Kamienie żywiołów - Cezary Czyżewski

Reflow text when sidebars are open.
1
Irytujący dźwięk piły umilkł na chwilę. Zastąpiły go rytmiczne uderzenia młotka. W dużym pokoju coś zaszeleściło i odezwała się wiertarka. Łukasz wstał z łóżka i zmęczonym krokiem ruszył do zastawionego szafą i fotelem przedpokoju. Przecisnął się w stronę drzwi salonu, gdzie ojciec przycinał i montował panele podłogowe. Wokół walały się skrawki desek i kupki wiórów, a w powietrzu unosił się zapach drewna.
- Tato, długo jeszcze będziesz piłował?
- Jeśli mi pomożesz, synu, szybciej skończę - odrzekł ojciec zmęczonym głosem, unosząc wzrok. - W sumie to nie ja zalałem podłogę, nie przeze mnie się wypaczyła...
- Jasne... wiem, że to moja wina. Już to mówiłeś - Łukasz odwrócił się i z powrotem przecisnął się do przedpokoju. Dobiegł go jeszcze głos ojca:
- Czyli mi nie pomożesz?
- Zmęczony jestem po szkole. Miałem dzisiaj kupę lekcji i klasówkę. - Chłopak wrócił do swojego pokoju i zamknął drzwi. Włączył muzykę i padł na łóżko. Zapatrzył się w szare niebo za oknem. Zimowe chmury wisiały nad światem, prósząc śniegiem. Za kilka dni miało nadejść Boże Narodzenie, ale Łukasz nie czuł typowego przedświątecznego podniecenia. Pierwszy raz w życiu było mu obojętne, czy przyjdą święta.
W drzwiach stanął ojciec.
- Skoro nie chcesz mi pomóc, ubieraj się. Pojedziesz do pana Romka do leśniczówki. Zawieziesz mu dokumenty ode mnie i przypomnisz o choince.
- Muszę?
- Musisz - ostry ton ojca nie zostawiał miejsca na jakikolwiek sprzeciw. Chłopak ponownie zwlókł się z łóżka i wyłączył muzykę. Powolnym ruchem sięgnął po bluzę, leżącą na krześle przy biurku.
- I więcej życia, chłopie. Masz czternaście lat, a wyglądasz na sto pięćdziesiąt! - Ojciec przepuścił go do przedpokoju.
- Bardzo śmieszne - Łukasz kucnął przy szafce z butami. Ojciec zniknął na chwilę za szafą, by pojawić się z grubą niebieską teczką.
- To jest ta dokumentacja. Nie zgub jej. Najlepiej weź jakąś torbę, żeby nie zamokła.
- Dostanę na bilety?
- Przecież kupiłem ci sieciówkę.
Chłopak mruknął coś pod nosem, włożył kurtkę i wrócił na chwilę do pokoju po torbę. Wziął od ojca teczkę i schował.
- I pospiesz się, żebyś po nocy przez las nie łaził. Zaraz zadzwonię do pana Romka, może cię podrzuci z powrotem samochodem - ostatnie słowa ojca dobiegły go już na klatce schodowej. Zbiegł na dół i wyszedł z bloku. Śnieg padał nieprzerwanie, przykrywając wszystko dookoła białym dywanem.
Autobus zatrzymał się na pętli, rozchlapując brązową breję. Drzwi otworzyły się z łomotem, silnik zgasł. Łukasz wysiadł, przeskakując nad na wpół zamarzniętymi kałużami. Tutaj, na skraju miasta panowała już cisza. Osiedle domków jednorodzinnych kończyło się przy pętli. Tuż za nią, w odległości kilkudziesięciu kroków, zaczynał się sosnowy las. W jego głąb wiodła prosta przecinka. Łukasz spojrzał na zegarek i ruszył przed siebie, brodząc w sięgajacym do kostek śniegu.
Otoczyły go milczące drzewa. W nieruchomym powietrzu powoli tańczyły białe płatki. Do leśniczówki było nieco ponad kilometr, więc nie spieszył się. Nie chciało mu się wracać do domu. Z pewnością ojciec, prędzej czy później, zapędziłby go do układania paneli. Albo do robienia kolacji, o ile Romka nie wróciłaby z zajęć wcześniej. Od śmierci matki to głównie ona zajmowała się kuchnią. Była od niego o trzy lata starsza, niemal dorosła. Wciąż jednak traktowała go jak dziecko i nieraz przez to dochodziło w domu do awantur. Łukasz strasznie tęsknił za matką.
Kilkanaście kroków przed chłopakiem, z drzewa zsunęła się wielka czapa śniegu. Uwolniona od ciężaru gałąź uniosła się w górę, kołysząc powoli. Znów wokół zapanowała cisza zimowego lasu, przerywana tylko miarowym skrzypieniem śniegu pod butami chłopaka. Leśniczówka była już niedaleko.
Ojciec pracował w Regionalnej Dyrekcji Lasów i tam, lata temu, jeszcze przed przyjściem na świat Romki i Łukasza, poznał leśniczego. Zresztą, nie bez powodu siostra nosiła takie właśnie imię. Ojciec i leśniczy byli starymi przyjaciółmi. Obaj mieli bzika na punkcie lasów, latem często wyjeżdżali w Bory Tucholskie na tydzień lub dwa, zaszywając się na odludziu. Kiedyś nawet zabrali ze sobą Łukasza, ale chłopak nie wspominał dobrze tej wyprawy. Dwa tygodnie pod namiotem, w towarzystwie dwóch dorosłych facetów, wydawały się - kilkuletniemu wówczas dziecku, najbardziej nudnymi wakacjami w życiu. Chodził na plażę nad jeziorem, próbując poznać jakichś rówieśników, ale był najmłodszy ze wszystkich i to nie ułatwiało sprawy. To nie był fajny wyjazd. Wolał wizyty u babci, na które jeździł z mamą. We Wrocławiu zawsze było coś do roboty, no i przede wszystkim miał tam kolegów, których znał od małego. Po raz tysięczny stanęła mu przed oczyma matka. W jasnobrązowej sukience i słomkowym kapeluszu na płowych włosach.
Łukasz westchnął ciężko. Mama. Zginęła w wypadku, kilka dni po Nowym Roku. Potrącił ją wracający z imprezy pijany kierowca. Na jezdni był lód, kobieta nie miała szans w zderzeniu z rozpędzoną Toyotą. Zmarła tej samej nocy w szpitalu. Łukaszowi nie pozwolono zobaczyć ciała. Nikt mu nie powiedział czemu, ale chłopak się domyślał. Chcieli mu oszczędzić przykrego widoku. I w ten sposób mama pozostała mu w pamięci, jak wesoła ubierała się w przedpokoju i wychodziła z domu ze słowami: "Niedługo będę, zostawcie mi coś z kolacji, odgrzeję sobie".
Zza drzew wyłoniła się leśniczówka. Z komina powoli snuł się gęsty dym, nad drzwiami wejściowymi paliła się mała latarenka. Pies zaszczekał gwałtownie, przypadając do bramy. Warczenie szybko zmieniło się w pełne radości popiskiwanie, gdy rozpoznał zapach chłopaka. Łukasz zamknął za sobą furtkę i głaszcząc wilczura po karku, wszedł na schodki.
Siedzieli przy stole. Pan Roman przeglądał przyniesione dokumenty, chłopak popijał ciepłą herbatę z miodem. Rozglądał się po znajomym pokoju. Stara szafa z przeszklonymi drzwiami kryła grube książki oraz mnóstwo bibelotów. Na ścianach wisiały dziesiątki myśliwskich trofeów, głównie poroża jeleni i saren. Uwagę przykuwała spreparowana, szklanooka głowa wielkiego rogacza. Zwierzę zdawało się wpatrywać w chłopca.
- Tak... - mruknął leśniczy, zapalając papierosa. - Powiedz ojcu, że po świętach mu to podrzucę z naniesionymi uwagami. Będzie mógł jeszcze przed Sylwestrem pchnąć te papiery do ministerstwa.
Łukasz przytaknął, popijając herbatę.
- Ojciec dzwonił i prosił, żebym cię odwiózł. Jak chcesz, zapakujemy się zaraz do GAZ-a i podrzucę cię do domu.
Chłopak oczyma wyobraźni zobaczył rozbebeszony pokój z panelami.
- Dziękuję bardzo, chciałbym jeszcze dopić herbatę. Dobry miód.
- Jasne, młody. Przecież cię nie wyrzucam, tylko mówię, jak się z tatą umówiłem. W ogóle możesz zostać trochę, pogadamy sobie. Wiesz, mieszkam tu sam, rzadko mam gości. Chyba, że nudzi cię towarzystwo starego grzyba...
- No, nie... - Łukasz nieśmiało zaoponował. - W sumie wolę tu posiedzieć, niż wracać na chatę. Ma pan fajną kolekcję rogów. Zawsze mi się podobały.
- Wspaniałe, prawda? - Leśniczy rozparł się w fotelu i podążył za wzrokiem chłopca. Przez chwilę w ciszy obserwowali poroża. - Kilka sam ustrzeliłem, ale większość już tutaj zastałem. Ta leśniczówka ma jakieś sto pięćdziesiąt lat, a wszyscy mieszkający tu leśnicy zbierali trofea.
- Ma pan jeszcze coś ciekawego? Obejrzałbym sobie.
Leśniczy uśmiechnął się pod nosem. Podniósł się i podszedł do szafy. Otworzył jedną z szuflad i, z wyraźnym wysiłkiem, wyciągnął obciągnięte płótnem spore pudło. Położył je na stole, z którego zebrał dokumentację do teczki i odłożył ją na podłogę, na gruby kolorowy dywan. Potem otworzył skrzynkę.
- O ja... - Łukaszowi z wrażenia zalśniły oczy. Wewnątrz pudła w małych przegródkach leżały kamienie o najróżniejszych kształtach i kolorach. Niektóre połyskiwały, niektóre były zupełnie matowe. Jedne miały gładkie brzegi, inne ostre, chropowate. Część była w jednolitym kolorze, część w bardziej lub mniej widoczne prążki i warstwy.
- Zbieram je od lat. Pochodzą z najróżniejszych regionów świata. Nawet chyba wolę to, niż polowania. - Pan Roman również pochylił się nad pudłem. Po kolei wskazywał eksponaty swojej kolekcji i opowiadał o nich. - To są polskie marmury. Bolków, Dębnik, Bolechowice. To jest Zygmuntówka, taki brązowy i nieciekawy, ale jak się go wyszlifuje, robi wrażenie. Jak będziesz kiedyś w Krakowie, zajrzyj na Wawel do kaplicy Zygmuntowskiej. To wapień z okolic Chełma, zobacz, jakie muszelki ma w sobie. Te kamienie przywiozłem z Rosji, z Syberii. Te punkciki to okruszki złota...
- Złota? - Łukasz wziął niepozorny kamyk, upstrzony lśniącymi drobinkami. - Ile to jest warte?
- Niewiele - roześmiał się leśnik. - Po oczyszczeniu zebrałoby się złota może na jeden mały kolczyk. Kilkadziesiąt złociszy, nie więcej.
- A ma pan jakieś kamienie szlachetne? Diamenty? Rubiny?
- Szmaragdy, perły i w ogóle bogactwa? Nie. Nie zbieram tych minerałów dla wartości, ale dla ich piękna i... jeszcze czegoś. Czekaj, pokażę ci - Roman wyjął syberyjską grudkę z palców chłopaka i odłożył na miejsce. Zamknął pudło, schował do szafy. Otworzył drugą szufladę. Wyjął z niej podłużną drewnianą skrzynkę i postawił na stole przed Łukaszem.
- Otwórz. Ale powoli - odezwał się do chłopaka.
Skrzynkę ozdabiał płaski ornament w kształcie dwóch splecionych węży. Wiły się wzdłuż całego pudełka. Drewno było gładkie i miłe w dotyku. Pachniało ukrytą w środku tajemnicą. Łukasz odczepił zamykające wieko haczyki i powoli otworzył szkatułkę. Wewnątrz, na czarnym aksamicie, leżały równo ułożone kolorowe kulki. Było ich dziewięć. Jedno miejsce było puste. Chłopak chciał wziąć do ręki pierwszą z brzegu, w perłowym kolorze, ale Roman powstrzymał go gestem.
- Czekaj - rzekł cicho. - To nie są takie sobie kamienie. Zanim dotkniesz któregoś z nich, przyjrzyj im się dobrze. Postaraj się odgadnąć, co w sobie kryją.
- To znaczy? - Łukasz uniósł brwi w zdziwieniu.
- Każdy kamień ma swoje właściwości. Nie tylko fizyczne i chemiczne, ale też coś w rodzaju duszy. Kamienie są jak ludzie, każdy nieco inny. Przyjrzyj się im i weź do ręki ten, który najbardziej ci odpowiada.
- Acha. Ale tu jednego brakuje, prawda?
- Tak. Swego czasu podarowałem go pewnej miłej starszej pani, która szukała odpowiedniego prezentu dla swojej wnuczki. To był zielony aragonit.
- Tak po prostu? Podarował pan?
- Tak. Widzisz, czasem warto poświęcić to, co się ma, by komuś sprawić radość. Niestety, ludzie często o tym zapominają. - Leśniczy sięgnął po kolejnego papierosa.
Łukasz ponownie spojrzał na ułożone w równym szeregu kamienie. Przypominały kule bilardowe, kolorowe przyciski albo cukierki. Przyszło mu na myśl, że mógłby wziąć jeden z nich, włożyć do ust i poczuć jego smak. Powoli oglądał perłową powierzchnię pierwszego, ciemnofioletową, odbijającą światło lampy drugiego. Trzeci, prawie przezroczysty, miał barwę cytryny. Czwarty, w kolorze jasnej cegły, wydał mu się najcieplejszy. Piąty, o barwie chłodnego błękitu wręcz przeciwnie. Szósty był zupełnie czarny, lśniący. Siódmy miał mleczną barwę, z lekkim odcieniem zieleni.
- A ten to krwawnik? - chłopak wskazał palcem na kamień o powierzchni przypominającej metal.
- Tak. Inaczej hematyt.
- Wiem. Moja siostra nosi takie serduszko na szyi.
Ostatni kamień miał ciemnogranatową barwę, poprzecinaną licznymi białymi prążkami. Łukasz szybkim spojrzeniem objął raz jeszcze całą kolekcję. Jego wzrok znowu spoczął dłużej na jasnobłękitnej kulce. Zdecydował się.
- Ten - wziął ją w trzy palce. Leśniczy pokiwał głową z uśmiechem.
- To chalcedon. Rodzaj kwarcu. Może mieć wiele kolorów i odcieni. Zatrzymaj go sobie.
- Eee... dziękuję! Ale nie wiem, czy mogę.
- Niedługo Gwiazdka. Potraktuj to jako prezent pod choinkę - Roman spokojnym ruchem zamknął wieko. Podniósł pudełko i schował do szuflady.
Łukasz trzymał w dłoni lazurowy, idealnie okrągły kamyk wielkości włoskiego orzecha. W ciepłej dłoni zdążył się już ogrzać. Nagle, chłopak poczuł silny zapach morza i świeżego, słonego wiatru. Zakręciło mu się w głowie. Po chwili wszystko wróciło do normy.
- No, zbieraj się, młody. Ciemno już, czas wracać do domu. I jeszcze jedno. - Leśniczy, w swojej mundurowej kurtce, stanął w drzwiach. - Nie pokazuj tego kamienia ojcu. Jeszcze wpadnie na pomysł zapłacić mi za niego. A prezent to prezent. Nie ma ceny.
W starym GAZ-ie było zimno jak na dworze. Łukasz siedział obok kierowcy, wydychając obłoczki pary. Roman usiłował uruchomić silnik, ale bezskutecznie. Nawet rozrusznik nie chciał zadziałać.
- Cholera, a rano jeszcze chodził! - Mężczyzna wysiadł z pojazdu. Spod siedzenia wyjął latarkę. Potem stanął z przodu samochodu i otworzył maskę. Śnieg zsunął się z niej z szelestem. Leśniczy przez dłuższą chwilę grzebał przy silniku, wreszcie z hukiem zatrzasnął klapę.
- Kurde, coś się stało z instalacją. Nie wiem czy zalało akumulator, czy coś innego. Teraz, po ciemku i tak nic z tego nie będzie. Nie podrzucę cię.
Chłopak spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma.
- Jeszcze wcześnie - odezwał się, wysiadając z samochodu. Mogę pójść na autobus.
- Czekaj, najpierw zadzwonimy do ojca, żeby się nie denerwował. - Roman zajrzał jeszcze do GAZ-a, wyjmując kluczyki ze stacyjki. - Chodź do domu.
Telefon stał na komodzie w przedpokoju. Leśniczy podniósł słuchawkę i wykręcił numer.
- Marek? Słuchaj, auto mi padło, nie podwiozę ci syna. Mógłbyś ewentualnie sam podjechać, chociaż w lesie napadało trochę... Tak? Acha. No to czekaj, przecież młody może u mnie przenocować, jutro sobota, nie idzie do szkoły... E, tam, żaden problem, przecież mam całą leśniczówkę. Jutro z rana wróci do domu. No, to dobrze. A te dokumenty dostaniesz po świętach, mam tam kilka uwag. No... Ależ oczywiście, powiedział o choince. No, to czołem pracy.
Słuchawka wróciła na swoje miejsce. Leśniczy popatrzył na Łukasza, złośliwie mrużąc oczy.
- Podobno miałeś mi przypomnieć o choince...
W niedużym pokoiku na piętrze leśniczówki stało tylko szerokie łóżko i mała szafka nocna. Obok drzwi wisiał staroświecki zegar z kukułką, a nad łóżkiem obraz ze sceną myśliwską. Rozpędzone w pogoni za lisem ogary, zdawały się wyskakiwać z ram. Stary żyrandol do złudzenia przypominał lampę naftową. Łukaszowi przyszło na myśl, ze kiedyś, zanim zamontowano w nim żarówkę, rzeczywiście mógł być taką lampą. Chłopak leżał w samej bieliźnie pod ciepłą pierzyną, obracając w palcach chalcedon. Kamyk rozgrzał się już zupełnie. Palce delikatnie gładziły jego wypolerowaną powierzchnię. Łukasz od razu polubił prezent od leśniczego. Zastanawiał się nad jego wartością, ale z każdą chwilą coraz bardziej był przekonany, że nie chciałby go sprzedać. Było w tym drobiazgu coś, co sprawiało, że mógłby go trzymać w dłoni bez przerwy.
Za przesłoniętym firanką oknem panowała noc. Leżąc w wygodnym, choć nieco trzeszczącym łóżku, Łukasz podążył myślami w głąb uśpionego, zimowego lasu. Mijał stojące nieruchomo drzewa, unosił się nad ogołoconymi z liści krzewami. Oczyma wyobraźni widział szybujące ponad koronami drzew nocne ptaki. Zastanowił się przez chwilę, czy sowy spędzają zimę w kraju, czy odlatują na południe. Doszedł do wniosku, że chyba jednak zostają, bo przecież kiedyś widział zdjęcia śnieżnej sowy. Wyobraził sobie, że jest taką sową. Rozpostarł skrzydła i poprzez lekko padający śnieg poleciał w noc. Czy sowy latają, gdy pada śnieg? Łukasz nie wiedział. Chyba jednak latają, skoro on leciał.