludzie dadzą się wyru­chać osłom, jeśli tylko będą miały złoto. Zwie­wajmy stąd.

Orjin wydał z sie­bie gło­śne, wil­gotne wes­tchnie­nie, usiadł pośród broni i zwie­sił głowę. Jego długa, roz­czo­chrana grzywa lśniła rów­nie jasno jak wala­jące się na ziemi żelazo.

- Nie. Jestem już skoń­czony. Niech po mnie przyjdą. - Zato­czył ręką sze­roki krąg, wska­zu­jąc na całe oto­cze­nie. - No wiesz, Kyle, to zawsze było moje marze­nie. Przejść w stan spo­czynku. Otwo­rzyć szkołę walki. Prze­ka­zać innym choć część tego, czego się nauczy­łem. - Wybrał przy­pad­kowo jeden z oręży, ciężki miecz z pół­noc­nej Gena­bac­kis, i uniósł do oczu, by spoj­rzeć wzdłuż klingi. - Ale nikt nie chce nauczyć się tego, co ma do prze­ka­za­nia ktoś, kto prze­jadł się wojną.

Kyle spoj­rzał z góry na przy­ja­ciela. Miał ochotę siłą posta­wić go na nogi, ale nie sądził, by zdo­łał podźwi­gnąć taki cię­żar. Przy­kuc­nął.

- Posłu­chaj, Orjin. Niech Kap­tur weź­mie wszyst­kich kup­ców i gang­ste­rów. Nie ma mię­dzy nimi żad­nej róż­nicy. Zwie­wajmy stąd! Zacią­gnijmy się na pierw­szy sta­tek, który znaj­dziemy w por­cie, wszystko jedno, dokąd będzie pły­nął.

- Nie, nie. To zabawa dla mło­dych. Jestem na to za stary. Ty popłyń.

- Mnie nikt nie ściga.

- W takim razie co tu robisz?

- Jestem tu, bo...

Nagle roz­legł się cichy dźwięk, szu­ra­nie stóp po pia­sku.

Były najem­nik odwró­cił głowę.

Z tunelu wyło­niło się czte­rech ludzi. Wszy­scy nosili ciemne skó­rzane stroje. U jed­nego boku mieli mie­cze, a u dru­giego lewaki. Kyle wypro­sto­wał się i pod­niósł z ziemi naj­bliż­szą broń - solidny kor­de­las o masyw­nym ostrzu.

- Kim jeste­ście? - zapy­tał.

- Kim­kol­wiek ty jesteś, zejdź nam z drogi - odpo­wie­dział jeden z nich, odsy­ła­jąc go ski­nie­niem dłoni.

Nie mówił z mala­zań­skim akcen­tem. Wła­ści­wie jego akcent nie przy­po­mi­nał żad­nego, z jakim Kyle zetknął się pod­czas swo­ich podróży. Usły­szaw­szy ten głos, Orjin uniósł nagle głowę.

- Idź stąd. Zostaw nas - rzekł do Kyle'a cał­ko­wi­cie trzeź­wym gło­sem.

- Mam was zosta­wić? Co to za ludzie? Wyna­jęci zabójcy?

- Są zabój­cami, ale nie pra­cują dla złota ani dla innej nagrody. - Orjin wstał, trzy­ma­jąc w obu dło­niach dłu­gie, cien­kie szpady. - Hej, Cul­lel? - Na twa­rzy napast­nika, który prze­mó­wił, poja­wił się rado­sny, gniewny uśmiech. - Zabi­jasz z innego powodu, prawda? Wyłącz­nie dla wiary.

- Eks­ter­mi­nu­jemy here­ty­ków - mruk­nął Cul­lel.

Czte­rej męż­czyźni odda­lili się od sie­bie i zaczęli krą­żyć wokół placu.

- Kim, na Otchłań, są ci sza­leńcy? - zapy­tał Kyle.

- To Korel­rij­czycy. Wete­rani ze Sztor­mo­wego Muru. Udzie­lono im spe­cjal­nego pozwo­le­nia. Mają mnie zała­twić. Zga­dza się, Cul­lel?

- Zała­twić cię? - zapy­tał Kyle.

- Tak - potwier­dził Orjin, odwra­ca­jąc się do niego ple­cami.

- Myśla­łem, że to Mala­zań­czycy cię ści­gają.

- Hmm... oni też.

- Rewe­la­cyj­nie.

Czte­rej napast­nicy zajęli pozy­cje po wszyst­kich stro­nach placu i jed­no­cze­śnie wycią­gnęli długą i krótką broń.

- Odrzuć to i wycią­gnij swój sławny miecz - roz­ka­zał Orjin Kyle'owi.

- Nie... mam go.

- Nie masz go? - Orjin obej­rzał się przez ramię i obrzu­cił go peł­nym iry­ta­cji spoj­rze­niem - Dla­czego, na Otchłań?

- Pano­wie - ode­zwał się cicho Cul­lel.

- Ukra­dli mi go z pokoju.

- Ukra­dli?

- Pano­wie!

- Przez cie­bie mamy kło­poty - poskar­żył się Orjin.

- Dzię­kuję - pod­jął Cul­lel. - Szara Grzywo, zanim speł­nimy swój obo­wią­zek, muszę cię poin­for­mo­wać, że Wielka Rada Wybra­nych, Straż­ni­ków Ziem Korelu, Całej Wiel­kiej Pię­ści i Dalej Poło­żo­nych Krain zaocz­nie uznała cię za win­nego pak­to­wa­nia z nie­przy­ja­cie­lem. Dobro­wol­nie i świa­do­mie zawar­łeś pakt oraz przy­mie­rze z demo­nicz­nymi Jeźdź­cami.

- Pakt? - wyszep­tał do Orjina Kyle.

Jego przy­ja­ciel wzru­szył potęż­nymi ramio­nami na znak potwier­dze­nia.

- Roz­ma­wia­łem z nimi.

- Z Jeźdź­cami? Naprawdę doga­da­łeś się z Jeźdź­cami Sztormu?

- Pano­wie! Zacho­wuj­cie się odpo­wied­nio. Wymie­rze­nie spra­wie­dli­wo­ści to poważna sprawa.

- Spra­wie­dli­wo­ści? - wark­nął z obu­rze­niem Kyle. - Sam się potę­pi­łeś tymi sło­wami.

