Rozdział I
Anioły i demony
- Ciągle drugi - mogę powtórzyć za Adasiem Miauczyńskim.
Przerżnąłem w życiu sześć finałów - w mistrzostwach świata, również w mistrzostwach Rosji, Białorusi i trzy razy Polski. Ten siódmy w Tańcu z gwiazdami. A mówią, że siódemka to szczęśliwa liczba. Widocznie jestem
skazany na drugie miejsce. Ja - srebrny chłopiec polskiego sportu.
Kiedy myślę o siatkówce, dopada mnie refleksja, że wiele mi dała, ale
jeszcze więcej zabrała. Zabrała przez moją żądzę wrażeń i brak instynktu
samozachowawczego. Pezet śpiewa: To, co mnie stworzyło, kiedyś mnie
wykończy. Znakomicie można to odnieść do moich przeżyć. Siatkówka mnie
stworzyła, ale dobrobyt i możliwości zapewniane przez nią niszczyły mnie
jako człowieka, mężczyznę, ojca, męża i siatkarza.
Nigdy nie było to moim zamiarem, ale udało mi się pogodzić życie
sportowca i rockandrollowca. Jeżeli ktoś wam powie, że to niemożliwe,
możecie śmiało mu odpowiedzieć: "Stary, spójrz na "Kadzia", tam muzyka
grała cały czas, a mimo to zobaczył siatkarski szczyt". Przez moment,
ale zobaczyłem.
Niektórzy potrafią zachować chłodną głowę - chwilę się emocjonują, a rano wstają, biorą aspirynę na wyciszenie kaca i znowu są spokojni. A mnie jakby ktoś wsadził na karuzelę, wyszedł na przerwę i zapomniał
wyłączyć urządzenie. Karuzela się kręciła, kręciła, kręciła... A ja wraz z nią. Siedziałem na wirującej łańcuchowej, która nie chciała się
zatrzymać.
Ryszard Bosek, mój trener z reprezentacji, zdiagnozował, że największym
wrogiem Łukasza Kadziewicza jest... on sam. Coś w tym jest. W moich 206
centymetrach ktoś zamknął dwóch facetów - przeciwstawnych sobie, którzy
się uzupełniają lub wzajemnie zwalczają. Nierozłączni. Pierwszy to
ambitny sportowiec, wściekający się, gdy czegoś nie potrafi zrobić.
Drugi to zawadiacki rozrabiaka. Kiedy w szkole dostawałem pałę z matematyki, nie purpurowiałem ze wstydu, bo wiedziałem, że nigdy nie
pokocham tego przedmiotu, podobnie jak fizyki czy chemii. Nie czułem
dyskomfortu z tego powodu, że nie osiągnąłem pozycji prymusa, ona była
przeznaczona dla kogoś innego. Na boisku już taki potulny nie byłem, bo
w tym, co kocham, nie lubię być gorszy, a porażki mają nikłe szanse na
to, by się ze mną zaprzyjaźnić. Ma to swoje dobre i złe strony. Każda
drużyna potrzebuje skrajności - mądrego i głupiego, silnego i słabego,
spokojnego i wybuchowego. To we mnie mieli 2 w 1. Widocznie taka już
moja natura. I może nie byłoby tak źle, ale w życiu rachunek trzeba
najczęściej płacić za te mniej przyjemne sprawki.
Dlatego najgorzej było, gdy władzę przejmował ten drugi koleś z mojego
wnętrza. Hulaka, pragnący wszystkiego dotknąć i spróbować. Moje drugie
oblicze okazywało się moim przekleństwem, stale musiałem walczyć z genem
samozniszczenia. Kocham wyzwania rzucane przez życie, ale przez to, że
nas jest dwóch, biorę na klatę rywalizację w dążeniu do dobrych celów i tych trochę gorszych. Na boisku zawsze chciałem się wyróżniać, dążyłem
do tego, spinałem się i starałem. Podobnie, gdy ktoś narozrabiał, to
musiałem bardziej. Zagrałem najlepiej? To był świetny mecz, to teraz
dopiero będzie zabawa... Przerysowywałem swoje życie poza boiskiem. Gdy
skrywało przede mną tajemnice, to wybujała fantazja protestowała i sprowadzała na mnie gromy, wpędzając w ramiona kłopotów. Życie prowokuje
młodych, a szczególnie kogoś takiego jak niespokojny chłopak z Dobrego
Miasta. Wielokrotnie słyszałem rady, żebym się wyciszył, uspokoił,
koledzy różnie reagowali na moją impulsywność. Wszystkim odpowiadałem
cytatem z filmu Transsiberian: "Nie zabijajcie moich demonów, bo
anioły też umrą".
Te demony miały najwięcej do powiedzenia po moim powrocie z mistrzostw
świata w Japonii. Poprzekręcało mi się w głowie i kompletnie oderwałem
się od rzeczywistości. Nazywam się Łukasz Kadziewicz, mam srebrny medal
i mogę sobie wybrać dowolny klub w Europie. To oni czekali na moją
decyzję, a nie ja na ich. Wszystko wydawało się takie łatwe. Ta pewność
mnie zgubiła.
Poczułem się polskim topowym siatkarzem. Przecież wróciłem do kraju jako
zawodnik drugiej drużyny świata, w klubie szło mi przyzwoicie, więc
chciałoby się powiedzieć - chwilo trwaj! To byłoby jednak za piękne...
Kiedy mam ładnie, kolorowo i mięciutko, to muszę sobie nasrać. Wtedy
zaczął się syf, nad którym straciłem kontrolę. Za często bywałem w miejscach, w których nie powinienem być, nauczyłem się, że łatwe
pieniądze, które przychodzą co miesiąc, można wydawać na lewo i prawo.
Zgubiłem się, a takich zakrętów miałem w życiu sporo. Wówczas osiągnąłem
taki poziom kariery, na który niektórzy wspinają się mozolnie przez całe
życie. Wdrapują się po solidnych stopniach. Moje stopnie kariery
przypominały ruchome schody. Raz w górę, raz w dół. W odpowiednim
momencie trzeba z nich zeskoczyć, bo mogą cię wciągnąć i przemielić.
Niestety, nie uskakiwałem w porę. Wciągały mnie więc i mieliły.
Wystarczyło jednak, że karta się odwróciła i z powrotem jechałem do
góry. Tak właśnie wyglądało całe moje sportowe życie.
Nie dorobiłem się na siatkówce, może dlatego, że pieniądze nigdy się
mnie nie trzymały. Najlepszy kontrakt podpisałem w Rosji i dobrze, że
nie grałem tam długo. Nie miałem szansy stać się bogaty i stracić
jeszcze więcej. Ale mam gdzie mieszkać, moi bliscy są bezpieczni i nie
pada im na głowę.
Przeszłość zostawiam daleko za sobą, nie lubię gdybania. Co by było,
gdybym lepiej zainwestował pieniądze, wypił jedno piwo mniej albo
podniósł dziesięć kilo więcej na siłowni? To już się zdarzyło, minęło,
przeszło. Wiem, jakie popełniłem błędy. Nie jestem dobry w szybkim
wyciąganiu wniosków, pewnie do końca życia będę chodził uśmiechnięty i wkurzał żonę lekkością bytu, ale jak dostaję po dupie, to przynajmniej
wiem za co. Jak narozrabiam, to zawsze uderzę się w pierś i powiem moja
wina.
Ktoś zapyta, dlaczego tak często wpadam w tarapaty? Sam chciałbym
wiedzieć. Czasem, zaglądając bardzo głęboko w siebie, możesz znaleźć
odpowiedzi, które wcale ci się nie spodobają i nie będziesz zadowolony z wyniku tych poszukiwań. Dlatego powiem, tak po prostu żyję. Z pewnością
krzywdzę ludzi, gros z moich kolegów ma o mnie złe zdanie. Nigdy jednak
nie zabałaganiłem specjalnie, nie stanowiło to mojego celu. Staram się
nad sobą pracować, dojrzewać jako facet, ojciec czy mąż, ale czasami
wyniki są na poziomie miernym, ocierającym się o dostateczny.
Stojąc szesnaście lat temu na linii startu do poważnej siatkówki, nie
marzyłem o rzeczach wielkich. Chciałem pojechać na igrzyska, a może
nawet nie chciałem, bo uważałem to za bujanie w obłokach. Urodziłem się
na prowincji bez prawa do marzeń. Zamierzałem po prostu dobrze grać i dobrze się bawić, a przeżyłem historię swojego życia. Teraz chcę wam o niej opowiedzieć.
Rozdział II
Odmulenie
Byłem świadkiem ekspansji siatkówki w Polsce. Zobaczyłem jej dwa oblicza
- profesjonalne z jedzeniem węglowodanów i białka, regeneracją i dbaniem
o siebie, ale też doskonale pamiętam to zabawowe, skropione bezbarwną
cieczą z półlitrowej butelki. Wzrastaliśmy razem, unosząc się w kierunku
chmur z tym, że ze mnie szybko zaczęło uchodzić powietrze. Siatkówka
przeciwnie - złapała wiatr w żagle i poszybowała rozpędzona, a mnie
zostawiła niżej, sporadycznie przypominając sobie o dawnym przyjacielu.
Mogłem obserwować, jak powstają kluby, które wkrótce miały się rozpychać
w Europie. Skrę Bełchatów pamiętam z meczów w szkolnej salce w pierwszej
lidze. Konrad Piechocki, dziś prezes klubu i grande persona, stał
wtedy z kluczami i wpuszczał nas tylnymi drzwiami, a na rozgrzewce
włączał muzykę z "kasprzaka". Boom na siatkówkę zaczął się z końcem XX
wieku. Wcześniej nikt z nas nie miał pojęcia, co to Liga Światowa.
Reprezentacja przegrywała eliminacje z Izraelem, a siatkówka była na
poziomie polo czy hokeja na trawie. To miało się zmienić. Pierwsze mecze
grałem przy 20 osobach na sali w Olsztynie, a kończyłem przy 12
tysiącach w Spodku. Teraz siatkówka w Polsce to już wielki event, albo,
jak niektórzy mówią, festyn pod remizą. Co kto lubi. Mnie cały ten szum
nie przeszkadza.
Ludzie postrzegają mnie przez pryzmat chłopaka z niewyparzoną gębą,
tatuażami, długimi włosami. Widzą imprezowicza. Przekonałem się już o tym, że jak ktoś chciał się mną pochwalić, to potrafił do mnie dotrzeć i to zrobić, a jeśli zamierzał wytrzeć sobie mną gębę, robił to bez
problemu. Byłem łatwym celem z bogatą kartoteką. Ale jakoś ani jedna,
ani druga strona nigdy nie zapytała, jak dużo poświęciłem, by znaleźć
się w tym miejscu, do którego doszedłem - zagrałem w dwóch
najsilniejszych ligach świata, włoskiej i rosyjskiej, dwa razy
pojechałem na igrzyska olimpijskie, a z mistrzostw świata przywiozłem
srebrny medal. O tym wspomina już niewielu.
Mój pierwszy trener Marek Kotulski pamięta mnie z czasów juniorów. Wie o sześciu godzinach treningów dziennie i zimnej jajecznicy czekającej w internacie, gdy wracałem z zajęć o dwudziestej drugiej. Skoro w reprezentacji rozegrałem prawie 200 meczów, to widocznie musiałem na to
zapracować.
Irytowało mnie, jeżeli czegoś nie umiałem, denerwowałem się, gdy ktoś
wyśmiewał się ze mnie. Najczęściej robili to rozgrywający, zwłaszcza
Paweł Zagumny. Koleś z charakterem skurwiela na boisku. Nie był z tych
przyjacielsko klepiących po ramieniu i pocieszających po nieudanym
zagraniu.
- Kurwa! Przyszedł następny środkowy kaleka, który nie umie prosto odbić
- narzekał wystarczająco głośno, żeby słyszeli wszyscy na treningu.
Frustrację Pawła widziałem za każdym razem, gdy coś mi nie wychodziło w obronie albo nie umiałem wystawić piłki. Jego drwiny zbudowały we mnie
postanowienie, że nauczę się odbijać górą i dołem, klepnąć piłkę, tam
gdzie chcę. Wkurzało mnie, że jestem jednym z najsłabszych w tym
elemencie. Gdzieś w środku urosło przekonanie, że muszę nauczyć się to
robić na przyzwoitym poziomie. Najlepszym nie zostałem, ale przynajmniej
przestałem przeszkadzać pozostałym.
Z "Rudym" możemy lubić się mniej lub bardziej, ale to świetny siatkarz.
Mam do siebie pretensje, że spędziłem z tym wybitnym rozgrywającym i bardzo trudnym facetem tylko jeden sezon w klubie. Wiem, że z nim na
rozegraniu miałbym szansę jeszcze mocniej się wypromować.
Życie siatkarza nie ogranicza się do siłowni, małej sali do treningu i wielkiej na dużych meczach. To też zgrupowania, niekończące się podróże
z kraju do kraju. Jednego dnia jesteś w Egipcie, następnego w Paryżu,
żeby po kolejnych kilkunastu godzinach witać się ze słońcem w Rio de
Janeiro. Prowokuje to zabawne historie, których w tej książce
znajdziecie wiele. A kto miałby Wam o nich lepiej opowiedzieć, niż ten,
którego głupie pomysły trzymały się najczęściej? Znacie zabawę na
odmulenie? Nie? To już wyjaśniam reguły popularnej wśród siatkarzy
rozrywki i - jak miałem się przekonać - znanej również piłkarzom
ręcznym. Z grubsza chodzi o to, że gdy przysypiasz na imprezie albo
przestajesz kontaktować, to kolega może ci wypłacić cios w twarz. Nie za
mocno, ale też nie na tyle lekko, żebyś nie poczuł. Na odmulenie. Wtedy
się otrzepujesz i kontynuujesz zabawę.
Cofnijmy się do roku 2008. Pekin, igrzyska olimpijskie. Siedzimy na
krawężniku obok wioski olimpijskiej, w pobliżu mamy sklep. Kończymy piwo
z piłkarzami ręcznymi, opowiadamy o detalach swoich dyscyplin. Mnie
zawsze zastanawiało, czy gdy oni tak tłuką się po ryjach i biją na
boisku, to ich nie boli.
- Wy się tak okładacie i jest w porządku? - zagadnąłem Marcina
Lijewskiego.
- No pewnie, po meczu normalnie podajemy sobie ręce.
Ciągnęliśmy temat, ale w pewnym momencie wydawało mi się, że "Lijek"
lekko się w nim zgubił. No to plask! Zamilkły rozmowy. Wszyscy
biesiadnicy z uwagą przyglądali się potężnie zbudowanemu Marcinowi,
który znienacka oberwał od wielkiego chuderlaka.
- Nie boli? - wolałem się upewnić
- Nie, wszystko gra - otrząsnął się poszkodowany.
Towarzystwo przyjęło to ze śmiechem. Zbliżała się 22.00, podnieśliśmy
się, bo trzeba było wracać do wioski. Na tyle spodobało się mi
zaczepianie "Lijka", że przechodząc obok fontanny wepchnąłem go do wody.
Zabawa dzieciaków z podstawówki. Wpadł cały, topiąc telefon, karty
kredytowe, pieniądze. I znów poleciało dużo docinków.
- Dobra, nie zabijemy cię - uspokoili mnie jego koledzy.
Dalszą część znam z relacji Daniela Plińskiego. Akurat wyszedł na
balkon, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, o ile o takim można mówić w Pekinie. Zobaczył mnie wracającego z posiadówki na krawężniku.
Chodziliśmy wtedy w białych klapkach. Dalej opowiada Daniel: "I nagle to
206 centymetrów chude jak żyrafa zrobiło salto, a białe klapki wzniosły
się na poziom drugiego piętra. Pomyślałem: koniec świata, "Kadziu" już z nami nie zagra".
Upadłem na plecy, a gdy otworzyłem oczy, stał nade mną Karol Bielecki.
- Masz szczęście, że dostałeś z lewej - szczerzył się praworęczny Karol.
Naprawdę wyrwało mnie wtedy z butów. Pozbierałem się, znalazłem białe
klapki i wróciłem do pokoju. Odechciało mi się zabawy w odmulanie z tymi
dryblasami.
Szatnia to pralnia charakterów, spotyka się w niej piętnastu facetów i nie ma możliwości dopasować się z każdym. Nie byłem lubiany przez
kolegów. Może przez niewyparzony ryj, który - wydaje mi się - mówił
prawdę. Nie oszukiwałem, gdy dałem ciała i następnego dnia brakowało mi
świeżości, bo w nocy gdzieś się zagubiłem. Nie brnąłem w kontuzję goleni
czy wirus filipiński, tylko mówiłem wprost: "zasiedziałem się i dziś
mogę być ciut gorzej dysponowany". Nie miałem problemu, żeby się do tego
przyznać. Ratowały mnie sezony, w których prezentowałem wysoki poziom.
Trenerzy dziwili się, jak daję radę zostać MVP meczu, skoro z dyskoteki
wyszedłem o piątej rano. A zdarzyło mi się to kilka razy.
Gdybyście nie pamiętali, z reprezentacji też zdążyłem wylecieć. Jak
łatwo zgadnąć - za alkohol. Na zgrupowaniu kadry w Olsztynie razem z Krzyśkiem Ignaczakiem i Andrzejem Stelmachem przesadziliśmy z integracją.
- Tutaj są drzwi wyjściowe - wskazał nam dwa dni później Raul Lozano.
Gdzie wtedy się skryłem? Tam, dokąd jechałem zawsze, gdy zaczynało się
psuć. Tam, gdzie czułem się najbezpieczniej, gdy chmury nad moją głową z błękitnych zmieniały się w burzowe - pojechałem do rodziców.
Przeprosiłem ich za zamieszanie i jak zwykle mi wybaczyli. Byłem ich
oczkiem w głowie, synusiem mamusi i tatusia, ale nadzwyczaj często o tym
zapominałem. O to mam do siebie największe pretensje, przykro spojrzeć w lustro. Po sukcesach tańczyłem, bawiłem się i świętowałem ze wszystkimi,
tylko nie z nimi, a w obliczu porażki, gdy już nie było z kim świętować,
wracałem z podkulonym ogonem do rodzinnego domu. Nie przyjmowali mnie
jak syna marnotrawnego, ale kogoś, kto się pomylił i trzeba go podnieść.
Pluli na mnie inni.
Lubiani są ludzie dobrzy z natury, idealnym przykładem jest tu Piotrek
Gacek. Na niego nie można się wkurzyć, a nawet jeśli czymś podpadnie, to
złość przechodzi tak szybko, jak przyszła. Są też pozerzy udający kogoś
innego. Ja byłem naturszczykiem, prawdziwkiem, który mówił w oczy, co mu
leży na sercu i jawnie okazywał emocje. Nie zgrywałem kozaka, nie
chwaliłem się, jakim to jestem świetnym zawodnikiem. Większość siatkarzy
nigdy nie wyjedzie do Rosji, nie zagra w Modenie czy w reprezentacji i dla nich może jestem osobą, na którą spojrzą i pokiwają z uznaniem
głowami: "To była kariera, osiągnąłeś bardzo dużo".
Sam o sobie tak nie powiem. Walczyłem o to, by sufit, na który patrzę,
stał się w końcu moją podłogą. Tak pokonywałem kolejne szczeble,
dojrzewając jako siatkarz. Ale potem spotykałem zawodników, którzy
przebijali się aż na dach, bo byli w stanie przeskoczyć cztery piętra. I myślałem sobie: "może jesteś niezły, bo radzisz sobie na swoim podwórku,
ale zobacz, to są prawdziwi mistrzowie". Ja nim nie byłem, a im
zazdrościłem. Patrzyłem z szacunkiem, nie leczyłem żadnych kompleksów.
Widziałem wszystko realnie, trzeźwo, jakkolwiek by to nie zabrzmiało.
Siatkarze w Polsce do tej pory milczeli. A przecież dużo przeżyliśmy,
trudno u nas spotkać kogoś z aureolą nad głową i skrzydłami przypiętymi
do pleców. Może historia, którą chcę opowiedzieć, trafi do młodych
siatkarzy i uznają, że warto dwa razy się zastanowić, zanim zatracą się
w głupotach. To, co zrobisz dzisiaj, wróci do ciebie jutro. Mierzyłem
się z tym. Gdy jako dziewiętnastolatek czy dwudziestolatek nasrasz sobie
w papiery, to zła sława dogoni cię nawet po latach, choćbyś wciąż
czarował nad siatką. Wypomną ci noce spędzone w kasynie, wypite litry
wódki i kobiety, które zupełnie nie były ci potrzebne w tamtym momencie.
Brud za uszami zostaje.