Kaganek - Jan Kuff

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Wyjdź naprzeciw mrokom nocy i jutrzenkowym blaskom. Nie unikaj obrażeń, dopij ciepłe piwko i zatańcz z przeznaczeniem. Prowadź, zamiast dać się prowadzić. Nie zwlekaj do kolejnego dzionka z tym, co czeka na ciebie w tej chwili.

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, lecz kto beznamiętnie spogląda, jak strumień życia przepływa mu między palcami, niewart jest kolejnego tchnienia. Przyjmij dar radości i smutku, ofiarowany przez matkę przy narodzinach. Przyjmij obietnicę szczęścia i nieuniknione cierpienie, byś w każdej porze wędrówki przez świat nie wiedział, nie widział, lecz stale odczuwał, że w tętnicach żwawo płynie krew twego ojca, dziada i pradziada.

Odbijesz się nieraz od ściany pogardy, od urodzaju bezmyślności. Poniesiesz w sercu niespełnione uczucie. Z okaleczonym ciałem, duchem lub umysłem zabrniesz wprzód, stopa za stopą. Przeżyjesz życie, zamiast je przetrwać. To ty decydujesz, która droga jest dla ciebie najlepsza.

W końcu przystaniesz, gdy starość zbije cię z nóg. A może unikniesz jej bezruchu, gdy - przedwcześnie, ale spełniony - stawisz się na sądzie Czternastu Aniołów i, wywleczony przed ich majestat, pozwolisz wywrócić własną duszę na drugą stronę, by sprawiedliwie ocenili dzieło twego życia. Dzieło bycia ze światem lub na świecie.

*****

Przecież słyszeliście tę historię wielokrotnie, ale nie chcecie słuchać żadnej innej. Opowieść o bohaterze, co zginął dziesiątki, ba, setkę razy, byście dziś cieszyli się światłem słonecznym, blaskiem ciągnącym od wschodu i słońcem kończącym bieg za zachodnimi szczytami. Dzięki niemu bramy miasta Czternastu Aniołów są otwarte dla przybyszów, kupców, wędrowców, a południowa jasność spływa na szczyt Wieży Czternastu Luster, odbija od nich i rozświetla tron królowej.

Lecz nie tylko on padł w walce z ciemnością. Również obrońcy sławetnej twierdzy. Nocą walczyli za królową i w jej imieniu umierali, a za dnia, dzięki ostatnim blaskom słonecznej tarczy i Lustrom Aniołów, odradzali się w stołecznych katakumbach. I ponownie sięgali po oręż i nie oddali miasta wrogowi. Jako jedyni przeciwstawili się nawałnicy, która pogrążyła krainy za górami, północne wyżyny, doliny świętej rzeki, większą część królestwa i rozbiła się na murach najstarszej twierdzy kontynentu.

Nic by to nie dało. Nic. Gdyby nie on - jeden, który poświęcił setkę żyć, dotarł do upragnionego celu i walczył z najpotężniejszymi herosami wroga. Bestiami, poczwarami, diabołami, smokami i wszelkim plugastwem, pragnącym zadomowić się na naszej ziemi.

Czas pokazał, że wytrwałość w postanowieniu, ustawiczna praca nad sobą i odrobina pomocy czarownika zrobią z nikogo bohatera. Nie byle bohaterzynę, lecz najznamienitszego z wojaków, jacy stąpali po zalanym posoką gruncie. I najlepsi z najlepszych potykają się, padają na twarz, lecz wielkość poznaje się po tym, że człeczyna podniesie się po odniesionej porażce i niepojętej klęsce.

Czternastu Aniołów podąża w ślad za wielkimi. Strzeże ich, ostrzega przed niebezpieczeństwem, wespół dzierży oręż i przyjmuje ciosy, by szlachetny heros pokazał o wiele więcej niż to, co potrafi. Za nim z pewnością podążała Czternastka.

Michał trzymał tarczę, gdy spadały na nią najpotężniejsze uderzenia; Dariusz wykrywał niebezpieczeństwo w najgłębszych mrokach; Ireneusz przyjmował śmiertelne rany; Mateusz wspinał się na szczyty, wyznaczał kierunek pochodu; Damian odbierał trudy wędrówki, grzał w poważnych mrozach i chłodził ciało w ferworze walki; Tomaszowie umilali czas postoju; Andrzej zabliźniał odniesione w walce rany, chronił je przed infekcjami i zdejmował z barków bohatera powodowany nimi ból; Piotr wywierał wpływ na zachowanie pełnej uwagi, bezpieczeństwa i czujności również podczas regeneracyjnego snu; Dawid Kapłan otworzył skróty, pozwalające na szybki powrót do bezpiecznej przystani; Kamil Pierwszy i Drugi rozrzucili potężny oręż na drodze podróży, by - wraz ze szlifowaniem umiejętności walki - w pełni wykorzystał moc zwykłej, ale i zaklętej broni; i dwójka Radosławów natchnęła ciało, by wchłaniało dusze poległych oponentów i odbywało błyskawiczną podróż pomiędzy rozpalonymi w obozowiskach ogniskami, palonymi ze szczyptą srebrnego pyłu, w którego zapas wyposażyli go magowie.

I ja brałem udział w tym szaleństwie. Darowałem naszemu czempionowi ten oto kaganek, który rozświetla wasze rumiane buźki. Odrobinę światła w niemal bezużytecznej lampce. Znało ono wszystkie ścieżki prowadzące do domu, pomagało odrodzić się w przypadku porażki, po krwawej śmierci. W niewielkim stopniu pozwalało na błyskawiczne leczenie ran - nie bez końca, lecz od czasu do czasu - okazywało się nieodzownym i najlepszym towarzyszem podróży, którą, w przeważającej większości wypadów, skazywano na odniesienie porażki i - na szczęście - nieostateczną śmierć.

Działo się to ponad czterysta lat temu, bo choć przybycie zła niemal nas doszczętnie zgładziło, to przyniosło dar wielokrotnie dłuższego życia. Dlatego i nasza królowa, jej otoczenie i dziatki, i walczący, i ginący na murach Twierdzy Czternastu Luster, i ten, kto się odradzał, by podjąć się obrony i po raz kolejny parszywie zdechnąć na skąpanym we krwi murze, otrzymał to błogosławieństwo.

Mam czterysta trzydzieści osiem lat i jestem w kwiecie wieku. Opowiadałem tę historię dziesiątki tysięcy razy. I wiecie co? Z przyjemnością opowiem ją jeszcze jeden raz.

Początek

- Zachariasz pisze, że życie jest nieuniknionym pasmem nieszczęść, z których próbujemy się wykaraskać, by ponownie wpaść w bagno - chudzielec, trzymając się przyjaciela i lawirując w tłumie przechodniów, przełożył mądrości filozofa na zrozumiały język.

- I w tym tkwi twój problem, drogi bratku. Wczoraj byłem w tawernie. Wykonałem popisowe numery, podjadłem, napiłem się dobrego piwka i umówiłem z zakochaną w pieśniach i poezji dziewuszką - jego towarzysz, wyższy o głowę i wyraźnie bardziej barczysty, szedł z głową zadartą w górę, pełną swobodą, jakby z leniwym, lecz dość tanecznym drygiem.

- Nie rozumiem. Co dziewuszka ma wspólnego z filozofią Twierdzy Czternastu? - twarz chłopca przyjęła niepewny wyraz.

- Wszystko, młodzieńcze - zabrzmiało to nad wyraz teatralnie, co często zdarzało się mężczyźnie. To pieśniarz, grajek i aktor - wszystko. Jeżeli nie rozumiesz, to nie wiem, co z tobą począć.

- Mógłbyś się trochę rozwinąć, zamiast od razu przekreślać moje wszelkie nadzieje na przyszłość.

- Ślęczysz w tych księgach jak postrzelony mnich. Rozumiem to, taki zawód. Bajki, bajędy, historie i opowieści - wypowiadał te zdania bardziej ze zniechęceniem niż z aprobatą do działań przyjaciela. - Życie ci mija z każdą przewróconą stronicą. Zamiast tego, wsłuchaj się w ludzi. Najlepsze historie zdobywa się podczas rozmowy. Bajania starców, opowieści wieśniaczek podczas nocnych schadzek, nawet rytm pieśni kowala, którą nuci, gdy bije żelazo. Chcesz wpaść w bagno, to odłóż literaturę i wystaw nos za drzwi cyrkowego wozu. Życie zaczyna się na ostatniej desce i kończy na pierwszej kolejnego tomu. Kiedy to zrozumiesz, ujrzysz, że pomiędzy Zachariaszowymi nieszczęściami i wpadaniem z jednego bajora w drugie zdarzają się szczęśliwe, a czasem bardzo przyjemne rzeczy.

- Negujesz nowatorską, nowożytną i uznaną w królestwie filozofię na podstawie umówionej schadzki z byle nowomieszczanką - wyjaśnienia wyraźnie nie usatysfakcjonowały chudzielca.

- Ma ona niestety znacznie pokaźniejsze argumenty niż twój mnich Zachariasz kiedykolwiek widział na oczy - młodzian zaśmiał się i zaczął mruczeć pod nosem sobie tylko znaną melodię.

Wędrowali dalej, rozpoczęli podróż w okolicach pękającego w szwach targu, przeszli przezeń, następnie przez dzielnicę świątynną, gdzie każdy z aniołów znalazł przynajmniej jedną własną kapliczkę, a najważniejsi - górujące ponad innymi miejskimi zabudowaniami świątynie - potem coraz luźniejszymi uliczkami, tam oferowano mniej atrakcyjne usługi i pomieszkiwała już część mieszczan. Znaleźli się wreszcie w jednej z bocznych odnóg. Wypytali tamtejszych o dokładne miejsce zamieszkania swego obecnego żywiciela.

Droga minęła im na wspomnianej dyspucie, a gdy uznali, że nie dojdą do consensusu, rozprawiali o bardziej przyziemnych i tyczących się ich obecnego położenia tematach, czyli przede wszystkim o tym, jak dostać się ze sztuką do zamku, występować przed znamienitszą i hojniejszą publicznością i spełnić najśmielsze marzenie, czyli zaskarbić na tyle uznania, by stanąć oko w oko z królewską rodziną i małoletnią, nową królową, która dopiero co przyjęła na barki ciężar panowania całym królestwem.

Tymczasem nadszedł czas rozliczenia, ponieważ ich pracodawca nie pokazał się na deskach małego przetargowego teatru, i to w dniu wypłaty okrągłej sumki za codzienne, całotygodniowe występy.

Nie wykazał najmniejszego zamiaru zapłaty za wykonaną pracę. Nasłał na nich kilku zbirów, wyraźnie tańszą siłę roboczą od aktorskiej trupy.

Tak rozpoczęła się ta kabała. Najpierw nieco się stawiali. Barczysty nosił u pasa małą pałkę, a chudzielec tak machał rękoma, że oponenci z trudnością podchodzili do chłopaczka, by go ustrzelić.

Pięciu drabów biło mocno. Gdy pałka wyleciała z dłoni i nastąpiło nieuniknione zmęczenie wyprowadzaniem ciosów, po kilku otrzymanych sierpowych i kopniakach poznali nieprzyjemność zlizywania z ziemi własnej krwi. Na tym się nie skończyło. Zbiry wyraźnie nie znały zasad walki, mówiących o tym, że leżącego nie trzeba dobijać, i naprawdę ich nieźle pokiereszowały.

Po mordobiciu długo nie pozbierali się o własnych siłach. Takie uroki robienia szemranych i niepewnych interesów. Zamiast spodziewanego zysku zagwarantowali sobie tygodnie powrotu do zdrowia. Niby kości pozostały nienaruszone, lecz cóż po tym, gdy z powodu pobicia prawie potracili świadomość. Trzymał ich przy niej poważny ból, dzięki któremu dosadnie czuli, że żyją.

Zebrali się, stanęli na nogach i szybko uciekliby z przytargowego teatrzyku, gdyby poborca podatkowy nie przyszedł po należne królowej srebrniki. Opłaciliby się, mieli oszczędności - to minimum na złe czasy. Pieczołowicie schowane przed ewentualnym włamaniem do ich wozu. Gdy po wielu otrzymanych razach dotarli na miejsce, jej nie zastali.

Afrodyta - najpiękniejsza z pięknych, trzecia z pięcioosobowego aktorskiego składu. Katarzyna - pewna siebie, odważna, zręczna i gibka jak nikt inny. Wędrowali razem od niedawna, zaledwie od dwóch sezonów. Nieraz robiła z nimi to, co chciała. Obydwoje walczyliby o nią jak zaciekłe lwy, lecz ona wszystkich trzymała na dystans.

Nietykalna i do końca niepoznana. Na scenie zdolnie grywała i kochankę, i ladacznicę, i dworzankę, czy samą księżną. W życiu prywatnym wszystkich odstawiała na bok, z uwielbieniem zachęcała młodych chłopców, by później, jak zwykle, zostawić ich z niczym.

Zarzut niepłacenia podatków niósł ciężkie konsekwencje. Kto nie spłacał należności, gwarantował sobie nie lada kłopoty. Ludzi, pragnących otrzymać szansę zasiedlenia jednego z miejskich domów czy przejęcia zakładu umiejscowionego za jedną z palisad, nigdy nie brakowało. W mieście systematycznie dochodziło do przetasowań ludności.

W samym centrum, a raczej w głównej twierdzy, nie działo się najlepiej. Poprzedni władca, ostatni z dynastii, pozostawił królewski skarbiec ogołocony niemal do dna. Ogromne braki środków na opłacenie państwowych zobowiązań zmusiły młodą królową do podniesienia wysokości podatków i dokonania zmian w prawie dotyczącym ich płatności i uchylania się od ich płacenia. Więzienia i placówki wydobywcze pękały w szwach, zapełniając miejsca ludźmi, którym się w życiu nie powiodło.

Królowa zastała kraj na skraju bankructwa, a zastosowane środki zaradcze dotknęły i chudzielca, i barczystego, i pozostałą dwójkę ich towarzyszy niedoli. Tymczasowy ból spowodowany pobiciem okazał się zdecydowanie najmniejszym problemem, jaki ich spotkał.

Z każdym poborcą podatkowym w Mieście Czternastu Luster maszerowało czterech żołdaków zapewniających bezpieczeństwo i egzekwujących prawo ustalone przez królową. Czterech akurat wystarczyło na czwórkę oszukanych i okradzionych przez koleżankę po fachu aktorów, bajarzy i grajków, co łudzili się, że w stolicy znajdą odrobinę szczęścia. Trzeba nauczyć się je chłonąć z każdą chwilą, bo jest ulotne.

Wybawienie

12 lat później

Nie wiem, co trzymało go przy życiu. Wyniszczony, wycieńczony, z popsutym uzębieniem i organizmem na skraju wyczerpania. Inni dawno padliby pod ciężarem niesionego oburącz kopalnianego kilofa, kolejni odebraliby sobie życie.

Kierowany światłem królowej, ognikiem tlącym się w kaganku niesionym przy boku, przybyłem do miejsc wydobycia granitu, gdzie ludkowie odbywali dożywotnie kary za rozmaite zbrodnie popełnione przeciw obywatelom królestwa lub koronie.

Czego innego się spodziewałem. Chłopek wyglądał jak zbiór - na całe szczęście poukładanych i skórą zabezpieczonych przed rozpadem - kości. Odwodniony i skrajnie niedożywiony czekał na wydanie ostatniego tchnienia.

Nie wiedziałem, jakie są jego przewiny. Czym zasłużył na tę nieprzebaczalną mordęgę i bezkresną katorgę? Nigdy o to nie zapytałem, bo nastały czasy, kiedy przebacza się wszystko, byle osiągnąć cel, którym jest wybawienie od najgorszego końca.

Podszedłem bliżej i z niewielkiej odległości obserwowałem, gdy resztką sił, wykrzesanych nie wiadomo skąd, ciężko pracował w granitowym kamieniołomie. Równo, systematycznie, bez zbędnego pośpiechu. Gdzie tu się spieszyć. Jego stan wskazywał na bliskość śmierci, a na wybawienie od ciężaru kilkunastoletniej rutyny nie liczył. Oczywiście poza zbawieniem niesionym przez ostateczność.

Powinien zdechnąć, zemrzeć, zakopać się pod gruzem, zgnić i spopieleć, lecz przybyłem, by wybawić go od złego i wrzucić w najgorsze. To z mojego powodu, a raczej z powodu błędnego ognika kaganka, nie zmarł po raz pierwszy i jedyny, lecz poczuł smak śmierci ponad setkę razy - i za żadnym z nich nie bolało to ani odrobinę mniej.

Odebrałem mu szczęście odejścia we śnie, ból ginięcia od bata i niezrozumienie, i otępienie niesione przez śmierć głodową. Taki ze mnie wybawiciel. Taką dobrą nowinę przyniosłem. A niedługo potem wielokrotnie witałem, gdy budził się do życia w podziemiach Twierdzy Aniołów. Zaraz po tym, jak trafił na wygłodniałą bestię, co żywcem rozszarpywała ciało, albo gdy ostrze rozpruło brzuch i zdychał z wybebeszonymi na wierzch jelitami, pozbawiony łaski dobicia przez bezlitosnego miecznika.

Tyle bólu i rozpaczy dla męża, który w tamtym momencie z ledwością uniósłby ciężar dziecięcego mieczyka. Krwi przelanej, płynącej strumieniem z ran, rozprutych wielokrotnie na każdej części ciała. Mięsa, wnętrzności i śmiertelnie uszkodzonych organów.

Wierzymy w patronów, aniołów opiekujących się żywymi i martwymi, zdrowymi i chorymi, biednymi i bogaczami. Niosą ukojenie w najgorszych dniach życia. Dają spokój niecierpliwym, wytchnienie zapracowanym, radość smutnym i zbawienie pokonanym przez życie. Nikt nie ujmuje im wielkości i nie podważa autorytetu. Użyczyli nam w najcięższym czasie luster, pozwalających na ponowne narodziny sługom oddanym błogosławionej sprawie. Pod ich opieką utrzymaliśmy część królestwa i najstarszą z twierdz w obliczu najazdu piekielnych hord. Niewielu pamięta, jak drogo to kosztowało.

Utrata wiary oznaczała jednoznacznie brak ponownego odrodzenia. Dlatego przemierzaliśmy królestwo z kagankami przy boku, poszukiwaliśmy wśród ludu tych, których najtrudniej złamać. Zdarzali się tacy, co odradzali się kilkunastokrotnie, a garstka - ponad dwadzieścia razy. Wielu przechodziło przez sort. Eliminowaliśmy spośród wybranych plon, który się nie nadawał.

Jedni tracili zmysły, inni człowieczeństwo, sumienie, rozum, rzetelny osąd, pojmowanie, wreszcie wiarę. Nikt nie wiedział, ile można wytrzymać. Kiedy pożegnają zbroję i złapią za kosę czy młot kowalski, lub po prostu przetrwają resztę dni, pochłonięci do cna szaleństwem.

Nie wiem, ile ludzkich żyć uratowaliśmy, a ilu opuściło nas na zawsze. Specjalnie wyselekcjonowani uczeni i magowie starali się, by ocalić przed zgubą jak największą liczbę wojowników. Dziś ci, którzy przeżyli, cieszą się długowiecznym życiem. Skażeni przez zło, nie zostali przez nie zniszczeni, zmienieni ani pochłonięci. Żyją niemal nieśmiertelnie. Nie wszystkim się powiodło.

Nie życzyłem im tego. Żadnemu. Człowiek wypełnia wyznaczony czas i odchodzi, gdy przychodzi na niego kolej. I nigdy nie wraca. Zostawia świat żywym, a nie żywym trupom, których namnożyliśmy dziesiątki. Przyznam się, że uciekałem. Nie pozostawałem w twierdzy, dopóki mnie nie potrzebowano. Zapalałem kaganek i wyrywałem się na trasę. Poza twierdzą nie słuchałem, nie patrzałem, nie widziałem i nie myślałem o okaleczonych, z których spora część do niczego się nie nadawała. Żyli - bardziej i mniej szczęśliwie. I żyją do dziś. Dopadło ich błogosławieństwo, tylko co z tymi, którzy się nie pozbierali.

Bez poświęcenia nie obronilibyśmy się przed złem. W połowie drogi brakłoby rąk do obrony. Gdyby nie aniołowie, piekło żywcem zeżarłoby nasze ziemie. Tak jak pochłonęło inne królestwa kontynentu.

Dzięki władzy królowej odparliśmy atak i zmusiliśmy przeciwnika do odwrotu i porzucenia części zajętego terytorium. Jej wstawiennictwo okazało się kluczowe. Bez niej nie ostałby się kamień na kamieniu. To jej zawdzięczamy otrzymane łaski. Cieszę się, że utrzymuje władzę. Być może to dlatego nie doszło do ponownego ataku. Po tak długim czasie w piekielnych czeluściach nazbierało się pełno plugastwa i robactwa. Przyjdzie dzień, w którym wypłynie na powierzchnię. Ja mam nadzieję, że nie dożyję powtórki. Wam życzę, byście cieszyli się wzlotami i przetrwali upadki życia bez konieczności spoglądania w twarz marom, mrokom i wypełzającemu z ciemności złu.

Stałem, przyglądałem się i nie rozumiałem, co da z siebie to ciało, całkowicie wyzute z energii. Nie mnie oceniać, osądzać ani przemyśliwać. Zadanie pozostawało takie samo: z wiarą i bez pytań, bez zastanowienia i bezmyślnie poddać się pod wyższą, najwyższą władzę. Nie ja podejmowałem decyzje. To aniołowie, utrzymujący płomień kaganka przy życiu, wzywali ludzi do największego poświęcenia. Utrata wiary w ich mądrość pozbawiłaby mnie światła, a jak doskonale widzicie - ognik tli się w kaganku. Dziś nie wyznacza mi drogi wędrówki - i oby nie nadeszły czasy takiej potrzeby.

Bohater nie liczył na taką radość. Nieszczęście w życiu przyprowadziło go do kamieniołomu, gdzie przez kilkanaście lat ciężko pracował, nieszczęście w śmierci wrzuciło w kołowrót zgonów i ponownych narodzin. Mimo wszystko jego wiara i rozum pozostały niezachwiane.

Zmysłami czułem zapach jego ducha. Omiotła mnie woń morskiej soli. Czysta, jak z ciemnych oceanicznych głębin. Zapach nieskażonej duszy. Rzadkość w czasach ognia i popiołu. Jaką popełnił zbrodnię, że tak mocno go ukarano? A może po prostu odpokutował? Nie zapytałem, bo to nie miało znaczenia.

Podzieliłem się z nim kawałkiem suchego chleba. Przeprowadziliśmy krótką, lakoniczną rozmowę. Kazałem rozerwać jego kajdany i wyciągnąłem z miejsca, z którego wychodzi się na górniczej taczce - wprost do dołu ze zbiorowym grobem.

Przyjął propozycję wyjazdu bez entuzjazmu. Brakło mu sił życiowych, nie wykrzesał minimum uśmiechu. W podróży wypatrywałem, kiedy wyzionie ducha. Nie umarł. Na razie.

Cena wolności

- Wiesz, dlaczego cię zabrałem? - zapytałem na jednym z postojów.

- Mam ci w czymś pomóc - oznajmił beznamiętnie.

- Pojmujesz, co dzieje się w królestwie? Otrzymaliście w tym kamieniołomie wieści ze świata?

- Nie bardzo mnie to interesowało, kiedy skuty łańcuchami pracowałem od świtu do zmierzchu. - Z takim podejściem nie mogłem się nie zgodzić.

- To dość zrozumiałe. Postaram się rozjaśnić nieco, na czym stoimy. Królowa ostatnia broni się przed atakiem martwiaków, wypełzających z piekielnych czeluści. Korona jest zagrożona, a najstarsza twierdza jest ostatnią ostoją człowieczeństwa na kontynencie. Ja i mi podobni przemierzamy niezajęte tereny w celu werbowania wojowników, którzy przeciwstawią się najeźdźcy.

- Chcesz, bym dołączył do waszej armii?

- Pragnę, byś stał się jednym z wojowników i bronił tej ziemi do ostatniego tchu - tak jak każdy z tych nieszczęsnych wybrańców.

- Wybawiłeś mnie od śmierci, by posłać na śmierć? Bym zginął poćwiartowany przez chodzące trupy? - Taka perspektywa wyraźnie mu przeszkadzała. - Ja nigdy nie trzymałem miecza w dłoni. Jestem aktorem. Byłem aktorem. Teraz jestem tylko chodzącym Zachariaszowym nieszczęściem.

- Wybrało cię światło kaganka, moc Czternastu Aniołów - tłumaczyłem mu, a raczej wmawiałem sobie, jednocześnie się rozgrzeszając i zrzucając winę na coś większego. - Wyszkolimy cię należycie. Damy narzędzia do walki i obrony. Wesprzemy z wszelkich sił i pomożemy powrócić do domu, gdy przyjdzie nieuniknione.

- Nie mam domu. Nigdy nie miałem. Nawet nie pochodzę z tego królestwa. Całe wolne życie spędziłem w trasie, między jednym a drugim teatralnym podestem. Nie znam niczego poza starymi legendami, bajkami i powiastkami, kamieniem i granitem.

- Świat się skończy, jeśli się poddamy. Dzięki sile aniołów odradzamy zmarłych wojaków. Nie obiecam, że koniec nie zaboli, jak i ponowne narodziny, lecz i ty możesz zasłużyć na to, by pisano o tobie opowiadania i układano legendy - próbowałem połechtać ego rozmówcy - zamiast zakopać się w kamieniu i bezczynnie czekać, aż przyjdzie po ciebie piekło. Życiowe nieszczęście nie wybrało tylko ciebie z tysięcy istnień, ale tak jak i tysiące pozostałych sam kreujesz dalszy los. Od ciebie zależy, czy skorzystasz z szansy i chwycisz w dłoń miecz i tarczę, czy poddasz się czeluściom bez walki.

- Nie wiem, jak robi się mieczem i broni tarczą. Nie wiem, ile malutki człowieczek zaradzi w walce z piekielną hordą. - Zrobił dłuższą pauzę, po czym bardzo mnie zaskoczył. - Stanę do walki w waszej sprawie i uznam ją za własną. Nie ze względu na Czternastu czy nieomylne światło, lecz w walce o ludzi, którzy zaznaczyli się w moim życiu, z dawna straceni z oczu, pewno układają sobie świat na tym małym skrawku niespalonej ziemi. O ile nie pochłonęła ich czeluść. I powiem ci więcej. Choćby całe piekło zrzuciło mi się na głowę, zębami wgryzę mu się w gardło i rozerwę krtań - dla tych, którzy ponad dwanaście lat temu warci byli największego poświęcenia i warci są poświęcenia dziś. Bo nawet pod koniec świata, po utracie wszelkich zmysłów i po nieuniknionej śmierci, nie zapomnę, jak zaznaczyli się na drodze mojego istnienia. Jeżeli życie jest ceną wolności - gotów jestem ją zapłacić.

- Ceną wolności jest ból walki, śmierci i ponownego odrodzenia. Każdy znosi cierpienie inaczej, walczy bardziej lub mniej zapalczywie, odchodzi z większą czy mniejszą godnością i rodzi się, by stawić czoła nieznanemu, bo nikt nigdy nie wie, co kryje się za kolejnym rozdrożem. Czy czeka tam diabeł, czy ukojenie.

Cierpienie

Podróżowaliśmy wiele dni. Jazda konna bardzo go męczyła, a zmęczenie zmuszało nas do robienia częstszych i dłuższych postojów. Nie forsowałem tempa. I tak dziwiło mnie, że o własnych siłach dosiadał konia.

Nie rozmawialiśmy wiele. On nie kwapił się do rozprawiania o swych dziejach, a ja nie chciałem ich poznawać. Tak jak bratać się z tymi, których w wielu przypadkach, po wielokrotnym oddaniu życia, czekały parszywe losy.

Nie że brakło szczęśliwców, co w odpowiednim momencie odłożyli broń i żyli we względnym szczęściu. Tacy nie spędzają snu z powiek. Nie zmuszają do wielokrotnego zastanowienia, czy czyni się dobrze, czy popełnia karygodny błąd.

Jeszcze nie dopadł mnie dzień sądu. Nie zapadła ostateczna ocena dokonań. Pozostał czas na odkupienie. Tylko czy za zniszczenie tylu ludziom życia, ponadprzeciętnie długiego życia, przegranego i pozbawionego nadziei na lepszy czas, go dostąpię? Czy istnieją czyny, które wymarzą taką podłość? A może jako szubrawa gadzina osobiście zajmę kolejne miejsce w drodze do przedsionka piekieł.

Nie uciekł, nie próbował pozbawić mnie życia we śnie i przygarnąć mienia. A bywali i tacy. Ci, co nie rozumieli potęgi magii, siły czarownika i mocy człowieka, który jednym spojrzeniem doskonale ocenia ludzką wartość. Prawie każdego człowieka. Jego wtedy nie rozgryzłem. Zastanawiało mnie, co napędza ten skrępowany kawałkiem skóry szkielet.

Dałem mu się posilić. Napoiłem. W miarę rozsądku. Po tylu latach niedożywienia, po zbytnim przejedzeniu, zmarłby we śnie. Podzieliłem się z nim zwykłą, codzienną strawą, w której zapas dostatecznie się zaopatrzyłem. Kromka chleba, plaster sera, odrobina smalcu. Prawdziwa uczta dla człowieka w takim stanie, kondycji i z jego przeszłością.

Dobrze wiedziałem, jakie rzeczy zdarzały się w takich miejscach jak granitowy kamieniołom. Niedożywienie i ciężka fizyczna praca czyniła z ludzi potwory. Zdarzali się tacy, co ukrywali zwłoki zmarłych i posilali się nimi. I inni, którzy własnoręcznie wcześniej pozbawiali ich życia. Oczywiście, gdy straż dopadła nikczemnika, trafiał wprost do zbiorowego grobu. Nie zawsze prawda wychodziła na jaw lub padało na nią światło dopiero, gdy ciało lub ciała obgryziono do kości.

Nie podejrzewałem go o podobną zbrodnię. Nie sprawiał wrażenia człowieka, który utracił pojmowanie, rozum czy sumienie. Nie rozumiałem tylko, jakim sposobem łapie oddech i otwiera powieki. Jak przetrwał tak długo w tak nieprzyjaznych warunkach życia? Zastanawiało mnie, ile go to kosztowało? Za co przehandlował cenę życia? Co oddał w zamian diabłu, by nie utracić człowieczeństwa?

Dotarliśmy na miejsce. Przejechaliśmy przez palisady i główną bramę twierdzy. Zostawiliśmy konie stajennym i pieszo ruszyliśmy do kolejnych bram, w stronę wieży. Wymieniłem krótkie powitania ze strażnikami i weszliśmy do środka.

Na najniższej kondygnacji przywitała nas Eliza. Znałem ją od dawna, służyła latami, a przez pewien czas łączyło nas coś więcej. Ostatecznie rozeszliśmy się w zgodzie i pozostaliśmy dobrymi znajomymi. Ani ona mnie, ani ja jej nie zawróciliśmy w głowie na tyle, by związać się na dłużej. Taki to zwykły i krótki romansik zapieczętował to koleżeństwo trwające latami.

- Feliks, Feliks, drogi, cierpliwy Feliks. Bywasz w świątyni coraz rzadziej, kolego. - przywitała mnie tymi słowami, co zapowiadało, że coś jest na rzeczy.

- Elizo, moja droga, rozumiem, że masz wieści. - podszedłem bliżej, by położyć dłoń na jej barku w ramach zwyczajowego powitania.

- Wieści, wieści, zawsze są jakieś wieści. - odwzajemniła gestem powitanie i kontynuowała - Kiedy jesteś w trasie kilkanaście dni, to w tak dużym mieście wiele może się wydarzyć.

- Oczywiście, tylko gdy nazywasz mnie "cierpliwym", to nigdy niczego dobrego nie zwiastuje.

- Cierpliwość jest przywilejem tych, którym nie sypie się grunt pod nogami - odparła.

- Twierdza stoi, a podłoże jest stabilne - i dodałem, wskazując stojącego nieco z tyłu mężczyznę - A to kolejny z wojaków, którzy o to zadbają.

Eliza stanęła na palcach i wychyliła się nieco w bok, patrząc nad mym ramieniem, któż to stoi za moimi plecami. Widok wychudzonego obszarpańca najwyraźniej nie zrobił na niej dobrego wrażenia, lecz komentarz pozostawiła dla siebie.

- Możemy pomówić bez świadków, Feliksie? - zapytała i momentalnie pokierowała mnie na stronę, tak by nikt nie słyszał, o czym rozmawiamy.

- Więc cóż złego masz do przekazania, kochana? - mówiłem szeptem. Ona również obniżyła ton głosu.

- Następny - jej głos błyskawicznie zaczął się łamać - Wyrwali mu zęby, obcięli członki, biczowali, potem obdarli ze skóry, a na końcu... - zrobiła pauzę, by zdławić w gardle płacz - nadziali na pal. - Nie wiedziałem, jak ją pocieszyć. Nie znałem takich słów. - Umierał przez tydzień. Na siłę go poili i karmili, dopóki przełykał. - Zrobiła długi wydech. - Powiesili mu na szyi kaganek, by po katorgach nie czekał długo na ból odrodzenia w Studni Czternastu.

- Chciałem objąć ją ramieniem, pocieszyć, lecz wtedy ostatecznie padłaby maska wytrwałości i popłynęłyby łzy. Milczałem w bezruchu.

- Nie wiem dokładnie ilu, ale uczymy wszystkich, by nie dali się pojmać żywcem. Lepiej przeciąć sobie tętnicę niż przeżywać coś podobnego. Kto doszedłby do ładu po takich męczarniach? - Wymieniliśmy przerażająco smutne spojrzenia. Nastąpiła długa chwila ciszy.

Pozbierała się, jej twarz odrobinę pojaśniała, odstąpiła ode mnie na krok i dodała głosem o zwykłej sile:

- Idźcie, zdążycie na przysięgę. Nie będziecie musieli czekać z rytuałem do jutra. Więc do zobaczenia na dole.

Poinstruowała nas i pożegnała, ruszając w sobie tylko znanym celu. Nie obdarzyła ponownym spojrzeniem mojego towarzysza.

Rytuał

Przysięga odbyła się w głównej sali, gdzie znajdował się tron panującej i Lustra Czternastki. Przebiegła bez zakłóceń, rozpoczęła się od oddania czci królowej i poddania się pod władzę jej i aniołów.

Tamtego dnia przed jej obliczem pojawiło się siedmiu mężczyzn i dwie kobiety. Zwykle liczba ta wahała się w okolicach dziesiątki. Tak było i tym razem. Nie znam dokładnej liczebności wędrujących po królestwie magów wyławiających z ludu przyszłych wojowników, lecz wystarczyło nas, by zagwarantować stały dopływ świeżej krwi przeciwstawiającej się piekielnej nawałnicy. Niektórzy czasem wracali z trzema czy czterema rekrutami jednocześnie. Mnie też się to zdarzało.

Nadeszły czasy, że zagłębialiśmy się w wolne królestwo coraz dalej, ale i zagrażająca twierdzy horda rozbijała się na dwóch armiach stacjonujących wystarczająco daleko od stolicy.

Po miecz sięgali zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Panująca uznała damską część społeczeństwa za równą teoretycznie silniejszej płci. Jak dowiodły pierwsze wojowniczki, kobiety okazały się odporniejsze na ból i cierpienie i szybciej dochodziły do równowagi po ponownych narodzinach i wcześniejszej śmierci. Nie osiągały podobnej mocy w uderzeniu, ale walczyły z wielką zapalczywością i nie oddawały łatwo pola wrogowi. Nadawały się wyśmienicie do walki bark w bark na murach obronnych i na polach większych bitew. Gorzej radziły sobie, kiedy wyznaczano je do mniejszych drużyn wypełniających misje w głębi zajętych przez wroga terytoriów.

Pomimo uznania kobiet za godne noszenia oręża przez władczynię, niemal od pierwszych dni rozpoczęcia walk z piekielnym przeciwnikiem nasze ogniki, nasze kaganki, wyławiały z tłumów rekrutki, które pierwsze na kontynencie przywdziały rolę prawdziwych wojowniczek. Walczyły o wolność dla królestwa, aby ludzie żyli we względnym spokoju, by nie pochłonęło ich piekło, by nieliczna garstka szczęśliwców podążała za marzeniami, aby dystyngowani nie utracili wpływów i chłopi zbierali coroczny plon, by wyżywić kolejne pokolenia rosnących we względnej radości dziatków, którym zwykle niewiele potrzeba do szczęścia. Walczyły o to i znacznie więcej w świecie, gdzie kobiety pozbawiono wszelkich praw, wykorzystywano na wszelkie sposoby, bito, poniżano, gwałcono. Zupełnie bezkarnie.

Z wielu powodów taka równość nie wszystkim pasowała. Miecznicy nie chcieli stawać do walki u boku "słabych" kobietek, magowie z wielką niechęcią przyjmowali wybór narzucony z góry. Mieszczanie i wieśniacy pragnęli zatrzymać damy i "baby" u boku, by tak jak przez wieki, jak od zarania dziejów, usługiwały im w domach i przynosiły zadowolenie w łożnicach. Z drugiej strony zdecydowana większość pierwszych i kolejnych rekrutek chętnie zostawiała życie pomywaczki i nałożnicy i z zapalczywością udowadniała na wojskowym treningu, że jest warta znacznie więcej niż wydaje się twardogłowym samcom.

Nie trwało to długo, a kobiety zaakceptowali przynajmniej walczący w pierwszej linii mężczyźni i poddający się pod anielski osąd magowie. Chłopi i mieszczanie godzili się z losem, który pozbawiał ich rąk do pracy i pomocy w gospodarce i domostwie. Zaradni i młodsi szybciej znajdowali zastępstwo za uznaną przez ogół za zmarłą małżonkę czy kochanicę. Starsi z groszem przy duszy udawali się tam, gdzie od dawna ich znano, bogatsi mimo posuniętego wieku szybko aranżowali śluby. A pozostali narzekali ciszej czy głośniej, lecz po powtarzanej co pewien czas publicznej chłoście wykonywanej za podważanie królewskiego prawa, do której wybierano jednego czy kilku z prowodyrów, i ci się uciszyli i szybko zapomniano o sprawie, a usta poszkodowanych na stałe zamknięto.

Kobiety włączyły się do walki o wolne królestwo, uzupełniły braki kadrowe w armii i jak inni wybrańcy kończyły wojowanie w lepszym lub gorszym zdrowiu. Odradzały się wielokrotnie po przeżytych przed śmiercią cierpieniach i po bólu, jaki ona niesie. Stanęły do walki przeciw największym grozom świata: piekielnej hordzie, nieumarłym i martwiakom i pomimo że nieraz ogarniało je paraliżujące przerażenie, udowodniły swą wartość patrząc śmierci w oczy i jej ulegając.

Służąc koronie, pełniły również inną, ważną i godną wzmianki rolę. Matki i szkolone na nie nowicjuszki z czterech największych świątyń brały udział w rytuałach przyjęcia rekrutów do wojskowej świty. Ponadto witały wśród żywych tych, co odradzali się w podziemiach wieży.

Sam rytuał nie trwałby długo, gdyby wykonywać go jednocześnie dla wszystkich przyjmowanych do służby. Okoliczności zmuszały do większej powściągliwości.

Stałem z bohaterem, wyglądającym przy innych jak wysuszony szkielet, i czekaliśmy na jego kolej. Znajdowaliśmy się głęboko w podziemiach Wieży Czternastu, przed wejściem do jednego z kilku basenów, studni czy po prostu zbiorników z wodą ze źródła świętej rzeki. Zeszliśmy z najwyższych pięter aż do głębokich podziemi. Z trudnością wdrapaliśmy się na górę, a zejście trwało o wiele dłużej. Wreszcie przyszedł czas na inicjację.

Weszliśmy do pomieszczenia. Za nami zamknięto solidne drzwi, grube na tyle, by nie przepuszczały dźwięku. Przeszliśmy z ciemnego przedsionka do komnaty oświetlonej jak piaszczysta plaża w południowym słońcu, co w momencie, na krótką chwilę, nas oślepiło. Pomieszczenie rozświetlały podwieszane pod stropem, na bocznych ścianach i ich łączeniach, lustra odbijające światło wchodzące do niego ukrytymi w stropie małymi, okrągłymi tunelami. Zawsze dziwiła mnie fizyka Luster Czternastu, które nawet o takiej porze, późnym popołudniem, dawały soczyste oświetlenie dla podziemnych zbiorników, znajdujących się kilkadziesiąt pięter niżej. "Dopóki nie zginie ostatnia iskierka światła, dopóty wędrować będziemy po niespalonej ziemi" - takie to znane motto.

Nowicjuszki poprowadziły mojego towarzysza przed schody basenowe i zdjęły z niego brudne, dziurawe i znoszone odzienie. Ja stałem z tyłu i przyglądałem się. Magów zapraszano na inicjację w razie, gdyby coś poszło nie tak. Zapewniali bezpieczeństwo w przypadku nadejścia niespodziewanego. Wprawdzie nikt nie zdawał sobie sprawy, cóż złego może się zdarzyć, a w razie problemów jak reagować. Mimo wszystko w czasie tej okropnej wojny woleliśmy nie ryzykować.

Po drugiej stronie basenu, przed kolejnymi schodami, pojawiły się trzy matki i kilka nowicjuszek. Wiedziałem, że uczennice trzymają w dłoniach srebrne talerze, ale pozostawały niewidoczne, ponieważ okryto je wystarczająco długim i szerokim kawałkiem tkaniny.

Wprowadzono go na środek basenu, a matki i nowicjuszki zrobiły to samo. W wodzie do pasa odwrócono go do nich plecami i ułożono w poziomie, podtrzymując lekko ciało, by nie tonęło. Jedna z matek trzymała mu głowę w ten sposób, by patrzył nie w górę, lecz na wprost, tak jak przed zmianą położenia. Wprost na mnie.

Zabrakło chórów, zaklęć, przepowiedni, przemów i błogosławieństw. Zamknięto mu oczy, bo tak podobno łatwiej przetrwać najgorsze. Zniknął materiał ukrywający talerze, a na nich znów, chyba po raz tysięczny, ujrzałem dwa rytualne szpikulce. Dwie matki chwyciły za narzędzia i uniosły je na wysokości szyi mężczyzny. Lśniły w tym dziennym blasku.

W pewnym momencie, na niemy znak tej, która podtrzymywała mu głowę, szpikulce, kierowane rękoma matek, przebiły z obydwu stron szyję bohatera. Otworzył martwe oczy. Kobiety momentalnie wyciągnęły ostrza, a jego zanurzono w świętej wodzie.

Krew wypłynęła do zbiornika, a woda wdarła się do ciała.

Przeznaczenie

- Witaj wędrowcze. Wsłuchaj się w rytm płynącej rzeką wody. Niech wypełni ciało i orzeźwi umysł. Jestem żniwiarką i nie noszę jednego imienia. Przysyłają mnie aniołowie, połączę twą duszę z ich przeznaczeniem. Dopóki nie rozedrzecie węzła, odrodzisz się w jednej z wielu rozsianych na kontynencie Studni Czternastu. Jeśli stracisz wiarę w siebie, w naszych patronów i ostateczne zwycięstwo, wtedy przestaniemy się komunikować. Dziś wybierzesz nowe imię, bo niebawem odrodzisz się jako nowy człowiek. Mnie natomiast zwij po prostu Duszyczką. Przybędę na wezwanie, gdy wypowiesz to jedno z setki moich imion. Pomogę ci na miarę umiejętności ducha. Nie sięgnę po twój miecz i nie zabiję za ciebie groźnego przeciwnika, ale czasem moja pomoc jest przydatna. Dopóki ognik kaganka się nie wypali, przywitam cię pomiędzy światem zmarłych i żywych i poprowadzę do ponownego odrodzenia. A teraz płyń z nurtem rzeki, niech fale poniosą do ujścia, wypłyń w ocean i zanurz się na dno, gdy stracisz dech - odrodzisz się z płaczem niemowlęcia.

- Budzi się. Otwiera oczy. Zostawię was. Im mniej nowych twarzy, tym łatwiej dojdzie do siebie. - Zamglona postać zniknęła z zasięgu otępiałego wzroku. Druga przybliżyła się, lecz jej kontur i rysy rozmazywały się.

- Hej, żyjesz? Jak się czujesz? Lepiej już? - zapytywał znajomy głos. - Myśleliśmy, że cię straciliśmy. Większość pierwszy raz przechodzi gładko, ale nie wszystkim się udaje. Czasem zdarzają się pomyłki. Ludzie rozpuszczali się w studniach odrodzenia, inni rozpadali na kawałki, lub ich ciała pożerał ogień. Płonęli żywcem, po uszy zanurzeni w wodzie. Magowie kombinowali, rzucali rozmaite zaklęcia, lecz nic nie działało. Płomień się wzniecał, a swąd spalenizny rozszedł się po całych podziemiach. Przez dwa tygodnie wietrzono katakumby, by się go pozbyć.

- Feliks, tak?

- Tak to ja. Zostałem dłużej, bo powiadomili mnie o kłopotach. Długo nie oddychałeś, ale ciało funkcjonowało normalnie. Serce pracowało pełną parą.

- Poznaję cię po głosie, ale nic nie widzę. Wszystko jest rozmazane.

- Spokojnie, organy muszą się przyzwyczaić. Dojdziesz do siebie. Poleż sobie tutaj. Jest wygodnie i ciepło. Nowicjuszki się o ciebie zatroszczą. Jak wydobrzejesz, to rozpocznie się trening. Masz kilka dni spokoju. Naciesz się nimi. Nie każdy ma tyle szczęścia.

- Jestem Krętacz. Krętacz Pokutnik.

- No tak. Nowe życie, nowe imię.

- Nowe życie, nowe imię.

- A co stało się z aktorem? - zapytałem bez namysłu.

- Jeszcze nie wiem.

Przez słabość ciała niemal zszedł podczas rytuału. Nie oddychał przez dwa dni. Wszystko inne działało jak należy i to na zdwojonych obrotach. Przyjmował pokarm w postaci papki i wodę. Narada magów niczego nie wywnioskowała. Nikt, nawet nekromanci, nie rozumiał zjawiska. Medycy potwierdzili, że organy są zdrowe, ale szaleją. Zdarzyło się kilka głosów, które uznały, że najlepszym i najbezpieczniejszym wyjściem jest dobicie go. Ja decydowałem, ponieważ ja go przywlokłem do katakumby. Gdybym postąpił nierozważnie, wszystko by przepadło.

Czekałem i przemyśliwałem, czy żyje, czy mamy do czynienia z trupem. Martwiaki, z którymi walczyliśmy, czasem również miały jeden czy kilka sprawnych organów. Nie chcieliśmy, by w szeregi armii wchodzili niepewni, tacy, co okażą się zdrajcami.

W czasie, gdy po przebudzeniu dochodził do formy, odbywaliśmy narady, których skutkiem nie dopuszczono go do wojskowej służby. Część słusznie obawiała się, że okaże się sabotażystą lub zdrajcą. Gdybyśmy dopuszczali wszystkich niepewnych do wojskowego rygoru, nasze armie rozpadłyby się od środka.

Podjęliśmy środki zaradcze i wyznaczyliśmy go do zadań poza strefą starć w roli wolnego strzelca. Tacy przekraczali granice frontu i wykonywali łatwiejsze i trudniejsze zadania. Podróżowali przez zajęte terytoria zupełnie samotnie, torując drogę mieczem lub toporem, podejmowali walkę z herosami piekieł, pozbywali się chodzących trupów z miejsc, do których nie wysyłano wojskowych oddziałów. Zdarzało się, że łączyli się na krótki czas w grupy, by wykonać znacznie trudniejsze zadanie czy rzucić się w kilkoro na piekielną potworę lub wrogiego dowódcę czy generała. Później rozchodzili się i podążali każdy w innym kierunku. To jednostki, które ginęły najczęściej i krótko żyły w zdrowiu.

Skreśliłem go, opierając się na jego wojskowym doświadczeniu, formie, jaką prezentował, gdy go poznałem, i pracy, którą wykonywał w czasie kilkunastoletniego życia na wolności. Nigdy aż tak się nie pomyliłem, oceniając człowieka. Cieszę się, że tak się stało. Gdyby dołączył do czynnych oddziałów, nie dokonałby niemożliwego. Nie wyruszyłby przeciw najstraszniejszym piekielnym poczwarom i nie uwolniłby nas od martwej zarazy.

Krętacz Pokutnik. Później jeszcze kilkukrotnie pytałem go o imię, bo nie zapisał się szybko w mej pamięci, nawet pomimo tak niecodziennego przebiegu inicjacji.

Trening

Zapaliłem kaganek i ruszyłem w trasę. Poszukiwałem kolejnych, którym zniszczę dotychczasowe życie. Zrezygnowałbym, uzbrojony w świadomość, że to zajęcie nie ma najmniejszego sensu, ale potrzebowaliśmy rąk do obrony i ataku. Gdyby nie wędrówki i światło kaganków, świat ludzi zapłonąłby piekielnym ogniem.

Wtedy doszedł do siebie, zajął jedną z podziemnych cel w Twierdzy Czternastu, przeznaczonych dla rekrutów. Codziennie odbywał wyczerpujący trening na jednym z placów ćwiczebnych rozlokowanych nieopodal murów obronnych. Udział w musztrach w okolicy stolicy najczęściej trwał dwa miesiące. Tyle potrzebowali rekruci, by pobudzić nowo narodzone ciało, odbudowaną muskulaturę, kościec, wyczyszczone organy do wytężonego wysiłku fizycznego, a przy tym udoskonalić umiejętności walki różnymi rodzajami broni.

Późniejsze odrodzenia nie wymagały poświęcenia takiej ilości czasu, aby przyzwyczaić organizm czy dostosować umysł do sprawnego kierowania jego zachowaniem. Wielu po paru dniach powracało do czynnej służby, a podczas oblężenia Twierdzy Czternastu każdej nocy chwytali za broń, nie bacząc na trudności, które sprawiały ciała.

Pokutnika czekały cztery miesiące ćwiczeń nad sprawnością i zdolnościami bojowymi. Wielu wolnych strzelców werbowano z wojskowej elity, z ludzi, którzy wielokrotnie stawali do walki, co nie dawali się łatwo ukatrupić. Wytrenowanych, noszących broń od najmłodszych lat. Niekoniecznie wojskowych czy z wojskową rodzinną tradycją, również wywodzących się z biedoty, których sytuacja życiowa zmuszała do przejścia na drogę przestępstwa i zapoznania się ze sztuką walki na dystans i w zwarciu. Oni z marszu wybierali zadania poza obrębem głównych starć, lecz nie wszyscy wchodzący w ich szeregi szczycili się wojennym doświadczeniem.

On w życiu nie trzymał miecza w dłoni, poza drewnianą imitacją, gdy odgrywał na teatralnych scenach komediowe i tragiczne role, nie licząc dziecięcych lat, gdy ganiał z patykiem w dłoni i marzył o zostaniu wielkim herosem, ubijał ziejące ogniem smoki i ratował księżniczki zamknięte w strzelistych wieżach o gładkim murze i tysiącu stopniach.

Nie dano nam wiele czasu, ale i grunt nie palił się pod nogami na tyle, by bez przygotowania rzucać mężów do walk tak trudnych, jak samotne przeciwstawienie się martwiakom na porzuconej ścieżce daleko od wolnego terytorium. Nie wspominając o niezwykle trudnych starciach z ulubieńcami władców podziemnego świata wiecznej grozy.

Był bez szans. Kilkumiesięczne, choć wytężone, ćwiczenia nie zastępowały lat służby i doświadczenia prezentowanego przez prawdziwych wojaków. W czasach pokoju poborowi poświęcali pięć lat wojskowej rutynie. Ćwiczyli schematy walki, taktykę i utrzymywali się w szeregu tak zdolnie, że na całym kontynencie nie znaleziono bardziej umiejętnych i niebezpiecznych mieczników, tarczowników i toporników. Wprawdzie prędzej czy później poczuli smak śmierci, lecz tym niewyuczonym, co trafiali do jednej z dwóch stacjonujących na froncie armii, dawano wycisk na miejscu przed wrzuceniem do pierwszego szeregu. Szczęśliwcy trafiali do trzeciej armii stacjonującej w pobliżu ostatniej twierdzy i szkolili się do woli, dopóki nie przeniesiono ich na front, gdy otrzymano takie rozkazy.

Służba wojskowa go ominęła, mimo że nim trafił do kamieniołomu, osiągnął należyty wiek. Problemem okazał się jego sposób bycia. Nie przystawał na długo w miejscu, przemieszczał się między miastami, pomiędzy metropoliami i wsiami, przekraczał granice królestw tyle razy, że gdyby zajmował się przemytem nielegalnych dóbr, zaraz po wejściu w dorosłość uzbierałby majątek, za który z góry opłaciłby budowę pałacu większego od Twierdzy Czternastu Aniołów i zostałoby mu tyle srebra, by ze spokojem zatrudnić służbę.

Minął miesiąc, a może i nie cały. Kilka razy zajrzałem do wieży, lecz nie interesowałem się rekrutami. Po prostu wracałem z kolejnym przegranym, uzupełniałem zapasy i wyruszałem w drogę.

Dowódcy trenujący nowych dawali z siebie wszystko. Sami wiele razy ponieśli porażkę w starciu z hordą. Padli, pozbierali się, znów padli i tak do czasu, aż nie zaproponowano im mniej krwawego zajęcia. Nie znam nikogo, kto w tamtych czasach odmówiłby propozycji zmiany posady.

Wolnymi strzelcami zajmował się Pobladły i niżsi rangą pomocnicy. On, wspierający go Słaby i pozostali wybrani przez dowodzącego do współpracy, wykazali się na polu walki niezliczoną ilość razy. Jako jedni z najstarszych weteranów pozostających w służbie, nikomu nie pobłażali i wymagali całkowitego podporządkowania. Z największej pokraki w kilkumiesięcznym treningu robili prawdziwego wojownika.

Pobladły i Słaby walczyli za koronę w czasach, kiedy nie przyszli jeszcze na świat ojcowie ich rekrutów. Wzbili się wysoko w wojskowej hierarchii. Ponieważ nie umieli żyć poza wojskiem, zamiast odstawić miecz i zbroję, skorzystali z oferty i zajęli się szkoleniem młodych, którym wycisk ratował skórę podczas samotnej walki z gryzącym przeciwnikiem.

Tego dnia, jeszcze przed rozpoczęciem ćwiczeń, Pobladły otrzymał rozkazy. Jako główny dowodzący tym niby oddziałem przydzielał podopiecznym zadania. Tym razem zabrakło rąk do wykonywania zleceń.

- Posłuchajcie mnie uważnie - rzekł, kiedy nowi zebrali się na placu ćwiczebnym. - Wasz trening nie dobiegł końca. Ruszacie się i bijecie jak ślamazarne, kulawe dziewczynki - szydził - ale w stolicy zabrakło rąk do pracy. Możecie mi zaimponować. W kopalni rud żelaza, na wschodnim grzbiecie Góry Rdzawej - tak, Rdzawej, bo różowi się jak tyłeczek posługaczki z Kminkowego Ziela - w pobliżu pewnej zapyziałej wsi rozpanoszyła się zaraza. Te padalce i pasożyty z piekielnych głębin wymyśliły, że wykorzystają naszą rudę, by bić stal. - Ostentacyjnie splunął. - Nie dopuścimy do tego i powiem wam, dlaczego. Bo żadna gadzina nie będzie się panoszyć w moim burdelu. To ja wybieram, kto będzie pieprzyć moje dziwki, a kto dostanie kopa w tyłek i mordą zaryje w przydrożne błocko. Zwykle wysłałbym jednego, bo nie raportowano niczego, co ma bardziej przeoraną gębę od capiących, podrzędnych martwiaczków. W waszym przypadku - zmienił ton głosu, intonując słowa tak, by słuchacze wiedzieli, że robi im wyjątkową przysługę - bo jesteście sprawni jak dupsko mego dziada, chorującego od trzydziestu lat na hemoroidy i podagrę, zrobię wyjątek. Potrzebuję trzech ochotników - oznajmił na powrót swym zwykłym basowym tonem - by wydupczyli tę zgniliznę z mojej kopalni i dotrwali do czasu pojawienia się oddziału, który tam zmierza. Ochotnicy niech wystąpią z szeregu i szykują się do śmignięcia pierdem między ogniskami.

- Nikt nie skorzystał z radosnego zaproszenia.

- Odwagi macie aż nadmiar i zapału jak ślepy pastuch - przeszedł przed szeregiem w jedną i drugą stronę. - Jeden, dwa i tercet - kolejno wyciągał przed szereg rekrutów. Wybrani mieli pełne gatki strachu, a pozostali odetchnęli głęboko. Krętacz nie potrafił ukryć radości z faktu, że nie został wybrany na przegraną eskapadę i mimowolnie, nieznacznie się uśmiechnął. Pobladły ledwo, kątem oka, zauważył ten minimalny gest.

- A ty będziesz czwarty, bo radośnie swędzą cię nowe zęby - powiedział, wyciągając rękę w stronę Pokutnika. - No i mamy wesołą załogę. Idźcie pierdnąć śmigaczem w te ognisko. Słaby was uzbroi i doprowadzi do celu.

Ognisko

Ogniskami przemieszczali się wyłącznie wolni strzelcy, część magów i wysocy rangą dowódcy. Srebrny pył zbierano w miejscach zakazanych, tajnych i tajemniczych. Magowie bardzo się trudzili, by zapas wystarczył dla wszystkich i aby zbyt mocno go nie uszczuplać. Systematycznie zbierano srebrny pył i dostarczano do miejsc, gdzie go potrzebowano. Na nasze szczęście zbiór był całoroczny. Nie znano sposobu na zwiększenie plonu, nie dało się sztucznie hodować białego proszku czy rozsiewać nasion na większych połaciach ziemi.

Nigdy nie brałem udziału w zbiorach srebrnego pyłu, bo do nich dopuszczano starszyznę magów kilku znaczących żywiołów. Nie wiem, czy srebrny pył jest kosmicznym opadem, mieszaniną, czy zbiera się go o poranku jak rosę z liści czy letnich traw, lub wytwarza z nieznanego nikomu innemu gatunku roślin, niechętnie przystosowujących się do warunków glebowych czy zmiennej temperatury, przez co z trudem poddających się zabiegom jej rozmnożenia na nieco innych terenach. Czy zbiera się go w postaci kory, owoców, nasion lub liści i kwiecia, lub wykopuje z ziemi jak pospolite kartofle. Choćby łamano mnie kołem, nie wyjawiłbym kierunku, w który się udać, by zebrać nawet najbardziej mizerny plon, i nawet gdybym posiadł minimalną wiedzę w tym zakresie, i tak, pod groźbą utraty życia, nie miałbym prawa się nią z wami podzielić.

Wolni strzelcy otrzymywali woreczek z taką ilością pyłu, by wystarczyła im na jeden czy dwa powroty. Nieliczni, zasłużeni i sprawdzeni dostawali większy przydział. Zdarzali się tacy, którzy wykorzystywali pył jak narkotyk. Nie zbadano dokładnie jego działania na ludzki organizm. Każdy reagował inaczej, a w najgorszym razie spożycie nawet minimalnej ilości kończyło się zgonem.

W skrajnych przypadkach, w gronie wolnych strzelców znaleźli się tacy, co pochłaniali srebrny pył, a po wykonanym zleceniu lub odniesionej porażce, niekończącej się śmiercią ani uszczerbkiem na zdrowiu, podcinali sobie żyły i wykrwawiali się na śmierć, by powrócić do stołecznych katakumb. Pozbawiali się sposobności na bezbolesny powrót i zmuszali do samobójczej śmierci, by nie uznano ich za zdrajców czy dezerterów, bo pieszy powrót na tych odległościach trwałby miesiącami, a przedarcie się przez strefy walk równało się niemożliwemu.

Czwórka ochotników otrzymała zbroje, tarcze i oręż, trójka wyruszyła z mieczami, a Krętacz z toporem. Odbyli podobny czas treningu na przystołecznym placu ćwiczebnym, ale realnie to Pokutnik był największym żółtodziobem. Jego zdolności bojowe polegały na przyswojeniu informacji, że przeciwników bije się po łbach ostrą częścią broni.

Poprzez odrodzenie, nabrał witalności, a dobre żywienie, które już nie groziło mu śmiercią, pomogło odbudować nadwątlone siły. Nie na tyle, by przybrał postawę poważnie wyglądającego chłopa. Sprawiał wrażenie nieco mniej kościstego, ale nie równał się do pozostałych członków małej drużyny. W zbrojowni otrzymał lekki kaftan, gdy innych wyposażono w cięższe, lecz wyraźnie wytrzymalsze żelazo. Gdyby dostał ciężką zbroję, nie ruszyłby z miejsca, dniem i nocą śpiąc na stojąco pilnowałby zbrojowni i zdechłby w zbroi z głodu, gdyby jakiś mędrzec nie wymyśliłby, by go rozebrać, napoić i nakarmić, a dopiero potem wysłać na pewną śmierć - najlepiej na golasa, bez zbędnego obciążania przeżartych granitem kości. Nie wiadomo, czy wtedy nie uniósłby się nad ziemię przy mocniejszej zawiei.

Krętacz, Zołza, Klecha i Stary Baran - taka czwórka szykowała się do wykonania pierwszego zlecenia przed ukończeniem podstawowego treningu. Rzadko tak się zdarzało, ale tak priorytetowe zadanie nagliło, zaś miasto opustoszało z doświadczonych i sprawdzonych w walce wolnych strzelców, dlatego Pobladły posiłkował się tym, co nawinęło się pod rękę.

Ta malutka grupka zdążyła dobrze się poznać podczas tygodni treningu. Spędzali ze sobą niemal całe dnie na placu ćwiczebnym, wielokrotnie rozmawiali podczas wesołych posiłków i na korytarzach twierdzy, i w innych krótkich chwilach darowanego im wypoczynku.

Zołza i Stary Baran znaleźli wspólny język i utrzymywali przyjazne stosunki. Pierwszego charakteryzował niski wzrost, drugi górował nad większością z nowych rekrutów. Docinali sobie nawzajem, kiedy nadarzyła się okazja. Na palcach jednej ręki wyliczylibyście momenty utrzymania przez nich powagi od przejścia inicjacji. Klecha to typ nauczyciela, mentora dusz, ale nie narzucającego się z własną filozofią, dopóki ktoś nie wyrażał chęci poznania jej. Sprawnie dodawał ludziom otuchy, lecz nie milczał, gdy wkoło działo się źle. Krętacz za to namiętnie nie wychylał się, odgrywał rolę, której wyuczył się w kamieniołomie. Zaciskał zęby i powstrzymywał łzy podczas wysiłku ponad siły, gdy nikt nie patrzył, oszczędzał je, by wytrzymać do końca dnia i nie paść w międzyczasie.

Odrodzenie nie robiło z nikogo wyrośniętego siłacza. Naprawiało organizm, lecz go nie kształtowało od nowa. Święta woda płynąca we krwi robiła wszystko, co w jej mocy, resztą człowiek zajmował się sam, albo zapracował i zasłużył, albo marniał i czezł.

Uzbrojeni, otrzymali mapę okolicy, do której się wybierali, zapas suchego prowiantu, bukłaki z wodą, manierki z czymś, co rozgrzeje i umili wypoczynek, miniaturowe woreczki ze srebrnym pyłem, kilka dodatkowych, mniejszych ostrzy, w przypadku, gdyby broń wyślizgnęła się z dłoni, i kopa w tyłek od Słabego, by szybciej zebrali się przy ognisku, by nie stracił na niedorajdy całego dnia. Wszyscy nieśli przypięty do pasa kaganek, z którym od odrodzenia nigdy się nie rozstawali.

- Natchniesz nas, Klecho, budującym kazaniem - pytał Zołza przed podróżą, kiedy stanęli wokół ogniska.

- Tak, ale jeszcze nie teraz. Nadejdzie moment natchnienia.

- Natchnie cię smród gatek Zołzy, kiedy się obesra, patrząc na pierwszego martwiaka w swoim życiu - dołączył się do rozmowy Baran.

- To także może być cucące - Klecha uśmiechnął się w reakcji na wypowiedź towarzysza.

- Nie wiem, czy przy stuletniej padlinie czułbyś aromat świeżej, soczystej, luźnej kupki - odparował Zołza, szczerze się przy tym zaśmiewając - ale w razie czego idź z wiatrem, a nie pod wiatr.

- Chętnie, tylko gdybyś w tych pantofelkach nie łaził zygzakiem - Stary Baran wskazał na okute żelazem stopy druha, niewielkie jak na dorosłego mężczyznę.

- Nie łażę zygzakiem, tylko jak orzeł zataczam koła nad niedoszłą ofiarą.

- Orzeł mu się marzy. Chyba kogucik i to oskubany na tłuściutki rosołek.

- Skończyliście - wtrącił się Słaby, podchodząc do ogniska. Był to rozkaz i stwierdzenie pewnego faktu, a nie pytanie. - Jesteście gotowi, to nie wiem, czemu tu trujecie powietrze. Migusiem pył do ogniska. Żniwiarka was poprowadzi. Jeden za drugim, po kolei. Pokutnik na końcu, by go coś od razu nie capnęło przez tę szmatę. Przyda się później jako przynęta. No i czemu was tu jeszcze widzę - kolejny rozkaz.

Martwiaki

Zniknęli. Zmieniali się w dym, błyskawicznie wsysany przez płomienie, i niemal w tej samej chwili pojawiali się przy ognisku położonym daleko na zachód od sławetnej twierdzy.

Krętacz wrzucił szczyptę pyłu w ogień. Na chwilę, trwającą tak długo jak mrugnięcie oka, ponownie zobaczył twarz Duszyczki, a zaraz potem zmaterializował się na miejscu. Pozostała trójka stała wokół ognia z wyciągniętymi mieczami, gotowa, by stawić czoło nieznanemu.

Nie zauważyli zagrożenia. Wiatr od czasu do czasu podnosił z wydeptanej ścieżki pomarańczowy pył, drzewa i pozostała roślinność powoli obumierały z powodu bliskości istot rodem z piekła, i obolałe, okaleczone, ociężałe żalem zbliżającego się rozkładu, trwały w bezruchu bezsilnie, lecz jakby z nadzieją lekko nachylając się w stronę życia, które pojawiło się w okolicy tak niespodziewanie. A może chyliły się do gruntu, by spocząć i zmienić w proch.

Poza marniejącą przyrodą nic nie wskazywało na bliskość przeciwnika, ale bacznie i w skupieniu rozglądali się we wszystkich kierunkach, by się upewnić, że nic ich nie zaskoczy.

Rozluźnili się, lecz nie schowali oręża, rozeszli odrobinę szerzej i ruszyli ścieżynką. Dwójka z przodu i dwójka z tyłu. Z raportu przedstawionego im przez Słabego nie czekał na nich żywy duch. Wieś stojąca w pobliżu kopalni opustoszała, chłopi i górnicy pouciekali, zabierając rodziny i dobytek, a starych i schorowanych, którzy opóźniliby tempo ucieczki, porzucono na pastwę zła. Z pewnością po swojemu się nimi zajęło. Wojownicy radzili sobie bez przewodnika, znającego wieś, kopalnię i ich otoczenie. Dokładnie tak jak najczęściej robili wolni strzelcy.

W podróż wybrali się przed południem. Rzucając spojrzenie na zamgloną tarczę słońca, ocenili, że wznosi się nad horyzontem niżej niż w rejonie twierdzy. Pozostał im cały dzień na odnalezienie wioski, zakwaterowanie się w bezpiecznym miejscu i oczyszczenie do niego drogi oraz wypoczęcie, by o zmierzchu ruszyć dalej.

Podczas tych wypadów wolni strzelcy pozostawali aktywni nocą. Dniami, kiedy martwiaki rzadko się pojawiały na wolnej przestrzeni, odpoczywano. To najbezpieczniejszy czas na leczenie ran, wypoczynek, sen, odbycie posiłku i załatwianie potrzeb organizmu. Nocne postoje niosły zagrożenie ze strony przemieszczających się truposzy, wędrówek oddziałów, podwyższonej aktywności herosów wroga. Śpiących wojowników, mimo czujności żniwiarek i opieki aniołów, łatwo zaskakiwano i to nieopancerzonych, nie w pełni uzbrojonych i wyposażonych, czyli całkowicie nieprzygotowanych do starcia. Zdecydowanie odradzano nocny wypoczynek bez dachu nad głową i solidnie zabezpieczonych drzwi, bo to kończyło się fatalnie.

Nie wszystkie martwiaki chowały się przed światłem. Niektóre wędrowały czy dreptały tam i z powrotem, inne po prostu zastygały w miejscu, ale gdyby bliżej podejść, rzuciłyby się do gardła, zwęszając płynącą tętnicą krew. Za dnia piekło słabło i słabły czarcie sługi. I to powodowało zwiększenie bezpieczeństwa o tej porze. Zabarykadowanemu w chacie czy piwniczce wojownikowi, w dzień, nawet na zajętym i nieprzyjaznym terytorium, niewiele groziło. Piekielne sługusy wtedy nie zbierały się w grupy i nie wytężały przegniłych mięśni, by rozbić barykadę. Nawet gdy zwęszyły człowieka i nękały aż do poranka, to przed zapadnięciem zmierzchu swobodnie by się oddalił, ubijając po drodze jednego czy dwóch zgnitków zagradzających drogę, bez konieczności stawiania czoła całej zgrai.

Najzwyklejsze trupy przechadzały się pokracznym krokiem, w wolnym tempie. Kiedy zbliżały się do żywego na odległość wyciągniętej ręki, a zdarzało się, że i miecza, gwałtownie przyspieszały, i to stanowiło największe zagrożenie. Ponadto wtapiały się w tło, kiedy panował cień, i zaskakiwały przechodnia, atakując z boku czy z tyłu z bliskiej odległości. Duże zagrożenie sprawiały również te, które zbierały się w grupki, kiedy torowały jedyną drogę do celu i zmuszały do jednoczesnej walki z kilkoma naraz.

Najważniejsze, że nie grzeszyły rozumem, kierowane iście zwierzęcą pokusą pożarcia ciała i napojenia się krwią żywego, w przeciwieństwie do drapieżników nie umiały zaplanować ataku, przez co wojownik prostym zwodem unikał ostrych pazurów i upiłowanych zębów i jednym czy drugim cięciem ubijał poczwarę. Takie panowało ogólne przeświadczenie na temat najliczniejszej i najbardziej pospolitej piekielnej gadziny, najczęściej uprzykrzającej życie wolnym strzelcom podczas wędrówek po zasypanej pyłem ziemi.

Wyszli na sztucznie stworzoną łączkę. Tam rzadko porastające drzewa wykarczowano, aby stworzyć miejsce dla rozwijającej się społeczności. Wieś prosperowała przed rozpoczęciem czarciej wojny, a w jej trakcie przybywało ludków, zwiększając wydobycie surowca, rudy niezbędnej do kucia żelaza i stali. Do niedawna dostawy z kopalni normowały się, a urobek systematycznie trafiał do pobliskich kuźni i królewskiej odlewni, gdzie przede wszystkim tworzono pancerze, broń, narzędzia i wyposażenie niezbędne do odparcia zapędów wroga.

Zbliżało się południe. Pobladła tarcza słońca przebijająca światłem brązowe i pomarańczowe chmury, utworzone z pyłu wznoszącego się wysoko nad zajętymi krainami, górowała nad nieboskłonem. Blasku wystarczyło, by przemieszczać się swobodnie, bez konieczności wspomagania się płomieniem kaganka i pochodni. Wzrok wolnych strzelców, czasem tygodniami wędrujących po podobnych ścieżkach i bezdrożach, szybko przyzwyczajał się do wyblakłych dni i nocy pozbawionych słabego światła gwiazd i księżyca. Zdecydowanie dalej, na północnym zachodzie, światło nie docierało na powierzchnię ziemi. Im wojak bardziej zagłębiał się w tamte rejony, tym dni stawały się krótsze, a wydłużająca się noc dodawała złym ochoty do walki.

Zbrojna grupka nie napotkała po drodze ani jednego przeciwnika. Albo część z nich zeszła ze ścieżki i przemieszczała się między drzewami, albo martwiaki pokryły się przed światłem w norach, jaskiniach, pobliskiej kopalni czy gdziekolwiek pod dachem i pod ziemią.

Za to we wsi od razu zauważyli dwa kręcące się między zabudowaniami parszywce. Stali wtedy na skraju owej łączki, którą przecinała ścieżyna, ciągnąca się dalej przez środek mieściny wprost do schodków największego, drewnianego budynku, małej, wiejskiej świątyni Pierwszego Radosława.

Zdecydowali, że zaatakują jednocześnie i dwójkami: Zołza z Baranem i Krętacz z Klechą. Martwiaki tuptały leniwie, wędrując w wystarczająco dalekiej odległości od siebie, by przypadkiem nie zaatakować parą jednego z wojowników. Nie wiedzieli, co kryje się między domkami i w ich wnętrzu, lecz mimo to ruszyli.

Pokutnik z druhem przemieszczał się prawą stroną. Krętacz obchodził dwa najbliższe domki z zamiarem przywalenia śmierdzielowi prosto w kark. Klecha ruszył bliżej ścieżki i chciał na sobie skupić uwagę zdechlaka. Podobnie uczynili ich towarzysze - jeden z tyłu, drugi przodem, lecz lewą stroną wioski.

Poszło jak z płatka. Krętacz szybkim krokiem przybliżył się do stwora i zamachnął toporem najsilniej, jak potrafił. Wprawdzie potwora zwróciła gębę w jego stronę, lecz zbyt późno, by reagować, i oberwała w szyję, a topór zagłębił się tak, że przeciął przy okazji kilka żeber z prawej strony zgnitego ciała. Baran równie szybko zakończył zadanie.

Przeszli skrajem wsi, doglądając, czy nic nie kryje się w cieniach budynków. Nie wchodzili do domów, więc nie mieli pewności, czy we wsi nie ma więcej padalców. Skierowali się do świątyni, lecz weszli po jej stopniach i przez główne drzwi z bronią w ręku.

W świątyni panował zaduch i nieprzyjemny zapach rozkładu. Figurę anioła, ikony, ołtarz zniszczono, połamano, rozbito. Wodę świętej rzeki w dwóch wewnętrznych sadzawkach zatruto. Podziurawione gdzieniegdzie ściany i okna oraz filary podtrzymujące strop powoli zajmował żółtawy i czerwonawy osad. Podkolanniki wykorzystywane podczas modłów walały się po całej powierzchni podłogi. Nie została tam żadna nienaruszona świętość. Gdy weszli nieco w głąb świątyni, z hukiem zatrzasnęły się za nimi wysokie odrzwia. W przestrachu zwrócili spojrzenia za siebie i ze zgrozą i żalem ujrzeli, że do prawego skrzydła drzwi długimi i grubymi gwoździami przybito człowieka, kapłana, ubranego w brudny i poszarpany fioletowo-biały, pokutny strój anielskiego sługi, już wysuszonego z niknącą tkanką, spod której powoli wyglądały białawe kości. Gnił od dłuższego czasu.

Budynek zbezczeszczono. Zajęły się tym czarcie pomioty. Oznaczało to, że nie gwarantował bezpieczeństwa dniem i nocą, tak jak święte miejsca nienaruszone złem i ciemnością.

Do splugawienia świętej ziemi potrzeba czasu, wysiłku i wsparcia potężniejszego osobnika niż pospolity martwiak. Pobladły i podwładni mu oficerowie podejrzewali, co zaszło w tamtych rejonach, lecz nie podzielili się spostrzeżeniami z wysłaną na zgubę drużyną.

Nie przerwano linii frontu, więc bękarty oponenta nie przebyły drogi do kopalni powierzchnią, dostały się tam od strony wnętrza ziemi. Albo w ukryciu podbierały podziemne złoża i przypadkiem przebiły się do wyrobiska, lub wdarły się do kopalni od razu, by bezczelnie przejąć wszystkie pracujące przodki, nie dzieląc się rudą ze sługami Czternastu Aniołów i jak najdotkliwiej uszczuplić dostawy cennego surowca do broniącej ludzkości twierdzy. Bez względu na okoliczności Pobladły spodziewał się, że w podziemiach czyha coś więcej.

Świątynia była spora, a obrona w niej stanowiła utrudnienie. Nie liczyli na ochronę ze strony świętości, jakie tam kiedyś zaistniały. Co gorsza, przeciwnik mógł zaatakować z kilku stron jednocześnie. Patrząc na to nieco inaczej, istniało tam kilka różnych dróg ewakuacji. Po chwili przemyśleń zdecydowali się na odpoczynek w przybudówce będącej celą martwego kapłana, do której prowadziło wyłącznie jedno wejście i to z wnętrza świątyni. Uznali, że poszukiwanie lepszego lokum zajmie dużo czasu, ponadto przy okazji mogliby natknąć się na truposzy, czego pragnęli uniknąć. Ciężkie i wysokie drzwi dało się szybko zabezpieczyć, a nie spodziewali się, że przez okna, usytuowane nawet ponad głową Starego Barana, wdrapią się martwiaki.

Wierzyli, że cokolwiek gorszego na nich czyha, nie rzuci się na świątynię, póki nie nastanie noc, czyli wtedy, gdy będą opancerzeni, uzbrojeni i gotowi do dalszego marszu.

Pokutnik, którego ruchów nie ograniczała ciężka zbroja, otrzymał zadanie zdjęcia kapłana z wysokich świątynnych drzwi. Dopiero potem zabezpieczyli tę drogę wyjścia i wejścia i udali się na wypoczynek. Ciało kapłana tymczasowo spoczęło na świątynnym parkiecie, oparte plecami o drzwi, do których wcześniej je przybito. Nie mieli czasu na pochówek, ponadto w wiosce znaleźliby tuzin martwych, porzuconych i zbezczeszczonych ciał, czekających na godne wysłanie w zaświaty. Zanim nastała noc i ruszyli dalej, ułożyli ciało w przynależnej mu celi na łóżku, w którym sypiał za życia. Tyle mogli zrobić dla jednej duszyczki, by pośmiertnie ulżyć w cierpieniu.

Podzielili się dwójkami, bo tak przyjemniej jest spędzić czas i z powodu rozmiarów celi, w której więcej leżących, dorosłych mężczyzn by się nie zmieściło. Krętacz i Klecha ułożyli się na siennikach. Pokutnik w pełnym, otrzymanym ze zbrojowni opancerzeniu, które nigdzie nie uwierało w pozycji leżącej, a Klecha niemal naguśki, jak noworodek z różową pupcią.

Klecha chrapał, Krętacz wtórował. Przed snem zamoczyli usta, ciesząc podniebienie mocniejszym trunkiem z otrzymanych od Słabego manierek, wymienili kilka zdań - krótkiej i treściwej, koleżeńskiej rozmowy - i legli na posłaniach, szybko poddając się zmęczeniu. Nie nadwyrężyli zbytnio zapasu gryzącej w gardło cieczy, lecz nacieszyli smakiem i na drobną chwilę odepchnęli kłąb złych myśli, których nazbierało się w ciągu dnia.

Zołza siedział przy głównym wejściu, dotrzymując towarzystwa ciału kapłana, a Stary Baran wpatrywał się to w jedno, to w drugie i w trzecie wejście, a żadne nie chciało skruszeć pod jego badawczym spojrzeniem. Wartownicy podrzucali co chwilę żart - raz jeden, raz drugi - lecz nie ośmielili się głośno i donośnie rechotać z kawałów, nie wiadomo czy dlatego, by nie dosłyszało ich zło, czy w pokorze przed zmarłym pasterzem dusz, któremu niektóre z bardziej głupich, chamskich, soczystych lub sprośnych żartów mogły nie przypaść do gustu.

- Wiesz dlaczego martwa dupa turla się po lodzie? - pytał kompana Stary Baran.

- Dlaczego?

- By jej nie piekło.

- Głupi jesteś - odparł na tę puentę Zołza, uśmiechając się od ucha do ucha.

Paskuda

Wesoła gromadka przetrwała dzień z dala od bezpiecznych murów twierdzy. Nie zakłócono im błogich chwil zarzucania się kawałami ani dobroczynnego snu. Zadowoleni, wypoczęci, najedzeni i opancerzeni, po przestudiowaniu mapy opuścili schronienie.

W drogę wyruszyli kilka godzin po zmierzchu. Po zmroku zachowali bezpieczeństwo do minimum, ograniczając rozmowy i przemieszczanie się po parkiecie budynku. Szczęśliwie nic nie dobijało się do drzwi świątyni, a oni przygotowali wyposażenie i umysły, by rzucić wyzwanie nocy.

Wyszli frontowym wyjściem z budynku. Ścieżka przecinająca wieś na przestrzał rozciągała się najszerzej, dlatego postanowili ruszyć środkiem mieściny. Obawiali się okrążyć budynki i wejść między drzewa, a w bocznych uliczkach dali by się zaskoczyć. Ponadto główna ścieżka wyznaczała drogę do kopalni, więc czemu utrudniać podróż, zamiast ruszyć najpewniejszą trasą.

Kaganki spisywały się, rozpraszały otaczającą ciemność, a wędrujący czwórką zapewnili solidny blask, rzucany na boczne ścieżki i zabudowania wyrastające po obydwu stronach dróżki.

Nie rozproszyli się. Maszerowali bark w bark, Krętacz i Klecha o dwa kroki wyprzedzając pozostałą dwójkę. Zdarzało się, że za rozwartymi na oścież okiennicami dojrzeli martwiaczka lub pokazał parszywą mordę w jednej z bocznych uliczek. Stwory nie ruszyły się, by zaatakować, a oni, śledząc je wzrokiem, po prostu przeszli obok, unikając starcia. Środkiem wędrowało zaledwie trzech i to pojedynczo, w dużych odstępach. Pozbyli się ich bez trudności.

Przez wieś przeszli we względnym spokoju i dalej podróżowali ścieżką w stronę kopalni rudy żelaza.

Jedyne wejście do kopalni usytuowano na zboczu góry, prowadziła do niego często uczęszczana ścieżyna. Z początku po jej bokach wyrastały z wolna umierające owocowe krzewy i rzadziej porastające wysokie drzewa. Po przejściu tego etapu po lewej stronie zaczęła kształtować się stromizna, dzięki czemu zwrócili większość uwagi, bacznie lustrując przód i prawą stronę, oczywiście zabezpieczając tyły pochodu. Blask kaganków nie sięgał do szczytu ukształtowanego urwiska i zgodnie stwierdzili, że nic nie przetrwa upadku z tej wysokości. Lewą stroną dłużej się nie przejmowali.

W czasie pochodu, między wsią a większą częścią drogi do kopalni, nic złego im nie zagroziło. Ścieżka całkowicie opustoszała, a światło kaganków nie napotkało przeciwnika ani po lewicy, ani po prawicy drożyny. Zołza i Baran zgodzili się, że noc była nazbyt spokojna, co nie wróżyło niczego dobrego. Czwórka zastanawiała się, ile pokrak czeka w podziemiach.

Wędrowali depcząc pomarańczowo-rdzawy pył. Nie przemieszczali się szybko. Szli spokojnie, ale uważnie. Nie przystawali, by sprawdzić szlak na mapie, bo ścieżka nie rozwidlała się i prowadziła zboczem góry wprost do celu. Z wyciągniętymi mieczami i toporem, tarczami przygotowanymi do odparcia ataku wroga i wolnymi od strachu myślami, prawie pewni, że dadzą radę, szpilą światła wbijali się w noc.

Do tej pory pierwsze zadanie szło gładko. Ubili parę martwiaków, które im nie zagroziły, spokojnie wypoczęli na nieprzyjaznej ziemi, a noc zdawała się ich obdarowywać łaską pustego, wolnego od nieprzyjemności przejścia. Gdyby dodatkowo zrzuciła z nieba dzban słodkiego wina, to dopełniłaby się sielskość wyprawy i z uśmiechem na ustach zasiedliby wokół ogniska, opowiadając historyjki o strachach i stworach z innego świata.

Baran padł. Walnął głową o ścieżynę. Żelazny hełm zamortyzował uderzenie, po czym spadł z głowy i przeturlał się po ziemi. Miecz wypadł z dłoni w tym samym momencie i ze stukotem poodbijał się od podłoża aż do miejsca, w którym stał Pokutnik.

Potwór prawą łapą przygniatał Starego Barana, a ten, łapiąc oddech, wciągał do ust piekielny pył, przez co zipał, charczał i pluł, byle utrzymać świadomość. Zajadał świństwa, lecz nic gorszego mu się nie stało.

Zaskoczony Zołza, który maszerował po lewicy przygniecionego kompana, odskoczył, a chwilę później z okrzykiem na ustach zaatakował stworzenie.

- Toż ci paskuda! - Klecha w momencie usłyszenia rozgardiaszu i krzyku druha odwrócił się i skierował broń wprost na pysk plugastwa.

Krętacz Pokutnik podobnie zareagował i ujrzał stwora wysokiego jak dorodny chłop, podobnego do wilka, lecz wyraźnie większego, z czarnymi ślepiami, w których niby iskierki igrało światło kaganków, białymi, wielkimi jak najdłuższy palec rosłego mężczyzny kłami i nastroszonymi uszami. Paskuda, jak nazwał ją Klecha, miała krótką, czarną i gładką sierść, o ile sierść tam była, bo zarówno po pysku, jak i ciele wędrowało w te i we wte, wcinając zgniłe mięso, czarne robactwo, jakiego dotąd nie znali.

Paskuda zeskoczyła z urwiska, z lewej strony, której przestali pilnować i z wysokości, do której nie docierało światło kaganków. Dali się zaskoczyć, lecz nie spodziewali się i nie mogli uniknąć cichego ataku spoza granicy światła.

Zołza ciął paskudę z góry, ale nie zakończył zamachu, bo zwiewał przed przeoraniem żelaznej zbroi pazurami lewej łapy. Potwora kontratakując, oparła ciężar na drugiej przedniej łapie, co spowodowało, że Baran na dłuższą chwilę stracił dech.

Krętacz szedł z prawej, Klecha niemal na wprost, a Zołza zdecydował się zajść przeciwnika od tyłu. Paskuda pokazywała lśniące zębiska i wyrywała się lekko wprzód, obracała w stronę jednego, drugiego czy trzeciego przeciwnika, który zbytnio się zbliżył, lecz utrzymywała ucisk na ciało Barana, nie puszczając wolno przygniecionej do ziemi zdobyczy.

Baran był bezużyteczny. Lewą rękę przygniótł własnym ciałem, prawa leżała na ścieżce bezwładnie. Sapał, pluł i rzygał pyłem i prochem, by pozbyć się ich z gęby. Oddany na pastwę stwora, wyczekiwał śmierci, lecz z nadzieją na ratunek ze strony drużyny.

Paskuda prawie się nim zajęła, próbując opuścić pysk i przegryźć tętnicę szyjną, ale kompani na to nie pozwolili, utrzymując jej uwagę i zacieśniając krąg, podskakując do niej w próbie zranienia i robiąc uniki, gdy próbowała ich dosięgnąć. Dotychczas smagała powietrze.

- Nie ustąpisz kroku, gdy spadnie grzeszna nawałnica. Nie będziesz obawiał się zgryzoty, gdy zło wyciąga ręce po błogosławionych - Klecha dostał oczekiwanej inspiracji. - Nie zdzierżysz, gdy posoka niewinnych przeleje się przez mur twierdzy. Nie zapłaczesz, gdy strugą deszczu mrok spadnie na ciebie i mieczem i toporem utorujesz drogę do odkupienia. - Topór Krętacza i miecz Zołzy zaatakowały jednocześnie - Nie braknie ci tchu, gdy siec będziesz w pysk martwą poczwarę.

Krętacz odskoczył, ale Zołza dziabnął potwora w tylną łapę. Paskuda zaskowytała i w tym momencie zwróciła cielsko w stronę Zołzy. Klecha to wykorzystał i zbliżył się do niej. - Nie przerwiesz ciszy nad grobem wiernego, który zginął w dobrej sprawie. - Zołza nie zdążył. Pazury uderzyły w żelazo na wysokości piersi wojownika. Zderzenie odrzuciło mężczyznę od Paskudy, a ta nie ruszyła, by dobić ofiarę. - I zaśmiejesz się, gdy parszywcowi łeb ukrócisz i padliną krukom na żer zostanie. - Klecha niemal wpadł na stworzenie z piekła. Stanął tak blisko, że po rękojeść wbił miecz w brzuszysko zżerane przez robaki. Potwór powtórnie i po raz ostatni zaskowytał donośnie. Wtedy Pokutnik uderzył toporem z drugiej strony, wbijając oręż w cielsko. Stwór się nie obrócił, a paszczą nie sięgał oponentów. - I poniesie cię rym świętej pieśni, gdy grom z nieba zniszczy czarcią potęgę. - Mężczyzna przeciągnął miecz i rozpruł brzuch mrocznego sługusa. Paskuda padła na Barana, zalewając go brunatną krwią i tysiącami robaków.

Krętacz i Klecha wyciągnęli broń z ciała padłego stworzenia i szybko zrzucili je z kompana, któremu brakło wigoru, by się ruszyć i wstać o własnych siłach. Podnieśli Barana. Pokutnik zarzucił jego rękę na bark, a Klecha podbiegł do leżącego odrobinę dalej Zołzy.