Kamienica (Tom 1). Czerwony węgiel - Justyna Toros

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (37,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Część I. Koniec i początek (1945) Rozdział 1. Cisza przed burzą Rozdział 2. Ostatni transport Rozdział 3. Fundamenty Przypisy Tylna okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

ROZDZIAŁ 3

Fundamenty

Wilhelm wracał do domu powoli. Nie biegł już. Biegł wcześniej, na dziedziniec szkoły, ale spóźnił się o minuty. Teraz, idąc wzdłuż torów tramwajowych, czuł w nogach ołów.

Mijał opustoszałe kamienice. Wiatr hulał po ulicy, porywając porzucone gazety i śmieci. Ruda wyglądała jak miasto duchów - większość Niemców z Rzeszy uciekła, a miejscowi, Ślązacy, zaszyli się w domach, czekając na zmianę warty.

Gdy wszedł w bramę przy Kościelnej, poczuł ulgę. Czerwona cegła jego kamienicy wydawała się niewzruszona. To był solidny budynek. Deutsche Solidität17 - pomyślał z goryczą. Zbudowana dla robotników, przetrwała strajki, powstania i kryzysy. Przetrwa i to.

Wbiegł po schodach. Kiedy otworzył drzwi, cztery pary oczu spojrzały na niego z nadzieją, która zgasła natychmiast, gdy się okazało, że jest sam.

- Nie zdążyłem - powiedział chrapliwie, nie patrząc Róży w oczy. - Wyjechali. Personel ewakuowano ciężarówkami w stronę autostrady.

Róża usiadła ciężko na krześle, jakby ktoś podciął jej nogi.

- Na zachód?

- Ja. Do Reichu18.

Cisza w kuchni była gęsta i lepka. Hela pociągnęła nosem. Anna objęła ją ramieniem, ale sama patrzyła na ojca z wyrzutem, którego nie zdołała ukryć. Miałeś ją przyprowadzić.

- To może lepiej. - Wilhelm próbował nadać głosowi pewność, której nie czuł. - Tam, gdzie jadą, są Amerykanie. Tutaj... tutaj zaraz będzie piekło. Przynajmniej jedna z was będzie bezpieczna.

Nagle powietrze za oknem rozdarł przeraźliwy dźwięk. Nie był to gwizd bomby lotniczej, jaki znali z ćwiczeń obrony cywilnej. To był zgrzytliwy, narastający wizg, przypominający tarcie metalu. Chwilę później ziemia zadrżała. Gdzieś niedaleko, może dwie ulice dalej, rozległa się seria eksplozji.

- Stalinsorgeln19 - szepnął Wilhelm. Organy Stalina. Artyleria rakietowa. To oznaczałoby, że Rosjanie nie są już pod Gliwicami, tylko na rogatkach Rudy. - Do kely! Do piwnicy! - krzyknął, klaszcząc w dłonie, by wyrwać rodzinę z paraliżu. - Już! Bierzcie koce i wodę! Schnell! Szybko!

Róża zerwała się z krzesła, wzięła Lusię na ręce. Anna złapała przygotowaną wcześniej torbę z suchym prowiantem. Maria ciągnęła pierzynę. Wybiegli na klatkę schodową. Sąsiedzi też już tam byli. Słychać było tupot nóg, płacz dzieci i głośne modlitwy.

- Wilhelm, chodź! - Róża się zatrzymała, widząc wahanie męża.

Wilhelm był już na półpiętrze, gdy nagle stanął. Jego dłoń powędrowała do wewnętrznej kieszeni munduru. Pusta. Przeklął siarczyście pod nosem.

- Himmelherrgott! Pierona!

Kasetka. Zielona metalowa skrzynka. Zostawił ją na bifyju, gdy wpadł do domu z wieścią o Grecie. Tam było wszystko: akt notarialny kamienicy, obligacje, dolary od brata z Chicago. Ich polskie metryki chrztu ukryte pod niemieckimi papierami. Jeśli wejdą Rosjanie, spalą urzędy. Jeśli wejdą nowi polscy komuniści, będą nacjonalizować. Bez tego papieru staną się bezdomnymi nędzarzami. Ten dom był posagiem jego córek. Był jedyną rzeczą, jaką miał.

- Idźcie! - krzyknął do Róży, popychając ją lekko w stronę schodów w dół. - Zaraz was dogonię!

- Wilhelm, nie! Zostaw to!

- To tylko chwila! Idź do schronu! Anna, pilnuj matki!

Odwrócił się i pobiegł z powrotem na górę, przeskakując po dwa stopnie. Wpadł do mieszkania. W kuchni panowała dziwna cisza. Zupa wciąż parowała na piecu. Dopadł do kredensu. Jest. Zielona kasetka leżała tam, gdzie ją położył. Chłodna, ciężka, bezpieczna. Chwycił ją oburącz. Mam cię.

W tym momencie usłyszał świst. Był inny niż poprzednie, nie leciał gdzieś dalej. Ten dźwięk rósł, pęczniał, wypełniał czaszkę. To był dźwięk przeznaczenia. Pojedynczy pocisk. Zabłąkany, wystrzelony za nisko albo celujący w pobliski nasyp kolejowy, a zniesiony przez wiatr. Trafił w dach oficyny, tuż nad ich kuchnią.

Wilhelm nie usłyszał wybuchu. Poczuł uderzenie ciśnienia, które wypchnęło mu powietrze z płuc. Świat przed jego oczami rozpadł się na kawałki. Sufit pękł jak tafla lodu. Belki stropowe, które znał od dziecka, zaryczały i runęły. Podłoga pod jego stopami przestała istnieć.

Wilhelm spadał, a razem z nim kredens, piec kaflowy, stół z niedojedzonym chlebem. Czas zwolnił. W tej dziwnej chmurze pyłu i gruzu Wilhelm pomyślał o różach, które posadził jesienią na podwórku. Czy przetrwają mróz? Pomyślał o Grecie w ciężarówce, o Annie, która miała takie bystre oczy.

Uderzył plecami o gruzowisko piętro niżej. Ból był potworny, ale trwał tylko ułamek sekundy. Potem spadła kolejna fala cegieł z wyższych pięter, grzebiąc go w ciemności.

Leżał przygnieciony, nie mogąc złapać tchu. Pył zatykał usta. Nie czuł nóg, nie czuł lewej ręki. Ale prawa dłoń... prawa dłoń wciąż zaciskała się na metalowym uchwycie. Trzymał kasetkę, ich przyszłość.

Gdzieś z góry, przez dziurę w stropie, wpadało szare, zimne światło styczniowego dnia. Słyszał krzyk. Daleki, stłumiony przez zwalony mur.

- Wilhelm!!!

Chciał odpowiedzieć: "Jestem tutaj, Różo. Mam papiery", ale nie mógł wydobyć głosu. Ciemność na obrzeżach pola widzenia gęstniała. Była ciepła i kusząca, w przeciwieństwie do mrozu na zewnątrz. Serce kolejarza, które przez czterdzieści lat biło w rytm stukotu kół pociągów, zwolniło. Raz, dwa. I zatrzymało się.

A nad Rudą zapadał zmrok, rozświetlany łunami pożarów, które na szczęście oszczędziły resztę miasta, wybierając na ofiarę tylko ten jeden dom, tę jedną rodzinę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 1

Cisza przed burzą

Dwudziestego trzeciego stycznia 1945 roku mróz nie był zwykłym zimnem. Był fizycznym bólem, który zaciskał się na mieście jak żelazna obręcz. Termometry wskazywały w Rudzie1 minus dwadzieścia stopni, ale wilgotny wiatr od strony rzeki Bytomki sprawiał, że powietrze cięło skórę jak tłuczone szkło.

Siedemnastoletnia Anna Krause stała w kolejce przed piekarnią przy Kirchstraße, przedwojennej ulicy Kościelnej, przestępując z nogi na nogę w swoich znoszonych sznurowanych trzewikach. Obok niej Hela, drobna dziesięciolatka, wciągnęła głowę tak głęboko w kołnierz ojcowskiego swetra, że widać było tylko czubek jej czerwonego od zimna nosa.

Świat był biało-szary. Śnieg, który spadł w nocy, zdążył już się pokryć warstwą sadzy. W Rudzie śnieg nigdy nie pozostawał czysty. Pył z Kopalni Brandenburg i huty cynku osiadał na wszystkim tłustym grafitowym nalotem. Nawet teraz, gdy Rzesza waliła się w gruzy, kominy dymiły. Produkcja musiała trwać do ostatniej sekundy. Alles für den Endsieg - wszystko dla ostatecznego zwycięstwa - głosiły wyblakłe plakaty na murach, na które nikt już nie patrzył bez politowania.

- Długo jeszcze? - jęknęła cicho Hela.

- Cicho bądź - szepnęła Anna, poprawiając siostrze szalik. - Frau Weber ma jeszcze chleb. Widzę przez szybę.

Kolejka milczała. Kobiety w plyjtach2, starcy z opaskami Volkssturmu3 na rękawach - wszyscy nasłuchiwali. Nie słyszeli syren. Niebo było ołowiane, niskie, pełne śnieżnych chmur, które uziemiły lotnictwo. Słychać było coś innego. Dalekie, rytmiczne dudnienie od wschodu. Jakby wielki podziemny bęben wybijający rytm śmierci. Artyleria Armii Czerwonej. Byli już blisko. Mówiono, że przekroczyli granicę pod Sosnowcem, że są pod Gliwicami. Plotka wyprzedzała czołgi szybciej niż telegraf.

Drzwi piekarni się otworzyły.

- Nur auf Marken! Tylko na kartki! Żadnego wolnego handlu! - krzyknęła piekarzowa, wpuszczając do środka pierwszą grupkę zmarzniętych ludzi. Zapach świeżego pieczywa buchnął na ulicę, drażniąc puste żołądki.

Anna zacisnęła w dłoni kartki żywnościowe. Były to kartki dla trzeciej grupy - Deutsche Volksliste4. Ojciec, Wilhelm, podpisał ją nie z miłości do Hitlera, ale ze strachu i zdrowego rozsądku. Jako kolejarz nie miał wyboru, jeśli chciał utrzymać rodzinę i nie trafić do obozu. Na Śląsku te papiery były tarczą. Anna czuła jednak, że ta tarcza pęka.

Kupiły bochenek ciemnego, gliniastego chleba. Anna schowała go pod płaszcz, blisko ciała, jak skarb. Wracały szybko do kamienicy. Solidny ceglany budynek z 1905 roku stał dumnie pośród innych, nienaruszony wojną. Szyby w oknach wciąż były całe, choć oklejone papierowymi krzyżami, by nie pękły od fali uderzeniowej.

Weszły na klatkę schodową. Zapach gotowanej kapusty i pasty do podłóg mieszał się tu z nową nutą - zapachem strachu. Na parterze drzwi mieszkania Müllerów były otwarte na oścież. W środku nikogo, meble stały puste. Uciekli.

W mieszkaniu na piętrze było ciepło. Róża, matka dziewczynek, stała przy kuchni węglowej, mieszając w garze rzadką wodzionkę5. Nie uznawała bezczynności. Nawet gdy świat się kończył, obiad musiał być na stole. Przy oknie siedziała Maria, cerując skarpetki, a pięcioletnia Lusia bawiła się na dywanie szmacianą lalką.

- Kupiłyście? - zapytała Róża, nie odwracając się.

- Ja6. Ostatni wypiek. - Anna położyła chleb na stole. - Mamo... na ulicy mówią, że wstrzymali bany7 do Bytomia. Że Ruscy są już w Miechowicach.

Róża znieruchomiała na chwilę, po czym wróciła do mieszania.

- Ludzie godejom głupoty. Wilhelm by wiedział. Kolej wie pierwsza.

Wtedy drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem. Do kuchni wszedł Wilhelm Krause. Wyglądał, jakby przybyło mu dziesięć lat. Jego granatowy mundur kolejarski Deutsche Reichsbahn8, zwykle nieskazitelny, był pomięty. Wilhelm twarz miał szarą, a pod oczami głębokie cienie. Czapkę trzymał w dłoniach, miętosił ją nerwowo.

W kuchni zapadła cisza. Nawet Lusia przestała nucić. Ojciec nigdy nie wracał o tej porze. Powinien być na zmianie na węźle w Chebziu.

- Wilhelm? - Róża wytarła ręce w fartuch i podeszła do męża. Ten oparł się ciężko o bifyj9, jakby nogi odmawiały mu posłuszeństwa.

- Koniec - powiedział cicho. Głos miał suchy, wyprany z emocji. - Zamknęli linię na Breslau10. Ostatni pociąg sanitarny wyjechał godzinę temu.

Spojrzał na żonę, potem na córki. W jego oczach Anna zobaczyła przerażenie człowieka, który obserwował katastrofę.

- Widziałem pociągi ewakuacyjne z urzędnikami. Wagony bydlęce pełne ludzi. A na bocznicach stoją składy z amunicją, których nie ma kto wywieźć. Chaos, Róża. Kompletny chaos. Bahnschutz11 uciekł. Zostawili nas.

- To co robiymy? - zapytała Anna, przechodząc mimo woli na śląski. Serce biło jej jak młotem. - Uciekamy?

Wilhelm potrząsnął głową.

- Kaj?12 Drogi są zablokowane przez wojsko i uchodźców. W nocy jest minus dwadzieścia, zamarzniecie w rowie. Zresztą... - Zawiesił głos. - My som u siebie. Podpisałem listę, ale żech jest Ślązok. Nie zabijałem. Naprawiałem tory. Może... może nas zostawią w spokoju.

- A Greta? - zapytała nagle Maria.

Wszyscy spojrzeli na puste krzesło. Najstarszej siostry nie było. Pracowała w niemieckim lazarecie13 zorganizowanym w szkole.

- Greta musi wrócić do domu. Teroz - powiedział twardo Wilhelm. - Jeśli wejdą Ruscy, a ona będzie w tym szpitalu, w niemieckim fartuchu... - Nie musiał kończyć. Wszyscy słyszeli o tym, co się działo w Prusach Wschodnich. O "wojnie kobiet".

- Pójdę po nią - zaoferowała się Anna, sięgając po płaszcz.

- Nie! - krzyknął Wilhelm. - Ty zostajesz. Na ulicach jest niebezpiecznie. Żandarmeria wiesza dezerterów na latarniach, a cofające się oddziały SS strzelają do każdego, kto wygląda podejrzanie. Jo pójdę.

W tej chwili budynkiem wstrząsnął głuchy huk. Szyby zadzwoniły w ramach. To nie była artyleria. To było bliżej. Wilhelm doskoczył do okna. Nad dzielnicą od strony dworca kolejowego unosił się słup czarnego dymu.

- Wysadzają zwrotnice - szepnął. - Niemcy niszczą, co się da, żeby opóźnić Iwana. - Odwrócił się do rodziny. W jego postawie zaszła zmiana. Zniknęło zmęczenie, pojawiła się ostra, gorączkowa decyzyjność. - Słuchajcie mnie. Znosimy wszystko do piwnicy. Kartofle, węgiel, pierzyny, wodę. Jeśli front przejdzie przez miasto, będziemy tam siedzieć, dopóki nie ucichną strzały. Róża, spakuj dokumenty. Akt własności domu, metryki. Tę zieloną kasetkę.

- Wilhelm... - zaczęła matka.

- Rób, co mówię! - warknął, po czym złagodniał. Podszedł do niej i chwycił ją za ramiona. - To nasza jedyna szansa. Przetrwamy to tutaj. Mury są grube. To jest nasz dom, Róża. Nie zostawimy go na pastwę losu. - Spojrzał na Annę. - Pilnuj sióstr. Nikomu nie otwieraj. Jo biegnę po Gretę. Wrócę za godzinę. - Włożył czapkę na głowę, poprawił mundur - ten sam, który przez lata dawał im chleb, a teraz mógł się stać wyrokiem śmierci, jeśli pomylą go z wojskowym. - Z Ponbóczkiem14 - rzucił i wybiegł z mieszkania.

Anna podeszła do okna. Dostrzegła ojca wychodzącego z bramy na zaśnieżoną ulicę, małą ciemną postać na tle szarego, dymnego nieba. Nie wiedziała wtedy, że już wkrótce życie jej rodziny wywróci się do góry nogami. Nie wiedziała, że za godzinę Ruda stanie się areną chaotycznej potyczki cofających się oddziałów Wehrmachtu z radzieckim zwiadem pancernym, a jedna zabłąkana bomba, zrzucona przez uszkodzony samolot, zmieni ich los na zawsze.

Wiedziała tylko, że jej dzieciństwo właśnie się skończyło.

ROZDZIAŁ 2

Ostatni transport

Szkoła powszechna, mieszcząca się przy Adolf-Hitler-Straße, zmienionej później na ulicę Mickiewicza, nie pachniała już kredą i woskiem do podłóg. Pachniała lizolem, ropiejącymi ranami i kwaśnym potem strachu.

Była godzina trzynasta, gdy Greta Krause biegła korytarzem, niosąc miskę z brudnymi bandażami. Mimo że na zewnątrz panował siarczysty mróz, w środku było duszno. Korytarze zastawiono noszami. Jęczeli na nich żołnierze Wehrmachtu - ci, dla których zabrakło miejsca w salach lekcyjnych zamienionych na oddziały. Byli to chłopcy niewiele starsi od niej, z kikutami zamiast nóg, z oczami wypalonymi przez gorączkę, i starzy rezerwiści, którzy wzywali swoje matki.

- Schneller! Szybciej! - krzyczał Oberarzt15, siwy lekarz wojskowy, który biegał między rzędami noszy, dokonując brutalnej segregacji. - Ten na ciężarówkę! Ten zostaje! Ten na ciężarówkę!

Triaż. Greta nauczyła się tego słowa tydzień temu. Oznaczało ono zabawę w Boga. Ci, którzy mogli chodzić lub mieli szansę przeżyć podróż na pace ciężarówki przy minus dwudziestu stopniach, dostawali szansę ucieczki. Ci z ranami brzucha, z gangreną, nieprzytomni - zostawali. Otrzymywali zastrzyk z morfiny. Czasem ostatni.

Greta wpadła do składziku aptecznego, żeby wyrzucić brudy do kubła. Ręce jej się trzęsły. Przez okno widziała dziedziniec szkolny. Stały tam trzy ciężarówki Opel Blitz, silniki pracowały, wyrzucając kłęby spalin. Żołnierze w pośpiechu ładowali na paki skrzynie i pomagali wchodzić rannym.

- Greta!

Z cienia między regałami wyłonił się Hans. Był chirurgiem ze Szlezwika-Holsztynu. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i duszę muzyka, która kompletnie nie pasowała do rzeźni, w jakiej się znaleźli. Od miesięcy łączyło ich coś więcej niż praca - spacery po parku, ukradkowe pocałunki w bramie, marzenia o świecie bez wojny.

Teraz Hans był blady jak ściana. Nie miał na sobie kitla, tylko mundur polowy i ciężki płaszcz. Na jego ramieniu wisiał karabin, który wyglądał na nim nienaturalnie.

- Hans? Co ty robisz? - zapytała, wycierając dłonie w fartuch.

- Wyjeżdżamy. To koniec, Greta. Rosjanie przerwali front pod Gliwicami. Będą tu za godzinę, może dwie. Oberarzt dostał rozkaz ewakuacji personelu i lżej rannych. - Podszedł do niej i złapał ją mocno za ramiona. Jego palce wbijały się w jej ciało przez materiał sukienki. - Musisz jechać ze mną.

Greta cofnęła się o krok.

- Nie mogę. Mam rodzinę. Ojca, matkę, siostry... Nie zostawię ich.

Hans potrząsnął nią, a w jego oczach Greta zobaczyła łzy bezsilności.

- Nie rozumiesz! Ty nie wiesz, co oni robią! Słyszeliśmy relacje uciekinierów z Prus. Nemmersdorf16... Greta, oni nie patrzą na to, czy jesteś Ślązaczką, czy Niemką. Pracujesz w niemieckim lazarecie. Masz na sobie fartuch ze swastyką na pieczątce. Jesteś młodą, ładną kobietą. Dla nich jesteś łupem.

- Ojciec podpisał trzecią grupę! Jesteśmy tutejsi! - Broniła się, choć głos jej drżał. Wiedziała, że Hans nie kłamie. Propaganda Goebbelsa straszyła "azjatyckimi hordami", ale szeptane wieści od rannych żołnierzy były o wiele gorsze niż propaganda.

- To ich nie obchodzi! - krzyknął zduszonym głosem Hans. - Jeśli tu zostaniesz, zgwałcą cię i zabiją na oczach twojej matki. A twoją rodzinę wyślą na Sybir za kolaborację, bo jedna córka pracowała dla Wehrmachtu. Jeśli wyjedziesz... jeśli znikniesz... może dadzą im spokój.

To zdanie uderzyło ją najmocniej. "Jeśli znikniesz... może dadzą im spokój". Czy jej obecność była wyrokiem dla Anny, Heli, Marii i Lusi? Czy bycie "tą, co opatrywała Niemców" ściągnie nieszczęście na cały dom przy ulicy Kościelnej?

Z zewnątrz dobiegł ryk klaksonu.

- Abfahrt! Odjazd! Za dwie minuty ruszamy! - wrzeszczał podoficer na dziedzińcu.

- Greta, błagam cię! - Hans płakał. - Mam miejsce na pace. Ukryję cię pod kocami. Pojedziemy do Rzeszy. Tam jest bezpiecznie. Amerykanie idą od zachodu, poddamy się im. Przeżyjemy. Wrócisz tu, jak to się skończy. Ale musisz przeżyć!

Greta zerknęła na swoje dłonie. Były czerwone od zimna i środków dezynfekujących. Spojrzała przez okno. Ulicą przed szkołą ciągnął sznur uciekinierów. Wozy, sanki, piesi. Panika. Gdzieś tam był jej dom. Jej ojciec. Wilhelm na pewno już wrócił z pracy. Pewnie znoszą węgiel do piwnicy. Są razem. Bezpieczni w swojej śląskiej solidarności. A ona? Ona była tu, pośród wrogów, którzy nagle stali się jedyną deską ratunku.

- Dwie minuty? - zapytała cicho.

Hans skinął głową.

- Teraz albo wcale.

Greta zerwała z szyi brudny fartuch i rzuciła go na podłogę. Z wieszaka wzięła swój wełniany płaszcz i torebkę, w której miała dowód tożsamości i zdjęcie sióstr.

- Jadę - powiedziała, czując, jak słowo to rozrywa jej serce na kawałki. - Jadę, żeby ich chronić.

Wybiegli na dziedziniec. Mróz uderzył w nich z siłą tarana. Śnieg chrzęścił pod butami. Wszędzie panował chaos. Ranni wpychali się na ciężarówki, ktoś upadł, ktoś kogoś stratował.

Hans pociągnął ją do ostatniego Opla.

- Wskakuj! Szybko!

Podsadził ją. Greta wdrapała się na wysoką burtę, łamiąc paznokieć. Wylądowała na twardych deskach, między skrzynkami z amunicją a młodym żołnierzem z zabandażowaną głową, który patrzył w pustkę niewidzącym wzrokiem. Hans wskoczył za nią i naciągnął plandekę.

Ciemność. W środku śmierdziało spalinami i strachem. Silnik zaryczał, samochód szarpnął. Ruszyli.

Greta podczołgała się na tył pojazdu, uchylając rąbek brezentu. Widziała oddalający się budynek szkoły. Czerwona cegła, wybite szyby. Brama wjazdowa. I wtedy go zobaczyła.

Na chodnik przed szkołą wbiegł mężczyzna w kolejarskim mundurze. Zdyszany, rozglądał się gorączkowo, zaczepiając uciekających sanitariuszy. Wilhelm. Jej ojciec.

- Tato! - krzyknęła Greta, ale jej głos zginął w warkocie silnika i zgrzycie skrzyni biegów.

Ciężarówka przyspieszała. Wilhelm wbiegł na dziedziniec, prosto pod lufy żandarmów osłaniających odwrót. Widziała, jak gestykuluje, jak pokazuje ręką na budynek. Szukał jej. Przyszedł po nią, tak jak obiecał matce.

- Tato! Tutaj! - wrzasnęła znowu, wychylając się niebezpiecznie.

Hans złapał ją w pasie i szarpnął do tyłu.

- Zwariowałaś?! Zastrzelą nas! Siedź cicho!

- To mój ojciec! On tam jest! Muszę wysiąść!

- Za późno! - krzyknął Hans, przyciskając ją do podłogi. - Spójrz!

Greta popatrzyła przez szparę po raz ostatni. Ojciec stał na środku pustoszejącego dziedzińca. Był małą granatową plamką na tle brudnego śniegu. Opuścił ręce. Patrzył na odjeżdżające ciężarówki. Czy ją widział? Czy wiedział, że jego córka właśnie ucieka z ludźmi, których on uważał za okupantów?

Ciężarówka skręciła w Bahnhofstraße, ulicę Dworcową, a potem w stronę szosy na Gliwice. Szkoła zniknęła za zakrętem.

Greta opadła na deski. Szloch wstrząsnął jej ciałem tak mocno, że nie mogła złapać tchu. Zostawiła go. Zostawiła ich wszystkich. Myślała, że ratuje ich przed hańbą posiadania "niemieckiej" córki. W tej chwili jednak czuła się jak zdrajczyni.

Samochód podskakiwał na wybojach, wioząc ją w nieznane, na zachód, do kraju, który nie był jej domem. A za jej plecami, nad Rudą, niebo zaczynało ciemnieć, zwiastując nadchodzącą noc i nadciągający front.

Przypisy

1 Podczas II wojny światowej funkcjonowała niemiecka nazwa - Ruda O/S (Ruda in Oberschlesien). ?

2 Grube chusty (w gwarze śl.). ?

3 Chodzi o opaski noszone przez członków niemieckiej formacji pospolitego ruszenia powołanej pod koniec II wojny światowej. ?

4 Niemiecka lista narodowościowa, wprowadzona przez władze okupacyjne w celu selekcji ludności na terenach podbitych według stopnia ich powiązania z niemieckością. ?

5 Tradycyjna śląska zupa, przygotowywana z czerstwego chleba, czosnku i tłuszczu (smalcu lub masła) zalanych wrzątkiem. ?

6 Tak (w gwarze śl.). ?

7 Tramwaje (w gwarze śl.). ?

8 Niemieckie Koleje Państwowe; w okresie okupacji zarządzały transportem kolejowym na terenach wcielonych do Rzeszy oraz w Generalnym Gubernatorstwie. ?

9 Kredens (w gwarze śl.). ?

10 Obecnie Wrocław. ?

11 Niemiecka straż kolejowa odpowiedzialna za bezpieczeństwo dworców, torowisk oraz ochronę transportów przed sabotażem. ?

12 Gdzie? (w gwarze śl.). ?

13 Szpital wojskowy, najczęściej polowy lub tymczasowy, organizowany w pobliżu frontu albo w zaadaptowanych budynkach publicznych. ?

14 Z Bogiem (w gwarze śl.). ?

15 Starszy lekarz (niem.). W niemieckim systemie wojskowym i cywilnym odpowiednik ordynatora lub lekarza kierującego oddziałem w lazarecie. ?

16 Wieś w Prusach Wschodnich, miejsce masakry niemieckiej ludności cywilnej dokonanej przez żołnierzy Armii Czerwonej w październiku 1944 roku; wydarzenie to było szeroko wykorzystywane przez niemiecką propagandę do budzenia lęku przed Sowietami. ?

17 Niemiecka solidność (niem.). ?

18 Rzesza Niemiecka (niem.). ?

19 Potoczna nazwa radzieckich wyrzutni rakietowych. ?