III dzień
4 stycznia
Joga sześćdziesiąt dziewięć minut. Niestety musiałem przerwać, wkurzyłem się esemesem. Postanowiłem dokończyć wieczorem. Joga – próbuję odtworzyć w pamięci czas jej intensywnego ustawiania i głód mistrza. Teraz sobie myślę, że może to przesyt jogą. A wkurzenie esemesem to sposób, aby przerwać. Ciało ukrywa się przede mną. Może zamieniam głód fizyczny na pojęcie związane z jogą? Takie poczucie pustki w żołądku i gęsta ślina, byłem trochę słaby, ale jak się poruszałem, wszystko OK. Idę do roboty. Trochę słabości w czasie stania, chodzenia już mniej. Czyli chodzić trzeba, tak jak mam w głowie. Tylko zawsze czy najpierw, bo ulegam autosugestii, czy rzeczywiście. Zobaczymy, jestem szalony. I do tego pierwszy raz myśl wczoraj: po co to? Napełniam żołądek herbatą i przepełnia mnie takie uczucie żalu po jedzeniu, jakby brakowało człowieka. A może jedzenie zastępuje mi bliskość człowieka? Wyplułem tylko jeden batonik. Jestem ohydny.
– Ale przecież burze muszą być, bo czujemy odwrotnie, a chcemy, żeby każdy tak samo.
– Czyli o co chodzi? – Tyle pamiętam, a potem myśl kolegi psychoanalityka z zagranicy, prawdziwego:
– Zostałeś uwiedziony, najnormalniej na świecie – zawyrokował.
– Chce mi się rzygać – powiedziałem. Na szczęście nie jadłem już dwa dni, tego nie wiedział.
Sączę tokaj, nawet dobry.
– Tylko zieloną herbatę? – zapytał lekarz.
– Jestem zatruty – powiedziałem szybko. "A głodówka ma oczyszczać umysł" – pomyślałem. Ciągle się wikłam. Otóż może jest tak, że jak się oddzielam, to wtedy ona robi poczucie winy? W głowie mam ten dialog, esemes, na przykład z dziś.
– Daj sobie spokój, przecież zawsze cię omota.
– Ale syf, wiesz, do samego siebie. Kiedy przyjdzie agresja wobec niej?
– O! To wtedy będziesz miał wgląd.
– Po co?
– Dopiero tak się uleczysz.
"Ciekawe z czego?" – pomyślałem.
– Ale wiele rzeczy, które robisz, możesz przecież robić...
– Wiem, sam na razie nie potrafię powiedzieć dlaczego... – przerwałem. Temat był dla mnie zupełnie niejasny, a ciągle najżywszy. Ostatecznie byłem wdzięczny za rozmowę. Potem czułem się trochę nieswojo. Ale wkrótce przyszła M. Rozpoczęliśmy rozmowę o książkach i podróżach. No i ostatecznie o mojej powieści. Lekarz zawyrokował, że jest o wolnomyślicielstwie.
– Dobra, przecież ci mówiłam. – Spojrzała znad dżinu z tonikiem.
– Tak, wiesz, akceptacja, jak mi powiedział wielki aktor, a był wielki naprawdę.
– Ale napisz coś innego, zawsze o tym samym. – Skrzywiła się.
– Tylko na tym się znam, byłbym nieuczciwy – zaryzykowałem, chociaż czułem, że się wygłupiam. Zaczęliśmy rozmawiać o perspektywach, wyszło, że tylko zagranica.
Spotkałem lekarkę z sąsiedniej kliniki, takiej od krwi. Nie widziałem jej dawno, a spotkaliśmy się przypadkiem przy kiosku.
– Dobrze wyglądasz – powiedziałem. Tak było faktycznie, bo zniknęło jej wieczne zmęczenie.
– Ty też, zresztą jak zwykle, co słychać? – zaczęła.
– Skończyłem kurs psychoterapii.
– Jaki, gdzie? Co? Mów!
– Normalny, z certyfikatem, teraz kończę doktorat.
– Zdałam egzamin specjalizacyjny. Doktorat kończysz?
– To pikuś przy tym. A dziś angielski, chyba stąd wyjadę, muszę spróbować.
– Podoba mi się, idziesz naprzód, tak, tak, idziemy naprzód. Może się umówimy na wódkę?
– Dobra, tylko teraz nie mogę, ale wiesz – ten strajk w szpitalu, a wybierałem się zrobić badania. Ale co, jesteś na urlopie?
– To nic, przyjdź, wypiszę ci badania, to sobie zrobisz. Ale mów, co tam, jak kurs? Gdzie idziesz?
– Po cytrynę.
– Po co ci?
– Normalnie, do zielonej herbaty.
– Kupuję Liptona w takich torebkach, ekskluzywnych.
– Takie trójkątne, eleganckie.
– Dobre, co? – dopytywała się jak eksperta.
– Wolę sypaną.
– Wiem, ale tak wygodniej. No ale mów. Czyli pchamy do przodu?
– Napisałem powieść, teraz piszę drugą, o antysemityzmie w Kościele.
– O! Ryzykant. A stary się pytał kiedyś o ciebie, coś miał sprawę. Tak mówię, żebyś wiedział, że jesteś w pamięci. – Zmieniała tematy.
– O! Pan profesor! Jutro nie mogę, jadę do Gliwic...
– Co ty, dopiero w piątek, przyjdziesz i będzie czekało albo zadzwonię. – Chaos się pogłębiał.
Z tego wynika, że załatwiłem badania, chociaż miałem pietra tam iść, bo dawno jej nie odwiedzałem, a po znajomości to zawsze trzeba dbać, a odsunąłem się dawno. Ale pochwalić i jest, to straszne w sumie. Badania ważne w tym momencie, potas, żelazo, glukoza, mocznik, wapń, fosfor, albumina, bilirubina, fosfataza alkaliczna i kwaśna, i cała reszta, czyli hemoglobina jak się ma u mnie w ciele. A tam robią dokładanie. Ostatnio były wzorcowe, a płytki krwi nadawały się do podręcznika medycznego, tak powiedziała.
Na razie atakuję batoniki. Jak długo? Ale to początek.
Przypomniałem sobie, jak oglądaliśmy z panem profesorem tvn24. Wyrywałem sobie włosy i urywałem na pół. Ciekawe, mało czegoś? Bo włos jest wytrzymały, gdzieś o tym czytałem.