Wszystko zaczęło się od posągów w ogrodzie za domem babci. Wyglądały jak
rodzina: dwoje dzieci i dwoje dorosłych. Wykonane z twardego, szarego
kamienia, stały w ciasnym kręgu, zwrócone do siebie plecami. Odkąd
Simona sięgała pamięcią, zawsze tu były. Nie wiedzieć czemu, bała się
ich, co samo w sobie jest dziwne, bo Simona prawie w ogóle nigdy niczego
się nie bała.
- Wiesz, babciu, kim oni są? - spytała.
Wyglądała przez okno w kuchni. Był weekend. Na czas wyjazdu rodziców
zamieszkała z babcią. Reszta jej rodzeństwa chciała spędzić te dni z kolegami, ona jednak wolała pojechać do ?hus, co babcię bardzo
ucieszyło.
- Nie mam pojęcia - odparła babcia, stając obok niej. - To jest po
prostu grupka ludzi.
Cała babcia: "grupka ludzi!". Tyle to akurat widać gołym okiem. Ale kim
są ci ludzie? Na to pytanie żadna z nich nie znała odpowiedzi.
Babcia mieszkała w jednym z największych domów, jakie Simona w życiu
widziała. Był pomalowany na biało i miał całe mnóstwo okien. Stał tuż
przy brzegu morza i dawniej mieścił się w nim hotel. Babcia powiedziała,
że poprzedni właściciel musiał hotel zamknąć, ponieważ przyjeżdżało za
mało gości. W końcu wystawił hotel na sprzedaż i wtedy dziadkowie Simony
go kupili, ale nie po to, żeby ponownie go otworzyć, tylko żeby w nim
zamieszkać. Babcia mówiła, że chciała zapełnić dom dziećmi, lecz
urodziło im się tylko jedno, a była nim mama Simony.
Simona uwielbiała odwiedzać babcię. Tata często powtarzał, że to
idiotyczne, że babcia mieszka sama w takim wielkim domu, ale Simona się
z nim nie zgadzała. Według niej te szeregi pustych, cichych pokoi były
absolutnie cudowne - dokładne przeciwieństwo jej własnego domu, gdzie
zawsze panował nieopisany rozgardiasz.
- Powinna go odnowić albo sprzedać - mówił tata, kiedy babci nie było w pobliżu.
- Nie stać jej na remont, a sprzedawać nie chce - odpowiadała na to
mama.
Simona nie pojmowała, o co im chodzi: kochała dom babci w takim stanie,
w jakim był, i za nic w świecie nie dałaby go przebudować, bo wtedy
straciłby cały swój urok.
- Babciu, a może wynajęłabyś parę pokoi? - podsunęła. - Na przykład
jakiejś samotnej osobie? Albo studentom?
- Nie ma mowy - odparła babcia. - Żeby mi się tu przewalały tabuny
obcych ludzi? Nigdy w życiu! Ja lubię być sama i doskonale daję sobie
radę.
- Nie chodzi mi o to, żebyś wynajęła od razu cały dom - wyjaśniła Simona
pospiesznie. - Wiem przecież, że świetnie sobie radzisz, babciu.
W rzeczywistości jednak wcale nie była tego taka pewna. Ostatnimi czasy
babcia ciągle czuła się zmęczona. W domu panował coraz większy bałagan,
jakby z niczym nie nadążała. Simona pomagała jej, jak mogła. Najpierw w gotowaniu obiadu, potem w odkurzaniu, ale w końcu babcia miała dosyć i uznała, że pora dla odmiany zagrać w szachy.
Skończyło się to tak samo jak zwykle: babcia wygrała, a Simona się
obraziła.
- Koniecznie powinnam upiec biszkopt na wieczór - oznajmiła babcia.
Simona poskładała szachy, nie bardzo wiedząc, czym teraz ma się ochotę
zająć. Kiedy spojrzała na szare niebo, przyszedł jej do głowy pewien
pomysł.
- Umyję okna! - postanowiła, widząc, że szyby są dokładnie koloru chmur.
- A czy to naprawdę konieczne? - zaoponowała babcia.
