Kakrachan Tom I sagi Atlanci - Olis Nari Lang

Kup ebooka

23.05 zł
19.13 zł (19,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W za­mierz­chłej tra­dy­cji Zuni, jed­ne­go z naj­star­szych lu­dów Ame­ry­ki Pół­noc­nej, w do dziś za­cho­wa­nych i prak­ty­ko­wa­nych ob­rzę­dach mówi się wprost o od­wie­dzi­nach Ka­czi­na, istot z gwiazd. Wy­ry­te przez In­dian ty­sią­ce lat temu w ska­łach No­we­go Mek­sy­ku pe­tro­gli­fy przed­sta­wia­ją­ce gwiaz­dy, przed­mio­ty i po­sta­cie w wie­lu wy­obra­że­niach przy­po­mi­na­ją wy­glą­dem wy­po­sa­że­nie dzi­siej­szych astro­nau­tów...

W od­le­gło­ści 59 ki­lo­me­trów na pół­noc­ny za­chód od Du­bli­na, otu­lo­ny so­czy­stą zie­le­nią pól, znaj­du­je się do­lmen New Gran­ge. Ma śred­ni­cę 95 i wy­so­kość 15 me­trów, a do jego bu­do­wy uży­to 400 mo­no­li­tów i co roku, za­wsze 21 grud­nia, od ty­się­cy lat po­wta­rza się w nim pro­mie­ni­sty spek­takl...

Na po­łu­dnie od Limy w Peru, w kie­run­ku pła­sko­wy­żu Na­zca, w do­li­nie Pi­sco, przez wzgó­rza cią­gnie się wie­lo­ki­lo­me­tro­wa wstę­ga, skła­da­ją­ca się z ciem­nych dziur w zie­mi. W tej per­fo­ro­wa­nej ta­śmie wszyst­kie dziw­ne dziu­ry są dzie­łem czło­wie­ka, a w jed­nym sze­re­gu znaj­du­je się za­wsze osiem doł­ków...

Pod­czas ba­dań pro­wa­dzo­nych w Dwa­ra­ce, jed­nym z naj­star­szych sied­miu miast In­dii, le­żą­cym nad dzi­siej­szą za­to­ką Kutch mię­dzy Bom­ba­jem a Ka­ra­czi, od­kry­to, że znacz­na część mia­sta znaj­du­je się pod po­wierzch­nią mo­rza. Geo­lo­dzy, któ­rzy bra­li udział w ba­da­niach pod­wod­nych ruin, na­tknę­li się na szcząt­ki wy­ka­zu­ją­ce śla­dy ze­szkle­nia. Mimo że tego ro­dza­ju ze­szkle­nia znaj­du­ją się nie tyl­ko w Dwa­ra­ce, lecz tak­że w in­nych miej­scach, do tej pory nie zna­le­zio­no jed­nak praw­do­po­dob­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia tego zja­wi­ska. A ka­mień topi się do­pie­ro w bar­dzo wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­rze...

W Co­pán, w kra­ju Ma­jów, od­kry­to pod­ziem­ną świą­ty­nię, któ­ra zda­niem spe­cja­li­stów mo­gła być gro­bow­cem za­ło­ży­cie­la dy­na­stii Yax K'uk'MO. Po­cząt­ko­wo ża­den z na­ukow­ców nie mógł wejść do środ­ka, bo­wiem po­miesz­cze­nie od­izo­lo­wa­ne miką było wy­peł­nio­ne nie­zwy­kle tru­ją­cą rtę­cią. Za­sta­na­wia­ją­ce jest, że w in­nych miej­scach - za­rów­no w Ame­ry­ce Środ­ko­wej, jak i na in­nych kon­ty­nen­tach - zna­le­zio­no pod­ziem­ne ko­mo­ry z miki, któ­rych prze­zna­cze­nia na­ukow­com do dziś nie uda­ło się wy­tłu­ma­czyć...

W pre­hi­sto­rycz­nej ja­ski­ni La­scaux we fran­cu­skim de­par­ta­men­cie Do­rdo­gne znaj­du­ją się ry­sun­ki na­skal­ne, przed­sta­wia­ją­ce do­kład­ne ob­ra­zy gwiazd i ca­łych gwiaz­do­zbio­rów Skro­pio­na, Ba­ra­na, Byka, Ko­zio­roż­ca itd. Kie­dy do­kład­nie zmie­rzo­no wszyst­kie punk­ty oraz li­nie po­sta­ci zwie­rząt, oka­za­ło się, że za­rów­no usy­tu­owa­nie ja­ski­ni we­dług kry­te­rium prze­si­le­nia let­nie­go, jak i umiej­sco­wie­nie po­szcze­gól­nych gwiaz­do­zbio­rów od­po­wia­da ob­ra­zo­wi nie­ba sprzed 17 ty­się­cy lat...

W Rijc­kholt w Ho­lan­dii od­kry­to w zie­mi szy­by, z któ­rych wy­do­by­to ty­sią ce wy­ko­na­nych z krze­mie­nia sie­kier. Na pod­sta­wie licz­by i wiel­ko­ści sztol­ni moż­na wy­li­czyć, że w epo­ce ka­mie­nia wy­do­by­to oko­ło 41 250 me­trów sze­ścien­nych brył krze­mie­nia. Z ta­kiej ilo­ści moż­na wy­pro­du­ko­wać 153 mi­lio­ny sie­kier. 15 ty­się­cy zlo­ka­li­zo­wa­no w sztol­niach, we­dług zaś skrom­nych sza­cun­ków pod zie­mią musi być ich jesz­cze oko­ło 2,5 mi­lio­na. A to wszyst­ko dzia­ło się po­nad 10 ty­się cy lat temu...

Na po­łu­dnie od Ka­iru i na za­chód od Mem­fis znaj­du­je się sta­ro­żyt­na me­tro­po­lia Egip­tu, Sak­ka­ra. Od­kry­to tam ogrom­ny i skom­pli­ko­wa­ny sys­tem pod­ziem­nych tu­ne­li i po­miesz­czeń. Egip­to­lo­dzy mó­wią co praw­da o pod­ziem­nych ko­mo­rach i tu­ne­lach pod pi­ra­mi­dą schod­ko­wą jako o po­miesz­cze­niach zwią­za­nych z kul­tem gro­bo­wym Dże­se­ra, lecz nie wspo­mi­na­ją o set­kach tu­ne­li w in­nych miej­scach. Zresz­tą ja­kość wy­ko­na­nia tu­ne­li wska­zu­je, że nie mo­gły zo­stać wy­ku­te za po­mo­cą mie­dzia­nych dłut i ka­mien­nych po­bi­ja­ków...

W Lu­zon na Fi­li­pi­nach, oko­ło 250 ki­lo­me­trów na pół­noc od Ma­ni­li, 1330 me­trów nad po­zio­mem mo­rza, znaj­du­je się Ósmy Cud Świa­ta in­ży­nie­rii agrar­nej. Ry­żo­we ta­ra­sy Ba­naue cią­gną się na 19 600 hek­ta­rów. Gdy­by uło żono je obok sie­bie, to pola ry­żo­we utwo­rzy­ły­by li­nię o dłu­go­ści po­ło­wy zie­mi. Ich wy­so­kość prze­kra­cza wy­mia­ry naj­wyż­sze­go dra­pa­cza chmur. Kto i kie­dy je wy­bu­do­wał, po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą. Ale jesz­cze więk­szą ta­jem­ni­cą owia­na jest od­po­wiedź na py­ta­nie: po co ów­cze­snej, nie­licz­nej, lo­kal­nej spo­łecz­no­ści tak ogrom­ne spi­chle­rze...

2

Wła­śnie otrzy­mał dzie­wią­ty ra­port. Od­na­le­zio­no wa­zi­my we wszyst­kich ko­lo­niach. Zno­wu nic. Ostat­nia na­dzie­ja zga­sła. Musi o tym za­mel­do­wać. Tyl­ko jak?

A tak cie­szył się, kie­dy mia­no­wa­no go prze­ło­żo­nym wszyst­kich po­wietrz­nych jed­no­stek. Gdy­by wte­dy choć przez chwi­lę, choć przez jed­ną na­no­se­kun­dę przy­szło mu do gło­wy, że spra­wy przy­bio­rą taki ob­rót, że zda­rzy się nie­prze­wi­dy­wal­ne... Pew­nie nie przy­jął­by tego za­szczy­tu. Ra­czej po­słu­chał­by swej fili, któ­ra cały czas po­wta­rza­ła: im wy­żej sie­dzisz, tym bo­le­śniej od­czu­jesz upa­dek. Znów mia­ła ra­cję.

Ale nie! Jesz­cze pod­czas ostat­nie­go ob­ro­tu wszyst­ko prze­bie­ga­ło na­tu­ral­nie i zgod­nie z wy­zna­czo­ną mi­sją. Jak­kol­wiek oko­licz­no­ści sa­mo­bój­czej śmier­ci Ro­sa­da nie po­zo­sta­wa­ły bez ko­men­ta­rzy i wszę­dzie dało się sły­szeć róż­ne do­my­sły i plot­ki, to on jed­nak wie­rzył, pra­gnął wie­rzyć, że jego po­przed­nik po pro­stu nie po­tra­fił się od­na­leźć w no­wych oko­licz­no­ściach. Na uspra­wie­dli­wie­nie tej sy­tu­acji zna­lazł w tam­tym cza­sie wie­le wy­tłu­ma­czeń - że miał, o czym wie­dzia­ła cała spo­łecz­ność, pro­ble­my ro­dzin­ne, że zbyt duża pre­sja wy­ni­ków, jaka na nich wszyst­kich spo­czy­wa­ła, zro­bi­ła swo­je. Albo to, że Ro­sad był zbyt mięk­ki i sła­by psy­chicz­nie.

Tak za­to­pił się w swych roz­my­śla­niach, że na­wet nie za­uwa­żył, kie­dy sta­nął przed Salą Na­rad. Krót­ko za­mel­do­wał sto­ją­cym przed drzwia­mi straż­ni­kom:

- Star­kis do Do­wód­cy do­wód­ców, do Char­tro­sa.

"Cóż, jak wi­dać, los nie był jed­nak dla mnie ła­skaw. Może kie­dyś się od­mie­ni" - po­my­ślał, otwie­ra­jąc drzwi i wcho­dząc do ogrom­ne­go po­miesz­cze­nia. Za­wsze, kie­dy je od­wie­dzał, za­chwy­cał się jego wiel­ko­ścią, pro­sto­tą i chłod­ną ele­gan­cją. Za­wsze, ale nie dzi­siaj.

Char­tros był w sali sam, sie­dział po­chy­lo­ny nad okrą­głym Sto­łem Na­rad. Ci­chy, sku­pio­ny, nie­obec­ny. Wi­dać było, że wy­da­rze­nia ostat­nich dni od­bi­ły na nim swo­je pięt­no. Wej­ście Star­ki­sa po­zo­sta­ło nie­zau­wa­żo­ne, chciał więc za­zna­czyć swo­ją obec­ność, ale jesz­cze nim zdą­żył otwo­rzyć usta, już pa­dło py­ta­nie:

- Nie zna­leź­li­ście jej, praw­da? - Spoj­rzał uważ­nie na Do­wód­cę i od­niósł dziw­ne wra­że­nie. Może to prze­mę­cze­nie i stres, ale wy­da­wa­ło mu się, że w ką­ci­kach ust Char­tro­sa po­ja­wił się gry­mas uśmie­chu, jak­by cień po­dzi­wu i uzna­nia.

- Wszyst­kie po­jaz­dy zo­sta­ły znisz­czo­ne. Oba­wiam się, Fen­di, że Atla nie prze­ży­ła uciecz­ki.

- Co się sta­ło z wa­zi­ma­mi?

- Sie­dem roz­bi­tych, dwa za­to­pio­ne. Każ­dy znisz­czo­ny zu­peł­nie, nic z nich nie zo­sta­ło. Prze­szu­ku­je­my wra­ki, aby od­na­leźć jej szcząt­ki.

- Stra­ta cza­su. Nic w nich nie znaj­dzie­cie.

- Ale...

- Czy są­dzisz, że Atla tak po pro­stu zgi­nę­ła, bo nie po­tra­fi­ła wy­lą­do­wać? Czy uwa­żasz, że ktoś taki jak ona nie prze­wi­dział wszyst­kie­go i to dzie­sięć ru­chów na­przód?!

- Ale...

- A w ogó­le skąd u cie­bie ta pew­ność, że dzia­ła­ła sama, że nikt jej nie po­ma­gał? Skąd ta pew­ność, Star­kis, skąd?!

Mil­czał, za­sta­na­wia­jąc się. Czyż­by Char­tros nie prze­ce­niał jej zbyt­nio? Przy­po­mniał so­bie, kim była i czym się zaj­mo­wa­ła. Ja­kie pro­jek­ty pro­wa­dzi­ła i że uda­ło jej się osią­gnąć na­wet to, co wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we. I wte­dy zro­zu­miał, że to on po­peł­nił błąd. Nie do­ce­nił jej.

- Mu­sisz ją od­na­leźć - Char­tros po­wtó­rzył do­bit­nie.

- Ależ Fen­di, ona może być wszę­dzie. Mamy dzie­więć miejsc do prze­szu­ka­nia, każ­de za­miesz­ka­łe przez po­nad pięć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi, każ­de zaj­mu­je ob­szar po­nad dwu­na­stu soli, nie wspo­mi­na­jąc o te­re­nach poza ko­lo­nia­mi... A ona prze­cież nie chce, aby ją zna­leźć. To zaj­mie nam wie­le ob­ro­tów, Fen­di.

- A ty spie­szysz się gdzieś, Star­kis? - Lo­do­wa­ty ton jego gło­su nie po­zo­sta­wiał żad­nej wąt­pli­wo­ści co do tego, co w tej chwi­li mia­ło być prio­ry­te­tem. I dużo ła­god­niej do­dał: - Mamy prze­cież czas, praw­da? Mamy prze­cież mnó­stwo cza­su.

- Roz­kaz, Fen­di - rzekł Star­kis, od­da­la­jąc się w stro­nę wyj­ścia. Gdy do­ty­kał włącz­nik, za­trzy­mał go po­now­nie ten sam zim­ny, mro­żą­cy krew w ży­łach głos.

- Pa­mię­taj. Mu­sisz ją od­na­leźć. Znajdź ją, Star­kis, i od­zy­skaj to, co zo­sta­ło mi bez­praw­nie ode­bra­ne.

Star­kis mu­siał wyjść stąd na­tych­miast, nim osła­wio­ny tem­pe­ra­ment Char­tro­sa znaj­dzie swo­je uj­ście. Wła­śnie chciał zro­bić ko­lej­ny krok, aby opu­ścić już to miej­sce, kie­dy do­bie­gły go ostat­nie sło­wa Do­wód­cy.

- I upew­nij się, że nikt wię­cej nie uczest­ni­czy w tym bun­cie!

9

Szły w mil­cze­niu już pra­wie go­dzi­nę. Ka­ta­ra wi­docz­nie nie była za­in­te­re­so­wa­na roz­mo­wą, a Da­le­ma na­wet nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak za­cząć. Tyle py­tań ci­snę­ło jej się na usta, że zu­peł­nie nie mia­ła po­ję­cia, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

O Ga­ru­nie wie­dzia­ła nie­wie­le. Ale to, co wie­dzia­ła, było wy­star­cza­ją­ce, aby nie od­ma­wiać. Sły­sza­ła, że była pierw­szą i jak do tej pory je­dy­ną ko­bie­tą, któ­rą wy­bra­no do eli­tar­ne­go gro­na Wi­dzą­cych Praw­dę. Co wię­cej, zo­sta­ła na­wet Pierw­szą wśród nich. Jed­nak je­de­na­ście cy­kli temu sama zre­zy­gno­wa­ła z tego za­szczy­tu i od­su­nę­ła się od ży­cia spo­łecz­no­ści. Ale do­pie­ro dzi­siaj do­wie­dzia­ła się, że Ga­ru­na jest opie­kun­ką Ka­ta­ry. Im wię­cej cy­klów mi­ja­ło, tym bar­dziej utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że jesz­cze wie­le zdu­mie­wa­ją­cych rze­czy jest do od­kry­cia.

Jej roz­my­śla­nia prze­rwa­ło na­głe za­trzy­ma­nie się to­wa­rzysz­ki.

- Je­ste­śmy na miej­scu.

Sta­ły przed do­mem bar­dzo po­dob­nym do jej wła­sne­go. Zresz­tą poza pew­ny­mi wy­jąt­ka­mi wszyst­kie domy były do sie­bie po­dob­ne. W Su­pa­li były dwie ka­te­go­rie do­mostw. Te wy­jąt­ko­we, ogrom­ne, bę­dą­ce wła­sno­ścią elit, i te zwy­czaj­ne, jak­by spod sie­kie­ry cio­sa­ne, na­le­żą­ce do ca­łej resz­ty. Jed­nak i tak na­wet naj­gor­szy dom w Su­pa­li był pa­ła­cem w po­rów­na­niu do schro­nień, któ­re mie­li miesz­kań­cy poza ko­lo­nią.

- Cze­mu two­ja opie­kun­ka, cze­mu Ga­ru­na chce się ze mną spo­tkać? - Da­le­ma w koń­cu zdo­by­ła się na py­ta­nie.

- Cze­mu się nie ją­kasz?

- Ją­kam się, jak się de­ner­wu­ję, stres po­wo­du­je blo­ka­dy. Te­raz two­ja ko­lej. Nie od­po­wie­dzia­łaś na moje py­ta­nie.

- Za­raz sama za­py­tasz Ga­ru­nę - krót­ko skwi­to­wa­ła Ka­ta­ra, otwie­ra­jąc drzwi i wcho­dząc do środ­ka. Da­le­mie nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak tyl­ko po­dą­żyć za nią.

W środ­ku pa­no­wa­ły ciem­no­ści i po­czu­ła się za­gu­bio­na. Oczy - przy­zwy­cza­jo­ne do cie­płe­go, ja­sne­go słoń­ca - nie po­tra­fi­ły tak szyb­ko oswo­ić się ze zmia­ną. Sta­ła przez chwi­lę, aby od­zy­skać orien­ta­cję. Była w ko­ry­ta­rzu. Ka­ta­ry już nie było wi­dać. Ale na koń­cu dłu­gie­go i ciem­ne­go po­miesz­cze­nia, do­kład­nie na wprost niej, znaj­do­wa­ły się otwar­te drzwi. Po­ja­wi­ła się w nich czy­jaś po­stać.

- No, chodź tu­taj. Na co cze­kasz?

We­szła do po­ko­ju wiel­ko­ści pra­wie ca­łe­go jej domu. Ciem­ne­go i po­nu­re­go jak ko­ry­tarz. Na ścia­nach znaj­do­wa­ły się sym­bo­le i rze­czy, któ­rych prze­zna­cze­nia nie po­tra­fi­ła so­bie na­wet wy­obra­zić. Nie­któ­re wy­glą­da­ły na przed­mio­ty kul­tu. Wy­da­wa­ło jej się, że ta­kie wła­śnie wi­dy­wa­ła wśród Wi­dzą­cych Praw­dę, ale inne nic jej nie mó­wi­ły. Bar­dziej pa­so­wa­ły­by do sie­dzi­by Wład­ców niż do domu sta­rej ko­bie­ty w naj­mniej­szej ko­lo­nii świa­ta.

Szcze­gól­nie fa­scy­nu­ją­ce były trzy kule le­żą­ce obok sie­bie na prze­ciw­le­głej ścien­nej pół­ce. Da­le­ma spoj­rza­ła na Ka­ta­rę, a ta od razu od­ga­dła jej my­śli i nie­mo ski­nę­ła gło­wą, da­jąc przy­zwo­le­nie. Da­le­ma po­de­szła do pół­ki, na któ­rej le­ża­ły nie trzy kule, jak po­cząt­ko­wo są­dzi­ła, ale aż dzie­więć kul o ide­al­nym kształ­cie. Czte­ry z nich były zde­cy­do­wa­nie więk­sze od po­zo­sta­łych pię­ciu. Na każ­dej z nich w naj­szer­szym punk­cie w ob­wo­dzie znaj­do­wał się nie­wiel­ki ro­wek, dzie­lą­cy kule na dwie czę­ści. Do­dat­ko­wo wszyst­kie po­sia­da­ły dwa nie­wiel­kie otwo­ry usy­tu­owa­ne w gór­nej czę­ści przed­mio­tu, jak­by spe­cjal­nie stwo­rzo­ne po to, aby le­piej i spraw­niej moż­na było je prze­no­sić. Naj­mniej­sza z kul była wiel­ko­ści dzie­cię­ce­go kciu­ka, a te naj­więk­sze od­po­wia­da­ły roz­mia­rom za­ci­śnię­tej pię­ści ro­słe­go męż­czy­zny.

Jak to moż­li­we, że wszyst­kie sta­ły nie­ru­cho­mo? Prze­cież nic ich nie trzy­ma­ło! Pół­ka nie była za­mo­co­wa­na ide­al­nie po­zio­mo. Czy one nie po­win­ny sto­czyć się w dół? I z cze­go były zro­bio­ne? Pierw­szy raz wi­dzia­ła me­tal o ta­kim ko­lo­rze, po­ły­sku i za­bar­wie­niu. Czy mo­gło to być Or­chi­dum? Z całą pew­no­ścią nie. Cho­ciaż nig­dy nie wi­dzia­ła go z bli­ska, to mia­ła pew­ność, że me­tal Wład­ców był inny. Miał bar­dziej bru­nat­no­zło­ty, a nie srebr­ny ko­lor.

Ale przede wszyst­kim, co to w ogó­le jest i do cze­go mo­gło słu­żyć? Nie tyl­ko nig­dy nie wi­dzia­ła ta­kich przed­mio­tów w uży­ciu, ale na­wet nie mo­gła wy­obra­zić so­bie żad­ne­go za­sto­so­wa­nia dla nich. Prze­cież każ­da rzecz mia­ła swój cel i prze­zna­cze­nie. Nie ist­nia­ły przed­mio­ty bez­u­ży­tecz­ne i nie­po­trzeb­ne. To w ta­kim ra­zie do cze­go słu­ży­ły te kule?

Wy­cią­gnę­ła rękę, aby do­tknąć jed­ną z nich. Była nie­zwy­kle gład­ka i lek­ko cie­pła w do­ty­ku. Chwy­ci­ła kulę w dwa pal­ce i spró­bo­wa­ła ją pod­nieść. Ja­kie było jej zdzi­wie­nie, kie­dy oka­za­ło się, że nie jest w sta­nie tak ła­two nią ru­szyć! Spró­bo­wa­ła po­now­nie, tym ra­zem nie lek­ce­wa­żąc już dziw­ne­go przed­mio­tu. Może na­wet uży­ła więk­szej siły, niż mu­sia­ła, ale uda­ło się. Pod­nio­sła kulę i za­czę­ła ją do­kład­nie ob­ra­cać w dło­ni. Per­fek­cyj­ne wy­ko­na­nie, bez żad­nej rysy, za­dra­pa­nia czy śla­dów użyt­ko­wa­nia. Cie­ka­we, jak cięż­ka była ta naj­więk­sza z nich? Ze­bra­ła w so­bie cały za­pas ener­gii. Wstrzy­ma­ła od­dech, chwy­ci­ła kulę i o mały włos się nie prze­wró­ci­ła. Kula dała się pod­nieść bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku. Była lek­ka jak po­wie­trze, jak­by nic nie wa­ży­ła. In­try­gu­ją­ce. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że wy­ko­na­ne były z iden­tycz­ne­go ma­te­ria­łu, mia­ły do­kład­nie ta­kie same ce­chy ze­wnętrz­ne. Róż­ni­ły się tyl­ko wiel­ko­ścią. Jak to moż­li­we, że cię­żar nie od­po­wia­dał ich roz­mia­rom?

- Czy wiesz, co to jest? - ko­bie­ta po­ja­wi­ła się na­gle, jak­by zni­kąd. Tak po pro­stu sta­nę­ła za jej ple­ca­mi i prze­mó­wi­ła. Da­le­ma pod­sko­czy­ła na dźwięk tych słów i upu­ści­ła kulę.

- Uwa­żaj! Są cen­ne! - głos Ka­ta­ry jed­no­znacz­nie wska­zy­wał na to, że tak­że dla niej te nie­zwy­kłe przed­mio­ty były war­to­ścio­we. Ale Da­le­ma nie zdą­ży­ła na­wet wy­ra­zić skru­chy i prze­pro­sić za to, że upu­ści­ła kulę, bo pa­trzy­ła jak za­hip­no­ty­zo­wa­na na jej nie­na­tu­ral­nie dłu­gie i po­wol­ne spa­da­nie. W każ­dej chwi­li mo­gła ją zła­pać, mo­gła ją za­trzy­mać na­wet kil­ka razy. Mo­gła­by, gdy­by nie sta­ła jak wry­ta, jak­by do­tknię­ta Tchnie­niem Wład­ców.

- Czy wiesz, co to jest? - po­wtó­rzy­ła spo­koj­nie Ga­ru­na, ob­ser­wu­jąc bacz­nie każ­dy ruch Da­le­my. Bo prze­cież to mu­sia­ła być ona. Skąd przy­szła? Jak się zna­la­zła tak bli­sko niej? Tak szyb­ko? Prze­cież nie sły­sza­ła ja­kie­go­kol­wiek dźwię­ku, żad­nych kro­ków. W jed­nej chwi­li były tyl­ko we dwie z Ka­ta­rą, a w na­stęp­nej ta nie­po­ko­ją­ca sta­rusz­ka sta­ła obok. A może po pro­stu Da­le­ma była zbyt po­chło­nię­ta nie­co­dzien­nym od­kry­ciem? Może tak za­fra­po­wa­ły ją wła­sne my­śli, że nie za­re­ago­wa­ła na to, co dzia­ło się do­oko­ła niej. Z całą pew­no­ścią tak być mu­sia­ło. To było je­dy­ne lo­gicz­ne wy­tłu­ma­cze­nie.

