Kaligula. Wyznania szaleńca - Michał Kubicz

-
Proszę czekać
?

ROZDZIAŁ I

LUTY 37 ROKU

Dni, w których nie ściskał go za gardło strach, były już tylko odległym wspomnieniem z dzieciństwa. Odgłosy kroków za węgłem, skrzypienie drzwi, trzask drewnianych okiennic targanych wiatrem, rozmowy prowadzone szeptem w mroku... - na każdy dźwięk serce mu przyspieszało. Wspomnienia z przeszłości wyostrzyły zmysły, a nabranych przez lata przyzwyczajeń nie dawało się zmienić z dnia na dzień. Śledził więc wzrokiem każdy cień; wszak mógł zwiastować zagrożenie, przynieść śmierć. Ilekroć słyszał szuranie starczych stóp i stukot laski o podłogę, paraliżował go strach, a gdy z oddali dochodził miarowy krok pretorianów maszerujących korytarzami rezydencji, mięśnie mu tężały. W pałacu zawieszonym na skraju stromego klifu, gdzie porywisty, zimny wiatr hulał między portykami, tylko skrzek mew nie budził lęku.

Wiosną ogrody otaczające rezydencję i opadające w dół wąskimi tarasami tryskały zielenią; wiosną fontanny o kształtach mitycznych stworów wypluwały strumienie wody, rozsiewając dokoła rozkoszną mgiełkę, w której światło mieniło się wszystkimi barwami tęczy; wiosną z klatek wielobarwnych ptaków dochodziły miłosne trele, a kwiaty przesycały powietrze słodkimi aromatami; wiosną słońce zaczynało rozgrzewać kamienne płyty dziedzińców. Tak! Wiosną łatwiej było zapomnieć. Lecz zimą mroczna przeszłość wracała ze zdwojoną siłą. Na próżno tłumaczył sobie, że wszystko, co złe, już minęło, i że nie ma powodów do obaw; że bliscy, którzy pozostali w Rzymie, teraz ochronią go i zadbają, by włos z głowy mu nie spadł; że nie jest już na wyspie więźniem, lecz gościem. Nadaremno. Chmury przetaczające się nad wzgórzem, na którym stał pałac, sztormowe fale rozbijające się o skały, zimowa martwota ogrodów i wiatr gwiżdżący w załomach budowli - wszystko wciąż uparcie przywoływało dawne demony.

Dwudziestopięcioletni Gajusz Juliusz Cezar Germanik, zwany Kaligulą, bał się ścigającej go przeszłości. Bał się, że dany mu obecnie spokój jest tylko chwilowy; że nadchodzące dni mogą być jeszcze mroczniejsze niż to, co dotychczas bogowie zgotowali jego bliskim.

*

W trzydziestym siódmym roku naszej ery wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że panowanie cesarza Tyberiusza zmierza ku końcowi. Czasy jego rządów pełne były konfliktów, które dla wielu skończyły się tragicznie, a jego własny ród doprowadziły na skraj przepaści. Gdy przejmował władzę po swym poprzedniku, wielkim cesarzu Oktawianie Auguście, Rodzina - dynastia julijsko-klaudyjska - była w rozkwicie, a jej członkowie dawali Rzymowi kolejnych potomków. Wkrótce jednak zaczęły się ujawniać skrywane wcześniej podziały, które dały początek niekończącemu się pasmu śmierci. Animozje wewnątrz panującej dynastii wykorzystał jeden człowiek - Lucjusz Aeliusz Sejan, prefekt gwardii pretoriańskiej, któremu Tyberiusz przekazywał coraz szersze uprawnienia.

To Sejan nakłonił cesarza do osiedlenia się na Kaprei[1] - pięknej, lecz odizolowanej wyspie, w pałacu zwanym Villa Jovis, gdzie władca przebywał z dala od swych poddanych, nieświadom tego, co za jego plecami prefekt wyczynia w Rzymie. Najpierw w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł Germanik - bratanek Tyberiusza. Później Sejan zamordował Kastora - syna cesarza, a zaraz po nim pożegnały się z życiem wdowy po Auguście i po Germaniku - Liwia Druzylla i Agrypina Starsza. Kolejnymi ofiarami Sejana byli synowie Germanika - Druzus i Neron[2]. Pozbywając się co bardziej wartościowych członków Rodziny, prefekt przejął faktyczne rządy nad Imperium.

Ostatnią przeszkodą w sięgnięciu przez Sejana po cesarską purpurę była Antonia, matka Germanika. Wielka arystokratka, córka Marka Antoniusza i Oktawii - siostry Augusta, miała autorytet, majątek i znaczenie - atuty czyniące z niej najtrudniejszego przeciwnika. Utraciwszy ukochanego syna, synową i dwóch wnuków, wszystkie siły skupiła na uratowaniu przed Sejanem swego ostatniego syna - Klaudiusza, oraz dzieci Germanika - Gajusza zwanego Kaligulą i jego trzech sióstr - Liwilli, Druzylli i Agrypiny Młodszej.

Wykrwawiona walką z Sejanem Rodzina wreszcie się zjednoczyła. Antonii udało się sprawić, że Tyberiusz przejrzał zamiary prefekta i zrozumiał, jak wielkie zagrożenie stanowi on nie tylko dla julijsko-klaudyjskiego klanu, lecz nawet dla samego cesarza. Przy pomocy Antonii pozbawił go władzy i doprowadził do jego śmierci, którą większość mieszkańców Rzymu powitała z radością.

Lecz Tyberiusz się starzał i dla wszystkich było jasne, że władza nad Imperium przejdzie niebawem w ręce jego następcy. Kto miałby nim zostać? Tyberiusz stanął w obliczu decyzji, która będzie brzemienna w skutki dla całego Imperium i zamieszkujących je ludów.

*

Oczy miała otwarte, jakby próbowała nimi przebić otaczającą ją ciemność nocy. Dom spowijała cisza, lecz jej uszy wychwytywały nawet najsłabsze dźwięki dochodzące z sąsiednich rezydencji - porykiwanie osłów w zagrodach, szczekanie psów czy płacz niemowlęcia. Do tej części Palatynu nie docierały już nocne odgłosy Miasta. Mimo to nie mogła spać. Przez jej głowę przelatywały tysiące myśli: niezliczone wspomnienia, dziesiątki spraw do załatwienia, listy, które jeszcze trzeba podyktować; twarze klientów, którym obiecała pomóc, przyjaciół ze Wschodu, z którymi nie będzie już jej dane się pożegnać, i niewolników, którzy ciężką pracą i oddaniem zasłużyli na długo wyczekiwaną wolność.

Tyle rzeczy, którym winna jeszcze uwagę, a czasu tak niewiele.

Antonia słabła z każdym dniem. Każdym członkiem swego mizerniejącego ciała czuła nadchodzący nieubłaganie koniec. Twarz miała bladą i pooraną głębokimi zmarszczkami. Rzadkie włosy przykrywała chustą, aby miejsca, w których ich brak był szczególnie dotkliwy, nie rzucały się w oczy. Dłonie o skórze tak cienkiej, że przeświecały przez nią nawet najmniejsze żyłki, były zesztywniałe. Oddech miała płytki i świszczący. Niekiedy zapadała w drzemkę - wówczas niewolnicy podchodzili do niej ostrożnie, by sprawdzić, czy ich pani jest jeszcze z nimi, czy już odeszła, by dołączyć do swych wielkich przodków. Upewniwszy się, że jej pierś unosi się w równym rytmie, okrywali ją ciepłą narzutą i zostawiali w spokoju.

Życie doświadczyło ją boleśnie - była sierotą wychowywaną przez matkę u boku surowego cesarza Augusta i jego zaborczej żony Liwii; była matką uwielbianego przez rzymian Germanika, w którym plebs widział kolejnego cesarza; była wreszcie tą, która upadła na dno - upokorzona przez wszechpotężnego Sejana, zdeptana i bezsilna, a na koniec - zwycięska. Teraz, u kresu swego żywota, znów była największą damą Rzymu - symbolem minionej epoki, którą Rzymianie jeszcze długo mieli wspominać jako złoty wiek augustowski.

Leżała w miękkiej pościeli, a zamazane przez upływający czas obrazy przeszłości wolno przewijały się w jej pamięci. Sejana udało się Antonii pokonać, ale skutków jego zbrodni nie można było odwrócić. Pozostawało tylko oddawać cześć na ołtarzu domowych larów duchom nieszczęsnych bliskich.

Antonia nasłuchiwała piania kogutów, które pierwsze obwieszczały wschód słońca. Lecz do świtu było jeszcze daleko. Gdy kres życia nadchodzi, szkoda czasu na sen... Dlatego w ostatnich miesiącach sypiała coraz mniej. Leżąca u wejścia do jej sypialni niewolnica od dawna pochrapywała cichutko, a Antonia wciąż rozpamiętywała swą przeszłość i zastanawiała się, co powinna jeszcze uczynić, nim bogowie zabiorą ją z tego świata.