Simona była nieugięta: niedługo Wielkanoc, więc babcia powinna mieć tu
ładnie i czysto.
- Ale może będzie padać - powiedziała babcia.
- Może tak, a może nie - odparła Simona.
Zaczęła od okien w kuchni. Pod drabiną zaskrzypiała podłoga. Simona
wzięła się do pracy tak, jak ją nauczyła mama: najpierw myje się szyby
od wewnątrz, szmatką i ściągaczką, a potem otwiera się okna, żeby umyć
je od zewnątrz. U babci jednak okna otwierały się na zewnątrz, toteż
Simona musiała wynieść wiadro do ogrodu i ustawić drabinę na rabatce.
- Tylko nie podepcz kwiatów! - napomniała babcia.
- Nie podepczę.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić: w ciemnej ziemi wszędzie pełno jest
małych roślinek. Simona bardzo ostrożnie manewrowała nogami drabiny.
- Tylko nie spadnij! - zawołała babcia przez uchylone okno.
Simona nie odpowiedziała, całkowicie pochłonięta ustawianiem drabiny,
tak żeby się nie chwiała, co w rozmiękłej ziemi wcale nie jest proste.
Kiedy wreszcie się na nią wspięła, zauważyła coś dziwnego. Nieopodal
stała altanka, z której babcia korzystała tylko latem, a która zimą była
opuszczona i cicha. Teraz jednak wydawało się, że w środku ktoś jest.
Ktoś wysoki i potężnie zbudowany.
Simona ze zdziwienia aż zachwiała się na drabinie, szmatką w lewej i ściągaczką w prawej ręce kreśląc w powietrzu półkręgi. Powoli nachyliła
się do okna.
- Babciu - szepnęła. - Babciu!
Ale babcia miała włączony mikser i nic nie słyszała. Simona przełknęła
ślinę. Ponownie zerknęła w stronę altanki, ale cienia, który przedtem
ruszał się w środku, już nie było i domek stał pusty.
Simona potrząsnęła głową. Może jej się tylko zdawało? Po co ktoś miałby
węszyć w babcinej altance?
Wzięła się do mycia brudnych okien. Od razu zrobiło się pięknie. Pytanie
tylko, ile czasu zajmie pucowanie pozostałych szyb. Simona westchnęła na
myśl o wszystkich pokojach w domu babci. Potrwa to całą wieczność.
Mikser ucichł. Simona przestawiła drabinę pod następne okno. Zwrócona
plecami do ogrodu, miała wrażenie, że ktoś na nią patrzy. Mimowolnie
obejrzała się, ale nikogo tam nie było... nikogo oprócz kamiennych
posągów.
Mimo to jednak Simona nie mogła pozbyć się odczucia, że coś tu jest nie
tak. Odruchowo zerknęła w stronę altanki: nic, była pusta. Przeniosła
wzrok z powrotem na posągi: szare, potężne, stały na zielonej trawie jak
zawsze.
Wcale nie jak zawsze!
Simonie serce podskoczyło do gardła, kiedy zrozumiała, o co chodzi. Ktoś
poprzestawiał posągi! Zamiast zwracać się do pozostałych plecami,
mężczyzna i dzieci patrzyli teraz w stronę morza, zupełnie jakby czekali
na kogoś, kto ma przypłynąć do brzegu.
Babcię widok przestawionych posągów zaskoczył i zirytował.
- Ktoś musiał to zrobić, kiedy grałyśmy w szachy - powiedziała Simona. -
Przecież patrzyłyśmy na nie chwilę wcześniej i wtedy stały jak zwykle
zwrócone do siebie plecami.
- Bardzo dziwne - mruknęła babcia. - Chociaż może ktoś po prostu chciał
nam zrobić dowcip.
Babcia rozprostowała plecy. Znów wyglądała na zmęczoną. Simona, bardzo
przejęta całą sytuacją, nie mogła się powstrzymać i powiedziała, że
widziała kogoś w altance.
Babcia potrząsnęła głową.
- Kto to mógł być?
- Może była to ta sama osoba, która poprzestawiała posągi? - podsunęła
Simona.
Ale babcia, o dziwo, nagle straciła zainteresowanie tą sprawą, zupełnie
jakby miała całkiem co innego na głowie.
- No, chodź już do domu - powiedziała. - Ciasto zaraz będzie gotowe.
Kiedy jadły ciasto, babcia włączyła radio. W wiadomościach zapowiedzieli
nawrót zimy.
- Jak pech, to pech - mruknęła babcia.
Przy cieplejszej pogodzie zazwyczaj czuła się lepiej. Starszych ludzi
podobno bolą ręce i nogi, kiedy robi się chłodniej.
- Może się mylą - pocieszyła ją Simona. - Przecież już za chwilę
Wielkanoc, a wtedy zwykle jest ciepło.
Następnego dnia zrobiło się jednak tak zimno, że trawa zbielała od
szronu, a drogi pokryły się lodem. Simona popatrzyła przez okno w kuchni
na posągi. One też były oszronione, ale przynajmniej od wczoraj się nie
poruszyły.
- Daj już spokój tym biedakom - powiedziała babcia, przeganiając wnuczkę
spod okna. - Mam coś dla ciebie - dodała z szelmowskim uśmiechem.
Simonę posągi momentalnie przestały interesować.
- A co takiego? - zapytała.
- Zobaczysz, kiedy wrócimy ze sklepu - oznajmiła babcia.
Stało się jednak inaczej...
Och, gdybym tylko była uważniejsza - Simona robiła sobie w duchu
wyrzuty. Wypadku tak łatwo dałoby się uniknąć! Wysiadając z samochodu
pod domem, babcia stanęła na zamarzniętej kałuży, pośliznęła się i z impetem gruchnęła o ziemię. Simona mogłaby przysiąc, że poczuła, jak
ziemia trzęsie się jej pod stopami, chociaż babcia jest przecież
drobniutka.
Simona wyjęła z samochodu koc i okryła nim babcię, po czym zadzwoniła po
karetkę. Usiadła na ziemi obok babci.
- Babciu, chyba nie umrzesz teraz, prawda? - niepokoiła się, ściskając
ją za rękę.
- Ty głuptasie, od wywinięcia orła na lodzie się nie umiera. Ale dobrze
by było, gdyby ta karetka niedługo przyjechała, bo trochę mi tu chłodno.
Simona rzuciła się, żeby szczelniej opatulić babcię kocem.
- Ale głupia historia - westchnęła babcia. - Rodzice przyjadą po ciebie
dopiero jutro wieczorem.
- Poradzę sobie - odparła Simona, prostując się. - Przecież nakupiłyśmy
całe mnóstwo jedzenia. Do powrotu rodziców mogę jeść płatki i gotować
makaron.
Babcia jednak nie była zachwycona tą perspektywą.
- A nie możesz zadzwonić do swojej koleżanki? - podsunęła. - Jak ona ma
na imię? Ta, która też mieszka w ?hus.
- Billie. Jasne, mogę do niej zadzwonić. Albo do Aladdina, on przecież
też tu mieszka.
Zerwał się wiatr i wydawało się, że szepcze w koronach wysokich sosen.
Niebo co chwila przecinały czarne ptaki, które śmigały we wszystkich
kierunkach, jakby udzielił im się niepokój Simony.
Oby tylko babcia wyzdrowiała, powtarzała w myślach. Oby tylko
wyzdrowiała.
W końcu zjawiła się karetka. Simona była zawiedziona, bo nie przyjechała
na sygnale, jakby wcale nie było pośpiechu. Wyskoczyło z niej dwoje
sanitariuszy. Ukucnęli przy babci.
- No i co my tu mamy?
- To chyba widać - burknęła Simona ze złością. - Babcia złamała nogę, a może nawet obie.
To ostatnie dorzuciła tylko po to, żeby uświadomić sanitariuszom powagę
sytuacji.
- Przez koc trudno to ocenić. Chłopak puścił do niej oko.
Delikatnie odchyliwszy koc, zaczął uciskać babci nogę. Babcia skrzywiła
się, a Simona zacisnęła pięści: jak nie przestaną babci męczyć, to
dostaną w paszczę. Ale bojowe nastawienie po chwili ją opuściło.
- Będzie dobrze - stwierdził sanitariusz, a jego koleżanka sanitariuszka
poszła po nosze, na których wspólnie ułożyli babcię.
- Jedziesz z nami do szpitala? - zapytał.
Simona patrzyła, jak wtaczają babcię do karetki.
- No pewnie, że jadę - odparła. - Muszę tylko zrobić jedną rzecz i zaraz
wracam.
Błyskawicznie wstała, wyjęła z samochodu torby z zakupami, po czym
popędziła do kuchni i wcisnęła je do lodówki. Rozpakuje po powrocie.
Pobiegła z powrotem do karetki.
- Czy porządnie zamknęłaś dom i samochód? - niepokoiła się babcia.
Simona skinęła głową. Miała zamiar dodać, że dla pewności kilka razy
mocno naciskała klamkę, ale akurat w tej chwili nie była w stanie
wykrztusić ani słowa, ponieważ posadzili ją na przednim siedzeniu, a tam
zwykle człowiek jest zaabsorbowany innymi sprawami.
Billie i Aladdin powinni mnie teraz widzieć!, pomyślała.
Karetka jechała tak, jakby na drogach wcale nie było ślisko. Za oknem
śmigały drzewa, domy i ronda, i wieża ciśnień, w której mieszka Aladdin.
Babcia wyraźnie cierpiała. Dostała wprawdzie środek przeciwbólowy, ale
spowodował, że była teraz osłabiona i nie całkiem przytomna.
- Dokąd jedziemy? - spytała.
- Do szpitala w Kristianstad - odparł sanitariusz zza kierownicy. - Za
chwilę będziemy na miejscu.
Simona mieszka z rodzicami i rodzeństwem w Kristianstad. Do ?hus jest
stamtąd tylko dwadzieścia kilometrów, ale to głupio, że we wsi nie ma
szpitala, bo gdyby Simona miała nocować u Billie, musiałaby teraz tam
wracać.
- Ale się wszystko pokomplikowało - westchnęła babcia, kiedy wwozili ją
do szpitala. - A ja myślałam, że będziemy się razem świetnie bawić.
Miałaś przecież dostać ode mnie magnetofon.
- Magnetofon? - zdziwiła się Simona.
- Prawda, ty pewnie nie masz bladego pojęcia, co to takiego. Magnetofon
jest to urządzenie do odtwarzania muzyki. Używało się go dawniej,
wkładało się do niego kasety i...
- No przecież wiem, co to jest - przerwała Simona, wywracając oczami. -
Tata ma całe mnóstwo starych kaset, których za nic nie chce wyrzucić.
Tylko skąd pomysł, żeby dawać mi magnetofon? Ja przecież nie mam kaset.
- To prawda. Ale dam ci też kasetę, żebyś mogła sobie nagrywać różne
rzeczy.
Simona zmarszczyła czoło. Babcia chyba nadal jest nie całkiem przytomna.
Po licho miałaby latać i nagrywać różne rzeczy?
- Bo widzisz, ten magnetofon jest niezwykły - wyjaśniła babcia szeptem.
- W jakim sensie niezwykły? - spytała Simona też szeptem.
Babcia nie odpowiedziała, ponieważ w tej samej chwili do noszy podeszły
dwie pielęgniarki, które pomogły jej przenieść się na zwykłe metalowe
łóżko z białą pościelą. Simona szła obok, kiedy wieźli babcię na
rentgen, żeby na zdjęciu zobaczyć, jak jej noga wygląda w środku. Pod
sufitem paliły się oślepiająco jasne lampy. Wszędzie roznosił się silny
zapach środków czystości. Simona zmarszczyła nos. Oby tylko babci długo
tu nie trzymali.
Po chwili znów zostały same. Simona przypomniała babci o magnetofonie.
- W jakim sensie jest niezwykły? - chciała wiedzieć.
Babcia uśmiechnęła się i gestem przywołała wnuczkę, jakby miała jej do
przekazania wielką tajemnicę.
- Ten magnetofon nagrywa niesłyszalne odgłosy - wyjaśniła szeptem.
