Kamienna Ćma - Paweł Matuszek

Reflow text when sidebars are open.
Stojąc na szczycie niewielkiego wzgórza, Beddeos obserwował wieżę przez mosiężną lunetę. Przysadzista, stożkowata, ociężale połyskiwała w okularze metaliczną szarością. Jedynym ruchomym elementem były leniwie obracające się łopaty elektrowni wiatrowej, osadzonej na solidnej kratownicy wyrastającej z boku budowli. Obok stał otwarty szlaban, a za nim zaczynała się pustynia. Beddeos odłożył lunetę. Teraz jego strażnica miała wielkość kciuka i było widać, że znajduje się dokładnie na granicy między rzadkim, jałowym lasem a kamienistą pustynią. Ten widok zawsze sprawiał, że chłód ciążył mu w żołądku. Niskie, karłowate drzewa i nieregularne obszary porośnięte ostrą trawą i kolczastymi krzewami kończyły się jak ucięte nożem, ustępując miejsca kamieniom, diunom lepkiego piasku i żwirowym osypiskom. Wyglądało to jak linia wytyczona na mapie. Tu las, tam pustynia, a pośrodku wieża strażnicza, cesarski ostaniec ze szlabanem, do którego prowadził brukowany trakt. Wokół ani śladu muru. Czego tu pilnować? Wieży wielkości kciuka?
Tyfon twierdzi, że wiele tysiącleci temu stały tu solidne mury, ale pochłonęła je żarłoczna pustynia. Trudno w to uwierzyć, choć niektóre głazy mają zaskakująco regularne kształty, jakby wykuto je w konkretnym celu. Z pustynią jednak nigdy nie wiadomo.
Ile lat spędził w tym miejscu? Nie wiedział. Jak się tu znalazł? Nie potrafił sobie przypomnieć. Kiedyś po prostu obudził się w wieży. Tyfon oprowadził go po strażnicy, zapoznał z obowiązkami. Traktował go z szacunkiem, ale Beddeos od samego początku miał pewność, że to kara, zesłanie, dożywotnia banicja. I ta pewność nigdy go nie opuściła.
Wiele razy bezskutecznie starał się dotrzeć do wspomnień sprzed zesłania. Co robił, zanim tu trafił? Gdzie mieszkał? Za co został ukarany? Nie umiał odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Siłując się z własną pamięcią, prędzej czy później uwalniał coś na kształt wspomnienia, zawsze przybierającego tę samą postać - rześkiego zapachu szybko płynącej rzeki, który unosi się w niesamowitym mieście wykutym w ścianach ogromnego kanionu. Beddeos nie traktował tego przebłysku pamięci zbyt poważnie, bo wydawał się jeszcze dziwniejszy niż ta wieża na odludziu.
Zszedł ze wzgórza i wrócił do strażnicy. Tyfon krzątał się w kuchni. Jego mechanizm terkotał na najwyższych obrotach. Metalowe ramiona wirowały nad patelnią. Białe kiełbaski z puszki kręciły się wśród marynowanych warzyw. Skwierczał tłuszcz. Jedyny towarzysz Beddeosa był topornym, cylindrycznym urządzeniem osadzonym na dwóch solidnych gąsienicach. Z górnej części korpusu odchodziły dwa długie, wieloprzegubowe i bardzo zręczne ramiona, a nad nimi obracała się masywna półkula głowy, łypiąca błyszczącym, soczewkowym okiem, osadzonym w czymś, co przypominało krótką lunetę. Tyfon dorównywał mu wzrostem, był bardzo inteligentny i wypowiadał się za pośrednictwem wąskiego wyświetlacza umieszczonego na korpusie, dokładnie między jego ramionami. Potrafił gotować i reperować maszyny. Dobrze znał okoliczne tereny i obowiązki strażnika. Jego pomoc była nieoceniona. Dlatego Beddeos bardzo o niego dbał i częściej niż należało konserwował elektrownię wiatrową, wraz z podłączonymi do niej blokami akumulatorów oraz systemem ładowania baterii Tyfona.
Beddeos traktował go jak przyjaciela.
Tyfon przerzucił kiełbaski z warzywami na cynowy talerz, który postawił na stole.
- Skąd wiedziałeś, że wracam? - zapytał Beddeos, siadając do jedzenia.
Zaklekotał wyświetlacz.
ZAWSZE SPĘDZASZ TAM
TYLE SAMO CZASU
POZA TYM WIDAĆ CIĘ Z GÓRY
Beddeos przeżuł i połknął spory kęs jednej z kiełbasek, które same w sobie nie były zbyt smaczne, ale Tyfon potrafił sprawić, że w połączeniu z równie nijakimi marynowanymi warzywami tworzyły znakomite, soczyste danie.
- Byłeś na górze?
OBSERWOWAŁEM OKOLICĘ
- Oczywiście...
Beddeos zawahał się i zobaczył jak mimowolnie zadrżała mu ręka, w której trzymał widelec. Przełknął ślinę i słony posmak sosu.
- Widziałeś go?
DZISIAJ NIE
Nie poczuł ulgi. Olbrzym na pewno przyczaił się w okolicy. Beddeos skończył jeść i oddał talerz Tyfonowi. Patrzył, jak maszyna myje naczynia.
- Od zachodu niebo zaciąga się chmurami. Może będzie padać.
MÓJ BAROMETR MÓWI CO INNEGO
- A co ci mówią soczewki?
TO NIE SĄ CHMURY
TYLKO KŁĘBY KURZU
BĘDZIEMY MIELI GOŚCI
Beddeos podszedł do brudnego iluminatora. Przetarł dłonią pancerne szkło. Nad lasem unosiły się zwały ciemnego pyłu. Już nie wyglądały jak chmury.
- Co ich tu wszystkich sprowadza?
STUDNIA
POCZTA
PUNKT WYMIANY
Beddeos nigdy nie miał pewności czy Tyfon żartuje, czy nie.
Beddeos pobiegł do obserwatorium - kolistego pomieszczenia, mieszczącego się na najwyższej kondygnacji wieży. Spojrzał w stronę traktu, który szerokim łukiem wcinał się w rzadki, karłowaty las. Uniósł lunetę. Gęstniejące kłęby kurzu przysłaniały widok, ale od czasu do czasu połyskiwał w nich gigantyczny, łuskowaty pancerz.
W wieży nie było schodów. Piętra połączono łagodnymi pochylniami, żeby Tyfon mógł bez trudu dotrzeć w każde miejsce strażnicy. Beddeos słyszał, jak maszyna powoli pnie się do góry, chrzęszcząc stalowymi gąsienicami. W końcu stanęła obok niego. Zawirował wyświetlacz.
TAK MYŚLAŁEM
TO TAGRUS
LEPIEJ PÓJDĘ I UDROŻNIĘ ZAWÓR
Beddeos kiwnął głową.
- I sprawdź, czy nikt nie stoi pod drzwiami. Czasami wysyłają kogoś przodem, żeby przyśpieszyć procedurę. Ciekawe czy ich znamy?
DOBRZE
- Nie, czekaj. Sam sprawdzę. Zajmij się zaworem. Lepiej ci to wychodzi.
Tyfon zawrócił w miejscu i pojechał w dół. Przez chwilę Beddeos szedł za nim, ale zostawił go na wysokości kwatery. Dwa półkoliste pomieszczenia, połączone skrzypiącymi drzwiami, przypominały klasztorne cele. W jednym mieściły się spora szafa na ubrania, rozchybotane krzesło oraz wąskie łóżko z drewnianą ramą, na której wisiała moskitiera. A w drugim sekretarzyk, twardy, ale wygodny fotel obity wypłowiałym suknem i pusta półka na książki. Beddeos odłożył lunetę i sięgnął po kuszę. Z trudem napiął cięciwę - mechanizm był zardzewiały i stawiał opór - a potem nałożył bełt. Nie potrafił się nią posługiwać i nigdy nie musiał, ale czuł się pewniej, gdy trzymał ją w rękach. Upewnił się, że bezpiecznik jest we właściwej pozycji, i zszedł na parter. Już miał spojrzeć przez wizjer umieszczony w pancernych drzwiach, kiedy coś w nie stuknęło. Drgnął. Z zewnątrz dobiegł przytłumiony głos.
- Beddeos?! Hej! Jesteś tam?!
Strażnik uśmiechnął się i odblokował drzwi. Masywny prostokąt grubej stali odchylił się na bok. Na zewnątrz, wśród kamieni kucał Tahu, jeden z trutli. Był mały, pokryty krótką szarą sierścią i zarówno na dwóch, jak i na czterech kończynach poruszał się z taką samą zręcznością.
- Nie mierz do mnie, bo będzie nieszczęście - zasugerował Tahu.
- Miałbym wreszcie świeże mięso - parsknął rozbawiony Beddeos i opuścił kuszę. Nie ukrywał, że cieszy się na jego widok. Tahu był jednym ze zwiadowców, którzy patrolowali teren na trasie przejścia tagrusa. Dwa, może trzy lata temu niedaleko wieży Beddeosa dopadł go wielki drapieżny owad, którego Mali Ludzie króla Orfy nazywają tyczkonogim gavusem. Na szczęście, w strażnicy zatrzymali się wtedy czterej tulpa. Co to był za widok!
Cisza. Słońce w zenicie. Nagle zza wieży wypada trutel. Mknie jak czworonożny pocisk porośnięty sierścią. Zaraz za nim spada gavus. Porusza się ogromnymi skokami i wygląda to tak, jakby spadł wprost z bezchmurnego nieba. Płaski chitynowy pancerz na ośmiu długich, wielosegmentowych odnóżach. Jest niesamowicie szybki i dwukrotnie wyższy od Beddeosa. Trutel zdołał odskoczyć i ruszył w stronę wejścia do wieży, a gavus wygiął nogi, niemal przylgnął tułowiem do gruntu i pomknął za nim. Wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Beddeos zauważa tylko, że przód pancerza owadziego drapieżnika otwiera się i wysuwają się z niego koszmarne szczękoczułki. Trutel przebiega obok Beddeosa, a gavus skacze, ale coś niewidzialnego dopada go w locie i z ogromną siłą wbija w piasek. Wije się jak rozgniatany karaluch, lecz nie może uciec, bo nie ma już nóg. Tulpa wolno przelatuje nad głową Beddeosa i zbliża się do gavusa, który syczy i wściekle gryzie piasek. Nawet go nie dotyka. Zawraca i dołącza do towarzyszy, a drapieżny owad bulgocze i rozpada się na kawałki. Jakby sam z siebie, bez niczyjego udziału. Beddeos sztywno ogląda się na tulpa.
Każdy z nich wygląda jak wielki kościany dzwon, na górze najeżony lasem długich kolców, poprzetykanych koralowymi zgrubieniami, a od dołu uzbrojony w dwanaście przegubowych, pancernych macek. Z boku mają jeszcze małe rogowe tarcze o niewiadomym przeznaczeniu. Tylko w ostateczności posługują się uniwersalną mową. Wtedy również żaden z nich nie wypowiedział ani jednego słowa. W ciszy lewitowali nad ziemią. Beddeos poczuł się nieswojo i poszedł szukać trutla, który uciekał przed gavusem. Znalazł go w wieży. Nazywał się Tahu, był ranny i Beddeos musiał go opatrzyć. Pomógł mu Tyfon. Kilka dni później do strażnicy przybył tagrus, kroczące miasto trutli, i Tahu odszedł wraz z nim. Wtedy byli już przyjaciółmi.
- Dobrze cię widzieć - mruknął Beddeos, przewiesił kuszę przez ramię i przyklęknął obok Tahu. Nawet w tej pozycji był wyższy.
- Zanim tu dotrą, minie trochę czasu. Masz to jeszcze?
Patrzyli, jak zbliża się celulozowa góra ruchomego miasta. Majestatyczny kolos poruszał się na wielu grubych, sękatych nogach, które powstały z przetworzonych pni drzew. Trutle były specjalistami w kształtowaniu roślin, i to miasto było najlepszą wizytówką ich umiejętności. Ziemia drżała w rytmie jego kroków.
- Tak. Do tej pory nikt się po to nie zgłosił - potwierdził Beddeos.
- Mogę zerknąć?
- Chodź. Ale musimy się pośpieszyć.
Tahu wskoczył do wieży. Beddeos puścił go przodem. Spotkali się w magazynie depozytów, który właściwie powinien być zamknięty na klucz, ale Beddeos nie czuł się zobligowany do przestrzegania regulaminu. Często się o to spierał z Tyfonem, lecz najczęściej kończyło się na tym, że wbrew wszelkim argumentom stawiał na swoim i magazyn pozostawał otwarty, a Tyfon nic nie mógł zrobić, bo Beddeos złośliwie chował przed nim klucz. Ta zabawa nigdy im się nie nudziła.
W niewielkim pomieszczeniu stało na półkach kilka paczek, starannie zawiniętych w wypłowiały papier, oraz drewniana skrzynka, w której leżały listy pozostawione przez karawany. Środek podłogi zajmowała zaplombowana beczka. Tak ciężka, że nawet razem z Tyfonem nie mogli przesunąć jej pod ścianę. Podobno zostawił ją tu kiedyś potężny, salamandroskóry zamin, który ledwo mieścił się w drzwiach wieży - w każdym razie tak twierdził Tyfon, a Beddeos musiał mu wierzyć na słowo, bo stało się to przed jego przybyciem. W magazynie było coś jeszcze. Coś, co umieścili tu czterej tulpa, którzy byli w strażnicy, gdy gavus zaatakował Tahu.
Czasem wyglądało to jak szklany kwiat. Innym razem jak żelatynowa litera, wypełniona żywą, pełgającą luminescencją. Tahu mógł godzinami przyglądać się tej zagadkowej rzeczy lewitującej pod sufitem.
- Niesamowite, jest trochę inne niż pamiętam. Czy to się zmienia?
Beddeos usiadł na beczce i spojrzał w górę.
- Nie mam pojęcia. Rzadko tu zaglądam. Odkąd mieszkam w wieży, nikt nie odbiera paczek i listów. Poza tym nie lubię na to patrzeć. Spowalnia czas, przywołuje wizje. Nie sposób nad tym zapanować. Chciałbym, żeby ktoś to wreszcie zabrał. Może jakiś tulpa...
Tahu zmrużył oczy i zerknął krzywo na Beddeosa.
- Często ich widujesz?
- Czasami. Z daleka.
- Jak przelatują po niebie w przezroczystych bąblach?
- Tak.
- Ale od dnia, w którym mnie uratowali, żaden tu nie wylądował?
- Zgadza się.
- Nie dziwi cię to?
- Nie.
- Naprawdę?
- Do czego zmierzasz?
- Może to coś specjalnie dla ciebie, wiesz, albo...
Zachrzęściły gąsienice i w drzwiach magazynu depozytów pojawił się Tyfon. Tahu i Beddeos jednocześnie spojrzeli w jego stronę. Wyświetlacz szybko zmieniał słowa.
WITAJ TAHU
POŚPIESZCIE SIĘ
JUŻ SĄ
Beddeos i Tahu wyszli na zewnątrz. Kurz jeszcze wisiał w powietrzu, ale z każdą chwilą było go coraz mniej. Nad wieżą górował przytłaczający, szyszkowaty masyw tagrusa. Trudno było oszacować jego wielkość. Mógł mieć ze sto pięćdziesiąt metrów długości i blisko siedemdziesiąt wysokości. Kiedy kroczące miasto stoi w miejscu, las jego kilkunastometrowych nóg przypomina mroczny zagajnik starych, grubych drzew, które rosną tak blisko siebie, że ich gęste listowie całkowicie odcina dopływ światła i nawet w jasne, ciepłe dni rzuca głęboki cień. Jednakże w przypadku tagrusa to nie liście zatrzymują światło, lecz ogromna bryła miasta, wspierająca się na czymś, co już tylko z wyglądu przypomina drzewa.
Zaroiło się od trutli. Z niesłychaną zręcznością wspinały się po pionowych ścianach łuskowatego pancerza. Otworzyły pokrywę w boku kolosa i rozwinęły gruby, elastyczny przewód. Sprawnie zablokowały go w zaworze umieszczonym w połowie wysokości wieży.
Beddeos patrzył w górę i nasłuchiwał szumu wody przepompowywanej z podziemnego zbiornika wieży do komór irygacyjnych ukrytych we wnętrzu miasta.
- Nie idziesz pomóc Tyfonowi? - zapytał Tahu.
- Poradzi sobie. Zna się na tym lepiej niż ja. Ale chyba pora na ciebie - odparł Beddeos, widząc, że po drabinkach sznurowych zsunęły się trzy trutle i zmierzają w ich stronę.
- Racja - powiedział Tahu. - Chociaż słudzy Najstarszego nie idą do mnie.
Beddeos spojrzał na niego pytająco, ale nie zdążył nic powiedzieć.
- Witaj, cesarski strażniku - sztywno przemówił środkowy trutel.
Jego towarzysze trzymali się nieco z tyłu. Wszyscy trzej byli przepasani szarfami wyplecionymi z łyka, na których powtarzał się czerwony rysunek czteropalczastej dłoni z przeciwstawnym kciukiem. Mimo że trutle nie noszą ubrań, Beddeos nie potrafił odróżnić samców od samic, bo wszystkie były do siebie podobne, jak krople wody. Wielokrotnie zastanawiał się, jak to się dzieje, że bez trudu rozpoznaje wśród nich Tahu, który również niczym się nie wyróżniał. Zaprzyjaźniony trutel próbował mu kiedyś wytłumaczyć, że tak naprawdę Beddeos poznaje go po zażyłości, która ich łączy, a nie po znajomych kształtach ciała, ale trudno to było uznać za satysfakcjonujące wyjaśnienie.
- Witajcie - odparł zmieszany Beddeos.
- Zmieniła się opłata?
- Nie, ale nigdy nie załatwialiśmy tego w tak oficjalny sposób.
Środkowy skinął na trutla, który stał po jego prawej stronie. Sakiewka zmieniła właściciela i Beddeos poczuł w dłoni ciężar pięćdziesięciu turali. Zajrzał do środka. Wydawało się, że garść misternie rzeźbionych monet z czarnego obsydianu wręcz pochłania światło. Zamknął sakiewkę.
- Najstarszy wzywa - dodał szybko środkowy trutel, jakby się bał, że Beddeos ucieknie do wieży, zanim on zdąży mu przekazać wiadomość.
- Kogo?
- Przyjdziemy po ciebie wieczorem.
Posłańcy ukłonili się i odeszli. Beddeos odprowadził ich wzrokiem. Wszedł do wieży, gdy zaczęli się wspinać na grzbiet tagrusa. Zaryglował drzwi i odszukał Tyfona. Wciąż stał przy tablicy kontrolnej. Obserwował wskazania cyferblatów, które informowały, jakie jest ciśnienie w rurach i ile wody zostało w zbiorniku. Beddeos opowiedział mu o wezwaniu. Tyfon obrócił się w jego stronę, żeby mógł zobaczyć wyświetlacz.
TO COŚ NOWEGO
NIE PAMIĘTAM ŻEBY KIEDYKOLWIEK
ZDARZYŁO SIĘ COŚ PODOBNEGO
PÓJDZIESZ?
- Nie wiem, raczej tak. Właściwie to chyba nie mam wyboru i, prawdę mówiąc, jestem trochę ciekaw.
MIASTA?
- Też, ale głównie powodu.
TAK
RZECZYWIŚCIE DZIWNE
MYŚLISZ ŻE MA TO JAKIŚ ZWIĄZEK?
- Z czym?
Z OLBRZYMEM
- Nie. Nie wiem. Może...
IDŹ
NIE MA SIĘ CZEGO BAĆ
JA BYM POSZEDŁ
Beddeos uśmiechnął się ciepło. Już się zdecydował.
MIMO WSZYSTKO
TO CIEKAWY ZBIEG OKOLICZNOŚCI
JAKBY COŚ MUSIAŁO ŁĄCZYĆ
TE SPRAWY
- To już paranoja, Tyfonie. Szukasz związku tam, gdzie go nie ma.
ŁATWO ROZBIĆ
TWOJĄ PEWNOŚĆ SIEBIE
- Niby jak?
NAJWYRAŹNIEJ WŁASNA WIZJA ŚWIATA
JEST DLA CIEBIE TAK OCZYWISTA
ŻE NIE DOSTRZEGASZ JEJ OGRANICZEŃ
I ELEMENTÓW
KTÓRE SAM PRZED SOBĄ UKRYWASZ
NIE ZAPOMINAJ
ŻE JESTEM DOBRYM OBSERWATOREM
- Jak dotąd, dobrze krążysz wokół tematu.
W TAKIM RAZIE
POWIEDZ MI DLACZEGO
MIMO ŻE BOISZ SIĘ CZARNEGO OLBRZYMA
COZIENNIE WYCHODZISZ Z WIEŻY BEZ BRONI
I WSPINASZ SIĘ NA POBLISKIE WZGÓRZE?
- Robiłem to już wcześniej, zanim się pojawił. Gdybym przestał, w ogóle nie miałbym odwagi stąd wyjść.
OSZUKUJESZ SAM SIEBIE
NIGDY NIE NOSIŁEŚ BRONI
NAWET PO TYM
JAK GAVUS NIEMAL POŻARŁ TAHU
A PRZECIEŻ DOBRZE ZNASZ TE STRONY
CHCESZ SKONCZYĆ JAKO
JĘCZĄCA MARIONETKA
W SZPONACH LEVALI?
ALBO ŻYWA WYLĘGARNIA
JADOWITYCH LARW SPOKRUSA?
TWOJA SPRAWA
ALE MAM WRAŻENIE
ŻE NIE DOKONUJESZ TEGO WYBORU
ŚWIADOMIE
Beddeos zadrżał. Fala wilgotnego ciepła zrosiła mu twarz.
- Dlaczego... - wychrypiał, odkrztusił flegmę i spróbował jeszcze raz. - Dlaczego mi na to pozwalasz?
BO NIE MAM NAD TOBĄ WŁADZY
NIKT NIE MA
SAM MUSISZ DECYDOWAĆ
JA MOGĘ TYLKO WSKAZAĆ I DORADZIĆ
JEŚLI TEGO CHCESZ
Beddeos nie wiedział, co powiedzieć. Miał zamęt w głowie. Czuł, że jest na krawędzi paniki.
- Tak, Tyfonie, przepraszam, ale...
Pobiegł do swojej kwatery i padł na łóżko. Dyszał jak po długim, wyczerpującym biegu i zmagał się z naporem ambiwalentnych uczuć. Po kilkunastu minutach jego oddech się uspokoił i Beddeos obrócił się na plecy. Leżał z otwartymi oczami. Jego spojrzenie przenikało przez plamy na suficie. W oku cyklonu, w samym wnętrzu uspokojonej przestrzeni, coś się rysowało. Jeszcze niewyraźnie, ale było stabilne i dające mocne oparcie. Natarczywe pukanie przywołało go do rzeczywistości. Podniósł się z łóżka i otworzył drzwi. Za progiem stał Tyfon. Beddeos spojrzał na jego wyświetlacz i zrozumiał, że przeleżał całe popołudnie. Napis się nie zmieniał i kłuł w oczy jak wyrzut sumienia.
CZEKAJĄ NA CIEBIE
- Tak, już idę - rzucił zrezygnowany. Chciał minąć Tyfona, ale maszyna delikatnie chwyciła go za rękę i zatrzymała w miejscu. Beddeos spojrzał pytająco.
ZAPOMNIAŁEŚ
Dopiero teraz zauważył, że Tyfon podaje mu spiżowy glejt dla tagrusa, zezwalający na przekroczenie granicy i wejście na teren cesarstwa. Ścisnął w dłoni równowartość pięćdziesięciu turali, podziękował i pobiegł na dół.
Przed wejściem do wieży czekały na niego trzy trutle. Beddeos nie wiedział, czy są to te same, które mu zapłaciły. Co prawda, miały na sobie identyczne szarfy, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Stały w identycznym szyku. Podobnie jak wcześniej, przemówił tylko środkowy.
- Chodź! Najstarszy czeka.
Beddeos skinął głową. Nie wiedział, co powiedzieć. Na szczęście, nikt nie czekał na jego słowa. Trutle ruszyły przodem, nie oglądając się za siebie. Zatrzymali się przy drabinkach sznurowych. Beddeos zdawał sobie sprawę, że to będzie ciężka wspinaczka. Nie chciał pokazać, że trochę się boi, i szybko przymierzył się do jednej z drabinek.
- Zaczekaj - powstrzymał go środkowy. - Zaraz spuszczą kosz.
Spojrzeli w górę, skąd rzeczywiście zsunął się duży wiklinowy kosz, podrygujący na końcu grubo skręconej liny. Beddeos wszedł do niego z ulgą. Środkowy trutel gwizdnął przenikliwie i skrzypiąca lina uniosła strażnika w górę. Trutle błyskawicznie wspięły się po drabinkach i zniknęły na górze. Beddeos został sam. Spojrzał w stronę wieży i zobaczył, że Tyfon domyka pancerne drzwi. Chciał mu pomachać, lecz zamarł z ręką w górze. Zza niewielkiego osypiska po pustynnej stronie granicy wyłonił się czarny kształt. Nawet z tej odległości było widać, że jest niewiele mniejszy od wieży. Humanoidalny, barczysty, z dziwnie nieregularną głową, na której wyróżniały się dwa wielkie, jasne punkty. Strażnik nie miał wątpliwości, że czarny olbrzym patrzy właśnie na niego. Nagle kosz przestał się wznosić i z gwałtownym szarpnięciem został wciągnięty na wąską platformę. Beddeos stracił równowagę i poczuł, że wypada z kosza, ale trutle błyskawicznie opanowały sytuację i pomogły mu wysiąść. Stanął na platformie, odruchowo chwycił się masywnego kołowrotu i odwrócił się w stronę pustyni.
Ani śladu czarnego olbrzyma.
Platforma szybko opustoszała. Jeszcze przed chwilą było na niej kilkanaście trutli, ale większość zdążyła już wskoczyć do ciemnego otworu, który zionął dusznym, wilgotnym tchnieniem. Zostali tylko Beddeos, dwóch strażników uzbrojonych w miecze, które wyglądały jak ogromne kolce - albo raczej były to kolce, które kształtem przypominały miecze - oraz trutel przepasany znajomą szarfą.
- Trzymaj się blisko mnie - powiedział i zniknął w mroku owalnego wejścia.
Beddeos wytarł w spodnie wilgotne dłonie, zgiął się wpół i podążył za nim. Już po kilku krokach uderzył się w głowę i musiał opaść na kolana. Otulony ciemnością i dusznymi oparami gorącej wilgoci brnął w głąb ciasnego korytarza, przekonany, że właśnie tak czuje się ktoś, z kogo zadrwiło szczęście, bo gigantyczny potwór połknął go w jednym kawałku.
Beddeos szybko oswoił się z ciemnością i odkrył, że ciasne tunele wypełnia delikatna luminescencja. Dzięki niej zobaczył swojego przewodnika i przestał się bać, że zabłądzi w trzewiach tagrusa. Po pokonaniu kilku wąskich zakrętów dotarli do większego tunelu, którym w jedną i drugą stronę nieustannie przemykały trutle. Beddeos wreszcie mógł się wyprostować. Potem przeszli przez labirynt twardych, mechatych grzybów i dotarli do wysokiego pomieszczenia, wypełnionego gęstymi porostami i monotonną muzyką ściekającej wody. Tu zaczynała się stroma pochylnia, która spiralnie pięła się po ścianach i prowadziła do długiej, mocno oświetlonej komory. W środku stał niski stół, przy którym klęczało kilkanaście trutli. Nad nimi unosiły się kule migotliwego światła. Beddeos usiadł na podłodze w miejscu, które wskazał przewodnik. Wszyscy patrzyli na niego w milczeniu. Stół nie był zastawiony. Ów fakt nieprzyjemnie podkreślała krępująca cisza. Beddeos zdał sobie sprawę, że zbyt lekkomyślnie przyjął to wezwanie.
Wtem jeden z trutli oparł się o stół. Różnił się od innych. Był przygarbiony, ale w jego oczach czaił się spryt.
- Dotychczas oglądałem cię z daleka - powiedział. - To zawsze był dziwny widok, ale z bliska jesteś jeszcze dziwniejszy. Duży, niezgrabny i niepodobny do czegokolwiek. Wiesz, ilu ludzi spotkaliśmy, od kiedy klan Rogo wędruje swoim tagrusem?
- Domyślam się - odparł cicho Beddeos.
- Żadnego. Oprócz ciebie, oczywiście. Nawet w granicach cesarstwa człowiek jest stworzeniem równie rzadkim jak skrzydlata knarva. To trochę dziwne, nie uważasz?
- Wszyscy mi to mówią. Nic nie poradzę.
- My, trutle, nie lubimy anomalii, odczuwamy dyskomfort, kiedy musimy się zadawać z czymś, co jest jedyne w swoim rodzaju. Czujemy się niepewnie i zdecydowanie bardziej wolimy obcować ze stadem, grupą, rzeczami i istotami, które wzajemnie nadają sobie znaczenie. Oczywiście istnieją też inne strażnice, ale w większości są zrujnowane, a w pozostałych zamieszkały drapieżniki, lub sami strażnicy przepoczwarzyli się w coś, od czego lepiej trzymać się z daleka. Wychodzi na to, że nie dość, że jesteś jedyny w swoim rodzaju, to jeszcze prowadzisz być może ostatnią działającą strażnicę. Niestety, bez glejtu nie można się poruszać po interiorze cesarstwa, bo kryształowe anteny są nieubłagane, więc chyba jesteśmy na siebie skazani, ale im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
- Skoro tak, to czemu mnie wezwałeś?
- Wiąże mnie obietnica, którą dałem Orfie, królowi Małych Ludzi. Z pewnością słyszałeś, że ci koczownicy raz w roku organizują Radę w ruinach Sowiego Pałacu.
- Podobno...
- Zawsze staram się brać w niej udział. Mali Ludzie przemierzają Usimę wzdłuż i wszerz, więc można się od nich dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy. Ale w tym roku Orfa mówił też o tobie. Jedno z jego plemion zapuściło się daleko na południe, w zimne góry Quram, ponad którymi igra oślepiająca iskra kryształowej twierdzy Inabulusa Knalba. Znaleźli tam wrak latającego pojazdu, z którego wydobyli coś, co podarowali Orfie, a on podczas Rady zdecydował, że trzeba to dostarczyć tobie.
- Dlaczego?
- Nie wiem i nie interesuje mnie to, ale cieszę się, że wreszcie mogę się tego pozbyć. I ciebie również. Żegnam.
Przewodnik pomógł Beddeosowi wstać, a potem bez słowa wyprowadził go z komory. Dopiero na dole, kiedy strażnik wygramolił się z kosza, a z drugiego trutle wyładowały cylindryczną skrzynię, wstyd, upokorzenie i wściekłość zaczęły powoli ustępować miejsca ciekawości. Zapadła noc i rozgwieżdżone niebo przeglądało się w gładkim, wypukłym wieku skrzyni. Beddeos chwycił za okrągły uchwyt i pociągnął ją po piaszczystej ziemi. Była zaskakująco ciężka.
Tyfon już na niego czekał. Otworzył drzwi, pomógł wnieść skrzynię i skrupulatnie zasunął rygle. Kiedy się odwrócił, na wyświetlaczu czekało pytanie.
CO TO JEST?
- Nie mam pojęcia. Nie zaglądałem do środka.
TO OD NICH?
- Tak jakby.
JAKBY CO?
- Właściwie to podarunek od króla Orfy. Trutle pełniły tylko rolę posłańca.
ROBI SIĘ DZIWNIE
WYJAŚNIŁY COŚ?
Beddeos wzruszył ramionami.
- Tak. Że nie jestem mile widziany.
CZYLI BYŁO CIEKAWIE?
- To niewłaściwe słowo. Żałuję, że tam poszedłem.
NIE POWINIENEM BYŁ CIĘ NAMAWIAĆ
- Przecież sam zdecydowałem... a niech to!
CO SIĘ STAŁO?
Beddeos przypomniał sobie o spiżowej tabliczce i wyjął ją z kieszeni.
DLACZEGO NIE PRZEKAZAŁEŚ GLEJTU?
- Wszystko działo się tak szybko. Nie miałem czasu, żeby zebrać myśli. Muszę tam wrócić...
MOŻE JA PÓJDĘ?
- Nie, lepiej...
Nagle coś rąbnęło w pancerne drzwi i obaj zamarli. Tyfon ruszył się pierwszy. Wyjrzał przez wizjer.
- Tak, tak, to ja - usłyszeli głos Tahu.
Wpuścili go do środka. Trutel zerknął krzywo na Beddeosa i zapytał:
- Aż tak źle?
- A jak myślisz?
- Mam to częściej niż ty.
- Dopiekł mi ten stary pokurcz, ale właściwie to nic takiego. Duma szybko się goi.
- Cieszę się, że tak myślisz. Rozumiesz już, dlaczego zostałem zwiadowcą?
- Na twoim miejscu zrobiłbym to samo. Za nic tam nie wrócę. Chociaż nie, chyba muszę...
- Dlaczego?
ZAPOMNIAŁ O GLEJCIE
- A ja właśnie w tej sprawie.
Beddeos podał mu spiżową tabliczkę.
- Dziękuję.
- Drobiazg, przecież nie przyszedłem tu z własnej woli. Po zmroku wolno opuszczać miasto tylko na osobiste polecenie Najstarszego. Czy to jest skrzynia od króla Orfy?
- Tak.
- Zaglądaliście do środka?
JESZCZE NIE
- Może lepiej tego nie robić?
- Daj spokój, nie jesteś ciekaw? Co to za znak na wieku?
MOSIĘŻNY PENTAKL INABULUSA KNALBA
TO JEGO WŁASNOŚĆ
Beddeos przyklęknął i przesunął dłonią po gładkiej, wypolerowanej powierzchni skrzyni.
- Jest piękna - stwierdził.
- Otworzysz ją wreszcie?
- Nie wiem jak. Nie ma żadnych zamków ani zatrzasków. Widzicie coś z drugiej strony?
NACIŚNIJ PENTAKL
TEN PIĘCIOKĄT W ŚRODKU
- Skąd wiesz?
PO PROSTU SPRÓBUJ
Beddeos przyłożył dłoń do symbolu. Był ciepły. W pierwszym odruchu chciał cofnąć rękę, ale się powstrzymał i nacisnął pięciokątny kształt. Coś szczęknęło. Wieko skrzyni powoli się uniosło.
- Co to jest? - zapytał niepewnie Tahu.
NIE MAM POJĘCIA
- Ja też - przyznał Beddeos.
W skrzyni był ukryty skomplikowany mechanizm. Składał się z niezliczonych kół zębatych, misternie rzeźbionych powierzchni z lśniącego mosiądzu, teleskopowo złożonych elementów, niewielkich skórzanych miechów, dziesiątek tulei i przekładni. Przypominało to wnętrze zegara, który wskazuje czas z innego świata, lecz równie dobrze mogło być czymś zupełnie innym.
MOŻE TO UŚPIONY
MODUŁ BADAWCZY?
-Trudno powiedzieć.
Beddeos ostrożnie dotknął urządzenia.
- Ciekawe, czemu Orfa mi to przysłał? Tahu, wiesz coś na ten temat?
- Nie, nie byłem na spotkaniu w Sowim Pałacu, słyszałem tylko plotki. Ale nie sądzę, żeby były prawdziwe.
- Mimo to, chciałbym, żebyś mi powiedział.
- Mówią, że to sam Knalb przekazał tę skrzynię Małym Ludziom i poprosił, żeby dostarczyli ją tobie.
- Dlaczego?
- Żebyś miał się czym bronić, gdy przybędzie Raziri.
Beddeos poczuł ciarki na plecach i wstał.
- Co to jest Raziri?
WEDŁUG JEDNEJ
ZE STAROŻYTNYCH LEGEND
WIELE TYSIĄCLECI TEMU
KIEDY NA USIMIE KWITŁA
CYWILIZACJA ABISALI
PRZYBYŁA TU ISTOTA
ZWANA RAZIRI
NIKT NIE POTRAFIŁ
PRZECIWSTAWIĆ SIĘ JEJ POTĘDZE
I W KRÓTKIM CZASIE
ZMUSIŁA ABISALI
DO PORZUCENIA PLANETY
ALE KIEDY ODESZLI
USIMĘ OPUŚCIŁA RÓWNIEŻ
ISTOTA ZWANA RAZIRI
OCZYWIŚCIE JEST TO
TYLKO JEDNA Z WIELU OPOWIEŚCI
KTÓRE PRÓBUJĄ WYJAŚNIĆ
TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIE
CYWILIZACJI ABISALI
RÓWNIE MAŁO PRAWDOPODOBNA
JAK DZIESIĄTKI INNYCH
Beddeos zamknął skrzynię i spojrzał badawczo na Tyfona.
- Wiadomo, jak ona wyglądała?
NIE
- Moim zdaniem to wszystko bzdury - wtrącił się Tahu. - Plotki i stare opowieści bez krztyny sensu. Nie zdziwiłbym się, gdyby cała ta sprawa okazała się złośliwym żartem Najstarszego. Niestety, muszę was z tym zostawić. Na mnie już czas. Rano tagrus rusza w dalszą drogę. Do zobaczenia.
Beddeos przyklęknął, uścisnął przyjaciela i zatrzasnął za nim drzwi. Wyświetlacz Tyfona milczał.
- To nie on, prawda?
OCZYWIŚCIE ŻE NIE!
ZANIEŚĆ SKRZYNIĘ
DO MAGAZYNU DEPOZYTÓW
CZY MOŻE
CHCESZ SIĘ JEJ PRZYJRZEĆ
W SWOJEJ KWATERZE?
Beddeos chciał.
Wczesnym rankiem Beddeos wspiął się na swoje ulubione wzgórze i drżąc w podmuchach zimnego wiatru, obserwował pustynię. Nad horyzontem unosił się gęsty obłok szarego pyłu, który zostawił za sobą kroczący tagrus. Po niebie wędrowały wypiętrzone gmachy ciemnogranatowych chmur, z których bardzo rzadko padał deszcz. Ich suchy przemarsz mógł trwać całymi tygodniami. Beddeos narzucił kaptur i wrócił do wieży.
Tyfon krzątał się w swoim owalnym warsztacie, mieszczącym się poniżej poziomu gruntu. Elektryczne żarniki dawały mało światła, ale ich piękna złotawa poświata zmieniała podziemną graciarnię w skarbiec pełen ciepłego, miedzianego blasku. Pod ścianą, w kręgu jaśniejszego światła, Tyfon układał coś w metalowych skrzynkach. Beddeos prześlizgnął się ostrożnie między stołami, na których piętrzyły się wybebeszone mechanizmy, i usiadł na drewnianym blacie. W tej pozycji mógł z nim rozmawiać, nie odrywając go od pracy.
Przez chwilę przyglądał się w milczeniu, jak ze śrubek, drutu, kawałków drewna i małych płaskowników zgrabne dłonie Tyfona budują niewielkie figurki ludzi. Jedną małą, niezgrabną i patykowatą oraz dwie wyraźnie większe i bardziej dopracowane. Beddeos wielokrotnie pytał Tyfona, dlaczego je tworzy i ustawia w mikroskopijnych modelach pokoi, ale maszyna nie potrafiła odpowiedzieć. Na jego oczach Tyfon delikatnie włożył figurki do atrapy sypialni i posadził na łóżku wystruganym z kawałka drewna. Była tam również prowizoryczna szafa, zrobiona ze stalowego sześcianu, na którym wyskrobano rylcem potrójne drzwi oraz stolik z mutry przykrytej deszczułką. Beddeos przyjrzał się uważnie jednej ze ścian.
- Co to? - zapytał. - Wcześniej tego nie było.
GDZIE?
- No tu. Wystaje zza szafy.
Tyfon uniósł stalowy sześcian i odsłonił koślawe kółko, niedbale wyryte w ściance metalowej skrzynki.
CIEKAWE
NIE PAMIĘTAM
KIEDY TO ZROBIŁEM
- Może chciałeś tu zaznaczyć okno? - zasugerował Beddeos.
WYKLUCZONE
WSZYSTKO JEST JUŻ
NA SWOIM MIEJSCU
Tyfon zamarł w bezruchu z uniesionymi ramionami, co mogło wyrażać zdumienie połączone z głębokim namysłem. Beddeos wiedział, że i tak nie zrozumie, czemu to dla niego takie ważne, więc szybko zmienił temat.
- Znowu go widziałem - powiedział.
KOGO?
- Przestań się wygłupiać.
KIEDY?
- Tuż przed wejściem do tagrusa.
I CO?
- Wciąż nas obserwuje.
MIAŁ WIELE OKAZJI
ŻEBY ZAATAKOWAĆ
CZEMU TEGO NIE ROBI?
NA CO CZEKA?
- Właśnie to mnie przeraża.
MOŻE NAPRAWIĘ CI KUSZĘ
ALBO ZBUDUJĘ JAKĄŚ
SKUTECZNIEJSZĄ BROŃ
I SPRÓBUJEMY SIĘ DOWIEDZIEĆ?
- Widziałeś go kiedyś? To samobójstwo. Równie dobrze mógłbym do niego strzelać zapałkami.
TYLKO RAZ
- Co "tylko raz"?
TYLKO RAZ GO WIDZIAŁEM
- A tak, pamiętam, mówiłeś mi. To było wtedy, gdy zaatakował cię spokrus...
NAWET GO NIE ZAUWAŻYŁEM
HUKNĘŁO
ZADRŻAŁA ZIEMIA
ODWRÓCIŁEM SIĘ
A TUŻ ZA MNĄ SPOKRUS
WIJE SIĘ ROZGNIECIONY
WIELKIM GŁAZEM
OLBRZYM STAŁ PONAD
STO METRÓW DALEJ
UCIEKŁEM
BO MYŚLAŁEM
ŻE CELOWAŁ WE MNIE
ALE CHYBA NIE
BO MNIE NIE GONIŁ
- Bzdura. Miałeś szczęście i tyle.
NAPRAWDĘ UWAŻASZ
ŻE MOŻNA MÓWIĆ O SZCZĘŚCIU
W PRZYPADKU KOGOŚ
KTO ZE STU METRÓW
TRAFIA OGROMNYM KAMIENIEM
W RUCHOMY CEL?
Beddeos wzruszył ramionami. Przerażała go obecność czarnego olbrzyma i żadne argumenty nie były w stanie tego zmienić. Owszem, dziwna istota nigdy go nie zaatakowała i nie próbowała uszkodzić strażnicy, ale to niczego nie dowodziło. Może czeka na odpowiedni moment i uderzy, gdy obaj wyjdą z wieży?
- Pamiętasz, kiedy ostatnio wychodziliśmy na zewnątrz?
RAZEM?
- No tak.
NIE
TO MUSIAŁO BYĆ
DAWNO TEMU
- No właśnie!
MYŚLISZ
ŻE NA TO CZEKA?
- Tak sądzę.
PRZYPUŚĆMY
ŻE MASZ RACJĘ
ZAŁATWI NAS
I CO DALEJ?
- Nie mam pojęcia! Może chce zniszczyć wieżę? Może wędruje wzdłuż granicy i niszczy jedną po drugiej?
DLACZEGO MIAŁBY CZEKAĆ
AŻ WYJDZIEMY?
- Rzeczywiście, mógłby to zrobić, gdy jesteśmy w środku, przecież to żadna różnica.
Beddeos poczuł się znużony. Męczyła go ta niewidzialna obecność i nieodparte wrażenie, że cały czas jest obserwowany. Coraz częściej łapał się na tym, że wyobraża sobie czarnego olbrzyma niszczącego wieżę i ta myśl przynosi mu ulgę. To byłaby jakaś odmiana. Ile można czekać w niepewności?
Głośny terkot wyświetlacza wyrwał go z zamyślenia.
MOŻE JEDNAK
PRZYNIEŚ MI
SWOJĄ KUSZĘ
- Dlaczego?
WCIĄŻ WYCHODZISZ
BEZ BRONI
TO SIĘ MUSI SKOŃCZYĆ
- Niech ci będzie, mamusiu - odparł zrezygnowany Beddeos i niechętnie powlókł się do swojej kwatery.
Po chwili wrócił z kuszą. Kilkoma szybkimi ruchami Tyfon rozłożył ją na kawałki i zaczął je czyścić drucianą szczotką. Kontynuował rozmowę, nie przerywając pracy.
ZAUWAŻYŁEŚ OSTATNIO
COŚ DZIWNEGO?
- Co masz na myśli?
NIE WIEM
COKOLWIEK
COŚ NOWEGO
COŚ CZEGO TU WCZEŚNIEJ
NIE BYŁO?
- Tu nic się nie zmienia. Dlaczego pytasz?
WIESZ ŻE NIE SYPIAM
A ŁADOWANIE BATERII
TRWA ZALEDWIE
KILKA GODZIN
I KIEDY JUŻ SKOŃCZĘ
ZAZWYCZAJ
BŁĄKAM SIĘ PO WIEŻY
NAPRAWIAM
RÓŻNE RZECZY
BUDUJĘ MODELE
A CZASEM
OBSERWUJĘ OKOLICĘ
I OD KILKUNASTU NOCY
WIDZĘ ŁUNĘ
NAD WZGÓRZAMI
JEST CORAZ JAŚNIEJSZA
JAKBY COŚ SIĘ ZBLIŻAŁO
WZDŁUŻ GRANICY
- Widać, co to jest?
NIE
TYLKO NARASTAJĄCY BLASK
- Nie strasz mnie.
POKAŻĘ CI WIECZOREM
JEŚLI CHCESZ
- Nie chcę. Posiedzę tu do zmierzchu. Mogę? Nie będę przeszkadzał.