Kaktus na parapecie - Magdalena Zarębska

-
Proszę czekać

Rozdział I

-?Mikołaj?! Musisz już wstać?! Spóźnisz się do szkoły?!

Udawałem, że nie słyszę. Mama zawsze panikuje i budzi mnie za wcześnie.

-?Mikołaj?! - powtórzyła zdenerwowana.

-?Przecież wstaję - odburknąłem i z niechęcią podniosłem się z łóżka. Niedbale przeczesałem włosy i wciągnąłem na siebie ubranie. Poszedłem do kuchni, przeraźliwie ziewając.

-?Nie zapomnij kanapek?! - zawołała mama, mijając mnie w drodze do łazienki.

Tacie nie udzielał się jej niepokój. Siedział przy kuchennym stole i powoli popijał kawę.

-?Możesz dzisiaj sam pójść do szkoły?? Bardzo się spieszę, a chciałam jeszcze pojechać do banku.

-?No co ty, mamo?! - skrzywiłem się. - Przecież pada deszcz.

-?Dobrze, odwieziemy cię - westchnęła mama - ale musimy natychmiast wyjść z domu.

Zeszliśmy do samochodu zaparkowanego przed bramą. Do szkoły mam niedaleko, mógłbym chodzić piechotą. Ale ja nie lubię się męczyć. Ułożyłem się wygodnie i włożyłem do uszu słuchawki iPoda.

Za oknem zauważyłem chłopaka, który od niedawna chodzi z nami do klasy. Jak on ma na imię?? Nie mogłem sobie przypomnieć. Próbuje dostać się do naszej paczki, ale my dzieciaków nie przyjmujemy. Nawet teraz skakał przez kałuże, jakby zapomniał, że chodzi już do czwartej klasy. W dodatku miał na sobie żółty płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze. Przypomniałem sobie: Antek. Antoni Żurawski - przedstawił się pierwszego dnia.

Słuchałem mojej ulubionej piosenki, wycieraczki równo pracowały, a mama nerwowo zmieniała biegi. Miałem ochotę jechać w nieskończoność, ale już zatrzymaliśmy się przed szkołą. Mieszkamy zdecydowanie za blisko. Bez pośpiechu schowałem iPoda do plecaka i wysiadłem na deszcz.

-?Mikołaj, po lekcjach wracaj zaraz do domu?! Dzisiaj masz angielski?! - Mama uchyliła okno i ruszyła ostro, ochlapując mnie wodą z kałuży.

Świetnie mi się tydzień zaczyna.

Mieliśmy tylko pięć lekcji i mnóstwo czasu do kursu angielskiego. Wszyscy chłopcy zostali na boisku, chcieliśmy zagrać mecz przeciwko iv? b. Właśnie ustalaliśmy taktykę gry, kiedy na boisko wszedł Antek. Był w kaloszach, chociaż deszcz już dawno przestał padać.

-?Mikołaj - wyjęczał - weźcie mnie do drużyny?! Nie pożałujecie.

-?Zjeżdżaj, nowy?! - chłopaki popatrzyli na niego nieprzyjaźnie, a któryś parsknął śmiechem. - Nawet butów porządnych nie masz?!

Bez słowa wyminąłem go i wyciągnąłem z plecaka piłkę. Z limitowanej kolekcji, przygotowanej specjalnie na Mistrzostwa Świata. Wczoraj pojawiła się w sprzedaży, a ja już ją miałem. Chłopaki aż zaniemówili z wrażenia, a ja jakby nigdy nic kozłowałem po boisku. I od razu zostałem kapitanem drużyny.

-?Gramy?? - niecierpliwili się ci z iv?b.

-?Gramy - zadecydowałem. - Tylko ostrożnie, żeby mi nikt piłki nie pozadzierał buciorami?!

Graliśmy ostro. Nie mogłem znieść, że ci wandale z iv b kopią piłkę bez opamiętania. Zupełnie nie zdawali sobie sprawy, ile kosztowała. No i przegraliśmy, bo ciągle wrzeszczałem na chłopaków, żeby delikatniej się z nią obchodzili. A i tak skóra zdarła się w kilku miejscach. Nigdy więcej nie przyniosę tej piłki do szkoły.

W drodze powrotnej dokładnie ją obejrzałem. Co za barany, taką piłkę zniszczyć?! Byłem wściekły na cały świat, a w domu czekała na mnie babcia i od drzwi zaczęła narzekać:

-?Mikołaj, jak ty wyglądasz?! Cały spocony, żebyś się tylko nie rozchorował?! Natychmiast się przebierz?!

-?Zaraz, babciu - zbyłem ją.

-?Mikołaj, nie dyskutuj ze mną. Dobrze wiem, jak się kończy twoje zaraz.

Musiałem się przebrać, inaczej nie dałaby mi spokoju.

Babcia przychodzi codziennie. Gotuje obiad i dotrzymuje mi towarzystwa. Przynajmniej ona tak uważa, bo moim zdaniem tylko przeszkadza. Wszyscy traktują mnie tak, jakbym był dzieckiem, a ja już od dawna nie potrzebuję opiekunki. Obiady mógłbym jeść w szkole, a w domu mogę zostać sam.

Rodzice boją się, że zgubię klucze, ktoś mnie napadnie albo włamie się do mieszkania?... Lista zdarzeń, jakie na mnie czyhają, jest niezmiernie długa. Inne osoby z klasy są bezpieczne, tylko ja, ja jestem wiecznie zagrożony.

Ledwo zdążyłem się przebrać, kiedy babcia zawołała mnie na obiad.

-?Tylko nie zapomnij o myciu rąk?!

Jasne. Trzeba mi o wszystkim przypominać. Postanowiłem, że nie odezwę się więcej, ale nawet nie zauważyła mojego milczenia. Po raz kolejny musiałem wysłuchać historii o tym, jak często mój tato chorował w dzieciństwie.

-?Dlatego tak się o ciebie martwię - powtarzała z przejęciem. - Nie powinieneś zgrzany wracać do domu. Jesienne słońce potrafi być bardzo zdradliwe.

Odłożyłem talerz do zlewu i chciałem wrócić do pokoju.

-?Mikołaj, a może posprzątasz po obiedzie?? - zaproponowała. - Tylko kilka talerzy trzeba wstawić do zmywarki.

-?Przecież ja mam jeszcze angielski dzisiaj?! - zareagowałem opryskliwie. - Nawet lekcji nie odrobiłem. Nie mogę robić wszystkiego.

Poszedłem do siebie i błyskawicznie uporałem się z zadaniami domowymi. Zostało mi jeszcze trochę czasu do zajęć, więc zagrałem w kilka gier na komputerze.

Niestety, w jednym babcia miała rację. Wieczorem zaczęło mnie boleć gardło i dostałem tak wysokiej gorączki, że mama natychmiast wezwała lekarza. Przez głupi mecz zachorowałem na anginę. Cały tydzień spędzę w łóżku, biorąc lekarstwa. Będę się przeraźliwie nudził!

