Miasto graniczne
| 1 |
Na trasie z Syczuanu do Hunanu po wschodniej stronie znajduje się tzw. droga urzędnicza. Ta droga, zbliżając się do granic Hunanu Zachodniego, natrafia na małe górskie miasteczko, które nazywa się Chadong. Jest tam rzeczka, nad rzeczką stoi biała pagoda, a pod pagodą mieszkała kiedyś samotna rodzina. W tej rodzinie był tylko starzec, dziewczynka i żółty pies.
Rzeczka okrąża wzgórze i mniej więcej po trzech milach1 wpada do dużej rzeki, płynącej przez Chadong. Ale droga do miasta wyniesie zaledwie jedną milę, jeśli przeprawić się przez rzeczkę i przejść dalej wzgórzem. Ta różnica w odległości bierze się stąd, że rzeczka płynie łukiem, a droga przez wzgórze stanowi jego cięciwę. Rzeczka ma około dwudziestu zhangów2 szerokości, dno utworzone z wielkich płaskich kamieni, a jej spokojny nurt jest miejscami tak głęboki, że tyczką nie sięgnie się dna. Wszędzie jednak jest bardzo przejrzysta - można w niej policzyć pływające ryby. Ponieważ łączy Syczuan z Hunanem, poza tym często przybiera i opada, a nigdy nie starczało pieniędzy na budowę mostu, umieszczono na niej łódź z płaskim dziobem, kursującą jak prom. Prom przewoził ludzi i zwierzęta. Za jednym razem mógł pomieścić około dwudziestu osób, a jeśli pasażerów było więcej, obracał kilka razy. Na dziobie znajdował się bambusowy słupek, na którym wisiało ruchome żelazne kółko, a między dwoma brzegami rzeki przeciągnięto kawał starej liny. Gdy ktoś się przeprawiał, zaczepiano o nią kółko, przewoźnik mocno chwytał się liny i powolutku przeciągał prom na drugą stronę rzeczki. Kiedy dobijał do brzegu, pokrzykiwał: "Ostrożnie, ostrożnie!", żwawo wyskakiwał na ląd i ciągnął za kółko, a wtedy ludzie z towarami i zwierzętami schodzili z promu i po chwili znikali za wzgórzem.
Prom był własnością publiczną i pasażerowie nie musieli płacić za przeprawę. Niektórzy czuli się z tym nieswojo, więc i tak rzucali na pokład garść miedziaków, ale przewoźnik zbierał wtedy monety jedną po drugiej i z powrotem wciskał je ludziom do ręki, tłumacząc gorąco:
- Ja mam co jeść, dostaję trzy garnce3 ryżu i siedemset qianów4, wystarczy! Nie potrzeba!
Niektórym sumienie wciąż nie dawało spokoju, bo jak to tak, praca bez zapłaty? Zawsze zdarzył się ktoś uparty, kto - choćby nie wiem co - i tak zostawił pieniądze. Z tym to znowu przewoźnik nie mógł się pogodzić i dla spokoju ducha prosił kogoś, żeby za te grosze kupił w Chadongu herbaty i tytoniu. Wiązki najlepszego tytoniu z miasteczka wieszał sobie przy pasie i hojnie częstował potrzebujących. A czasem, kiedy zauważył, że podróżny z dalekich stron przyglądał się tytoniowi u jego pasa ze szczególną uwagą, wkładał mu garść do torby i mówił:
- Bracie, a może to byś zapalił? Ten jest dobry, najlepszy! Niby nie najpiękniejszy i liście ma takie wielkie, ale świetnie smakuje i dobry na prezent!
Liście herbaty zaś w najgorętszym okresie wrzucał do wielkiego słoja, zalewał wrzątkiem i zaparzał, żeby przechodnie mogli ugasić pragnienie.
Przewoźnikiem był właśnie ten staruszek spod pagody. Przeżył już siedemdziesiąt lat, a odkąd skończył dwadzieścia, pracował na promie i kto wie, ilu ludzi już przewiózł przez te pół wieku. Był stary i powinien odpocząć, ale niebo się na to nie godziło i nie mógł jakoś rozstać się ze swoją pracą. Nigdy nie zastanawiał się nad jej sensem, po prostu żył sobie cicho i uczciwie. Ale to nie niebo sprawiało, że o wschodzie nabierał sił, aby żyć, a o zachodzie nie myślał nigdy, by odejść razem ze słońcem - sprawiała to dziewczynka, którą miał przy sobie. Jego przyjaciółmi byli tylko prom i ten żółty pies, a z krewnych miał tylko dziewczynkę.
Matka dziewczynki była jedyną córką starego przewoźnika. Kiedy skończyła siedemnaście lat, zakochała się w pewnym żołnierzu z Chadongu, ukrywając to przed swym dobrym i uczciwym ojcem. Gdy zaszła w ciążę, żołnierz chciał, żeby z nim uciekła w dół rzeki, ale to oznaczałaby, że on porzuci swój żołnierski obowiązek, a ona zostawi samotnego ojca. Mężczyzna zobaczył, że dziewczynie brak odwagi do dalekich wędrówek, a sam nie chciał też zbrukać swego żołnierskiego honoru, pomyślał więc sobie, że choć razem żyć nie mogą, to umrzeć razem, nikt im nie przeszkodzi. I pierwszy zażył truciznę. Dziewczyna jednak martwiła się o to, co rosło już w jej brzuchu, żal jej było i nie mogła się zdecydować. Ojciec przewoźnik był świadom wszystkiego, nie powiedział jednak ani jednego złego słowa i - jakby o niczym nie wiedział - spokojnie żył jak dawniej. Choć córkę dręczył wstyd, przez miłosierdzie została przy boku ojca, zaczekała, aż dziecko się urodzi, a potem poszła nad rzeczkę, napiła się zimnej wody i umarła. A wtedy zdarzył się niemal cud. Zostawiona przez matkę sierota przeżyła i urosła, a że lata płyną szybko, miała już trzynaście lat. Ponieważ mieszkali przy wzgórzach porosłych bambusami i wszystko tu tonęło w pięknej nefrytowej zieleni, stary przewoźnik nazwał to swoje osierocone kurczątko Cuicui - Nefrytka.
Cuicui dorastała na słońcu i wietrze, skórę miała ciemną, a jej oczy, zapatrzone w zielone góry i lazurowe wody, były przejrzyste i lśniły jak kryształ. Wykarmiona i wychowana przez naturę była niewinna i żywa jak młode zwierzątko. Łagodna jak górski jelonek nie miała w sobie nic z okrucieństwa, smutku czy złości. Kiedy jakiś nieznajomy na promie przyciągnął jej uwagę, wpatrywała się w niego błyszczącymi oczami, gotowa w każdej chwili poderwać się i uciec w góry, ale gdy rozumiała, że obcy nie ma wobec niej złych zamiarów, dalej spokojnie bawiła się na brzegu.
Czy słońce, czy deszcz, stary przewoźnik czuwał przy promie. Jak trzeba było kogoś przewieźć, pochylony, z obiema rękami na linie, przeciągał prom w poprzek rzeczki. Czasami, kiedy się zmęczył, kładł się na wielkim kamieniu na brzegu i zasypiał. Gdy po drugiej stronie ktoś krzykiem i machaniem domagał się przeprawy, Cuicui nie pozwalała dziadkowi wstać, tylko sama wskakiwała do łodzi i z wielką zręcznością, gładko i bez błędu przewoziła pasażera. A czasem byli na promie we troje, z żółtym psem, wtedy Cuicui i dziadek razem ciągnęli linę, a gdy zbliżali się do brzegu i dziadek wołał swoje "Ostrożnie, ostrożnie!", Żółty chwytał linę w pysk, pierwszy wyskakiwał na brzeg i zupełnie jakby rozumiał, na czym polega ta praca, z całej siły ciągnął prom do brzegu. Ludzie ze wsi koło Chadongu nie tylko znali dziadka przewoźnika i jego wnuczkę, ale też bardzo lubili ich psa.
W ładne dni, jeśli nikt nie chciał się przeprawiać i mieli wolny czas, dziadek i Cuicui siadali na wielkim kamieniu przed drzwiami pagody i wygrzewali się w słońcu albo rzucali do rzeczki drewienka, a pies skakał z kamienia i przynosił je z powrotem. Albo też Cuicui i Żółty nadstawiali uszu i słuchali dziadkowych opowieści o wojnie sprzed wielu lat. A czasem dziadek i wnuczka robili z bambusa fujarki i wygrywali na nich weselne melodie. Kiedy pojawił się ktoś do przeprawy, stary przewoźnik odkładał fujarkę, wsiadał na prom i przewoził pasażera, a Cuicui patrzyła z kamienia i wołała swym cienkim głosikiem:
- Dziadku, dziadku, ja zagram, a ty zaśpiewaj!
Dziadek na środku rzeki chętnie zaczynał śpiewać, a gdy jego ochrypły głos wraz z melodią fujarki niósł się w cichym powietrzu, na rzece robiło się weselej. (W rzeczywistości zaś przez tę piosenkę wszystko jakby stawało się cichsze).
Czasami przez rzeczkę przeprawiano cielęta, owce albo weselną lektykę z panną młodą. Cuicui zawsze upierała się wtedy przewozić i stojąc na promie, ciągnęła linę leniwie, żeby łódź poruszała się jak najwolniej. Kiedy cielęta, owce czy lektyka schodziły już na brzeg, Cuicui szła jeszcze chwilę za nimi, a potem stawała na górce i długo za nimi patrzyła. Dopiero kiedy były już daleko, wracała na prom i przeciągała go w stronę domu. Sama dla siebie po cichutku naśladowała muczenie krów i beczenie jagniąt albo wpinała we włosy polne kwiaty i udawała pannę młodą.
Górskie miasteczko Chadong oddalone było od promu tylko o jedną milę. Jeśli dziadek nie szedł sam do miasta po olej, sól albo na kieliszek wódki w Nowy Rok, Żółty i Cuicui wyruszali razem po zakupy. Grube wiązki makaronu sojowego, wielkie słoje z białym cukrem, sznury petard, czerwone świece w sklepiku z różnościami zawsze robiły na Cuicui wielkie wrażenie i kiedy wracała do dziadka, długo mu o wszystkim opowiadała. W mieście były też barki, które przypłynęły tu z dolnego biegu rzeki, i dziesiątki marynarzy rozładowujących towary. Te barki były dużo większe i ciekawsze niż prom, o nich także Cuicui długo nie mogła zapomnieć.
| 2 |
Chadong to miasto warowne położone w górach nad wodą. Od strony gór jego mury niczym wąż wiły się po zielonych wzgórzach, od strony rzeki, za murem zostało trochę wolnej przestrzeni. Zbudowano tu przystanie, a w zatoczkach cumowały małe łódki. Barki płynące w dół rzeki wiozły olej tungowy, sól ze słonych jezior, sumakowe barwniki. Te zaś, które podążały w górę rzeki, niosły bawełnę, przędzę bawełnianą, różne płótna i suszone ryby. Przystanie łączyła nadrzeczna ulica, na której domy w połowie znajdowały się na lądzie, a w połowie wysunięte były nad rzekę. Miejsca było mało, więc wszystko to były tzw. domy brodzące, o przedniej ścianie wspartej na palach. Gdy na wiosnę rzeka przybierała i woda zalewała ulicę, ludzie z Nadrzecznej brali długie drabiny, jednym końcem opierali je na dachu, a drugim na miejskim murze i tak, złorzecząc i wyrzekając, dźwigając różne tobołki, pościel i garnki z ryżem, po drabinach przechodzili do miasta wewnątrz murów, a kiedy wody się cofnęły - wracali. Czasami, gdy szczególnie gwałtowny przybór zalewał część domów na Nadrzecznej, ludzie na murach byli bezsilni, mogli się tylko przyglądać. Sami poszkodowani patrzyli tak samo bezradnie, machnąwszy już ręką na poniesione straty - tak to przecież bywa we wszelkich przypadkach naturalnych nieszczęść, na które nic nie można poradzić. W czasie powodzi z murów można też było zobaczyć, jak nagle poszerzoną rzeką, w jej rozlanym, potężnym nurcie woda idąca z gór niosła ze sobą domy, woły, owce, wielkie drzewa... Przed nieruchomą barką celną, gdzie prąd był spokojniejszy, pojawiały się małe sampany, a wioślarze, widząc niesione wodą zwierzę, drewno albo łódź z płaczącą kobietą czy dzieckiem, wiosłowali ze wszystkich sił w dół rzeki i tam wypływali naprzeciw upatrzonego obiektu, przywiązywali go długim sznurem i holowali do brzegu. Ci odważni śmiałkowie - tak jak wszyscy miejscowi - kierowali się i dobrocią serca, i pragnieniem zysku. Jeśli nawet nie chodziło im o ratowanie dóbr czy ludzi, a jedynie o samą przyjemność podejmowania ryzyka, to wykazywali się taką zręcznością i odwagą, że obserwujący ich z brzegu widzowie nie mogli powstrzymać się od wiwatów.
Ta rzeka, znana w historii pod nazwą Youshui, nazywała się tutaj Baihe - Biała. W swym dolnym biegu, dopływając do Chenzhou, Biała zlewa się z Yuanshui i tam staje się już trochę mętna, jak woda z górskich źródeł, kiedy wypłynie z gór. Ale jeśli popłynąć Białą w górę, natrafi się na kilkumetrowe głębiny tak przejrzyste, że można zobaczyć dno. Gdy prześwietlone są słońcem, na dnie wyraźnie widać białe kamyki i barwne, prążkowane agaty, a pływające w wodzie ryby wydają się unosić w powietrzu. Po obu brzegach wznoszą się wysokie góry, porosłe cienkimi bambusami, z których wyrabia się papier. Z upływem lat te rośliny nabierają głębokiej, szmaragdowej barwy.
Domy położone przy rzece otoczone były zwykle morelowymi sadami i kiedy wiosną widziało się kwitnące morele, wiadomo było od razu, że są tam ludzkie siedziby - a tam, gdzie ludzkie siedziby, zawsze można było dostać dobrej wódki. Latem to suszące się w blasku słońca, błyskające fioletem płócienne spodnie niczym chorągwie znaczyły ludzkie osady. A znowuż jesienią i zimą wzrok przyciągały położone na zboczach lub przy rzece wsie, takie jak Wangcun, Baojing, Liye czy inne niezliczone, bezimienne górskie wioseczki. Ich żółte, gliniane ściany i czarne dachówki, prześlicznie ulokowane, w harmonii i zgodzie z otaczającym je krajobrazem, robiły na ludziach radosne wrażenie. Żaden przybysz, jeśli trochę był czuły na poezję i malarstwo, choćby podróżował miesiąc i dłużej, skulony w swej łódeczce na środku rzeki, tutaj nigdy nie czuł się znudzony, bo wszędzie napotykał cuda natury, fascynujące i zachwycające swą zuchwałością lub niezwykłym artyzmem.
Źródła Białej wypływają z granic Syczuanu i łódź płynąca w górę rzeki może w czasie wiosennego przyboru dopłynąć prosto do Xiushan w Syczuanie, ale w granicach Hunanu Chadong stanowi jej ostatni port. Szerokość Białej w Chadongu wynosi około pół chińskiej mili, a kiedy jesienią i zimą wody opadają, nurt szeroki jest zaledwie na niepełne dwadzieścia zhangów, resztę zaś koryta pokrywają zielone kamienie. Żadna barka, która tu dopłynie, nie da rady pójść dalej w górę rzeki, dlatego też wszystkie towary - dowożone i wywożone ze wschodniego Syczuanu - tutaj się przeładowuje. Ładunki z Syczuanu tragarze przynoszą do Chadongu w dźwiganych na ramionach nosidłach, towary do Syczuanu tutaj się pakuje i transportuje dalej także ludzkimi siłami.
W mieście znajdował się garnizon osiadłych żołnierzy, przekształcony z dawnej qingowskiej Armii Zielonej Chorągwi, i mieszkało tu około pięciuset rodzin. Poza drobnymi kapitalistami, którzy posiadali w górach pola i olejarnie albo na kredyt sprzedawali olej, ryż i bawełnę, większość tych rodzin wywodziła się od osiedlonych tu wcześniej wojskowych. Znajdował się tu także urząd ceł rzecznych, ulokowany poza murami miejskimi, w dolnej części ulicy Nadrzecznej. Mieścił się w małej świątyni, na której zawieszono długą chorągiew, a sam poborca mieszkał wewnątrz miasta. Żołnierze kwaterowali w starym urzędzie wojskowym, ale tylko dzięki trębaczowi, który codzienne wspinał się na mury i wygrywał hejnał, ludzie wiedzieli, że stacjonuje tu wojsko, żołnierzy jakby wcale tu nie było.
W zimowe dni, przed drzwiami wszystkich domów w mieście widziało się suszące się ubrania i warzywa. Pod okapami wisiały czerwone pataty, w brązowych płaszczach z palmowych włókien, także zawieszonych u okapów, niczym w torbach zebrane były kasztany, orzechy i im podobne owoce w twardych skorupkach. Za węgłami domów gdakały kury i kurczęta. Wśród tego wszystkiego zawsze jakiś mężczyzna stał przed progiem i piłował deski albo rąbał siekierą drewno, a polana układał na podwórku w pryzmy podobne do pagód. Widziało się też kobiety w średnim wieku, które w upranych, nakrochmalonych niebieskich ubraniach i białych, płóciennych fartuchach, pochylone w słonecznym blasku, pogrążone były w pracy i rozmowie. Zawsze panował tu ten sam spokój i ludzie pędzili swoje dnie cicho i zwyczajnie. Taki spokój pobudza do rozmyślań nad ludzkim losem i do marzeń. Żyjąc w tym małym miasteczku, gdzie każdy naturalnie pozostawał na swoim miejscu, ludzie mieli też różne oczekiwania wobec losu. Ale o czym marzyli? Kto wie.
Ci, którzy mieszkali w miejscach położonych wyżej, stając przed drzwiami, mieli przed sobą piękny widok na rzekę i wszystko, co się na niej działo. Gdy przypływały barki, z daleka przyglądali się burłakom. Niektórzy z nich przywozili znad dolnego biegu drobne słodycze i różne cudzoziemskie cukierki, przybiwszy do brzegu, nieśli je do miasta na sprzedaż. Gdy przypływały barki, to ci właśnie ciągnący je ludzie najbardziej pobudzali wyobraźnię dzieci. A dorośli brali świeżo wyklute kurczęta, ze dwie odchowane świnki i z płynącymi w dół marynarzami wymieniali je na parę złotych kolczyków, kilka metrów ciemnego płótna albo słój dobrego sosu sojowego czy podwójny klosz do lampy naftowej - na to, co wypełniało zwykle serca gospodyń.
Chociaż miasteczko było tak ciche i spokojne, znajdowało się przecież na zbiegu dróg handlowych, dlatego poza jego murami, na ulicy Nadrzecznej sytuacja przedstawiała się inaczej. Tu znajdował się hotelik, w którym zatrzymywali się kupcy, tu też - zawsze na posterunku - był fryzjer. Poza tym, ubarwiając tę nadrzeczną uliczkę, ulokowały się tutaj: gospoda, sklep z różnościami, sklep olejarski, skład soli i sklep bławatny. Ponadto był tu sklep z drewnianymi kołami łopatkowymi do barek, bambusowymi linami, słojami i garnkami, a także byli tacy, co zajmowali się kompletowaniem marynarskich załóg i żyli z portu.
Przed gospodą na długim stole stała zwykle płytka miska z usmażonym na złoto tofu z karpiem przybranym czerwonymi paskami ostrej papryki, a koło miski bambusowa tuba z wetkniętym w nią pękiem czerwonych pałeczek. Kto miał chęć wydać trochę pieniędzy, mógł usiąść przy długim stole i wziąć pałeczki, a wtedy zjawiała się przy nim kobieta z cienkimi, wyskubanymi brwiami, twarzą pokrytą białym pudrem i pytała:
- Szanowny bracie, panie oficerze, słodkiej wódki czy białej?
Mężczyzna co bardziej ognisty, dowcipny i taki, który miał oko na karczmarkę, niezmiennie odpowiadał z udawanym gniewem:
- Słodkiej wódki? A co ja dziecko jestem, żeby słodką wódkę pić?
Wtedy natychmiast w glinianej misce pojawiała się przed nim na stole mocna, paląca, biała wódka, zaczerpnięta bambusową warząchwią z wielkiego garnca.
