ROZDZIAŁ 1
Powietrze było zamglone jak świat po
przebudzeniu. Nadszedł czwarty lipca. Przed południem zaczął się
straszliwy, duszący upał. Missy Hooper zakończyła rozmowę, wrzuciła
komórkę do torebki i z westchnieniem ją zamknęła. Chwilę później
sprawdziła, czy dociągnęła suwak. W parku rozrywki panował tłok i gdyby
nie była ostrożna, łatwo mogłaby paść ofiarą kieszonkowca.
Co teraz? Glenna poszła zastąpić chorą kelnerkę w restauracji, w której
obie pracowały, i nie mogła się z nią spotkać. Co za pech... Missy nie
miała ochoty samotnie spacerować po wesołym miasteczku pełnym
randkujących młodych ludzi. Cholerna Glenna... Dlaczego po prostu nie
odmówiła Rickie? Missy znowu westchnęła. Glenna pozwala ludziom się
wykorzystywać. Powinna nauczyć się walczyć.
Podszedł do niej wytatuowany sprzedawca przebrany za klauna, trzymając
trzy piłki bejsbolowe i uśmiechając się szeroko.
-?Chcesz zagrać na loterii, młoda damo? Mam fajne nagrody dla ładnych
dziewczyn takich jak ty. Trzy piłki za dolara.
Missy odwróciła się, by go wyminąć, i wpadła na żylastego młodzieńca o piaskowych włosach i jasnobłękitnych oczach.
-?Uważaj! Nie powinnaś przewracać ludzi. -?Uśmiechnął się i przesunął
dłonią po włosach ostrzyżonych na jeża. Missy cofnęła się o krok.
-?Przepraszam -?wyjąkała. -?Chyba się zamyśliłam.
-?Nic się nie stało. Co wolisz: buldogi czy małpy? Jedna z tych nagród
będzie świetnie wyglądać na półce w twojej sypialni. -?Pochylił się w jej stronę. -?Ja płacę. -?Dał sprzedawcy banknot pięciodolarowy i otrzymał cztery banknoty reszty.
-?Przepraszam, mówisz do mnie? -?spytała Missy, lekko się rumieniąc.
Młodzieniec miał ogorzałą twarz człowieka pracującego na wolnym
powietrzu, podobnie jak obaj jej bracia. Wydawała się dziwnie znajoma,
chociaż Missy nie mogła sobie przypomnieć, gdzie ją widziała.
-?Jasne. -?Skłonił się głęboko. Miał na sobie dżinsy pobrudzone farbą i czerwony T-shirt. Na jego pomarańczowych butach roboczych marki
Timberland również znajdowały się plamy farby. -?Po prostu wskaż
nagrodę, którą chcesz dostać, i będzie twoja -?powiedział, wspierając
się pod boki.
Missy obciągnęła niebieski podkoszulek, który natychmiast znowu
podjechał do góry, odsłaniając pępek. Zerknęła na pluszaki wiszące na
haczykach.
-?Ten buldog wygląda ślicznie.
-?W takim razie życz mi powodzenia. -?Mrugnął.
Zachichotała.
-?Powodzenia. -?Patrzyła, jak bierze pierwszą kulę i waży ją w dłoni,
oceniając odległość. Odwrócił się w stronę Missy i posłał jej pewny
siebie uśmiech.
Usłyszała krzyk przerażonej dziewczyny jadącej kolejką górską, która
pokonała wzniesienie i zniknęła za namiotem z wysokim dachem. Popatrzyła
w tę stronę.
Trzask! Obróciła się, słysząc grzechot przewracających się kręgli.
-?Cholera, przyniosłaś mi szczęście! -?Młody człowiek uniósł zaciśniętą
pięść, wyraźnie zadowolony z siebie. -?Wiara przenosi góry, prawda? -
Znów mrugnął do Missy. -?Twoja wiara na pewno tak.
Missy niezgrabnie przestąpiła z nogi na nogę -?młody mężczyzna zwracał
się do niej bardzo bezpośrednio, co ją zawstydzało, a jednocześnie jej
pochlebiało. Chwilę później trzymała w ramionach wielkiego
jasnoniebieskiego buldoga; miała wrażenie, że niesie belę siana.
-?Masz samochód, żeby go schować?
Przewróciła oczami.
-?Niestety nie. Podrzucił mnie przyjaciel. Zamierzałam się z kimś
spotkać.
-?Żaden problem. Jeśli chcesz, możesz zostawić buldoga w mojej
furgonetce. -?Zanim zdążyła odpowiedzieć, spytał szybko: -?Nie jesteś
głodna? -?Podszedł do straganu z przekąskami, a potem odwrócił głowę z powrotem w stronę Missy. -?Masz ochotę na naleśnika i colę?
Nagle poczuła zapach smażonego ciasta i cukru. Natychmiast zaburczało
jej w brzuchu.
-?Jasne.
Doszła do wniosku, że lubi, gdy ktoś się o nią troszczy. Mówił miłym
głosem, zachowywał się opiekuńczo. Wrócił z napojami i dwoma naleśnikami
zawiniętymi w pergaminowy papier. Położyła nagrodę na ziemi między
nogami.
-?Dzięki. Zwrócę ci pieniądze.
-?Do niczego mi się nie przydadzą -?odpowiedział ironicznie. Missy
doszła do wniosku, że jest zabawny, sympatyczny w dziwny, niezgrabny
sposób.
-?Dziękuję -?powiedziała. -?Mam na imię Missy.
-?Miło mi cię poznać, Missy. Ja nazywam się Jasper. W wolnych chwilach
lubię rzeźbić w kamieniu. Może pójdziemy wrzucić buldoga do furgonetki?
Skończyli naleśniki i napoje, a potem wyszli z wesołego miasteczka.
-?Jeśli chcesz, mogę cię odwieźć do domu. -?Wsiadł do szoferki, pochylił
się nad fotelem i otworzył drzwi od strony miejsca dla pasażera. -?Byłby
to dla mnie zaszczyt, Missy.
Wzdrygnęła się na myśl o tym, że musiałaby zadzwonić i poprosić jednego
z braci, żeby po nią przyjechał. Jimmy był w kręgielni, a Dean w Odon, u swojej dziewczyny. Musiałaby długo czekać w upale, spocona jak mysz.
-?Jasne. Możesz mnie odwieźć.
-?Rozlałem z tyłu trochę farby. Jeszcze nie wyschła -?powiedział. -
Lepiej umieść buldoga z przodu. -?Wskazał miejsce pasażera.
Missy położyła masywną zdobycz na siedzeniu, a potem weszła do szoferki.
Buldog zahaczył się o pęknięcia w winylowym pokryciu, z którego
wystawała pożółkła piankowa wyściółka. Poczuła gryzący, kwaśny zapach.
Młodzieniec uruchomił silnik, otworzył okienko wentylacyjne i kazał jej
zrobić to samo. Jechali krętą drogą przez las. Chociaż wesołe miasteczko
zostało zaledwie kilka kilometrów z tyłu, czuli się jak w zupełnie innym
świecie. Cisza. Spokój. Światło słońca w koronach drzew.
-?Byłaś kiedyś nad Clear Creek? -?spytał.
Spojrzała na niego znad pluszaka, czując na twarzy strumień powietrza
wpadającego przez okienko.
-?Masz na myśli kąpielisko?
Pokręcił głową.
-?Nie. Inne miejsce. Chyba nie ma piękniejszego. -?Odwrócił się,
spojrzał na nią i uśmiechnął się prawie nieśmiało. -?Chciałbym ci je
pokazać.
Jechali drogą stanową numer 67. Dom Missy znajdował się zaledwie osiem
kilometrów na południe. Młody człowiek wydawał się miły.
-?To daleko? -?spytała, mrużąc oczy w świetle słońca wpadającym przez
boczne okno.
-?Jesteśmy prawie na miejscu.
Skinęła głową.
