Co Pani narozrabiała?
Po podstawówce chciałam się uczyć w liceum. Zdałam, ale się nie dostałam. I poszłam z koleżankami do zawodówki, na przeczekanie. Rok później chciałam spróbować znowu. Nudziła mnie ta szkoła. Rozpraszałam towarzystwo. Przeszkadzałam. Kazali mi przyjść z matką. Ale ona pracowała wtedy w piekarni na trzy zmiany i nie mogła. Więc poszła Kalina. Potem kładła mi do głowy, żebym wytrzymała i nie szalała. Po roku sami przenieśli mnie do liceum. I właśnie tam, w trzeciej klasie, z koleżankami podpaliłyśmy nauczycielce płaszcz.
Dlaczego?!
To był piękny płaszcz z zielonej krempliny, a z nauczycielką miałyśmy na pieńku. Postanowiłyśmy, że zrobimy w nim dziurki papierosami. Ktoś to widział i podkablował. Było nas pięć, ale pani profesor stwierdziła, że ma dar jasnowidzenia po swojej mamie i wie, że to ja zrobiłam. Za płaszcz musiałam zapłacić, a kremplina była pioruńsko droga. Do oddania byłoby pół pensji mojej matki. Nawet jej o tym nie powiedziałam, od razu poszłam do Kaliny i ona zapłaciła. Po tej aferze usunęli mnie ze szkoły i pół semestru siedziałam u Kaliny. Ona i Staś mieli cel, żebym skończyła szkołę i zdała maturę. Kalina zawstydzała mnie przy gościach. Opowiadała im, że wyrzucili mnie ze szkoły, że skończyłam tylko podstawówkę. Kłóciłam się z nią, że trzy klasy liceum to wykształcenie niepełne średnie. Ona odpowiadała, że nie ma czegoś takiego, więc jestem głąb po podstawówce. Jechała po mnie ostro. Taki miała sposób motywowania, przez wywieranie presji.
Przez mojego ówczesnego chłopaka poznałam Józefa Szaniawskiego, który uczył w Centrum Kształcenia Ustawicznego, i tam poszłam. Zrobiłam maturę i pokazałam Kalinie świadectwo. Bez niej i jej złośliwości nie wiem, co by było.
Dygat miał jakąś rolę w tym waszym układzie?
Dbał o to, żebym uprawiała sport. To on zauważył, że jestem sprawna, szybko biegam, że staję na rękach, nie boję się przewrotów, umiem zrobić gwiazdę. Chodziłam już wtedy na gimnastykę artystyczną do Królikarni. Dzięki niemu zaczęłam trenować rzut oszczepem na BKS Skra u Edmunda Jaworskiego, męża Danieli Jaworskiej, olimpijki z Meksyku. Kiedyś powiedziałam Stasiowi, że nie będę już chodzić na treningi, bo mnie nudzą, że trener daje mi kij i każe rzucać do słomianej wycieraczki. Staś podniósł telefon, zadzwonił do oszczepników: wicemistrza olimpijskiego z Melbourne Janusza Sidły i wicemistrza Europy Władysława Nikiciuka, by zapytać, czy tak się trenuje. I oni mu powiedzieli, że w sezonie jesienno-zimowym tak wyglądają treningi. A ja od razu chciałam na stadion. Dygat był szczerze przejęty moimi treningami, bardzo się angażował. I zostałam, bo miałam predyspozycje. Nawet chciał, żeby Nikiciuk został moim trenerem, ale on prowadził tylko drużynę chłopaków. Kalina nie była zainteresowana sportem. Interweniowała, gdy narozrabiałam w szkole.
Powiedziała Pani, że wokół Dygatów kręciło się sporo dzieci. A jednak tylko Pani przy nich została. Dlaczego?
Rozmawiałam o tym z Kaliną. Próbowałyśmy dociec, jak to się stało. Powiedziała: "Gwiazdy. Ty jesteś Wodnik i ja jestem Wodnik". Obie się urodziłyśmy w lutym. Ona piątego, ja czternastego. A jej ojciec, Henryk Jędrusik, czwartego lutego. Więc także Wodnik. Potem powiedziała: "Twój ojciec ma na imię Stasiek i mój mąż ma na imię Stasiek". Tak mi wytłumaczyła to, że zostałam wybrana. Szukała połączeń, znaków. I wierzyła w nie. Wierzyła w jakiś rodzaj przeznaczenia. Chociaż widziała to również bardziej racjonalnie. Mówiła, że Staś nie miał dobrego kontaktu ze swoją córką Magdą i we mnie widział córkę.
Ich córka byłaby mniej więcej w Pani wieku.
Kalina w 1957 roku urodziła córkę. Ja się urodziłam w 1956 roku. Tylko kilka miesięcy różnicy. O jej zmarłej córce rozmawiałyśmy może dwa razy. Nigdy wprost. W 1991 roku Kalina leżała w szpitalu przy Płockiej u profesora Stanisława Mlekodaja i doktora Andrzeja Kazimierczaka, którego nazywała profesorem Nóżką. Pielęgniarkami były tam zakonnice. Kiedyś przyniosłam Kalinie owoce i soki. I Kalina chwaliła mnie do pacjentki z łóżka obok, że córka o nią dba, po pracy biegnie do niej do szpitala. W sali była też pielęgniarka zakonnica. Kiedy wyszła, Kalina szepnęła mi do ucha: "Widziałaś, jaką minę zrobiła, kiedy powiedziałam córka? Oczy wybałuszyła". Nie rozumiałam, o co chodzi. Powiedziała mi, że ta zakonnica była przy porodzie, kiedy straciła dziecko. Kazała mi iść do niej i powiedzieć: "Mama chciałaby herbatki". Tak zrobiłam i wtedy faktycznie zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu. Może rzeczywiście to była ta sama osoba.
Zmarła córka była tematem tabu?
Nie mówiło się o niej. Nikt nie wie, gdzie jest jej grób. Pochował ją Staś i nigdy nie zdradził miejsca. Nie wiemy nawet, jakie Staś nadał jej imię. Kalina powiedziała mi tylko, że poród przyjmował podpity lekarz i uszkodził jej macicę. Doszło do krwotoku, zagrożone było życie Kaliny. Dziewczynka żyła dwa dni. Była wątła, bardzo słaba. I zmarła. Kalinie nie powiedzieli o tym przez tydzień.
A druga ciąża?
Jaka druga ciąża?
Mówi się, że Kalina była w ciąży dwa razy. Pierwszą straciła, a drugą donosiła. Tylko dziecko zmarło.
Była w ciąży raz. Potem już nie mogła. Są też plotki, że pierwsza ciąża była bliźniacza. Nie była.
Gdyby to dziecko nie zmarło, to pewnie Pani nie pojawiłaby się w ich życiu...
Nie wiem. Może bawiłabym się z nią na podwórku i też trafiłabym do ich domu?
Mówią o Pani "przyszywana córka Kaliny Jędrusik". Czuła się Pani jak jej córka?
Tak. Właściwie znałam ją od zawsze. Poniekąd to ona mnie wychowała. Kiedyś jechałyśmy samochodem nad morze i zatrzymałyśmy się coś zjeść. Kalinę wszędzie zaczepiali ludzie, a ona wchodziła w te rozmowy. Obcemu człowiekowi opowiadała, jak to córka dobrze prowadzi. Na pewno byłyśmy sobie bardzo bliskie. Doskonale się znałyśmy. Ona i Staś zawsze przywozili mi prezenty z zagranicznych podróży. Mimo że nie mieli pieniędzy. Do dziś pamiętam pomarańczowego misia z przekrzywioną głową, którego kupili mi w Londynie. Dostałam też dżinsy ze Stanów, buty, jakiś sweterek. Gumy donaldy. Zawsze coś. Dobrze się z nimi czułam.
A co sprawiało, że dobrze się Pani z nimi czuła?
Oni interesowali się mną jako dzieckiem. Zawsze znajdowali dla mnie czas. Zauważali mnie. Nasza relacja mogła przypominać relację ojca, matki i dziecka. Chociaż czasem to ja byłam matką (śmiech). Kalina miała w domu przezwisko Dzieciak.
Dlaczego Dzieciak i kto ją tak ochrzcił?
Mówił tak czasem Staś, a częściej Wojtek Gąssowski. Ja najpierw nazywałam ją ciocią, a potem też Dzieciakiem. Bardzo się złościła, kiedy mówiłam tak przy ludziach. A potem była zbulwersowana, że już nie zwracam się do niej pieszczotliwie. Tłumaczyłam, że przecież zabroniła mi tak do siebie mówić. Tylko że jej chodziło o to, że publicznie mam tego nie robić, a w domu mogę. To była cała Kalina - często zmieniała zdanie, dopasowywała wytłumaczenia do okoliczności, żeby wyszło na jej. Była dzieckiem, którym czasem trzeba się było zaopiekować. Myślę, że wybrała na męża dużo starszego Dygata, ponieważ szukała opiekuna. Pieściła się, miała dziecinne zagrywki, zachowania, żarciki. Często powtarzała, że jest dzieckiem wojny, bo miała osiem lat, kiedy wybuchła wojna. Podkreślała, że jest dzieckiem, zwłaszcza wówczas, kiedy chciała coś usprawiedliwić.
Na przykład co?
Słabość do czekolady. Bo organizm potrzebuje magnezu, tak mówiła. Wiedziała, że jej nie służy, bo miała tendencję do tycia, szło jej w biodra. Także dlatego, że brała leki hormonalne. Więc kiedy nachodziła ją ochota na czekoladę z orzechami, a nachodziła często, mówiła, że dziecku nie można tego odmówić. Zwłaszcza dziecku wojny. Przy czym to "dziecko" bardzo dużo pracowało i utrzymywało dom. Chociaż wielkiego bogactwa nigdy tam nie było. Aż do końca.