Kajtuś czarodziej - Janusz Korczak

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Kajtuś lubi się zakładać. - Kajtuś wchodzi do sklepów i udaje, że chce coś kupić, - a nie ma ani grosza.

- A bo co? - Bo nic. - Nie wierzysz? - Nie. - To się załóż. Kajtuś lubi się zakładać z kolegami. - Załóż się: że zafundujesz do kina. - Dobrze; zgoda. - Daj rękę. Pamiętaj: w niedzielę kino. - Ale poczekaj, - zaraz. - No widzisz: już się boisz. - Nie boję się, tylko chcę wiedzieć, jak to będzie. Kajtuś powtarza: "Wejdę do dziesięciu sklepów". "Będę udawał, że chcę coś kupić". "Nie mam ani grosza w kieszeni". - Mówiłeś, że do dwunastu sklepów... - Niech będzie dwanaście. Założyli się. Tak. Wstąpi. Niby, że kupuje.

A no: ostatnia lekcja. A no: ostatni dzwonek. Zapakowali teczki. Czapki na głowy. - Więc idziemy? - Idziemy. A no: schody, podwórko. Potem brama. I już ulica. - Ja będę stał przed sklepem. - Jak sobie chcesz. - Tylko nie śmiej się w szybę, bo się domyślą.

Pierwszy sklep - apteka. Wchodzi Kajtuś do apteki. Pan wydaje lekarstwa powoli, żeby się nie pomylić - Kajtuś cierpliwie czeka swej kolejki. - A tobie, mały, czego? - Proszę o dwa zeszyty: jeden w kratkę, a drugi do rysunków. - Nie mamy do rysunków, tylko wszystkie w kratkę, - zażartował pan aptekarz. - To przepraszam. Kajtuś ukłonił się grzecznie. Żal się panom zrobiło. - Idź na prawo, - obok. Tam dostaniesz. - Dziękuję. Znów się ukłonił i wyszedł. Powiedział koledze, jak było.

Obok apteki jest sklep pomocy szkolnych. Wchodzi Kajtuś. Rozgląda się. - Proszę o ciastko z kremem. - Czego? - Ciastko czekoladowe z kremem. - A ty ślepy jesteś? - Nie widzisz? - Owszem, widzę. Stoi i dziwi się, czego od niego chcą. - Chodzisz do szkoły? - Chodzę. - Nie wiesz, gdzie się ciastka kupuje? - Jeszcze nas nie uczyli. Wzrusza ramionami. Niby nie wie, co robić. Rozgniewał się pan. - Na co czekasz? - Już nic. I wychodzi. - No co? - pyta się kolega. - Obraził się. - Złośnik jakiś. - On taki zawsze, - mówi kolega. - Znam ten sklep. Nigdy tu nie kupuję. - To trzeba było powiedzieć. - Myślałem, że ci się uda. - No i udało się. Przecież mnie nie zabił. Idą dalej. Odważnie wchodzi do trzeciego sklepu. Sklep spożywczy. - Są tu sery, masło, cukier, śledzie, sielawy. - Dzień dobry. - Dzień dobry. - Czy można dostać wieloryba? - Wieloryba? - Tak. Dziesięć deka. Marynowanego. - A kto cię przysłał? - Kolega. - O, stoi tu przed sklepem. - Powiedz koledze, że łobuz, a ty gapa. - Więc niema? - Nie, niema. - Będzie dopiero. - Kiedy będzie? - Jak się ociepli. - No dosyć. - Ruszaj. Drzwi zamknij. Ostrożnie zamknął drzwi i opowiada, jak było. - Nie bałeś się, że pozna? - A co? - Sprzedają morskie łososie. Śledzie też są morskie. - Nie wolno się zapytać? - Czekaj. Dopiero trzy sklepy. Możesz jeszcze przegrać. - Zobaczymy.

Czwarty - mały sklepik. Szewc. Akurat nie ma roboty. Już pora obiadowa, a sprzedał dopiero parę sznurowadeł i pudełko pasty do butów. Czeka, żeby kto kupił. Wchodzi Kajtuś. - Proszę sera śmietankowego. A szewc, - czy się domyślił, że żarty, czy zły, że głowę zawracają. Łap za pasek. - Dam ja ci sera, błaźnie jeden! Zamachnął się. Niebardzo się udało: trzeba było prędko umykać.

Ominął Kajtuś kilka małych sklepów. Zatrzymał się przed fryzjerem i myśli. - Ale ty ciągle to samo. - To nie sztuka. - Nie podoba ci się, to nie. - Sam sobie chodź i wymyślaj co innego. - No już dobrze. - A tu co powiesz? - Nie spiesz się. Poczekaj. Zobaczę. Wchodzi. Ładnie tu. - Czysto. - Pachnie. Perfumy w różnych butelkach. - Mydła kolorowe. - Grzebienie. - Pomady. - Puder. Kasjerka czyta książkę. - Czego sobie życzysz, kawalerze? - pyta się pan. Pan młody i wesoły. - Proszę o pomadę na porost królewskich wąsów. - Dla kogo? - Dla mnie. Pani przerywa czytanie i patrzy. Pan oczy szeroko otworzył. - A na co ci wąsy? Kajtuś patrzy naiwnie i mówi: - Na przedstawienie w szkole. - A co będziesz przedstawiał? - Króla Sobieskiego. - Mogę namalować ci wąsy. - Ja wolę prawdziwe. - A potem co zrobisz, po przedstawieniu? - A ogolę. Śmieją się. Uwierzyli. - Niech mu pan da wody kolońskiej. - Nie chcę, - otrząsa się Kajtuś. - Dlaczego nie? - będziesz pachniał. - Nie chcę. Chłopaki śmiać się będą. Powiedzą, że się chcę żenić. - A ty się nie chcesz żenić? - Pewnie, że nie. - Na co? Nudzi się młodym w sklepie, więc radzi pożartować. Ale weszła kupująca. Rozmowę przerwała. - Przyjdź, to cię pomaluję. Będą, jak prawdziwe. - Ale zaprosisz nas na przedstawienie? Pamiętaj. Kolega się niecierpliwi. - Coś tak długo siedział? - Perfumować mnie chcieli. - Za darmo? - No chyba. - Dlaczego nie dałeś? - Co mają towar marnować? - Pożartować można. Ale nie jestem pętakiem. Nie lubię oszukańców. - No pewnie.

Wszedł Kajtuś do mydlarni. Prosi o truciznę na pchły. Dała mu. - Masz: na pchły, na pluskwy i na karaluchy. - U nas niema pluskiew, ani karaluchów. Mama kazała tylko na pchły. - Nie szkodzi. Ten proszek dobry: wszyscy go kupują. Pokaż, ile masz pieniędzy. Kajtuś mocno zaciska pustą pięść. - Nie... Muszę się zapytać... Muszę się słuchać mamy. - No to idź się zapytaj. I powiedz, że złotówkę kosztuje. - A wy daleko mieszkacie? - Tu zaraz... - Jak będziesz często kupował, dostaniesz cukierków... O, widzisz. - Widzę. Pokazała słój z cukierkami. - Mądra baba: dawaj jej zaraz złotówkę. Myśli, że się połakomię na cukierek. - Pewnie farbowane. - Ile już było sklepów? - Sześć. - Akurat połowa. - No idziemy dalej. - Czego się spieszysz? - Niech trochę odpocznę. - Już mi się w głowie kręci. Ale nic. - Wchodzi.

Siódmy sklep - ogrodniczy. - Czy można dostać palmę kokosową? - Niema. - Niech pani poszuka. - Pan od przyrody kazał. - Więc powiedz panu od przyrody, że ma fijołki w głowie. - Wcale nie. - Nasz pan wie, co mówi. Nieładnie tak uczyć dzieci. Nie wolno nauczyciela obrażać. - Wynoś się, smarkaczu. Morały mi będzie prawił. - Pewnie, że morały, bo się tak nie mówi. We drzwiach pokazał jej język. - Szkoda, że nie dodałem, żeby się kazała wypchać trocinami i wytapetować. - Czegoś taki zły? - Bo mi się już znudziło tak łazić. - Trudno: założyłeś się. - Wiem bez ciebie. Zacząłem i skończę.

