NIEDŹWIEDZIE
Musowo siedzą za każdym krzakiem, a te większe - w wąwozie przydomu wujka Janka. Za dnia kryją się i chrapią, o nocy wyłażą na pola,chodzą po sadach, zjadają jabłka, a nawet babcine gruszki. Niektóreczasem tarzają się w barabolach, ryją je i podżerają. A są i takie,co się uganiają, jak mówi wujek Kazik, za starszymi dziewczynami.Szkodniki strasznie okropne. No, ale tatko wcale się ich nie boi. Niewiem, jak to robi. On na nie zwyczajnie nie zwraca uwagi. Choćby iktóry mu wlazł na drogę, kiedy jedzie rowerem do pracy na pocztę wBystrzycy, a nawet na polu, gdy po pracy orze, to w ogóle naniedźwiedzie nie zwraca uwagi. Do orki tatko ubiera stary wojskowymundur i pewnie przez to one się go boją, bo to poniemieckieszkarady, a mundur polski. I tego... no, ja, jak tylko któregowyczuję, zerkam na babcię i potem mi wstyd. Babcia ich nie widzi, boma kiepski wzrok. Te niedźwiedzie, zdaniem wujka Kazika, to tylkomoja zagwozdka. Akurat! Niech nie udaje takiego chojraka, bo zdajesię z niedźwiedziem, by sobie nie poradził. Co innego wujek Janek.Ten jest odważny, że hej! Widzi i się nie boi. Mówi, że niedźwiedź,którego się widzi, ale nie zwraca na niego uwagi, to on ze wstyduzmyka w krzaki i po kłopocie. Raz spróbowałem i prawie się udało. Alepotem nocą wpadł do naszego kurnika i udusił kilka kur.
Myślałem, że tato mógł wybrać jakieś inne miejsce, nie tak groźne,jak Niedźwiedna. Chociaż w okolicy są jeszcze gorsze. Na przykładWilkanów, gdzie całymi dniami hasają watahy wilków. A w Orłowie, nibyco wieczór, orły porywają małych chłopców. Takie zeszłej jesienibanialuki opowiadała mi Wandzia, która czasami lubi żartować, aleprzecież z tych spraw szutków się nie stroi. Teraz wiem swoje i niedaję się nabrać. Wiem też, że tata nie mógł dla nas wybrać miejsca,bo dostał bumagę na to gospodarstwo w Niedźwiednej, w którymmieszkają jeszcze Niemcy, i choć nie był nigdy rolnikiem, musi siaćzboże. Wujek Janek, który mieszka nieopodal, przy wąwozie, też musiorać pole i siać zboże, a przed wojną pracował na kolei.
W tym roku niedźwiedzie na razie jakby wyniosły się do lasów wgórach, dokąd jest dość blisko, albo do wąwozu obok wujka Janka. No,niby dały dyla, ale u nas nadal duszą kury. Takie sprytne. Tata jesttak zapracowany, że nie ma dla nich czasu i dla nas też. Co innegomama i babcia, ale niedźwiedzie to przecież męska sprawa. Dobrze, żewujek Janek i wujek Kazik czasem wpadną, mam wtedy z kim pogadać.Dzisiaj też przyszli i, jak już zjedli obiad uwarzony przez babcię,mogłem zapytać o najważniejszą sprawę.
- Taki niedźwiedź, to skąd on się tu bierze, co?
- Z drogowskazu, bo tam stoi, że to Niedźwiedna -zaczął mi wyjaśniać wujek Kazik.
Popatrzyłemz niedowierzaniem na wujka Janka, a on po chwili zakręcił palcemmłynka przy głowie, jakby chciał pokazać,że wujek Kazik ma kuku na muniu, i powiedział:
- Za szkopów niedźwiedzi tu się szwendało, że ho, ho!Niektóre nawet w hełmach. I parę mogło zostać. A ten ostatni chowasię u nas w wąwozie. Kiedy troszkę z Mieciem podrośniecie, pozwolęwam na niego zapolować.
- Już wujku podrośliśmy - zauważyłem - boLucia zaczęła Mieciowi opowiadać przygody Sokolego Oka, a mnie mama oprzygodach Tarzana. Wiemy już, jak się poluje, no nie?
- Brechasz, oj brechasz! - zaczął wujek Kazik. -Ty zapomniał, że niedźwiedź mocniejszy od byczka, co cię wiosnąprzeturlał po pastwisku. Sińców miałeś, że hej!
- Bo trafiłem na takiego... no, skurczybyczka, żeby się znim spróbować... To i się poślizgnąłem.
- A na czym to?
Miałem już łzy w oczach, ale babcia stanęła w mojej obronie.
- Ty Kaziu nie bądź taki mądry, bo zaraz powiem o twoichpodchodach.
Zacząłembabcię szarpać za rękaw, żeby opowiedziała, ale wujek poprosił odokładkę, bo musi sąsiadom zaraz pomagać zwalać węgiel z furmanki.Pomyślałem, że u nas w rodzinie każdy uczył się kiedyś polować.Dobrze, że tu w okolicy nie ma panter, takich jak w Księdzedżungli,bo one bardziej podstępne od niedźwiedzi. Zwłaszcza że mogły siętrafić szkopskie, jak mówi wujek Kazik. Bo to, co złe jest alboszkopskie, albo ruskie. Choć zdaniem wujka Janka, ruskie barachłonajgorsze. A jeszcze gorsze, takie banderowskie.
Wujek Janek już zbierał się do wyjścia, gdy w drzwiach przypomniałsobie, że ma dla mnie prezent. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął fujarkęi zagrał na niej. Pięknie zagrał. A potem mi ją dał.
- Mój najlepszy sposób na zwabienie niedźwiedzia. Grasz, amiśki wychodzą z krzaków i idą za tobą, gdzie chcesz.
- Akurat. Znam tę bajkę, mama mi czytała, i tam jest oinnych zwierzętach.
Wujek znów zagrał, tym razem jakoś tak tajemniczo. Słyszałem już, jakkiedyś grał na takim dużym flecie, co go trzyma w kuchni nakredensie, ale teraz to było coś innego. Bardziej mi się podobało.
- Słyszysz? To zaczarowana fujarka. Przekonasz się. Nauczsię na niej grać, a wtedy pogadamy o niedźwiedziach. Dawaj ręce. Masztrzy otworki u góry, jeden na dole i ten - kwadratowy, główny -do wydawania dźwięku. No, dmuchnij. Bój się Boga, nie tak mocno,delikatnie.
Zacząłem dmuchać, ale wychodziło mi tylko jako tako. Popatrzyłemwujkowi w oczy z wyrzutem, bo myślałem, że to łatwiejsza sprawa.Czekała mnie teraz mordęga, ale mus to mus. Wujek poczochrał mnie pogłowie i powiedział na odchodnym, że taką samą fujarkę, zleszczynowego kija, zrobił Mieciowi. I dopiero, kiedy nauczymy siędobrze grać, zarządzi polowanie na niedźwiedzia. Już, już miałwychodzi, a ja zapomniałem języka w gębie, bo co będzie, gdy któremuśz nas nie uda się naumieć grać na fujarce. Wtedy babcia przywołałamnie do porządku.
- A kto wujkowi podziękuje? No, dalej, pocałuj wujka wrękę.
OBoziu! Jak ja tego nie znoszę. Wujek ma tylko trochę mniej od tatywłosów na palcach i dłoniach i one strasznie łaskoczą. Niechby babciaspróbowała. Jak tatkę całuję w rękę, to albo kicham, albo się śmieję.Kiedyś go czymś obraziłem, ale zaraz przeprosiłem, no i zacząłemchichotać, tak mnie te włoski połaskotały. I tata znów sięzdenerwował. Dostałem klapsa. Wolę całować ręce mamy i babci.Najbardziej mamy, bo ona cała pachnie mlekiem. Mama mówi, że jeszczew zeszłym roku szukałem jej cycucha. Ja wiem dlaczego. Kiedyśpodsłuchałem, gdy przyszły panie sąsiadki, a mama im opowiadała owojnie, o tym, jak uciekała ze mną przy piersi, razem z babcią imoimi siostrami, do szkoły w Monasterzyskach, bo banderowcy napadalina Polaków, zabijali ich, a kobietom nawet obcinali piersi. To pewniewtedy miałem znów ten sen, którego się boję, i nad ranem chciałemsprawdzić, czy mama jest cała. Dlatego ją obmacałem. Ze szczęścia, żewszystko ma, aż się popłakałem. Ale ten sen się powtarza i powtarza.I chyba wtedy krzyczę w nocy. Mama mnie budzi, przytula, a tata sięzłości. Skończyło się tym, że kiedy starsi rozmawiają, ja muszęwychodzić do pokoiku. I dopiero wtedy do głowy przychodzą miróżności, gorsze niż w snach. Znalazłem na to sposób. W drzwiach, tużnad progiem, zrobiłem gwoździem otworek. Kładę się na podłodze, uchoprzykładam do dziurki i słucham do woli. Powiedziałem o tym babci, aona załamała ręce, co to ze mnie wyrośnie. A ja powiedziałem, żeakowiec jak tatko i wujek, bo o tym dziś podsłuchałem. Babcia ażzbladła. Uklękliśmy przed obrazem Pana Jezusa Ukrzyżowanego izmówiliśmy Ojczenaszw intencji, żebym zapomniał, co słyszałem, i nigdy, przenigdy nikomuo tym nie powiedział słowa. A potem dziesięć razy miałem przysięgnąć:ŚwiętyAntoni, mój patronie, pomóż mi trzymać język za zębami, i żebym tego,co słyszałem, nikomu nie powtórzył i szybko o tym zapomniał.Chyba już przy którymś błaganiu święty Antoni ulitował się nade mną iszybko mnie uśpił. I wreszcie miałem sen bohaterski. Z Mieciemzałożyliśmy własny oddział, który wspomagał naszych tatów w biciuszkopów. Dostaliśmy potem po medalu. Rano, gdy się obudziłem,postanowiłem to wszystko narysować.