Na wąskiej twa­rzy Cul­lela poja­wił się nie­smak.

- Skoro tak mówisz. Sąd pod­jął decy­zję. Pora wyko­nać wyrok.

Ski­nął na swo­ich towa­rzy­szy.

Cała czwórka ruszyła naprzód, uno­sząc broń. Ładna mi spra­wie­dli­wość. Czte­rech prze­ciwko dwóm, pomy­ślał Kyle. Gdy Korel­rij­czycy weszli w świa­tło księ­życa, ich zbroje, oku­cia i pochwy zalśniły. Wszyst­kie były wysa­dzane klej­no­tami i ozdo­bione fili­gra­no­wymi, krę­tymi wzo­rami z naj­czyst­szego sre­bra.

Tak się zło­żyło, że Kyle miał przed sobą Cul­lela. Zaszu­rał obutą w san­dał nogą, wzbi­ja­jąc kłęby pia­sku, i spa­ro­wał atak dru­giego Korel­rij­czyka. Natych­miast uświa­do­mił sobie, że ma do czy­nie­nia z naj­lep­szymi szer­mie­rzami, jakich kie­dy­kol­wiek spo­tkał. Led­wie był w sta­nie paro­wać ich ataki. Na jego przed­ra­mio­nach poja­wiły się płyt­kie, krwa­wiące rany. Nagłe pchnię­cie tra­fiło go w udo i omal się nie prze­wró­cił. Współ­pra­co­wali ze sobą. Mógł jedy­nie przy­glą­dać się, jak koor­dy­nują ataki, by zmu­sić go do odsło­nię­cia jed­nej ze stron.

Niech to Wiatr! Nic na to nie pora­dzę!

Wyczuł, że za jego ple­cami Orjin opadł na jedno kolano. Czyżby już obe­rwał?

Szara Grzywa wstał nagle i dwaj napast­nicy wal­czący z Kyle'em wzdry­gnęli się, dostrze­ga­jąc coś za jego ple­cami.

Jeden z Korel­rij­czy­ków wal­czą­cych za ple­cami Kyle'a wark­nął z bólu, a drugi prze­le­ciał nagle nad jego głową, jakby otrzy­mał potężny cios, i runął na pia­sek. Orjin wysu­nął się przed przy­ja­ciela, wyma­chu­jąc dwu­ręcz­nym mie­czem o sza­rej mato­wej bar­wie. Były najem­nik ni­gdy dotąd nie widział tej broni. Cul­lel spa­ro­wał atak, ale klinga jego mie­cza roz­trza­skała się niczym kru­chy brąz. Oręż Orjina ude­rzył go w bok i Straż­nik zwa­lił się na pia­sek. Ostatni z napast­ni­ków wrza­snął prze­raź­li­wie i rzu­cił się do ataku, ale nadział się na grubą klingę. Orjin sko­pał jego ciało z sza­rej, wyglą­da­ją­cej na szorstką broni i strzą­snął z niej kro­pelki krwi.

Kyle spoj­rzał na czte­rech zabi­tych męż­czyzn, a następ­nie na szary dwu­ręczny miecz.

- Gdzie zna­la­złeś coś takiego, na wszyst­kie Tajem­nice Kró­lo­wej?

Leżący na pia­sku Cul­lel wybuch­nął wil­got­nym śmie­chem. Ten dźwięk zmro­ził krew w żyłach Kyle'a. Zaci­snął dłoń na krwa­wią­cej dziu­rze w skó­rza­nych spodniach i pokuś­ty­kał w stronę ciężko ran­nego prze­ciw­nika.

- O co cho­dzi? Masz coś jesz­cze do powie­dze­nia?

- A więc to prawda... - wydy­szał męż­czy­zna. Wraz ze sło­wami z jego ust popły­nęła krew. - Opo­wie­ści mówił prawdę. Kamienny Wojow­nik.... zdra­dził ludz­kość w zamian za ten arte­fakt.

- Nie pier­dol!

Oczy Cul­lela otwo­rzyły się sze­rzej. Zapło­nął w nich gorącz­kowy pło­mień.

- Tak. To jego nagroda. Zapy­taj go, choć z pew­no­ścią cię okła­mie.

Jego ciało zro­biło się sztywne, a po krót­kiej chwili cał­ko­wi­cie bez­władne.

Kyle spoj­rzał na Orjina.

- I co ty na to?

Jego przy­ja­ciel po pro­stu się odda­lił i uklęk­nął, by pod­nieść z pia­sku tykwę wina. Kiedy się wypro­sto­wał, mie­cza już nie było.

- Gdzie on się podział? - zapy­tał Kyle, pod­cho­dząc do niego.

- O co pytasz?

- O miecz. - Rozej­rzał się, ale ni­gdzie go nie zauwa­żył. - Gdzie się podział?

- Nie­ważne, Kyle. Zapo­mnij o tym.

Orjin pocią­gnął długi łyk.

- Ale... co to jest?

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna otarł usta ręka­wem i wes­tchnął.

- Coś kurew­sko bez­u­ży­tecz­nego.

- Bez­u­ży­tecz­nego?

Orjin mach­nął ręką, prze­ry­wa­jąc dys­ku­sję, pod­szedł do ławy i usiadł na niej ciężko. Kyle posta­no­wił do niego dołą­czyć. Noga drę­twiała mu coraz bar­dziej. Wziął w rękę tykwę i pocią­gnął łyk, by zwil­żyć wyschnięte usta, a potem splu­nął.

- Jeźdźcy ci go dali?

Orjin ski­nął nie­śpiesz­nie głową.

- Tak. Po pro­stu mi go dali. Nie było żad­nego paktu ani niczego w tym rodzaju. Po pro­stu roz­ma­wia­li­śmy, a następ­nie dali mi miecz.

- I to wszystko?

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna odwró­cił głowę i łyp­nął na Kyle'a jed­nym okiem.

