Skargi i skargi na Kajtusia.
- Utrapienie z chłopakiem, - wzdycha mama.
- Nie biłem, ale jak stracę cierpliwość, - grozi ojciec.
- Dobrze mu z oczu patrzy, - uśmiecha się babcia.
- Głowę ma dobrą, - mówi ojciec.
- Do wszystkiego ciekawy, - dodaje mama.
- W dziadka się wrodził, - uśmiecha się babcia.
Skargi i skargi.
Mówi stróż, że z okna rzucił śledzia: na głowę gospodarza domu. - Rzuciłeś?
- Nieprawda.
Po pierwsze: wcale nie śledź, a tylko ogon śledzia.
Po drugie: nie na głowę, a na kapelusz.
Po trzecie: nie z okna, a przez poręcz schodów.
Po czwarte: nie Kajtuś, a inny chłopak.
W dodatku nie trafił, - niezdara.
Powiada stróż, że pogasił światła na wszystkich schodach.
- Nieprawda. Wcale nie na wszystkich, a tylko w jednej
sieni. - Skąd stróż wie, że akurat ja? - Może kto inny? - Może kto
jeszcze? - Może dziewczynka zgasiła, a nie chłopiec? - Może strażak
zgasił? - Są przecież w Warszawie strażacy.
Mówi stróż, że Kajtuś dzwoni i ucieka.
Dzwonię, - tak, - ale w innych bramach. Nie w naszej. - Raz
dzwoniłem, - dawno.
- Dlaczego dzwonisz?
- Tak jakoś.
Bo chce wiedzieć, czy dzwonek nie zepsuty. - Czasem z nudów.
- Czasem ze złości, że idzie do szkoły, a głupi dzwonek wisi sobie,
jak hrabia, i nic nie robi.
Mówi stróż:
- Wyrwał kamień, powyginał rynnę.
- To już zupełnie kłamstwo.
Wie nawet, kto to zrobił.
- Ja sanki zbijałem, ale młotkiem, wcale nie kamieniem. A
deskę oparłem o schodek, a nie o rynnę.
Ma świadka. Może przyprowadzić chłopca, który mu młotek
pożyczył i deskę trzymał.
Znów przychodzą na skargę.
- Szybę stłukł. Kamień rzucił.
- Widziałam, jak uciekał. W psa rzucił.
- Nie w psa, a w kota. Nie kamień, a kawałek cegły. -
Zupełnie inny chłopak wybił szybę kamieniem. - Tylko uciekali
razem.
Wie kto, ale nie powie.
- Dlaczego ta pani dobrze nie widzi?
A jeszcze przychodzi na skargę i każe płacić za szybę?
Bo wygląda tak, że już nikt nic złego, tylko wszystko
Kajtuś.
Są przecież gorsi od niego.
Mówią:
- Jeżeli sam nie zrobił, to jeden z jego koleżków.
Więc co? - Za wszystkich ma odpowiadać, czy tylko za
siebie?
Był mały.
Do szkoły jeszcze nie chodził.
Poszedł kąpać się w rzece.
Ubranie zostawił na piasku.
A no, pływa, - potem wychodzi z wody. - I widzi zdaleka, jak
uciekają łobuzy.
Wszystko zabrali: spodnie, buty, czapkę, nawet koszulę.
Pan się zlitował, owinął w swoją marynarkę i zaniósł
Kajtusia do domu.
I była awantura, że no.
Złodzieje też są między chłopakami.
A Kajtuś nie ruszy cudzego. Brzydzi się złodzieja.
Miał tylko różne przygody.
Kiedy żyła Helenka, skakali ze schodów; z jednego, z dwóch,
z trzech, z czterech, i z pięciu.
Chciał pokazać, że skoczy bez trzymania za poręcz.
I pokazał: skoczył z pięciu schodków. - Byłoby się udało,
ale miał nowe buty... śliskie podeszwy...
Potem długo leżał w łóżku.
Teraz na głowie - włosy mu w tem miejscu nie rosną.
To się nazywa blizna.
Drugą bliznę ma Kajtuś na nodze, bo go pies rzeźnika
pokąsał.
Bo mówili chłopcy, że pies się nie da pogłaskać.
- Zły pies.
- Spróbuję ostrożnie. Może się uda.
Spróbował ostrożnie. I nie udało się.
Założył się, że przeleci przed tramwajem.
- Możesz się przewrócić. - Daj lepiej spokój.
- Czego się ma przewrócić?
- Nie zdążysz.
- To się załóż.
Ale zakład nie został rozegrany. Motorniczy w porę
zatrzymał, zahamował tramwaj; ale policjant przyprowadził Kajtusia
do domu.
Zabronili mu cały tydzień na podwórko wychodzić.
Raz sam został w mieszkaniu.
Chciał zrobić niespodziankę: że porąbie drzewo siekierą.
I też się nie udało.
To już trzecia blizna Kajtusia na palcu lewej ręki.
A mogło być jeszcze gorzej. Bo znów w domu został. - I
chciał lampkę zapalić przed obrazem.
Zapaliła się firanka. Ale akurat babcia weszła i ogień
zgasiła.
Już taką ma Kajtuś naturę, że musi widzieć, wiedzieć, a
potem sam spróbować.
Opowiedziała mu mama bajkę o Ali-Babie.
Ali-Baba był wódz rozbójników.
Arabski zbójca. - Czterdziestu ich było. - Ali-Baba dowódca
- herszt.
Mieli zbójcy w lesie piwnicę. Nazywała się ta piwnica -
Sezam. - Tam chowali skarby zrabowane. Tam worki z dukatami i złoto
i drogie kamienie, brylanty.
Do piwnicy prowadzą tajemnicze drzwi.
Jeżeli powiedzieć:
- Sezamie, otwórz się:
Drzwi same się otwierają.
Bajka bardzo ciekawa.
A no.
Leży Kajtuś w łóżku i myśli o skarbach ukrytych.
Aż potem pyta się ojca:
- Czy są skarby prawdziwe?
Nie w bajce, a naprawdę.
Bo gdy mu mama i babcia dobrze nie wytłomaczą, chce
sprawdzić u ojca.
- Są skarby, - mówi ojciec. - Były wojny na ziemiach
naszych. Nieprzyjaciel palił i rabował, a ludzie zakopywali, co
cenne.
Nawet niedawno pisali w gazetach, że w polu znaleźli garnek
z monetami.
Mówi ojciec, że minister drukuje papierowe pieniądze, bo
złoto za ciężkie do noszenia; więc sztaby złota leżą schowane w
piwnicach.
Tego Kajtuś nie zrozumiał dobrze, bo było za trudne. A może
był wtedy śpiący.
- No, trzeba spróbować.
Dobrze.
Idzie z babcią do piwnicy po węgiel.
Schodzi się pod ziemię. - A tam drzwi i długi korytarz. - A
tam różne małe drzwi, do każdej piwnicy osobno.
Babcia zapaliła świecę. - Idą. - A w kącie korytarza stoi
beczka.
Schował się Kajtuś za beczką.
Babcia wzięła węgiel do kubełka wychodzi. A Kajtusia niema.
Woła babcia:
- Antoś, Antoś!
Gdzie się chłopak podział?
A on przykucnął za beczką i czeka cicho.
Myśli babcia: pewnie już na podwórku. I zamknęła piwnicę na
kłódkę.
Został Kajtuś w ciemnym korytarzu. Ale się nie boi. Myśli,
czy aby uradzi ciężką sztabę złota.
Szuka w beczce: pusta.
Namacał pierwsze drzwi i mówi:
- Otwórz się, Sezamie.
Nic.
Namacał drugie drzwi:
- Otwórz się, Sezamie.
Znów nic.
Idzie, wraca. - Ciemno.
Kręci się, szuka. - Już nawet nie wie, gdzie jest. - Sam
jeden tak błądzi. - Ciemno, cicho.
- Sezamie, otwórz się.
Ale zaczął płakać. Przestraszył się dopiero.
Bo może duchy, albo szczury?
Mały był. Do szkoły jeszcze nie chodził.
Krzyczy, wali ręką w ścianę.
Myśli, że już się nie wydostanie.
- Mamo, babciu!..
I naprawdę mógł długo siedzieć, bo babcia go nie szukała. -
Bo czy to pierwszy raz Kajtuś - na ulicę albo gdzie do sąsiadów?
Już mu głosu zabrakło.
- Babciu, tatu, mamo!
A na schodach ludzie nie słyszą, bo stukają butami. - I
Kajtuś stoi nie przy drzwiach, a na końcu gdzieś koło beczki.
Ale listonosz przyszedł i w torbie listy układa. - Stoi w
sieni. - Usłyszał. - Słucha. - Co to? - Ktoś tam w piwnicy
zamknięty.
- Dzieciak chyba.
Zawołał.
Pytają się:
- Dlaczego nie odezwałeś się, kiedy cię babcia wołała? -
Dlaczego za beczkę wlazłeś?
Nie odpowiada.
Nie, żeby się kary bał.
Nie chce.
Nacierpiał się. A jeszcze go wyśmieją.
- Oj Antoś, Antoś. Zawsze jakieś figle.
Prawdziwe imię Kajtusia jest Antoś. Tak nazywają go w domu.
Kajtusiem został na podwórku między chłopakami.
Bo stoi raz przed bramą i pali papierosa.
Pociągnie i dmucha, pociągnie i dmucha.
A stara się, żeby dużo było dymu. Bo zapłacił pięć groszy,
więc chce, żeby było ładnie. - Mógł kupić czekoladkę, ale papieros
ciekawszy.
A ulicą przechodzi żołnierz.
Zatrzymał się, patrzy, śmieje się.
Mówi:
- No! Mały taki Kajtuś, a kurzy, jak stary.
- Więc co?
Zawstydził się Antoś i obraził.
A chłopcy zaraz:
- Kajtuś, mały Kajtuś.
Źli byli, że nie dał pociągnąć. Sami bali się palić, ale
zazdrościli.
I tak już zostało: nie Antoś, a Kajtuś.
Z przezwiskami jest tak. Jeżeli się nie gniewać, to często
zapomną i przestaną. Jeżeli się złościć, to właśnie jeszcze
bardziej. - Bo lubią dokuczyć.
Kajtuś bił, nie dał się przezywać. Ale co jeden poradzi ze
wszystkimi?
A dwóch Antosiów było na podwórku, więc nawet wygodniej, że
jeden z nich Kajtuś. - Wiadomo, kogo wołają.
Wreszcie się przyzwyczaił, ale nie zupełnie. - I wogóle -
nie lubi kolegów.
Trzeci rok chodzi Kajtuś do szkoły, a nie znalazł na długo
dobrego kolegi. - Mało naprawdę porządnych. - Bo tylko udają. -
Lizuchy.
Boją się. Ze strachu spokojni, bo w domu na nich krzyczą
albo biją. Tacy najwięcej kłamią.
Kajtuś też nauczył się kręcić i udawać.
Nie można się zanadto przyznawać. - Gdyby dorośli lepiej
rozumieli, wtedy co innego.
Mówi Kajtuś:
- Nie wiem, czego odemnie chcą.
Choć wie dobrze.
Mówi:
- Kłamstwo od początku do końca.
Choć we środku jest trochę prawdy.
Powiadają:
- Pobił tak, że się chłopiec ruszyć potem nie mógł.
- Co się ma nie ruszać? - Przecież nie zabiłem.
- Mało mu ręki nie złamał.
Już odpowiadaj nie za to, co naprawdę zrobiłeś, ale i za to,
co się mogło stać.
Owszem. - Są chłopcy poważni, ale zarozumiali.
Albo cicha woda, albo niedotykalski.
Zaraz:
- Odsuń się.
- Przestań.
- Odejdź.
Trzeci rok chodzi Kajtuś do szkoły.
Ale i tu ciągle skargi.
Kiedy przyszedł do pierwszego oddziału, pani go pochwaliła.
- Umiesz już czytać. Kto cię nauczył?
- Sam się nauczyłem.
- Zupełnie sam?
- Wcale nie trudno.
Usiadł na pierwszej ławce.
I zaczęło się:
- Siedź prosto. Nie kręć się. Nie rozmawiaj.
Znów:
- Nie kręć się. Siedź spokojnie. Nie baw się ołówkiem. -
Uważaj.
Początek godziny łatwy. Potem coraz trudniej.
Kiedy nareszcie dzwonek?
Opowiada pani coś ciekawego. Wtedy okropnie złości, że
przerywają. - Pani zaczyna się gniewać, aż słuchać się odechce.
W domu wolno oprzeć się o stół, gdy ojciec opowiada, wolno
oprzeć się o łóżko, gdy mama mówi bajkę, oprzeć się o kuferek, gdy
babcia wspomina dawne dzieje.
W domu wolno pochylić się i przeciągnąć i zapytać, gdy się
nie rozumie.
A w szkole chcesz powiedzieć słówko, zaraz podnoś dwa palce
do góry i czekaj.
No tak. Dużo w klasie dzieciaków, i pani nie może osobno
rozmawiać, bo inni zaczną hałasować. - Ale to strasznie
przeszkadza.
- Cóż Antoś? - pyta się ojciec. - Jak ci się w szkole
powodzi?
- Hm.
- Co w szkole słychać?
- Nic.
Niebardzo nawet lubi rozmawiać o szkole.
Przeniosła go pani na czwartą ławkę koło okna.
Ale nie wolno przez okno wyglądać.
Na pierwszej ławce sąsiad był spokojny, a ten z czwartej
zaczepia. Z tyłu za ucho ciągnie. - Nie boli, ale czego zaczyna?
Chcesz powiedzieć, żeby przestał, i pani zaraz:
- Nie odwracaj się.
- A co zrobię, jak muszę?
- Idź do kąta.
- Pani nie wie i mówi, - mruczy Kajtuś.
- Wyjdź za drzwi.
Aż wezwali ojca do szkoły.
- Co tam zwojowałeś?
- Biłem się z chłopakiem. Zaczął rozpowiadać, że się Kajtuś
nazywam.
- No bo prawda: tak cię nazywają.
- Więc co, że prawda? - Co innego podwórko, co innego
szkoła.
- Trzeba było mu wytłomaczyć.
- A jakże. Będzie się słuchał.
- Bić się nie wolno.
- Wiem.
- Oj Antoś, źle zaczynasz. - Oj Antoś, bo jak stracę
cierpliwość...
W kancelarji pani bardzo się skarżyła.
- Nie słucha się. - Niedobry dla kolegów. Rozbija się.
Odgaduje.
Zmartwił się ojciec.
- Musisz się starać.
Stara się, ale co?
Parę dni już dobrze, potem znów awantura.
Siedzi ktoś przed Kajtusiem trąca go łokciem; nie jego, a
zeszyt.
Kajtuś:
- Zabierz rękę.
A on:
- Bo co? Nie pozwolisz?
- Poczekaj: dam ci po dzwonku.
- Dużo się boję.
Kajtuś go ręką tylko, a on zawadził łokciem o kałamarz, i
atrament wylany.
I kłamie jeszcze.
A pani nie wierzy Kajtusiowi.
Innemu się uda, a Kajtusiowi nie.
Stara się Kajtuś.
Napróżno.
Jeśli na lekcji cichy, na przerwie coś zmajstruje.
Aż złość bierze.
I już nie warto się starać.
I nie zawsze można wytrzymać, jak go coś skusi, albo żart
przyjdzie do głowy.
Ot, nudzi się Kajtusiowi na rachunkach.
I pan patrzy na zegarek i czeka na dzwonek.
Co robić, żeby się prędzej skończyło?
A no, - wskakuje na ławkę.
- Oj, proszę pana, mysz. - Tam w dziurce koło pieca. Jeszcze
widać ogonek.
Pan uwierzył.
- Wstydź się. Duży chłopak i boi się myszy.
Klasa w śmiech. Żeby się panu przypodobać.
- Myszy się boi. Tchórz!
Schodzi Kajtuś z ławki i mówi:
- Phi. Nie było żadnej myszy, tylko tak nabujałem.
- Była, mówią.
- No to poszukaj, gdzie przy piecu dziurka.
Patrzą: naprawdę niema.
Myślał, że panu smutno, więc chciał rozweselić.
A pan się obraził.
Już pisze kartkę do ojca.
Tylko dzwonek go uratował.
Mówią, że błazen.
Nieprawda.
I czyta dużo, i myśli poważnie, i na lekcji zadaje mądre
pytania.
Tylko, że koledzy wcale nie za to go szanują, a właśnie za
głupstwa.