Kameleon i inne opowiadania - Antoni Czechow

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Aptekarzowa

Mia­steczko B., skła­da­jące się z dwóch czy trzech krzy­wych ulic, pogrą­żone jest w głę­bo­kim śnie. W zasty­głym powie­trzu - cisza zupełna. Sły­chać tylko, jak gdzieś, pew­nie za mia­stem, szczeka pies sła­bym, ochry­płym teno­rem. Zbliża się świt.

Wszystko już śpi od dawna. Nie śpi tylko młoda żona pro­wi­zora, wła­ści­ciela apteki w B. Kła­dła się już trzy razy - ale nie wia­domo czemu, zasnąć nie może. Sie­dzi przy otwar­tym oknie w jed­nej koszuli i patrzy na ulicę. Jest jej duszno i nudno. Jest zła, taka zła, że aż się pła­kać chce - i rów­nież nie wia­domo dla­czego. Czuje w piersi jakiś kłę­bek, który od czasu do czasu pod­cho­dzi jej do gar­dła. O kilka kro­ków za nią, przy­tu­liw­szy się do ściany, chra­pie smacz­nie jej mąż. Zgłod­niała, poszła, wpiła mu się w czoło, ale on nawet tego nie czuje - uśmie­cha się, bo roi we śnie, że wszy­scy w mie­ście kaszlą i stale kupują u niego kro­ple any­żowe. Nie można by go zbu­dzić teraz ani ukłu­ciem, ani strze­la­niem z armat, ani piesz­czo­tami.

Apteka znaj­duje się na krańcu mia­sta i apte­ka­rzowa ma roz­le­gły widok na pole... Widzi, jak powoli bled­nie wschodni kra­niec nieba, jak potem zaczyna się rumie­nić, jakby od wiel­kiego pożaru. Nie­spo­dzia­nie spoza odle­głych krza­ków wyłazi duża, sze­roka twarz księ­życa. Jest czer­wony (w ogóle księ­życ, kiedy wyłazi spoza krza­ków, zawsze jest czymś zawsty­dzony).

Nagle, wśród ciszy noc­nej, roz­le­gają się czy­jeś kroki i brzęk ostróg. Sły­chać głosy.

...To ofi­ce­ro­wie wra­cają do obozu - myśli apte­ka­rzowa.

Wkrótce uka­zują się dwie posta­cie w bia­łych ofi­cer­skich kitlach: jedna - wysoka i tłu­sta, druga - niż­sza i chud­sza... Leni­wie, krok za kro­kiem, wloką się wzdłuż par­kanu i gło­śno roz­ma­wiają. Zrów­naw­szy się z apteką, obie posta­cie jesz­cze wię­cej zwal­niają kroku i patrzą na okna.

- Pach­nie apteką... - mówi cienki. - Rze­czy­wi­ście apteka! Ach, pamię­tam... Byłem tu w zeszłym tygo­dniu, kupi­łem oleju rycy­no­wego. Jest tu apte­karz z kwa­śną miną i oślą szczęką. To ci, bra­cie, szczęka! Taką wła­śnie Sam­son pora­ził Fili­sty­nów.

- Tak... - mówi tłu­sty basem. - Śpi far­ma­cja! I apte­ka­rzowa śpi. Wiesz, Obtio­sow, tu jest przy­stojna apte­ka­rzowa.

- Widzia­łem. Bar­dzo mi się podo­bała... Powiedz­cie, dok­to­rze, czy ona jest w sta­nie kochać tę oślą szczękę?

- Nie, chyba nie kocha - wzdy­cha dok­tor, takim tonem, jakby żal mu było apte­ka­rza. - Śpi sobie teraz za okien­kiem. Co, Obtio­sow? Leży z roz­rzu­co­nymi od gorąca ramio­nami... usteczka pół­otwarte... i nóżka zwisa z łóżka. Apte­karz, cym­bał, nie zna się praw­do­po­dob­nie na tych skar­bach. Dla niego, być może, kobieta czy butla z kar­bo­lem - to wszystko jedno!

- Wie­cie co, dok­to­rze? - mówi ofi­cer, zatrzy­mu­jąc się. - Zajdźmy do apteki i kupmy coś. Może apte­ka­rzową zoba­czymy.

- Też pomysł - w nocy!

- A co? Wszak oni i w nocy obo­wią­zani są sprze­da­wać.

- Niech będzie...

Apte­ka­rzowa, scho­wana za firanką, sły­szy gło­śny dzwo­nek. Obej­rzaw­szy się na męża, który wciąż chra­pie i uśmie­cha się, kobieta narzuca na sie­bie lek­kie poranne ubra­nie, kła­dzie na bose nogi pan­to­fle i bie­gnie do apteki.

Za szkla­nymi drzwiami widać dwie posta­cie... Apte­ka­rzowa wykręca lampę, śpie­szy ku drzwiom i otwiera: już jej nie jest nudno i nie jest zła, nawet i nie chce się jej już pła­kać; tylko mocno bije serce. Wcho­dzi gru­bas dok­tor i cienki Obtio­sow. Teraz można im się przyj­rzeć. Brzu­chaty, ocię­żały dok­tor ma śniadą cerę i brodę. Przy każ­dym ruchu trzesz­czy na nim kitel i wystę­puje pot. Ofi­cer zaś jest rumiany, bez wąsów, ma w sobie coś kobie­cego i jest giętki jak szpi­cruta angiel­ska.

- Czego sobie pano­wie życzą? - zapy­tuje apte­ka­rzowa, przy­trzy­mu­jąc ubra­nie na pier­siach.

- Pro­szę... e-e-e - za pięt­na­ście kopie­jek pasty­lek mię­to­wych.

Apte­ka­rzowa, nie śpie­sząc się, bie­rze z półki słoik i zaczyna ważyć. Goście stoją nie­ru­chomo i patrzą na jej plecy: dok­tor mruży oczy jak syty kot, a porucz­nik jest pełen powagi.

- Pierw­szy raz widzę, żeby dama sprze­da­wała w aptece - mówi dok­tor.

- Tu nie ma nic dziw­nego... - odzywa się apte­ka­rzowa, zer­ka­jąc na rumia­nego Obtio­sowa. - Mąż mój nie ma pomoc­ni­ków i ja mu zawsze poma­gam.

- Tak... Bar­dzo miła apteczka! Wiele tu tych róż­nych sło­jów! I pani nie boi się krę­cić wśród tru­cizn? Brr!

Apte­ka­rzowa zawija pastylki i podaje je dok­to­rowi. Obtio­sow daje jej pięt­na­ście kopie­jek. Pół minuty prze­cho­dzi w mil­cze­niu... Męż­czyźni krzy­żują ze sobą spoj­rze­nia, robią krok ku drzwiom, potem znowu spo­glą­dają na sie­bie.

- Pro­szę za dzie­sięć kopie­jek sody - mówi dok­tor.

Apte­ka­rzowa, poru­sza­jąc się znowu leni­wie i ospale, pod­nosi rękę do półki.

- Czy tu nie ma w aptece cze­goś takiego... - mru­czy Obtio­sow, rusza­jąc pal­cami - cze­goś takiego... wie pani... ale­go­rycz­nego, jakie­goś płynu ożyw­czego... cho­ciażby wody sel­cer­skiej? Czy macie wodę sel­cer­ską?

- Jest - odpo­wiada apte­ka­rzowa.

- Brawo! Pani jest nie kobietą, lecz nimfą! Niech nam pani spre­pa­ruje ze trzy butelki!

Apte­ka­rzowa prędko zawija sodę i znika w ciem­no­ściach za drzwiami.

- Spe­cjał! - mówi dok­tor, przy­mru­ża­jąc jedno oko. - Takiego ana­nasa i na wyspie Made­rze nie znaj­dziesz. Co? Co pan myśli? Jed­nak... sły­chać chra­pa­nie. To sam pan apte­karz raczy odpo­czy­wać.

Po chwili apte­ka­rzowa wraca i sta­wia na ladzie pięć bute­lek. Dopiero co była w piw­nicy i dla­tego jest zaru­mie­niona i tro­chę pod­nie­cona.

- Tss... - ciszej! - mówi Obtio­sow, kiedy przy otwie­ra­niu butelki spadł jej kor­ko­ciąg. - Niech pani tak nie stuka, bo się mąż obu­dzi.