- Nie gadaj głu­pot. Pew­nej nocy wdra­pa­łem się na klify przy brzegu Oce­anu Sztor­mów i cze­ka­łem. Też mógł­byś kie­dyś tego spró­bo­wać. Po jakimś cza­sie poja­wiło się kilku. Mówią po korel­rij­sku... Czyż nie ma w tym iro­nii? Tak czy ina­czej, roz­ma­wia­li­śmy. Zapew­nili, że nie są naszymi wro­gami. Zauwa­ży­łem, że fakt, iż od poko­leń ata­kują Sztor­mowy Mur, suge­ruje coś innego. Odpo­wie­dzieli, że Korel­rij­czycy blo­kują im dostęp do ich tery­to­rium i unie­moż­li­wiają speł­nie­nie sta­ro­żyt­nego obo­wiązku czy może świę­tej piel­grzymki... albo coś w tym rodzaju. - Odkaszl­nął i mach­nął ręką. - W końcu nie zro­zu­mia­łem z tego zbyt wiele.

Kyle odno­sił wra­że­nie, że kryje się w tym coś wię­cej, ale naj­wy­raź­niej to było wszystko, co był gotowy mu powie­dzieć Orjin, Przy­naj­mniej na razie. Pocią­gnął kolejny łyk i skie­ro­wał spoj­rze­nie na cztery nie­ru­chome ciała leżące w bla­sku księ­życa.

- Jak to moż­liwe, że mówią po korel­rij­sku, jeśli oni i Korel­rij­czycy są zaprzy­się­żo­nymi wro­gami? Czy nie biorą jeń­ców na murze i nie tor­tu­rują ich w swo­ich pod­mor­skich lego­wi­skach albo coś w tym rodzaju?

Orjin pochy­lił się i prze­szył go sro­gim spoj­rze­niem.

- Co takiego? - Znowu zła­pał za tykwę. - Nasłu­cha­łeś się zbyt wielu roman­tycz­nych opo­wie­ści i mózg ci od tego zgnił. Mnie też nasu­nęła się ta myśl, więc ich zapy­ta­łem. Odpo­wie­dzieli, że zawsze słu­chają ludzi roz­ma­wia­ją­cych na murze i mary­na­rzy na stat­kach.

- W takim razie dla­czego nie zawo­łają do nich z wody? Nie spró­bują z nimi poroz­ma­wiać?

- Mówili, że pró­bo­wali, ale ludzie zawsze ich igno­rują. Nazy­wają ich kłam­cami, syre­nami i tak dalej. Dla­tego dali sobie z tym spo­kój.

- A miecz?

Orjin znowu wzru­szył potęż­nymi ramio­nami.

- Byli wdzięczni, że chcia­łem z nimi poga­dać, i zapy­tali, czy mogą mi coś poda­ro­wać. Odpo­wie­dzia­łem, że jasne.

- Co to za broń? Skąd się wzięła?

Orjin opróż­nił tykwę i odrzu­cił ją na bok.

- Nie wie­dzieli tego. Powie­dzieli, że zna­leźli ją głę­boko na dnie Prze­smyku. Twier­dzili, że jest bar­dzo stara, i zga­dzam się z nimi.

- Ni­gdy jej nie uży­wasz.

Pokrę­cił głową.

- To prawda. Jest zbyt potężna. Za bar­dzo nie­bez­pieczna.

- Ale pamię­tam, że uży­łeś jej prze­ciwko temu cza­row­ni­kowi. - Ski­nął z namy­słem głową, wpa­tru­jąc się przed sie­bie. Być może on rów­nież kon­tem­plo­wał zna­cze­nie czte­rech mil­czą­cych, mar­twych Straż­ni­ków Wiary. - To wła­śnie z jej powodu nie­któ­rzy nazy­wają cię Kamien­nym Wojow­ni­kiem?

- Tak. Nie­któ­rzy mówili tak na mnie, nim jesz­cze aresz­to­wało mnie Impe­rialne Dowódz­two Naczelne.

- Ale... myśla­łem, że to ty dowo­dzi­łeś mala­zań­skimi siłami w Korelu.

- Woj­sko­wymi siłami. Pie­chotą mor­ską i regu­larną. Ale ist­niały też cywilne wła­dze, Guber­na­tor Hemel. Hemel 'Et Kelal. Blo­or­ski szlach­cic. Nie mam poję­cia, co się z nim stało. Tak czy ina­czej, on i grupa młod­szych rangą ofi­ce­rów oskar­żyli mnie o pak­to­wa­nie z Jeźdź­cami... i to był koniec.

- Co stało się potem? - zapy­tał zafa­scy­no­wany Kyle, nie­mal zapo­mi­na­jąc o bólu w nodze.

Orjin zbył jego słowa mach­nię­ciem ręki.

- Nie­ważne. To dawne dzieje. - Wstał, jęcząc i krzy­wiąc się z bólu. - Zabra­kło mi wina, a tobie trzeba opa­trzyć nogę. - Wycią­gnął rękę. - Chodźmy.

Kyle wypro­sto­wał się, ucze­pił ramie­nia przy­ja­ciela i pokuś­ty­kał razem z nim.

- Zacią­gniemy się na sta­tek?

- Nie, na Trake'a! Odzy­skamy twój miecz.

- Już ci mówi­łem, że ktoś go ukradł z mojego pokoju.

Orjin pokrę­cił głową.

- Kyle... jesteś zbyt ufny.

- Nie rozu­miem.

- Best jest jedną z naj­więk­szych szych czar­nego rynku w Delanss. To zło­dziej. On ci go ukradł.

- Powie­dział, że odzy­ska go dla mnie!

Orjin zatrzy­mał się i przez dłuż­szą chwilę przy­pa­try­wał się Kyle'owi.

- A potem zasu­ge­ro­wał, że mógł­byś popra­co­wać dla niego przez pewien czas...

Były najem­nik wzru­szył ramio­nami z zawsty­dzoną miną.

- Coś w tym rodzaju.

- To roz­strzyga sprawę. Możesz cho­dzić?

- Mogę. Choć z tru­dem.

- Ruszajmy do portu. Zacze­kasz tam na mnie. Wrócę z twoim mie­czem, a potem będziemy musieli szybko zwie­wać.

- Szara... Orjin, nie mogę ci na to pozwo­lić.

- Rów­nie dobrze możesz mnie nazy­wać Szarą Grzywą, Kyle. Pró­bo­wa­łem znowu się stać zwy­kłym, sta­rym Orji­nem Samar­rem, ale nic z tego nie wyszło. Dla­tego wra­cam do Sza­rej Grzywy. A Szara Grzywa odwie­dzi dziś wie­czo­rem Besta.

Kyle spoj­rzał na cichą, mokrą od desz­czu ulicę i ską­pane w bla­sku księ­życa witryny skle­pów.

- Szara, nie ma sensu się tru­dzić. Zni­kajmy stąd, dopóki możemy.

- Nie ma sensu? Wiesz, że to kłam­stwo. Twoi kole­dzy z Gwar­dii, Skra­dacz i jego kuzyni, powie­dzieli mi, kto dał ci broń. Obaj wiemy, ile jest warta. - W jego głę­boko osa­dzo­nych jasno­nie­bie­skich oczach roz­bły­sło coś, co mogło być weso­ło­ścią. - Obaj dźwi­gamy brze­mię mie­czy, które są czymś wię­cej, niż­by­śmy chcieli. - Ski­nął na Kyle'a, każąc mu ruszać w drogę. - Znajdź nam miej­sce na jakimś statku odpły­wa­ją­cym o świ­cie!

Kyle odpro­wa­dził go wzro­kiem, a potem pokuś­ty­kał do portu. Skra­dacz mu powie­dział. Albo Szara Grzywa go zapy­tał. Tak czy ina­czej, to była prawda. Miecz dał mu Osserc, istota czczona przez pobra­tym­ców Kyle'a jako boski patron Wia­tru, Nieba i Świa­tła. Potem Kyle dowie­dział się, że Osserc jest jedy­nie - jedy­nie! - potęż­nym jeste­stwem, Ascen­den­tem, podob­nie jak wódz Tiste Andii Ano­man­der, Syn Ciem­no­ści, albo Kró­lowa Snów, jak nie­któ­rzy nazy­wali Cza­ro­dziejkę.

Kyle był jed­nak obec­nie prze­ko­nany, że cała ta moc spra­wia wię­cej kło­potu niż to warte. Nie mógł nawet wycią­gnąć tego cho­ler­stwa bez przy­cią­ga­nia do sie­bie nad­mier­nej uwagi, podob­nie jak Szara Grzywa. A teraz ten cho­lerny dureń da się zabić... I w imię czego? Kuś­ty­ka­ją­cemu Kyle'owi przy­szło na myśl, że być może jego przy­ja­ciel pra­gnie udo­wod­nić samemu sobie, że na­dal potrafi robić takie rze­czy.

***

Zbli­żał się już świt. Kyle sie­dział wysoko na pokła­dzie rufo­wym galery z Curaki, gdy zauwa­żył rene­gata. Opa­tru­jący mu nogę pokła­dowy cyru­lik wypro­sto­wał się nagle.

- To on! - zawo­łał były najem­nik. - Odpły­wamy!

- Aiya! - krzyk­nęła stara kobieta i mocno uści­snęła jego zra­nioną koń­czynę. - Siedź spo­koj­nie!

- Lepiej, żeby ten twój czło­wiek był tego wart! - ostrzegł go sto­jący przy relingu mat. - Zwi­jać cumy!

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna biegł nabrze­żem, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce długi przed­miot. Spo­mię­dzy budyn­ków za jego ple­cami wyło­nił się tłum uzbro­jo­nych męż­czyzn i kobiet, cywili oraz straż­ni­ków miej­skich. Na ten widok cyru­lik zachi­cho­tał jak sza­lony.

- Sze­roki Oce­anie na dole! - zaklął mat. - Twój koleżka podraż­nił gniazdo szer­szeni!

Co takiego zro­bił?

- Znasz Besta, han­dla­rza czar­no­ryn­ko­wego?

- Tego kara­lu­cha? Znam?

- Myślę, że mój przy­ja­ciel wła­śnie sko­pał go po jajach.

Mat uśmiech­nął się sze­roko.

- Wyglą­daj­cie groź­nie i łap­cie za piki! - zawo­łał do załogi. - Przy­go­tuj­cie się do odpar­cia abor­dażu.

Sta­ruszka znowu zachi­cho­tała. Ten rado­sny odgłos iry­to­wał Kyle'a bar­dziej, niż się tego spo­dzie­wał.

***

Delan­syj­ski szlach­cic wszedł do opu­sto­sza­łej, splą­dro­wa­nej Szkoły Szer­mierki Orjina i skrył dło­nie w gru­bych sza­tach pod masyw­nym srebr­nym łań­cu­chem będą­cym sym­bo­lem jego rangi. Zauwa­żył, że w ciągu nocy wynie­siono stąd wszystko.

- Hej! - zawo­łał. Pia­sek spla­miła krew, ale nie zauwa­żył żad­nych ciał. - Jest tu kto?

- Tak.

Pode­rwał się i obej­rzał. Z cieni wyło­niła się kobieta. Wdziała pro­ste, ciemne szaty, a na nogach miała mięk­kie, skó­rzane buty. Jej kędzie­rzawe włosy były krótko ostrzy­żone. Coś w niej przy­po­mi­nało szlach­ci­cowi Korel­rij­czy­ków, z któ­rymi nie­dawno miał do czy­nie­nia, choć wie­dział, że kobieta nie pocho­dzi z Pię­ści. Być może łączył ją z nimi odór fana­ty­zmu.

- Prze­pra­szam za tego Orjina. Nie mia­łem poję­cia, że jest taki nie­sta­bilny. Sły­sza­łem, że przedarł się przez wszyst­kich straż­ni­ków Besta i wsa­dził mu głowę do dziury wychodka, żąda­jąc, by oddał mu pewien przed­miot. To nie moja wina, że wpadł w szał.

Kobieta zbyła jego nie­po­kój leni­wym gestem dłu­go­pal­cej dłoni.

- Nie przej­muj się. Zapła­ci­li­by­śmy ci pewną sumę, nawet gdyby Korel­rij­czy­kom udało się go zabić.

- Nawet wtedy?

- Tak. Wtedy dowie­dzie­li­by­śmy się, że nie był już czło­wie­kiem, jakiego potrze­bu­jemy.

Szlach­cic uniósł brwi.

- Naprawdę? A czego dowie­dzie­li­ście się teraz, gdy zra­nił ponad dwu­dzie­stu ludzi, poko­nał patrol straży miej­skiej i zagrał na nosie wszyst­kim cywil­nym wła­dzom?

Ciem­no­brą­zowe oczy kobiety zaśmiały się do niego. Co wię­cej, wzbu­dziły w nim coś, co tylko naj­now­sza z jego kocha­nek potra­fiła przy­wo­łać jed­nym spoj­rze­niem.

- Że jest dokład­nie takim czło­wie­kiem - odpo­wie­działa z uśmie­chem.

***

Drzwi celi Corla otwo­rzyły się z grze­cho­tem zamka. Korel­rij­ski ofi­cer w gra­na­to­wej zbroi inkru­sto­wa­nej sre­brem ski­nął na niego, naka­zu­jąc mu wyjść. Nie był jed­nym ze straż­ni­ków, któ­rych już poznał. Nasu­nęła mu się myśl, że dotąd nie widział wśród korel­rij­skich Wybra­nych ani jed­nej kobiety. Naj­wy­raź­niej zakon z jakie­goś powodu ich nie chciał albo utrud­niał im awans. Posta­wił nogi na pod­ło­dze.

- Co jest?

- Chodź z nami.

- Naj­pierw zdej­mij to - zażą­dał, wska­zu­jąc na meta­lową obręcz na szyi ofi­cera.

Męż­czy­zna prych­nął pogar­dli­wie.

- Masz nas za głup­ców, cza­row­niku?

Nie za głup­ców. Po pro­stu za nie­do­świad­czo­nych, pomy­ślał Corlo i wyszedł za nim na kory­tarz. Korel­rij­czycy wie­dzieli bar­dzo mało o magach i byli gotowi uto­pić for­tunę w obrę­czach z nie­wielką domieszką blo­ku­ją­cego magię ota­ta­ralu, gdy tylko mieli się spo­tkać z jed­nym z nich. W fak­cie, że ta sub­stan­cja pocho­dziła od mala­zań­skich najeźdź­ców, zapewne kryło się sporo iro­nii. W kory­tarzu cze­kała dru­żyna korel­rij­skich kusz­ni­ków. Wszy­scy wyce­lo­wali w niego broń.

Brak im doświad­cze­nia i wypeł­nia ich strach. Naprawdę myślą, że magiczne talenty mają coś wspól­nego z ich wro­gami, mor­skimi demo­nami. Pogrą­żeni w igno­ran­cji kryją się za swoim murem. Zawsze tak się dzieje, kiedy ktoś wznosi mury. Za ich prze­są­dami z pew­no­ścią kryje się Pani.

- Dokąd idziemy?

- Cisza, Mala­zań­czyku. Ruszaj się.

Corlo dał już sobie spo­kój z pró­bami wyja­śnie­nia straż­ni­kom sub­tel­no­ści poli­tyki poza ich izo­lo­wa­nymi wyspami. Nie byli w sta­nie jej pojąć albo po pro­stu w ogóle ich to nie obcho­dziło. Rze­czy­wi­ście przy­szedł na świat w Impe­rium Mala­zań­skim. Uro­dził się w Avore, zanim stary cesarz wytarł je z mapy.

Więk­sze zna­cze­nie miał jed­nak fakt, że był człon­kiem Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii, kom­pa­nii najem­ni­ków, któ­rej celem było znisz­cze­nie Impe­rium. A przy­naj­mniej kie­dyś był jej człon­kiem i taki cel przy­świe­cał kom­pa­nii w owym cza­sie. Teraz nie był już tego pewien. Ani on, ani żaden z jego oca­la­łych towa­rzy­szy.

***

Ofi­cer i jego eskorta wypro­wa­dzili go z labi­ryntu cel i jaskiń wypeł­nia­ją­cego Sztor­mowy Mur na pół­noc od For­tecy Kor i ruszyli sze­ro­kimi, krę­tymi scho­dami ku kosza­rom znaj­du­ją­cym się za skal­nym rumo­wi­skiem u pod­stawy muru. Świe­ciło słońce, ale w zacie­nio­nych miej­scach było zimno. Corlo przy­po­mniał sobie, że nad­cho­dzi zima, a wraz z nią kolejny sezon sta­nia na murze. Po kilku zakrę­tach zorien­to­wał się, dokąd go pro­wa­dzą, i poczuł ucisk w klatce pier­sio­wej.

Och, bła­gam cię, Pożogo. Chyba nie spró­bo­wał znowu?

Po chwili rze­czy­wi­ście dotarli do oto­czo­nych murami kwa­ter naj­waż­niej­szych spo­śród więź­niów, któ­rzy stali na murze. Jeńcy z całego świata, męż­czyźni i kobiety, któ­rzy dowie­dli swej war­to­ści w walce i zdol­no­ści współ­dzia­ła­nia, żyli we względ­nym luk­su­sie i spo­koju. Jego prze­ło­żony z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii, Żela­zna Krata, miał tu dla sie­bie cały apar­ta­ment.

Ale on nie jest zbyt skłonny do współ­pracy.

Pod drzwiami poko­jów Kraty odpro­wa­dza­jący Corla ofi­cer wycią­gnął rękę, zatrzy­mu­jąc go.

- Jeśli cenisz życie przy­ja­ciela, przy­po­mnij mu, co leży w jego inte­re­sie - ostrzegł go.

Corlo odsu­nął jego rękę.

- To mój przy­ja­ciel - odparł.

W ciem­no­brą­zo­wych oczach męż­czy­zny widocz­nych w wąskiej wizu­rze hełmu z poczer­nia­nego żelaza nie było widać prze­ko­na­nia. Możemy sobie pora­dzić bez was - wyczy­tał Corlo w ich twar­dym, nie­wzru­szo­nym spoj­rze­niu. Męż­czy­zna wska­zał głową na straż­ni­ków i jeden z nich odsu­nął zasuwę.

Corlo popchnął ciężką żela­zną barierę. W środku pano­wał chaos. Na gład­kiej posadzce walały się kawałki gli­nia­nych garn­ków oraz frag­menty roz­bi­tych sto­łów i krze­seł. Mię­dzy szcząt­kami wid­niały kałuże wina oraz zrzu­cone na pod­łogę tace z owo­cami i chle­bem. Jęki przy­cią­gnęły jego uwagę do dziew­czyny, która sie­działa przy drzwiach, opla­ta­jąc kolana ramio­nami.

Pod­niósł ją na nogi. Drżała, na­dal opla­ta­jąc się ramio­nami.

Nie, nie zro­biłby tego...

Uniósł pod­bró­dek dziew­czyny. Kohl spły­wał z jej oczu, bru­dząc całą twarz. Nie chciała odwza­jem­nić spoj­rze­nia, ale dostrze­gał w jej zacho­wa­niu strach i zmie­sza­nie.

Pew­nie ni­gdy nie spo­tka­łaś się z czymś podob­nym, dziecko. On już taki jest.

Deli­kat­nie prze­ka­zał ją straż­ni­kom, po czym ruszył do wnę­trza apar­ta­mentu, stą­pa­jąc po wala­ją­cych się na posadzce szcząt­kach. Okru­chy potłu­czo­nych szkla­nych kara­fek i gli­nia­nych dzba­nów chrzę­ściły pod jego sto­pami. Usły­szał za ple­cami dźwięk zamy­ka­nych drzwi i zasu­wa­nego rygla. Prze­szu­kał główny pokój i wresz­cie zna­lazł swego dowódcę. Leżał pod zakra­to­wa­nym oknem. Był nie­ogo­lony, włosy lepiły się mu od potu, a do szyi przy­sta­wiał sobie nóż o sze­ro­kim ostrzu. Na jego widok wyszcze­rzył zęby niczym dzi­kie zwie­rzę.

- To nic nie da - stwier­dził Corlo, wska­zu­jąc na ostrze.

Nie­ru­chomy uśmiech wyglą­dał upior­nie. Krata wypu­ścił nóż, który spadł z brzę­kiem na posadzkę.

- Ale oni o tym nie wie­dzą - wychry­piał.

Corlo nie zawra­cał sobie głowy pyta­niem, co się stało. Po pro­stu oparł się o ścianę, skrzy­żo­wał ramiona na piersi i wle­pił spoj­rze­nie w Kratę, licząc na to, że wywoła to jakąś reak­cję.

Bła­gam, niech się okaże, że na­dal jest zdolny coś czuć.

Krata nie chciał na niego patrzeć. Jego spoj­rze­nie wędro­wało po leżą­cych na pod­ło­dze szcząt­kach, jakby się zasta­na­wiał, ile to wszystko będzie kosz­to­wało.

- Nie mogę dłu­żej tego cią­gnąć - ode­zwał się wresz­cie po dłu­gim mil­cze­niu. - Umie­ram. - Corlo skrzy­wił się bole­śnie, sły­sząc brzmie­nie jego śmie­chu. - Umie­ram, ale nie mogę umrzeć. - Zer­k­nął na maga spod pozle­pia­nych od potu wło­sów. - Jest w tym pewna iro­nia.

- Możesz stąd odejść.

Krata wzru­szył nie­cier­pli­wie ramio­nami i znowu ucichł na dłuż­szą chwilę. Się­gnął po dzban i wypił kolejny łyk.

- Nie zosta­wię tu żad­nego z was.

- Wie­dzą o tym.

- Cóż więc mam zro­bić?

Poło­żył sobie dzban na kola­nach.

Corlo zer­k­nął na wła­sne dło­nie, które zaci­skał na szar­fie, i ponow­nie uniósł wzrok.

- Nie zabiją nas. Mówią, że to zro­bią, ale to nie­prawda. Słu­cha­łem ich roz­mów. Potrze­bują wszyst­kich ludzi, jakich mogą dostać.

Krata przy­mru­żył powieki, wpa­tru­jąc się w prze­szłość.

- Dokąd miał­bym się udać...

- Do Stra­temu.

Corlo uchy­lił się szybko. Dzban roz­bił się nad jego głową.

- Jebać Stra­tem!

Mag wypro­sto­wał się i poru­szył szyją, by zła­go­dzić ner­wowe napię­cie mię­śni. Krata oklapł i przy­mru­żył powieki, zata­pia­jąc się na moment w myślach.

- Byli­śmy bar­dzo bli­sko. Wyczu­wa­łem obec­ność Bra­cisz­ków. Poczu­łem, że odwró­cili się od misji dla tego skur­wy­syna Oprawcy. A on zadrwił ze mnie. Zadrwił! - Zaci­snął dło­nie na opa­da­ją­cej gło­wie. - Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia zła­mała śluby i porzu­ciła nas, żeby­śmy tu zgnili. A... ja... na­dal... nie... mogę... umrzeć!

Corlo mógł jedy­nie mil­czeć.

Wresz­cie dotar­li­śmy do sedna. Zdrada. Poczu­cie klę­ski. Bez­rad­ność i darem­ność. Co mógł­bym powie­dzieć?

Czu­jąc do sie­bie wstręt, się­gnął po ostat­nie narzę­dzie, jakie mu pozo­stało. To samo, któ­rym posłu­gi­wali się jego straż­nicy. Odsu­nął się od ściany i wsparł spo­cone dło­nie na bokach.

- Trzy­maj się, Krata. Dla naszych.

Jego dowódca stłu­mił kon­wul­syjny śmiech i potarł włosy tak gwał­tow­nie, że mag pomy­ślał, iż ma ochotę je wyrwać.

- Tak jest. Wra­camy do punktu wyj­ścia.

- Nie ma wyboru.

- Nawet naj­mniej­szego.

Corlo ski­nął lekko głową.

- Powiem im, żeby tu posprzą­tali.

Krata nie odpo­wie­dział. Jego oczy utra­ciły wszelki wyraz, jakby wyco­fał się w jakieś odle­głe miej­sce. Mag pod­szedł ostroż­nie do drzwi i zapu­kał w nie.

Otwo­rzyły się.

- Może­cie tam posprzą­tać, ale zostaw­cie go w spo­koju.

Korel­rij­ski Wybrany ski­nął tylko na niego, roz­ka­zu­jąc mu podą­żyć za sobą. Ta nie­wdzięcz­ność nie roz­gnie­wała Corla. Gdy szedł w dół po scho­dach, w jego klatce pier­sio­wej pło­nął wstyd.

Jestem taki sam jak ty, myślał, wpa­tru­jąc się w plecy swego zaku­tego w zbroję prze­wod­nika. A nawet gor­szy. Jestem kola­bo­ran­tem. Zdrajcą, który pomaga wro­gom obró­cić przy­ja­ciela w nie­wol­nika.

Przed stu laty zało­ży­ciele Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii zło­żyli strasz­liwe śluby wiecz­nej wojny z Impe­rium Mala­zań­skim. W owej chwili przy­znano im coś w rodzaju nie­śmier­tel­no­ści, mają­cej trwać, dopóki Impe­rium będzie ist­niało. Corlo wie­dział jed­nak, że mogą umrzeć. Gdyby Krata naprawdę chciał ze sobą skoń­czyć, byłby w sta­nie to zro­bić. Mur był wysoki, a wody zimne. Pętle dusiły. Dłu­gie cien­kie ostrze mogło prze­bić gałkę oczną i znaj­du­jący się za nią mózg.