W sklepiku sprzedawano zagraniczne lampy naftowe, naftę, świece i papier. W sklepie z olejem - olej tungowy, w składzie soli - zieloną sól z Huojin. W bławatnym można było kupić białą przędzę bawełnianą, grube sukna, surową bawełnę i czarną krepę na zawoje. W sklepie ze sprzętem do łodzi rozłożone były rzeczy najróżniejsze - czasem na ulicy czekała na kupca wystawiona przed drzwi, ważąca ponad sto jinów5 kotwica.
Kompletowanie załóg i omawianie różnych spraw portowych odbywało się w jednym z domów na Nadrzecznej, którego brama była szeroko otwarta całymi dniami. Wchodzili i wychodzili przez nią i właściciele barek, w długich kaftanach z niebieskiego jedwabiu, i niedbale ubrani marynarze. To miejsce było trochę jak herbaciarnia, choć nie sprzedawano tu herbaty; nie była to też palarnia, ale można tu było zapalić. Bywający tu ludzie twierdzili, co prawda, że przyszli omawiać sprawy barek, ale wśród właścicieli i ich pracowników, wioślarzy i burłaków stawki były stałe i nie trzeba było ich negocjować. Spotykali się tu w większości towarzysko. W centrum zgromadzeń znajdował się "przewodniczący", a rozmawiano o różnych sprawach lokalnych, o warunkach handlu w obu prowincjach, a także o nowinach znad dolnego biegu. Tu też najczęściej odbywały się wszelkie zebrania, tu gromadzono fundusze i rzutem kości ustalano kolejność przewodniczenia. Częstym przedmiotem transakcji bywały dwie sprawy: kupno i sprzedaż łodzi oraz kupno i sprzedaż żon.
Potrzeby kupców i marynarzy sprawiły, że profesja, która powstała razem z handlem w wielkich miastach, nawet i na tej maleńkiej nadrzecznej uliczce miała grupę swych przedstawicielek, zgromadzonych w niektórych brodzących domach. Kobiet tych nie sprowadzono tu z okolicznych wsi, przywędrowały do Hunanu same, za syczuańską armią. Ubierały się w stroje z podróbek zagranicznych materiałów i buty z zadrukowanego płótna, brwi wyskubywały w cienkie kreseczki i wysoko upinały włosy, skropione mocno pachnącym olejkiem. Za dnia nie miały co robić, siedząc więc przed drzwiami, szyły buty, czerwoną i zieloną nicią wyszywając na ich noskach parę feniksów. Albo też haftowały szerokie pasy dla ukochanych marynarzy i przypatrywały się przechodniom - tak spędzały długie dnie. Czasem stawały w oknach wychodzących na rzekę i przyglądały się rozkładającym towary marynarzom albo słuchały ich śpiewu, gdy wspinali się na maszty. A gdy zapadł wieczór, kolejno przyjmowały kupców i marynarzy i jak należy wypełniały swoje zawodowe obowiązki.
Prostota przygranicznych obyczajów udzieliła się nawet prostytutkom, które także umiały okazać szczodrość: od obcego opłatę przyjmowały z góry i dopiero wtedy, za zamkniętymi drzwiami, transakcja dochodziła do skutku, ale kiedy już kogoś poznały, pieniądze nie były konieczne. W większości utrzymywały się dzięki kupcom z Syczuanu, ale ich serca zwykle należały do marynarzy. Zakochani gryząc sobie nawzajem wargi i karki, przysięgali, że w rozłące żadne nie będzie się łajdaczyć. Po czterdziestu czy pięćdziesięciu dniach oboje - i ten płynący na barce i ta, która została na brzegu - wypatrywali końca długich dni rozłąki, a ich serca były ze sobą związane niczym sznurem. Szczególnie kobiece serca były wierne, odurzone niewysłowioną miłością. Kiedy wybrany mężczyzna nie pojawiał się w umówionym terminie, kobiety śniły o przybijającej do brzegu łodzi i ukochanym, zeskakującym z rozkołysanego pokładu i biegnącym wprost do nich. Ale jeśli któregoś dnia w serca kobiet wkradło się zwątpienie, we śnie widziały najdroższego, jak na maszcie śpiewa dla innej, obojętny wobec dawnej ukochanej. Te ze słabszym charakterem w tym samym śnie rzucały się do wody albo truły opium, te o twardszej naturze chwytały w rękę tasak i od razu pędziły za zdrajcą. W chwilach, kiedy wielkie uczucie wypełniło je łzami lub radością, to choć ich egzystencja tak się różniła od zwykłego życia, jak wszystkie młode istoty na świecie, również te kobiety całą duszą i ciałem oddane były miłości i nadziei, która pozwala o wszystkim zapomnieć. Jeżeli się czymś różniły od innych, to może tym tylko, że były od większości uczciwsze i może trochę mniej sprytne - ot, i tyle. Prostoduszność miejscowego ludu sprawiła, że wszystkie interesy związane z kobiecym ciałem - te krótko- czy długotrwałe związki kontraktowe albo te jednorazowe sprawy, odbywane za zamkniętymi drzwiami - dla tych dziwczyn, które były ich przedmiotem, nie były nigdy ani występne, ani przynoszące wstyd. Miejscowi też nigdy nie przejmowali poglądów ludzi wykształconych, które kazały wytykać te kobiety palcami i je lekceważyć. One były szlachetne, bezinteresowne i uczciwe, i nawet trudniąc się tym zawodem, były wciąż bardziej godne zaufania niż pruderyjni i wiele mówiący o moralności ludzie z wielkich miast.
Na czele portu stał niejaki Shunshun, człowiek, który za Qingów6 pędził życie żołnierza, a w czasie rewolucji był kapralem w słynnym czterdziestym dziewiątym regimencie. Niektórzy jak on kaprale dzięki rewolucji7 zyskali sławę i pozycję, choć - rzecz jasna - byli i tacy, których ścięto i poćwiartowano. On jednak z powodu wcześnie nabytej podagry wrócił w rodzinne strony, za odłożoną odrobinę pieniędzy kupił drewnianą łódź na sześć wioseł i wynajął ją ubogiemu kapitanowi do transportowania towarów między Chadongiem a Chenzhou. Miał szczęście, w ciągu pół roku nie przydarzyło się nic złego i za zarobione pieniądze ożenił się z posiadającą niewielki majątek młodą wdową o białej twarzy i czarnych włosach. Po kilku latach miał już na rzece cztery mniejsze i większe łodzie, a także sklep i dwóch synów.
Dobrze mu się wiodło, ale ponieważ ten szczodry i pogodny człowiek łatwo się zaprzyjaźniał, był wielkoduszny i chętny do pomocy, nie mógł wzbogacić się tak jak handlarze olejem. Sam, będąc już znany w okolicy i mając stały dochód, świetnie rozumiał gorycz tułaczego życia i wiedział, jak smakuje strata w interesach, więc gdy jakiś zbankrutowany właściciel łodzi, zdemobilizowany żołnierz albo wędrowny bakałarz zwrócił się o pomoc, nie odszedł nigdy z pustymi rękami. W ten właśnie sposób Shunshun niefrasobliwie rozdawał pieniądze zarobione na rzece. Chociaż z nogą miał kłopot, nadal był w stanie pływać. Chodząc, nie trzymał się prosto, lecz jako człowiek był prostolinijny i wielkoduszny. Sprawy na rzece ze swej natury są proste i wszystko rozwiązuje się zgodnie z obyczajem. Jeśli łódź zderzy się z inną, jeśli uszkodzi cudzą lub jakkolwiek narazi kogoś na straty, zawsze istnieje zwyczajowe rozwiązanie. Do tego jednak potrzebny jest w centrum człowiek o nieposzlakowanym charakterze, w odpowiednio zaawansowanym wieku, żeby wszelkie konflikty rozwiązać według obyczaju. Jesienią taki właśnie naczelnik zmarł i Shunshun został jego następcą. Miał zaledwie pięćdziesiąt lat, ale ponieważ znał się na rzeczy, był człowiekiem uczciwym, sprawiedliwym i pozbawionym chciwości, nikt nie zgłaszał obiekcji co do jego wieku.
Starszy syn Shunshuna miał osiemnaście lat, a młodszy szesnaście. Obaj młodzieńcy byli krzepcy jak dwa młode byczki, umieli kierować łodzią i pływać, byli też świetnymi piechurami. Znali się na tym, na czym zwykle znają się młodzieńcy ze wsi i miasteczek, a wszystko robili znakomicie. Starszy, podobny do ojca, był z natury szczodry i wielkoduszny - nie zaprzątał sobie głowy drobiazgami. Młodszy, z charakteru bliższy ich czarnowłosej, ślicznej matce, nie lubił wiele mówić, ale starczyło spojrzeć na jego piękną twarz, by w niej rozpoznać inteligencję i bogactwo uczuć.
Bracia byli już dorośli i trzeba było zacząć ich przyuczać do jakiegoś fachu, toteż ojciec powierzał im co raz to inne zadania. Czasem wysyłał ich do pracy na rzece - zwykle na własną barkę, na której dzielili wszystkie trudy z resztą załogi. Gdy trzeba się było brać do wioseł, to im przypadały najcięższe, gdy trzeba było holować - ciągnęli liny na przedzie. Jedli suszone ryby, paprykę i ostro pachnące marynaty, spali na twardym jak kamień pokładzie. Gdy ojciec wysyłał ich w drogę lądem, o świcie wyruszali z towarami do wschodniego Syczuanu i szli przez Xiushan do Longtan i Youyang, zawsze - gorąco czy zimno, śnieg czy deszcz - w słomianych łapciach na nogach. Przy pasach mieli krótkie noże i potrafili, gdy trzeba, szybko je wyciągnąć, stanąć na wolnej przestrzeni i czekać na przeciwnika, żeby sprawę rozwiązać w walce. Postępowali według tamtejszego powiedzenia: "Wroga powala się nożem i przyjaźń zaczyna się nożem". Nie cofnęli się nigdy, gdy trzeba było noża użyć. Uczyli się handlu, uczyli się manier, uczyli się, jak żyć w obcych stronach i jak bronić życia i dobrego imienia. Ostatecznym celem tej edukacji było wychowanie ich na ludzi odważnych i porządnych. Stali się silni jak tygrysy, ale też zgodni, skromni i uczynni. Nic dziwnego, że w Chadongu imiona Shunshuna i jego synów wszędzie spotykały się z szacunkiem.
Kiedy synowie byli jeszcze mali, ojciec zauważył, że starszy we wszystkim jest do niego podobny, a jednak skłaniał się ku młodszemu. Przez tę nie całkiem uświadomioną stronniczość starszego nazwał Tianbao - Chroniony przez Niebo, a młodszego Nuosong - Zesłany przez Bogów. Rzecz w tym, że będącego pod ochroną nieba mogą w życiu spotkać różne rzeczy, ale - wedle tutejszych pojęć - ten, którego zesłali bogowie, zawsze będzie otoczony szacunkiem. Nuosong był wyjątkowo pięknym młodzieńcem. Ludzie z Chadongu, starając się oddać słowami podziw dla tej urody, nadali mu przydomek Yue Yun8. Co prawda żaden z nich nie widział nigdy Yue Yuna na żywo, ale wszyscy się zgadzali, że na scenie młody Yue Yun miał podobny urok.
| 3 |
Dzięki dobrym rządom od kilkunastu lat na styku prowincji Syczuan i Hunan panował spokój i nie dochodziło tu do żadnych wstrząsów. Ani konflikty zbrojne, ani bandyckie napady nie zakłócały handlu rzecznego ani lądowego i wszystko szło zgodnie z porządkiem. Lud też był tu spokojny i zadowolony. Zdawało się, że poza zwykłymi życiowymi nieszczęściami - gdy na przykład komuś zdechnie bawół, łódź się przewróci czy przydarzy się śmierć lub choroba w rodzinie - tutejszych ludzi nie dotkną nigdy konflikty szalejące w innych częściach Chin.
W tym mieście najbarwniejsze dni w roku to Duanwu - Święto Podwójnej Piątki9, Święto Środka Jesieni i Nowy Rok. Te trzy święta od dziesięcioleci emocjonowały miejscowych i nawet teraz były dla nich najważniejszymi wydarzeniami.
W dzień Podwójnej Piątki wszystkie kobiety i dzieci wkładały nowe ubrania i na czołach realgarowym10 winem rysowały sobie znak wang - król. Tego dnia we wszystkich rodzinach jadło się mięso i ryby. Mniej więcej o jedenastej cały Chadong był już po południowym posiłku i wszyscy, którzy mieszkali wewnątrz murów, ryglowali drzwi, żeby całą rodziną wyruszyć nad rzekę, oglądać wyścigi łodzi. Jeśli mieli znajomych na Nadrzecznej, mogli to robić z bram brodzących domów, a jeśli nie - zajmowali miejsca przed wrotami urzędu celnego i na każdej przystani. Start smoczych łodzi odbywał się na Długiej Głębi, a meta znajdowała się przed urzędem celnym. Tego dnia oficerowie, urzędnicy celni i wszyscy znaczący ludzie z okolicy przed drzwiami urzędu przyglądali się widowisku. Wszelkie przygotowania do wyścigu zaczynały się kilka dni wcześniej - ustalano skład załóg i dobierano silnych i sprawnych młodzieńców, którzy trenowali na środku Głębi. Smocze łodzie różniły się kształtem od używanych na co dzień drewnianych łódek - były długie i wąskie, z zadartymi do góry dziobem i rufą oraz z czerwoną linią namalowaną na burtach. Normalnie przechowywane były w suchych jaskiniach nad rzeką, a kiedy nadeszła pora, wyciągano je na wodę. Każda łódź mieściła od dwunastu do osiemnastu wioślarzy, jednego bębniarza, jednego uderzającego w gong i jednego sternika na dziobie. Każdy z wioślarzy trzymał krótkie wiosło i wiosłując w tempie zgodnym z rytmem bębna, pchał łódź do przodu; na dziobie człowiek w czerwonym zawoju trzymał w rękach dwie chorągiewki i machając nimi w lewo lub prawo, wyznaczał łodzi kierunek. Bębniarze siedzieli zwykle po środku i gdy łódź ruszała, natychmiast zaczynali z hukiem uderzać w bębny, podając rytm wiosłującym. To oni wyznaczali tempo, więc zawsze gdy rywalizacja dwóch łodzi była szczególnie zacięta, hałas stawał się ogłuszający, a razem z zagrzewającymi do walki okrzykami, rozlegającymi się na obu brzegach przywodził na myśl huczenie bębnów, gdy Liang Hongyu11 prowadziła bitwę na Laoheshui albo kiedy Niu Gao12 na rzece pochwycił Yang Yao. Zwycięzcy wyścigu otrzymywali w urzędzie celnym nagrodę - belę czerwonego sukna i srebrny medal. Niezależnie od tego na czyjej szyi zawisł, medal zawsze był symbolem chwały i współpracy całej załogi. Żołnierze, którzy lubili, jak coś się działo, na cześć każdej zwycięskiej łodzi puszczali pięćset petard.
Po wyścigu komendant garnizonu - by wszystkim dostarczyć radości i dodać jeszcze świątecznej rozrywki - kazał wrzucać do rzeki trzydzieści zielonogłowych kaczorów z czerwonymi wstążkami na długich szyjach, a wszyscy dobrzy pływacy pośród żołnierzy i cywilów skakali do wody, żeby ptaki łapać. Kto złapał kaczora, zostawał jego właścicielem. Cała Długa Głębia wyglądała wtedy zupełnie inaczej - wszędzie pływały kaczki, a za nimi ścigający je ludzie.
Wyścigi łodzi i wyścigi ludzi z kaczorami trwały cały dzień, aż do wieczora.
Stojący na czele portu Shunshun w młodości był znakomitym pływakiem i kiedy skakał po kaczki, nigdy nie wracał z pustymi rękami. Ale w roku, w którym Nuosong skończył dwanaście lat, chłopiec wszedł do rzeki, przykrył się płachtą i cichcem podpłynął do kaczora, po czym nagle wyprysnął z wody i już miał go w rękach. Wtedy ojciec, jakby trochę zawstydzony, rzekł:
- No dobrze, to od dzisiaj wy się tym zajmijcie, ja już do wody nie wchodzę.
I od tamtej pory rzeczywiście nie wszedł nigdy do rzeki ścigać się o kaczki. Ale gdyby miał skoczyć na głębinę, żeby ratować człowieka - to już inna sprawa. Żeby człowieka ratować z opresji, skoczyłby nawet w ogień. Miał to za swój obowiązek, z którego nic by go nie zwolniło, choćby nawet stuknęła mu osiemdziesiątka.
Tianbao i Nuosong zawsze brali udział i w zawodach łodzi, i w zawodach o kaczki.
Znów nadeszło Święto Podwójnej Piątki i - razem z nim - wyścigi smoczych łodzi. Pierwszego dnia piątego miesiąca księżycowego na Nadrzecznej odbyło się zebranie, na którym zdecydowano, że łódź reprezentująca ulicę w oznaczonym dniu znajdzie się na wodzie. Tak się złożyło, że piątego Tianbao był w podroży - razem z kupcami poszedł lądem w górę do Longtan we wschodnim Syczuanie, zanieść świąteczne towary. W wyścigu uczestniczyć miał tylko Nuosong. Szesnastu silnych jak byczki młodzieńców wzięło kadzidła, świece, petardy i wysoki bęben ze skóry wołu, z namalowanym czerwonym symbolem Taiji13 i wyruszyło do górskiej jaskini w górze rzeki, gdzie składowana była łódź. Tam zapalili świece i kadzidła, spuścili łódź na wodę, wsiedli, by z hukiem petard i biciem w bęben szybko jak strzała pomknąć w dół rzeki, na Długą Głębię.
Było to jeszcze przed południem świątecznego dnia, a gdy południe minęło, smocza łódź rybaków z przeciwnego brzegu też pojawiła się na wodzie i na obu jednostkach zaczęto ustalać strategię. Pierwsze uderzenia w bębny na rzece przyniosły ludziom zapowiedź świątecznej radości. Mieszkanki brodzących domów znad rzeki miały nadzieję zobaczyć od dawna wypatrywanych wędrowców i każda z nich na dźwięk bębna wspomniała swego ukochanego. W czasie święta wiele łodzi wracało, inne zatrzymywały się tylko na chwilę, by wziąć udział w uroczystości. I na tej nadrzecznej uliczce w górskim miasteczku dla jednych był to dzień radości, a dla innych - smutku.
Kiedy huk bębnów, niosący się po wodzie i górach dotarł do promu, pierwszy zwrócił nań uwagę Żółty. Zaczął szczekać i biegać jak szalony wokół domu. Razem z przeprawiającym się pasażerem przedostał się na wschodni brzeg, popędził na wzgórze i stamtąd szczekał w stronę miasta.
Cuicui siedziała akurat na wielkim kamieniu przed drzwiami i bawiła się wyplataniem świerszczy i stonóg z bambusowych liści. Widząc, że Żółty, który dotąd spokojnie spał na słońcu, nagle obudził się i biegając jak wariat, dwukrotnie przeprawił się przez rzekę, krzyknęła do niego:
- Piesku, piesku, co ty robisz?! Nie wolno tak!
Ale za chwilę i ona usłyszała tamten dźwięk. Ona też obiegła dom naokoło i razem z psem przeprawiła się przez rzeczkę, stanęła na szczycie górki i długo, długo słuchała, a ten wabiący ją tak mocno głos bębnów przeniósł ją w święto z przeszłości.
| 4 |
To było dwa lata wcześniej, w dzień Podwójnej Piątki. Dziadek przewoźnik znalazł dla siebie zastępcę i razem z Cuicui i Żółtym poszli wszyscy do miasta, żeby nad dużą rzeką oglądać zawody. Na brzegu stały tłumy, a po Długiej Głębi sunęły cztery długie, czerwone łodzie. Woda w tym miejscu, zwana smoczą, niedawno przybrała i była zielona jak groszek. Dzień był słoneczny i pogodny, huczały bębny, a Cuicui zagryzała usta i słowem się nie odzywała, jej serce przepełniała niewypowiedzialna radość. Ludzi na nadbrzeżu było mnóstwo i wszyscy wpatrywali się w rzekę. Po niedługim czasie Żółty ciągle był przy dziewczynce, ale w ścisku zniknął gdzieś dziadek.