Da­le­ma przy­glą­da­ła się sto­ją­cej na­prze­ciw oso­bie. Na pierw­szy rzut oka wy­da­wa­ło się, że nie ma wię­cej niż pięć­dzie­siąt cy­kli, ale zmarszcz­ki wo­kół oczu i bruz­dy na po­licz­kach mó­wi­ły coś zu­peł­nie in­ne­go. Ko­bie­ta mu­sia­ła już ja­kiś czas temu osią­gnąć god­ność Numy i wstą­pić do gro­na star­szy­zny. Może li­czy­ła so­bie na­wet sie­dem­dzie­siąt cy­kli...

- Czy wiesz, co to jest? - po raz trze­ci spy­ta­ła Ga­ru­na. Da­le­ma była tak za­sko­czo­na i jej na­głym po­ja­wie­niem się i fra­pu­ją­cy­mi zja­wi­ska­mi, że zu­peł­nie nie wie­dzia­ła, cze­mu bar­dziej się dzi­wić.

- Ni... ni... nie. - No nie, i do tego zno­wu za­czę­ła się ją­kać.

- Szko­da. Bo ja też nie - sta­rusz­ka uśmiech­nę­ła się do­bro­tli­wie i zmru­ży­ła jed­no oko. - Za­pew­ne pro­roc­twa też nie znasz, praw­da?

Da­le­ma za­prze­czy­ła ru­chem gło­wy, nim zdą­ży­ła wy­du­sić. - Ja­kie­go pro­roc­twa?

- Póź­niej. - Ga­ru­na po­now­nie prze­sła­ła jej uśmiech. - Do­brze, że przy­szłaś. Je­stem opie­kun­ką Ka­ta­ry. Chcia­łam ci po­dzię­ko­wać za to, co zro­bi­łaś dla niej wczo­raj.

- Ni... ni... nie ma o czym mó­wić. Nic ni... ni... nie zro­bi­łam - Da­le­ma ją­ka­ła da­lej i pa­trzy­ła uważ­nie na swo­ją roz­mów­czy­nię.

Ga­ru­na była ni­ska. Co naj­mniej niż­sza od niej o gło­wę. Trud­no po­wie­dzieć, czy była szczu­pła, czy ra­czej wręcz prze­ciw­nie. Bo z jed­nej stro­ny mia­ła kla­sycz­ną, wal­co­wa­tą fi­gu­rę cha­rak­te­ry­stycz­ną dla osób w tym wie­ku, a z dru­giej stro­ny - twarz i ręce mia­ła nie­na­tu­ral­nie szczu­płe, wręcz chu­de.

Tak, mu­sia­ła być co naj­mniej w wie­ku Dziad­ka. To zna­czy tak by było, gdy­by Dzia­dek jesz­cze żył. Cie­ka­we, czy go zna­ła. Jak to moż­li­wie, że od jego śmier­ci upły­nę­ły już czte­ry cy­kle, a ona wciąż mia­ła w ser­cu tę samą ogrom­ną pust­kę? Za­miast czuć się z każ­dym księ­ży­cem co­raz le­piej, to prze­ciw­nie - z każ­dym dniem od­czu­wa­ła co­raz więk­szą tę­sk­no­tę. W jej ży­ciu było już tyle mo­men­tów, kie­dy po­trze­bo­wa­ła mą­drej rady Dziad­ka, tyle py­tań, na któ­re nie umia­ła so­bie od­po­wie­dzieć bez jego pod­po­wie­dzi. Dla­cze­go nie było go przy niej te­raz?

- Mó­wi­łam już, że nie po­trze­bo­wa­łam jej po­mo­cy - z wi­docz­ną iry­ta­cją w gło­sie po­wie­dzia­ła Ka­ta­ra.

- Na­wet je­śli ona jesz­cze tego nie do­ce­nia - po­wie­dzia­ła spo­koj­nie ko­bie­ta i jed­ną ręką ob­ję­ła i przy­tu­li­ła do sie­bie Ka­ta­rę, a dru­gą cał­ko­wi­cie oszo­ło­mio­ną i za­sko­czo­ną Da­le­mę. Uśmie­cha­ła się do nich tak lek­ko i ra­do­śnie, kie­dy mó­wi­ła. - Mu­sisz spró­bo­wać mo­ich spe­cja­łów. Ka­ta­ra to­bie na pew­no się nie przy­zna, ale uwiel­bia ła­ko­cie.

Ten drob­ny gest cał­ko­wi­cie roz­bro­ił Da­le­mę. Zu­peł­nie nie wie­dzia­ła, jak za­re­ago­wać, więc tyl­ko ule­gle, bez sło­wa sprze­ci­wu i żad­nych opo­rów usia­dła wraz z nimi. Pa­trzy­ła raz na jed­ną, raz na dru­gą i chy­ba w głę­bi du­cha tro­chę za­zdro­ści­ła im tej wię­zi i po­ro­zu­mie­nia, któ­re mię­dzy nimi było.

- Ja­kie­go pro­roc­twa? - wciąż nie da­wa­ły jej spo­ko­ju wy­po­wie­dzia­ne przez go­spo­dy­nię sło­wa. Nig­dy nie sły­sza­ła i nie czy­ta­ła o żad­nym pro­roc­twie. Nie na­ucza­no też o tym w Ilu­me­nie. Wy­cho­dzi­ła z pro­ste­go za­ło­że­nia, że je­śli o czymś nie mó­wio­no w Ilu­me­nie, to zna­czy, że tego nie było.

- Mó­wi­łam już, póź­niej. Chcesz po­znać smak owo­cu tyl­ko po do­pie­ro co za­kwi­tłym pąku? Nie moż­na po­znać ta­jem­nic zwo­ju bez po­świę­ce­nia mu na­le­ży­tej uwa­gi i cza­su, praw­da, Da­le­mo?

Za­wsty­dzi­ła się swo­je­go za­cho­wa­nia. Była tu do­pie­ro pierw­szy raz, przy­ję­to ją tak ser­decz­nie, a ona nie oka­za­ła na­le­ży­tych ma­nier. Ale to wszyst­ko przez pra­gnie­nie po­zna­nia se­kre­tu o pro­roc­twie. Chcąc za­tu­szo­wać po­przed­nie wra­że­nie, za­ga­iła po­now­nie.

- Sko­ro te przed­mio­ty są ta­kie cen­ne, to dla­cze­go nig­dzie nie są scho­wa­ne? Dla­cze­go ich nie prze­cho­wy­wać w ja­kimś bez­piecz­nym miej­scu?

- Nie wiesz, że naj­trud­niej do­strzec to, co znaj­du­je się do­kład­nie przed two­imi ocza­mi? Naj­ciem­niej jest prze­cież za­wsze w bla­sku księ­ży­ca. Czyż tak nie jest?

Trud­no było nie do­strzec w wy­po­wie­dziach Ga­ru­ny tej pro­stej i za­dzi­wia­ją­cej lo­gi­ki, z któ­rej tak zna­ny był Dzia­dek. Chcia­ła po­wie­dzieć, że prze­cież je­śli ktoś cze­goś szu­ka, to na pew­no ła­twiej bę­dzie mu to zna­leźć, gdy nie bę­dzie scho­wa­ne. Jed­nak Ga­ru­na wca­le nie ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi, bo cią­gnę­ła da­lej.

- Ale nie tym się te­raz bę­dzie­my zaj­mo­wa­ły. Pora na to przyj­dzie kie­dy in­dziej. Je­steś tu nie tyl­ko z po­wo­du wczo­raj­sze­go wy­da­rze­nia. Już od daw­na chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać, Da­le­mo. W tym roku Ka­ta­ra roz­po­czy­na na­ukę, aby zo­stać Wi­dzą­cą Praw­dę. Uzna­łam, hm, za­de­cy­do­wa­li­śmy, że tak­że ty po­win­naś przy­łą­czyć się do te­go­rocz­nych kan­dy­da­tów.

A już my­śla­ła, że dzi­siaj nic nie bę­dzie w sta­nie jej bar­dziej za­dzi­wić. Jacy my? Jak to za­de­cy­do­wa­li­śmy? Kto? Wi­dać, Ga­ru­na jesz­cze nie zna­ła Pani Mat­ki. Prze­cież nie było żad­nej szan­sy, na­wet naj­mniej­szej, aby Pani Mat­ka się zgo­dzi­ła i za­ak­cep­to­wa­ła taką sy­tu­ację. Każ­da inna gil­dia tak, ale nie Wi­dzą­cy Praw­dę.

Wi­dzą­cy Praw­dę byli naj­bar­dziej spe­cy­ficz­ną i za­gad­ko­wą gru­pą w ca­łej Su­pa­li. Nie wie­dzia­ła, czy w in­nych ko­lo­niach mie­li tak samo wie­le upraw­nień, ale u nich byli zde­cy­do­wa­nie po­strze­ga­ni w spo­sób wy­jąt­ko­wy. Ist­nie­li w Im­pe­rium, ale jak­by poza nim. Wład­cy po­zwa­la­li im na więk­szą sa­mo­dziel­ność i nie kon­tro­lo­wa­li ich tak jak po­zo­sta­łych grup. Mie­li wie­le przy­wi­le­jów za­strze­żo­nych tyl­ko dla nich. Mo­gli bez pro­ble­mów po­ru­szać się po mie­ście. Nie mu­sie­li przed­sta­wiać ra­por­tów czy spra­woz­dań z co­dzien­ne­go ży­cia ani na­wet wy­ma­ga­nych pla­nów na przy­szłość. Co wię­cej, po­zwa­la­no im na­wet bez spe­cjal­nych po­zwo­leń wy­cho­dzić poza te­ren mia­sta i po­ru­szać się swo­bod­nie po ca­łej ko­lo­nii.

Jed­nak cena za tę wy­jąt­ko­wą po­zy­cję była wy­so­ka. Było nią cał­ko­wi­te od­su­nię­cie od spraw Im­pe­rium. Nikt, kto choć przez dzień spra­wo­wał funk­cje Wi­dzą­cych Praw­dę, nie mógł peł­nić żad­nych in­nych funk­cji pu­blicz­nych. Na­wet kan­dy­dat sta­ra­ją­cy się zo­stać Wi­dzą­cym Praw­dę, któ­ry osta­tecz­nie nie zo­stał przy­ję­ty, nie mógł słu­żyć Wład­com. Kró­lo­wie już go nie chcie­li.

Z tych wła­śnie po­wo­dów Pani Mat­ka nig­dy nie zgo­dzi­ła­by się na taką dro­gę dla swo­je­go je­dy­ne­go dziec­ka.

- Wi­dzia­łam się wczo­raj z two­imi par­fos i zgo­dzi­li się ze mną. Wspól­nie usta­li­li­śmy, że taka po­win­na być two­ja dro­ga. I pora, abyś roz­po­czę­ła ją jak naj­szyb­ciej - spo­koj­nie oświad­czy­ła Ga­ru­na, świ­dru­jąc ją swym uważ­nym, prze­ni­kli­wym wzro­kiem.

- Mu... mu... mu­szę już iść. Chcia... chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać z Pa­nią Mat­ką. - Da­le­ma wsta­ła szyb­ko, ski­nę­ła gło­wą ko­bie­cie. - Mar­chat­nam, Ga­ru­no. Do ju­tra, Ka­ta­ro.

Mu­sia­ła jak naj­szyb­ciej opu­ścić to prze­dziw­ne miej­sce. Wró­cić do domu i prze­ko­nać się, że to wszyst­ko nie­praw­da.

13

- Może nie jest aż tak trud­no po­lu­bić Gaj Praw­dy?

Da­le­mę z za­my­śle­nia wy­rwał głos Ga­ru­ny. Od­wró­ci­ła się do sto­ją­cej za nią oso­by. Jak wi­dać, star­sza ko­bie­ta mia­ła nie­przy­jem­ny zwy­czaj skra­da­nia się ci­cha­czem i za­ska­ki­wa­nia swo­ją obec­no­ścią.

- Nie je­steś tu szczę­śli­wa, praw­da? Oba­wia­łam się, że mo­żesz so­bie nie po­ra­dzić, że będą pro­ble­my z prze­ła­ma­niem sta­rych przy­zwy­cza­jeń. Ale są­dzi­łam, że przy­najm­niej spró­bu­jesz.

A od kie­dy to ko­go­kol­wiek in­te­re­so­wa­ło jej szczę­ście? No może daw­no temu Dziad­ka... Ale te cza­sy mi­nę­ły bez­pow­rot­nie.

Ga­ru­nę spo­tka­ła po raz dru­gi w ży­ciu. Od tam­te­go pa­mięt­ne­go wie­czo­ra wię­cej się nie wi­dzia­ły. I ra­czej nie wy­cze­ki­wa­ła tych spo­tkań. Była prze­ko­na­na, że nic do­bre­go nie mo­gło z nich wy­nik­nąć. Cza­sa­mi na­wet zda­rza­ło się jej gdzieś za­uwa­żyć sta­rusz­kę, ale za­wsze była w sta­nie sku­tecz­nie uni­kać bliż­szych kon­tak­tów z nią. Te­raz też my­śla­ła je­dy­nie o tym, żeby jak naj­szyb­ciej prze­rwać tę kło­po­tli­wą roz­mo­wę i odejść jak naj­da­lej.

- Mar­chat­nam, Ga­ru­no - skło­ni­ła się i spu­ści­ła gło­wę. Bała się pa­trzeć w te wszyst­ko wi­dzą­ce oczy. - Ja... ja... ja... prze­pra­szam, mu­szę już iść.

Zja­wi­ła się tam spe­cjal­nie znacz­nie wcze­śniej, bo chcia­ła przez chwi­lę po­być sama. Tak po pro­stu roz­ko­szo­wać się wszech­ogar­nia­ją­cą ci­szą po­ran­ka. Po­dzi­wiać gi­gan­tycz­ne, ota­cza­ją­ce ją mo­no­li­ty, ob­ser­wo­wać spa­da­ją­ce li­ście i bez ko­niecz­no­ści wy­słu­chi­wa­nia nauk cie­szyć się pięk­nem chwi­li. Prze­cież jesz­cze na­wet na do­bre nie za­czę­ło świ­tać. Cze­mu Ga­ru­na przy­szła tak wcze­śnie?

- Zo­stań, Da­le­mo! - do­no­śny głos za­trzy­mał ją w pół kro­ku. Te­raz już wie­dzia­ła, cze­mu nikt nie śmiał się jej prze­ciw­sta­wiać. Moc jej sło­wa była taka, że zda­wa­ło się, iż wszyst­ko wo­kół za­mar­ło, a je­dy­ne, co po­zo­sta­ło, to tyl­ko ci­sza. Ton gło­su Ga­ru­ny ja­sno wska­zy­wał, że nie moż­na nie wy­ko­ny­wać jej po­le­ceń.

- My­ślę, że już naj­wyż­sza pora, abyś zo­ba­czy­ła coś oprócz Su­pa­li. Czas, abyś do­ce­ni­ła ży­cie poza ko­lo­nią. Po­je­dzie­my na tak­tach. Chodź ze mną. - I po chwi­li mar­szu do­da­ła: - Mam na­dzie­ję, że umiesz jeź­dzić?

Czy umia­ła? Uśmiech na twa­rzy Da­le­my mó­wił wszyst­ko. Kie­dy pierw­szym ra­zem zo­ba­czy­ła tak­ta, a było to pod­czas Świę­ta Osta­ra, zwie­rzę to nie­co ją prze­ra­zi­ło. Ma­łe­mu dziec­ku, bo li­czy­ła so­bie wte­dy za­le­d­wie kil­ka cy­kli, takt wy­da­wał się ogrom­ny. Ale na­wet wów­czas do­mi­nu­ją­cym uczu­ciem nie był wca­le strach, lecz za­chwyt i oszo­ło­mie­nie. Zwie­rzę mia­ło w so­bie tyle god­no­ści i spo­ko­ju, że cza­ro­wa­ło ca­łym sobą. Każ­dym kro­kiem, ru­chem łba czy drgnie­niem mię­śnia. Nie­ska­zi­tel­ne pięk­no w naj­czyst­szej po­sta­ci.

Pa­mię­ta­ła, że to Pan Oj­ciec po­mógł jej do­siąść tak­ta. Wszy­scy wko­ło byli zdzi­wie­ni, że tak ma­łe­mu dziec­ku po­zwo­lo­no na prze­jażdż­kę. Jed­nak już po chwi­li byli jesz­cze bar­dziej zdu­mie­ni, kie­dy zo­ba­czy­li, jak do­brze so­bie z nim ra­dzi­ła. Dzi­siaj już nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, czy to z ro­dzin­nych opo­wia­dań, czy też z wła­snych wspo­mnień do­cie­rał do niej ob­raz tam­tych prze­żyć. Wie­dzia­ła tyl­ko, że jaz­da tak­tem była dla niej naj­bar­dziej na­tu­ral­ną rze­czą na świe­cie. Do­kład­nie i w lot ro­zu­mia­ła jego za­cho­wa­nie i po­tra­fi­ła mu rów­nież bez­błęd­nie prze­ka­zać wła­sne po­le­ce­nia. Za­pa­mię­ta­ła tak­że, że Pana Ojca ja­koś nie spe­cjal­nie za­dzi­wi­ły jej umie­jęt­no­ści. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, to w ogó­le trud­no było go czym­kol­wiek za­sko­czyć.

Póź­niej to głów­nie Dzia­dek za­bie­rał ją na prze­jażdż­ki - zgod­nie z wy­zna­wa­ną przez sie­bie za­sa­dą, że je­że­li jest się w czymś do­brym, to na­le­ży ćwi­czyć, aby być jesz­cze lep­szym. Kie­dyś na­wet obie­cał jej, że bę­dzie mia­ła wła­sne­go, na­le­żą­ce­go tyl­ko do niej tak­ta. Ale Dzia­dek zmarł. A z jego śmier­cią mu­sia­ło umrzeć tak­że jej pra­gnie­nie.

W tym sa­mym cza­sie, kie­dy Ga­ru­na z Da­le­mą zbli­ża­ły się do ka­płań­skich staj­ni, z po­bli­skich za­bu­do­wań wy­pro­wa­dzo­no dwa wierz­chow­ce. To praw­da, co mó­wi­li miesz­kań­cy, że Wi­dzą­cy Praw­dę mie­li naj­wspa­nial­sze tak­ty w ca­łej Su­pa­li. Da­le­ma ob­ser­wo­wa­ła, jak pro­wa­dzo­no wy­so­kie na trzy łok­cie w kłę­bie, lśnią­ce od wy­szczot­ko­wa­nia, z nie­na­gan­nie za­ple­cio­ny­mi grzy­wa­mi i ogo­na­mi, o cie­płej kasz­ta­no­wej bar­wie stwo­rze­nia. Par­ska­ły ra­do­śnie i de­li­kat­nie po­ru­sza­ły łba­mi w nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niu.

- Wsia­daj. Na co cze­kasz? - ko­bie­ta po­na­gli­ła Da­le­mę. Cze­go jak cze­go, ale tego nie trze­ba było jej dwa razy po­wta­rzać.

Ga­ru­na do­sia­da­jąc tak­ta, sko­rzy­sta­ła - jak to było po­wszech­nie przy­ję­te - z po­mo­cy sta­jen­nych. Da­le­ma sta­now­czym ge­stem od­mó­wi­ła po­mo­cy i sama bły­ska­wicz­nie do­sia­dła wierz­chow­ca. To Dzia­dek ją tego na­uczył. Trze­ba tyl­ko dwu-, trzy­krot­nie roz­bu­jać pra­wą nogę, w tym sa­mym cza­sie pod­cią­ga­jąc się na rę­kach moc­no od­bić z le­wej. I już ob­ser­wo­wa­ło się świat z wy­so­ko­ści. Te­raz to była ła­twi­zna. W dzie­ciń­stwie jed­nak nie je­den raz mia­ła oka­zję do­kład­nie lu­stro­wać tak­to­we brzu­chy pod­czas ćwi­czeń. Było jed­nak war­to. Nig­dy nie wi­dzia­ła, żeby kto­kol­wiek inny tak do­sia­dał tak­ta. Na­wet Ga­ru­na z uzna­niem po­ki­wa­ła gło­wą.

- To do­brze, że umiesz jeź­dzić. Przy­da się.

Nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie ru­szą. Ukrad­kiem gła­dzi­ła sierść zwie­rzę­cia. Naj­de­li­kat­niej­sze ma­te­ria­ły nie były w sta­nie na­wet w czę­ści od­dać tej gład­ko­ści. Moc­no wcze­pi­ła dło­nie w grzy­wę i rów­nie nie­cier­pli­wie jak one cze­ka­ła na sy­gnał do wy­mar­szu.

Jed­nak na­wet w ta­kim mo­men­cie po­czu­cie obo­wiąz­ku było sil­niej­sze od niej. Wbrew so­bie i zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi za­py­ta­ła:

- A Ilu­men? Co z Mi­strzem Mans­fel­dem? On nie zro­zu­mie.

- Tym się nie przej­muj. To nie two­ja spra­wa, jak so­bie po­ra­dzę z Ar­cy­mi­strzem - od­cię­ła Ga­ru­na i wci­ska­jąc kap­tur głę­bo­ko na czo­ło, żwa­wo do­ci­snę­ła łyd­ki. Takt ru­szył z miej­sca, a Da­le­ma po­szła jej śla­dem. Po chwi­li wierz­chow­ce zrów­na­ły się ze sobą, a one je­cha­ły ra­mię w ra­mię.

Opu­ści­ły gaj i wy­do­sta­ły się na pu­ste jesz­cze uli­ce. Mia­sto do­pie­ro bu­dzi­ło się do ży­cia. Było spo­koj­nie i ci­cho. Tyl­ko nie­licz­ni miesz­kań­cy zmu­sze­ni wy­ko­ny­wa­ną pra­cą, le­ni­wie i po­wo­li za­czy­na­li ko­lej­ny dzień. Co pe­wien czas od­wra­ca­li się w ich stro­nę i cie­ka­wie, z za­in­te­re­so­wa­niem ob­ser­wo­wa­li nie­co­dzien­ny wi­dok. Jed­nak na­cią­gnię­te kap­tu­ry nie po­zwa­la­ły ich roz­po­znać, więc roz­cza­ro­wa­ni zno­wu wra­ca­li do swo­ich za­jęć.

Naj­pierw, żeby roz­ru­szać zwie­rzę­ta, po­zwo­li­ły im iść wol­niej­szym tem­pem. Po kil­ku mi­nu­tach Ga­ru­na dała znak, aby przy­śpie­szy­ły. I tak­ty po­bie­gły płyn­nym kłu­sem. Mi­ja­ły ko­lej­ne domy i uli­ce, rów­no i mia­ro­wo prze­mie­rza­jąc uśpio­ną sto­li­cę. Da­le­ma przez cały ten czas na­wet przez se­kun­dę nie prze­sta­wa­ła gła­dzić skó­ry i do­ty­kać grzy­wy swo­je­go wierz­chow­ca. Gdy­by po­zwo­lo­no jej co­dzien­nie od­by­wać ta­kie prze­jażdż­ki, to na pew­no dużo bar­dziej spodo­ba­ło­by się jej wśród Wi­dzą­cych Praw­dę.

Za­sta­na­wia­ła się nad tym, co usły­sza­ła od Pana Ojca, że po­dob­no w nie­któ­rych ko­lo­niach za­kła­da­no na zwie­rzę­ta spe­cjal­ne odzie­nie, aby jeźdź­com było ła­twiej sie­dzieć i kie­ro­wać zwie­rzę­ciem. Zu­peł­nie nie poj­mo­wa­ła, skąd wzię­ły się ta­kie roz­wią­za­nia. Prze­cież nie ist­niał ża­den lep­szy kon­takt niż ten, kie­dy cia­ło sty­ka­ło się ze skó­rą wierz­chow­ca. Kie­dy sta­wa­li się jed­nym. Gdy każ­dy ruch, naj­lżej­szy do­tyk łyd­ki, uścisk grzy­wy spo­ty­kał się od razu z re­ak­cją do­sia­da­ne­go stwo­rze­nia. Może dla­te­go ak­cep­to­wal­nym stro­jem w Su­pa­li, rów­nież dla ko­biet, były spodnie, któ­re no­si­ło się pod suk­ma­na­mi. Ty­po­wa dam­ska odzież nie da­wa­ła ta­kie­go kom­for­tu i moż­li­wo­ści jaz­dy jak mę­skie ubra­nie.

Po mniej wię­cej pół go­dzi­nie do­tar­ły do głów­nych wrót. Przy bra­mie Ga­ru­na szyb­ko roz­mó­wi­ła się ze straż­ni­ka­mi. Da­le­ma nie usły­sza­ła na­wet jed­ne­go sło­wa z tej roz­mo­wy, ale po wy­ra­zie twa­rzy straż­ni­ków nie trud­no było od­gad­nąć, że ża­den nie za­kwe­stio­no­wał ich pra­wa do wyj­ścia. Sta­rusz­ka od­wró­ci­ła się do niej, ski­nę­ła ręką i bez zbęd­nych słów od razu prze­szła w ga­lop. Na to tyl­ko cze­kał takt Da­le­my. Nie trze­ba mu było da­wać żad­ne­go sy­gna­łu, do­sko­na­le wie­dział, co ma ro­bić. Jej po­zo­sta­ło je­dy­nie roz­luź­nić bio­dra, de­li­kat­nie prze­chy­lić się do przo­du i pod­dać się szyb­ko­ści wierz­chow­ca.

