Wstęp
Jestem jedną z nielicznych kobiet, które uważają, że prawdziwa twórczość jest domeną tylko mężczyzn. Nie wiem, nie widziałam, nie spotkałam nigdy Mozarta w spódnicy czy Rembrandta w spódnicy. Naprawdę! Kobieta jest muzą, znaczy: była muzą bardzo często i wciąż jest bardzo dzielna we wszystkich zawodach odtwórczych. Może teraz to się zmienia, bo wszystko się szalenie zmieniło, jeżeli chodzi o dostęp kobiety do wielu dziedzin życia, więc może zaczną kobiety być kiedyś wielkimi twórcami, ale nie wydaje mi się. Na czym innym polega kobieca twórczość; na przykład wielką twórczością jest rodzenie.
Wielu ludzi, wielu przyjaciół mówi mi: "Już tyle rzeczy widziałaś i poznałaś tylu wspaniałych ludzi, za granicą i tu, w domu, masz tyle wspomnień dziwnych i śmiesznych, zabawnych i smutnych, wielkich i tragicznych, opowiadasz czasami o tych wydarzeniach, więc opisz je". Ba! Pisanie to jest strasznie ciężka praca. Coś na ten temat wiem, ponieważ mój mąż, pisząc, znosił straszne katorgi. Mówił: "Czy ty zdajesz sobie sprawę, co to znaczy dobrze napisać jedno zdanie? I żeby potem się komponowało z pozostałymi?".
To straszna praca: spisywać to, co ma się gdzieś tam w głowie, i trzeba znaleźć sposób na to, żeby ono znowu zaistniało, ale już na papierze. Hm! Trudno byłoby mi zapisać w taki sposób to, co wiem. Oddać zapach tych wszystkich spraw, ich atmosferę, smak - nie, wolałabym o tym opowiadać, może i nagrywać, ale spisywać byłoby mi bardzo trudno i ciężko, nie wiem, czybym z tym zdążyła.
Wiem, że piszą różne aktorki, różne panie, wielkie damy z towarzystwa, wszyscy piszą książki, pamiętniki. Być może i to także mnie odstrasza [...]. Bo nie chciałabym być w rzędzie wszystkich tych wspaniałych ludzi opisujących wydarzenia ze swego życia. To mi się wydaje takie... na sprzedaż. Bo przecież są rzeczy, o których nie zawsze chce się opowiadać, a cóż dopiero o nich napisać? Jak ktoś kiedyś powiedział: nic tak człowieka nie plami jak atrament.
Więc gdybym na przykład miała pisać, pisałabym szalenie szczerze, lapidarnie, krótko. Tym sposobem obraziłabym może wiele osób, ponieważ różne rzeczy wiem. Nie wydaje mi się, żebym mogła stosować jakąś kosmetykę tych wszystkich wydarzeń, bo wtedy to już nie byłoby to!
KALINA JĘDRUSIK
1990
[1] CZĘSTOCHOWA
To powiatowe miasto w województwie śląskim leży nad Wartą, na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku liczyło niewiele ponad sto tysięcy mieszkańców i wiodło dość senny żywot, zdeterminowany przez pobliski klasztor. Gnaszyn, z którym swoje życie zawodowe związał ojciec Kaliny, nie należał wtedy do Częstochowy - był jeszcze "pobliskim miasteczkiem" (raczej siołem, w opinii częstochowian po prostu wsią) i jeśli czymś się wyróżniał spośród podobnych mu Grabówki, Żabińca, Rząsawy, Brzezin czy Kuźnicy, to chyba tylko eksperymentalną siedmioklasową szkołą podstawową, założoną w 1927 roku przez Henryka Jędrusika.
Kalina Jędrusik: "Tam dzieci same wybierały przedmioty, których chciały się uczyć danego dnia".
Grażyna Kuźnik, dziennikarka (w "Dzienniku Zachodnim"): "W szkole w Gnaszynie dzieci korzystały z najlepszych podręczników i pomocy naukowych. Każdy mógł wyjść z pracowni, kiedy chciał. Odbywały się także lekcje zbiorowe (osobne dla każdego przedmiotu) z tych partii materiału, które wymagały szczegółowych wyjaśnień. To właściwie była nie szkoła, ale uczelnia dla dzieci".
Kalina Jędrusikówna urodziła się w Gnaszynie 5 lutego 1930.
Zofia Pohorecka-Szczepańska, starsza siostra: "Kalina urodziła się w domu. Przyszła położna i przyjęła poród. Ja się bardzo cieszyłam, że nareszcie będę miała kogoś do towarzystwa, że nie będę sama".
Wedle oficjalnej dokumentacji Kalina urodziła się rok później, ale datę taką jak wyżej znalazłem na jej pierwszym świadectwie szkolnym, które wystawiła Siedmioklasowa Publiczna Szkoła Powszechna imienia Gabryela Narutowicza w Gnaszynie (powiat częstochowski): "Jędrusik Kalina wyznania rzymsko-katolickiego, uczennica oddziału pierwszego otrzymuje za rok szkolny 1935/1936 stopnie następujące" - tu ze wszystkich widniejących na świadectwie przedmiotów (od sprawowania do nauki robót kobiecych, bez żadnych wyszczególnień, ale i bez skreśleń) otrzymała ocenę "bardzo dobry" oraz "wynik ogólny: bardzo dobry".
Dużo więcej o siedmioletniej Kalince mówi sprawozdanie opracowane w następnym roku szkolnym przez jej nauczycielkę i opiekunkę klasy drugiej Marię Zuchowicz: "Miękko, elastycznie i dokładnie wykonuje ruchy przepisane [dla ćwiczeń cielesnych]. Jest zdolna do samodzielnej pracy umysłowej. Postrzeganie i wyobrażenia ma dobrze rozwinięte. Posiada bujną fantazję. Chodzi czysto ubrana do szkoły. Dba o swój wygląd zewnętrzny. [W klasie] siedzi niezbyt cicho. Rozmawia. [Podczas przerw] biega, skacze, śpiewa. Przewodzi dziewczynkami. W stosunku do koleżanek "pracuje sama. Czasami pracuje z Edką". W stosunku do nauczyciela "dosyć grzeczna. Czasami uparta, odpowiada niegrzecznie. Nie zawsze wykona polecenia". Rachunek rozumowy: "Dosyć dobrze. Potrafi ułożyć łatwe zadanie i rozwiązać je". Czytanie: "Czyta płynnie, zwraca uwagę na znaki przestankowe". Lepienie: "Dobrze". Wycinanie: "Dobrze. Pomysłowo. Zaznacza się w wycinankach jej osobowość". Rysunek: "I w rysunkach także przejawia się jej osobowość".
Siostra: "Kalina była zaradna i odważna. Nie trzymała się domu tak jak ja, tylko działała na własną rękę. Do historii rodzinnej przeszła opowieść o tym, jak Kalina, która od małego lubiła jeść mięso, załatwiła sobie otwarty rachunek u rzeźnika z naprzeciwka Labochy. Mama i ja nie zwracałyśmy uwagi, kiedy pytana: "Gdzie będziesz?", Kalinka odpowiadała: "U Labochy". Wszystko wydało się, kiedy rzeźnik przyszedł do ojca, by uregulować dług młodszej córeczki...
Kalina lubiła przewodzić dzieciom i wprowadzać w życie coraz to nowe pomysły. Wyobraźni można było jej pozazdrościć. Uwielbiała na przykład nas straszyć. Napuszczała którąś z koleżanek, ta przybiegała z krzykiem do mamy:
- Pani kierownikowa! Kalinę przejechał samochód! Leży na drodze cała we krwi!
Mama wybiegała przerażona przed dom, a tu nikogo...".
Maria Zuchowicz, nauczycielka, w swoim sprawozdaniu: "[Kalina] pracuje dobrze. Potrafi rozłożyć sobie pracę. Czasami nie chce jej się wykończyć rozpoczętej pracy. Osobowość jej dosyć wyraźnie zarysowana w każdej pracy. Często wychodzi bez potrzeby z klasy. Brudzi umyślnie ręce atramentem. Wyraża się pełnymi zdaniami. Bierze czynny udział w pogadankach. Potrafi mówić na każdy podany temat. Mówi poprawnym językiem, z pewnym onieśmieleniem. Pisze niezbyt ładnie". Najważniejsze: "Wiek życia [7 lat 3 miesiące] mniejszy od wieku inteligencji [8 lat 8 miesięcy]. Jest dzieckiem o istotnie wyższej inteligencji".
Wyższej - znaczy: studwudziestodwuprocentowej.
Na ostatnim zachowanym przedwojennym świadectwie szkoły powszechnej (za pierwsze półrocze roku szkolnego 1938/1939) ocenę "bardzo dobry" Kalina Jędrusik otrzymała jedynie ze sprawowania, śpiewu i ćwiczeń cielesnych (gimnastycznych); "dobrą" - z języka polskiego, geografii, nauki o przyrodzie i zajęć praktycznych, ale już z arytmetyki z geometrią i rysunków była ledwie "dostateczna".
To również ostatni dokument, na którym jako data urodzenia wciąż widnieje 5 lutego 1930. Bo przez dalsze życie Kalina uparcie tę datę fałszowała, odmładzając się nawet o cztery lata.
Wika Filipowa, dziennikarka (w dwutygodniku "Na Żywo"): "O swoim dzieciństwie Kalina mówiła niewiele. Urodziła się pod znakiem Wodnika. Lubiła swego patrona, mówiła, że zachęca ją do marzeń. Rok urodzenia jednak chętnie zatajała, podając coraz to... młodszy".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Kalina od razu wniosła do naszej rodziny wiele radości i niespodzianek. Była maleńka i drobna, zupełnie jak miniaturowa laleczka. A ruchliwa tak bardzo, że nikt nie mógł za nią nadążyć. Kiedy miała dwa-trzy lata, często gdzieś niepostrzeżenie znikała. W domu rozpacz, mama zdenerwowana szuka jej wszędzie, ja biegnę do dzieci i pytam, czy nie widziały Kaliny. Jeden z chłopców prowadzi mnie daleko w pole i okazuje się, że Kalina zmęczona wędrówką śpi sobie w najlepsze w zbożu.
Ciągle gdzieś podróżowała, była ciekawa całego świata. Kiedyś dotarła nawet do sąsiedniej wsi. Dopiero jakaś kobieta po kilku godzinach przyniosła ją na rękach do domu".
Paweł Pohorecki, starszy siostrzeniec: "Drugie dziecko w rodzinie jest kontrastem pierwszego; psychologia i pedagogika o tym mówią. To dziecko ma bardzo silnie rozwiniętą świadomość, że musi walczyć o swoje. Moja mama i Kalina wtedy to były dwa światy: pierwsza już chodzi do gimnazjum, druga to jeszcze maluch. Czyli nie ma między nimi związku siostrzanego, jest relacja: opiekunka i beniaminek. A beniaminek robi, co chce, bo dobrze wie, że na dużo więcej mu się pozwala. Kalina, dziecko bardzo inteligentne, szybko się w tym układzie połapała, doskonale wiedziała, jak ma się w nim poruszać, żeby skoncentrować na sobie uwagę dorosłych. Tam wtedy było tak: jedna córka porządna i poukładana, jak zwykle starsze dziecko, druga wszystko obchodzi naokoło, boczkiem.
Trzeba przy tym pamiętać, że w latach trzydziestych dziadek, czyli ojciec Zosi i Kaliny, prowadził bardzo ożywioną działalność zawodową i polityczną, miał na głowie szkołę, którą stworzył, więc kiedy wracał do domu z dalekich wypraw do Kielc (Częstochowa należała wtedy do województwa kieleckiego, Kielce były centralą, jedno miasto od drugiego dzieliły długie godziny jazdy), to które z dzieci sprawiało mu najwięcej radości? Oczywiście najmłodsze".
Rafał Szczepański, młodszy siostrzeniec: "Dziadek do mojej mamy zawsze mówił: "Zosieńko". Był dumny z jej zdolności intelektualnych, opowiadał nam, że była wzorową uczennicą, na świadectwach miała same piątki, także na studiach szło jej doskonale".
Paweł Pohorecki: "Nie twierdzę, że dziadek nie kochał mojej matki, choć ona uważała, że jest przez swego ojca mniej faworyzowana. Po prostu starsze dziecko widzi, co dla niego jest tabu, czego mu nie wolno, kiedy mówią mu: "Nie rusz". To na pewno rodziło w niej pewne frustracje".
Zapytana przeze mnie o szczegóły swego dzieciństwa (rozmawialiśmy w 1983), Kalina była bardzo oszczędna nie tylko w słowach: jej twarz nie zdradzała żadnych uczuć - może poza żalem, że tamte lata już nie wrócą.
"Tata mnie bardzo kochał" - po chwili poprawiła się: "Kochał nas wszystkich, ale był bardzo surowy, bo wiedział, co to znaczy dobre, porządne wychowanie. Był kierownikiem szkoły, którą założył i wciąż rozwijał, nie chciał więc, żeby ktoś nas, broń Boże, z tego powodu wyróżnił. Przed wojną był senatorem, więc takie zasady obowiązywały go, widać, zawsze. Mama? Mama była bardzo kochana...".
We wrześniu 1939 Kalina miała już ponad dziewięć lat. I cztery klasy szkoły podstawowej. Naukę w niej kontynuowała w czasie wojny, która na przedmieścia Częstochowy dotarła bardzo szybko: już 4 września, w pamiętny "krwawy poniedziałek", Niemcy zamordowali w Częstochowie 3380 osób.
[2] BARTKOWICE
Ktokolwiek z rodziny Jędrusików zacznie pisać jej historię, o Bartkowicach napisze na pewno ciepło, ze wzruszeniem i tęsknotą. Ten majątek położony 22-23 kilometry na północny wschód od Częstochowy (mniej więcej między Kłomnicami a Pacierzowem) był bez wątpienia miejscem, do którego zawsze chciało się wracać, magnesem najlepszych wspomnień, przystanią dla całej rodziny, przytuliskiem dla rozlicznych znajomych, w najgorszych czasach przechowalnią wielu istot ludzkich.
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Wojna zastała nas w Bartkowicach. W domu letniskowym, który ojciec wybudował przed wojną".
Rafał Szczepański: "Ten dom dziadek Henryk przeniósł z Blachowni i odbudował go na wzór piętrowego dworu, który zawsze mu się marzył. Wokół był sad brzoskwiniowy, do którego sprowadzał szczepionki drzewek; na pewno i na tym znał się doskonale, bo sad produkował takie ilości owoców, że wożono je furmankami do Częstochowy, zaopatrując w brzoskwinie tamtejsze cukiernie.
Sam dom był zawsze otwarty dla wszystkich ludzi. Nawet miejscowy ksiądz proboszcz był tam stałą personą w każdy dzień świąteczny. Mówię: nawet - bo środowiska endeckie, zwłaszcza kiedy dziadek został senatorem, nie mogły mu darować jego otwartości na świat, uważały go za zatwardziałego bezbożnika. I na wieść, że drzwi Bartkowic są otwarte dla wszystkich, szydziły z dziadka: "Ubrał się diabeł w ornat, ogonem na mszę dzwoni". A to był przecież dom wielkiego autorytetu, wspaniałego nauczyciela, mądrego człowieka. Więc ludzi w nim zawsze było mnóstwo, a i domowników sporo: babcia, siostra babci, czyli ciocia Mania, mama i Kalina, oczywiście służba. Dziadek przyjeżdżał tam, kiedy tylko znalazł wolną chwilę".
Kalina Jędrusik: "Pamiętam, że ten dom był taki rozśpiewany! Był ogromny i jak przez mgłę pamiętam równie ogromny fortepian. Chyba jeszcze z czasów Szopena, bo się wszyscy śmiali, że miał taki dziwny dźwięk; dźwięk miał inny, bo rama była drewniana. Piękny był jako mebel. Szkoda, że potem musieliśmy go sprzedać, bo nie dało się go nigdzie transportować; był dużo, dużo dłuższy niż te krótkie, krzyżowe. Ale właśnie na tym fortepianie się wygrywało wszystkie wspaniałe patriotyczne pieśni; chórem śpiewały je dziewczęta, chłopcy, tata, mama. Ja do dziś wszystko umiem, wszystko pamiętam, wszystkie tamte pieśni patriotyczne.
Tamten wielki dom na wsi tyle miał pokoi - na górze, na dole. Pełno było kwiatów naokoło, drzew rozmaitych - pamiętam drzewa migdałowe, były też rabaty z kwiatami, strumyczek, w którym chłopcy łowili raki. Pamiętam sadzawkę: zimą dzieci na łyżwach na niej jeździły.
Ja to sobie przypominam jak jakiś dziwny film, w którym to wszystko było. Mój Boże...".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "W czasie okupacji tamten dom stał się schronieniem nie tylko naszym, ale też osób poszukiwanych przez gestapo. Ojciec, wykorzystując liczne znajomości, załatwiał im dokumenty i szukał bezpieczniejszej kryjówki. Kilkakrotnie sama przeprowadzałam w nocy zagrożone osoby do sąsiedniej wsi, co dzisiaj wydaje mi się wręcz niewiarygodne. A jednak nie bałam się. Ojciec umiał nas odpowiednio nastawić i przygotować do sytuacji ekstremalnych. Sam służył najlepszym przykładem. Bez chwili wahania przyjmował każdego, bo najważniejsze było pomóc ukrywającemu się człowiekowi. Nikt z nas nie zastanawiał się nad konsekwencjami, choć dobrze wiedzieliśmy, że narażamy się na śmierć. U nas było przecież siedemnaście rewizji, które w każdej chwili mogły zakończyć się tragicznie. Pamiętam potworny, paraliżujący strach, kiedy nagle, najczęściej w nocy, zjawiali się Niemcy, walili w okiennice, kopali w drzwi, wdzierali się do środka z potwornym wrzaskiem. Wyciągali nas z łóżek, ustawiali pod ścianą, rewidowali. Tego wrażenia, patrzenia w wymierzoną lufę karabinu, nie da się zapomnieć".
Rafał Szczepański: "Epizody wojenne dziadek wspominał, kiedy między nim a mną była już, no... jakby zażyłość, stosunki niemal przyjacielskie, czyli kiedy ja zacząłem uczęszczać do podstawowej szkoły muzycznej, a jemu, widać, potrzebny był wnuczek, któremu - jak to nauczyciel - mógłby porządnie opowiedzieć historię Polski, jakiej w szkole zbyt dokładnie wtedy nie uczono. To wtedy dowiedziałem się o partyzantach, którzy odwiedzali dziadka w Bartkowicach. Podobno ci z oddziału Jędrusie [od wiosny 1941 do końca wojny walczącego na Podkarpaciu - przyp. D.M.] wzięli swoją nazwę od nazwiska dziadka Henryka: przychodzili do niego po zaopatrzenie, wielu z nich to byli jego dawni uczniowie. Dziadek ukrywał mnóstwo znajomych, wielu znajomych Żydów z Częstochowy znalazło u niego schronienie: korzystali z gościnności domu, ogrodu, pola, bo jakoś udawało się mojej rodzinie utrzymać bydło i trzodę. Gestapo o tym wiedziało, bo jeszcze w trzydziestym dziewiątym poszukiwało dziadka; do ich siedziby w majątku Kruszyna, niedaleko Częstochowy, udała się babcia i dziadka jakimś sposobem wtedy ochroniła".
Paweł Pohorecki: "Dziadek przeżył wojnę tylko dlatego, że razem z rodziną zaszył się w Bartkowicach, stał się niewidoczny. Oczywiście, że się ukrywał - przed wojną był przecież senatorem; takich ludzi wyłapywano, groziła im eksterminacja. Bartkowice wtedy to było zupełne odludzie, ale i tam natrafiono na jego ślad i przysłano wezwanie na gestapo. Zamiast niego poszła babcia, osoba dość prosta. Klasyczny model: kobieta w domu. Czyli: nie moje sprawy, to mąż się polityką zajmuje, ja siedzę w domu i gotuję. Żandarm czy esesman okazał się ludzkim człowiekiem i nie wytrzymał:
- Kobieto! Skoro twój mąż nie przyszedł, to ty zjeżdżaj do domu. I więcej się nie pokazuj.
Cóż, nawet wśród Niemców trafiali się tacy, którzy swoje obowiązki urzędowe wykonywali niedokładnie - może nie wierzyli w potęgę Hitlera? Albo po prostu mieli relatywny stosunek do obowiązków?! Stan wojenny w Polsce miewał czasami również taki przebieg".
Rafał Szczepański: "W domu w Bartkowicach stał piękny biały fortepian, nad którym wisiał portret Beethovena. Niemcom, kiedy przyszli po dziadka, bardzo się to spodobało, bo mieli na co popatrzyć, mieli też na czym pograć. Bolszewickim maruderom również było miło w Bartkowicach, bo kiedy po splądrowaniu domu trafili na piękne chińskie serwety, które dziadek od dawna kolekcjonował, to zrobili z nich onuce. Ich dowódca znalazł w kuchni naczynie z ługiem, myślał, że to spirytus, więc trochę wypił. Wściekły, ustawił całą rodzinę pod ścianą i wszystkich chciał rozstrzelać, a dom spalić. Dziadkowi udało się uciec; opowiadał, że Kalina chciała jechać za nim na swoim małym rowerku".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Raz Kalina nie wytrzymała napięcia. Rzuciła się do okna i wyskoczyła w maliniak. Mama krzyknęła rozpaczliwie, że to jej dziecko, i w ostatniej chwili powstrzymała Niemca, który już mierzył, żeby strzelić Kalinie w plecy. Te lata bardzo wpłynęły na naszą psychikę. Żyłyśmy na co dzień nie zabawą i beztroską, lecz najpoważniejszymi problemami świata dorosłych, z pogranicza życia i śmierci. Gdy wojna się skończyła, byłyśmy o wiele dojrzalsze, niż można było przypuszczać".
Kiedy ponownie ją zapytałem o "tamte lata", Kalina Jędrusik była bardzo powściągliwa: "Przecież pan wie, jak to jest na wojnie - ci, co napadli, chcą zwyciężyć, pokazać swoją władzę; ci, których napadnięto, za wszelką cenę chcą przeżyć. Bałam się! Baliśmy się wszyscy, cała rodzina. Ale to "za wszelką cenę" wcale nie znaczy, że się zeświniliśmy - nigdy w życiu!".
Co się stało z Bartkowicami?
Maciej Jędrusik, przyrodni brat Kaliny: "Nie mam pojęcia. Słyszałem nazwę, odmieniana była przez przypadki, ale bez żadnego zabarwienia emocjonalnego. Nigdy tam nie byłem, nic na ten temat nie wiem. Bartkowice to część życiorysu taty z poprzedniego małżeństwa, więc nie bardzo mnie one interesowały. Już raczej Kłomnice, bo moja mama stamtąd pochodziła i tam jeździłem na groby dziadków".
Siostra Kaliny: "Po wojnie Bartkowice trzeba było sprzedać. Pieniądze bardzo się przydały na załatwienie przydziałów do spółdzielni mieszkaniowej w Warszawie".
[3] LICEUM
Szkołę Podstawową nr 11 imienia Marii Dąbrowskiej przy Festynowej 24 w Częstochowie Kalina Jędrusik ukończyła w 1945. W tym samym roku kontynuowała naukę w I Liceum Ogólnokształcącym imienia Juliusza Słowackiego przy Kościuszki 8, też w Częstochowie.
To bardzo ciekawa szkoła, z wielkimi tradycjami. Założona w 1878 jako Zakład Naukowy dla Dziewcząt (wtedy miała adres: Teatralna 9), pensja Kazimiery Garbalskiej została - za zgodą zaborców rosyjskich - przekształcona trzydzieści lat później w Gimnazjum Żeńskie, które w 1920 upaństwowiono, nadając mu imię wieszcza. "Po wkroczeniu Niemców we wrześniu 1939 budynek szkoły zostaje zajęty na potrzeby okupanta. Nadal jednak nauczyciele szkoły prowadzą zajęcia na tajnych kompletach. W dzisiejszym internacie, w mieszkaniu [dyrektorki] Zofii Idzikowskiej, odbywają się nawet egzaminy maturalne. Okupacyjną maturę zdało ponad 120 uczniów" - przypomniał Jarosław Sobkowski w "Gazecie Wyborczej - Częstochowa". Iwona Kociołek, polonistka liceum: ""Słowacki" był pierwszą szkołą, która miesiąc po wyzwoleniu, już w lutym 1945, rozpoczęła naukę. Z zamurowanych piwnic wydobyto ukryte przed okupantem księgozbiór i pomoce naukowe".
Gustaw Gracki, starszy o trzy lata od Kaliny, już powojenny jej kolega szkolny: "Zetknąłem się z Kaliną w liceum dla dorosłych i pracujących w Częstochowie, przy Kościuszki 8. Z liceum imienia Słowackiego, które było obok, Kalina została wyrzucona za to, że chodziła bez stanika. Bo pani dyrektor Żakowa zawsze sprawdzała dziewczynom majtki i staniki: czy majtki ciepłe i czy w ogóle noszą staniki (bo powinny). A Kalina chodziła bez, bo miała piękne piersi i stanika nie potrzebowała. I przeszła do nas, do liceum dla dorosłych, i chodziła do klasy równoległej: ja do humanistycznej, ona do przyrodniczej. Myśmy tam wtedy, w latach 1947-1948, robili w jednym roku szkolnym dwie klasy.
Bardzo przyjaźniła się z moją przyszłą żoną, były z nich nierozłączki. Więc się zdziwiłem, że Kalina przed maturą nagle zniknęła: co się stało? I dowiedziałem się, że ona zdawała maturę w liceum imienia Sienkiewicza. Eksternistycznie. Czyli zaliczyła aż trzy szkoły średnie".
Tę właśnie szkołę Kalina Jędrusik ukończyła w 1948.
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Dlaczego przenosiła się tak często ze szkoły do szkoły, skoro była uczennicą dobrą i zdolną? Była indywidualistką".
"W szkole miała opinię bardzo niesfornej. Nie poddawała się rygorom. Ale była bardzo dobrą uczennicą. Pamiętam jej zaangażowanie w teatrzyku szkolnym. Zawsze była bardzo wylewna, ciepła i opiekuńcza" - to również opinia siostry.
Paweł Pohorecki: "Ciotka w latach szkolnych wolała cieńsze pończochy i nie znosiła barchanowej bielizny".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Czy miała kłopoty z powodu tej bielizny? Chyba rzeczywiście tak było. Kalina chodziła do żeńskiego gimnazjum, w którym ja uczyłam się jeszcze przed wojną. To była szkoła tradycyjna, z dużymi wymaganiami. Kalina nie miała kłopotów z nauką, choć w przeciwieństwie do mnie o wiele bardziej lubiła przedmioty humanistyczne. Miała polot, fantazję i była, jak to się mówi - wygadana. Nawet dyrektorka gimnazjum pytała mnie:
- Jak to jest, Zosiu, że ty jesteś spokojna, podporządkowujesz się bez słowa, a Kalina zawsze chce postawić na swoim?
Ona po prostu taka była od dziecka, wszystko chciała robić po swojemu. Do tego dochodziła niespożyta energia, nic więc dziwnego, że wszędzie zaznaczała swoją osobowość. Ale to nie znaczy, że buntowała się czy sprawiała jakieś kłopoty wychowawcze. Jak wszystkie uczennice, dostosowywała się do szkolnych rygorów. Czy podobała się chłopcom? Owszem, ale wtedy poza wspólnymi zabawami czy wycieczkami nie wypadało się spotykać tylko we dwoje. Ale jeden z nich, Czarek miał na imię, odważył się kiedyś na coś więcej. Któregoś dnia przyszedł do nas z walizką. Pech chciał, że trafił po drodze na Polcię, najbardziej chyba rygorystyczną nauczycielkę, która zaczęła go przepytywać z celu wizyty. Nie stracił jednak rezonu. Wręczył Polci walizkę, mówiąc, że jest to przesyłka od jego cioci dla Kaliny. Wezwana Kalina musiała ją otworzyć przy wszystkich. I wtedy z walizki wysypały się różne przepiękne białe kwiaty... Nic więc dziwnego, że potem chodziła dumna - takiej adoracji mogła jej pozazdrościć każda dziewczyna".
Czy już wtedy myślała, że zostanie aktorką? To pytanie postawił Kalinie chyba każdy indagujący ją o jej życiorys dziennikarz. Odpowiadała:
"To jest zanotowane chyba gdzieś tam w górze, to, kim człowiek zostaje i jakie ma upodobania. Mogę powiedzieć tylko tyle, że wszystko, co było związane ze sztuką, z różnymi jej przejawami, wszystko mnie od bardzo wczesnych lat niesłychanie interesowało, właściwie żyłam tym. Chodziłam na różne spektakle, na różne filmy do kina po wiele, wiele razy, więc to moje zainteresowanie sceną układało się we mnie od bardzo wczesnych lat, już od dziecka. Podobno rodzice mówili, że nie zaczęłam jeszcze chodzić normalnie, jak inne dzieci, tylko wstałam, zakręciłam się w kółko i zaczęłam tańczyć. Ojciec się ucieszył:
- Och, ona chyba będzie tancerką".
Ja usłyszałem: "Jeśli się do kina chodziło tak często jak ja, to oczywiste, że się marzyło o scenie, o aktorstwie, o wielkich rolach, o oklaskach, hołdach publiczności, zachwytach krytyków i takich różnych... Niech pan do tego doda atmosferę tamtych czasów: nieprawdopodobne lata czterdzieste, nastrój nie tak daleki od klimatu przedwojennego, kiedy ludzie kupowali płyty, chodzili do teatrzyków i kabaretów, bawili się, śpiewali, tańczyli. To wszystko, o czym chyba w każdej polskiej rodzinie mówiło się jako o "cudownej, niezapomnianej tradycji", wtedy było na wyciągnięcie ręki. Także w Częstochowie, gdzie może owych teatrzyków czy kabaretów nie było - one doskonale egzystowały w Katowicach czy w Krakowie, ale kino do nas docierało. Z filmami amerykańskimi i francuskimi, z niezapomnianą Gildą [rzeczywiście, ten film legenda został pokazany w Polsce dwa lata po premierze, w 1948 - przyp. D.M.]. Co więc częstochowskie nastolatki mogły wtedy robić popołudniami, zwłaszcza w soboty i niedziele? Masowo chodziły do kina. I przeżywały!".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Czy Kalina już wtedy myślała, że zostanie aktorką? Tak, choć ten zamiar dojrzewał w niej dość długo. [Rzeczywiście] dość duży wpływ miał na nią film. Niemal każdą wolną chwilę spędzała w kinie. Lubiła nie tylko przeżywać losy bohaterów, ale też gdzieś po kryjomu odtwarzała po swojemu ich zachowanie. Z wielką ochotą brała udział w szkolnych przedstawieniach i akademiach, szukając potwierdzenia swoich umiejętności w oczach innych. A ponieważ zawsze spotykały ją pochwały, naturalne było, że aktorstwo korciło ją i intrygowało coraz bardziej. Rodzice nie chcieli burzyć jej marzeń o przyszłości. Ojciec starał się jednak sprowadzić Kalinę trochę na ziemię. Mówił, że wybiera zawód szczególnie trudny, wymagający ogromnej psychicznej odporności ze względu na konkurencję, układy, opinię publiczną. Kalina postanowiła jednak spróbować, ale pod wpływem rozmów z ojcem przygotowała się także do egzaminów na historię sztuki. Zdała na dwie uczelnie [Uniwersytet Jagielloński i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie - przyp. D.M.], ale w rezultacie wybrała studia, które pozwalały jej - tak jak w dzieciństwie - zwiedzać świat. Tyle że był to świat zrodzony z wyobraźni, trudniejszy, wymagający podróżowania w głąb samej siebie".
W 1948 Kalina Jędrusik przeniosła się do Krakowa. Życie, które tam rozpoczęła, na pewno chciała uznać za nowe - tak bowiem można było przypuszczać, kiedy się słuchało skąpych wspomnień ówczesnych (i późniejszych) jej znajomych. "Nigdy nie wdawała się w szczegóły, wspominając o rodzinie. Nie lubiła opowiadać o miejscu swego urodzenia i dzieciństwie. Nikt z przyjaciół nie usłyszał od niej nawet słowa o Gnaszynie" - ustaliła dziennikarka Grażyna Kuźnik.
Rafał Szczepański: "To zrozumiałe: Kraków - wielki świat, Gnaszyn - maleńka mieścina koło Częstochowy, Częstochowa - kołtuńskie, endeckie miasto, gdzie każdemu przypną łatkę. Kalina się tego obawiała".
"Gdyby nie Kraków, to co?" - zapytałem Kalinę. "To co? Jakieś inne duże miasto z dobrą szkołą aktorską. A więc na pewno Warszawa. Ale Kraków był bliżej, Kraków już zdążyłam poznać, Kraków mnie fascynował: tam studiowała moja siostra, tam byli ciekawi ludzie. Bo że Kraków, a nie Częstochowa - to chyba oczywiste, prawda?"
Prawda. Ale... Jak bardzo na tym wyborze zaważyło zdanie ojca Kaliny, Henryka Jędrusika?
[4] OJCIEC
Henryk Jędrusik, syn Andrzeja i Józefy z Wojciechowskich, urodził się 14 lutego 1895 w Maczkach-Granicy (w dokumentach pisano czasami: Granica-Maczki) koło Będzina w Zagłębiu Dąbrowskim.
Z ocalałego napisanego własnoręcznie życiorysu Henryka dowiadujemy się, że jego dziadek "był małorolnym chłopem", ojciec "umarł jako robotnik kolejowy", a "matka była córką górnika. Urodziłem się jako trzeci syn, których było ogółem pięciu. Miało to znaczenie o tyle, że mogło charakteryzować dolę dzieci w licznej rodzinie robotniczej".
Maciej Jędrusik, syn: "Ten życiorys tata napisał w marcu 1952, kiedy zaczął miewać kłopoty natury, rzekłbym, ideologicznej. Twardy charakter, twardy i hardy, ze swoimi poglądami - na przykład na kierunek nauki w Polsce i w ogóle na otaczającą go rzeczywistość - do życia, a tym bardziej do pracy nauczycielskiej w tamtych czasach zupełnie się nie nadawał. Zwłaszcza on - przedwojenny (czyli sanacyjny) senator!
To znaczy nadawał się - właśnie on do pracy nauczycielskiej nadawał się jak mało kto. Tyle że nie w oczach ówczesnej władzy".
Paweł Pohorecki, starszy wnuk: "To nie tak. Dziadek przez parę lat po wojnie miał zakaz pracy w szkolnictwie, a spotkało to wielu nauczycieli przedwojennych; ówczesnym władzom byli niepotrzebni, przeszkadzali im, ze swoją wiedzą byli właściwie wrogami ustrojowymi. Po pięćdziesiątym szóstym to się zmieniło".
Rafał Szczepański, młodszy wnuk: "Dziadek był urodzonym nauczycielem, mądrym i uczciwym. Los mu to wynagrodził, kiedy jeden z uczniów kursów wieczorowych, które prowadził w Łodzi, ostrzegł go, żeby dziadek wyjechał na jakiś czas z miasta, bo ma być aresztowany".
Z biuletynu Senatu Rzeczypospolitej Polskiej można się dowiedzieć, że Henryk Jędrusik "od najmłodszych lat wychowywał się w środowisku i atmosferze owianej głębokim duchem patriotyzmu. Po trzyletnim pobycie w prywatnej szkole początkowej w Granicy wstąpił [27 września 1906] do średniej szkoły ogólnokształcącej, utrzymywanej przez dyrekcję byłej Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej (szkoły tak zwanej technicznej) w Warszawie, a po jej ukończeniu - do polskiego gimnazjum realnego Witolda Wróblewskiego, dawniej Pankiewicza, również w Warszawie, które ukończył w 1913 roku".
W cytowanym życiorysie nauka Henryka wygląda nieco inaczej: "W wieku lat sześciu oddany zostałem do dwuklasowej prywatnej szkoły powszechnej, z której przeszedłem do klasy trzeciej ogólnokształcącej. Ukończyłem ją w 1911 roku, a następnie w roku 1913 otrzymałem świadectwo dojrzałości szkoły realnej w Warszawie. Była to prywatna szkoła z polskim językiem nauczania. Dawała ona prawo studiowania, ale poza granicami byłej Kongresówki. Zapisałem się więc w 1913 roku na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego".
To była w jego życiu pierwsza próba studiów wyższych: chyba dwa semestry uniwersytetu. Chyba, bowiem nie zachowały się dokumenty potwierdzające ukończenie przez Henryka Jędrusika pierwszego roku "Jagiellonki", a poza tym - wiadomo: 28 czerwca 1914 w Sarajewie zamordowano austro-węgierskiego następcę tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, 1 sierpnia Niemcy ogłosiły stan wojny z Rosją, później z Francją, potem Wielka Brytania i Francja ogłosiły stan wojny z Austro-Węgrami i... wybuchła I wojna światowa.
Biuletyn senacki: "Już w czasie bytności w szkołach średnich [Henryk Jędrusik] bierze udział w pracy nielegalnych kółek naukowych i samopomocowych, współpracując w wydawaniu nielegalnego pisma uczniowskiego oraz uczestnicząc w działalności Bratniej Pomocy uczniów polskich szkół warszawskich. W sierpniu 1914 zgłasza się do placówki werbunkowej Legionów, jednak ciężka i długotrwała choroba uniemożliwia mu wypełnienie powziętych zamiarów. W międzyczasie pracuje w szpitalu kopalnianym w Zagłębiu Dąbrowskim, organizując jednocześnie szereg kursów i placówek oświatowych. Nawrót choroby w roku 1916 zmusza go do przeniesienia się na teren powiatu miechowskiego, gdzie pracuje najpierw w prywatnej firmie K. Buszczyńskiego do roku 1918, to jest do czasu zorganizowania przez niego kilkunastu stowarzyszeń spółdzielczych z centralą w Miechowie, której wybrany zostaje dyrektorem".
Henryk Jędrusik: "Studia kontynuowałem dopiero w 1921 roku, gdy z powodów ekonomicznych i życiowych zostałem słuchaczem rzeczywistym Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie, studiując w ciągu czterech lat przedmioty biologiczne według obowiązującego programu - głównie botanikę i zoologię. Nie zdawałem egzaminów końcowych, gdyż na przeszkodzie stanęła mi ciężka choroba sercowa, w wyniku której zmuszony byłem przenieść się na wieś. W międzyczasie wstąpiłem do zawodu nauczycielskiego, otrzymując posadę w szkole powszechnej przy ulicy Starej 6 w Warszawie. Byłem nauczycielem, a następnie kierownikiem szkół powszechnych w Brzezinach Wielkich i Gnaszynie w powiecie częstochowskim aż do roku 1951, gdy w wyniku wyczerpania i trwałego osłabienia na własną prośbę zostałem zwolniony ze stanowiska kierownika szkoły podstawowej w Gnaszynie".
Przypominam: ten życiorys był pisany 18 marca 1952, kiedy fakty z życiorysu należało starannie ocenić, wyważyć, wręcz ocenzurować, większość ich pominąć, akcentując sprawy bezdyskusyjne, więc i mniej ważne, przede wszystkim politycznie czyste. Henryk Jędrusik opuścił w nim niemal trzy czwarte swego curriculum vitae wydrukowanego w biuletynie senackim czternaście lat wcześniej. Nie napisał, że "brał czynny udział w rozbrajaniu Austriaków w listopadzie 1918", a "w okresie tak zwanego Rządu Ludowego w Lublinie otrzymuje delegacje do prowadzenia prac organizacyjnych na terenie Zagłębia Dąbrowskiego"; że w latach 1919-1920 był członkiem Rady Najwyższej Stronnictwa Ludowego; że pracował w Biurze Propagandy Wewnętrznej przy Prezydium Rady Ministrów i "do kwietnia 1921 pełnił obowiązki delegata na województwo kieleckie"; że studiując w Wolnej Wszechnicy Polskiej, dwukrotnie był przedstawicielem studentów "do Marszałka Piłsudskiego".
Mało kto dziś pamięta o Wolnej Wszechnicy Polskiej (WWP), a była to placówka upowszechniania nauki wielce dla oświaty w Polsce zasłużona. Nawet Encyklopedia powszechna PWN (z 1976) przyznaje, iż owa "prywatna wyższa szkoła utworzona w Warszawie w 1918-1919 z Towarzystwa Kursów Naukowych obejmowała 4 wydziały (matematyczno-przyrodniczy, humanistyczny, nauk politycznych i społecznych, pedagogiczny) oraz Collegium Publicum (cykl publicznych wykładów niedzielnych - od 1919) i Studium Pracy Społeczno-Oświatowej (2-4 kursy kształcące i dokształcające pracowników społeczno-oświatowych - od 1925); w 1927 powstał w Łodzi oddział WWP jako pierwsza w tym mieście szkoła wyższa; w 1929 zrównano dyplomy WWP z uniwersyteckimi; WWP zasłużyła się jako ośrodek badań naukowych, wyższa uczelnia oraz jako placówka dokształcająca i podnosząca kwalifikacje, zwłaszcza nauczycieli, pracowników i organizatorów życia kulturalnego i gospodarczego; WWP krzewiła postępową myśl społeczną; w czasie okupacji hitlerowskiej prowadziła tajne nauczanie; po wojnie nie podjęła działalności; formalnie przestała istnieć w 1952".
W 1923, kiedy Henrykowi i Zofii Jędrusikom urodziła się pierwsza córka, przyszły senator miał za sobą arcybogaty życiorys (wiadomo, wojna), czekała go jeszcze ciekawsza przyszłość, teraźniejszość jednak była mocno pobałaganiona: utrzymując się z dorywczych i raczej nisko płatnych prac oraz korepetycji, trzeci rok studiował w WWP, wyróżniając się spośród swoich kolegów na pewno wiekiem (miał dwadzieścia osiem lat), ale też młodzieńczym usposobieniem. Nosił w sobie mnóstwo nierealnych planów i pomysłów raczej fantasmagoryjnych, zarazem mocno zaangażowany w działalność społeczną, budził u wszystkich szacunek i zaufanie (był między innymi skarbnikiem Międzywydziałowego Komitetu Akademickiego oraz sekretarzem generalnym Towarzystwa Przyjaciół WWP). Dopiero w 1924 podjął pierwszą w swoim życiu pracę stałą, etatową: zaangażował się jako nauczyciel biologii i matematyki w szkole powszechnej numer 4 w Warszawie.
Jeszcze raz biuletyn senacki (z 1938): "W roku 1925 Henryk Jędrusik porzuca Warszawę i przenosi się na wieś do powiatu częstochowskiego, początkowo do Brzezin [wieś na południu Częstochowy - przyp. D.M.], a następnie do Gnaszyna, gdzie przebywa do chwili obecnej, wcielając w czyn szczytne hasła o pracy na wsi. "Wróciłem, skąd wyszedłem" - motywuje swą decyzję. W Gnaszynie rozwija intensywną działalność zawodową i społeczną. Od roku 1927 jest kierownikiem szkoły powszechnej doświadczalnej, zorganizowanej na nowych przesłankach pedagogicznych (organizm szkolny - eksperyment, planowanie, przydziały, zespoły - regionalizm, tworzenie programu, wartościowanie pracy - rozwój, kierowanie, wychowanie), kierownikiem wyższych kursów nauczycielskich i szeregu innych kursów oświatowych, jest - jako reprezentant z wyboru nauczycielstwa - długoletnim członkiem Rady Szkolnej Powiatowej w Częstochowie, organizatorem w roku 1927 i pierwszym prezesem Polskiego Białego Krzyża [początkowo pod nazwą Centralny Komitet Pomocy Żołnierzowi, założony w 1918, prowadził działalność kulturalno-oświatową wśród żołnierzy Wojska Polskiego, organizował także dla nich pomoc materialną; działał do wybuchu wojny - przyp. D.M.] w Częstochowie, inicjatorem i organizatorem wojewódzkiej sieci teatrów dziecięcych, bibliotek, ogrodów oraz szeregu innych placówek zawodowych nauczycielskich, jest inicjatorem, organizatorem i prezesem Towarzystwa Domu Społecznego imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego w Gnaszynie, ponadto inicjatorem i organizatorem oraz prezesem Kółek Rolniczych w Brzezinach i Gnaszynie, sam jednocześnie z zamiłowania - poza pracą zawodową i społeczną - prowadząc sad sześciomorgowy we własnym gospodarstwie i krzewiąc zamiłowanie do zakładania i prowadzenia plantacji ziół lekarskich".
Uff! Wszystkich tych obowiązków, zadań i powinności byłoby aż nadto dla psychicznego kolosa i fizycznego Herkulesa, a przecież Henryk Jędrusik był wątłego zdrowia: chore serce już dwukrotnie zmusiło go do przerwania studiów wyższych, a pracę w Warszawie musiał (może tylko chciał?) zamienić na działalność na wsi. Kiedy jednak uważniej przyjrzeć się jego wyborom, uderza sprzeczność: ucieczka przed z równoczesnym pędem ku, stronienie od skupisk ludzkich, a zarazem ich poszukiwanie, wręcz garnięcie się do tłumów. Więcej: chociaż choroba przerwała mu naukę, nie zrezygnował z niej zaraz po wojnie - starszy, więc jeszcze mniej zdrowy. Jak wytłumaczyć ten paradoks?
Maciej Jędrusik: "Pierwszy raz chore serce taty objawiło się w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a więc już długo po studiach. Nie wiem - i już nikt tego się nie dowie - co było przyczyną przerwania jego studiów przed wojną. Przypuszczam, że najpewniej poszukiwanie czegoś intrygującego spośród wielu interesujących go zagadnień, bo umysł miał, jak mówiłem, renesansowy! Przekonałem się o tym, kiedy mnie uczył, podobnie jak wcześniej uczył Kalinę. Umiał uczyć, oj, umiał!".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Ojciec był nauczycielem matematykiem-przyrodnikiem, ale interesował się również chyba wszelkimi możliwymi dziedzinami humanistycznymi - literaturą, historią, sztuką, językami obcymi (nawet sanskrytem!), psychologią, filozofią Wschodu. Pięknie też rysował i grał na gitarze. Miał tak dużo zainteresowań, że potem żartowałyśmy z Kaliną, iż nasz ojciec był genialnym dyletantem. Mówiąc jednak poważnie, był urodzonym społecznikiem. Działał w całej Polsce na rzecz nauczycieli, ale angażował się też w walkę o prawa dziecka.
Wychowywał nas w wielkiej tolerancji, podkreślając, że możemy robić w życiu to, co chcemy, byle tylko nikogo nie skrzywdzić. Nie izolował nas od spraw dorosłych. Nasiąkałyśmy więc jak gąbki rozmowami o szkole, polityce, lokalnych wydarzeniach (Gnaszyn to była wtedy mała osada fabryczna). I choć niewiele z tego jeszcze rozumiałyśmy, okazało się, że sporo z tych spraw przechowało się w nas na później. Tyle razy przecież miałam potem wrażenie, Kalina w swoim czasie też, że większość tematów już znam i wiem, co sądzi o nich ojciec".
Kalina Jędrusik: "Jako dziecko masę przeczytałam, właściwie cała biblioteka była w zasięgu ręki, jakoś nią byłam nasycona, choć nie wszystkie rzeczy czytałam, ale z tytułami i autorami byłam już obeznana. Dla mnie to wszystko było takie proste i bliskie i nie sprawiało mi żadnej trudności".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Bardzo wpłynął na nasz światopogląd i poczucie patriotyzmu. Imponował nam we wszystkim, mądrze i czule przyjaźniąc się z nami. Nie tylko wtedy - zawsze".
Kalina zapamiętała swego ojca jako mądrego nauczyciela, wspaniałego pedagoga: "Uczył się namiętnie języków, mówił, że to jest najlepsza gimnastyka umysłu:
- Żebyś ty wiedziała, jaka to jest rozkosz przeczytać sobie parę kartek Dostojewskiego w języku Dostojewskiego.
Rosyjski znał doskonale, bo w tym języku zdawał maturę. Oczywiście pędził nas do tego, raczej bezskutecznie. Całe życie powtarzał mi, bym uczyła się słówek i matematyki, bo wtedy gimnastykuję umysł i będę zawsze świeża na przyjęcie wiedzy.
Zawsze otoczony szczelnie książkami, brał mnie do swego gabinetu, sadzał na kolanach i bez żadnego zmuszania po prostu... uczył, pokazywał, wpajał. Miał przy tym ideę, może nawet przesadną, że dziecka nie wolno stresować, nie wolno do niczego zmuszać. Siostra i ja wychowywałyśmy się w atmosferze ogromnej tolerancji. A równocześnie w jakiś cudowny sposób niepostrzeżenie podsuwał nam wszystkie te rzeczy, które potem przydały się nam w życiu. "Boże, przecież ja to wiem!" - mówiłam wielokrotnie już jako osoba dorosła. A wiedziałam i wiem dzięki ojcu właśnie".
Grażyna Kuźnik, dziennikarka: "Była bardzo podobna do ojca - tak z temperamentu, jak i z wyglądu. Ojciec uświadomił jej, że w życiu najważniejsza jest zdolność do nauki, że trzeba ciągle pracować nad swoim umysłem. W domu uczyła się z ojcem języka angielskiego, francuskiego, włoskiego i łaciny".
Wika Filipowa, dziennikarka: ""Nie mogę ci kupić pierścionka ni koralików, ale daję ci coś cenniejszego, spod serca, moją ulubioną książkę" - mawiał ojciec, podsuwając córce coraz to nowe lektury".
Kalina Jędrusik: "Kiedy przychodziły urodziny czy Boże Narodzenie, to obie dostawałyśmy drogocenne prezenty, to znaczy z jego wspaniałej ogromnej biblioteki jeszcze dla nas niezrozumiałe, bardzo trudne, ale bardzo piękne książki. Ojciec uczył nas, pamiętam, sanskrytu, filozofii Wschodu, jogi; w czasie wojny sam uprawiał jogę, żeby się jakoś trzymać. Bardzo był dzielny, bo przecież prowadził komplety podczas okupacji i w naszym domu matury okupacyjne zdawało mnóstwo ludzi".
Rafał Szczepański: "Dziadek był dla wszystkich wielkim autorytetem, ale nigdy się nie ustawiał na piedestale, nie zamykał w szklanej wieży, nie wygłaszał sądów ex cathedra. Otwarty na ludzi, zawsze im służył sobą i swoją ogromną wiedzą. To był społecznik - w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Był trochę hipochondrykiem, lubił pochylać się nad swoim zdrowiem. Opowiadał mi, że przed wojną walczył w Legionach (oczywiście! Był przecież zagorzałym piłsudczykiem!). Kochały się w nim wszystkie kobiety z jego otoczenia, wszystkie siostry Kuklińskie.
Ale przede wszystkim dziadek był bardzo mądrym człowiekiem".
Wojciech Marczyk, dziennikarz radiowy: "Dobrze go pamiętam z lat sześćdziesiątych: tęgi, w szarej marynarce, koszula z krótkim rękawem, rozpięty kołnierzyk, siwy, na głowie szczątki włosów, potężna czaszka, sokratyczny typ, tryskający humorem. Mieliśmy te same zainteresowania, tym samym językiem mówiliśmy, lubiliśmy te same książki i nawet okresy historyczne: jego pasją był starożytny Rzym i Grecja, moją też.
Interesował się ogromnie pedagogiką i psychologią, był zwolennikiem nowego sposobu nauczania. Bardzo cenił Sergiusza Hessena, rosyjskiego pedagoga, który musiał uciekać ze Związku Radzieckiego, bo był biały: był niezwykle popularny na świecie, jego dydaktyka to pewien etap w rozwoju teorii i praktyki nauczania. Henryk Jędrusik miał to wszystko w małym palcu i w szkolnej praktyce, w tym swoim przedwojennym Gnaszynie wykorzystywał również wcześniejsze tendencje.
To się wywodzi od Jana Henryka Pestalozziego, Szwajcara, który takie rzeczy wymyślił w osiemnastym wieku; trochę później była Włoszka Maria Montessori, potem szkoły Kefeda, u nas uniwersytety ludowe zaczęły powstawać. To był trend takich właśnie szkół, których zadaniem i celem była między innymi wiedza o środowisku, przygotowanie do życia w tym środowisku. Dzieciaki, które się w ten sposób uczyły, pisały kronikę swojej miejscowości, przekazywały sobie z pokolenia na pokolenie opowieści, tradycje, pieśni, sztukę szycia, haftowania i tak dalej. Prócz tego było oczywiście czytanie, pisanie, nieśmiertelny Falski (podejrzewam, że dla swoich dzieciaków Jędrusik na pewno opracował własny elementarz). Nie wolno było nosić książek do domu: w domu miałeś włączyć się w program rodziny, pomagać w gospodarstwie. Następnego dnia, proszę bardzo - do szkoły i kolejna taka sprawa. W Polsce było wtedy kilkanaście takich szkół, ale wojna to wszystko rozwaliła i cały ten tak zwany system daltoński runął".
Hasło z Encyklopedii powszechnej PWN: "Daltoński plan laboratoryjny, sposób organizacji nauczania opracowany około 1920 przez amerykańską nauczycielkę Helen Parkhurst w Dalton; polega na zniesieniu systemu klasowo-lekcyjnego i na podziale materiału nauczania na miesięczne zadania, nad którymi uczeń pracuje samodzielnie pod kontrolą wychowawcy i instruktorów specjalistów w gabinetach specjalistycznych (laboratoriach); stosowany był między I a II wojną światową w USA i Europie (także w Polsce)".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Szkoła, którą nasz ojciec założył w Gnaszynie, była prowadzona w systemie daltońskim. Dzieci przychodziły o ósmej rano i wychodziły do domu już o czternastej. Nie nosiły żadnych tornistrów, rodzice nie kupowali im książek. Większość książek kupował dla uczniów nasz ojciec i oni z tych książek korzystali w szkole. Była tam ogromna biblioteka, mnóstwo potrzebnej literatury, dzięki niej dzieci poznawały mnóstwo spraw i się rozwijały. Lekcji w domu nie odrabiały. Ojciec mówił:
- Co im ci chłopi pomogą w odrabianiu lekcji, jak oni sami nie skończyli szkoły?
Od ósmej do jedenastej odbywały się zajęcia indywidualne, potem zajęcia zbiorowe, na których nauczyciele odpytywali z tego, co się poznało wcześniej, objaśniali nowe sprawy. Rozwiązywało się testy, za które były przyznawane punkty. O drugiej dzieci mogły iść do domu, ale jeśli chciały, uprawiały przyszkolny ogródek, grały w piłkę, bawiły się. W domu były wolne, miały czas dla siebie.
To była bardzo dobra szkoła. Ja też ją skończyłam, później również Kalina".
Jeszcze raz cytuję biuletyn Senatu RP z 1938 roku: "Od wielu lat [Henryk Jędrusik] bierze czynny i wybitny udział w życiu zawodowym nauczycielskim, ciesząc się zaufaniem ogółu nauczycielstwa związkowego, z którego ramienia piastuje szereg odpowiedzialnych mandatów. Jest mianowicie: prezesem Ogniska w Gnaszynie, prezesem Oddziału Powiatowego w Częstochowie, przewodniczącym Wydziału Pedagogicznego w Okręgu Kieleckim i redaktorem "Głosu Kieleckiego" oraz przewodniczącym Wydziału Obrony Prawnej Zarządu Głównego Związku Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie".
Słowo "trybun" oznacza między innymi "głosiciela jakichś idei społecznych" i Henryk Jędrusik w swej działalności społecznikowskiej był także trybunem: walczył o "ustawowe wprowadzenie szkoły świeckiej", w swych artykułach, wystąpieniach, przemówieniach głosił prawdy niepopularne: "Nauczyciel jest funkcjonariuszem organu państwa zwanego rządem i od niego otrzymuje swe uprawnienia. Kościół rządzi się własnymi prawami, a stosunek jego do państwa normuje konkordat". Trzebaż wielkiej odwagi, aby takie słowa wygłosić na nadzwyczajnym zebraniu członków Związku Nauczycielstwa Polskiego (27 marca 1938) w Częstochowie!
Dwukrotnie podejmowane (i dwukrotnie nieukończone) studia wyższe przydały się Henrykowi Jędrusikowi, kiedy prezydent Rzeczypospolitej ogłosił (6 marca 1928) rozporządzenie o kwalifikacjach zawodowych nauczycieli szkół powszechnych: Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego nie tylko zwolniło go z wymaganego egzaminu, ale też dotychczasowemu pełniącemu obowiązki kierownika szkoły powszechnej w Gnaszynie przyznało (decyzją z 25 czerwca 1930) pełne "kwalifikacje zawodowe do uczenia w publicznych szkołach powszechnych".
Kalina Jędrusik (w rozmowie w 1983): "Mówią o mnie, że jestem uparta. Jeśli tak, to odziedziczyłam tę cechę po moim ojcu: O! Ten dopiero był uparty! Jak co postanowił - musiał zrealizować, jak zaczął - musiał skończyć. A im więcej rzucano mu kłód pod nogi, tym bardziej się robił zawzięty i... zawsze dopiął swego, zawsze osiągnął zamierzony cel".
Rok przed wybuchem kolejnej wojny światowej do czynnego udziału w wyborze senatora reprezentującego województwo kieleckie namówili Henryka Jędrusika koledzy nauczyciele. W okręgu wyborczym nr 7 w Grabówce miał trzech przeciwników, których pokonał bezwzględną liczbą głosów (on otrzymał ich 45, pozostali łącznie 39). List wierzytelny Generalnego Komisarza Wyborczego potwierdził, że 13 listopada 1938 roku "pan Henryk Jędrusik, lat 43, nauczyciel szkoły powszechnej, zamieszkały w Gnaszynie powiatu częstochowskiego" został wybrany "na senatora" kadencji V Senatu Rzeczypospolitej.
Należał do Klubu Parlamentarnego Obozu Zjednoczenia Narodowego, nazywanego Ozonem - "sanacyjnej organizacji politycznej działającej w latach 1937-1939; drugiej po Bezpartyjnym Bloku Współpracy z Rządem (BBWR)", przez Encyklopedię powszechną PWN określanego jako "próba zjednoczenia elementów popierających sanację, o programie znacznie bardziej zachowawczym od BBWR (opierał się na bardziej prawicowych jego elementach i organizacjach społecznych uzależnionych od rządu); głosił hasła militaryzacji kraju, skupienia społeczeństwa wokół armii i Rydza-Śmigłego oraz realizacji zasad ustrojowych sformułowanych w Konstytucji kwietniowej [z 1935, zmieniającej przepisy Konstytucji marcowej z 1921 - przyp. D.M.]; wysuwał ideę Polski mocarstwowej, zasadę wodzostwa, kult Piłsudskiego; zwalczał idee socjalistyczne i ruch robotniczy". Historyk Norman Davies określił Ozon (któremu przewodził między innymi marszałek Edward Rydz-Śmigły) jako "ekskluzywną organizację zbudowaną na zasadach wojskowej dyscypliny", zaś hasła, jakie głosił, jako "ostre, coraz bardziej szowinistyczne".
Z ówczesnego biuletynu senackiego wynika niezbicie, że Henryk Jędrusik "w sprawach społecznych zajmuje stanowisko radykalne i jest wyrazicielem poglądów, że na drodze rozwoju mocarstwowego Polski żadne czynniki nie mogą sobie rościć prawa do supremacji nad jakąkolwiek dziedziną życia społecznego i państwowego Polski. Polska racja stanu jest ultima ratio [ostatecznym argumentem - przyp. D.M.] całej Jego działalności".
Nic dziwnego, że krytykowano go za wystąpienia - choćby w częstochowskiej "Gazecie Narodowej":
Z dziwną pretensją w Senacie pod adresem młodzieży narodowej wystąpił sen. Jędrusik. Oto na zebraniu organizacyjnym na terenie Uniwersytetu Warszawskiego w dniu 26 ub[iegłego] m[iesiąca] uniemożliwiono zabranie głosu przedstawicielowi młodzieży "sanacyjnej". Ponadto oficjalnie odśpiewano Hymn Młodych przy równoczesnym przeszkodzeniu odśpiewania Pierwszej Brygady, a w przemówieniu (cytujemy za [prawicowym] "Warszawskim Dziennikiem Narodowym"), "które wymieniało wielkich ludzi Polski, pominięto całkowicie imię Marszałka Piłsudskiego" oraz robiono "złośliwe aluzje na temat przewrotu majowego". Sen. Jędrusik informując, że młodzież "sanacyjna" zwróciła się w tej sprawie do Ministerstwa Spraw Wojskowych z prośbą o interwencję - nie wątpi, że sprawa zostanie rozpatrzona bez zwłoki.
Dalecy jesteśmy od chęci studiowania przemówień poszczególnych panów senatorów - tu sprawa przedstawia się nieco odmiennie. P. Jędrusik to przecież oficjalny przedstawiciel Częstochowy, to... głowa z naszej parafii - nie jest tedy obojętne, co i jak mówi z polskiej trybuny publicznej. Na miejscu już przed laty "wsławił się" namiętnymi napaściami na duchowieństwo, obnosząc się paradnie ze swoją "postępowością" i bezbożnictwem. Teraz przywdział togę ortodoksyjnego rzecznika prawomyślności.
Śmieszne zarzuty. "Oficjalnie odśpiewano Hymn Młodych, a młodzież sanacyjna odśpiewać nie mogła Brygady". A ileż było tej młodzieży, panie senatorze? Ośmiu? Dziesięciu? Niechby tak każda dziesiątka zechciała coś "odśpiewać" - powstałaby anarchia. Uczył pan dziatwę, panie Jędrusik, a czego się pan sam nauczył?
Gustaw Gracki: "Miał wielkie chody w Instytucie Pedagogiki w Warszawie, dlatego szkołę w Gnaszynie rozbudował. Jako senator czuł się bardzo pewnie. Kiedyś pod kościołem Świętej Barbary zdjął spodnie, pokazał sempiternę księdzu i kazał mu się w nią pocałować. I potem na tej sempiternie "wyjeżdżał" zawsze jako ten postępowiec, wróg Kościoła. Tym się zawsze legitymował".
Na działalność zawodową i społeczną Henryka Jędrusika znaczny i znaczący wpływ miały reformy zainicjowane i kontynuowane w latach trzydziestych przez dwu ministrów Jędrzejewiczów, Janusza oraz jego brata Wacława, które "przyczyniły się do rozwoju szkolnictwa średniego". Jak pisze w swojej książce Boże igrzysko. Historia Polski Norman Davies,
w 1919 roku zebrał się "Sejm Nauczycielski", którego zadaniem było przygotowanie programów nauczania w jednolitym państwowym systemie szkół; nauka była obowiązkowa i bezpłatna, a nowy system wszedł w życie trzy lata później. W roku szkolnym 1928/1929 do szkoły uczęszczało już 96% dzieci w wieku szkolnym, to znaczy od 7 do 14 lat.
Do końca okresu międzywojennego procent ogólnego analfabetyzmu w kraju udało się znacznie zmniejszyć.
Niewątpliwie była to zasługa również Henryka Jędrusika.
"Był wybitnym pedagogiem, nauczaniu poświęcił życie - przypomniała dziennikarka Grażyna Kuźnik. - Pewnie Kalina nie byłaby tak odważna i niepokorna, jaką ją pamiętamy, gdyby nie metody wychowania, które stosował jej ojciec. Uważał, że najważniejsza jest osobowość młodego człowieka. Jedna z jego zasad głosiła: "Prawo wychowania w stosunku do dziecka nie istnieje (może się ono rozwinąć)". Na książkach ofiarowanych córce pisał zawsze tę samą dedykację: "Rób w życiu to, na co masz ochotę, ale tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał". Kalina uznała te słowa za swoje motto życiowe".
Zofia Nasierowska, przyjaciółka Kaliny, fotografka: "O swoim ojcu Kalina zawsze opowiadała ciepło, z sympatią, z wielkim uczuciem. Była dumna, że był senatorem przedwojennym, co podkreślała w każdej o nim rozmowie".
A matka? Dlaczego w tych wspomnieniach i opowieściach - z pierwszej, drugiej i kolejnych rąk/ust - Zofii Jędrusikowej właściwie nie ma?
[5] MAMA
Rafał Szczepański, młodszy wnuk Henryka Jędrusika, siostrzeniec Kaliny: "Dla Kaliny ojciec był idolem intelektualnym, ale psychologię serca kobiety kształtowała jej mama, czyli moja babcia, przez najbliższych nazywana Bacią".
Maciej Jędrusik, syn Henryka, przyrodni brat Kaliny: "Kalina eksponowała tatę, bo było kim i czym się chwalić, a osiągnięciami jej mamy nie za bardzo".
Paweł Pohorecki, starszy wnuk Henryka Jędrusika, siostrzeniec Kaliny: "Dziadek Henryk nie był żadnym idolem. Budził ogromny szacunek - Kaliny, potem nas, jego wnuków, ale ona nie kochała go ślepo: bywało, że się z nim nie zgadzała, dyskutowała, nawet wchodziła w konflikty. Ale zawsze go szanowała".
Rafał Szczepański: "O ojcu Kalina mówiła, bo ojciec był osobą publiczną. O matce milczała przy ludziach, bo traktowała ją prywatnie. Matkę kocha się przede wszystkim".
Zofia Kuklińska urodziła się 15 lipca 1900, jej starsza siostra Bronisława - w 1898, obie w Bartkowicach.
Rafał Szczepański: "Sióstr Kuklińskich było więcej - trzy. Najstarsza Maria, przez wszystkich zawsze nazywana ciocią Manią, została w Bartkowicach do końca życia. Jeszcze kiedy dziadek tam mieszkał, była w jego domu taką typową rezydentką. Wyszła za mąż, ale szybko owdowiała. Wiem, że jacyś mężczyźni się o nią starali, ale wszystkich odrzuciła. Za życia babci Zosi odwiedzaliśmy ją regularnie".
Paweł Pohorecki: "Siostry Kuklińskie pochodziły ze wsi pod Częstochową, ich ojciec Ignacy był chyba zarządcą majątku Edwarda Reszke w Garnku" [Jan, Edward i Józefina Reszke byli na przełomie XIX i XX wieku uznawani za filary światowej sztuki operowej - przyp. D.M.].
Rafał Szczepański: "Według mojej wiedzy on był ogrodnikiem u hrabiego Rzewuskiego w Bartkowicach. Mama babci, Józefa - z domu Glapińska".
Paweł Pohorecki: "Pamiętam to, co słyszałem od babci. Otóż ojciec Kaliny i mojej mamy, czyli mój dziadek Henryk, dosyć młodo ożenił się ze starszą z sióstr Kuklińskich, Bronisławą. I ona miała nowotwór, i chyba w 1922 była w stanie agonalnym, jako kobieta - nieużytkowym. Wtedy dziadek się zainteresował Zofią, jej siostrą. I z tą siostrą... po prostu zajął się nią, normalnie, jak to często w rodzinie bywa; wtedy nikt tego w rodzinie nie uważał za skandal. Oczywiście babcia nie opowiedziała tego tak bezpośrednio do końca".
Maciej Jędrusik: "To było tak, że matka Zofii i Kaliny zastąpiła u boku naszego ojca swoją siostrę. I to oficjalnie. Czyli to była druga żona mojego taty, pierwszą żoną taty była jej starsza siostra Bronisława. Ale chora ciężko, więc młodsza przejęła jej obowiązki. Wszystkie".
Paweł Pohorecki: "Ze związku z tą Zofią urodziła się moja mama, też Zofia - jeszcze za życia Bronisławy, czyli prawdziwej żony dziadka. Czy to się stało za obopólną zgodą wszystkich stron - tego już się nie dowiemy. Na pewno musiała być jakaś forma akceptacji ze strony wszystkich zainteresowanych. Jest na to dowód: w akcie urodzenia mama ma napisane, że jest córką Bronisławy. Czyli siostry swojej prawdziwej matki".
Rzekomo dziewięć, w rzeczywistości siedem lat po urodzeniu Zofii Jędrusikówny przyszła na świat Kalina, bohaterka tej książki. Ale... Henryk Jędrusik i Zofia Kuklińska mieli jeszcze dwoje dzieci: bliźniaki, które (prawdopodobnie w 1926, a może w 1927 roku) urodziły się nieżywe. Byłby to fakt może i mało istotny, gdyby nie zastanawiające podobieństwo losów młodszej córki i jej ojca: trzydzieści lat później Kalina Jędrusik-Dygatowa też straci dziecko, nie odważy się jednak na następną próbę.
Paweł Pohorecki: "W dokumentach dziadka i obu jego córek wiele faktów jest pokręconych celowo, on w tym współuczestniczył, wręcz umożliwił dokonanie fałszerstwa w księgach stanu cywilnego (co zresztą w tamtym czasie, po II wojnie światowej, było dość częste). W moim przypadku też to i owo zostało pokręcone, i w Krakowie, i w Częstochowie, ludzie za to odpowiedzialni lub mogący coś załatwić byli uczniami lub znajomymi dziadka, mieli dla niego ogromny szacunek. Ukończyli normalną szkołę, mieli twarde dyplomy z czasów sanacyjnych - to coś znaczyło".
Gustaw Gracki: "Matka Kaliny była osobą bardzo skromną i miłą, poznałem ją, kiedy Jędrusikowie mieszkali w Częstochowie przy Katedralnej".
Wika Filipowa: "Matka, kobieta piękna i utalentowana, zachęcała ją do gry na fortepianie i śpiewu".
Kalina Jędrusik: "Mama była cudowną osobą, była bardzo muzykalna: ślicznie śpiewała i pędziła nas zawsze do fortepianu, co było rzeczą... ooch! Okropną! No i teraz żałuję, że zwiewałam z tych lekcji, że nie słuchałam mamy, bo jednak mogłam także bardzo dobrze grać. Siostra trochę gra, była bardziej posłuszna".
Grażyna Kuźnik: "Zofia Jędrusikowa, osoba utalentowana muzycznie, szybko zauważyła, że Kalina nie tylko jest muzykalna, ale że ma też głos operowy, który wróżył jej karierę".
Maciej Jędrusik: "Owszem, mama Zosi i Kaliny była bardzo uzdolniona artystycznie, grała wspaniale na pianinie, chyba śpiewała ślicznie, ale nic więcej na ten temat nie wiem. Szczerze mówiąc, za mamą Kaliny nie przepadałem, ona za mną też nie. Co się dziwić, przecież moja mama zastąpiła poprzednią żonę ojca. Kalina o niej też zbyt często nie mówiła, a jeśli, to... nic szczególnego. No bo czym się chwalić? A tatą można! Do tego w latach komunistycznych mieć ojca przedwojennego senatora - no! A poza tym tata był bardzo fajnym, niestandardowym człowiekiem, którego wspominała nie tylko Kalina, ale i wielu jego dawnych uczniów. To była osobowość".
Rafał Szczepański: "Kalina nigdy nie była "córką matki", jej siostra Zosia (czyli moja mama) - jak najbardziej. I chyba miała z tego powodu pewien kompleks wobec babci Zofii Jędrusikowej".
Magdalena Dygat-Dudzińska, pasierbica Kaliny: "Jej matka żyła dłużej niż mój ojciec, a mimo to spotkałam ją tylko raz, na ulicy, na początku małżeństwa macochy z moim ojcem. Nigdy nie pojawiła się w ich domu, tak jak nie pojawili się jej ojciec, siostra i brat. Nie spędzali z nami świąt ani urodzin".
Rafał Szczepański: "Kalina nie zapraszała babci na spotkania u siebie nie dlatego, że się jej wstydziła - to bzdura! Tych niebieskich ptaków, które wciąż się kręciły wokół Kaliny i pozowały na obywateli wielkiego świata, to babcia właśnie mogłaby nauczyć kultury. "Kalina nie ma rodziny?" - dziwili się ci ludzie. To dla nich nie miała rodziny, bo jej przed nimi broniła. Przed wchodzeniem w prywatność z butami. Kalina nie chciała, żeby grzebano w jej życiu.
To była polifonia uczuć, równoległe życia w różnych aspektach. Kto tego nie rozumie, ten nigdy nie zrozumie Kaliny.
Z babcią zżyłem się, kiedy mieszkaliśmy jeszcze przy Schillera [w Warszawie]. Świetnie gotowała, bo lubiła zjeść i znała się na dobrym jedzeniu, więc przy niej nauczyłem się jednego i drugiego, podobnie jak mój starszy brat. Kiedy wracałem z przedszkola, zawsze czekał na mnie smaczny obiad.
Babcia była zawsze i wszędzie: towarzyszyła mojej mamie i Kalinie w ich podróży życiowej do Krakowa i potem do Warszawy, Kalinę bardzo dzielnie wspierała po śmierci jej dziecka. Była przyzwyczajona do dramatycznych sytuacji, których w naszej rodzinie nie brakowało, umiała więc zaradzić, pomóc, pocieszyć. Ciepła i dobra, babcia nigdy się nie chwaliła: "A moja córka to Kalina Jędrusik!". Kiedy ktoś mówił o Kalinie coś złego, babcia zawsze brała jej stronę".
Paweł Pohorecki: "Nooo, w rodzinie były czasami napięcia; sam słyszałem, jak babcia narzekała, że Kalina jest taka czy owaka".
Rafał Szczepański: "Babcia, osoba wielkiego serca, była postacią z dziewiętnastowiecznego salonu: nie musiała kończyć uniwersytetu, żeby umieć się zachować w każdej sytuacji. Nas tego zawsze uczyła - i chyba nauczyła".
Babcia Zofia pozostała babcią nawet wtedy, kiedy jej mąż się z nią rozwiódł i ożenił po raz wtóry.
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Chociaż miał nową żonę, ojciec mamy nie zaniedbywał. Bardzo dobrze gotowała, on lubił jej obiady, więc do niej przychodził. Mama mu mówiła:
- Zdradziłeś mnie, ale zostań.
Tylko że krótko to trwało".
Rafał Szczepański: "Babcia miała zawsze swój pokój, w mieszkaniu na Schillera i w domu przy Gomółki. Rodzinne święta spędzaliśmy razem, Kalina zawsze nas odwiedzała. Przychodziła na Gomółki na wigilię, a miała takich wigilii sporo, tylko że wigilii domowej, rodzinnej nigdy nie spędzała u siebie na Kochowskiego - tam nie było takiej; święta można spędzić z przyjaciółmi, ale wigilie tylko z najbliższymi, z rodziną. I ona przyjeżdżała wtedy do swojej mamy, do siostry i nas, siostrzeńców".
Matka Zofii i Kaliny, Zofia Jędrusikowa, zmarła 17 stycznia 1985 w domu swojej starszej córki na warszawskim Żoliborzu.
Paweł Pohorecki: "W swoim życiu babcia była poważnie chora tylko raz, w okresie pierwszej wojny światowej - na tyfus".
Rafał Szczepański: "Później nie chorowała. Miała kłopoty z krążeniem, ale w podeszłym wieku chorobę wieńcową ma chyba każdy. Owszem, usunięto jej woreczek żółciowy, wtedy Kalina - niezależnie od mojego ojca, lekarza - ułatwiła czy raczej zapewniła jej dostęp do dobrego specjalisty w dobrym szpitalu przy Wołoskiej. Babcia nigdy nie kwękała. Kiedy usłyszała wiadomość, że autobus potrącił siedemdziesięcioletnią staruszkę, bardzo się oburzyła: "Przecież ta kobieta była w kwiecie wieku!".
Była w świetnej formie fizycznej i intelektualnej do końca życia. Nie używała okularów, czytała książki i czasopisma, oglądała telewizję; dzień przed śmiercią oglądaliśmy mecz piłki nożnej.
Tamtej nocy babcia miała atak serca, i to on doprowadził do jej śmierci. Mama mnie zawołała, że sytuacja jest dramatyczna".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Byłam z mamą do końca jej życia. Jeszcze nie miała zawału i mogłabym ją uratować. Niestety, mama spała w pokoiku obok, i mówi:
- Zosiu, przyjdź, bo coś mi się stało.
Pytam: - Co? - Pobiegłam szybko: - Gdzie cię boli?
- Tu.
Ja mówię:
- Matko boska! Zawał będzie!".
Rafał Szczepański: "Przybiegłem do babci, obydwoje mieszkaliśmy na parterze, próbowałem ją reanimować. Kilkakrotnie dzwoniliśmy na pogotowie; przyjechało, żeby stwierdzić zgon".
Zofia Pohorecka-Szczepańska: "Zanim karetka przyjechała, mama zmarła. To nie była moja wina, ale do dziś mam wyrzuty sumienia".
Rafał Szczepański: "Kiedy odchodzi człowiek, którego za żadne skarby nie chcemy wypuścić, wtedy się nie kalkuluje, nie denerwuje się, że ktoś nie przyjeżdża, instynktownie stara się ratować bliskiego człowieka. Nad ranem przyjechała Kalina, poszła do babci; kiedy wyszła z jej pokoju, była w stanie dramatycznym".
Rafał Szczepański: "Babcia nie mówiła dużo o śmierci, miała do niej spokojny stosunek, ale za żadne skarby nie chciała być pochowana na Wólce Węglowej: Wólka to był dla niej symbol degrengolady człowieka. Wólka wtedy to był wygwizdów, dzikie pola. Przez nieocenioną Alę Migulankę, przyjaciółkę Kaliny, udało się załatwić miejsce na cmentarzu Wilanowskim, ja miałem odłożonych z saksów w Londynie chyba dwieście funtów, więc babcia leży w miejscu, które na pewno by nazwała sympatycznym, a nie w magazynie ludzkich zwłok.
Śmierć dziadka była dla mnie dalekim zdarzeniem, mniej ją pamiętam, bo nie mieszkaliśmy pod jednym dachem. Śmierć babci to był dramat. Pamiętam spazmatyczny płacz mojego syna, gdy jej ciało wynoszono z domu: przecież nie tak dawno ona go kąpała, przytulała go, mówiła do niego, jeszcze wczoraj z nią rozmawiał!".
Maciej Jędrusik: "Byłem na jej pogrzebie, pamiętam też, że kogoś z bliskich wiozłem samochodem, ale niewiele więcej. O ile Zosia była moją siostrą, jednak w mniejszym stopniu niż Kalina, o tyle ich mama była dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Osobą, której co miesiąc nosiłem pięćset złotych z ośmiusetzłotowej emerytury mojego ojca".