W zamierzchłej tradycji Zuni, jednego z najstarszych ludów Ameryki Północnej, w do dziś zachowanych i praktykowanych obrzędach mówi się wprost o odwiedzinach Kaczina, istot z gwiazd. Wyryte przez Indian tysiące lat temu w skałach Nowego Meksyku petroglify przedstawiające gwiazdy, przedmioty i postacie w wielu wyobrażeniach przypominają wyglądem wyposażenie dzisiejszych astronautów...
W odległości 59 kilometrów na północny zachód od Dublina, otulony soczystą zielenią pól, znajduje się dolmen New Grange. Ma średnicę 95 i wysokość 15 metrów, a do jego budowy użyto 400 monolitów i co roku, zawsze 21 grudnia, od tysięcy lat powtarza się w nim promienisty spektakl...
Na południe od Limy w Peru, w kierunku płaskowyżu Nazca, w dolinie Pisco, przez wzgórza ciągnie się wielokilometrowa wstęga, składająca się z ciemnych dziur w ziemi. W tej perforowanej taśmie wszystkie dziwne dziury są dziełem człowieka, a w jednym szeregu znajduje się zawsze osiem dołków...
Podczas badań prowadzonych w Dwarace, jednym z najstarszych siedmiu miast Indii, leżącym nad dzisiejszą zatoką Kutch między Bombajem a Karaczi, odkryto, że znaczna część miasta znajduje się pod powierzchnią morza. Geolodzy, którzy brali udział w badaniach podwodnych ruin, natknęli się na szczątki wykazujące ślady zeszklenia. Mimo że tego rodzaju zeszklenia znajdują się nie tylko w Dwarace, lecz także w innych miejscach, do tej pory nie znaleziono jednak prawdopodobnego wytłumaczenia tego zjawiska. A kamień topi się dopiero w bardzo wysokiej temperaturze...
W Copán, w kraju Majów, odkryto podziemną świątynię, która zdaniem specjalistów mogła być grobowcem założyciela dynastii Yax K'uk'MO. Początkowo żaden z naukowców nie mógł wejść do środka, bowiem pomieszczenie odizolowane miką było wypełnione niezwykle trującą rtęcią. Zastanawiające jest, że w innych miejscach - zarówno w Ameryce Środkowej, jak i na innych kontynentach - znaleziono podziemne komory z miki, których przeznaczenia naukowcom do dziś nie udało się wytłumaczyć...
W prehistorycznej jaskini Lascaux we francuskim departamencie Dordogne znajdują się rysunki naskalne, przedstawiające dokładne obrazy gwiazd i całych gwiazdozbiorów Skropiona, Barana, Byka, Koziorożca itd. Kiedy dokładnie zmierzono wszystkie punkty oraz linie postaci zwierząt, okazało się, że zarówno usytuowanie jaskini według kryterium przesilenia letniego, jak i umiejscowienie poszczególnych gwiazdozbiorów odpowiada obrazowi nieba sprzed 17 tysięcy lat...
W Rijckholt w Holandii odkryto w ziemi szyby, z których wydobyto tysią ce wykonanych z krzemienia siekier. Na podstawie liczby i wielkości sztolni można wyliczyć, że w epoce kamienia wydobyto około 41 250 metrów sześciennych brył krzemienia. Z takiej ilości można wyprodukować 153 miliony siekier. 15 tysięcy zlokalizowano w sztolniach, według zaś skromnych szacunków pod ziemią musi być ich jeszcze około 2,5 miliona. A to wszystko działo się ponad 10 tysię cy lat temu...
Na południe od Kairu i na zachód od Memfis znajduje się starożytna metropolia Egiptu, Sakkara. Odkryto tam ogromny i skomplikowany system podziemnych tuneli i pomieszczeń. Egiptolodzy mówią co prawda o podziemnych komorach i tunelach pod piramidą schodkową jako o pomieszczeniach związanych z kultem grobowym Dżesera, lecz nie wspominają o setkach tuneli w innych miejscach. Zresztą jakość wykonania tuneli wskazuje, że nie mogły zostać wykute za pomocą miedzianych dłut i kamiennych pobijaków...
W Luzon na Filipinach, około 250 kilometrów na północ od Manili, 1330 metrów nad poziomem morza, znajduje się Ósmy Cud Świata inżynierii agrarnej. Ryżowe tarasy Banaue ciągną się na 19 600 hektarów. Gdyby uło żono je obok siebie, to pola ryżowe utworzyłyby linię o długości połowy ziemi. Ich wysokość przekracza wymiary najwyższego drapacza chmur. Kto i kiedy je wybudował, pozostaje tajemnicą. Ale jeszcze większą tajemnicą owiana jest odpowiedź na pytanie: po co ówczesnej, nielicznej, lokalnej społeczności tak ogromne spichlerze...
2
Właśnie otrzymał dziewiąty raport. Odnaleziono wazimy we wszystkich koloniach. Znowu nic. Ostatnia nadzieja zgasła. Musi o tym zameldować. Tylko jak?
A tak cieszył się, kiedy mianowano go przełożonym wszystkich powietrznych jednostek. Gdyby wtedy choć przez chwilę, choć przez jedną nanosekundę przyszło mu do głowy, że sprawy przybiorą taki obrót, że zdarzy się nieprzewidywalne... Pewnie nie przyjąłby tego zaszczytu. Raczej posłuchałby swej fili, która cały czas powtarzała: im wyżej siedzisz, tym boleśniej odczujesz upadek. Znów miała rację.
Ale nie! Jeszcze podczas ostatniego obrotu wszystko przebiegało naturalnie i zgodnie z wyznaczoną misją. Jakkolwiek okoliczności samobójczej śmierci Rosada nie pozostawały bez komentarzy i wszędzie dało się słyszeć różne domysły i plotki, to on jednak wierzył, pragnął wierzyć, że jego poprzednik po prostu nie potrafił się odnaleźć w nowych okolicznościach. Na usprawiedliwienie tej sytuacji znalazł w tamtym czasie wiele wytłumaczeń - że miał, o czym wiedziała cała społeczność, problemy rodzinne, że zbyt duża presja wyników, jaka na nich wszystkich spoczywała, zrobiła swoje. Albo to, że Rosad był zbyt miękki i słaby psychicznie.
Tak zatopił się w swych rozmyślaniach, że nawet nie zauważył, kiedy stanął przed Salą Narad. Krótko zameldował stojącym przed drzwiami strażnikom:
- Starkis do Dowódcy dowódców, do Chartrosa.
"Cóż, jak widać, los nie był jednak dla mnie łaskaw. Może kiedyś się odmieni" - pomyślał, otwierając drzwi i wchodząc do ogromnego pomieszczenia. Zawsze, kiedy je odwiedzał, zachwycał się jego wielkością, prostotą i chłodną elegancją. Zawsze, ale nie dzisiaj.
Chartros był w sali sam, siedział pochylony nad okrągłym Stołem Narad. Cichy, skupiony, nieobecny. Widać było, że wydarzenia ostatnich dni odbiły na nim swoje piętno. Wejście Starkisa pozostało niezauważone, chciał więc zaznaczyć swoją obecność, ale jeszcze nim zdążył otworzyć usta, już padło pytanie:
- Nie znaleźliście jej, prawda? - Spojrzał uważnie na Dowódcę i odniósł dziwne wrażenie. Może to przemęczenie i stres, ale wydawało mu się, że w kącikach ust Chartrosa pojawił się grymas uśmiechu, jakby cień podziwu i uznania.
- Wszystkie pojazdy zostały zniszczone. Obawiam się, Fendi, że Atla nie przeżyła ucieczki.
- Co się stało z wazimami?
- Siedem rozbitych, dwa zatopione. Każdy zniszczony zupełnie, nic z nich nie zostało. Przeszukujemy wraki, aby odnaleźć jej szczątki.
- Strata czasu. Nic w nich nie znajdziecie.
- Ale...
- Czy sądzisz, że Atla tak po prostu zginęła, bo nie potrafiła wylądować? Czy uważasz, że ktoś taki jak ona nie przewidział wszystkiego i to dziesięć ruchów naprzód?!
- Ale...
- A w ogóle skąd u ciebie ta pewność, że działała sama, że nikt jej nie pomagał? Skąd ta pewność, Starkis, skąd?!
Milczał, zastanawiając się. Czyżby Chartros nie przeceniał jej zbytnio? Przypomniał sobie, kim była i czym się zajmowała. Jakie projekty prowadziła i że udało jej się osiągnąć nawet to, co wydawało się niemożliwe. I wtedy zrozumiał, że to on popełnił błąd. Nie docenił jej.
- Musisz ją odnaleźć - Chartros powtórzył dobitnie.
- Ależ Fendi, ona może być wszędzie. Mamy dziewięć miejsc do przeszukania, każde zamieszkałe przez ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi, każde zajmuje obszar ponad dwunastu soli, nie wspominając o terenach poza koloniami... A ona przecież nie chce, aby ją znaleźć. To zajmie nam wiele obrotów, Fendi.
- A ty spieszysz się gdzieś, Starkis? - Lodowaty ton jego głosu nie pozostawiał żadnej wątpliwości co do tego, co w tej chwili miało być priorytetem. I dużo łagodniej dodał: - Mamy przecież czas, prawda? Mamy przecież mnóstwo czasu.
- Rozkaz, Fendi - rzekł Starkis, oddalając się w stronę wyjścia. Gdy dotykał włącznik, zatrzymał go ponownie ten sam zimny, mrożący krew w żyłach głos.
- Pamiętaj. Musisz ją odnaleźć. Znajdź ją, Starkis, i odzyskaj to, co zostało mi bezprawnie odebrane.
Starkis musiał wyjść stąd natychmiast, nim osławiony temperament Chartrosa znajdzie swoje ujście. Właśnie chciał zrobić kolejny krok, aby opuścić już to miejsce, kiedy dobiegły go ostatnie słowa Dowódcy.
- I upewnij się, że nikt więcej nie uczestniczy w tym buncie!
9
Szły w milczeniu już prawie godzinę. Katara widocznie nie była zainteresowana rozmową, a Dalema nawet nie bardzo wiedziała, jak zacząć. Tyle pytań cisnęło jej się na usta, że zupełnie nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.
O Garunie wiedziała niewiele. Ale to, co wiedziała, było wystarczające, aby nie odmawiać. Słyszała, że była pierwszą i jak do tej pory jedyną kobietą, którą wybrano do elitarnego grona Widzących Prawdę. Co więcej, została nawet Pierwszą wśród nich. Jednak jedenaście cykli temu sama zrezygnowała z tego zaszczytu i odsunęła się od życia społeczności. Ale dopiero dzisiaj dowiedziała się, że Garuna jest opiekunką Katary. Im więcej cyklów mijało, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że jeszcze wiele zdumiewających rzeczy jest do odkrycia.
Jej rozmyślania przerwało nagłe zatrzymanie się towarzyszki.
- Jesteśmy na miejscu.
Stały przed domem bardzo podobnym do jej własnego. Zresztą poza pewnymi wyjątkami wszystkie domy były do siebie podobne. W Supali były dwie kategorie domostw. Te wyjątkowe, ogromne, będące własnością elit, i te zwyczajne, jakby spod siekiery ciosane, należące do całej reszty. Jednak i tak nawet najgorszy dom w Supali był pałacem w porównaniu do schronień, które mieli mieszkańcy poza kolonią.
- Czemu twoja opiekunka, czemu Garuna chce się ze mną spotkać? - Dalema w końcu zdobyła się na pytanie.
- Czemu się nie jąkasz?
- Jąkam się, jak się denerwuję, stres powoduje blokady. Teraz twoja kolej. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Zaraz sama zapytasz Garunę - krótko skwitowała Katara, otwierając drzwi i wchodząc do środka. Dalemie nie pozostało nic innego, jak tylko podążyć za nią.
W środku panowały ciemności i poczuła się zagubiona. Oczy - przyzwyczajone do ciepłego, jasnego słońca - nie potrafiły tak szybko oswoić się ze zmianą. Stała przez chwilę, aby odzyskać orientację. Była w korytarzu. Katary już nie było widać. Ale na końcu długiego i ciemnego pomieszczenia, dokładnie na wprost niej, znajdowały się otwarte drzwi. Pojawiła się w nich czyjaś postać.
- No, chodź tutaj. Na co czekasz?
Weszła do pokoju wielkości prawie całego jej domu. Ciemnego i ponurego jak korytarz. Na ścianach znajdowały się symbole i rzeczy, których przeznaczenia nie potrafiła sobie nawet wyobrazić. Niektóre wyglądały na przedmioty kultu. Wydawało jej się, że takie właśnie widywała wśród Widzących Prawdę, ale inne nic jej nie mówiły. Bardziej pasowałyby do siedziby Władców niż do domu starej kobiety w najmniejszej kolonii świata.
Szczególnie fascynujące były trzy kule leżące obok siebie na przeciwległej ściennej półce. Dalema spojrzała na Katarę, a ta od razu odgadła jej myśli i niemo skinęła głową, dając przyzwolenie. Dalema podeszła do półki, na której leżały nie trzy kule, jak początkowo sądziła, ale aż dziewięć kul o idealnym kształcie. Cztery z nich były zdecydowanie większe od pozostałych pięciu. Na każdej z nich w najszerszym punkcie w obwodzie znajdował się niewielki rowek, dzielący kule na dwie części. Dodatkowo wszystkie posiadały dwa niewielkie otwory usytuowane w górnej części przedmiotu, jakby specjalnie stworzone po to, aby lepiej i sprawniej można było je przenosić. Najmniejsza z kul była wielkości dziecięcego kciuka, a te największe odpowiadały rozmiarom zaciśniętej pięści rosłego mężczyzny.
Jak to możliwe, że wszystkie stały nieruchomo? Przecież nic ich nie trzymało! Półka nie była zamocowana idealnie poziomo. Czy one nie powinny stoczyć się w dół? I z czego były zrobione? Pierwszy raz widziała metal o takim kolorze, połysku i zabarwieniu. Czy mogło to być Orchidum? Z całą pewnością nie. Chociaż nigdy nie widziała go z bliska, to miała pewność, że metal Władców był inny. Miał bardziej brunatnozłoty, a nie srebrny kolor.
Ale przede wszystkim, co to w ogóle jest i do czego mogło służyć? Nie tylko nigdy nie widziała takich przedmiotów w użyciu, ale nawet nie mogła wyobrazić sobie żadnego zastosowania dla nich. Przecież każda rzecz miała swój cel i przeznaczenie. Nie istniały przedmioty bezużyteczne i niepotrzebne. To w takim razie do czego służyły te kule?
Wyciągnęła rękę, aby dotknąć jedną z nich. Była niezwykle gładka i lekko ciepła w dotyku. Chwyciła kulę w dwa palce i spróbowała ją podnieść. Jakie było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że nie jest w stanie tak łatwo nią ruszyć! Spróbowała ponownie, tym razem nie lekceważąc już dziwnego przedmiotu. Może nawet użyła większej siły, niż musiała, ale udało się. Podniosła kulę i zaczęła ją dokładnie obracać w dłoni. Perfekcyjne wykonanie, bez żadnej rysy, zadrapania czy śladów użytkowania. Ciekawe, jak ciężka była ta największa z nich? Zebrała w sobie cały zapas energii. Wstrzymała oddech, chwyciła kulę i o mały włos się nie przewróciła. Kula dała się podnieść bez najmniejszego wysiłku. Była lekka jak powietrze, jakby nic nie ważyła. Intrygujące. Nie ulegało wątpliwości, że wykonane były z identycznego materiału, miały dokładnie takie same cechy zewnętrzne. Różniły się tylko wielkością. Jak to możliwe, że ciężar nie odpowiadał ich rozmiarom?
- Czy wiesz, co to jest? - kobieta pojawiła się nagle, jakby znikąd. Tak po prostu stanęła za jej plecami i przemówiła. Dalema podskoczyła na dźwięk tych słów i upuściła kulę.
- Uważaj! Są cenne! - głos Katary jednoznacznie wskazywał na to, że także dla niej te niezwykłe przedmioty były wartościowe. Ale Dalema nie zdążyła nawet wyrazić skruchy i przeprosić za to, że upuściła kulę, bo patrzyła jak zahipnotyzowana na jej nienaturalnie długie i powolne spadanie. W każdej chwili mogła ją złapać, mogła ją zatrzymać nawet kilka razy. Mogłaby, gdyby nie stała jak wryta, jakby dotknięta Tchnieniem Władców.
- Czy wiesz, co to jest? - powtórzyła spokojnie Garuna, obserwując bacznie każdy ruch Dalemy. Bo przecież to musiała być ona. Skąd przyszła? Jak się znalazła tak blisko niej? Tak szybko? Przecież nie słyszała jakiegokolwiek dźwięku, żadnych kroków. W jednej chwili były tylko we dwie z Katarą, a w następnej ta niepokojąca staruszka stała obok. A może po prostu Dalema była zbyt pochłonięta niecodziennym odkryciem? Może tak zafrapowały ją własne myśli, że nie zareagowała na to, co działo się dookoła niej. Z całą pewnością tak być musiało. To było jedyne logiczne wytłumaczenie.
Dalema przyglądała się stojącej naprzeciw osobie. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie ma więcej niż pięćdziesiąt cykli, ale zmarszczki wokół oczu i bruzdy na policzkach mówiły coś zupełnie innego. Kobieta musiała już jakiś czas temu osiągnąć godność Numy i wstąpić do grona starszyzny. Może liczyła sobie nawet siedemdziesiąt cykli...
- Czy wiesz, co to jest? - po raz trzeci spytała Garuna. Dalema była tak zaskoczona i jej nagłym pojawieniem się i frapującymi zjawiskami, że zupełnie nie wiedziała, czemu bardziej się dziwić.
- Ni... ni... nie. - No nie, i do tego znowu zaczęła się jąkać.
- Szkoda. Bo ja też nie - staruszka uśmiechnęła się dobrotliwie i zmrużyła jedno oko. - Zapewne proroctwa też nie znasz, prawda?
Dalema zaprzeczyła ruchem głowy, nim zdążyła wydusić. - Jakiego proroctwa?
- Później. - Garuna ponownie przesłała jej uśmiech. - Dobrze, że przyszłaś. Jestem opiekunką Katary. Chciałam ci podziękować za to, co zrobiłaś dla niej wczoraj.
- Ni... ni... nie ma o czym mówić. Nic ni... ni... nie zrobiłam - Dalema jąkała dalej i patrzyła uważnie na swoją rozmówczynię.
Garuna była niska. Co najmniej niższa od niej o głowę. Trudno powiedzieć, czy była szczupła, czy raczej wręcz przeciwnie. Bo z jednej strony miała klasyczną, walcowatą figurę charakterystyczną dla osób w tym wieku, a z drugiej strony - twarz i ręce miała nienaturalnie szczupłe, wręcz chude.
Tak, musiała być co najmniej w wieku Dziadka. To znaczy tak by było, gdyby Dziadek jeszcze żył. Ciekawe, czy go znała. Jak to możliwie, że od jego śmierci upłynęły już cztery cykle, a ona wciąż miała w sercu tę samą ogromną pustkę? Zamiast czuć się z każdym księżycem coraz lepiej, to przeciwnie - z każdym dniem odczuwała coraz większą tęsknotę. W jej życiu było już tyle momentów, kiedy potrzebowała mądrej rady Dziadka, tyle pytań, na które nie umiała sobie odpowiedzieć bez jego podpowiedzi. Dlaczego nie było go przy niej teraz?
- Mówiłam już, że nie potrzebowałam jej pomocy - z widoczną irytacją w głosie powiedziała Katara.
- Nawet jeśli ona jeszcze tego nie docenia - powiedziała spokojnie kobieta i jedną ręką objęła i przytuliła do siebie Katarę, a drugą całkowicie oszołomioną i zaskoczoną Dalemę. Uśmiechała się do nich tak lekko i radośnie, kiedy mówiła. - Musisz spróbować moich specjałów. Katara tobie na pewno się nie przyzna, ale uwielbia łakocie.
Ten drobny gest całkowicie rozbroił Dalemę. Zupełnie nie wiedziała, jak zareagować, więc tylko ulegle, bez słowa sprzeciwu i żadnych oporów usiadła wraz z nimi. Patrzyła raz na jedną, raz na drugą i chyba w głębi ducha trochę zazdrościła im tej więzi i porozumienia, które między nimi było.
- Jakiego proroctwa? - wciąż nie dawały jej spokoju wypowiedziane przez gospodynię słowa. Nigdy nie słyszała i nie czytała o żadnym proroctwie. Nie nauczano też o tym w Ilumenie. Wychodziła z prostego założenia, że jeśli o czymś nie mówiono w Ilumenie, to znaczy, że tego nie było.
- Mówiłam już, później. Chcesz poznać smak owocu tylko po dopiero co zakwitłym pąku? Nie można poznać tajemnic zwoju bez poświęcenia mu należytej uwagi i czasu, prawda, Dalemo?
Zawstydziła się swojego zachowania. Była tu dopiero pierwszy raz, przyjęto ją tak serdecznie, a ona nie okazała należytych manier. Ale to wszystko przez pragnienie poznania sekretu o proroctwie. Chcąc zatuszować poprzednie wrażenie, zagaiła ponownie.
- Skoro te przedmioty są takie cenne, to dlaczego nigdzie nie są schowane? Dlaczego ich nie przechowywać w jakimś bezpiecznym miejscu?
- Nie wiesz, że najtrudniej dostrzec to, co znajduje się dokładnie przed twoimi oczami? Najciemniej jest przecież zawsze w blasku księżyca. Czyż tak nie jest?
Trudno było nie dostrzec w wypowiedziach Garuny tej prostej i zadziwiającej logiki, z której tak znany był Dziadek. Chciała powiedzieć, że przecież jeśli ktoś czegoś szuka, to na pewno łatwiej będzie mu to znaleźć, gdy nie będzie schowane. Jednak Garuna wcale nie oczekiwała odpowiedzi, bo ciągnęła dalej.
- Ale nie tym się teraz będziemy zajmowały. Pora na to przyjdzie kiedy indziej. Jesteś tu nie tylko z powodu wczorajszego wydarzenia. Już od dawna chciałam z tobą porozmawiać, Dalemo. W tym roku Katara rozpoczyna naukę, aby zostać Widzącą Prawdę. Uznałam, hm, zadecydowaliśmy, że także ty powinnaś przyłączyć się do tegorocznych kandydatów.
A już myślała, że dzisiaj nic nie będzie w stanie jej bardziej zadziwić. Jacy my? Jak to zadecydowaliśmy? Kto? Widać, Garuna jeszcze nie znała Pani Matki. Przecież nie było żadnej szansy, nawet najmniejszej, aby Pani Matka się zgodziła i zaakceptowała taką sytuację. Każda inna gildia tak, ale nie Widzący Prawdę.
Widzący Prawdę byli najbardziej specyficzną i zagadkową grupą w całej Supali. Nie wiedziała, czy w innych koloniach mieli tak samo wiele uprawnień, ale u nich byli zdecydowanie postrzegani w sposób wyjątkowy. Istnieli w Imperium, ale jakby poza nim. Władcy pozwalali im na większą samodzielność i nie kontrolowali ich tak jak pozostałych grup. Mieli wiele przywilejów zastrzeżonych tylko dla nich. Mogli bez problemów poruszać się po mieście. Nie musieli przedstawiać raportów czy sprawozdań z codziennego życia ani nawet wymaganych planów na przyszłość. Co więcej, pozwalano im nawet bez specjalnych pozwoleń wychodzić poza teren miasta i poruszać się swobodnie po całej kolonii.
Jednak cena za tę wyjątkową pozycję była wysoka. Było nią całkowite odsunięcie od spraw Imperium. Nikt, kto choć przez dzień sprawował funkcje Widzących Prawdę, nie mógł pełnić żadnych innych funkcji publicznych. Nawet kandydat starający się zostać Widzącym Prawdę, który ostatecznie nie został przyjęty, nie mógł służyć Władcom. Królowie już go nie chcieli.
Z tych właśnie powodów Pani Matka nigdy nie zgodziłaby się na taką drogę dla swojego jedynego dziecka.
- Widziałam się wczoraj z twoimi parfos i zgodzili się ze mną. Wspólnie ustaliliśmy, że taka powinna być twoja droga. I pora, abyś rozpoczęła ją jak najszybciej - spokojnie oświadczyła Garuna, świdrując ją swym uważnym, przenikliwym wzrokiem.
- Mu... mu... muszę już iść. Chcia... chciałabym porozmawiać z Panią Matką. - Dalema wstała szybko, skinęła głową kobiecie. - Marchatnam, Garuno. Do jutra, Kataro.
Musiała jak najszybciej opuścić to przedziwne miejsce. Wrócić do domu i przekonać się, że to wszystko nieprawda.
13
- Może nie jest aż tak trudno polubić Gaj Prawdy?
Dalemę z zamyślenia wyrwał głos Garuny. Odwróciła się do stojącej za nią osoby. Jak widać, starsza kobieta miała nieprzyjemny zwyczaj skradania się cichaczem i zaskakiwania swoją obecnością.
- Nie jesteś tu szczęśliwa, prawda? Obawiałam się, że możesz sobie nie poradzić, że będą problemy z przełamaniem starych przyzwyczajeń. Ale sądziłam, że przynajmniej spróbujesz.
A od kiedy to kogokolwiek interesowało jej szczęście? No może dawno temu Dziadka... Ale te czasy minęły bezpowrotnie.
Garunę spotkała po raz drugi w życiu. Od tamtego pamiętnego wieczora więcej się nie widziały. I raczej nie wyczekiwała tych spotkań. Była przekonana, że nic dobrego nie mogło z nich wyniknąć. Czasami nawet zdarzało się jej gdzieś zauważyć staruszkę, ale zawsze była w stanie skutecznie unikać bliższych kontaktów z nią. Teraz też myślała jedynie o tym, żeby jak najszybciej przerwać tę kłopotliwą rozmowę i odejść jak najdalej.
- Marchatnam, Garuno - skłoniła się i spuściła głowę. Bała się patrzeć w te wszystko widzące oczy. - Ja... ja... ja... przepraszam, muszę już iść.
Zjawiła się tam specjalnie znacznie wcześniej, bo chciała przez chwilę pobyć sama. Tak po prostu rozkoszować się wszechogarniającą ciszą poranka. Podziwiać gigantyczne, otaczające ją monolity, obserwować spadające liście i bez konieczności wysłuchiwania nauk cieszyć się pięknem chwili. Przecież jeszcze nawet na dobre nie zaczęło świtać. Czemu Garuna przyszła tak wcześnie?
- Zostań, Dalemo! - donośny głos zatrzymał ją w pół kroku. Teraz już wiedziała, czemu nikt nie śmiał się jej przeciwstawiać. Moc jej słowa była taka, że zdawało się, iż wszystko wokół zamarło, a jedyne, co pozostało, to tylko cisza. Ton głosu Garuny jasno wskazywał, że nie można nie wykonywać jej poleceń.
- Myślę, że już najwyższa pora, abyś zobaczyła coś oprócz Supali. Czas, abyś doceniła życie poza kolonią. Pojedziemy na taktach. Chodź ze mną. - I po chwili marszu dodała: - Mam nadzieję, że umiesz jeździć?
Czy umiała? Uśmiech na twarzy Dalemy mówił wszystko. Kiedy pierwszym razem zobaczyła takta, a było to podczas Święta Ostara, zwierzę to nieco ją przeraziło. Małemu dziecku, bo liczyła sobie wtedy zaledwie kilka cykli, takt wydawał się ogromny. Ale nawet wówczas dominującym uczuciem nie był wcale strach, lecz zachwyt i oszołomienie. Zwierzę miało w sobie tyle godności i spokoju, że czarowało całym sobą. Każdym krokiem, ruchem łba czy drgnieniem mięśnia. Nieskazitelne piękno w najczystszej postaci.
Pamiętała, że to Pan Ojciec pomógł jej dosiąść takta. Wszyscy wkoło byli zdziwieni, że tak małemu dziecku pozwolono na przejażdżkę. Jednak już po chwili byli jeszcze bardziej zdumieni, kiedy zobaczyli, jak dobrze sobie z nim radziła. Dzisiaj już nie mogła sobie przypomnieć, czy to z rodzinnych opowiadań, czy też z własnych wspomnień docierał do niej obraz tamtych przeżyć. Wiedziała tylko, że jazda taktem była dla niej najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Dokładnie i w lot rozumiała jego zachowanie i potrafiła mu również bezbłędnie przekazać własne polecenia. Zapamiętała także, że Pana Ojca jakoś nie specjalnie zadziwiły jej umiejętności. Prawdę powiedziawszy, to w ogóle trudno było go czymkolwiek zaskoczyć.
Później to głównie Dziadek zabierał ją na przejażdżki - zgodnie z wyznawaną przez siebie zasadą, że jeżeli jest się w czymś dobrym, to należy ćwiczyć, aby być jeszcze lepszym. Kiedyś nawet obiecał jej, że będzie miała własnego, należącego tylko do niej takta. Ale Dziadek zmarł. A z jego śmiercią musiało umrzeć także jej pragnienie.
W tym samym czasie, kiedy Garuna z Dalemą zbliżały się do kapłańskich stajni, z pobliskich zabudowań wyprowadzono dwa wierzchowce. To prawda, co mówili mieszkańcy, że Widzący Prawdę mieli najwspanialsze takty w całej Supali. Dalema obserwowała, jak prowadzono wysokie na trzy łokcie w kłębie, lśniące od wyszczotkowania, z nienagannie zaplecionymi grzywami i ogonami, o ciepłej kasztanowej barwie stworzenia. Parskały radośnie i delikatnie poruszały łbami w niecierpliwym oczekiwaniu.
- Wsiadaj. Na co czekasz? - kobieta ponagliła Dalemę. Czego jak czego, ale tego nie trzeba było jej dwa razy powtarzać.
Garuna dosiadając takta, skorzystała - jak to było powszechnie przyjęte - z pomocy stajennych. Dalema stanowczym gestem odmówiła pomocy i sama błyskawicznie dosiadła wierzchowca. To Dziadek ją tego nauczył. Trzeba tylko dwu-, trzykrotnie rozbujać prawą nogę, w tym samym czasie podciągając się na rękach mocno odbić z lewej. I już obserwowało się świat z wysokości. Teraz to była łatwizna. W dzieciństwie jednak nie jeden raz miała okazję dokładnie lustrować taktowe brzuchy podczas ćwiczeń. Było jednak warto. Nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek inny tak dosiadał takta. Nawet Garuna z uznaniem pokiwała głową.
- To dobrze, że umiesz jeździć. Przyda się.
Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie ruszą. Ukradkiem gładziła sierść zwierzęcia. Najdelikatniejsze materiały nie były w stanie nawet w części oddać tej gładkości. Mocno wczepiła dłonie w grzywę i równie niecierpliwie jak one czekała na sygnał do wymarszu.
Jednak nawet w takim momencie poczucie obowiązku było silniejsze od niej. Wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi zapytała:
- A Ilumen? Co z Mistrzem Mansfeldem? On nie zrozumie.
- Tym się nie przejmuj. To nie twoja sprawa, jak sobie poradzę z Arcymistrzem - odcięła Garuna i wciskając kaptur głęboko na czoło, żwawo docisnęła łydki. Takt ruszył z miejsca, a Dalema poszła jej śladem. Po chwili wierzchowce zrównały się ze sobą, a one jechały ramię w ramię.
Opuściły gaj i wydostały się na puste jeszcze ulice. Miasto dopiero budziło się do życia. Było spokojnie i cicho. Tylko nieliczni mieszkańcy zmuszeni wykonywaną pracą, leniwie i powoli zaczynali kolejny dzień. Co pewien czas odwracali się w ich stronę i ciekawie, z zainteresowaniem obserwowali niecodzienny widok. Jednak naciągnięte kaptury nie pozwalały ich rozpoznać, więc rozczarowani znowu wracali do swoich zajęć.
Najpierw, żeby rozruszać zwierzęta, pozwoliły im iść wolniejszym tempem. Po kilku minutach Garuna dała znak, aby przyśpieszyły. I takty pobiegły płynnym kłusem. Mijały kolejne domy i ulice, równo i miarowo przemierzając uśpioną stolicę. Dalema przez cały ten czas nawet przez sekundę nie przestawała gładzić skóry i dotykać grzywy swojego wierzchowca. Gdyby pozwolono jej codziennie odbywać takie przejażdżki, to na pewno dużo bardziej spodobałoby się jej wśród Widzących Prawdę.
Zastanawiała się nad tym, co usłyszała od Pana Ojca, że podobno w niektórych koloniach zakładano na zwierzęta specjalne odzienie, aby jeźdźcom było łatwiej siedzieć i kierować zwierzęciem. Zupełnie nie pojmowała, skąd wzięły się takie rozwiązania. Przecież nie istniał żaden lepszy kontakt niż ten, kiedy ciało stykało się ze skórą wierzchowca. Kiedy stawali się jednym. Gdy każdy ruch, najlżejszy dotyk łydki, uścisk grzywy spotykał się od razu z reakcją dosiadanego stworzenia. Może dlatego akceptowalnym strojem w Supali, również dla kobiet, były spodnie, które nosiło się pod sukmanami. Typowa damska odzież nie dawała takiego komfortu i możliwości jazdy jak męskie ubranie.
Po mniej więcej pół godzinie dotarły do głównych wrót. Przy bramie Garuna szybko rozmówiła się ze strażnikami. Dalema nie usłyszała nawet jednego słowa z tej rozmowy, ale po wyrazie twarzy strażników nie trudno było odgadnąć, że żaden nie zakwestionował ich prawa do wyjścia. Staruszka odwróciła się do niej, skinęła ręką i bez zbędnych słów od razu przeszła w galop. Na to tylko czekał takt Dalemy. Nie trzeba mu było dawać żadnego sygnału, doskonale wiedział, co ma robić. Jej pozostało jedynie rozluźnić biodra, delikatnie przechylić się do przodu i poddać się szybkości wierzchowca.
Sprawnie przedostały się na drugą stronę rzeki. Lamas była szeroką i rwącą rzeką, jednak nawet ona miała kilka brodów, które umożliwiały jej przekroczenie. Garuna bez żadnego zawahania odnalazła bezpieczne przejście przez wodę. Zaraz po przejściu brodu skierowały zwierzęta na niewielką ścieżkę prowadzącą w głąb prastarego boru. Staruszka nadawała tempo. Galop błyskawicznie przeszedł w szaleńczy bieg. Takty prawie nie dotykały ziemi. Leciały. Dróżka była tak wąska i zarośnięta, że trzeba było mocno wtulać się w grzywę zwierzęcia i chować za jego łbem, aby nie zostać ogłuszoną żadną wyrastającą gałęzią. Dalema nie miała najmniejszej szansy, aby zapamiętać przemierzaną drogę. Mijały tyle rozwidleń i wszystkie decyzje co do wyboru trasy były podejmowane tak szybko, że przestała nawet próbować i już nie zwracała żadnej uwagi na to, dokąd się kierują. Z podziwem patrzyła tylko na migającą przed nią sylwetkę. Nie sądziła, że osiągając godność Numy, posiadając tak dostojny wiek, można sobie tak dobrze radzić.
Trudno powiedzieć, czy minęła już cała godzina, bo słońca wciąż jeszcze nie było widać. Takty wciąż pędziły z tą samą werwą co na początku, choć musiały być przynajmniej trochę zmęczone. Nagle podniesiona dłoń Garuny i gwałtowne zwolnienie tempa wskazały koniec podróży.
Równie nagle skończył się także otaczający je bór i ich oczom ukazała się olbrzymia polana. W słabym świetle budzącego się dnia Dalema niewiele widziała. Mgły jeszcze nie opadły na dobre i bardziej można było się domyślać widoku niż wierzyć własnym oczom. Zdawało się jej, że przed nimi rozciągały się rozległe, wykarczowane połacie lasu, zapewne przeznaczone na pola uprawne.
Kiedy starała się przebić wzrokiem mgłę, dotarło do niej, że stoją na szczycie wysokiego wzgórza. Trzeba będzie niezwykle powoli schodzić ze zbocza. Osuwający się żwirowy grunt nie był bezpieczny. Zwierzęta łatwo mogły stracić równowagę i wraz z nim stoczyć się w dół. Nie bała się jednak upadku. Takty były spokojne i dobrze wyćwiczone. Zapewne nie raz pokonywały tę trasę.
Znajdowały się już prawie u podnóża urwiska, gdy dostrzegła w oddali, w niecce znajdującej się na dnie doliny, rozciągającą się niewielką osadę. Liczyła sobie kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt niewielkich ziemianek. Stały za daleko, aby mogła zobaczyć cokolwiek więcej.
- To właśnie ziemie Slavan. Przyjrzyj się, jak mieszkają prawdziwi Orbatole. - Garuna zatoczyła ręką półokrąg i skierowała się właśnie w tamtą stronę.
- Slavan, tych Slavan? - Niedowierzenie Dalemy zupełnie nie poruszyło towarzyszki. Nie odpowiedziała na jej pytanie, nawet nie odwróciła się do niej. Nie pozostało jej więc nic innego, jak tylko czekać. Czy to możliwie, że zobaczy miejsce, w którym wcześniej mieszkał Zamir? Była przekonana, że Dziadek wyraźnie wspominał właśnie o tym plemieniu.
8
Nad Supalą wschodziło piękne czerwone słońce. Wstawał nowy dzień. Dalema patrzyła w okno zachwycona jego cudownością. Obudziła się wyspana i spokojna. Po raz pierwszy od bardzo dawna spała snem sprawiedliwych. Ależ czarujący dzień się zapowiadał! Niebawem rozpocznie się Biała Senność, ale wciąż jeszcze zaskakującym ciepłem rozpieszczała ich Pora Spadających Liści.
Na szczęście pafros wczoraj nie dociekali, dlaczego wróciła tak późno. Byli zajęci jakimś przybyszem, który ich odwiedził. Nie był to jednak nikt z Ilumenu. Wierzchnie okrycie, które zobaczyła w sieni, nie należało do nikogo z Mistrzów. Dobrze, że w tym wszystkim miała chociaż trochę szczęścia. Pafros nawet nie zdawali sobie sprawy, że aż tak długo nie było jej w domu. Nikt nie zauważył także jej poranionego kolana, więc nadzieja, że się upiecze, rosła z każdą chwilą. Nawet ból w nodze był już prawie nieodczuwalny.
A jeśli Mistrz Mansfeld wcale nie jest taki zły? Przecież to, co zrobiła wczoraj, naprawdę zasługiwało na karę. Nie był to co prawda jeszcze bunt, ale całkowite pogwałcenie regulaminowych zasad i niepisanych praw obowiązujących w Ilumenie. Sama nie wiedziała, co było gorsze. Gdyby tak Pani Matka się o tym dowiedziała... Krwawiące kolano byłoby wtedy jej najmniejszym problemem.
Szła i nie mogła się doczekać zajęć w Ilumenie. Już nie czuła przerażenia na samą myśl o nim. Wreszcie przestała się bać. Było nawet zabawne, że w tym całym zamieszaniu nie zaobserwowała reakcji osoby, która tak bardzo zajmowała jej myśli od dawna, Zamira. Jednego była pewna. Teraz ją zauważył. Chociaż pewnie mogłaby osiągnąć ten sam efekt w mniej radykalny sposób. Ciekawe, czy Izbor coś widział? Oby czujne oko przyjaciela sprawdziło się w tej sytuacji. Przyśpieszyła kroku, gdy zdała sobie sprawę, że za chwilę rozpoczną się zajęcia. Biegiem przekroczyła główną bramę, witając stojących przed nią strażników i skierowała się do sali dziesiątej. W wejściu znowu się z kimś zderzyła. Podniosła głowę i zamarła.
- Czyżbyśmy stworzyli nową tradycję? Chyba weszło nam to już w krew, prawda? - słyszała głos i widziała tę twarz, ale nie wierzyła. Przed nią stał totem Ilumenu. Dobrze ponad trzy łokcie smukłego umięśnionego ciała będącego snem każdej dziewczyny w Supali. Lekko śniada karnacja, krótkie, miękko układające się fale włosów w kolorze opalanego zboża i orzechowe oczy, które teraz patrzyły tylko na nią. - Jestem Zamir - powiedział, uśmiechając się i lekko skłonił głowę.
- Da... Da... - Nie, tylko nie teraz. Znowu nie potrafiła płynnie wymówić swojego imienia. Przecież na taką chwilę czekała, takiego momentu wyczekiwała. Miała jedną szansę. Nie mogła jej zmarnować.
- Dalema - odpowiedziała wreszcie, zbierając całą swoją wewnętrzną siłę i zdobywając się na najbardziej zaczepny ton.
- Wiem, kim jesteś i jak masz na imię, Dalemo z rodu Darumów.
No i masz, cała pewność siebie i zadziorność zniknęły. Wyparowały jak kamfora. Czy on na pewno mówił do niej? Stała tam i ponownie nie potrafiła się wysłowić. Nie wiedziała, jak długo mogłaby tam jeszcze być i wpatrywać się w niego, gdyby nie wszechobecny, stale narastający szum tłumu.
- Mistrz. Mistrz Mansfeld idzie.
Bogom dzięki, nie było czasu na rozmowy, odwróciła się i pobiegła w stronę właściwego rzędu. Izbor siedział na swoim miejscu i uśmiechał się szelmowsko.
- Nie no, no teraz to mi zaimponowałaś. Ty masz plan, dziewczyno! Czapki z głów.
Spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem, sama będąc myślami zupełnie gdzie indziej.
- Tylko nie rób tych maślanych oczu. Fe. To zupełnie, absolutnie niesmaczne - ciągnął.
Miała ochotę go uściskać. Ba, dzisiaj miała ochotę przytulać wszystkich, nawet Antamię.
Mistrz wszedł do sali, powoli lustrując wzrokiem zgromadzonych. Nie spuściła oczu jak zawsze, ale patrzyła na niego i obserwowała jego reakcję. Przez krótką chwilę patrzył na nią, jednak zwyczajnie i obojętnie. Tak jak w każdym cyklu. Zresztą w ogóle zachowywał się tak, jakby wczoraj zupełnie nic się nie wydarzyło. Zajęcia mijały niezwykle szybko. Mistrz Mansfled - jak zwykle drażliwy i dokuczliwy - na nikim nie skupił się zbyt szczególnie. Ot, dzień jak co dzień. Po prostu jak zawsze uznawał ich za zgraję nieuków niepotrafiących zrozumieć podstawowej wiedzy, której oczekiwali od nich Władcy.
Dalema jednak nie mogła się skupić na zajęciach. Od początku dnia rozglądała się za Katarą. Szukała jej wśród wszystkich ilumenów. Nie było jej. Nie przyszła dzisiaj. Niedobrze, absencja na zajęciach oznaczała poważne kłopoty.
Wreszcie Mistrz skończył. Nakazał im powtórki i zniknął w drzwiach. Odwróciła się do Izbora, żeby zapytać, czy będzie potrzebował wieczorem pomocy przy nauce, gdy zobaczyła stojącą obok niego Antamię. Kipiała wściekłością i gniewem. Widać, że z trudem panowała nad sobą. Wyrzucane przez nią słowa były tak ciężkie jak ruszające z rana maszyny kopalników.
- Nie będzie dzisiaj przedstawienia? Nie zadziwisz nas żadnym występem, Da... Da... Dalemo?
O co jej znowu chodziło? Dlaczego Antamia uważała, że ma monopol na mądrość, permanentną wyłączność na rację i dobre rady dla wszystkich? To prawda, że była żeńską wersją Zamira. Jej nieziemska uroda była znana w kolonii. Do tego była jeszcze córką Belzbora, Pierwszego Strażnika Praw. Była po porostu idealną partią. Ale czy przez to miała prawo upokarzania jej zawsze i wszędzie? Spojrzała na salę. Większość ilumenów udawała, że nie zauważa zamieszania, jednak nieliczni odważni zdawali się niemo mówić wzrokiem: "Ona taka już jest. Nie przejmuj się". Szukała Zamira. Ciekawe, co sobie myślał o tym wszystkim. Nie widziała go jednak.
- Zostaw ją - Izbor próbował wejść między nie i zażegnać sytuację, ale było za późno. Antamia się właśnie rozkręcała.
- Czy nie zdajesz sobie sprawy, że przez ciebie mogliśmy mieć kłopoty, ty bezmyślna dziewucho?
Teraz już wszyscy na nią patrzyli. Nikt nie obdarzał jej przyjaznym spojrzeniem. Lekkie uśmiechy i przyjacielskie twarze znikły, kiedy dotarło do nich, że mogła sprowadzić na nich problemy.
- Jak chcesz się bawić w obrończynię i opiekunkę jeszcze większych niezdar i nieudaczników, niż ty sama jesteś, to bardzo proszę, ale rób to bez nas. Zrozumiałaś mnie?
Czy zawsze tak będzie? Czy nie będzie miała szans na choć trochę zrozumienia, przyjaźni, szacunku innych? Czy nigdy nie zazna spokoju?
- Zrozumiałaś mnie? - Antamia irytowała się coraz bardziej.
Cóż mogła powiedzieć? Jak można zareagować w takiej sytuacji? Podniosła swoje rzeczy z siedziska, spojrzała na Antamię i chłodno powiedziała:
- Przesuń się - sama była zadziwiona swoim spokojnym tonem i opanowaniem. - Proszę, odsuń się. Chcę przejść. - Przez chwilę mierzyły się wzrokiem. W końcu jednak Antamia się przesunęła.
- Dziękuję - powiedziała Dalema, patrząc prosto na nią. To zdumiewające, ale wypowiadane słowa zabrzmiały nawet godnie. Minęła Antamię i skierowała się do wyjścia. Starała się iść jak najwolniej. Robiła wszystko, aby nie ulec pokusie. Chęć zbiegnięcia po schodach i ucieczki jak najdalej była ogromna. Jednak zawsze w takich momentach ratowało ją jedno. Uspokajała się, przypominając sobie rozmowę z Dziadkiem, kiedy pocieszał ją po tym, jak po raz kolejny wracała zrozpaczona z Ilumenu, nie umiejąc odnaleźć się w tłumie przedrzeźniających, nachalnych i wrogich rówieśników.
- Jak myślisz, ile żyje motyl?
- Nie wiem. Cykl, może dwa - zaskoczona pytaniem spojrzała na Dziadka.
- O nie, zdecydowanie krócej - roześmiał się i kontynuował bez żadnego związku. - Bo widzisz, w przyrodzie ważne jest nie życie poszczególnego osobnika, ale przetrwanie gatunku. Dlatego długość życia zależy od tego, jak szybko spełnią swoją życiową misję.
- Nie rozumiem. Co to znaczy i po co mi to w ogóle mówisz?
- To znaczy wtedy, gdy dadzą życie kolejnemu pokoleniu.
- Aha, ale jaki to ma związek ze mną? - spytała z wyrzutem.
Była tylko samotnym, zupełnie nierozumianym dzieckiem. Dlaczego on też sobie z niej żartował? Jednak Dziadek nawet nie drgnął, nie zareagował na ten wyrzut, tylko milczał. Wiedziała, że nie posuną się dalej w rozmowie, dopóki nie zada właściwego pytania. Musiała ustąpić. - No to ile w końcu żyją te motyle?
- Około dwóch, do czterech pełnych księżycy.
- To bardzo krótko.
- One tak nie uważają.
- Ale czemu mi o tym mówisz? Przecież ja mam dużo więcej czasu.
- To tobie się tak wydaje, dziecko. To tobie się tak tylko wydaje...
Wciąż nie rozumiejąc, patrzyła na starszego, przyprószonego siwizną, zgarbionego mężczyznę. Jedyne, co u Dziadka nie zmieniało się z wiekiem, to błękitne oczy. Nigdy nie straciły nic ze swej bystrości i młodzieńczego blasku.
- Po prostu nie trać czasu na rzeczy nieistotne.
- Ale to jest ważne!
- Czy na pewno ważne dla siedmioraczki musi być to, że banda mniej bystrych siedmioraków nie dostrzega i nie rozumie, że ta jest inna? Dalemo, proszę, nie marnuj chwil na drobiazgi, są zbyt cenne. Uwierz mi. Szkoda każdej, bo w sumie ich wszystkich mamy tak mało...
Wtedy też nie potrafiła docenić tego, co miała: troskliwego, nadopiekuńczego i bezwarunkowo ją kochającego Dziadka. Ale już od jakiegoś czasu czuła, że te wszystkie rozmowy, anegdoty, barwne opowieści to były jej talizmany. Podarunki, które otrzymywała. Dostawała je jeszcze teraz, na długo po tym, kiedy jego już z nią nie było.
Wreszcie przekroczyła drzwi i wyszła na korytarz, tym samym tempem skierowała się do wyjścia. Uff, była już na świeżym powietrzu, poza murami. Za sobą usłyszała tupot kogoś biegnącego. Czyżby to był Zamir? Wyobraźnia podsuwała jej różne obrazy. Ale nie, to tylko Izbor. Jak mogła być tak naiwna? Ale przecież była. Tak, była naiwna i głupia. Dlaczego ktoś taki jak Zamir miałby się nią interesować?
- Poczekaj, bo dostanę zadyszki - Izbor wysapał wreszcie, dobiegając do niej. - To przecież było do przewidzenia. Chociaż nie wiem, czemu aż tak ostro zareagowała. Ale z drugiej strony to kobieta. Nigdy ich nie zrozumiem - mówił zupełnie skonfundowany, wzruszając bezradnie ramionami.
- Ja też jestem rodzaju żeńskiego, Izborze. - Przysunęła się do niego i objęła go ramieniem. - Jak dobrze mieć cię obok siebie. Zawsze potrafisz mnie rozbawić.
- Ty jesteś kobietą? Tak, fakt. Przepraszam, czasami zapominam.
- No może jednak nie zawsze...
- Dalemo! - Zza drzew wyszła Katara. Wyglądała jak duch. Miała podkrążone oczy i wydawała się bardzo zmęczona. Co ona robiła w tych krzakach? Jak długo tam siedziała?
- Ka... Ka... Katara? Co tu robisz? Nie było cię na zajęciach. - Dalema sama nie była pewna, czy brzmiało to bardziej jak pytanie, czy stwierdzenie.
- Moja opiekunka chce się z tobą widzieć, Dalemo. Prosiła, żebym cię do nas przyprowadziła. Chodź ze mną.
- Nie mogę. Pani Matka będzie się niepokoić. Muszę wrócić do domu zaraz po zajęciach. Może innym razem. - Spojrzała na Katarę kompletnie oszołomiona zarówno jej nagłym pojawieniem się, jak też zdumiewającą propozycją. Co ta dziewczyna sobie wyobrażała?
- To musi być dzisiaj. Tak chce moja opiekuna. Zresztą powinnaś wiedzieć, że Garunie się nie odmawia. A Panią Matką się nie przejmuj. Izbor zajmie się tym, prawda, Izborze?
Izbor wyglądał na nie mniej zdziwionego. Ale tylko przytaknął i spojrzał bezradnie na Dalemę.
- W takim razie chodźmy już. Mamy mało czasu, a ja mieszkam na północno-zachodnim krańcu. Zajmie nam godzinę, nim do mnie dotrzemy.
11
- Wyłączcie rozum. Przestańcie wreszcie myśleć. Skupcie się na oddechu, który was wypełnia. Myślcie o energii, która was otacza. Poczujcie wszystkie żywioły. Siłę ziemi, moc wody, potęgę powietrza, żar ognia - po raz enty powtarzał Tuzalem, jeden z niższych rangą Widzących Prawdę, prowadzący poranne ćwiczenia.
Jak miała to zrobić? Całe życie mówiono jej, że ma myśleć. Tylko myśleć. Powtarzano, że największą cnotą jest mądrość i tylko ona miała znaczenie. Jak można wymagać, że teraz nagle będzie w stanie wszystko zmienić?
Patrzyła na pozostałych kandydatów. Byli skupieni i nieobecni. Każdy, stojąc twarzą do wschodzącego słońca, mamrotał wyuczone formuły pod nosem. Nie dostrzegali niczego - ani piękna dostojnych arkarii, wśród których się znaleźli, ani całej wspaniałej architektury otaczającej ich świątyni. Dalema zdążyła już kilkukrotnie zlustrować całą budowlę wraz z elementami konstrukcyjnymi i nośnymi, policzyć większość liści w gaju i zauważyć każde pojawiające się zwierzę.
Oprócz niej "chętnych", aby zostać Widzącymi Prawdę, było jeszcze sześcioro. "Chętni" to może nie było właściwe słowo. W jej przypadku stanowiło zdecydowanie nadużycie, bo ona "chętną" na pewno nie była. Ale pozostali ściśle wykonywali wszystkie polecenia, uważnie słuchali, aby nie uronić ani jednego słowa prowadzących i zdawali się być zadowoleni, że tu są.
Niepomiernie dziwiło ją, że tak łatwo odnaleźli się w nowej rzeczywistości, że z taką łatwością byli w stanie odpowiedzieć na nowe potrzeby i wymagania. Nie jeden raz zastanawiała się, czy naprawdę tak płynnie przyszło im oderwać się od dotychczasowego, podporządkowanego nauce świata. Nie miała pojęcia, czy tylko udawali, aby nie wzbudzać zainteresowania, czy może rzeczywiście potrafili to zrobić.
Bała się kogokolwiek o to zapytać, nawet Katarę. Nie chciała i tutaj stać się wyrzutkiem. Ale też nie potrafiła oszukiwać. Nie była w stanie ukrywać swych prawdziwych odczuć. Jednak nikomu nie mogła się zwierzyć. Nie wyobrażała sobie, aby wyznać prawdę Izborowi. Jak mogłaby jemu użalać się nad swoim niechcianym przeznaczeniem? Pewnie nawet on, jej przyjaciel, by nie zrozumiał. Przecież wola pafros i potrzeby Wspólnoty były najwyższą i niepodważalną zasadą. Tak było od zawsze i nikt nie śmiał kwestionować takich postanowień.
Czasem nocą, rozmyślając w swojej izbie, zastanawiała się, czy wina nie leżała w niej samej. Może to z nią było coś nie tak, że nigdzie i do nikogo nie pasowała...
Ileż to razy tłumaczyła sobie, że powinna się przemóc i zaakceptować bezwarunkowo przekazywane jej tutaj nauki? Jednak niezależnie od tego, jak bardzo próbowała, efekt i tak zawsze był ten sam. Nie potrafiła zapomnieć, że będąc tu, straciła na zawsze szansę, aby kiedykolwiek zbliżyć się do Władców, zakosztować w bezmiarze ich wiedzy i zobaczyć najwspanialszą krainę na Ziemi.
To właśnie dlatego irytowali ją tu wszyscy i wszystko. W jaki sposób miała pogodzić się z wypełnianiem bezsensownych zadań, których celu wykonywania nie rozumiała? Dlaczego musiała ciągle powtarzać te same wyuczone formuły? I do tego jeszcze niepojęte zachowanie członków gildii. Kiedy Widzący Prawdę wpadali w trans, z tym cały ezoterycznym bełkotem, ona ocierała się o granicę wytrzymałości. Jak mogła ich szanować, skoro nie była w stanie logicznie wyjaśnić, a tym bardziej pojąć ani jednego słowa, ani jednej czynności, które rozgrywały się na jej oczach? Jak sobie poradzi? Pięć cykli, które miała tu spędzić, wydawały się wiecznością. Jak kiedykolwiek obrzędy Widzących Prawdę mogły wzbudzać jej zainteresowanie i podziw?
Wmawiała sobie codziennie, kilkanaście razy dziennie, że nigdy, przenigdy nie zostanie jedną z nich. Doskonale rozumiała Władców. Jak ktokolwiek rozsądny miał uwierzyć w cały ten stek bzdur. Jak jej uczeni i lojalni wobec Atlantów pafros mogli to zrobić? Minęło już kilka pełnych księżyców, a ona wciąż nie mogła dociec sensu tej decyzji i zadawała sobie to samo pytanie: dlaczego?
Pani Matka nie dała jej jednak nawet cienia złudzeń, że istnieje jakiekolwiek inne rozwiązanie. Jasno i dobitnie wytłumaczono jej tamtego wieczora, że to nie ona decyduje o swym losie. Że jeżeli cokolwiek ma do powiedzenia, to niech to zatrzyma dla siebie, bo takie jest ich postanowienie i taka ich wola. Zrozumiała wtedy, iż dalsza dyskusja nie ma sensu. Jej los został przesądzony.
Od tej pory relacje z pafros stały się jeszcze trudniejsze. Żyli razem, ale jakby obok siebie. Oni patrzyli na nią z wyrzutem, że pomimo ich wysiłku i starań Dalema nie doceniała tego, co dla niej robili. Ona rewanżowała się im dokładnie tym samym - brakiem zrozumienia i akceptacji dla jej potrzeb i planów. Czasami jednak wydawało się jej, że Pan Ojciec chciał jej coś powiedzieć. Kilka razy odniosła wrażenie, że gdyby nie Pani Matka, która wkraczała w najmniej odpowiednich momentach, to może zechciałby ją wysłuchać.
Odkąd zaczął się ten koszmar, nie miała nawet chwili dla siebie. Cały swój czas musiała teraz dzielić pomiędzy duchowe fanaberie Widzących Prawdę, wymagającego, będącego postrachem Ilumenu Arcymistrza Mansfelda i ciężką od niezrozumienia domową atmosferę.
Były jednak dwa pozytywne aspekty tej sytuacji. Jednym była nowa, rodząca się przyjaźń z Katarą. Dalemie nigdy nie udało się pozyskać zaufania i chociażby cienia zainteresowania żadnej dziewczyny w Ilumenie. Nigdy nie chciały z nią rozmawiać, a ona także nie miała potrzeby nawiązywania z nimi bliższych kontaktów. A z Katarą było inaczej. Chociaż wciąż jeszcze Katara odnosiła się do niej z dużą rezerwą i ostrożnością, to jednak Dalema rozumiała się z nią prawie tak dobrze jak z Izborem. Katara zadziwiająco trafnie odgadywała jej myśli i na przekór zauważalnej konkurencji wśród kandydatów na Widzących Prawdę zawsze jej pomagała.
Izbor, jakkolwiek niechętny Katarze i jakby wręcz o nią zazdrosny, wbrew samemu sobie robił wszystko, aby zaakceptować nową sytuację. Dalema widziała, że przychodziło mu z trudem przystosowanie się do zmienionej rzeczywistości. Ale to chyba ze względu na nią starał się nawiązać kontakt z Katarą i okazać jej zainteresowanie. Przynosiło to nie najgorsze efekty, bo dziewczyna stopniowo zaczynała nabierać do nich obojga zaufania. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale Dalema wiedziała, że teraz już żadne z nich nie wyobrażało sobie, że kiedyś mogło być inaczej.
Zresztą cała ich trójka stała się w dziwny i zupełnie niezrozumiały sposób sobie bliska. Każde z nich reprezentowało przecież całkowicie odmienne wychowanie, pochodzenie i wartości. Dalema, ze względu na przynależność swoich pafros do gildii ściśle związanych z Władcami, była kojarzona właśnie z nimi. Katara uosobiała odrębność Supali, niezależność i wyjątkowość Widzących Prawdę. A Izbor poprzez swoich przodków i niezwykły talent miał w przyszłości zasilić szeregi Twórców. Jak to się stało, że pomimo dzielących ich różnic zostali prawie nierozłączni? Jak to możliwe, że wbrew utartym przekonaniom i założeniem potrafili odnaleźć w sobie coś, co ich łączyło? W Ilumenie patrzono na nich jak na dziwadła. Ale przecież do tego przywykli.
Drugim, nie mniej ważnym pozytywem było to, że coraz rzadziej w jej myślach gościł Zamir. Miała zbyt wiele na głowie, aby przejmować się jeszcze nim. Czasami jednak dyskretnie rozglądała się po sali, mając nadzieję, że uchwyci gdzieś jego spojrzenie. Zawsze wchodząc do Ilumenu, łudziła się, że jeszcze raz tam się z nim spotka. Że wpadną na siebie w tych właśnie drzwiach, tak jak wtedy. Ale tak się nie działo.
Zamir po ostatnim spotkaniu zupełnie przestał zwracać na nią uwagę. Nie zderzał się z nią w drzwiach, nie próbował rozmawiać i - niestety - niczego nie chciał jej tłumaczyć.
Zresztą został wybrany do tegorocznej drużyny mającej reprezentować Supalę podczas rozgrywek Tachli. Nie było to żadnym zaskoczeniem i nikogo nie zdziwiło. Dla mieszkańców było całkowicie naturalne, że tak się właśnie stało. Któż inny miałby się tam znaleźć, jeśli nie on? Również to było powodem, dlaczego Dalema widywała go teraz rzadziej niż zazwyczaj. Musiał przecież jeszcze częściej uczestniczyć w treningach - zawsze zaraz po skończonych zajęciach w Ilumenie, a często także w ich trakcie tam właśnie znikał.
10
Zamknęła za sobą drzwi najdelikatniej, jak potrafiła, chociaż przyszło jej to z ogromnym trudem. Musiała się opanować, aby nimi nie trzasnąć. Na zewnątrz owiało ją rześkie powietrze. Emocje nie zniknęły, ale wraz z chłodnym wiatrem przyszła odrobina refleksji i chwila, aby się opanować. Powoli zmrok ogarniał miasto. Coraz mniej ludzi kręciło się po ulicach, a przed nią była jeszcze długa droga do domu.
Puściła się więc biegiem, głównym traktem, aby nadrobić czas i jak najszybciej wyjaśnić tę absurdalną sytuację. Miała w sobie tyle energii, że musiała jakoś ją rozładować przed rozmową z pafros. Musiała się uspokoić, nie mogła okazać takich emocji w domu.
Czy mogło być prawdą to, co mówiła Garuna? Czy rzeczywiście pafros mogli się na to zgodzić? Czy podjęliby taką decyzję bez niej? Czy mogli to zrobić, w ogóle nie pytając jej o zdanie?
To prawda, że szanse na Wybór miała minimalne. Sama przed sobą musiała przyznać - były żadne. Nigdy, nawet w najśmielszych snach nie marzyła, że może jej się udać, że to ona zostanie Wybrańcem. Ale czy tylko dlatego nie mogła próbować? Czy miała się poddać, nawet nie sprawdzając swoich możliwości i szans? Nie, tak być nie mogło. I była pewna, że nawet tak krytyczna wobec niej Pani Matka nie zaakceptowałaby faktu, że ona, Dalema, poddała się bez walki.
Nie, starszej kobiecie musiało się coś pomylić, musiała źle ich zrozumieć. Przecież pafros doskonale wiedzieli, jak wiele znaczył dla niej Ilumen, mieli pełną świadomość, że jej pragnienie wiedzy i zainteresowanie nauką jest niewyczerpane. Przecież nawet sam Pan Ojciec mówił, że z takim zapałem może niebawem dorównać Mistrzom.
Nie pamiętała, ile biegła. Ale rozglądając się po okolicy, wiedziała, że jest blisko i że zaraz wszystko się wyjaśni.
Musiała się wreszcie zatrzymać. Puls i tętno miała podwyższone. Trzeba było ochłonąć przed powrotem do domu. Stała pochylona do przodu, dysząc ciężko, gdy uświadomiła sobie czyjąś obecność. To pewnie Izbor niepokoił się o nią. Podniosła głowę i zobaczyła Zamira.
W pierwszej chwili nie poznała go. Był jakiś inny, jakby trochę mniej pewny siebie. Patrzył na nią, ale też dyskretnie rozglądał się wkoło. W jego oczach przez chwilę dostrzegła niepokój. A może tylko jej się przywidziało? Wiatr rozwiewał mu włosy, niesforne fale z każdym podmuchem układały się w inną stronę. Rysy twarzy w blasku gwiazd wydawały się jeszcze bardziej intrygujące niż zazwyczaj. Jak widać, wieczór cudów jeszcze się nie skończył.
- Chciałem ci wytłumaczyć, dlaczego nie mogłem stanąć w twojej obronie. Dlaczego nie zareagowałem, kiedy Antamia tak się zachowała.
- Ni... ni... nie musisz się tłumaczyć. Nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Czemu miałabym jej oczekiwać od ciebie? Przecież my się nawet nie znamy, rozmawialiśmy dzisiaj pierwszy raz w życiu - przerwała mu gwałtownie. Nawet bardziej impulsywnie niż chciała.
- Skoro tak na to patrzysz...
Czy to możliwie, aby dotknęły go jej słowa? Jeszcze moment temu była przekonana, że jego oczy, usta, twarz, wszystko mówiło, że go zraniła.
- Tak, tak właśnie to widzę.
Odwróciła się od niego na pięcie i zaczęła iść. "Co ja wyprawiam? Co robię? Czy na pewno o to mi chodzi? Przecież przyszedł tutaj. Przecież chciał się wytłumaczyć" - myślała. Nie, to już nieważne. Teraz nie mogła zmienić zdania i okazać wahania. Zasady były proste. Albo ktoś ją akceptował taką, jaką była zawsze i wszędzie, albo nie.
- I tak muszę się wytłumaczyć. Proszę, zatrzymaj się. Wysłuchaj mnie.
Zamir podbiegł do niej i zagrodził jej drogę. Wyciągnął rękę, jakby chciał ją dotknąć, ale od razu cofnął tak szybko, że gest był prawie niezauważalny. Skupił całe swoje spojrzenie na niej. Patrzył tak, jakby nikt i nic innego w tej chwili nie istniało. Dlaczego jej silna wola był tak słaba, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie? Dlaczego tak trudno było jej trzymać się własnych wpracowanych zasad? Nie mogła się nie uśmiechnąć. Bardziej nawet z siebie niż do siebie. Była pod jego urokiem. Miała tylko nadzieję, że on nie zdawał sobie z tego spawy.
- Nie mogę rzucać się w oczy, Dalemo. Nie mogę wzbudzać zainteresowania. Teraz pewnie tego nie zrozumiesz...
Tego już było za wiele. Czy dzisiaj wszyscy dostali udaru? Czy aż tak zaszkodziło im ostatnie ocieplenie? Zamir nie chciał się rzucać w oczy! Mógł o tym pomyśleć kilka cykli temu, nim zabłysnął w rozgrywkach Tachli stał się gwiazdą Supali oraz totemem Ilumenu. Tego już naprawdę było za wiele jak na jeden dzień.
- Masz rację, nie rozumiem.
Nie było sensu zaprzątać sobie nim głowy. Odwróciła się, pozostawiając całkowicie osłupiałego mężczyznę samego na środku drogi. Nie przypuszczała, że w ich kolonii było aż tyle dziewcząt z pustogłowiem. A może tylko ją miał za taką naiwną?
Pani Matka mówiła prawdę. Mężczyzna powie wszystko, aby dostać od kobiety to, czego pragnie. Tylko czego, na Randoga, chciał od niej Zamir?
5
Właśnie przed ostatnią prostą skręcał w prawo, kiedy ich zobaczył. Stali tam razem, dokładnie na wprost niego, niewielką grupą ośmiu, może dziewięciu mężczyzn. Ale jemu wystarczyło tylko jedno spojrzenie i od razu wiedział, kim są. Czy inni też wiedzieli?
Musiał szybko znaleźć jakiś sposób, aby podejść do nich, nie zwracając zbytnio niczyjej uwagi. Musiał zrobić to jak najszybciej, nim nie będzie za późno.
- Co tu robicie? Jak się dostaliście do miasta? Nie powinniście przecież przychodzić, jeszcze ktoś was rozpozna.
- Uspokój się! Ludzie patrzą.
- Jak mam się uspokoić?! Zaraz was zauważą.
- Teraz to jedynie twoje zachowanie sprawia, że ktoś się nami interesuje. Zachowaj spokój.
- Po co tu przyszliście? Przecież mówiłem, że nie wiem, kiedy zjawi się Namiestnik. Może to potrwać jeszcze dwa lub trzy pełne księżyce. Nawet nie rozpoczęli jeszcze przygotowań.
- Nie po to przyszedłem.
- Nie dlatego? To po co? - Wreszcie zrozumiał. - O, nie! Proszę, nie mów, że to właśnie dzisiaj. Tylko nie dzisiaj. Miasto jest pełne ludzi, zwiększono ochronę. Dzisiaj jest rozpoczęcie cyklu w Ilumenie.
- Kiedy pomyślę, że to już jedenaście cykli, odkąd odeszła... Nie mogę uwierzyć, że dałem radę przetrwać tak długo sam.
- Nie powinieneś był przychodzić. Czy wiesz, co by się stało, gdyby ktoś cię zobaczył?
- Przyszedłem ją odwiedzić. Tylko ja jej zostałem.
Nie było sensu dalej dyskutować ani przekonywać. Podjął już decyzję.
- Uważajcie na niego. I na siebie - zwrócił się do otaczających ich mężczyzn. - Ja nie mogę dłużej z wami zostać. Muszę iść.
Odchodził pośpiesznie, sprawdzając, czy jego nietypowe zachowanie nie ściągnęło zbyt wielu ciekawskich spojrzeń. Chyba jednak nie. Na ulicach panował ogromny ruch, wszyscy się gdzieś śpieszyli i mieli zbyt wiele swoich własnych spraw na głowie, aby zajmować się innymi.
Może więc jednak uda się im. W końcu Plac Pamięci nie będzie dzisiaj najważniejszym miejscem w mieście. Bardzo chciał wierzyć, że tak właśnie będzie.
7
Nazajutrz Dalema szła do Ilumenu szybkim krokiem, ale czuła się tak, jakby poruszała się do przodu wbrew sobie i jakby w każdej chwili niczego tak nie pragnęła, jak tylko zawrócić. Dzisiaj nie tylko pierwszy raz będzie miała zajęcia razem z Zamirem, ale też będzie je prowadził Mistrz Mansfeld. Czy mogło być gorzej? Jak to jest, że jedni mają wszystko, podziw i zachwyt grupy, a drugim pozostaje tylko rola ilumenowych błaznów?
Dotarła na miejsce w ostatniej chwili. W drzwiach prawie zderzyła się z Zamirem. Cóż, może przynajmniej pierwszy raz w życiu ją zauważył. Nie czekając na jego reakcję, wymamrotała coś szybko pod nosem i nie podnosząc oczu, zajęła swoje miejsce obok Izbora.
- Masz rację, najlepiej na początku go zamroczyć - ukontentowany kiwał głową. - Bardzo słusznie, przecież nim ty zdążysz powiedzieć "witaj", to chłopak będzie musiał już iść, bo się zajęcia skończą.
Otwierała usta, żeby odpowiedzieć przyjacielowi, gdy zdała sobie sprawę, że nagle wszyscy umilkli. Do pomieszczenia wkroczył Mistrz Mansfeld, aby poprowadzić zajęcia. Dalema tylko na niego spojrzała i poczuła ogarniającą ją panikę. Nauczyciel przez chwilę ślizgał się wzrokiem po grupie. Na moment zatrzymał spojrzenie na niej. Na Randoga, będzie jeszcze gorzej, niż myślała...
- Ilumeni, widzę, że niestety z większością z was znamy się z poprzednich cykli, a reszta też nie wydaje się być zbyt obiecująca. Tak jak sądziłem, będzie to ciężki cykl dla mnie, ale uwierzcie mi, dla was też taki będzie. Supala nie jest wybijającą się kolonią, Władcy postrzegają ją jako zaścianek Królestwa, który w ogóle by nie istniał, gdyby nie złoża. Moim obowiązkiem - ba! - powinnością wszystkich Głoszących Prawdę jest zmienić tę sytuację. Zmienić miejsce Supali w hierarchii kolonii, zmienić je dzięki ilumenom. Dzięki waszej wiedzy. Tylko co można zrobić z wami?! Jak można zbudować posąg, mając za materiał łajno takta?! - Spokojne, wolno artykułowane słowa Mistrza docierały do zamarłej w bezruchu sali. Mistrz Mansfeld powoli chodził po proskenium i bacznym okiem lustrował wszystkich. - W takim razie zaczniemy od powtórzenia. Sprawdźmy, czy ciężka praca Mistrzów dała jakieś efekty!
I tak właśnie zaczął się najważniejszy cykl w jej życiu. Przez większość czasu Mistrz Mansfeld na przemian grzmiał i śmiał się, wytykając ignorancję i niewiedzę. A nawet tam, gdzie nie mógł doszukać się braków, znajdował inne powody, aby pokazać, jak niewiele są warci. Nie mogła się doczekać końca dnia. Jak długo jeszcze słońce każe czekać?
- Katara! I co, znowu nie potrafisz porównać wzoru na metamor altomu i metamor żywego srebra?
Ponad setka spojrzeń wpatrywała się uparcie w stojącą wśród nich drobną istotę. Dziewczyna niezwykle szczupła i niska od kilku minut bezskutecznie próbowała odnaleźć właściwą odpowiedź na zadane pytanie. Trudno było odgadnąć, co myśli i czy w ogóle rozumie powagę sytuacji, bo wzrok wbiła w ziemię i nic nie mówiła. W zasadzie to nawet się nie poruszała.
- Katara, czy istnieje większa próżnia w przestrzeni niż ta pomiędzy twoimi uszami? Długo mam czekać? Chciałbym jeszcze w tym cyklu wrócić do domu.
Jednak ani wzgardliwe spojrzenia, ani ironiczne słowa Mistrza w niczym nie pomagały stojącej dziewczynie. Z pewnością nie miały mocy mobilizującej.
- Że rozum straciłaś jakiś czas temu, to wiem, w zasadzie to się zastanawiam, czy go w ogóle miałaś. Ale słyszę, że tobie także mowę odebrało! Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Ale dziewczyna nie podnosiła wzroku, stała skulona i milcząca.
- Myślę, że dobrze ci zrobi, jak przemyślisz problem. Kącik "wybitnych inaczej" czeka.
Dalema aż się wzdrygnęła. Świadomość tego, że ktoś będzie musiał tam być i przypomnienie bólu, z jakim to miejsce się wiązało, były przerażające.
Wspomnienia wróciły do niej błyskawicznie. Jej pierwszy dzień w Ilumenie, samotne miejsce z dala od innych i pytanie Mistrza Faldjansa, jak ma na imię. A ona stała i nie potrafiła nic powiedzieć, tylko bezradnie jąkała: "Da... Da... Da...". Doskonale pamiętała tamten śmiech Ilumenów. Jeszcze jej nie znali, nie wiedzieli, jaka jest, ale w tamtej chwili każdy z nich przylepił jej łatkę. Wsadzono ją do odpowiedniej szuflady i na wierzchu napisano "nieudacznik". Od tamtej pory taki śmiech towarzyszył jej zawsze. Wszyscy przecież uważali, że kiedy ona wstaje do odpowiedzi albo stara się zabrać głos, to będzie to idealna okazja i czas na rozrywkę. I chociaż z czasem przyzwyczaiła się do śmiechu, to nigdy go jednak nie zaakceptowała.
A potem było już tylko gorzej. Mistrz Faldjans często starał się ją wciągnąć w dyskusję i oswoić z mówieniem w grupie, więc kilka razy dziennie próbował i nieustannie wywoływał do odpowiedzi. Teraz wiedziała, że robił to dla jej dobra. I może gdyby miała taką szansę dzisiaj, to by z niej skorzystała. Ale niestety, wtedy nie potrafiła. Im bardziej Mistrz starał się i ją zachęcał, tym gorzej wpływało to na nią. A potem stary Mistrz odszedł i zaczął się prawdziwy koszmar.
Rozpoczęli zajęcia z Mistrzem Mansfeldem. Klęczenie na kamieniach, ciągłe drwiny i nieustanne upokarzanie to był chleb powszedni. Dni, kiedy wracała z pokrwawionymi kolanami i musiała ukrywać rany przed pafros. Powszechnie było wiadomo, że między kamieniami znajdowały się potłuczone szkła, ale nikt z ilumenów nigdy nie ośmielił się powiedzieć tego na głos. Nawet będąc sami, szepcząc w korytarzach, nie rozmawiali o tym ze sobą. Milczeli.
- Widać, że w tym cyklu Mistrz Mansfeld znalazł sobie nową ofiarę. Oj, Dalemo, nie starałaś się zanadto i chyba się znudziłaś. Wydaje mi się, że teraz Mistrz ma nową ulubienicę - usłyszała obok cichy głos Izbora. - Może się zaprzyjaźnicie, w końcu tyle was łączy...
Nie usłyszała jego ostatnich słów, bo jakaś niepohamowana siła sprawiła, że wstała z miejsca i zaczęła schodzić w dół schodami do proskenium. Spojrzenia wszystkich ilumenów skupiły się w tej chwili na niej. Po raz pierwszy patrzyli na nią nie z politowaniem, ale ze zdziwieniem. Przeszła obok Antamii i zobaczyła jej niedowierzające spojrzenie i otwarte z poruszenia usta. Opłacało się, chociażby dlatego. Warto było to zobaczyć. Może gdyby wiedziała, że wywoła aż takie poruszenie, już dawno zdobyłaby się na odwagę.
Co w nią wstąpiło? Nigdy wcześniej nie czuła takiej wewnętrznej siły jak dzisiaj. Nie miała w sobie tej mocy ani wiary, że dobrze robi, że postępuje właściwie. Nie przeraziło jej nawet spojrzenie Mistrza. Zresztą on też przez chwilę zamarł i chyba nie wiedział, jak ma zareagować i co zrobić. Wreszcie, kiedy była już na dole i dosłownie otarła się o niego, poruszając skraj jego szaty, przemówił:
- Czy ty, Dalema, pomyliłaś drogę i czas? To nie jest jeszcze koniec zajęć, a to nie jest droga do wyjścia.
- Ta... ta... tak, Mistrzu, wiem, ale ja... ja... ja też nie potrafię porównać tych wzorów. - I to mówiąc, uklękła obok Katary. Poczuła szkło pod kolanem. Mistrz odpowiednio przygotował się na ten cykl.
- Kto jeszcze nie potrafi dokonać tego porównania? Pytam się, kto jeszcze? - krzyk Mistrza Mansfelda słyszano chyba w całym Ilumenie. Nigdy wcześniej nie widziała, aby był tak zdenerwowany. Nigdy wcześniej nie czuła od nikogo tak ogromnej agresji i wściekłości. No, może poza Antamią, ale to było co innego. A ona, zamiast czuć paraliżujący strach i przerażenie, zastanawiała się nad sytuacją. Zdobyła się na coś, co jeszcze dzisiejszego poranka wydawało się absolutnie niemożliwie i nieprawdopodobne. Dlaczego to zrobiła? Dlaczego zdecydowała się na solidarność z kimś, kogo nawet nie znała?
Kolana bolały ją coraz bardziej. Musiała zmienić pozycję. W tej nie była w stanie wytrwać nawet chwili dłużej. Spróbowała poruszyć się delikatnie, tak aby Mistrz nie dostrzegł tego ruchu. Nie wolno było się poruszyć. Takie były zasady. Trzeba było podczas całej kary trwać nieruchomo. Ostrożnie, powoli podniosła kolano i powolutku przesunęła w prawo. Przez chwilę odczuła niewyobrażalną ulgę, ale kiedy opuściła nogę i kolano ponownie zetknęło się z podłożem, niemalże krzyknęła z bólu. Musiała nadziać się na wyjątkowo ostry szklany szpikulec. Tylko że teraz nie mogła zrobić już nic więcej. Wiedziała, że szkło przebiło jej skórę. W myślach, które podsuwała jej wyobraźnia, widziała, że swym ostrym końcem rysuje jej kość.
To chyba jednak nie było możliwie i lepiej było się nad tym nie zastanawiać. Starała się skupić uwagę na czymś innym. Próbowała słuchać prowadzonych przez Mistrza zajęć, wsłuchiwała się w odpowiedzi grupy i kolejne kąśliwie uwagi prowadzącego. Wreszcie zaczęła myśleć o konsekwencjach. Czy Mistrz przekaże sprawę dalej? Czy poinformuje Radę Głoszących Prawdę albo - co gorsze - Strażników Praw? Z rozmyślań wyrwał ją głos Mistrza.
- Koniec zajęć. Możecie opuścić salę. Wy zostajecie. - Chyba wskazał na nie, ale nie była pewna, bo klęczały tyłem do wszystkich, z nosem przy samej ścianie.
Co teraz będzie? Chciała coś zrobić, zapytać, co z nimi, ale wolała nie poruszać się więcej, tylko czekać na kolejne polecenia. Może niewiedza wcale nie była najgorsza. Może złudzenia są lepsze. Dają przynajmniej jakąś nadzieję. Kątem oka zobaczyła, że jej ubranie w okolicach kolan nabiera coraz ciemniejszej, intensywniejszej barwy. Czyżby to była krew? Nie odczuwała jednak żadnej wilgoci, nie czuła, aby ubranie było mokre. Tak naprawdę w nogach nie czuła nic. Były całkowicie zdrętwiałe.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, bo słońce już dawno zaszło i otaczał je tylko blask świec znajdujących się na stole Mistrza. Mijały kolejne minuty, a one w kompletnej ciszy wciąż klęczały. Jedyny dźwięk - odgłos przekładanych kartek - w pewnej chwili też ucichł. Co będzie dalej?
- Wstańcie. Idźcie już - głos Mistrza Mansfelda był znowu spokojny i opanowany.
Podniosły się obie. Najpierw nie były w stanie w ogóle wstać samodzielnie. Patrzyły bezradnie jedna na drugą. Spróbowały się podnieść, podpierając na rękach, ale to także niewiele pomogło. Nogi odmawiały im posłuszeństwa. Przerażenie narastało w nich coraz bardziej. Widziała je w oczach Katary. Pewnie jej oczy wyglądy podobnie.
- Szybciej! Na co wy jeszcze czekacie! - głos Mistrza potrafił czynić cuda.
Nie wiedziała ani w jaki sposób się to stało, ani kiedy, ale nagle zorientowała się, że obie stały na drżących nogach. Przez chwilę nie mogły w ogóle ustać, bo w zdrętwiałych kolanach najpierw nie było czucia, a potem powoli napływająca krew zaczęła wywoływać silne odrętwienie. Jednak żadna z nich nie chciała zostać tu nawet chwili dłużej niż to konieczne. Z grymasem bólu na twarzy, powłócząc nogami, obie szybko opuszczały pomieszczenie.
Przechodząc przez główne wyjście, Katara odezwała się. Cicho, prawie niedosłyszalnie, ale stanowczo i dobitnie.
- Dlaczego to zrobiłaś?! Nikt cię o to nie prosił! Nie potrzebuję cię, Dalemo!
- Wiem. To ja potrzebuję ciebie.
Katara nie odpowiedziała. Minęła ją tylko i bez słowa odeszła. Patrzyła za nią. Widziała, jak próbowała iść szybkim, miarowym tempem. Tylko że nic jej z tego nie wychodziło. Oddalała się od Ilumenu bardzo powoli...
To był długi dzień, na nią też już pora.
Nagle Dalema usłyszała, że ktoś nadbiega. Odwróciła się i zobaczyła Izbora. Zdyszany, z zaczerwienionymi od wysiłku policzkami i nie widzieć czemu wyraźnie na nią zły, wydyszał:
- Mówiłem tylko, że masz się z nią zaprzyjaźnić, a nie rozdrażniać Mistrza Mansfelda. Gdzie twój instynkt samozachowawczy? Czy ty się z taktem na rozumy pozamieniałaś?
- Przestań, Izbor. Nie jestem w nastroju. Zostawmy twoje złote myśli na kiedy indziej.
Spojrzała na swoje nogi. Podciągnęła tunikę powyżej kolan i zobaczyła ranę, w której wciąż tkwił kawałek szkła. Izbor bez słowa schylił się i wyjął z rany odłamek, krew zaczęła teraz płynąć bardzo szybko. Zaschnięta rana nabierała nowego, jaskrawego koloru. Nim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, udarł dół jej sukni i przewiązał ciasno kolano.
- To przynajmniej myśl, dziewczyno. Na Randoga, myślenie ma przyszłość.
Objął ją mocno w talii, ona oparła się na jego ramieniu. I tak, wspierając się na nim i utykając nieustanie, ruszyli w stronę domu.
Raport: Kolonia Supala 9/9
Od: Starkis
Do: Chartros
Czas:
- geologiczny: 1500 obrotów od zlodowacenia północnego,
- lokalny: 234 obroty od założenia Atlantydy,
- Supali: miejscowi nie prowadzą szczegółowej rachuby czasu, ich datowanie sięga około 750 obrotów wstecz.
Współrzędne szerokości graftowej: 45,35 na 00,05.
Długość istnienia kolonii: 167 obrotów.
Liczba pojazdów: latające 0; budownicze 3, wydobywcze 7.
Liczba ludności: ok. 48,5 tys. Ludność zasymilowana: ok. 46 tys., w tym Braskowie, Palowie, Sulowie. Ludność niezasymilowana: ok. 2,5 tys., plemiona Slavan.
Klimat: umiarkowany, ciepły, przejściowy. Średnia temperatura: najcieplejszej pory 19,3°, najchłodniejszej pory -15°. Okres wegetacyjny: ok. 180 dni. Liczba dni z pokrywą śnieżną: ok. 100 dni.
Surowce: bogate złoża karbonu, błękitnego paliwa; występują także czarne aurum, limonit, hematyt.
System wierzeń: prymitywny. Jedno bóstwo zwane Stwórcą Wszechrzeczy. Liczne obrzędy i święta.
Skład lokalnej społeczności:
Głoszący Prawdę - Mistrzowie i pomocnicy, grupa ok. 30 osób zajmująca się nauczaniem najmłodszej ludności.
Opiekunowie Zwojów - gildia uczonych skupiająca ok. 250 osób wraz z asystentami i kandydatami; depozytariusze wiedzy, poszukiwacze, badacze.
Strażnicy Praw - gildia 50 osób sprawująca nadzór nad lokalnymi strażnikami i wartownikami. Odpowiada za utrzymanie ładu i porządku. Najściślej z związana z Atlantami i bezwzględnie im podporządkowana.
Twórcy - około 7 tys. osób. Niejednolita i silnie zhierarchizowana grupa. Dzieli się na 6 sekcji, w skład których wchodzą: rzemieślnicy, konstruktorzy, projektodawcy, budowniczowie, wynalazcy, odkrywcy.
Widzący Prawdę - gildia lokalnych przewodników duchowych wraz z pomocnikami i kandydatami skupiająca ok. 150 osób.
Język: proste słownictwo, brak systematyki i zasad. Wiele słów przejęto od Atlantów. Słowa charakterystyczne:
Arkaria - potężne liściaste drzewo z niejadalnymi owocami.
Cykl - jednostka czasu odpowiadająca jednemu obrotowi.
Kanid - drapieżnik rasy pierwotnej, w tej kolonii zdarzają się jego udomowione formy.
Orbatol - określenie o wydźwięku negatywnym, zazwyczaj używane przez Supalczyków w stosunku do ludności niezasymilowanej, głównie Slavan.
Satram - największe znane zwierzę lądowe, roślinożerne. Stanowi główne źródło mięsa, a także skór i kości używanych do wyrobu narzędzi i ozdób.
Takt - czterokopytny roślinożerca, całkowicie udomowiony. Zwierzę pociągowe i środek transportu.
Pafros - osoby, od których bezpośrednio pochodzi potomek - ojciec i matka. Podstawowa relacja społeczna.
Cechy charakterystyczne kolonii:
Widzący Prawdę - jedyna niepodporządkowana grupa, powiązana z plemieniem Slavan. Atlanci tolerują ich niezależność ze względu na możliwość asymilacji ostatnich opornych.
Algamat - duży, całkowicie lub częściowo obrobiony kamień stanowiący samodzielną budowlę lub element większej konstrukcji. Data powstania oraz przeznaczenie - nieznane. Obecnie miejsce kultu. Najsłynniejsze Algamaty na tym terenie to "Komnata Królowej" i "Kamienny Las". Oba obiekty od 55 obrotów wpisane na listę osobliwości jako NT.
Prawdopodobieństwo, że w Supali ukrywa się Atla: 11,1%.
12
- Kiedy przyjeżdża Namiestnik?
- Nie wiem.
- Jeszcze się nie dowiedziałeś?! - mężczyzna był wyraźnie poirytowany.
- Oni sami jeszcze nie wiedzą. Nawet Strażnicy Praw nie znają terminu.
Pomiędzy nimi zaległa niezręczna cisza. Żaden nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Obu im cisnęły się na usta słowa, których jednak nie wypadało mówić, pytania, których nie powinni zadawać. Żaden się nie odważył. Wreszcie młodszy z nich zdecydował przerwać kłopotliwe milczenie.
- Ruszasz na polowanie?
- Tak...
- Satramy są liczne w tym cyklu.
- Tak...
- Nawet w okolicy odnaleziono wiele ich śladów.
- Słuchaj, nie przyszedłem tutaj, aby rozmawiać z tobą o liczebności stad w miejscowych borach.
- To po co przyszedłeś?
- Wiesz, po co.
- Powiedziałem już. Termin przybycia nie został jeszcze ustalony.
- Nie o to mi chodzi - mężczyzna gwałtownie zaprzeczył i wymownie utkwił wzrok w młodym chłopaku.
- O nią się nie martw. Dobrze sobie radzi. - Po raz pierwszy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Może nawet lepiej niż my. - Na twarzy młodszego zagościł delikatny uśmiech.
- Uważaj na nią. - Straszy mężczyzna złapał go za rękę i przytrzymał ją.
Młodszy, wyraźnie zaskoczony reakcją towarzysza, kiwnął szybko głową.
- Będę. Zawsze.
Widać było, że ta chwila szczerej rozmowy wyraźnie ich rozluźniła. Obaj byli mniej spięci i nie tak napastliwi wobec siebie jak na początku. Luz wyraźnie udzielił się chłopakowi. Zebrał się na odwagę i bez oporów zapytał wreszcie.
- Czy musimy to robić?
- Czemu pytasz? Chcesz się wycofać?
- Nie. Ale ostateczne rozwiązanie ma tę wadę, że jest ostateczne. Czy dobrze to przemyśleliście? To na pewno jedyna możliwość?
- Nie mamy innego wyjścia. Jesteś z nami tak długo, że powinieneś o tym wiedzieć.
Nawiązana przed chwilą cieniutka nić porozumienia zniknęła bezpowrotnie. Tak jak myślał od samego początku, nie byli do siebie podobni. Zupełnie inaczej patrzyli na świat. A on gdzieś pod skórą czuł, że tego chłopaka nie może być do końca pewny. Gdyby nie odgórna decyzja i wyraźne polecenie, nie pozwoliłby mu tak szybko angażować się w kluczowe dla nich sprawy.
- A teraz bywaj.
- Bywaj.
14
Orbatole. Tak nazywano ludzi mieszkających poza koloniami. Określono w ten sposób wszystkich, którzy - czy to z własnego wyboru, czy z konieczności - nie uczestniczyli w życiu Imperium. Dla mieszkańców Supali sprawa była prosta. Albo jest się częścią świata Władców i przynależy do rządzonych przez nich kolonii, albo nie, i w tym drugim przypadku w ogóle nie jest się wartym uwagi.
Orbatole. Nie lubiła tego słowa. Miało negatywny wydźwięk. Wymawiający je zawsze w taki sposób stawiał akcent, aby pokazać i uwypuklić swoją niezaprzeczalną wyższość. Garuna wymówiła je jednak inaczej, nieco bardziej ciepło i chyba raczej nie patrzyła na Slavan w taki właśnie sposób.
Zbliżając się do wioski, z każdym krokiem dostrzegała coraz więcej szczegółów. Światło dnia zaczynało wreszcie pokazywać się na wschodzie i mgły coraz bardziej się rozpraszały. Powietrze było ciężkie od wilgoci, miało jednak zapach, a nawet smak, jakiego nigdy do tej pory nie czuła. Słońce wydawało się tutaj jakby większe. Pierwszy raz w życiu mogła zobaczyć tak dokładnie cud poranka.
Nie mogła nie dostrzec niezwykle słabego ogrodzenia osady, które aż raziło swoją niestarannością. Stanowiły je tylko pale, jakby od niechcenia powbijane w ziemię. Trudno było uznać, że może ono zapewnić właściwą ochronę chociażby przed dzikimi zwierzętami. Podobnie było z wejściem na teren osady - brama była szeroko otwarta.
Musiano zauważyć je z daleka, bo widać, że w środku zaczęło się niezdrowe poruszenie.
- Nie byłaś tu wcześniej - bardziej stwierdziła, niż zapytała Garuna.
- Nie - rzuciła zdawkowo Dalema, gdyż jej uwagę przykuł ogromny posąg w centrum osady. Był niewyobrażalnie duży. Mierzył dwadzieścia, może trzydzieści łokci. Cały wyrzeźbiony niezwykle starannie z jakiegoś miejscowego gatunku drewna. Przedstawiał jedną postać z czterema twarzami zwróconymi we wszystkich kierunkach świata.
- To Wszystkowidzący Stwórca.
- Ale dlaczego tak wygląda? - Dalema nigdy wcześniej nie widziała takiej rzeźby. W Supali nie było posągów i nie tworzono żadnych wizerunków. Cóż za dziwna społeczność... Po co zadano sobie tyle trudu, aby stworzyć ten posąg, a nie zatroszczono się nawet w części o właściwie bezpieczeństwo? Dziwna kraina, dziwne obyczaje.
- Jego twarz jest zwrócona we wszystkie strony świata. Przecież wiesz, że On, Stwórca Wszechrzeczy wszystko widzi i wszystko słyszy.
Dalema rozglądała się pilnie wkoło, starając się znaleźć jeszcze inne zdumiewające rzeczy. Sama wioska jednak, poza tym jednym, niezwykłym posągiem, robiła niezwykle przygnębiające wrażenie. Co miało ją tu zachwycać?
- Patrz dalej niż tylko na czubek własnego nosa - widocznie Garuna musiała dostrzec, że prymitywne warunki życia mieszkańców przeraziły ją.
Przekroczyły bramę i wjechały do środka. Podeszła do nich większa grupa mieszkańców - pewnie, aby ich przywitać. Byli w różnym wieku. Zarówno młodsi, jak i starsi mieli na sobie proste ubrania. Podobne do strojów powszechnych u mieszkańców kolonii, ale dużo skromniejsze i mocno dotknięte zębem czasu. Z całej wioskowej zbieraniny szczególnie wyróżniał się jeden mężczyzna. W zasadzie był to człowiek, który już wiele cykli temu pożegnał się z wiekiem pełnym sił życiowych. Na pewno był członkiem tutejszej starszyzny. Musiał być kimś ważnym, bo reszta patrzyła na niego z szacunkiem i zapewniała mu szczególne względy. Szedł jako pierwszy, a kiedy stał, pozostałe osoby z grupy robiły mu miejsce, które wydawało się być uprzywilejowanym. To właśnie do niego zwróciła się Garuna, kiedy zsiadła ze swojego takta, podtrzymywana przez dwójkę chłopców.
- Marchatnam, czcigodny Prometusie. Oby Stwórca zachował cię w dobrym zdrowiu i udzielił ci wielu łask.
- Marchatnam, Garuno. Oby słońce zawsze świeciło dla ciebie.
Podeszli bliżej siebie, każde z nich splotło naprzemiennie swoje dłonie, przycisnęło je do piersi i nisko pokłoniło się drugiemu. Dalema nie mogła sobie przypomnieć, aby w ten sposób witał się ktokolwiek w Supali. Dziwna kraina, dziwne obyczaje.
- Nie ma go dzisiaj, prawda? - zwróciła się Garuna nie tylko do stojącego mężczyzny, ale i do wszystkich znajdujących się wokół niej osób.
- Jest na polowaniu. Już mało czasu zostało, aby zgromadzić zapasy przed chłodem - odpowiedziano jej z tłumu. Zdumiewające było to, że wszyscy poza Dalemą wiedzieli, o kogo chodzi. Naprawdę dziwna kraina...
- Niebawem Biała Senność - kontynuowała staruszka.
- Tak. Wczoraj tropiciele odnaleźli ślady. Wyruszyli po mięso satramów. Poszedł wraz z nimi.
- Dobrze - skinęła potwierdzająco.
Dalema wpatrywała się w nich, wsłuchiwała uważnie w rozmowę, ale nie miała pojęcia, kogo i czego dotyczyła.
- To Dalema z rodu Darumów - wskazała na nią Garuna. - Będzie dzisiaj ze mną.
Dziewczyna zsiadła z wierzchowca i skłoniła się przed nowo poznanym. Mężczyzna był szczupły i wysoki. Miał bardzo pooraną bruzdami twarz, zniszczoną od wiatru i słońca. Jednak był w nim, w całym jego zachowaniu, sposobie bycia i mówienia, ogromny spokój. Rozsiewał wokół siebie specyficzną aurę godności i budził szacunek. Nie taki, jaki wymusza się krzykiem i groźbą, ale ten, o który najtrudniej, wynikający z samego autorytetu.
- Widzę. Witaj, Dalemo.
- Chcę, żeby poznała to miejsce. Pokażcie jej, jak się tutaj żyje.
- Stanie się tak, jak sobie życzysz. Tamandro, oprowadź ją, a potem przyprowadź do mnie - zwrócił się do stojącej nieopodal dziewczyny, mniej więcej w wieku Dalemy. Była tak wysoka i smukła jak ona sama. Tylko - z pewnym westchnieniem w myślach stwierdziła - dużo ładniejsza... Ale jak widać, o to nie było trudno także poza Supalą.
- Chodź ze mną - zwróciła się do niej dziewczyna.
Pomiędzy skromnymi ziemiankami rozpościerały się wąskie uliczki, a w zasadzie ścieżki. Osada mogła liczyć około dwustu domów. Była dużo większa, niż jej się wydawało pierwotnie. Widać w niej było wyraźne braki w technice i całej industrializacji. Nie było nawet centralnego systemu doprowadzającego wodę. Co kilka ulic były natomiast widoczne prowizorycznie wykopane studnie.
- Jesteś Supalką. Jak tam jest? Opowiedz mi coś. Oczywiście, jeśli możesz, jeśli chcesz... - nieśmiało odezwała się dziewczyna. Dalemie zrobiło się jej żal. Przykro było patrzeć na kogoś, kto tak się stresował. I to przy kim? Przy niej? Wydawało się jej to zupełnie absurdalne.
- Co tylko chcesz - uśmiechnęła się do niej i lekko pociągnęła za rękaw w stronę fascynującej ją grupy stojących nieopodal kilkunastu wkopanych w ziemię słupów kamiennych. - A może zrobimy tak: jedno pytanie ty, jedno ja.
Tamandra spojrzała na nią z wyraźną ulgą. Podeszła do niej bliżej, nachyliła się i cicho, ale dobitnie stwierdziła.
- Dalemo, chcę żebyś wiedziała, że nie jesteśmy prymitywni, choć mieszkamy w prymitywnych warunkach.
- Wiem. Teraz już to wiem.
Patrzyły na siebie w milczeniu, w końcu stopniowo na twarzy jednej i drugiej zaczął pokazywać się uśmiech ulgi.
- Co to jest? - wskazała Dalema na zauważone wcześniej kamienie, do których teraz podeszły.
- Algamaty.
- Co?
- Algamaty.
- A co to jest?
- No te kamienie - wyjaśniła jej ze spokojem Tamandra. Dalema spojrzała na nią z nieskrywaną irytacją. Jedyne, co przychodziło jej do głowy, to to, że dziewczyna na początku wydawała się nawet całkiem rozgarnięta. Czy drwiła z niej, czy naprawdę była tak naiwna?
- Więcej nie wiem - odpowiedziała z godnością, odgadując niewypowiedziane myśli Dalemy. Stały teraz obydwie wpatrzone w otaczające je monumentalne głazy. Było cicho. Nie dochodziły tu odgłosy osady. Kamienny krąg znajdował się na końcu wioski, a nawet jakby nieco poza nią. Z oddali słyszały tylko przelatujące ptaki i odgłosy życia z pobliskiej puszczy.
Spojrzała na szczyty głazów. Niebo nad nimi zdawało się jeszcze potęgować ich majestat. Ciemne chmury zupełnie przysłoniły słońce. Wielkie bałwany ciemnogranatowych i wręcz czarnych obłoków kołtuniły się na niebie, szybko pchane gwałtownymi podmuchami wiatru. Taki właśnie nieboskłon dla niej zawsze był symbolem nieogarnionej potęgi natury. Groźny, ale piękny widok, jaki się przed nią rozpościerał, pobudzał do myślenia i skłaniał do kolejnych pytań.
- To skąd wiesz, jak się nazywają?
- Tak nazywali je nasi przodkowie, a oni poznali nazwę od swoich przodków.
Dalema nic nie mówiła, tylko wpatrywała się w nią, więc Tamandrze nie pozostawało nic innego, jak kontynuować wątek.
- Nie wiemy, kto ani kiedy je zbudował - powiedziała i zamilkła.
"No, to chyba będzie na tyle" - przeszło przez myśl Dalemie. Postanowiła jednak nie odpuszczać, bo w ogromnych kamieniach pokrytych mchem i obrośniętych różnymi roślinami musiała się kryć jakaś tajemnica.
Podchodząc bliżej do jednego z nich, zobaczyła, że nie jest gładki, tak jak jej się wcześniej wydawało. Zaczęła odgarniać zielony mech. Im więcej powierzchni głazu odkrywała, w tym większe zdumienie wprawiało ją to, co widziała. Kamień cały pokryty był spiralnymi kolistymi liniami. Ale nie tylko nimi - co pewien czas wyryte linie ustępowały miejsca podłużnym, owalnym stożkom. Figury te zgrupowane były po kilka obok siebie. Tu trzy, tu sześć, tu osiemnaście...
Obserwowała poszczególne kamienie z uwagą, odkrywając mech z kolejnych głazów. Przez moment wydawało się jej, że w tym całym pozornym nieładzie panuje jakiś porządek, że chaos jest tylko złudzeniem. Czy to możliwe, aby te znaki były zapisane w sposób przemyślany? Kto i w ogóle po co miałby sobie na tym pustkowiu zaprzątać głowę, umieszczając na kamieniach jakieś przesłanie? Może są efektem jakiegoś prymitywnego stylu zdobniczego? Może to miejsce kultu?
- Ciekawe, po co one tu są - powiedziała sama do siebie.
- Niewiele o nich wiemy.
- Zauważyłam - mruknęła pod nosem Dalema, ale dziewczyna niczym niezrażona ciągnęła dalej.
- Wiemy tylko tyle, że były tu od początku. I że zawsze zarówno w Święto Ostara, jak i Święto Kupali słońce przechodzi dokładnie przez środek tego największego kamienia w centrum.
- Jesteś pewna? Dokładnie w te dni?
- Tak, co roku. W te dwa dni i w żadne inne. Musisz to kiedyś zobaczyć, ten promień słońca, który znajduje się idealnie w tym wgłębieniu - wskazała na niewielki rowek biegnący przez całą długość kamienia, którego Dalema nie zauważyła wcześniej. - I podąża tak od dołu aż na samą górę Algamatu.
Dalema stała i podziwiała.
- Ale to nie jedyne takie kamienie w okolicy.
- Jak to? To gdzie są inne?
- Podobno są wszędzie. I podobno są związane z proroctwem...
W tej samej chwili rozległy się od strony puszczy donośne dźwięki rogu powracających z polowania myśliwych.
- Musisz iść. Pora na ciebie - powiedziała Tamandra, wskazując na majaczącą w oddali postać Garuny. Ruszyły śpiesznym krokiem tam, skąd przyszły. Staruszka machała energicznie w ich stronę, nakazując większy pośpiech.
4
Dalema obudziła się, choć na zewnątrz było jeszcze ciemno i nie było widać nawet najdrobniejszych, pierwszych oznak świtu.
Mimo że wczorajsze święto trwało bardzo długo i wrócili do domu późno, ona i tak nie mogła zasnąć. Nie widziała wczoraj Izbora, a miała nadzieję, że go spotka. Przecież nie widzieli się już od dwóch pełnych księżyców. Miała mu tyle do powiedzenia i chciała się tyle dowiedzieć od niego. Nikt nie rozumiał jej tak dobrze jak on.
Nie mogła zasnąć. Nie pamiętała, który to raz przekręcała się na drugi bok i bezskutecznie próbowała odnaleźć to właściwe miejsce na swoim sienniku. Myślała o tym, co będzie jutro, jaki będzie kolejny cykl w Ilumenie, czy może wreszcie będzie inaczej i kto z nich zostanie Wybrany...
I znowu nic. Sen nie nadchodził, zaczęła liczyć gwiazdy. Noc była bezchmurna i niebo było ich pełne. Wszyscy mówili, że to pomaga. Jej nie. Zresztą nigdy nie pomagało. Zaczęła więc dokładnie przyglądać się swojej izbie. Cóż, Pan Ojciec miał wiele uzdolnień, ale prace domowe raczej do nich nie należały. Czasami miała nieodparte wrażenie, że jej pomieszczenie (podobnie jak i cały dom) zachowało w sobie pamięć krajobrazu po burzy i spustoszenia, jakie potrafi zostawić po sobie żywioł. Nic tu nie było na swoim miejscu i nic do siebie nie pasowało. Stół, przy którym się uczyła, był zaprzeczeniem wszystkich praw, które wykładano w Ilumenie: ciążenia, siły, oddziaływania... Nie inaczej było też z pozostałym wyposażeniem. Pan Ojciec i Pani Matka nie mieli zbyt wielu wypracowanych dni, zresztą nigdy też nie przywiązywali wagi do materialnej strony życia. Odkąd pamiętała, nie otrzymali do domu nic nowego. Nie wymienili żadnego przedmiotu, tylko naprawiali i reperowali te stare. I to tylko wtedy, kiedy nie można już było ignorować uszczerbku, jaki wywierał na nie upływający czas.
W domu od zawsze priorytetem były zwoje. Nikt nigdy nie żałował na nie żadnego wypracowanego dnia. Mieli ich setki. Zajmowały dwie izby. Nikt w całej Supali nie miał takiego zbioru, nawet pierwsi mieszkańcy. Ta świadomość napawała Dalemę ogromnym poczuciem dumy. Nie powinna była tak myśleć, ale to dzięki nim czuła się choć trochę lepsza.
I ciągle nie mogła zasnąć. Rozglądała się więc dalej. Cóż, nie lepiej było ze ścianami. Powinny być gładkie i równe. Ale kiedy okazało się, że gładkie i równe tylko w teorii jest proste, postanowili, że jej izba będzie inna. Pan Ojciec nakładał zaprawę, a ona wraz z Dziadkiem odciskała na niej ślad swojej dłoni. Chyba nigdy nie była tak szczęśliwa jak wtedy. Ona, Pan Ojciec i Dziadek. Razem. Tylko we troje. Ani wcześniej, ani później nie byli sobie tak bliscy. Dziadek wskazywał, gdzie powinna dotknąć ręką i którą - prawą czy lewą, a gdy nie mogła dosięgnąć, podnosił ją w górę albo brał na barana. Trzeba przyznać, że pobielone później wapnem ściany dały interesujący efekt. Zarówno w ciągu dnia przy dziennym blasku słońca, jak i nocą, przy dyskretnym świetle świecy były... koszmarne i absolutnie nie do zaakceptowania. Były po prostu najbrzydszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała. Ale miała do nich sentyment, w końcu były wspólnym dziełem ich trójki. A teraz, po śmierci Dziadka, były jedną z niewielu rzeczy, która jej po nim została.
Odruchowo sięgnęła po talizman, który zawsze nosiła zawieszony na skórzanym rzemieniu na szyi. Odkąd otrzymała go od Dziadka, nigdy się z nim nie rozstawała. W każdym cyklu wymieniała tylko rzemień na nowy, by przypadkiem nie przerwał się i żeby nie straciła swojej najcenniejszej pamiątki. Choć - jak żartował Pan Ojciec - rzemienie były warte więcej niż ten kawałek blaszki.
Księżyc wpadał do izby i mocnym światłem rozjaśniał pomieszczenie. Zdjęła z szyi talizman i zaczęła obracać go w palcach. Niewielki trójkątny kawałek metalu, zapewne jeszcze robiony przez Orbatoli, bo wyglądał na bardzo stary i zniszczony. Dwie krawędzie były idealnie gładkie i równe, widać było w nich precyzję cięcia i kunszt rzemieślnika. Ale trzecia już znacząco odbiegała od pozostałych, była nierówna i chropowata. Ścianki natomiast, zarówno przednia, jak i tylna, choć prawie nie różniły się od siebie, poza jednym drobnym szczegółem, były perfekcyjnie proste i gładkie.
Ten drobny szczegół robiący różnicę to niewielki ślad z tyłu talizmanu, dotykający samego środka najkrótszej krawędzi. Była w stanie wyczuć go pod palcami. Miał lekko wydłużony, owalny kształt, był wielkości ziarna grochu, może nieco większy. Jednak z powodu uszkodzeń nie mogła dokładnie stwierdzić, czym był. Wydawało się, że ktoś bardzo nieumiejętnie chciał coś na nim wyryć, a jedyne, co potrafił, to zniszczyć powierzchnię, pozostawiając ten dziwny znak.
Nadal mu się przyglądała i przesuwała go w dłoniach. Miała wrażenie, jakby otrzymała ten prezent zaledwie wczoraj. Było to w drugim cyklu w Ilumenie, znowu wróciła przygnębiona, po kolejnym dniu, gdy rówieśnicy drwili z jej ułomności i jak zwykle chciała w towarzystwie Dziadka znaleźć wytchnienie. Siedział w ogrodzie.
- Ciężki dzień? - zapytał tylko, gdy ją zobaczył.
Kiwnęła głową, nie miała nawet siły, by wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo. Najchętniej po prostu rozkleiłaby się. Wystarczył jeden rzut oka Dziadka, aby dostrzegł, że jest z nią bardzo źle. Przywołał ją do siebie i objął ramieniem, gdy tylko przy nim usiadła. Wyjął spod tuniki niewielki przedmiot, który miał zawieszony na piersi i zaczął mu się przyglądać. Kilka razy widziała go na jego szyi, ale nigdy bliżej mu się nie przyjrzała.
- Mam go od dziewięciu cykli - powiedział, odwracając się do Dalemy.
- To tyle, ile ja żyję - stwierdziła zadowolona.
- Tak - uśmiechnął się. - Dokładnie. Zawsze wierzyłem, że jest moim talizmanem, że ochrania mnie i przynosi mi szczęście. - To mówiąc, zdjął go z szyi i podał jej. - Myślę jednak, że teraz bardziej przyda się tobie.
Chociaż była dzieckiem, nawet ona wiedziała, że kawałek blaszki nie może przed niczym ochronić. Zwłaszcza przed niechęcią i wrogością innych. Przyjęła jednak prezent z wdzięcznością. Cieszyła się, że będzie miała coś, co należało do niego. Jednak w tym samym momencie zrozumiała, że pozbawia Dziadka rzeczy, która miała dla niego tak duże znaczenie.
- Nie mogę go wziąć - powiedziała poważnie, odsuwając od siebie jego rękę z prezentem. - To przecież twój talizman.
- Obiecaj tylko, że zawsze będziesz go nosiła - uśmiechnął się. - Zawsze. I nigdy go nie zgubisz. - I ponownie zamknął go w jej dłoni.
- Ale...
- I tak miał być twój.
Tak, kawałek starej blaszki i te okropne ściany to jej jedyne namacalne pamiątki po Dziadku.
Zresztą, prawdę powiedziawszy, to niewiele tych koszmarnych ścian w ogóle było widać. Wszędzie na ścianach i meblach znajdowały się niezliczone ilości kart. Kiedy okna w izbie były otwarte i do środka wpadał wiatr, zdawało się, że wszystkie nagle ożywały, drgały i poruszały się miarowo z każdym porywem powietrza. Te karty to także był pomysł Dziadka. Mówił, że warto spisać to, co nie daje spokoju, o czym ciągle się myśli i czego nie można zapomnieć albo zapamiętać. Jej karty to były głównie zapisy z pobieranych nauk, taka spuścizna po Ilumenie. Karty te mówiły o tym, co lubiła, co ją pasjonowało i chciała, aby głęboko zapadło jej w pamięć, bo warte było zapamiętania, ale też to, z czym się nie zgadzała, co wzbudzało jej opór i sprzeciw, a nade wszystko to, czego nie mogła zrozumieć i z czym miała problem.
- Dalemo, wstawaj, już czas - usłyszała z progu ciepły głos Pana Ojca.
Więc jednak zasnęła. Spojrzała na słońce. Już późno. A dzisiaj przecież nie mogła nie być na czas. Szybko wstała. Może jeszcze zdąży.
- Ta... ta... tak, Pani Ma... Ma... Matko, przepraszam. Zaspałam - ostatnie słowa rzuciła, będąc już na zewnątrz. Wolała nie patrzeć na Panią Matkę. Mogła się domyślać, jak ogromna dezaprobata kryła się w jej oczach. Kątem oka zerknęła tylko i zobaczyła swoich pafros siedzących przy stole i widzących tylko siebie.
- Pamiętasz, jak po pierwszym dniu w Ilumenie powiedziała, że więcej tam nie wróci i że nie ma siły, która by ją tam zaciągnęła? - zaczęła Luna, zwracając się do Tarosa.
Ale Taros jej nie słuchał, tylko patrzył na nią i myślał, jak uroczo dzisiaj wyglądała. Chociaż była tak drobną i niewielką istotą, to przyciągała wzrok jak magnes, tak jak Księżyc, u nich nazywany Luną, po którym otrzymała imię. Te idealne kobiece proporcje nie pozwalały na obojętność. Oliwkowa cera dodawała blasku kocim oczom, które idealnie wykrojone w pociągłym owalu twarzy zachęcały tajemnicą i łudziły obietnicą spełnienia. Dzisiaj, tak samo jak trzy dekady temu, przykuwała uwagę i intrygowała. Nadal była tak piękna jak wtedy, gdy się poznali. Wystarczyło tylko, że gdzieś się pojawiła. Nawet nie musiała robić nic więcej. W towarzystwie zawsze mogła być pewna atencji mężczyzn i zazdrości kobiet. On sam nie mógł uwierzyć, kiedy spośród tylu innych wybrała jego. Wtedy był przecież tylko nic nieznaczącym, jednym z wielu, kandydatem na Opiekuna Zwojów.
Szkoda, że Dalema nie była podobna do Luny. Dalema. W przeciwieństwie do Luny, jego fili, była dość wysoka, jak mówiono - zbyt wysoka jak na kobietę. Była niewiele niższa od niego, a jeszcze rosła. Do tego pomimo swoich szesnastu cykli nadal miała dziewczęce ciało i niewiele śladów kobiecych krągłości. Spędzając czas głównie wśród zwojów, a nie w gajach jak większość dziewcząt, nie dawała swojej cerze nawet szans na ten legendarny brzoskwiniowy kolor Darumów. Jej włosy nie pachniały wiatrem, cera nie lśniła słońcem, a duże szaroniebieskie oczy patrzyły zawsze mieszaniną zadumy i rozsądku. Tak, Dalema niewiele wzięła po Pani Matce. Na szczęście odziedziczyła te dołeczki. Jemu wystarczyło to w zupełności. A reszta? Reszta niewątpliwe przyjdzie z czasem.
Obserwował Lunę i myślał o tym, że dobrze by było, gdyby Dalema choć w minimalnym stopniu była tak podobna do Matki fizycznie, jak były podobne wewnętrznie. Ich charaktery - tu podobieństwo było uderzające. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że żadna z nich nie zdawała sobie sprawy, że wszystkie trudności w ich porozumieniu brały się właśnie z tego podobieństwa.
- Pamiętam - odpowiedział wreszcie Taros przywołany do porządku czujnym spojrzeniem fili, przypominając sobie ich przerażenie, kiedy sądzili, że najmłodsza z Darumów zrezygnuje z pobierania nauk. - Zupełnie nie wiedzieliśmy, co robić. Wszyscy byli przerażeni. Wiesz, nie mówiłem tego wcześniej, ale ja nawet myślałem, że to wpływ Tormana, że to on namieszał jej tak w głowie.
- Przestań, na Randoga. Nie możemy wymawiać jego imienia. Wiesz przecież, że to zabronione - rozejrzała się bacznie wkoło, upewniając się, że nikt nie słyszy.
- Wybacz. Ale nie umiem zapomnieć. Mam tylko nadzieję, że jest w stanie udźwignąć swoje przeznaczenie.
- Myślisz, że mi jest łatwo? Ale przecież nie możemy inaczej. Tak stanowi prawo. - I dodała, starając się powrócić do poprzedniego tematu: - Trwało to kilka dni. Nie skutkowały prośby ani groźby. Wyczerpaliśmy wszystkie argumenty, a Dalema dopiero po rozmowie z twoim Panem Ojcem zgodziła się dać Ilumenowi jeszcze jedną szansę.
- Nie, to nie było tak. Spędziła z nim cały dzień, wróciła do domu wieczorem, usiadła przy stole, milczała chyba ze dwa obroty klepsydry i dopiero oznajmiła: "Dziadek ma rację. Trzeba wrócić do Ilumenu. Przecież nie mogę się bać. Muszę tylko odnaleźć swoją drogę".
- Tak, masz rację, tak było. Nadal zastanawiam się, co miała na myśli. Ale to chyba od tego czasu zaczęło się noszenie tych dziwacznych ubrań, szukanie najszerszych tunik i zakładanie tych nijakich sukman.
- Przecież one są tak duże, że ty i ja zmieścilibyśmy się w nich oboje. Ja bym został w izbie, a ty mogłabyś wyjść na zewnątrz i może nawet dotarłabyś do Domu Praw.
- Tak, w końcu nie mieszkamy tak daleko od Środka...
Spojrzał na nią, nie kryjąc uśmiechu, ale i zdziwienia. Mieszkańcy Supali, którzy znali jego filę, nie uwierzyliby, że potrafi się w ogóle uśmiechać, o najmniejszym choćby poczuciu humoru nie wspominając. Znali ją tylko zza Ławy Praw. Wiedzieli, że jest surowa i bezwzględnie przestrzega zasad oraz reguł ustanowionych przez Władców. Potrafiła egzekwować je nie tylko od innych, ale także od siebie i swojej rodziny. I nawet wtedy, gdy stało to w jawnej sprzeczności z jej matczynym sercem.
Tymczasem pod tą poważną, chłodną, opanowaną maską Strażnika Praw kryła się tętniąca życiem, niespokojna i niepokorna dusza. Luna dobrze umiała ukryć swoje prawdziwe oblicze. Która kobieta po tylu cyklach potrafiłaby jeszcze zaskakiwać? Czasami Taros miał nieodparte wrażenie, że tak niewiele o niej wiedział. Pomimo tylu wspólnie przeżytych cykli była dla niego wciąż nieodgadnioną tajemnicą.
1
Nie mogła się bać. Strach trzeba odrzucić - czyż nie to zawsze powtarzała swoim uczniom? Do tej pory wszystko szło dobrze. Pierwsza część planu została zakończona. Uciekła i nikt jej nie ścigał. Spojrzała na przyrządy. Nic. Nawet śladu pościgu. Udało jej się przewidzieć, co może się wydarzyć i potrafiła to wykorzystać.
Najważniejszy krok został zrobiony. Teraz trzeba już tylko skutecznie ukrywać się do końca życia...
Była prawie na miejscu. Jak wszystkie pozostałe wazimy, także i ten skierowała daleko od miasta. Tylko w ten sposób miała jakąś szansę.
Obniżając wysokość, musiała zgasić wszystkie światła, aby stać się niewidoczną dla straży miejskich. Co prawda zaplanowała wylądować z dala od siedziby, ale i tak groziło jej, że jakiś nadgorliwiec mógłby się zainteresować nieplanowanym i nieoczekiwanym lotem. Wyłączyła oświetlenie i dopiero wtedy zrozumiała, że jednak nie przewidziała wszystkiego. Noc była tutaj ciemna, niebo zasnute chmurami. Ani śladu jasnych gwiazd czy księżyca. Była jak ktoś, kto właśnie stracił zdolność widzenia. Pozostała jedynie perfekcyjna nawigacja. Musi tylko dokładnie wylądować na zaplanowanej pozycji. Nic więcej.
Zniżała się do poziomu "Zero". I wtedy to zobaczyła.
Przyglądała się uważnie, ale miała problem z określeniem, co to było. Wciąż, zgodnie z planem lotu, obniżała wysokość, stale wysilając wzrok. Światła. Światła by pomogły, ale przecież nie mogła teraz zdradzić nikomu swej pozycji.
Tam gdzie powinna być wykarczowana i wyrównana polana, rosły kilkuletnie drzewa. Ale było już za późno na jakiekolwiek korekty lotu. Była na poziomie "Zero" - teraz nie byłaby w stanie wystarczająco szybko wznieść się do góry. Uderzyłaby w otaczające polanę ogromne drzewa.
Czy nikt już nie potrafi porządnie zrobić mapy terenu? Co za nieuk jej nie zaktualizował? To niesłychane, jak takim ignorantom udało się osiągnąć tak wiele...
Bardzo powoli obniżała lot. Przeszła na ręczne sterowanie. Najwolniej i najdelikatniej, jak tylko mogła, starała się osiąść na ziemi. Poczuła, że jednak zdecydowanie źle wybrała miejsce.
W miejscu, gdzie lądowała, znajdował się spory zagajnik młodych drzew. Przez dno kabiny starały się przebić do środka gałęzie większych i silniejszych drzew. Pojazd zaczął się groźnie przechylać, a ona nic nie mogła zrobić. Pchany jeszcze resztkami energii wazim rył ziemię i miażdżył kabinę. Miażdżył także jej nogę. Ból był nie do zniesienia. Nie była pewna, ale chyba słyszała swój własny krzyk. Spróbowała zasłonić usta rękoma.
Wreszcie pojazd się zatrzymał.
Powinna jak najszybciej opuścić statek. Rozejrzała się po kabinie. Wazim leżał na boku. Na szczęście wyjście pozostało niezablokowane. Dźwignia otwarcia znajdowała się przy siedzeniu pilota, wystarczyło ją pociągnąć. Już. Jak to jest, że zwykłe mechanizmy okazują się dużo pewniejsze niż cała ta zaawansowana technika? Otworzyła właz. Chwyciła krawędź i podciągnęła się. Jej policzki owiał chłodny wiatr, zaczerpnęła świeżego powietrza. Pachniało budzącym się życiem. No tak, przecież tutaj zaraz rozpocznie się okres wegetacyjny. Ten chłód i zapach życia obudził w niej nowe pokłady energii. I ona musiała przeżyć. Miała przecież dla kogo. Wspięła się na wierzch wazimu.
Tylko jak zejść? Jak zeskoczyć na ziemię z pogruchotaną nogą? Nie miała wyjścia, musiała skakać. Przecież nie było czasu do stracenia. Zacisnęła zęby i skoczyła. Upadła na ziemię i zawyła z bólu. Jej stopa wyglądała niepokojąco, przekręcona pod dziwnym kątem.
Nie widziała, czy jej noga, a w zasadzie to, co z niej zostało, było zwichnięte, złamane czy pogruchotane. Zresztą nie miało to chyba w tej chwili większego znaczenia - i tak bolało straszliwie. A do tego upływ krwi był duży. Musiała szybko zatamować krwotok. Przecież te ślady ją zdradzą. Będą wiedzieć, że tu wylądowała.
Szybko przewiązała ranę udartym z koszuli rękawem i zatamowała krwotok. Przynajmniej nie zostawi wszędzie swojego materiału rozpoznawczego. Musiała jak najszybciej oddalić się stąd i z bezpiecznej odległości wysadzić statek. Podłożyła ładunki partonowe i uruchomiła samozniszczenie. Ładunki wzięła ze sobą na wszelki wypadek, a teraz okazały się przydatne. Bardziej ufała im niż automatowi. Partony umieściła także we wszystkich pozostałych statkach. Tak, aby wszędzie osiągnąć ten sam efekt. I po to, aby zostawić jak najmniej szczegółowym analizom śledczych.
Dostrzegła sączącą się przez opatrunek krew. Rana musi być naprawdę głęboka. Jednak nie to było najgorsze. Nieporównywalnie mocniej bała się o to, czego nie widziała, bo przecież to nie o siebie bała się najbardziej. Czy podczas lądowania i zeskoku z wazimu nie stało się nic złego? Wzięła co prawda pomoce medyczne, ale czy to wystarczy?
Ciągnąc za sobą złamaną nogę, oddalała się od statku. Tak szybko jak mogła, uciekała. Dalej. Jeszcze dalej. I jeszcze. Jaka odległość była dobra, jaka bezpieczna? Jak najdalsza, podpowiadał jej rozsądek. Brnęła i brnęła więc w otaczający ją las. Coraz głębiej.
W pewnym momencie poczuła, że nie da rady iść dalej. Stanęła. Drążącą ręką podniosła nadajnik i nacisnęła. Ogromny, oślepiający słup ognia rozjaśnił noc. Kolejny element planu się udał. Odwróciła się od ognia i ruszyła z miejsca.
Nagle stanęła jak wryta.
Więc jednak nie przewidziała jeszcze czegoś.
"Nie przewidziałam tego, że ktoś może tu być" - pomyślała, widząc wpatrzone w nią zza gęstych krzewów błękitne oczy.
Nie była sama.
"A co z Kakrachanem? Więc to wszystko na nic?" - to była ostatnia myśl przed tym, jak upadła na ziemię.
3
Stwórco wszechrzeczy
Daj nam siłę krzyku, śpiewu tłumu!
Stwórco wszechrzeczy
Daj nam same jasne dni!
Stwórco wszechrzeczy
Daj nam radość, której szukamy!
Stwórco wszechrzeczy
Daj pokonać każdy lęk!
Stwórco wszechrzeczy
Daj otworzyć niedostępne bramy!
Setki głosów głośno powtarzały te same strofy, rytmy, identyczne dźwięki. Rytmiczny hałas dawno temu spłoszył wszelką zwierzynę, ptaki także zniknęły i nawet ogromne, pamiętające jeszcze pierwsze cykle arkarie, zdawało się, że chciałyby być gdzieś indziej...
A Widzący Prawdę w swych purpurowych, powiewnych szatach w kapturach zasłaniających całe twarze dalej przewodzili niekończącej się procesji ciał. Na czele szedł Pierwszy wśród Widzących Prawdę, niosąc w dłoniach Plon, a za nim szli pozostali, każdy w sercu dziękując za obecny cykl, prosząc o nowy, jeszcze lepszy, każdy śpiewając tę samą pieśń.
Tłum ludzi gęstniał - przybywali nowi i dołączali do barwnego korowodu. Chyba większość mieszkańców, wszyscy w tradycyjnych odświętnych strojach, zjawiła się, aby świętować koniec pory zbiorów. Tłum był tak wielki, że nie tylko nie było już widać Pierwszego wśród Widzących Prawdę, ale nawet branka niesiona na barkach Czterech była tylko coraz mniej wyraźnym białym punktem. A tłumu wciąż przybywało.
I już nie setki, ale tysiące głosów donośnie, równo, rytmicznie powtarzało tę samą pieśń. Tę, która jak żadna inna potrafiła łączyć. Wszyscy szli razem, obok siebie, ramię w ramię bez względu na podziały. W tym pochodzie nie było już starców i dzieci, majętnych i żebraków, mędrców i głupców, chromych i ułomnych. Miało się wrażenie, że wszyscy chociażby przez ten moment byli równi...
Temu czarowi, poczuciu wspólnych więzi, podobnych pragnień i potrzeb uległa i ona. Czuła, że te chwile, te wypowiadane, niczym nietłumione dźwięki dają moc, siłę i pewność. Dzięki nim była częścią tej nieogarnionej całości. Dzięki nim wiedziała, że to właśnie tu przynależy. Dzięki nim łatwiej było jej przypomnieć sobie wszystkie prawa i uwierzyć, że można zgodnie z nimi żyć.
Pamiętała treść przysięgi, którą osiem lat temu złożyła, wstępując do Ilumenu, a nazajutrz w tym samym Ilumenie wypowie ją po raz kolejny:
Stwórco wszechrzeczy
Daj nam odwagę, której chcemy
Daj nam prawdomówność, której potrzebujemy
Daj nam niezależność, której tak pragniemy
Daj nam pracowitość...
Tak bardzo zapomniała się w pochodzie, śpiewie i magii prastarego gaju, że chciała podejść bliżej, przebić się przez tłum i dotrzeć do samej grupy Widzących Prawdę. Dotrzeć do Pierwszego wśród nich.
W chwili, kiedy uczyniła krok do przodu, Pani Matka zatrzymała ją nagłym, mocnym ruchem ręki.
- Dalema, zostań na miejscu!
No tak, przecież Pani Matka zawsze trzymała się na uboczu, choć była Trzecią w Wielkiej Ławie Strażników Praw i pochodziła z rodu Darumów. Tych Darumów, co - jak zawsze podkreślała - wszystko zawdzięczali sobie i swojej ciężkiej pracy.
Może dlatego nie pozwoliła Dalemie bardziej angażować się w Święto Leili, że Władcy Królestwa niechętnie patrzyli na wszelkie przejawy miejscowego kultu. Niby je tolerowali, ale przecież w świecie, gdzie jedyną i prawdziwą religią była wiedza, trudno było znaleźć miejsce dla innych bogów.
Zresztą, jak wszyscy wiedzieli, Darumom pomimo ciężkiej pracy wiodło się ostatnio i tak coraz gorzej. Byli mieszkańcami kolonii Supala w piątym pokoleniu. A piąte pokolenie, w tej i tak prawie zapomnianej przez Królów krainie, niestety oznaczało jedno - stopniowe ograniczanie przywilejów, rozluźnienie więzi z dworem i co najważniejsze - niemożność powrotu do Atlantydy...
6
Wszyscy wiedzieli, że ten cykl będzie najważniejszy. Wszyscy to wiedzieli i powtarzali nieustannie. Dalema także. Czekała na ten moment, odkąd zaczęła naukę. Czekała na niego, a teraz, kiedy nadszedł, bała się, że przyniesie to, co dawał zawsze Ilumen - rozczarowanie.
Jednak nawet złe wspomnienia w niczym nie zmieniały jej bałwochwalczego stosunku do niego. Mieszanina nieustającej pasji i fascynacji towarzyszyła jej zawsze, kiedy widziała gmach Ilumenu i przekraczała jego mury. Nic nie było w stanie sprawić, by przestała szanować i podziwiać to miejsce. Bo Ilumen był po porostu najpiękniejszym miejscem w całej Supali. I nie tylko dlatego, że pozwalał zbliżyć się do boskiej wiedzy Władców. Mieścił się w najstarszym z czterech gajów miasta. Pełen był roślin, które nie rosły nigdzie indziej w Supali. Kwitły w nim kwiaty przywiezione z innych kolonii. Wyglądał zawsze i pachniał jak najcudowniejsze miejsce na ziemi.
Dalema zobaczyła, że przed wejściem do Ilumenu kręcą się tłumy. Pewnie za chwilę otworzą. Zbliżając się do głównych drzwi, rozglądała się uważnie, nie chcąc przegapić Izbora.
- Szukałem cię - usłyszała jego głos za plecami.
- Ja... ja... ja ciebie też - spojrzała na niego, szczęśliwa, że wreszcie jest obok.
- Może gdzieś się zaszyjemy. Przecież ten fragment przerabialiśmy już tyle razy.
- Ni... nie. Ni... nie możemy wyjść. To... to... to taki ważny dzień. To najważniejsze rozpoczęcie ze wszystkich, Izbor. Musimy zostać.
- Wiesz, czasami zupełnie nie rozumiem, dlaczego ja cię jeszcze toleruję. Jesteś tak przewidywalna. Ucieleśnienie nudy. Jak ktoś chce powiedzieć "nuda", to równie dobrze może powiedzieć "Dalema". Może byś sobie od czasu do czasu odpuściła? Może tak zrobiłabyś wreszcie coś spontanicznie?
- Przestań marudzić. Chodź, podejdziemy bliżej.
Powód do znalezienia się blisko Mistrzów był jeszcze jeden - Zamir. On zawsze, odkąd tylko sięgnęła pamięcią, znajdował się w pierwszych szeregach. Pewnie teraz też tak będzie. Jakkolwiek dawno zaakceptowała fascynację Zamirem, to wciąż jej jeszcze nie zrozumiała. Nie pojmowała nawet, co ją w nim pociągało i zupełnie nie potrafiła sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę od niego oczekiwała. Jednak wszystkie wątpliwości, które nią targały, wszystkie odpowiedzi, które nigdy nie padły, stawały się bez znaczenia, gdy pojawiał się w zasięgu jej wzroku. Jak to było możliwie?
Rozpoczęcie cyklu jak zwykle odbywało się w Sali Kolumnowej. Tym razem wydawało jej się, że ilumenów jest więcej. Belzbor, Pierwszy ze Strażników Praw, jak w każdym cyklu, także i teraz prowadził uroczystość rozpoczęcia. I jak zwykle mówił to samo. Zawsze zwracał się do najmłodszych, pierwszych cyklów, tłumacząc im istotę i sens istnienia Ilumenu.
- Jesteście tu, bo macie szczęście być tutaj. Dobrze wykorzystajcie swoją szansę. Niech każdy z dziesięciu cykli będzie dla was bezcenny. Niech każdy z nich przyniesie wam mądrość ku chwale Supali i na pożytek Władcom.
A potem zaczynał wyjaśniać tak dobrze wszystkim znaną specyfikę Ilumenu.
- Jedyną słuszną wartością kolonii jest wiedza - grzmiał. - A wiedza ta jest równa sumie mądrości poszczególnych członków społeczności. Stąd też, szanując zasady ustanowione przez Królów, w Supali wprowadziliśmy dziesięć cykli nauki, które dzielą się na trzy etapy. Pierwszy nosi nazwę Trany. Uczymy w nim czterech przedmiotów: algebry, nauki języków, retoryki, czyli sposobu poprawnego wysławiana się oraz dialektyki, czyli nauki logicznego myślenia. Drugim etapem jest Deka, podczas której będziecie nauczani dziesięciu przedmiotów: kosmologii, ziemiologii, logiki, chemii, fizyki, astronomii, meteorologii, metafizyki, psychologii, mechaniki. Ostatnie dwa cykle są mieszane. Razem uczą się najstarsze cykle z tymi o jeden cykl młodszymi. Celem jest utrwalenie sobie zapamiętanej wiedzy, pomoc młodszym ilumenom oraz rozwój w zakresie własnych zainteresowań. Ten cykl ze wszech miar jest wyjątkowy - donośniejszym głosem podkreślił wagę wypowiadanych słów. - Po raz pierwszy od dziesięciu obrotów zostanie dokonany Wybór. Oczywiście zgodnie z zasadami wezmą w nim udział wszyscy ilumeni spełniający wymagania nałożone przez Królów. A teraz proszę wszystkich, a zwłaszcza ilumenów najmłodszego cyklu, aby powtarzali za mną:
Stwórco wszechrzeczy
Daj nam odwagę, której chcemy
Prawdomówność, której potrzebujemy
Daj nam niezależność, której pragniemy
Pracowitość, bez której żyć nie możemy
Daj nam wytrwałość i honor nam daj
A kiedy życie wystawi na próbę, wierność daj i samodyscyplinę.
- Życzę wam mądrości. Ku chwale Supali!
- Chwała Supali! - w odpowiedzi rozległy się zgrane okrzyki ilumenów.
Wśród tego poruszającego się i ożywionego tłumu Dalema dostrzegła wreszcie i jego. Zamir stał wśród grupy adorujących go dziewczyn i podziwiających kolegów. Wszyscy zapatrzeni w niego, słuchający, co ma do powiedzenia.
Tak, był niekwestionowanym liderem, każdy chciał choć przez chwilę być z nim, aby i na niego spłynęła choć część splendoru i sławy, która go otaczała. Tak bardzo zapatrzyła się na Zamira, że zupełnie zatraciła poczucie czasu i miejsca. Ledwo usłyszała słowa Izbora.
- To twój cykl, Dalemo. Musisz dobrze wykorzystać ten czas. Drugiej szansy nie będziesz miała.
- O czym ty mówisz, Izbor?
- Kiedy wreszcie się odważysz? Całe życie będziesz tylko spuszczać wzrok i wzdychać po kątach? Żałosne. Kiedy wreszcie mu powiesz? Kiedy? Ja mam to zrobić za ciebie?
- Ni... ni... nie potrzebuję litości. Iiiiiiii nawet się ni... ni... nie waż ingerować w moje sprawy.
- Ja chyba nigdy cię nie zrozumiem. Wiesz więcej niż ktokolwiek z nas, ale nigdy się nie odzywasz i nie dajesz żadnych odpowiedzi. Masz w sobie tyle dumy, ale każdemu pozwalasz na drwiny i zaczepki. Zawsze jesteś spokojna i na wszystko się zgadzasz, nic ci nie przeszkadza i nikomu nie chcesz przeszkadzać ani wchodzić w drogę. Jak długo będziesz jeszcze udawać, że jesteś tylko cieniem, powietrzem, że cię nie ma?
Poczuła się dotknięta. Jak Izbor mógł tak o niej myśleć? Ocena przyjaciela była krzywdząca, chociaż może miał trochę racji. Dziadek też przecież mówił, że kompromisy, ustępstwa muszą mieć granice. Że jest pewien limit, którego przekroczyć nie można. Że każdy człowiek nosi ten limit w sobie. Że są zasady i wartości, które nigdy nie mogą być naruszone. A jeśli się tak stanie i złamie się zasady albo przekroczy granice, to przestaje się istnieć. Bo człowiek wtedy po prostu przestaje być człowiekiem.