Cuicui przyglądała się łodziom i myślała sobie: "Dziadek się za chwile znajdzie". Ale czas mijał, a dziadka nie było, i Cuicui zaczęła się niepokoić. Dzień wcześniej byli razem z Żółtym w mieście i dziadek powiedział do niej:
- Jutro na wyścigach będzie dużo ludzi, bałabyś się pójść sama?
A Cuicui odpowiedziała:
- Ludzi bym się nie bała, ale samej byłoby nudno.
Wówczas dziadek pomyślał chwilę i przypomniał sobie pewnego starego znajomego z miasta. Nocą poszedł do niego i poprosił, żeby na jeden dzień zastąpił go na promie, gdy on pójdzie z Cuicui do miasta. Ponieważ tamten był nawet jeszcze bardziej samotny niż stary przewoźnik, w ogóle nie miał nikogo bliskiego, nawet psa, umówili się, że przyjdzie wcześniej coś zjeść i napić się realgarowego wina. Przybył następnego dnia rano, dziadek przekazał mu obowiązki i po śniadaniu poszedł z Cuicui do miasta. Po drodze, jakby coś sobie nagle przypomniał, zapytał wnuczkę:
- Cuicui, tam będą takie tłumy, tyle zgiełku, nie bałabyś się iść sama?
- A czego się bać? Ale samej byłoby nudno - odparła Cuicui.
Kiedy doszli nad rzekę, cztery czerwone łodzie tak bardzo zajęły uwagę Cuicui, że dziadka przy niej mogłoby wcale nie być. Przewoźnik pomyślał sobie, że jest jeszcze wcześnie i miną co najmniej trzy godziny, zanim rzecz się skończy. Zdąży więc jeszcze wrócić na prom, żeby na jakiś czas zamienić się z tamtym starym przyjacielem, który też powinien popatrzeć na rozrywki młodych. Powiedział do Cuicui:
- Strasznie dużo ludzi. Stój tu i nie ruszaj się nigdzie. Ja muszę jeszcze pójść coś załatwić, ale na pewno wrócę tu po ciebie.
Cuicui wpatrzona w idące dziób w dziób dwie łodzie, nie słuchając uważnie, co mówi dziadek, skinęła głową. Ten wiedział, że jest z nią Żółty, a z psem dziewczynka może nawet jest bezpieczniejsza niż z nim samym, poszedł więc do domu zająć się promem.
Kiedy przyszedł nad rzeczkę, jego zastępca stał pod białą pagodą i wsłuchiwał się w daleki dźwięk bębnów. Dziadek zawołał, obaj przeprawili się na drugi brzeg i razem stanęli pod pagodą. Kiedy przyjaciel zapytał, czemu stary przewoźnik wrócił z miasta, odpowiedział, że chciał go na chwilę zmienić, zostawił Cuicui i wrócił. Teraz zastępca też może pójść popatrzeć na święto. I dodał jeszcze:
- Jak ci się tam spodoba, to zostań. Ale jak zobaczysz gdzieś Cuicui, spytaj, czy może sama wrócić do domu. Jeśli dziewuszka będzie się bała, to ją kawałek odprowadź.
Ale jego zastępcy nie interesowały już wyścigi smoczych łodzi, wolał zostać z przewoźnikiem na kamieniu nad rzeczką i wypić ze dwa kieliszki. Stary przewoźnik ucieszył sie, wyciągnął tykwę i poczęstował przyjaciela. Pili i rozmawiali, jak to dawniej bywało w święta. Zmożony wódką przyjaciel wkrótce padł na kamień. Był tak pijany, że nie mógł wrócić do miasta, a dziadek przez wzgląd na obowiązek nie mógł opuścić promu. Zostawiona na brzegu rzeki Cuicui coraz bardziej się niepokoiła.
Po zakończeniu zawodów komendant rozkazał ludziom wypłynąć w małych łódkach i wypuścić na Głębię stadko kaczek. Dziadek ciągle nie przychodził. Cuicui przestraszyła się, że może czeka na nią w jakimś innym miejscu, zawołała psa i zaczęła przepychać się przez tłum, ale dziadka nigdzie nie było. Wkrótce potem żołnierze, którzy wcześniej wynieśli z miasta długie ławki, żeby pooglądać widowisko, teraz - widząc, że za chwilę się ściemni - zaczęli kolejno odnosić je z powrotem. Na wodzie zostało tylko kilka kaczek i coraz mniej było chętnych do ich łapania. Słońce skłoniło się już na stronę domu Cuicui i wieczór zasnuł rzekę mgłą. Cuicui patrzyła na ten krajobraz i nagle w jej głowie pojawiła się przerażająca myśl: "A jeśli dziadek umarł?".
Przypomniało jej się, że dziadek kazał jej zostać na miejscu. Żeby pozbyć się jakoś tamtej strasznej myśli, powiedziała sobie, że dziadek jeszcze po nią nie przyszedł, bo wybrał się do miasta albo do jakiegoś znajomego, tam pewnie zatrzymali go na kieliszek i dlatego jeszcze go nie ma. Ponieważ było to całkiem możliwe, a ona nie chciała wracać z Żółtym przed zmierzchem, nie zostało jej nic innego, jak stanąć przy kamiennym pomoście i czekać.
Po chwili znikły długie łodzie cumujące po drugiej stronie rzeki, widzowie też już się właściwie rozeszli. W brodzącym domu, w którym mieszkały prostytutki, wywieszono już lampy i któraś z kobiet zaczęła śpiewać przy wtórze bębenka i księżycowej lutni yueqin. Z innych domów dochodziły rubaszne odgłosy pijackich gier. W zacumowanych pod brodzącymi domami łodziach słychać było przygotowania do kolacji: rozstawiano wódkę, gotowano, skwierczały wrzucane na gorący olej warzywa. Kontury rzeki zaczęły się zacierać i wydawało się, że nad wodą unosi się pas bieli. Tylko jeden człowiek polował jeszcze na pojedynczą kaczkę. Cuicui nadal nie ruszała się z pomostu, pewna, że dziadek zaraz po nią przyjdzie i wrócą razem do domu.
Śpiew w brodzącym domu zrobił się głośniejszy i na którejś łodzi odezwał się głos marynarza:
- Jinting, słyszysz? Ta twoja pije i śpiewa jakimś kupcom z Syczuanu. Dam sobie palec uciąć, że to jej głos!
Drugi odpowiedział:
- Może z nimi pije i może dla nich śpiewa, ale w sercu ma tylko mnie. Wie, że tu jestem na łodzi!
Ten pierwszy rzekł na to:
- Ciałem zabawia innych, a w sercu dalej ma ciebie? A niby skąd wiesz?
- A stąd - odrzekł tamten i zagwizdał jakiś dziwny sygnał, a wtedy śpiew na górze się urwał. Obaj marynarze roześmiali się i zaczęli dalej rozprawiać o tej kobiecie, używając różnych wulgarnych słów. Cuicui nieprzyzwyczajona do takiego słownictwa nie mogła jednak odejść i usłyszała jeszcze, jak któryś powiedział, że ojca tej kobiety zabito na Bawełnianym Wzgórzu, godząc go nożem aż siedemnaście razy. Nagle w sercu Cuicui znów pojawiła się tamta dziwaczna myśl: "A jeśli dziadek umarł?".
Marynarze rozmawiali dalej, a biała kaczka na Głębi powolutku podpływała w kierunku pomostu i Cuicui pomyślała sobie: "Podpłyń jeszcze bliżej, to cię złapię!". Czekała nieruchomo, ale gdy kaczka zbliżyła się na parę metrów, nagle rozległ się śmiech i ktoś zawołał do marynarzy na łodzi. W wodzie ktoś był! Złapał już kaczkę i wolno dopływał do brzegu. Tamci na łodzi, rozpoznawszy głos, odkrzyknęli z ciemności:
- Ejże, drugi paniczu, zuch z ciebie, dziś to już chyba piąta!
Człowiek w wodzie odrzekł:
- Ten kaczor to kawał spryciarza, ale złapałem drania!
- Dzisiaj kaczki łapiesz, a w przyszłości kobity też tak będziesz łapał!
Ten w rzece nic już nie powiedział, tylko rękami i nogami młócąc wodę, zbliżał się do pomostu. Kiedy ociekając wodą, wygramolił się na brzeg, pies przy boku Cuicui szczeknął kilka razy ostrzegawczo. Wtedy tamten zauważył Cuicui. Na pomoście nie było już nikogo więcej. Spytał:
- Kto tu?
- Cuicui.
- A Cuicui to kto?
- Wnuczka przewoźnika z Zielonej Strugi.
- A co tutaj robisz?
- Czekam na dziadka. Mamy razem wrócić do domu.
- Czekasz i pewnie się nie doczekasz. Twój dziadek pewnie poszedł do garnizonu, tam się upił i już go odnieśli do domu!
- Na pewno nie! Obiecał, że przyjdzie, to na pewno przyjdzie.
- Ale tu czekać nie możesz. Chodź do nas, to tam na górze, gdzie świecą lampy. Tam poczekasz, aż dziadek po ciebie przyjdzie. Dobrze?
Cuicui nie zrozumiała życzliwości zapraszającego. Pamiętała wszystkie obrzydliwe rzeczy, które marynarze mówili o jakiejś kobiecie, i pomyślała, że on chce ją zabrać do tamtego domu, tam gdzie śpiewały te kobiety. Była bardzo już zdenerwowana długim czekaniem na dziadka i pomyślała, że ten człowiek chce jej zrobić krzywdę. Chociaż nigdy nikomu nie wymyślała, mruknęła pod nosem:
- Głowę ci utną, łachmyto!
Choć powiedziała to cichutko, on to usłyszał, a poznawszy po głosie jej wiek, roześmiał się i powiedział:
- Co to, ludzi łajesz? Nie chcesz iść na górę, to nie, ale jak tu zostaniesz i wielka ryba cię chapnie, to nie wołaj o pomoc!
- Jak mnie ryba chapnie, to tobie nic do tego.
Żółty, zrozumiawszy, że Cuicui dzieje się krzywda, znowu zaczął szczekać. Tamten podniósł trzymaną w ręku białą kaczkę, postraszył nią psa, a potem ruszył Nadrzeczną. Żółty sam poczuł się pokrzywdzony i chciał za nim pognać, ale Cuicui zawołała:
- Piesku, na kogo ty szczekasz?!
Cuicui chodziło o to, że na takiego bezczelnego ladaco nawet szczekać nie warto, ale tamten zrozumiał: "Nie wolno szczekać na dobrych ludzi!". Roześmiał się beztrosko i odszedł.
Znowu minęła chwila i z Nadrzecznej nadszedł jakiś człowiek z pochodnią ze starej liny. Wołał Cuicui po imieniu, ale kiedy pojawił się przy niej, okazał się całkiem obcy. Powiedział, że dziadek jest już w domu i nie może po nią przyjść, a jak on się przeprawiał promem, dziadek kazał przekazać Cuicui, żeby zaraz wracała do domu. Usłyszawszy, że dziadek go przysłał, Cuicui poszła za mężczyzną, który pochodnią oświetlał im drogę. Żółty biegł raz z przodu, raz z tyłu za nimi i tak doszli razem wzdłuż murów do miejsca przeprawy. Cuicui spytała swego przewodnika, skąd wiedział, że była nad rzeką, a ten odpowiedział, że od drugiego panicza. On sam był pracownikiem w rodzinie drugiego panicza i jak ją odprowadzi, wraca na Nadrzeczną.
- A skąd drugi panicz wiedział, że ja jestem nad rzeką? - spytała Cuicui.
Tamten roześmiał się:
- Wrócił z łapania kaczek i widział cię na pomoście. Z dobrego serca zaprosił cię do domu, żebyś tam mogła poczekać na dziadka, a ty go jeszcze zwymyślałaś!
Zdziwiona Cuicui zapytała cicho:
- A kto to jest drugi panicz?
Tamten się zdumiał:
- Nawet drugiego panicza nie znasz? No, drugi panicz Nuosong z Nadrzecznej! Ten, co go nazywają Yue Yun. To on chciał, żebym cię odprowadził do domu.
Imię Nuosonga znane było wszystkim w Chadongu.
Cuicui, przypomniawszy sobie, jak mu przygadała, poczuła się trochę zaskoczona a trochę zawstydzona. Nic już nie powiedziała, tylko w milczeniu szła za człowiekiem z pochodnią.
Kiedy minęli pagórek, mogli już dojrzeć blask ognia na drugim brzegu, a ponieważ stamtąd też już było widać płomień ich pochodni, stary przewoźnik od razu wsiadł na prom i przeciągając go, wołał ochryple:
- Cuicui, Cuicui, to ty?
Cuicui nie odpowiedziała, tylko mruknęła pod nosem:
- Wcale nie Cuicui. Cuicui już dawno wielka ryba zjadła!
Wsiadła na prom, wysłany przez drugiego panicza człowiek z pochodnią odszedł, a dziadek znowu zapytał:
- Cuicui, czemu nie odpowiadasz, gniewasz się na mnie?
Cuicui stała na promie i wciąż się nie odzywała. Ta odrobina żalu, który miała do dziadka, zaraz zniknęła, kiedy w domu zobaczyła pijanego staruszka - zastępcę. Ale inna sprawa, która dotyczyła tylko dziewczynki i nie miała żadnego związku z dziadkiem, sprawiła, że Cuicui milczała cały wieczór.
| 5 |
Minęły dwa lata.
W ciągu tych dwóch lat dwukrotnie obchodzono Święto Środka Jesieni, ale że dni były pochmurne i nie mogły się wydarzyć zwykłe w tej okolicy historie całonocnych miłosnych serenad pod księżycem, oba te święta nie zrobiły na Cuicui wielkiego wrażenia, pozostawiając nijakie i bezbarwne wspomnienie. Dwukrotnie też nadszedł Nowy Rok i można było jak zawsze obejrzeć w garnizonie tańce lwów i smoków, a na małym placyku do ćwiczeń dwa razy rozlegał się łoskot bębnów i gongów witających wiosnę. Wieczorem piętnastego dnia pierwszego miesiąca żołnierze z Zhenganu z obnażonymi ramionami szli w tańcu lwa i smoka, wszędzie witani petardami i fajerwerkami. W garnizonie wewnątrz murów, w siedzibie urzędu celnego i we wszystkich znaczniejszych firmach na Nadrzecznej zawczasu przygotowano przecięte bambusowe rury albo wydrążone pnie palmowe, wsypano do nich saletrę zmieszaną z siarką, węglem drzewnym i żelaznym śrutem i ubito potężnym stufuntowym młotem. Odważni i weseli żołnierze, obnażeni do pasa szli, niosąc bębny i lampiony, a zawieszone na szczytach długich tyczek sznury petard strzelały i opadały jak deszcz na ramiona. Bębny i gongi wybijały gwałtowny, frenetyczny rytm i wszyscy byli tym bardzo podnieceni. Gdy wystrzelano już petardy, do nóg długiej ławki przywiązano wielką rurę z fajerwerkami i na drugim końcu placu podpalono lont. Najpierw z sykiem pojawiło się białe światło, powoli zaczęło buczeć i świstać, a wreszcie rycząc jak smok albo tygrys, wzbiło się do góry, wysoko na kilkadziesiąt metrów i opadając, poczęło rozpryskiwać się w świetliste wzory na niebie. Wykonujący taniec żołnierze szli kręgiem pod deszczem fajerwerków, nic sobie z nich nie robiąc. Cuicui z dziadkiem też oglądali te widowiska i Cuicui była pod wrażeniem, ale z jakiejś przyczyny to wrażenie nie było ani tak piękne, ani tak słodkie jak wspomnienie tego, co wydarzyło się wtedy w Święto Smoczych Łodzi.
Ponieważ Cuicui nie mogła o tym zapomnieć, rano w Święto Podwójnej Piątki znów razem z dziadkiem poszła oglądać zawody. Kiedy wszyscy świetnie się bawili, nagle spadł deszcz i przemokli do suchej nitki. Uciekając przed ulewą dziadek, wnuczka i Żółty, pobiegli za węgieł brodzącego domu Shunshuna i schowali się w kącie. Jakiś człowiek z ławką przechodził obok nich i Cuicui rozpoznała w nim mężczyznę, który wtedy odprowadził ją z pochodnią do domu. Powiedziała do dziadka:
- Dziadku, to on mnie w zeszłym roku odprowadził do domu. Jak tak szedł wtedy z tą pochodnią, wyglądał zupełnie jak rozbójnik!
Dziadek nie odpowiedział, ale gdy tamten się zbliżył, chwycił go za ramię i śmiejąc się zawołał:
- Ejże, tuś mi! Nie chciałeś do mnie przyjść na kieliszek, co to, bałeś się, że wódka zatruta? Że przyszłego cesarza chcemy otruć?
Tamten rozpoznał przewoźnika, spojrzał na Cuicui i też się roześmiał:
- Cuicui, aleś urosła! Drugi panicz mówił wtedy, że cię ryba zje, a teraz już żadna ryba u nas nie dałaby ci rady!
Cuicui nie odezwała się, tylko zagryzła wargi i się uśmiechnęła.
Tym razem nie mieli okazji zobaczyć drugiego panicza, którego "rozbójnik" wspomniał. Z rozmowy dziadka z nim Cuicui wywnioskowała, że drugi panicz spędza święto w Qinglantang, położonym sześćset li w dół rzeki. Nie spotkała wtedy Nuosonga, ale poznała starszego panicza Tianbao i samego słynnego Shunshuna. Gdy Tianbao wrócił do domu ze złapaną kaczką, stary przewoźnik dwukrotnie wychwalał jej tłustość, więc Shunshun kazał synowi ofiarować ją Cuicui. Dobrze wiedział, że dziadek i wnuczka muszą zaciskać pasa i nie stać ich nawet na lepienie zongzi14, więc dał im też w prezencie wiele tych trójkątnych przysmaków.
Kiedy dziadek rozmawiał z tym znanym na rzece człowiekiem, Cuicui udawała, że podziwia widoki, ale dobrze słyszała każde zdanie. Shunshun mówił, że wyrosła na śliczną pannę, pytał o jej wiek i o to, czy ma już narzeczonego. Dziadek z wielką radością ją chwalił, ale tak jakby nie chciał, żeby obcy wtrącali się do spraw jej małżeństwa, na ten temat nie powiedział nic.
W drodze do domu dziadek niósł kaczkę i inne pakunki, a Cuicui oświetlała drogę pochodnią. Szli wzdłuż miejskiego muru, po jednej stronie mieli ścianę, po drugiej rzekę i dziadek rzekł nagle:
- Shunshun to dobry człowiek. Tianbao też. W tej rodzinie wszyscy są dobrzy!
- Wszyscy w rodzinie są dobrzy? A znasz wszystkich? - spytała Cuicui.
Dziadek nie wiedział, co Cuicui ma na myśli, a ponieważ był w szczególnie dobrym nastroju, rzekł:
- Cuicui, a jakby tak Tianbao chciał cię za żonę i przysłał do nas swatów, zgodziłabyś się?
Cuicui odparła natychmiast:
- Dziadku, zwariowałeś! Jak będziesz o tym mówił, pogniewam się!
Dziadek nie odezwał się więcej, ale najwyraźniej ta niedorzeczna myśl wciąż go nie opuszczała. Cuicui ze złością zaczęła wymachiwać pochodnią i rozdrażniona ruszyła przed siebie.
- Cuicui, nie dokazuj! Jak wpadnę do rzeki, to kaczka ucieknie!
- A po co komu ta kaczka!
Dziadek poznawszy, że Cuicui jest nie w humorze, zaczął śpiewać piosenkę o wioślarzu, co szybciej wiosłuje przy brzegu, i choć głos miał drżący, słowa brzmiały wyraźnie i czysto. Cuicui szła i słuchała, a nagle zatrzymała się i spytała:
- Dziadku, czy ta łódka dobija już do Qinglangtan?
Dziadek nie odpowiedział, tylko śpiewał dalej. Oboje pamiętali jak Shunshun mówił, że Nuosong popłynął na święto do Qinglangtan, ale nie wiedzieli, co dla drugiego z tej informacji wynika. Gdy dziadek i wnuczka w milczeniu doszli do promu, zastępca dziadka już na nich czekał przy łodzi. Przeprawili się razem, dali mu kilka zongzi, a gdy chciał wracać do miasta, Cuicui zapaliła dla niego pochodnię, żeby oświetlił sobie drogę. Przewieźli go na drugi brzeg i kiedy był już na wzgórzu, Cuicui i dziadek z promu odprowadzali go wzrokiem. Cuicui rzekła:
- Dziadku, patrz, rozbójnik wchodzi na górę!
Dziadek z rękami opartymi na linie patrzył na lekką mgiełkę unoszącą się nad wodą i jakby coś tam zobaczył, westchnął lekko. Powoli przeciągnął prom z powrotem, kazał Cuicui zejść na brzeg, a sam został na miejscu, bo wiedział, że w świąteczny dzień wielu ludzi ze wsi poszło do miasta oglądać wyścig smoczych łodzi, a teraz będą wracać po ciemku.
| 6 |
Jednego dnia stary przewoźnik pokłócił się ze sprzedawcą papieru, który uparł się mu zapłacić, chociaż staruszek nie chciał przyjąć pieniędzy. Pasażer potraktował go trochę z góry, stary przewoźnik poczuł się dotknięty, rozgniewał się i zmusił do zabrania opłaty z powrotem. Sprzedawcy papieru nie pozostało nic innego, jak ścisnąć miedziaki w garści. Ale kiedy prom dobił do brzegu, zeskoczył na przystań, rzucił monety na pokład i uciekł, chichocząc. Przewoźnik musiał zaciągnąć prom na brzeg, żeby inni pasażerowie wysiedli, nie mógł pobiec za uciekającym, zawołał więc do wnuczki na szczycie górki:
- Cuicui, Cuicui, złap tego hultaja od papieru! Nie pozwól mu uciec!
Cuicui, nie wiedząc, o co chodzi, naprawdę razem z Żółtym zagrodziła drogę pierwszemu człowiekowi, który schodził z górki. Tamten, śmiejąc się, rzekł:
- No, przepuśćże mnie!
- Nie! Nigdzie nie pójdziecie!
W tym momencie dogonił ich inny kupiec i wyjaśnił Cuicui, o co chodzi. Cuicui schwyciła sprzedawcę za rękaw i nie pozwalała mu odejść.
- Nie pójdziecie nigdzie! Nie pójdziecie!
Żółty, demonstrując, że całkowicie zgadza się ze swoją panią, zaczął głośno ujadać, a wszyscy kupcy wybuchnęli śmiechem. Po chwili nadbiegł zasapany dziadek, siłą wcisnął sprzedawcy pieniądze w rękę i jeszcze zapakował mu do torby wielką wiązkę tytoniu.
Zacierając ręce, rzekł z uśmiechem:
- No, teraz ruszajcie! Ruszajcie w drogę!
Tamci, śmiejąc się, poszli dalej, a Cuicui rzekła do dziadka:
- Dziadku, a ja myślałam, że on ci coś ukradł i żeś się z nim pokłócił!
- Płacić mi chciał. A na co mi jego pieniądze? Powiedziałem mu, że nie chcę, a on jeszcze się ze mną kłócił! Co za człowiek!
- Wszystko mu oddałeś? - zapytała Cuicui.
Dziadek z uśmiechem pokręcił głową, przymrużył oko i przybierając wielce chytrą minę, wyciągnął zza pasa jednego miedziaka, podał go Cuicui i rzekł:
- Grzeczność to jedno, a sprawiedliwość drugie. Dostał tyle naszego tytoniu, że może sobie palić do samego Zhenganu!
W oddali rozległ się głos bębnów. Żółty postawił uszy i nasłuchiwał, a Cuicui spytała dziadka, czy też coś słyszy. Dziadek posłuchał chwilę i rozpoznawszy ten dźwięk, zwrócił się do Cuicui:
- Cuicui, dzisiaj Święto Podwójnej Piątki, pamiętasz, jak w zeszłym roku Tianbao dał ci tłustą kaczkę? Dzisiaj rano Tianbao ze swoimi ludźmi poszedł do Syczuanu i na promie jeszcze pytał o ciebie. Pewnie już zapomniałaś, jaki deszcz w zeszłym roku padał. Jak dzisiaj pójdziemy, trzeba będzie naszykować pochodnię na powrót... Pamiętasz, jak w zeszłym roku wracaliśmy z pochodnią?
Cuicui właśnie myślała o wydarzeniach sprzed dwóch lat, ale pytanie dziadka chyba ją rozdrażniło, bo potrząsając głową, powiedziała z naciskiem:
- Nie, nie pamiętam! - Co oczywiście znaczyło: "No jakże! Jakże mam nie pamiętać!".
Dziadek dobrze rozumiał, o co jej chodzi, i dodał:
- A dwa lata temu było jeszcze weselej! Sama jedna nad rzeką na mnie czekałaś i mało brakowało, a nie wróciłabyś do domu. Już noc zapadła i aż się bałem, że cię wielka ryba zjadła!
Na to wspomnienie Cuicui się roześmiała.
- Dziadku, ty się bałeś, że ryba mnie zje, ty? To ktoś inny tak do mnie powiedział, a ja ci powtórzyłam! Tamtego dnia chciałeś tylko, żeby tamten dziadek z miasta twoją wódkę razem z tykwą połknął! Jaką ty masz pamięć!
- Stary już jestem i pamięć mi się do szczętu popsuła. Ale, Cuicui, ty już jesteś dorosła i na pewno nie bałabyś się sama iść do miasta na wyścigi łodzi. Ani tego, że ryba cię zje.
- Dorośli powinni promu pilnować.
- To starzy powinni promu pilnować.
- Starzy powinni odpocząć!
- Twój dziadek by jeszcze tygrysa pokonał, wcale nie jest stary! - mówiąc to, dziadek zgiął ramię i starał się z całej siły napiąć mięśnie, żeby wydały się młode i silne.
- Cuicui, jak nie wierzysz, to ugryź!
Cuicui zerknęła na przygarbionego, całkiem siwego dziadka i nic nie powiedziała.
Gdzieś daleko odezwały się suony15. Cuicui wiedziała, co zwiastują i skąd dochodzą, ponagliła więc dziadka, żeby z nią razem przeciągnął prom na stronę domu. Chcąc jak najszybciej zobaczyć weselną lektykę, pobiegła pod pagodę i stamtąd zaczęła jej wypatrywać. Wkrótce zjawił się cały orszak - dwóch ludzi grających na suonach, czterech silnych wieśniaków z pustą lektyką, młodzieniec w nowym ubraniu, który wyglądał jak syn rządcy, chłopiec pędzący dwie owce i mężczyzna, który dźwigał na nosidle prezenty - gliniany dzban z winem i pudło ryżowych ciastek. Wszyscy wsiedli na prom, dziadek i Cuicui za nimi. Dziadek ciągnął linę, a Cuicui stanęła przy lektyce i przyglądała się twarzom ludzi i frędzlom, które ją zdobiły. Kiedy przybili do brzegu, młodzieniec, wyglądający na syna rządcy, wyjął czerwoną kopertę ze swego zdobnego kubraka i podał ją przewoźnikowi. Taki był obyczaj i tym razem dziadek nie mógł już odmówić. Zapytał tylko młodzieńca, skąd pochodzi panna młoda, a potem dopytywał się dalej: a jak się nazywa, a ile ma lat, i w ten sposób wszystkiego się dowiedział. Na brzegu grajkowie znowu zaczęli dąć w suony i cała grupa znikła po chwili za pagórkiem. Dziadek i Cuicui zostali na promie, ale myślami długo jeszcze towarzyszyli tamtym dźwiękom.
Dziadek zważył kopertę w ręku i powiedział:
- Cuicui, panna młoda z Songjia Puzi ma dopiero piętnaście lat.
Cuicui wiedziała, o co mu chodzi, ale nie zareagowała, tylko w milczeniu zaczęła przeciągać prom.
Kiedy dopłynęli do brzegu, pobiegła do domu, wyciągnęła małą podwójną bambusową suonę i poprosiła dziadka, żeby jej zagrał Witając pannę młodą, a sama razem z psem położyła się na zacienionym wielkimi głazie przed drzwiami i patrzyła w niebo na chmury. Słońce wspinało się coraz wyżej i dziadek niepostrzeżenie zasnął. Zasnęła też Cuicui i pies.
| 7 |
Znowu nadeszło Święto Podwójnej Piątki. Dziadek i Cuicui już trzy dni wcześniej ustalili, że on zostanie przy promie, a dziewczyna z Żółtym pójdzie oglądać wyścigi z domu Shunshuna. Cuicui najpierw nie chciała się na to zgodzić, potem ustąpiła, ale następnego dnia znów się jej odmieniło i powiedziała, że albo pójdą oboje, albo oboje zostaną przy promie. Dziadek wiedział, że miłość do niego walczy w niej z chęcią zabawy. Z powodu jego uwiązania przy promie dziewczyna, która powinna się bawić, ma sobie zabawy odmówić? Nie, tak być nie mogło! Śmiejąc się powiedział:
- Cuicui, a to dlaczego? Już się umówiliśmy, a teraz zmieniasz zdanie, w Chadongu tak się nie godzi! Jak się coś powiedziało, tak trzeba zrobić, a nie raz tak, raz inaczej. Z moją pamięcią aż tak źle nie jest, żebym miał zaraz zapomnieć, co mi obiecałaś!
Chociaż tak mówił, wyglądało na to, że zgodzi się na plan Cuicui. Żal mu jednak było tego dobrego dziecka. Widząc, że dziadek zasmucony zamilkł, Cuicui spytała:
- A jak ja pójdę, to kto z tobą zostanie?
- Jeśli ty pójdziesz, prom ze mną zostanie - odpowiedział dziadek.
Cuicui zmarszczyła brwi i ze smutnym uśmiechem rzekła:
- Prom z tobą zostanie. Aha, prom. Dziadku, naprawdę, zawsze ten złoty prom!
Dziadek pomyślał w duchu: "Ty mnie na pewno w końcu zostawisz", ale nie powiedział tego głośno. Nie odezwał się, poszedł za dom do małego ogródka, spojrzeć na pory. Cuicui poszła za nim.
- Dziadku, już postanowiłam, nie pójdę. Niech prom sobie idzie, a ja zostanę z tobą.
- Dobrze, jak ty nie idziesz, to w takim razie pójdę ja. Jeszcze sobie kwiatek przypnę, przebiorę się za babcię Liu i tak pójdę świat pooglądać.
Oboje ten żart rozśmieszył i śmiali się długo. Przedmiot sporu nie został rozwiązany.
Dziadek zajął się porami, a Cuicui zerwała jednego i zaczęła na nim poświstywać. Na wschodnim brzegu ktoś zawołał o przeprawę, Cuicui wyprzedziwszy dziadka, pobiegła do promu, wskoczyła nań i chwyciła linę, a ciągnąc, zawołała:
- Dziadku, zaśpiewaj, zaśpiewaj!
Dziadek nie zaśpiewał, stanął tylko na wysokiej skale i patrzył na Cuicui. Pomachał do niej ręką, ale milczał.
Coś mu leżało na sercu, coś mu ciążyło. Cuicui już dorosła.
Cuicui poważniała z każdym dniem, a kiedy niechcący coś się przy niej dziadkowi wymknęło, od razu się czerwieniła. Czas dodawał jej dojrzałości i jakby ją popędzał, dokładał jej nowych wyzwań. Lubiła patrzeć na upudrowane twarze panien młodych, lubiła o nich mówić, lubiła wpinać sobie kwiaty we włosy i słuchać piosenek. Potrafiła w nich już usłyszeć i rozpoznać czułość. Czasami miała potrzebę samotności, siadała na skale i wbijała wzrok w chmury albo gwiazdy. Jeśli dziadek pytał: "Cuicui, o czym myślisz?", odpowiadała cicho, jakby trochę zawstydzona: "Patrzę, jak kaczki na wodzie się kłócą", co w tutejszej gwarze znaczyło "O niczym nie myślę". Ale jednocześnie sama się w duchu pytała: "Cuicui, o czym myślisz?" i sama sobie w duchu opowiadała: "Myślę bardzo wiele, myślę nieustająco. Tylko nie wiem o czym". Naprawdę myślała i naprawdę nie wiedziała, o czym. Ciało miała już rozwinięte i zgodnie z wiekiem i naturą co miesiąc w jej organizmie "coś" się działo, co tym bardziej pobudzało jej myśli i rozniecało nowe marzenia.
Dziadek wiedział, jaki wpływ te sprawy mają na dziewczynę, a i on sam też trochę się zmienił. Był człowiekiem, który zwyczajnie i po prostu przeżył swoje siedemdziesiąt lat, ale w życiu ludzkim zdarzają się rzeczy, których nie da się tak łatwo uporządkować. Dorastanie Cuicui przypomniało mu o różnych zdarzeniach z przeszłości i na nowo wydobyło dawne sprawy, które mijający czas głęboko zakopał.
Matka Cuicui była kiedyś taka jak ona. Też miała mocno zarysowane brwi, wielkie oczy i różaną skórę. Była w niej słodycz, która przyciągała ludzi. Wydawało się, że nic jej nigdy nie rozdzieli z rodziną. Bystra i zręczna, była oczkiem w głowie rodziców. Ale zdarzyło się nieszczęście i poznała tego żołnierza. W końcu zostawiła i starego ojca, i małą córeczkę, i razem z żołnierzem umarła. Dziadek nie widział w tym niczyjej winy, tak zrządziło niebo. Sam nigdy głośno nie skarżył się na niebo, ale tak do końca nie pogodził się z tym nieszczęśliwym rozwiązaniem. To, co na niego spadło, było niesprawiedliwe! Powinien o tym zapomnieć, nie mógł, powinien sobie z tym poradzić, nie potrafił, musiał to bezradnie przecierpieć!
A przecież wtedy była jeszcze Cuicui. Gdyby teraz Cuicui przydarzyło się to, co jej matce, czy stary przewoźnik, mając już swoje lata, dałby radę odchować jeszcze jedną sierotę? On może by i chciał, ale bogowie nie pozwolą. Kiedy człowiek się zestarzeje, powinien zaznać spokoju. Wszystkie trudy i nieszczęścia dotykające prostych wieśniaków już przecież na niego spadły! Jeśli gdzieś tam na górze naprawdę jest jakiś Nefrytowy Cesarz, jakiś Bóg, który wszystko trzyma w swoich rękach, to byłoby najsprawiedliwiej, gdyby najpierw zabrał dziadka, a młodej pozwolił w nowym życiu doznać wszelkiego należnego szczęścia i nieszczęścia. Tak byłoby rozsądnie.
Ale dziadek wcale tak nie myślał. Martwił się o Cuicui. Czasami odpoczywając przed drzwiami na głazie, pod rozgwieżdżonym niebem roztrząsał to, co mu leżało na sercu. Spodziewał się, że śmierć wkrótce go zabierze. Cuicui dorosła, co dowodziło, że on sam już się postarzał. Tak czy inaczej, trzeba było znaleźć dla dziewczyny jakieś miejsce na ziemi. Skoro nieszczęsna matka poleciła swoją córkę jego opiece, to teraz on musi powierzyć Cuicui komuś godnemu zaufania. Dopiero wtedy zakończą się jego obowiązki! Ale komu ją powierzyć? Jaki to ma być człowiek, żeby jej nie skrzywdził?
Kilka dni wcześniej syn Shunshuna Tianbao przeprawiał się promem i rozmawiał z dziadkiem. Ten prosty i prędki w mowie młodzieniec już w pierwszym zdaniu powiedział:
- Wujku, wasza Cuicui jest śliczna, prawdziwa Guanyin16. Za jakieś dwa lata nie będę już musiał latać jak wrona, osiądę w Chadongu i tu będę spraw doglądać. Wtedy co noc będę tu przychodził, żeby śpiewać dla Cuicui.
Dziadek uśmiechem wynagrodził tę szczerość. Ciągnąc linę, przyglądał się Tianbao.
Tianbao zaś mówił dalej:
- Ale Cuicui jest taka delikatna, że chyba nadaje się tylko do słuchania piosenek. Czy dałaby radę robić wszystko, co u nas w Chadongu przynależy żonom? Ja chciałbym mieć ukochaną, która słuchałaby, jak jej śpiewam, ale chciałbym też żonę, która zajmie się domem. "Chce, żeby koń trawy nie jadł, ale szybko biegał". Ech, to stare powiedzenie chyba o mnie specjalnie starożytni ułożyli!
Dziadek zręcznie ustawił łódź rufą do brzegu i powiedział:
- Tianbao, to jest możliwe. Poczekaj tylko.... - Co naprawdę miał na myśli, nie wiadomo. Kiedy Tianbao odszedł, dziadek wciąż myślał o szczerych słowach młodzieńca i było mu trochę smutno, a trochę wesoło. Jeśli miałby mu oddać Cuicui, to czy Tianbao umiałby o nią zadbać? Gdyby naprawdę miał mu ją oddać, czy Cuicui by się zgodziła?
| 8 |
Piątego o świcie padał drobny deszcz, w górnym biegu wezbrało trochę smoczej wody i cała rzeka także w tym roku miała kolor groszku. Dziadek wybrał się do miasta na świąteczne zakupy. Włożył pelerynę z liści, wziął koszyk i wielką tykwę z wódką, przez ramię przewiesił torbę, do której wrzucił sześćset qianów, i poszedł. Ponieważ był to dzień świąteczny, wielu ludzi z okolicznych wiosek i wioseczek z pieniędzmi i towarami na sprzedaż udawało się do miasta. Wyprawiali się bardzo wcześnie. Po odejściu dziadka Żółty i Cuicui czuwali przy promie. Cuicui w nowej pelerynie narzuconej na głowę raz po raz przewoziła pasażerów w obie strony. Żółty siedział na dziobie i kiedy dopływali, zawsze pierwszy wyskakiwał na brzeg i ku rozbawieniu pasażerów chwytał linę w pysk. Wielu przeprawiających się wieśniaków też miało ze sobą psy. Miejscowa mądrość głosi, że pies od domu nie odchodzi, ale jeśli już jakiś odszedł, trzymał się blisko pana i zwykle był bardzo posłuszny. Kiedy taki obcy pies wchodził na prom, Żółty podchodził, żeby go obwąchać, spoglądał pytająco na Cuicui i rozumiejąc jej milczącą odpowiedź, nie śmiał wszczynać awantury. Dopiero po wylądowaniu, kiedy obowiązkowo przyciągnął linę, a obcy pies wchodził już na górkę, ruszał za nim. Szczekał wtedy cicho na jego pana albo biegł chwilę za psem. Dopiero na trochę rozgniewane wołanie Cuicui:
- Żółty, zwariowałeś? Mamy jeszcze pracę, a ty gdzieś uciekasz! - biegiem wracał na prom i zaczynał go obwąchiwać.
Na co Cuicui mówiła:
- A co to za wariactwo? Kto cię tego nauczył? Wracaj mi zaraz na miejsce!
A wówczas Żółty, wydawałoby się, wszystko rozumiejąc, od razu wracał na swoje miejsce. I tylko czasem, jakby coś sobie przypomniał, cicho poszczekiwał.
Deszcz nie przestawał padać, nad rzeczką niosła się mgła. Kiedy Cuicui nie miała co robić na promie, obliczała sobie, gdzie teraz jest dziadek. Wiedziała, dokąd się wybierze i kogo spotka, o czym będzie rozmawiał, co się wydarzy przy bramie miejskiej, a co nad rzeką. Wszystko to miała przed oczami niczym w książce. Dobrze znała charakter dziadka. Bez względu na to, kogo spotkał on w mieście - znajomego żołnierza, stajennego czy kucharza - zawsze musiał mu jak należy złożyć świąteczne życzenia:
- Panie oficerze, obyś się dziś najadł i napił do woli.
Tamten zaś odpowiadał:
- Panie przewoźniku, obyś i ty się dziś najadł i napił do woli.
Jeśli zaś na życzenia dziadka tamten odpowiadał:
- A co tu jeść i pić? Cztery liangi17 mięsa, dwie czarki wódki, ani się tym najeść, ani upić! - wówczas dziadek serdecznie zapraszał go do Zielonej Strugi, żeby tam mógł wypić, ile zechce. Jeśli zaś ktoś miał ochotę na miejscu łyknąć z dziadkowej tykwy, stary przewoźnik nigdy nie odmówił i od razu podawał naczynie. Napiwszy się, mieszkaniec garnizonu oblizywał wargi i chwalił wódkę, a wtedy niezmiennie zostawał zmuszony do drugiego łyczka. W takich warunkach wódki ubywało szybko i trzeba było wracać do sklepiku, żeby tykwę napełnić z powrotem.
Cuicui wiedziała też, że dziadek na pewno pójdzie na przystań porozmawiać z marynarzami, którzy przypłynęli kilka dni temu. Wypyta ich o ceny soli i ryżu w dole rzeki albo pochylony wejdzie do jednej czy drugiej kabiny, pachnącej owocami morza, suszonymi rybami, olejem, octem, zapałkami albo tytoniem. Marynarze z glinianych słoi wyjmą garść czerwonych daktyli i podadzą je staremu, a kiedy wróci on do domu i Cuicui zacznie go łajać, wręczy jej te daktyle na przeprosiny. Kiedy zaś dziadek pójdzie na Nadrzeczną, kupcy z tamtejszych sklepików dadzą mu zongzi i jeszcze jakieś inne rzeczy, okazując w ten sposób szacunek uczciwie pracującemu człowiekowi. I choć stary przewoźnik będzie mruczał:
- Tyle dobra, jakże ja to doniosę, te moje stare kości się połamią - będzie przecież za to wszystko wdzięczny.
Kiedy dziadek przychodził do rzeźnika, a tamten też nie chciał od niego pieniędzy, groził zawsze, że pójdzie kupować gdzie indziej, w żadnym razie nie chce go naciągać. Rzeźnik mówił wtedy:
- Dziadku, i czemu wy tacy twardzi jesteście? Pług chcecie sami ciągnąć czy jak?
Ale nic to nie dawało, bo dziadek uważał, że "krwawe" pieniądze to nie to samo co inne rzeczy. Jeśli rzeźnik wciąż nie chciał zapłaty, dziadek szybko wrzucał odliczone już monety do bambusowej tuby na pieniądze, chwytał mięso i odchodził. Dobrze już go znając, rzeźnik wybierał mu najlepsze kawałki i specjalnie odważał więcej. Kiedy dziadek to zauważył, mówił:
- No, no, łaskawco, ważyć trzeba sprawiedliwie, ja nie chcę tych frykasów! Mięso z nogi to uczeni ludzie w mieście smażą z ośmiornicą i innymi smakołykami, nie żartuj sobie ze mnie. Mnie trzeba mięsa z karku, mocnego, tłustego, ja jestem przewoźnik na promie, ja je sobie z marchwią uduszę do wódki!
Brał mięso i gdy przychodziło do płacenia, uważnie przeliczał miedziaki i nalegał, żeby rzeźnik też dobrze przeliczył, a kiedy ten byle jak wrzucał je z grzechotem do bambusowej tuby, dziadek uśmiechał się po łobuzersku i odchodził. Rzeźnik i inni sprzedawcy, widząc go w takim nastroju, wybuchali śmiechem i długo się śmiali.
Cuicui wiedziała też, że dziadek na pewno pójdzie do Shunshuna.
Przypominała sobie wszystko, co widziała i słyszała te dwa razy w Święto Podwójnej Piątki, i czuła się bardzo szczęśliwa, a obrazy przed jej oczami były jak te dwa bezcielesne żółte słoneczniki, które rano, leżąc w łóżku, zatrzymywała pod powiekami. Były zarówno wyraźne, jak i niewyraźne, prawie realne, ale i nieuchwytne, a przecież niemożliwe do porzucenia.
Cuicui pomyślała: "Czy w Baijguan naprawdę jest tygrys?". Sama nie wiedziała, skąd jej to nagle przyszło do głowy. Baijiguan to przecież miejsce w środkowym biegu Youshui, o dwieście mil drogi od Chadongu!
Myślała sobie dalej: "Trzydziestu dwóch wioślarzy, sześćdziesiąt cztery wiosła. Na rzece wielki wiatr, podnieśli wielki żagiel, jeden wielki żagiel ze stu kawałków białego płótna. Wielką łodzią przepłynęli przez jezioro Dongting... Jakie to śmieszne!". Nie wiedziała, jakiej naprawdę wielkości jest jezioro Dongting i nigdy nie widziała takiej wielkiej łodzi... A co najśmieszniejsze, nie wiedziała nawet, dlaczego o tym pomyślała!
Przy promie pojawiła się grupa ludzi do przeprawy. Wśród nich był tragarz, ktoś, kto wyglądał na gońca z urzędu, a także matka i córka. Matka była w świeżo wykrochmalonym, niebieskim odzieniu, a córka miała uróżowane policzki i niezbyt dopasowane, nowe ubranie. Wybierały się zapewne do krewnych w mieście złożyć świąteczne życzenia i popatrzeć na wyścigi. Kiedy wszyscy już bezpiecznie wsiedli, Cuicui, przeciągając prom, przyglądała się dziewczynce. Jej zdaniem miała jakieś trzynaście, czternaście lat i wyglądała na bardzo nieśmiałą, jakby nigdy jeszcze nie rozstała się z matką. Nosiła spodnie z fioletowo-zielonego materiału, z barwnymi zdobieniami, a na nogach miała świeżo wyczyszczone buciki ze spiczastymi noskami, nieco zaplamione gliną. Widząc, że Cuicui wciąż się jej przygląda, dziewczynka też na nią zerkała, a oczy jej błyskały jak dwa okrągłe kryształki. Trochę zawstydzona, trochę onieśmielona, miała w sobie jakiś trudny do opisania urok. Gdy kobieta wyglądająca na matkę dziewczynki spytała Cuicui o wiek, ta uśmiechnęła się, ale nie chcąc odpowiedzieć, sama zapytała o wiek córki. Usłyszała, że ma trzynaście lat i nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Zapewne były żoną i córką zamożnego człowieka, było to po nich widać. Przyglądając się dziewczynce, Cuicui zauważyła na jej ręku dwie połyskujące bielą bransoletki ze zwiniętego srebra i jednocześnie poczuła i podziw, i zazdrość. Kiedy przybili do brzegu i wszyscy zaczęli wysiadać, kobieta wcisnęła w dłoń Cuicui miedziaka i odeszła. Cuicui w tym momencie zupełnie zapomniała o regułach dziadka, ani nie powiedziała "dziękuję", ani nie oddała pieniążka, wpatrywała się tylko w odchodzącą dziewczynkę. Gdy cała grupa znikała już za pagórkiem, Cuicui nagle pobiegła za nimi i oddała pieniążek kobiecie.
- To dla ciebie - powiedziała tamta, ale Cuicui tylko z uśmiechem pokręciła głową i pobiegła z powrotem do promu, nim kobieta zdążyła powiedzieć coś więcej.
Nad rzeczką ktoś już wołał o przeprawę, więc Cuicui przeciągnęła prom z powrotem. Tym razem przeprawiało się siedmioro ludzi, w tym dwie dziewczyny, które na wyścigi łodzi też włożyły czyste stroje, ale nie wyglądały już tak pięknie jak tamta panienka, którą Cuicui wciąż miała w pamięci.
Tego dnia pasażerów było wyjątkowo dużo, a wśród nich więcej niż zwykle dziewcząt. Gdy Cuicui, przeciągając prom, zauważyła jakąś wyjątkowo ładną buzię, piegowatą, oryginalną, wdzięczną albo z zaczerwienionymi oczami, od razu ją zapamiętywała. Kiedy nie było nikogo do przeprawy, czekając na dziadka, który ciągle nie wracał, przypominała sobie te twarze i cichutko podśpiewywała:
W Baijiguan jest tygrys, nikogo nie gryzie,
Tylko panienkę, córkę dziedzica.
Najstarszej siostrze dali złote spinki,
A średniej siostrze dali srebrne bransoletki,
Tylko mnie, najmłodszej, nie dali niczego,
Na uszach mam jedynie kolczyki z fasoli.
Jakiś pasażer wyprawiający się z miasta na wieś opowiedział Cuicui, że przed sklepem z wódką na Nadrzecznej widział starego przewoźnika, który młodego marynarza częstował z tykwy kupioną właśnie wódką. Cuicui śmiejąc się, stwierdziła, że ani to miejsce, ani czas na dziadkową hojność, a kiedy pasażer odszedł, zaczęła sobie cicho nucić piosenkę18, którą szamani w dwunastym miesiącu witali bogów:
O wielcy nieśmiertelni i wielcy bogowie,
Otwórzcie oczy, spójrzcie na ludzi.
Są dorośli i uczciwi, są młodzi i zdrowi,
Umieją wypić i spać, i pracować.
Ich dzieci jak dorosną,
Nie zlękną się głodu, nie przestraszą chłodu.
Byczki im orzą ziemię, owce im się kocą, kury im się niosą,
Kobiety im synów rodzą, dzieci im chowają.
Kobiety śpiewają, znajdują sobie sercem ukochanych.
O wielcy bogowie, wielcy nieśmiertelni,
Przybądźcie do nas i stańcie w dwóch rzędach.
Pan Guan przyjeżdża do nas na kasztanie.
Książę Yuchi w ręku trzyma swój żelazny bicz.
O wielcy nieśmiertelni i wielcy bogowie,
Zstąpcie do nas na obłokach, powoli, ostrożnie.
Zhang Guolao niech przyjedzie tu na swoim ośle.
Tieguai Li niech uważa na kulawą nogę!
Bogactwo, powodzenie, wszystko łaska bogów.
Dobry wiatr i dobry deszcz z dobrego serca bogów.
Dobrą wódkę i przysmaki stawiamy przed wami.
Tłuste świnie, tłuste woły już naszykowane.
Hong Xiuquanie, Li Hongzhangu,
Za życia byliście wielkimi wodzami,
Na wojnie i w pożodze zawsze honorowi,
Przyjdźcie do nas dzisiaj i usiądźcie tutaj.
Jedzcie do syta i pijcie do woli.
Księżyc jasny, wiatr jest czysty i rzeka spokojna.
Pijani pójdziecie ramię przy ramieniu,
A ja wam jeszcze zaśpiewam piosenkę.
Melodia tej piosenki była powolna, wesoła a jednocześnie odrobinę melancholijna. Skończywszy śpiewać, Cuicui poczuła w sercu ukłucie smutku. Pomyślała o płonących pod koniec jesieni ogniach, rozpalanych na polach w podzięce bogom, wspomniała uderzenia bębnów i granie rogów.
Z daleka dobiegł ją głos bębnów. Cuicui wiedziała, że na rzekę spuszczono już łodzie z czerwonymi pasami. A drobny deszcz padał nadal i nad wodą unosiła się mgła.
| 9 |
Kiedy dziadek wrócił do domu, zbliżała się już pora ich zwykłego śniadania. Na ramionach i w rękach dźwigał pełno sprawunków i wspiąwszy się na pagórek, zaczął wołać do Cuicui, żeby przypłynęła po niego na promie. Cuicui, widząc, ilu ludzi wybiera się do miasta, zaczęła się już bardzo niecierpliwić, ale gdy usłyszała głos dziadka, od razu humor jej się poprawił i głośno odkrzyknęła:
- Dziadku, już jadę!
Stary przewoźnik wsiadł na prom, położył na pokładzie sprawunki i pomagając Cuicui ciągnąć linę, powiedział uśmiechając się jak zawstydzone dziecko:
- Cuicui, już się pewnie doczekać nie mogłaś, prawda?
Cuicui właściwie chciała na niego nakrzyczeć, ale powiedziała tylko:
- Wiedziałam, że na Nadrzecznej ludzi wódką częstujesz i dobrze ci tam.
Cuicui wiedziała, że spacery po Nadrzecznej sprawiały dziadkowi wielką przyjemność, ale wiedziała też, że jeśli jeszcze o tym wspomni, dziadek bardziej się zawstydzi i będzie się tłumaczył, więc nic już nie powiedziała.
Obrzuciła wzrokiem sprawunki i nie zobaczyła wśród nich tykwy z wódką. Roześmiała się.
- Oj dziadku, szczodry z ciebie człowiek, tak częstowałeś wódką panów żołnierzy i marynarzy, że aż ci tykwę połknęli!
Dziadek też się zaśmiał i odpowiedział szybko:
- Wcale nie, tykwę mi Shunshun zabrał. Jak zobaczył, że na Nadrzecznej ludzi wódką częstuję, powiedział do mnie: "Ejże, przewoźniku, taki z was Zhang Heng19? Tak nie można. Nie otwieracie przecież gorzelni, jakże to tak? I mnie poczęstujcie, ja to wypiję do końca". Naprawdę tak powiedział: "Ja to wypiję do końca!". No to dałem mu całą tykwę. Ale tak sobie myślę, że on tylko zażartował ze mnie. Czy jemu w domu wódki brakuje? Cuicui, sama powiedz!
- Dziadku, ty myślałeś, że on naprawdę chciał ci wódkę wypić i taką ci psotę zrobił?
- A jak było?
- Dziadku, on ci zabrał tykwę, bo to nie miejsce na częstowanie wódką. Nie chciał, żeby ci wszystko do dna wypili. Zobaczysz, odeśle ci tykwę z powrotem. Takich rzeczy nie rozumiesz, naprawdę!
- Ha, może i tak!
Prom przybił do brzegu, Cuicui szybko sięgnęła po przyniesione przez dziadka rzeczy, ale ostatecznie dostała jej się do niesienia tylko ryba i kolorowa sakwa. W sakwie nie było już pieniędzy, był za to cukier i ciastka z sezamem. Ledwo zanieśli rzeczy do domu, po drugiej stronie rzeczki rozległo się wołanie. Dziadek kazał Cuicui przypilnować sprawunków, żeby ich jakiś dziki kot nie ukradł, i szybko wrócił do promu, a po chwili pojawił się z pasażerem. Okazało się, że to posłaniec z tykwą. Cuicui usłyszała, jak dziadek woła do niej:
- Cuicui, dobrze zgadłaś! Naprawdę odesłał mi tykwę!
Cuicui nie zdążyła nawet podejść do kuchni, gdy dziadek wszedł do domu w towarzystwie młodego, ogorzałego człowieka o szerokich ramionach.
Cuicui i gość roześmiali się, a dziadek mówił coś dalej. Gość z uśmiechem przyglądał się Cuicui, a ona pod jego wzrokiem poczuła się trochę onieśmielona i podeszła do kuchni rozpalić ogień. Nad wodą znów ktoś zawołał o przeprawę. Cuicui szybko pobiegła na prom, ale ledwo przewiozła jednego, zaraz pojawił się następny. Chociaż wciąż padało, przeprawiających się było wyjątkowo wielu i musiała obrócić trzykrotnie, a na promie myślała sobie o przygodzie dziadka. Nie wiedzieć czemu, posłaniec z tykwą wydał jej się znajomy, jakby już go kiedyś widziała. Nie mogła sobie przypomnieć gdzie, a jednocześnie jakby nie chciała sobie tego przypomnieć ani odgadnąć, kim on może być.
Dziadek stanął na głazie i zawołał do niej:
- Cuicui, Cuicui, chodź tu, odpocznij! Posiedź z gościem!
Cuicui właściwie chciała już pójść do domu i rozpalić ogień, ale kiedy dziadek ją zawołał, przekornie nie zeszła na brzeg.
Gość spytał dziadka, czy wybiera się na wyścigi, stary przewoźnik odparł, że musi zostać przy promie, pogadali jeszcze chwilę, aż gość powiedział to, co mu naprawdę chodziło po głowie:
- Wujku, wasza Cuicui jest już dorosła! I bardzo ładna!
Przewoźnik roześmiał się. "Mówisz całkiem jak twój brat, prosto i szczerze" - pomyślał, ale rzekł tylko:
- Nuosong, ty jeden tu u nas zasługujesz na pochwały. Wszyscy tu ciągle mówią, jaki jesteś przystojny! Lampart z góry Bamian, złoty bażant z Dixi - to do ciebie pasuje jak ulał!
- To niezasłużone.
- Bardzo zasłużone! Słyszałem, jak ludzie na rzece mówili, że ostatnio, kiedy dopłynęliście do Baijiguan pod Sanmen, trzech ludzi wyratowałeś z topieli. Nocowaliście na brzegu, jakaś kobieta ze wsi cię tam zobaczyła i przy twoim szałasie śpiewała całą noc... Naprawdę tak było?
- To nie kobieta całą noc śpiewała, tylko wilki wyły. Tamta okolica jest znana z tego, że dużo wilków tam siedzi. Chciały nas zjeść! Rozpaliliśmy wielki ogień, żeby je odstraszyć i tylko dlatego nas nie zjadły.
Stary przewoźnik znów się roześmiał:
- No to jeszcze lepiej! Ale widać prawdę mówią, że wilki lubią tylko młode dziewczęta, dzieci i młodzieńców jak malowanie, a starych jak ja wcale nie chcą! Powącha taki, powącha i pójdzie!
- Wujku - rzekł Nuosong - wy już ze dwadzieścia tysięcy dni przeżyliście... Ludzie mówią, że tu u nas jest takie dobre feng shui, odpowiednie dla wielkich bohaterów. No to czemu żadnego bohatera tu nie ma?
- Myślisz, że tam, gdzie jest dobre feng shui, powinni się rodzić sławni bohaterowie? A ja myślę, że jeśli się u nas tacy nie rodzą, to też nic nie szkodzi. Wystarczą nam bystrzy, uczciwi, odważni i pracowici młodzi ludzie. Tacy jak ty i twój brat, już wy sami dodajecie chwały naszym stronom!
- Wujku, dobrze mówicie, ja też tak uważam. Nieczęsto się zdarza, żeby gdzieś źli ludzie się nie rodzili, tylko sami dobrzy, tacy jak wy. Wiekowi już jesteście, a wciąż twardzi jak cedr, tyle lat żeście przeżyli uczciwie, a zawsze byliście prawi i dla ludzi hojni. Wielu takich nie ma.
- Ze mnie już stary dziad, o czym tu mówić. Słońce i deszcz poznałem, ciężary na nosidłach po dalekich drogach wydźwigałem, swoje już zjadłem i wypiłem, głód i zimno też poznałem, co mi było przeznaczone, wszystkiego skosztowałem. Niedługo już będę w zimnej ziemi leżał i robaki się mną pożywią! Ale na świecie są rzeczy przeznaczone wam młodym. Pracujcie dobrze, a świat was nie zawiedzie. Ale i wy go też nie zawiedźcie!
- Wujku, jak wy jeszcze jesteście tacy pracowici, to i my młodzi nie ośmielimy się zawieść świata.
Porozmawiali jeszcze chwilę i Nuosong chciał już iść. Stary przewoźnik stanął przed drzwiami i zawołał Cuicui, żeby przyszła zrobić śniadanie, a on ją zastąpi na promie, ale Cuicui nie chciała. Gość wsiadł na łódź i kiedy Cuicui zaczęła ją przeciągać, dziadek udając niezadowolenie, zawołał jeszcze:
- Cuicui, jak ty nie przychodzisz, to czy ja mam teraz gospodynią zostać i obiad gotować?
Cuicui z ukosa zerknęła na pasażera, a widząc, że ten otwarcie się jej przygląda, odwróciła twarz. Zacisnąwszy usta, ostrożnie ciągnęła linę, a łódź z wolna zbliżała się do brzegu. Stojący na dziobie pasażer powiedział:
- Cuicui, po śniadaniu pójdziesz z dziadkiem oglądać smocze łodzie?
Cuicui nie wypadało nie odpowiedzieć, rzekła więc:
- Dziadek powiedział, że nie pójdzie, bo musi pilnować promu.
- A ty?
- Jak dziadek nie pójdzie, to ja też nie.
- Ty też będziesz pilnować promu?
- Ja zostanę z dziadkiem.
- To ja kogoś poproszę, żeby was zastąpił przy promie, dobrze?
Prom stuknął o utwardzone nabrzeże. Nuosong wyskoczył i stojąc już na zboczu, powiedział:
- Cuicui, dziękuję! Jak wrócę do domu, przyślę tu kogoś, żeby was zastąpił. Zjedzcie szybko i przyjdźcie do nas popatrzeć na smocze łodzie. Będzie dziś dużo ludzi, będzie wesoło!
Cuicui nie rozumiała życzliwości tego obcego człowieka, nie pojmowała, dlaczego tak zależy mu na tym, żeby przyszli do niego do domu. Zagryzła wargi, uśmiechnęła się i zaczęła przeciągać prom z powrotem. Była już po drugiej stronie, a tamten stał jeszcze na wzgórzu, jakby na coś czekał. Cuicui weszła do domu, poszła rozpalić pod kuchnią i wpychając do paleniska trochę wilgotną słomę, zwróciła się do dziadka, który sprawdzał odzyskaną tykwę:
- Dziadku, on powiedział, że przyśle kogoś, żeby cię zastąpił i żebyśmy oboje mogli pójść do miasta. Pójdziesz?
