ROZDZIAŁ 2
Zosia złapała smycz i zapięła na obroży Tobiego. Razem zbiegli po schodach na parter. Babcia Krysia i pan Wejn lubili psa i nigdy nie mieli dziewczynce za złe, kiedy przychodziła z nim na pogaduszki. Zosia nacisnęła dzwonek i w mieszkaniu rozbrzmiało donośne ding-dong. Po chwili drzwisię otworzyły i stanął w nich Jerzy.
- O, Zosieńka, a co ona tu robi? Czy ona przypadkiem nie jest chora?
Zosia uśmiechnęła się radośnie do starszego pana, a następnie wspięła na palce i cmoknęła sąsiada w policzek.
- Już prawie jestem zdrowa. Mama mówiła, że za chwilę będę mogła pójść do szkoły. Chociaż, przyznam szczerze, nie tęsknię za moimi koleżankami z klasy.
- Niech ona wreszcie wchodzi do środka, bo od tych drzwi na dole ziąb leci jak diabli. - Jerzy Witenberg złapał Zosię za rękę i wciągnął do przedpokoju razem z psem zamaszyście merdającym ogonem. - Ten to chociaż ma futro na sobie, a ja...
- Panie Wejn, chyba czegoś nie rozumiem. - Dziewczynka odpięła smycz, aby Tobi mógł swobodnie przywitać się z sąsiadem. Ustawiła równiutko buty na specjalnie do tego przygotowanej podkładce i powiesiła kurtkę. Dopiero wówczas z ciekawością spojrzała na starszego pana.
- Czego ona znowu nie rozumie? - Jerzy westchnął głęboko i zerknął na stojącą w drzwiach kuchni Krystynę, która radośnie czochrała psa za uszami.
- No bo powiedział pan, cytuję: "Niech ona wreszcie wchodzi do środka, bo od tych drzwi na dole ziąb leci jak diabli".
- No i? Czego ona nie zrozumiała?
- Ano tego, że diabły podobno mieszkają w piekle. Tak?
- No, podobno tak. - Witenberg skinął głową.
- A w piekle podobno są ognie piekielne. Tak?
- No, podobno tak - odpowiedział mężczyzna.
Krystyna zaczęła chichotać, bo już się domyśliła, o co chodzi jej przyszywanej wnuczce. Odwróciła się i weszła do kuchni, obawiając się, że Zosia zaraz powie coś takiego, że ona nie wytrzyma i parsknie śmiechem.
- A ogień jest zimny czy gorący?
- No gorący oczywiście. A co? Ona tego nie wie?
- Ona wie, ale pan chyba nie wie.
- Że co proszę?
- No bo powiedział pan, cytuję: "Bo od tych drzwi na dole ziąb leci jak diabli". To jak to jest możliwe, że diabły mieszkają w gorącym piekle, a leci od nich zimny ziąb?
- O matko jedyna, niech ona nie łapie mnie za słówka. Tak się mówi od wieków i tyle.
- Za słówka nie łapię, ale za rękę mogę. - Zosia roześmiała się i chwyciła dłoń starszego pana, pociągając go w stronę kuchni.
- Ona chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. - Jerzy mrugnął porozumiewawczo do Krystyny, a Zosię mocno do siebie przytulił.
- Zosiu, a ty już naprawdę lepiej się czujesz? - Krystyna podeszła do dziewczynki i spojrzała jej głęboko w oczy.
- Lepiej, lepiej. Gdybym się nie czuła lepiej, to mama nie pozwoliłaby mi do was przyjść. Ale powiedziałam jej, że mam sprawę niecierpiącą trupa, i się zgodziła.
- Że co proszę? Jaką ona ma sprawę? - Jerzy Witenberg zerknął na małą sąsiadkę z zaskoczeniem. - O jakim trupie ona mówi? Ktoś umarł?
- Oj, Jerzy, nie znasz naszej Zośki? Domyślam się, że chciała powiedzieć, że ma sprawę niecierpiącą zwłoki, a ten trup wymsknął jej się przypadkowo.
- No właśnie. - Zosia potakująco kiwnęła głową. - Chociaż jak dla mnie to to samo.
- Nie, kochanie, ponieważ jak się mówi, że coś jest "niecierpiące zwłoki", to nie chodzi o zwłoki jako kogoś nieżyjącego, ale zwłokę jako... opóźnienie w dokonaniu czegoś.
- No dobrze, nieważne. Chyba jeszcze nie jestem na tyle duża, żeby zrozumieć język dorosłych. Trup czy zwłoki to teraz najmniej ważne, bo ja muszę się dowiedzieć, czy znacie tego pana, co mieszka na drugim piętrze po drugiej stronie ulicy.
- A co, on umarł? Skąd ona to wie, jak z domu nie wychodzi? - Jerzy ze smutkiem zerknął na Zosię, a następnie przeniósł wzrok na Krystynę.
- Dlaczego umarł? Przecież ja nic takiego nie powiedziałam - obruszyła się Zosia.
- No ale mówiła o trupie...
- Kochani, nie mogę słuchać tego waszego gadania, rozmawiacie jak głuchy z niemową. Jerzy, ty się przez chwilę nie odzywaj. Teraz ja przejmuję stery w tej konwersacji. - Krystyna pogłaskała mężczyznę po policzku i usiadła obok Zosi przy stole. - Powiedz, kochana, jeszcze raz, o co chodzi z tym panem, bo zrobiliście trochę zamieszania swoim dialogiem.
- No bo po drugiej stronie ulicy jest dom, w którym na drugim piętrze mieszka taki pan. On jest chyba taki sta... no, ma chyba tyle lat co wy albo może trochę więcej. Ja go, babciu Krysiu, dotąd chyba nie widziałam albo może widziałam, ale nie zwracałam na niego uwagi, i dzisiaj on do mnie pomachał.
- Jak to on do niej pomachał? - zdenerwował się Jerzy. - Co to znaczy, że pomachał?
- Jerzy, spokojnie.
- Ojej, no siedziałam sobie na oknie, to znaczy na parapecie, i nagle zobaczyłam go, jak stoi w swoim oknie, no i ja do niego pomachałam, ale on się szybko schował, tak jakby się mnie wystraszył, a potem znowu się pokazał i ja do niego znowu pomachałam i on mi odmachał.
- Wolniej! Wolniej! Niech ona tak nie leci jak pociski z karabinu maszynowego.
- A co pan znowu z tym karabinem, panie Wejn? Czy ja w wojsku jestem? - Zosia groźnie popatrzyła na sąsiada.
- Kochani, spokojnie. - Krystyna stanęła między Zosią a Jerzym. - Zosieńko, cieszę się, że nawiązałaś nić porozumienia z Erykiem, bo on jest strasznym odludkiem, jeszcze większym, niż kiedyś był Jerzy.
- No tego bym się po niej nie spodziewał - szepnął Witenberg i spojrzał na kobietę z obrażoną miną. - Najpierw byłem starym zgredem, a teraz odludkiem, ciekawe, co ona jeszcze na mnie wymyśli...
- Jureczku, daj spokój. Wszyscy wiemy, jak unikałeś ludzi. Nie utrzymywałeś kontaktów z sąsiadami. Gdyby nie nasza Zosieńka, to pewnie zmarłbyś w samotności w tym swoim mieszkaniu. - Krystyna przytuliła się do mężczyzny i mrugnęła porozumiewawczo do wnuczki. - To mówisz, kochana, że stał w oknie? Wiesz, chyba to dobry znak.
- Ale dlaczego? - zapytała Zosia nieco skonsternowana.
- Bo widzisz, dziecko, on tutaj mieszka od zawsze. Przynajmniej ja pamiętam, jak się wprowadziłam, to on chyba już tu był. Kiedyś mieszkali z nim żona i dwaj synowie. Chłopcy nawet bawili się na podwórku z moim synem. Eryka nie było miesiącami w domu, bo pływał. Potem jego synowie dorośli i podobno jeden po drugim powyjeżdżali za granicę. Z tego, co słyszałam, poszli w ślady ojca i też zostali marynarzami. Eryk został sam z żoną, ale rzadko widywano ich razem. Ona była taka cicha, spokojna i też nie utrzymywała kontaktów z sąsiadami. Uczyła gry na pianinie. Kiedyś często słychać było przez okna, szczególnie latem, jak gra albo jak grają jej uczniowie.
- To była piękna kobieta - szepnął Jerzy. - Czasami widywałem ją, jak podlewała kwiatki na parapecie. Po jej śmierci wszystkie kwiaty umarły razem z nią, ten stetryczały dziad nawet ich nie podlewał. Obserwowałem, jak usychały.
- Nie mów tak o nim, Jureczku. Załamał się po śmierci Anny tak, jak ty się załamałeś po śmierci swojej żony.
- Pewnie tak.
- To znaczy, że wy znacie tego pana? - ucieszyła się Zosia.
- I tak, i nie - odpowiedzieli razem Krystyna i Jerzy.
- Wiemy, że tam mieszka, czasami widywałam go w sklepie za rogiem, jak robił drobne zakupy, ale on już chyba prawie nie wychodzi z domu. Pani Jagielska mówiła, że większość produktów mu przywożą, chyba któryś z synów zamawia przez internet czy jakoś tak.
- Ale niech ona nie myśli, żeby do niego iść! - Jerzy pogroził Zosi palcem przed twarzą. - Nie wiadomo, co on by zrobił, taki dziwak.
- Ale panie Wejn, ja wcale nie mam zamiaru do niego chodzić, chociaż... - zastanowiła się Zosia. - Może przecież czasami potrzebować pomocy.
- On żadnej pomocy nie potrzebuje, a ona nie musi się rwać z dobroczynnością do wszystkich, bo...
- Spokojnie, Jureczku, nie irytuj się tak. - Krystyna jak zwykle zaczęła go uspokajać. - Zosiu, cieszę się, że Eryk cię zauważył. Obserwuj go, jak będziesz w domu, to bardzo samotny człowiek. Myślę, że twoja obecność, nawet zza szyby okiennej po drugiej stronie ulicy, sprawi, że poczuje się raźniej. Może kiedyś wybierzemy się do niego razem z wizytą.
- No chyba ona żartuje! - Jerzy nie wytrzymał, wstał i ostentacyjnie wyszedł z kuchni.
- Babciu Krysiu, pan Wejn chyba jest zazdrosny o tego pana Eryka - szepnęła Zosia.
- Nie przejmuj się nim, do jutra mu przejdzie. Wiesz, jaki on jest. Ale myślę, że Eryk ucieszył się, jak do niego pomachałaś.
- Też tak myślę, bo nawet się tak trochę do mnie uśmiechnął. Lecę do domu, bo mama pewnie się martwi, co ja tak długo robię u was.
W tym samym momencie wszyscy usłyszeli dźwięk dzwonka.
- Oho, o wilku mowa - zawołała Krystyna i poszła otworzyć drzwi.
Na progu stał Radek, trzymając na rękach owiniętą w kocyk córeczkę. Izabela stała przy drzwiach wyjściowych przy wózku. Widać było, że wybierają się na spacer.
- Przyszliśmy po Tobiego, bo jego pani jeszcze nie powinna wychodzić na dwór. - Radek podał dziecko Izabeli i schylił się, aby zapiąć psu smycz. - Zosiu, my idziemy na jakieś pół godziny, a ty jak chcesz, to zostań tutaj albo idź do domu.
- Idę do domu, muszę sprawdzić, czy u pana Eryka pali się światło w pokoju.
- U kogo? - Radek spojrzał ze zdziwieniem na Krystynę i na Zosię.
- Jego pasierbica ubzdurała sobie, że będzie naprawiała świat, i właśnie znalazła kolejną ofiarę - burknął wychodzący z pokoju Jerzy.
- Jaką ofiarę? - zaśmiał się Radek. - Zosiu, co ty znowu wymyśliłaś?
- Oj tam, oj tam. Pan Wejn tak tylko mówi. Wytłumaczę wam wszystko w domu.
Zanim dorośli się zorientowali, Zosia już pędziła na górę.
Pani Krystyna tylko wzruszyła ramionami i z uśmiechem pożegnała Radka i Izabelę.
Zosia wbiegła do mieszkania i od razu skierowała się do swojego pokoju. Nie zapalając światła, stanęła w oknie i spojrzała naprzeciwko. Zza okna pana Eryka prześwitywał tylko bardzo delikatny blask, tak jakby paliła się jakaś mała lampka albo telewizor. Rolety były zasłonięte, tak że nie widziała niczego, co znajdowało się w pokoju sąsiada. Zosia posmutniała, ale zaraz pomyślała, że przecież jutro na pewno go zobaczy. Usiadła przy biurku i zaczęła rysować. Odruchowo znów naszkicowała gdańską kamienicę i stojącego w oknie człowieka. Ale tym razem namalowała na parapecie kwiatki w doniczkach i słońce radośnie wychylające się nad dachem budynku. Uśmiechnęła się do swojego rysunku. Postanowiła poprosić babcię Krysię, żeby zaniosła ten obrazek panu Erykowi.