Kamienne drzewo - Grzegorz Bobin

Kup ebooka

37.00 zł
29.60 zł (37,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nazywam się Emfiel i zaraz zginę.

Jako królewski koniuszy, przybyłem z Aher na Koński Targ w Inis. Jestem tutaj pierwszy raz i właśnie spełniło się moje marzenie. Zobaczyłem na własne oczy miejsce, skąd pochodzą najpiękniejsze konie świata. Zobaczyłem zielone pastwiska otaczające wulkan górujący nad miastem.

*

Piliśmy dużo wina. Świętowaliśmy udany zakup koni dla króla Finsecha, za których wybór bardzo nas pochwalił. Jest tradycją, że co roku przed nasileniem zimowych prądów morskich kupowanych jest kilkanaście sztuk.

Do gospody wpadł jakiś mężczyzna, sądząc po szacie chyba bogatszy kupiec. Oparł się na drzwiach i osunął na ziemię. Zwymiotował. Po minie gospodarza widać było, że to dla niego nie pierwszyzna. Z beznamiętną twarzą wziął szmatę i z pomocnikiem zawołanym z kuchni wynieśli go za drzwi. Cztery ruchy i sprzątnięte. Nie minęło kilka minut, a kolejna osoba zwróciła treść żołądka w drzwiach gospody, tym razem kobieta. Z towarzyszami zaśmialiśmy się twierdząc, że gdzieś mają chyba jeszcze mocniejsze wino. Przez ulicę co chwila ktoś przebiegał. Tłum gęstniał. Nie dało się już prowadzić normalnej rozmowy. Za oknem zrobił się hałas. Chwilę później rozległ się głos karczmarza, że dach gospody się pali. Rzuciliśmy się do wyjścia. Na szczęście nie mieliśmy daleko. Ogień nie zrobił na mnie takiego wrażenia jako to, co zobaczyłem na ulicach. Wszędzie leżeli ludzie, w konwulsjach, na kolanach. Po drodze przebiegł spłoszony koń, tratując leżących. Jedno słowo przyszło mi od razu do głowy – zaraza.

W panice, pod naporem tłumu, rozdzieliliśmy się. Straciłem kompanów z oczu. Odruchowo ruszyłem nad wybrzeże w miejsce zejścia do portu i wspiąłem się na mur, by mieć lepszy widok. Pożar gospody nie był jedyny. Płonęło kilka innych budynków w różnych częściach miasta. Zaraza i pożar w jednym czasie. Słyszałem w gospodzie o Theronie, magu, który miał zamiar podbić miasto. Może to on wywołał te nieszczęścia? Nie mógł trafić na lepszy czas, bo miasto było do granic przepełnione gośćmi Końskiego Targu. Postanowiłem wrócić do stajni i sprawdzić, co z końmi. Byłem za nie przecież odpowiedzialny. Nie chciałem myśleć, co stałoby się z nimi, gdyby pożar tam dotarł. Musiałem być szybszy od ognia.

Królewskie stajnie otoczyła grupa żołnierzy i nikogo tam nie wpuszczali z obawy przed podpalaczem. Znajdowały się one bezpośrednio pod zamkiem, a siano w nich zgromadzone stanowiło realne niebezpieczeństwo. Wiele budowli paliło się jednocześnie w różnych miejscach miasta. To nie mógł być przypadek.

Po jakimś czasie przestałem zwracać uwagę na leżących we własnych wymiocinach ludzi. Było ich tak wielu. Musiałem tylko sprawnie przeskakiwać ciała i nie pośliznąć się na cuchnącej mazi. Przed stajnią spotkałem kilkoro ludzi z Aher. Czekali, by dostać się do zamku, ale wojsko było nieugięte. Zakaz dla wszystkich oprócz królowej i dowódców z Inis. Przekazano nam, by niczego nie pić i nic nie jeść. Mieliśmy wszyscy czekać na decyzję naszego króla i być gotowi do wypłynięcia w każdej chwili.

Dym gryzł w oczy i szybko straciłem orientację, w którą stronę iść. Ludzie na ulicy biegali w panice, ktoś wołał swoje dziecko, ktoś jęczał z bólu. Na mury wojsko nie wpuszczało nikogo. Zakaz to zakaz. Na szczęście zaczął padać deszcz, a potem powietrze się na tyle rozrzedziło, że zobaczyłem zarysy południowej części miasta. Minąłem szpital pospiesznie stworzony w dawnym wybiegu dla koni pełen dogorywających ludzi. Deszcz narastał, sycząc po zetknięciu z żarzącymi się belkami pogorzelisk.

