Urodziłam się podczas pełni księżyca pod pomyślnym układem gwiazd, w najświętszej ich pozycji - ale na niewiele mi się to zdało.
W Bharacie, gdzie bogowie regularnie odpowiadali na modły i mieszali się w sprawy śmiertelników, takie okoliczności narodzin zapowiadały bardzo dobrą przyszłość. Nie miało to jednak znaczenia dla mojego ojca; dla niego liczyło się tylko to, że mój brat Judhadźit pojawił się na świecie kilka minut po mnie, pod tymi samymi szczęśliwymi gwiazdami. Choć urodził się jako drugi, był chłopcem, a zatem dziedzicem królestwa Kekai. Ja natomiast stanowiłam zaledwie dodatek do wiana w postaci pięćdziesięciu świetnych koni. Przy każdej z kolejnych ciąż matki ojciec składał bogom ofiary, prosząc o synów. W zamian został pobłogosławiony jeszcze sześcioma zdrowymi chłopcami, zapowiadającymi przyszły dobrobyt.
Mieszkańcy Bharatu często obwiniali ojca za moje przewiny, zupełnie jakby kobieta nie mogła odpowiadać za swoje działania. Nie był idealnym człowiekiem, to przyznaję otwarcie, ale pomimo wszystkich swoich niedostatków kochał żarliwie synów, bawił się z nimi w swojej sali tronowej, sprowadzał dla nich najlepszych nauczycieli z całego królestwa i darowywał im kucyki, żeby mogli wyrosnąć na wyśmienitych kawalerzystów.
Jeśli ponosi jakąkolwiek winę za moje czyny, to tylko za sprawą swojej bezczynności. Pamiętam bardzo niewiele okazji, kiedy wymieniliśmy jakiekolwiek słowa, i jeszcze mniej takich, gdy chciał ze mną porozmawiać - oprócz jednej.
Wraz z braćmi bawiłam się w chowanego na rozległym polu za pałacem i nadeszła akurat moja kolej, żeby szukać. Stałam z zaciśniętymi powiekami, kiedy ich śmiech zanikał na wietrze, i otworzyłam je dopiero wtedy, gdy doliczyłam do dwudziestu. Natychmiast dostrzegłam błysk ruchu przy stajniach.
Podkradłam się powoli w kierunku ukrywającego się tam brata, wiedząc, że z każdą sekundą będzie stawał się coraz bardziej nerwowy, i planując, jak najlepiej wszystkich złapać. Wątpiłam, czy to Mohan, trzy lata młodszy ode mnie. Był niski i powolny, z łatwością bym go schwytała. Śantanu był od niego nieco starszy i szybki niczym jeleń, ale mogłabym wpędzić go w pułapkę, zaganiając w stronę pałacowego muru. Natomiast jeśli chował się tam Judhadźit, złapanie go będzie niemal niemożliwe, chyba że...
Śantanu wychylił się zza stajni. Krzyknęłam głośno i popędziłam ku niemu wzdłuż ściany budynku, czując szum krwi w żyłach. Jednak zatrzymałam się nagle, gdy wydało mi się, że zauważyłam czyjś ruch. Obróciłam się i kiedy ujrzałam Judhadźita przyciśniętego do desek, na mojej twarzy rozkwitł szalony uśmiech. Zapewne wypchnął Śantanu z ich wspólnej kryjówki, żeby mnie zmylić.
Obróciłam się i pogoniłam za Judhadźitem wokół stajni, dobrze wiedząc, że nigdy nie zdołam go pokonać w bezpośrednim wyścigu. Zniknął za rogiem i po chwili dobiegł stamtąd zduszony okrzyk. Sekundę później mój podbródek zderzył się z czymś kościstym i wpadłam na stertę splątanych ciał. Judhadźit był tuż pode mną.
- Mam cię! - wydyszałam.
Ktoś, zapewne Śantanu, jęknął. Sturlałam się ze sterty na twardą ziemię, ze śmiechem pytając, czy wiedzą, gdzie jest Mohan, gdy dostrzegłam zbliżające się do mnie nogi.
Usiadłam, mrużąc oczy i kierując twarz ku strażnikowi, świadoma, że moja biała kurta jest obficie wysmarowana ziemią oraz trawą, a włosy wypadają mi z warkoczy, lecz czułam tylko lekkie zażenowanie.
- Judhadźit, wstań - wysyczałam.
- Wy - powiedział strażnik, wskazując podbródkiem naszą grupkę. - Radźa chciałby z wami natychmiast porozmawiać.
Podniosłam się na nogi.
- Możemy pobawić się później - zapewniłam braci. - Idźcie, a ja znajdę Mohana.
Zaczęłam odchodzić, gdy mężczyzna zawołał:
- Juwarani Kajkeji, radźa chce ciebie widzieć, teraz.
Obróciłam się do Judhadźita z wyrazem szoku na twarzy. On jedynie wzruszył ramionami.
Powlekliśmy się za strażnikiem do pałacu i każdy kolejny krok wydawał mi się coraz cięższy. Coś musiało być nie w porządku, skoro ojciec mnie wzywał. Ale jeśli zrobiłam coś, co go rozzłościło, to dlaczego chciał też obecności Judhadźita?
Gdy zbliżyliśmy się do sali tronowej, powłóczyłam już stopami po kamiennej posadzce, pozwalając, by wartownik i Judhadźit wysforowywali się coraz bardziej przede mnie. Na końcu korytarza strażnik obrócił się i zmierzył mnie wzrokiem, czekając przy zamkniętych drzwiach, aż do niego dotrę, po czym rozwarł je wprawnym ruchem.
Judhadźit wszedł pierwszy, a ja wahałam się jeszcze kilka sekund, zanim podążyłam za nim, zostawiając za sobą migoczące światło korytarza. Odwrócił do mnie lekko głowę; blask rzucał dziwne cienie na jego szerokie czoło i wąski nos. W ciemnobrązowych oczach błysnęło zrozumienie. Zacisnął wargi w wąską linię, co z pewnością stanowiło upiorne odwzorowanie wyrazu mojej twarzy.
Zajęłam miejsce o krok za nim i rozglądałam się podejrzliwie po sali, obawiając się zwrócić na siebie uwagę. Podczas uczt to wysokie pomieszczenie było wypełnione rzędami stołów i tłumami ludzi, a jego przepastność wcale nie wydawała się wtedy tak bezmierna. Gdy teraz tego wszystkiego brakowało, drewniane kolumny rzucały długie cienie, a rzeźby byków, węży i ptaków o długich piórach, które tak radowały moich młodszych braci, niknęły w półmroku. Wielkie, trzaskające paleniska, skonstruowane po części po to, żeby ogrzewać całą salę, gdy zimą zmieniała się pogoda, a częściowo - jak podejrzewałam - żeby onieśmielać gości, sprawiały, że czułam się jeszcze mniejsza niż zwykle.
Tron mojego ojca został wyrzeźbiony z ciemnego drewna wyrazistymi, pozbawionymi ozdobników liniami, przypominającymi zasiadającego na nim mężczyznę. Gładząc dłonią brodę, wpatrywał się niewzruszenie spod zmarszczonych mocno brwi w najbliższe palenisko. Choć płomienie dawały ciepło, poczułam, jak pokrywam się gęsią skórką, i próbowałam nie drżeć.
Po kilku minutach Judhadźit wypalił z całą cierpliwością dwunastolatka:
- Dlaczego nas tu wezwałeś, skoro wolisz tak siedzieć i nic nie mówić?
Radźa Aśwapati podniósł na niego wzrok, jakby dotąd nie zdawał sobie sprawy z naszej obecności. Nie poświęcił nawet spojrzenia mnie, ukrytej za bratem.
- Wasza matka... - zaczął.
Rozejrzałam się po sali, wypatrując jej, ale nigdzie jej nie dostrzegałam. Nie nadałaby pomieszczeniu wiele ciepła, ale rzadko była zimna w taki sposób jak ojciec.
Radźa otworzył usta, zamknął je, otworzył znowu.
- Wasza matka musiała wyjechać. Nie wróci.
Na te słowa Judhadźit roześmiał się, a ja się skrzywiłam. Żałowałam, że dowiedzieliśmy się o tym od ojca, a nie od strażników, bo wtedy mogłabym mu powiedzieć, że to nie jest dowcip. Czy nie dostrzegał, jak bardzo nasi rodzice oddalali się od siebie, jak mało brakowało, żeby odzywali się do siebie ostro, jak strzępiły się rąbki ich relacji? Ale mój brat, błyskotliwy dziedzic, rzekł:
- Jesteśmy za duzi, żebyś żartował sobie z nami w taki sposób, ojcze. Matka jest rani. Królowa nie wyjechałaby tak po prostu.
- Kekaja nie jest już rani - odparł ojciec i po raz pierwszy odszukał mnie wzrokiem.
- Dlaczego...? Co...? - Judhadźitowi oklapły ramiona. - Kto będzie... - urwał, najwyraźniej nie potrafiąc opisać, co w zasadzie robiła nasza matka.
Ojciec westchnął.
- Jako juwarani Kajkeji zacznie powoli przejmować obowiązki królowej, dopóki nie stanie się na tyle dojrzała, żeby móc wyjść za mąż.
Przygryzłam język. Metaliczny smak krwi wypełnił mi usta i przełknęłam ją, zanim zdążyła poplamić mi zęby. Nie miałam pojęcia, jak przejąć którekolwiek z obowiązków matki, nie miałam też na to najmniejszej ochoty.
Judhadźit wziął mnie za rękę i ścisnął ją.
- Z pewnością matka wróci. Nie powinna nas tak zostawiać.
Radźa pokręcił głową.
- Powiedziała mi, że nigdy nie wróci. Kekaja nie jest tu już mile widziana.
Następnie zostaliśmy odprawieni.
W korytarzu Judhadźit próbował ze mną rozmawiać, ale odepchnęłam go i pobiegłam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam drzwi i padłam na kolana. Wiedziałam, co muszę zrobić.
Proszę, modliłam się do bogów opiekujących się krainą Bharat. Proszę, pomóżcie mi.
Wzywałam Ćandrę, boga księżyca, Nasatję, boginię bliźniąt, i Kuberę, boga północy. Proszę, sprowadźcie moją matkę z powrotem. Proszę, ześlijcie mi wiedzę, jakiej potrzebuję pod jej nieobecność.
Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
Bogowie zawsze odpowiadali na modły księżniczek, zwykli mi mówić nauczyciele, bowiem księżniczki są najpobożniejsze i najświętsze ze wszystkich ludzi. Ale czy chodziło o deszcz lub słoneczny blask, o siłę czy o wiedzę, o nowe zabawki lub stroje, nie reagowali na żadną moją modlitwę. Wydawało się, że to Judhadźit skradł dla siebie całe szczęście towarzyszące naszym narodzinom, zupełnie pozbawiając mnie ich wsparcia.
Teraz jednak na pewno coś zrobią. Zrozumieją, że dziewczynka potrzebuje matki. Któż inny mógłby mi pokazać, w jaki sposób poruszać się po tym świecie? Bez niej zostałam sama.
Kekaja nie zachowywała się w stosunku do swoich dzieci tak jak inne szlachcianki z dworu. Nigdy nie całowała moich zadrapań ani nie brała mnie w ramiona, gdy płakałam po kłótni z Judhadźitem, nigdy nie tuliła mnie przed snem. Zamiast tego uczyła mnie czytania i rysowania znaków na tacy wypełnionej piaskiem, powtarzała je ze mną dziesięć razy, a później dziesięć kolejnych, aż wreszcie poznawałam je na pamięć. I nawet wtedy mnie nie chwaliła. Dawała mi jednak zwoje i słuchała, gdy wybierałam opowieści.
Moja ulubiona mówiła o spienianiu oceanu. Była to ta wspaniała historia o tym, jak bogowie i asurowie wspólnie miesili Ocean Mleka, poszukując w jego głębiach nektaru nieśmiertelności. Nektar musiał być dla nich niewyobrażalnie wyborny, skoro utworzyli taki sojusz - potrafiłam to zrozumieć, ponieważ również kochałam słodycze. Podczas mieszenia dzielili pomiędzy siebie łupy wyłaniające się z oceanu. Drzewo powykrzywiane na kształt szponów tygrysa, o jaskrawoczerwonych kwiatach, z których mogła sączyć się krew i które dawało dobrodziejstwa. Mądre i potężne boginie, w tym Lakszmi, siedzące na jasnoróżowych lotosach, z włosami ociekającymi złotem. Nawet sam księżyc, wyglądający niczym błyszcząca perła uwięziona pośród fal. I wreszcie odnaleźli poszukiwany skarb.
Ale bogowie nie mieli ochoty dzielić się nektarem z asurami, bowiem te demony ze swoją żądzą władzy od dawna terroryzowały ziemię i niebiosa. Były jedynymi istotami dysponującymi mocą mogącą się równać z boską i obie strony często toczyły ze sobą wojny. Zatem wielki Wisznu podstępem pozbawił asurów obiecanego im udziału.
- Ale jak to możliwe, że bogowie mogli skłamać, skoro są dobrzy? - spytałam matkę, zdezorientowana.
- Bogowie robią to, co konieczne - odparła, lecz uśmiechnęła się, dzięki czemu poczułam się bystra.
Gdy już skończyłam legendy, poprowadziła mnie labiryntem pałacowych korytarzy, a później przez wypolerowane drzwi z tekowego drewna osadzone w podłodze i zaopatrzone w wielką, lśniącą srebrną klamkę. Wspólnie zeszłyśmy do umieszczonej w piwnicy biblioteki wypełnionej od podłogi do sufitu cennymi tekstami i zakurzonymi zwojami. Było to dla mnie jak najcenniejszy komplement, ponieważ kochałam czytać, pochłaniałam nawet najnudniejsze rozprawy, pragnąc nauczyć się wszystkiego, czego tylko mogłam.
Często wątpiłam, czy w ogóle mnie lubiła, nawet jeśli byłam jej jedyną córką. Teraz jednak serce dziwnie ściskało mi się na myśl, że straciłam jej obecność. Miałam wrażenie, że nie jestem w stanie odetchnąć wystarczająco głęboko.
Nie płakałam. Wciąż jednak zaklinałam bogów, choć w komnacie robiło się ciemno, a kolana zesztywniały mi i bolały od klęczenia na podłodze.
W końcu przyszła Manthara, żeby rozczesać mi włosy i położyć mnie do łóżka. Poczułam ulgę na jej widok. Przynajmniej nie stracę również jej.
- Czy chciałabyś wysłuchać opowieści? - zapytała, uśmiechając się do mnie w lustrze. - Mam coś nowego.
Pokręciłam głową, krzyżując ręce. W normalnych okolicznościach błagałabym ją o pieśni lub historie, a ona spełniałaby moje prośby, aż powieki robiłyby mi się ciężkie i tańczyłyby mi przed nimi obrazy wspaniałych wyczynów. Jednak tego wieczora nic nie powiedziałam.
- Kajkeji, wiem, że musisz być przybita, ale...
Umknęłam z taboretu z na wpół zaplecionymi włosami i rzuciłam się na łóżko. Manthara nie mogła przywrócić mi matki. Nie rozumiała, co czułam. Jej widok sprawił mi ulgę, ale teraz chciałam już tylko zostać sama, zanim będę mogła pójść poszukać Judhadźita. Nie potrafiłam znieść jej współczucia i miałam nadzieję, że jeśli będę dla niej nieuprzejma, sama wyjdzie. Służąca jednak tylko podeszła, żeby usiąść przy mnie na łóżku. Odwróciłam się od niej, a ona kląsnęła językiem i zaczęła zataczać dłonią kręgi, delikatnie masując mi plecy.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniła, po czym pochyliła się, żeby pocałować mnie w potylicę.
Oczy wypełniły mi się łzami, więc zacisnęłam powieki, nie chcąc obracać głowy. Manthara w końcu podniosła się, zdmuchnęła świecę i wyszła, bardzo cicho zamykając za sobą drzwi.
Sekundy przechodziły w minuty, a ja wciąż tam leżałam, czekając, aż w pełni zapadnie nocna cisza i będę mogła bezpiecznie wyjść.
Wreszcie, wstrzymując dech, bardzo powoli otworzyłam drzwi i wyjrzałam w obie strony, po czym boso podreptałam korytarzem. Nie płonęły pochodnie, a ciemnoszary kamień o tej porze był niemal czarny, ponieważ blask księżyca ledwo wciskał się przez nieliczne okna. Niski strop wydawał się napierać na mnie na każdym kroku, ale skupiałam się na wyznaczonym sobie zadaniu.
- Kajkeji?
Serce zatrzymało mi się na jedną rozdzierającą chwilę. Przycisnęłam się do ściany, gdy wznowiło pracę dwukrotnie szybciej. Był to tylko mój brat, na którego poszukiwania wyruszyłam.
- Judhadźit?
Znajdował się zaledwie kilka kroków ode mnie, odziany w szeleszczący strój nocny z białej bawełny, w którym wyraźnie jeszcze się dziś nie kładł. Oczy lśniły mu jasno w ciemności. Również musiał czekać na tę spokojną porę, żeby opuścić swój pokój.
- Dlaczego nie śpisz? - spytał.
- A dlaczego ty nie śpisz? - zripostowałam, nie chcąc się przyznać, że idę do niego.
Wykrzywił twarz.
- Ja zapytałem pierwszy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z powrotem, próbując udawać obojętność. Dwór nauczył mnie cierpliwości, a Judhadźita - impulsywności. Tylko jedno z nas umiało ugryźć się w język.
- Nie mogłem spać. Tęsknię za matką. Nawet się z nami nie pożegnała. Ja... nie rozumiem. - Głos robił mu się niewyraźny i załamywał się, a ja się zorientowałam, że on też powstrzymuje łzy.
Nie chcąc stawić czoła własnemu smutkowi, szłam dalej, a brat łatwo zrównał się ze mną krokiem, wypełniając przestrzeń u mojego boku, jak zawsze.
Przemykaliśmy korytarzami niczym zjawy, nie chcąc wracać do łóżek. Kierując się niewypowiedzianą umową, zdążaliśmy do kuchni, a żołądki burczały nam w zgodnym rytmie.
Judhadźit wysunął się na prowadzenie, żeby otworzyć drzwi. Zdekoncentrowałam się, rozmyślając, na jakie słodycze mogę się natknąć, i dopiero gdy na niego wpadłam, zdałam sobie sprawę, że się zatrzymał. Zachwiał się lekko, ale nawet nie pisnął, i wskazał podbródkiem wejście. Po chwili usłyszałam to co on - cichutki szmer głosów. Podkradaliśmy się bliżej, coraz bliżej, aż pomruki przemieniły się w słowa.
- Jeśli tylko nikt nie odkryje prawdy, nie będzie to miało znaczenia. - Nie rozpoznawałam głębokiego głosu rozbrzmiewającego w niewielkiej przestrzeni niczym uderzenia w bęben obciągnięty zwierzęcą skórą.
Judhadźit, lepiej znający mieszkających w pałacu mężczyzn, samym ruchem warg wypowiedział bezgłośnie: "Prasad". Doradca, którego widywałam przy formalnych okazjach na dworze, ale nigdy nie zetknęłam się z nim bliżej. Zasiadał blisko króla, zatem najwyraźniej mój ojciec go cenił.
Drugi głos poznałam od razu. Należał do Dhanteri, byłej damy dworu mojej matki.
- Dla mnie to ma znaczenie - powiedziała ostro.
- Nie powinno - odparł Prasad.
- Ja wiem. Manthara wie. Po co robić z tego sekret? Dzieci zasługują na tę wiedzę.
- Żadna z was nie może nikomu tego zdradzić, inaczej obie znajdziecie się bez pracy.
Dhanteri roześmiała się bez cienia humoru.
- Ja już jestem bez pracy. Radźa dopilnował tego, gdy wygnał rani Kekaję.
Gdyby nasze ciała nie zajmowały niemal tej samej przestrzeni, nie usłyszałabym cichego sapnięcia, jakie wydał z siebie Judhadźit.
Wygnana.
Nasłuchiwałam, pożądając odpowiedzi, jakbym samą siłą woli mogła zmusić dorosłych, żeby przekazali mi to, co potrzebowałam wiedzieć.
- Kobieto, ona nie jest już twoją rani. Nie wypowiesz ani słowa więcej, inaczej dopilnuję, żebyś była ostatnią twojego imienia - wysyczał Prasad. Jego ton wzbudził we mnie strach.
Zerknęłam na Judhadźita, żeby sprawdzić, czy może rozumiał, co oznacza ta groźba, ale wyglądał na równie zdezorientowanego, jak ja.
- Jeśli utrzymasz język za zębami - dodał mężczyzna - postaram się, żeby cię tu zatrzymano, byś mogła zarządzać pracą kobiet na dworze.
Na chwilę zapadła cisza.
- Będzie, jak mówisz, arjo Prasadzie. - Zza drzwi dobiegł nieznaczny szmer tkaniny. - Porozmawiam z Mantharą.
- Tak zrób. Dopóki tylko wszyscy wierzą, że rani Kekaja odeszła z własnej woli, nie liczy się, co się wydarzyło.
Wraz z Judhadźitem równocześnie odsunęliśmy się od drzwi i powoli, ostrożnie przeszliśmy za róg. Ale gdy już upewniliśmy się, że nie zostaniemy usłyszani, pomknęliśmy szybko, nasze bose stopy pozostawiały przelotne odbicia wilgoci na chłodnym kamieniu. Dopiero gdy dotarliśmy do naszych pokojów, zatrzymaliśmy się i obróciliśmy do siebie, dysząc.
- Co robimy? - zapytał mój brat. - Przecież nie mogli mówić prawdy.
- Nic nie możemy zrobić.
- Możemy porozmawiać z ojcem...
- Nie! - przerwałam mu. - Proszę, nie możemy nikomu powiedzieć. Słyszałeś, co mówił Prasad. Jeśli przed kimś się zdradzisz, Manthara będzie musiała odejść. - Nie potrafiłam znieść tej myśli.
- Nie powinnaś już potrzebować mamki, Kajkeji. Mamy dwanaście lat, jesteśmy niemal dorośli - zadrwił Judhadźit. Dopiero niedawno stał się wyższy ode mnie. Nie podobał mi się jego nowy wzrost i to, jak spoglądał na mnie z góry, ale jeszcze bardziej nie odpowiadało mi to, że miał rację. Mimo to nie zamierzałam rezygnować z Manthary.
- Proszę.
Przez chwilę krzyżował ze mną wzrok, po czym westchnął i skinął głową.
- Może moglibyśmy pomodlić się do bogów, żeby ojciec zmienił zdanie.
Pokręciłam głową, patrząc na niego.
- Bogowie nie mogą nikogo zmusić do zmiany zdania. Wiesz, jaki jest ojciec. Podjął decyzję i będzie ona ostateczna.
Judhadźitowi oklapły ramiona.
- Pewnie tak.
Staliśmy jeszcze razem przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie ziewnęłam, gdy opuściły mnie resztki energii, która wcześniej wypchnęła mnie z łóżka i kazała przemierzać korytarze. Judhadźit zaraził się ode mnie ziewnięciem i wyszczerzyliśmy do siebie zęby w uśmiechu.
A jednak gdy wróciłam do swojego pokoju i wdrapałam się do łóżka, sen mi się wymykał. Wpatrywałam się w sufit, zastanawiając się, jakich bogów mogła rozgniewać moja rodzina, skoro spotkało nas takie nieszczęście.