Spraw­nie prze­do­sta­ły się na dru­gą stro­nę rze­ki. La­mas była sze­ro­ką i rwą­cą rze­ką, jed­nak na­wet ona mia­ła kil­ka bro­dów, któ­re umoż­li­wia­ły jej prze­kro­cze­nie. Ga­ru­na bez żad­ne­go za­wa­ha­nia od­na­la­zła bez­piecz­ne przej­ście przez wodę. Za­raz po przej­ściu bro­du skie­ro­wa­ły zwie­rzę­ta na nie­wiel­ką ścież­kę pro­wa­dzą­cą w głąb pra­sta­re­go boru. Sta­rusz­ka nada­wa­ła tem­po. Ga­lop bły­ska­wicz­nie prze­szedł w sza­leń­czy bieg. Tak­ty pra­wie nie do­ty­ka­ły zie­mi. Le­cia­ły. Dróż­ka była tak wą­ska i za­ro­śnię­ta, że trze­ba było moc­no wtu­lać się w grzy­wę zwie­rzę­cia i cho­wać za jego łbem, aby nie zo­stać ogłu­szo­ną żad­ną wy­ra­sta­ją­cą ga­łę­zią. Da­le­ma nie mia­ła naj­mniej­szej szan­sy, aby za­pa­mię­tać prze­mie­rza­ną dro­gę. Mi­ja­ły tyle roz­wi­dleń i wszyst­kie de­cy­zje co do wy­bo­ru tra­sy były po­dej­mo­wa­ne tak szyb­ko, że prze­sta­ła na­wet pró­bo­wać i już nie zwra­ca­ła żad­nej uwa­gi na to, do­kąd się kie­ru­ją. Z po­dzi­wem pa­trzy­ła tyl­ko na mi­ga­ją­cą przed nią syl­wet­kę. Nie są­dzi­ła, że osią­ga­jąc god­ność Numy, po­sia­da­jąc tak do­stoj­ny wiek, moż­na so­bie tak do­brze ra­dzić.

Trud­no po­wie­dzieć, czy mi­nę­ła już cała go­dzi­na, bo słoń­ca wciąż jesz­cze nie było wi­dać. Tak­ty wciąż pę­dzi­ły z tą samą we­rwą co na po­cząt­ku, choć mu­sia­ły być przy­najm­niej tro­chę zmę­czo­ne. Na­gle pod­nie­sio­na dłoń Ga­ru­ny i gwał­tow­ne zwol­nie­nie tem­pa wska­za­ły ko­niec po­dró­ży.

Rów­nie na­gle skoń­czył się tak­że ota­cza­ją­cy je bór i ich oczom uka­za­ła się ol­brzy­mia po­la­na. W sła­bym świe­tle bu­dzą­ce­go się dnia Da­le­ma nie­wie­le wi­dzia­ła. Mgły jesz­cze nie opa­dły na do­bre i bar­dziej moż­na było się do­my­ślać wi­do­ku niż wie­rzyć wła­snym oczom. Zda­wa­ło się jej, że przed nimi roz­cią­ga­ły się roz­le­głe, wy­kar­czo­wa­ne po­ła­cie lasu, za­pew­ne prze­zna­czo­ne na pola upraw­ne.

Kie­dy sta­ra­ła się prze­bić wzro­kiem mgłę, do­tar­ło do niej, że sto­ją na szczy­cie wy­so­kie­go wzgó­rza. Trze­ba bę­dzie nie­zwy­kle po­wo­li scho­dzić ze zbo­cza. Osu­wa­ją­cy się żwi­ro­wy grunt nie był bez­piecz­ny. Zwie­rzę­ta ła­two mo­gły stra­cić rów­no­wa­gę i wraz z nim sto­czyć się w dół. Nie bała się jed­nak upad­ku. Tak­ty były spo­koj­ne i do­brze wy­ćwi­czo­ne. Za­pew­ne nie raz po­ko­ny­wa­ły tę tra­sę.

Znaj­do­wa­ły się już pra­wie u pod­nó­ża urwi­ska, gdy do­strze­gła w od­da­li, w niec­ce znaj­du­ją­cej się na dnie do­li­ny, roz­cią­ga­ją­cą się nie­wiel­ką osa­dę. Li­czy­ła so­bie kil­ka­na­ście, może na­wet kil­ka­dzie­siąt nie­wiel­kich zie­mia­nek. Sta­ły za da­le­ko, aby mo­gła zo­ba­czyć co­kol­wiek wię­cej.

- To wła­śnie zie­mie Sla­van. Przyj­rzyj się, jak miesz­ka­ją praw­dzi­wi Or­ba­to­le. - Ga­ru­na za­to­czy­ła ręką pół­okrąg i skie­ro­wa­ła się wła­śnie w tam­tą stro­nę.

- Sla­van, tych Sla­van? - Nie­do­wie­rze­nie Da­le­my zu­peł­nie nie po­ru­szy­ło to­wa­rzysz­ki. Nie od­po­wie­dzia­ła na jej py­ta­nie, na­wet nie od­wró­ci­ła się do niej. Nie po­zo­sta­ło jej więc nic in­ne­go, jak tyl­ko cze­kać. Czy to moż­li­wie, że zo­ba­czy miej­sce, w któ­rym wcze­śniej miesz­kał Za­mir? Była prze­ko­na­na, że Dzia­dek wy­raź­nie wspo­mi­nał wła­śnie o tym ple­mie­niu.

8

Nad Su­pa­lą wscho­dzi­ło pięk­ne czer­wo­ne słoń­ce. Wsta­wał nowy dzień. Da­le­ma pa­trzy­ła w okno za­chwy­co­na jego cu­dow­no­ścią. Obu­dzi­ła się wy­spa­na i spo­koj­na. Po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na spa­ła snem spra­wie­dli­wych. Ależ cza­ru­ją­cy dzień się za­po­wia­dał! Nie­ba­wem roz­pocz­nie się Bia­ła Sen­ność, ale wciąż jesz­cze za­ska­ku­ją­cym cie­płem roz­piesz­cza­ła ich Pora Spa­da­ją­cych Li­ści.

Na szczę­ście pa­fros wczo­raj nie do­cie­ka­li, dla­cze­go wró­ci­ła tak póź­no. Byli za­ję­ci ja­kimś przy­by­szem, któ­ry ich od­wie­dził. Nie był to jed­nak nikt z Ilu­me­nu. Wierzch­nie okry­cie, któ­re zo­ba­czy­ła w sie­ni, nie na­le­ża­ło do ni­ko­go z Mi­strzów. Do­brze, że w tym wszyst­kim mia­ła cho­ciaż tro­chę szczę­ścia. Pa­fros na­wet nie zda­wa­li so­bie spra­wy, że aż tak dłu­go nie było jej w domu. Nikt nie za­uwa­żył tak­że jej po­ra­nio­ne­go ko­la­na, więc na­dzie­ja, że się upie­cze, ro­sła z każ­dą chwi­lą. Na­wet ból w no­dze był już pra­wie nie­od­czu­wal­ny.

A je­śli Mistrz Mans­feld wca­le nie jest taki zły? Prze­cież to, co zro­bi­ła wczo­raj, na­praw­dę za­słu­gi­wa­ło na karę. Nie był to co praw­da jesz­cze bunt, ale cał­ko­wi­te po­gwał­ce­nie re­gu­la­mi­no­wych za­sad i nie­pi­sa­nych praw obo­wią­zu­ją­cych w Ilu­me­nie. Sama nie wie­dzia­ła, co było gor­sze. Gdy­by tak Pani Mat­ka się o tym do­wie­dzia­ła... Krwa­wią­ce ko­la­no by­ło­by wte­dy jej naj­mniej­szym pro­ble­mem.

Szła i nie mo­gła się do­cze­kać za­jęć w Ilu­me­nie. Już nie czu­ła prze­ra­że­nia na samą myśl o nim. Wresz­cie prze­sta­ła się bać. Było na­wet za­baw­ne, że w tym ca­łym za­mie­sza­niu nie za­ob­ser­wo­wa­ła re­ak­cji oso­by, któ­ra tak bar­dzo zaj­mo­wa­ła jej my­śli od daw­na, Za­mi­ra. Jed­ne­go była pew­na. Te­raz ją za­uwa­żył. Cho­ciaż pew­nie mo­gła­by osią­gnąć ten sam efekt w mniej ra­dy­kal­ny spo­sób. Cie­ka­we, czy Izbor coś wi­dział? Oby czuj­ne oko przy­ja­cie­la spraw­dzi­ło się w tej sy­tu­acji. Przy­śpie­szy­ła kro­ku, gdy zda­ła so­bie spra­wę, że za chwi­lę roz­pocz­ną się za­ję­cia. Bie­giem prze­kro­czy­ła głów­ną bra­mę, wi­ta­jąc sto­ją­cych przed nią straż­ni­ków i skie­ro­wa­ła się do sali dzie­sią­tej. W wej­ściu zno­wu się z kimś zde­rzy­ła. Pod­nio­sła gło­wę i za­mar­ła.

- Czyż­by­śmy stwo­rzy­li nową tra­dy­cję? Chy­ba we­szło nam to już w krew, praw­da? - sły­sza­ła głos i wi­dzia­ła tę twarz, ale nie wie­rzy­ła. Przed nią stał to­tem Ilu­me­nu. Do­brze po­nad trzy łok­cie smu­kłe­go umię­śnio­ne­go cia­ła bę­dą­ce­go snem każ­dej dziew­czy­ny w Su­pa­li. Lek­ko śnia­da kar­na­cja, krót­kie, mięk­ko ukła­da­ją­ce się fale wło­sów w ko­lo­rze opa­la­ne­go zbo­ża i orze­cho­we oczy, któ­re te­raz pa­trzy­ły tyl­ko na nią. - Je­stem Za­mir - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się i lek­ko skło­nił gło­wę.

- Da... Da... - Nie, tyl­ko nie te­raz. Zno­wu nie po­tra­fi­ła płyn­nie wy­mó­wić swo­je­go imie­nia. Prze­cież na taką chwi­lę cze­ka­ła, ta­kie­go mo­men­tu wy­cze­ki­wa­ła. Mia­ła jed­ną szan­sę. Nie mo­gła jej zmar­no­wać.

- Da­le­ma - od­po­wie­dzia­ła wresz­cie, zbie­ra­jąc całą swo­ją we­wnętrz­ną siłę i zdo­by­wa­jąc się na naj­bar­dziej za­czep­ny ton.

- Wiem, kim je­steś i jak masz na imię, Da­le­mo z rodu Da­ru­mów.

No i masz, cała pew­ność sie­bie i za­dzior­ność znik­nę­ły. Wy­pa­ro­wa­ły jak kam­fo­ra. Czy on na pew­no mó­wił do niej? Sta­ła tam i po­now­nie nie po­tra­fi­ła się wy­sło­wić. Nie wie­dzia­ła, jak dłu­go mo­gła­by tam jesz­cze być i wpa­try­wać się w nie­go, gdy­by nie wszech­obec­ny, sta­le na­ra­sta­ją­cy szum tłu­mu.

- Mistrz. Mistrz Mans­feld idzie.

Bo­gom dzię­ki, nie było cza­su na roz­mo­wy, od­wró­ci­ła się i po­bie­gła w stro­nę wła­ści­we­go rzę­du. Izbor sie­dział na swo­im miej­scu i uśmie­chał się szel­mow­sko.

- Nie no, no te­raz to mi za­im­po­no­wa­łaś. Ty masz plan, dziew­czy­no! Czap­ki z głów.

Spoj­rza­ła na nie­go nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, sama bę­dąc my­śla­mi zu­peł­nie gdzie in­dziej.

- Tyl­ko nie rób tych ma­śla­nych oczu. Fe. To zu­peł­nie, ab­so­lut­nie nie­smacz­ne - cią­gnął.

Mia­ła ocho­tę go uści­skać. Ba, dzi­siaj mia­ła ocho­tę przy­tu­lać wszyst­kich, na­wet An­ta­mię.

Mistrz wszedł do sali, po­wo­li lu­stru­jąc wzro­kiem zgro­ma­dzo­nych. Nie spu­ści­ła oczu jak za­wsze, ale pa­trzy­ła na nie­go i ob­ser­wo­wa­ła jego re­ak­cję. Przez krót­ką chwi­lę pa­trzył na nią, jed­nak zwy­czaj­nie i obo­jęt­nie. Tak jak w każ­dym cy­klu. Zresz­tą w ogó­le za­cho­wy­wał się tak, jak­by wczo­raj zu­peł­nie nic się nie wy­da­rzy­ło. Za­ję­cia mi­ja­ły nie­zwy­kle szyb­ko. Mistrz Mans­fled - jak zwy­kle draż­li­wy i do­kucz­li­wy - na ni­kim nie sku­pił się zbyt szcze­gól­nie. Ot, dzień jak co dzień. Po pro­stu jak za­wsze uzna­wał ich za zgra­ję nie­uków nie­po­tra­fią­cych zro­zu­mieć pod­sta­wo­wej wie­dzy, któ­rej ocze­ki­wa­li od nich Wład­cy.

Da­le­ma jed­nak nie mo­gła się sku­pić na za­ję­ciach. Od po­cząt­ku dnia roz­glą­da­ła się za Ka­ta­rą. Szu­ka­ła jej wśród wszyst­kich ilu­me­nów. Nie było jej. Nie przy­szła dzi­siaj. Nie­do­brze, ab­sen­cja na za­ję­ciach ozna­cza­ła po­waż­ne kło­po­ty.

Wresz­cie Mistrz skoń­czył. Na­ka­zał im po­wtór­ki i znik­nął w drzwiach. Od­wró­ci­ła się do Izbo­ra, żeby za­py­tać, czy bę­dzie po­trze­bo­wał wie­czo­rem po­mo­cy przy na­uce, gdy zo­ba­czy­ła sto­ją­cą obok nie­go An­ta­mię. Ki­pia­ła wście­kło­ścią i gnie­wem. Wi­dać, że z tru­dem pa­no­wa­ła nad sobą. Wy­rzu­ca­ne przez nią sło­wa były tak cięż­kie jak ru­sza­ją­ce z rana ma­szy­ny ko­pal­ni­ków.

- Nie bę­dzie dzi­siaj przed­sta­wie­nia? Nie za­dzi­wisz nas żad­nym wy­stę­pem, Da... Da... Da­le­mo?

O co jej zno­wu cho­dzi­ło? Dla­cze­go An­ta­mia uwa­ża­ła, że ma mo­no­pol na mą­drość, per­ma­nent­ną wy­łącz­ność na ra­cję i do­bre rady dla wszyst­kich? To praw­da, że była żeń­ską wer­sją Za­mi­ra. Jej nie­ziem­ska uro­da była zna­na w ko­lo­nii. Do tego była jesz­cze cór­ką Bel­zbo­ra, Pierw­sze­go Straż­ni­ka Praw. Była po po­ro­stu ide­al­ną par­tią. Ale czy przez to mia­ła pra­wo upo­ka­rza­nia jej za­wsze i wszę­dzie? Spoj­rza­ła na salę. Więk­szość ilu­me­nów uda­wa­ła, że nie za­uwa­ża za­mie­sza­nia, jed­nak nie­licz­ni od­waż­ni zda­wa­li się nie­mo mó­wić wzro­kiem: "Ona taka już jest. Nie przej­muj się". Szu­ka­ła Za­mi­ra. Cie­ka­we, co so­bie my­ślał o tym wszyst­kim. Nie wi­dzia­ła go jed­nak.

- Zo­staw ją - Izbor pró­bo­wał wejść mię­dzy nie i za­że­gnać sy­tu­ację, ale było za póź­no. An­ta­mia się wła­śnie roz­krę­ca­ła.

- Czy nie zda­jesz so­bie spra­wy, że przez cie­bie mo­gli­śmy mieć kło­po­ty, ty bez­myśl­na dzie­wu­cho?

Te­raz już wszy­scy na nią pa­trzy­li. Nikt nie ob­da­rzał jej przy­ja­znym spoj­rze­niem. Lek­kie uśmie­chy i przy­ja­ciel­skie twa­rze zni­kły, kie­dy do­tar­ło do nich, że mo­gła spro­wa­dzić na nich pro­ble­my.

- Jak chcesz się ba­wić w obroń­czy­nię i opie­kun­kę jesz­cze więk­szych nie­zdar i nie­udacz­ni­ków, niż ty sama je­steś, to bar­dzo pro­szę, ale rób to bez nas. Zro­zu­mia­łaś mnie?

Czy za­wsze tak bę­dzie? Czy nie bę­dzie mia­ła szans na choć tro­chę zro­zu­mie­nia, przy­jaź­ni, sza­cun­ku in­nych? Czy nig­dy nie za­zna spo­ko­ju?

- Zro­zu­mia­łaś mnie? - An­ta­mia iry­to­wa­ła się co­raz bar­dziej.

Cóż mo­gła po­wie­dzieć? Jak moż­na za­re­ago­wać w ta­kiej sy­tu­acji? Pod­nio­sła swo­je rze­czy z sie­dzi­ska, spoj­rza­ła na An­ta­mię i chłod­no po­wie­dzia­ła:

- Prze­suń się - sama była za­dzi­wio­na swo­im spo­koj­nym to­nem i opa­no­wa­niem. - Pro­szę, od­suń się. Chcę przejść. - Przez chwi­lę mie­rzy­ły się wzro­kiem. W koń­cu jed­nak An­ta­mia się prze­su­nę­ła.

- Dzię­ku­ję - po­wie­dzia­ła Da­le­ma, pa­trząc pro­sto na nią. To zdu­mie­wa­ją­ce, ale wy­po­wia­da­ne sło­wa za­brzmia­ły na­wet god­nie. Mi­nę­ła An­ta­mię i skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia. Sta­ra­ła się iść jak naj­wol­niej. Ro­bi­ła wszyst­ko, aby nie ulec po­ku­sie. Chęć zbie­gnię­cia po scho­dach i uciecz­ki jak naj­da­lej była ogrom­na. Jed­nak za­wsze w ta­kich mo­men­tach ra­to­wa­ło ją jed­no. Uspo­ka­ja­ła się, przy­po­mi­na­jąc so­bie roz­mo­wę z Dziad­kiem, kie­dy po­cie­szał ją po tym, jak po raz ko­lej­ny wra­ca­ła zroz­pa­czo­na z Ilu­me­nu, nie umie­jąc od­na­leźć się w tłu­mie prze­drzeź­nia­ją­cych, na­chal­nych i wro­gich ró­wie­śni­ków.

- Jak my­ślisz, ile żyje mo­tyl?

- Nie wiem. Cykl, może dwa - za­sko­czo­na py­ta­niem spoj­rza­ła na Dziad­ka.

- O nie, zde­cy­do­wa­nie kró­cej - ro­ze­śmiał się i kon­ty­nu­ował bez żad­ne­go związ­ku. - Bo wi­dzisz, w przy­ro­dzie waż­ne jest nie ży­cie po­szcze­gól­ne­go osob­ni­ka, ale prze­trwa­nie ga­tun­ku. Dla­te­go dłu­gość ży­cia za­le­ży od tego, jak szyb­ko speł­nią swo­ją ży­cio­wą mi­sję.

- Nie ro­zu­miem. Co to zna­czy i po co mi to w ogó­le mó­wisz?

- To zna­czy wte­dy, gdy da­dzą ży­cie ko­lej­ne­mu po­ko­le­niu.

- Aha, ale jaki to ma zwią­zek ze mną? - spy­ta­ła z wy­rzu­tem.

Była tyl­ko sa­mot­nym, zu­peł­nie nie­ro­zu­mia­nym dziec­kiem. Dla­cze­go on też so­bie z niej żar­to­wał? Jed­nak Dzia­dek na­wet nie drgnął, nie za­re­ago­wał na ten wy­rzut, tyl­ko mil­czał. Wie­dzia­ła, że nie po­su­ną się da­lej w roz­mo­wie, do­pó­ki nie zada wła­ści­we­go py­ta­nia. Mu­sia­ła ustą­pić. - No to ile w koń­cu żyją te mo­ty­le?

- Oko­ło dwóch, do czte­rech peł­nych księ­ży­cy.

- To bar­dzo krót­ko.

- One tak nie uwa­ża­ją.

- Ale cze­mu mi o tym mó­wisz? Prze­cież ja mam dużo wię­cej cza­su.

- To to­bie się tak wy­da­je, dziec­ko. To to­bie się tak tyl­ko wy­da­je...

Wciąż nie ro­zu­mie­jąc, pa­trzy­ła na star­sze­go, przy­pró­szo­ne­go si­wi­zną, zgar­bio­ne­go męż­czy­znę. Je­dy­ne, co u Dziad­ka nie zmie­nia­ło się z wie­kiem, to błę­kit­ne oczy. Nig­dy nie stra­ci­ły nic ze swej by­stro­ści i mło­dzień­cze­go bla­sku.

- Po pro­stu nie trać cza­su na rze­czy nie­istot­ne.

- Ale to jest waż­ne!

- Czy na pew­no waż­ne dla sied­mio­racz­ki musi być to, że ban­da mniej by­strych sied­mio­ra­ków nie do­strze­ga i nie ro­zu­mie, że ta jest inna? Da­le­mo, pro­szę, nie mar­nuj chwil na dro­bia­zgi, są zbyt cen­ne. Uwierz mi. Szko­da każ­dej, bo w su­mie ich wszyst­kich mamy tak mało...

Wte­dy też nie po­tra­fi­ła do­ce­nić tego, co mia­ła: tro­skli­we­go, na­do­pie­kuń­cze­go i bez­wa­run­ko­wo ją ko­cha­ją­ce­go Dziad­ka. Ale już od ja­kie­goś cza­su czu­ła, że te wszyst­kie roz­mo­wy, aneg­do­ty, barw­ne opo­wie­ści to były jej ta­li­zma­ny. Po­da­run­ki, któ­re otrzy­my­wa­ła. Do­sta­wa­ła je jesz­cze te­raz, na dłu­go po tym, kie­dy jego już z nią nie było.

Wresz­cie prze­kro­czy­ła drzwi i wy­szła na ko­ry­tarz, tym sa­mym tem­pem skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia. Uff, była już na świe­żym po­wie­trzu, poza mu­ra­mi. Za sobą usły­sza­ła tu­pot ko­goś bie­gną­ce­go. Czyż­by to był Za­mir? Wy­obraź­nia pod­su­wa­ła jej róż­ne ob­ra­zy. Ale nie, to tyl­ko Izbor. Jak mo­gła być tak na­iw­na? Ale prze­cież była. Tak, była na­iw­na i głu­pia. Dla­cze­go ktoś taki jak Za­mir miał­by się nią in­te­re­so­wać?

- Po­cze­kaj, bo do­sta­nę za­dysz­ki - Izbor wy­sa­pał wresz­cie, do­bie­ga­jąc do niej. - To prze­cież było do prze­wi­dze­nia. Cho­ciaż nie wiem, cze­mu aż tak ostro za­re­ago­wa­ła. Ale z dru­giej stro­ny to ko­bie­ta. Nig­dy ich nie zro­zu­miem - mó­wił zu­peł­nie skon­fun­do­wa­ny, wzru­sza­jąc bez­rad­nie ra­mio­na­mi.

- Ja też je­stem ro­dza­ju żeń­skie­go, Izbo­rze. - Przy­su­nę­ła się do nie­go i ob­ję­ła go ra­mie­niem. - Jak do­brze mieć cię obok sie­bie. Za­wsze po­tra­fisz mnie roz­ba­wić.

- Ty je­steś ko­bie­tą? Tak, fakt. Prze­pra­szam, cza­sa­mi za­po­mi­nam.

- No może jed­nak nie za­wsze...

- Da­le­mo! - Zza drzew wy­szła Ka­ta­ra. Wy­glą­da­ła jak duch. Mia­ła pod­krą­żo­ne oczy i wy­da­wa­ła się bar­dzo zmę­czo­na. Co ona ro­bi­ła w tych krza­kach? Jak dłu­go tam sie­dzia­ła?

- Ka... Ka... Ka­ta­ra? Co tu ro­bisz? Nie było cię na za­ję­ciach. - Da­le­ma sama nie była pew­na, czy brzmia­ło to bar­dziej jak py­ta­nie, czy stwier­dze­nie.

- Moja opie­kun­ka chce się z tobą wi­dzieć, Da­le­mo. Pro­si­ła, że­bym cię do nas przy­pro­wa­dzi­ła. Chodź ze mną.

- Nie mogę. Pani Mat­ka bę­dzie się nie­po­ko­ić. Mu­szę wró­cić do domu za­raz po za­ję­ciach. Może in­nym ra­zem. - Spoj­rza­ła na Ka­ta­rę kom­plet­nie oszo­ło­mio­na za­rów­no jej na­głym po­ja­wie­niem się, jak też zdu­mie­wa­ją­cą pro­po­zy­cją. Co ta dziew­czy­na so­bie wy­obra­ża­ła?

- To musi być dzi­siaj. Tak chce moja opie­ku­na. Zresz­tą po­win­naś wie­dzieć, że Ga­ru­nie się nie od­ma­wia. A Pa­nią Mat­ką się nie przej­muj. Izbor zaj­mie się tym, praw­da, Izbo­rze?

Izbor wy­glą­dał na nie mniej zdzi­wio­ne­go. Ale tyl­ko przy­tak­nął i spoj­rzał bez­rad­nie na Da­le­mę.

- W ta­kim ra­zie chodź­my już. Mamy mało cza­su, a ja miesz­kam na pół­noc­no-za­chod­nim krań­cu. Zaj­mie nam go­dzi­nę, nim do mnie do­trze­my.

11

- Wy­łącz­cie ro­zum. Prze­stań­cie wresz­cie my­śleć. Skup­cie się na od­de­chu, któ­ry was wy­peł­nia. My­śl­cie o ener­gii, któ­ra was ota­cza. Po­czuj­cie wszyst­kie ży­wio­ły. Siłę zie­mi, moc wody, po­tę­gę po­wie­trza, żar ognia - po raz enty po­wta­rzał Tu­za­lem, je­den z niż­szych ran­gą Wi­dzą­cych Praw­dę, pro­wa­dzą­cy po­ran­ne ćwi­cze­nia.

Jak mia­ła to zro­bić? Całe ży­cie mó­wio­no jej, że ma my­śleć. Tyl­ko my­śleć. Po­wta­rza­no, że naj­więk­szą cno­tą jest mą­drość i tyl­ko ona mia­ła zna­cze­nie. Jak moż­na wy­ma­gać, że te­raz na­gle bę­dzie w sta­nie wszyst­ko zmie­nić?

Pa­trzy­ła na po­zo­sta­łych kan­dy­da­tów. Byli sku­pie­ni i nie­obec­ni. Każ­dy, sto­jąc twa­rzą do wscho­dzą­ce­go słoń­ca, mam­ro­tał wy­uczo­ne for­mu­ły pod no­sem. Nie do­strze­ga­li ni­cze­go - ani pięk­na do­stoj­nych ar­ka­rii, wśród któ­rych się zna­leź­li, ani ca­łej wspa­nia­łej ar­chi­tek­tu­ry ota­cza­ją­cej ich świą­ty­ni. Da­le­ma zdą­ży­ła już kil­ku­krot­nie zlu­stro­wać całą bu­dow­lę wraz z ele­men­ta­mi kon­struk­cyj­ny­mi i no­śny­mi, po­li­czyć więk­szość li­ści w gaju i za­uwa­żyć każ­de po­ja­wia­ją­ce się zwie­rzę.

Oprócz niej "chęt­nych", aby zo­stać Wi­dzą­cy­mi Praw­dę, było jesz­cze sze­ścio­ro. "Chęt­ni" to może nie było wła­ści­we sło­wo. W jej przy­pad­ku sta­no­wi­ło zde­cy­do­wa­nie nad­uży­cie, bo ona "chęt­ną" na pew­no nie była. Ale po­zo­sta­li ści­śle wy­ko­ny­wa­li wszyst­kie po­le­ce­nia, uważ­nie słu­cha­li, aby nie uro­nić ani jed­ne­go sło­wa pro­wa­dzą­cych i zda­wa­li się być za­do­wo­le­ni, że tu są.

Nie­po­mier­nie dzi­wi­ło ją, że tak ła­two od­na­leź­li się w no­wej rze­czy­wi­sto­ści, że z taką ła­two­ścią byli w sta­nie od­po­wie­dzieć na nowe po­trze­by i wy­ma­ga­nia. Nie je­den raz za­sta­na­wia­ła się, czy na­praw­dę tak płyn­nie przy­szło im ode­rwać się od do­tych­cza­so­we­go, pod­po­rząd­ko­wa­ne­go na­uce świa­ta. Nie mia­ła po­ję­cia, czy tyl­ko uda­wa­li, aby nie wzbu­dzać za­in­te­re­so­wa­nia, czy może rze­czy­wi­ście po­tra­fi­li to zro­bić.

Bała się ko­go­kol­wiek o to za­py­tać, na­wet Ka­ta­rę. Nie chcia­ła i tu­taj stać się wy­rzut­kiem. Ale też nie po­tra­fi­ła oszu­ki­wać. Nie była w sta­nie ukry­wać swych praw­dzi­wych od­czuć. Jed­nak ni­ko­mu nie mo­gła się zwie­rzyć. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, aby wy­znać praw­dę Izbo­ro­wi. Jak mo­gła­by jemu uża­lać się nad swo­im nie­chcia­nym prze­zna­cze­niem? Pew­nie na­wet on, jej przy­ja­ciel, by nie zro­zu­miał. Prze­cież wola pa­fros i po­trze­by Wspól­no­ty były naj­wyż­szą i nie­pod­wa­żal­ną za­sa­dą. Tak było od za­wsze i nikt nie śmiał kwe­stio­no­wać ta­kich po­sta­no­wień.

Cza­sem nocą, roz­my­śla­jąc w swo­jej izbie, za­sta­na­wia­ła się, czy wina nie le­ża­ła w niej sa­mej. Może to z nią było coś nie tak, że nig­dzie i do ni­ko­go nie pa­so­wa­ła...

Ileż to razy tłu­ma­czy­ła so­bie, że po­win­na się prze­móc i za­ak­cep­to­wać bez­wa­run­ko­wo prze­ka­zy­wa­ne jej tu­taj na­uki? Jed­nak nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo pró­bo­wa­ła, efekt i tak za­wsze był ten sam. Nie po­tra­fi­ła za­po­mnieć, że bę­dąc tu, stra­ci­ła na za­wsze szan­sę, aby kie­dy­kol­wiek zbli­żyć się do Wład­ców, za­kosz­to­wać w bez­mia­rze ich wie­dzy i zo­ba­czyć naj­wspa­nial­szą kra­inę na Zie­mi.

To wła­śnie dla­te­go iry­to­wa­li ją tu wszy­scy i wszyst­ko. W jaki spo­sób mia­ła po­go­dzić się z wy­peł­nia­niem bez­sen­sow­nych za­dań, któ­rych celu wy­ko­ny­wa­nia nie ro­zu­mia­ła? Dla­cze­go mu­sia­ła cią­gle po­wta­rzać te same wy­uczo­ne for­mu­ły? I do tego jesz­cze nie­po­ję­te za­cho­wa­nie człon­ków gil­dii. Kie­dy Wi­dzą­cy Praw­dę wpa­da­li w trans, z tym cały ezo­te­rycz­nym beł­ko­tem, ona ocie­ra­ła się o gra­ni­cę wy­trzy­ma­ło­ści. Jak mo­gła ich sza­no­wać, sko­ro nie była w sta­nie lo­gicz­nie wy­ja­śnić, a tym bar­dziej po­jąć ani jed­ne­go sło­wa, ani jed­nej czyn­no­ści, któ­re roz­gry­wa­ły się na jej oczach? Jak so­bie po­ra­dzi? Pięć cy­kli, któ­re mia­ła tu spę­dzić, wy­da­wa­ły się wiecz­no­ścią. Jak kie­dy­kol­wiek ob­rzę­dy Wi­dzą­cych Praw­dę mo­gły wzbu­dzać jej za­in­te­re­so­wa­nie i po­dziw?

Wma­wia­ła so­bie co­dzien­nie, kil­ka­na­ście razy dzien­nie, że nig­dy, prze­nig­dy nie zo­sta­nie jed­ną z nich. Do­sko­na­le ro­zu­mia­ła Wład­ców. Jak kto­kol­wiek roz­sąd­ny miał uwie­rzyć w cały ten stek bzdur. Jak jej ucze­ni i lo­jal­ni wo­bec Atlan­tów pa­fros mo­gli to zro­bić? Mi­nę­ło już kil­ka peł­nych księ­ży­ców, a ona wciąż nie mo­gła do­ciec sen­su tej de­cy­zji i za­da­wa­ła so­bie to samo py­ta­nie: dla­cze­go?

Pani Mat­ka nie dała jej jed­nak na­wet cie­nia złu­dzeń, że ist­nie­je ja­kie­kol­wiek inne roz­wią­za­nie. Ja­sno i do­bit­nie wy­tłu­ma­czo­no jej tam­te­go wie­czo­ra, że to nie ona de­cy­du­je o swym lo­sie. Że je­że­li co­kol­wiek ma do po­wie­dze­nia, to niech to za­trzy­ma dla sie­bie, bo ta­kie jest ich po­sta­no­wie­nie i taka ich wola. Zro­zu­mia­ła wte­dy, iż dal­sza dys­ku­sja nie ma sen­su. Jej los zo­stał prze­są­dzo­ny.

Od tej pory re­la­cje z pa­fros sta­ły się jesz­cze trud­niej­sze. Żyli ra­zem, ale jak­by obok sie­bie. Oni pa­trzy­li na nią z wy­rzu­tem, że po­mi­mo ich wy­sił­ku i sta­rań Da­le­ma nie do­ce­nia­ła tego, co dla niej ro­bi­li. Ona re­wan­żo­wa­ła się im do­kład­nie tym sa­mym - bra­kiem zro­zu­mie­nia i ak­cep­ta­cji dla jej po­trzeb i pla­nów. Cza­sa­mi jed­nak wy­da­wa­ło się jej, że Pan Oj­ciec chciał jej coś po­wie­dzieć. Kil­ka razy od­nio­sła wra­że­nie, że gdy­by nie Pani Mat­ka, któ­ra wkra­cza­ła w naj­mniej od­po­wied­nich mo­men­tach, to może ze­chciał­by ją wy­słu­chać.

Od­kąd za­czął się ten kosz­mar, nie mia­ła na­wet chwi­li dla sie­bie. Cały swój czas mu­sia­ła te­raz dzie­lić po­mię­dzy du­cho­we fa­na­be­rie Wi­dzą­cych Praw­dę, wy­ma­ga­ją­ce­go, bę­dą­ce­go po­stra­chem Ilu­me­nu Ar­cy­mi­strza Mans­fel­da i cięż­ką od nie­zro­zu­mie­nia do­mo­wą at­mos­fe­rę.

Były jed­nak dwa po­zy­tyw­ne aspek­ty tej sy­tu­acji. Jed­nym była nowa, ro­dzą­ca się przy­jaźń z Ka­ta­rą. Da­le­mie nig­dy nie uda­ło się po­zy­skać za­ufa­nia i cho­ciaż­by cie­nia za­in­te­re­so­wa­nia żad­nej dziew­czy­ny w Ilu­me­nie. Nig­dy nie chcia­ły z nią roz­ma­wiać, a ona tak­że nie mia­ła po­trze­by na­wią­zy­wa­nia z nimi bliż­szych kon­tak­tów. A z Ka­ta­rą było in­a­czej. Cho­ciaż wciąż jesz­cze Ka­ta­ra od­no­si­ła się do niej z dużą re­zer­wą i ostroż­no­ścią, to jed­nak Da­le­ma ro­zu­mia­ła się z nią pra­wie tak do­brze jak z Izbo­rem. Ka­ta­ra za­dzi­wia­ją­co traf­nie od­ga­dy­wa­ła jej my­śli i na prze­kór za­uwa­żal­nej kon­ku­ren­cji wśród kan­dy­da­tów na Wi­dzą­cych Praw­dę za­wsze jej po­ma­ga­ła.

Izbor, jak­kol­wiek nie­chęt­ny Ka­ta­rze i jak­by wręcz o nią za­zdro­sny, wbrew sa­me­mu so­bie ro­bił wszyst­ko, aby za­ak­cep­to­wać nową sy­tu­ację. Da­le­ma wi­dzia­ła, że przy­cho­dzi­ło mu z tru­dem przy­sto­so­wa­nie się do zmie­nio­nej rze­czy­wi­sto­ści. Ale to chy­ba ze wzglę­du na nią sta­rał się na­wią­zać kon­takt z Ka­ta­rą i oka­zać jej za­in­te­re­so­wa­nie. Przy­no­si­ło to nie naj­gor­sze efek­ty, bo dziew­czy­na stop­nio­wo za­czy­na­ła na­bie­rać do nich oboj­ga za­ufa­nia. Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li, ale Da­le­ma wie­dzia­ła, że te­raz już żad­ne z nich nie wy­obra­ża­ło so­bie, że kie­dyś mo­gło być in­a­czej.

Zresz­tą cała ich trój­ka sta­ła się w dziw­ny i zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­ły spo­sób so­bie bli­ska. Każ­de z nich re­pre­zen­to­wa­ło prze­cież cał­ko­wi­cie od­mien­ne wy­cho­wa­nie, po­cho­dze­nie i war­to­ści. Da­le­ma, ze wzglę­du na przy­na­leż­ność swo­ich pa­fros do gil­dii ści­śle zwią­za­nych z Wład­ca­mi, była ko­ja­rzo­na wła­śnie z nimi. Ka­ta­ra uoso­bia­ła od­ręb­ność Su­pa­li, nie­za­leż­ność i wy­jąt­ko­wość Wi­dzą­cych Praw­dę. A Izbor po­przez swo­ich przod­ków i nie­zwy­kły ta­lent miał w przy­szło­ści za­si­lić sze­re­gi Twór­ców. Jak to się sta­ło, że po­mi­mo dzie­lą­cych ich róż­nic zo­sta­li pra­wie nie­roz­łącz­ni? Jak to moż­li­we, że wbrew utar­tym prze­ko­na­niom i za­ło­że­niem po­tra­fi­li od­na­leźć w so­bie coś, co ich łą­czy­ło? W Ilu­me­nie pa­trzo­no na nich jak na dzi­wa­dła. Ale prze­cież do tego przy­wy­kli.

Dru­gim, nie mniej waż­nym po­zy­ty­wem było to, że co­raz rza­dziej w jej my­ślach go­ścił Za­mir. Mia­ła zbyt wie­le na gło­wie, aby przej­mo­wać się jesz­cze nim. Cza­sa­mi jed­nak dys­kret­nie roz­glą­da­ła się po sali, ma­jąc na­dzie­ję, że uchwy­ci gdzieś jego spoj­rze­nie. Za­wsze wcho­dząc do Ilu­me­nu, łu­dzi­ła się, że jesz­cze raz tam się z nim spo­tka. Że wpad­ną na sie­bie w tych wła­śnie drzwiach, tak jak wte­dy. Ale tak się nie dzia­ło.

Za­mir po ostat­nim spo­tka­niu zu­peł­nie prze­stał zwra­cać na nią uwa­gę. Nie zde­rzał się z nią w drzwiach, nie pró­bo­wał roz­ma­wiać i - nie­ste­ty - ni­cze­go nie chciał jej tłu­ma­czyć.

Zresz­tą zo­stał wy­bra­ny do te­go­rocz­nej dru­ży­ny ma­ją­cej re­pre­zen­to­wać Su­pa­lę pod­czas roz­gry­wek Ta­chli. Nie było to żad­nym za­sko­cze­niem i ni­ko­go nie zdzi­wi­ło. Dla miesz­kań­ców było cał­ko­wi­cie na­tu­ral­ne, że tak się wła­śnie sta­ło. Któż inny miał­by się tam zna­leźć, je­śli nie on? Rów­nież to było po­wo­dem, dla­cze­go Da­le­ma wi­dy­wa­ła go te­raz rza­dziej niż za­zwy­czaj. Mu­siał prze­cież jesz­cze czę­ściej uczest­ni­czyć w tre­nin­gach - za­wsze za­raz po skoń­czo­nych za­ję­ciach w Ilu­me­nie, a czę­sto tak­że w ich trak­cie tam wła­śnie zni­kał.

10

Za­mknę­ła za sobą drzwi naj­de­li­kat­niej, jak po­tra­fi­ła, cho­ciaż przy­szło jej to z ogrom­nym tru­dem. Mu­sia­ła się opa­no­wać, aby nimi nie trza­snąć. Na ze­wnątrz owia­ło ją rześ­kie po­wie­trze. Emo­cje nie znik­nę­ły, ale wraz z chłod­nym wia­trem przy­szła odro­bi­na re­flek­sji i chwi­la, aby się opa­no­wać. Po­wo­li zmrok ogar­niał mia­sto. Co­raz mniej lu­dzi krę­ci­ło się po uli­cach, a przed nią była jesz­cze dłu­ga dro­ga do domu.

Pu­ści­ła się więc bie­giem, głów­nym trak­tem, aby nad­ro­bić czas i jak naj­szyb­ciej wy­ja­śnić tę ab­sur­dal­ną sy­tu­ację. Mia­ła w so­bie tyle ener­gii, że mu­sia­ła ja­koś ją roz­ła­do­wać przed roz­mo­wą z pa­fros. Mu­sia­ła się uspo­ko­ić, nie mo­gła oka­zać ta­kich emo­cji w domu.

Czy mo­gło być praw­dą to, co mó­wi­ła Ga­ru­na? Czy rze­czy­wi­ście pa­fros mo­gli się na to zgo­dzić? Czy pod­ję­li­by taką de­cy­zję bez niej? Czy mo­gli to zro­bić, w ogó­le nie py­ta­jąc jej o zda­nie?

To praw­da, że szan­se na Wy­bór mia­ła mi­ni­mal­ne. Sama przed sobą mu­sia­ła przy­znać - były żad­ne. Nig­dy, na­wet w naj­śmiel­szych snach nie ma­rzy­ła, że może jej się udać, że to ona zo­sta­nie Wy­brań­cem. Ale czy tyl­ko dla­te­go nie mo­gła pró­bo­wać? Czy mia­ła się pod­dać, na­wet nie spraw­dza­jąc swo­ich moż­li­wo­ści i szans? Nie, tak być nie mo­gło. I była pew­na, że na­wet tak kry­tycz­na wo­bec niej Pani Mat­ka nie za­ak­cep­to­wa­ła­by fak­tu, że ona, Da­le­ma, pod­da­ła się bez wal­ki.

Nie, star­szej ko­bie­cie mu­sia­ło się coś po­my­lić, mu­sia­ła źle ich zro­zu­mieć. Prze­cież pa­fros do­sko­na­le wie­dzie­li, jak wie­le zna­czył dla niej Ilu­men, mie­li peł­ną świa­do­mość, że jej pra­gnie­nie wie­dzy i za­in­te­re­so­wa­nie na­uką jest nie­wy­czer­pa­ne. Prze­cież na­wet sam Pan Oj­ciec mó­wił, że z ta­kim za­pa­łem może nie­ba­wem do­rów­nać Mi­strzom.

Nie pa­mię­ta­ła, ile bie­gła. Ale roz­glą­da­jąc się po oko­li­cy, wie­dzia­ła, że jest bli­sko i że za­raz wszyst­ko się wy­ja­śni.

Mu­sia­ła się wresz­cie za­trzy­mać. Puls i tęt­no mia­ła pod­wyż­szo­ne. Trze­ba było ochło­nąć przed po­wro­tem do domu. Sta­ła po­chy­lo­na do przo­du, dy­sząc cięż­ko, gdy uświa­do­mi­ła so­bie czy­jąś obec­ność. To pew­nie Izbor nie­po­ko­ił się o nią. Pod­nio­sła gło­wę i zo­ba­czy­ła Za­mi­ra.

W pierw­szej chwi­li nie po­zna­ła go. Był ja­kiś inny, jak­by tro­chę mniej pew­ny sie­bie. Pa­trzył na nią, ale też dys­kret­nie roz­glą­dał się wko­ło. W jego oczach przez chwi­lę do­strze­gła nie­po­kój. A może tyl­ko jej się przy­wi­dzia­ło? Wiatr roz­wie­wał mu wło­sy, nie­sfor­ne fale z każ­dym po­dmu­chem ukła­da­ły się w inną stro­nę. Rysy twa­rzy w bla­sku gwiazd wy­da­wa­ły się jesz­cze bar­dziej in­try­gu­ją­ce niż za­zwy­czaj. Jak wi­dać, wie­czór cu­dów jesz­cze się nie skoń­czył.

- Chcia­łem ci wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go nie mo­głem sta­nąć w two­jej obro­nie. Dla­cze­go nie za­re­ago­wa­łem, kie­dy An­ta­mia tak się za­cho­wa­ła.

- Ni... ni... nie mu­sisz się tłu­ma­czyć. Nie ocze­ki­wa­łam od ni­ko­go po­mo­cy. Cze­mu mia­ła­bym jej ocze­ki­wać od cie­bie? Prze­cież my się na­wet nie zna­my, roz­ma­wia­li­śmy dzi­siaj pierw­szy raz w ży­ciu - prze­rwa­ła mu gwał­tow­nie. Na­wet bar­dziej im­pul­syw­nie niż chcia­ła.

- Sko­ro tak na to pa­trzysz...

Czy to moż­li­wie, aby do­tknę­ły go jej sło­wa? Jesz­cze mo­ment temu była prze­ko­na­na, że jego oczy, usta, twarz, wszyst­ko mó­wi­ło, że go zra­ni­ła.

- Tak, tak wła­śnie to wi­dzę.

Od­wró­ci­ła się od nie­go na pię­cie i za­czę­ła iść. "Co ja wy­pra­wiam? Co ro­bię? Czy na pew­no o to mi cho­dzi? Prze­cież przy­szedł tu­taj. Prze­cież chciał się wy­tłu­ma­czyć" - my­śla­ła. Nie, to już nie­waż­ne. Te­raz nie mo­gła zmie­nić zda­nia i oka­zać wa­ha­nia. Za­sa­dy były pro­ste. Albo ktoś ją ak­cep­to­wał taką, jaką była za­wsze i wszę­dzie, albo nie.

- I tak mu­szę się wy­tłu­ma­czyć. Pro­szę, za­trzy­maj się. Wy­słu­chaj mnie.

Za­mir pod­biegł do niej i za­gro­dził jej dro­gę. Wy­cią­gnął rękę, jak­by chciał ją do­tknąć, ale od razu cof­nął tak szyb­ko, że gest był pra­wie nie­zau­wa­żal­ny. Sku­pił całe swo­je spoj­rze­nie na niej. Pa­trzył tak, jak­by nikt i nic in­ne­go w tej chwi­li nie ist­nia­ło. Dla­cze­go jej sil­na wola był tak sła­ba, gdy tyl­ko po­ja­wiał się na ho­ry­zon­cie? Dla­cze­go tak trud­no było jej trzy­mać się wła­snych wpra­co­wa­nych za­sad? Nie mo­gła się nie uśmiech­nąć. Bar­dziej na­wet z sie­bie niż do sie­bie. Była pod jego uro­kiem. Mia­ła tyl­ko na­dzie­ję, że on nie zda­wał so­bie z tego spa­wy.

- Nie mogę rzu­cać się w oczy, Da­le­mo. Nie mogę wzbu­dzać za­in­te­re­so­wa­nia. Te­raz pew­nie tego nie zro­zu­miesz...

Tego już było za wie­le. Czy dzi­siaj wszy­scy do­sta­li uda­ru? Czy aż tak za­szko­dzi­ło im ostat­nie ocie­ple­nie? Za­mir nie chciał się rzu­cać w oczy! Mógł o tym po­my­śleć kil­ka cy­kli temu, nim za­bły­snął w roz­gryw­kach Ta­chli stał się gwiaz­dą Su­pa­li oraz to­te­mem Ilu­me­nu. Tego już na­praw­dę było za wie­le jak na je­den dzień.

- Masz ra­cję, nie ro­zu­miem.

Nie było sen­su za­przą­tać so­bie nim gło­wy. Od­wró­ci­ła się, po­zo­sta­wia­jąc cał­ko­wi­cie osłu­pia­łe­go męż­czy­znę sa­me­go na środ­ku dro­gi. Nie przy­pusz­cza­ła, że w ich ko­lo­nii było aż tyle dziew­cząt z pu­sto­gło­wiem. A może tyl­ko ją miał za taką na­iw­ną?

Pani Mat­ka mó­wi­ła praw­dę. Męż­czy­zna po­wie wszyst­ko, aby do­stać od ko­bie­ty to, cze­go pra­gnie. Tyl­ko cze­go, na Ran­do­ga, chciał od niej Za­mir?

5

Wła­śnie przed ostat­nią pro­stą skrę­cał w pra­wo, kie­dy ich zo­ba­czył. Sta­li tam ra­zem, do­kład­nie na wprost nie­go, nie­wiel­ką gru­pą ośmiu, może dzie­wię­ciu męż­czyzn. Ale jemu wy­star­czy­ło tyl­ko jed­no spoj­rze­nie i od razu wie­dział, kim są. Czy inni też wie­dzie­li?

Mu­siał szyb­ko zna­leźć ja­kiś spo­sób, aby po­dejść do nich, nie zwra­ca­jąc zbyt­nio ni­czy­jej uwa­gi. Mu­siał zro­bić to jak naj­szyb­ciej, nim nie bę­dzie za póź­no.

- Co tu ro­bi­cie? Jak się do­sta­li­ście do mia­sta? Nie po­win­ni­ście prze­cież przy­cho­dzić, jesz­cze ktoś was roz­po­zna.

- Uspo­kój się! Lu­dzie pa­trzą.

- Jak mam się uspo­ko­ić?! Za­raz was za­uwa­żą.

- Te­raz to je­dy­nie two­je za­cho­wa­nie spra­wia, że ktoś się nami in­te­re­su­je. Za­cho­waj spo­kój.

- Po co tu przy­szli­ście? Prze­cież mó­wi­łem, że nie wiem, kie­dy zja­wi się Na­miest­nik. Może to po­trwać jesz­cze dwa lub trzy peł­ne księ­ży­ce. Na­wet nie roz­po­czę­li jesz­cze przy­go­to­wań.

- Nie po to przy­sze­dłem.

- Nie dla­te­go? To po co? - Wresz­cie zro­zu­miał. - O, nie! Pro­szę, nie mów, że to wła­śnie dzi­siaj. Tyl­ko nie dzi­siaj. Mia­sto jest peł­ne lu­dzi, zwięk­szo­no ochro­nę. Dzi­siaj jest roz­po­czę­cie cy­klu w Ilu­me­nie.

- Kie­dy po­my­ślę, że to już je­de­na­ście cy­kli, od­kąd ode­szła... Nie mogę uwie­rzyć, że da­łem radę prze­trwać tak dłu­go sam.

- Nie po­wi­nie­neś był przy­cho­dzić. Czy wiesz, co by się sta­ło, gdy­by ktoś cię zo­ba­czył?

- Przy­sze­dłem ją od­wie­dzić. Tyl­ko ja jej zo­sta­łem.

Nie było sen­su da­lej dys­ku­to­wać ani prze­ko­ny­wać. Pod­jął już de­cy­zję.

- Uwa­żaj­cie na nie­go. I na sie­bie - zwró­cił się do ota­cza­ją­cych ich męż­czyzn. - Ja nie mogę dłu­żej z wami zo­stać. Mu­szę iść.

Od­cho­dził po­śpiesz­nie, spraw­dza­jąc, czy jego nie­ty­po­we za­cho­wa­nie nie ścią­gnę­ło zbyt wie­lu cie­kaw­skich spoj­rzeń. Chy­ba jed­nak nie. Na uli­cach pa­no­wał ogrom­ny ruch, wszy­scy się gdzieś śpie­szy­li i mie­li zbyt wie­le swo­ich wła­snych spraw na gło­wie, aby zaj­mo­wać się in­ny­mi.

Może więc jed­nak uda się im. W koń­cu Plac Pa­mię­ci nie bę­dzie dzi­siaj naj­waż­niej­szym miej­scem w mie­ście. Bar­dzo chciał wie­rzyć, że tak wła­śnie bę­dzie.

7

Na­za­jutrz Da­le­ma szła do Ilu­me­nu szyb­kim kro­kiem, ale czu­ła się tak, jak­by po­ru­sza­ła się do przo­du wbrew so­bie i jak­by w każ­dej chwi­li ni­cze­go tak nie pra­gnę­ła, jak tyl­ko za­wró­cić. Dzi­siaj nie tyl­ko pierw­szy raz bę­dzie mia­ła za­ję­cia ra­zem z Za­mi­rem, ale też bę­dzie je pro­wa­dził Mistrz Mans­feld. Czy mo­gło być go­rzej? Jak to jest, że jed­ni mają wszyst­ko, po­dziw i za­chwyt gru­py, a dru­gim po­zo­sta­je tyl­ko rola ilu­me­no­wych bła­znów?

Do­tar­ła na miej­sce w ostat­niej chwi­li. W drzwiach pra­wie zde­rzy­ła się z Za­mi­rem. Cóż, może przy­najm­niej pierw­szy raz w ży­ciu ją za­uwa­żył. Nie cze­ka­jąc na jego re­ak­cję, wy­mam­ro­ta­ła coś szyb­ko pod no­sem i nie pod­no­sząc oczu, za­ję­ła swo­je miej­sce obok Izbo­ra.

- Masz ra­cję, naj­le­piej na po­cząt­ku go za­mro­czyć - ukon­ten­to­wa­ny ki­wał gło­wą. - Bar­dzo słusz­nie, prze­cież nim ty zdą­żysz po­wie­dzieć "wi­taj", to chło­pak bę­dzie mu­siał już iść, bo się za­ję­cia skoń­czą.

Otwie­ra­ła usta, żeby od­po­wie­dzieć przy­ja­cie­lo­wi, gdy zda­ła so­bie spra­wę, że na­gle wszy­scy umil­kli. Do po­miesz­cze­nia wkro­czył Mistrz Mans­feld, aby po­pro­wa­dzić za­ję­cia. Da­le­ma tyl­ko na nie­go spoj­rza­ła i po­czu­ła ogar­nia­ją­cą ją pa­ni­kę. Na­uczy­ciel przez chwi­lę śli­zgał się wzro­kiem po gru­pie. Na mo­ment za­trzy­mał spoj­rze­nie na niej. Na Ran­do­ga, bę­dzie jesz­cze go­rzej, niż my­śla­ła...

- Ilu­me­ni, wi­dzę, że nie­ste­ty z więk­szo­ścią z was zna­my się z po­przed­nich cy­kli, a resz­ta też nie wy­da­je się być zbyt obie­cu­ją­ca. Tak jak są­dzi­łem, bę­dzie to cięż­ki cykl dla mnie, ale uwierz­cie mi, dla was też taki bę­dzie. Su­pa­la nie jest wy­bi­ja­ją­cą się ko­lo­nią, Wład­cy po­strze­ga­ją ją jako za­ścia­nek Kró­le­stwa, któ­ry w ogó­le by nie ist­niał, gdy­by nie zło­ża. Moim obo­wiąz­kiem - ba! - po­win­no­ścią wszyst­kich Gło­szą­cych Praw­dę jest zmie­nić tę sy­tu­ację. Zmie­nić miej­sce Su­pa­li w hie­rar­chii ko­lo­nii, zmie­nić je dzię­ki ilu­me­nom. Dzię­ki wa­szej wie­dzy. Tyl­ko co moż­na zro­bić z wami?! Jak moż­na zbu­do­wać po­sąg, ma­jąc za ma­te­riał łaj­no tak­ta?! - Spo­koj­ne, wol­no ar­ty­ku­ło­wa­ne sło­wa Mi­strza do­cie­ra­ły do za­mar­łej w bez­ru­chu sali. Mistrz Mans­feld po­wo­li cho­dził po pro­ske­nium i bacz­nym okiem lu­stro­wał wszyst­kich. - W ta­kim ra­zie za­cznie­my od po­wtó­rze­nia. Sprawdź­my, czy cięż­ka pra­ca Mi­strzów dała ja­kieś efek­ty!

I tak wła­śnie za­czął się naj­waż­niej­szy cykl w jej ży­ciu. Przez więk­szość cza­su Mistrz Mans­feld na prze­mian grzmiał i śmiał się, wy­ty­ka­jąc igno­ran­cję i nie­wie­dzę. A na­wet tam, gdzie nie mógł do­szu­kać się bra­ków, znaj­do­wał inne po­wo­dy, aby po­ka­zać, jak nie­wie­le są war­ci. Nie mo­gła się do­cze­kać koń­ca dnia. Jak dłu­go jesz­cze słoń­ce każe cze­kać?

- Ka­ta­ra! I co, zno­wu nie po­tra­fisz po­rów­nać wzo­ru na me­ta­mor al­to­mu i me­ta­mor ży­we­go sre­bra?

Po­nad set­ka spoj­rzeń wpa­try­wa­ła się upar­cie w sto­ją­cą wśród nich drob­ną isto­tę. Dziew­czy­na nie­zwy­kle szczu­pła i ni­ska od kil­ku mi­nut bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła od­na­leźć wła­ści­wą od­po­wiedź na za­da­ne py­ta­nie. Trud­no było od­gad­nąć, co my­śli i czy w ogó­le ro­zu­mie po­wa­gę sy­tu­acji, bo wzrok wbi­ła w zie­mię i nic nie mó­wi­ła. W za­sa­dzie to na­wet się nie po­ru­sza­ła.

- Ka­ta­ra, czy ist­nie­je więk­sza próż­nia w prze­strze­ni niż ta po­mię­dzy two­imi usza­mi? Dłu­go mam cze­kać? Chciał­bym jesz­cze w tym cy­klu wró­cić do domu.

Jed­nak ani wzgar­dli­we spoj­rze­nia, ani iro­nicz­ne sło­wa Mi­strza w ni­czym nie po­ma­ga­ły sto­ją­cej dziew­czy­nie. Z pew­no­ścią nie mia­ły mocy mo­bi­li­zu­ją­cej.

- Że ro­zum stra­ci­łaś ja­kiś czas temu, to wiem, w za­sa­dzie to się za­sta­na­wiam, czy go w ogó­le mia­łaś. Ale sły­szę, że to­bie tak­że mowę ode­bra­ło! Patrz na mnie, jak do cie­bie mó­wię!

Ale dziew­czy­na nie pod­no­si­ła wzro­ku, sta­ła sku­lo­na i mil­czą­ca.

- My­ślę, że do­brze ci zro­bi, jak prze­my­ślisz pro­blem. Ką­cik "wy­bit­nych in­a­czej" cze­ka.

Da­le­ma aż się wzdry­gnę­ła. Świa­do­mość tego, że ktoś bę­dzie mu­siał tam być i przy­po­mnie­nie bólu, z ja­kim to miej­sce się wią­za­ło, były prze­ra­ża­ją­ce.

Wspo­mnie­nia wró­ci­ły do niej bły­ska­wicz­nie. Jej pierw­szy dzień w Ilu­me­nie, sa­mot­ne miej­sce z dala od in­nych i py­ta­nie Mi­strza Fal­djan­sa, jak ma na imię. A ona sta­ła i nie po­tra­fi­ła nic po­wie­dzieć, tyl­ko bez­rad­nie ją­ka­ła: "Da... Da... Da...". Do­sko­na­le pa­mię­ta­ła tam­ten śmiech Ilu­me­nów. Jesz­cze jej nie zna­li, nie wie­dzie­li, jaka jest, ale w tam­tej chwi­li każ­dy z nich przy­le­pił jej łat­kę. Wsa­dzo­no ją do od­po­wied­niej szu­fla­dy i na wierz­chu na­pi­sa­no "nie­udacz­nik". Od tam­tej pory taki śmiech to­wa­rzy­szył jej za­wsze. Wszy­scy prze­cież uwa­ża­li, że kie­dy ona wsta­je do od­po­wie­dzi albo sta­ra się za­brać głos, to bę­dzie to ide­al­na oka­zja i czas na roz­ryw­kę. I cho­ciaż z cza­sem przy­zwy­cza­iła się do śmie­chu, to nig­dy go jed­nak nie za­ak­cep­to­wa­ła.

A po­tem było już tyl­ko go­rzej. Mistrz Fal­djans czę­sto sta­rał się ją wcią­gnąć w dys­ku­sję i oswo­ić z mó­wie­niem w gru­pie, więc kil­ka razy dzien­nie pró­bo­wał i nie­ustan­nie wy­wo­ły­wał do od­po­wie­dzi. Te­raz wie­dzia­ła, że ro­bił to dla jej do­bra. I może gdy­by mia­ła taką szan­sę dzi­siaj, to by z niej sko­rzy­sta­ła. Ale nie­ste­ty, wte­dy nie po­tra­fi­ła. Im bar­dziej Mistrz sta­rał się i ją za­chę­cał, tym go­rzej wpły­wa­ło to na nią. A po­tem sta­ry Mistrz od­szedł i za­czął się praw­dzi­wy kosz­mar.

Roz­po­czę­li za­ję­cia z Mi­strzem Mans­fel­dem. Klę­cze­nie na ka­mie­niach, cią­głe drwi­ny i nie­ustan­ne upo­ka­rza­nie to był chleb po­wsze­dni. Dni, kie­dy wra­ca­ła z po­krwa­wio­ny­mi ko­la­na­mi i mu­sia­ła ukry­wać rany przed pa­fros. Po­wszech­nie było wia­do­mo, że mię­dzy ka­mie­nia­mi znaj­do­wa­ły się po­tłu­czo­ne szkła, ale nikt z ilu­me­nów nig­dy nie ośmie­lił się po­wie­dzieć tego na głos. Na­wet bę­dąc sami, szep­cząc w ko­ry­ta­rzach, nie roz­ma­wia­li o tym ze sobą. Mil­cze­li.

- Wi­dać, że w tym cy­klu Mistrz Mans­feld zna­lazł so­bie nową ofia­rę. Oj, Da­le­mo, nie sta­ra­łaś się za­nad­to i chy­ba się znu­dzi­łaś. Wy­da­je mi się, że te­raz Mistrz ma nową ulu­bie­ni­cę - usły­sza­ła obok ci­chy głos Izbo­ra. - Może się za­przy­jaź­ni­cie, w koń­cu tyle was łą­czy...

Nie usły­sza­ła jego ostat­nich słów, bo ja­kaś nie­po­ha­mo­wa­na siła spra­wi­ła, że wsta­ła z miej­sca i za­czę­ła scho­dzić w dół scho­da­mi do pro­ske­nium. Spoj­rze­nia wszyst­kich ilu­me­nów sku­pi­ły się w tej chwi­li na niej. Po raz pierw­szy pa­trzy­li na nią nie z po­li­to­wa­niem, ale ze zdzi­wie­niem. Prze­szła obok An­ta­mii i zo­ba­czy­ła jej nie­do­wie­rza­ją­ce spoj­rze­nie i otwar­te z po­ru­sze­nia usta. Opła­ca­ło się, cho­ciaż­by dla­te­go. War­to było to zo­ba­czyć. Może gdy­by wie­dzia­ła, że wy­wo­ła aż ta­kie po­ru­sze­nie, już daw­no zdo­by­ła­by się na od­wa­gę.

Co w nią wstą­pi­ło? Nig­dy wcze­śniej nie czu­ła ta­kiej we­wnętrz­nej siły jak dzi­siaj. Nie mia­ła w so­bie tej mocy ani wia­ry, że do­brze robi, że po­stę­pu­je wła­ści­wie. Nie prze­ra­zi­ło jej na­wet spoj­rze­nie Mi­strza. Zresz­tą on też przez chwi­lę za­marł i chy­ba nie wie­dział, jak ma za­re­ago­wać i co zro­bić. Wresz­cie, kie­dy była już na dole i do­słow­nie otar­ła się o nie­go, po­ru­sza­jąc skraj jego sza­ty, prze­mó­wił:

- Czy ty, Da­le­ma, po­my­li­łaś dro­gę i czas? To nie jest jesz­cze ko­niec za­jęć, a to nie jest dro­ga do wyj­ścia.

- Ta... ta... tak, Mi­strzu, wiem, ale ja... ja... ja też nie po­tra­fię po­rów­nać tych wzo­rów. - I to mó­wiąc, uklę­kła obok Ka­ta­ry. Po­czu­ła szkło pod ko­la­nem. Mistrz od­po­wied­nio przy­go­to­wał się na ten cykl.

- Kto jesz­cze nie po­tra­fi do­ko­nać tego po­rów­na­nia? Py­tam się, kto jesz­cze? - krzyk Mi­strza Mans­fel­da sły­sza­no chy­ba w ca­łym Ilu­me­nie. Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła, aby był tak zde­ner­wo­wa­ny. Nig­dy wcze­śniej nie czu­ła od ni­ko­go tak ogrom­nej agre­sji i wście­kło­ści. No, może poza An­ta­mią, ale to było co in­ne­go. A ona, za­miast czuć pa­ra­li­żu­ją­cy strach i prze­ra­że­nie, za­sta­na­wia­ła się nad sy­tu­acją. Zdo­by­ła się na coś, co jesz­cze dzi­siej­sze­go po­ran­ka wy­da­wa­ło się ab­so­lut­nie nie­moż­li­wie i nie­praw­do­po­dob­ne. Dla­cze­go to zro­bi­ła? Dla­cze­go zde­cy­do­wa­ła się na so­li­dar­ność z kimś, kogo na­wet nie zna­ła?

Ko­la­na bo­la­ły ją co­raz bar­dziej. Mu­sia­ła zmie­nić po­zy­cję. W tej nie była w sta­nie wy­trwać na­wet chwi­li dłu­żej. Spró­bo­wa­ła po­ru­szyć się de­li­kat­nie, tak aby Mistrz nie do­strzegł tego ru­chu. Nie wol­no było się po­ru­szyć. Ta­kie były za­sa­dy. Trze­ba było pod­czas ca­łej kary trwać nie­ru­cho­mo. Ostroż­nie, po­wo­li pod­nio­sła ko­la­no i po­wo­lut­ku prze­su­nę­ła w pra­wo. Przez chwi­lę od­czu­ła nie­wy­obra­żal­ną ulgę, ale kie­dy opu­ści­ła nogę i ko­la­no po­now­nie ze­tknę­ło się z pod­ło­żem, nie­mal­że krzyk­nę­ła z bólu. Mu­sia­ła na­dziać się na wy­jąt­ko­wo ostry szkla­ny szpi­ku­lec. Tyl­ko że te­raz nie mo­gła zro­bić już nic wię­cej. Wie­dzia­ła, że szkło prze­bi­ło jej skó­rę. W my­ślach, któ­re pod­su­wa­ła jej wy­obraź­nia, wi­dzia­ła, że swym ostrym koń­cem ry­su­je jej kość.

To chy­ba jed­nak nie było moż­li­wie i le­piej było się nad tym nie za­sta­na­wiać. Sta­ra­ła się sku­pić uwa­gę na czymś in­nym. Pró­bo­wa­ła słu­chać pro­wa­dzo­nych przez Mi­strza za­jęć, wsłu­chi­wa­ła się w od­po­wie­dzi gru­py i ko­lej­ne ką­śli­wie uwa­gi pro­wa­dzą­ce­go. Wresz­cie za­czę­ła my­śleć o kon­se­kwen­cjach. Czy Mistrz prze­ka­że spra­wę da­lej? Czy po­in­for­mu­je Radę Gło­szą­cych Praw­dę albo - co gor­sze - Straż­ni­ków Praw? Z roz­my­ślań wy­rwał ją głos Mi­strza.

- Ko­niec za­jęć. Mo­że­cie opu­ścić salę. Wy zo­sta­je­cie. - Chy­ba wska­zał na nie, ale nie była pew­na, bo klę­cza­ły ty­łem do wszyst­kich, z no­sem przy sa­mej ścia­nie.

Co te­raz bę­dzie? Chcia­ła coś zro­bić, za­py­tać, co z nimi, ale wo­la­ła nie po­ru­szać się wię­cej, tyl­ko cze­kać na ko­lej­ne po­le­ce­nia. Może nie­wie­dza wca­le nie była naj­gor­sza. Może złu­dze­nia są lep­sze. Dają przy­najm­niej ja­kąś na­dzie­ję. Ką­tem oka zo­ba­czy­ła, że jej ubra­nie w oko­li­cach ko­lan na­bie­ra co­raz ciem­niej­szej, in­ten­syw­niej­szej bar­wy. Czyż­by to była krew? Nie od­czu­wa­ła jed­nak żad­nej wil­go­ci, nie czu­ła, aby ubra­nie było mo­kre. Tak na­praw­dę w no­gach nie czu­ła nic. Były cał­ko­wi­cie zdrę­twia­łe.

Nie wie­dzia­ła, ile cza­su mi­nę­ło, bo słoń­ce już daw­no za­szło i ota­czał je tyl­ko blask świec znaj­du­ją­cych się na sto­le Mi­strza. Mi­ja­ły ko­lej­ne mi­nu­ty, a one w kom­plet­nej ci­szy wciąż klę­cza­ły. Je­dy­ny dźwięk - od­głos prze­kła­da­nych kar­tek - w pew­nej chwi­li też ucichł. Co bę­dzie da­lej?

- Wstań­cie. Idź­cie już - głos Mi­strza Mans­fel­da był zno­wu spo­koj­ny i opa­no­wa­ny.

Pod­nio­sły się obie. Naj­pierw nie były w sta­nie w ogó­le wstać sa­mo­dziel­nie. Pa­trzy­ły bez­rad­nie jed­na na dru­gą. Spró­bo­wa­ły się pod­nieść, pod­pie­ra­jąc na rę­kach, ale to tak­że nie­wie­le po­mo­gło. Nogi od­ma­wia­ły im po­słu­szeń­stwa. Prze­ra­że­nie na­ra­sta­ło w nich co­raz bar­dziej. Wi­dzia­ła je w oczach Ka­ta­ry. Pew­nie jej oczy wy­glą­dy po­dob­nie.

- Szyb­ciej! Na co wy jesz­cze cze­ka­cie! - głos Mi­strza po­tra­fił czy­nić cuda.

Nie wie­dzia­ła ani w jaki spo­sób się to sta­ło, ani kie­dy, ale na­gle zo­rien­to­wa­ła się, że obie sta­ły na drżą­cych no­gach. Przez chwi­lę nie mo­gły w ogó­le ustać, bo w zdrę­twia­łych ko­la­nach naj­pierw nie było czu­cia, a po­tem po­wo­li na­pły­wa­ją­ca krew za­czę­ła wy­wo­ły­wać sil­ne odrę­twie­nie. Jed­nak żad­na z nich nie chcia­ła zo­stać tu na­wet chwi­li dłu­żej niż to ko­niecz­ne. Z gry­ma­sem bólu na twa­rzy, po­włó­cząc no­ga­mi, obie szyb­ko opusz­cza­ły po­miesz­cze­nie.

Prze­cho­dząc przez głów­ne wyj­ście, Ka­ta­ra ode­zwa­ła się. Ci­cho, pra­wie nie­do­sły­szal­nie, ale sta­now­czo i do­bit­nie.

- Dla­cze­go to zro­bi­łaś?! Nikt cię o to nie pro­sił! Nie po­trze­bu­ję cię, Da­le­mo!

- Wiem. To ja po­trze­bu­ję cie­bie.

Ka­ta­ra nie od­po­wie­dzia­ła. Mi­nę­ła ją tyl­ko i bez sło­wa ode­szła. Pa­trzy­ła za nią. Wi­dzia­ła, jak pró­bo­wa­ła iść szyb­kim, mia­ro­wym tem­pem. Tyl­ko że nic jej z tego nie wy­cho­dzi­ło. Od­da­la­ła się od Ilu­me­nu bar­dzo po­wo­li...

To był dłu­gi dzień, na nią też już pora.

Na­gle Da­le­ma usły­sza­ła, że ktoś nad­bie­ga. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła Izbo­ra. Zdy­sza­ny, z za­czer­wie­nio­ny­mi od wy­sił­ku po­licz­ka­mi i nie wi­dzieć cze­mu wy­raź­nie na nią zły, wy­dy­szał:

- Mó­wi­łem tyl­ko, że masz się z nią za­przy­jaź­nić, a nie roz­draż­niać Mi­strza Mans­fel­da. Gdzie twój in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy? Czy ty się z tak­tem na ro­zu­my po­za­mie­nia­łaś?

- Prze­stań, Izbor. Nie je­stem w na­stro­ju. Zo­staw­my two­je zło­te my­śli na kie­dy in­dziej.

Spoj­rza­ła na swo­je nogi. Pod­cią­gnę­ła tu­ni­kę po­wy­żej ko­lan i zo­ba­czy­ła ranę, w któ­rej wciąż tkwił ka­wa­łek szkła. Izbor bez sło­wa schy­lił się i wy­jął z rany odła­mek, krew za­czę­ła te­raz pły­nąć bar­dzo szyb­ko. Za­schnię­ta rana na­bie­ra­ła no­we­go, ja­skra­we­go ko­lo­ru. Nim zdą­ży­ła w ja­ki­kol­wiek spo­sób za­re­ago­wać, udarł dół jej suk­ni i prze­wią­zał cia­sno ko­la­no.

- To przy­najm­niej myśl, dziew­czy­no. Na Ran­do­ga, my­śle­nie ma przy­szłość.

Ob­jął ją moc­no w ta­lii, ona opar­ła się na jego ra­mie­niu. I tak, wspie­ra­jąc się na nim i uty­ka­jąc nie­usta­nie, ru­szy­li w stro­nę domu.

Ra­port: Ko­lo­nia Su­pa­la 9/9

 

Od: Star­kis

Do: Char­tros

 

Czas:

- geo­lo­gicz­ny: 1500 ob­ro­tów od zlo­do­wa­ce­nia pół­noc­ne­go,

- lo­kal­ny: 234 ob­ro­ty od za­ło­że­nia Atlan­ty­dy,

- Su­pa­li: miej­sco­wi nie pro­wa­dzą szcze­gó­ło­wej ra­chu­by cza­su, ich da­to­wa­nie się­ga oko­ło 750 ob­ro­tów wstecz.

Współ­rzęd­ne sze­ro­ko­ści gra­fto­wej: 45,35 na 00,05.

 

Dłu­gość ist­nie­nia ko­lo­nii: 167 ob­ro­tów.

 

Licz­ba po­jaz­dów: la­ta­ją­ce 0; bu­dow­ni­cze 3, wy­do­byw­cze 7.

 

Licz­ba lud­no­ści: ok. 48,5 tys. Lud­ność za­sy­mi­lo­wa­na: ok. 46 tys., w tym Bra­sko­wie, Pa­lo­wie, Su­lo­wie. Lud­ność nie­za­sy­mi­lo­wa­na: ok. 2,5 tys., ple­mio­na Sla­van.

 

Kli­mat: umiar­ko­wa­ny, cie­pły, przej­ścio­wy. Śred­nia tem­pe­ra­tu­ra: naj­cie­plej­szej pory 19,3°, naj­chłod­niej­szej pory -15°. Okres we­ge­ta­cyj­ny: ok. 180 dni. Licz­ba dni z po­kry­wą śnież­ną: ok. 100 dni.

 

Su­row­ce: bo­ga­te zło­ża kar­bo­nu, błę­kit­ne­go pa­li­wa; wy­stę­pu­ją tak­że czar­ne au­rum, li­mo­nit, he­ma­tyt.

 

Sys­tem wie­rzeń: pry­mi­tyw­ny. Jed­no bó­stwo zwa­ne Stwór­cą Wszech­rze­czy. Licz­ne ob­rzę­dy i świę­ta.

Skład lo­kal­nej spo­łecz­no­ści:

Gło­szą­cy Praw­dę - Mi­strzo­wie i po­moc­ni­cy, gru­pa ok. 30 osób zaj­mu­ją­ca się na­ucza­niem naj­młod­szej lud­no­ści.

Opie­ku­no­wie Zwo­jów - gil­dia uczo­nych sku­pia­ją­ca ok. 250 osób wraz z asy­sten­ta­mi i kan­dy­da­ta­mi; de­po­zy­ta­riu­sze wie­dzy, po­szu­ki­wa­cze, ba­da­cze.

Straż­ni­cy Praw - gil­dia 50 osób spra­wu­ją­ca nad­zór nad lo­kal­ny­mi straż­ni­ka­mi i war­tow­ni­ka­mi. Od­po­wia­da za utrzy­ma­nie ładu i po­rząd­ku. Naj­ści­ślej z zwią­za­na z Atlan­ta­mi i bez­względ­nie im pod­po­rząd­ko­wa­na.

Twór­cy - oko­ło 7 tys. osób. Nie­jed­no­li­ta i sil­nie zhie­rar­chi­zo­wa­na gru­pa. Dzie­li się na 6 sek­cji, w skład któ­rych wcho­dzą: rze­mieśl­ni­cy, kon­struk­to­rzy, pro­jek­to­daw­cy, bu­dow­ni­czo­wie, wy­na­laz­cy, od­kryw­cy.

Wi­dzą­cy Praw­dę - gil­dia lo­kal­nych prze­wod­ni­ków du­cho­wych wraz z po­moc­ni­ka­mi i kan­dy­da­ta­mi sku­pia­ją­ca ok. 150 osób.

Ję­zyk: pro­ste słow­nic­two, brak sys­te­ma­ty­ki i za­sad. Wie­le słów prze­ję­to od Atlan­tów. Sło­wa cha­rak­te­ry­stycz­ne:

Ar­ka­ria - po­tęż­ne li­ścia­ste drze­wo z nie­ja­dal­ny­mi owo­ca­mi.

Cykl - jed­nost­ka cza­su od­po­wia­da­ją­ca jed­ne­mu ob­ro­to­wi.

Ka­nid - dra­pież­nik rasy pier­wot­nej, w tej ko­lo­nii zda­rza­ją się jego udo­mo­wio­ne for­my.

Or­ba­tol - okre­śle­nie o wy­dźwię­ku ne­ga­tyw­nym, za­zwy­czaj uży­wa­ne przez Su­pal­czy­ków w sto­sun­ku do lud­no­ści nie­za­sy­mi­lo­wa­nej, głów­nie Sla­van.

Sa­tram - naj­więk­sze zna­ne zwie­rzę lą­do­we, ro­śli­no­żer­ne. Sta­no­wi głów­ne źró­dło mię­sa, a tak­że skór i ko­ści uży­wa­nych do wy­ro­bu na­rzę­dzi i ozdób.

Takt - czte­ro­ko­pyt­ny ro­śli­no­żer­ca, cał­ko­wi­cie udo­mo­wio­ny. Zwie­rzę po­cią­go­we i śro­dek trans­por­tu.

Pa­fros - oso­by, od któ­rych bez­po­śred­nio po­cho­dzi po­to­mek - oj­ciec i mat­ka. Pod­sta­wo­wa re­la­cja spo­łecz­na.

Ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne ko­lo­nii:

Wi­dzą­cy Praw­dę - je­dy­na nie­pod­po­rząd­ko­wa­na gru­pa, po­wią­za­na z ple­mie­niem Sla­van. Atlan­ci to­le­ru­ją ich nie­za­leż­ność ze wzglę­du na moż­li­wość asy­mi­la­cji ostat­nich opor­nych.

Al­ga­mat - duży, cał­ko­wi­cie lub czę­ścio­wo ob­ro­bio­ny ka­mień sta­no­wią­cy sa­mo­dziel­ną bu­dow­lę lub ele­ment więk­szej kon­struk­cji. Data po­wsta­nia oraz prze­zna­cze­nie - nie­zna­ne. Obec­nie miej­sce kul­tu. Naj­słyn­niej­sze Al­ga­ma­ty na tym te­re­nie to "Kom­na­ta Kró­lo­wej" i "Ka­mien­ny Las". Oba obiek­ty od 55 ob­ro­tów wpi­sa­ne na li­stę oso­bli­wo­ści jako NT.

Praw­do­po­do­bień­stwo, że w Su­pa­li ukry­wa się Atla: 11,1%.

12

- Kie­dy przy­jeż­dża Na­miest­nik?

- Nie wiem.

- Jesz­cze się nie do­wie­dzia­łeś?! - męż­czy­zna był wy­raź­nie po­iry­to­wa­ny.

- Oni sami jesz­cze nie wie­dzą. Na­wet Straż­ni­cy Praw nie zna­ją ter­mi­nu.

Po­mię­dzy nimi za­le­gła nie­zręcz­na ci­sza. Ża­den nie bar­dzo wie­dział, co po­wie­dzieć. Obu im ci­snę­ły się na usta sło­wa, któ­rych jed­nak nie wy­pa­da­ło mó­wić, py­ta­nia, któ­rych nie po­win­ni za­da­wać. Ża­den się nie od­wa­żył. Wresz­cie młod­szy z nich zde­cy­do­wał prze­rwać kło­po­tli­we mil­cze­nie.

- Ru­szasz na po­lo­wa­nie?

- Tak...

- Sa­tra­my są licz­ne w tym cy­klu.

- Tak...

- Na­wet w oko­li­cy od­na­le­zio­no wie­le ich śla­dów.

- Słu­chaj, nie przy­sze­dłem tu­taj, aby roz­ma­wiać z tobą o li­czeb­no­ści stad w miej­sco­wych bo­rach.

- To po co przy­sze­dłeś?

- Wiesz, po co.

- Po­wie­dzia­łem już. Ter­min przy­by­cia nie zo­stał jesz­cze usta­lo­ny.

- Nie o to mi cho­dzi - męż­czy­zna gwał­tow­nie za­prze­czył i wy­mow­nie utkwił wzrok w mło­dym chło­pa­ku.

- O nią się nie martw. Do­brze so­bie ra­dzi. - Po raz pierw­szy wy­mie­ni­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

- Może na­wet le­piej niż my. - Na twa­rzy młod­sze­go za­go­ścił de­li­kat­ny uśmiech.

- Uwa­żaj na nią. - Stra­szy męż­czy­zna zła­pał go za rękę i przy­trzy­mał ją.

Młod­szy, wy­raź­nie za­sko­czo­ny re­ak­cją to­wa­rzy­sza, kiw­nął szyb­ko gło­wą.

- Będę. Za­wsze.

Wi­dać było, że ta chwi­la szcze­rej roz­mo­wy wy­raź­nie ich roz­luź­ni­ła. Obaj byli mniej spię­ci i nie tak na­pa­stli­wi wo­bec sie­bie jak na po­cząt­ku. Luz wy­raź­nie udzie­lił się chło­pa­ko­wi. Ze­brał się na od­wa­gę i bez opo­rów za­py­tał wresz­cie.

- Czy mu­si­my to ro­bić?

- Cze­mu py­tasz? Chcesz się wy­co­fać?

- Nie. Ale osta­tecz­ne roz­wią­za­nie ma tę wadę, że jest osta­tecz­ne. Czy do­brze to prze­my­śle­li­ście? To na pew­no je­dy­na moż­li­wość?

- Nie mamy in­ne­go wyj­ścia. Je­steś z nami tak dłu­go, że po­wi­nie­neś o tym wie­dzieć.

Na­wią­za­na przed chwi­lą cie­niut­ka nić po­ro­zu­mie­nia znik­nę­ła bez­pow­rot­nie. Tak jak my­ślał od sa­me­go po­cząt­ku, nie byli do sie­bie po­dob­ni. Zu­peł­nie in­a­czej pa­trzy­li na świat. A on gdzieś pod skó­rą czuł, że tego chło­pa­ka nie może być do koń­ca pew­ny. Gdy­by nie od­gór­na de­cy­zja i wy­raź­ne po­le­ce­nie, nie po­zwo­lił­by mu tak szyb­ko an­ga­żo­wać się w klu­czo­we dla nich spra­wy.

- A te­raz by­waj.

- By­waj.

14

Or­ba­to­le. Tak na­zy­wa­no lu­dzi miesz­ka­ją­cych poza ko­lo­nia­mi. Okre­ślo­no w ten spo­sób wszyst­kich, któ­rzy - czy to z wła­sne­go wy­bo­ru, czy z ko­niecz­no­ści - nie uczest­ni­czy­li w ży­ciu Im­pe­rium. Dla miesz­kań­ców Su­pa­li spra­wa była pro­sta. Albo jest się czę­ścią świa­ta Wład­ców i przy­na­le­ży do rzą­dzo­nych przez nich ko­lo­nii, albo nie, i w tym dru­gim przy­pad­ku w ogó­le nie jest się war­tym uwa­gi.

Or­ba­to­le. Nie lu­bi­ła tego sło­wa. Mia­ło ne­ga­tyw­ny wy­dźwięk. Wy­ma­wia­ją­cy je za­wsze w taki spo­sób sta­wiał ak­cent, aby po­ka­zać i uwy­pu­klić swo­ją nie­za­prze­czal­ną wyż­szość. Ga­ru­na wy­mó­wi­ła je jed­nak in­a­czej, nie­co bar­dziej cie­pło i chy­ba ra­czej nie pa­trzy­ła na Sla­van w taki wła­śnie spo­sób.

Zbli­ża­jąc się do wio­ski, z każ­dym kro­kiem do­strze­ga­ła co­raz wię­cej szcze­gó­łów. Świa­tło dnia za­czy­na­ło wresz­cie po­ka­zy­wać się na wscho­dzie i mgły co­raz bar­dziej się roz­pra­sza­ły. Po­wie­trze było cięż­kie od wil­go­ci, mia­ło jed­nak za­pach, a na­wet smak, ja­kie­go nig­dy do tej pory nie czu­ła. Słoń­ce wy­da­wa­ło się tu­taj jak­by więk­sze. Pierw­szy raz w ży­ciu mo­gła zo­ba­czyć tak do­kład­nie cud po­ran­ka.

Nie mo­gła nie do­strzec nie­zwy­kle sła­be­go ogro­dze­nia osa­dy, któ­re aż ra­zi­ło swo­ją nie­sta­ran­no­ścią. Sta­no­wi­ły je tyl­ko pale, jak­by od nie­chce­nia po­wbi­ja­ne w zie­mię. Trud­no było uznać, że może ono za­pew­nić wła­ści­wą ochro­nę cho­ciaż­by przed dzi­ki­mi zwie­rzę­ta­mi. Po­dob­nie było z wej­ściem na te­ren osa­dy - bra­ma była sze­ro­ko otwar­ta.

Mu­sia­no za­uwa­żyć je z da­le­ka, bo wi­dać, że w środ­ku za­czę­ło się nie­zdro­we po­ru­sze­nie.

- Nie by­łaś tu wcze­śniej - bar­dziej stwier­dzi­ła, niż za­py­ta­ła Ga­ru­na.

- Nie - rzu­ci­ła zdaw­ko­wo Da­le­ma, gdyż jej uwa­gę przy­kuł ogrom­ny po­sąg w cen­trum osa­dy. Był nie­wy­obra­żal­nie duży. Mie­rzył dwa­dzie­ścia, może trzy­dzie­ści łok­ci. Cały wy­rzeź­bio­ny nie­zwy­kle sta­ran­nie z ja­kie­goś miej­sco­we­go ga­tun­ku drew­na. Przed­sta­wiał jed­ną po­stać z czte­re­ma twa­rza­mi zwró­co­ny­mi we wszyst­kich kie­run­kach świa­ta.

- To Wszyst­ko­wi­dzą­cy Stwór­ca.

- Ale dla­cze­go tak wy­glą­da? - Da­le­ma nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła ta­kiej rzeź­by. W Su­pa­li nie było po­są­gów i nie two­rzo­no żad­nych wi­ze­run­ków. Cóż za dziw­na spo­łecz­ność... Po co za­da­no so­bie tyle tru­du, aby stwo­rzyć ten po­sąg, a nie za­trosz­czo­no się na­wet w czę­ści o wła­ści­wie bez­pie­czeń­stwo? Dziw­na kra­ina, dziw­ne oby­cza­je.

- Jego twarz jest zwró­co­na we wszyst­kie stro­ny świa­ta. Prze­cież wiesz, że On, Stwór­ca Wszech­rze­czy wszyst­ko wi­dzi i wszyst­ko sły­szy.

Da­le­ma roz­glą­da­ła się pil­nie wko­ło, sta­ra­jąc się zna­leźć jesz­cze inne zdu­mie­wa­ją­ce rze­czy. Sama wio­ska jed­nak, poza tym jed­nym, nie­zwy­kłym po­są­giem, ro­bi­ła nie­zwy­kle przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Co mia­ło ją tu za­chwy­cać?

- Patrz da­lej niż tyl­ko na czu­bek wła­sne­go nosa - wi­docz­nie Ga­ru­na mu­sia­ła do­strzec, że pry­mi­tyw­ne wa­run­ki ży­cia miesz­kań­ców prze­ra­zi­ły ją.

Prze­kro­czy­ły bra­mę i wje­cha­ły do środ­ka. Po­de­szła do nich więk­sza gru­pa miesz­kań­ców - pew­nie, aby ich przy­wi­tać. Byli w róż­nym wie­ku. Za­rów­no młod­si, jak i star­si mie­li na so­bie pro­ste ubra­nia. Po­dob­ne do stro­jów po­wszech­nych u miesz­kań­ców ko­lo­nii, ale dużo skrom­niej­sze i moc­no do­tknię­te zę­bem cza­su. Z ca­łej wio­sko­wej zbie­ra­ni­ny szcze­gól­nie wy­róż­niał się je­den męż­czy­zna. W za­sa­dzie był to czło­wiek, któ­ry już wie­le cy­kli temu po­że­gnał się z wie­kiem peł­nym sił ży­cio­wych. Na pew­no był człon­kiem tu­tej­szej star­szy­zny. Mu­siał być kimś waż­nym, bo resz­ta pa­trzy­ła na nie­go z sza­cun­kiem i za­pew­nia­ła mu szcze­gól­ne wzglę­dy. Szedł jako pierw­szy, a kie­dy stał, po­zo­sta­łe oso­by z gru­py ro­bi­ły mu miej­sce, któ­re wy­da­wa­ło się być uprzy­wi­le­jo­wa­nym. To wła­śnie do nie­go zwró­ci­ła się Ga­ru­na, kie­dy zsia­dła ze swo­je­go tak­ta, pod­trzy­my­wa­na przez dwój­kę chłop­ców.

- Mar­chat­nam, czci­god­ny Pro­me­tu­sie. Oby Stwór­ca za­cho­wał cię w do­brym zdro­wiu i udzie­lił ci wie­lu łask.

- Mar­chat­nam, Ga­ru­no. Oby słoń­ce za­wsze świe­ci­ło dla cie­bie.

Po­de­szli bli­żej sie­bie, każ­de z nich splo­tło na­prze­mien­nie swo­je dło­nie, przy­ci­snę­ło je do pier­si i ni­sko po­kło­ni­ło się dru­gie­mu. Da­le­ma nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, aby w ten spo­sób wi­tał się kto­kol­wiek w Su­pa­li. Dziw­na kra­ina, dziw­ne oby­cza­je.

- Nie ma go dzi­siaj, praw­da? - zwró­ci­ła się Ga­ru­na nie tyl­ko do sto­ją­ce­go męż­czy­zny, ale i do wszyst­kich znaj­du­ją­cych się wo­kół niej osób.

- Jest na po­lo­wa­niu. Już mało cza­su zo­sta­ło, aby zgro­ma­dzić za­pa­sy przed chło­dem - od­po­wie­dzia­no jej z tłu­mu. Zdu­mie­wa­ją­ce było to, że wszy­scy poza Da­le­mą wie­dzie­li, o kogo cho­dzi. Na­praw­dę dziw­na kra­ina...

- Nie­ba­wem Bia­ła Sen­ność - kon­ty­nu­owa­ła sta­rusz­ka.

- Tak. Wczo­raj tro­pi­cie­le od­na­leź­li śla­dy. Wy­ru­szy­li po mię­so sa­tra­mów. Po­szedł wraz z nimi.

- Do­brze - ski­nę­ła po­twier­dza­ją­co.

Da­le­ma wpa­try­wa­ła się w nich, wsłu­chi­wa­ła uważ­nie w roz­mo­wę, ale nie mia­ła po­ję­cia, kogo i cze­go do­ty­czy­ła.

- To Da­le­ma z rodu Da­ru­mów - wska­za­ła na nią Ga­ru­na. - Bę­dzie dzi­siaj ze mną.

Dziew­czy­na zsia­dła z wierz­chow­ca i skło­ni­ła się przed nowo po­zna­nym. Męż­czy­zna był szczu­pły i wy­so­ki. Miał bar­dzo po­ora­ną bruz­da­mi twarz, znisz­czo­ną od wia­tru i słoń­ca. Jed­nak był w nim, w ca­łym jego za­cho­wa­niu, spo­so­bie by­cia i mó­wie­nia, ogrom­ny spo­kój. Roz­sie­wał wo­kół sie­bie spe­cy­ficz­ną aurę god­no­ści i bu­dził sza­cu­nek. Nie taki, jaki wy­mu­sza się krzy­kiem i groź­bą, ale ten, o któ­ry naj­trud­niej, wy­ni­ka­ją­cy z sa­me­go au­to­ry­te­tu.

- Wi­dzę. Wi­taj, Da­le­mo.

- Chcę, żeby po­zna­ła to miej­sce. Po­każ­cie jej, jak się tu­taj żyje.

- Sta­nie się tak, jak so­bie ży­czysz. Ta­man­dro, opro­wadź ją, a po­tem przy­pro­wadź do mnie - zwró­cił się do sto­ją­cej nie­opo­dal dziew­czy­ny, mniej wię­cej w wie­ku Da­le­my. Była tak wy­so­ka i smu­kła jak ona sama. Tyl­ko - z pew­nym wes­tchnie­niem w my­ślach stwier­dzi­ła - dużo ład­niej­sza... Ale jak wi­dać, o to nie było trud­no tak­że poza Su­pa­lą.

- Chodź ze mną - zwró­ci­ła się do niej dziew­czy­na.

Po­mię­dzy skrom­ny­mi zie­mian­ka­mi roz­po­ście­ra­ły się wą­skie ulicz­ki, a w za­sa­dzie ścież­ki. Osa­da mo­gła li­czyć oko­ło dwu­stu do­mów. Była dużo więk­sza, niż jej się wy­da­wa­ło pier­wot­nie. Wi­dać w niej było wy­raź­ne bra­ki w tech­ni­ce i ca­łej in­du­stria­li­za­cji. Nie było na­wet cen­tral­ne­go sys­te­mu do­pro­wa­dza­ją­ce­go wodę. Co kil­ka ulic były na­to­miast wi­docz­ne pro­wi­zo­rycz­nie wy­ko­pa­ne stud­nie.

- Je­steś Su­pal­ką. Jak tam jest? Opo­wiedz mi coś. Oczy­wi­ście, je­śli mo­żesz, je­śli chcesz... - nie­śmia­ło ode­zwa­ła się dziew­czy­na. Da­le­mie zro­bi­ło się jej żal. Przy­kro było pa­trzeć na ko­goś, kto tak się stre­so­wał. I to przy kim? Przy niej? Wy­da­wa­ło się jej to zu­peł­nie ab­sur­dal­ne.

- Co tyl­ko chcesz - uśmiech­nę­ła się do niej i lek­ko po­cią­gnę­ła za rę­kaw w stro­nę fa­scy­nu­ją­cej ją gru­py sto­ją­cych nie­opo­dal kil­ku­na­stu wko­pa­nych w zie­mię słu­pów ka­mien­nych. - A może zro­bi­my tak: jed­no py­ta­nie ty, jed­no ja.

Ta­man­dra spoj­rza­ła na nią z wy­raź­ną ulgą. Po­de­szła do niej bli­żej, na­chy­li­ła się i ci­cho, ale do­bit­nie stwier­dzi­ła.

- Da­le­mo, chcę że­byś wie­dzia­ła, że nie je­ste­śmy pry­mi­tyw­ni, choć miesz­ka­my w pry­mi­tyw­nych wa­run­kach.

- Wiem. Te­raz już to wiem.

Pa­trzy­ły na sie­bie w mil­cze­niu, w koń­cu stop­nio­wo na twa­rzy jed­nej i dru­giej za­czął po­ka­zy­wać się uśmiech ulgi.

- Co to jest? - wska­za­ła Da­le­ma na za­uwa­żo­ne wcze­śniej ka­mie­nie, do któ­rych te­raz po­de­szły.

- Al­ga­ma­ty.

- Co?

- Al­ga­ma­ty.

- A co to jest?

- No te ka­mie­nie - wy­ja­śni­ła jej ze spo­ko­jem Ta­man­dra. Da­le­ma spoj­rza­ła na nią z nie­skry­wa­ną iry­ta­cją. Je­dy­ne, co przy­cho­dzi­ło jej do gło­wy, to to, że dziew­czy­na na po­cząt­ku wy­da­wa­ła się na­wet cał­kiem roz­gar­nię­ta. Czy drwi­ła z niej, czy na­praw­dę była tak na­iw­na?

- Wię­cej nie wiem - od­po­wie­dzia­ła z god­no­ścią, od­ga­du­jąc nie­wy­po­wie­dzia­ne my­śli Da­le­my. Sta­ły te­raz oby­dwie wpa­trzo­ne w ota­cza­ją­ce je mo­nu­men­tal­ne gła­zy. Było ci­cho. Nie do­cho­dzi­ły tu od­gło­sy osa­dy. Ka­mien­ny krąg znaj­do­wał się na koń­cu wio­ski, a na­wet jak­by nie­co poza nią. Z od­da­li sły­sza­ły tyl­ko prze­la­tu­ją­ce pta­ki i od­gło­sy ży­cia z po­bli­skiej pusz­czy.

Spoj­rza­ła na szczy­ty gła­zów. Nie­bo nad nimi zda­wa­ło się jesz­cze po­tę­go­wać ich ma­je­stat. Ciem­ne chmu­ry zu­peł­nie przy­sło­ni­ły słoń­ce. Wiel­kie bał­wa­ny ciem­no­gra­na­to­wych i wręcz czar­nych ob­ło­ków koł­tu­ni­ły się na nie­bie, szyb­ko pcha­ne gwał­tow­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru. Taki wła­śnie nie­bo­skłon dla niej za­wsze był sym­bo­lem nie­ogar­nio­nej po­tę­gi na­tu­ry. Groź­ny, ale pięk­ny wi­dok, jaki się przed nią roz­po­ście­rał, po­bu­dzał do my­śle­nia i skła­niał do ko­lej­nych py­tań.

- To skąd wiesz, jak się na­zy­wa­ją?

- Tak na­zy­wa­li je nasi przod­ko­wie, a oni po­zna­li na­zwę od swo­ich przod­ków.

Da­le­ma nic nie mó­wi­ła, tyl­ko wpa­try­wa­ła się w nią, więc Ta­man­drze nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak kon­ty­nu­ować wą­tek.

- Nie wie­my, kto ani kie­dy je zbu­do­wał - po­wie­dzia­ła i za­mil­kła.

"No, to chy­ba bę­dzie na tyle" - prze­szło przez myśl Da­le­mie. Po­sta­no­wi­ła jed­nak nie od­pusz­czać, bo w ogrom­nych ka­mie­niach po­kry­tych mchem i ob­ro­śnię­tych róż­ny­mi ro­śli­na­mi mu­sia­ła się kryć ja­kaś ta­jem­ni­ca.

Pod­cho­dząc bli­żej do jed­ne­go z nich, zo­ba­czy­ła, że nie jest gład­ki, tak jak jej się wcze­śniej wy­da­wa­ło. Za­czę­ła od­gar­niać zie­lo­ny mech. Im wię­cej po­wierzch­ni gła­zu od­kry­wa­ła, w tym więk­sze zdu­mie­nie wpra­wia­ło ją to, co wi­dzia­ła. Ka­mień cały po­kry­ty był spi­ral­ny­mi ko­li­sty­mi li­nia­mi. Ale nie tyl­ko nimi - co pe­wien czas wy­ry­te li­nie ustę­po­wa­ły miej­sca po­dłuż­nym, owal­nym stoż­kom. Fi­gu­ry te zgru­po­wa­ne były po kil­ka obok sie­bie. Tu trzy, tu sześć, tu osiem­na­ście...

Ob­ser­wo­wa­ła po­szcze­gól­ne ka­mie­nie z uwa­gą, od­kry­wa­jąc mech z ko­lej­nych gła­zów. Przez mo­ment wy­da­wa­ło się jej, że w tym ca­łym po­zor­nym nie­ła­dzie pa­nu­je ja­kiś po­rzą­dek, że cha­os jest tyl­ko złu­dze­niem. Czy to moż­li­we, aby te zna­ki były za­pi­sa­ne w spo­sób prze­my­śla­ny? Kto i w ogó­le po co miał­by so­bie na tym pust­ko­wiu za­przą­tać gło­wę, umiesz­cza­jąc na ka­mie­niach ja­kieś prze­sła­nie? Może są efek­tem ja­kie­goś pry­mi­tyw­ne­go sty­lu zdob­ni­cze­go? Może to miej­sce kul­tu?

- Cie­ka­we, po co one tu są - po­wie­dzia­ła sama do sie­bie.

- Nie­wie­le o nich wie­my.

- Za­uwa­ży­łam - mruk­nę­ła pod no­sem Da­le­ma, ale dziew­czy­na ni­czym nie­zra­żo­na cią­gnę­ła da­lej.

- Wie­my tyl­ko tyle, że były tu od po­cząt­ku. I że za­wsze za­rów­no w Świę­to Osta­ra, jak i Świę­to Ku­pa­li słoń­ce prze­cho­dzi do­kład­nie przez śro­dek tego naj­więk­sze­go ka­mie­nia w cen­trum.

- Je­steś pew­na? Do­kład­nie w te dni?

- Tak, co roku. W te dwa dni i w żad­ne inne. Mu­sisz to kie­dyś zo­ba­czyć, ten pro­mień słoń­ca, któ­ry znaj­du­je się ide­al­nie w tym wgłę­bie­niu - wska­za­ła na nie­wiel­ki ro­wek bie­gną­cy przez całą dłu­gość ka­mie­nia, któ­re­go Da­le­ma nie za­uwa­ży­ła wcze­śniej. - I po­dą­ża tak od dołu aż na samą górę Al­ga­ma­tu.

Da­le­ma sta­ła i po­dzi­wia­ła.

- Ale to nie je­dy­ne ta­kie ka­mie­nie w oko­li­cy.

- Jak to? To gdzie są inne?

- Po­dob­no są wszę­dzie. I po­dob­no są zwią­za­ne z pro­roc­twem...

W tej sa­mej chwi­li roz­le­gły się od stro­ny pusz­czy do­no­śne dźwię­ki rogu po­wra­ca­ją­cych z po­lo­wa­nia my­śli­wych.

- Mu­sisz iść. Pora na cie­bie - po­wie­dzia­ła Ta­man­dra, wska­zu­jąc na ma­ja­czą­cą w od­da­li po­stać Ga­ru­ny. Ru­szy­ły śpiesz­nym kro­kiem tam, skąd przy­szły. Sta­rusz­ka ma­cha­ła ener­gicz­nie w ich stro­nę, na­ka­zu­jąc więk­szy po­śpiech.

4

Da­le­ma obu­dzi­ła się, choć na ze­wnątrz było jesz­cze ciem­no i nie było wi­dać na­wet naj­drob­niej­szych, pierw­szych oznak świ­tu.

Mimo że wczo­raj­sze świę­to trwa­ło bar­dzo dłu­go i wró­ci­li do domu póź­no, ona i tak nie mo­gła za­snąć. Nie wi­dzia­ła wczo­raj Izbo­ra, a mia­ła na­dzie­ję, że go spo­tka. Prze­cież nie wi­dzie­li się już od dwóch peł­nych księ­ży­ców. Mia­ła mu tyle do po­wie­dze­nia i chcia­ła się tyle do­wie­dzieć od nie­go. Nikt nie ro­zu­miał jej tak do­brze jak on.

Nie mo­gła za­snąć. Nie pa­mię­ta­ła, któ­ry to raz prze­krę­ca­ła się na dru­gi bok i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła od­na­leźć to wła­ści­we miej­sce na swo­im sien­ni­ku. My­śla­ła o tym, co bę­dzie ju­tro, jaki bę­dzie ko­lej­ny cykl w Ilu­me­nie, czy może wresz­cie bę­dzie in­a­czej i kto z nich zo­sta­nie Wy­bra­ny...

I zno­wu nic. Sen nie nad­cho­dził, za­czę­ła li­czyć gwiaz­dy. Noc była bez­chmur­na i nie­bo było ich peł­ne. Wszy­scy mó­wi­li, że to po­ma­ga. Jej nie. Zresz­tą nig­dy nie po­ma­ga­ło. Za­czę­ła więc do­kład­nie przy­glą­dać się swo­jej izbie. Cóż, Pan Oj­ciec miał wie­le uzdol­nień, ale pra­ce do­mo­we ra­czej do nich nie na­le­ża­ły. Cza­sa­mi mia­ła nie­od­par­te wra­że­nie, że jej po­miesz­cze­nie (po­dob­nie jak i cały dom) za­cho­wa­ło w so­bie pa­mięć kra­jo­bra­zu po bu­rzy i spu­sto­sze­nia, ja­kie po­tra­fi zo­sta­wić po so­bie ży­wioł. Nic tu nie było na swo­im miej­scu i nic do sie­bie nie pa­so­wa­ło. Stół, przy któ­rym się uczy­ła, był za­prze­cze­niem wszyst­kich praw, któ­re wy­kła­da­no w Ilu­me­nie: cią­że­nia, siły, od­dzia­ły­wa­nia... Nie in­a­czej było też z po­zo­sta­łym wy­po­sa­że­niem. Pan Oj­ciec i Pani Mat­ka nie mie­li zbyt wie­lu wy­pra­co­wa­nych dni, zresz­tą nig­dy też nie przy­wią­zy­wa­li wagi do ma­te­rial­nej stro­ny ży­cia. Od­kąd pa­mię­ta­ła, nie otrzy­ma­li do domu nic no­we­go. Nie wy­mie­ni­li żad­ne­go przed­mio­tu, tyl­ko na­pra­wia­li i re­pe­ro­wa­li te sta­re. I to tyl­ko wte­dy, kie­dy nie moż­na już było igno­ro­wać uszczerb­ku, jaki wy­wie­rał na nie upły­wa­ją­cy czas.

W domu od za­wsze prio­ry­te­tem były zwo­je. Nikt nig­dy nie ża­ło­wał na nie żad­ne­go wy­pra­co­wa­ne­go dnia. Mie­li ich set­ki. Zaj­mo­wa­ły dwie izby. Nikt w ca­łej Su­pa­li nie miał ta­kie­go zbio­ru, na­wet pierw­si miesz­kań­cy. Ta świa­do­mość na­pa­wa­ła Da­le­mę ogrom­nym po­czu­ciem dumy. Nie po­win­na była tak my­śleć, ale to dzię­ki nim czu­ła się choć tro­chę lep­sza.

I cią­gle nie mo­gła za­snąć. Roz­glą­da­ła się więc da­lej. Cóż, nie le­piej było ze ścia­na­mi. Po­win­ny być gład­kie i rów­ne. Ale kie­dy oka­za­ło się, że gład­kie i rów­ne tyl­ko w teo­rii jest pro­ste, po­sta­no­wi­li, że jej izba bę­dzie inna. Pan Oj­ciec na­kła­dał za­pra­wę, a ona wraz z Dziad­kiem od­ci­ska­ła na niej ślad swo­jej dło­ni. Chy­ba nig­dy nie była tak szczę­śli­wa jak wte­dy. Ona, Pan Oj­ciec i Dzia­dek. Ra­zem. Tyl­ko we tro­je. Ani wcze­śniej, ani póź­niej nie byli so­bie tak bli­scy. Dzia­dek wska­zy­wał, gdzie po­win­na do­tknąć ręką i któ­rą - pra­wą czy lewą, a gdy nie mo­gła do­się­gnąć, pod­no­sił ją w górę albo brał na ba­ra­na. Trze­ba przy­znać, że po­bie­lo­ne póź­niej wap­nem ścia­ny dały in­te­re­su­ją­cy efekt. Za­rów­no w cią­gu dnia przy dzien­nym bla­sku słoń­ca, jak i nocą, przy dys­kret­nym świe­tle świe­cy były... kosz­mar­ne i ab­so­lut­nie nie do za­ak­cep­to­wa­nia. Były po pro­stu naj­brzyd­szą rze­czą, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła. Ale mia­ła do nich sen­ty­ment, w koń­cu były wspól­nym dzie­łem ich trój­ki. A te­raz, po śmier­ci Dziad­ka, były jed­ną z nie­wie­lu rze­czy, któ­ra jej po nim zo­sta­ła.

Od­ru­cho­wo się­gnę­ła po ta­li­zman, któ­ry za­wsze no­si­ła za­wie­szo­ny na skó­rza­nym rze­mie­niu na szyi. Od­kąd otrzy­ma­ła go od Dziad­ka, nig­dy się z nim nie roz­sta­wa­ła. W każ­dym cy­klu wy­mie­nia­ła tyl­ko rze­mień na nowy, by przy­pad­kiem nie prze­rwał się i żeby nie stra­ci­ła swo­jej naj­cen­niej­szej pa­miąt­ki. Choć - jak żar­to­wał Pan Oj­ciec - rze­mie­nie były war­te wię­cej niż ten ka­wa­łek blasz­ki.

Księ­życ wpa­dał do izby i moc­nym świa­tłem roz­ja­śniał po­miesz­cze­nie. Zdję­ła z szyi ta­li­zman i za­czę­ła ob­ra­cać go w pal­cach. Nie­wiel­ki trój­kąt­ny ka­wa­łek me­ta­lu, za­pew­ne jesz­cze ro­bio­ny przez Or­ba­to­li, bo wy­glą­dał na bar­dzo sta­ry i znisz­czo­ny. Dwie kra­wę­dzie były ide­al­nie gład­kie i rów­ne, wi­dać było w nich pre­cy­zję cię­cia i kunszt rze­mieśl­ni­ka. Ale trze­cia już zna­czą­co od­bie­ga­ła od po­zo­sta­łych, była nie­rów­na i chro­po­wa­ta. Ścian­ki na­to­miast, za­rów­no przed­nia, jak i tyl­na, choć pra­wie nie róż­ni­ły się od sie­bie, poza jed­nym drob­nym szcze­gó­łem, były per­fek­cyj­nie pro­ste i gład­kie.

Ten drob­ny szcze­gół ro­bią­cy róż­ni­cę to nie­wiel­ki ślad z tyłu ta­li­zma­nu, do­ty­ka­ją­cy sa­me­go środ­ka naj­krót­szej kra­wę­dzi. Była w sta­nie wy­czuć go pod pal­ca­mi. Miał lek­ko wy­dłu­żo­ny, owal­ny kształt, był wiel­ko­ści ziar­na gro­chu, może nie­co więk­szy. Jed­nak z po­wo­du uszko­dzeń nie mo­gła do­kład­nie stwier­dzić, czym był. Wy­da­wa­ło się, że ktoś bar­dzo nie­umie­jęt­nie chciał coś na nim wy­ryć, a je­dy­ne, co po­tra­fił, to znisz­czyć po­wierzch­nię, po­zo­sta­wia­jąc ten dziw­ny znak.

Nadal mu się przy­glą­da­ła i prze­su­wa­ła go w dło­niach. Mia­ła wra­że­nie, jak­by otrzy­ma­ła ten pre­zent za­le­d­wie wczo­raj. Było to w dru­gim cy­klu w Ilu­me­nie, zno­wu wró­ci­ła przy­gnę­bio­na, po ko­lej­nym dniu, gdy ró­wie­śni­cy drwi­li z jej ułom­no­ści i jak zwy­kle chcia­ła w to­wa­rzy­stwie Dziad­ka zna­leźć wy­tchnie­nie. Sie­dział w ogro­dzie.

- Cięż­ki dzień? - za­py­tał tyl­ko, gdy ją zo­ba­czył.

Kiw­nę­ła gło­wą, nie mia­ła na­wet siły, by wy­do­być z sie­bie ja­kie­kol­wiek sło­wo. Naj­chęt­niej po pro­stu roz­kle­iła­by się. Wy­star­czył je­den rzut oka Dziad­ka, aby do­strzegł, że jest z nią bar­dzo źle. Przy­wo­łał ją do sie­bie i ob­jął ra­mie­niem, gdy tyl­ko przy nim usia­dła. Wy­jął spod tu­ni­ki nie­wiel­ki przed­miot, któ­ry miał za­wie­szo­ny na pier­si i za­czął mu się przy­glą­dać. Kil­ka razy wi­dzia­ła go na jego szyi, ale nig­dy bli­żej mu się nie przyj­rza­ła.

- Mam go od dzie­wię­ciu cy­kli - po­wie­dział, od­wra­ca­jąc się do Da­le­my.

- To tyle, ile ja żyję - stwier­dzi­ła za­do­wo­lo­na.

- Tak - uśmiech­nął się. - Do­kład­nie. Za­wsze wie­rzy­łem, że jest moim ta­li­zma­nem, że ochra­nia mnie i przy­no­si mi szczę­ście. - To mó­wiąc, zdjął go z szyi i po­dał jej. - My­ślę jed­nak, że te­raz bar­dziej przy­da się to­bie.

Cho­ciaż była dziec­kiem, na­wet ona wie­dzia­ła, że ka­wa­łek blasz­ki nie może przed ni­czym ochro­nić. Zwłasz­cza przed nie­chę­cią i wro­go­ścią in­nych. Przy­ję­ła jed­nak pre­zent z wdzięcz­no­ścią. Cie­szy­ła się, że bę­dzie mia­ła coś, co na­le­ża­ło do nie­go. Jed­nak w tym sa­mym mo­men­cie zro­zu­mia­ła, że po­zba­wia Dziad­ka rze­czy, któ­ra mia­ła dla nie­go tak duże zna­cze­nie.

- Nie mogę go wziąć - po­wie­dzia­ła po­waż­nie, od­su­wa­jąc od sie­bie jego rękę z pre­zen­tem. - To prze­cież twój ta­li­zman.

- Obie­caj tyl­ko, że za­wsze bę­dziesz go no­si­ła - uśmiech­nął się. - Za­wsze. I nig­dy go nie zgu­bisz. - I po­now­nie za­mknął go w jej dło­ni.

- Ale...

- I tak miał być twój.

Tak, ka­wa­łek sta­rej blasz­ki i te okrop­ne ścia­ny to jej je­dy­ne na­ma­cal­ne pa­miąt­ki po Dziad­ku.

Zresz­tą, praw­dę po­wie­dziaw­szy, to nie­wie­le tych kosz­mar­nych ścian w ogó­le było wi­dać. Wszę­dzie na ścia­nach i me­blach znaj­do­wa­ły się nie­zli­czo­ne ilo­ści kart. Kie­dy okna w izbie były otwar­te i do środ­ka wpa­dał wiatr, zda­wa­ło się, że wszyst­kie na­gle oży­wa­ły, drga­ły i po­ru­sza­ły się mia­ro­wo z każ­dym po­ry­wem po­wie­trza. Te kar­ty to tak­że był po­mysł Dziad­ka. Mó­wił, że war­to spi­sać to, co nie daje spo­ko­ju, o czym cią­gle się my­śli i cze­go nie moż­na za­po­mnieć albo za­pa­mię­tać. Jej kar­ty to były głów­nie za­pi­sy z po­bie­ra­nych nauk, taka spu­ści­zna po Ilu­me­nie. Kar­ty te mó­wi­ły o tym, co lu­bi­ła, co ją pa­sjo­no­wa­ło i chcia­ła, aby głę­bo­ko za­pa­dło jej w pa­mięć, bo war­te było za­pa­mię­ta­nia, ale też to, z czym się nie zga­dza­ła, co wzbu­dza­ło jej opór i sprze­ciw, a nade wszyst­ko to, cze­go nie mo­gła zro­zu­mieć i z czym mia­ła pro­blem.

- Da­le­mo, wsta­waj, już czas - usły­sza­ła z pro­gu cie­pły głos Pana Ojca.

Więc jed­nak za­snę­ła. Spoj­rza­ła na słoń­ce. Już póź­no. A dzi­siaj prze­cież nie mo­gła nie być na czas. Szyb­ko wsta­ła. Może jesz­cze zdą­ży.

- Ta... ta... tak, Pani Ma... Ma... Mat­ko, prze­pra­szam. Za­spa­łam - ostat­nie sło­wa rzu­ci­ła, bę­dąc już na ze­wnątrz. Wo­la­ła nie pa­trzeć na Pa­nią Mat­kę. Mo­gła się do­my­ślać, jak ogrom­na dez­apro­ba­ta kry­ła się w jej oczach. Ką­tem oka zer­k­nę­ła tyl­ko i zo­ba­czy­ła swo­ich pa­fros sie­dzą­cych przy sto­le i wi­dzą­cych tyl­ko sie­bie.

- Pa­mię­tasz, jak po pierw­szym dniu w Ilu­me­nie po­wie­dzia­ła, że wię­cej tam nie wró­ci i że nie ma siły, któ­ra by ją tam za­cią­gnę­ła? - za­czę­ła Luna, zwra­ca­jąc się do Ta­ro­sa.

Ale Ta­ros jej nie słu­chał, tyl­ko pa­trzył na nią i my­ślał, jak uro­czo dzi­siaj wy­glą­da­ła. Cho­ciaż była tak drob­ną i nie­wiel­ką isto­tą, to przy­cią­ga­ła wzrok jak ma­gnes, tak jak Księ­życ, u nich na­zy­wa­ny Luną, po któ­rym otrzy­ma­ła imię. Te ide­al­ne ko­bie­ce pro­por­cje nie po­zwa­la­ły na obo­jęt­ność. Oliw­ko­wa cera do­da­wa­ła bla­sku ko­cim oczom, któ­re ide­al­nie wy­kro­jo­ne w po­cią­głym owa­lu twa­rzy za­chę­ca­ły ta­jem­ni­cą i łu­dzi­ły obiet­ni­cą speł­nie­nia. Dzi­siaj, tak samo jak trzy de­ka­dy temu, przy­ku­wa­ła uwa­gę i in­try­go­wa­ła. Nadal była tak pięk­na jak wte­dy, gdy się po­zna­li. Wy­star­czy­ło tyl­ko, że gdzieś się po­ja­wi­ła. Na­wet nie mu­sia­ła ro­bić nic wię­cej. W to­wa­rzy­stwie za­wsze mo­gła być pew­na aten­cji męż­czyzn i za­zdro­ści ko­biet. On sam nie mógł uwie­rzyć, kie­dy spo­śród tylu in­nych wy­bra­ła jego. Wte­dy był prze­cież tyl­ko nic nie­zna­czą­cym, jed­nym z wie­lu, kan­dy­da­tem na Opie­ku­na Zwo­jów.

Szko­da, że Da­le­ma nie była po­dob­na do Luny. Da­le­ma. W prze­ci­wień­stwie do Luny, jego fili, była dość wy­so­ka, jak mó­wio­no - zbyt wy­so­ka jak na ko­bie­tę. Była nie­wie­le niż­sza od nie­go, a jesz­cze ro­sła. Do tego po­mi­mo swo­ich szes­na­stu cy­kli nadal mia­ła dziew­czę­ce cia­ło i nie­wie­le śla­dów ko­bie­cych krą­gło­ści. Spę­dza­jąc czas głów­nie wśród zwo­jów, a nie w ga­jach jak więk­szość dziew­cząt, nie da­wa­ła swo­jej ce­rze na­wet szans na ten le­gen­dar­ny brzo­skwi­nio­wy ko­lor Da­ru­mów. Jej wło­sy nie pach­nia­ły wia­trem, cera nie lśni­ła słoń­cem, a duże sza­ro­nie­bie­skie oczy pa­trzy­ły za­wsze mie­sza­ni­ną za­du­my i roz­sąd­ku. Tak, Da­le­ma nie­wie­le wzię­ła po Pani Mat­ce. Na szczę­ście odzie­dzi­czy­ła te do­łecz­ki. Jemu wy­star­czy­ło to w zu­peł­no­ści. A resz­ta? Resz­ta nie­wąt­pli­we przyj­dzie z cza­sem.

Ob­ser­wo­wał Lunę i my­ślał o tym, że do­brze by było, gdy­by Da­le­ma choć w mi­ni­mal­nym stop­niu była tak po­dob­na do Mat­ki fi­zycz­nie, jak były po­dob­ne we­wnętrz­nie. Ich cha­rak­te­ry - tu po­do­bień­stwo było ude­rza­ją­ce. Naj­dziw­niej­sze w tym wszyst­kim było to, że żad­na z nich nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że wszyst­kie trud­no­ści w ich po­ro­zu­mie­niu bra­ły się wła­śnie z tego po­do­bień­stwa.

- Pa­mię­tam - od­po­wie­dział wresz­cie Ta­ros przy­wo­ła­ny do po­rząd­ku czuj­nym spoj­rze­niem fili, przy­po­mi­na­jąc so­bie ich prze­ra­że­nie, kie­dy są­dzi­li, że naj­młod­sza z Da­ru­mów zre­zy­gnu­je z po­bie­ra­nia nauk. - Zu­peł­nie nie wie­dzie­li­śmy, co ro­bić. Wszy­scy byli prze­ra­że­ni. Wiesz, nie mó­wi­łem tego wcze­śniej, ale ja na­wet my­śla­łem, że to wpływ Tor­ma­na, że to on na­mie­szał jej tak w gło­wie.

- Prze­stań, na Ran­do­ga. Nie mo­że­my wy­ma­wiać jego imie­nia. Wiesz prze­cież, że to za­bro­nio­ne - ro­zej­rza­ła się bacz­nie wko­ło, upew­nia­jąc się, że nikt nie sły­szy.

- Wy­bacz. Ale nie umiem za­po­mnieć. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że jest w sta­nie udźwi­gnąć swo­je prze­zna­cze­nie.

- My­ślisz, że mi jest ła­two? Ale prze­cież nie mo­że­my in­a­czej. Tak sta­no­wi pra­wo. - I do­da­ła, sta­ra­jąc się po­wró­cić do po­przed­nie­go te­ma­tu: - Trwa­ło to kil­ka dni. Nie skut­ko­wa­ły proś­by ani groź­by. Wy­czer­pa­li­śmy wszyst­kie ar­gu­men­ty, a Da­le­ma do­pie­ro po roz­mo­wie z two­im Pa­nem Oj­cem zgo­dzi­ła się dać Ilu­me­no­wi jesz­cze jed­ną szan­sę.

- Nie, to nie było tak. Spę­dzi­ła z nim cały dzień, wró­ci­ła do domu wie­czo­rem, usia­dła przy sto­le, mil­cza­ła chy­ba ze dwa ob­ro­ty klep­sy­dry i do­pie­ro oznaj­mi­ła: "Dzia­dek ma ra­cję. Trze­ba wró­cić do Ilu­me­nu. Prze­cież nie mogę się bać. Mu­szę tyl­ko od­na­leźć swo­ją dro­gę".

- Tak, masz ra­cję, tak było. Nadal za­sta­na­wiam się, co mia­ła na my­śli. Ale to chy­ba od tego cza­su za­czę­ło się no­sze­nie tych dzi­wacz­nych ubrań, szu­ka­nie naj­szer­szych tu­nik i za­kła­da­nie tych ni­ja­kich suk­man.

- Prze­cież one są tak duże, że ty i ja zmie­ści­li­by­śmy się w nich obo­je. Ja bym zo­stał w izbie, a ty mo­gła­byś wyjść na ze­wnątrz i może na­wet do­tar­ła­byś do Domu Praw.

- Tak, w koń­cu nie miesz­ka­my tak da­le­ko od Środ­ka...

Spoj­rzał na nią, nie kry­jąc uśmie­chu, ale i zdzi­wie­nia. Miesz­kań­cy Su­pa­li, któ­rzy zna­li jego filę, nie uwie­rzy­li­by, że po­tra­fi się w ogó­le uśmie­chać, o naj­mniej­szym choć­by po­czu­ciu hu­mo­ru nie wspo­mi­na­jąc. Zna­li ją tyl­ko zza Ławy Praw. Wie­dzie­li, że jest su­ro­wa i bez­względ­nie prze­strze­ga za­sad oraz re­guł usta­no­wio­nych przez Wład­ców. Po­tra­fi­ła eg­ze­kwo­wać je nie tyl­ko od in­nych, ale tak­że od sie­bie i swo­jej ro­dzi­ny. I na­wet wte­dy, gdy sta­ło to w jaw­nej sprzecz­no­ści z jej mat­czy­nym ser­cem.

Tym­cza­sem pod tą po­waż­ną, chłod­ną, opa­no­wa­ną ma­ską Straż­ni­ka Praw kry­ła się tęt­nią­ca ży­ciem, nie­spo­koj­na i nie­po­kor­na du­sza. Luna do­brze umia­ła ukryć swo­je praw­dzi­we ob­li­cze. Któ­ra ko­bie­ta po tylu cy­klach po­tra­fi­ła­by jesz­cze za­ska­ki­wać? Cza­sa­mi Ta­ros miał nie­od­par­te wra­że­nie, że tak nie­wie­le o niej wie­dział. Po­mi­mo tylu wspól­nie prze­ży­tych cy­kli była dla nie­go wciąż nie­od­gad­nio­ną ta­jem­ni­cą.

1

Nie mo­gła się bać. Strach trze­ba od­rzu­cić - czyż nie to za­wsze po­wta­rza­ła swo­im uczniom? Do tej pory wszyst­ko szło do­brze. Pierw­sza część pla­nu zo­sta­ła za­koń­czo­na. Ucie­kła i nikt jej nie ści­gał. Spoj­rza­ła na przy­rzą­dy. Nic. Na­wet śla­du po­ści­gu. Uda­ło jej się prze­wi­dzieć, co może się wy­da­rzyć i po­tra­fi­ła to wy­ko­rzy­stać.

Naj­waż­niej­szy krok zo­stał zro­bio­ny. Te­raz trze­ba już tyl­ko sku­tecz­nie ukry­wać się do koń­ca ży­cia...

Była pra­wie na miej­scu. Jak wszyst­kie po­zo­sta­łe wa­zi­my, tak­że i ten skie­ro­wa­ła da­le­ko od mia­sta. Tyl­ko w ten spo­sób mia­ła ja­kąś szan­sę.

Ob­ni­ża­jąc wy­so­kość, mu­sia­ła zga­sić wszyst­kie świa­tła, aby stać się nie­wi­docz­ną dla stra­ży miej­skich. Co praw­da za­pla­no­wa­ła wy­lą­do­wać z dala od sie­dzi­by, ale i tak gro­zi­ło jej, że ja­kiś nad­gor­li­wiec mógł­by się za­in­te­re­so­wać nie­pla­no­wa­nym i nie­ocze­ki­wa­nym lo­tem. Wy­łą­czy­ła oświe­tle­nie i do­pie­ro wte­dy zro­zu­mia­ła, że jed­nak nie prze­wi­dzia­ła wszyst­kie­go. Noc była tu­taj ciem­na, nie­bo za­snu­te chmu­ra­mi. Ani śla­du ja­snych gwiazd czy księ­ży­ca. Była jak ktoś, kto wła­śnie stra­cił zdol­ność wi­dze­nia. Po­zo­sta­ła je­dy­nie per­fek­cyj­na na­wi­ga­cja. Musi tyl­ko do­kład­nie wy­lą­do­wać na za­pla­no­wa­nej po­zy­cji. Nic wię­cej.

Zni­ża­ła się do po­zio­mu "Zero". I wte­dy to zo­ba­czy­ła.

Przy­glą­da­ła się uważ­nie, ale mia­ła pro­blem z okre­śle­niem, co to było. Wciąż, zgod­nie z pla­nem lotu, ob­ni­ża­ła wy­so­kość, sta­le wy­si­la­jąc wzrok. Świa­tła. Świa­tła by po­mo­gły, ale prze­cież nie mo­gła te­raz zdra­dzić ni­ko­mu swej po­zy­cji.

Tam gdzie po­win­na być wy­kar­czo­wa­na i wy­rów­na­na po­la­na, ro­sły kil­ku­let­nie drze­wa. Ale było już za póź­no na ja­kie­kol­wiek ko­rek­ty lotu. Była na po­zio­mie "Zero" - te­raz nie by­ła­by w sta­nie wy­star­cza­ją­co szyb­ko wznieść się do góry. Ude­rzy­ła­by w ota­cza­ją­ce po­la­nę ogrom­ne drze­wa.

Czy nikt już nie po­tra­fi po­rząd­nie zro­bić mapy te­re­nu? Co za nie­uk jej nie zak­tu­ali­zo­wał? To nie­sły­cha­ne, jak ta­kim igno­ran­tom uda­ło się osią­gnąć tak wie­le...

Bar­dzo po­wo­li ob­ni­ża­ła lot. Prze­szła na ręcz­ne ste­ro­wa­nie. Naj­wol­niej i naj­de­li­kat­niej, jak tyl­ko mo­gła, sta­ra­ła się osiąść na zie­mi. Po­czu­ła, że jed­nak zde­cy­do­wa­nie źle wy­bra­ła miej­sce.

W miej­scu, gdzie lą­do­wa­ła, znaj­do­wał się spo­ry za­gaj­nik mło­dych drzew. Przez dno ka­bi­ny sta­ra­ły się prze­bić do środ­ka ga­łę­zie więk­szych i sil­niej­szych drzew. Po­jazd za­czął się groź­nie prze­chy­lać, a ona nic nie mo­gła zro­bić. Pcha­ny jesz­cze reszt­ka­mi ener­gii wa­zim rył zie­mię i miaż­dżył ka­bi­nę. Miaż­dżył tak­że jej nogę. Ból był nie do znie­sie­nia. Nie była pew­na, ale chy­ba sły­sza­ła swój wła­sny krzyk. Spró­bo­wa­ła za­sło­nić usta rę­ko­ma.

Wresz­cie po­jazd się za­trzy­mał.

Po­win­na jak naj­szyb­ciej opu­ścić sta­tek. Ro­zej­rza­ła się po ka­bi­nie. Wa­zim le­żał na boku. Na szczę­ście wyj­ście po­zo­sta­ło nie­za­blo­ko­wa­ne. Dźwi­gnia otwar­cia znaj­do­wa­ła się przy sie­dze­niu pi­lo­ta, wy­star­czy­ło ją po­cią­gnąć. Już. Jak to jest, że zwy­kłe me­cha­ni­zmy oka­zu­ją się dużo pew­niej­sze niż cała ta za­awan­so­wa­na tech­ni­ka? Otwo­rzy­ła właz. Chwy­ci­ła kra­wędź i pod­cią­gnę­ła się. Jej po­licz­ki owiał chłod­ny wiatr, za­czerp­nę­ła świe­że­go po­wie­trza. Pach­nia­ło bu­dzą­cym się ży­ciem. No tak, prze­cież tu­taj za­raz roz­pocz­nie się okres we­ge­ta­cyj­ny. Ten chłód i za­pach ży­cia obu­dził w niej nowe po­kła­dy ener­gii. I ona mu­sia­ła prze­żyć. Mia­ła prze­cież dla kogo. Wspięła się na wierzch wa­zi­mu.

Tyl­ko jak zejść? Jak ze­sko­czyć na zie­mię z po­gru­cho­ta­ną nogą? Nie mia­ła wyj­ścia, mu­sia­ła ska­kać. Prze­cież nie było cza­su do stra­ce­nia. Za­ci­snę­ła zęby i sko­czy­ła. Upa­dła na zie­mię i za­wy­ła z bólu. Jej sto­pa wy­glą­da­ła nie­po­ko­ją­co, prze­krę­co­na pod dziw­nym ką­tem.

Nie wi­dzia­ła, czy jej noga, a w za­sa­dzie to, co z niej zo­sta­ło, było zwich­nię­te, zła­ma­ne czy po­gru­cho­ta­ne. Zresz­tą nie mia­ło to chy­ba w tej chwi­li więk­sze­go zna­cze­nia - i tak bo­la­ło strasz­li­wie. A do tego upływ krwi był duży. Mu­sia­ła szyb­ko za­ta­mo­wać krwo­tok. Prze­cież te śla­dy ją zdra­dzą. Będą wie­dzieć, że tu wy­lą­do­wa­ła.

Szyb­ko prze­wią­za­ła ranę udar­tym z ko­szu­li rę­ka­wem i za­ta­mo­wa­ła krwo­tok. Przy­najm­niej nie zo­sta­wi wszę­dzie swo­je­go ma­te­ria­łu roz­po­znaw­cze­go. Mu­sia­ła jak naj­szyb­ciej od­da­lić się stąd i z bez­piecz­nej od­le­gło­ści wy­sa­dzić sta­tek. Pod­ło­ży­ła ła­dun­ki par­to­no­we i uru­cho­mi­ła sa­mo­znisz­cze­nie. Ła­dun­ki wzię­ła ze sobą na wszel­ki wy­pa­dek, a te­raz oka­za­ły się przy­dat­ne. Bar­dziej ufa­ła im niż au­to­ma­to­wi. Par­to­ny umie­ści­ła tak­że we wszyst­kich po­zo­sta­łych stat­kach. Tak, aby wszę­dzie osią­gnąć ten sam efekt. I po to, aby zo­sta­wić jak naj­mniej szcze­gó­ło­wym ana­li­zom śled­czych.

Do­strze­gła są­czą­cą się przez opa­tru­nek krew. Rana musi być na­praw­dę głę­bo­ka. Jed­nak nie to było naj­gor­sze. Nie­po­rów­ny­wal­nie moc­niej bała się o to, cze­go nie wi­dzia­ła, bo prze­cież to nie o sie­bie bała się naj­bar­dziej. Czy pod­czas lą­do­wa­nia i ze­sko­ku z wa­zi­mu nie sta­ło się nic złe­go? Wzię­ła co praw­da po­mo­ce me­dycz­ne, ale czy to wy­star­czy?

Cią­gnąc za sobą zła­ma­ną nogę, od­da­la­ła się od stat­ku. Tak szyb­ko jak mo­gła, ucie­ka­ła. Da­lej. Jesz­cze da­lej. I jesz­cze. Jaka od­le­głość była do­bra, jaka bez­piecz­na? Jak naj­dal­sza, pod­po­wia­dał jej roz­są­dek. Brnę­ła i brnę­ła więc w ota­cza­ją­cy ją las. Co­raz głę­biej.

W pew­nym mo­men­cie po­czu­ła, że nie da rady iść da­lej. Sta­nę­ła. Drą­żą­cą ręką pod­nio­sła na­daj­nik i na­ci­snę­ła. Ogrom­ny, ośle­pia­ją­cy słup ognia roz­ja­śnił noc. Ko­lej­ny ele­ment pla­nu się udał. Od­wró­ci­ła się od ognia i ru­szy­ła z miej­sca.

Na­gle sta­nę­ła jak wry­ta.

Więc jed­nak nie prze­wi­dzia­ła jesz­cze cze­goś.

"Nie prze­wi­dzia­łam tego, że ktoś może tu być" - po­my­śla­ła, wi­dząc wpa­trzo­ne w nią zza gę­stych krze­wów błę­kit­ne oczy.

Nie była sama.

"A co z Ka­kra­cha­nem? Więc to wszyst­ko na nic?" - to była ostat­nia myśl przed tym, jak upa­dła na zie­mię.

3

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj nam siłę krzy­ku, śpie­wu tłu­mu!

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj nam same ja­sne dni!

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj nam ra­dość, któ­rej szu­ka­my!

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj po­ko­nać każ­dy lęk!

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj otwo­rzyć nie­do­stęp­ne bra­my!

Set­ki gło­sów gło­śno po­wta­rza­ły te same stro­fy, ryt­my, iden­tycz­ne dźwię­ki. Ryt­micz­ny ha­łas daw­no temu spło­szył wszel­ką zwie­rzy­nę, pta­ki tak­że znik­nę­ły i na­wet ogrom­ne, pa­mię­ta­ją­ce jesz­cze pierw­sze cy­kle ar­ka­rie, zda­wa­ło się, że chcia­ły­by być gdzieś in­dziej...

A Wi­dzą­cy Praw­dę w swych pur­pu­ro­wych, po­wiew­nych sza­tach w kap­tu­rach za­sła­nia­ją­cych całe twa­rze da­lej prze­wo­dzi­li nie­koń­czą­cej się pro­ce­sji ciał. Na cze­le szedł Pierw­szy wśród Wi­dzą­cych Praw­dę, nio­sąc w dło­niach Plon, a za nim szli po­zo­sta­li, każ­dy w ser­cu dzię­ku­jąc za obec­ny cykl, pro­sząc o nowy, jesz­cze lep­szy, każ­dy śpie­wa­jąc tę samą pieśń.

Tłum lu­dzi gęst­niał - przy­by­wa­li nowi i do­łą­cza­li do barw­ne­go ko­ro­wo­du. Chy­ba więk­szość miesz­kań­ców, wszy­scy w tra­dy­cyj­nych od­święt­nych stro­jach, zja­wi­ła się, aby świę­to­wać ko­niec pory zbio­rów. Tłum był tak wiel­ki, że nie tyl­ko nie było już wi­dać Pierw­sze­go wśród Wi­dzą­cych Praw­dę, ale na­wet bran­ka nie­sio­na na bar­kach Czte­rech była tyl­ko co­raz mniej wy­raź­nym bia­łym punk­tem. A tłu­mu wciąż przy­by­wa­ło.

I już nie set­ki, ale ty­sią­ce gło­sów do­no­śnie, rów­no, ryt­micz­nie po­wta­rza­ło tę samą pieśń. Tę, któ­ra jak żad­na inna po­tra­fi­ła łą­czyć. Wszy­scy szli ra­zem, obok sie­bie, ra­mię w ra­mię bez wzglę­du na po­dzia­ły. W tym po­cho­dzie nie było już star­ców i dzie­ci, ma­jęt­nych i że­bra­ków, mę­dr­ców i głup­ców, chro­mych i ułom­nych. Mia­ło się wra­że­nie, że wszy­scy cho­ciaż­by przez ten mo­ment byli rów­ni...

Temu cza­ro­wi, po­czu­ciu wspól­nych wię­zi, po­dob­nych pra­gnień i po­trzeb ule­gła i ona. Czu­ła, że te chwi­le, te wy­po­wia­da­ne, ni­czym nie­tłu­mio­ne dźwię­ki dają moc, siłę i pew­ność. Dzię­ki nim była czę­ścią tej nie­ogar­nio­nej ca­ło­ści. Dzię­ki nim wie­dzia­ła, że to wła­śnie tu przy­na­le­ży. Dzię­ki nim ła­twiej było jej przy­po­mnieć so­bie wszyst­kie pra­wa i uwie­rzyć, że moż­na zgod­nie z nimi żyć.

Pa­mię­ta­ła treść przy­się­gi, któ­rą osiem lat temu zło­ży­ła, wstę­pu­jąc do Ilu­me­nu, a na­za­jutrz w tym sa­mym Ilu­me­nie wy­po­wie ją po raz ko­lej­ny:

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj nam od­wa­gę, któ­rej chce­my

Daj nam praw­do­mów­ność, któ­rej po­trze­bu­je­my

Daj nam nie­za­leż­ność, któ­rej tak pra­gnie­my

Daj nam pra­co­wi­tość...

Tak bar­dzo za­po­mnia­ła się w po­cho­dzie, śpie­wie i ma­gii pra­sta­re­go gaju, że chcia­ła po­dejść bli­żej, prze­bić się przez tłum i do­trzeć do sa­mej gru­py Wi­dzą­cych Praw­dę. Do­trzeć do Pierw­sze­go wśród nich.

W chwi­li, kie­dy uczy­ni­ła krok do przo­du, Pani Mat­ka za­trzy­ma­ła ją na­głym, moc­nym ru­chem ręki.

- Da­le­ma, zo­stań na miej­scu!

No tak, prze­cież Pani Mat­ka za­wsze trzy­ma­ła się na ubo­czu, choć była Trze­cią w Wiel­kiej Ła­wie Straż­ni­ków Praw i po­cho­dzi­ła z rodu Da­ru­mów. Tych Da­ru­mów, co - jak za­wsze pod­kre­śla­ła - wszyst­ko za­wdzię­cza­li so­bie i swo­jej cięż­kiej pra­cy.

Może dla­te­go nie po­zwo­li­ła Da­le­mie bar­dziej an­ga­żo­wać się w Świę­to Le­ili, że Wład­cy Kró­le­stwa nie­chęt­nie pa­trzy­li na wszel­kie prze­ja­wy miej­sco­we­go kul­tu. Niby je to­le­ro­wa­li, ale prze­cież w świe­cie, gdzie je­dy­ną i praw­dzi­wą re­li­gią była wie­dza, trud­no było zna­leźć miej­sce dla in­nych bo­gów.

Zresz­tą, jak wszy­scy wie­dzie­li, Da­ru­mom po­mi­mo cięż­kiej pra­cy wio­dło się ostat­nio i tak co­raz go­rzej. Byli miesz­kań­ca­mi ko­lo­nii Su­pa­la w pią­tym po­ko­le­niu. A pią­te po­ko­le­nie, w tej i tak pra­wie za­po­mnia­nej przez Kró­lów kra­inie, nie­ste­ty ozna­cza­ło jed­no - stop­nio­we ogra­ni­cza­nie przy­wi­le­jów, roz­luź­nie­nie wię­zi z dwo­rem i co naj­waż­niej­sze - nie­moż­ność po­wro­tu do Atlan­ty­dy...

6

Wszy­scy wie­dzie­li, że ten cykl bę­dzie naj­waż­niej­szy. Wszy­scy to wie­dzie­li i po­wta­rza­li nie­ustan­nie. Da­le­ma tak­że. Cze­ka­ła na ten mo­ment, od­kąd za­czę­ła na­ukę. Cze­ka­ła na nie­go, a te­raz, kie­dy nad­szedł, bała się, że przy­nie­sie to, co da­wał za­wsze Ilu­men - roz­cza­ro­wa­nie.

Jed­nak na­wet złe wspo­mnie­nia w ni­czym nie zmie­nia­ły jej bał­wo­chwal­cze­go sto­sun­ku do nie­go. Mie­sza­ni­na nie­usta­ją­cej pa­sji i fa­scy­na­cji to­wa­rzy­szy­ła jej za­wsze, kie­dy wi­dzia­ła gmach Ilu­me­nu i prze­kra­cza­ła jego mury. Nic nie było w sta­nie spra­wić, by prze­sta­ła sza­no­wać i po­dzi­wiać to miej­sce. Bo Ilu­men był po po­ro­stu naj­pięk­niej­szym miej­scem w ca­łej Su­pa­li. I nie tyl­ko dla­te­go, że po­zwa­lał zbli­żyć się do bo­skiej wie­dzy Wład­ców. Mie­ścił się w naj­star­szym z czte­rech ga­jów mia­sta. Pe­łen był ro­ślin, któ­re nie ro­sły nig­dzie in­dziej w Su­pa­li. Kwi­tły w nim kwia­ty przy­wie­zio­ne z in­nych ko­lo­nii. Wy­glą­dał za­wsze i pach­niał jak naj­cu­dow­niej­sze miej­sce na zie­mi.

Da­le­ma zo­ba­czy­ła, że przed wej­ściem do Ilu­me­nu krę­cą się tłu­my. Pew­nie za chwi­lę otwo­rzą. Zbli­ża­jąc się do głów­nych drzwi, roz­glą­da­ła się uważ­nie, nie chcąc prze­ga­pić Izbo­ra.

- Szu­ka­łem cię - usły­sza­ła jego głos za ple­ca­mi.

- Ja... ja... ja cie­bie też - spoj­rza­ła na nie­go, szczę­śli­wa, że wresz­cie jest obok.

- Może gdzieś się za­szy­je­my. Prze­cież ten frag­ment prze­ra­bia­li­śmy już tyle razy.

- Ni... nie. Ni... nie mo­że­my wyjść. To... to... to taki waż­ny dzień. To naj­waż­niej­sze roz­po­czę­cie ze wszyst­kich, Izbor. Mu­si­my zo­stać.

- Wiesz, cza­sa­mi zu­peł­nie nie ro­zu­miem, dla­cze­go ja cię jesz­cze to­le­ru­ję. Je­steś tak prze­wi­dy­wal­na. Ucie­le­śnie­nie nudy. Jak ktoś chce po­wie­dzieć "nuda", to rów­nie do­brze może po­wie­dzieć "Da­le­ma". Może byś so­bie od cza­su do cza­su od­pu­ści­ła? Może tak zro­bi­ła­byś wresz­cie coś spon­ta­nicz­nie?

- Prze­stań ma­ru­dzić. Chodź, po­dej­dzie­my bli­żej.

Po­wód do zna­le­zie­nia się bli­sko Mi­strzów był jesz­cze je­den - Za­mir. On za­wsze, od­kąd tyl­ko się­gnę­ła pa­mię­cią, znaj­do­wał się w pierw­szych sze­re­gach. Pew­nie te­raz też tak bę­dzie. Jak­kol­wiek daw­no za­ak­cep­to­wa­ła fa­scy­na­cję Za­mi­rem, to wciąż jej jesz­cze nie zro­zu­mia­ła. Nie poj­mo­wa­ła na­wet, co ją w nim po­cią­ga­ło i zu­peł­nie nie po­tra­fi­ła so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, cze­go tak na­praw­dę od nie­go ocze­ki­wa­ła. Jed­nak wszyst­kie wąt­pli­wo­ści, któ­re nią tar­ga­ły, wszyst­kie od­po­wie­dzi, któ­re nig­dy nie pa­dły, sta­wa­ły się bez zna­cze­nia, gdy po­ja­wiał się w za­się­gu jej wzro­ku. Jak to było moż­li­wie?

Roz­po­czę­cie cy­klu jak zwy­kle od­by­wa­ło się w Sali Ko­lum­no­wej. Tym ra­zem wy­da­wa­ło jej się, że ilu­me­nów jest wię­cej. Bel­zbor, Pierw­szy ze Straż­ni­ków Praw, jak w każ­dym cy­klu, tak­że i te­raz pro­wa­dził uro­czy­stość roz­po­czę­cia. I jak zwy­kle mó­wił to samo. Za­wsze zwra­cał się do naj­młod­szych, pierw­szych cy­klów, tłu­ma­cząc im isto­tę i sens ist­nie­nia Ilu­me­nu.

- Je­ste­ście tu, bo ma­cie szczę­ście być tu­taj. Do­brze wy­ko­rzy­staj­cie swo­ją szan­sę. Niech każ­dy z dzie­się­ciu cy­kli bę­dzie dla was bez­cen­ny. Niech każ­dy z nich przy­nie­sie wam mą­drość ku chwa­le Su­pa­li i na po­ży­tek Wład­com.

A po­tem za­czy­nał wy­ja­śniać tak do­brze wszyst­kim zna­ną spe­cy­fi­kę Ilu­me­nu.

- Je­dy­ną słusz­ną war­to­ścią ko­lo­nii jest wie­dza - grzmiał. - A wie­dza ta jest rów­na su­mie mą­dro­ści po­szcze­gól­nych człon­ków spo­łecz­no­ści. Stąd też, sza­nu­jąc za­sa­dy usta­no­wio­ne przez Kró­lów, w Su­pa­li wpro­wa­dzi­li­śmy dzie­sięć cy­kli na­uki, któ­re dzie­lą się na trzy eta­py. Pierw­szy nosi na­zwę Tra­ny. Uczy­my w nim czte­rech przed­mio­tów: al­ge­bry, na­uki ję­zy­ków, re­to­ry­ki, czy­li spo­so­bu po­praw­ne­go wy­sła­wia­na się oraz dia­lek­ty­ki, czy­li na­uki lo­gicz­ne­go my­śle­nia. Dru­gim eta­pem jest Deka, pod­czas któ­rej bę­dzie­cie na­ucza­ni dzie­się­ciu przed­mio­tów: ko­smo­lo­gii, zie­mio­lo­gii, lo­gi­ki, che­mii, fi­zy­ki, astro­no­mii, me­te­oro­lo­gii, me­ta­fi­zy­ki, psy­cho­lo­gii, me­cha­ni­ki. Ostat­nie dwa cy­kle są mie­sza­ne. Ra­zem uczą się naj­star­sze cy­kle z tymi o je­den cykl młod­szy­mi. Ce­lem jest utrwa­le­nie so­bie za­pa­mię­ta­nej wie­dzy, po­moc młod­szym ilu­me­nom oraz roz­wój w za­kre­sie wła­snych za­in­te­re­so­wań. Ten cykl ze wszech miar jest wy­jąt­ko­wy - do­no­śniej­szym gło­sem pod­kre­ślił wagę wy­po­wia­da­nych słów. - Po raz pierw­szy od dzie­się­ciu ob­ro­tów zo­sta­nie do­ko­na­ny Wy­bór. Oczy­wi­ście zgod­nie z za­sa­da­mi we­zmą w nim udział wszy­scy ilu­me­ni speł­nia­ją­cy wy­ma­ga­nia na­ło­żo­ne przez Kró­lów. A te­raz pro­szę wszyst­kich, a zwłasz­cza ilu­me­nów naj­młod­sze­go cy­klu, aby po­wta­rza­li za mną:

Stwór­co wszech­rze­czy

Daj nam od­wa­gę, któ­rej chce­my

Praw­do­mów­ność, któ­rej po­trze­bu­je­my

Daj nam nie­za­leż­ność, któ­rej pra­gnie­my

Pra­co­wi­tość, bez któ­rej żyć nie mo­że­my

Daj nam wy­trwa­łość i ho­nor nam daj

A kie­dy ży­cie wy­sta­wi na pró­bę, wier­ność daj i sa­mo­dy­scy­pli­nę.

- Ży­czę wam mą­dro­ści. Ku chwa­le Su­pa­li!

- Chwa­ła Su­pa­li! - w od­po­wie­dzi roz­le­gły się zgra­ne okrzy­ki ilu­me­nów.

Wśród tego po­ru­sza­ją­ce­go się i oży­wio­ne­go tłu­mu Da­le­ma do­strze­gła wresz­cie i jego. Za­mir stał wśród gru­py ad­o­ru­ją­cych go dziew­czyn i po­dzi­wia­ją­cych ko­le­gów. Wszy­scy za­pa­trze­ni w nie­go, słu­cha­ją­cy, co ma do po­wie­dze­nia.

Tak, był nie­kwe­stio­no­wa­nym li­de­rem, każ­dy chciał choć przez chwi­lę być z nim, aby i na nie­go spły­nę­ła choć część splen­do­ru i sła­wy, któ­ra go ota­cza­ła. Tak bar­dzo za­pa­trzy­ła się na Za­mi­ra, że zu­peł­nie za­tra­ci­ła po­czu­cie cza­su i miej­sca. Le­d­wo usły­sza­ła sło­wa Izbo­ra.

- To twój cykl, Da­le­mo. Mu­sisz do­brze wy­ko­rzy­stać ten czas. Dru­giej szan­sy nie bę­dziesz mia­ła.

- O czym ty mó­wisz, Izbor?

- Kie­dy wresz­cie się od­wa­żysz? Całe ży­cie bę­dziesz tyl­ko spusz­czać wzrok i wzdy­chać po ką­tach? Ża­ło­sne. Kie­dy wresz­cie mu po­wiesz? Kie­dy? Ja mam to zro­bić za cie­bie?

- Ni... ni... nie po­trze­bu­ję li­to­ści. Iiiiiiii na­wet się ni... ni... nie waż in­ge­ro­wać w moje spra­wy.

- Ja chy­ba nig­dy cię nie zro­zu­miem. Wiesz wię­cej niż kto­kol­wiek z nas, ale nig­dy się nie od­zy­wasz i nie da­jesz żad­nych od­po­wie­dzi. Masz w so­bie tyle dumy, ale każ­de­mu po­zwa­lasz na drwi­ny i za­czep­ki. Za­wsze je­steś spo­koj­na i na wszyst­ko się zga­dzasz, nic ci nie prze­szka­dza i ni­ko­mu nie chcesz prze­szka­dzać ani wcho­dzić w dro­gę. Jak dłu­go bę­dziesz jesz­cze uda­wać, że je­steś tyl­ko cie­niem, po­wie­trzem, że cię nie ma?

Po­czu­ła się do­tknię­ta. Jak Izbor mógł tak o niej my­śleć? Oce­na przy­ja­cie­la była krzyw­dzą­ca, cho­ciaż może miał tro­chę ra­cji. Dzia­dek też prze­cież mó­wił, że kom­pro­mi­sy, ustęp­stwa mu­szą mieć gra­ni­ce. Że jest pe­wien li­mit, któ­re­go prze­kro­czyć nie moż­na. Że każ­dy czło­wiek nosi ten li­mit w so­bie. Że są za­sa­dy i war­to­ści, któ­re nig­dy nie mogą być na­ru­szo­ne. A je­śli się tak sta­nie i zła­mie się za­sa­dy albo prze­kro­czy gra­ni­ce, to prze­sta­je się ist­nieć. Bo czło­wiek wte­dy po pro­stu prze­sta­je być czło­wie­kiem.