Zacząłem przeglądać różne gazety, które tatko przynosił z poczty, alenigdzie nie znalazłem kogoś, kto by przypominał, no tych - comi nie wolno pamiętać. Byli tylko staliny i takie inne... -inni panowie. Wybrałem najsampierw Stalina, bo miał najładniejszymundur i pełno medali. Postanowiłem, że później, po rozmowie zwujkiem Jankiem, zmienię mu gębę i zawieszę tylko te medale, jakie napewno dostali za walkę z Niemcami, ci... no, koledzy mojego i Mieciataty. Wyciągnąłem blok rysunkowy Lidzi, ołówek Wandzi i zacząłem. Odwąsów, ale je przedłużyłem, by sobie opadały. A do nich dorobiłembrwi, które wymyśliłem. Podobne do takich ładnych, krzaczastych, jakma Opa na pięterku. Oczy i nos zmałpowałem z babci, która krzątałasię w kuchni. Mundur pasował mi od Stalina, a na dodatek narysowałemszablę, bo przecież prawdziwy... ten, kumpel mego tatki powiniennosić szablę. Kłopot miałem z medalami, ale był taki jeden z czołgiemw sam raz. Zabrałem się za kolorowanie i nawet nie zauważyłem, że zamną stoją mama i babcia, aż usłyszałem szept babci:
- Przecież to świętej pamięci dziadek. No, dziadek.Marszałek, jak żywy!
A potem lamenty mamy:
- Dziecko, sprowadzisz jeszcze na nas jakieś nieszczęście.Tego pana nigdy już nie rysuj. Babcia i ja pozwalamy, żebyś rysował zgazet. To piękny rysunek, ale musimy go spalić. Rysuj nawet -mama splunęła na podłogę - tego Stalina z gazet.
Poczułem na policzkach pocałunki mamy i babci. Mama delikatniezabrała nieskończony rysunek, a ja nie mogłem się nadziwić, żenarysowałem dziadka Hilarego, co zmarł przed wojną, a którego onemuszą spalić. Co też ten dziadek Hilary zbroił? I zacząłem rysować zgazety portret Stalina z medalami. To był pewnie ktoś bardzo dzielny,że go tak odznaczyli. I w każdej gazecie pokazują. Jak dam doobejrzenia wujkowi Jankowi, to pewnie bardzo się ucieszy.
SZARWARK NASIANIE
Musia i Tusio Miecia, no mamcia i tatko mojego mlecznego brata, idąna szarwark. A żeby nie było Mieciowi samemu smutno, albo żeby czegośnie wywinął, jak napominał nas obu wujek Janek, mamy pilnować ichdomu nad wąwozem, w którym harcują różne zwierzaki i nie tylko. Wdole, od strony lasu, nawet i niedźwiedzie łażą, szepnął mi znówwczoraj Miecio, więc przez drogę z naszego domu aż do wąwozu pytałemwujcia, co z tymi niedźwiedziami. Wujek Janek nie rzuca słów nawiatr, inaczej niż wujek Kazik, i najpierw pomyśli, nim coś powie.Zbierał i zbierał te myśli w milczeniu, a ja gwizdałem sobie, żebynie zapomnieć, jak się to robi na palcach. To właśnie wujek Kazik naswyszkolił i ja już prawie umiałem na każdym z osobna, a Miecio jakbymniej. O, gwizdanie na palcach to nie byle co! Tylko najlepsipotrafią. Ale zaraz za jarem, tym obok majątku z wagonikami dowywożenia gnoju, którymi wczoraj jeździliśmy, zaśliniłem się i jateż, jak wujek, już tylko zbierałem myśli. Bez gwizdania. Aż dozardzewiałego samochodu pancernego, gdzie z chłopakami wygrzebaliśmykarabin, szkopskie hełmy i pas z hakenkreuzem. Tam właśnie wujekprzystanął. Wsadził dwa paluchy do ust i tak gwizdnął, że liściezaczęły w jarze szumieć. Takiego gwizdu nawet wujek Kazik nie miał.Mógł przestraszyć wszystkie niedźwiedzie w okolicy, a nawet i babcię,gdyby go usłyszała.
- No, dobrze - postanowił - jak się akuratniesprawicie, gdy z ciocią i sąsiadami będziemy oczyszczać rowymelioracyjne, to wam pozwolę. Zapolujecie na niedźwiedzia.
Trzymałemgo za rękę. Nawet nie drgnął, gdy obiecywał.Wiedziałem, że nie kłamie, bo i tak zawsze mówił prawdę.
- Gwiżdżeszsobie na paluchach, a co z grą na fujarce?
- Rozeschła się i popękała.
- A zanim się rozeschła?
- Tata wyganiał mnie do stodoły, bo robiłem za dużo hałasuw kuchni.
- Mogłeśćwiczyć do obiadu, kiedy tata był na poczcie.
- No tak, no tak... Ale troszkę już mi wychodziło.
Zrobiło mi się wstyd, że zawiodłem wujka. Dalej szliśmy w milczeniu.Po chwili wujek powiedział:
- Fujarka Miecia też popękała. Z graniem poczekamy dowiosny.
Więc, jak tylko zostaliśmy sami i Miecio zamknął wejściowe drzwi naskobel, i podparliśmy je belką, to mu zdradziłem obiecankę jegoTusia.
- Musowo! - odpowiedział Miecio. - Zapolujemyjutro, teraz musimy się ukryć przed banderowcami - zarządził.
- W wąwozie są banderowcy? - Aż zadrżałem, bowspominała mi o nich babcia, a mama sąsiadkom opowiadała strasznerzeczy.
- No! Kiedyś tu przyszli i dudnili w drzwi.
- A ty, co?
- Zaraz zobaczysz - odburknął i podszedł do stołu wkuchni. Otworzył szufladę i machnął na mnie dłonią.
Wybrałem mniejszy bagnet w skórzanej pochwie ze swastyką, choć innebyły jeszcze fajniejsze, bo na dodatek z dwiema błyskawicami. Mieciowziął aż dwa duże bagnety i, zanim weszliśmy pod stół, wyjął je zpochew. Zabłyszczało. Pomyślałem, że jesteśmy nieźle uzbrojeni.Zapamiętałem, że wujek dawno temu jednego banderowca, który ichnapadł jeszcze w Monasterzyskach, potrafił załatwić fletem. A myprzecież mamy aż trzy bagnety. W tym dwa duże, w sam raz choćby nadzika. Wiemy też, gdzie wujek trzyma flet. W pokoju na szafie zbielizną. Obok kuferka. Tego na wypadek wojny.
Milczeliśmy pod stołem. Miecio błyskał bagnetami i wtedy cośzadudniło do okna. Po chwili do drzwi w sieni. Raz po raz.
- To banderowcy? - zapytałem.
- A kto by inny, co? - zasyczał Miecio i wycelowałbagnetem w stronę drzwi.
Zrobiło się bardzo zimno, a ja pomyślałem o flecie wujka. Bardzochciałem go mieć przy sobie. Taki flet dałby nam przewagę. I wtedy,by się na chwilę wyprostować, podniosłem głowę i trafiłem w szufladę.Łomot był straszny. Wypadły chochle, reszta bagnetów i wszystkiewidelce. Zdrętwiałem. Na szczęście Miecio wiedział, co należy wtakiej sytuacji zrobić. Chyba też kiedyś już wyrżnął łbem o szufladę.Chwycił mnie za rękę i pociągnął do sieni. Potem po schodach i przezpięterko do przejścia ku stodole. Było ciemno, cicho i pachniałoświeżym sianem.
- Zagrzebiemy się, to nas nie znajdą - poradziłMiecio.
Wydrążyliśmy tunel w sianie, a na jego końcu dużą jamę. Aż sięspociłem. W końcu zrobiło się całkiem, całkiem. Cichutko, ciepło ipachniało łąką, kwiatami, a nawet szałwią. Tyle, że ciemno. NagleMiecio zauważył, że zgubił jeden bagnet, co zmniejszało nasząprzewagę nad banderowcami.
- A jacy oni są? - zapytałem.
- Tacy, jak Tusio opowiadał. Bardzo, bardzo źli. Mordujądzieci.
Poczułem, że włazi mi coś za kołnierz. Może pająk? Brrr!
- Nie wierć się! - rozkazał Miecio.
- Pod koszulą mam pająka - jęknąłem.
- Banderowcy są gorsi.
Zacisnąłem zęby i postanowiłem przeczekać atak pająka. Może nieugryzie. Najgorsze są te poniemieckie, z krzyżami na plecach. W końcuprzestał mnie łaskotać, uspokoił się. Głębiej wciągnąłem nosempowietrze, które jeszcze bardziej mi zapachniało. Miecio jakośzasapał i, choć go szturchnąłem, milczał. Nadsłuchiwałem walenia wdrzwi. Chyba gdzieś skrzypiała podłoga. Zdawało się, że pode mną.Wymacałem szparę. Cichutko pochyliłem się i zbliżyłem do niej oko.
Banda banderowców podchodziła pod dom. Prowadził ją rozebrany dokoszuli, zarośnięty chłop z głową owiniętą szmatą, spod której ciekłakrew. Krzyczał: "Śmiert Lachom, rezat Lachiw!". Głowęmiał rozwaloną fletem i krzyczał jakby był ciągle ogłuszony. Inni zsiekierami w dłoniach też wrzeszczeli. Rąbią w drzwi, wpadają dośrodka, ale tam już nas nie ma. Podpalają obejście. Odchodzą w stronęinnych domów na kolonii. Na łące przesypany świeżą ziemią dół. Ruszasię, dochodzą z niego jakieś jęki. Ziemia przesiąka krwią, która sięz niej wylewa i pachnie inaczej niż siano.
I dalej już nic nie pamiętam... Wujek, żeby wejść do domu, rozebrałdrewniany klozet. Zaczęli nas szukać. Szukali kilka godzin. Przyszlina pomoc moja mama i tata, aż wreszcie Lucia, siostra Miecia,przypomniała sobie, co mówiliśmy o schowku w sianie. Potem szybko nasodszukali, ale obaj byliśmy jak zabici, spaliśmy niczym susły. Mamaczuwała przy mnie przez całą noc i cały dzień, aż wreszcie otworzyłemoczy. Na jej widok się rozpłakałem, że nic się jej nie stało, kiedyspałem. I poczułem głód straszny. Babcia coś dla mnie warzyła, a japrzez okno widziałem, że leci do nas Lucia, taka rozradowana, i jaktylko wpadła, wzięła mnie w ramiona, zakręciła młynka i trochęzdyszana powiedziała:
- Miecio też się już wyspał.
A babcia pokiwała głową ucieszona. Potem dodała, że wszystko przez tęszałwię, co jest w sianie, bo ona dobra na spanie. Ale jak za dużo,to może zabić, albo z takich huncwotów, jak my, zrobić jeszczewiększych postrzeleńców. Muszę zapytać Lidzi, kto to jestpostrzeleniec, choć mi się zdaje, że kiedy zamykam oczy, to płynę wpowietrzu, jak wystrzelony z procy. Może o to chodzi. To niech jużtak zostanie.
ZAGŁADAPANCERNIKA
Ależ mieliśmy z tym zachodu. Pierwsza salwa przeszła górą, zawadzająco maszt. Z brzegu widzieliśmy dokładnie, jak na okręt spada gradtakich złotych, rozpryskujących się odłamków. I już to wystarczyło,żeby pancernik się przechylił. Płynął jakoś bokiem. Powoli, alewyraźnie. Załogę to chyba nawet wymyło z pokładu, albo ze strachumarynarze wyskoczyli za burtę. Wraz z piskiem Kasi poleciał kolejnystrumień pocisków. No, wreszcie ta trafiona burta pancernika, ta odstrony naszych baterii, pokryła się spienionymi strugami. Szło namcoraz ciężej i ciężej.
Waliliśmy pod słońce, co utrudniało celowanie. Niech tam, i takbombardowaliśmy uparcie, choć coraz wolniej, z trzech naszychnadbrzeżnych baterii. No a Franka bateria biła wyżej i dalej. Naniebie jej ślad rysował się takim złocistym łukiem, jak... jakwarkocze Kaśki. A słońce ten blask jeszcze wzmacniało. Strugiprzelatujące obok nadbudówek, wież i dział, wystrzeliwane z naszychluf, wzburzały teraz wodę tuż przy drugiej burcie. Od tego wysiłku ażmnie rozbolał brzuch. Zerknąłem znów w górę, bo zdawało mi się, że odstrony Marii Śnieżnej nadciąga deszcz. Musieliśmy poprawić celność.
Najdalej teraz niosło działko Kaśki. Franek i ja nawalaliśmy bliżej,za to celniej. Dopuściliśmy Kaśkę do morskiej bitwy, bo już dwa razywygrała z nami w zawodach sikania na odległość, i nie było o co siękłócić, gdyby dobrze trafiła, to ci w tej blaszance męczyliby siękrócej.
Amunicja nam się kończyła. Kaśka ostatni raz wygięła się w pałąk,pisnęła jak mysz wpadająca w łapy sowy i zakończyła wreszciekanonadę. Choć wcześniej trafialiśmy raz za razem, a ona dopieroteraz na sam koniec bitwy, to nie my z Frankiem, tylko właśnie onazatopiła gitlerowskiego gada. A co? Zawsze tak było. Albo na odwrót.Organizowaliśmy wszystkie ćwiczenia, a jak przychodziło, co do czego,to nie ona, a ja z Franiem dostawaliśmy w tyłek. Pomyślałem, że terazteż tak będzie i zaraz się spełniło. Wisiałem, jak na haku, i fikałembosymi stopami, a nad moją głową grzmiało:
- Hospody pomyłuj!
Kasia na swą mniej już wypiętą baterię szybciutko opuściła maskującązasłonę w zielone grochy. Moja przestraszona lufa od razuskapcaniała, bo babcia ucapiła mnie za klapę spodni i potrząsałaponad pokrzywami. Oby tylko teraz mnie nie porzuciła, pomyślałem, ajednocześnie kątem oka zauważyłem, że Kasia opuściła wzrok, więc niewidzi, jak guziki nadwyrężonej klapy spodni pryskają na boki, a ja zodsłoniętym półdupkiem frunę nad zatopionym pancernikiem.
Franio nie czekał aż babcia użyje drugiej ręki i uskoczył w bok rowu.Ale tym razem źle trafił. Uwalił się w pokrzywy. Zanim zaczął płakać,ja już czułem bąble, które mu rosły na łydkach. Kiedy zaryczał,ucieszyłem się, że wszczęty przez niego alarm utrzyma mnie w górze,pozwoli wisieć dalej. Zaraz pomyślałem o moim patronie, świętymAntonim, niechby sprawił, żeby ten trzeci guzik w klapie wytrzymałwytrzepywanie ze mnie złego ducha. Przecież babcia obstalowała już zmamą, że zostanę księdzem. No, babciu, wystarczy tego trzepania. Napokrzywy, co to rosną u nas w Niedźwiednej, nawet hitlerowcy niezasługują, a przyszłym księdzem nie rzuca się po pokrzywach,szeptałem w duchu.
Kombinowałem po jakiemu babcia do mnie zagada. Jeśli po rumuńsku, tojak amen w pacierzu poniesie mnie do domu i, trzymając za klapę,rzuci pod nogi tatce. Jeśli po słowacku, będę klęczał tylko przedmamą i może nie na grochu. Ukraiński był tak samo dobry jak polski.Przecież do Grossvatera mnie nie zaniesie, bo Opa mieszka napięterku. Za wysoko byłoby dla babci i tego... naparzaliśmy sięwłaśnie ze szkopami. Więc po jakiemu zacznie lament? Najpierwprzestraszyłem się, że to po rumuńsku. Odnotowałem jednak, że ziemiaprzybliża się do mnie. Powoli, powolutku i kiedy zwróciłem głowę wstronę Kaśki, to zobaczyłem, że ona jak aniołek uśmiecha się dobabci, a od tej anielskości babci powolnieje ręka. Wtedy pękł ostatniguzik i klapa opadła, odsłaniając mój tyłek. Nie spodziewałem siętakiego zagubienia. Przecież święty Antoni był przy mnie, gdyż gowzywałem. Chyba nadaremnie, bo babcia trzasnęła wolną ręką po moimgołym klepisku. Jakby piorunem walnęła. Zaszczypało sakramencko.
- Ta w ciebie diabeł wstąpił, huncwocie. Gdzie tobie naksiędza!
I znowu trzasnął babciny piorun, bo wreszcie zwątpiła w mojepowołanie. I dobrze. Tę sprawę miałem już obgadaną ze świętympatronem. Chciałem zostać marynarzem, tak jak syn Opy, a marynarze,mein Kind - opowiadał na pięterku - to diabły wcielone, ito jakie... echt Teufle!
Franio, cały zasmarkany, kicał po łące i syczał przez zęby jak żmija.No... żeby wypluć jad z pokrzyw. Kasia z urwaną gałązką podskakiwałaprzy nim i wachlowała Frania, aby go ochłodzić. O mnie nie pomyśleli.Zostawili i dali drapaka w stronę Marii Śnieżnej, od której szedłdeszcz.
Babci ze złości jakby spęczniały spódnice, więc je uniosła nad ziemiąi prawie zaczęła ulatywać w niebo. Grozi mi stamtąd palcem. Babciapięknie wygląda na tle chmur. W takim... w takim niby szukaniu bardzoważnych słów. Ukraińskich, rumuńskich i wszystkich innych. Żebym cośzrozumiał i już nie bzikował, nie grzeszył tak rozpustnie. Nie wiem,co to znaczy. Chyba chodzi o sikanie do rowu? Wiem, że nie wolnosikać, ale do ognia. A przecież myśmy lali na pancernika, nie wognisko. Babcia jednak dalej lamentuje i ciągle powtarza coś porumuńsku, chyba... Przypomina Opę z pięterka, który czasem musi zetrzy razy powtórzyć, zanim się domyślę, co szprecha. A coraz częściejsię dogadujemy. Częściej niż z babcią. Poza tym tylko ja rozumiemOpę, oni ni w ząb nie kapują. Dziś wieczorem, gdy mama powie, że czasna kolację i żebym zawołał na pięterko, wyjdę do sieni i krzyknę:"Opa, komm essen", a on zrozumie. I tylko ja znam jegotajemnice. Te wojenne, o Johanie w Wermachcie, o Helmucie z łodzipodwodnych i Lotharze z "Bismarcka". Dobrze, że opowiadao tym na pięterku, i tylko mnie. Raz, że mama by nie zrozumiała, atatę to, by coś chyba trafiło ze złości na szkopów, których tłukł nawojnie. Dlatego nie lubi Opy, który jest wstrętnym Niemcem. A ja sięz nim kumpluję, bo on nie jest taki wstrętny. Ma siwe włosy jakbabcia. Nos jak wujek Kazik, którego bardzo lubię. Jest silny jakwujek Janek i tak samo duży. Pali fajkę. No i ma całą komodęwojennych szpargałów. Tata też ma kuferek z wojny, ale nam nie wolnotam zaglądać. A do komody na pięterku zawsze mogę wsadzić nosa. Ilerazy idę na górę, to komoda jest otwarta. Jakby na mnie czekała.
Teraz znów babcia złapała się za głowę i spódnice opadły. Ja trzymamoberwaną klapę od spodni, a ona załamuje ręce nade mną, że niezostanę księdzem, bo taka święta osoba nigdy nie mogłaby sikać zdziewczynami do celu, choćby kiedyś miała i pięć lat. Choćby iprzyszło do morskiej bitwy. Choćby...
Skąd babcia może się znać na wojaczce, co?
NASZA BABCIA
Babcia wie wszystko, na wszystkim się zna, o wszystko pyta. Każdego,kogo napotka, albo kto do nas wstąpi. Niektórzy, jak zauważyłem,zaczęli jakby omijać nasz dom. Chyba przez babciną ciekawość; o każdyszczególik wymęczy, a jak już to zrobi, zaczyna opowiadać oMonasterzyskach. Ja tam lubię tego słuchać. Inaczej Wandzia. Ona niema cierpliwości i wojenne sprawy wcale jej nie obchodzą. Ale jejkoleżanki, które sprowadziła wczoraj, siedziały najpierw jak trusie,aż się jednej zachciało siku i wszystkie razem, a było ich pięć,wybiegły do ogrodu i już nie wróciły. Takie głupie. Dlatego oaeroplany i inne tam sterowce musiałem już dopytywać sam. Było tak,że babcia stała na zagonie kapusty i tamtą bardzo dawniejszą wojnęoglądała z motyką w ręku. Nawet chciała uratować lotnika, który spadłw kartofle. No, przeorał jej całe pole i narobił szkody, że hej!Aeroplan się zapalił chyba od cygara i lotnik się sfajczył.Najsampierw to był krążył sobie powolutku nad fabryką cygar wMonasterzyskach, gdzie babcia pracowała, i z góry machał do ludzi,więc trochę jej było żal tego lotczika.
- No, świat to się zmienił, a zmienił synku. I zaostatniej wojny, jak już zabrakło aeroplanów, zaczęły latać testraszne samoloty co do każdego strzelały - powiedziała babcia.
- A czołgi, babciu, były? Za tamtej wojny z aeroplanami?
- Ta, nikt o tym nie słyszał, ani nie widział w Galicji.Może szwendały się gdzie indziej, u nas nie spotkałam.
- Te sterowce, to takie inniejsze aeroplany, tak babciu?
- Ogromniaste i bez skrzydeł. Wisiały sobie, wisiały bezhałasu nad fabryką, a z góry fryce zrzucali na nas granaty. Szkodydużej to nie robili.
- Mogły tak sobie wisieć?
- Wisiały, jak jakieś smoki. Aż dwa. Nazrzucały,nazrzucały, zapaliły coś tam i odleciały.
I babcia się przeżegnała, a ja za nią. Wtedy wróciła Wandzia izabrała się za zadania domowe. To usiadłem przy niej, na co trochęburczała. Czekałem, aż zacznie czytać, ale coś liczyła. Bardzo trudnezadania. Ja też zacząłem liczyć powolutku na palcach i raz mi sięudało trafić. Byliśmy oboje bardzo skupieni. No, ale okazało się, żebabcia jeszcze się nie wygadała.
- Ta twoja Krysiula, Wandziu, nie daj Bóg, pęcherzprzeziębiła, co? Ile razy do nas przyjdzie, zaraz leci sikać. Dam cidla niej radę, zioła, co tu u nas rosną. Zaparzy, wypije i będzie pokłopocie.
- Babciu, przecież ja odrabiam lekcje.
- A bidulka cierpi tam i zwija się z bólu. Przecież wiesz,jak to jest z chorym pęcherzem żyć.
- Babciu! Jej nic nie jest.
- Wandziu, ty nie brechaj. Musi być zdrowa, bo u nichpojutrze, w niedzielę, rychtują wesele. Kto będzie sypał kwiatki?
Wandzia odstawiła zeszyt z rachunkami i popatrzyła w sufit jakbystamtąd miała przyjść pomoc. Chyba wiedziała, że takiej rozmowybabcia jej nie odpuści. O weselu w domu sąsiadów. Zrezygnowanazwróciła się do babci:
- To pytaj, babciu.
- No, jak tam wesele?
- Szykują.
- Wszystko już kupili?
- Pewnie tak, dużo nakupowali, babciu.
- Goście zaczęli się zjeżdżać?
- Zaczęli, babciu.
- A dużo ich?
- Dużo i jeszcze więcej, babciu.
Wandzia była coraz bardziej zła, a nie wiadomo dlaczego. Też byłemciekaw. Babcia nie zwracała uwagi na humory Wandzi i dalej pytała:
- Ładnie wysprzątane?
- Na cymes, babciu. Wszystko się błyszczy.
- A orkiestra?
- Nie wiem.
- A welon, jaki?
Widziałem, że w Wandę wstępuje jakiś diabełek, bo zaświeciły się jejoczy i z uśmiechem powiedziała:
- Welonu nie ma!
- Jakżeż to bez welonu, Wandziu?
- I wesela też nie będzie, babciu.
Babcia trzy razy się przeżegnała, zanim wróciło jej mowę.
- Jakżeż to nie będzie?
- Atakżeż, bo narzeczony uciekł i koniec! Po weselu.
Babcię znów zatkało. Zaczęła kręcić się po kuchni, najpierw jakby bezcelu, aż znalazła duży wiklinowy koszyk. Zawołała mnie i poszliśmy doweselnego domu, a Wandzia została odrabiać lekcje, chociaż terazwidziałem w jej oczach strach.
Dom sąsiadów był umajony i pełen radosnego gwaru. Ależ dzielniludzie, pomyślałem, takie zmartwienie ich spotkało, a oni dalej sięweselą. Babcia przeżegnała się i zapukała. No nie, to co było potem,chatko mówić. Najpierw wyszła wystrojona i uśmiechnięta sąsiadka.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus -powiedziała grzecznie babcia.
- Pochwalony, pani Katarzyno, pochwalony -odpowiedziała rozradowana sąsiadka.
- Takie nieszczęście, taki huncwot się wam trafił. Uciekłprawie sprzed ołtarza... Ale nie martwi się pani, będzie inny,lepszy, a tego pan Bóg pokarze, no, ale tyle wydatków, tylewydatków... Skaranie boskie...
Pani sąsiadka zbladła, wybałuszyła oczy na babcię, złapała się jużframugi i mało nie upadła. Kręcąc nieustannie głową, słuchałapocieszania babci.
- Ta ja przyszła z dużym koszem i was trochę poratuję.Odkupię coś z tego jadła, żeby się nie zmarnowało, nie zostawimy wasw biedzie. Pani się nie martwi. Trafi się lepszy narzeczony, bardziejbogobojny, akuratniejszy.
Obok pani sąsiadki pojawiła się trochę jakby zdziwiona jej córka. Nagłowie miała różne frędzle i jakieś poplątane kołtuny, powiązanegumkami, tasiemkami czy czymś tam. No, istne czupiradło. Każdy by odniej uciekł, nie tylko narzeczony - pomyślałem. Ona obejrzałasię i przywołała kogoś ręką. A babcia dalej swoje:
- W Monasterzyskach też jeden narzeczony uciekł i to już zkościoła. Tak pan Bóg czuwał nad wami, że do tego nie doszło...
Szarpałem babcię za rękaw; też mi mowę odjęło. Babcia miała słabywzrok i nie widziała tego, co ja już zauważyłem, bo przy panisąsiadce stała nie tylko jej córka, ale i pan narzeczony też, corazbledszy i bledszy. A oczy miał jeszcze bardziej wybałuszone na babcięniż ta pani trzymająca się framugi. Może on dopiero zamiarował uciec,widząc, co pani narzeczona ma na głowie, i jakoś nie miał śmiałości,a Wandzia już wszystko wywróżyła.
- Coteż pani...Jaktak można, pani Katarzyno, jak można? - Sąsiadka odzyskałagłos, a babcia wreszcie w progu rozpoznała pana narzeczonego.
Teraz babcia zasłabła. Tak zupełnie. Zasportała się, upadła natrawnik i ledwie dychała, a pan narzeczony, jednak porządny gość,przybiegł ją ratować.
Ależ było później wesele; weselisko, że hej! Dawno nikt o takim niesłyszał. Goście trzy dni nieustannie jedli i pili, a pan młody nieodstępował od swojej żonki. No i chyba nie bardzo nadawał się dochodzenia, wpatrywał się w żonkę, która teraz miała już zupełnie coinnego na głowie. Nawet mnie się podobała. A myśmy z babcią na tymweselisku byli.
Wandzia całe wesele przepłakała.
Mama myślała, że chora, bo babcia nikomu nic nie powiedziała, co teżWandzi przyszło do głowy. I mnie też zakazała mówić. To była naszatajemnica. Teraz już wiem, że dziewczynom nie można za bardzowierzyć, nawet własnym siostrom. Dopiero za tydzień babcia zaczęłasię do Wandzi odzywać, dopiero za tydzień, choć Wandzia ciąglesprowadzała do domu koleżanki i kazała im słuchać opowieści babci onaszych Monasterzyskach. Najwięcej ja na tym skorzystałem.Podszkoliłem się wojennie, a przedtem myślałem, że babcia nic się niezna na wojaczce. No, nie zna się na pancernikach i sikaniu do celuponad rowem, ale o aeroplanach i tych tam huzarach nikt nie umie takgadać.