Przed sklepikiem stoi balon z wodą sodową. - Proszę o szklankę gazu. Kupcowa nalała, - podaje. A Kajtuś: - Nie chcę wody, tylko sodowy gaz. Znów zrobił niewinną minkę. Ale ona nawet nie patrzy. Zamachnęła się i chlusnęła wodą. Kajtuś się w porę nachylił. Nie trafiła. - Żebyś ręce i nogi połamał, złodzieju! Nie jest Kajtuś ani pętakiem, ani złodziejem. Przecie mógł wodę wypić i uciec. A pić mu się chciało. - Sama oszukanica. I na nią zły i na siebie. I na kolegę. - Te, słuchaj, - pyta się kolega, - co znaczy: fijołki w głowie? - Pewnie: że nie wie, co gada. Sam się możesz domyślić.

Zatrzymali się przed fotografem. - Wejdę z tobą. - Jak sobie chcesz. Wchodzą. - Ile kosztuje pół tuzina gołębi? - Jakich wam znowu gołębi? - Pocztowych, gabinetowych. - Będziemy trzymali gołębie na kolanach. - A pieniądze macie? - Jeszcze nie. Ale się postaramy. - Naprzód się postarajcie, a potem przyjdziecie. - Co pani z nimi gada? - wtrącił się pan w okularach. - Tu się tylko ludzi fotografuje. - I osły. Wychodzą. Kajtuś milczy. Przypomina sobie: - Ten nazwał mnie osłem, tamta smarkaczem. Ta wodą oblewa, tamten zerwał się do bicia. A dlaczego? - Bo nie mam pieniędzy. Gdyby tak mieć złotówkę, wszyscy byliby grzeczni. I do kina wpuszczą. I wodę dadzą, - nietylko czystą, ale z sokiem. - Ile już było sklepów? Osiem. - Nieprawda, bo dziewięć. - Może się pomyliłem. Zaczęli liczyć: razem z przekupką - dziewięć. - No jazda!

Do następnego sklepu znów weszli razem. - Proszę pokazać pasek. Patrzy, przekłada, przymierza. - Ogląda klamrę. Liczy dziurki. Chucha, wyciera. - Grymasi. Ten pasek za cienki, ten za ciemny, tamten za szeroki. A panienka, co jeden położy, to drugi zaraz chowa do pudła. - Boi się, że ukradnę, - pomyślał Kajtuś. Nic dziwnego. - Różni się w sklepach kręcą. - Przychodzą - nudzą - nie kupują. I naprawdę ukraść próbują. Kajtuś wie, ale się gniewa, że podejrzewają. A o koledze myśli: - Jaki on teraz odważny. Wchodzi ze mną razem, a gęby nie umie otworzyć. A no, wybrał pasek: ładny, skautowski. - Ile kosztuje? - Dwa złote pięćdziesiąt groszy. - Za drogo. - Ile kawaler myślał? - Kolega kupił taki za 40 groszy. - To idź tam, gdzie kupił kolega. - Dobrze: pójdziemy. - Znaleźli się mądrale. Jeden wybiera, a drugi się rozgląda. Znamy was. - I ja panią znam. Nawymyślała i przegoniła. - A cobyś zrobił, gdyby oddała? - Głupi jesteś. Kajtuś wie, coby zrobił. - Szukałby po kieszeniach, niby że zgubił pieniądze. Ale mówić nie chce: niech się sam domyśli. - Więc jutro fundujesz kino. Zatrzymał się i czeka na odpowiedź. Kolega się zawahał. - Poproszę ojca: pewnie da? - A jak nie da? - To już napewno w przyszłą niedzielę. Kajtuś skrzywił się i machnął niechętnie ręką. - Pomyślał: - Ot, zakładaj się z takim szczeniakiem...

W sklepie z papierosami pożałowali Kajtusia. Stanął nieśmiało w kącie i czapkę gryzie. - Czego chcesz, mały? - Kiedy się wstydzę. - Mów: nic ci nie zrobię. - Bo majster kazał kupić trzy papierosy. - Jakie? - Brzydko się nazywają. - Gadaj śmiało. - Powiedział, że nabije, jak nie przyniosę. - Więc powiedz. - "Psia morda" się nazywają. I zakrył czapką oczy. - Upił się twój majster. Niech się wyśpi. - Właśnie się już obudził. - Ty ze wsi? - zapytała się pani. - A ze wsi, proszę pani. - Zaraz znać: nieśmiały. - Ot, wysyłają dzieciaka do miasta na poniewierkę. - Już chyba pójdę, - mówi Kajtuś. - Ty pewnie głodny? - Nie, nie głodny. - Masz bułkę. Weź sierotko... A Kajtusiowi, czy z żalu, czy z tego zmęczenia, łzy napłynęły do oczu. - Nie wstydź się: weź. - Nie wezmę. Prędko się wyniósł. - Czego płaczesz? - No... Mucha czy coś - wpadło mi do oka.

Nareszcie. - Ostatni sklep dwunasty. Pralnia. Nie chciał wejść, bo woli delikatniejsze sklepy. Ale kolega namówił. - Wejdź. Nie bój się. Już koniec. Nie boi się. - Nieostrożny. - Przepraszam. Czy można wyprasować kota? - Kota? - ździwiły się panny. - Tak. - Zdechłego. - Z ogonem. A nie zauważył, że koło drzwi siedzi narzeczony panien. A ten cap go za kark. - Poczekaj. Ciebie wyprasujemy. Dawaj Franka, gorące żelazko. Silny. Mocno trzyma. Położył Kajtusia na deskę do prasowania. - Czego pan chce? - To jest wypchany kot. Nie wyrywa się, tylko prosi: - Niech pan puści. Zlitowała się panna Frania. - Puść go głuptasa. - Nie głupi on. Cwaniak, struga tylko warjata. - A ja mówię, że nie. Dobrze mu z oczu patrzy. - Ja wszystko wytłumaczę, - jęczy Kajtuś. - Dobrze: więc co to za zdechły kot? Patrzy Kajtuś, że drzwi otwarte. Dobrze, że teczkę oddał koledze: lżej było uciekać. - Poczekaj. Spotkamy się. Poznam cię. Dostaniesz za swoje. Dogonił go kolega. - Cóżeś tak uciekał? - Widać, że trzeba było. - Nie powiesz? - Nie wymówiłeś, że mam opowiadać. Dawaj teczkę. I sam sobie idź do kina. Ciesz się, żeś ze mną nie wszedł: dostałbyś, łamago. Rozeszli się pogniewani. Nie pierwsza kłótnia Kajtusia. I nie pierwszy zakład. Bo lubi się Kajtuś zakładać.

Rozmawiali raz w szkole o meczu. - Co ciekawsze: mecz czy kino? Czy kąpiel czy łódka? Rower czy ślizgawka? Mówi Kajtuś, że filmy dorosłych zawsze kończą się całowaniem. - Chodź, pokażę ci, jak się całują. - Chłopaka nie sztuka, ty pannę pocałuj. - Oo, mądry. Sam sprobuj. - Myślisz, że nie? Więc dobrze: załóż się o porcję lodów. - Dobrze: daj rękę. A no: ostatnia lekcja. Dzwonek. Spakowali książki. Podwórko. Brama. Ulica. - Wy idźcie za mną. A sam naprzód. Żałuje, że się założył. Małej nie chce zaczepiać. Przykro. Bo się nastraszy. Zresztą powiedział, że "panna". Więc duża. Jak to zrobić? Idzie. Rozgląda się. Idzie. Patrzy. - Myśli. Patrzy. Czeka. - Ta nie. - I ta nie. Mniejsza o te lody, ale wstyd przegrać. Musi postawić na swojem. Aż nareszcie są. Dwie. - Uczenice. - I starsze. - Śmieją się. - Rozmawiają. - Nie spieszą się. Jedna drugą nazwała Zośką. Powiada: - Słuchaj, Zośka, jak znów przyjedziesz... Więcej Kajtuś nie słyszał. Ale ma plan. Dał ręką znak, że zaczyna. Przeszedł na drugą stronę, wyprzedził je i wrócił - i prosto na spotkanie. Idzie. Głowę zwiesił, niby zamyślony. Już je mija. - Nagle staje. - Spojrzał. - Ooo. Zośka! - Kiedy przyjechałaś? Ona patrzy. Stoi zdziwiona. A on - hop! - objął za szyję - i pac! pocałował. Głupia, - jeszcze się nachyliła. Tak się pysznie udało. Dopiero oprzytomniała. - Ty co za jeden? - Ja? - A no Kajtuś. - Co znów za Kajtuś? - Nic, - taki chłopak. Oblizuje się, że niby pocałunek smaczny. I w nogi. One patrzą, dziwią się, - aż się domyśliły. - Poczekaj, andrusie. - A to zuchwały chłopak. - Skąd wiedział, jak się nazywam? Kolega był wtedy honorowy. Był honorowy i miał dwadzieścia groszy. Podzielili się lodami po równu. Trzeci też dostał, choć mu się nie należało.

Już taki jest Kajtuś. Niecierpliwy. Odważny. W głowie różne pomysły. Był taki, zanim jeszcze zaczął chodzić do szkoły. Był taki, zanim jeszcze stał się czarodziejem.

II

Skargi na Kajtusia. - Blizny. - Antoś, czy Kajtuś? - Papierosy pali. - Mysz koło pieca.

Skargi i skargi na Kajtusia. - Utrapienie z chłopakiem, - wzdycha mama. - Nie biłem, ale jak stracę cierpliwość, - grozi ojciec. - Dobrze mu z oczu patrzy, - uśmiecha się babcia. - Głowę ma dobrą, - mówi ojciec. - Do wszystkiego ciekawy, - dodaje mama. - W dziadka się wrodził, - uśmiecha się babcia. Skargi i skargi.

Mówi stróż, że z okna rzucił śledzia: na głowę gospodarza domu. - Rzuciłeś? - Nieprawda. Po pierwsze: wcale nie śledź, a tylko ogon śledzia. Po drugie: nie na głowę, a na kapelusz. Po trzecie: nie z okna, a przez poręcz schodów. Po czwarte: nie Kajtuś, a inny chłopak. W dodatku nie trafił, - niezdara. Powiada stróż, że pogasił światła na wszystkich schodach. - Nieprawda. Wcale nie na wszystkich, a tylko w jednej sieni. - Skąd stróż wie, że akurat ja? - Może kto inny? - Może kto jeszcze? - Może dziewczynka zgasiła, a nie chłopiec? - Może strażak zgasił? - Są przecież w Warszawie strażacy. Mówi stróż, że Kajtuś dzwoni i ucieka. Dzwonię, - tak, - ale w innych bramach. Nie w naszej. - Raz dzwoniłem, - dawno. - Dlaczego dzwonisz? - Tak jakoś. Bo chce wiedzieć, czy dzwonek nie zepsuty. - Czasem z nudów. - Czasem ze złości, że idzie do szkoły, a głupi dzwonek wisi sobie, jak hrabia, i nic nie robi. Mówi stróż: - Wyrwał kamień, powyginał rynnę. - To już zupełnie kłamstwo. Wie nawet, kto to zrobił. - Ja sanki zbijałem, ale młotkiem, wcale nie kamieniem. A deskę oparłem o schodek, a nie o rynnę. Ma świadka. Może przyprowadzić chłopca, który mu młotek pożyczył i deskę trzymał. Znów przychodzą na skargę. - Szybę stłukł. Kamień rzucił. - Widziałam, jak uciekał. W psa rzucił. - Nie w psa, a w kota. Nie kamień, a kawałek cegły. - Zupełnie inny chłopak wybił szybę kamieniem. - Tylko uciekali razem. Wie kto, ale nie powie. - Dlaczego ta pani dobrze nie widzi? A jeszcze przychodzi na skargę i każe płacić za szybę? Bo wygląda tak, że już nikt nic złego, tylko wszystko Kajtuś. Są przecież gorsi od niego.

Mówią: - Jeżeli sam nie zrobił, to jeden z jego koleżków. Więc co? - Za wszystkich ma odpowiadać, czy tylko za siebie?

Był mały. Do szkoły jeszcze nie chodził. Poszedł kąpać się w rzece. Ubranie zostawił na piasku. A no, pływa, - potem wychodzi z wody. - I widzi zdaleka, jak uciekają łobuzy. Wszystko zabrali: spodnie, buty, czapkę, nawet koszulę. Pan się zlitował, owinął w swoją marynarkę i zaniósł Kajtusia do domu. I była awantura, że no. Złodzieje też są między chłopakami. A Kajtuś nie ruszy cudzego. Brzydzi się złodzieja.

Miał tylko różne przygody. Kiedy żyła Helenka, skakali ze schodów; z jednego, z dwóch, z trzech, z czterech, i z pięciu. Chciał pokazać, że skoczy bez trzymania za poręcz. I pokazał: skoczył z pięciu schodków. - Byłoby się udało, ale miał nowe buty... śliskie podeszwy... Potem długo leżał w łóżku. Teraz na głowie - włosy mu w tem miejscu nie rosną. To się nazywa blizna. Drugą bliznę ma Kajtuś na nodze, bo go pies rzeźnika pokąsał. Bo mówili chłopcy, że pies się nie da pogłaskać. - Zły pies. - Spróbuję ostrożnie. Może się uda. Spróbował ostrożnie. I nie udało się. Założył się, że przeleci przed tramwajem. - Możesz się przewrócić. - Daj lepiej spokój. - Czego się ma przewrócić? - Nie zdążysz. - To się załóż. Ale zakład nie został rozegrany. Motorniczy w porę zatrzymał, zahamował tramwaj; ale policjant przyprowadził Kajtusia do domu. Zabronili mu cały tydzień na podwórko wychodzić. Raz sam został w mieszkaniu. Chciał zrobić niespodziankę: że porąbie drzewo siekierą. I też się nie udało. To już trzecia blizna Kajtusia na palcu lewej ręki. A mogło być jeszcze gorzej. Bo znów w domu został. - I chciał lampkę zapalić przed obrazem. Zapaliła się firanka. Ale akurat babcia weszła i ogień zgasiła. Już taką ma Kajtuś naturę, że musi widzieć, wiedzieć, a potem sam spróbować.

Opowiedziała mu mama bajkę o Ali-Babie. Ali-Baba był wódz rozbójników. Arabski zbójca. - Czterdziestu ich było. - Ali-Baba dowódca - herszt. Mieli zbójcy w lesie piwnicę. Nazywała się ta piwnica - Sezam. - Tam chowali skarby zrabowane. Tam worki z dukatami i złoto i drogie kamienie, brylanty. Do piwnicy prowadzą tajemnicze drzwi. Jeżeli powiedzieć: - Sezamie, otwórz się: Drzwi same się otwierają. Bajka bardzo ciekawa. A no. Leży Kajtuś w łóżku i myśli o skarbach ukrytych. Aż potem pyta się ojca: - Czy są skarby prawdziwe? Nie w bajce, a naprawdę. Bo gdy mu mama i babcia dobrze nie wytłomaczą, chce sprawdzić u ojca. - Są skarby, - mówi ojciec. - Były wojny na ziemiach naszych. Nieprzyjaciel palił i rabował, a ludzie zakopywali, co cenne. Nawet niedawno pisali w gazetach, że w polu znaleźli garnek z monetami. Mówi ojciec, że minister drukuje papierowe pieniądze, bo złoto za ciężkie do noszenia; więc sztaby złota leżą schowane w piwnicach. Tego Kajtuś nie zrozumiał dobrze, bo było za trudne. A może był wtedy śpiący. - No, trzeba spróbować. Dobrze. Idzie z babcią do piwnicy po węgiel. Schodzi się pod ziemię. - A tam drzwi i długi korytarz. - A tam różne małe drzwi, do każdej piwnicy osobno. Babcia zapaliła świecę. - Idą. - A w kącie korytarza stoi beczka. Schował się Kajtuś za beczką. Babcia wzięła węgiel do kubełka wychodzi. A Kajtusia niema. Woła babcia: - Antoś, Antoś! Gdzie się chłopak podział? A on przykucnął za beczką i czeka cicho. Myśli babcia: pewnie już na podwórku. I zamknęła piwnicę na kłódkę. Został Kajtuś w ciemnym korytarzu. Ale się nie boi. Myśli, czy aby uradzi ciężką sztabę złota. Szuka w beczce: pusta. Namacał pierwsze drzwi i mówi: - Otwórz się, Sezamie. Nic. Namacał drugie drzwi: - Otwórz się, Sezamie. Znów nic. Idzie, wraca. - Ciemno. Kręci się, szuka. - Już nawet nie wie, gdzie jest. - Sam jeden tak błądzi. - Ciemno, cicho. - Sezamie, otwórz się. Ale zaczął płakać. Przestraszył się dopiero. Bo może duchy, albo szczury? Mały był. Do szkoły jeszcze nie chodził. Krzyczy, wali ręką w ścianę. Myśli, że już się nie wydostanie. - Mamo, babciu!.. I naprawdę mógł długo siedzieć, bo babcia go nie szukała. - Bo czy to pierwszy raz Kajtuś - na ulicę albo gdzie do sąsiadów? Już mu głosu zabrakło. - Babciu, tatu, mamo! A na schodach ludzie nie słyszą, bo stukają butami. - I Kajtuś stoi nie przy drzwiach, a na końcu gdzieś koło beczki. Ale listonosz przyszedł i w torbie listy układa. - Stoi w sieni. - Usłyszał. - Słucha. - Co to? - Ktoś tam w piwnicy zamknięty. - Dzieciak chyba. Zawołał. Pytają się: - Dlaczego nie odezwałeś się, kiedy cię babcia wołała? - Dlaczego za beczkę wlazłeś? Nie odpowiada. Nie, żeby się kary bał. Nie chce. Nacierpiał się. A jeszcze go wyśmieją. - Oj Antoś, Antoś. Zawsze jakieś figle.

Prawdziwe imię Kajtusia jest Antoś. Tak nazywają go w domu. Kajtusiem został na podwórku między chłopakami. Bo stoi raz przed bramą i pali papierosa. Pociągnie i dmucha, pociągnie i dmucha. A stara się, żeby dużo było dymu. Bo zapłacił pięć groszy, więc chce, żeby było ładnie. - Mógł kupić czekoladkę, ale papieros ciekawszy. A ulicą przechodzi żołnierz. Zatrzymał się, patrzy, śmieje się. Mówi: - No! Mały taki Kajtuś, a kurzy, jak stary. - Więc co? Zawstydził się Antoś i obraził. A chłopcy zaraz: - Kajtuś, mały Kajtuś. Źli byli, że nie dał pociągnąć. Sami bali się palić, ale zazdrościli. I tak już zostało: nie Antoś, a Kajtuś. Z przezwiskami jest tak. Jeżeli się nie gniewać, to często zapomną i przestaną. Jeżeli się złościć, to właśnie jeszcze bardziej. - Bo lubią dokuczyć. Kajtuś bił, nie dał się przezywać. Ale co jeden poradzi ze wszystkimi? A dwóch Antosiów było na podwórku, więc nawet wygodniej, że jeden z nich Kajtuś. - Wiadomo, kogo wołają. Wreszcie się przyzwyczaił, ale nie zupełnie. - I wogóle - nie lubi kolegów.

Trzeci rok chodzi Kajtuś do szkoły, a nie znalazł na długo dobrego kolegi. - Mało naprawdę porządnych. - Bo tylko udają. - Lizuchy. Boją się. Ze strachu spokojni, bo w domu na nich krzyczą albo biją. Tacy najwięcej kłamią. Kajtuś też nauczył się kręcić i udawać. Nie można się zanadto przyznawać. - Gdyby dorośli lepiej rozumieli, wtedy co innego. Mówi Kajtuś: - Nie wiem, czego odemnie chcą. Choć wie dobrze. Mówi: - Kłamstwo od początku do końca. Choć we środku jest trochę prawdy. Powiadają: - Pobił tak, że się chłopiec ruszyć potem nie mógł. - Co się ma nie ruszać? - Przecież nie zabiłem. - Mało mu ręki nie złamał. Już odpowiadaj nie za to, co naprawdę zrobiłeś, ale i za to, co się mogło stać. Owszem. - Są chłopcy poważni, ale zarozumiali. Albo cicha woda, albo niedotykalski. Zaraz: - Odsuń się. - Przestań. - Odejdź.

Trzeci rok chodzi Kajtuś do szkoły. Ale i tu ciągle skargi. Kiedy przyszedł do pierwszego oddziału, pani go pochwaliła. - Umiesz już czytać. Kto cię nauczył? - Sam się nauczyłem. - Zupełnie sam? - Wcale nie trudno. Usiadł na pierwszej ławce. I zaczęło się: - Siedź prosto. Nie kręć się. Nie rozmawiaj. Znów: - Nie kręć się. Siedź spokojnie. Nie baw się ołówkiem. - Uważaj. Początek godziny łatwy. Potem coraz trudniej. Kiedy nareszcie dzwonek? Opowiada pani coś ciekawego. Wtedy okropnie złości, że przerywają. - Pani zaczyna się gniewać, aż słuchać się odechce. W domu wolno oprzeć się o stół, gdy ojciec opowiada, wolno oprzeć się o łóżko, gdy mama mówi bajkę, oprzeć się o kuferek, gdy babcia wspomina dawne dzieje. W domu wolno pochylić się i przeciągnąć i zapytać, gdy się nie rozumie. A w szkole chcesz powiedzieć słówko, zaraz podnoś dwa palce do góry i czekaj. No tak. Dużo w klasie dzieciaków, i pani nie może osobno rozmawiać, bo inni zaczną hałasować. - Ale to strasznie przeszkadza. - Cóż Antoś? - pyta się ojciec. - Jak ci się w szkole powodzi? - Hm. - Co w szkole słychać? - Nic. Niebardzo nawet lubi rozmawiać o szkole. Przeniosła go pani na czwartą ławkę koło okna. Ale nie wolno przez okno wyglądać. Na pierwszej ławce sąsiad był spokojny, a ten z czwartej zaczepia. Z tyłu za ucho ciągnie. - Nie boli, ale czego zaczyna? Chcesz powiedzieć, żeby przestał, i pani zaraz: - Nie odwracaj się. - A co zrobię, jak muszę? - Idź do kąta. - Pani nie wie i mówi, - mruczy Kajtuś. - Wyjdź za drzwi. Aż wezwali ojca do szkoły. - Co tam zwojowałeś? - Biłem się z chłopakiem. Zaczął rozpowiadać, że się Kajtuś nazywam. - No bo prawda: tak cię nazywają. - Więc co, że prawda? - Co innego podwórko, co innego szkoła. - Trzeba było mu wytłomaczyć. - A jakże. Będzie się słuchał. - Bić się nie wolno. - Wiem. - Oj Antoś, źle zaczynasz. - Oj Antoś, bo jak stracę cierpliwość... W kancelarji pani bardzo się skarżyła. - Nie słucha się. - Niedobry dla kolegów. Rozbija się. Odgaduje. Zmartwił się ojciec. - Musisz się starać. Stara się, ale co? Parę dni już dobrze, potem znów awantura. Siedzi ktoś przed Kajtusiem trąca go łokciem; nie jego, a zeszyt. Kajtuś: - Zabierz rękę. A on: - Bo co? Nie pozwolisz? - Poczekaj: dam ci po dzwonku. - Dużo się boję. Kajtuś go ręką tylko, a on zawadził łokciem o kałamarz, i atrament wylany. I kłamie jeszcze. A pani nie wierzy Kajtusiowi. Innemu się uda, a Kajtusiowi nie. Stara się Kajtuś. Napróżno. Jeśli na lekcji cichy, na przerwie coś zmajstruje. Aż złość bierze. I już nie warto się starać. I nie zawsze można wytrzymać, jak go coś skusi, albo żart przyjdzie do głowy.

Ot, nudzi się Kajtusiowi na rachunkach. I pan patrzy na zegarek i czeka na dzwonek. Co robić, żeby się prędzej skończyło? A no, - wskakuje na ławkę. - Oj, proszę pana, mysz. - Tam w dziurce koło pieca. Jeszcze widać ogonek. Pan uwierzył. - Wstydź się. Duży chłopak i boi się myszy. Klasa w śmiech. Żeby się panu przypodobać. - Myszy się boi. Tchórz! Schodzi Kajtuś z ławki i mówi: - Phi. Nie było żadnej myszy, tylko tak nabujałem. - Była, mówią. - No to poszukaj, gdzie przy piecu dziurka. Patrzą: naprawdę niema. Myślał, że panu smutno, więc chciał rozweselić. A pan się obraził. Już pisze kartkę do ojca. Tylko dzwonek go uratował. Mówią, że błazen. Nieprawda. I czyta dużo, i myśli poważnie, i na lekcji zadaje mądre pytania. Tylko, że koledzy wcale nie za to go szanują, a właśnie za głupstwa.