ROZDZIAŁ 4
Lensman Ole Vik nie wiedział, jak się nazywa ani gdzie jest. Przed jego oczami, które właśnie ledwie uchylił, zmaterializował się okrągły zegar ścienny - wydawał się unosić w powietrzu tuż przed jego twarzą, częściowo przesłonięty mgłą. Ta mgła powoli zaczęła się rozwiewać, ale Ole na moment znów odpłynął. Kiedy ponownie otworzył oczy, zegar wciąż tam był. Tym razem mgła prawie całkiem się rozeszła, a zegar wisiał dość wysoko na ścianie i pokazywał siedemnaście minut po trzeciej.
I znów wszystko zniknęło, a potem lensman po raz kolejny oprzytomniał. Zegar ciągle pokazywał siedemnaście minut po trzeciej.
"Co się dzieje? Jak to możliwe, żeby czas stał w miejscu?" Myśli Olego były gęste jak owsianka. Powoli jego pole widzenia się poszerzało i nagle ściana ukazała się w całości. Biała. Oprócz zegara nic na niej nie dostrzegł.
"Leżę w łóżku i patrzę w ścianę", stwierdził, czując, jak ostry ból narasta i rozlewa się po ciele. "Dlaczego, na miłość boską?" - zadał sobie następne pytanie. A potem: "Co mnie tak cholernie boli?"
Spojrzał po sobie i dostrzegł plastikową rurkę wetkniętą w wenflon, który miał wbity w grzbiet dłoni. Obok na podłodze przy łóżku stał błyszczący stojak, a na nim zawieszony był przezroczysty worek z płynem. Widoczne na nim litery układały się w napis "Glukoza". "Aha, to znaczy, że jestem w szpitalu". W głowie zaczęło mu się rozjaśniać i nagle wiedział już, kim jest, ale nic poza tym.
Bóle się wzmogły i Ole zdusił jęk, kiedy próbował się rozejrzeć. Przede wszystkim zauważył młodego chłopaka w policyjnym mundurze, który siedział przy jego łóżku i czytał gazetę. Ole próbował zebrać myśli. Nic z tego nie wyszło. Ciągle był zagubiony.
- Gdzie ja jestem? - udało mu się wyszeptać.
Młody człowiek odłożył gazetę i gwałtownie się poderwał.
- Jest pan w szpitalu w Borgu.
Pojawiła się pielęgniarka i nachyliła się nad Olem.
- Musi pan leżeć spokojnie, bo strasznie jest pan poobijany - powiedziała, delikatnie go badając.
Chciał spytać: "Dlaczego jestem poobijany?", ale nie miał siły. Leżał więc w milczeniu, próbując dojść do siebie, a pamięć z wolna mu wracała. "Pozwoliłem sobie na tygodniowy urlop", przypomniał sobie. "Przez całą zimę pracowałem w zasadzie na okrągło, a w ciągu ostatnich miesięcy nad tą bulwersującą sprawą zabójstwa, nad sprawą Holgersena. Jestem w drodze do Pargi w Grecji. Hilde i ja będziemy umacniać nasz związek. Spróbujemy się lepiej poznać". Odwrócił się, żeby poszukać Hilde, ale nie dostrzegł nikogo oprócz młodego policjanta i pielęgniarki.
- Kim jesteś? - spytał niewyraźnie.
- Pilnuję pana. - Młody człowiek spojrzał na niego z niepewnie.
Odpowiedź zdziwiła Olego. Była kompletnie pozbawiona logiki. Dlaczego ktoś miałby go pilnować? Próbował się skupić, cokolwiek sobie przypomnieć. "Jechałem razem z Hilde i coś się z nią stało. Ale co?" Poczuł narastającą panikę, kiedy fragmenty zdarzeń zaczęły powracać, przelotne jak urywki filmu.
- Gdzie jest Hilde?
- Nic o tym nie wiem.
Ole poczuł, że ściska go w żołądku.
- Porwał ją bandyta, który napadł na bank - powiedział ochryple. - Znaleźliście ją? Dobrze się czuje?
- Niech pan leży spokojnie i odpoczywa - odparł młody policjant. - Miał pan poważny wypadek drogowy, więc niech pan zachowuje spokój.
- Mam zachować spokój? - Ole o mało nie wybuchnął śmiechem. - Pytam, czy ona się dobrze czuje.
- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. I niech pan niczego nie próbuje, nie jestem aż taki naiwny. Proszę leżeć spokojnie.
Ole spojrzał na dystynkcje swojego strażnika: czarne pagony z rzymską dwójką. Czyli to student drugiego roku - na ogół poświęcanego na praktykę - trzyletniej szkoły policyjnej. Najniżej w policyjnej hierarchii.
Pielęgniarka poprawiła Olemu poduszkę i spróbowała pomóc mu wygodniej ułożyć się w łóżku.
- Dziękuję, wystarczy. - Głos Olego odzyskał już pełną moc.
Pielęgniarka pospiesznie się cofnęła. Oczy miała szeroko otwarte i wystraszone. Ole spojrzał na nią zdziwiony.
"Dlaczego ona, na miłość boską, tak się boi?"
- Dam znać lekarzowi dyżurnemu, że pan się obudził - powiedziała i wyszła, jakby sam diabeł ją gonił.
Ole zaskoczony odprowadził ją wzrokiem i zwrócił się do dyżurującego chłopaka:
- Powtarzam, że moja przyjaciółka Hilde Ramnes została porwana przez uzbrojonego bandytę, który wcześniej napadł na bank. Podjęliście pościg za nimi?
- Niech pan da spokój, ja jestem tylko od pilnowania. Mam polecenie pana nie wypuścić i nic więcej.
- Dlaczego?
- Sam pan dobrze wie - odparł młody człowiek i znów sięgnął po gazetę. Demonstracyjnie zaczął czytać.
Ole próbował się pozbierać, ale słyszał jedynie galopujące pulsowanie w uszach. Powoli narastała w nim wściekłość. "Coś tu się nie zgadza", pomyślał. "Musiało zajść jakieś straszne nieporozumienie".
Usiłował podnieść się w łóżku, ale ciężko opadł na nie z powrotem.
- Nic nie rozumiem - jęknął. - Wytłumacz mi to.
Strażnik znów odłożył gazetę, towarzyszyło temu westchnienie i mina pełna rezygnacji.
- Niech pan nie odgrywa niewiniątka - powiedział. - I tak nie dam się wykiwać.
- Co ty wygadujesz?
- Mówię, że nie damy się oszukać. - Wrócił do gazety.
- Naprawdę nie wiesz, kim jestem?
- Nie - odparł młody policjant znad gazety. - A co, może bogatym celebrytą? - uśmiechnął się ironicznie. - Spodziewa się pan szczególnego traktowania?
Ole puścił jego słowa mimo uszu.
- Nazywam się Ole Vik. Jestem lensmanem w gminie Fjellberg - wyjaśnił. - Wiedziałbyś o tym, gdyby zechciało ci się trochę lepiej poznać nasz okręg policyjny. - Ostatnim słowom towarzyszył jęk.
Strażnik odłożył gazetę.
- Doprawdy? No to gdzie pańska legitymacja?
Ole opadł na łóżko, mając przed oczami wykrzywioną twarz Hilde i pistolet przyciśnięty do jej skroni. Nie mógł tego znieść.
"Gdzie ona teraz jest?" - pomyślał. "Co się z nią stało? Znaleźli ją? Czy w ogóle ją szukali? I co, na miłość boską, zrobić z tym żółtodziobem?"
- Moja legitymacja policyjna została w samochodzie mojej przyjaciółki - odparł i natychmiast się zorientował, że nie zabrzmiało to zbyt wiarygodnie.
- Naprawdę? - Odpowiedzi towarzyszył chichot.
Ole z całej siły starał się powściągnąć swój temperament.
- Wyglądasz mi na bystrego i czujnego. Czy możesz mnie wysłuchać? - zaczął najbardziej władczym głosem, na jaki było go stać. - Spoczywa na tobie odpowiedzialność, rozumiesz?
- Owszem i stosuję się do rozkazów. Kropka. - Strażnik spojrzał na niego sceptycznie. - Jeśli pan jest tym lensmanem Olem... Jakie to było nazwisko?
- Vik.
- Aha, lensmanem Olem... hm... Vikiem, to ja jestem król Salomon. - Roześmiał się. - Niestety będzie pan musiał zaczekać, aż przyjdą śledczy.
- Nie mamy na to czasu!
Wzrok młodego człowieka powędrował gdzieś dalej. Chłopak otrzymał wyraźne instrukcje: "Nie odstępuj nawet na krok tego człowieka, bez względu na to, co będzie mówił czy robił". To jasno oznaczało: nie daj mu się oszukać. Poza tym boleśnie dobrze pamiętał, co się stało nie tak dawno, kiedy samodzielnie podjął decyzję w podobnej sytuacji: zrugano go na czym świat stoi. Nie zamierzał drugi raz podejmować takiego ryzyka.
- Przykro mi - odpowiedział. - Tak jak mówiłem, musi pan czekać, aż śledczy przyjdą pana przesłuchać. A teraz niech pan leży spokojnie.
Ole zamknął oczy. "Jak mam leżeć spokojnie? Oni prawdopodobnie nawet jej nie szukają". Zatrzymał wzrok na ściennym zegarze: wpół do czwartej. Od napadu na bank minęła zaledwie nieco ponad godzina, a miał wrażenie, że przeszedł rok. No ale jednak godzina... "Boże, co ten desperat mógł zdążyć zrobić z Hilde przez tyle czasu! A jeśli... jeśli..."
Przez myśl przemknęło mu, że nie zdążą na samolot, że cały wyjazd do Pargi mogą wybić sobie z głowy. Tym jednak postanowił się teraz nie martwić. Musiał działać.
Zrób coś! Myśli się plątały. Z trudem łapał oddech. Ten student nie miał żadnego doświadczenia. Ole czuł, że nie powinien być wobec niego twardy, ale może zdoła go jakoś urobić. Chłopak był bezradnym klockiem w autorytarnym systemie.
- Widzę, że jesteś studentem - zaczął. - Przydzielono cię na praktykę do Komendy Okręgowej Policji w Borgu?
- Zgadza się.
- No to mam propozycję. Skontaktujmy się z kimś, kto stoi wyżej w hierarchii.
Student popatrzył na niego z wahaniem.
- Zorganizuj mi telefon - zaproponował Ole. - Możemy zadzwonić do komendanta Bergego, on mnie pozna po głosie.
- Zadzwonić do... do... niego! - W głosie chłopaka dał się słyszeć szacunek pomieszany z lękiem. - Nie, to niemożliwe. Nie możemy tego zrobić.
- Ja mogę - oświadczył Ole. - Jako lensman podlegam bezpośrednio komendantowi, jak wiesz. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
Było to kłamstwo w czystej postaci. Ole Vik pozostawał w bardzo trudnych relacjach z komendantem Bergem, no ale jednak ze sobą rozmawiali.
Przerwał im lekarz, który przyszedł zbadać pacjenta i kazał mu leżeć spokojnie. Ole dowiedział się, ile miał szczęścia, że z tak poważnego wypadku wyszedł jedynie poobijany i podrapany, to cud, że w ogóle przeżył. Lekarz wyszedł, kiedy Ole odmówił przyjęcia środków przeciwbólowych i uspokajających.
Wrócił do urabiania studenta.
- Nie masz się czego bać, sam wykonam ten telefon. - Z poduszki posłał młodemu najserdeczniejszy ze swoich uśmiechów. - Jak się nazywasz?
- Grung.
- Masz też jakieś imię?
- A po co?
- Potrzebne mi do raportu, który zamierzam napisać - skłamał, powtarzając jednocześnie w duchu: "Muszę go sprowokować do samodzielnego myślenia".
Z wielkim wysiłkiem uniósł się na łóżku.
- Dobrze się czujesz w policji, Grung?
- Jasne. - Chłopak niepewnie zerknął na Olego. - Raport?
- Tak, raport, który zamierzam napisać dla twoich przełożonych - odparł Ole z ulgą, bo chyba udało mu się zarzucić haczyk. - Wiesz, jesteś studentem i twoje cechy charakteru są oceniane na bieżąco. Ci, którzy nie potrafią podejmować właściwych decyzji w sytuacjach kryzysowych, są odsiewani, zanim dostaną pierwszą gwiazdkę. Tak jest i tak być musi. Praca policjanta to odpowiedzialność. Chyba nie zamierzasz trafić do tej grupy.
Student obrzucił go pełnym rezerwy spojrzeniem.
- Zastanów się. - Ole z powrotem opadł na poduszkę. Myśli nie dawały mu spokoju. "Nie masz na to czasu. Nie masz na to czasu. Nie masz na to czasu". Czuł się rozdarty. Bo jednak musiał poświęcić na to czas. Niedoświadczony student powinien spokojnie przetrawić jego słowa.
Na szczęście nie trwało to bardzo długo. W końcu Grung zabębnił palcami o krzesło i wstał.
- Zobaczę, co się da zrobić. - Podszedł do drzwi, zawahał się przez chwilę, jeszcze raz niepewnie obrzucił Olego wzrokiem, aż w końcu wyszedł, przekręcając klucz w zamku.
Kilka minut później wrócił, prowadząc pielęgniarkę. Siostra przyniosła aparat telefoniczny, który podłączyła do gniazdka nad łóżkiem, po czym postawiła na kołdrze.
- Żeby wyjść na miasto, trzeba wykręcić zero - pouczyła Olego i czym prędzej opuściła pokój.
Ole podniósł słuchawkę i wybrał numer. Wkrótce miał na linii komendanta Jonasa Bergego.
Ole ze szczegółami opowiedział całą historię, a komendant słuchał, nie przerywając mu.
- Daj mi tego studenta - niemal warknął.
Ole oddał młodemu słuchawkę i ze zdziwieniem obserwował, jak chłopak kiwa głową i kłania się do telefonu. Cały czerwony odpowiadał tylko: "Tak, tak", "Dobrze", "W porządku". Olemu opadły ręce. Mody funkcjonariusz był do szaleństwa wystraszony.
W końcu przekazał słuchawkę Olemu.
- Vik, osobiście się tym zajmę - rozległ się głos Bergego. Ole nie zdołał zapanować nad dreszczem, który przebiegł mu po plecach, gdy usłyszał ten ton. - A ty słuchaj zaleceń lekarzy i zostań tam, gdzie jesteś. Broń Boże nie ulegaj pokusie, żeby osobiście podejmować jakieś działania.
Komendant się rozłączył, Ole odłożył słuchawkę i głęboko odetchnął. Student patrzył na niego skonfundowany.
- Bardzo mi przykro - wybąkał przepraszającym tonem. - Ale...
Ole przerwał mu machnięciem ręki.
- To bez znaczenia, Grung. Zdałeś egzamin.
Ole poczuł, że się rozluźnia. To znaczy próbował, ale myśli nie dawały mu spokoju: "Zrób coś. Nie możesz tak tu leżeć. Komendantowi nie możesz ufać, on jest niekompetentny". Wiedział, że posuwa się trochę za daleko, ale z każdą upływającą minutą narastał w nim niepokój. Zaczął więc poruszać nogami, najpierw jedną, potem drugą, na koniec rękami. I doszedł do wniosku, że nadają się do użytku. Owszem, czuł ból przy ruchu, ale nie taki, którego nie potrafiłby wytrzymać. Zdobył się na wysiłek i usiadł w łóżku. Pokój wokół niego zawirował, lecz Ole zacisnął powieki, nabrał powietrza i starał się skupić. Potem spuścił nogi na podłogę i delikatnie wyciągnął wenflon z dłoni. Wstał.
Student patrzył na niego zdumiony.
- Dokąd pan idzie?
- Wychodzę. Jeśli chcesz mnie zatrzymać, to będziesz musiał mnie zastrzelić.
Kulejąc, podszedł do szafy, tam zakręciło mu się w głowie tak, że musiał się o nią oprzeć, ale w końcu odzyskał równowagę. Potem wyjął swoje ubranie, przeszedł do łazienki i powoli się ubrał.
Przez moment widział w lustrze swoją twarz: jeden policzek miał fioletowy i spuchnięty, oko na wpół zalepione, dookoła niego zakrzepła krew. Przyszło mu do głowy, że wygląda mniej więcej tak jak te nieszczęsne kobiety, które od czasu do czasu przychodziły do niego pobite przez mężów. Przez krótką chwilę wczuwał się w ich cierpienia, ale zaraz wrócił do swojego świata i do swoich problemów.
"Znajdź ją. Musisz ją znaleźć".
Dwie minuty później już wychodził w brudnym, podartym ubraniu przez główne drzwi szpitala, a zaraz potem opadł na tylne siedzenie taksówki.