- A jeśli się obu­dzi, to co?

- Śpi tak słodko... śni mu się pani... Za zdro­wie pani!

- A przy tym - mówi dok­tor, któ­remu odbija się po wodzie sel­cer­skiej - mężo­wie - to taka nudna rzecz, że dobrze by zro­bili, gdyby cią­gle spali. Ech, gdyby tak do tej wody tro­chę winka czer­wo­nego!

- Czego się panu jesz­cze zechciało! - śmieje się apte­ka­rzowa.

- Cudow­nie by było! Szkoda, że w apte­kach nie sprze­dają spi­ry­tu­aliów! Zresztą... prze­cież musi­cie sprze­da­wać wino, jako lekar­stwo. Czy macie vinum gal­li­cum rubrum?

- Mamy.

- Dosko­nale! Niech go nam pani da!

- Jaką ilość?

- Quan­tum satis... Naj­pierw niech nam pani da do wody po uncji, a potem zoba­czymy. Co, Obtio­sow? Z początku z wodą, a potem już per se...

Dok­tor i Obtio­sow sia­dają przy ladzie, zdej­mują czapki i zaczy­nają pić czer­wone wino.

- A wino, trzeba wyznać, arcy­pa­skudne. Vinum mar­nis­si­mum! Zresztą, w obec­no­ści... e-e-e... wydaje się nek­ta­rem... Pani jest cza­ru­jąca! Całuję w myśli rączki pani.

- Dużo bym dał za to, by móc to zro­bić nie tylko w myśli - mówi Obtio­sow. - Słowo honoru! Oddał­bym życie!

- Dajmy temu spo­kój... - mówi apte­ka­rzowa, rumie­niąc się i przy­bie­ra­jąc minę serio.

- Jaka jed­nak z pani kokietka! - śmieje się cicho dok­tor, patrząc na nią spode łba, z szel­mow­skim wyra­zem twa­rzy. - Oczęta wciąż strze­lają! Pif! Paf! Win­szuję: zwy­cię­żyła pani! Jeste­śmy poko­nani!

Apte­ka­rzowa patrzy na ich rumiane twa­rze, słu­cha ich papla­nia i wkrótce sama się oży­wia. Tak jej teraz wesoło! Roz­ma­wia, śmieje się kokie­tuje i nawet po dłu­gich nale­ga­niach wypija ze dwie uncje czer­wo­nego wina.

- Mogliby pano­wie ofi­ce­ro­wie z obozu czę­ściej przy­cho­dzić do mia­sta - mówi. - Tu tak strasz­nie nudno! Umie­ram po pro­stu...

- Rozu­mie się - obu­rza się dok­tor. - Taki spe­cjał... cud natury - i na pust­ko­wiu. Jed­nak już nam czas. Bar­dzo nam było przy­jem­nie poznać panią... bar­dzo! Wiele jeste­śmy winni?

Apte­ka­rzowa pod­nosi wzrok na sufit i długo poru­sza war­gami.

- Dwa­na­ście rubli i czter­dzie­ści osiem kopie­jek - mówi.

Obtio­sow wyj­muje z kie­szeni gruby pugi­la­res, długo grze­bie w paczce pie­nię­dzy i płaci.

- Mąż pani słodko śpi... ma sny... - mru­czy, ści­ska­jąc na poże­gna­nie rękę apte­ka­rzo­wej.

- Nie lubię słu­chać głupstw...

- Czyż to są głup­stwa? Prze­ciw­nie... to wcale nie głup­stwa. Nawet Szek­spir powie­dział: "Szczę­śliwy, kto w mło­do­ści był młody!"

- Niech pan puści rękę!

Naresz­cie pano­wie po dłu­gich roz­mo­wach całują rączkę apte­ka­rzo­wej i z waha­niem, jakby zasta­na­wia­jąc się, czy czego nie zapo­mnieli, wycho­dzą z apteki.

Ona zaś prędko bie­gnie do sypialni i siada przy tym samym oknie. Widzi, że dok­tor i porucz­nik, wyszedł­szy z apteki, odda­lają się powoli o jakie dwa­dzie­ścia kro­ków, potem zatrzy­mują się i zaczy­nają coś mię­dzy sobą szep­tać. O czym?... Serce jej bije, czuje pul­so­wa­nie krwi w skro­niach - lecz sama nie wie dla­czego... Serce bije mocno, jak gdyby ci dwaj, szep­cząc mię­dzy sobą, roz­strzy­gali o jej losie.

Po pię­ciu minu­tach dok­tor żegna się z Obtio­so­wem i idzie dalej, a Obtio­sow wraca. Prze­cho­dzi, koło apteki raz, drugi... To zatrzy­muje się u drzwi, to znowu idzie... Naresz­cie daje się sły­szeć lekki dzwo­nek.

- Co? Kto tam? - sły­szy nagle apte­ka­rzowa głos męża. - Tam dzwo­nią, a ty nie sły­szysz! - mówi surowo apte­karz. - Co za nie­po­rządki!

Wstaje, kła­dzie szla­frok i chwie­jąc się w pół­śnie, kła­piąc pan­to­flami, idzie do apteki.

- Czego... panu? - zapy­tuje Obtio­sowa.

- Pro­szę... pro­szę za pięt­na­ście kopie­jek mię­to­wych pasty­lek...

Sapiąc, zie­wa­jąc, zasy­pia­jąc na sto­jąco i ude­rza­jąc kola­nami o ladę, apte­karz lezie na półkę i bie­rze słoik... Po przej­ściu dwóch minut apte­karzowa widzi, jak Obtio­sow wycho­dzi z apteki i zro­biw­szy kilka kro­ków, rzuca na zaku­rzoną drogę pastylki mię­towe. Spoza węgła idzie ku niemu dok­tor... Spo­ty­kają się i gesty­ku­lu­jąc rękami, zni­kają w poran­nej mgle.

- Jaka jestem nie­szczę­śliwa! - mówi apte­ka­rzowa, patrząc ze zło­ścią na męża, który się roz­biera, by się znowu poło­żyć spać. - O jakam ja nie­szczę­śliwa! - powta­rza, zale­wa­jąc się nagle gorz­kimi łzami - I nikt... nikt o tym nie wie...

- Zapo­mnia­łem pięt­na­ście kopie­jek na ladzie - mru­czy apte­karz, zakry­wa­jąc się koł­drą. - Scho­waj, pro­szę cię. - I zaraz zasy­pia.

Bezbronna istota

Nie bacząc na silny atak poda­gry w nocy i wyni­ka­jące stąd zde­ner­wo­wa­nie, Kistu­now rano udał się do biura i naj­gor­li­wiej zaczął przyj­mo­wać inte­re­san­tów banku. Wyraz twa­rzy miał ponury i zmę­czony, ledwo był zdolny mówić, ledwo oddy­chał - jakby nie­ba­wem miał spo­cząć w gro­bie.

- Czym mogę słu­żyć? - zwró­cił się do kobiety w przed­po­to­po­wej salo­pie, któ­rej forma z tyłu przy­po­mi­nała niby chra­bąsz­cza.

- Pro­szę Waszej Eks­ce­len­cji - zaczęła prędko traj­ko­tać nie­zna­joma - mój mąż, ase­sor kole­gialny Szczu­kin, cho­ro­wał pięć mie­sięcy i gdy, z prze­pro­sze­niem pań­skim, leżał w domu i leczył się, bez żad­nej przy­czyny dano mu dymi­sję, a kiedy przy­szłam po pen­sję, to pro­szę Waszej Eks­ce­len­cji, potrą­cili mu z pen­sji dwa­dzie­ścia cztery ruble trzy­dzie­ści sześć kopie­jek. - "Za co?" - pytam. - "A bo on brał pie­nią­dze z kasy wza­jem­nej pomocy i kole­dzy za niego porę­czyli". - Co takiego?... Czy on miał prawo brać bez mego pozwo­le­nia?... To nie­moż­liwe, pro­szę pana. Cóż to zna­czy?... Jestem biedna kobieta i żyję z loka­to­rów... Jestem słaba, bez­bronna istota... Wszy­scy mnie krzyw­dzą i nikt mi dobrego słowa nie powie.

Petentka zaczęła mru­gać oczyma i szu­kać chustki w salo­pie. Kistu­now wziął od niej poda­nie i uważ­nie je prze­czy­tał.

- Co to jest takiego, pro­szę pani? - wzru­szył ramio­nami - nic nie rozu­miem! Widocz­nie łaskawa pani myl­nie tra­fiła. Prośba pani zupeł­nie nas nie doty­czy. Niech się pani zwróci do insty­tu­cji, w któ­rej mąż jej pra­co­wał.

- Ach, drogi panie, byłam już w pię­ciu miej­scach i ni­gdzie nawet nie chciano przy­jąć poda­nia - odpo­wie­działa Szczu­cina. - Już głowę stra­ci­łam, nie wie­dząc, co czy­nić, ale zięć mój, niech mu Bóg da zdro­wie, pora­dził mi udać się do pana: - "Niech się mamu­sia zwróci do pana Kistu­nowa - to jest czło­wiek wpły­wowy, może dla mamusi wszystko zro­bić". - Niech­że mi Wasza Eks­ce­len­cja pomoże!

- Nic nie możemy dla pani zro­bić. Zechciej pani zro­zu­mieć: mąż pani, o ile miar­kuję, pra­co­wał w wydziale woj­skowo-lekar­skim, a nasza insty­tu­cja jest zupeł­nie pry­watna, han­dlowa, to jest bank. Czy pani tego nie rozu­mie?

Kistu­now jesz­cze raz wzru­szył ramio­nami i zwró­cił się do następ­nego inte­re­santa ze spuch­nię­tym policz­kiem, w woj­sko­wym uni­for­mie.

- Wasza Eks­ce­len­cjo - zaczęła na nowo Szczu­kina żało­snym gło­sem swoje wywody. - Mąż mój był istot­nie chory i mam na to świa­dec­two lekar­skie. Oto jest, niech pan spoj­rzy.

- Dosko­nale, wie­rzę pani - moc­niej roz­draż­niony odparł Kistu­now - ale powta­rzam, to nas nie doty­czy. Dziwna i nawet śmieszna histo­ria! Czy mąż pani nie wie, dokąd się trzeba zwra­cać?

- On, Wasza Eks­ce­len­cjo, nic nie wie i tylko powta­rza cią­gle w kółko: "Nie twoja sprawa, wynoś się!...". - A czy­jaż to sprawa?!... Prze­cież na moim karku sie­dzi! Na moim!

Kistu­now znowu zwró­cił się do Szczu­ki­nej i począł jej tłu­ma­czyć, jaka jest róż­nica mię­dzy wydzia­łem woj­skowo-lekar­skim a pry­wat­nym ban­kiem. Słu­chała uważ­nie, pota­ki­wała głową, w końcu zaś rze­kła:

- Tak, tak, tak... rozu­miem, pro­szę pana. W takim razie niech Eks­ce­len­cja każe mi wydać cho­ciażby pięt­na­ście rubli. Gotowa jestem wziąć nie wszystko od razu...

- Uf... - ode­tchnął ciężko Kistu­now, odrzu­ciw­szy głowę w tył. - Nie można pani wbić w głowę tego, co mówię! Niech­że pani zro­zu­mie naresz­cie, że zwra­cać się do nas z taką prośbą, jest to to samo, co na przy­kład, skła­dać poda­nie o roz­wód w aptece albo w men­nicy. Pani nie dopła­cili, tak, to prawda, ale nas to obcho­dzi?

- Wasza Eks­ce­len­cjo, przez całe życie będę się za pana modliła, zli­tuj się pan nad biedną sie­rotą! - Zaczęła pła­kać Szczu­cina. - Jestem kobieta bez­silna i bez­bronna... Ledwo żyję... Z loka­to­rami po sądach się włócz, za męża się sta­raj i wedle gospo­dar­stwa bie­gaj, a tu jesz­cze do spo­wie­dzi się szy­kuję i zięć bez posady... Tylko się zdaje, że jem i piję, a ledwo na nogach się trzy­mam... Całą noc nie spa­łam...

Kistu­now poczuł, jak mu serce bije. Zro­bił minę męczen­nika, przy­ło­żył rękę do serca i zaczął znowu jesz­cze raz to samo tłu­ma­czyć Szczu­ki­nej, ale głos mu się zerwał...

- Nie, prze­pra­szam, nie mam sił z panią mówić - powie­dział i mach­nął ręką. - Aż mi się w gło­wie kręci. Pani i nam prze­szka­dza, i sama czas traci. Uf, Aleksy Miko­ła­je­wi­czu - zwró­cił się do jed­nego z urzęd­ni­ków - niech pan, z łaski swo­jej, postara się tę sprawę wytłu­ma­czyć pani Szczu­ki­nej.

Kistu­now poza­ła­twiał wszyst­kich inte­re­san­tów, wró­cił do swego gabi­netu, pod­pi­sał z dzie­sięć doku­men­tów, a Aleksy Miko­ła­je­wicz wciąż jesz­cze zajęty był Szczu­kiną. Sie­dząc u sie­bie w gabi­ne­cie, Kistu­now długo sły­szał dwa głosy: mono­tonny, powścią­gliwy bas Alek­sego Miko­ła­je­wicza i płacz­liwy, skwier­czący głos Szczu­ki­nej.

- Jestem kobieta chora - mówiła Szczu­kina - może na pozór jestem krzepka, ale jeżeli się przyj­rzeć, to we mnie ani jed­nej żyłki zdro­wej nie ma. Ledwo na nogach stoję i ape­tyt stra­ci­łam... wpraw­dzie piłam dziś kawę, ale zupeł­nie nie czu­łam jej smaku.

A Aleksy Miko­ła­je­wicz tłu­ma­czył jej róż­nice mię­dzy wydzia­łami i skom­pli­ko­wany sys­tem skła­da­nia podań. Wkrótce jed­nak się zmę­czył i pro­sił o zastęp­stwo buchal­tera.

- Wyjąt­kowo nie­zno­śne bab­sko - obu­rzał się Kistu­now, łamiąc sobie palce i co chwila pod­cho­dząc do karafki z wodą. - Jakaś idiotka, pode­szwa! Mnie pra­wie zamę­czyła i ich zgnębi - wstrętna! Uf! Jak mi serce bije.

W pół godziny potem zadzwo­nił. Przy­szedł Aleksy Miko­ła­je­wicz.

- No, cóż tam z tą babą?

- W żaden spo­sób nie możemy jej się pozbyć! Jeste­śmy już wprost z sił wyczer­pani. My swoje, ona swoje.

- Ja... ja nie mogę znieść jej głosu... Chory jestem... nie wytrzy­mam...

- Zawo­łam szwaj­cara - powie­dział Aleksy Miko­ła­je­wicz - niech ją wyrzuci.

- Ależ nie, nie! - zląkł się Kistu­now. - Zacznie wrzesz­czeć, a w tym domu mieszka wielu loka­to­rów i dia­bli wie­dzą, co o nas pomy­ślą... Posta­raj­cie się, moi dro­dzy, jakoś jej wytłu­ma­czyć, że jej sprawa nas nie doty­czy.

Po chwili znowu zadźwię­czał głos Alek­sego Miko­ła­je­wi­cza. Po kwa­dran­sie zaś jego bas ustą­pił dono­śnemu teno­ro­wemu gło­sowi buchal­tera.

- Wy-jąt-kowo nie­zno­śna baba! - obu­rzał się Kistu­now, ner­wowo wzru­sza­jąc ramio­nami. - Głu­pia jak gęś, pal ją dia­bli! Zdaje się, że znowu wraca moja poda­gra... Znowu migrena...

W sąsied­nim pokoju Aleksy Miko­ła­je­wicz, wresz­cie zupeł­nie wyczer­pany, ude­rzył pal­cem w stół, a potem zaś dotknął się czoła:

- Sło­wem, pani ma na ple­cach nie głowę, a ot co...

- No, pro­szę, pro­szę - obra­ziła się stara - swo­jej żonie stu­kaj!... Ana­nas!... Ręce przy sobie trzy­maj!

Patrząc na nią z nie­na­wi­ścią i wście­kło­ścią, jakby ją chciał połknąć, Aleksy Miko­ła­je­wicz wyrzekł cichym, przy­tłu­mio­nym gło­sem:

- Wynoś się stąd!

- Co-o?! - zawyła nagle Szczu­kina. - Jak pan śmie?! Jestem słaba, bez­bronna kobieta. Jak pójdę do adwo­kata, to po tobie śladu nie zosta­nie. Trzech loka­to­rów wpa­ko­wa­łam do kozy, a za twoje zuchwałe słowa będziesz się jesz­cze u nóg moich tarzał. Ja do waszego gene­rała pójdę. Wasza Eks­ce­len­cjo! Wasza Eks­ce­len­cjo!...

- Wynoś się stąd, cho­lero jedna! - zary­czał Alek­siej Miko­ła­je­wicz.

Kistu­now otwo­rzył drzwi i wyj­rzał do kan­ce­la­rii.

- Co się stało? - spy­tał płacz­li­wym gło­sem.

Szczu­kina, czer­wona jak rak, stała pośrodku pokoju i prze­wra­ca­jąc oczami, ude­rzała pal­cem w powie­trze przed sie­bie. Opo­dal urzęd­nicy banku, rów­nież czer­woni ze zmę­cze­nia, zmor­do­wani, spo­glą­dali na sie­bie wza­jem­nie.

- Wasza Eks­ce­len­cjo - rzu­ciła się ku Kistu­no­wowi Szczu­kina. - Oto ten, ten tutaj! - wska­zała na Alek­sego Miko­ła­je­wi­cza - postu­kał pal­cem po stole, a potem po czole... Pan mu kazał sprawę roz­pa­trzeć, a on się naigrawa! Jestem słaba, bez­bronna kobieta. Mój mąż jest ase­so­rem kole­gial­nym, a ja sama jestem majo­równa!

- Dobrze, pro­szę pani - zaję­czał Kistu­now - ja roz­pa­trzę... posta­ram się... Niech pani przyj­dzie... póź­niej.

- A kiedy dostanę, Wasza Eks­ce­len­cjo? Mnie pie­nią­dze dziś są potrzebne.

Kistu­now drżącą ręką potarł czoło, wes­tchnął i znów jął tłu­ma­czyć rzecz całą od początku.

- Łaskawa pani, ja już powie­dzia­łem. Tu jest bank, insty­tu­cja pry­watna, han­dlowa. Czego pani od nas chce? I niech pani naresz­cie zro­zu­mie, że pani nam prze­szka­dza.

Szczu­kina wysłu­chała i wes­tchnęła.

- Tak, tak - pota­ki­wała. - Ale niech pan będzie łaskaw, całe życie będę się za pana modliła, Wasza Eks­ce­len­cjo, pro­szę być dla mnie wyro­zu­mia­łym jak ojciec rodzony. Jeżeli świa­dec­twa lekar­skie nie wystar­czą, to mogę przed­sta­wić świa­dec­twa z cyr­kułu. Niech pan każe wydać mi pie­nią­dze.

Kistu­no­wowi zamro­czyło się w oczach. Wydął powie­trze, jakie tylko miał w płu­cach, i bez sił upadł na krze­sło.

- Ile pani chce? - zapy­tał sła­bym gło­sem.

- Dwa­dzie­ścia cztery ruble trzy­dzie­ści sześć kopie­jek.

Kistu­now wyjął z kie­szeni pugi­la­res, odli­czył dwa­dzie­ścia pięć rubli i podał Szczu­ki­nej.

- Bierz... i odchodź!...

Szczu­kina zawi­nęła w chustkę pie­nią­dze, scho­wała je i ze słod­kim, deli­kat­nym, nawet zalot­nym uśmie­chem spy­tała:

- Wasza Eks­ce­len­cjo, a czy nie mógłby mój mąż znowu wró­cić na posadę?

- Odjeż­dżam... jestem chory... - powie­dział Kistu­now mdle­ją­cym gło­sem. - Mam straszne bicie serca...

A gdy rze­czy­wi­ście wyszedł do domu, Aleksy Miko­ła­je­wicz posłał woź­nego po kro­ple lau­rowe i wszy­scy urzęd­nicy, zażyw­szy po dwa­dzie­ścia kro­pel, dopiero zasie­dli do dal­szej pracy; Szczu­kina zaś sie­działa jesz­cze około dwóch godzin w przed­po­koju i roz­ma­wiała z odźwier­nym, ocze­ku­jąc powrotu Kistu­nowa.

Przy­szła i następ­nego dnia.