-?Zgoda. -?Znów spojrzała na niego, zastanawiając się, kim jest. Obracał
coś w ustach, zauważyła błysk między zębami.
-?Masz jeszcze cukierki, które ssiesz? -?odezwała się.
Rozchylił usta. Zobaczyła coś ciemnego, lśniącego, wilgotnego.
-?To nie cukierek. -?Przesunął dziwny przedmiot na bok. -?Mama nigdy ci
nie mówiła, że od cukierków psują się zęby?
-?Jasne. Więc co to takiego?
-?Od dzieciństwa lubię rzeźbić w kamieniu. Drobne figurki, twarze,
zwierzęta. Czasem nawet ludzi. To trudne, wymaga zręczności. -?Szybko
zerknął w jej stronę, a potem spojrzał przez przednią szybę. -?Kamień
może łatwo pęknąć, jeśli się nie jest ostrożnym.
Milczała i patrzyła przez boczne okno, nie wiedząc, jak zareagować.
Furgonetka mijała znajome miejsca. Widziała dom przyjaciółki na
grzbiecie wzgórza przy drodze. Już miała poprosić, by zatrzymał
furgonetkę, bo przypomniała sobie, że po południu ma odwiedzić
przyjaciółkę, kiedy wyciągnął otwartą dłoń w pobliżu jej kolan.
-?Widzisz? -?odezwał się. -?Skończyłem to wczoraj. Ręcznie wykonana
rzeźba z czertu, odmiany jaspisu. -?Uśmiechnął się do Missy. -?Moje
imię, Jasper, oznacza jaspis.
Wpatrywała się w czerwonawy kamień, wciąż pokryty śliną. Był wielkości
figurki szachowej. Na jednym końcu misternie wyrzeźbiono głowę i twarz.
Resztę ciała pokrywały rowki, symbolizujące ręce i nogi.
-?Na pewno zajęło to dużo czasu.
-?Tak. -?Zacisnął dłoń i schował amulet do kieszeni.
-?Gdzie pracujesz, Jasper? -?spytała, zmieniając temat. -?Założę się, że
na wolnym powietrzu, bo jesteś opalony.
-?Mądra z ciebie dziewczyna -?odparł, powoli kiwając głową. -?Maluję
szyldy w sklepach. Niektórzy uważają ręcznie malowane szyldy za
staroświeckie. Myślę, że jestem czymś, co można nazwać przeżytkiem
dawnej epoki. -?Uśmiechnął się i delikatnie musnął czubkami palców nagie
ramię Missy.
Wzdrygnęła się, czując intymne dotknięcie.
-?Jestem artystą. Staram się dawać z siebie wszystko, rozumiesz?
Spojrzała na jego poplamione dżinsy.
-?Rozumiem. Myślałam, że pracujesz w wesołych miasteczkach, malując
klaunów.
Zaśmiał się i pokręcił głową.
-?Zabawne. Tak naprawdę ten cholerny Sweet Lick Resort już mnie zmęczył.
Dużo tam pracowałem.
-?Masz na myśli to ekskluzywne pole golfowe? -?spytała. -?Jego
kierownikiem jest wuj mojej przyjaciółki. Nazywa się Lonnie Wallace.
Słyszałeś o nim?
-?Nie, chyba nigdy go nie spotkałem. A potem... -?Uniósł brew i zawahał
się, jakby się zastanawiał. -?Nie lubię z nikim rozmawiać w pracy.
Lepiej się skoncentrować. -?Poruszył dłońmi na kierownicy, zmieniając
chwyt. -?To jak rzucanie piłek, zdobycie dla ciebie tej nagrody. -
Szarpnął jedno z uszu pluszaka. -?Ogromnie się cieszę, że cię poznałem,
Missy.
Furgonetka podskoczyła na wyboju. Missy pochyliła się do przodu i odgarnęła włosy z czoła. Mrugnął do niej obojgiem oczu i natychmiast się
roześmiała. Opowiedział, jak na początku roku powierzono mu kierownictwo
ekipy malarskiej odnawiającej muzeum w Chicago: stu ludzi pracujących
pod jego nadzorem przemalowywało sale, w których znajdowały się dzieła
sztuki prymitywnej zebrane wśród uzbrojonych we włócznie kanibali w ich
rodzimych siedliskach w dżungli.
-?Naprawdę? To musiało być niesamowite.
-?Nie kłamię. -?Poczuła, jak obrzuca ją wzrokiem, i uśmiechnęła się
nieśmiało. -?W tej chwili jestem najlepszym malarzem szyldów na świecie,
wiesz? Żadnej tandety.
-?Tak, jasne. -?Zdziwiło ją to, że najpierw mówił, że najczęściej
pracował sam, a zaraz potem wspomniał, że kierował setką ludzi w czasie
remontu muzeum. Domyślała się, że pragnie się czymś pochwalić, bo w gruncie rzeczy czuje się niepewnie. Wydawał się zabawny i słodki. W końcu zrozumiała, dlaczego wydaje jej się znajomy.
Zwolnił i zatrzymał się pod koronami wiecznie zielonych drzew. Powietrze
było dziesięć stopni chłodniejsze niż w wesołym miasteczku i pachniało
sosną. Oparła łokieć na pluszowym buldogu, pocierając palcami jedno z jego uszu.
-?Wiesz, dlaczego tak naprawdę z tobą pojechałam? -?Na jej twarzy
pojawił się nieśmiały uśmiech.
-?Podejrzewam, że chciałaś zobaczyć Clear Creek.
-?Nie pamiętasz mnie, prawda? -?powiedziała, nieśmiało opuszczając
brodę. -?W pierwszej klasie chodziliśmy razem na zajęcia z nauk
przyrodniczych. -?Spojrzała mu prosto w oczy. -?W szkole średniej w Weaversville.
Zawahał się.
-?Skoro tak mówisz...
-?Daj spokój. Naprawdę nie pamiętasz? Bałeś się wykonać sekcję krowiego
oka. -?Skinęła głową i dodała pewnym tonem: -?Wyszedłeś z klasy, nie
mogłeś wytrzymać. Nie chciałeś go nawet dotknąć.
Podrapał się mocno za uchem.
-?Masz dobrą pamięć, trzeba ci to przyznać. -?Otworzył drzwi furgonetki
i wyskoczył.
Missy podążyła za nim z rękami w tylnych kieszeniach dżinsów.
-?Byłeś wtedy strasznie nieśmiały. Zmieniłeś się. Co się stało?
-?Chyba strasznie polubiłem zabawę w chowanego! -?Zasłonił twarz,
patrząc spomiędzy palców. -?Uciekaj i schowaj się, nim policzę do
dziesięciu! -?zawołał.
Missy natychmiast popędziła przed siebie. Pobiegła w dół zalesionego
wąwozu, podekscytowana chłopięcym wdziękiem Jaspera i jego wyraźnym
zainteresowaniem. Lekki szelest liści i orzechowy zapach lasu
podpowiadały jej, że to jedna z rzadkich chwil w życiu, gdy marzenia
mogą się spełnić, gdy w końcu spotkamy kogoś przeznaczonego tylko nam.
Przypominało to dotknięcie czarodziejskiej różdżki: kiedy matka poznała
ojca Missy, od razu wiedziała, że to mężczyzna stworzony dla niej.
Stok był stromy. Missy biegła szybko i musiała chwytać się smukłych
drzew, żeby nie upaść. Daleko w dole dostrzegła migotanie wody między
drzewami.
Zręcznie wybiegła slalomem z zagajnika złożonego z buków i dębów, po
czym zeskoczyła na piaszczyste dno częściowo wyschniętego potoku. Dalej
znajdowały się kałuże wody. Przykucnęła za masywnym przewróconym
jaworem, oszołomiona oczekiwaniem. Spoglądała na zalesiony wąwóz, którym
przed chwilą zbiegła. Słyszała szybkie bicie swojego serca i nasłuchiwała kroków młodego mężczyzny, lecz w lesie panowała cisza.
Z tyłu, po drugiej stronie strumienia, rozległ się głuchy łoskot. Jak
zdołał tam dotrzeć tak szybko? Popędziła w przeciwną stronę głębokim,
wilgotnym korytem, zapadając się w sypki piasek. Coś było nie tak.
Słyszała za plecami chlupot w głębokim potoku.
-?Jesteś szybka... -?wydyszał. Jego głos brzmiał drwiąco, wcale nie
czarująco. Poczuła dreszcz strachu.
Na wodzie lśniło światło słońca przenikające przez korony drzew.
Instynktownie spojrzała przed siebie, szukając drogi ucieczki. Znalazła
ją: skrawek twardszego gruntu wzdłuż skraju lasu. Rytmicznie poruszała
łokciami, by biec szybciej, zdenerwowana, że nie usłyszała, jak idzie
przez las. Nic nie słyszała, dopóki nie zeskoczył z przeciwnego brzegu.
Biegła przed siebie, obejrzała się i potknęła o powalone drzewo. Upadła.
Rozpaczliwie chwyciła pień i stoczyła się z powrotem na piaszczysty
brzeg, rozdzierając koszulę. Ogarnęła ją panika, o mało nie wpadła do
głębokiej wody. Po zderzeniu z drzewem miała paskudne rozcięcie na lewym
kolanie; po łydce spływała krew.
Nagle znieruchomiała, słysząc warkot ciężarówki zmieniającej biegi.
Widziała niewyraźny zarys jadącego samochodu w przerwach między
drzewami, które otaczały stromy wąwóz znajdujący się w górze. Ciężarówka
wypełniona węglem z kopalni Lincoln w Blackie, gdzie pracował jej
ojciec. Przypomniała jej się dobroduszna, ogorzała twarz ojca. Jadąca
wolno ciężarówka znajdowała się zaledwie w odległości stu metrów w linii
prostej, ale przewrócone pnie stanowiły barierę prawie nie do pokonania.
Nagle zdała sobie sprawę, że słyszy głośny oddech mężczyzny; dobiegał z góry. Uniosła wzrok i zamrugała.
-?Przez chwilę myślałem, że cię zgubię.
Miała mętlik w głowie, usiłowała zrozumieć, co się dzieje. Mężczyzna
leżał ze skrzyżowanymi ramionami na przewróconym drzewie, o które się
potknęła. Wydawał się spokojny, zupełnie rozluźniony. Jego twarz
zasłaniała wymyślna maska z piór.
Uniósł ją na czoło i spojrzał ze współczuciem na Missy.
-?Trochę się poturbowałaś, prawda? -?Wskazał jej podartą koszulę. Na
jego szyi wisiał dziwny kamień.
Zasłoniła rękami rozdartą koszulę i weszła tyłem do chłodnej wody,
ostrożnie obserwując mężczyznę. W czasie szaleńczego biegu zgubiła
tenisówkę i jej bosa stopa poślizgnęła się na kamieniach potoku
porośniętych wodorostami. Pomyliła się. Uczeń z zajęć z nauk
przyrodniczych nie nazywał się Jasper, a patrzący na nią mężczyzna nie
przypominał nieśmiałego chłopca, którego znała w szkole średniej.
ROZDZIAŁ 2
Rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju
wsunęła głowę szczupła kobieta o schludnie zaczesanych do tyłu siwych
włosach.
-?Christine, czekają.
-?Chwileczkę, Margaret -?odpowiedziała Christine Prusik, główny
antropolog sądowy Laboratorium Kryminalistycznego FBI na Środkowym
Zachodzie. Jego jurysdykcji podlegała większość obszaru od Wielkich
Jezior do stanów nad Zatoką Meksykańską, którymi zajmowało się
laboratorium w Nowym Orleanie.
Prusik wsunęła za uszy krótkie kasztanowe włosy, odsłaniając dwa złote
ćwieki -?jedyną kobiecą ozdobę, którą nosiła jako agentka specjalna FBI
-?i w dalszym ciągu przeglądała notatki sporządzone w terenie. Była
średniego wzrostu i miała dobrze rozwinięte mięśnie dzięki wieloletniemu
pływaniu stylem grzbietowym -?jako nastolatka zdobyła mistrzostwo okręgu
-?co pozwalało z łatwością odrzucać zaloty mężczyzn, którzy nie
rozumieli, że nie jest nimi zainteresowana.
Na gigantycznym biurku Prusik, zawalonym stosami akt, brakowało wolnego
miejsca na materiały związane ze sprawą i jej możliwymi implikacjami. Na
podłodze wokół biurka leżały otwarte dzienniki terenowe, fotografie
kryminalistyczne i protokoły sekcji zwłok podkreślone niebieskimi i różowymi markerami. Prusik, obdarzona dynamiczną inteligencją, od razu
zwracała uwagę na najdrobniejsze szczegóły, po czym analizowała je
całościowo, uwzględniając lokalizację geograficzną, typologię miejsc
zbrodni, ich podobieństwa i różnice.
W trakcie prowadzenia śledztwa chciała mieć wszystkie informacje pod
ręką, układać je na podłodze, przesuwać. Stała nad nimi przygarbiona jak
drapieżny ptak, wypatrując ostrzegawczych sygnałów, czegoś, co było
dziwne, nie pasowało albo wydawało się błędem.
W budynek uderzały podmuchy wiatru. Po dużych szybach okna na piętnastym
piętrze z widokiem na centrum Chicago spływały na ukos strugi deszczu.
Prusik odchyliła się na fotelu i uniosła do światła kolorowy slajd. W pośpiechu przejrzała stos zdjęć dostarczony przez nocnego kuriera,
szukając ujęcia szyi z boku. Wolała oglądać slajdy na własne oczy, niż
przewijać obrazy na płaskim ekranie komputera. Wydawały jej się
wyraźniejsze, gdy na nie patrzyła; nie lubiła nowych aparatów marki
Canon, z których wolała korzystać większość agentów terenowych.
Położyła na krawędzi biurka brązowy półbut z podeszwą z krepy. Szarpnęła
wolną ręką kępkę włosów, wyrywając kilka kosmyków, i starannie
studiowała jedno ze zbliżeń fioletowej rany jamy brzusznej -?okrutnego,
ziejącego otworu perwersyjnie przypominającego rozchylone usta. Nagle
ogarnęła ją panika i wypuściła z palców slajd, który upadł na podłogę.
Po omacku wyciągnęła szufladę biurka i wyjęła mały cynowy pojemnik na
tabletki. Przed wielu laty należał do jej babki i zastanawiała się,
jakie pigułki w nim trzymała. Połknęła bez popijania jedną tabletkę
xanaxu, założyła słuchawki marki Bose i włączyła odtwarzacz CD stojący
na kredensie. Zamknęła oczy, próbując odzyskać spokój, i czekała na
pierwsze niemal transowe akordy Partity numer jeden B-dur Bacha, by
dojść do siebie. Zacisnęła prawą pięść i wbiła w dłoń paznokieć małego
palca. Xanax nie mógł ukryć faktu, że sytuacja się pogarsza.
W ciągu kilku minut połączenie lekarstwa i muzyki zadziałało -?cud
nowoczesnej neurochemii współdziałający z geniuszem Bacha. Oddech Prusik
zwolnił, tętno nie budziło już przerażenia.
W gabinecie zadzwonił telefon, przerywając ciszę. Nerwowo pochyliła się
do przodu. Margaret, jej sekretarka, znowu próbowała zagonić ją do
pracy. Prusik nie była jeszcze gotowa. Ponownie skupiła uwagę na leżącym
przed nią stosie slajdów, szukając nietypowych oznak, które mogłyby
rzucić światło na tożsamość zabójcy. Zdjęcia zrobiono poprzedniego dnia,
dwudziestego siódmego lipca. Minęły trzy miesiące od odkrycia pierwszych
zwłok -?całe trzy miesiące bez ustalenia tożsamości zabójcy i odnalezienia jakichkolwiek obciążających dowodów. Ciało pierwszej
ofiary, nastoletniej Betsy Ryan, która uciekła z domu, znaleziono w pobliżu jeziora Michigan, na terenie chronionych terenów przybrzeżnych;
zaczepiło o kotwicę statku. W odludnym miejscu. W okolicy nie było
domów, których mieszkańcy mogliby usłyszeć wołanie o pomoc.
Ostatnią ofiarę, niezidentyfikowaną, znaleziono czterysta kilometrów na
południe od Chicago, w Blackie w stanie Indiana, górniczym okręgu na
południowy zachód od Indianapolis, wśród gęstych lasów i stromych
wąwozów. Ciało denatki, częściowo obnażone, przykryte liśćmi w pobliżu
strumienia; nie znajdowało się w wodzie jak Betsy Ryan. Zwłoki Ryan
odkryto w trzecim tygodniu kwietnia; zahaczyły o kotwicę łodzi płynącej
rzeką Little Calumet w Gary w stanie Indiana -?bardzo blisko biura
Prusik. Na ciele Ryan nie znaleziono żadnych śladów DNA sprawcy: zadbały
o to ryby i skorupiaki. Ale była jedna rzecz, której nie można było
ignorować, łącząca obie zbrodnie -?przecięcie jamy brzusznej ofiary
wzdłuż lewego boku. Usunięto wszystkie narządy wewnętrzne; dziewczyna
została dosłownie wypatroszona. Obu zabójstw dokonano w pobliżu wody.
Otworzyły się drzwi gabinetu.
-?Tak, Margaret, wiem -?powiedziała Prusik do sekretarki, nie unosząc
wzroku. Samolot szefa Christine odlatywał do Waszyngtonu za godzinę;
jego samochód miał przyjechać za kwadrans.
-?Nie, nic nie wiesz -?skarciła ją Margaret surowym szeptem. Wślizgnęła
się do gabinetu. -?Znowu dzwoni Thorne. -?Umilkła, by podkreślić wagę
swoich słów, choć nie było to potrzebne. -?Musi zdążyć na samolot.
-?Powiedz mu, żeby nie zachowywał się jak kretyn, na litość boską! -?W ciągu dziesięciu lat pracy w FBI Prusik stała się znana z niecierpliwych
uwag, które wygłaszała w nieodpowiednich momentach zarówno wobec
przełożonych, jak i podwładnych. Dużo wymagała od siebie i nie miała
ochoty zajmować się drugorzędnymi sprawami. Zaczerpnęła tchu. -?Powiedz
Thorne'owi...
Popatrzyły sobie w oczy, zastanawiając się nad różnymi wariantami
rozwoju sytuacji, po czym doszły do wniosku, że nie warto o tym mówić.
Prusik trochę się uspokoiła i powiedziała:
-?Dziękuję, Margaret. Powiedz mu, że już idę.
Sekretarka się uspokoiła i wyszła z gabinetu, starając się nie patrzeć
na makabryczne fotografie przypięte do korkowej tablicy za biurkiem.
Powiększone zdjęcia Betsy Ryan, pierwszej ofiary, bardziej przypominały
barwne abstrakcje niż ledwo rozpoznawalne szczątki młodej kobiety. Ryan
uciekła z domu w wieku piętnastu lat i zamieszkała z ciotką w Cleveland.
Zniknęła po trzydziestym marca, gdy pojechała autostopem ciężarówką
firmy przeprowadzkowej Allied Van Lines. Kierowca wysadził ją na stacji
benzynowej w Portage w stanie Indiana. Rachunki za paliwo się zgadzały.
W szoferce nie znaleziono żadnych obciążających śladów. Trzy tygodnie
później, dwudziestego pierwszego kwietnia, ciało dziewczyny znaleziono
nabite na kotwicę, której łapa tkwiła w okrutnej ranie w lewym boku;
odkrycia dokonano w pobliżu Indiana Dunes National Lakeshore, gdzie
zabójca mógł ją dręczyć w ukryciu. Badania wykazały, że szczątki leżały
pod wodą kilka tygodni, co według Prusik oznaczało, że napastnik
prawdopodobnie zauważył dziewczynę wkrótce po tym, jak kierowca -
ostatni naoczny świadek -?wysadził ją na stacji benzynowej.
Wzięła kolejny slajd przedstawiający miejsce zbrodni w Blackie. Ten
ukazywał ślad męskiego buta mniej więcej numer dziewięć. Miejscowa
policja znalazła go w błocie nad strumieniem i wykonała gipsowy odcisk.
Zabójca lubi kroić ofiary nad wodą. Prusik przełknęła ślinę. Czas
uciekał.
Przez większą część wiosny i wczesnego lata na Środkowym Zachodzie
padały deszcze -?nie sprzyjało to zachowaniu dowodów i przyspieszało
rozkład zwłok. Prusik wiedziała, że jest mało prawdopodobne, by znalazła
coś wartościowego na ciele ostatniej ofiary lub w okolicy miejsca jej
znalezienia. Lasy wokół Blackie, wielkie i wilgotne, z pewnością
pochłonęły wszystkie dowody pozostawione przez zabójcę.
Włożyła slajdy do kieszeni fartucha laboratoryjnego i szybko obeszła
biurko, postanawiając skupić się na sprawie. Przeszła obok biurka
sekretarki i śpiesznie ruszyła korytarzem.
-?Niedługo wrócę -?rzuciła po namyśle przez ramię.
Przed salą wykładową zatrzymała się z dłonią na klamce, słysząc za
plecami charakterystyczne chrząknięcie Rogera Thorne'a.
Odwróciła się i napotkała przeszywające spojrzenie dyrektora, który
obserwował ją znad szylkretowych oprawek okularów. Jego elegancki
granatowy garnitur sprawiał, że Prusik czuła się niechlujnie w fartuchu,
pogniecionym i poplamionym po oględzinach szczątków. Ostatnio nosiła go
na miejscu zbrodni, którą zajmował się inny agent; miejscowy zastępca
szeryfa niezgrabnie osłaniał ją parasolem przed deszczem i kompletnie
przemokła.
-?Christine, mogę z tobą chwilę porozmawiać? -?Thorne mówił
wystudiowanym, oficjalnym tonem. Uniósł nadgarstek, celowo pokazując
nowy lśniący chronometr, z którego był bardzo dumny: marki Montblanc,
podobnie jak eleganckie wieczne pióro przypięte do kieszeni koszuli.
Puknął w szkiełko zegarka. -?Robi się późno. -?Thorne naciągnął mankiet
na efektowny zegarek, po czym poprawił marynarkę, którą często nosił
podczas podróży do Waszyngtonu; był to ulubiony strój funkcjonariuszy
FBI siedzących za biurkami za drzwiami z mosiężnymi tabliczkami. -?Przed
chwilą rozmawiałem przez telefon z centralą. Powiedziałem, że naszym
zdaniem to drugi element serii.
Prusik kiwnęła głową.
-?Idę poinformować o tym zespół. Istnieją uderzające podobieństwa między
obiema zbrodniami. Jestem pewna, że badania kryminologiczne dostarczą
ważnych rezultatów.
Thorne uśmiechnął się, patrząc jej w oczy.
-?Dobrze, dobrze. Wierzę, że odniesiesz sukces, Christine. Właśnie
dlatego przydzieliłem ci tę sprawę. Jesteś wytrwała, to jeden z twoich
atutów. -?Uścisnął jej ramię. Zesztywniała, on zaś cofnął rękę. -?Jesteś
świetnym naukowcem, jednym z najlepszych w biurze. Wiesz, jak cenię
twoją spostrzegawczość. Wątpię, czy w agencji istnieje lepszy zespół
kryminologiczny.
Odwzajemniła jego uśmiech, zadowolona z komplementu, jednak
przypuszczała, że za chwilę usłyszy słowo "ale".
-?Dziękuję, Rogerze. -?Zawsze lubiła pochwały Thorne'a. Cenił jej
osiągnięcia kryminologiczne i nie ulegało wątpliwości, że mówi szczerze.
Komplementy, miła aparycja i efektowny styl ubierania wystarczyły, by
się w nim zakochała.
Lekko uniósł nad okularami jasne brwi.
-?Teraz, kiedy jesteś szefową zespołu, mogę mówić szczerze. -?Uniósł
brwi jeszcze wyżej. -?Nie chcę tego przed tobą ukrywać. Trochę się
martwią, że pozwalam ci kierować śledztwem w takiej głośnej sprawie. -
Uniósł dłoń, nim zdążyła się odezwać. -?Posłuchaj mnie. Byłaś wybitną
kierowniczką laboratorium kryminalistycznego, przez dziesięć lat
wykonywałaś cholernie dobrą robotę. Ale teraz sytuacja się zmieniła. To
twoja pierwsza duża sprawa i ich obawy są zrozumiałe, ponieważ nie masz
udokumentowanego doświadczenia w zarządzaniu logistyką, kierowaniu
personelem należącym do różnych jednostek, kontaktach z lokalną policją
i czynnikami politycznymi. Wiesz, co mam na myśli, Christine.
Pozwolił mi kierować śledztwem? Przygryzła wargę, przypominając sobie,
że Thorne po prostu wykonuje swoją pracę. Zmarszczyła brwi i odezwała
się niepewnie:
-?Wiesz, że stworzyłam najlepszy zespół. Pracuje całą dobę na okrągło.
Nikt nie popełnił błędu, choć policji lokalnej i stanowej zdarzyło się
kilka wpadek.
-?A zatem pojawiły się wpadki? -?Thorne wyraźnie chciał się czegoś
dowiedzieć. -?Chcę meldować Waszyngtonowi, że posuwamy się do przodu,
Christine. Ważne są postępy, to one są zauważane. Wiem, że twój zespół
pilnie przetwarza fragmentaryczne informacje, szukając tropów. Daj mi
coś, co pozwoli udowodnić górze, że podjąłem właściwą decyzję,
powierzając ci prowadzenie tej sprawy. Szefowie chcą być na bieżąco
informowani o postępach i mieć pewność, że odniesiemy sukces dzięki
zaangażowaniu odpowiednich środków. Możesz w to wierzyć albo nie, ale
cała nasza praca opiera się na analizie kosztów i zysków.
-?Wierzę. -?Cięcia budżetowe dokonane w 2010 roku oznaczały, że
laboratorium Prusik musi wykonywać więcej prac, nie otrzymując
dodatkowych funduszy. Wydawało się, że szefowie FBI kierują się taką
samą filozofią jak prywatne przedsiębiorstwa, przeżywające kłopoty
wskutek kryzysu gospodarczego: należy skłonić ludzi, by robili więcej za
mniejsze pieniądze i dokonywali cudów.
-?Postaram się to wszystko podsumować. -?Próbowała ukryć frustrację. -
Zwłoki znalezione w Blackie noszą znak firmowy zabójcy. To na pewno ten
sam sprawca, mężczyzna, biorąc pod uwagę siłę fizyczną wymaganą do
popełnienia zabójstwa. Niestety, sądząc po slajdach, stan rozkładu ciała
wskazuje, że przez co najmniej miesiąc było narażone na czynniki
atmosferyczne.
Thorne prawie niezauważalnie skinął głową.
-?Opracowałaś profil sprawcy?
Łatwiej było jej się skupić na idealnie zawiązanym krawacie Thorne'a niż
na jasnobrązowych oczach, które ciągle ją rozbrajały. Był przystojny i przypomniała sobie spędzone razem intymne chwile. Zarumieniła się. Miała
nadzieję, że tego nie zauważył.
-?Przenosi się z miejsca na miejsce, podróżuje. Starannie wybiera
ofiary. Pierwsza nie została jeszcze zidentyfikowana, ale przypuszczamy,
że może być dziewczyną z sąsiedztwa, która zaginęła czwartego lipca w wesołym miasteczku oddalonym o kilka kilometrów. Oczywiście jutro
pobierzemy odciski zębów i prześwietlimy czaszkę. Przekaż centrali, że
sprawca prawdopodobnie ma dwadzieścia kilka lat, jest wysportowany,
mieszka samotnie lub często przebywa sam, być może pracuje dorywczo.
Jest skryty, dobrze zna teren. Działa w odludnych miejscach, co
wyjaśnia, dlaczego zwłoki nie zostają szybko odnalezione. Oba ciała
znaleziono na pustkowiu. Potrzebuje czasu na to, co im robi.
-?A co właściwie robi? -?Thorne dotknął dłonią łokcia, uważnie
słuchając.
-?Czytałeś już mój szczegółowy raport na temat zwłok Betsy Ryan. Ofiara
z Blackie została uduszona i w podobny sposób rozcięto jej jamę
brzuszną. Z ciała usunięto narządy wewnętrzne i według raportu
miejscowego koronera nie udało się ich odnaleźć.
Spojrzeli sobie w oczy. Thorne zacisnął usta. Ścięgna po obu stronach
jego szyi napięły się. Poczuła zapach jego wody kolońskiej i na chwilę
wstrzymała oddech. Prawie sześć miesięcy wcześniej, po dwóch miesiącach
randek w porze lunchu, ich romans nagle się skończył. Prusik zaczęła się
niepokoić; nie mogła znieść intymnych relacji i zerwała z nim. Thorne
szybko wrócił do żony, z którą, jak dał do zrozumienia, zawarł wygodny
rozejm. Po pół roku Prusik przeszła nad tym do porządku, ale czasami w dalszym ciągu brakowało jej emocjonalnych spotkań, poczucia, że Thorne
pożera wzrokiem jej ciało. Był inteligentny, nawet jeśli czasami dawał
się nabrać na waszyngtońskie bzdury. Tęskniła za rozmowami o zagadkowych
wątkach śledztw, gdy leżeli razem, rozleniwieni po seksie.
-?Moi ludzie robią wszystko, aby zidentyfikować sprawcę -?powiedziała
łagodniejszym tonem. -?Czekają na mnie. -?Spojrzała ponownie na drzwi.
-?Jeszcze jedno -?rzekł Thorne i odchrząknął. -?Skonsultuj się z Bruce'em Howardem w sprawie profilu, który opracowałaś. Zakładam, że
Howard pojedzie do Blackie z technikami? Szczerze mówiąc, potrafi
doskonale kierować zespołem, Christine. Wie, jak postępować. Jest
wyjątkowo skuteczny, wiesz, co mam na myśli. Będziesz potrzebować jego
pomocy. Trzeba spojrzeć na to szerzej. -?Thorne popatrzył na nią znad
szylkretowych okularów. -?Praca zespołowa to klucz do sukcesu w FBI,
podobnie jak w każdej dobrze zarządzanej organizacji.
Christine miała wrażenie, że dostała po twarzy.
-?Howard i jednostka terenowa są pod kontrolą -?odparła nerwowo.
Thorne zerknął na zegarek, a potem znów na nią. Nie wydawało się, że
zamierza wyjść.
-?Nie możesz mi nic więcej powiedzieć, Christine?
Zarumieniła się pod jego uważnym spojrzeniem i zirytowała się na siebie
z tego powodu.
-?Zabójca w wyrafinowany sposób posługuje się nożem. To, co robi
ofiarom, jest wyjątkowo brutalne. Powtarza te same czynności, co
sugeruje coś w rodzaju rytuału. Patroszenie ofiar to dość niezwykłe
zachowanie, w krajowych bazach danych przestępców stosujących przemoc
nie ma nikogo podobnego. Wokół nacięć stwierdzono bardzo niewielką ilość
krwi, co oznacza, że ją wyciera. Jutro będę miała więcej informacji. -
Prawie podświadomie Prusik przedstawiła złagodzony opis zbrodni,
ponieważ Thorne nie znosił makabrycznych opisów.
-?Rodzaj rytuału, mówisz?
-?Wydaje się, że żadna z ofiar nie była napastowana seksualnie -
wyjaśniła. -?Sprawca nie uszkadza twarzy. Czaszki były nienaruszone.
Uważam, że największych emocji dostarcza mu polowanie na dziewczyny. -
Spojrzała Thorne'owi prosto w oczy.
Mrugnął dwa razy.
-?To chyba ważna informacja.
Wyraźnie zbierał się do wyjścia. Wyciągnął rękę w stronę Prusik, zawahał
się i jeszcze raz lekko ją uścisnął. Był to rutynowy gest, niegdyś
potwierdzali nim swój związek, lecz w tej chwili wydał się Christine
tani. Rozstali się nie tylko z powodu jej lęków. Po kilku miesiącach
zauważyła wahanie Thorne'a i narastało w niej poczucie, że skończy się
tylko na spotkaniach w południe, bo nigdy nie porzuci żony. Uścisk
czasem temu przeczył.
-?Doskonała robota, Christine. -?Szedł śpiesznie korytarzem, skórzane
podeszwy jego butów uderzały w marmurową posadzkę. -?Twój zespół też
dobrze się spisał. Przekaż im to ode mnie, dobrze? -?Pomachał ręką, nie
odwracając się, i ruszył do wyjścia, by zdążyć na samolot, którym miał
polecieć do Waszyngtonu.
ROZDZIAŁ 3
Prusik stała w milczeniu w drzwiach sali
wykładowej, odzyskując panowanie nad sobą. Nie była pewna, co bardziej
ją zdenerwowało -?czy fizyczny kontakt z Thorne'em, czy jego aluzje na
temat roli Bruce'a Howarda w śledztwie.
Odniosła sukces zawodowy nie dzięki zdolnościom administracyjnym, tylko
naukowym i niezwykłej intuicji połączonej z umiejętnością dokładnej
analizy uszkodzeń ciała. Jej doktorat dotyczył antropologii, ewolucji i psychologii. Specjalizowała się w mrocznych, brutalnych morderstwach
obejmujących anormalne okaleczenia ciała, dokonane przed śmiercią lub
później. Kształty i rodzaje śladów pozwalały zidentyfikować narzędzia
użyte do przekształcania doskonale funkcjonujących istot ludzkich w gnijące zwłoki. Motywy zabójcy były dla Prusik równie interesujące jak
śmiercionośne rany.
Jej umiejętności kryminalistyczne stały się legendarne w FBI.
Przepracowała dziesięć lat w delegaturze na Środkowym Zachodzie; zdobyła
sławę dzięki intuicji i determinacji. Brian Eisen i Leeds Hughes, dwaj
najlepsi technicy, którzy teraz z nią pracowali, uczestniczyli w głośnym
śledztwie w sprawie Romana Mantowskiego, którego zdołała schwytać dzięki
zadziwiająco dokładnemu profilowi rodziny zabójcy, choć ślady
kryminalistyczne były niesłychanie ubogie.
Mantowski masakrował ofiary i miażdżył ich dłonie, zawsze łamiąc kości
palców rąk. Moczył złamany palec wskazujący ofiary we własnej krwi albo
krwi ofiary, nakreślał krzyż, a pod nim umieszczał napis: "CZYSTOŚĆ TO SIOSTRA POBOŻNOŚCI".
Kiedy Prusik po raz pierwszy przeczytała ten mrożący krew w żyłach
komunikat, wysunęła hipotezę, że rodzice zabójcy zmuszali go do surowych
praktyk religijnych i zachowywania czystości. Wiele rodzin emigrantów z Europy Wschodniej przywiązywało ogromną wagę do higieny, podobnie jak
rodzice Prusik. Zauważyła charakterystyczny zapach pasty do podłóg
otaczający kilka ofiar Mantowskiego. Doszła do wniosku, że jest jedynym
dzieckiem starszego małżeństwa, być może niedawnych imigrantów, i że
wychował się w bardzo surowym domu. Teoretyzowała, że wszystko miało tam
swoje źródło.
W ciągu miesiąca zabójca został przyłapany na kupowaniu bandaży,
sterylnej gazy i taśmy klejącej w aptece położonej niespełna półtora
kilometra od miejsca znalezienia zwłok czteroosobowej rodziny, którą
zamordował. Zdradziły go knykcie, na które zwrócił uwagę spostrzegawczy
farmaceuta. Prawa ręka zabójcy była tak samo spuchnięta i posiniaczona
jak dłonie ofiar na zdjęciach udostępnionych przez zespół Prusik
właścicielom okolicznych aptek; zrobiła to na podstawie intuicji.
Mantowski dokonywał samouszkodzeń po każdym ataku, jak teoretyzowała
Prusik; odtwarzał i rytualizował karę z dzieciństwa, która była mu
wymierzona za drobne przewinienia, na przykład porysowanie podłogi
butami na gumowych podeszwach. Dziadkowie, którzy go wychowali, byli
gorliwymi członkami szczególnie surowej sekty luterańskiej; rutynowo
wysyłali go do pastora, by strofował go za wykroczenia. Ale upomnienia
nie wystarczały, więc bili go po dłoniach drucianą szczotką, co
pozostawiało krwawe ślady.
Schwytanie Mantowskiego w tak niezwykłych okolicznościach sprawiło, że
Prusik otrzymała awans na stanowisko starszego badacza w zakresie
kryminologii. Jednak nigdy wcześniej nie prowadziła tak ważnego
śledztwa.
Wkroczyła do sali wykładowej i przeszła między rzędami składanych
krzeseł do sztalug ustawionych obok ekranu projekcyjnego.
-?Przepraszam za spóźnienie. Możemy zaczynać?
Naprzeciwko rzutnika siedział zespół kryminalistyczny: pięciu
specjalistów od śmierci, rozkładu i śladów znalezionych w pobliżu zwłok
lub na nich. Podobnie jak Prusik, mężczyźni nosili fartuchy
laboratoryjne i identyfikatory. Byli ekspertami w dziedzinie analizy
chemicznej i materiałowej, badań DNA, odcisków palców, technologii
komputerowych i identyfikacji włókien. Wszyscy kochali swoją pracę.
Leeds Hughes i Brian Eisen, mężczyźni po trzydziestce, byli rówieśnikami
Prusik. Leroy Burgess i Pernell Wyckoff, siwi i łysiejący, mieli wnuki i zbliżali się do emerytury, ale nie odpuszczali. Ostatnia twarz należała
do Paula Higginsa, nowego członka zespołu, genialnego specjalisty od
internetu. Eisen, główny technik Prusik, namówił ją, by go zatrudniła.
Spojrzała podejrzliwie na młodzieńca należącego do nowej generacji. Jego
długie włosy od razu jej się nie spodobały.
-?Panowie, sytuacja rozwija się błyskawicznie. -?Popatrzyła na nich po
kolei. -?Wygląda na to, że to seryjny morderca. Niezidentyfikowaną
ofiarę z Blackie uduszono; doszło do złamania trzeciego i czwartego
kręgu szyjnego. Ślady palców zaciśniętych na gardle po obu stronach szyi
są podobne do tych, które miała Ryan. Pobieżna analiza tych slajdów -
poklepała kieszeń fartucha -?nie pozostawia wątpliwości, że to robota
tego samego człowieka. Ma silne ręce. Zidentyfikowano odciski na
opuszkach palców, co oznacza, że prawdopodobnie jest parobkiem,
pracownikiem stacji benzynowej albo zwykłym robotnikiem. Praca pozwala
mu swobodnie się przemieszczać. Jest skuteczny, panowie. Na razie nikt
nie zgłosił, że go widział. Nikt nie zauważył walki.
Oczy Prusik spoczęły na nowicjuszu.
-?Jakieś wyniki przeszukania baz danych, Higgins?
Młody człowiek się wyprostował. Na oko opadł mu długi kosmyk ciemnych
włosów. Wsunął go z powrotem za ucho i przejrzał stos wydruków.
-?Na terenie Środkowego Zachodu między Chicago a Nowym Orleanem doszło
do czterdziestu jeden napadów na kobiety, które zostały okaleczone.
Sprawcy byli w wieku od osiemnastu do czterdziestu pięciu lat. Trzynastu
napastników przebywa w więzieniach, czyli zostaje dwudziestu ośmiu.
-?Dziękuję, wiem, ile równa się czterdzieści jeden minus trzynaście,
panie Higgins. -?Prusik skrzyżowała ręce na piersi. -?A tych dwudziestu
ośmiu?
Higgins uniósł wzrok znad laptopa.
-?Mówi pani do mnie?
-?Proszę kontynuować, panie Higgins. -?Dała znak, by mówił dalej.
Otworzył kilka arkuszy kalkulacyjnych, nerwowo poruszając nogą. Eisen
uprzedził go, żeby się przygotował.
-?Nie mam potwierdzenia, gdzie przebywali w dniach, które nas
interesują. Tylko czterej mają znane adresy w Indianie i Illinois.
-?A zatem?
Leroy Burgess głośno odchrząknął. Prusik zerknęła na chemika i siedzącego obok niego specjalistę od włókien, Pernella Wyckoffa. Braki w umiejętnościach komunikacyjnych nadrabiali wiedzą o pierwiastkach
śladowych i umiejętnością identyfikacji rzadko spotykanych gatunków
włókien wełnianych, bawełnianych i poliestrowych różnych producentów
odzieży. Tym razem znaleźli tylko drobiny metalu, prawdopodobnie rdzę z bagażnika samochodu albo furgonetki.
Znów spojrzała na Higginsa.
-?A zatem? -?powtórzyła.
-?Wciąż czekam na odpowiedź władz lokalnych, proszę pani -?odparł młody
człowiek. -?Nie ma żadnych listów gończych, nakazów aresztowania.
Prusik podeszła do mężczyzny.
-?Higgins, jesteś tu nowy?
-?Półtora roku w biurze, proszę pani. -?Była to zła odpowiedź.
-?Ale przeszedłeś do kryminalistyki dopiero w zeszłym tygodniu, prawda?
-?Tak, proszę pani.
-?W tej sprawie analiza dowodów zależy od umiejętności informatycznych,
umiejętności poruszania się w internecie. Przydasz mi się tylko wtedy,
gdy dostarczysz rezultatów. Eisen mówi, że potrafisz to zrobić.
Potrafisz?
-?Tak, proszę pani.
-?Kiedy pracuję w terenie i przekazuję wiadomość o przełomowych
materiałach, muszę mieć pewność, że szybko się nimi zajmiesz. Powinieneś
wykazywać inicjatywę, rozumiesz? -?dodała cicho.
Higgins skinął głową, nerwowo zaciskając usta.
-?Siedzi do późnej nocy, Christine -?wtrącił Eisen. -?Jak my wszyscy.
-?To za mało. -?Prusik nie spuszczała wzroku z Higginsa. -?Musicie
rozumieć, co jest naprawdę ważne. Wszyscy pracujemy do późna, nie możemy
sobie pozwolić na opóźnienie. Kieruję tym śledztwem. Dopóki ja
nadstawiam dupy, wy też, jasne?
-?Tak jest, sir. -?Higgins oblał się rumieńcem. -?To znaczy, tak jest,
proszę pani.
-?Sprawca lubi strumienie, potoki. -?Prusik włożyła obsadkę na pióro i popatrzyła na zebranych. -?Pozwalają mu zmyć krew. Potrafi szybko
dotrzeć do serca młodej dziewczyny, ma w tym wielki talent. Nie atakuje
na otwartej przestrzeni, nie jest chamskim bandytą. Ofiary nie stawiają
żadnego oporu albo bardzo niewielki. Z własnej woli idą na śmierć do
odludnych miejsc w pobliżu wody.
Zerknęła na Eisena.
-?Zapal światła, Brian.
Podszedł do włącznika przy drzwiach, a Prusik układała slajdy na
szklanej płycie specjalnego rzutnika o trzydziestokrotnym powiększeniu.
-?Zdjęcia wykonało wczoraj lokalne biuro koronera w Blackie w stanie
Indiana.
Eisen zgasił światła. Przez chwilę ekran był olśniewająco biały, po czym
pojawił się na nim odrażający obraz poderżniętego gardła i podrapany
policzek pod brązowym liściem dębu.
-?Jest praworęczny -?powiedziała Prusik i wyświetliła kolejny slajd,
przedstawiający brzuch drugiej ofiary. -?Tnie, leżąc na dziewczynach, co
może tłumaczyć odpryski farby znalezione na klatce piersiowej i podbrzuszu. Jutro będę wiedziała więcej.
Zespół terenowy Prusik, kierowany przez Bruce'a Howarda, zabezpieczy
wszystkie ślady, jakie uda się znaleźć na miejscu zbrodni i w bezpośredniej okolicy, w tym liście leżące na otaczającym terenie.
Poprosił o to Leeds Hughes, ekspert Prusik od materiału genetycznego.
Zdawała sobie sprawę, że usunięcie zwłok mogło zniszczyć ważne ślady
DNA. Analiza DNA była szybko rozwijającą się, wyrafinowaną techniką
kryminalistyczną, ale ślady łatwo ulegają rozmyciu przez deszcz albo
zanieczyszczeniu wskutek dotykania bez rękawiczek. Jeśli zespołowi
Prusik uda się odkryć jakiekolwiek nieskażone ślady DNA, można by je
porównać z krajowymi bazami danych zawierającymi materiał genetyczny
większości skazanych przestępców. Po sekcji zwłok Prusik przejmie
śledztwo od lokalnej policji na mocy przepisów federalnych i miejscowe
organa ścigania stracą możliwość prowadzenia dochodzenia w sprawie
dziwacznych zabójstw popełnianych na obszarze połowy stanu Indiana.
-?Ta sama technika przecięcia jamy brzusznej? -?spytał Eisen, zdejmując
okulary w dużych oprawkach, za wielkie na jego pulchną twarz. Chuchnął
na soczewki i wytarł je fartuchem laboratoryjnym. Na policzkach, gdzie
wcześniej spoczywały brzegi oprawki, miał dwa sine, poziome wgniecenia.
-?Tak. -?Prusik włączyła laserowy wskaźnik. -?Sądząc po stanie rozkładu,
prawdopodobnie została zabita tego samego dnia, gdy ją porwano, czyli
około czwartego lipca. Entomolog sugeruje, że sprawca zabił ją w miejscu, gdzie ją znaleźliśmy, i nie przenosił ciała. Zajmę się tym
później. Zwróćcie uwagę na ślady palców na szyi.
W sali rozległy się pomruki. Następne zdjęcie, wykonane z góry,
przedstawiało nagi tors. Żywe kolory liści wydawały się matowe w porównaniu z jaskrawą barwą szczątków. Zapadła martwa cisza. Później
Prusik wyświetliła widok tułowia z boku; fotograf musiał leżeć na ziemi
w bliskiej odległości. Dziesięciokrotnie powiększyła długą ranę zadaną
nożem, która zalśniła opalizująco.
-?Co o tym sądzisz, Pernell? -?Nastawiła trzydziestokrotne, maksymalne
powiększenie i skupiła obraz na owadzie. Wzdłuż dolnej krawędzi ekranu
znajdowała się podziałka milimetrowa pozwalająca ocenić wielkość
obiektu.
-?Na pewno należy do rodziny Calliphoridae. Łacińska nazwa gatunkowa
to Lucilia sericata. Mucha zielona, pospolita odmiana muchówek, które
składają jaja w cienistych miejscach, często obok strumieni. W lipcowe
upały dorosłe samice składają jaja w ciągu dwudziestu czterech godzin od
śmierci ofiary, a poczwarki wykluwają się po ośmiu albo dziewięciu
dniach. Larwa jest ciemna, w zaawansowanym stadium poczwarki, i wygląda
na to, że ma około dziewięciu milimetrów długości, co oznacza, że od
momentu złożenia jaj przez dorosłą samicę minęło od osiemnastu do
dwudziestu sześciu dni. Oczywiście to tylko przypuszczenie, dopóki nie
zbadamy okazu w laboratorium.
-?Dziękuję, Pernell -?powiedziała Prusik. -?A zatem na podstawie stadium
rozwoju larw znalezionych na zwłokach można przypuszczać, że zgon
nastąpił w pierwszym tygodniu lipca. Domyślałam się tego.
Następny slajd przedstawiał dorosłe muchy zielone i larwy żerujące
wzdłuż otwartej rany na lewym boku ofiary. Muchy pochłaniały mięso,
wydawały się przyklejone do ciała. Rana biegła od jedenastego żebra do
kości biodrowej.
Prusik skierowała światło laserowego wskaźnika na rozmyte zdjęcie prawie
przezroczystych larw sfotografowanych w trakcie pożerania zwłok -
wydawały się niewyraźne, bo szaleńczo się poruszały.
-?Muchy plujki mają niezwykły apetyt na ludzkie mięso, ale nasz zabójca
również, więc nie pozostawia muchom wiele do zjedzenia. -?Wyświetliła
kolejne zdjęcie, wykonane bliżej rany.
Podkładka do pisania Higginsa upadła na podłogę. Wyraźnie rozległ się
stłumiony odgłos torsji. Młody komputerowiec potrącił kilka składanych
krzeseł, po czym otworzył tylne drzwi i zniknął w korytarzu.
Na twarzy Prusik pojawił się perwersyjny uśmieszek.
-?Masz lepsze zbliżenia obrażeń szyi? -?Eisen uniósł okulary,
koncentrując się. Był najlepszym specjalistą od cyfrowej obróbki
fotografii kryminalistycznych, jakiego Prusik znała. Wyostrzał i rekonstruował obrazy odcisków dłoni lub palców, co pozwalało wyszukiwać
je w ogromnych bazach danych FBI. Opracował genialną technikę określania
przybliżonego wzrostu sprawcy, często z dokładnością kilku centymetrów,
jedynie na podstawie odcisku kciuka. Do tej pory w tej sprawie nie
znaleziono odcisków kciuka.
-?Zaraz wyświetlę jedno z nich -?odparł. -?Wiedziałem, że o to spytasz.
Prusik patrzyła na ciąg zasinień wzdłuż przekrzywionej szyi ofiary,
które powstały w wyniku gwałtownego szarpnięcia. Wszyscy obecni
przyglądali się okrutnym śladom. Prusik poczuła ból w dłoni. Zaczerpnęła
tchu i zmusiła się do rozluźnienia pięści, zaciśniętej tak mocno, że dwa
palce chwycił skurcz. Potem nagle włączyła światło i stanęła naprzeciwko
widowni.
Eisen kilka razy stuknął ołówkiem w przednie zęby i odezwał się
pierwszy.
-?Plamy rdzy wzdłuż rany Betsy Ryan sugerują, że sprawca użył ostrza ze
stali węglowej.
Higgins wrócił do sali i usiadł przy drzwiach.
-?Powinniśmy sprawdzić przedsiębiorców pogrzebowych, ich pracowników? -
spytał Hughes, energicznie pocierając grzbiet nosa.
-?Zakładam, że Higgins już to zrobił -?odpowiedziała Prusik. -?Proszę
sprawdzić też pracowników kostnic w okolicznych szpitalach, panie
Higgins.
Komputerowiec poruszył się na miejscu.
-?Tak, proszę pani. -?Odchrząknął. -?Jak pani uważa, co sprawca robi z narządami wewnętrznymi ofiar?
Prusik zasłoniła dłonią oczy.
-?Cieszę się, że wróciłeś do świata żywych, Higgins. Nie potrafię
odpowiedzieć na to pytanie, nie wiem. Całkowity brak jakichkolwiek
narządów wewnętrznych ofiar sugeruje, że je usuwa. W pobliżu jest woda.
Może się umyć. Przypuszczam, że jego fascynacja organami wewnętrznymi
sięga dalej, że ich usunięcie zaspokaja jakąś potrzebę psychiczną. -
Chciałaby wiedzieć jaką. -?Sądząc po odległości ciał ofiar od
jakiejkolwiek drogi albo łatwo dostępnego miejsca, uważam, że zwabił te
dziewczyny, skłonił, by pojechały z nim samochodem na odludzie. Meldunek
policji z Blackie opisuje poruszone liście w stromym, zalesionym
wąwozie. Uważam, że najważniejszy element modus operandi sprawcy to
pościg, rodzaj gry, którą uprawia z ofiarami. Sprawdź dokumentację
psychiatryczną przestępców zwolnionych w ciągu ostatnich pięciu lat,
skazanych za maltretowanie dzieci albo stalking związany z dziećmi. W przyrodzie pogoń jest charakterystyczną cechą drapieżników -?ciągnęła
cichym, pewnym głosem. -?Matka geparda zawsze zostawia prawie dorosłe,
dorastające młode, by samo nauczyło się polować. Początkowo młody gepard
nie jest w stanie zabijać. Jak myślisz, dlaczego, Higgins?
Młody komputerowiec odchylił głowę do tyłu. Na jego lśniące czoło padło
światło.
-?Z... braku doświadczenia?
-?Młoda gazela musi rzucić się do ucieczki. To prowokuje drapieżnika,
wyzwala instynkt zabijania. Gepard czeka, aż przerażona gazela ucieknie,
by móc zaatakować.
Prusik zatrzymała się naprzeciwko nowego członka zespołu.
-?Gazela musi zebrać w sobie odwagę, by rzucić się do ucieczki. Później
gepard ją goni i zabija. Dopóki gazela stoi w miejscu, kocur jest
bezsilny. Nie potrafi zabić, chyba że gazela ucieknie. Podobnie może
reagować nasz sprawca, Higgins. Może chce, by ofiary uciekały; wtedy
może je zabić. Ich ucieczka go podnieca.
Stała pośrodku sali z rękami złożonymi jak do modlitwy, dotykając ust
czubkami palców. Zamknęła oczy i wyobrażała sobie całą scenę jak w transie. W końcu uniosła wzrok.
-?Pamiętajcie o jednym. Zabójca wykorzystuje ludzkie słabości. Jest
sprytny. Zdobywa zaufanie ofiar. To najlepszy, najskuteczniejszy sposób,
by porwać dziecko. Oszukuje je, tworzy wrażenie, że jest miły, łagodny,
oddziałuje na młody umysł, a potem ofiara nie można mu się oprzeć.
Nabiera się na serdeczność, dobroć, pokusę.
Prusik mocno zacisnęła pięść.
-?Chcę powiedzieć, że te dziewczyny najprawdopodobniej oddalają się od
uczęszczanych miejsc dobrowolnie, bez walki, która zwróciłaby uwagę na
zabójcę. Sprytnie je wybiera, a potem oszukuje. Ofiara jest zawsze sama.
Umilkła.
-?Jeżeli nie ma więcej pytań, wracamy do pracy. Nie muszę przypominać,
że działamy pod presją i że będzie ona narastać.
Wyszła z sali wykładowej i ruszyła do gabinetu. Wyobrażała sobie, że
pływa stylem grzbietowym w ciepłej wodzie w słabo oświetlonym
akwamarynowym basenie w klubie, że czuje ostry zapach chloru i w końcu
się odpręża.
Rozległo się pukanie do drzwi. Do gabinetu zajrzała Margaret.
-?Dzwoni Bruce Howard. Mówi, że to ważne. -?Przewróciła oczami.
Prusik głęboko odetchnęła, podniosła słuchawkę i zmusiła się, by mówić
sympatycznym tonem.
-?Cześć, Bruce! W czym mogę ci pomóc?