- A ty chciałabyś pójść?
- Jak we dwoje, to bym chciała. To jakiś dobry człowiek. Jakbym go skądś znała... Kto to jest?
Dziadek pomyślał sobie "I bardzo dobrze, on też dobrze o tobie myśli!" i rzekł z uśmiechem:
- Cuicui, nie pamiętasz? Dwa lata temu nad rzeką, jak ktoś chciał cię oddać wielkiej rybie na pożarcie?
Cuicui zrozumiała, ale udając, że nie wie, o kogo chodzi, spytała znowu:
- Kto taki?
- No, sama pomyśl. Sama zgadnij.
- W Stu nazwiskach20 jest dużo ludzi, skąd mam wiedzieć, czy jemu jest Zhang taki, czy Li21 owaki.
- To drugi syn Shunshuna, on ciebie poznał, a ty jego nie? - Dziadek pociągnął z tykwy wódki i rzekł cichutko, nie wiadomo czy o wódce czy o człowieku:
- Takich dobrych dużo nie ma!
Przed progiem ktoś zawołał o przeprawę i dziadek, mrucząc swoje "Takich dobrych dużo nie ma", poszedł szybko do pracy.
| 10 |
Jedli już śniadanie, gdy ktoś zawołał z przeciwnego brzegu. Cuicui pobiegła na prom i po drugiej stronie okazało się, że to marynarz, którego Shunshun przysłał na zastępstwo. Na widok Cuicui powiedział:
- Drugi panicz mówi, żebyście poszli zaraz, jak tylko zjecie, on na rzece już jest.
To samo powtórzył dziadkowi.
Wytężając słuch, można już było usłyszeć coraz głośniejszy głos bębnów, przywodzący na myśl obraz wysmukłych łodzi, sunących po głębinie i rysujących na niej długie piękne linie.
Przybysz nawet herbaty się nie napił, tylko od razu usadowił się na promie. Dziadek częstował go wódką, ale ten potrzasnął tylko głową i odmówił.
- Cuicui, może ja nie pójdę, idź sama z psem, dobrze? - rzekł dziadek.
- Jak ty nie pójdziesz, to ja też nie.
- A jak pójdę?
- Ja w ogóle nie chcę iść, ale jak z tobą, to pójdę.
Dziadek uśmiechnął się lekko.
- Cuicui, dobrze, to pójdź ze mną, pójdź ze mną.
Gdy dziadek i Cuicui dotarli na Nadrzeczną, były tam już tłumy. Mżawka ustała, ale ziemia wciąż była mokra. Dziadek chciał, żeby Cuicui poszła do brodzącego domu Shunshuna, ale ona wolała zostać na brzegu. Stali tam ledwie chwilę, gdy Shunshun wysłał po nich człowieka z zaproszeniem. W jego domu też było już wielu gości, a wśród nich żona i córka bogacza, które Cuicui zauważyła na promie. Stały przy najlepszym oknie i na widok Cuicui dziewczynka zawołała:
- Chodź do nas, chodź!
Cuicui podeszła nieśmiało i usiadła na ławce za nimi, a dziadek wtedy się wymknął.
Dziadek nie zamierzał oglądać smoczych łodzi. Poszedł mniej więcej pół li w górę rzeki do znajomego, razem z nim obejrzeć nowy młyn. Starego przewoźnika od zawsze fascynowały wodne młyny. Na nabrzeżu pod górą stała chatka, w której znajdował się kamienny krąg zamocowany na poprzecznej osi i poruszający się pod kątem po kamiennym żłobie. Kiedy otwierano śluzę, płynąca woda uderzała w niewidoczne pod powierzchnią koło i kamienny krąg zaczynał się poruszać. Młynarz wrzucał niełuskany ryż do kamiennego koryta, a po zmieleniu wsypywał go do sita w kącie izby i odsiewał plewy. Cała podłoga była nimi zasypana, także ramiona i owinięta białą chustą głowa młynarza. Przy ładnej pogodzie na spłachetku ziemi przez chatką młynarz posadził trochę rzodkwi, kapusty, czosnku i cebuli. Gdy coś naruszyło kanał doprowadzający wodę, młynarz zdejmował spodnie, wchodził do rzeki i kamieniami zatykał przeciek. Jeśli tama była dobrze zbudowana, można było postawić w niej jeszcze dodatkową ramę, i gdy woda przybierała, wpadały tam ryby, które stamtąd można było bez wysiłku wybrać. To jasne, że praca w młynie nad rzeką była dużo ciekawsza niż praca na promie, ale dla przewoźnika postawienie młyna było doprawdy marzeniem ściętej głowy. Młyny należały zwykle do miejscowych bogaczy. Dziadek i znajomy, który go tu zabrał, oglądali młyn, rozmawiali i znajomy wyjaśnił, kto jest właścicielem.
Kopnął nogą w nową oś i powiedział:
- Taki jeden z Zhongzhai siedzi sobie w swojej posiadłości w górach, ale tu nad rzeką lubi lokować majątek. To wszystko należy do rządcy Wanga z Zhongzhai - siedemset sznurków dużych monet!
Stary przewoźnik rozglądał się po młynie z wielką zazdrością, podziwiał, obliczał, kiwał głową i wszystko akuratnie komentował. Potem obaj ze znajomym usiedli na niewykończonej ławce z surowego drewna i tamten dodał jeszcze, że młyn ma w przyszłości być posagiem dla córki Wanga. Przypomniał sobie wtedy Cuicui i pewną sprawę, którą powierzył mu Tianbao.
- Wujku, a wasza Cuicui ile ma lat? - zapytał.
- Skończone czternaście, idzie jej na piętnasty. - Co rzekłszy, stary przewoźnik zaczął w myślach obliczać minione lata.
- Czternaście lat i taka robotna! Kto ją kiedyś dostanie, będzie miał szczęście! - powiedział znajomy.
- Jakie tam szczęście? Nie ma młyna w posagu, całkiem goła.
- Gdzie tam goła, człowiek do rzeczy i dwie robotne ręce więcej warte niż pięć młynów. Lu Ban22 też tylko dwiema rękami zbudował most w Luoyangu! - roześmiał się znajomy.
Dziadek też się uśmiechnął i pomyślał: "Cuicui ma dwie ręce, niech wybuduje most w Luoyangu. To by było dopiero!".
Tamten rzekł po chwili:
- Młodzi ludzie w Chadongu mają dobre oczy, potrafią wybrać żonę. Wujku, jak się nie obrazicie, coś wam powiem żartem.
- Co takiego?
- Wujku, jak się nie obrazicie, możecie też uznać, że to wcale nie żart.
I zaczął opowiadać, jak starszy syn Shunshuna wychwalał Cuicui, i jak go poprosił, żeby wypytał dziadka o pewną sprawę. A potem powtórzył mu taką rozmowę:
- Ja go spytałem: "Tianbao, czy ty mówisz poważnie, czy tylko żartujesz?". A on na to: "Idź się wypytaj u starego. Ja bardzo lubię Cuicui. Chcę dostać Cuicui, to jest sama prawda!". Ja mu na to: "Jak tak prosto z mostu zacznę i stary mnie zdzieli w gębę, to co wtedy?". A on na to: "Jak się boisz, że cię zdzieli, to najpierw mu powiedz, że to żart, wtedy nie oberwiesz!". Dlatego, wujku, ja tę poważną sprawę opowiadam wam jak żart. Zastanówcie się, co mam mu powiedzieć, jak on dziewiątego wróci z Syczuanu.
Stary przewoźnik przypomniał sobie, co ostatnim razem powiedział mu sam Tianbao. Wiedział, że myśli on o sprawie poważnie i że Shunshun też bardzo lubi Cuicui. Bardzo to dziadka cieszyło, ale zgodnie z obyczajem zainteresowany powinien osobiście, z prezentem pojawić się w domu przy Zielonej Strudze. Wtedy dopiero wyglądałoby to jak należy. Dlatego też powiedział:
- Jak przyjedzie, to mu powiedz tak: "Stary wysłuchał mojego żartu i sam zażartował tak: Można jechać wozem, można jechać koniem. Jak Tianbao chce jechać wozem, to niech sprawę odda ojcu, żeby wziął swata i jak należy się ze mną rozmówił. Jak chce jechać koniem, niech weźmie sprawę we własne ręce, stanie na wysokim brzegu naprzeciwko brodu i dla Cuicui śpiewa tyle, ile będzie trzeba. A wtedy Cuicui sama zdecyduje".
- Wujku, jak ja bym myślał, że piosenkami można zdobyć serce Cuicui, sam bym jutro pognał jej śpiewać.
- A ty myślisz, że jak Cuicui się zgodzi, to ja się nie zgodzę?
- Gdzieżby tam, ja myślę, że jak wy się zgodzicie, to Cuicui nie będzie miała co się nie zgadzać.
- Tak mówić nie można, to jej sprawa!
- Niech będzie, że jej sprawa, ale starszych trzeba słuchać. Tianbao też uważa, że śpiewanie czy w słońcu, czy pod księżycem jest mniej warte niż jedno wasze dobre słowo!
- No więc po mojemu trzeba zrobić tak: jak Tianbao wróci z Syczuanu, niech wszystko jasno powie Shunshunowi. A ja najpierw spytam się Cuicui i jak ona zechce pójść za tym, kto jej będzie najlepiej śpiewał, to wtedy ja cię poproszę, żebyś Tianbao doradził tą krętą drogą pojechać.
- Dobrze. Jak go zobaczę, to mu powiem tak: "Tianbao, twój żart przekazałem. A co do twoich prawdziwych zamiarów, sam sięgnij po to, co los ci gotuje". Niech sam zobaczy, co los ma dla niego, ale ja wiem, że jego los leży w waszych rękach.
- To wcale nie tak! Gdybym ja naprawdę jego los w rękach trzymał, od razu bym się zgodził!
Skończywszy rozmowę na ten temat, poszli jeszcze oglądać dużą barkę, nowo zakupioną przez Shunshuna.
A tymczasem w domu Shunshuna działy się następujące rzeczy:
Chociaż Cuicui, zaproszona przez tę bogatą dziewczynkę, miała bardzo dobre miejsce i przez okno doskonale widziała wszystko, co działo się na rzece, wcale nie czuła się tu dobrze. Stłoczeni przy innych oknach widzowie co rusz spoglądali nie na rzekę, ale na matkę i córkę siedzące obok Cuicui. Niektórzy, udając, że mają coś do załatwienia, przechodzili z pokoju do pokoju tylko po to, żeby dokładnie im się przyjrzeć. Cuicui to krępowało i miała chęć uciec stamtąd pod byle pretekstem.
Wkrótce nad rzeką rozległ się huk wystrzału i zgromadzone po drugiej stronie łodzie ruszyły prosto w ich kierunku. Z początku wszystkie cztery szły równo, blisko siebie, niczym cztery strzały, prujące powierzchnię wody, ale już na półmetku dwie wysunęły się nieco do przodu, a jeszcze chwilę później jedna zostawiła w tyle pozostałe i gdy znalazła się przed wrotami do urzędu celnego, rozległ się drugi wystrzał - ta właśnie łódź wygrała! W tej chwili widać już było, że wioślarze na zwycięskiej łodzi pochodzą z Nadrzecznej i wszędzie huknęły petardy na cześć ich zwycięstwa. Łódź ruszyła wzdłuż brodzących domów na Nadrzecznej, zagrzmiały bębny i wszędzie rozlegały się radosne okrzyki i wiwaty. Cuicui zobaczyła stojącego na dziobie młodzieńca w czerwonej opasce na głowie i z chorągiewkami w rękach. To przecież był Nuosong, ten, który odniósł dziadkowi tykwę! Przypomniała sobie zdarzenie sprzed trzech lat: "Wielka ryba cię chapnie!", "A co ci do tego, czy mnie ryba chapnie?, Piesku, na kogo ty szczekasz!"... Dopiero teraz, przypomniawszy sobie psa, Cuicui zauważyła, że nie ma przy niej Żółtego. Poleciał nie wiadomo gdzie. Cuicui wstała i zaczęła go szukać, zupełnie zapomniawszy o człowieku na dziobie łodzi.
Szukając w tłumie psa, słyszała, co ludzie mówią między sobą. Jakaś kobieta o szerokiej twarzy powiedziała:
- Kto to jest, ta co siedzi przy najlepszym oknie u Shunshuna?
- To najstarsza córka pana Wanga z Zhongzhai. Przyszła tu dzisiaj popatrzeć na wyścigi, a przecie tak naprawdę po to, żeby na kogoś popatrzeć i komuś się pokazać! Ta to ma szczęście, dobre jej miejsce do siedzenia przypadło - odpowiedziała inna.
- Kogo obejrzeć? I komu się pokazać?
- Ech, to ty nie wiesz? Rządca chce wydać córkę za syna Shunshuna.
- A to panna, dla którego syna? Dla starszego czy młodszego?
- Mówią, że dla młodszego. Zaraz sama zobaczysz, jak ten nasz Yue Yun przyjdzie na górę pokłonić się teściowej!
- Jak sprawa dojdzie do skutku, to pozazdrościć - wtrąciła inna. - Mają nowiutki młyn, to lepsze niż mieć do pracy dziesięciu marynarzy!
Ktoś zapytał:
- A Nuosong co na to? Chyba zadowolony?
Na co ktoś inny odparł ściszonym głosem:
- Nuosong już powiedział, że nie ma na co i patrzeć. Sprawa jest taka, że on nie chce brać tego młyna.
- Sam słyszałeś, jak Nuosong tak powiedział?
- Słyszałem, jak inni mówili. I mówili jeszcze, że Nuosongowi podoba się córka przewoźnika z promu.
- Przecie on nie jest głupi! Nie chciałby młyna, a chciałby prom?
- A kto go tam wie. Ludzie mawiają, że "wołowina z porem dla każdego dobra", ale każdy sam wie najlepiej, co mu smakuje. Prom może wcale nie gorszy od młyna!
Wszyscy plotkarze mieli oczy utkwione w to, co działo się na rzece, nikt nie odwrócił głowy i nie zobaczył stojącej za ich plecami Cuicui.
Cuicui odeszła z płonącą twarzą i usłyszała, jak dwaj inni plotkują o tej samej sprawie. Któryś powiedział:
- Rzecz jest od dawna ustalona, wystarczy jedno słowo Nuosonga - i dodał jeszcze - Dość było popatrzeć, ile Nuosong miał dziś animuszu. Nietrudno zgadnąć, że to przez śliczną panienkę na brzegu!
Kim była śliczna panienka, której obecność dodała tyle animuszu Nuosongowi? Po tym, co usłyszała, Cuicui poczuła zamęt w głowie.
Cuicui nie była wysoka i zza ludzkich pleców nie widziała, co się dzieje na rzece. Słyszała tylko, że bębny są coraz bliższe i głośniejsze, okrzyki na brzegu też zbliżały się coraz bardziej i stąd wiedziała, że łódź Nuosonga przepływa obok budynku. Ludzie na piętrze także zaczęli wiwatować i ze wszystkich stron wykrzykiwano imię Nuosonga, a z miejsca, w którym siedziała żona pana Wanga, dobiegły strzały podpalonych petard. Nagle Cuicui usłyszała czyjś przestraszony okrzyk i zaraz potem ludzie rzucili się w stronę rzeki. Nie wiedząc, co się stało, trochę tym wszystkim skołowana, nie była pewna, czy ma wrócić na swoje wcześniejsze miejsce, czy pozostać z tyłu. Zobaczyła, jak ktoś podchodzi z tacą i częstuje żonę Wanga daktylami i słodyczami, więc krępując się teraz do nich podejść, postanowiła przepchnąć się na zewnątrz i zobaczyć, co się tam dzieje. Schodząc nad rzekę wąską uliczką pod palami brodzących domów, koło sklepu z solą, wyszła prosto na grupę ludzi otaczających młodzieńca z czerwoną opaską na głowie. Okazało się, że Nuosong poślizgnął się i wpadł do wody, ale już się wydostał na brzeg. Uliczka była wąziutka i choć Cuicui odsunęła się na bok i tak ocierała się o ludzi łokciami. Dojrzawszy ją, Nuosong zawołał:
- Cuicui, przyszłaś! I dziadek też przyszedł?
Cuicui, czując, że twarz jej płonie, nie odezwała się i myślała tylko: "Dokąd ten Żółty poleciał?".
- Czemu nie jesteś u nas na piętrze? - spytał Nuosong. - Mówiłem, żeby ci znaleźli jakieś dobre miejsce.
A Cuicui myślała: "Młyn w posagu, słyszana to rzecz?".
Nuosong, nie mogąc jej jakoś nakłonić, żeby do nich wróciła, w końcu odszedł sam. Cuicui zeszła nad rzekę, a serce przepełniało jej coś nieokreślonego. Czy to była zgryzota? Nie! Czy to był smutek? Też nie! Radość? Oczywiście, że nie, z czegoż miałaby się cieszyć? Gniew? Tak, rzeczywiście czuła gniew do kogoś, a jednocześnie jakby czuła też gniew do samej siebie.
Nad rzeką było pełno ludzi. W płytkiej wodzie przy pomoście, na masztach, nawet na palach brodzących domów, wszędzie byli gapie i Cuicui mruknęła do siebie:
- Tylu tu ludzi, jakby jakieś cuda pokazywali!
Najpierw sądziła, że może na którejś łodzi zobaczy dziadka, ale po chwili poszukiwań okazało się, że nigdzie go nie ma. Przepchnęła się nad wodę i kątem oka dojrzała Żółtego. Z jednym z ludzi Shunshuna stał kilka metrów od brzegu na pustej łodzi i stamtąd wszystko sobie oglądał. Gdy Cuicui go zawołała, Żółty postawił uszy, podniósł łeb i rozejrzał się, a potem wskoczył do wody i popłynął w stronę pani. Wyszedł na brzeg, otrząsnął się i zaczął skakać jak szalony, a Cuicui skarciła go:
- Już wystarczy, co za wariactwa wyprawiasz! Kto ci kazał skakać do wody?
Cuicui i Żółty poszli razem szukać dziadka i natrafili na niego przed tartakiem.
- Cuicui! - zawołał dziadek - Widziałem dzisiaj nowy młyn! Ma nową oś, nowe koło, nawet strzechę na dachu ma nową! Jak z tamy spuszczą wodę, płynie ona bardzo szybko, i jak się otworzy śluzę, koło wodne zaczyna się obracać!
Cuicui, udając spokój, zapytała:
- A czyj on jest?
- Czyj? Rządcy Wanga z gór. Ktoś mi mówił, że jego córka dostanie go w posagu. Hojny posag, sama budowa kosztowała siedemset dużych monet, nie licząc wiatraka ani sprzętów!
- A kto ma się z nią żenić?
Dziadek zerknął na Cuicui i uśmiechnął się:
- Cuicui, wielka ryba cię zje! Wielka ryba cię zje!
Cuicui wiedziała już przecież o sprawie, ale udając, że wciąż nie rozumie, powtórzyła pytanie:
- Dziadku, kto dostanie ten młyn?
- Drugi panicz Nuosong, sam Yue Yun! - I dziadek dodał jeszcze, jakby do siebie - Niektórzy zazdroszczą Nuosongowi młyna, a inni zazdroszczą młynowi Nuosonga!
- Kto zazdrości, dziadku?
- Ja zazdroszczę - rzekł dziadek z uśmiechem.
- Dziadku, upiłeś się.
- Ale Nuosong mówił, że ty jesteś ładna...
- Dziadku, naprawdę się upiłeś i w głowie ci się miesza.
- Dziadek ani się nie upił, ani mu się nie miesza... Chodź, pójdziemy nad rzekę zobaczyć, jak łapią kaczki.
Chciał jeszcze dodać, że jeśli Nuosong złapie kaczkę, na pewno podaruje ją Cuicui. Ale nie zdążył nic powiedzieć, bo ten właśnie się pojawił. Nuosong stanął przy Cuicui i uśmiechnął się. Cuicui też się uśmiechnęła.
| 11 |
Nad Zieloną Strugę przybył gość z prezentami. Shunshun naprawdę przysłał swata, żeby w imieniu syna poprosił przewoźnika o rękę wnuczki. Dziadek pospiesznie przeprawił go przez rzekę i razem poszli do domu. Cuicui, która przed drzwiami łuskała groszek, początkowo nie zwróciła uwagi na gościa, ale słysząc, jak ten już w drzwiach mówi "Gratuluję, gratuluję!", spłoszyła się. Nie miała śmiałości zostać przed drzwiami, udając więc, że chce przepędzić kury z warzywnika, wzięła kawałek bambusa i wymachując nim ze świstem, pokrzykując, pobiegła pod białą pagodę za domem.
Gość najpierw trochę poplotkował, ale kiedy przeszedł wreszcie do sprawy, z którą przysłał go Shunshun, stary przewoźnik nie wiedział, co odpowiedzieć. Zacierał tylko w zdenerwowaniu pobrużdżone żyłami ręce, jakby chciał powiedzieć: "To dobrze, to dobrze!". W rzeczywistości jednak nie powiedział nic.
Yang Masztalerz wyłożywszy swoje, zapytał dziadka, co o tym sądzi. Stary przewoźnik kiwnął głową i rzekł:
- Więc Tianbao postanowił pojechać wozem. To bardzo dobrze. Ale ja muszę się zapytać Cuicui. Muszę się spytać, co ona na to.
Kiedy gość odszedł, dziadek z promu zawołał do Cuicui, żeby zeszła nad rzekę porozmawiać.
Cuicui wzięła swój koszyk z groszkiem, zeszła nad rzeczkę, weszła na prom i nieśmiało zapytała dziadka:
- Co chciałeś, dziadku?
Dziadek uśmiechnął się i nic nie powiedział, tylko przechylił siwiutką głowę i długo patrzył na wnuczkę. Cuicui usiadła na dziobie i z pochyloną głową zaczęła łuskać groszek. Słuchając śpiewu wilgi gdzieś pośród bambusów, pomyślała: "Dnie są coraz dłuższe i dziadek mówi coraz dłużej...". Serce jej biło cichutko.
Po chwili dziadek się odezwał:
- Cuicui, wiesz, po co przyszedł ten wujek?
- Nie wiem - odrzekła Cuicui, ale jej twarz i szyja oblały się czerwienią.
Dziadek widząc to, pojął, co się dzieje w jej duszy. Zapatrzył się w dal i zobaczył we mgle matkę Cuicui sprzed piętnastu lat. Jego serce ogarnęła jakaś niezwykła czułość. Cicho szepnął do siebie: "Każda łódź musi mieć port, każdy wróbel musi mieć gniazdo". Znów wspomniał tę jej biedną matkę i aż go coś w sercu zakłuło, ale zmusił się do uśmiechu.
A Cuicui nasłuchiwała śpiewu wilgi, wołania kukułki w górach, trzasku ścinanych bambusów w górskiej dolinie i w myślach przywoływała przeróżne obrazy. Powtarzała sobie historię o tygrysie, który pożarł człowieka, i górską rymowankę z przedstawienia. Wyobrażała sobie prostokątne formy w papierni, roztopione żelazo, wypływające z pieca w kuźni... Przywoływała w pamięci to, co kiedykolwiek usłyszała i zobaczyła, starając się nie myśleć o tym, co wydarza się teraz. Ale Cuicui trochę się pomyliła.
- Cuicui - powiedział dziadek - Shunshun przysłał do nas swata, żeby prosić o ciebie i spytać, czy ja się zgadzam. A ja już jestem stary, za kilka lat mnie nie będzie, na co tu moja zgoda. To jest twoja sprawa, sama się zastanów i sama odpowiedz. Jeśli się zgodzisz, to dobrze, jak się nie zgodzisz, drugie dobrze.
Cuicui, nie wiedząc, jak postąpić, udawała spokojną, ale patrzyła na dziadka z niepokojem. Nie śmiała zapytać i nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Dziadek zaś dodał:
- Tianbao to chłopak roztropny, charakter ma uczciwy i serce dla ludzi. Jak wyjdziesz za niego, dobry los ci przypadnie.
Cuicui zrozumiała. Gość przyszedł wyswatać ją z Tianbao! Nie podniosła głowy, ale serce biło jej jak szalone i twarz ją paliła. Nadal łuskała groszek i rzucała łupinki do wody, a widząc jak spokojnie odpływają, sama też się nieco uspokoiła.
Ponieważ Cuicui wciąż się nie odzywała, dziadek uśmiechnął się i powiedział:
- Cuicui, możemy zaczekać jeszcze kilka dni. Mostu w Luoyangu też nie zbudowano w jeden dzień, na wszystko trzeba czasu. Ja już wcześniej przekazałem Tianbao to, że można jechać wozem, można koniem, a każda droga ma swoje reguły - jak chcesz, żeby twój ojciec się tym zajął i posłał kogoś do mnie jak należy, to pojedziesz wozem, pojedziesz koniem, jeśli będziesz sam chciał sprawę załatwić, wtedy staniesz w bambusowym zagajniku na wysokim brzegu i będziesz śpiewać dla Cuicui, tyle ile będzie trzeba. A jak byś ty wolała, żeby on w tej sprawie koniem po ciebie przyjechał, to mnie się zdaje, że on ci tak długo będzie śpiewał - pod słońcem gorąco a pod księżycem tęsknie - aż sobie gardło do krwi zedrze i całkiem zachrypnie!
Cuicui nie odpowiadała. Chciało jej się płakać, ale przecież nie miała powodu do płaczu. Dziadek mówił coś dalej, wspomniał jej zmarłą matkę i po chwili umilkł. Cuicui odwróciła ku niemu głowę i zobaczyła, że oczy dziadka pełne były łez. Spytała ze zdziwieniem i lękiem:
- Dziadku, co ci?
Dziadek nie odpowiedział, otarł oczy rękami, zaśmiał się jak dziecko, opuścił prom i poszedł do domu.
Cuicui najpierw chciała pójść za nim, ale w końcu nie poszła.
Rozpogodziło się po deszczu i słońce coraz mocniej grzało ludziom ramiona i plecy. Szuwary i wierzby nad rzeczką, a nawet warzywa w ogródku, rosły bujnie i trochę dziko. Z gęstej zieleni podrywały się z głośnym graniem koniki polne, na czubkach gałęzi głosy młodych cykad też były coraz mocniejsze. Po obu stronach rzeki wśród ciemnoszmaragdowych bambusów porastających zbocza śpiewały żółte wilgi, ćwierkały wróble, wołały kukułki... Cuicui czuła, patrzyła, słuchała, a jednocześnie myślała: "Dziadek ma siedemdziesiąt lat.... Śpiewać tyle, ile będzie trzeba... Kto przyniósł tę białą kaczkę? ... Czy ten, kto dostanie młyn, będzie miał szczęście? Czy większe szczęście będzie miał młyn, który dostanie jego?".
Zamyślona, podniosła się gwałtownie i do połowy napełniony groszkiem koszyk zsunął się do wody. Wyciągnęła rękę, żeby go wyłowić, i w tym momencie ktoś na drugim brzegu zawołał o przeprawę.
| 12 |
Następnego dnia, gdy Cuicui poszła do ogródka pod pagodą, dziadek ponownie zapytał ją o odpowiedź. Serce znowu zaczęło jej bić niespokojnie, pochyliła głowę i milczała. Oczy utkwiła we własnych rękach, które rwały szczypior. Dziadek uśmiechnął się i pomyślał: "Trzeba jeszcze poczekać, jak będę dalej pytał, to wyrwie cały szczypior". Jednocześnie jednak wydało mu się to osobliwe, ale nie chcąc już drążyć sprawy, ugryzł się w język, obrócił wszystko w żart i zaczął mówić o czymś innym.
Robiło się coraz goręcej. Kiedy zbliżał się szósty miesiąc i upały, stary przewoźnik wyciągnął z kąta czarny, zakurzony garniec z gliny i w wolnych chwilach z kilku desek dorobił mu okrągłą pokrywkę. Zrobił też podstawkę na trzech nóżkach, wypolerował kawałek bambusowej tuby, obwiązał ją pędami winorośli i postawił koło garnca do nalewania herbaty. Wystawiali go nad rzeczką przed domem, a Cuicui codziennie gotowała wielki garnek wody i wlewała do garnca. Czasami sypali do wrzątku kilka liści herbaty, a czasami tylko trochę gorącego prażonego ryżu. Dziadek zwykle przygotowywał jeszcze różne lecznicze korzenie i korę, dobre na udar słoneczny, bóle brzucha albo wrzody. Trzymał te medykamenty pod ręką, a jeśli zobaczył, że któryś z pasażerów nie najlepiej wygląda, szybko przynosił je z domu i życzliwie proponował choremu lek według własnej recepty. Objaśniał też, skąd zna przepisy na te eliksiry. Nauczył się ich oczywiście od wojskowych lekarzy z miasta i od szamanów. Całymi dniami stał na promie z obnażonymi ramionami i gołą głową, a jego siwe włosy błyszczały w słońcu jak srebro. Cuicui znów była radosna jak dawniej, biegała i śpiewała wokół domu, a kiedy nie biegała, siadała w cieniu na głazie przed drzwiami i grała na bambusowej fujarce. Wydawało się, że dziadek zapomniał o sprawie małżeństwa, więc i Cuicui o niej zapomniała.
Ale swat wkrótce wrócił, żeby powtórzyć pytanie. I tak jak poprzednio, dziadek uzależnił decyzję od Cuicui i odesłał go z powrotem. Znowu próbował porozmawiać z wnuczką, ale i tym razem rozmowa nie przyniosła rezultatu.
Stary przewoźnik nie rozumiał, w czym tkwi trudność. Nie mogąc tego rozgryźć, głęboką nocą długo nad tym rozmyślał i coś mu niejasno zaświtało: Cuicui nie kochała Tianbao, Cuicui kochała Nuosonga! Kiedy to pojął, roześmiał się. Przestraszył się tej myśli i choć zmusił się do śmiechu, w głębi duszy poczuł smutek. Nagle uświadomił sobie, że Cuicui jest we wszystkim podobna do matki i ogarnęła go jakaś niejasne przeczucie wspólnoty losu tych dwóch kobiet. Minione sprawy opadły go jak rój pszczół. Nie mogąc już spać, samotnie wyszedł na dwór, spojrzał na gwiazdy na niebie i zasłuchał się w grające nad wodą świerszcze. Słuchał ich długo i długo nie mógł zasnąć.
Cuicui nic o tym nie wiedziała. Całymi dniami bawiła się, pracowała, a choć dziwne myśli przelatywały jej przez główkę, ledwo noc zapadła, od razu słodko zasypiała.
Tymczasem w domu Shunshuna Nuosong dowiedział się o planach Tianbao, a Tianbao dowiedział się, co działo się w sercu Nuosonga. Obaj bracia zakochali się we wnuczce przewoźnika. Taka sprawa nie była w okolicy niczym nowym, było tu nawet takie powiedzenie: "Ogień wszędzie zapłonie, woda wszędzie popłynie, słońce i księżyc wszędzie zaświecą - miłość może się pojawić wszędzie". To, że syn bogatego właściciela barek zakochał się w córce ubogiego przewoźnika też nie było niczym niezwykłym. Bez odpowiedzi pozostało tylko pytanie, czy o tym, który z braci ożeni się z dziewczyną, mieli zdecydować w krwawej walce, zgodnie z chadongską tradycją? Żaden z braci nie sięgnął po nóż, ale żaden też nie skłaniał się ku wywołujących śmiech zwyczajom mieszczuchów, którzy strachliwi w miłości i nienawiści, gotowi byli ustąpić kochanki.
Poszli brzegiem rzeki do warsztatu szkutników popatrzeć na swoją nową łódź. Tam właśnie starszy opowiedział młodszemu o swojej miłości i o tym, że ta miłość zaczęła się dwa lata wcześniej. Młodszy wysłuchał go z uśmiechem. Poszli dalej brzegiem aż do nowego młyna i Tianbao rzekł:
- Bracie, tobie będzie dobrze, zostaniesz zięciem rządcy Wanga i dostaniesz młyn. A ja, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, przejmę po starym wożenie ludzi na promie. I bardzo mnie to cieszy, bo chciałbym jeszcze kupić ze dwa pagórki przy Zielonej Strudze. Zasadziłbym na obrzeżach wielkie bambusy, niechby rosły nad rzeczką u mojej osady!
Nuosong słuchał i wygiętym w półksiężyc sierpem od niechcenia ścinał przydrożne trawy, a kiedy doszli do młyna, zatrzymał się i zapytał:
- Tianbao, wierzysz, że w sercu tej dziewczyny już ktoś jest?
- Nie wierzę.
- A wierzysz, że ten młyn będzie mój?
- Wierzę.
Bracia weszli do młyna i Nuosong rzekł:
- Nie musisz... Tianbao, zapytam cię jeszcze tak: A gdybym nie chciał tego młyna, a chciał się starać o prom? Gdybym ci powiedział, że o tym myślę od dwóch lat, uwierzyłbyś?
Tianbao, zaskoczony, spojrzał na Nuosonga, który usiadł na poprzecznej osi od kamiennego żarna. Gdy zrozumiał, że brat nie żartuje, podszedł bliżej, klepnął go w ramię i pociągnął do siebie. Zrozumiawszy, co Nuosong ma na myśli, roześmiał się i rzekł:
- Uwierzyłbym. Wierzę, że mówisz prawdę.
Młodszy utkwił w nim oczy i zaczął żarliwie:
- Tianbao, uwierz mi, ja naprawdę... Ja od dawna o tym myślę. Nawet jakby się u nas w domu nie zgodzili, ale tamci by mnie chcieli, naprawdę jestem gotów pójść na prom!... Powiedz mi, a ty?
- Ojciec już mnie wysłuchał i posłał w swaty Yanga Masztalerza z miasta prosić przewoźnika o wnuczkę dla mnie. - I Tianbao, jakby spodziewając się, że Nuosong go wyśmieje, począł wyjaśniać, czemu prosił swata:
- Stary powiedział coś takiego: "Można jechać wozem, można jechać koniem". Więc pojechałem wozem.
- No i co?
- No i nic. Stary nabrał wody w usta i ani tak, ani siak.
- A jakby jechać koniem?
- Jakby jechać koniem? Stary powiedział, że jak jechać koniem, to trzeba pójść na wysoki brzeg naprzeciw Zielonej Strugi i tam śpiewać tyle, ile będzie trzeba. Jak zmiękczę serce Cuicui śpiewaniem, to Cuicui będzie moja.
- To wcale niezła myśl!
- A jakże, jąkała mówić nie może, ale śpiewać wydoli. Ale to nie dla mnie. Ja tam słowikiem nie jestem, śpiewać nie potrafię. Diabli wiedzą, czy ten stary chce wydać wnuczkę za koło młyńskie, byle śpiewało, czy chce ją normalnie wydać za człowieka!
- No to co zrobisz?
- Ja chcę się rozmówić ze starym, żeby powiedział jasno. Jedno słowo mi starczy: "tak" albo "nie". Jak powie "nie", wsiądę na łódź i popłynę do Taoyuanu, a jak powie "tak", to nawet jak mi każe na promie siedzieć, też się zgodzę.
- A śpiewać nie będziesz?
- Śpiewanie to twoja sztuczka, to ty takie rzeczy potrafisz. Jak chcesz być za słowika, to idź, ja ci ust końskim łajnem nie zatkam!
Nuosong wiedział, że te słowa brata wzięły się z jego rozgoryczenia. Z Tianbao wyszedł jego chadongski charakter, szorstki i prosty - jak było dobrze, własne serce by wyjął i oddał, ale jak było źle, ktoś mu wszedł w drogę, to choćby i wuj rodzony, żartów nie było. Skoro nie wyszła jazda wozem, Tianbao byłby może gotów jechać koniem, kiedy jednak usłyszał szczere wyznanie brata, zrozumiał, że w tej konkurencji przegrywa, tu tylko Nuosong miał szansę. Tianbao nie ma co tu myśleć o sobie. Dlatego poczuł i żal, i gniew, i naturalnie nie umiał tego ukryć.
Nuosong wpadł wtedy na taki pomysł: obaj w księżycową noc pójdą śpiewać do Zielonej Strugi. Nie powiedzą o tym nikomu i będą śpiewać kolejno, a który dostanie odpowiedź, tego zwycięskie gardło będzie dalej miłośnie wabić wnuczkę przewoźnika. Tianbao śpiewać nie potrafi, więc jak przyjdzie jego kolej, Nuosong zaśpiewa i za niego. Niech sam los zdecyduje o ich szczęściu, tak będzie najsprawiedliwiej. Tianbao go wysłuchał, ale choć sam się do śpiewu nie nadawał, nie chciał też, żeby młodszy brat za niego ciągnął trele. Będąc z natury poetą, Nuosong zapalił się do tego pomysłu i dalej namawiał brata:
- Musi tak być - mówił - bo tylko w ten sposób będzie sprawiedliwie.
Tianbao rzecz rozważył i uśmiechnął się gorzko:
- Psiamać, sam słowikiem być nie potrafię i młodszego brata mam o to prosić?! Niech będzie tak: będziemy śpiewać kolejno, ale ja ciebie o pomoc prosić nie będę, sam zrobię swoje. Sowa w lesie też ma głos niepiękny, ale jak przychodzi pora, sama zaczyna hukać, nikogo o pomoc nie prosi!
Kiedy więc wszystko ustalili, zaczęli obliczać daty: dzisiaj jest czternasty, jutro - piętnasty, pojutrze - szesnasty, przez te trzy noce jest akurat pełnia. W połowie lata noce nie są ani gorące, ani zimne. Włożą płócienne kubraki, pójdą na oświetlone księżycem urwisko i tam zgodnie z obyczajem, śpiewem wyznają pannie swoją miłość. Kiedy rosa opadnie i gardła im zachrypną od śpiewu, nadejdzie pora powrotu i pod gasnącym księżycem wrócą do domu. Albo pójdą do młyna, do znajomego, który i w nocy nie ustaje w pracy, tam prześpią się w ciepłym spichlerzu i przeczekają do świtu. Ustalenie wszystkiego przyszło im naturalnie, a że żaden nie znał wyniku tych planów, to także zdawało im się naturalne. Postanowili, że jeszcze tej samej nocy rozpoczną tę uznaną w tych stronach rywalizację.
| 13 |
Kiedy nadszedł wieczór, Cuicui siedziała za domem pod pagodą i patrzyła na chmury płonące różowo w zachodzącym słońcu. Czternastego w Zhongzhai odbywał się targ, wielu ludzi z miasta wybierało się tam po różne górskie towary, przeprawiających się było wyjątkowo wielu i dziadek na promie pracował bez wytchnienia. Zbliżał się wieczór, ptaki w większości ucichły, tylko kukułka wciąż jeszcze kukała. Błoto, kamienie, rośliny, wszystko schło cały dzień w słońcu i teraz na wszystkie strony rozchodziło się jeszcze gorąco. W powietrzu unosił się zapach ziemi, traw i chrząszczy. Cuicui patrzyła na czerwone obłoki na niebie, słuchała przynoszonych przez wiatr głosów ludzi na promie, a w sercu miała odrobinę smutku.
Wieczór był taki łagodny, piękny, spokojny... Ale po pewnych doświadczeniach cień melancholii pojawia się w ludzkich sercach nawet w takie wieczory, zaprawiając ten moment odrobiną goryczy. Cuicui czuła, że czegoś jej brak, chciała, by zdarzyło się coś, co dzień dopełni. Ale nic się nie działo. Życie toczyło się zwyczajnie, nie do zniesienia.
"Ucieknę na łodzi do Taoyuanu, na jezioro Dongting" - pomyślała - "Niech mnie dziadek szuka, niech mnie szuka z gongami i lampami".
I tak jakby chciała dziadka rozgniewać, coraz żywiej wyobrażała sobie taką sytuację. Ona odeszła i dziadek wszędzie jej szuka bez rezultatu, aż w końcu bezradnie pada na prom. Ktoś wtedy woła: - "Przeprawa! Przeprawa! Wujku, co z wami, czemu promu nie pilnujecie!". - "A co mi tam!" - odpowie dziadek - "Cuicui odeszła, popłynęła do Taoyuanu!". - "No i co zrobicie?" - "Co zrobię? Wezmę w torbę nóż, popłynę za nią i zabiję!".
Cuicui zdawało się, że naprawdę usłyszała te słowa, i przeraziła się. Zaczęła wołać dziadka. Zbiegła po nabrzeżu do przystani. Zobaczyła, że dziadek na środku rzeki przeciąga prom i rozmawia o czymś z pasażerami, ale serce nadal biło jej jak szalone.
- Dziadku, dziadku, przyciągnij prom z powrotem!
Dziadek nie rozumiejąc, o co chodzi, pomyślał, że ona chce go zastąpić i odkrzyknął:
- Cuicui, zaczekaj, zaraz wracam!
- Nie wracasz?
- Już wracam!
Cuicui usiadła na brzegu, zapatrzyła się na świat spowity zmierzchem i na przeprawiających się promem ludzi. Jeden z nich, widać, chcąc zapalić, uderzał w krzesiwo w kształcie sierpa i stukał fajką w burtę, żeby wysypać popiół. Cuicui nagle się rozpłakała.
Dziadek przyciągnął prom i widząc, że Cuicui siedzi bezczynnie na brzegu, spytał, co się stało. Ale ona milczała. Polecił Cuicui rozpalić ogień i przygotować kolacje. Zawahała się, ale rozumiejąc, że jej płacz jest śmieszny, poszła do domu. Usiadła przy czarnej kuchni i rozpaliła ogień, a potem znów poszła na wysoki brzeg i znów zawołała, żeby dziadek wracał. Stary przewoźnik, który nigdy nie lekceważył swojej pracy, wiedział, że podróżni śpieszą do domu na kolacje. Przewoził każdego, kto przyszedł, choćby pojedynczo, nie chcąc, żeby ktokolwiek na niego czekał. Nawet nie schodził z promu. Zawołał tylko do Cuicui, żeby się czymś zajęła, a on, jak skończy pracę, przyjdzie do domu na posiłek.
Cuicui, po tym jak jej wołania zostały dwukrotnie zlekceważone, usiadła na wysokim brzegu i pogrążyła się w smutku.
Zapadł już zmrok i wielka chmara świetlików, połyskując niebieskimi ogonkami, przemknęła obok niej. "Zobaczymy, jak daleko polecicie!" - pomyślała Cuicui, odprowadzając wzrokiem światełka. Gdzieś odezwała się kukułka.
- Dziadku, dlaczego nie przychodzisz? Chcę, żebyś przyszedł!
Na promie dziadek, słysząc ten trochę rozkapryszony głosik, odpowiedział szorstko:
- Cuicui, już wracam, już wracam! - I mruknął do siebie: "Cuicui, a jak dziadka już nie będzie, to co zrobisz?".
Kiedy wrócił do domu, wszędzie było ciemno, paliło się tylko pod kuchnią, a przy niej, na niskiej ławeczce, z twarzą ukrytą w dłoniach siedziała Cuicui. Dziadek, zmęczony po całym popołudniu pracy, miał obolałe plecy i ręce. Zwykle gdy wracał, w domu czekał go zapach duszonych w garnku warzyw i Cuicui przy lampie krzątająca się wokół kolacji. Dzisiaj było inaczej.
- Cuicui, wróciłem trochę później, a ty zaraz płaczesz, można to tak? - rzekł. - A co będzie jak umrę?
Cuicui nie odpowiedziała.
- Nie można tak płakać. Jak się jest dorosłym, to choćby się nie wiem, co działo, płakać nie można. Żeby tu żyć na tym naszym świecie, trzeba mieć dużo siły i wiele trzeba wytrzymać.
Cuicui odjęła dłonie od oczu, przysunęła się do dziadka i szepnęła:
- Już nie płaczę.
Przy kolacji siedzieli razem przy olejowej lampce, a dziadek opowiadał Cuicui różne ciekawe historie i wspomniał też o jej zmarłej matce. Stary przewoźnik był bardzo zmęczony i do kolacji wypił pół czarki wódki. Poprawił mu się humor, po jedzeniu zabrał Cuicui na wysoki brzeg i tam pod księżycem zaczął jej opowiadać. Opowiadał, jak zręczna i bystra była jej biedna matka, jaki miała mocny i twardy charakter, a Cuicui słuchała zafascynowana i pełna podziwu.
Obejmując kolana, siedziała koło dziadka i pytała o matkę. Słuchając opowieści, wzdychała czasem, jakby jakiś ciężar leżał jej na sercu i chciała go zrzucić, a westchnienia miały jej w tym pomóc. Ale to brzemię nie dawało się ruszyć.
Srebrzysty blask księżyca docierał w każdy zakątek, a w jego świetle bambusowe gaje zdawały się czarne. W trawie brzęczały owady i nie wiadomo skąd nagle odezwał się głos ptaszka, który przeciągle zawołał swoje luoluoluoksu!. Po chwili jednak, jakby rozumiejąc, że północ i nie można już hałasować, zamknął oczka i zasnął.
Dziadek zaś, wciąż w doskonałym nastroju, opowiadał jak dwadzieścia lat temu tutejszy obyczaj śpiewaczy stał się sławny na granicach Syczuanu i Guizhou. Opowiadał Cuicui o jej ojcu, który był najpierwszym wśród śpiewaków i śpiewem potrafił w poetyckich obrazach wyrazić wszelkie uczuciowe zawiłości. Opowiadał jej też o matce, jak bardzo kochała śpiewać, i o tym, jak oboje, matka i ojciec, nim jeszcze się poznali, w biały dzień nawzajem dla siebie śpiewali - on ścinał wtedy bambusy na zboczu, ona na rzece przeciągała prom.
- A potem co było? - spytała Cuicui.
A dziadek odpowiedział:
- A potem to już długa historia, ale najważniejsze, że tymi piosenkami wyśpiewali ciebie.
| 14 |
Dziadek zasnął zmęczony pracą, znużona płaczem Cuicui też usnęła. Nie mogła zapomnieć opowieści dziadka i we śnie jej dusza, uniesiona w górę jakąś piękną pieśnią, lekko wzbiła się w powietrze, wzniosła nad pagodę, potem sfrunęła do ogródka i znalazła się na promie. A potem znów pofrunęła w górę i zawisła w połowie wysokiego brzegu... Po co tam pofrunęła? Zbierać skalnicę tygrysie uszka! Stojąc za dnia na promie, Cuicui często patrzyła w górę na te wielkie, mięsiste liście, ale ściana wysokiego brzegu miała kilka metrów i Cuicui nie sięgnęłaby do liści ręką. Teraz mogła sobie wybrać największe na parasolkę.
Wszystko było tak samo jak w opowieści dziadka. Cuicui leżała w szorstkiej pościeli na materacu ze słomy i wciąż jeszcze śniła, a ten sen był taki piękny, taki słodki.... Dziadek zaś obudził się, nadstawił uszu i słuchał pieśni, którą ktoś późną nocą śpiewał na wysokim brzegu po drugiej strony rzeki. Wiedział, kto tam śpiewa, wiedział, że to pierwsza odsłona koncertu Tianbao, który zdecydował się jednak pojechać po Cuicui koniem. Dziadek słuchał tej pieśni i z radością, i ze smutkiem. Zmęczona płaczem Cuicui spała mocno, postanowił jej nie budzić.
Następnego dnia o świcie Cuicui i dziadek wstali, obmyli twarze w wodzie z rzeczki i zmyli w ten sposób zakaz mówienia o snach zaraz po przebudzeniu. Cuicui od razu opowiedziała dziadkowi, co jej się śniło.
- Dziadku, mówiłeś o śpiewaniu, a ja w nocy usłyszałam we śnie piękną piosenkę. Taka była serdeczna, taka była tęskna... I ja, jakbym za tą piosenką leciała w powietrzu, doleciałam aż do połowy wysokiego brzegu, gdzie nazbierałam wielką garść skalnicy. Tyle skalnicy miałam, ale nie wiem, dla kogo. Tak mi się dobrze spało i taki miałam cudny sen!
Dziadek uśmiechnął się ciepło i z czułością, ale nie powiedział Cuicui o tym, co się wydarzyło poprzedniej nocy. Pomyślał sobie: "Gdyby tak móc całe życie prześnić, to by było dobrze. Niektórzy to we śnie nawet kanclerzami zostają albo na egzaminach biorą pierwsze miejsce".
Dziadek sądził, że śpiewakiem z wczorajszej nocy był Tianbao i kiedy nadszedł dzień, kazał Cuicui pilnować promu, a sam pod pretekstem zaniesienia komuś lekarstwa, poszedł się wypytać. Na Nadrzecznej zobaczył Tianbao, zatrzymał chłopaka i zawołał radośnie:
- Tianbao, toś ty taki? I wozem jedziesz, i koniem, taki z ciebie spryciarz!
Ale dziadek się pomylił. Nie rozpoznał śpiewaka. Kiedy poprzedniej nocy bracia poszli do Zielonej Strugi, Tianbao - ponieważ sam wcześniej już pojechał wozem - w żadnym razie nie chciał śpiewać jako pierwszy i kazał bratu zacząć. Ale gdy Nuosong rozpoczął swoją piosenkę, Tianbao pojął, że nie jest dla brata konkurentem i sam nie miał już odwagi spróbować. Wszystkie piosenki, które w nocy słyszeli dziadek i Cuicui, wyśpiewał Nuosong. Tianbao wrócił z bratem do domu, a potem postanowił wyjechać z Chadongu, wsiąść na tę nową barkę z olejem i zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło. Szedł właśnie dopilnować ładowania towarów.
Stary przewoźnik na widok nieprzeniknionej miny Tianbao, nie wiedząc, o co chodzi, poruszył zabawnie brwiami, dając do zrozumienia, że domyśla się, dlaczego chłopak udaje obojętnego. Sam ma dla niego wiadomość.
Klepnął Tianbao w ramię i powiedział cicho:
- Dobrześ śpiewał. Ktoś przez sen usłyszał twoją piosenkę i ta piosenka zabrała ją daleko, daleko! Pierwszorzędny z ciebie śpiewak, najpierwszy w naszych stronach!
Tianbao spojrzał na ogorzałą, starą twarz przewoźnika i odparł równie cicho:
- Nie ma o czym gadać. Swoją złotą wnuczkę oddajcie temu słowikowi, co tak pięknie śpiewa!
Jego słowa wprawiły dziadka w osłupienie. Tianbao odszedł uliczką w stronę rzeki, a przewoźnik poszedł za nim. Na brzegu stały kosze z olejem, które ładowano na nową barkę, jakiś marynarz wiązał słomę w długie snopy, żeby w czasie podróży chronić nimi burty przed falami, ktoś inny smarował wiosła. Dziadek podszedł do marynarza siedzącego w słońcu nad słomianymi wiechciami i zapytał go, czyja to barka i kiedy wyrusza. Marynarz pokazał na Tianbao, a przewoźnik rzekł, zacierając ręce:
- Tianbao, ja ci powiem szczerze, w tej sprawie jazda wozem ci się nie powiedzie, ale jak pojedziesz koniem, możesz mieć nadzieję!
Na to Tianbao pokazał palcem okno i rzekł:
- Wujku, tam popatrzcie. Jak chcecie słowika na zięcia, ten słowik jest tam!
Przewoźnik podniósł głowę i zobaczył Nuosonga, który przy oknie reperował sieć.
Kiedy dziadek wrócił do Zielonej Strugi na prom, Cuicui zapytała:
- Dziadku, pokłóciłeś się z kimś? Bo taką masz minę...
Dziadek uśmiechnął się, ale nie powiedział Cuicui ani słowa o tym, co wydarzyło się w mieście.
| 15 |
Tianbao na nowej barce popłynął w dół rzeki z transportem oleju i w domu został tylko Nuosong. Stary przewoźnik sądził, że skoro wtedy słyszeli Nuosonga, w najbliższych dniach powinni usłyszeć go znowu. Gdy nadszedł wieczór nawet specjalnie wyszedł, niby się czymś zająć, i jeszcze zachęcił Cuicui, żeby słuchała, czy ktoś w nocy nie zaśpiewa. Po kolacji oboje byli w domu, a że mieszkali tuż nad wodą, zaraz o zmierzchu zaczynało się bzyczenie komarów. Cuicui zapaliła wiązkę bylicy i poszła okadzić nią wszystkie kąty, żeby w ten sposób przepędzić owady. Kiedy uznała, że dom jest już dość odymiony, położyła tlący się wiecheć przed łóżkiem i usiadła na stołeczku posłuchać dziadkowych opowieści. Dziadek opowiadał różne historie i wkrótce zaczął mówić o piosenkach, a mówił bardzo ładnie. Na koniec zaś spytał z uśmiechem:
- Cuicui, ta piosenka ze snu poniosła cię aż do połowy wysokiego brzegu i nawet sobie skalnicy nazbierałaś. A gdyby tak naprawdę ktoś dla ciebie śpiewał z tamtego wysokiego brzegu? Co byś zrobiła?
Cuicui też się uśmiechnęła.
- Jakby ktoś mi śpiewał, to bym go słuchała. Ile by śpiewał, tyle bym słuchała.
- A jakby śpiewał całe trzy lata i sześć miesięcy?
- Jakby śpiewał ładnie, to bym słuchała, choćby i trzy lata i sześć miesięcy.
- Ale czy to by było dobrze?
- A czemu niedobrze? Jakby ktoś mi śpiewał, to przecież chciałby, żebym go słuchała?
- Jest takie powiedzenie: "Jak się gotuje, to żeby ktoś zjadł, a jak się śpiewa, to żeby ktoś słuchał". Ale jeśli ktoś śpiewa po to, żebyś coś z tej piosenki zrozumiała?
- A co ja bym miała z tej piosenki zrozumieć?
- No jakże co? To jego szczere serce rozpoznać, którym cię pokochał! Jak ktoś tego z piosenki nie zrozumie, to niechby lepiej ptasich świergotów słuchał.
- A jakbym zrozumiała, to co?
Dziadek mocno uderzył się pięścią w udo i uśmiechnął się:
- Cuicui, dobra z ciebie dziewczyna, a dziadek jest głupi. Nie umie ładnie mówić, nie gniewaj się, jak czasem powie coś od rzeczy. Tak ci coś żartem powiem. To tylko taki żart. Tianbao z Nadrzecznej pojechał do nas wozem i przysłał tu do nas swata z oświadczynami, już ci to mówiłem. I tak mi się widzi, że ty go nie chcesz, prawda? Ale gdyby on miał jeszcze brata i gdyby ten brat do nas koniem pojechał i śpiewał dla ciebie, bo chciałby cię za żonę, to co byś na to powiedziała?
Cuicui zaskoczona, pochyliła głowę. Nie wiedziała, ile jest w tym żarcie prawdy ani kto go wymyślił.
- Powiedz mi, którego byś chciała? - rzekł dziadek.
Cuicui uśmiechnęła się, ale jej głos zabrzmiał trochę błagalnie, gdy rzekła:
- Dziadku, nie żartuj tak.
Wstała.
- A gdyby to była prawda? - spytał dziadek.
- Dziadku, jaki ty jesteś, naprawdę! - I Cuicui odeszła.
- Ja tylko żartowałem - zawołał za nią dziadek. - Pogniewałaś się na mnie?
Cuicui nie mogła się gniewać na dziadka. Podeszła do drzwi i by zmienić temat, zawołała:
- Dziadku, na niebie jest księżyc, jaki wielki!
Wyszła z domu i stanęła pod niebem, srebrzystym od blasku księżyca. Stała tak chwilę, a gdy dziadek wyszedł za nią, usiadła na wielkim głazie, który cały dzień grzał się w palącym słońcu i wciąż biło od niego zebrane za dnia ciepło. Dziadek napomniał ją:
- Cuicui, nie siadaj na gorącym kamieniu, bo się nabawisz czyraków.
Po czym dotknął kamienia i sam też na nim usiadł. Księżyc świecił łagodnym blaskiem, nad powierzchnią wody unosiła się biała mgiełka i jakże by było pięknie, gdyby teraz po dwóch stronach rzeki naprawdę odezwały się w harmonii głosy dwojga śpiewaków... Cuicui rozmyślała nad dziadkowym żartem. Przecież się nie przesłyszała, dziadek powiedział wyraźnie, że jeden z braci pojechał do nich koniem i śpiewał tutaj w nocy... Co to znaczyło? I jakby czekając na tę piosenkę, milczała przez długą chwilę.
A gdy tak siedziała w blasku księżyca, rzeczywiście zapragnęła usłyszeć czyjś śpiew. Czas mijał, a na przeciwnym brzegu poza śpiewem owadów w trawach nie odezwał się żaden głos. Cuicui weszła do domu, przy drzwiach wymacała fujarkę z trzciny i wróciwszy pod światło księżyca, zaczęła na niej grać. Ale czuła, że granie jej nie szło, podała więc fujarkę dziadkowi. Przewoźnik przyłożył ją do ust, nabrał tchu i zagrał jakąś długą, przeciągłą melodię, od której serce Cuicui zalała fala tęsknoty.
Oparła się o dziadka i spytała:
- Dziadku, a kto pierwszy zrobił fujarkę?
- To na pewno był najweselszy człowiek na świecie, bo tyle dał ludziom radości. Ale mógł też być i najsmutniejszy, bo fujarka potrafi też ludzi zasmucić!
- Dziadku, jesteś smutny? Gniewasz się na mnie?
- Nie gniewam się na ciebie. Kiedy ty jesteś przy mnie, zawsze jest mi wesoło.
- A gdybym uciekła?
- Na pewno nigdy byś dziadka nie zostawiła.
- Ale gdyby coś takiego się stało, to co byś zrobił?
- Jakby coś takiego się stało, to bym wsiadł na tę łódkę i popłynął cię szukać.
Cuicui roześmiała się:
- "W Fengtan woda rwie, w Citan woda rwie, w Raojilong płynie ciszej, a w Qinglangtan na wodzie fale są wyższe od domów"... Dziadku, czy ty na tej swojej łódce przepłynąłbyś przez Fengtan i Citan i Qinglangtan? Sam przecież mówiłeś kiedyś, że tam woda całkiem po wariacku płynie.
- Cuicui, jakby coś takiego się stało, sam byłbym jak wariat, co by mnie wtedy wielka woda i fale obchodziły?
Cuicui zamyśliła się na chwilę i powiedziała poważnie:
- Dziadku, ja na pewno cię nie zostawię. Ale może ty mnie zostawisz? A jakby ciebie ktoś porwał?
Dziadek nie odpowiedział, ale pomyślał, że wkrótce może go porwać śmierć. Zaczął rozmyślać o tym, co się stanie, gdy śmierć naprawdę go porwie, i zapatrzył się na gwiazdy na południowym niebie. "W siódmym i ósmym miesiącu na niebie spadają gwiazdy" - myślał - "Czy ludzie też wtedy umierają?". Przypomniał sobie rozmowę z Tianbao na Nadrzecznej i pomyślał o młynie, który miał być posagiem dla dziewczyny z Zhongzhai, pomyślał też o Nuosongu i o wielu innych rzeczach, od których zaczęło mu się kołować w głowie.
A Cuicui poprosiła nagle:
- Dziadku, zaśpiewaj mi coś, dobrze?
Dziadek zaśpiewał jej dziesięć piosenek. Cuicui siedziała przy nim i słuchała z zamkniętymi oczami, a kiedy zamilkł, szepnęła jakby do siebie:
- Znowu zrywałam skalnicę.
Dziadek śpiewał piosenki, które słyszała w nocy.
| 16 |
Chociaż Nuosong wciąż miał okazję śpiewać, nie poszedł więcej nad Zieloną Strugę. Minął piętnasty, minął szesnasty i gdy nadszedł siedemnasty, stary przewoźnik nie wytrzymał i poszedł poszukać go na Nadrzecznej. Był już przy miejskich murach i szykował się zejść na Nadrzeczną, gdy napotkał Yanga Masztalerza, tego, który przychodził do nich jako swat Tianbao. Yang, ciągnąc za sobą muła, wychodził akurat z miasta, a kiedy ujrzał przewoźnika, zatrzymał się.
- Wujku, ja właśnie się do was wybieram z wieściami, a wy tu!
- A co się stało?
- Tianbao miał w drodze wypadek. Jak przepływali przez Citan, wpadł do rzeki i się utopił. Shunshun dostał wiadomość dzisiaj rano i Nuosong podobno od razu tam popłynął.
Wiadomość ogłuszyła dziadka jak cios pięścią. Nie mógł uwierzyć, że to prawda, ale siląc się na spokój, rzekł:
- Tianbao się utopił? Jakże to? Nie słyszałem jeszcze, żeby się łabędź w wodzie utopił!
- Ano ten łabędź się utopił... Myślę sobie teraz, że wyście mądrzy byli, że z tej jego jazdy wozem nic nie wyszło. Tak to i lepiej.