Łoże opuszczała już bardzo rzadko. Pora dzienna różniła się dla niej od nocnej jedynie tym, że po zmroku pozostawała sama ze swymi myślami i troskami. Czas między wschodem i zachodem słońca wypełniały jej niezliczone spotkania z całym korowodem ludzi podchodzących do jej łoża: bliższych i dalszych krewnych, interesantów, którzy chcieli skorzystać z jej bogactwa i ostatniej być może okazji dobicia korzystnego targu, klientów proszących o przysługę, wróżbitów, znachorów, astrologów, a na koniec zwykłych oszustów, którzy pragnęli zarobić na cierpieniu starej patrycjuszki. Niekiedy musiała wzywać swych wyzwoleńców: Pallasa, Narcyza lub Kalliksta, by przegonili sprzed jej domu oczekujący spotkania tłum. Kiedy wreszcie znów była sama, kazała się przenosić do ogrodu za domem, gdzie niewolnicy sadzali ją w fotelu i szczelnie okrywali kocami przed chłodem. Tam - w ciszy i spokoju, pod zawsze zielonymi cyprysami, pośród bukszpanów, między którymi kazała ustawić odziedziczone po ojcu arcydzieła greckich mistrzów odlane w brązie - mogła rozmyślać nad swym największym obecnie problemem: przyszłością wnuka, Gajusza Kaliguli.

Nieśmiały promień słońca niczym nieproszony gość wpadł przez niewielki lufcik w czteroskrzydłowych drzwiach odgradzających sypialnię Gajusza od wschodniego portyku cesarskiego pałacu na Kaprei. Blady policzek śpiącego młodzieńca rozświetlił się jasną plamą, która wraz z przemieszczaniem się słonecznej tarczy wędrowała w stronę jego oczu. Zmrużył powieki i zaczął się leniwie przeciągać.

Wybudziwszy się, leżał jeszcze przez chwilę nieruchomo, nasłuchując szumu fal i wiatru gwiżdżącego w załomach skał, na których posadowiono willę. Niedługo potem posłyszał ciche kroki wyzwoleńca, którego przydzieliła mu kiedyś babka Antonia; od tamtej pory wszędzie mu towarzyszył. Kotara, za którą znajdował się korytarz prowadzący do oficjalnej części rezydencji, rozsunęła się i do sypialni wszedł Helikon.

- Bądź pozdrowiony, panie. Pora wstać - rzekł sucho.

Podszedł do szerokich drzwi i jednym ruchem złożył ich skrzydła, wpuszczając do wnętrza ostre słoneczne światło, a wraz z nim przenikliwy chłód poranka. Izba była teraz otwarta na portyk biegnący wzdłuż szczytu klifu, na którym rozpościerał się pałac. Za nim widać było gładką taflę morskiej toni i zamglony zarys brzegów Zatoki Neapolitańskiej oraz wystający ponad mgłą czubek Wezuwiusza. Gajusz mocniej nakrył się kolorową narzutą, by jeszcze na chwilę zatrzymać resztki szybko uciekającego ciepła.

Helikon był jedynym kompanem Kaliguli na wyspie; dzięki niemu samotność nieco mniej doskwierała wnukowi Antonii. To on wynajdywał w cesarskiej bibliotece dzieła zakazane, które Gajusz czytał z zapartym tchem. To z nim w wolnych chwilach ćwiczył się w fechtunku. On przynosił piłkę, zachęcając swego podopiecznego do gry w ogrodach, i brał na siebie winę, gdy w trakcie tych zabaw cierpiały drogocenne krzewy pielęgnowane przez ogrodników imperatora. Zbliżyli się tak bardzo, że Kaligula pozwalał wyzwoleńcowi na towarzyszenie mu w łaźni, a czasem na dołączenie do figlów z którąś z niewolnic.

Helikon był od Kaliguli tylko niewiele starszy, lecz z powodu potężnej postury wydawał się poważniejszy. Obaj byli wysokiego wzrostu, ale Gajusz był chuderlawy, miał długą i wąską szyję oraz delikatnej budowy kończyny. Czoło miał wysokie, a linię włosów cofniętą. Jego twarz pokrywał trądzik. Helikon zaś prezentował się okazale ze swymi nadzwyczaj szerokimi barami, grubym karkiem i silnymi nogami widocznymi spod tuniki.

Wyzwoleniec stanął nad młodzieńcem, trącając go wielką dłonią z krótkimi palcami.

- Wstawaj, panie, cezar nie będzie zadowolony, jeśli znów się spóźnisz.

Gajusz niechętnie usiadł na łożu.

- Co mamy dzisiaj w planie, Helikonie?

- To, co zawsze - odparł tamten. Podszedł do Gajusza i zdjął z niego nieświeżą tunikę. Z pomieszczenia obok przyniósł czyste odzienie i zaczął go ubierać. - Po śniadaniu spędzisz czas z nauczycielami, po obiedzie jesteś wolny. Jeśli nasz princeps pozwoli i pogoda dopisze, zejdziemy schodami z klifu i zabiorę cię na przejażdżkę łódką.

- Obiecywałeś to już wczoraj.

- Ale wtedy zerwał się wiatr. Manewrowanie między skałami byłoby zbyt niebezpieczne. Niedawno jeden z gości Tyberiusza zapragnął ujrzeć słynne błękitne groty, w które wdziera się morze. Wzburzone fale tak mocno rozbujały łódź, że wszyscy wypadli za burtę, a wielu utonęło.

- Słyszałem - mruknął Kaligula.

- Ponoć pół Rzymu plotkuje, że Tyberiusz celowo doprowadził do katastrofy, by pozbyć się kogoś, kto był dlań niewygodny.

- Nie dziwię się.

- Gdyby coś ci się stało, panie, twoja babka kazałaby pozbawić mnie męskich klejnotów i wysłałaby na Wschód, gdzie do końca życia pilnowałbym haremu jakiegoś pomniejszego książątka. - Helikon wyszczerzył zęby. - Albo sam stałbym się tego haremu częścią!

Kaligula uśmiechnął się, Helikon zaś ukląkł, by zawiązać rzemyki sandałów na stopach pana, który w tym czasie rozcierał zziębnięte dłonie.

- Ktoś nas dzisiaj odwiedzi? - spytał młodzian.

- Tyberiusza odwiedzają dziesiątki ludzi dziennie: posłańcy Makrona, senatorowie, posłowie obcych królestw. Kogo masz na myśli, Kali... - Helikon chciał zwrócić się do Gajusza nielubianym przez niego przezwiskiem "Kaligula", lecz w porę ugryzł się w język.

- Tracę tu tylko czas - mruknął młodzieniec do siebie. - Mógłbym teraz korzystać z uroków życia w Mieście u boku jakiejś pięknej kobiety lub z przyjaciółmi. To gorsze niż więzienie.

- Nie kpij, panie, z tych, którzy swe życie zakończyli w prawdziwych lochach, w tym także z twego brata Druzusa! - upomniał go Helikon.

Gdy Druzus umierał zamęczony przez Sejana, Kaligula był więźniem w pełnym luksusów pałacu na wyspie. Wieści o straszliwym końcu brata dotarły nawet na to odludzie, doprowadzając wnuka Antonii do rozpaczy, a zarazem budząc przerażenie tym, że może go spotkać podobny los. Po upadku znienawidzonego prefekta wrócił na jakiś czas do Rzymu, do swej babki Antonii. Wtedy też pojął za żonę wskazaną mu przez Tyberiusza kobietę - Junię Klaudyllę. Nie mieszkał z nią długo. Wkrótce bowiem do domu Antonii przybył posłaniec Tyberiusza z pismem wzywającym Gajusza do niezwłocznego stawienia się przed obliczem imperatora. Ponownie udał się na wyspę. Żony już nigdy nie zobaczył.

Po co Tyberiusz trzymał go przy sobie? Tego Kaligula nie wiedział. Jakie miał wobec niego plany? Mógł się jedynie domyślać.

- Tęsknię za babcią i siostrami - rzekł bardziej do siebie niż do krzątającego się wyzwoleńca.

Gdy Gajusz dumał o swym dziwnym losie i o tym, co szykowali mu jeszcze bogowie, Helikon przytaszczył misę z wodą, którą ustawił na wysokim trójnogu z brązu, by Kaligula obmył twarz.

Młodzieniec narzucił na siebie ciepły wełniany płaszcz i wyszedł ze swego mieszkania. Wraz z podążającym dwa kroki za nim Helikonem udał się do biblioteki. W jej przedsionku postawiono stół, na którym niewolnicy podali śniadanie. Przy stole stały tylko dwa krzesła. Na jednym siedział nastoletni chłopiec.

- Witaj, Gemellusie - rzekł Kaligula.

- Salve! - odparł tamten chłodno.

Gemellus był nie tylko towarzyszem niedoli Kaliguli na Kaprei, lecz łączyły ich także więzy krwi: Gemellus był wnukiem Tyberiusza, a Kaligula - wnukiem Tyberiuszowego brata.

Kaligula usiadł i sięgnął po suszone figi i morele. Jedli w milczeniu, od czasu do czasu dając znak stojącym u drzwi niewolnikom, by uzupełnili puchary winem rozcieńczonym wodą. Gdy skończyli, wstali od stołu i - jak co dzień - przeszli do cesarskiej biblioteki. Pomieszczenie wypełniały szafy z półkami, na których leżały tysiące skórzanych futerałów. Każdy miał zwisającą etykietkę z zanotowanym tytułem i autorem dzieła znajdującego się w środku. Między szafami stały hermy z popiersiami greckich filozofów i dramatopisarzy: Platona, Arystotelesa, Sokratesa, Eurypidesa, Ajschylosa, Sofoklesa... Rzeźby przedstawiały mężczyzn w sile wieku, z przerzedzonymi włosami, gęstymi brodami i głębokimi zmarszczkami na czołach. W powietrzu unosił się specyficzny zapach, będący mieszanką woni starej wyprawionej skóry, kruszejących papirusów i zwykłego kurzu.

W bibliotece czekał na nich nauczyciel odziany w grecki chiton i z rózgą w dłoni. Jego głowę wieńczyła bujna, zupełnie siwa czupryna, która płynnie przechodziła w lekko postrzępioną brodę.

- Znowu się spóźniliście - zrugał wchodzących. Choć mówił po łacinie, w jego głosie wyczuwało się wschodni akcent. - Siadajcie. Dzisiaj będziemy mówili o ludach germańskich i historii podboju Germanii.

Gdy nauczyciel wymieniał niezliczone plemiona zamieszkujące Germanię i ich zwyczaje, gdy wyjaśniał, jaki jest ich stosunek do Rzymu, Kaligulę wciąż zastanawiało jedno: dlaczego nie może pobierać nauk w stolicy? W jakim celu Tyberiusz sprowadził go do tej wyspiarskiej samotni? Do zdziwaczenia starego cesarza wszyscy w Mieście zdążyli się już przyzwyczaić. Dawno wszak stracili wiarę, że kiedykolwiek powróci nad Tyber po tylu latach nieobecności. Czym się kierował, kiedy żądał, by Gemellus i Kaligula towarzyszyli mu na tym swoistym wygnaniu, na które sam się skazał?

Gdy tak Kaligula rozmyślał, nie zauważył, że Tyberiusz niepostrzeżenie wszedł do biblioteki i usiadł na cedrowym krześle pod ścianą. Cesarz oczy miał głęboko zapadłe, powieki na wpół opuszczone, resztki siwych włosów wieńczyły czaszkę i opadały z tyłu głowy na kark w sposób charakterystyczny dla wszystkich mężczyzn z klaudyjskiego rodu, z którego Tyberiusz się wywodził. Ręce mu się trzęsły tak, że by opanować ich mimowolne ruchy, musiał mocno uchwycić podłokietniki. Nie mówił ni słowa, obserwował jedynie, jak się zachowują dwaj najważniejsi uczniowie Imperium.

Nauka trwała do południa. Dla Kaliguli i Gemellusa nastawał teraz czas wolny, podczas którego mogli robić, co chcieli - oprócz opuszczenia pałacu i przylegających doń ogrodów. Nawet na udanie się do jednej z pozostałych jedenastu cesarskich willi rozsianych po całej Kaprei, a latem na którąś z nielicznych na wyspie plaż potrzebowali zgody Tyberiusza.

Po zajęciach Kaligula wyszedł samotnie pod portyk, po którym wciąż hulał chłodny lutowy wiatr. Nagle, po przeciwnej stronie dziedzińca, ujrzał kobietę siedzącą na ławce pod kolumnadą w towarzystwie dwóch służących, z których jedna, trzymająca w dłoni kawałek papirusu, coś deklamowała. Wytężył słuch, by usłyszeć zdania wypowiadane przez służkę, lecz pośród świszczącego wiatru słowa niewolnicy zlewały się w jeden monotonny szmer. Zawahał się chwilę - Tyberiusz nie lubił, gdy Gajusz rozmawiał z obcymi, i zawsze, gdy się dowiedział, że ów złamał zakaz, okazywał swoje niezadowolenie. Ale tym razem ciekawość okazała się silniejsza. Od dawna żył na wyspie, na której jedyną rozrywkę stanowiło czytanie papirusowych zwojów z cesarskiej biblioteki i - z rzadka - obejrzenie jakiejś teatralnej trupy lub występu tancerek, za jedynego towarzysza miał nisko urodzonego Helikona, a jedynymi rozmówcami byli Gemellus, który z niewiadomych powodów okazywał mu niechęć, i Tyberiusz, z którym Kaligula bał się rozmawiać.

Ruszył w stronę nieznajomej przez dziedziniec wyłożony płytami z różowego marmuru. Gdy był już blisko, usłyszał:

Sztuką jest kierować okręt

przez oceanu otchłanie...

Sztuką - jazda na rydwanie...

Sztuką jest też miłowanie...[3]

- Witaj, domina! - rzekł do siedzącej kobiety. - Skąd znasz te wersy? Wszak są zakazane!

- To tylko poemat o miłości. Jej zaś, czemu nie zaprzeczysz, zakazać nie można - odparła zadziornie.

- Nie o miłości mówię, tylko o słowach, które ją opiewają, a które wyrokiem boskiego Augusta skazane zostały na zapomnienie, podobnie jak ich autor.

- Nie dość skutecznie chyba, bo i ty, panie, wydajesz się z nimi obeznany.

Kaligula się stropił.

- Kim jesteś? - spytał.

- Jestem cnotliwą niewiastą i nie mam zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi - odparowała.

Zmieszał się jeszcze bardziej.

- Wybacz, domina. Mieszkam na tym odludziu tak długo, że dziczeję, a obyczaje stolicy stają mi się obce. - Po czym z dumą wyrecytował: - Jestem Gajusz, syn Germanika i Agrypiny Starszej, ze strony ojca - wnuk Druzusa Starszego, brata Tyberiusza, i Antonii Młodszej, a także prawnuk Marka Antoniusza; ze strony matki - prawnuk Augusta.

- Ach, więc to ty... - szepnęła i ku jego zdziwieniu skłoniła lekko głowę.

- Wydajesz się zaskoczona.

- Raczej zaszczycona.

- Zaszczycona? Czym?

- Nieczęsto mam okazję rozmawiać z kimś z Rodziny, i to jeszcze tak znamienitym.

Zamilkł na chwilę, by dokładniej się jej przyjrzeć. Wyglądała na nieco starszą od niego. Skórę miała gładką i jasną, a rudawe gęste włosy zaplecione w niezliczone warkocze upięte w zgrabny kok, ale urodą swą uwagi nie przykuwała. Stola do kostek i jasny płaszcz - eleganckie, choć nie wytworne - wskazywały, że była jedną z tysięcy kobiet stanu ekwickiego, których ambitni mężowie lub ojcowie wprawdzie żyli godnie z dochodów z posiadłości ziemskich lub ze sprawowania funkcji w cesarskich prowincjach, lecz daleko im było do fortun starych republikańskich patrycjuszy lub do nowej arystokracji powstałej za panowania Augusta.

- Teraz, kiedy już wiesz, że nie z byle przybłędą rozmawiasz, wyjawisz mi swe imię? - spytał, przerywając milczenie.

- Jestem Cezonia Milonia, córka Cezoniusza i Wistylii, żona Anicjusza, zastępcy prefekta wigilów[4] w Rzymie. Wybacz moją wcześniejszą śmiałość. Nie jestem ci równa, panie - skłoniła się ponownie. - Przybyłam z mężem, który właśnie zdaje Tyberiuszowi raport ze stanu zabezpieczenia Miasta przez kohorty wigilów.

Po wcześniejszej zadziorności Cezonii nie pozostał nawet ślad, teraz na jej twarzy malowało się raczej zawstydzenie. Wtedy dostrzegł to, na co wcześniej nie zwrócił uwagi: w jej zachowaniu było coś, co większość wielkich arystokratek towarzyszących swym mężom podczas ich wizyt u cesarza już dawno zatraciła. Może był to zachowany mimo wieku dziewczęcy urok? Może tych kilka piegów na jej twarzy sprawiało, że wyglądała na młodszą, niż była w rzeczywistości? A może to oczy, skromnie spuszczone, lecz rzucające niekiedy przekorne spojrzenia? Nagle poczuł do niej sympatię.

- Długo zostaniesz na Kaprei? - spytał.

- Nie wiem. Tyle, ile cezar uzna za potrzebne widzieć mego męża.

Pomyślał, że może uda mu się czymś jej zaimponować.

- Nie mamy tu zbyt wielu rozrywek. Jeśli sprawi ci to przyjemność, zaprowadzę cię do biblioteki. Jest tam wiele dzieł, których nie znajdziesz nawet w Rzymie - powiedział zachęcająco. - Także te zakazane!

- A mój mąż? - spytała niepewnie.

- Mąż? Przecież czytanie nie jest niegodne zamężnej niewiasty! - uśmiechnął się. Razem udali się do skrzydła mieszczącego cesarski księgozbiór. Po zakończonej lekcji biblioteka była pusta. Kaligula z dumą pokazywał gościowi najrzadsze pisma, których próżno szukać gdzie indziej.

Cezonia towarzyszyła Kaliguli na Kaprei przez kilka dni, które były dla niego jak haust świeżego powietrza, odmiana od przygniatającej bezbarwnej codzienności. Anicjusz opuszczał żonę o poranku i całe dnie spędzał z cesarzem, w tym zaś czasie Kaligula pokazywał Cezonii wspaniałości cesarskiej rezydencji, niezwykłe zakątki w malowniczych ogrodach ją otaczających i zapierające dech w piersiach widoki z klifu.

Gdy już szykowała się wraz z mężem do wyjazdu, Gajusz zapragnął ujrzeć ją po raz ostatni. W popołudnie poprzedzające dzień rozstania, kiedy oprowadzał ją po arkadach okrągłej świątyni Neptuna zbudowanej na wysokim i niedostępnym występie skalnym, powiedział z żalem:

- Wiele bym dał, by pojechać z tobą!

Roześmiała się, ukazując wszystkie zęby, mrużąc oczy i lekko przechylając głowę.

- Panie, mieszkasz w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Czego ci tu brakuje?

- Czego? - zaśmiał się nerwowo. - Kogoś, komu mógłbym powiedzieć, jak bardzo jestem samotny, jak mocne są okowy, którymi mnie spętano, jak bardzo jestem niewolnikiem decyzji podejmowanych przez innych, ważniejszych i silniejszych ode mnie, i że nie ma poranka, bym się nie zastanawiał, czy dożyję zachodu słońca...

Słysząc to, nagle spoważniała.

- O bogowie! Zaprawdę jesteś nieszczęśliwym człowiekiem! - szepnęła z przejęciem.

W Rzymie poranek był wyjątkowo chłodny nawet jak na tę porę roku. Od kilku dni jego mieszkańcy obchodzili Parentalia - święto, podczas którego czczono duchy zmarłych przodków. Poza granice Miasta udawały się dziesiątki tysięcy ludzi, by na grobach swych bliskich złożyć ofiarę za ich dusze. Jeszcze do zeszłego roku Antonia kazała się zanosić w lektyce do znajdującego się nad brzegiem Tybru mauzoleum Augusta, gdzie spoczywały prochy jej męża Druzusa, matki Oktawii i najdroższego syna - Germanika. Tym razem została w domu, a ofiarne pokarmy zaniósł w jej imieniu czterdziestosiedmioletni Klaudiusz - jedyne jej dziecko pozostałe przy życiu po niesławnych rządach Sejana. Choć zagniewane jej nieobecnością duchy mogły się na niej mścić, słabnące z każdym dniem ciało nie pozostawiało wyboru - najmniejszy ruch sprawiał nieznośny ból. Mogła więc jedynie modlić się do przodków, by wybaczyli jej uchybienia pradawnym zwyczajom.

- Narcyzie! - zawołała swego wyzwoleńca. - Narcyzie!!!

Po chwili usłyszała, jak biegnie w stronę tablinum[5], dokąd - ze względu na lepsze warunki do przyjmowania gości - kazała przenieść swe łoże. Tupot jego stóp ledwo przebijał się przez dobiegający z jednego z odległych pomieszczeń śmiech młodych dziewcząt.

- Tak, domina? - spytał zdyszany.

Był, obok Pallasa i Kalliksta, jej najzaufańszym człowiekiem. Wyzwalając go wiele lat temu, podarowała mu dom; z czasem dzięki przysługom, jakie jej wyświadczał, zdobył bogactwo, co pozwoliło mu żyć na wysokiej stopie. Lecz nawet uzyskawszy wolność, wciąż miał obowiązki wobec swej dawnej właścicielki. Obowiązki, którym musiał zadośćuczynić, zwłaszcza teraz - prawdopodobnie w ostatnich dniach jej życia.

Patrzenie na niego sprawiało jej przyjemność; jego greckie rysy i nieskazitelne proporcje ciała mogłyby stanowić pierwowzór posągu - jednego z tych pięknych dzieł rabowanych przez Rzymian, jak Achaja długa i szeroka, i przewożonych potem do ich rezydencji. Gdyby jego panią była kobieta mniejszą wagę przywiązująca do przestrzegania moralności przodków, zapewne niejedną noc spędziłby w jej łożnicy, a obsypany przez nią podarkami, o wiele szybciej stałby się człowiekiem majętnym. Uśmiechnęła się w duchu - wiek sprawiał, że jej własna przyzwoitość nie musiała już się mocować z pożądaniem. Patrzyła więc na niego jedynie jak na piękny i radujący oczy obiekt, będący tylko bladym wspomnieniem rozkoszy dawno minionych.

- Czy przyszły jakieś wieści z Kaprei? - spytała, nie spuszczając z niego oczu.

- Nie, domina. Nie było dzisiaj żadnych posłańców. Mam tam kogoś wysłać?

- Tak. Podyktuję ci list do Kaliguli. I poślij po Klaudiusza. Może już wrócił z mauzoleum. Jest mi potrzebny. - Opadła na posłanie, pogrążając się w zadumie, Narcyz zaś pobiegł wykonać jej polecenia.

W pewnej chwili Antonia zdała sobie sprawę, że ucichł dziewczęcy śmiech, dobiegający wcześniej z drugiego końca rozległej rezydencji. Wytężyła słuch; poczuła instynktowny niepokój. Już miała przywołać któregoś ze sług, by sprawdził, co jest przyczyną tej nagłej ciszy, gdy z wielkim rumorem wpadły do jej tablinum trzy młode kobiety w wyśmienitych humorach: Druzylla, Liwilla i Agrypina Młodsza.

- Musimy już wracać, babciu! - zaszczebiotała z uśmiechem Liwilla, najmłodsza z sióstr. - Nasi mężowie zaczną podejrzewać, że zechcesz nas zatrzymać!

- Już dobrze, wasze lektyki zaraz zostaną podstawione. Zmykajcie! Jestem zmęczona i muszę się zdrzemnąć.

Wszystkie trzy po kolei podchodziły do Antonii i całowały ją w dłoń. Po chwili już ich nie było.

"Jakież one muszą być szczęśliwe, żyjąc w nieświadomości tego, co dzieje się dokoła! Co będzie, gdy mnie zabraknie? Kto o nie zadba?" - pomyślała, przymykając oczy. Zapadła w drzemkę.

Klaudiusz pojawił się dopiero po południu. Gdy powiadomiono Antonię o jego przybyciu, kazała odprawić wszystkich interesantów. Klaudiusz wszedł, ucałował jej dłoń leżącą na pościeli i usiadł w fotelu naprzeciw łoża. Próbowała nie zwracać uwagi na jego cudaczny wygląd czyniący zeń pośmiewisko połowy Rzymu - rozchwianą postawę, niemal bezwładną jedną rękę, opuszczony kącik ust, z którego niekiedy spływała strużka śliny. Kiedyś jego wady irytowały ją tak bardzo, że w chwili gniewu nazwała go stworem przedziwnym - zaczętym, lecz nieukończonym. Jednakże w czasach, gdy cała Rodzina jednoczyła się w walce z potężnym Sejanem, pojęła, jak bardzo odpychająca powierzchowność syna przysłaniała przymioty jego intelektu, i że to August miał wiele lat temu rację, gdy napominał ją, iż Klaudiusz jest najbardziej niedocenianym członkiem Rodziny.

- Witaj, synu! - rzekła. - Martwi mnie sytuacja Kaliguli.

- Wiem, matko - odparł krótko. - Mnie również.

- Dowiedziałeś się, jaką decyzję podjął Tyberiusz?

- Przekupiłem jego sekretarza. Mówi, że cesarz wciąż się waha.

Antonia ściągnęła brwi.

- "Waha się" - powiadasz? Cały Tyberiusz! Nic się nie zmienił! Wiecznie tylko "się waha" i snuje te swoje filozoficzne rozważania o tym, co będzie najlepsze dla nas, dla Rodziny. A przecież czasu jest coraz mniej! Decyzja musi być podjęta natychmiast! Nad czym się tu zastanawiać?

W Antonii narastało rozżalenie. W minionych latach niezdecydowanie Tyberiusza omal nie doprowadziło do utraty władzy przez Rodzinę - potomków Juliuszy i Klaudiuszy, i kosztowało życie niemal wszystkich jej bliskich. Odetchnęła głęboko.