***

Następnego dnia, ledwo rodzice wyszli z domu, obudził mnie sms.

Mikołaj, babcia niedługo przyjdzie. Zażyj lekarstwa i nie wstawaj z łóżka bez potrzeby. Kocham Cię, mama.

-?Jasne - wychrypiałem w odpowiedzi i poszedłem do łazienki.

Przyglądałem się swojemu odbiciu w lustrze. Wyglądałem bardzo źle, nawet piegi zbladły na mojej mizernej twarzy. Kręciło mi się w głowie i czułem się fatalnie. Miałem zamiar od razu wrócić do łóżka, ale po drodze zatrzymałem się przy gabinecie rodziców. To była niepowtarzalna okazja. Mogłem bez przeszkód sprawdzić, nad czym teraz pracuje tato.

"Mój tato projektuje gry komputerowe" - mówię z dumą, kiedy ktoś pyta o zawód rodziców. "A mama jest informatykiem" - dodaję, żeby wszystko było jasne. Tak naprawdę projektowanie gier to jego hobby, w pracy musi zajmować się zupełnie czymś innym. Ale i tak wszyscy mi zazdroszczą, że mam całkowicie oryginalne gry, wymyślone specjalnie dla mnie.

Nową grę muszę przetestować. Sprawdzić, czy działa na każdym poziomie, czy system się nie zawiesza. Jestem w tym świetny. Nigdy nie przeoczyłem żadnego błędu i gram tak długo, aż przejdę przez wszystkie etapy. Taka gra jest zawsze niespodzianką. Tato nie chce zdradzić, jaka będzie jej fabuła. Dopiero kiedy zaczynam testować, trochę mi tłumaczy. Większości muszę domyślić się sam. Doprowadza mnie tym do wściekłości.

Nareszcie nadarzyła się okazja, na którą od dawna czekałem. Sam dowiem się, jaka będzie fabuła gry. Dzięki temu testowanie pójdzie sprawniej. Miałem wyrzuty sumienia, bo rodzice nie lubią, kiedy myszkuję w ich rzeczach. Chcę tylko zajrzeć - usprawiedliwiłem się i nacisnąłem na klamkę.

Na biurku leżał plik kartek. Na pierwszej stronie widniał napis: "Wersja ostateczna". To znaczyło, że gra była niemal gotowa. Rozłożyłem kartki, szukając szkicu fabuły. Niestety, od góry do dołu wypełniał je ciąg dziwnych, niezrozumiałych znaczków. Tato wydrukował tylko kod programu komputerowego. Nie mogłem z niego odczytać żadnych wskazówek. Zniechęcony odłożyłem kartki na biurko. Bez dostępu do laptopa taty niczego się nie dowiem, a jak zwykle zabrał go ze sobą do pracy.

W samą porę wróciłem do łóżka, bo w tej właśnie chwili usłyszałem szczęk przekręcanego klucza, a do mieszkania wkroczyła babcia. Zacisnąłem powieki z całej siły.

-?Gdzie mój wnuczek?? - zawołała.

Po cichu weszła do pokoju i stanęła przy łóżku. Powoli otworzyłem oczy, jakbym się dopiero obudził.

-?Mój ty biedaku?! - aż złapała się za głowę. - Aleś się zaprawił?! Od razu wiedziałam, że się rozchorujesz.

Ona zawsze musi mieć rację.

-?Nic się nie martw, ja się tobą zajmę i szybko staniesz na nogi. Trzeba ci podać lekarstwa, śniadanie jadłeś?? Masz na coś ochotę??

-?Nie będę nic jadł, gardło mnie boli - grymasiłem.

-?Może zrobię kisiel?? Albo mleko z płatkami?? - proponowała.

-?Niech już będzie mleko, tylko nie gorące?!

-?O, rumianek jeszcze zaparzę albo lipę. Sama wybiorę. - Babcia pozbierała brudne kubki z biurka, ale nie zamierzała wyjść do kuchni.

-?Mówiłam ci, masz to po swoim tacie. Jak był w twoim wieku, ciągle chorował. Mogłam powtarzać, żeby nie pił nic zimnego, uważał na przeciągi. Przynajmniej raz w miesiącu dostawał zastrzyki - babcia machnęła ręką - bo nie było lekarstw w syropie, jak teraz?...

-?Kiedy będzie śniadanie?? - przerwałem niegrzecznie. W końcu to ja byłem chory, nie mój tata.

-?Już, już, wnusiu, zagadałam się. Zaraz przyniosę mleko.

-?I herbatę w termosie, ale tylko miętową?!

Po chwili postawiła przy łóżku miseczkę.

-?Nie ma innych płatków?? - skrzywiłem się. - Te mi nie smakują.

-?Musisz coś zjeść, zanim weźmiesz lekarstwa - zmartwiła się. - Innych nie było, szukałam.

Zmusiłem się do przełknięcia ohydnych płatków, a potem babcia podała mi lekarstwa.

-?Dzielny chłopczyk - chciała mnie pogłaskać, ale odsunąłem rękę. - Wypoczywaj, ja w tym czasie nastawię rosół.

Już wstała, ale znów sobie o czymś przypomniała.

-?Przyszło mi do głowy, że masz dużo zabawek, którymi od dawna się nie bawisz. Mogłyby posłużyć młodszym dzieciom. Moja sąsiadka będzie zajmować się swoim wnukiem, może jej pożyczysz?...

-?Nigdy?! - wszedłem jej w słowo i aż usiadłem na łóżku. - To moje zabawki i nie będę się nimi z nikim dzielił?! Nikt nie będzie ich niszczył?!

-?Trudno - babcia westchnęła i nareszcie wyszła do kuchni.

Jakby mnie nie znała. Nigdy niczego nie pożyczam. Tym bardziej obcym. Poza tym wszystko było mi potrzebne. Nawet dzisiaj mógłbym się pobawić, gdybym tylko nie był taki zmęczony.

Musiałem przespać cały dzień, bo kiedy otworzyłem oczy, do pokoju weszła mama.

-?Nie masz już temperatury - przyłożyła rękę do mojego czoła. - Lepiej się czujesz??

-?Tak - odpowiedziałem. - Chcę oglądać telewizję. Babcia cały dzień trzymała mnie w pokoju.

-?Lepiej byłoby, żebyś nie wstawał - przyznała mama - ale jak chcesz, mogę ci poczytać.

-?Nie chcę - naburmuszyłem się. - Może w końcu kupicie mi telewizor do pokoju, skoro to taki problem??

-?Mikołaj, nie przesadzaj. Komputer w zupełności ci wystarcza.

-?Ty nie musiałaś spędzić całego dnia w łóżku?! - zdenerwowałem się. - Leżę tu jak w więzieniu?!

-?Nie będę z tobą dyskutować - mama spojrzała surowo. - Poczekam, aż się uspokoisz, później porozmawiamy.

Uderzyłem z całej siły pięścią w poduszkę. Nigdy więcej się do nich nie odezwę, skoro tak mnie traktują. Ja też ich nie potrzebowałem.

Tata zamknął się w gabinecie, mama rozłożyła laptopa przy kuchennym stole. Sprawdziłem telefon komórkowy, nie miałem żadnych nowych wiadomości. Nikogo nie interesowało, dlaczego nie było mnie dzisiaj w szkole.

Rozdział II

Tata gwałtownie otworzył drzwi od gabinetu.

-?Skończone?! - uśmiechał się szeroko, bardzo z siebie zadowolony. - Mikołaj, możesz testować nową grę?!

Chciał wejść do pokoju, ale przypomniał sobie, że rozsiewam zarazki. Spojrzał podejrzliwie, cofnął się na bezpieczną odległość i zasłonił usta szalikiem.

-?Gra jest świetna, będzie ci się podobać?! - podekscytowany wymachiwał rękami. - Chcesz zobaczyć??

-?Przecież jestem chory - powiedziałem rozdrażniony. - Nie mogę wstawać.

-?A tak, zapomniałem. Przyniosę ci laptopa do łóżka.

-?Nie będę dzisiaj grał. Głowa mnie boli. Może jutro - powiedziałem złośliwie.

-?Dopiero jutro?? - tato był zawiedziony.

Wcale nie czułem się tak źle. Miałem wielką ochotę zagrać, bo strasznie mi się nudziło. Już po chwili żałowałem, że odmówiłem, ale byłem zbyt dumny, żeby przyznać się do błędu.

Tata był niepocieszony. Krążył po mieszkaniu i czekał, aż zmienię zdanie. Ale ja się zaciąłem. Nagle stanął przy mnie, zapominając, że mogę go zarazić.

-?Chcesz posłuchać moich starych płyt?? Od razu poczujesz się lepiej.

I zanim zdążyłem zaprotestować, złapał kołdrę i zaniósł ją do gabinetu.

-?Mówiłem, że nie mam ochoty?! - zawołałem.

Ale co miałem zrobić?? Musiałem pójść za nim.

W gabinecie stał nieduży tapczan. Tata zdążył przykryć go prześcieradłem. Położyłem się, a on otulił mnie kołdrą i podał słuchawki. Mama stanęła w progu i obserwowała tatę z niezadowoloną miną.

-?Jesteś pewien, że to dobry pomysł?? Mikołaj powinien leżeć w swoim łóżku.

-?Chciałem sprawić naszemu synowi przyjemność - mrugnął do mnie porozumiewawczo.

-?Przynajmniej nie rozmawiajcie - wycofała się mama. - Mikołaj, postaraj się nie zasnąć, muszę ci jeszcze dać lekarstwa.

-?Poddam cię mojej wyjątkowej kuracji uzdrawiającej - tata włożył płytę do odtwarzacza i podał mi pilota.

-?Nawet nie zauważysz, kiedy poczujesz się lepiej. Muzyka Beatlesów błyskawicznie postawi cię na nogi.

Gorzej być nie mogło. Kto jeszcze słucha takich staroci?? Żałowałem, że nie schowałem do kieszeni iPoda. Wystarczyłoby podmienić kable w słuchawkach i mógłbym słuchać normalnej muzyki. Maksymalnie ściszyłem dźwięk i rozglądałem się po pokoju. Niewiele było tu wolnego miejsca, wszystkie ściany zastawione regałami. Na półkach stały książki. To prawdziwa obsesja moich rodziców, nie umieją się powstrzymać od ich kupowania. Podobno kiedy byli młodzi, w księgarniach nie było książek i dlatego nie potrafią sobie tego odmówić. To nie może być prawda, po prostu nie chcą się przyznać do swojej największej słabości.

-?Mikołaj?! - mama delikatnie potrząsała moim ramieniem. - Obudź się, muszę ci dać lekarstwo?!

Nieprzytomny usiadłem na łóżku. Nie wiedziałem, gdzie jestem.

-?Znowu masz gorączkę - gładziła mnie po czole. - Wypij lekarstwa, to pomogę ci przejść do twojego pokoju.

-?Nigdzie nie idę - położyłem się z powrotem.

-?Wolałabym, żebyś poszedł do siebie - denerwowała się mama. - Tutaj się nie wyśpisz.

-?Daj mu spokój - wtrącił się tata. - Nic mu nie będzie.

Mama tylko westchnęła i wyszła. Tata nastawił cichutko radio i zawzięcie stukał w klawiaturę. Łóżko było niewygodne i wąskie, wierciłem się dłuższą chwilę. W końcu udało mi się odpowiednio ułożyć i zapadłem w sen.

Obudził mnie gwałtowny hałas. Musiałem przypadkowo zahaczyć ręką o stos książek, bo leżały rozsypane na podłodze. W pokoju było jasno, tata zapomniał opuścić rolety. Przez okno wpadało światło księżyca. Podniosłem się energicznie i musiałem usiąść, bo zakręciło mi się w głowie. Na biurku stał laptop i mrugał zachęcająco małym światełkiem. Dziwne. Tata zapomniał go wyłączyć. Może miał nadzieję, że zagram w nową grę?? Dotknąłem myszki, ekran rozświetlił się, a system operacyjny zaczął się ładować. Po chwili na niebieskim tle monitora wyświetliły się cztery cyfry.

1979

Próbowałem najechać na nie kursorem, ale myszka nie reagowała. Pewnie tata zapomniał wyłączyć laptopa, a zabezpieczył go hasłem - pomyślałem ze złością. Jutro znów będzie prosił, żebym testował grę. Bezsilny wpatrywałem się w ekran, na którym niezmiennie wyświetlały się te same cyfry.

1979

Podjąłem ostatnią próbę. Wystukałem na klawiaturze 1979 i potwierdziłem klawiszem enter. Cyfry podświetliły się, ale po chwili przygasły.

Miałem ochotę obudzić tatę i zmusić go do uruchomienia laptopa. Irytował mnie monotonny szum pracującego komputera. Nie mogłem go ani wyłączyć, ani uruchomić. Przykryłem głowę poduszką.

***

Obudził mnie brzęk tłuczonego szkła. Ktoś przewrócił butelkę na klatce schodowej, a potem usłyszałem podniesione głosy. Wszystko przez studentów, którzy mieszkają nad nami - pomyślałem. Zawsze śmiecą i zostawiają na schodach butelki po piwie.

Chwilę później ktoś zaczął stukać w kaloryfer. Ignorowałem hałas, ale stukanie nie ustawało.

-?Ja mu postukam?! - zdenerwowałem się i usiadłem na łóżku. I?...

