Robert Skolimowski spotkał Teresę Wentę na obozie sportowym w Bydgoszczy. Oboje mówią, że była to miłość od pierwszego wejrzenia
Rozdział 2
MIŚ
Teresa Wenta w czerwcu 1972 roku kończy szkołę podstawową w Pucku. W domu się nie przelewa. Ojciec umiera, gdy Teresa ma pięć lat. Jej matka zostaje sama z trójką dzieci. - Chciałam się usamodzielnić, pomóc mamie - mówi. A fryzjerstwo daje dobry i pewny chleb.
Praktyki zawodowe odbywa w małym zakładzie w Pucku. Mycie głów, przygotowywanie mikstur do trwałej ondulacji, nakładanie wałków, strzyżenie. Robota od rana do wieczora, bo gdy za ostatnią klientką zamkną się drzwi, trzeba jeszcze pozamiatać, wyczyścić sprzęt, wyszorować umywalki, umyć podłogę. Dopiero potem można wyjść.
Klientki krzywo patrzą
Teresa bardzo się stara, ale chęci to za mało. - Moje dłonie były w katastrofalnym stanie, musiałam być uczulona na jakieś składniki chemiczne, bo skóra była cały czas podrażniona, zaczerwieniona. Zdarzały się dni, że nożyczki wypadały mi z obolałych rąk, nie umiałam ich utrzymać - wspomina Teresa. Lekarze przepisują maści, ale ulga jest chwilowa. Nic nie pomaga. Klientki zaczynają krzywo patrzeć. Nie chcą, żeby dotykała je fryzjerka z dłońmi w strupach.
Edmund, starszy brat Teresy, trenuje pchnięcie kulą w klubie Bałtyk Gdynia, też nie może znieść tego widoku. - Tak nie wyglądają dłonie młodej, pięknej kobiety - mówi.
Jest sprawna, wysoka, powinna zrezygnować z fryzjerstwa i zająć się sportem.
Trenerzy Zawiszy Bydgoszcz są zainteresowani, zastanawiają się, jak wykorzystać 183 cm wzrostu Teresy. We wrześniu 1975 roku decydują, że będzie rzucała dyskiem. Ma też iść do Liceum Ogólnokształcącego o profilu sportowym im. Janusza Kusocińskiego w Bydgoszczy. Maści wreszcie zaczynają działać. Kończą się problemy z dłońmi.
Zgrabna dziewczyna o czarnych włosach
Uczniowie liceum sportowego muszą brać udział w zgrupowaniach. W lutym 1976 roku do Bydgoszczy przyjeżdżają sportowcy z Warszawy: ciężarowcy i miotacze. Na sto dwadzieścia osób tylko dziewięć dziewczyn. Oczywiście, że są w centrum zainteresowania.
Gdańsk, 1976 rok. Dwudziestoletni Robert Skolimowski podczas mistrzostw świata juniorów w podnoszeniu ciężarów. Z wynikiem 367,5 kilograma w dwuboju zdobył trzecie miejsce
Robert Skolimowski z Warszawy ma 19 lat, uczeń ostatniej klasy technikum mechanicznego, sztangista w wadze superciężkiej. Otwarty, wesoły, przebojowy. Opowiada, że pięć lat wcześniej zmienił nazwisko. Urzędnicy lata temu popełnili błąd i wpisali ojcu w dokumentach Skólimowski. Robertowi to nie przeszkadzało, ale gdy zaczął brać udział w zawodach, sędziowie i tak wywoływali: Skolimowski. No więc zmienił.
Warszawiak, wychowanek Waldemara Baszanowskiego, dwukrotnego mistrza olimpijskiego w podnoszeniu ciężarów, wielokrotnego mistrza świata i Europy. W Bydgoszczy wszyscy wiedzą, że Robert to mistrz świata i mistrz Europy juniorów.
Robi wrażenie na dziewczynach, ale patrzy tylko na Teresę. Zgrabna dziewczyna o czarnych włosach i rozbrajającym uśmiechu. Robert chce przebywać tylko w jej towarzystwie. Ma wiele okazji, bo wspólne dla wszystkich uczestników zgrupowania są stołówka i kawiarnia, wspólne są też dyskoteki.
Sport to zazdrosna kochanka
Teresa z przyjaciółką Krysią Mrozik mieszkają w internacie, tuż obok hotelu Zawiszy Bydgoszcz, gdzie zakwaterowano zawodników z Warszawy. Hotel z internatem jest połączony korytarzem na poziomie parteru. W jedną i drugą stronę korytarzem przemykają młodzi ludzie. Wychowawczyni w internacie w ciągu dnia stara się przymykać oczy, ale wieczorami nie pozwala na odwiedziny.
Chłopcy z hotelu wiedzą, jak obejść stróżówkę internatu. Wdrapują się na dach korytarza, potem po balkonach wchodzą do pokojów dziewczyn.
Teresa zwierza się przyjaciółce, że ten sztangista Robert bardzo się jej podoba. Taki postawny, umięśniony, z burzą włosów na głowie. I wszyscy go lubią. I szarmancki, bo przepuszcza dziewczyny w drzwiach, ustępuje miejsca w kolejce. Ach...
Krysia obawia się, że Teresa sama nic nie zrobi. Zdradza Robertowi, że jej przyjaciółka dobrze o nim mówi i że jakby się dobrze zakręcił, to miałby u Tereski szansę.
- Ucieszyłem się, bo ta dziewczyna bardzo mi się spodobała - mówi Skolimowski. - Nigdy wcześniej o żadnej nie myślałem tak jak o tej. Byłem skupiony na sporcie, na dziewczyny nie miałem czasu.
Robert pamięta nauki trenerów. Wbijają chłopakom do głów, że sport to bezwzględna i zazdrosna kochanka. Wymaga całkowitego poświęcenia, uwagi i zaangażowania. Każde jej zaniedbanie natychmiast przekłada się na gorsze wyniki. Kto chce osiągać sukcesy, musi zapomnieć o innych przyjemnościach. Robert bardzo chce złamać te zasady dla Tereski.
Krysia spełnia się w roli swatki i aranżuje pierwszą randkę. Proponuje Teresie, by poszły razem na basen. A przed wejściem już czekał Robert. - Kryśka się natychmiast ulotniła i zostawiła mnie z nim - mówi Teresa.
Robert proponuje spacer, następnego dnia zaprasza Teresę na dyskotekę. Po dyskotece pierwszy raz się całują. - To było pod zegarem na Stadionie Zawiszy. - Nawet po latach Robert pamięta doskonale.
Hej dziewczyno, spójrz na misia
Zgrupowanie się kończy, Robert musi wracać do Warszawy. Obiecuje Teresie, że będzie pisał, a nawet ją odwiedzał. Dotrzymuje słowa. Na Dzień Kobiet przysyła swojej dziewczynie wielkiego białego misia z różą w rączce. Krysia, za zasługi swatki, dostaje mniejszą wersję maskotki. Prezent dobrze wymyślony, cała Polska zna tę piosenkę:
Hej dziewczyno, spójrz na misia
On przypomni, przypomni chłopca Ci
Nieszczęśliwego białego misia
Który w oczach ma tylko szare łzy
Biały miś, biały miś dla dziewczyny
Którą kocham i będę kochał wciąż
Teresa też pamięta te słowa.
Zgadza się odwiedzić Roberta w Warszawie. Chłopak pokazuje jej miasto, zaprasza do klubu sportowego. Chce przedstawić Teresę trenerowi Baszanowskiemu. Teresa zna już na pamięć historię o tym, jak trener pokazuje chłopakom technikę poprawnego rwania i podrzutu. Nagle staje na jednej nodze i robi przysiad z ciężką sztangą nad głową. Chłopcy są pod wrażeniem. Baszanowski to dla nich wielki autorytet. Powtarzają za nim: "Im będziesz większym mistrzem, tym bardziej musisz być skromny".
Baszanowski pozwala Teresie zostać na treningu. - Był zainteresowany moimi osiągnięciami. Miły, ciepły człowiek. Interesował się życiem swoich podopiecznych, chciał wiedzieć, z kim się spotykają, co robią po zajęciach. Wierzył, że wszystko miało wpływ na ich wyniki - mówi Teresa.
Wielki chłop, a w środku galareta
Odległość doskwiera młodym, łapią chwile. Na zgrupowanie do Cetniewa Robert zawsze jedzie przez Bydgoszcz albo przez Puck.
Ale Edmund, brat Teresy, chce mieć pewność, że Robert traktuje ją poważnie. Spotykają się na zgrupowaniu kadry w Centralnym Ośrodku Sportowym w Warszawie.
- Podobno jesteś zainteresowany moją siostrą? To fajna dziewczyna jest - mówi Edmund.
Robert: - Potwierdzam, to świetna dziewczyna, ale chyba nie masz nic przeciwko, żebyśmy się spotykali?
- Nie mam, ale pamiętaj, że to moja siostra.
Robert dzisiaj: - Wtedy mu nie odpowiedziałem, ale miałem szczere i czyste intencje.
Na dowód poważnych zamiarów Robert jedzie z pierwszą oficjalną wizytą do Pucka. Zestresowany. - Wielki chłop, a w środku galareta - wspomina.
Matka Teresy nie wita chłopaka z otwartymi ramionami. Sceptyczna. Nie wierzy w związek siedemnastolatki z o dwa lata starszym chłopakiem. Kwiaty przyjmuje, rozmawia uprzejmie, ale nie ukrywa dystansu.
Teresa Wenta i Robert Skolimowski pobrali się 17 września 1977 roku. On miał 21 lat, ona - 19. Po ślubie zamieszkali w Warszawie, z rodzicami Roberta
Robert bardziej się boi dziadka swojej wybranki. Postawny Kaszub, ponad 1,9 metra wzrostu. To on jest głową rodziny. Na przywitanie ściska dłoń, jak w żelaznym imadle. Obserwuje reakcję. Robert odwzajemnia ten mocny uścisk. To wystarcza. Dziadek jest zachwycony młodym sportowcem, imponują mu jego wyniki. Robert musi mu opowiadać o treningach, diecie, zawodach i zdobytych tytułach.
Teresa chce spędzić z Robertem choć chwilę na osobności. Idą porozmawiać do szopy. Widać ją z okna domu. Dziadek zagląda przez okno i głośno komentuje: - Ooo... Młodzi chyba idą na siano!
Robert zapewnia, że byli grzeczni. Musieli po prostu ustalić, co dalej. Ślub będzie na pewno, ale kiedy? Obydwoje są za młodzi, polskie prawo każe czekać chłopakowi, aż skończy 21 lat - potem nie musi już prosić o zgodę rodziców.
Co ze sportową karierą? Może tak: Robert wciąż będzie trenował, a Teresa przeprowadzi się do Warszawy, zajmie się domem i dziećmi, gdy już się pojawią?
Teresa nie protestuje. Nie jest wybitną sportsmenką, a dobrze wie, że dwójka czynnych sportowców nie stworzy rodziny. Jest gotowa zrezygnować z kariery. Chce być z Robertem i mieć z nim dzieci.
Robert kończy 21 lat 14 sierpnia 1977 roku. Już miesiąc później, 17 września, Skolimowscy stają przed ołtarzem w kościele pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła w Pucku.
Po ślubie zajmują pokój Roberta w mieszkaniu jego rodziców.
Piętnaście pieluch tetrowych
To nie najlepszy pomysł. Teściowa lubi Teresę, ale dwie gospodynie w jednej kuchni raczej się nie dogadają. I jeszcze ta niedogodność - Robert może sypiać z młodą, cudowną żoną, ale nie czuje się swobodnie, gdy za ścianą są rodzice. Muszą się jak najszybciej usamodzielnić.
Robert pyta trenera, czy mógłby pomóc zdobyć przydział na mieszkanie, jednak Baszanowski rozkłada ręce. Ale jest inny sposób. Każdy sportowiec w Warszawie wie, że w Legii Warszawa najlepsi zawodnicy dostają mieszkania za wyniki sportowe.
Robert, choć bardzo żałuje, musi się rozstać z trenerem Baszanowskim. Przechodzi do Legii. Na początek dostaje pokój w klubowym hotelu, niedaleko kortów. To tymczasowe rozwiązanie, zaraz kończy się budowa bloków przy ul. Kwiatkowskiego na Gocławiu, a jedno z 40-metrowych mieszkań przeznaczone jest dla Skolimowskich.
Do dwóch pokoików z kuchnią wprowadzają się w listopadzie 1979 roku, na miesiąc przed porodem pierwszego dziecka. - 4 grudnia jechałam na porodówkę, a mąż z kolegami robili w mieszkaniu ostatnie poprawki. Z Robertem juniorem wróciłam już do gotowego, naszego pierwszego wspólnego domu. Czekała już na mnie wyprawka z Legii: piętnaście pieluch tetrowych, śpioszki, smoczki, mleko, butelki. Klub dbał o zawodników i rodziny - wspomina Teresa.
Dziecko silne i zdrowe
Robert nie ma czasu nacieszyć się synkiem. Intensywnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich w Moskwie. Liczy na medal, ale w kategorii superciężkiej, z wynikiem 385 kg (175 kg w rwaniu i 210 kg w podrzucie), zajmuje dopiero siódme miejsce.
Teresa też nie siedzi z założonymi rękami. Opiekę nad synem łączy z nauką w wieczorowym liceum i pracą w Warszawskiej Spółdzielni Ogrodniczej przy ul. Grójeckiej na Ochocie. - Zawsze mogłam liczyć na teściową, która chętnie zostawała z juniorem. Przyjeżdżała też moja mama z Pucka i zostawała u nas na miesiąc, czasami dłużej - mówi Teresa.
Na początku 1982 roku znowu jest w ciąży. - Ucieszyliśmy się bardzo. Myślałam, że znów będzie syn, bo ciążę przechodziłam podobnie: żadnych dolegliwości, miałam ochotę na słodycze i owoce - wspomina. Płci dziecka nie znają, kto wtedy słyszał o USG?
W Polsce trwa stan wojenny, w sklepach puste półki. Cukier, mięso, masło, mydło, benzyna, buty... Wszystko na kartki. Robotnicy dostają przydział na 3,5 kg mięsa i wędlin miesięcznie. Wyjątkiem są górnicy i kobiety w ciąży, którym należy się 5 kg, do tego jeden kurczak miesięcznie. Jest pożytek z męża sportowca. Robert dostaje z klubu kartki na 25 kg mięsa i 15 kg wędlin - tyle, ile miesięcznie dostawały przedszkola i żłobki. Teresa obdziela mięsem rodzinę i znajomych, wymienia na inne produkty. Nie jest tak źle.
Kamila urodziła się 4 listopada 1982 roku. Robert, starszy syn Skolimowskich, nie był zachwycony, że będzie miał siostrę. Był zazdrosny, chciał mieć mamę tylko dla siebie. Ale gdy zobaczył Kamilę, nie pozwalał nikomu obcemu się do niej zbliżać
Lekarz ustala termin porodu na 4 listopada. Robert jedzie z Teresą do szpitala autobusem. Lekarz każe wrócić za dwa tygodnie. Jest przekonany, że wcześniej nie dojdzie do porodu.
Wracają do domu, też autobusem, ale Teresa czuje, że lekarz nie miał racji. - Coś mi się zdaje, że jeszcze tam dzisiaj wrócimy.
- Mała, ty się zdecyduj, bo przecież nie będziemy kursować autobusem tam i z powrotem - prosi Robert.
Od dawna mówią do siebie pieszczotliwie: Mały i Mała. Ona wysoka, on wielki, umięśniony. Lubią, gdy wywołuje to uśmiech na twarzy postronnych osób.
Teresa się nie myli, wysiadają na najbliższym przystanku i łapią autobus jadący w przeciwną stronę. Poród przebiega bez komplikacji. - Ma pani córeczkę - mówi położna Teresie.
- Kamila - myśli Teresa.
Ustalili z Robertem, że jak będzie chłopak, to Kamil, a jak dziewczynka, to Kamila.
Dziecko jest silne i zdrowe. 3840 gramów i 56 centymetrów, 10 punktów w skali Apgar.