Wszystkich dorosłych ostrzegam: książka ta jest przeznaczona dla osób w wieku, powiedzmy, 13-18 lat. Jeśli dysponujesz nieco większym doświadczeniem życiowym, radzę ją odłożyć tam, skąd ją wziąłeś – kradzież jest bardzo nieładna i fuj, a zabieranie książek własnemu dziecku to już w ogóle porażka. Wstydź się.
Jednocześnie oświadczam, że treść tej książki to stuprocentowa fikcja – wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń są przypadkowe.
Jak wiadomo, początki są zawsze bardzo trudne, ale podobno prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. I tu pojawia się problem, bo w moim wypadku nie jest to wytłumaczenie głównie dlatego, że do oficjalnego tytułu "mężczyzny" brakuje mi trochę ponad dwóch lat i nieco owłosienia na twarzy. Znaczy, za jakiś czas będę miał szesnastkę, no, a teoretycznie mężczyzną jest się od osiemnastego roku życia, chociaż w sumie można mieć co do tego ogromne wątpliwości, jeśli spojrzy się na niektórych idiotów, którzy pomimo dwudziestu lat na karku zachowują się gorzej od szóstoklasistów z ADHD. Na szczęście z takimi nie mam do czynienia zbyt często – w przeciwieństwie do niektórych osób w wieku gimnazjalnym, których znam dosyć dużo z tego prostego względu, że na takim etapie edukacji właśnie jestem. Możecie mi współczuć.
I tak oto mam za sobą napisanie początku tego bloga. Myślałem, że będzie gorzej, ale chyba jakoś wybrnąłem. Może wyjaśnię, dlaczego zdecydowałem się na jego założenie.
Od jakiegoś czasu miałem ochotę na przelewanie swoich myśli w formie jakiegoś pamiętnika czy czegoś w tym rodzaju, a jako że nie przepadam za odręcznym pisaniem, postanowiłem, że swoje przemyślenia będę wrzucał do neta. Mam nadzieję, że nie stanie się tak, jak zwykle i nie zrezygnuję z tego pomysłu po kilku dniach, co często mi się zdarza. Mój słomiany zapał czasami osiąga rangę sztuki. Liczę na to, że tym razem będzie inaczej i mam nadzieję, że znalazłem sobie nowe zajęcie właśnie w postaci pisania bloga. Bo w sumie nie mam zbyt wielu rzeczy do robienia – jak to śpiewali Floydzi:
I'm just a new boy, stranger in this town1
Słowem, są wakacje, a ja stosunkowo niedawno wprowadziłem się do nowego domu w nowym mieście, no i jeszcze nie znalazłem sobie nikogo, z kim mógłbym spędzać swój czas. Bo mama się nie liczy. Znaczy, liczy się, ale nie da się ukryć, że już dawno przestała być w moim wieku.
Dni mijają mi bardzo leniwie i na zmianę słucham muzyki, czytam książki, a czasem nawet wyjdę na krótki spacer do sklepu albo na przejażdżkę moim wiernym rumakiem, bo w końcu sport to zdrowie, a jeśli nie będę zażywał ruchu, to stanę się ważącym dwie tony grubasem i będę miał olbrzymie trudności ze znalezieniem dziewczyny. Nie żebym teraz takich trudności nie miał.
Jestem, delikatnie rzecz ujmując, żeńskim narządem płciowym, jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie (czego dowodem jest chociażby to, że przez niespełna miesiąc nie poznałem jeszcze nikogo), a gdy chodzi o stosunki damsko-męskie, w moim przypadku jest to zupełne science-fiction. Jak u Lema normalnie. Moje życie uczuciowe jest jak prawa kobiet dla ISIS – czysta abstrakcja. Podejrzewam, że na ten temat będę jeszcze pisał, na razie jednak wydaje mi się, że skończę ten wpis. Mam nadzieję, że pojawią się kolejne. I dumny jestem z tego pomysłu, nawiasem mówiąc.
Zaczynam drugi wpis. Pod pierwszym nie doczekałem się żadnych komentarzy, a statystyki mówią mi, że dorobił się siedmiu wyświetleń, z czego pewnie pięć to moje. Cóż, Łukasz Kruczek też na początku słabo skakał, a teraz trenuje kadrę, cytując klasyka. Ja w sumie nie nastawiam się na zdobycie ogromnej popularności i miliardów dolarów, bo piszę te notki tylko i wyłącznie dla siebie. Jestem ciekaw, jak będzie mi się to wszystko czytało za kilkanaście lat. Pewnie wykonam porządnego fejspalma nad swoją młodzieńczą głupotą.
Jeszcze nieco ponad dwa tygodnie zostały mi do rozpoczęcia nauki w nowej szkole. Nie twierdzę, że jakoś specjalnie nie mogę się tego momentu doczekać. Prawdę mówiąc, już teraz bardzo się stresuję z kilku powodów.
1. Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, mam ogromne trudności z poznawaniem nowych osób i boję się, że przez dłuższy czas będę stać na uboczu i nie zostanę zaakceptowany przez nową klasę, bo przecież wszyscy inni znają się od dwóch lat, a tu nagle taki nowy przychodzi.
2. Nie grzeszę zbyt imponującą budową ciała, a także nie sprawiam wrażenia specjalnie groźnej osoby, w związku z czym spodziewam się, że natychmiast stanę się świeżą ofiarą szkolnych dręczycieli – jak na amerykańskich filmach, będą mi robić tak zwane spłuczki w kiblu i nagminnie znęcać się nad moją szafką. No dobra, pewnie przesadzam, ale i tak ogarnia mnie taki bezpodstawny strach.
3. Znowu będzie trzeba wstawać przed siódmą...
Z czystego lenistwa przez ostatnie trzy dni nic nie wstawiałem na bloga. W sumie niewiele się wydarzyło przez ten czas – zamulałem przy kompie, nawalając w pierwszego Gothika, a wieczory spędzałem na tarasie, czytając książkę. Bardzo mi pasuje taki tryb życia – moje plany na przyszłość sprowadzają się do nicnierobienia w ogromnej willi na Lazurowym Wybrzeżu albo w apartamencie na nowojorskim Manhattanie, kilku milionów dolarów na koncie i jakiejś seksownej modelki za żonę.
Na chwilę obecną się na to, niestety, nie zanosi. Muszę na razie skończyć gimnazjum – od września spędzę dziesięć miesięcy w tym zoo, użerając się z wybitnie głupkowatymi szympansami i innymi wybrykami natury. Tak przynajmniej było w mojej poprzedniej szkole. Póki co staram się jednak o tym wszystkim nie myśleć i delektować się ostatnimi dniami wakacji. Naprawdę bardzo żałuję, że nie trwają kilka miesięcy dłużej. Nicnierobienie jest bardzo spoko.
Wczoraj wybrałem się do pobliskiego sklepu, który znajduje się jakieś trzysta metrów od mojego domu. Dostałem od mamy ważną misję: kupić ziemniaki na obiad. No to pojechałem. Rowerem, rzecz jasna, który zostawiłem na takim fikuśnym stojaku przed sklepem. Gdy wyszedłem ze sklepu z reklamówką z ziemniakami i Snickersem, ujrzałem całkiem ładną dziewczynę mocującą się z zapięciem swojego roweru, który stał obok mojego rumaka. Jak już pisałem, cipa ze mnie okrutna, więc sam się zdziwiłem, kiedy jakoś tak naturalnie zagadałem do niej, oferując swoją pomoc. Spojrzała na mnie z wdzięcznością, a ja uporałem się z problemem i zapiąłem zabezpieczenie. W zamian dostałem słodkie "dziękuję" połączone ze ślicznym uśmiechem. Żyć nie umierać. Oczywiście nie mam pojęcia, jak ta dziewczyna ma na imię ani nic z tych rzeczy, ale to było w sumie miłe wydarzenie.
Napisała do mnie znajoma ze starej szkoły, chociaż słowo "znajoma" to nieco błędne określenie – przez jakiś czas się przyjaźniliśmy, kiedyś nawet było bardzo blisko związku, ale niestety coś nie wyszło. Niedługo przed moją wyprowadzką znalazła sobie faceta – Jarek, lat siedemnaście, uczęszczający do liceum sąsiadującego z naszą szkołą. Z tego, co się dowiedziałem, wynika, że dalej są razem, chociaż Paulina jest coraz bardziej niezadowolona z rzeczy, które jej chłopak odwala. W szczegóły się nie wgłębiałem.
Ta niedługa wymiana wiadomości uświadomiła mi, jak bardzo tęsknię za ludźmi, z którymi spędziłem ostatnie kilka lat życia – nie spodziewam się, że w tym miejscu zdobędę aż tylu znajomych. Znaczy, nie wyobrażam sobie tego. W starym mieście nie otaczała mnie może rzesza przyjaciół, ale było tam parę osób, które darzyłem ogromnym zaufaniem i z którymi bardzo miło spędzałem większość swojego wolnego czasu. Trochę smutno mi się robi na myśl, że w najbliższym czasie raczej z nikim stamtąd się nie spotkam.
Znowu zacząłem grać na gitarze – wyjąłem z szafy mojego nieco już zużytego elektryka, znalazłem też wzmacniacz. Nie miałem w ręku instrumentu już jakiś czas, pewnie z rok. Sporo radochy sprawiło mi granie i znowu stało się to moim ulubionym zajęciem.
W pierwszej klasie gimnazjum grałem w zespole, który tworzyliśmy razem z dwoma kolegami i koleżanką. Koncepcja upadła jednak przy trzecim albo czwartym spotkaniu, kiedy to wokalistka pokłóciła się z jednym z chłopaków, zademonstrowała klasycznego focha z przytupem i wyszła z próby. Zespołu nie reanimowaliśmy, ale to chyba dobrze, bo nikt z nas muzycznym wirtuozem nie był, a nasze brzdąkanie nie reprezentowało, delikatnie rzecz ujmując, światowego poziomu.
Mimo tego, że moje wpisy nie ukazują się codziennie, jestem z siebie dumny, bo jeszcze nie porzuciłem pomysłu prowadzenia bloga. I, prawdę mówiąc, nie mam zamiaru, przynajmniej w najbliższym czasie, bo jest to naprawdę przyjemne zajęcie i pozwala mi się trochę wygadać na nieistotne tematy. Nadal przecież nikogo nie poznałem i tego właśnie potrzebuję – wygadania się, znaczy.
W domu, rzecz jasna, jest mama i bardzo często rozmawiamy, ale każdy chyba przyzna, że nawet najlepszy rodzic nie jest w stanie w stu procentach zastąpić kontaktu z rówieśnikami. Trochę mi przykro, że od czasu przeprowadzki tylko czterech znajomych ze starego miasta się ze mną skontaktowało – raz zadzwonił kumpel i przez piętnaście minut gadaliśmy o pierdołach, raz gadałem na Skypie z przyjacielem, parę dni temu wymieniłem kilka wiadomości na Facebooku z Pauliną, a wczoraj napisałem do Andżeliki i w sumie nie była to specjalnie długa konwersacja. Tęsknię cholernie, ale chyba muszę przywyknąć do tego, że w moim życiu zaczął się nowy rozdział, a moi starzy znajomi raczej nie przejawiają aż tak ogromnych chęci do kontaktu ze mną, jak przypuszczałem. No cóż.
Jest dwudziesta trzecia, a ja powinienem iść spać, żeby rano być wypoczętym, bez problemu podnieść się z wyra i z bananem na twarzy pójść do nowej szkoły. Taa.
Naprawdę się stresuję. Bardzo.
Powiedziałem o tym mamie, ale ona twierdzi, że nie mam czym się przejmować, bo przecież nie może być aż tak źle.
Obawiam się tego, jak zostanę przyjęty, czy z kimkolwiek się zakoleguję, czy nowe gimnazjum aby nie jest gorszym zoo niż poprzednie... i w ogóle.
Chyba spróbuję zasnąć. Życzcie mi powodzenia jutro.
"Witamy w piekle" – głosiła kartka wywieszona na drzwiach mojego nowego gimnazjum. Nie mam pojęcia, czy zawiesił ją któryś z nauczycieli, czy wyjątkowo dowcipny uczeń (gdy wychodziłem, już jej nie było). Pomyślałem, że brakuje jeszcze nad bramą jakiegoś napisu w stylu "Lernen Macht Frei" albo "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie".
Apel rozpoczynający nowy rok szkolny był dużo bardziej oficjalny i podniosły niż w mojej starej szkole. Nie zabrakło rzecz jasna sztandarów, hymnów, patetycznych przemówień i innych pierdół. Dyrektor jest niewysokim, pulchnym mężczyzną w okularach, który na dzisiejszą uroczystość założył nieco wiszący na nim czarny garnitur i muszkę w grochy. Ogólnie sprawiał wrażenie bardzo miłego, a jego przemówienie nie dłużyło się tak, jak zwykle po przemówieniach dyrektorów można się spodziewać.
Jeśli chodzi o klasę, po zapytaniu kilku osób zdołałem namierzyć 3A i udałem się w tamtym kierunku. Stanąłem za dwoma chłopakami, którzy tylko na mnie zerknęli i wrócili do rozmowy. Ogólnie nikt nie wydawał się mną specjalnie zainteresowany.
Po apelu wychowawczyni zabrała nas do klasy, by powiedzieć parę słów na temat nadchodzącego roku szkolnego. W pierwszej kolejności oznajmiła, że wszyscy powinni "powitać nowego kolegę", no i kazała mi wstać, przedstawić się i tak dalej. Nikt nie był jakoś nad wyraz rozentuzjazmowany obecnością nowego ucznia w klasie i mało kto zaszczycił mnie jakimkolwiek dłuższym spojrzeniem. Może to i dobrze – nienawidzę być w centrum uwagi.
Wychowawczyni jest w miarę estetyczną kobietą w okolicach trzydziestki. O ile się orientuję, uczy geografii.
Jeśli chodzi o moich nowych klasowych kolegów i koleżanki, poznałem tylko parę imion. W ławce przede mną siedziały dwie dziewczyny i z ich rozmowy zdążyłem wywnioskować, że pierwsza, czarnowłosa i w miarę ładna, ma na imię Klaudia, a druga, niewiele mniej urodziwa blondynka to Basia. Zapamiętałem także siedzącą w pierwszej ławce rudą dziewczynę, która zaszczyciła mnie chyba największą ilością spojrzeń dzisiejszego dnia. Parę razy odwróciła się w moim kierunku, a raz się nawet delikatnie uśmiechnęła, gdy napotkała mój wzrok. Nieśmiało odwzajemniłem uśmiech, chociaż, znając życie, wyszedł mi z tego wyjątkowo nieapetyczny grymas.
Gdy zbieraliśmy się do wyjścia z klasy, coś zaskoczyło mi w głowie i skojarzyłem tę dziewczynę z sytuacją sprzed sklepu – to ta sama. Jaki ten świat mały.
Zauważyłem, że specjalnie ociągała się z opuszczeniem klasy.
– Hej – zagadnęła, gdy w końcu zdołałem przecisnąć się pomiędzy rzędami.
– Hej – odwzajemniłem uśmiech. – Dopiero przed chwilą skojarzyłem, że już się ogólnie znamy.
– Jeszcze się w zasadzie nie znamy. Weronika, miło mi – przedstawiła się.
Powiedziałem, że mam na imię Maciek i że mi również miło. Wychodząc z sali i idąc szerokim korytarzem, zamieniliśmy parę słów i muszę przyznać, że gadało się nam bardzo przyjemnie. Dowiedziałem się, że mieszka zaledwie kilka ulic od mojego domu, więc poszliśmy w tamtym kierunku. Zdarzyło się parę chwil milczenia, ale ostatecznie podczas dziesięciominutowego spaceru zdążyliśmy poruszyć temat mojej przeprowadzki i naszych gustów muzycznych (też słucha Sex Pistols!).
Słowem – można uznać, że całkowicie bezboleśnie znalazłem pierwszą osobę, do której mogę otworzyć usta. Całkiem dobry początek mimo tego, że reszta klasy raczej nie sprawiała wrażenia, że chce się ze mną zaprzyjaźnić.
Pożegnałem się z Weroniką na jednym ze skrzyżowań i wróciłem do domu w niezłym humorze. Zastałem mamę siedzącą w kuchni i czytającą książkę. Spytałem ją, co to za książka.
– Drużyna pierścienia.
Zasugerowałem, żeby odwiedziła lekarza albo chociaż zmierzyła gorączkę – moja mama czytająca Tolkiena? Tego jeszcze nie grali. Cóż, ludzie potrafią zaskakiwać.
1 Young Lust, Pink Floyd, sł. Roger Waters, album The Wall, 1979.