-?O rany - wyszeptałem.

Pokój zmienił się nie do poznania. Znajdowałem się w nieznanym miejscu. Nie było biurka ani laptopa, zniknęły gdzieś regały z książkami.

-?To mi się chyba śni - jęknąłem i zasłoniłem głowę kołdrą. Coś dziwnie zaszeleściło tuż obok mojego ucha. Wyjrzałem spod pościeli. Do ściany przyczepiona była mata zrobiona ze słomy. Słomiane rurki związano nitkami i przyczepiono do drewnianej listewki, która ciągnęła się wzdłuż łóżka. Czyj to pokój i jak się w nim znalazłem??

Usiadłem jeszcze raz i rozejrzałem się. Naprzeciwko tapczanu stał ogromny mebel. Składał się z półek, szafek, szuflad i dużej szafy na ubrania. Było w nim nawet biurko. Pod sufitem, na najwyższej półce, ktoś poukładał puszki z piwem. No ładnie.

Podszedłem do mebla, bo na blacie biurka zauważyłem podręczniki i zeszyty. Otworzyłem pierwszy i zamurowało mnie. Zeszyt podpisany był moim imieniem i nazwiskiem. Mikołaj Szydełko, klasa iv?a. Przerzuciłem kartki. Pismo jakby moje, zadania też pamiętałem, robiliśmy je na matematyce w poniedziałek. Na marginesie zapisana była data: 10. 09. 1979. To niemożliwe. Przecież wczoraj był 11. 09. 2009!

Bezradnie rozejrzałem się wokół. Oprócz ogromnego mebla i tapczanu w pokoju niewiele się mieściło. Przed biurkiem stało krzesło, a nad łóżkiem wisiała ogromna paprotka. Na parapecie stało mnóstwo kaktusów w maleńkich doniczkach. Wyjrzałem przez okno.

Zmienił się nie tylko gabinet rodziców?... Do wczoraj przed blokiem był niewielki trawnik i rabata z kwiatami, a naprzeciwko stały nowe bloki. Teraz za oknami rosły drzewa, a po drugiej stronie ulicy stały garaże. Przerażony wybiegłem z pokoju.

-?Mamo?! Mamusiu?! Gdzie jesteś???!

Wpadłem do kuchni. Na stole leżał list.

Mikołaj, jak wstaniesz, zjedz śniadanie. Herbatę masz w termosie. Pani Antkowiak zajrzy do Ciebie później. Bądź grzeczny, nie włączaj gazu i nie otwieraj drzwi nieznajomym. Wrócę zaraz po pracy. Mama.

Byłem sam.

Rozejrzałem się po kuchni. Szafki wyglądały prawie tak samo jak w moim domu. Pod oknem stała lodówka. Nazywała się "Mińsk". Głośno wibrowała przy pracy, aż podskakiwał stojący na niej wazon z bukietem sztucznych kwiatów. Podszedłem do kalendarza wiszącego na ścianie. Data wskazywała na środę, 12. 09. 1979 roku.

Nagle zaświtała mi w głowie nieprawdopodobna myśl. Wyglądało na to, że przeniosłem się w czasie i zdarzyło się to w nocy. Zaraz?... Kiedy uruchomiłem laptopa, na ekranie wyświetliły się cztery cyfry: 1979. To nie było żadne zabezpieczenie ani wygaszacz ekranu. To rok, w który się przeniosłem. W jakiś magiczny sposób uruchomiłem system, który przeniósł mnie wstecz o trzydzieści lat.

Przeczytałem jeszcze raz list, który znalazłem na stole. Dotarło do mnie, że nie tylko przeniosłem się w czasie. Musiało dojść do zamiany. Ja cofnąłem się w przeszłość, a inny chłopak, który nazywał się dokładnie tak samo, zajął moje miejsce. Śniadanie było przygotowane dla niego. Jak tylko jego rodzice wrócą z pracy, zamiana wyjdzie na jaw. Powinienem jak najszybciej znaleźć komputer i spróbować wszystko odkręcić.

Zabrałem talerz z kanapkami i wróciłem do pokoju. Bez przekonania ugryzłem chleb posmarowany cienko dżemem i popiłem przesłodzoną herbatą. Moja mama nigdy nie przygotowuje mi tak niedobrego śniadania.

Próbowałem w spokoju pozbierać wszystkie fakty, kiedy nagle rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Ktoś natarczywie naciskał na przycisk. Z mocno bijącym sercem poszedłem do przedpokoju i przyłożyłem oko do wizjera. Za drzwiami stał nieznajomy chłopak i coraz głośniej się dobijał.

-?Mikołaj?! Słyszysz mnie?? Mikołaj?!

Obserwowałem go w napięciu, zastanawiając się, co robić. Zanim podjąłem decyzję, drzwi innego mieszkania otworzyły się i na korytarz wyszła niewysoka, dość okrągła pani w granatowym fartuchu. Włosy miała nawinięte na wałki.

Zupełnie nie przypominała naszej sąsiadki, pani Beaty.

-?Co tu się dzieje?? - spojrzała groźnie i podparła się rękami pod boki. - Hałasują od samego rana.

-?Dzień dobry, pani Antkowiak - chłopak odwrócił się i grzecznie się ukłonił. - To ja pukam, do Mikołaja. Może coś mu się stało, bo nie otwiera??

-?A ty czemu nie jesteś w szkole, hę?? - pani Antkowiak spojrzała podejrzliwie. - Chcesz się zarazić anginą??

-?Mamy lekcje na drugą zmianę, proszę pani. Muszę zabrać od niego zeszyty, które mu wczoraj pożyczyłem.

-?Zaraz ci otworzę, tylko wezmę klucze. - Pani Antkowiak cofnęła się do swojego mieszkania, a ja popędziłem do łóżka.

Drzwi otworzyły się.

-?Pewnie w łóżku się wyleguje i nawet nie chce mu się wstać - pani Antkowiak mówiła nieprzyjemnym tonem. - Mikołaj, wstawaj?! Kolega przyszedł?!

Zacisnąłem mocno powieki.

-?Serwus, Mikołaj.

Nieznajomy chłopak wszedł do pokoju, a zaraz za nim wtoczyła się pani Antkowiak.

Teraz wszystko się wyda. Czekałem na gwałtowną reakcję, ale nic takiego nie nastąpiło. Zachowywali się tak, jakby mnie dobrze znali.

-?Cześć - powiedziałem niepewnie.

-?Przede wszystkim ze starszymi trzeba się przywitać. Nawet o "dzień dobry" muszę się dopraszać?? - gderała sąsiadka. - Jak się kawaler czuje?? Czemu drzwi nie otwiera??

-?Dzień dobry, ja?... - Ale pani Antkowiak wcale mnie nie słuchała.

-?Co to za porządki?? Śniadanie należy jeść w kuchni, a nie w łóżku. Kawaler tu szybko posprząta, żeby nie było żadnych okruszków?! A talerz wynieść do zlewu?!

Kawaler?? Nikt tak do mnie nie mówił, w dodatku rozkazującym tonem. Pani Antkowiak patrzyła świdrującym wzrokiem, jakby nic nie mogło się przed nią ukryć. A jednak mnie nie rozpoznała, odetchnąłem z ulgą.

Nieznajomy chłopak przestawił krzesło bliżej łóżka, usiadł, opierając nogi o brzeg tapczanu, i od razu zaczął się huśtać.

-?A ty, kawalerze?? - zwróciła się do niego sąsiadka. - Niewiele jesteś lepszy. Takiego hałasu narobiłeś, jakby naprawdę coś się stało. Jeden śpi do południa, a drugi awantury urządza. Pięknie się zabawiacie?! - kręciła głową z dezaprobatą.

-?Jeszcze raz panią przepraszam - chłopak nawet nie próbował się bronić - ale niepokoiłem się o Mikołaja.

-?A on spał. Taki z niego kolega. Nieładnie - pogroziła mi palcem. - Mama wróci, to jej o wszystkim opowiem. Nie mam teraz czasu na pogawędki, idę na zakupy. Potrzebuje kawaler czegoś??

-?Może mi pani kupić nutellę?? - powiedziałem niepewnie. - I sok w kartonie, najlepiej o smaku jabłko­ mięta. Później oddam pieniądze.

-?Nutella?? Sok w kartonie?? A cóż to takiego?? - spojrzała na mnie dziwnie. - W naszym osiedlowym sklepie nie ma takich rzeczy. Mamę poproś, może pojedzie specjalnie do delikatesów. Czyli rozumiem, że niczego nie potrzebujesz?? Zajrzę tu później, a ty, kawalerze, pilnuj czasu, żeby się do szkoły nie spóźnić - powiedziała do chłopaka na odchodne.

Zostaliśmy sami. Wbiłem wzrok w kołdrę.

-?Na głowę upadłeś?? - spojrzał na mnie zaskoczony. - Chwalisz się przy Antkowiakowej, że robicie zakupy w peweksie? Mogłeś jej jeszcze powiedzieć, gdzie dolary trzymacie.

-?Jakie dolary?? - nie zrozumiałem.

-?Normalne, amerykańskie. Jeśli kupujecie nutellę w peweksie?, to musicie mieć dolary. Za złotówki niczego tam nie kupisz.

-?Płacicie w sklepach dolarami??

-?Nie, złotówkami. Ale widziałeś kiedyś nutellę w spożywczym??

-?Pewnie, że widziałem - pokiwałem głową.

-?Przestań się wygłupiać. Takie rzeczy są tylko w peweksach. Nie ma o czym mówić.

Ciągle huśtał się na krześle.

-?Dzisiaj sprawdzian z matmy, a ja nie zajrzałem nawet do zeszytu - ciągnął. - Lufa wpadnie do dzienniczka jak nic?! Już mam cykora przed ojcem. Masz szczęście, że nie musisz chodzić do budy?!

Nie rozumiałem połowy słów, których używał, ale moje milczenie zupełnie mu nie przeszkadzało.

-?Do tego wczoraj zepsuł się nam telewizor. Ale był huk?! Kineskop się spalił. Nic nie słyszeliście?? Antkowiakowa od razu przybiegła z pretensjami, że hałasujemy. Będę do was przychodził na telewizję, przecież niedługo eliminacje do Mistrzostw Świata?! Mógłbym słuchać transmisji meczów przez radio, ale sam rozumiesz - to nie to samo. A ty co, dalej cię gardło boli, że nic nie mówisz??

Nie mogłem dłużej udawać.

-?Podaj mi kartkę i coś do pisania - poprosiłem zdecydowanie.

Napisałem na niej datę: 12. 09. 2009 i podałem chłopakowi. Wychylił się mocno do przodu, a potem cudem złapał równowagę i znów zaczął się huśtać.

-?Co tu napisałeś?? Jakaś data?? Kiedy to będzie?? Równo?... za trzydzieści lat.

-?Wczoraj tam byłem - powiedziałem ze spokojem.

-?Źle się czujesz?? - Gwałtownie przytrzymał się blatu biurka, bo krzesło odchyliło się do tyłu.

-?Przestań się huśtać i posłuchaj - zażądałem. - Wczoraj spałem w gabinecie moich rodziców. Tu stało biurko, a na nim komputer. W nocy obudziłem się, komputer był włączony. Chciałem go wyłączyć, a przypadkiem uruchomiłem program, który przeniósł mnie w przeszłość. Rano obudziłem się tutaj.

-?Ale masz wyobraźnię?! - roześmiał się. - Nikt ci nie uwierzy w takie bzdury. Przecież byłem u ciebie wczoraj, zeszyty przyniosłem. Jeszcze gazetę ci pożyczyłem, "Świat Młodych". Dzisiaj miałeś oddać?... Pewnie nie przeczytałeś i teraz ci głupio.

-?Nie przeczytałem, bo wczoraj mnie tu nie było.

-?Głupoty opowiadasz - uciął. - Myślałem, że pomożesz mi z matmą, a ty się wygłupiasz. Idę do domu, nie chcę się do szkoły spóźnić. Która godzina??

Spojrzałem na zegarek, który zawsze noszę na lewej ręce. Dostałem go od rodziców na dziesiąte urodziny. Długo musiałem ich prosić, był bardzo drogi i nawet reklamowali go w telewizji. Miał wszystkie funkcje - mierzył czas, oprócz tego miał budzik, krokomierz, mierzył tętno i pracę serca. Był wodoodporny, a czas podawał w trzech strefach czasowych - dla Warszawy, Nowego Jorku i Tokio.

-?Dochodzi dziesiąta.

Z wrażenia aż uklęknął przy łóżku, a krzesło w końcu się przewróciło.

-?Co to za cudo?? Gdzie twoja stara Pobieda? - jak oczarowany wpatrywał się w cyferblat.

Mimo podróży w czasie zegarek wskazywał prawidłową godzinę, bo po chwili dobiegło nas bicie innego zegara.

-?Faktycznie, dziesiąta. Słychać zegar w moim mieszkaniu - spojrzał na mnie.

-?Teraz mi wierzysz??

Chłopak usiadł z powrotem na krześle.

-?Dobra - przyjrzał mi się uważnie. - Jak ja się nazywam??

-?Nie mam pojęcia. Widzę cię pierwszy raz w życiu.

-?W jakim mieście jesteśmy??

-?We Wrocławiu.

-?Na jakiej ulicy mieszkamy??

-?Na Lawendowej.

-?Ale wymyśliłeś?! - parsknął. - Nasza ulica nazywa się Przyjaźni Polsko­ Radzieckiej.

-?Możliwe, w moich czasach nazywa się inaczej - odpowiedziałem obrażony.

-?Może ty rzeczywiście przeniosłeś się w czasie?? - przyglądał mi się podejrzliwie. - Niemożliwe, żebyś nagle tylu faktów nie pamiętał. Ale wyglądasz dokładnie tak samo jak Mikołaj Szydełko, który do wczoraj był moim sąsiadem.

-?Uwierzysz mi czy nie?? - zniecierpliwiłem się. - Muszę wrócić do moich czasów, zanim pojawią się jego rodzice i zamiana wyjdzie na jaw.

-?To jest w tym wszystkim najdziwniejsze - powtórzył powoli. - Wyglądasz identycznie jak on, tylko masz trochę więcej piegów. Gdybyś mi nie powiedział, nie uwierzyłbym, że jesteś kimś innym.

-?Moich rodziców nie da się oszukać - powiedziałem z pewnością. - Na pewno zauważą, że tamten Mikołaj nie jest ich synem. Muszę wracać.

-?Mówiłeś, że przeniosłeś się za pomocą komputera. Naprawdę masz komputer w domu??

-?W moich czasach to normalne - wzruszyłem ramionami. - Wszyscy je mają. U nas są trzy, dla każdego z rodziny.

-?Trzy komputery w jednym mieszkaniu?? - wątpił chłopak. - Przecież się nie zmieszczą. U mojej mamy w pracy jest jeden i zajmuje ogromną halę.

-?Mylisz się. Nie ma takich ogromnych komputerów - powiedziałem z przekonaniem. - Komputery są wielkości niewielkiej skrzynki, a mogą być jeszcze mniejsze. Moi rodzice takie mają.

-?Fantazję to ty masz?! - roześmiał się. - Nie uniósłbyś nawet jednej części komputera odra?!

-?Tak się nazywają wasze komputery?? W życiu nie słyszałem tej nazwy. Nieważne. Załatw mi dojście do tej odry, z resztą sam sobie poradzę.

-?To nie takie proste?! Ja widziałem go tylko przez szybę. Żeby podejść do komputera, trzeba założyć specjalny kombinezon ochronny, bo kurz i bakterie mogłyby mu zaszkodzić.

Od nadmiaru informacji kręciło mi się w głowie. Próbowałem zrozumieć, co do mnie mówi.

-?Posłuchaj. Jak ty masz w ogóle na imię??

-?Krzysiek.

-?Słuchaj, Krzysiek. Muszę się dostać do komputera, żeby wrócić do moich czasów. Proszę cię tylko, żebyś zaprowadził mnie do pracy twojej mamy.

-?Przecież jesteś chory - zauważył przytomnie. - Możemy pójść w przyszłym tygodniu.

-?Chcesz, żebym spędził tu cały tydzień??

-?A masz inne wyjście??

-?Dobrze - powiedziałem po chwili. - Zostanę tu przez tydzień. Ani jednego dnia dłużej.

-?Ale numer?! - gwizdnął. - Zamieniliście się miejscami z Mikołajem. Lepiej nie mów nikomu więcej, że przeniosłeś się w czasie. I schowaj zegarek, za bardzo rzuca się w oczy.

-?Rozdajecie sąsiadom klucze do mieszkania, a boicie się złodziei?? - odpowiedziałem złośliwie, ale odpiąłem zegarek i schowałem pod poduszkę.

-?To bardzo wygodne, że można zostawić klucze u pani Antkowiak - oburzył się. - Jest na emeryturze i chętnie wszystkim pomaga. A nad wami kto mieszka?? Może to jestem ja?? Za trzydzieści lat??

-?Mieszkanie nad nami wynajmują studenci, nie wiem od kogo. Ciągle ktoś się stamtąd wyprowadza, a potem wprowadzają się nowi. Strasznie bałaganią i hałasują na klatce schodowej. Ale chyba tu jest podobnie?? Słyszałem, jak ktoś rozbił szklaną butelkę na korytarzu.

-?To był mleczarz?! - roześmiał się Krzysiek. - Przynosi codziennie świeże mleko w szklanych butelkach. Widocznie któraś się przewróciła i narobiła hałasu.

-?Sprytnie?! - powiedziałem z uznaniem. - Nam nikt mleka do domu nie przynosi.

-?Muszę już lecieć do budy. - Krzysiek podniósł się z krzesła. - Na drugi raz, jak zastukam w kaloryfer, to też do mnie stuknij. Raz oznacza, że mogę przyjść. Dwa razy, że jesteś zajęty. To nasz szyfr, mój i Mikołaja.

-?Nie macie w domu telefonu?? - zdziwiłem się.

-?W naszej bramie nikt nie ma. Moim rodzicom obiecali, że za dwadzieścia lat rozbudują centralę telefoniczną na osiedlu. Wtedy nam założą.

-?W ogóle nie używacie telefonów?? - nie mieściło mi się to w głowie.

-?Korzystamy z budek telefonicznych. Najbliższa stoi na rogu ulicy, ale zazwyczaj telefon ma urwaną słuchawkę. Zwijam się, Mikołaj.

-?Chcesz mnie zostawić?? - byłem przerażony. - Ja?... Nigdy nie zostaję sam w domu.

-?Musisz się przyzwyczaić. W naszych czasach to normalne.

-?Do wieczora mam siedzieć?? - krzyknąłem.

-?Jakbyś czegoś potrzebował, pani Antkowiak jest za drzwiami. Mama Mikołaja wraca o trzeciej, a ja przyjdę po szkole. To tylko kilka godzin.

-?Mama Mikołaja?? Jaka ona jest?? Jak wygląda?? - za wszelką cenę próbowałem go zatrzymać.

-?Jaka jest?? Normalna. - Krzysiek wzruszył ramionami. - Martwi się głównie ocenami. Jest miła, ale bardzo dużo mówi. A tato jest taki jak inni ojcowie. Nigdy dłużej z nim nie rozmawiałem.

Rozdział III

Zostałem sam. Do wczoraj byłbym bardzo szczęśliwy z tego powodu, dzisiaj wolałbym, żeby w drzwiach pojawiła się moja babcia. Na pewno już dotarła do mojego domu. Ciekawe, czy zauważy, że Mikołaj nie jest jej wnukiem?? Jak to możliwe, że jest do mnie tak bardzo podobny??

Stanąłem przed ogromnym meblem. Gdzieś w tych szufladach, szafkach, na którejś półce muszą być albumy ze zdjęciami. Musiałem sam się przekonać, jak wygląda Mikołaj. Po kolei otwierałem wszystkie drzwiczki, przerzucałem książki na półkach, wysuwałem szuflady. Nie było ani jednego albumu, ani jednej ramki ze zdjęciem, nic.

Na podłodze leżał plecak szkolny Mikołaja. W przegródce znalazłem legitymację szkolną. Ze zdjęcia uśmiechał się chłopak. Chyba miał jasne włosy i niebieskie oczy i chyba był do mnie podobny, ale pewności nie miałem. Zdjęcie było czarno­ białe. Może trzymają albumy w innym miejscu?? Powinienem rozejrzeć się po mieszkaniu, zanim rodzice Mikołaja wrócą z pracy.

Postanowiłem się ubrać. Z niedowierzaniem przeszukałem wszystkie półki w szafie. Mikołaj nosił koszule, swetry i wełniane kamizelki. Ani jednej bluzy z kapturem. Jedna para dżinsów z gumką wszytą w pasie.

Musiałem założyć sweter. Wybór był duży, ale żadne ubranie mi się nie podobało. Swetry były brzydkie, miały nieładne kolory albo jaskrawe wzorki. Z nadzieją rozłożyłem brązowy. Byłby do przyjęcia, gdyby nie wyhaftowany ogromny czerwony renifer.

Ostatecznie założyłem dżinsy i sweter w różnokolorowe paski. Nigdy nie poszedłbym tak ubrany do szkoły w moich czasach.

Zajrzałem do pokoju, który w przyszłości będzie należał do mnie. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo był dla mnie ważny. Teraz służył za sypialnię dla rodziców Mikołaja. Stało tu łóżko, dwie szafki nocne z lampkami i głośno tykające budziki. Nic ciekawego i żadnych zdjęć.

Został do sprawdzenia ostatni, największy pokój, w którym moi rodzice zbudują antresolę, gdzie będą spać.

W tych czasach był to jednak pokój gościnny. Na podłodze leżał dywan, na nim stały dwa fotele, pufy i niewielki stolik, a pod ścianą telewizor w ogromnej obudowie, za to z niewielkim ekranem. Po drugiej stronie stał mebel jeszcze większy niż ten w pokoju Mikołaja. Jeśli gdzieś mogą być zdjęcia, to tylko tutaj.

Znów zabrałem się do przeglądania niezliczonych szuflad i szafek. Nareszcie na jednej z półek dostrzegłem gruby album. Usiadłem wygodnie w fotelu i niecierpliwie przerzucałem strony.

Zdjęcia były czarno­ białe. W albumie zmieściły się fotografie ze wszystkich uroczystości rodzinnych. Począwszy od wesela rodziców Mikołaja, przez pierwsze zdjęcia ich syna. Przejrzałem zdjęcia z chrztu, z przedszkola, z bali karnawałowych. Na ostatnim Mikołaj, ubrany w strój galowy, stał przed budynkiem szkoły. Nie miał żadnych zdjęć z wakacji, parku czy placu zabaw. Na wszystkich stał sztywno wyprostowany i patrzył prosto w obiektyw.

Może on nie lubi, kiedy robią mu zdjęcia?? A potem przemknęła mi przez głowę nieprawdopodobna myśl. To było niemożliwe, żeby nie mieli aparatu fotograficznego. Chociaż??

Wpatrywałem się w twarz Mikołaja. To prawda, byliśmy podobni. Byłem jednak pewien, że rodzice zauważą zamianę.

Odłożyłem album na półkę. Mogłem robić to, na co miałem ochotę. Postanowiłem, że pooglądam telewizję. Najpierw musiałem znaleźć pilota. Powinien leżeć gdzieś pod ręką. Pilota jednak nigdzie nie było. Może wsunął się za oparcie fotela?? Nasz pilot często tam wpada. Wsunąłem rękę i próbowałem go znaleźć, kiedy do pokoju niespodziewanie wkroczyła pani Antkowiak.

Aż podskoczyłem na jej widok.

-?A czemu kawaler po mieszkaniu biega, zamiast leżeć??

-?Chciałem pooglądać telewizję. - Wyszarpnąłem rękę zza oparcia. - Tylko że nie mogę znaleźć pilota, chyba gdzieś się zapodział.

-?Co chcesz oglądać?? - Pani Antkowiak przyjrzała mi się uważnie. - Telewizję??

Wpadłem. Pewnie tak jak moja babcia uważała, że na oglądanie telewizji szkoda czasu. I zaraz wygłosi kazanie o szkodliwości programów telewizyjnych. Musiałem działać szybko. Spojrzałem przymilnie, uśmiechnąłem się i zamrugałem powiekami. Działało na wszystkie starsze panie.

-?Dobrze, już dobrze. - Pani Antkowiak zmiękło serce. - Kawaler poczeka, kołdrę przyniosę.

Posłusznie usiadłem w fotelu, a pani Antkowiak opatuliła mnie kołdrą. Potem podeszła do telewizora i nacisnęła czerwony przycisk.

-?Który chcesz program?? Pierwszy czy drugi??

-?Wszystko mi jedno. Tam, gdzie są bajki.

-?Bajkę chcesz oglądać?? O tej godzinie?? - zdziwiła się. - Dobranocka będzie dopiero o dziewiętnastej na pierwszym programie.

-?On się chyba popsuł - wskazałem na ekran. - Nie ma obrazu.

-?Niemożliwe. - Pani Antkowiak przyłożyła ucho do obudowy. - Przecież słyszę, że pracuje. Rozgrzać się musi.

Ekran telewizora powoli się rozjaśniał.

-?Naprawdę nie jest zepsuty?? To czemu nie ma kolorów??

-?Kawaler tylko narzeka - gderała sąsiadka. - Sygnał jest silny, obraz wyraźny. A do czarno­ białego obrazu powinien być kawaler przyzwyczajony.

Z ciężkim westchnieniem usiadła w fotelu obok. W milczeniu oglądaliśmy program przyrodniczy, którego bohaterami były prosiaki. Redaktor poważnym, naukowym tonem opowiadał, jak ważny jest dobór prawidłowej paszy dla świń. Świnki nic sobie nie robiły z obecności kamery, biegały po zagrodzie, wpadały na siebie i przenikliwie kwiczały.

-?Może na drugim programie coś będzie?? - poprosiłem.

Sąsiadka z trudem wstała. Coś mi zaczęło świtać. Oni nie znają pilotów do telewizora. Za każdym razem muszą podejść do odbiornika.

Na ekranie pojawiła się okrągła, biała sala. Na ścianie wisiało godło i flaga Polski. Pod flagą, na mównicy stał poważny pan i przemawiał do mikrofonu. Słuchali go z uwagą inni poważni panowie, siedzący w ławkach.

-?To przecież obrady Sejmu?! - rozpoznałem miejsce. - Jak byłem z rodzicami w Warszawie, zwiedzaliśmy ten budynek.

-?To co kawaler będzie oglądał?? Na pierwszym program dla rolników, na dwójce obrady Sejmu. Zostawiamy??

-?I to wszystko?? Nie ma więcej programów??

-?Są dwa i wystarczy. Na który program kawaler się decyduje??

-?Na żaden - powiedziałem zrezygnowany. - Nie ma niczego ciekawego.

-?Kawalerowi się wydaje, że ja nic nie mam do roboty?? Tylko telewizor włączać i wyłączać?? - zrzędziła sąsiadka. - Odbiornik się od tego psuje. Niech kawaler lepiej wraca do łóżka, zupę podgrzeję. I więcej po mieszkaniu niech nie biega?!

Wróciłem do pokoju Mikołaja. Nie mieściło mi się to w głowie. Dwa programy w telewizji?? To żaden wybór. Od kiedy pamiętam, mam kanał z bajkami i to niejeden. Co ten Mikołaj robi, jak jest chory??

Pani Antkowiak przyniosła talerz z parującą zupą.

-?Niech kawaler je, a potem talerz trzeba odnieść do kuchni. I niech się lepiej przebierze z powrotem w piżamę. Wracam do siebie. Jakby czego potrzebował, niech zapuka.

-?Niech pani nie mówi mi ciągle, co mam robić?! - zdenerwowałem się. - Nie jestem małym dzieckiem.

Ale pani Antkowiak już wyszła i znowu zostałem sam.

***

Komputerów nie było, telefonów też. W telewizji dwa programy?... Co oni robią?? Muszą mieć masę wolnego czasu.

Moja babcia, zamiast zawracać mi głowę chorobami taty, mogła opowiadać o jego zabawach z dzieciństwa. Zaraz. Ona musi tu mieszkać?!

Przyjechała do Wrocławia po drugiej wojnie światowej. I nigdy się nie przeprowadzała. Musi mieszkać tam gdzie zawsze, na Trzebnickiej. A razem z nią mój tata, który powinien mieć teraz?... - obliczałem w pamięci. - No tak. Był w moim wieku.

Tato powtarzał, że od najmłodszych lat interesował się informatyką. Gdyby udało mi się z nim spotkać - rozmyślałem gorączkowo - mógłby mi pomóc w powrocie do przyszłości.

Na razie powinienem dowiedzieć się czegoś więcej o tych czasach. Bez dostępu do Internetu, bez Wikipedii musiałem skorzystać ze staroświeckich źródeł. Gdzieś powinna leżeć gazeta przyniesiona przez Krzyśka.

Otworzyłem szafkę z książkami i przyjrzałem się okładkom. Widniały na nich czołgi, żołnierze w okopach, bomby i karabiny. Książki o tematyce wojennej raczej nie pomogą mi zrozumieć lat siedemdziesiątych. Za to zaciekawiła mnie inna książka, o przygodach Tomka. Znalazłem też kilka komiksów, a na półce poniżej gazetę "Świat Młodych", o której mówił Krzysiek. Pod gazetą leżała duża biała teczka z napisem ściśle tajne?! Nie powinienem grzebać w cudzych rzeczach, ale cały czas to robię - usprawiedliwiłem się. Zaniosłem lektury do łóżka i jeszcze raz stanąłem przed meblem.

Na jednej z półek stała duża szara skrzynia. Leżały na niej dwa plastikowe krążki, na które nawinięta była brązowa taśma. Przypominało to trochę projektor filmowy, który widziałem kiedyś w kinie. Na skrzyni znajdowało się wiele różnych przycisków. Musiałem spróbować. Nacisnąłem start. Krążki zaczęły się powoli obracać, a taśma przewijała się z jednego na drugi. Z głośnika popłynęła muzyka. To musiał być odtwarzacz taśmy, na której nagrane były piosenki. Przedziwne urządzenie nie przypominało ani wieży cd, ani mp3, a tym bardziej iPoda. Za to dźwięki wydały mi się dziwnie znajome. Przecież to The Beatles?! Mój tata będzie Mikołajem zachwycony - pomyślałem z zazdrością.

Otworzyłem ściśle tajną teczkę. Mikołaj trzymał w niej plakaty wycięte z gazet. Zdjęcia zespołów muzycznych i drużyn piłkarskich. Papier był tak cienki, że kilka plakatów rozdarło się na zagięciach. Największy skarb Mikołaja nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Odłożyłem teczkę na miejsce i wróciłem do łóżka z książką o Tomku. Początkowo przeszkadzał mi brak ilustracji i brzydki papier, ale po kilku stronach nie mogłem się od niej oderwać. Razem z głównym bohaterem przeżywałem niesamowite przygody w Ameryce Południowej. Co kilka stron groziły mu niebezpieczeństwa, ale wychodził cało z każdej opresji.

Tak się zaczytałem, że znów nie usłyszałem, kiedy ktoś wszedł do mieszkania. Dopiero kiedy otworzyły się drzwi od pokoju, zaskoczony uniosłem głowę. Stała przede mną nieznajoma pani. Szczupła blondynka o niebieskich oczach. Mama Mikołaja - domyśliłem się. - Zaraz się wyda.

Przymknąłem oczy.

-?Jak się czujesz, Mikołaj?? Lepiej troszkę?? Masz gorączkę?? - przyłożyła chłodną dłoń do mojego czoła. - Temperatura ci spadła, to dobrze. Była u ciebie pani Antkowiak?? Zjadłeś zupę?? Co ty, Mikołaj, książkę czytasz?? Byłam pewna, że bawisz się żołnierzykami. Musisz poczekać na drugie danie, wytrzymasz??

W tym czasie poprawiła mi pościel, uchyliła okno, przesunęła firankę i ukłuła się igłą kaktusa.

-?Aj?! Znowu się ukłułam?! Mikołaj, prosiłam, żebyś inaczej poukładał kaktusy?! Ten najbardziej kłujący nie powinien stać przy brzegu - mama Mikołaja ssała bolący palec i nagle spojrzała na mnie.

-?Co się tak przyglądasz?? Stało się coś??

-?Nie, nic - uciekłem wzrokiem. - Zaraz przestawię kaktusy.

-?Sama to zrobię, lepiej nie wstawaj. - Szybkimi ruchami przestawiała niewielkie doniczki. - Ile ty ich masz?! W tym roku na pewno zajmiesz pierwsze miejsce w Związku Hodowców, bo twoja kolekcja jest imponująca.

Związek Hodowców?? Jaki Związek Hodowców??

-?Gotowe. Wracam do kuchni, za chwilę tata wróci.

To niemożliwe, ale mnie nie poznała. Z ulgą wypuściłem powietrze. Nie zauważyła, że nie jestem jej synem. Moi rodzice pewnie też niczego nie zauważą. Ciągle powtarzają, że jestem dla nich kimś wyjątkowym, ale zgoda - w tym jednym, jedynym przypadku lepiej, żeby pomylili mnie z kimś innym.

? Copyright by Wydawnictwo skrzat2015
Wydanie elektroniczne
Zespół redakcyjno-korektorski:
Wydawnictwo Skrzat
Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Projekt okładki:
Wydawnictwo Skrzat
ISBN 978-83-7915-248-3
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51 wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl