Rok 2014
Alicja urządziła swoje mieszkanie w sposób surowy, ale przemyślany. Nie było tu zbędnych bibelotów ani kolorowych ozdób - tylko to, co funkcjonalne i spójne z jej estetyką. Ściany pomalowała na ciemny grafit, a na podłodze zostawiła stare deski. Meble były proste, starannie wybrane - czarne, drewniane, o minimalistycznych formach.
W kącie pokoju stała duża maszyna do szycia, model sprzed kilku dekad, z masywnym żeliwnym korpusem. Obok niej - półki wypełnione materiałami, wszystkie w odcieniach czerni, od głębokiego antracytu po tę wpadającą w granat. Tkaniny zostały starannie poskładane, a nici ułożone w równych rzędach. Nic tu nie było przypadkowe.
W sypialni znajdowały się wąskie łóżko z metalową ramą, prosta szafa i mały stolik nocny. Na parapecie w czarnej donicy rósł bluszcz o długich, wijących się pędach, jedyny akcent życia w tym ascetycznym mieszkaniu, ale Alicja pozwalała mu rozrastać się bez ograniczeń, jakby dostrzegała w nim swój własny charakter - zdecydowany, niezłomny, gotowy przetrwać mimo wszystko.
Jej przestrzeń nie była jednak zimna czy ponura, tylko na swój sposób uporządkowana, pełna spokoju i harmonii. To było miejsce stworzone dla kogoś, kto nie potrzebował rozproszeń, kto najlepiej czuł się w surowej prostocie. To było miejsce Alicji.
- Pora na herbatę - mruknęła pod nosem, a kilka sekund później zmarszczyła czoło, bo nagle usłyszała dziwne dźwięki dochodzące z ulicy. Nie były to zwyczajne odgłosy przechodniów ani przypadkowa rozmowa - całość wybrzmiewała dość ostro, a napięcie niemal wibrowało w powietrzu. Zaciekawiona podeszła do drzwi wejściowych, lekko je uchyliła i wyjrzała na zewnątrz.
Tuż przy krawężniku stała kobieta. Jej sylwetka była pochylona, a ręce zaciskały się na pasku sporej granatowej torby. Naprzeciwko niej stał mężczyzna - wysoki, postawny, z twarzą zamazaną cieniem latarni. Słowa, które padały, były ostre, krótkie, pełne niedopowiedzianych wyrzutów.
- Nie chcę cię więcej widzieć - oznajmiła ostatecznie kobieta. Jej głos był zmęczony, ale zdecydowany, spojrzenie zaś harde, nieakceptujące żadnych kompromisów.
Mężczyzna coś odpowiedział, lecz jego słowa zginęły w zgrzycie zamykanych drzwi samochodu. Kobieta zrobiła krok w tył i położyła dłoń na murze kamienicy, jakby potrzebowała oparcia. W jej ruchach można było wyczuć napięcie wymieszane z ledwo powstrzymywanym gniewem, ale także rodzaj ulgi.
- Jedź do diabła - dodała cicho, ale na tyle głośno, by zabrzmiało jak rozkaz.
Silnik zawarczał, światła przesunęły się po ścianach budynku, a potem auto odjechało, zostawiając ją samą na pustej ulicy. Przez chwilę kobieta wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stał samochód, a następnie sięgnęła do kieszeni płaszcza, wyjęła papierosa i zapaliła go. Dym uniósł się leniwie, rozpuszczając się w chłodnym wieczornym powietrzu. Jej dłoń nieznacznie drżała, jakby adrenalina jeszcze nie opadła.
Alicja patrzyła na nią przez uchylone drzwi. Z jakiegoś powodu nie potrafiła odwrócić wzroku. Kobieta była dla niej obcą osobą, a jednocześnie dziwnie znajomą, zupełnie jak ktoś, kogo już kiedyś spotkało się w innym życiu.
Cofnęła się do kuchni, a chwilę później wyszła przed dom, trzymając w dłoniach dwa kubki kawy. Gorącej, parującej, mocnej - takiej, która koiła bardziej aromatem niż smakiem. Wrzesień pachniał mokrymi liśćmi i zapowiedzią deszczu. Powietrze było wilgotne, a chłód wciskał się pod ubrania.
Kobieta nadal stała przy murze kamienicy, z torbą u stóp, zapatrzona w niebo. Zgasiła butem niedopałek papierosa i szczelniej otuliła się kurtką. Alicja wyciągnęła w jej stronę rękę z kawą. Nieznajoma nie okazała zdziwienia i, zupełnie jakby to było coś naturalnego, wzięła kubek, by ogrzać nim dłonie.
- Agnieszka - mruknęła tylko.
- Alicja.