- Klaudiuszu, czas Tyberiusza dobiega końca. Cezar może odejść w zaświaty za rok lub dwa, ale równie dobrze może skonać jutro. Musimy zabezpieczyć naszą pozycję.

- Wiem, ale...

- Nie ma żadnego "ale"! Tyberiusz nie przypadkiem trzyma przy sobie Kaligulę i Gemellusa. Jednego z nich musi wyznaczyć na swego następcę. Naszym zadaniem jest uczynić wszystko, by jego wybór padł na Kaligulę. Wiesz, co się stanie, jeżeli władza zostanie przekazana w ręce Gemellusa?

- Domyślam się.

- Więc wiesz także, że plotki o wątpliwym pochodzeniu Gemellusa z linii Tyberiusza nie są całkiem wyssane z palca. Jest publiczną tajemnicą, że został spłodzony przez Sejana, a nie Tyberiuszowego syna. Jeżeli więc Gemellus zostanie cesarzem i odkryje swą przeszłość, będzie mścił się na nas wszystkich.

- Z powodu tego, co zrobiliśmy z Sejanem i Julią, jego matką, ma powody, by nas nienawidzić.

Antonia zacisnęła usta. Słowa Klaudiusza przypomniały bolesną przeszłość, o której wolała zapomnieć. Rozdrapały rany dawnych zdrad, których wybaczyć nigdy już nie będzie potrafiła. Przecież Julia, jej własna córka, sprzeniewierzyła się Rodzinie i została kochanką Sejana, czego pamiątką był właśnie Gemellus. Jak na ironię - wnuk Antonii!

- Wszyscy tkwimy w tym po uszy. Ale to dodatkowy powód, dla którego Gemellus, gdy dorośnie, będzie nas zwalczał - dokończył Klaudiusz. - Zniszczy to, co pozostało z Rodziny.

- Tak. Nie przeżyją ani Kaligula, ani Agrypina, ani Liwilla, ani Druzylla, zapewne nawet ty, mimo twych ułomności.

- Matko, wiem to wszystko. Codziennie odprawiam modły do moich larów domowych, by bogowie nie dopuścili do przejęcia władzy przez Gemellusa.

- Modły to za mało. Musimy wziąć sprawy w swoje ręce. Rozmawiałeś z Makronem? - spytała, badawczo wpatrując się w syna.

Makron był oficerem, który kilka lat wcześniej pomógł Tyberiuszowi i Antonii pozbyć się Sejana. W nagrodę za lojalność otrzymał od cesarza stanowisko prefekta gwardii pretoriańskiej. Zastępując Sejana, przejął władzę, którą ten skupił w swoich rękach, i stał się najpotężniejszym po cesarzu człowiekiem w państwie.

- Tak - odparł Klaudiusz.

- Co o nim sądzisz?

- Jest rozsądny. I lojalny.

- Wobec Tyberiusza czy wobec nas?

- To skomplikowane - odparł, jąkając się, Klaudiusz. Znów zaczął kołysać głową na boki.

- Mów! - nalegała.

- Makron jest niewiele lepszy od Sejana. Wykorzystuje swą władzę w takim samym jak tamten stopniu i jedyne, co go różni od poprzednika, to mniejsza ambicja.

- Muszę wiedzieć, czy w chwili próby stanie po naszej stronie - rzekła dobitnie Antonia. - Muszę! Przyprowadź go do mnie!

Klaudiusz wyszedł spełnić prośbę matki, ona zaś pogrążyła się w zadumie. Sprawy komplikowały się coraz bardziej. Kiedy pomogła Tyberiuszowi pozbyć się Sejana, wydawało się, że Kaligula jest teraz pewnym kandydatem na następcę cesarza. Nieoczekiwanie jednak stronnicy dawnego prefekta, których nie udało się całkiem wytępić po jego upadku, zaczęli snuć nowe intrygi i próbowali wpłynąć na cesarza, by ponownie przemyślał sprawę sukcesji. Przekupili Trazyllosa, nadwornego astrologa Tyberiusza, aby przepowiedział princepsowi, że wedle układu gwiazd i planet prawdopodobieństwo, iż Kaligula zostanie następnym cesarzem, jest równe temu, że konno przejedzie w poprzek zatokę Baje. Na nic zdały się starania Antonii, by wykazać absurdalność przepowiedni. Tyberiusz bezkrytycznie ufał każdemu słowu swego wróżbity od czasu pamiętnego dnia na Rodos, kiedy ów uwiarygodnił swoje umiejętności. Powiadano, że cesarz, rozdrażniony niepomyślnymi horoskopami, chciał go już pozbawić życia, strącając z nadmorskiego klifu. Postanowił jednak dać mu ostatnią szansę i wskazując na nadpływający statek, spytał, jaką przyszłość mu ten okręt przynosi. Trazyllos miał wówczas odpowiedzieć, że jego własną śmierć lub długie życie. To wystarczyło, by Tyberiusz uwierzył w nadzwyczajne zdolności astrologa. Ostatnia przepowiednia dotycząca Kaliguli obróciła wniwecz wcześniejsze starania Antonii i sprawiła, że los jej wnuka znów stał się niepewny.

Kaligula nie mógł sobie znaleźć miejsca w Villa Jovis. Cezonia wyjechała i znów był sam, zdany na towarzystwo zgorzkniałego Tyberiusza, małomównego Gemellusa i prostackiego Helikona. Znów chodził na lekcje prowadzone przez zatrudnionych w pałacu nauczycieli i całymi popołudniami przesiadywał w cesarskiej bibliotece, studiując papirusy, które agenci cesarza ściągali z najdalszych zakątków Imperium. Dni wciąż były chłodne i krótkie, zachodni wiatr dął niemiłosiernie, wpadając w otwarte portyki pałacu wybudowanego na szczycie najwyższego wzgórza Kaprei. Chmury, ciemne niczym ołów, przetaczały się tuż nad czerwonymi dachami rezydencji, pogłębiając w jej mieszkańcach nastrój przygnębienia i beznadziei.

Lata spędzone u boku cesarza nauczyły Kaligulę, by nie uskarżać się na swój los, który i tak był lepszy niż to, co spotkało jego dwóch nieszczęsnych braci: Druzusa zagłodzonego w lochach Palatynu oraz Nerona, zapewne zamordowanego wraz z matką przez siepaczy Sejana na Pandaterii.

Któregoś wieczora Helikon przyniósł Gajuszowi list, który posłaniec ze stolicy dostarczył wraz z pocztą przeznaczoną dla cesarza. Kaligula otworzył futerał i rozwinął papirus spisany ręką wyzwoleńca Antonii w jej imieniu.

Antonia Młodsza do Gajusza Cezara

Mam nadzieję, że cieszysz się dobrym zdrowiem i że pobytu u Tyberiusza na Kaprei nie odbierasz jako kary ani więzienia jak w czasach, gdy Sejan siał w Rzymie terror.

Moje dni dobiegają końca, lecz na tym ziemskim padole muszę wykonać jeszcze jedno, być może najcięższe, zadanie. Zapewne nie jest już dla Ciebie tajemnicą, że zostałeś wezwany przez Tyberiusza jako jeden z jego potencjalnych następców. Niebawem cezar będzie musiał dokonać wyboru, kto w razie jego śmierci ma przejąć po nim władzę. W tej chwili jest tylko dwóch liczących się kandydatów: Ty, mój drogi wnuku, i Gemellus. Musisz jednak wiedzieć, że sukcesja to skomplikowany proces, w którym przyszły władca musi zapewnić sobie poparcie nie tylko senatu, lecz także wojska, a nade wszystko - ludu Rzymu. Od czasu, kiedy panem Rzymu został Oktawian August, władza nad Imperium nie była przekazywana mężczyźnie tak młodemu. To ogromne wyzwanie dla Tyberiusza i dla nas wszystkich, by mimo to w państwie nie zapanował chaos, a Rodzina utrzymała swą supremację nad innymi wielkimi rodami.

Nie troskaj się jednak o to - naszym wspólnym zadaniem, tu w Rzymie, jest wspomóc Tyberiusza, by jego wybór był trafny i dobry zarówno dla Rodziny, jak i całego Imperium. Twoim zaś - dać mu poznać wszystkie twe zalety i wady, które mogą mieć znaczenie dla przyszłości państwa.

Bądź zdrów i oczekuj ode mnie wiadomości.

Zwinął papirus w ciasny rulon i umieścił z powrotem w futerale.

- Schowaj to do skrzyni - rzekł do służącego, wskazując na drewniany mebel w kącie sypialni.

Położył się na wznak na łożu, oczy wbił w belki stropu malowane w pstrokate wzory. Helikon swymi grubymi palcami zaczął niezdarnie rozwiązywać rzemyki jego sandałów.

- Myślisz, że słudzy Tyberiusza otworzyli list? - spytał.

- Odebrałem go od posłańca przybyłego z Rzymu, więc ryzyko, że ktoś czytał go przed tobą, panie, jest niewielkie, ale wykluczyć go nie mogę.

- Rozumiem - rzekł Kaligula, po czym głośno westchnął: - Zresztą to bez znaczenia.

Umiał czytać między wierszami, a Antonia od tak dawna uczestniczyła w politycznych intrygach i tyle wiedziała o metodach, jakimi posługują się cesarz i służby dbające o jego bezpieczeństwo, że potrafiła przekazać każdą wieść w sposób nienarażający ani jej, ani odbiorców na niepotrzebne ryzyko. Wiadomość była jasna: powinien być w każdej chwili gotów na zajęcie miejsca Tyberiusza i zdać się na babkę oraz resztę Rodziny, która przygotuje grunt pod płynne przejęcie władzy.

Czuł się jak łupina orzecha miotana falami po wzburzonym morzu. Kilka lat temu ocean wielkiej polityki uśmiercił jego ojca, matkę i braci. Całkowicie bezsilny wobec potęgi żywiołu tworzącego historię, mógł jedynie zdać się na łut szczęścia i liczyć, że uspokoiwszy się, wody wyrzucą go na przyjazną, rozgrzaną słońcem plażę. W przeciwnym razie podzieli los bliskich.

Kiedy Kaligula odczytywał korespondencję od Antonii, ona również otrzymała list. Leżała w łożu w swym gabinecie, a dokoła niej krzątali się niewolnicy anonsujący przybycie kolejnych interesantów. Choć hypokaustum[6] pracowało pełną parą, w tablinum wciąż było chłodno, więc słudzy rozstawili przy łożu Antonii piece z brązu, do których co rusz dorzucali węgla drzewnego. Tuż po zmierzchu, gdy dożywająca swych dni arystokratka poddawała się wieczornym zabiegom pielęgnacyjnym, do gabinetu wszedł Narcyz z futerałem.

Antonia obejrzała go dokładnie: miał cesarskie pieczęcie Tyberiusza.

- Otwórz i przeczytaj! - rozkazała.

Wyzwoleniec wyjął papirus.

Tyberiusz Klaudiusz Neron[7] do Antonii Młodszej

Z listów, które ostatnio od Ciebie otrzymuję, wnoszę, że czujesz się coraz słabsza. Mój lekarz także przygotowuje mnie na zbliżający się koniec. Może się okazać, iż w tę ostatnią podróż, w którą każdy człowiek musi się udać, my ruszymy wspólnie. Cóż za ironia! Wiele nas dzieliło przez te wszystkie lata, które choć okazały się pomyślne dla Rzymu, nas i naszych bliskich od jednego nieszczęścia do drugiego wiodły. Zaiste bogowie wykazali się nie lada poczuciem humoru, wyznaczając kres naszego istnienia na ziemskim padole na ten sam czas! Może Charon zechce przewieźć nas razem na drugą stronę Styksu. W znajomym towarzystwie raźniej będzie mijać Cerbera strzegącego wrót Tartaru.

Pewnie zadajesz sobie pytanie - co dalej? Jak chcę zabezpieczyć Rodzinę przed zmianami, które nadejdą, gdy nas już nie będzie. Zaprawdę, powiadam Ci - nie wiem! Bogowie za nic mieli moje zamiary, z jakimi nosiłem się wobec Rzymu; niweczyli wszystkie plany, jakby z mym losem igrali. Czy mi wierzysz, czy nie, ale zamierzałem uszanować wolę boskiego Augusta i uczynić Twego Germanika moim następcą. Jednak oni chcieli inaczej. Widziałem później w mym synu Kastorze przyszłego władcę - na próżno. Także Sejan, którego obdarzyłem największym zaufaniem, jakim mężczyzna może obdarzyć innego - okazał się niegodzien. Wszyscy przeszli na drugą stronę Styksu, zostawiając mnie z moimi zamysłami samego.

Teraz więc zadaję sobie pytanie, jaki sens ma decydowanie przeze mnie, kogo kolejnym władcą Rzymu uczynić, skoro każdą moją decyzję nieśmiertelni gotowi swawolnie uchylić, każdy zamiar - odwrócić, a każdy plan dla czczej igraszki poplątać?

Dlatego wpadłem na pomysł, że tym razem to ja zabawię się kosztem bogów, i postanowiłem, że...

W tym miejscu Narcyzowi czytającemu Tyberiuszowy list głos się załamał.

- ...postanowiłem, że... - powtórzył, spoglądając bezradnie na Antonię.

- No czytajże, co postanowił! - sapnęła zniecierpliwiona staruszka.

- ...postanowiłem, że nie wskażę senatowi, kogo rekomenduję na swego następcę.

- Co??? - Antonia ze zdumienia uniosła się na posłaniu.

- Niechaj senatorowie sami zdecydują, komu stery państwa przekazać. Wciąż tylko szepczą po kątach, że zaprowadziłem tyranię i pozbawiłem ich wpływu na bieg spraw w państwie. Niechaj więc wykażą się teraz zdolnością do zgodnego podejmowania decyzji.

August, umierając, rzekł ponoć na łożu śmierci, że dobrze odegrał swą rolę w farsie, jaką jest życie. Moje życie bardziej przypominało grecką tragedię niźli komedię. Więc niechajże przynajmniej teraz, gdy już się wreszcie kończy, uciechę mam, patrząc, jak to stado baranów głowi się nad uzgodnieniem decyzji, której ja podjęcia na łożu śmierci odmawiam! Jak miotają się bezradni niczym kura, gdy rzeźnik jednym szybkim ruchem jej głowę odrąbie!

"Bądź zdrowa!" powinienem napisać na zakończenie, lecz wiem, że w stanie, w jakim oboje się znajdujemy, zabrzmiałoby to raczej jak kpina niż szczere życzenie. Pożegnam się zatem krótko: "do rychłego zobaczenia!", bo niebawem spotkamy się w miejscu, do którego wszystkie dusze koniec końców zmierzają.

Narcyz zakończył. Osłupiała Antonia milczała.

- Oszalał! - wyszeptała wreszcie z przejęciem. Po chwili, gdy się otrząsnęła, rozkazała: - Wezwij Klaudiusza i Makrona. Chcę ich widzieć jutro rano, zanim zejdą się tu wszyscy moi klienci!

W Villa Jovis na Kaprei życie toczyło się pozornie wedle ustalonego rytmu, lecz gdy w pałacu niewiele się działo, każda, nawet najdrobniejsza zmiana była widoczna jak na dłoni. Kaligula zaobserwował, że z dnia na dzień Tyberiusz coraz rzadziej pojawiał się w głównej części pałacowego kompleksu, coraz więcej zaś czasu spędzał w swym apartamencie w północnym skrzydle, gdzie też przyjmował gości i urzędników państwowych. Gajusz nie miał tam wstępu. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, w pałacu wyczuwało się nastrój wyczekiwania - służba ukrywała się gdzieś po kątach lub szeptała między sobą, niekiedy oddział pretorianów przemierzał korytarze, rytmicznie tupiąc na posadzkach z kamieni ułożonych w kolorowe wzory. Kaligula widział również niezliczonych posłańców wyjeżdżających w pośpiechu z pałacu lub przybywających do niego zaraz po przypłynięciu na wyspę. Lekcje z nauczycielami zostały zawieszone, a oni sami gdzieś zniknęli; dni bez zajęcia stały się długie i nudne. Kaliguli już wcześniej doskwierała w Villa Jovis samotność, teraz jednak stała się jeszcze bardziej dojmująca - przestał widywać nawet Gemellusa, który zapewne podobnie jak inni zaszył się w którymś skrzydle pałacu. Posiłki Gajusz jadał sam - Helikon przynosił mu coś z kuchni do sypialni. Wyczekiwanie na to, co miało się wydarzyć, sprawiało, że położywszy się spać, długo nie mógł zasnąć. Kręcił się na posłaniu, wsłuchując w wycie wiatru omiatającego klify i w szum fal rozbijających się o skały.

Pewnego dnia pod koniec lutego, gdy Kaligula opuścił pałacową łaźnię i szykował się do wieczornego samotnego posiłku, przybiegł doń Helikon.

- Panie! Panie! - krzyczał już od progu. - Cezar życzy sobie, byś dzisiaj zjadł z nim kolację!

Kaligula przystanął zaskoczony, tętno mu przyspieszyło. Każda zmiana codziennych zachowań Tyberiusza stanowiła potencjalne zagrożenie, z którym należało się zmierzyć.

- Jesteś pewien? - spytał. - Cóż sprawiło, że nagle zapragnął mnie widzieć?

- Nie wiem, ale musisz udać się do triclinium[8].

Helikon podszedł do Gajusza, który uniósł ręce. Zdjął z niego zwykłą szarawą tunikę, w której młodzieniec zamierzał udać się na nocny spoczynek. Ze skrzyni stojącej pod pokrytą czerwonymi freskami ścianą wydobył czyste odzienie zdobione ledwo widocznym złotym szlakiem i ubrał w nie Kaligulę. Całość spiął pasem ze srebrną klamrą.

- Pospiesz się, panie! Tyberiusz nie powinien czekać!

Razem wyszli z sypialni Gajusza, przeszli pod portykiem oświetlonym ogniem płonącym w misach ustawionych między kolumnami na marmurowych postumentach, przypominających wysokie pnie rosochatych drzew i chropawych palm. Wkrótce stanęli przed wejściem do triclinium pilnowanym przez dwóch pretorianów, którzy otworzyli im drzwi i wpuścili do środka.

Ciszę w półokrągłej jadalni przerywało tylko nieśmiałe brzdąkanie formingi, na której grał ślepy muzykant, i smętne zawodzenie rodyjskiej niewolnicy o kruczoczarnych rozpuszczonych włosach. Gdy Gajusz stanął w drzwiach, wszystko ucichło, słychać było tylko trzaskanie oliwy płonącej w lampach kandelabrów. W półmroku dostrzegł leżącego na łożu Tyberiusza wspartego na łokciu i częściowo okrytego połyskującą fioletową narzutą. Jego siwe włosy były zmierzwione, oczy na wpół przymknięte.

- Dołącz do nas! - powiedział cesarz słabym głosem. Drżącą dłonią wskazał łoże po swej lewicy.

Dopiero wtedy Kaligula zauważył Gemellusa na łożu po przeciwnej stronie.

- Proszę o wybaczenie, cezarze, za spóźnienie. Nie wiedziałem, że dzisiaj wieczerzamy wspólnie - powiedział, zajmując miejsce i pozwalając niewolnikom, by zzuli mu obuwie.

Tyberiusz dał znak nakazujący wniesienie potraw.

- Jak się miewa twoja żona, Junia? - spytał Kaligulę. Odkąd cztery lata temu cesarz kazał poślubić mu Junię Klaudyllę, córkę wpływowego senatora, nigdy nie interesował się ich wspólnym pożyciem.

Młodzieniec myślał chwilę nad najlepszą odpowiedzią.

- Mniemam, że doskonale, cezarze. Zapewne przebywa teraz między bogami i im umila towarzystwo.

- Ach tak... - westchnął Tyberiusz. - Chorowała?

- Zmarła podczas rozwiązania.

- Dziecko uratowane?

- Nie, cezarze. Odeszło wraz z matką.

Tyberiusz przeniósł wzrok na Gemellusa.

- Niebawem staniesz się mężczyzną. Winienem jeszcze cię zaręczyć z jakąś piękną panną, nim bogowie wezwą mnie przed swe oblicze.

- Nic pilnego, cezarze - odparł Gemellus. - Masz czas. Będziesz rządził jeszcze przez długie lata!

Tyberiusz uśmiechnął się blado.

- O, nie! Mój czas się kończy. Niewiele już mi go pozostało.

Tyberiusz wbił wzrok w Gemellusa, potem ponownie przeniósł go na Kaligulę.

- Niebawem umrę. Wtedy Rzym zadecyduje, kto władał będzie Imperium. Ale już teraz wiem jedno: jeden z was zabije drugiego. Zastanawiam się tylko, który którego i kiedy?

Wpatrujący się dotąd w cesarza młodzieńcy spojrzeli teraz po sobie. Znów zaległa cisza, przerywana jedynie smutnym brzdąkaniem formingi...

- Domina! - Antonia poczuła lekkie szarpnięcie za ramię. Gdy otworzyła oczy, zamglonym wzrokiem ujrzała nachylającego się nad nią Narcyza. Minę miał zatroskaną.

- Spokojnie! - mruknęła. - Jeszcze żyję...

Zakłopotany Narcyz chrząknął.

- Przyszedł twój syn Klaudiusz i prefekt pretorianów - Makron. Mam wprowadzić?

- Jak wyglądam? - spytała. Była wiekowa i siły dawno ją opuściły, ale to nie powód, by ktokolwiek miał ją ujrzeć zaniedbaną. Nawet umierając, chciała zachować swą dignitas[9].

- Jak Io, gdy uwodził ją Zeus pod zazdrosnym okiem Hery, jak Afrodyta, gdy Parys rozstrzygał spór, która z bogiń najpiękniejsza; jak sama Helena, gdy ją uprowadzał Menelaosowi; jak...

- Dość! Bo niedługo ci bogiń i mitów zabraknie, by moją urodę opiewać - pozwoliła sobie na blady uśmiech. - Zawołaj Demetrię. Niech chociaż nową chustę założy mi na włosy, zanim ich wpuścisz.

Po chwili Antonia była gotowa na przyjęcie gości. Mężczyźni stanęli w nogach jej łoża.

- Pamiętasz, Makronie, naszą walkę o obalenie Sejana? - zwróciła się do prefekta.

- Jakże mógłbym zapomnieć!? - oburzył się.

- Obiecałam ci wtedy, że jeśli wyeliminujemy tę szumowinę, poprę u Tyberiusza powierzenie ci opróżnionego stanowiska.

- Wiem, domina. Słowa dotrzymałaś. Jestem ci za to wdzięczny.

Przeniosła wzrok na syna.

- Tyberiusz nie wskaże Kaliguli na swego następcę...

- Jakże to? - zakrzyknął Klaudiusz. Makron również wyglądał na poruszonego.

- Samotność na tej przeklętej wyspie najwyraźniej poplątała mu rozum. A może to starcze niedołęstwo pozbawiło go trzeźwego osądu? - odparła Antonia i opowiedziała o liście od cesarza.

- To szaleństwo! Sprowadzi na Rzym chaos! Może nawet wojnę domową!? - zawołał Klaudiusz, zrozumiawszy zamysł Tyberiusza.

- W samym Mieście moja gwardia utrzyma spokój. Nie będzie żadnych rozruchów. Ale nie mogę przewidzieć reakcji legionów. Może dojść do buntów. Jeśli zaprawione w ciężkich wojnach oddziały nadreńskie ruszą na Rzym, nienawykli do boju pretorianie nie staną im na drodze...

- Makronie! - przerwała mu zniecierpliwiona Antonia. - Rozczarowujesz mnie! Zastanawiasz się, czy twoja gwardia podoła legionom, a zapominasz, że po śmierci Tyberiusza możesz zostać tej gwardii pozbawiony! - Antonia klasnęła w dłonie, by przywołać niewolnicę. - Wody! - rozkazała. Zwilżywszy usta, rzekła: - Nie wziąłeś pod uwagę, że ten, kto obejmie tron po Tyberiuszu, powierzy dowództwo nad gwardią komuś ze swoich ludzi. W najlepszym więc razie zostaniesz pozbawiony uprawnień i odsunięty na bok. W najgorszym - możesz zostać uznany za zbyt niebezpiecznego, by pozostawić cię przy życiu.

- Kto może sięgnąć po władzę? - spytał Klaudiusz.

- Nie wiem. Każdy, kto zyska poparcie senatu. Możliwości jest wiele. Któryś z wielkich wodzów? Któryś z zapomnianych dalszych krewnych Augusta? Może ktoś, kto usynowi Gemellusa i będzie rządził w jego imieniu? O tym, kto zwycięsko wyjdzie z chaosu powstałego po śmierci Tyberiusza, może zadecydować zwykły przypadek.

- A Kaligula? - spytał Makron. - Możemy zwiększyć jego szanse?

Antonia uśmiechnęła się. Chciała, by pomysł ten wyszedł od prefekta, lecz obawiała się, że naprowadzanie go nań potrwa dłużej. Sam wybawił ją z kłopotu.

- Kaligula? - powtórzyła, jakby zaskoczona, że wcześniej na to nie wpadła. - Cóż... Gdybyśmy pomogli mu zostać cesarzem, wiele problemów rozwiązałoby się samo.

- Wojsko by go poparło przez pamięć o moim bracie. Przezwisko Kaligula[10] do dziś przypomina żołnierzom, kim jest Gajusz i czyja krew płynie w jego żyłach - potaknął Klaudiusz. - Jest synem wielkiego Germanika i cnotliwej Agrypiny Starszej, jest chłopcem poczętym w wojskowym obozie w Germanii i pupilem legionistów!

- Gdyby Kaligula został princepsem, pewnie zachowałbyś swoje stanowisko! - Antonia zwróciła się do Makrona. - Gajusz na pewno pamięta, że walnie przyczyniłeś się do zabicia Sejana, który zgładził jego matkę i braci.

- A senat? Poparłby Kaligulę? - zaniepokoił się Klaudiusz.

- Senat jest już tak zmęczony ponuractwem Tyberiusza, że z radości po jego odejściu zagłosowałby za wyniesieniem na tron nawet słowika, którego trzymam w klatce, bo przynajmniej od jego śpiewu człowiekowi serce się weseli. - Antonia niedbałym ruchem ręki wskazała na srebrną klatkę i zamkniętego w niej szarego ptaka przeskakującego z żerdki na żerdkę.

- Czego ode mnie oczekujesz, domina? - spytał Makron.

- Udasz się na Kapreę i rozeznasz w sytuacji. Spotkasz się z Apollodorem. To wyzwoleniec Tyberiusza, którego niedawno przekupiliśmy. Wywiedz się u niego, co faktycznie planuje cesarz. Chciałabym uniknąć niespodzianek.

- Tak zrobię, pani.

- Jeszcze jedno: cesarska purpura przypadnie temu, kto w chwili śmierci Tyberiusza będzie do tego najlepiej przygotowany. Jeżeli na Kaprei uznasz, że to dogodny dla nas moment, nie wahaj się! Działaj! Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć? Użyj wszelkich środków...

- Tak, domina!

- Ależ, matko!? - zakrzyknął Klaudiusz.

Antonia przeniosła na niego spojrzenie.

- Cóż cię tak zadziwiło, synu?

- Nigdy nie stosowałaś takich metod!

Antonia zamyśliła się.

- Pamiętasz, synku, jak dawno temu umierał August? Ileż to już lat minęło? Dwadzieścia? Dwadzieścia dwa?... Zresztą nieważne... Zostało wtedy postanowione, że władzę przejmuje po nim Tyberiusz i że kolejnym władcą ma być twój brat, Germanik. Pamiętasz, jak mówiłam wtedy wam wszystkim: jemu, Agrypinie i tobie, że władza przejdzie na nasz dom sama, na mocy dynastycznych układów? Że musimy być cierpliwi? Że mamy dużo czasu?

- Pamiętam, matko.

- Pomyliłam się. To właśnie wtedy trzeba było o władzę walczyć. Gdybyśmy byli bardziej stanowczy, może Germanik wciąż by żył? Może dziś to on byłby na tronie? Może nasi bliscy, których straciliśmy, wciąż by z nami byli?

- Ale teraz nie ma żadnych układów! Nikt nie wyprzedza Kaliguli w wyścigu o władzę! Dzisiaj sytuacja jest inna!

- Masz rację. Ale czy wiesz, czym różni się od tamtej? Tym przede wszystkim, że teraz ja już nie mam czasu. Albo uczynię Kaligulę princepsem dziś, albo znów możemy stracić naszą szansę! Być może ostatnią.

Klaudiusz milczał chwilę, po czym spuszczając wzrok, rzekł:

- Rozumiem. Nie możemy drugi raz popełnić tego błędu. Niechaj zatem Makron działa podług swego uznania.

Następnego dnia prefekt pretorianów popłynął statkiem z Ostii na Kapreę.

Słońce nie mogło się przedrzeć zza gęstych chmur, lecz przynajmniej szalejące wichry nieco się uspokoiły. Unoszący się w pałacu nastrój wyczekiwania, wcześniej ledwo wyczuwalny, teraz rozgościł się w Villa Jovis na dobre. Co więcej, Gajusz miał nieodparte wrażenie, że rezydencja pustoszeje. Polerująca marmury służba gdzieś się ulotniła, ogrodnicy pielęgnujący tarasowe ogrody jakby zapadli się pod ziemię, nawet pretorianie, pilnujący zazwyczaj niemal każdych drzwi i każdego korytarza, byli teraz mniej liczni. Gajuszowi przeszło przez myśl, że jeśli tak dalej pójdzie, zostanie w cesarskiej rezydencji sam, i poczuł się nieswojo. Lecz potem zaczął sobie tłumaczyć, że może to po prostu z powodu zimowej aury mieszkańcy pałacu schronili się w cieplejszych pomieszczeniach.

Ostatni dzień lutego zapowiadał się jak każdy inny. Kaligula poszedł skrajem klifu do latarni morskiej, będącej jedną z ozdób ogrodów otaczających rezydencję. Z jej szczytu statki przepływające przesmyk dzielący Kapreę od półwyspu Surrentum[11] było widać jak na dłoni. Przebywał tam krótko, gdyż nadciągnęły chmury snujące się tak nisko nad ziemią, że niczym mgła opatuliły cały pałac. Postanowił zatem wrócić do biblioteki. Nim tam dotarł, dostrzegł Makrona przemierzającego główny dziedziniec. Podbiegł do niego i zasypał pytaniami.

- Witaj, Makronie! Dawno nas nie odwiedzałeś. Co słychać w Rzymie? Widziałeś moją babkę? Albo siostry? Myślisz, że będę mógł wreszcie powrócić do Miasta?

Makron przystanął i rozejrzał się dokoła.

- Nie tu! - syknął i kontynuował swój szybki marsz w stronę portyku, z którego wejście prowadziło do półokrągłego triclinium. Gajusz ledwo za nim nadążał. Kiedy dotarli do jadalni, Makron rozejrzał się wokół i otwarłszy ciężkie drzwi, wepchnął Kaligulę do środka. Wewnątrz panował mrok - wszystkie lampy były wygaszone, a wielkie okna szczelnie zasłonięte dla ochrony przed chłodem.

- Lepiej, aby przez jakiś czas nie widywano nas razem! - powiedział.

- Jak to? Co się dzieje?

- Nie wnikaj. Musisz mi zaufać. Wszyscy chcemy dla ciebie jak najlepiej.

- Nic nie rozumiem. Co mam zrobić?

- Chłopcze, chcesz żyć? - Makron schwycił go za ramiona i lekko nim potrząsnął. - Zdaj się na mnie. Niebawem może być spore zamieszanie. Wtedy ci przekażę, co robić.

Kaligula zupełnie się pogubił.

- Czy Tyberiusz jest chory? - spytał wreszcie.

- Nie czas, aby o tym mówić. Jak pożyjesz w Rzymie dłużej, nauczysz się, że wszelkie rozmowy o chorobach cezarów są niebezpieczne. Powiedz mi, gdzie znajdę Apollodora, wyzwoleńca Tyberiusza.

- Cezar przebywa głównie w swej sypialni, więc Apollodor zapewne powinien być w pobliżu.

- Doskonale! - Makron poklepał Kaligulę po ramieniu. - Idź już i czekaj na wieści ode mnie.

Prefekt wymknął się na zewnątrz i skierował do apartamentu cesarskiego. Przed wejściem stało dwóch gwardzistów straży pretoriańskiej, pilnujących dostępu do władcy. Na widok swego dowódcy rozstąpili się. Wszedł pewnym krokiem do przedsionka, w którym przy stole zarzuconym papirusami i drewnianymi tabliczkami siedział Apollodor.

- Witaj, szlachetny prefekcie! - Apollodor odezwał się pierwszy.

- Czy Tyberiusz zechce mnie przyjąć?

- Zaraz zapytam.

- Muszę wcześniej zamienić z tobą kilka słów - powiedział krótko, ściszając głos. - W jakim jest stanie?

- Lekarz twierdzi, że szybko słabnie.

- Wciąż leczy go Cherykles?

Apollodor twierdząco pokiwał głową.

- No tak... - mruknął Makron. - Jeśli Cherykles uważa, że jest źle, to znaczy, że rzeczywiście tak jest. Nie ma lepszego lekarza w całym Imperium.

Apollodor znowu potaknął.

- Gdzie zdeponował testament? - spytał Makron.

- Nie wiem, czy mogę ci...

- Nędzny psie! - syknął zdenerwowany Makron. - Antonia i Klaudiusz płacą ci tyle, że masz mi wszystko powiedzieć!

- Spisał go kilka dni temu. Ma być przewieziony do Rzymu i złożony w świątyni Westy.

- Gdzie teraz jest?

Apollodor znów się zawahał. Wreszcie wskazał na szafkę pod ścianą.

- Przynieś go! - rozkazał Makron.

Wyzwoleniec wyjął z szafy opieczętowany skórzany futerał i podał Makronowi, który bez ceregieli przełamał cesarskie pieczęcie i szybko przebiegł papirus wzrokiem.

Nagle uśmiechnął się.

- Doskonale! - mruknął. - To nam wystarczy!

Zwinął papirus w ciasny rulon i schował z powrotem do tuby, którą następnie oddał Apollodorowi.

- Opieczętuj ją na nowo - rozkazał.

- Ale jak?... - stłumionym głosem zaprotestował sługa.

Makron już go nie słuchał. Przybrał marsową minę cesarskiego urzędnika i skierował się do sypialni Tyberiusza, by zdać mu raport z sytuacji w Rzymie. Postanowił odwlec powrót do stolicy o kilka dni. Zastanawiał się nad słowami Antonii, że powinien postępować wedle swego uznania stosownie do sytuacji. Po przeczytaniu testamentu Tyberiusza i uzyskaniu wiadomości o stanie jego zdrowia już nie miał wątpliwości. Trzeba było działać bardzo szybko, by zabezpieczyć prawa Gajusza Kaliguli do tronu, a sobie zapewnić na zawsze pozycję na cesarskim dworze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki