EPEJSODION PIERWSZY:
WALTER
ROZDZIAŁ 1.
Beuthen,
lato 1937 roku
Walter Pyka, siedemnastolatek śmigły jak wiatr, minął środkową linię boiska, prowadząc piłkę, która sprawiała wrażenie przyklejonej do jego butów. Lewego pomocnika drużyny przeciwnej, który próbował go dogonić, wyprzedził tak łatwo, jak na szosie wyścigówka z potężnym silnikiem zostawia w tyle zwykły automobil.
Wtedy ruszyli obrońcy. Dwóch cwaniaków słynących z fauli i stoper - zawzięty, wielki i twardy niczym odlany z brązu pruski król Fryderyk, którego pomnik stał przy bytomskim Kaiserplatz.
Walter nie zaryzykował starcia.
Nagle zrobił baletowy zwrot i zaczął biec z piłką w stronę własnego pola karnego. Obrońcy zgłupieli. Przez sekundę zastanawiali się, co robić, i ta sekunda ich zgubiła. Kiedy poderwali się do biegu za Walterem, Pyka zahamował, aż wystrzeliły w górę kawałki murawy, zastopował piłkę, uskoczył w bok, przepuszczając rozpędzonych przeciwników, i zawrócił. Zanim tamci się zorientowali, był już kilka metrów za ich plecami. Gnał wprost na bramkę.
Olbrzymi stoper nie zamierzał dać się wciągnąć w drybling. Wystartował jak rozjuszony byk i wjechał w nogi napastnika brutalnym ślizgiem. Ale wtedy stał się cud: Pyka unieruchomił piłkę między kostkami stóp i wybił się w powietrze, zgrabnie przeskakując nad kolosem sunącym na tyłku po trawie boiska.
Został mu tylko bramkarz.
Ten nerwowo poprawił kaszkiet i ograniczając przestrzeń strzału, wybiegł daleko w pole karne, zasłaniając siatkę ciałem. Walter odgadł jego intencje. Lekko podbił piłkę i nasadą stopy posłał ją gładkim lobem metr nad kaszkietem. Zmierzała idealnie w środek bramki i pewnie by tam wylądowała, gdyby nie pewien szczegół. W chwili uderzenia bramkarz cofnął się o krok, wystrzelił w powietrze, wyprężył się jak struna i dotknął piłki opuszkami palców, wybijając ją za linię końcową. Kilka centymetrów nad poprzeczką.
Bytomski Hindenburg-Kampfbahn wypełnił gwizd tak przenikliwy, że spłoszył ptaki na drzewach wokół stadionu.
Walter odebrał to jako potępienie bramkarza, który zepsuł tak piękną akcję, i uniósł ręce w geście bezradności, ale za sekundę zrozumiał swój błąd. Gwizdy były dla niego.
- Ciulu! - krzyczeli ludzie na trybunach. A zaraz potem po polsku i niemiecku:
- Czemuś nie podał?!
Do tej pory Walter widział przed sobą tylko piłkarzy i bramkę przeciwnika, ale teraz spojrzał tam, gdzie skierowane były głowy kibiców wygrażających mu pięściami. Kilkanaście metrów dalej w polu karnym stał, trzymając się oburącz za głowę, zupełnie niepilnowany napastnik - jego kuzyn Bernard noszący to samo nazwisko.
- Pyka! - wrzasnął w tym momencie trener i obaj odwrócili się w stronę ławki.
- Ty! - rozwścieczony szef drużyny wskazał palcem Waltera. - Schodzisz z boiska! A Bernard do rzutu rożnego!
Stadion kipiał jeszcze przez jakiś czas niczym wulkan przed erupcją i uciszył go dopiero gwizdek sędziego.
Bernard zacentrował w pole karne wprost na głowy kolegów z drużyny, ale bramkarz uskrzydlony poprzednim wyczynem wyskoczył jak na trampolinie i pewnie pochwycił piłkę. Na trybunach rozległ się jęk zawodu.
Walter już go nie słyszał.
Siedział sam w przebieralni ponury jak chmura gradowa. Zdążył zdjąć i wyczyścić korki, a getry, spodenki i koszulkę ułożyć w równiutką kostkę, którą umieścił obok siebie na ławce. Trener lubił porządek. Może to go choć trochę udobrucha.
Kilka minut później do szatni wpadli zdyszani piłkarze. Gibkie, ale mocarne chłopy o mięśniach wyrobionych od kopania węgla i ścięgnach jak postronki. Rośli na tyle, że trenera nie było zza nich widać, dopóki nie rozstąpili się i nie wypuścili go na przodek.
- Dobrześ zrobi?ł - trener wskazał dłonią złożone rzeczy Waltera i zachłysnął się kaszlem. Pylica. Pamiątka kilku lat pracy pod ziemią w Heinitzgrube. - Dobrześ zrobi?ł - powtórzył - bo tresu manszaftu Śl?nska już niy ôboczysz. My tu gr?my w drużynie, a niy na siebie.
Walter poczuł, jak coś chwyciło go za gardło. Chciał zaprotestować, ale uprzedził go Bernard.
- Ôn niy chcioł, panie tryner - powiedział i gwar w przebieralni ustał jak nożem uciął. Bernard słynął z takiego skupienia na grze, że podczas meczu nigdy się nie odzywał i część kibiców gotowa była dać sobie rękę uciąć, że jest niemową.
- Niy chcioł, godosz? A wiela razy pokozoł na szpilplacu, że ino ôn je nojważniyjszy? - wycelował palec w Waltera.
- W fusbal gro jedynostu chop?w, a niy jedyn, co myśli ino o siebie - dodał, patrząc mu prosto w oczy. - Sto razy żech ci to padoł, giździe pier?ński, i m?m doś tego godanio. Szlus. Bier sie st?nd - wskazał mu drzwi szatni.
- Wybocz?m mu, panie tryner - szepnął Bernard.
- A coś ty sie naroz taki wygodany zrobi?ł? - syknął szef drużyny przez zaciśnięte zęby, odwracając się w jego stronę.
- Bo Walter to szumny fusbalok. Jeszcze karlus, a już nojlepszy na Śl?nsku. Talyntny jak żodyn. Przeca wiedz?m o tym.
- Talyntny godosz? - syknął trener. - A jo bych woloł, coby ôn zamiast talyntu mioł sztyry nogi. Dwie swoje i dwie ôd inkszego kamrata z drużyny, co mu umiy podać bal we noleżytym m?myńcie. Ino że tyn tw?j brataniec je na to za gupi.
Zapadła cisza.
Walter powoli wstał z ławki i palcami prawej dłoni zaczesał włosy do tyłu, co pozwoliło mu dyskretnie wytrzeć łzę, którą wywołało poczucie upokorzenia. Przeprowadził dziś na boisku akcję, o której Bytom będzie opowiadał przez lata. I ciul, że nie skończyła się bramką. Mecz nie odbywał się w ramach rozgrywek, za to on popisał się szybkością i zwodami, jakie umiało trzech, może czterech piłkarzy na Śląsku. I za to wyleciał z drużyny, o której marzył każdy synek goniący za szmacianką po placu przed hałdą.
Reprezentacja Górnego Śląska.
Jedyne miejsce na tej pierońskiej ziemi, gdzie nikt nie pytał, kim jesteś i kim się czujesz. Nikogo nie obchodziło, w jakim języku myślisz, modlisz się i klniesz. Byleś był stąd i dobrze kopał piłkę. Reprezentanci Polski grali u boku zawodników broniących na mistrzostwach świata barw Niemiec. Razem tworzyli kadrę narodową państwa, które nie istniało i poza boiskiem istnieć nie miało prawa.
Walter przełknął ślinę, wstał i zaczął się zbierać do wyjścia żegnany milczeniem kolegów drużynowo wpatrzonych w podłogę. Wyszedł szybkim krokiem i trzasnął drzwiami.
Zatrzymał się dopiero na ulicy przed stadionem.
Zerknął na swoje odbicie w szybie zaparkowanego obok opla, co poprawiło mu samopoczucie. W popielatych spodniach z szerokimi nogawkami, kraciastej marynarce, koszuli, wzorzystym krawacie i szarym kapeluszu wyglądał szykownie i przyciągał spojrzenia dziewczyn. Ich uśmieszki uznawał za zalotne, choć tak naprawdę wywoływał je groteskowy widok chudego chłopca o dziecięcej twarzy, który przebrał się za mężczyznę. Właśnie przefrunęło obok w tanich sukienkach i podkolanówkach stadko gąsek, których chichot skwitował wzruszeniem mocno wywatowanych ramion szaketu. Durne frelki, przekonane, że pewne rzeczy w galotach mają ino od sikania.
- Aleś to zdupił, Pyka! - dobiegło go zza pleców.
Odwrócił się. Grupa kilkunastu chacharów wracających z meczu rozstąpiła się, mijając go z obu stron.
- Moglimy wygrać - rzucił któryś, potrącając go niby przypadkiem.
Walter poczerwieniał. Chciał rzucić im coś obelżywego prosto w twarz, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Dopiero co krawiec naprawiał mu marynarkę, w której wrócił z wesela w Lipinach z naderwaną klapą i rękawem. W kąciku prawego oka ciągle miał siną przestrogę, że nie warto być zbyt krewkim.
Pozwolił, aby opłynęli go jak woda otacza niewzruszony kamień na środku strumyka. Banda niewdzięcznych świń. Gdyby piłka posłana nad głową bramkarza wpadła do siatki, klepaliby go teraz po plecach i ściskali rękę, winszując mistrzowskiej akcji.
Spojrzał w stronę szatni, z której powinien już wyjść Bernard, ale drzwi ciągle były zamknięte. Pewnie trener prawił swoje kazanie o grze zespołowej, choć wszystkim rzygać się już od tego chciało. Jeszcze mnie popamięta ten ciul - w Walterze znów odezwał się gniew. Jeszcze pożałuje.
W tej samej chwili z przebieralni wysypały się polsko-niemieckie gwiazdy futbolu grające w reprezentacji Śląska. Śmiali się, rozdawali kuksańce i przerzucali czapkę bramkarza, którą ten próbował im odebrać, skacząc jak żaba. W pewnej chwili kaszkiet trafił w ręce Bernarda, który oddał go właścicielowi i gestem pożegnał się ze wszystkimi. Protestowali głośno, bo pewnie byli już skrzyknięci do piwiarni, ale Pyka zamachał rękami jak wiatrak i odszedł w przeciwną stronę. Odprowadziło go kilka spojrzeń, które natychmiast zawróciły na widok Waltera czekającego po drugiej stronie ulicy.
- Wracasz do domu na Grossfeld? - spytał kuzyn, gdy Bernard stanął dwa metry przed nim.
Potwierdził skinieniem głowy. Walter przesunął kapelusz na czoło jak gangsterzy w kinie i w milczeniu ruszyli wzdłuż Jahnstrasse.
Pokonywali tę trasę sto razy.
Bernard, starszy o cztery lata, zabierał młodszego Pykę na mecze, kiedy jeszcze Walter za księdzem wołał "Zorro", a na Hindenburg-Kampfbahn trzeba go było brać na barana, żeby dojrzał, co się dzieje na boisku.
Ich ojcowie byli rodzonymi braćmi, a ponieważ więzy rodzinne potrafią być niezwykle silne, nienawidzili się z całego serca.
Fater ôd Bernarda za największe zło świata uważał Germanów i zawsze, kiedy się upił, godoł, że na Śląsku powinno być społeczeństwo warstwowe. To znaczy: warstwa Niemców, warstwa wapna i warstwa ziemi, po której chodzą Poloki.
Z kolei ojciec Waltera twierdził, że tylko pod niemieckim porządkiem Śląsk może się stać krainą mlekiem i miodem płynącą. Po warunkiem ujarzmienia polskich pijoków i zgniyłków. Bo dobry Polok - powtarzał fater od Waltera - to martwy Polok. Ewentualnie taki, kery trzymie stulono gęba i kopie wungiel, jak przykozoli Herr Gott i dyrechtor kopalni. A co sobota dostaje batem po dupie, coby mu przeszły smaki na bunt.
Bracia głosili swoje tezy w tej samej gwarze, a kiedy przyszło co do czego, obaj chwycili za giwery. Ten od Bernarda poszedł do powstania, ten od Waltera na ochotnika do szwabskiego Freikorpsu. Jeden bronił Bytomia, drugi go oblegał. Strzelali do siebie, a ten pieron fater od Waltera ponoć ciepnoł w fatra od Bernarda handgranatem. Tak dokonał się podział na Pyków polskich i niemieckich.
Żony i dzieci wrogich braci miały to gdzieś. Mieszkali niedaleko, bez to widywali się co najmniej raz na tydzień. Najczęściej u starki w Radzionkowie, choć po plebiscycie jacyś ważniacy z monoklami na oczach i cygarami w zębach kajś w Europie wzięli blajsztyft i narysowoli na mapie Śląska granicę.
Akuratnie między domami Pyków.
Nie wiadomo, czy dygnitarze zrobili to im na złość, ale wyszło tak wrednie, że niemieckie Pyki zostały na Rojcy u Poloków, a polskie Pyki na Grossfeldzie. Po szwabskiej stronie.
A Bytom, przez te bazgroły po mapie, został pruskim półwyspem otoczonym z trzech stron Polską. Z rynku można było do niej dojść piechotą nawet w ciągu kwadransa, mając do wyboru osiemnaście przejść granicznych. I międzypaństwowy tramwaj z pobliskich Katowic do sąsiednich Piekar, w którym dwa razy sprawdzano paszporty, gdy wjeżdżał do Bytomia i gdy z niego wyjeżdżał.
Były ulice podzielone w poprzek, a pod nimi przecięte na pół chodniki kopalniane. Szkoły, w których lekcje odbywały się w budynku po stronie polskiej, ale zajęcia gimnastyczne na boisku parę metrów dalej na terytorium Prus. Gospodarstwa, gdzie dom stał w jednym kraju, a stodoła w drugim. Familoki, w których szło oboczyć przez okno, co somsiady z drugiego państwa bydom mieć na obiod.
ROZDZIAŁ 2.
Beuthen,
lato 1937 roku
Walter zerwał źdźbło trawy rosnącej przy trotuarze i zaczął je nerwowo ssać, ale za chwilę cisnął je na ziemię i ujął brata stryjecznego pod rękę.
- Mogłem ci podać piłkę - powiedział, ale nie zabrzmiało to zbyt szczerze.
Bernard nie odpowiedział.
Znali się nie od dziś. Walter był egoistą i efekciarzem, wiele lat przed tym, zanim poznał znaczenie tych słów. Ledwo zaczął chodzić, wgramolił się na ryczkę, pokonał skobel do spiżarki i zeżarł całą kruszonkę ze świątecznego kołocza przeznaczonego dla wszystkich bajtli w rodzinie. Ojciec przy wszystkich zlał go pasem na gołą rzyć. Ryczał, dopóki skóra go piekła, ale pół godziny później ogłosił się bohaterem i chodził po chałupie dumny jak paw.
Innym razem, kiedy po skończeniu szkoły powszechnej dostał od rodziców aparat, urządził fotografowanie wszystkich karlusów i frelek z familoków na Hugonie. Bernardowi kazał być za pomagiera, a resztę ustawiał do pozowania, podmacując przy okazji dziouchy, które piszczały ze szczęścia, że będą na zdjęciach obok synków z Rojcy przeobleczonych za piratów, kowbojów i indianerów.
Walter brylował. Wydawał rozkazy, a tłum rówieśników słuchał go jak sztygara na grubie. Bernard zapamiętał, jak kuzyn był wtedy szczęśliwy, choć zapłacił za to limem pod okiem, gdy okazało się, że w aparacie nie było kliszy, a Walter uszykował to wszystko, żeby sobie porządzić na dzielnicy. A potem, gdy odkrył u siebie dryg do fusbalu i przyszły sukcesy, woda sodowa całkiem uderzyła mu do głowy. Liczył się on i tylko on.
- Trenerowi przejdzie - odezwał się Bernard, gdy uszli kolejnych kilkaset metrów. - Ochłonie i...
- W dupie go mam! - przerwał kuzyn, podnosząc głos, aż idące przed nimi starsze małżeństwo odwróciło głowy.
Walter przepraszająco uchylił kapelusza.
- W dupie go mam - powiedział ciszej. - Dziękuję, że się za mną wstawiłeś, ale nie proś więcej. To jest dobry trener? - spytał z sarkazmem. - Czytałeś, co napisali o mnie w "Przeglądzie Sportowym"? Że jestem "łowcą bramek najszybszym w tej części Europy" - zacytował z dumą słowa, których nauczył się na pamięć. - A ten ciul mnie wyrzuca z kadry Śląska?!
Brat stryjeczny nie zareagował. Myślami był gdzieś zupełnie indziej. Wyższy od Waltera o głowę i mądrzejszy o dwie, wyglądał poważniej niż na swoje dwadzieścia jeden lat. Od dawna się golił, miał regularny ciemny zarost, którego kuzyn szalenie mu zazdrościł, i nosił cienkie czarne wąsiki, identyczne jak jego ojciec, a stryjek Waltera. Ten, który w powstaniu o mały włos nie został Kainem albo Ablem.
Bernard mówił trzy razy mniej niż normalny człowiek, ale myślał trzy razy więcej. Grał na pozycji lewego pomocnika w Beuthener 09 i na boisku przewidywał ruchy zawodników lepiej niż szachista na planszy. Poza boiskiem zdał maturę i marzył o studiach na politechnice, na które zarabiał w biurze koncernu przemysłowego Schaffgotschów.
- Wyjeżdżam do Lwowa - oświadczył nagle Walter.
Bernard spojrzał na niego z niedowierzaniem, marszcząc czoło.
- Dobrze słyszałeś! Do Lwowa. Jakiś czas temu odwiedził nas kolega ojca z Katowic, Erwin Köch. Wiesz, o kim mówię?
Brat stryjeczny potwierdził ruchem głowy, co nie uchroniło go przed dalszymi wyjaśnieniami. Walter uwielbiał chwalić się znajomościami ze sławnymi ludźmi, których w miarę rozkwitu kariery piłkarskiej poznawał coraz więcej.
- Erwin to legendarny bramkarz Pogoni Lwów i pierwszy w historii zawodnik narodowości niemieckiej w piłkarskiej reprezentacji Polski. Ja będę drugi.
Bernard uniósł brwi.
- Nie wierzysz? To zaręczam ci, że tak właśnie się stanie. Erwin zaproponował mi grę w Pogoni, a jeśli pomogę klubowi w rozgrywkach ligowych - miejsce w kadrze narodowej. On zna wszystkich w Polskim Związku Piłki Nożnej. Dał mi miesiąc do namysłu. Chciałem odmówić, ale po tym, co dzisiaj zaszło, zdecydowałem inaczej. Jadę do Lwowa.
- A ojciec? - spytał Bernard, znając antypolskie nastawienie stryja.
- Jego też mam w dupie - oświadczył Walter, protekcjonalnie poklepał kuzyna po ramieniu, dotknął ronda kapelusza i ruszył w stronę granicy.
Kwadrans później, gdy widział już w oddali niemiecką strażnicę, a za nią biało-czerwony szlaban, nagle się zatrzymał. Upokorzenie ciągle go dusiło. Potrzebował kufla dobrego piwa, a niedaleko była całkiem fajna knajpa. Zawrócił.
Wewnątrz niewielkiej gospody zajętych było zaledwie kilka stolików.
Walter podszedł do kontuaru obitego blachą i zamówił Löwenbier z gliwickiego browaru Scobla. Na Górnym Śląsku nie było lepszego. Barman przyjrzał mu się podejrzliwie i przez moment chyba chciał odmówić podania piwa szczeniakowi w dorosłym kapeluszu, ale ostatecznie pociągnął za wajchę nalewaka.
Młody Pyka z rozkoszą przełknął kilka łyków, opróżniając jedną trzecią kufla.
Nawet niewielka dawka alkoholu pozwala raźniej spojrzeć na świat. I puścić wodze fantazji.
A więc pojedzie do Lwowa. Tam się dopiero znają na piłce. W Bytomiu do dziś pamiętano, jak lwowiacy spuścili manto reprezentacji Śląska na jej własnym boisku w Lipinach. Osiem do trzech. Robili z Hanysami, co chcieli. O tak, tam go docenią. Będzie strzelał gole, wzbudzając podziw publiki i polskich dziewczyn o wiele fajniejszych niż te śląskie kluchy w czarnych spódnicach i białych koszulach Bund Deutscher Mädel. A potem... kadra narodowa. Jak go stary zobaczy w koszulce z białym orłem na piersiach, to dostanie ataku serca. I ciul. Walter, choć pochodzi z niemieckich Pyków, jest obywatelem państwa polskiego i będzie grał tam, gdzie mu się należy. Grał i zdobywał piłkarskie trofea.
Kończył piwo, ściskając w marzeniach zupełnie inny puchar, gdy do lokalu weszło kilku młodych mężczyzn. Byli głośni, pewni siebie, silni, bo w grupie, pełni wyższości i bezkarności, którą dawały im odznaki partii hitlerowskiej na kieszeniach koszul z szeroko rozłożonymi kołnierzami. A obok nich znaczki klubowe Beuthener 09.
Naziści i kibice. Mieszanka wybuchowa.
Usiedli przy stoliku za plecami Waltera i przez kilka minut ich rechot mieszał się z brzękiem kufli, które o mało nie potrzaskały od uderzania o siebie podczas toastów.
W pewnej chwili ucichli. Walter usłyszał, że zaczęli szeptać, po czym jeden z nich powiedział głośno:
- Patrzcie tylko, kogo my tu mamy! Sam mistrz futbolu Pyka. Specjalista od pieprzenia akcji na boisku. Serdecznie witamy! - dodał szyderczo.
Walter nie zareagował. Przybysze musieli być na meczu, a on nie zamierzał wracać do tematu niestrzelonej bramki. Udał, że nie słyszy, ale za moment dobiegło go szuranie odsuwanego krzesła i obok stanął spocony, krępy osiłek, który bezceremonialnie trącił go w ramię.
- Nie rozumiesz po niemiecku, pieprzony Polaczku?
- Nie jestem Polakiem - spokojnie wyjaśnił Walter, ale to tylko dolało oliwy do ognia.
- Nie? - spytał kpiąco osiłek. - A my wczoraj czytaliśmy w "Oberschlesische Grenz-Zeitung", że bardzo uzdolniony chłopiec z Rojcy być może zagra w polskiej drużynie narodowej. Prawda to?
Niedobrze - pomyślał Walter. Erwin Köch musiał się gdzieś wygadać, że złożył młodszemu Pyce propozycję, i sprawa się rozniosła. Spokojnie wypił łyk piwa i odparł:
- Zapytaj tego, kto to napisał.
- Uuuuuu - rozległo się za plecami, co tylko podkręciło osiłka.
- Ciebie pytam, gnoju - syknął. - Będziesz grał w reprezentacji Polski czy nie?
- Nie twoja rzecz, dziuro w dupie - Walter twardo spojrzał mu w oczy.
Tamten poczerwieniał i zrobił pół kroku w tył, by zadać silniejszy cios.
Pyka nie potrafił walczyć na pięści, ale innymi, przydatnymi na boisku częściami ciała posługiwał się znakomicie. Gdy przeciwnik zamachnął się prawą ręką, strzelił go głową prosto w twarz.
Nos osiłka w dwie sekundy zamienił się w coś, co przypominało miękki pędzel umoczony w czerwonej farbie, którą górnicy kradli z kopalni do malowania okien familoków. Cofnął się na miękkich nogach i osunął na kolana.
Jego koledzy już byli w natarciu. Pierwszy dostał od Waltera precyzyjne kopnięcie w krocze, po którym zawył i zwinął się na deskach podłogi. Drugi wykorzystał zamieszanie, chwycił kufel z grubego szkła i rozbił go na głowie Pyki. Walter stracił przytomność.
Dwaj nieuszkodzeni napastnicy ujęli go pod ramiona i wywlekli z knajpy na zewnątrz. Barman rzucił ścierkę i wybiegł za nimi.
- Zostawcie go! - krzyknął, gdy tamci sposobili się do kopania nieprzytomnego. - Taki on Polak jak i wy.
- Mieszka w Polsce - wyjaśnił wyższy z napastników lekko zmieszany.
- A czy on się o to prosił? - spytał barman. - Równie dobrze ty mógłbyś tam mieszkać - wskazał głową granicę. - Gdyby komuś ręka drgnęła i kąsek przesunęła linię na mapie.
Wyższy podrapał się w głowę.
- Niby tak - zgodził się. Przyklęknął nad Walterem, chwycił go za ramiona i mocno potrząsnął. Pyka się ocknął. Tamten pomógł mu usiąść, a potem uderzył pięścią w twarz.
- Na pamiątkę dzisiejszego spotkania - wyjaśnił. - A teraz spieprzaj stąd!
Walter podniósł się i odszedł chwiejnym krokiem, co przed knajpą nie było zjawiskiem niezwykłym.
Do przejścia granicznego dotarł pół godziny później.
Niemiecki strażnik zerknął w paszport i bez słowa odprawił go lekceważącym ruchem dłoni, ale polski pogranicznik, czerstwy chłop z Zagłębia, wyraźnie się ucieszył.
- Pyka - powiedział z szerokim uśmiechem. - Szwaby obiły ci mordę? I bardzo dobrze - dodał, nie czekając na potwierdzenie. - Po jaką cholerę tam do nich łazisz? W gazecie granicznej pisali, że masz grać w reprezentacji Polski. No chyba żeś jest Niemiec... - strażnik złowrogo zawiesił głos.
- Nie, nie jestem Niemcem - odparł Walter.
Pogranicznik pogroził mu palcem.
- No i tego się trzymaj. A jeszcze raz pójdziesz do Bytomia, to z chłopakami ze strażnicy nakopiemy ci do dupy. Rozumiesz?
Walter odszedł bez słowa, zerkając na transparent "Witamy na Śląsku" rozpięty między przydrożnymi drzewami jak na krzyżu.
ROZDZIAŁ 3.
Lwów,
jesień 1937 roku
Bramkarz Pogoni wbiegł na pole karne, trzymając w obydwu dłoniach piłkę, po czym lekko ją podrzucił i potężnym kopnięciem posłał na połowę rywali.
Wszyscy zawodnicy bez wyjątku zadarli głowy, a ich stadionowe doświadczenie błyskawicznie obliczyło, gdzie i kiedy wyląduje skórzana kula. Niestety, bramkarz nie zaadresował jej najlepiej, bo zmierzała wprost w miejsce, w którym znajdowało się kilku piłkarzy przeciwnika. Błyskawicznie się przegrupowali, tak że praktycznie każdy mógł przejąć piłkę, ale nagle pojawił się wśród nich szczupły napastnik Pogoni, który wyrósł jak spod ziemi. Poruszał się jak na niemym filmie w kinie - nienaturalnie szybko i zabawnie, ale rywalom lwowiaków nie było do śmiechu. Zwłaszcza gdy chudzielec o dziecięcej twarzy znalazł się przy piłce w tym samym ułamku sekundy, w którym dotknęła ona murawy, przejął ją i pomknął w kierunku bramki.
Stadion w parku Sportowym imienia Rydza-Śmigłego wypełnił wrzask.
- Sam! Hulaj, "Miglanc"! Sam!
Ale szczupły napastnik nie potrzebował zachęty do indywidualnej akcji. Zanurkował w szczelinę między dwoma obrońcami, a kiedy znalazł się sam na sam z bramkarzem, cyrkowym zwodem przerzucił piłkę z prawej nogi na lewą i spokojnie umieścił ją w siatce.
Publika oszalała.
Ich ukochany klub, niegdyś niepokonany, czterokrotny mistrz Polski, wracał na szczyt tabeli. Dzięki bajbusowi ze Śląska, co ledwo od ziemi odrósł, a haratał przeciwników na boisku, jak chciał. Wszyscy od Łyczakowa po Zamarstynów wiedzieli, kto to "Miglanc". Tak ochrzcili go kibice - według bałaka, lwowskiej mowy - bo kto to widział, żeby na trybunach naród krzyczał: "Walter". Tu było najweselsze miasto kontynentu, a "Walter" pasował co najwyżej do stadionu w Norymberdze, gdzie zamiast grać w piłkę, defilowano z pochodniami przed frajerem z wąsikiem, który szczekał na cały świat.
Schodzili do szatni, gdy Walter obściskiwany przez uradowanych kolegów dostrzegł w jednym z pierwszych rzędów na widowni Erwina Köcha. Były gwiazdor Pogoni skulił się i sprawiał wrażenie, jakby chciał zniknąć za plecami działaczy klubowych, ale Walter mu to uniemożliwił.
- Panie Erwinie! - krzyknął i pomachał ręką. - Zaczeka pan na mnie? Zmienię łachy i zaraz przyjdę.
Köch zdobył się na wymuszony uśmiech i skinął dłonią.
- Co pan robi we Lwowie? - spytał Walter piętnaście minut później, podchodząc do niego w chwili, gdy trybuny stadionu opuszczali ostatni amatorzy futbolu.
- Interesy - odparł z wyraźnym zakłopotaniem. - Nie dawałem ci znać, bo wpadłem jak po ogień. Jutro rano wracam do Katowic.
Pyka pokiwał głową i spojrzał na niego wyczekująco, ale tamten milczał.
- A... - zaczął Walter niepewnie - ...ma pan jakieś nowiny?
- Względem czego?
- No - na twarzy Pyki odmalowało się niemiłe zaskoczenie. - Względem kadry narodowej. Rozmawiał pan?
- Tak - odparł Köch, uciekając wzrokiem. - Musisz jeszcze poczekać. Grasz we Lwowie dopiero parę miesięcy. Chcą ci się jeszcze przyjrzeć.
- A czemu tu się przyglądać - Walter starał się ukryć rozczarowanie. - W czterech ostatnich meczach ligowych strzeliłem siedem goli. Który z reprezentacji może się tym pochwalić?
Köch wzruszył ramionami.
- Nikt w ciebie nie wątpi, ale... - przerwał nagle na widok przystojnego szatyna w brązowym dwurzędowym garniturze i beżowym trenczu zarzuconym na ramiona tak, że rękawy zakończone modnymi paskami zwisały swobodnie wzdłuż ciała.
Elegant wszedł na widownię przez furtkę obok szatni, którą usłużnie otworzył mu niski młody człowiek - sekretarz, lokaj albo ochroniarz - i ruszył w ich stronę.
Köch lekko pobladł i nerwowo przełknął ślinę.
- Witaj, Erwinie - człowiek w trenczu wyciągnął do niego dłoń w cienkiej kawaleryjskiej rękawiczce, idealnej do trzymania szabli. - Przyjechałeś odwiedzić stare śmieci?
- Na jeden dzień, proszę pana - wyjaśnił skwapliwie Köch, jakby miał zakaz przebywania w mieście dłużej niż czterdzieści osiem godzin.
Elegant obrzucił go chłodnym spojrzeniem.
- Nie przedstawisz mnie swojemu przyjacielowi?
- Oczywiście - teraz były piłkarz Pogoni się zaczerwienił.
- Pozwoli pan - powiedział zakłopotany - to jest Walter Pyka, mój krajan ze Śląska. Gra w napadzie...
- Bardzo mi przyjemnie - przerwał mu elegant i podał Walterowi rękę, nie zdejmując rękawiczki. - Jestem Bohdan Halicz. Entuzjasta futbolu, jeśli mogę się tak wyrazić. Winszuję panu pięknej bramki. To było nader zręczne, a ja... wybitnie cenię zręczność.
Erwin chrząknął, jakby mu zaschło w gardle, a przyboczny Halicza zerknął na niego ostrzegawczo.
- Dziękuję panu - Walter energicznie skinął głową. Komplementy przyjmował jako coś naturalnego i należnego. Rzadko na nie odpowiadał, ale tym razem uznał, że warto. Człowiek w trenczu musiał być jakimś lepszym gościem, a tacy bywają niezwykle przydatni w karierze.
Ale elegant nie pociągnął tego wątku.
Dotknął ronda kapelusza i oświadczył:
- Jeszcze się spotkamy. Tymczasem nie pogniewa się pan, jeśli zamienię kilka zdań z moim przyjacielem Erwinem.
Walter otworzył usta ze zdziwienia.
Czyli co? - pomyślał. Najpierw ten bubek przyłazi na trybuny, żeby mnie poznać, a teraz spławia? Chyba że przyszedł, bo ma sprawę do Köcha - przemknęło mu przez głowę coś, co wydawało się niemożliwe, a jednak...
Rozejrzał się zakłopotany, napotykając wzrok przybocznego Halicza, i w tej samej chwili przeszła mu ochota na dalsze domysły. Zaszurał nogami, burknął coś na pożegnanie i odszedł.
"Hrabia" wyjął papierosa, postukał nim o złoty portcygar i włożył do ust, a jego anioł stróż natychmiast podsunął płomień zapalniczki.
Erwin Köch stał w milczeniu i chociaż nie było zbyt ciepło, na czoło wystąpiły mu kropelki potu.
- Panie Halicz - zaczął - ja... przepraszam, że wyjechałem tak nagle, ale... pan wie. Ja pamiętam o pieniądzach, które jestem panu winien, i ręczę, że je oddam.
- Tego akurat jestem pewien - oświadczył Halicz z przekąsem. - Zdziwiło mnie tylko, że zniknąłeś bez pożegnania, i już zacząłem się martwić. Bo musisz wiedzieć, Erwinie, że oddanie pieniędzy mnie osobiście jest o wiele lepsze dla zdrowia niż oddanie ich moim ludziom. A już z pewnością nie wybaczyłbym sobie, gdybym po dług musiał wysłać znajomych z Katowic. Wy tam, na Śląsku, jesteście tacy brutalni...
Köch zbladł jak ściana.
Bohdan Halicz przez dłuższą chwilę pozwolił mu w pełni zrozumieć grozę sytuacji. Z całkowicie obojętną miną zajmował się nitką wystającą z obszycia rękawiczki, po czym spytał, nie patrząc na Erwina:
- Co cię sprowadza do Lwowa? Bo zgaduję, że nie pragnienie oddania długu?
- Oddam - jęknął Köch. - Jak Boga kocham. Tylko niech mi pan da jeszcze trochę czasu. Od października mam zacząć trenować piłkarzy w Królewskiej Hucie. Dostanę zaliczkę i natychmiast...
- Po co przyjechałeś? - powtórzył Halicz. - Wybaczę ci, że zniknąłeś i że nie zawiadomiłeś mnie o dzisiejszej wizycie w mieście, bo jestem miły. Ale ty też bądź miły i postaraj się powiedzieć prawdę.
Köch zaczął rozpaczliwie rozglądać się wokół, jakby szukał ratunku, ale widownia stadionu była już pusta.
- W jego sprawie - wydukał wreszcie i wskazał głową furtkę prowadzącą do szatni.
- Kogo?
- Waltera Pyki.
Halicz uniósł brwi.
- Interesujące. Zamieniam się w słuch.
- Ojciec Waltera jest wpływowym człowiekiem - powiedział Erwin nie swoim głosem. - Jak się dowiedział, że maczałem palce w ucieczce jego syna do Lwowa i załatwiłem mu miejsce w Pogoni, zdenerwował się, ale jakoś to zniósł. Wściekł się dopiero wówczas, gdy gazety zaczęły pisać o sukcesach sportowych Waltera i jego szansach na powołanie do kadry narodowej.
- A to czemu? - zdziwił się Halicz.
- Stary Pyka to zapiekły hitlerowiec - wyjaśnił Köch, zniżając głos. - Jakby Walter zagrał w koszulce z białym orłem na piersiach, toby go szlag trafił na miejscu.
- Co nie byłoby takie złe - skomentował Halicz. - Ale co to ma wspólnego z tobą i twoją potajemną wizytą we Lwowie?
Köch odetchnął głęboko.
- Ojciec Waltera w ostatnich tygodniach postawił na nogi pół Śląska i wydębił w sądzie papiery, że syn jest niepełnoletni i nie ma prawa decydować o sobie. Kazał mi przyjechać z tymi papierami do kierownictwa Pogoni i przekonać ich, żeby wydalili chłopaka z drużyny i odesłali do domu. A to zamknęłoby Walterowi drogę do reprezentacji Polski.
- Dlaczego wysłał z tym ciebie?
- Miałem tak odkupić swoją winę sprowadzenia Waltera do Lwowa.
- Dostałeś za pokutę bycie listonoszem?
Erwin zamilkł na chwilę, jakby potrzebował czasu na sformułowanie następnego zdania.
- Nie chodziło tylko o to, panie Halicz - powiedział wreszcie.
- A o co?
- Gdyby sąd w Katowicach przesłał papiery do zarządu Pogoni pocztą, mogłyby się gdzieś zawieruszyć albo nie dojść na czas...
- Jak to "na czas"?
- Walter wkrótce kończy siedemnaście lat i może zostać uznany przez sąd za pełnoletniego. Dlatego stary chciał, abym dostarczył te dokumenty osobiście, szybko i skutecznie. Tak samo jak szybko załatwiłem mu miejsce w drużynie. Uznał, że mnie zarząd klubu posłucha.
- I posłuchał?
- Jeszcze z nimi nie rozmawiałem. Umówiliśmy się pół godziny po meczu, jak skończą odprawę z zawodnikami.
Halicz obrzucił go uważnym spojrzeniem.
- To znaczy, że masz te dokumenty?
Köch skinął głową.
- Przy sobie?
- Tak.
- To teraz mi je grzecznie oddasz.
- Nie mogę - jęknął Erwin. - Błagam, niech pan tego nie żąda. Stary Pyka mnie zabije.
- Spokojnie - Halicz uniósł dłoń w pokojowym geście. - Powiem ci, jak będzie. Zegarek masz?
- Mam.
- Oddaj mojemu przyjacielowi - wskazał gestem przybocznego.
Erwin zrobił zrozpaczoną minę.
- Proszę, nie. To pamiątka. Prezent od Pogoni za to, że zdobyłem z drużyną mistrzostwo Polski. Grawerowany...
- Nie martw się. Zwrócisz dług, dostaniesz zegarek z powrotem. A teraz wyjdziesz przed stadion, złapiesz pierwszego posterunkowego, jakiego zobaczysz, i złożysz zawiadomienie, że na widowni okradli cię lwowscy złodzieje. Dla tutejszych policmajstrów to żadna nowina. Oni wiedzą doskonale, że specjalna ekipa moich ludzie pracuje na meczach. A tobie uwierzą bez wahania. Byłeś przecież gwiazdą Pogoni. Powiesz, że zginął ci zegarek i ważne dokumenty. Gdzie je masz?
Köch położył dłoń na sercu.
- Dawaj - Halicz pstryknął palcami i wykonał nimi ruch, jakby chciał kogoś przywołać.
Erwin sięgnął do lewej wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął zaklejoną kopertę i podał Haliczowi. Za moment zrobił to samo z zegarkiem.
- Czy mogę o coś zapytać? - zawahał się.
- Słucham.
- Policja uwierzy, że ktoś zdjął mi zegarek z ręki?
Halicz nagle chwycił go mocno za przegub prawej dłoni. Köch zamarł na sekundę i spojrzał na niego kompletnie zaskoczony.
- Widzisz, jakie to proste? - roześmiał się Halicz. - Każdy człowiek, którego znienacka złapiesz za nadgarstek, nie spojrzy na rękę, za którą go chwyciłeś, tylko wbije wzrok prosto w twoją twarz z pytaniem w oczach, o co chodzi. Ta chwila dezorientacji wystarczy, aby artysta o zręcznych palcach odpiął pasek i ściągnął zegarek. Tylko musi to zrobić w ciągu tych kilku sekund, w których gość nie interesuje się swoim przegubem, ale usilnie stara się pojąć zaskakującą sytuację, w jakiej się znalazł.
Köch z podziwem pokręcił głową.
- Taką opowieść zasuniesz gliniarzom. Byłeś na meczu, ktoś cię przez pomyłkę złapał za rękę, potem grzecznie przeprosił, ale kichnął ci wprost na garnitur, dlatego przeprosił raz jeszcze i starannie wytarł chusteczką klapy marynarki. Wystarczy, aby skubnąć ci zegareczek i wyczyścić wewnętrzne kieszenie. O nic więcej nie będą pytać. Rysopis sprawcy możesz podać, jaki chcesz. Byle lipny.
Erwin układał to wszystko w myślach.
- A co z ojcem Waltera? - nagle się zaniepokoił.
- Myśl trochę - skarcił go Halicz. - Pokażesz hitlerowcowi protokół z lwowskiej policji, w którym czarno na białym będzie stało, że kieszonkowcy obrobili cię na stadionie - z wyszczególnieniem przedmiotów, które zginęły. Drugi raz cię nie przyśle, poczcie nie ufa, a jeśli sam się tu wybierze, to daj nam znać. Już my sobie z nim poradzimy.
- Wszystko będzie po pana myśli - zapewnił Köch, ale "Hrabia" dostrzegł u niego wahanie.
- Coś jeszcze? - zapytał.
- Za pozwoleniem, panie Halicz - potwierdził Erwin. - Dlaczego pan to robi?
- Wiesz, jak kocham Pogoń. Chcę, żeby miała pierwszorzędnych graczy i rządziła w reprezentacji narodowej. U nas się mówi: "Ni ma jak Lwów". I tak ma być.
- Słowo daję, że pojadę do działaczy w Warszawie i uczynię wszystko, co w mojej mocy - solennie zapewnił Köch.
- Gdyby była potrzebna jakaś darowizna od żarliwego lwowskiego miłośnika futbolu... - podpowiedział "Hrabia", ale Erwin uśmiechnął się przepraszająco.
- Z całym szacunkiem, panie Halicz, ale będę rozmawiał z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Tam się liczy sport, nie pieniądze. Poza tym, pan wybaczy, ale pańska reputacja... PZPN nigdy by się nie zgodził na współpracę z człowiekiem, który nie dysponuje nieposzlakowaną opinią.
- Erwinie - Halicz nie przejął się tym komentarzem i poklepał go po policzku. - Sam wiesz, jak postępować, skoro oni tacy święci. Spisz się, jak trzeba, umocuj mi "Miglanca" Pykę w drużynie narodowej, a o długu zapomnę. Będziemy kwita.
Köchowi błysnęły oczy.
- Naprawdę?
- A czy ja kiedy nie dotrzymałem słowa?
- Nie - zaprzeczył skwapliwie Erwin. - To znaczy tak. Zawsze pan dotrzymuje słowa.
Król lwowskich złodziei uśmiechnął się zagadkowo i na pożegnanie pstryknął palcami w rondo kapelusza.
[...]