Stały tak przez dłuższą chwilę, wsłuchane w szelest pierwszych kropli deszczu odbijających się od parapetów. Alicja upiła łyk kawy, czując jej ciepło rozlewające się po ciele. Agnieszka również uniosła kubek do ust i zamknęła oczy. Milczenie między nimi było jak miękki koc, nie miało w sobie nic z niezręczności, było wygodne, znajome. W tej ciszy nie chodziło tylko o zwykłą wymianę spojrzeń, ale o uznanie, akceptację, jakieś ciche porozumienie, którego nie trzeba nazywać.
Alicja odetchnęła głęboko. Wiedziała, że od tej pory w kamienicy nie będzie już mieszkać sama.
Agnieszka miała czterdzieści dwa lata, ale wyglądała na co najmniej dekadę mniej. Nie była typem kobiety, która świadomie zabiega o młodość - jej uroda zdawała się trwać w zawieszeniu gdzieś między dzieciństwem a dorosłością. Miała rude włosy do ramion, lekko kręcone. Do tego duże niebieskie oczy, okolone ładnymi ciemnymi rzęsami. Kilka piegów rozsianych na policzkach, małą bliznę na nosie i wąskie brwi. Drobna, szczupła, energiczna. Ubierała się zwykle w luźne dresy, jakby unikała wszystkiego, co mogłoby nadać jej sylwetce wyraźniejszy kształt. Nie była osobą, która mówi tylko po to, by wypełnić przestrzeń dźwiękiem. Wolała raczej milczeć, by nie tracić energii na niepotrzebne słowa. Nie lubiła kotów, ale to osobna historia.
Agnieszka obejrzała wszystkie wolne mieszkania, ale od początku wiedziała, że wybierze to na pierwszym piętrze. Miało ono dwa duże okna wychodzące na ulicę i jedno skierowane na podwórko - małe, z widokiem na dachy sąsiednich domów - nierówne, przysypane liśćmi i zgubionymi przez wiatr reklamówkami. Podeszła do parapetu i przejechała po nim dłonią - farba łuszczyła się cienkimi płatkami, jak stara skóra, ale drewno pod spodem było zdrowe.
Alicja czekała w drzwiach, oparta o framugę.
- Mogę pomalować tak, jak chcę? - spytała Agnieszka.
- Możesz - odparła właścicielka, wzruszając ramionami.
Nie padło pytanie: "Na jaki kolor?" i to było bardzo fajne. Agnieszka nie lubiła bieli. Była zbyt sterylna. Zbyt podatna na zabrudzenia. Zbyt nijaka. Ściany musiały coś mówić, mieć odcień jej myśli. Pewnie wybierze popielaty, może ciemny błękit, a może trochę ochry. Na razie jednak nie miało to większego znaczenia. Ważniejsza była przestrzeń.
- A mogę zburzyć ścianę? - Wskazała na tę dzielącą kuchnię od pokoju.
Alicja spojrzała na nią z zaciekawieniem, unosząc brwi.
- Nie lubię ciasnych pomieszczeń - wyjaśniła Agnieszka. - Kuchnia jest jak klatka. Nie umiem wtedy swobodnie oddychać.
Alicja otworzyła usta, jakby chciała coś dodać, ale zamiast tego tylko skinęła głową. Zrozumiała. To nie była kobieta, która potrzebowała ścian.
- Jest działowa - powiedziała tylko. - Możesz burzyć.
***
To miała być zwykła rozmowa, ale przerodziła się w kłótnię o kota. Agnieszka pamiętała ten wieczór dokładnie - dźwięk telewizora szumiącego w tle, zapach herbaty miętowej, którą zdążyła zaparzyć, zanim usiadła naprzeciwko niego. Była gotowa, przemyślała każde zdanie.
- Musimy porozmawiać - powiedziała, ale Marek nawet nie podniósł głowy znad telefonu. Zamiast tego pokręcił nosem, spojrzał na zwiniętego w kącie kanapy sierściucha i mruknął:
- Wydaje mi się, że coś mu jest. Patrz, jakiś taki osowiały.
Zgrzytnęła zębami. Chciała wrzasnąć, że nie chodzi o kota. Że chodzi o nich. Że jest zmęczona. Że przez ostatnie miesiące czuła się bardziej jak jego współlokatorka niż partnerka. Ale on wpatrywał się w futrzastą twarz Kinga, jakby właśnie tam, w tych jego zwężonych źrenicach i wylizanych wąsach, kryła się prawdziwa odpowiedź.
- Może jest chory - dodał, wstając i podchodząc do zwierzęcia. - Chyba trzeba go zabrać do weterynarza. Może czymś się struł.
Agnieszka przycisnęła palce do skroni. Nie. To nie miało sensu. Nie była zła na kota. Była zła na Marka, że zamiast rozmawiać, zawsze znajdował jakiś temat zastępczy. Kot, praca, kursy walut, pogoda, korek na obwodnicy, zepsuty odkurzacz, niedziałające radio, śrubki, przewody, kable. Każdy temat był ważniejszy od nich i pozwalał uniknąć tego, czego unikał od miesięcy. Dialogu.
- Możemy pogadać o czymś innym? - spytała, starając się, by jej głos nie brzmiał jak dźwięk świeżo naostrzonej piły.
Ale on już był w innym miejscu. Już szukał w internecie objawów kociej apatii, już zastanawiał się, czy powinien zmienić karmę, już dzwonił do znajomego, który też miał kota i "znał się na takich rzeczach".
I wtedy zrozumiała. To nie było chwilowe. To nie był zbieg okoliczności. Tak wyglądało ich życie. Oboje krążyli wokół siebie jak satelity, udając, że są razem, ale nigdy tak naprawdę nie będąc w tym samym miejscu. Kot stał się tylko symbolem. W oczach Marka, w jego dotyku i słowach, zawsze przebijało się coś ważniejszego. I to nigdy nie była ona.
Kilka tygodni później spakowała walizki i po prostu wyszła. Bez pożegnań, bez dramatów. Kot został. A ona po raz pierwszy od dawna mogła oddychać. Tylko po jaką cholerę wróciła? Bo znowu ją przebłagał i obiecał złote góry? Jak długo można być tak naiwną?
Wróciła do Marka z nadzieją na lepsze jutro i pojutrze. Ale szybko się okazało, że znowu przegrała nie tylko z kotem, ale i pewną panią weterynarz, która tym kotem się zajmowała. Zobaczyła ich na ulicy. Nie trzymali się za ręce, nie patrzyli na siebie w sposób, który wszystko zdradza. A jednak w tym obrazie było coś intymnego. Może to, że szli zbyt blisko siebie, może to, że ta kobieta mówiła, a on słuchał, naprawdę słuchał, nie jak wtedy, kiedy to Agnieszka chciała mu powiedzieć coś ważnego. Może chodziło o to, jak ona się śmiała, a on się nie denerwował - nie przerywał, nie przewracał oczami. Patrzył na nią i uśmiechał się jak ktoś, kto znalazł coś, czego długo szukał.
Agnieszka się zatrzymała. Świat zwolnił, ale nie tak jak w filmie, gdy wszystko dzieje się w ślimaczym tempie i człowiek ma czas na przemyślenia. Nie. To było inne zatrzymanie. Jak wtedy, gdy idzie się bardzo szybko i nagle uderza w szklaną ścianę, której wcześniej się nie zauważyło.
Było zimno, ale ona tego nie czuła. Miała nawet rękawiczki w kieszeni, chociaż był dopiero wrzesień, ale nie założyła ich, mimo iż skóra na dłoniach napięła się od chłodu. Patrzyła, czekając, aż któreś z nich zrobi coś, co nie pozostawi żadnych wątpliwości. Ale oni tylko skręcili w stronę kawiarni, zniknęli za drzwiami i to wystarczyło. Wiedziała.
Nie podeszła. Nie było sensu. Nie chciała sceny na środku ulicy, spojrzeń przypadkowych ludzi, wymuszonych tłumaczeń. To nie był czas na krzyki. To był moment na zrozumienie, że znowu zaufała komuś, kto nie umiał być z nią na serio. Poczuła, jak w brzuchu zaciska się coś twardego, coś, co miało przypominać gniew, ale bardziej przypominało zmęczenie.
Odeszła w przeciwną stronę, nie oglądając się za siebie. W głowie miała jedno zdanie: "Nigdy więcej". Późnym popołudniem bez słowa wyjaśnienia poprosiła Marka, żeby odwiózł ją do znajomej.
- Będziesz u niej mieszkać? - zdumiał się, widząc przygotowaną torbę.
- Tak - odparła przez zaciśnięte zęby.
Nie zapytał o nic więcej, zupełnie jakby go to nie do końca obchodziło.
W samochodzie zaczął marudzić, że utkną w korku, a zbliża się godzina karmienia Kinga.
- Zatrzymaj się! - krzyknęła wtedy.
Wcisnął hamulec i spojrzał na nią wystraszony.
- Co jest? Co się dzieje?
- Nie chcę cię więcej widzieć - powiedziała tylko, szarpnęła za klamkę i wysiadła przed kamienicą Alicji, chociaż to był zupełny przypadek.
A ponieważ życie to suma przypadków, więc wszystko się zgadzało. Na szczęście to był dobry przypadek. Przynajmniej do czasu.