Na wybrzeżu uzbierała się spora grupa ludzi, czekająca na rozwój sytuacji. Gdy pożary dogasły, ktoś przyszedł i oznajmił, że zaraza przyszła z jeziora, które zaopatruje miasto w wodę. Nadal był zakaz picia wody z ujęć miejskich, które miały zostać oczyszczone. Ponoć wyłowili trupa i to trupi jad był przyczyną zarazy.

Wieczorem, kiedy wszystko wskazywało na to, że sytuacja się uspokoiła, zapłonęło kilka statków w porcie, a na horyzoncie, na zielonych polach Inis, pojawiło się wojsko Therona. Stało się jasne, że to on stał za wszystkimi wydarzeniami. Na szczęście na naszych statkach pozostawiono królewską straż i żaden z okrętów nie spłonął.

Król podjął decyzję o wypłynięciu kolejnego dnia. Negocjował z Najjaśniejszą Endalonią i zdecydował o zabraniu grupy ważnych ludzi z Inis, w większości dzieci, wśród których była mała córka królowej. Mieli znaleźć schronienie na czas oblężenia swojego miasta u nas za morzem. W porcie wiele osób czekało na szansę ucieczki. Co ważniejsi i bogatsi płacili pełnymi sakwami złota, ale nasi kapitanowie byli nieugięci. Mieli rozkazy, nie mieli miejsca. Barki transportujące nas na statki trzeszczały i sprawiały wrażenie, że zaraz się złamią pod ciężarem ludzi i koni. Chociaż mieliśmy zabrać głównie konie, król zrezygnował z większości zwierząt. Tych kilka rumaków, które były pod moją opieką, z trudem utrzymywałem w spokoju.

Nocne niebo rozjaśnił słup światła znad wulkanu, który wcześniej podziwiałem z zamkowych murów. Jasność uderzyła w niebo, wiercąc dziurę w chmurach. Część ludzi wskakiwała do wody z nadzieją, że wdrapią się jeszcze na jakąś barkę i znajdą miejsce na którymś ze statków.

Nasze okręty stały na kotwicach w sporej odległości od brzegu. Cała przeprawa przeszła sprawnie i mogliśmy podnosić kotwice. Konie wprowadziłem od razu do ładowni. Szkoda, że nie zabraliśmy więcej zwierząt, ale ich miejsce zajęły osoby szukające ratunku.

Wiatr lekko zawiał, a żagle zatrzepotały kierując okręt na południe. Spokojne niebo nie zapowiadało zmiany pogody. Usłyszałem grzmoty. Po chwili zauważyłem, że urwał się klif nieopodal miasta i z wielkim impetem osunął się do morza. Ogromna, rycząca fala, podążała w naszą stronę. "Fala! Ogromna fala! Trzymajcie się wszyscy mocno!" – krzyknąłem. To były moje ostatnie słowa.

Teraz opadam na dno, a czuję, jakbym się unosił. Mrok ogarnia moje ciało.

1

Fale leniwie biły o strome skały. Na kamienistej plaży leżała wyrzucona przez wodę różdżka Rewita, którą podarował mu druid Malmgrid, zanim zginął broniąc Niebieskiego Lasu przed Theronem. Morze kilkukrotnie zabierało ją i oddawało, jakby nie mogło się do końca zdecydować, co z nią zrobić. Rozrzucone niedbale setki połamanych desek i części statków spoczywały na brzegu. Nieopodal gniło ciało konia z mocno napuchniętym brzuchem i ogonem falującym w wodzie.

Wcześniej...

– Fala! Ogromna fala! Trzymajcie się wszyscy mocno! – krzyczał ktoś z załogi.

Pomruk morza narastał, a pokład zaczął się unosić coraz wyżej, przechylając niebezpiecznie burtę na jedną ze stron. Dzieci wraz z opiekunką Sesonah zgromadziły się w okolicy masztu. Każde złapało za linę i kucnęło. Zielarka Meriel stanęła za swoimi dziećmi – Fallą i Odgerem, obejmując ich rękoma. Sternik próbował ustawić statek dziobem do fal, a załoga jak w ukropie składała żagle. Na pokład wyszedł król Finsech i poganiał kapitana, by za wszelką cenę uratował okręt. Każdy trzymał się kurczowo czego mógł i czekał na nieuniknione. Konie z dolnego pokładu rżały z przerażeniem, przeczuwając, co się zaraz stanie. Statek, jakby nic nie ważył, został uniesiony w górę przez ogromną falę i rzucony na głębinę po to, aby roztrzaskać się o wodę. Krzyki, panika i chaos. Nie sposób było się zorientować, gdzie góra, gdzie dół; gdzie powierzchnia, a gdzie woda. Po chwili przyszła mniejsza fala i jeszcze mniejsza. Nagle wszystko ucichło.

Wokół unosiły się kawałki statku. Rewita gdzieś wyrzuciło pomiędzy złamanym masztem a resztkami rufy. Część załogi zniknęła pod wodą, a ci mający więcej szczęścia, próbowali złapać się większych desek. Niektóre płonęły po zderzeniu z wielką naftową lampą, dając bladopomarańczowe światło. Pomiędzy nimi, w bezładzie, pływało kilka koni, którym udało się wydostać z dolnego pokładu. Zwierzęta kotłowały wodę przednimi kopytami, chcąc wejść na deski niewiele szersze od ich tułowia, które znikały pod wodą. Krwawiące, jeszcze kilka minut temu żywe ciała, unosiły się na wodzie. Na szczęście dla dzieci, maszt był w jednym kawałku i ciągnął za sobą liny, których kurczowo trzymały się małe rączki. Meriel widziała, jak jej przyjaciel Rewit znika pod wodą. Upewniła się, że jej dzieci nadal były przy niej i zaczęła szukać innych.

– Rewiiiit! – wołała bez skutku.

Nagle maszt zaczął tonąć pociągając za sobą przywiązane do niego liny. Każdy, kto trzymał się masztu, puścił instynktownie tonące sznury i poszukał kawałka statku, którego mógłby się przytrzymać, zostając na powierzchni. Nie wszyscy umieli pływać. Opiekunka Sesonah, próbowała przytrzymać dzieci przy sobie, ale to było ponad jej siły. Odger uczepił się dość grubej deski i pomógł na nią wejść swojej siostrze i Ghandii – córce królowej Endalonii. Miejsca dla niego już nie starczyło, ale dzielnie trzymał się krawędzi, pozostając w wodzie.

– Nie daj im spaść z deski, synku – powiedziała Meriel i zanurkowała po jedno z dzieci, które zniknęło pod wodą.

Trzymając je pod pachą, podpłynęła do Odgera i posadziła malca na desce, która już ledwo utrzymywała pozostałych pasażerów. Zielarka rozejrzała się dookoła i coś jej przysłoniło jedną z palących się szczap drewna na wodzie. Był to czarny jak noc koń z Inis, który płynął w pobliżu tracącej siły Sesonah.

– Złapcie się grzywy konia! – krzyknęła w noc najgłośniej jak potrafiła.

Opiekunka szybko zrozumiała, o co chodzi i kazała dwójce podopiecznych, którym pomagała unosić się na wodzie, złapać się za kłąb końskich włosów. Dzieci zaczęły płynąć przy koniu. Zyskali na tym kilka minut. Sesonah głośnym krzykiem kazała pozostałym zrobić to samo. Po chwili kilka rumaków płynących w pobliżu miało swoich pasażerów. Opiekunka krzyczała z coraz to większą rozpaczą, bo nie mogła doliczyć się kilkorga dzieci. Sama chwyciła za dryfującą beczkę i rozpłakała się.

– Nic nie da twój płacz – powiedziała Meriel oglądająca się na swoje pociechy – nie uratujemy wszystkich, ale musimy wyłowić ich jak najwięcej. To jeszcze nie koniec, trzeba połączyć kilka desek i jakoś przetrwać. Prąd nas zniesie na północ. Będziemy mieli szczęście, jeśli trafimy na jakąś zatokę, inaczej rozbijemy się o skały. Rozumiesz, co mówię? – Szarpnęła za ramię Sesonah! – Pomóż mi!

– Mamo, zimno – powiedziała Falla trzymająca za rękę Ghandię, która ze szklistymi oczami wzywała matkę.

– Trudno będzie przetrwać tę jedną noc w wodzie, nie mówiąc o jakiejś tam zatoce – powiedziała ze zrezygnowaniem opiekunka Sesonah.

Zamilkły. W nocnej ciszy, którą przerywało charczenie koni desperacko próbujących wejść na cokolwiek, dało się słyszeć ciche nawoływanie. Po chwili ktoś coraz głośniej, coraz bliżej wołał:

– Dzieeeeci! Odgeeeer! Merieeeel!

– Mamo! – krzyknął chłopiec – To Siril! Tutaj! – wołał prawie piszcząc – Tuuuutaaaaaj!

– No krzyknij swoim potężnym głosem – powiedziała Meriel do Sesonah – tak jak wołałaś dzieci.

Opiekunka trochę zbierała się w sobie, po czym krzyknęła tak, że aż zadrżała woda:

– Ogieeeeeń! Tu gdzie ogieeeeń!

Z ciemności wyłoniła się płaskodenna barka, która przywiozła wszystkich z przystani w Inis na statek. Stał na niej zaufany rycerz królowej Endalonii – Siril i jeszcze kilka innych osób. Nie wyglądały one bynajmniej na marynarzy, raczej na kogoś z dworu króla Finsecha. Pasażerowie wolno wiosłowali kawałkami desek, które służyły im za marne wiosła. Barka była wywrócona do góry dnem i wystawała nad poziom morza niecały metr. Przetrwała uderzenie fali dzięki temu, że wracając do brzegu, zeszła z kolizyjnego kursu niszczycielskiej fali.

Siril wskoczył do wody i pomagał wszystkim dostać się na barkę. Zaczął od najmłodszych. Najwięcej trudu przysporzyło mu dogonienie koni z uczepionymi ich grzywy dziećmi. Zrobił to w ostatniej chwili, bo zwierzęta wkrótce potem zaczęły znikać pod powierzchnią. Gdy Meriel weszła na pokład, zobaczyła nieprzytomnego króla z Aher – Finsecha.

– Znalazłem go unoszącego się na wodzie, nie wiem, czy przeżyje – powiedział Siril.

Kobieta szybko sprawdziła, czy dzieci są bezpieczne, uklękła przy królu i rozpięła mu kaftan oraz koszulę. Oddech miał bardzo słaby, wręcz niezauważalny. Odwróciła go na bok i kazała jednemu z pasażerów pilnować, by nie leżał na plecach.

– Poczekajmy, aż wykrztusi całą wodę.

– Widziałaś gdzieś Rewita? – przerwał jej Siril.

– Widziałam, jak spadał do wody, gdy fala w nas uderzyła. Szukałam i wołałam. Jak kamień... w wodę.

Mężczyzna posmutniał. Stanął na krawędzi i z całej siły wytężał wzrok obserwując okolicę. Prąd pchał barkę coraz szybciej. Zniknęli za skałami żegnając wzrokiem światła dobiegające z miasta Inis. Chmury przykryły księżyc i zapadła całkowita ciemność.

2

Nikt nie spał w nocy. Świt został przez wszystkich przywitany z ulgą. Wreszcie było widać cokolwiek. Szczęśliwie przez całą noc prąd pchał barkę w stronę otwartego morza unikając przybrzeżnych skał.

– Jak się czujecie? – powiedziała siedząca na deskach Meriel, trzymając głowę córki na kolanach.

Jako zielarka lecząca ludzi po wsiach, poczuwała się by wszystkich objąć swoją opieką. Dwójka jej dzieci, które leżały obok niej, to był największy skarb. Jedyny, jaki miała.

– Zjadłbym coś – odezwał się tubalny głos króla.

Król Finsech, obudził się jako jeden z pierwszych. Stał w otoczeniu uratowanej dwójki osób ze swojego dworu: Legrany – pięknej, czarnowłosej dziewczyny wyglądającej jak księżniczka oraz wyjątkowo chudego i pomarszczonego skarbnika, który miał czuwać, by król zbyt wiele nie wydał na zakup koni na targu w Inis.

– Komu zawdzięczam uratowanie życia?

Zapadła cisza. Siril, który go uratował nie miał w zwyczaju wychodzenia przed szereg i chwalenia się swoim męstwem. Siedział odwrócony i wpatrzony w morze udając, że nie słyszał. Stanął nad nim Odger i przymykając jedno oko, wywalił język na brodę, po czym teatralnie wskazując obiema rękami powiedział:

– On to uczynił, panie królu.

– Aj, cicho bądź – powiedział przez zęby do chłopaka. – Nie wiesz, jak on potrafi być upierdliwy.

Jakby na potwierdzenie tych słów podszedł do nich król i usiadł obok.

– Jestem ci dozgonnie wdzięczny, rycerzu. Mam nadzieję, że moja wdzięczność będzie trwała dłużej niż te kilka niepewnych najbliższych dni.

– Było ciemno, ktoś płynął, nie wiedziałem, że to król. Po prostu wciągnąłem na deski, bo było miejsce i tyle.

– To jeszcze bardziej świadczy o twojej przyzwoitości i nieznajomości protokołów, bo większość w pierwszej kolejności ratuje i broni króla. Ale niech ciemna noc będzie twoim usprawiedliwieniem. Umiesz polować na ryby? Głodny jestem.

– Zdarzało mi się łowić ryby, ale wtedy sprawę ułatwiała mi wędka lub sieć. Żadnej z nich tu nie widzę.

– A nie mógłbyś wskoczyć z nożem do wody? Nóż masz przy pasie. Pływać umiesz.

Siril już gotował się w środku, ale król to król. Trzeba zachować spokój.

– Oczywiście, jak tylko zobaczę przepływającą obok nas rybę, nie omieszkam na nią skoczyć. Z nożem. Król wybaczy, ale muszę rozprostować nogi po nocy.

Wstał i grobową miną popatrzył na Odgera, który udawał, że coś zeskrobuje nogą z pokładu. Po paru chwilach chłopiec jednak naprawdę coś znalazł między deskami.

– Mamo, co to jest?

Meriel podeszła i zobaczyła, że w jednej części barki była dość spora kolonia ostryg, ponieważ to miejsce wcześniej było dnem barki stale zanurzonym pod wodą.

– No to mamy śniadanie – powiedziała.

Sesonah nie miała ochoty jeść. Nie mogła przeboleć, że utraciła kilkoro dzieci, które powierzono jej opiece. Nie licząc Falli, Odgera i Ghandii, przeżyła jeszcze czwórka, w tym mały Lobmys, który w zamku pomógł wybudzić Meriel ze śpiączki.

– Zjedz coś – powiedziała zielarka podając jej otwartą ostrygę – nie mogą cię takiej zobaczyć. Mają tylko ciebie i nie możesz się poddać. Myślisz, że one też nie przejmują się tym, że już więcej nie zobaczą swoich przyjaciół?

– Ale to moja wina.

– Jeśli jest już czyjaś wina to Therona, który nas nakłonił do ucieczki – objęła dość szerokie i pulchne ramiona opiekunki.

– Mamo, dokąd płyniemy? – zapytał się Odger, siadając na deskach.

– Na pewno na północ. Mamy szczęście, że prądy morskie nie są jeszcze zbyt silne, bo najpewniej już dawno zostalibyśmy roztrzaskani o skały lub zepchnięci w bezkres morza.

– Ale tu jest bezkres morza – kręciłem się dookoła i nic nie widziałem. Ani brzegu, ani skał. Nic.

– A jak daleko na północ nas ten prąd wywlecze? – dołączył się do rozmowy stojący nieopodal suchy skarbnik króla. – Bo z tego, co słyszałem, nikt, kogo porwały prądy już nie powrócił.

– To zimowe prądy są mocne i zdradliwe, ale my jeszcze jesteśmy na samym początku ich tworzenia. Może jeszcze dobijemy gdzieś do jakiegoś brzegu powiedziała Meriel otwierając kolejną ostrygę. – Pozostaje nam cierpliwie czekać.

– A jak długo czekać? – rzekł skarbnik wyciągając rękę po posiłek.

– Nie wiem, ale nie możemy tracić nadziei. – Spojrzała wymownie na Sesonah.

Dzień na barce snuł się powoli. Odger stukał rytmicznie piętami o deski, co nie przeszkadzało smacznie spać królowi Finsechowi. Meriel po cichu rozmawiała z opiekunką, a pozostałe dzieci siedziały w kółku i grały w jakąś grę. Siril udawał, że śpi i leżał z zamkniętymi oczami. Nie chciał okazać tego, że się boi. On też nie wierzył, że barka gdziekolwiek dopłynie.

– Skały! – krzyknął Odger.

Na horyzoncie ukazały się pojedyncze grzbiety skał, a z nimi kolejne i kolejne. Jedna większa od drugiej. Białe, strzeliste, wysuszone na słońcu i wietrze skalne szczyty kontrastowały z szerokim, ciemniejszym i obmywanym przez fale dołem. Z oddali nie można było być pewnym, że uda się między nimi przepłynąć.

– Połóżcie się płasko na deskach i złapcie się za ręce. – Sesonah pomału powracała do swojej roli opiekunki.

– Synu, nie strugaj najodważniejszego na świecie i połóż się – powiedziała Meriel do podskakującego Odgera. – I nie skacz, bo się pośliźniesz!

– Ale tak więcej zobaczę!

– A ja też chciałabym cię jeszcze zobaczyć po tym jak uderzymy w skały. Kładź się natychmiast!

Jak tylko chłopiec się położył, barka w coś uderzyła i zatrzeszczały deski. Podwodna skała dała o sobie znać. Niefortunnie na samej krawędzi pokładu siedziała Legrana należąca do dworu króla z Aher. Wpadła do wody daleko do przodu i uderzyła plecami o powierzchnię znikając wszystkim z oczu. Meriel przetoczyła się po deskach i uklękła próbując zobaczyć, czy dziewczyny nie wciągnęło pod barkę. Z lewej strony, z wody, wyłonił się Siril unoszący nieprzytomną kobietę.

– Podaj mi ją – Meriel wychyliła się i złapała za mocno nasiąkniętą wodą suknię.

Wszyscy pasażerowie doczołgali się do niej, zapominając na chwilę o zbliżających się ogromnych skałach. Siril delikatnie przechylił dziewczynie głowę i uciskał klatkę piersiową. Robił tak przez krótką chwilę, aż z ust topiącej parsknęła spieniona woda. Legrana zobaczyła nad sobą mężczyznę, z którego włosów i brody skapywała jeszcze woda. Mokra broda odsłoniła kilka blizn, na co dzień ukrytych pod nią.

– A niech mnie. I znowu nasz bohater. Widzę, że możemy czuć się bezpieczni, mając kogoś, kto każdego uratuje – wtrącił król.

– Obym więcej nie musiał nikogo ratować – powiedział Siril, nie odrywając wzroku od uratowanej dziewczyny. Po chwili dotarło do niego, że ciągle trzyma ręce na jej piersi.

– Dziękuję za uratowanie mi przyszłej synowej – rzekł król.

Barka zwolniła. Dzięki uderzeniu o skałę, wyhamowała i obróciła się lekko w lewo. Spowodowało to, że rozbitkowie oddalili się z kursu kolizyjnego ze skałami. Przepływając w bezpiecznej już odległości, ich oczom ukazało się cmentarzysko statków. Odger naliczył ich kilkanaście. Były niczym wbite jedne w drugie. Większość rozbiła się o dwie ogromne skały, które otaczał gąszcz mniejszych, podwodnych kamienisk. Pomarszczony skarbnik zauważył trzy połamane bandery statków z Aher.

– Dziękuję – powiedziała Legrana do Sirila, siadając obok niego. – Chciałam podziękować osobiście, a nie wyręczać się królem.

– Przyszłym teściem.

– Tak... przyszłym teściem.

– A co przyszła królowa robiła w Inis?

– Szukałam konia na prezent dla księcia Atalona.

– Dla syna króla?

– Tak. Został w Aher, bo ktoś musi pilnować tronu. A król ufa tylko swojej rodzinie. Dlaczego za mną skoczyłeś?

– Taki mam instynkt. Ktoś wpada, ja skaczę. To jest naturalne. Choć jak pomyślę, to mi się nie chce już tak robić. Głowa zostaje na statku, a ciało skacze.

– A jak myślisz? Przeżyjemy tę podróż? – Spojrzała przed siebie gdzieś na horyzont.

Siril rozejrzał się po pokładzie. Dzieci bawiły się w kółku, Meriel rozmawiała z Sesonah, reszta wypatrywała brzegu. Wyobraził sobie wtedy, że nie są na morzu, a w komnatach zamkowych. Że właśnie w kuchni szykowane jest jakieś przyjęcie, że jest jak dawniej.

– Chciałbym przeżyć – powiedział po zastanowieniu i spojrzał na nią, po czym zawstydzony opuścił wzrok. – Chciałbym, abyśmy wszyscy przeżyli.

Król zawołał Legranę, bo według niego za bardzo zaczęła się spoufalać z tym rycerzem. Kazał jej nie oddalać się od siebie dalej niż na kilka kroków.

Zaczynała się kolejna noc na barce. Wszyscy ułożyli się płasko na deskach i każdy musiał trzymać drugą osobę za rękę lub pod ramię. Dzieci na samym środku w miarę bezpieczne spały. Jednak nie każdy mógł zasnąć tej nocy.

5

Rewit oddalił się od stromych skał wiszących nad morzem i dotarł do nieprzyjaznych kamienistych przestrzeni rzadko porośniętych roślinnością. Im dalej odchodził od morza, tym roślinność stawała się bujniejsza. Trawy sięgały mu już do kolan, a w oddali widniały gęste zarośla. Drzew tutaj nie było, lecz w zaroślach można znaleźć zawsze coś do jedzenia, nawet jeśli miałyby to być igły jakiegoś skarłowaciałego świerku. Rozbitek całe życie spędził w lesie, więc doskonale wiedział, co ma robić. Wszystko to, co tu zobaczył, było dla niego zaledwie małą grządką, w porównaniu do jego utraconego Niebieskiego Lasu, gdzie jako młody filid pobierał nauki u leśnych druidów. Dziwił się, że nie spotkał jeszcze żadnego zwierzęcia, żadnej mewy, jakiegokolwiek śladu życia.

Rewit kierował się na północ. Tliła się w nim jeszcze nadzieja, że jeszcze ktoś na tej płynącej "desce", którą zobaczył na horyzoncie, się uchował. Było zbyt daleko, by mógł cokolwiek dojrzeć. Gdy wspiął się na jedną z wyższych skał, zobaczył kolejną zatokę, a za nią wzniesienie. Robiło się coraz wyżej i czuł, że zbliża się do Gór Płaskich. Sam nigdy nie był w tych górach i znał je tylko z opowieści druidów górskich, którzy raz w roku przychodzili po zapasy do Niebieskiego Lasu. W zamian za suszone grzyby, wosk, powidła, jabłka, orzechy i szereg innych dóbr przynosili rzadkie skalne porosty i zioła, sól z jaskiń i górskie kryształy. Przybysze mieszkali w jaskiniach, a ich głównym zajęciem było wykuwanie w skałach przejść i korytarzy, budowanie całej sieci pomieszczeń i komnat. Posiadali umiejętność wytapiania bardzo twardych, żelaznych narzędzi, do których surowce zdobywali w górach. Druidzi z Niebieskiego Lasu często żartowali, że zanim ich przyjaciele skończą budować swoją górską osadę, to każdemu z nich zakwitnie niebieskie ziarno, z którego jeszcze nikomu nigdy nie udało się nic wyhodować. Legenda głosiła, że ten, kto wyhoduje roślinę z ziarna zrodzonego przez niebieskie drzewo, uwolni wtedy wielką moc.

Rewit postanowił, że jeśli nie znajdzie żadnego rozbitka, uda się w góry do druidów. Czuł się zagubiony. Jego lasu już nie ma. Jedynych przyjaciół, których kiedykolwiek miał, stracił. Dał słowo swojemu nauczycielowi Malmgridowi, że będzie strzegł Fallę i Odgera własnym życiem. Malmgrid zginął za Niebieski Las. A on? Co jeśli przeżył tylko on? Bił się z myślami i wielkim poczuciem winy z powodu niedotrzymanego słowa. Tęsknota w nim wzbierała; odczuwał brak tego psotnego chłopca, którego bardzo polubił i całej reszty przyjaciół.

Otrząsnął się. Przyspieszył kroku. "Choćby mewa" – pomyślał. Nic. Pusto. Wciąż zamyślony przez swoją nieuwagę wpadł w rozpadlinę skalną i utknął w niej na dobre.

– Naprawdę?! – krzyczał w złości w powietrze. – Serio? Przeżyłem ten cały sztorm i zatopienie statku, by teraz to?

Próbował wydostać się na powierzchnię, zapierając się nogami i łokciami o pionowe, śliskie ściany. Bezskutecznie. Zaczął wpadać w klaustrofobiczną panikę.

– Nie mogę teraz tak tu zostać. Nie mogę!

Coś uderzyło go w głowę. W pierwszej chwili myślał, że osunął się na niego kawałek ziemi. Jednak była to lina, którą ktoś na górze trzymał. Zaskoczony pociągnął dwa razy. Z drugiego końca nadeszła odpowiedź, też dwukrotna. Chwycił mocniej. Nogi lekko ruszyły, ale lina wyśliznęła mu się z rąk i zniknęła na powierzchni. Znowu ktoś mu ją podał. Tym razem obwiązał się pod pachami. Już pierwsze pociągnięcie spowodowało, że ruszył z miejsca. Kolejne przesunęło go do góry. Po kilku chwilach dotarł na powierzchnię.

Rewit nie bardzo wiedział, kto go wyciągnął. Nie był pewien, czy to kobieta czy mężczyzna. To coś było stare, pomarszczone, zgarbione, z długimi, rozpuszczonymi siwymi włosami i wyglądało jak marynarz. Bardzo stary marynarz. W pierwszej chwili pomyślał, że jest ktoś jeszcze, kto się ukrył, bo nie podejrzewał, że ta niewielka postać sama mogła go tak lekko wyciągnąć.

– Dziękuję – powiedział krótko. – Można wiedzieć komu zawdzięczam ratunek?

– Obserwowaliśmy cię.

– Śledziliście mnie?

– Patrzyliśmy jak żyje. To rzadkość u nas. Że kto żyje. Bo my tu sami żyjemy. My też jesteśmy z morza.

– A macie coś do jedzenia? Jestem głodny.

– Mamy jaja mewy.

– A oprócz tego?

– Mewy.

"No to już wiem, dlaczego tu nic nie lata" – pomyślał zniesmaczony.

Nieznajomy prowadził go przez skały i zarośla, co chwila skręcając. Można było mieć wrażenie, że jest w swojego rodzaju labiryncie. Po około godzinie doszli do półki skalnej, z której rozpościerał się widok na zatokę. Zachwycony tym widokiem filid nie zwrócił uwagi na otwór w skale za jego plecami, który prowadził do jaskini. Ledwo tlące się ognisko rozbłysło na nowo, gdy nieznajomy dorzucił kilka kawałków bogato oblepionego żywicą drewna. Wystrój jaskini zaskoczył przybysza. Było tam jak we wnętrzu statku. Na ścianach równo ułożone deski, w rogach kilka skrzyń, dywan, nawet kapitańskie biurko wraz w całym asortymentem piór, kałamarzy i map. Obok łóżka wisiał hamak, a na jednym ze stołów kompletna zastawa obiadowa. Rewit stanął jak wryty.

– To z morza – pochwalił się starzec.

– Widzę, że mamy tu króla jaskiń.

– Króla nie ma, król został.

– Jestem Rewit, filid z Niebieskiego Lasu – podjął kolejną próbę poznania imienia nieznajomego.

– My jesteśmy Iwredestebal.

– To jest tu jeszcze ktoś?

– Nie. Tylko my. I wy.

– Dobrze – pojął wreszcie. – A długo tu jesteś... jesteście?

– Oj długo. Będzie z dziesięć zim. Albo więcej.

– Nie próbowaliście wracać do domu?

– Tu jest teraz nasz dom. Morze obdarowuje. A kiedyś próbowaliśmy wracać, ale z jednej strony morze, a z drugiej góry. Kiedyś w doliny dotarliśmy do dużych drzew i lasu, ale wojsko złapało. Uciekliśmy. Iwredestebal uciekł z nami.

– A widzieliście na horyzoncie to coś, co płynęło dalej na północ?

– Widzieliśmy. Wiemy, gdzie będzie. Morze tam też obdarowuje.

– A znasz... znacie drogę, Iwredestebalu?

– Znamy. Iwredestebal też zna. Ale najpierw niech się posili, a potem pójdziemy. Dawno nie mieliśmy gościa.