Simona prędko zapomniała, że jeszcze przed chwilą się krzywiła: okazało
się, że w szpitalu jest naprawdę fajnie. Wszyscy byli dla niej mili i mogła pić tyle soku, ile tylko chciała. Babcia jednak miała dość
niewyraźną minę, zwłaszcza kiedy lekarz oznajmił, że musi zostać na noc.
- Miała pani szczęście w nieszczęściu - powiedział. - W nodze jest
pęknięcie, ale nie złamanie, więc powinno zrosnąć się w ciągu kilku
tygodni.
- Ale co z moją wnuczką? - Babcia wskazała Simonę. - Wolę pojechać do
domu, żeby się nią zająć.
- Babciu, mogę przecież przenocować u Billie - zaoponowała Simona. -
Mówiłam już wcześniej.
Babcia posłała jej zirytowane spojrzenie. O kurczę, chyba jednak lepiej
siedzieć cicho.
- Naprawdę nie powinna pani jechać do domu - powiedział lekarz z powagą
w głosie. - Jest pani osłabiona i w lekkim szoku i... Będziemy musieli
omówić jeszcze jedną kwestię. Moim zdaniem to dobre rozwiązanie, że pani
zostanie w szpitalu, pani Małgorzato, a dziewczynka zanocuje u koleżanki.
Simona zawsze uważała, że to dziwnie brzmi, kiedy ktoś nazywa babcię
Małgorzatą. Babcia to przecież babcia. Ona z kolei ma na imię Simona, a nie "dziewczynka".
Kiedy pielęgniarki zajmowały się nogą babci, Simona wyszła zadzwonić do
Billie.
- Czy mogłabym dzisiaj u was przenocować? Babcia wróci do domu dopiero
jutro.
- Jasne! Zaraz przyjedziemy po ciebie z mamą - odparła Billie.
Tak też się stało. Pół godziny później Simona jechała samochodem z powrotem do ?hus. Billie była wesoła - nie dlatego, że babcia Simony
wylądowała w szpitalu, ale dlatego, że przyjaciółka miała u niej
zanocować.
- Myślałam, że to będzie najnudniejszy weekend na świecie - powiedziała.
- A tu wcale nie!
Simona zmusiła się do uśmiechu, chociaż trudno jej było podzielać radość
przyjaciółki. Dlaczego lekarz miał taką poważną minę? I o czym jeszcze
chciał z babcią rozmawiać? Przecież sam powiedział, że miała szczęście w nieszczęściu.
Poza tym myślała o wspomnianym przez babcię magnetofonie. O magnetofonie, który nagrywa niesłyszalne odgłosy. To przecież nie może
być prawda! Babcia musiała zwyczajnie sobie z niej zażartować, dlatego
że według Simony kasety są dla frajerów.
W domu Billie wszystko było po staremu. Kiedyś myślały, że u niej
straszy, bo działy się tam najprzedziwniejsze rzeczy, a Billie była
naprawdę przerażona i chciała jak najszybciej się wyprowadzić. Teraz
jednak wyglądało to zgoła inaczej: Billie uwielbiała swój dom i kochała
?hus. Simona nic nie mogła poradzić na to, że jej się to nie podoba,
ponieważ przedtem Billie mieszkała w Kristianstad, tak jak ona.
Wprawdzie nadal chodziła do szkoły w mieście, ale to już nie to samo.
Dawniej mogły spędzać razem całe popołudnia i weekendy, a teraz nie było
to takie proste.
Tego dnia u Billie panował niezwykły hałas: mama trenowała na swojej
nowej bieżni stacjonarnej, a w kuchni chłopak mamy Josef szykował
kolację, pobrzękując patelniami i garnkami.
- Stek z ziemniakami! - oznajmił radośnie.
Na początku Josef był dla mamy Billie tylko kolegą. Potem to się
zmieniło i zamieszkał z nimi. Billie mówiła, że nie ma nic przeciwko
temu, byle tylko nie usiłował zostać jej nowym tatą. Tego za nic by nie
chciała. Jej tata umarł.
- Taty nie można ot tak sobie zwyczajnie zastąpić - tłumaczyła.
Simona chyba potrafiła to zrozumieć. Sama też za nic w świecie nie
chciałaby mieć nowego taty.
Josef nakrył do stołu, stawiając odświętny serwis i kładąc różowe
serwetki.
- W końcu mamy gościa. - Uśmiechnął się do Simony.
Po kolacji zadzwoniła babcia.
- Przyjadę po ciebie jutro, skrzacie - powiedziała.
Simona zachichotała. Ze względu na jej bujną, niesforną czuprynę babcia
zawsze nazywała ją skrzatem.
- Nie plotkujcie zbyt długo, dobrze? - poprosiła babcia.
- Oczywiście! - obiecała Simona.
Obietnicy tej jednak nie dotrzymała, bo szeptały z Billie do późna w nocy: o kolegach ze szkoły, o wypadku babci i o jeździe karetką.
- Siedziałam z przodu - pochwaliła się Simona po raz piąty. - Świetnie
stamtąd wszystko widać.
W końcu Billie zasnęła, ale Simona leżała na swoim materacu na podłodze
i gapiła się w ciemność. Zapomniały spuścić roletę, więc przez okno
widziała księżyc i gwiazdy. Na szybie zebrały się kryształki lodu.
Simona zamrugała kilka razy zmęczonymi oczami. Miała nadzieję, że
nazajutrz będzie cieplej, a babcia poczuje się lepiej.
Babcia przyjechała chwilę przed obiadem. Ponieważ sama nie mogła
prowadzić, szpital opłacił jej przejazd taksówką.
- Jaki luksus! - powiedziała Billie, kiedy samochód zatrzymał się pod
domem. - Móc jeździć sobie taksówką, ile dusza zapragnie.
- Myślę, że babcia wolałaby mimo wszystko po prostu nie złamać nogi -
odparła Simona.
Włożyła kurtkę i czapkę.
Na dworze nadal było paskudnie zimno. Na ziemi ani śladu śniegu, za to
wszędzie pełno lodu. Czy Simona zdoła podtrzymać babcię, żeby nie
upadła? Teraz przecież za nic w świecie nie wolno jej się przewrócić.
Simona pobiegła do taksówki. Że ona sama mogłaby upaść - to jej nawet do
głowy nie przyszło.
- Dobrze ci tu było? - Babcia pogładziła ją po włosach.
- Świetnie! A tobie, babciu, jak minęła noc?
Babcia otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je
zamknęła. Taksówka ruszyła z miejsca. Babcia milczała.
- Babciu? - zaniepokoiła się Simona. - Czy noc w szpitalu dobrze ci
minęła?
Babcia z uśmiechem skinęła głową, ale Simona zauważyła, że coś ją gnębi.
Może ją boli? Zerknęła na nogę babci: była zabandażowana od stopy po
kolano.
- Tak, wszystko poszło dobrze - odparła babcia. - Jestem tylko trochę
obolała. No, ale zaraz będziemy w domu i zjemy sobie coś dobrego.
Babcia poprosiła, żeby taksówkarz zahaczył o port.
- A po co? - zapytał on w odpowiedzi.
- Po rybę, naturalnie - wyjaśniła babcia. - I po lody.
Taksówka mknęła przez ?hus. Minęli krótką uliczkę, przy której mieszczą
się wszystkie sklepy, potem rynek i kościół. Babcia czekała w samochodzie, kiedy Simona pobiegła zrobić zakupy.
- Weź, na co masz ochotę - poleciła babcia.
Simona kupiła dwie ryby, bo miały kolorowe łuski. Do tego pojemnik lodów
czekoladowych z budki obok.
- Dobrze wybrałam? - spytała, pokazując babci zakupy.
- Doskonale - odparła babcia, ale Simona odniosła wrażenie, że jest jej
to kompletnie obojętne: obojętne, jaka ryba, obojętne, jakie lody. Jak
gdyby myślami całkiem nieobecna, babcia miała teraz taką samą minę jak
kilka dni wcześniej, kiedy Simona próbowała porozmawiać z nią o poprzestawianych posągach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki