Kamień zagłady - Grzegorz Gawlik

Reflow text when sidebars are open.
GRZEGORZ GAWLIK
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2013
? Copyright by Grzegorz Gawlik, 2013
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska
Korekta: Klaudia Dróżdż, Bogusława Otfinowska, Karol Rutski
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI - InkPad
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-63506-34-6
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
WYROK
Mimo wyraźnego chłodu, panowała ciepła atmosfera i niebo było bezchmurne. Po jednej stronie widniała biała kopuła Mount Marcus Baker, po drugiej zatoka Cook Inlet. W pięknie położonym domu na obrzeżach Anchorage panował imprezowy nastrój. Gregory Davis obchodził trzydzieste drugie urodziny. Był pierwszy maja roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego. Powoli na tereny Alaski wkraczała wiosna. Dom Grega, bo tak nazywano solenizanta, znajdował się nad brzegiem zatoki, która w tym miejscu bardziej niż część morza przypominała mocno zamulone jezioro. Przy czym pływy morskie nie miały tu nic do rzeczy. Nawet podczas przypływu brzegi zatoki niczym nie przypominały tych w nadmorskich kurortach. Dom, z którego dochodziły odgłosy urodzinowej imprezy, zaskakiwał prostotą. Do tego drewniany, z piętrem sypialnym, nieróżniący się od okolicznych, z wyjątkiem garaży zbudowanych częściowo poniżej poziomu trawnika. Wręcz nijaki z zewnątrz, wewnątrz urządzony gustownie i przytulnie. Wszystko znajdowało się w nim na swoim miejscu i w odpowiedniej ilości. Co bez wątpienia było zasługą żony solenizanta Susan Davis. Dom bez przepychu, ale odzwierciedlający status materialny właścicieli. Znanych i szanowanych w okolicy prawników. Choć sława Grega od niedawna wykraczała poza Alaskę. Został bowiem najmłodszym sędzią Sądu Najwyższego. To jednak tylko w połowie tłumaczyło zainteresowanie jego osobą ze strony mediów. Członkowie tego gremium to byli przecież zazwyczaj starsi, gburowaci panowie. Kobiet niewiele. Zresztą wszystkich cechowało to samo: lekceważenie środków masowego przekazu i obnoszenie się na każdym kroku ze swoją władzą oraz zamożnością. I nagle pod naporem opinii publicznej pojawił się młody prawnik. Uśmiechnięty i wygadany. Widać, że jeszcze niepokorny idealista. Atrakcyjny profil też miał pewnie znaczenie. Kamera go lubiła. Dziennikarki również. Gregory nigdy nie odmawiał wywiadu czy rozmowy z dziennikarzami. Uznawał to za swoją powinność. Od lat najmłodszych lubił być w centrum zainteresowania. W szkole, w pracy, na imprezach dusza towarzystwa. Miał parcie na szkło. Tak od czasów zrodzenia się dziennikarstwa telewizyjnego charakteryzuje się osoby, które ciągnie nie tyle do blasku fleszów, ile do obiektywów kamer. Lecz to nie dzięki nominacji na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego Gregory Davis stał się osobą powszechnie znaną w całym kraju. Zawdzięczał to ostatniemu wydarzeniu w jego zawodowym życiu. Jego nazwisko nie schodziło z tego powodu z czołówek gazet i telewizyjnych serwisów informacyjnych. Nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Sprawa nabrała ogólnoświatowego rozgłosu. A wszystko za sprawą niejakiego Lucasa Eanesa, który brutalnie zamordował swoją rodzinę. Niby przypadek nieodosobniony, ale mocno nagłośniony przez media. Ława przysięgłych, której przewodniczył, skazała go na karę śmierci.
Gregory po tym wszystkim chciał odpocząć od tego całego zgiełku. Dlatego na przyjęcie urodzinowe zaprosił tylko najbliższych. Oprócz żony Susan i ich pięcioletniej córki o tym samym imieniu, byli jeszcze tylko matka Laura i stary przyjaciel z czasów studiów George Miles. A także zwierzęta domowe: dwa psy i kot. Przyjęcie było mało liczne, ale potraw i jedzenia jak dla stu osób. Żona z matką solenizanta postarały się. Rodzice Susan nie brali udziału w świętowaniu, bo niestety zginęli w wypadku samochodowym, wraz z nimi zginęła jej młodsza siostra Magy. Były to skądinąd zamierzchłe wydarzenia, do których Susan nie lubiła wracać. Nigdy tak naprawdę nie pogodziła się z tym.
Gregory zawsze miał słabość do pięknych kobiet, nie może więc dziwić, iż Susan niewątpliwie się do nich zaliczała. Długie ciemne blond włosy, wzrost przeciętny. Chyba że włożyła wysokie szpilki, co Gregory uwielbiał. I te jej ruchy bioder w małej czarnej. Mama Susan zawsze powtarzała, że kobieta musi być mądra i kobieca. Nie wulgarna, nie chłopczyca, musi być w stanie znaleźć złoty środek. Ale czy to wystarczające, by zainteresować na dłużej kogoś takiego, jak Greg? Brzydzącego się nudą, a co gorsza, szukającego ciągle okazji do jakiegoś wariactwa. Mając to na uwadze, odpowiedź nasuwała się przecząca. Szalona noc, przelotny romans – owszem. Tylko to nie z Susan. Jej takie relacje z mężczyznami nie interesowały. Dołożyła więc do rad matki twardy charakter, pewność siebie i nienaganną figurę, jak przystało na miłośniczkę aktywności fizycznej. Wszystko razem zadziałało swego czasu na Grega jak najsmaczniejszy robak na wielką rybę.
"Pięknych kobiet jest dużo, inteligentnych także, ale tylko nikła część łączy obie te grupy przymiotów" – Greg wielokrotnie przytaczał te słowa. I być może dlatego dosyć długo czekał na tę swoją Susan. Mówił też często, że kobieta, z którą ma dzielić życie, musi świetnie sobie radzić w stroju moro w błotnistym lesie, jak i na eleganckim balu. Na tym ostatnim ma być nie tylko biżuterią mężczyzny, ale pełnoprawnym członkiem toczących się tam rozmów, z własnym zdaniem. Gregory'ego zawsze irytowało, gdy ktoś ciągle mu przytakiwał. Możliwość polemiki, zapoznania się z innym punktem widzenia – to zawsze cenił. Na padające co jakiś czas pytanie Susan: "Za co ty mnie właściwie kochasz?", nie odpowiadał na odczepnego, że za wszystko, tylko: "Zakochałem się w twoim umyśle, to jest najpiękniejsza część twojego ciała". Jako że obojgu poczucie humoru nie było obce, Susan, by się trochę podroczyć, kiwała przecząco głową i mówiła: "Nieprawda, to przez moją krótką spódniczkę, gdy pierwszy raz rozmawialiśmy". On wtedy przytakiwał, ale zaraz dodawał, że ta spódniczka, owszem, wywarła na nim wrażenie, ale on się będzie trzymał swojej wersji – chodziło o mózg. To nie znaczy, że fizyczność go nie interesowała. Zawsze cenił wdzięki kobiet. Gdy był młodszy, wystarczały mu same wdzięki. Zresztą szybko się nimi nudził. Z czasem doszedł do wniosku, że inteligencja plus atrakcyjność fizyczna kobiety to jest to, co go interesuje, a tracić czas na kogoś, kto ma tylko to drugie, jest bez sensu. Przy czym nie było nieuczciwe z jego strony, gdy na pytanie: "Co ci się podoba zewnętrznie najbardziej u kobiety?", odpowiadał: "Twarz". Gdy ona zyskiwała aprobatę, reszta nie miała większego znaczenia. Jak reszta była super, a twarz nie bardzo, to ta reszta traciła blask. Taka była filozofia Gregory'ego odnośnie do kobiet.
Susan była jego rówieśniczką. Poznali się na studiach prawniczych w Nowym Jorku, na uniwersytecie Columbia. Skończyła je ze świetnymi wynikami. I spełniała się, prowadząc własną kancelarię notarialną. Ich drogi połączyła przypadkowa rozmowa w bibliotece pod koniec studiów. Coś zaiskrzyło, co obojgu nie dawało spokoju. Susan po latach wspominała, że Gregory miał w sobie coś przyciągającego, co trwa do dzisiaj, a trudno jej to do końca wytłumaczyć. Znali się wcześniej z widzenia. A Grega znali wszyscy, bo musiał się wyróżniać. Inaczej nie byłby sobą. Bezczelny ignorant, chodzący pod prąd, wytykający błędy i głupotę niektórym profesorom. Kłopoty i kontrowersje to była jego specjalność. Wkurzający. A gdy inni zakuwali, w tym Susan – porządna studentka – on jeździł wspinać się w góry, coraz dalsze, dziksze i wyższe. Wszyscy znali jego szydercze powiedzonka: "Skromność to moje drugie imię" albo: "Mam ciekawsze rzeczy do roboty niż tracenie czasu z nudnymi kobietami". Gregory przy pierwszym kontakcie był raczej odpychający ze względu na styl bycia. Susan strasznie denerwowało, że gdy mężczyźni wokół uganiali się za kobietami, on udawał niewzruszonego i komunikował swoim zachowaniem: "To wy uganiajcie się za mną". Z kolei kadra profesorska dostawała rozdwojenia jaźni. Raz chciano wyrzucić go ze studiów, innym razem zrobić wszystko, by jak najszybciej opuścił mury uczelni z tytułem magistra. Profesorowie mówili o nim: "Nieprzeciętnie inteligentny obibok". Siedzenie nad książkami to nie była nigdy jego specjalność. Zawsze próbował się prześlizgnąć przez egzaminy jak najmniejszym kosztem. Dlatego był zszokowany, gdy otrzymał nominację do Sądu Najwyższego. Wręcz długo podejrzewał żart z czyjejś strony. Gdy jednak okazało się to prawdą, śmiał się na myśl, że przynajmniej połowa jego byłych wykładowców zapewne jest bliska zawału serca. Szkoda, że nie widział ich min. Myli się jednak ten, kto myśli, iż w jego ocenie byli lepsi do objęcia tej zacnej funkcji. W końcu stało się to, o czym zawsze mówił. Ktoś, i to nie byle kto, docenił, że najważniejsze są bystry umysł i logiczne myślenie, a nie wkuwanie dniami i nocami jakichś bzdur na pamięć. On właśnie za to, że tego nie robił, na studiach ciągle miał problemy. Ile razy słyszał od profesorów na egzaminach: "Pan logicznie myśli, ale nie nauczył się pan mojej książki. Przykro mi, spotkamy się jeszcze co najmniej raz". Czyli co, gdyby nauczył się na pamięć tej książki, ale nie myślał logicznie, to byłoby lepiej? – wściekał się ciągle o to.
Tym słowom zaprzeczał fakt, że pierwsza rozmowa Gregory'ego z Susan nastąpiła we wspomnianej już bibliotece. Bo tak po prawdzie, to na takich studiach jak prawnicze i największy obibok musi się trochę pouczyć, by je skończyć. Oboje opowiadali jednak zupełnie inne wersje tego, co się w tej bibliotece wydarzyło. W wersji Grega po prostu coś między nimi od razu zaiskrzyło. W wersji Susan nic nie zaiskrzyło między nimi, tylko Greg tak ją wkurzył, że długo nie mogła dojść do siebie. A przy okazji o nim zapomnieć. Poszło o książkę, na której jej bardzo zależało, a której ostatni egzemplarz tuż przed nią wypożyczył właśnie on, wpychając się do kolejki. I nie chciał oddać, kazał jej spadać. Susan nieraz się zastanawiała, że może coś w tym jest, iż kobiety lubią niegrzecznych facetów. Przynajmniej na początku znajomości. Tym bardziej że po kampusie uniwersyteckim krążyły informacje, jak to kolejna studentka opuszczała rano ze zmierzwionymi włosami wpierw jego pokój w akademiku, a potem wynajęte w pobliżu uczelni mieszkanko. Ale najbardziej wkurzało ją co innego. Nawet przez pewien czas było jej wstyd – bo to ona zabiegała o Grega. Finezyjnie, delikatnie, ale jednak.
Gregory urodził się w Anchorage, najludniejszym mieście na Alasce, lecz od drugiego roku życia mieszkał w Nowym Jorku. Jego matce złożono atrakcyjną propozycję pracy, z której postanowiła skorzystać. Podobnie było zresztą u Susan, z tą różnicą, że to jej ojciec znalazł dobrą pracę w największym mieście USA. Przeprowadziła się wraz z rodziną z Los Angeles w ósmym roku życia. Po studiach zamieszkali w rodzinnym mieście Grega, a trzy lata temu zalegalizowali swój związek oraz – jak przystało na pragmatycznych prawników – podpisali intercyzę. Bo jak oboje zawsze twierdzili, w życiu nigdy nic nie wiadomo. Jeśli wszystko będzie dobrze, intercyza będzie się kurzyć bezużyteczna, ale w razie czego ten dokument zapobiegnie kłótniom o łyżeczki i widelce z zastawy stołowej. Niby oboje nie wyobrażali sobie, by mogli nie być razem, ale po to skończyli prawo, aby życie sobie upraszczać, a nie komplikować. Dla nich to była jedynie czynność prawna. Na przyszłość. Jakby co. Zgodnie uważali, że to głupota mieszać intercyzę z miłością czy zaufaniem. Zupełnie nie o to chodzi w tym wszystkim.
Najdziwniejsze i najmniej spodziewane w tej historii było to, jak zmienił się Gregory. Pod wpływem Susan bez wątpienia. Z niestałego w uczuciach lekkoducha w przykładnego ojca i męża. Gdyby kilka lat wcześniej ktoś coś takiego mu przepowiedział, wyśmiałby go. Wystarczyło jednak krótko przyjrzeć się im obojgu, by widzieć, że partnerstwo naprawdę funkcjonuje w ich związku. Klasyczny do bólu przykład szczęśliwej amerykańskiej rodziny sukcesu. Jedną z konsekwencji tego szczęścia była pięcioletnia córka, również Susan. Łatwo się domyślić, na czyją cześć. Wszystko wskazywało na to, że urodę odziedziczyła po mamusi, a charakterek po tatusiu. Coraz częściej myśleli o drugim dziecku, choć obowiązki zawodowe Grega trochę te zamiary skomplikowały. Częste wyjazdy do Waszyngtonu i stolicy Alaski Juneau zaczynały być dla całej rodziny męczące.
Gdyby ktoś zechciał zapytać o brak ojca Grega na tej rodzinnej uroczystości, odpowiedź była bardzo prosta. Thomas Davis zmarł, gdy Gregory miał dziesięć lat. To nigdy nie była historia, którą lubił opowiadać, ale Thomas nadużywał alkoholu. W pewnym momencie zdiagnozowano u niego marskość wątroby. Stadium zaawansowania było już tak duże, że nie było nawet możliwości przeszczepu. Dlatego wychowała go, jedynaka, matka Laura Davis. Bardzo energiczna i silna kobieta. Ciągle w świetnej formie. Greg od zawsze miał z nią świetne relacje. A wychowanie w środowisku kobiet, zwłaszcza matki i jej koleżanek, niewątpliwie miało wpływ na jego rozwój i postrzeganie świata.
Laura stanowiła przeciwieństwo teściowej z kawałów, pewnie dlatego złapała tak dobry kontakt z Susan. Zresztą ich solidarność kobieca zawsze zwyciężała i Gregory nigdy nie miał z nimi żadnych szans. Wiedział, że zawsze postawią na swoim. Nauczył się nie walczyć z takimi żywiołami, bo to jak stanie na straconej pozycji. Całkowicie nieopłacalne. I to mimo że matka mieszkała w Juneau, stolicy Alaski – godzinę lotu od Anchorage. Laura prowadziła z powodzeniem od lat własną firmę budowlaną. W wolnych chwilach oddawała się pasji podróżowania. Co także uwielbiali Greg i Susan. Tylko on w ostrzejszym wydaniu, a Susan bardziej rekreacyjnie. Laura, mimo sześćdziesięciu lat, też wolała ostrzejsze podróżowanie. Niejedna dwudziestolatka nie dorównywała jej figurą, kondycją, zdrowiem i energią. Susan nie ukrywała, że też chciałaby się tak pięknie zestarzeć.
Gdy mała Susi bawiła się z dwoma owczarkami niemieckimi, Bakerem i Bukerem, a kot Nigel, pers, spał na trawie, pozostali rozmawiali, między innymi na temat ostatniego procesu, w którym Gregory sądził.
– Przyjacielu, ale namieszałeś, stałeś się sławny – z pewnym przekąsem w głosie powiedział George, od lat jego najlepszy przyjaciel.
– Tak George, wiem, że zawsze ciągnęło cię do świateł fleszy, ale nie chciałbyś być na moim miejscu. Było naprawdę ciężko – odpowiedział bez wahania Greg.
– Pewnie masz rację, ale nie udawaj, że się brzydzisz tą popularnością.
– Ale umówmy się, George, w lansowaniu to jednak ty zawsze byłeś mistrzem.
– To prawda, choć byłeś bardzo pojętnym uczniem.
– Wy sobie chłopaki żartujecie, ale nie ma w tym nic zabawnego – przerwała im Susan. – Czułam, ile go ta sprawa kosztuje, był ciągle nieobecny, w innym świecie. Greg jeszcze nigdy nie brał udziału w tak poważnej sprawie. Dał nam wszystkim nieźle popalić.
– To prawda, dzięki, że to wytrzymaliście. Cały czas analizowałem w głowie materiał dowodowy. Chciałem, by ława przysięgłych wydała przemyślany werdykt, który mogłem ogłosić. Nie będę przed wami ukrywał, że chciałem, by przysięgli podjęli taką decyzję. Ani tego, że miałem wpływ na nich. To była moja najtrudniejsza sprawa, odkąd założyłem togę sędziowską.
– Nie tłumacz się. Wiesz, że zawsze jestem z tobą, ale nie możesz być gościem we własnym domu. Kochanie, tego nie wolno! – Uwagę Susan odwróciła córka, wspinająca się właśnie na drewniane ogrodzenie. Gdy grzecznie z niego zeszła, wrócili do rozmowy.
– Masz rację, teraz będę miał więcej wolnego czasu – głos Grega był jednocześnie zatroskany i przepraszający. Chciał jak najwięcej czasu spędzać z rodziną, a jednocześnie nie rezygnować z kariery. Okazało się to bardzo trudne. Na studiach myślał tylko o sobie i realizacji swoich zamierzeń. Nie musiał się liczyć z niczym i z nikim. Te czasy jednak bezpowrotnie minęły.
– Nie było żadnych okoliczności łagodzących? – przerwał im George, obawiając się, że rozmowa zmierza ku wzajemnym pretensjom dwojga kochających się ludzi.
– Nie. Gdybyś widział, jak zmasakrował własną żonę i dwójkę dzieci, nie miałbyś skrupułów. To był i ciągle jeszcze jest bardzo zły i niebezpieczny człowiek.
– Kiedy odbędzie się egzekucja? Ja bym takich od razu...
– Wiem mamo, powiesiłabyś. Wiem, za jaki męski narząd i wiem, że zanim proces by się odbył. Wyrok musi zostać wykonany do dwóch miesięcy od jego ogłoszenia, czyli pozostały jeszcze dwa tygodnie. Tak czy inaczej, ja teraz biorę urlop.
– Dlaczego ja nic o tym nie wiem? – spytała zdziwiona Laura.
– Teraz mamo wiesz, a po wykonaniu wyroku jedziemy do Azji, na Cypr, we trójkę. Chcę także ogłosić, że po powrocie wezmę udział w wyborach na senatora stanu Nowy Jork, teraz mam szansę, nawet żona prezydenta musi się zacząć ze mną liczyć.
Oboje mieli walczyć o nominację w obozie demokratów, choć chętnych było znacznie więcej, a miejsca tylko dwa, bo tyle mandatów było do obsadzenia. Republikanie też szykowali świetnych kandydatów w tym jakże prestiżowym stanie.
– Żartujesz!? – wykrzyknęli prawie równo wszyscy z wyjątkiem Susan, która już znała te plany.
– Nie żartuję. Obiecano mi poparcie, a przecież wraz z George'em i Susan mieszkaliśmy i studiowaliśmy w Nowym Jorku, to jest argument na moją korzyść. Ale o tym możemy rozmawiać, gdy po urlopie poznam więcej szczegółów. Pewnie nie uniknę wtedy konieczności uzyskania statusu mieszkańca stanu Nowy Jork.
– I pewnie przeprowadzki na stałe, jeśli wygrasz? – dodała niezbyt entuzjastycznie Susan.
– To ty wiedziałaś o tym jego pomyśle!? – spytała Laura z wyczuwalnym żalem w głosie wynikającym z niewiedzy.
– Oczywiście, o wszystkim sobie mówimy. Obiecałam, że nikomu o tym nie powiem. Zachwycona nie jestem, ale to jest rzeczywiście szansa dla Grega. Nie chcę go ograniczać, a swój zawód mogę również wykonywać w Nowym Jorku. Zresztą wiecie, że on się czuje w sprawach życia publicznego, na wiecach, jak ryba w wodzie. Urodzony działacz. Byłby dobrym senatorem. I zamierzam mu w tym pomóc, jak się ostatecznie zdecyduje. Tak Susi? Chcesz coś, nie bawisz się już z Bakerem i Bukerem? – W tym momencie córka wdrapywała się na kolana mamy.
– Bawię się – odpowiedziała, sięgając po ciastko.
– Uważaj, bo wywrócisz wujkowi George'owi szklankę. Może wujek naleje ci soku?
George posłusznie wziął od Susan plastikowy kubek i wlał świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy.
– I co się mówi? – zwrócił się do Susi tata, groźnie na nią spoglądając, choć nie na poważnie.
– Dziękuję. – I sekundę później nie było po niej śladu. Z ciastkiem w jednej ręce i wylewającym się z kubka sokiem w drugiej pobiegła do swoich ukochanych psiaków. W tym samym czasie, gdy Greg prosił córkę o kulturalne zachowanie, George zareagował słowami:
– Nie trzeba...
– Trzeba, trzeba. Jak chcemy mieć dobrze wychowane dziecko, to od najmłodszych lat musimy z Susan tego pilnować.
– Pewnie masz rację, w końcu nie mam dzieci. Greg, powiedz mi szczerze. Zostawisz swoje ukochane góry? – George ciągle nie dowierzał temu, co usłyszał kilka chwil wcześniej.
– Będzie mi żal, ale dzisiaj, w erze samolotów, to nie jest wielki problem znaleźć się w górach.
– Susan, wybij mu to z głowy!
– Wiesz, Lauro, że to nic nie da. Zresztą ja tak jak Greg uwielbiam Nowy Jork. Wielki świat, mimo wszystko cieplejszy klimat. Dobrze się czuję w Anchorage, ale co najmniej tak samo, jeśli nie lepiej będę czuła się w Nowym Jorku. Rozmawialiśmy z psychologiem i dla naszej Susi ta przeprowadzka nie powinna stanowić problemu.
Ich córka, jak dla każdego normalnego rodzica, była największym skarbem. Swoim uśmiechem i urwisowaniem wkupywała się w łaskę wszystkich. W restauracji, gdy biegała między stolikami, każdy chciał jej oddać swoje jedzenie i dorzucić jeszcze puchar lodów. W sklepach dostawała cukierki za darmo, a ekspedientki traktowały ją jak małą królewnę. Susi za to znała imię każdej z nich i nazywała je ciociami.
– A więc decyzja podjęta! Mnie o zdanie nikt nie zapytał! – Laura nie do końca serio okazywała zdenerwowanie. Nie miała w zwyczaju wtrącać się w życie syna i rodziny, którą założył.
– Ależ mamo! Jeszcze żadna stuprocentowa decyzja nie zapadła. I dobrze wiesz, że w naszych relacjach to nic nie zmieni. Poza tym mówiłem ci, przejdź na emeryturę. Podróżuj po świecie i przeprowadź się tak jak my do Nowego Jorku.
– Już ja wiem najlepiej, synu, co mam robić! A co z twoim sędziowaniem, przecież niedawno zostałeś sędzią Sądu Najwyższego!?
– Wiem, że to nie najlepiej wygląda, ale jeśli wystartuję w wyborach, przestanę być apolityczny i będę musiał porzucić togę sędziowską. W końcu zawsze lubiłem ryzyko. Poczekajmy jednak do naszego powrotu z Cypru. Wszystko jeszcze raz przemyślę, zapoznam się z sytuacją i podejmę decyzję.
– Wiesz doskonale, że to jest de facto dożywotnia funkcja – ciągnął George. – Nie przypominam sobie nikogo, kto by z niej zrezygnował. Przecież to prestiż, władza i pieniądze. A ty po roku już nie chcesz być sędzią Sądu Najwyższego. Oszalałeś!
– George ma świętą rację! – przytaknęła mu Laura.
– To co na waszym miejscu powinienem zrobić?
– Już ci tłumaczę, przyjacielu. Poczekaj jeszcze kilka lat, dajmy na to do jednych z kolejnych wyborów. Za cztery albo sześć lat. W tym czasie możesz swoją pozycję znacznie wzmocnić. Wtedy, jeśli nie zmienisz zdania, zrezygnujesz z togi i wystartujesz w wyborach na senatora z Nowego Jorku z dużo większymi szansami na wygraną.
– Też się nad takim rozwiązaniem, George, zastanawiałem.
– No widzisz. Po takiej wolcie drugi raz nominacji do Sądu Najwyższego już nie dostaniesz. Żaden prezydent cię nie zgłosi, a Senat nigdy nie zatwierdzi. Mam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego chcesz zostać senatorem stanu Nowy Jork, a nie Alaski?
– Bo wbrew pozorom tam mam lepsze kontakty i możliwości niż tutaj. Prestiż Nowego Jorku też jest większy. Kocham Anchorage, ale Nowy Jork również. Zawsze się tam świetnie czułem.
– Tu cię akurat rozumiem – odparł George. – Ale nie zapomnij, że mnóstwo czasu będziesz spędzał nie w Nowym Jorku, lecz w Waszyngtonie.
– Ale do Waszyngtonu jest dużo bliżej z Nowego Jorku niż z Alaski.
– Dobrze, skończmy z rozmowami o pracy i polityce. Weźmy się do jedzenia. Napracowałyśmy się z Laurą – zarządziła Susan, której pomysł startu w wyborach też nie do końca się podobał. Trzeba jednak przyznać, że jedzenie było naprawdę wyśmienite. Bynajmniej nie rybne, mimo zamieszkiwania nad oceanem. Gregory nigdy nie przepadał za rybami. Za to solidny kawał dobrze wysmażonego steku mógł zjeść zawsze. Plus przypiekane ziemniaki i talerz surówek. Do picia whiskey na przemian z sokiem jabłkowym. Gregory, człowiek gór, lubił zapach morza i uspokajający szum fal, które w miejscu położenia jego domu w zasadzie występowały jedynie, gdy wiał wiatr bądź panowała sztormowa pogoda. Częściej jednak spoglądał na otaczające ośnieżone przez większą część roku górskie szczyty. To zawsze stanowiło jego świat. Gdy jedzenie wylądowało na stole, Susan usiadła na kolanach Grega. Jedną ręką mierzwiła jego bujną czuprynę na głowie, zawsze ją uwielbiała i śmiała się, że jej ciągłe chaotyczne ułożenie oznacza brak jakiegokolwiek kontaktu z grzebieniem. Drugą ręką karmiła solenizanta. Zwłaszcza surówkami, za którymi nie przepadał. Wygłupiali się.
I tak minął dzień na rozmowach o wszystkim i o niczym, a kolejne nie wyróżniały się szczególnie. Piętnastego maja, w dzień egzekucji Lucasa, Gregory był u matki w Juneau, by pomóc jej w kwestiach prawnych. To tam zapadł wyrok, ale on nie zamierzał brać już żadnego udziału w tej sprawie. Czekał tylko na informację służb więziennych i mediów, że jest po wszystkim. Wieczorem tego dnia miał wrócić do domu, by następnego dnia przystąpić z rodziną do pakowania. Ciepłe wody Morza Śródziemnego czekały.
– Cześć, kochanie, zaraz mam samolot, przygotuj coś dobrego na kolację.
– Dla ciebie wszystko i nie mogę się doczekać tego, co będzie po kolacji, przyjeżdżaj szybko.
Greg przebywał w Juneau już kilka dni, dlatego nie dziwiły go słodkie słowa stęsknionej żony.
Wsiadł do samolotu i jak zawsze zajął miejsce przy oknie. Wiedział, że za niewiele ponad godzinę będzie w domu. Usiadł wygodnie i założył słuchawki. Z wczesnej młodości został mu dzięki różnym przenośnym urządzeniom zwyczaj słuchania w podróży muzyki. Tak było i tym razem. Ale jego spokój postanowiła zakłócić sąsiadka z miejsca obok.
– Halo, niech pan zdejmie te słuchawki.
– Spokojnie, proszę mnie nie szturchać, o co chodzi?
– To pan jest tym sędzią z telewizji? – od rzeczy zapytała Grega starsza pasażerka.
– A jeśli tak, to co? – odparł Greg z grymasem niezadowolenia na twarzy, narzekając w myślach, że nawet w samolocie nie ma chwili spokoju.
– Dobrze pan zrobił, skazując tego drania na śmierć. Ja zrobiłabym tak samo, należało mu się. Zabić swoją rodzinę, jak można zrobić coś tak okropnego. Ja bym go spaliła za to na stosie – mówiła i mówiła. Greg miał dość. W końcu nie wytrzymał i podniesionym tonem powiedział: – Mało mnie obchodzi, co by pani zrobiła, na szczęście może pani tylko sobie pogadać, więc proszę mówić do siebie, a mnie dać spokój!
Założył ponownie słuchawki, widząc, że sąsiadki to nie zraziło i dalej coś gada. Niby jego zachowanie wydawało się zrozumiałe w tej sytuacji, ale to było coś więcej. Gregory ostatnio stał się drażliwy, co wcześniej prawie nigdy mu się nie zdarzało.
Lot przebiegał spokojnie, a w tym samym czasie wszystkie stacje radiowe i telewizyjne przerywały program, by nadać informację, że z konwoju więziennego uciekł Lucas Eanes. Przewożono go z więzienia w Yakutat do aresztu w Juneau, gdzie miała odbyć się egzekucja. A uciekł już kilka godzin wcześniej, zabijając czterech pilnujących go strażników. Sprawa była utrzymywana przez ten czas w tajemnicy. Liczono, że szybko ponownie zostanie ujęty.
W czasie, gdy radia i telewizje przerywały programy, Susan przygotowywała kolację przy świecach. Dochodziła dwudziesta, córka czekała tylko, by przywitać się z tatusiem i pójść spać. Nagle psy zaczęły szczekać.
– Baker, Buker – cicho! Susi zostań w domu, nie wychodź, pójdę tylko sprawdzić – powiedziała Susan. Wychodząc, wzięła kij bejsbolowy, który generalnie służył do grania, ale też zawsze był pod ręką, jakby co. Anchorage to spokojne miasto, ale Susan zawsze była bardzo ostrożna i nigdy nie lekceważyła szczekania psów.
Psy nagle ucichły, a z domu dobiegała informacja radiowa o ucieczce Eanesa. Susan chwilę wcześniej włączyła radio i dopiero teraz usłyszała tę wiadomość. Ogarnęło ją przerażenie. Pamiętała, jak Eanes na sali rozpraw odgrażał się, że wszystkich maczających palce w tej sądowej szopce pozabija. Szczególnie agresywny był w stosunku do Gregory'ego. Psów nigdzie nie było, więc Susan postanowiła zadzwonić po policję. Nie wiedziała, co robić, nie wiedziała, jak się ma sytuacja. Nie doszła jednak z powrotem do domu.
– Dawaj ten kij! Teraz zabiję cię, dziwko, potem twoją córkę, a potem będę się rozkoszował cierpieniem twego męża, dla niego strata was będzie największą, jaką może ponieść! – Susan wiedziała, kto to. Zaczęła krzyczeć, za co została brutalnie wrzucona do domu.
– Zamknij się, zdziro! – w tej samej chwili dostała mocno w twarz. – Co, zdziwiona, jak się tutaj dostałem, skąd znam adres i skąd wiem, że nie ma Davisa?! – Eanes od kwadransa obserwował dom.
– Ale zostaw chociaż dziecko w spokoju! – Susi, płacząc, przylgnęła do matki.
– Idziemy na górę, tylko szybko, zabawimy się!
– Mąż zaraz tu będzie...
– To dobrze, bo chcę się z nim zobaczyć. Wpierw popatrzy, jak giniecie, a potem jego też zabiję, skoro tak się o to prosi. A teraz ani słowa, bo spotka cię większa kara, niż zaplanowałem!
Tymczasem samolot z Gregorym podchodził do lądowania w Anchorage. Od domu dzieliło go trzydzieści minut, może czterdzieści pięć. W nim jednak rozgrywał się dramat. Nikt po ucieczce Eanesa nie pomyślał, że może stanowić zagrożenie dla osób bezpośrednio związanych z procesem i należałoby je poinformować oraz objąć ochroną.
– Za chwilę zapłacisz mała za błąd swego męża, ucieszy się, jak cię zobaczy, bo nie mam czasu na niego dłużej czekać, ale wpierw ty ujrzysz, jak ginie twoja córka! Nie będę się z nią bawił, bo nie mam czasu, wolę większe dziewczynki!
Wyjął pistolet i strzelił Susi prosto w czoło, nawet mu powieka nie drgnęła. Siła strzału rzuciła ją na ścianę, na której pojawiła się czerwonokrwista plama. Lucas na ten widok głośno się zaśmiał, a Susan w szoku rzuciła się na niego, za co została uderzona pistoletem w twarz. Zemdlała i padła koło łóżka.
– Teraz się zabawimy, ślicznotko, a potem cię zabiję – powiedział do nieprzytomnej Susan.
Zdarł z niej ubranie i brutalnie zgwałcił, na koniec podrzynając jej gardło. Krwią napisał na ścianie: "To za twój wyrok, panie sędzio". Zadowolony, z szyderczym uśmiechem na twarzy, wywrócił kilka szafek. Zabrał znalezione pieniądze i trochę biżuterii. Z uroczystej kolacji przygotowanej przez Susan na powrót męża wziął duży kawałek pieczonego indyka. Kilka chwil później opuścił dom. Nie chciał już zabić Gregory'ego, wiedział, że to, co zastanie w domu, złamie całe jego życie, że śmierć byłaby dla niego ulgą.
Dziesięć minut później pod domem zatrzymała się taksówka. Niebo było bezchmurne. Księżyc dumnie się prezentował. Gregory zapłacił taksówkarzowi, zostawiając solidny napiwek, i ruszył ku bramie. Gdy ją przekroczył, zdziwiła go cisza, psy zawsze serdecznie witały swego pana, przybiegając do niego, a tutaj nic. W domu świeciło się światło. Wszedł od ogrodu. Przy wejściu przywitał go pers Nigel, w radiu po raz kolejny program przerwała informacja o zbiegu Lucasie Eanesie. Gregory natychmiast wyciągnął berettę dziewięć mm, nawołując rodzinę. W domu było trochę porozrzucanych rzeczy, odświętnie przygotowany stół na kolację został przewrócony. Ruszył schodami na górę. Sądził, że dziewczyny słyszały komunikat i zostały ukryte przez policję albo same się ukryły. To, co zastał w sypialni, przeszło jego wyobrażenia. Zabita naga żona leżała na łóżku w kałuży krwi, córeczka leżała pod ścianą ze zdeformowaną głową, ich ciała były jeszcze ciepłe. Upadł na kolana, wystrzeliwując cały magazynek w sufit. Jego strzałów, jak i wcześniej Eanesa, nie mógł nikt usłyszeć, bo domy w tej okolicy były od siebie w pewnej odległości.
– Nieeeeeee!!! Dlaczego!!! – Zaczął łkać, cały się trząsł.
Na ścianie zauważył napis: "To za twój wyrok, panie sędzio". Teraz miał pewność, co się stało, ale był tak zrozpaczony, że chciał sobie strzelić w głowę. Na jego nieszczęście magazynek był pusty, dlatego ze złości wyrzucił pistolet przez okno, wybijając przy okazji szybę. Usiadł, opierając się o łóżko, na którym za jego plecami leżała martwa żona. I trwał tak kilka minut w bezruchu. Choć wydawało mu się, że to cała wieczność. Był w całkowitym szoku, delikatnie mówiąc. Jego głowa była pusta od jakichkolwiek myśli. Gdy wstał, pocałował ostatni raz swoją ukochaną rodzinę, potem przykrył ciała kołdrą i prześcieradłem. Po czym usiadł w rogu sypialni pod ścianą i ciągle nie dochodziło do niego to, co się stało. Nie mógł uwierzyć, że najważniejsze osoby w jego życiu, które tak kochał, nie żyją. Wszystko, co osiągnął, poszło na marne. Jego kariera zabiła mu rodzinę. To jego wina – uważał. Nie martwiło go, iż Eanes może się gdzieś czaić, by zabić i jego. Pulsowały mu skroń i żyły, był cały mokry i blady. Widok tak zmasakrowanej własnej rodziny powodował coś absolutnie niewyobrażalnego. Nagle przestał płakać i powiedział do siebie: "Nie uratuję już was, ale Eanes będzie się smażył w piekle, już ja tego dopilnuję, umrze w cierpieniach, krzesło elektryczne przy tym to byłaby rozkosz!".
W jego oczach zapanowała nienawiść, miał jeden cel: zabić sprawcę choćby za cenę własnego życia. W ten sposób jego umysł bronił się, aby nie zwariować. Bo gdyby zastanowił się na spokojnie, musiałby dojść do wniosku, że śmierć takiego śmiecia jak Eanes niewiele zmieni.
Pół minuty później zadzwonił na policję. Powiedział spokojnym głosem: – Nazywam się Gregory Davis, zabił mi całą rodzinę.
Po czym rzucił z wielką siłą telefonem o ścianę. Przytulił kota i zaczął szukać psów. Znalazł je pod płotem z poderżniętymi gardłami. Poczuł się, jakby wszystko i wszystkich stracił, ale tak przecież było. Kiedyś nie lubił psów, Susan sprawiła, że je pokochał, stanowiły część rodziny i zapłaciły życiem za wierność. Usiadł na kamieniu w ogrodzie i zaczął znów płakać.
Po niecałych dziesięciu minutach masa samochodów podjechała na sygnale. Nie zabrakło także mediów, które pojawiły się niewiele później. Gregory wyłączył się z rzeczywistości, ciągle nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Niedawno rozmawiał z Susan, że następnego dnia wieczorem lecą na wakacje, a ten wieczór i noc mieli spędzić razem przy świecach i dobrym winie. Zamiast tego spotkała go największa tragedia, jaka może spotkać człowieka. Stracił rodzinę. Przez swoją pracę. Całe życie dążył do tego, by zostać sędzią i orzekać w najtrudniejszych sprawach. Gdy dostał nominację rok temu, jako najmłodszy w historii, na sędziego Sądu Najwyższego, rozpierały go duma i radość. Nie przypuszczał, że jego sukces zabije mu rodzinę. Był załamany, życie straciło dla niego sens. Brzmiało to kolokwialnie, ale przecież tak było.
Podbiegli do niego sanitariusze i lekarz. Mnóstwo policji i służb ratowniczych w tym czasie kręciło się już po domu. Na terenie posesji było niebiesko od migających przy płocie kogutów policji i karetek. Rozpoczęto zbieranie wszelkich śladów, by koroner mógł zabrać ciała, co miało potrwać kilkanaście godzin. Gregory'ego za jego zgodą zabrano na posterunek. Ale on był w innym świecie, nie słyszał, co do niego mówią.
– Panie Davis, proszę powiedzieć, co się stało? – pytali funkcjonariusze policji, choć wszystko wydawało się jasne.
– Susan, Susi, już jestem, chodźcie do mnie – majaczył.
Środki uspokajające nic nie pomagały, dlatego został przewieziony do szpitala. Na miejscu objęto go ochroną na wypadek, gdyby Eanes kręcił się jeszcze po okolicy. Nie można było bowiem wykluczyć, że ciągle zamierza zabić Davisa. Tymczasem policja zdawała już sobie sprawę z tego, co się stało. Co prawda, byli też tacy, którzy nie wykluczali, że to Davis w przypływie jakiegoś szału zamordował swoją rodzinę, ale nie było na to żadnych dowodów. Zmobilizowano wszelkie możliwe służby policyjne, które przeszukiwały okolicę i cały stan w celu złapania Eanesa. Plotki krążyły w prasie i telewizji. Następnego dnia, po dojściu do siebie na ile to było możliwe, Gregory zmobilizował się i złożył zeznania. Trwało to jakieś trzy–cztery godziny. Następnie wóz policyjny na jego życzenie zawiózł go pod dom, gdzie niecałą dobę wcześniej rozegrała się tragedia. Pracował tam jeszcze oddział operacyjny policji, była też tam matka Gregory'ego, z którą nie chciał się widzieć w szpitalu po tragedii. Wszyscy mu współczuli. Dostał mnóstwo kondolencji z kraju i z zagranicy.
Prasa i telewizja trąbiły tylko o tym. Dom był ogrodzony, wokół stało pełno wozów transmisyjnych. Gregory przyjechał się spakować, nie mógł dłużej mieszkać w tym domu. Przepełniały go rozpacz i nienawiść. Media nie dawały mu spokoju.
– Panie sędzio, co zamierza pan teraz zrobić, czy nie żałuje pan tego wyroku?
– Wyrok był sprawiedliwy, innego być nie mogło, a co dalej będę robił, jeszcze nie wiem, na razie biorę długi urlop. Mam też nadzieję, że policja objęła należytą ochroną ławę przysięgłych i ich rodziny.
W każdym wypowiadanym przez niego słowie było słychać, ile wysiłku kosztuje go rozmowa. Nawet w tych okolicznościach uważał, że musi zachować minimum kontaktu z otaczającym go światem.
– Jak się pan czuje? – padło kolejne pytanie.
– Tak samo jak pani, gdyby straciła najbliższą rodzinę, i proszę nie zadawać tak głupich pytań!
– Czy nie boi się pan, że Lucas Eanes zabije teraz pana?
– Szkoda, że tak się nie stało wczoraj. Nie mam jednak wątpliwości, że zapłaci za wszystko, co zrobił.
– Planuje pan się zemścić? – zapytał zdziwiony kolejny dziennikarz.
– Wymiar sprawiedliwości zrobi to za mnie.
– Proszę już dać spokój, Greg chodź! – do akcji wkroczyła Laura.
– To wszystko, co mam do powiedzenia. – Gregory ruszył w kierunku domu.
– Dobrze, że jesteś, synu, i jakoś się trzymasz – przytuliła go.
– Nie mam mamo siły na ten temat rozmawiać.
Chwilę później wszedł do środka. Zaczął się pakować, udzielił jeszcze kilku informacji policji. Gdy nikt nie widział, otworzył schowek, o którym wiedział tylko on. Wyjął z niego nowoczesny pistolet maszynowy uzi, jeszcze niezłożony sztucer, drugą berettę i kilka magazynków, bo pierwszą zabrała do badań policja, a także kilka granatów, w tym gazowe. Zgromadził to kiedyś na wszelki wypadek, częściowo nielegalnie, ale dla dobra rodziny taki podział – na legalne i nielegalne – nie istnieje. Wszystko ładnie spakował i spojrzał na dom, jakby się żegnał z nim na zawsze. Wychodząc, powiedział: – Mamo zajmij się kotem, ja nie zamierzam zostać tutaj, przeprowadzam się do hotelu. Muszę zająć się pogrzebem.
Nie czekając na odpowiedź, wyprowadził z garażu jedną ze swoich zabawek, najmocniejszą wersję nissana patrola. Silnik benzynowy o pojemności cztery i pół litra, dwieście koni mechanicznych. Ten terenowy wóz stanowił ostatni jego nabytek. Ale jakie to miało teraz znaczenie?
Matka została na miejscu, a on zatrzymał się na noc w hotelu, nie mógł jednak spać. Następnego poranka zajął się organizowaniem pogrzebu swoich ukochanych kobiet, który miał się odbyć kolejnego dnia. Po załatwieniu formalności ruszył samochodem w kierunku lodowego szczytu Mount Marcus Baker, mierzącego cztery tysiące sto szesnaście metrów wysokości, który zawsze był jego ostoją do przemyśleń. Tym razem jednak nie zamierzał osiągać szczytu, tylko zaszył się między skałami i lodowcem. Myślał nad tym, co się stało. Stracił sens życia, nawet żądza zemsty niewiele pomagała, była rozwiązaniem na krótko, bo co potem, nawet jeśli się mu uda pomścić rodzinę? Nie wiedział, co ze sobą począć, ukochane góry miały mu w tym pomóc. Mimo że Eanesa szukały policja, wszystkie specjalne służby i armia Stanów Zjednoczonych, niezmiennie planował sam wymierzyć sprawiedliwość. O ile wcześniej go nie chwycą lub nie zabiją.
Gregory wziął roczny urlop od orzekania, wybory do Senatu przestały mieć znaczenie. Wrócił do Anchorage, ale kolejna noc w hotelu to znowu był jeden wielki koszmar. Niedawno świętował urodziny, planował wyjazd z rodziną, a tu cały świat się zawalił. Najgorsze, że cofnięcie czegokolwiek było już niemożliwe.
Rano w dzień pogrzebu do jego hotelu przyjechała matka. Była trochę rozczarowana, że syn nie chce jej pomocy, wsparcia. Nie znała go takiego – samotnika, który nawet w tych trudnych chwilach chciał być sam.
Na pogrzebie były tysiące osób, kompania honorowa policji i wojska, oficjele i media z całego świata. Gregory zakazał filmowania pogrzebu, cały cmentarz i przylegający do niego kościół były otoczone kordonem wojska i policji. Na pogrzebie był nawet prezydent Stanów Zjednoczonych z żoną oraz wszyscy, którzy liczyli się w amerykańskiej polityce, z wyjątkiem wiceprezydenta, z oczywistych względów bezpieczeństwa narodowego. Nawet papież z Watykanu przysłał kondolencje, mimo że Gregory ani Susan nie interesowali się żadnym Kościołem ani religią. Wszyscy składali wyrazy współczucia, cały świat mówił o tym wydarzeniu, a prezydent powiedział nad grobem rodziny Gregory'ego: – Oto, jaką cenę niektórzy muszą zapłacić za służenie krajowi i społeczeństwu, za walkę o przestrzeganie prawa. Nic nie zastąpi rodziny, jeszcze ginącej w tak tragicznych okolicznościach. Żadne słowa już nic nie pomogą i nie zmienią. Nawet śmierć sprawcy niewiele zmieni, choć podkreślam, że jest ona nieuchronna. Składam panu i pańskiej rodzinie, w swoim imieniu i imieniu całego narodu, najszczersze kondolencje. Pracował pan dla kraju i nie zostanie teraz sam. Zawsze może pan liczyć na naszą pomoc. Dziękuję za wszystko, co Gregory Davis zrobił i robi dla Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
W tym momencie nastąpiło uściśnięcie dłoni Gregory'ego i prezydenta, który wręczył mu w milczeniu order za zasługi dla kraju. Potem nastąpiły salwy honorowe z karabinów, przelot eskadry myśliwców nad cmentarzem i trumny zostały spuszczone do grobu.
Na koniec ceremonii Gregory powiedział: – Jest to dla mnie największa życiowa tragedia, nic nie zwróci mi rodziny. Ból jest ogromny, tak samo jak cierpienie. Nie życzę tego nikomu. Teraz muszę wyjechać, by potem na nowo się narodzić i żyć normalnie, jeśli będzie to w ogóle możliwe. Dziękuję wam wszystkim za przybycie i współczucie, za tak uroczyste pożegnanie moich najbliższych.
Gregory był bardzo opanowany, nawet łzy nie uronił, był jak lód, ale to tylko pozory. Zamierzał znaleźć Eanesa i rozszarpać go na kawałki. Matce powiedział: – Muszę wyjechać, nie wiem na jak długo, muszę dojść do siebie, więc nie martw się i nie szukaj mnie. Jak się uspokoję, wrócę. Zajmij się kotem, z domem rób, co chcesz. Cały sprzęt wywiezie, przynajmniej na razie, specjalna firma i schowa do magazynu, jesteś upoważniona do decydowania także w tej materii. Ja wyjeżdżam i o nic nie pytaj.
Przytulił i pocałował w czoło matkę. Na stypę po swojej rodzinie się nie wybierał. Podszedł tylko do swego przyjaciela George'a Milesa i powiedział: – Chodź ze mną, musimy porozmawiać.
– Domyślam się, o co chodzi – odpowiedział George, w końcu znali się od lat.
Wsiedli do samochodu Grega i pojechali za miasto nad brzeg Cook Inlet. Gregory znał dobrze swego starszego przyjaciela ze studiów, teraz szychę w Pentagonie. Wcześniej był agentem FBI, ale wolał ciepły stołek i został wojskowym. Życiorys George'a był osobliwy. Zawsze kochał zabawę i zaliczać panienki. A z czasem odpłatnie korzystać z ich usług. Jak tłumaczył, nie ma już siły bawić się w podryw i randki. Tak jest szybciej i taniej. Nie mogło więc dziwić nikogo, że ukochał status singla. Mimo nadmiaru kilogramów, których ciągle mu przybywało, wyróżniał się elegancją i wypchanym portfelem. Zawsze go pociągała też władza. Lubił decydować, kogo zatrudni, kogo zwolni, komu da podwyżkę. Ale chyba jeszcze ważniejsza była dla niego możliwość podejmowania decyzji istotnych dla państwa. Wywieranie wpływu na rzeczywistość, czego doświadczyć mogli tylko nieliczni. I George zwykł swoje cele osiągać, chociaż nigdy nie był erudytą, za to świetnym krętaczem. To od niego sprytu na studiach uczył się Gregory. Wiedział też, że zawsze może na niego liczyć.
Nad niskim trawiastym brzegiem z dodatkiem mułu, chyba że to był piasek, przy odgłosach niewielkich fal Greg powiedział: – Znamy się od lat, wiesz, że nie zostawię tej sprawy w spokoju i zabiję Lucasa! Nic mnie nie powstrzyma! Potrzebna mi twoja pomoc, ale wiedz, że i bez niej się nie poddam. Chcę, byś zrobił ze mnie agenta Pentagonu, dał do dyspozycji ludzi i broń, bo ja mam jej za mało. Rzucam pracę sędziego, dla Susan zostałem sędzią, bo nie chciałem, by bała się, że w każdej chwili mogę zginąć jako agent, o czym po cichu zawsze marzyłem. Nie chciałem swoją pracą narażać rodziny, ale bycie sędzią okazało się śmiertelnie niebezpieczne dla niej. Muszę go dopaść!
– Stary, chyba za dużo się filmów naoglądałeś! Jak ty to sobie wyobrażasz?
– Tak samo jak ty.
– Rozumiem twoje oczekiwania, ale to, czego żądasz, nie jest takie proste. Myślisz, że ot tak zostaniesz agentem, dostaniesz ludzi, środki i będziesz załatwiał swoje prywatne porachunki!? Chyba oszalałeś!
– To jest proste, bo mam wszystkie papiery, by zostać agentem jakiejkolwiek instytucji rządowej w tym kraju! Kiedyś miałem nim zostać, zapomniałeś? Tylko poświęciłem ekscytujące wrażenia dla dobra rodziny, dla jej bezpieczeństwa, a i tak, do jasnej cholery, oni zginęli!
– Stare dzieje i niewiele to zmienia! Wiesz, że nikt teraz po tym, co się stało, nie zatrudni cię jako agenta jakiejś państwowej firmy wywiadowczej czy wojskowej, prywatnej zresztą też. Ponadto uważam, że w tym stanie jesteś bardziej niebezpieczny niż Eanes i możesz zginąć, nie tylko ty zresztą. Mimo to spróbuję ci pomóc. I tak cię nie przekonam, byś zmienił zdanie i zostawił to nam. Musisz wyjechać jednak ze mną do Waszyngtonu, będziesz miał wszystkie dane do dyspozycji na ten temat, jakie posiadamy.
– Gadasz w końcu jak człowiek! Dzięki! Z matką już wszystko załatwiłem i jestem spakowany. Od czego zaczynamy?
– Wpierw przejdziesz małe szkolenie, zanim dostaniesz legitymację. Muszę wiedzieć, czy dasz radę. I najważniejsze! Pamiętaj, od dzisiaj nie jesteś żadnym Gregorym Davisem, tylko nazywasz się IceGreg, twoje inicjały to IG. To, kim jesteś, ma wiedzieć jak najmniej osób. Będziesz musiał zmienić między innymi fryzurę i styl ubierania, by było cię trudniej rozpoznać, bo ostatnio jesteś sławny. Zawsze zaprzeczaj, że masz coś wspólnego z Davisem. Pamiętaj, działasz na własną rękę, ja po cichu ci pomogę, ale w razie wpadki liczysz tylko na siebie.
– Wiem, nie chcę, byś się narażał na kłopoty z mojego powodu. Dzięki, stary.
– I tak się narażam. Nawet nie wiesz, jak bardzo!
– A dlaczego IceGreg?
– Przecież uwielbiasz lód i lodowce.
– Ale aktywne wulkany też uwielbiam... Okay, nic nie mówiłem. – Greg zauważył grymas irytacji na twarzy George'a. Doskonale wiedział, że nie ma to żadnego znaczenia, a nie może się posługiwać własnym nazwiskiem. Jedynym wyjściem z sytuacji był pseudonim, co w świecie tajnych służb nikogo nie mogło zdziwić.
– Od kiedy chcesz zacząć?
– Jak najszybciej.
– No to do roboty, za pięć godzin mamy samolot do Waszyngtonu – powiedział stanowczo George, wsiadając do samochodu i wyrzucając niedopałek kubańskiego cygara.
Gregory, czyli teraz IceGreg bądź w skrócie IG, zabrał rzeczy z hotelu. Już wcześniej złożył wszystkie zeznania i teraz oficjalnie wylatywał na kojące duszę zwiedzanie świata. Przed lotem zjedli jeszcze obiad na lotnisku i bez problemów dotarli do Waszyngtonu. Miles jako wysokiej rangi oficer nie miał sprawdzanego bagażu, w którym była broń Grega. Choć chyba lepszym określeniem byłoby powiedzieć: mały arsenał.
George Miles za sprawą cech swojego charakteru był człowiekiem od zadań specjalnych, można by rzec, że szarą eminencją Pentagonu. Mimo braku jasno wyodrębnionego stanowiska, o dużej władzy faktycznej. Koordynował działania i decyzje na linii szef Pentagonu – Agencja Wywiadu Obronnego (DIA), która de facto była szefowi Pentagonu podległa. Lecz przecież nie był on w stanie sam się wszystkim zajmować. Agencja Wywiadu Obronnego pełniła też funkcję koordynatora działań służb wywiadowczych poszczególnych rodzajów sił zbrojnych i ściśle współpracowała z Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. To ostatnie gremium miało za zadanie informować prezydenta o sprawach wojskowych i proponować rozwiązania zgodne z przyjętą strategią. Jednym z zadań Milesa było pilnowanie sprawnego obiegu informacji między tymi wszystkimi organami.