Naj­bar­dziej bał się wła­śnie tego, że jego dowódca da za wygraną. Więk­szość ludzi zapewne już by tak zro­biła. Ale Krata ni­gdy dotąd się nie pod­da­wał. To wła­śnie było jego siłą jako Zaprzy­się­żo­nego Gwar­dzi­sty. Na to liczył Corlo.

Jego dowódcy po pro­stu trzeba było od czasu do czasu o tym przy­po­mnieć.

***

Miesz­ka­niec Malazu - mia­sta poło­żo­nego na wyspie o tej samej nazwie - cho­dzący nocą po uli­cach pomimo lodo­wa­tego jesien­nego desz­czu - pijak, pie­karz czy może czło­nek noc­nej straży, gdyby w Mala­zie kie­dy­kol­wiek ist­niała taka insty­tu­cja - mógłby zauwa­żyć szczu­płą, spo­witą w płaszcz postać krę­cącą się pod bramą domu o wyjąt­kowo złej repu­ta­cji. Miej­scowi zwali go Domem Umar­łych, gdy coś zmu­siło ich do przy­zna­nia, że w ogóle ist­nieje. Nikt tam nie miesz­kał, na podwórku pełno było wzgór­ków - śla­dów po nie­zli­czo­nych pogrze­bach - a ci, któ­rzy weszli do środka, ni­gdy nie wra­cali.

Taki prze­mo­czony, zmar­z­nięty świa­dek mógłby zauwa­żyć, że tajem­ni­cza postać dotknęła bramy, naj­wy­raź­niej zamie­rza­jąc wejść do środka, na co nie odwa­żyłby się żaden z miesz­kań­ców mia­sta. Potem usły­szałby kobiecy głos krzy­czący roz­ka­zu­ją­cym tonem:

- Stój!

W tej chwili każdy miesz­ka­niec Malazu - który w ogóle nie powi­nien łazić po uli­cach o takiej porze i przy takiej pogo­dzie - z pew­no­ścią odda­liłby się roz­sąd­nie, pozwa­la­jąc noc­nym wędrow­com zająć się ich podej­rza­nymi spra­wami, i nie wspo­mniałby nikomu o tym incy­den­cie. Dla­tego nie zoba­czyłby, że wyż­sza z postaci - która oka­zała się młodą kobietą - ujęła dłoń star­szej, noszą­cej szal kobiety, która powstrzy­mała ją krzy­kiem, i ją poca­ło­wała.

***

Kiska roz­pro­sto­wała nogi i rozej­rzała się po cia­snym, peł­nym pó­łek, skrzy­nek i rzu­co­nych na stertę wor­ków wnę­trzu sklepu z zio­łami nale­żą­cego do Agayli. Pomy­śleć tylko, że w latach dzie­ciń­stwa wyda­wał się jej duży. Wytarła ręcz­ni­kiem krót­kie mokre włosy i prych­nęła lek­ce­wa­żąco. To było dawno. Nie­mniej przy każ­dym odde­chu czuła silne, ude­rza­jące do głowy wonie nie­zli­czo­nych przy­praw, przy­po­mi­na­jące jej tamte czasy.

Ciotka Agayla wró­ciła, nio­sąc zupę na tacy. Wła­ści­wie nie były spo­krew­nione, ale pozo­sta­wały ze sobą wystar­cza­jąco bli­sko jak na tamte mniej biu­ro­kra­tyczne czasy, w któ­rych każdy mógł przy­jąć pod swój dach dowolną osobę, a miej­scowe wła­dze mogły się pójść uto­pić w zatoce. W jej dłu­gich wło­sach było wię­cej siwi­zny niż za daw­nych cza­sów, a ramiona stały się jesz­cze chud­sze i bar­dziej żyla­ste, ale ogól­nie trzy­mała się nie­źle.

Agayla popa­trzyła na nią nad dymią­cymi miskami. Na jej szczu­płej, poważ­nej twa­rzy poja­wił się wyraz sro­giej dez­apro­baty.

- Nie chcia­łam ze sobą skoń­czyć - zapew­niła Kiska.

Star­sza kobieta unio­sła ciemną brew.

- Tak? W takim razie co zamie­rza­łaś zro­bić?

- To... skom­pli­ko­wane, cio­ciu.

Druga brew unio­sła się w ślad za pierw­szą.

- Aha. Skom­pli­ko­wane, tak?

- Cio­ciu! To... - Szu­kała słów, które pozwo­li­łyby jej ode­przeć zarzuty Agayli, ale żad­nych nie zna­la­zła. Po chwili mach­nęła ręką. - Nie­ważne.

- Wypij zupę.

Czu­jąc się jak nabur­mu­szone, pełne pre­ten­sji dziecko, jakim z pew­no­ścią była przed z górą dzie­się­cio­le­ciem, Kiska wzięła w ręce miskę z zupą. Była pyszna, rzecz jasna. Naj­lep­szy posi­łek, jaki jadła od lat. Na powierzchni zupy pły­wał kłę­bek jakichś roślin­nych frag­men­tów. Odsu­nęła go na bok, by popi­jać płyn.

Szał­wia? - zadała sobie pyta­nie, czu­jąc ostrą woń.

- Oczy­wi­ście o wszyst­kim sły­sza­łam - zaczęła Agayla, odsta­wia­jąc swoją miskę. - I bar­dzo mi przy­kro.

Sły­szała o wszyst­kim? Pew­nie tak. Kto o tym nie sły­szał. Wiel­kiego maga Tay­schrenna, być może naj­wy­bit­niej­szego z użyt­kow­ni­ków magii tej epoki, wessała pustka. Nawet bogo­wie nie wie­dzieli, dokąd mogła go cisnąć. A ona, jego straż­niczka oso­bi­sta, prze­żyła i musiała sta­wić czoło swej cał­ko­wi­tej, upo­ka­rza­ją­cej porażce. Nikt nie poniósł tak spek­ta­ku­lar­nej klę­ski od cza­sów Sza­rej Grzywy. Tak jest, Agayla musiała o tym sły­szeć. Kiskę każ­dego ranka budziło wspo­mnie­nie tej chwili.

- To byli Zaprzy­się­żeni, dziew­czyno. Już to, że sta­wi­łaś im opór, zasłu­guje na uzna­nie.

- Ale oka­za­łam się za słaba.

- Pociesz się myślą, że takich, któ­rzy by sobie z nimi pora­dzili, jest bar­dzo nie­wielu. - Star­sza kobieta prze­rzu­ciła dłu­gie włosy na jedno ramię i zaczęła je cze­sać grze­bie­niem z muszli. Kiska przy­glą­dała się temu. Mimo swych żalów poczuła, że magia zna­nego rytu­ału na nią działa. Jej koń­czyny roz­luź­niły się, a bole­sne skur­cze w bar­kach ustą­piły. Pamię­tała, jak czę­sto sta­wała za nią wie­czo­rami i cze­sała jej włosy, licząc każdy ruch.

- A co zamie­rza­łaś zro­bić? - zapy­tała po pew­nym cza­sie Agayla.

- Zło­żyć pro­po­zy­cję temu, kto otwo­rzy mi drzwi.

Agayla prze­stała się cze­sać i spoj­rzała na nią z bły­skiem w ciem­nych oczach.

- Jaką pro­po­zy­cję?

- Służba w zamian za pomoc. Oni pomogą mi go zna­leźć, a ja zgo­dzę się im słu­żyć.

Star­sza kobieta odło­żyła grze­bień.

- To bar­dzo ryzy­kowny plan.

- Co jest takie ryzy­kowne? Wej­ście na teren?

- Nie. To, że mogliby, czy mogłoby, przy­jąć tę pro­po­zy­cję.

Kiska odwró­ciła wzrok, pró­bu­jąc ukryć iry­ta­cję zna­jomą aro­gan­cją ciotki, i skie­ro­wała go na wytarte worki, wypeł­nione zeschłymi liśćmi.

- Nie masz już w tej spra­wie głosu, Agayla. Przez dzie­sięć lat byłam straż­niczką Tay­schrenna. Towa­rzy­szy­łam mu przy nego­cjo­wa­niu trak­ta­tów. Spo­tka­łam się z amba­sa­do­rem przy­sła­nym przez samego Ano­man­dera Rake'a. Odwie­dzi­łam Daru­dży­stan, gdzie roz­ma­wia­li­śmy z dele­ga­cją magów z byłych Wol­nych Miast. Wiem, że na swój spo­sób jesteś uta­len­to­waną użyt­kow­niczką magii, Agayla. Przy­naj­mniej jeśli brać pod uwagę tę wyspę. Ale to jest mała wyspa, a tu cho­dzi o więk­sze sprawy.

Kiska ni­gdy dotąd nie widziała, by gęste, ciemne brwi jej ciotki unio­sły się tak wysoko.

- Oho! Widzę, jak upa­dły płytki! Mogę sobie naj­wy­żej pora­dzić z lecze­niem wsty­dli­wych cho­rób albo z poma­ga­niem dziew­czy­nom, które wpa­dły w kło­poty, tak?

- Bez obrazy, cio­ciu, ale czy kie­dy­kol­wiek opu­ści­łaś tę wyspę?

Agayla splo­tła włosy w długi war­kocz.

- Opłot­kowa cza­row­nica z tej wyspy nie może w niczym pomóc komuś takiemu jak ty, kto obra­cał się wśród wysoko posta­wio­nych osób, tak?

- Agayla...

- Mogę tylko przy­wo­ły­wać wiatr i robić świece, zga­dza się?

Kiska zwie­siła głowę i cze­kała, aż burza minie.

- Nie to mia­łam na myśli - ode­zwała się po pew­nym cza­sie, wpa­tru­jąc się w swe zło­żone na kola­nach dło­nie.

- Jesteś jesz­cze młoda, dziecko - odpo­wie­działa Agayla łagod­niej­szym tonem. - Prze­wró­ciło ci się w gło­wie. Widzia­łaś świat i jesteś pewna, że wiesz już wszystko. Ale w rze­czy­wi­sto­ści twoja edu­ka­cja led­wie się zaczęła.

Kiska unio­sła nagle głowę.

- Nie trak­tuj mnie jak dziecko. Być może w two­ich wspo­mnie­niach na­dal nim jestem, ale upły­nęło już wiele czasu. Sta­łam się doro­słą kobietą i sama będę o sobie decy­do­wać.

Przy­go­to­wała się na odpar­cie kolej­nych argu­men­tów, ale żaden nie padł. Ciotka Agayla pochy­liła tylko głowę, uzna­jąc praw­dzi­wość jej słów.

- Masz rację. Dla mnie zawsze pozo­sta­niesz dziec­kiem, któ­remu osu­sza­łam łzy i które pro­wa­dzi­łam za rączkę. Nic nie może tego zmie­nić. - Zwią­zała war­kocz w gruby węzeł. - Star­czy już gada­nia na dziś. Idź spać. Twoje łóżko na­dal jest w tym samym miej­scu. Rano wszystko może wyglą­dać ina­czej.

Kiska oparła się wygod­niej na krze­śle, pozo­sta­wia­jąc dło­nie leżące swo­bod­nie na kola­nach. Zupa pie­ściła jej żołą­dek cie­płem. Ski­nęła głową, wstała i ruszyła na zaple­cze, gdzie znaj­do­wały się wąskie schody pro­wa­dzące do jej sta­rego pokoju.

- Zaśnij - wyszep­tała Agayla, odpro­wa­dza­jąc ją spoj­rze­niem i znowu mru­żąc powieki. - I śnij - dodała jesz­cze cich­szym szep­tem.

***

Kiedy została sama, pode­szła do naj­now­szego gobe­linu roz­po­star­tego na jej kro­śnie, wsparła stopy na peda­łach i puściła czó­łenko w ruch. Po chwili zmie­niła wzór. Pra­co­wała aż do świtu. Warsz­tat tkacki drżał, nici krzy­żo­wały się, a drew­niane czó­łenko prze­su­wało się bez końca. Myślami prze­by­wała jed­nak daleko od pracy. Jej palce poru­szały się mecha­nicz­nie, a oczy wpa­try­wały się w osza­ła­mia­jący wzo­rzec ujaw­nia­jący się w tka­ni­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki