Kadry przeszłości - Marcin P. Kowalski

Reflow text when sidebars are open.
Jeszcze tego samego tygodnia Jarek dowiedział się, że regularne bicie to jednak nienajlepsze rozwiązanie. Wskutek czego jego dylemat stał się paradoksem bez wyjścia.
Chłopak leżał na plecach w alejce niedaleko szkoły; próbował się podnieść, choć podświadomie wiedział, że to nie ma sensu, gdyż zaraz znów na nich wyląduje. Nie starczyło mu siły, aby się wyprostować. Został na czworakach. Wykończony i obolały. Oblizał napuchniętą wargę i wyczuł na języku słony posmak potu wymieszanego z krwią. Splunął.
- Jeszcze mi tu pluć pod nogi będziesz? - Groszek stał nad nim ze wściekłą miną. - Mało mu, sześćdziesionie jebanej.
Jarek nie miał jak się uchylić przed kopnięciem w żebra. Zacisnął zęby i sapnął, modląc się, aby żadne nie było złamane.
- Niczego, ani nikomu nic nie sprzedałem, Groszek - wyjąkał. - Mój stary spuścił działkę w kiblu, tyle.
- Wierzę ci, Jarek - rzekł tamten, przyjmując pozę słowiańskiego przykucu.
- To, cholera, za co... - stęknął z bólu, gdy poruszył ręką. - Za co to? Oddam ci ten hajs...
- Weź se ten hajs i w dupę se go wsadź. Wierzę ci, bo twój łaskawy ojczulek, samarytanin zajebany, przyszedł do mojego starego i zaczął pierdolić o trawie. Mam przez ciebie przypał na kwadracie i wierz mi, za każdym razem, jak się do mnie ojciec przyczepi, będziesz bity. Gorzej niż dzisiaj. Łapiesz?
Jarek w tym momencie uświadomił sobie, jak bardzo ma przechlapane. Wiedział, że ojciec nie przepadał za tatą Groszka i zapewne mówił tonem pełnym jadu, z wyraźną satysfakcją.
- Pytam, czy łapiesz, kurwa?!
Kiwnął głową w odpowiedzi, czuł, że dalsze tłumaczenia poskutkują tylko większym bólem
- Łapię, łapię - rzekł cicho, żeby go nie prowokować.
- No. To sztywniutko. Bierz plecak i wypierdalaj.
Nie zostało mu nic innego, jak tylko posłuchać. I wrócić na zajęcia kickboxingu.
***
- Macie jeszcze dziesięć minut - powiedziała nauczycielka od bioli, przechadzając się powolnym krokiem między rzędami.
Na każdej ławce stały oparte o siebie plecaki, co stanowiło marną próbę udaremnienia uczniom zrzynania. Jarek nawet nie rozglądał się na boki. Stukał długopisem w pustą kartkę i rozważał, czy narysować penisa na dole klasówki, żeby tylko się od niego odwalono. Krzyżówki genetyczne miał głęboko w dupie, z uwagi na swoje popieprzone korzenie. Naszła go chęć, aby napisać imiona swoich dziadków, a potem jako wynik dać: "pokraka jakaś, co udaje dobrego ojca". Wszystko mu się kojarzyło z Grzegorzem i szczerze miał tego dosyć. Chciał spokoju - chociaż na przeklętej lekcji.
- Jeśli ktoś skończy, może iść na przerwę - powiedziała nauczycielka siadając za biurkiem.
Na to właśnie czekał. Zabrał swój plecak, drugi zaś przewrócił się płasko na blat. Położył pustą klasówkę przed nauczycielką, a gdy Popierz obejrzała kartkę z obu stron, spojrzał jej w oczy. No dalej, powiedz to - myślał. - Powiedz, że nic nie osiągnę, że się do niczego nie nadaję. Dalej, no, masz to przecież wypisane na twarzy. Wystarczy otworzyć usta. Ile mam czekać, co?
Gdy pokręciła głową, w końcu nie wytrzymał:
- Nie obchodzi mnie pani zdanie.
Pomruk przeszedł po klasie.
- A skąd znasz moje zdanie?
- Dobrze czytam ludzi. Matka psycholożka mnie tego nauczyła. Jestem degeneratem, prawda? Człowiekiem, co ma swoją przyszłość gdzieś, nie?
- Nie - zaprzeczyła od razu. - Chodzi o to, że ty nawet nie dajesz sobie szansy.
Patrzył w jej oczy wyzywającym wzrokiem, szukając tam fałszu, pogardy, ale ich nie znalazł. Zdenerwowało go to. Zabrzmiała, jakby jego matka przeprowadziła z nią warsztaty o tym, jak rozmawiać z młodymi ludźmi. Ewentualnie subskrybowała kanał jego matki. Gdy słyszał taki spokój i gadki o dawaniu szansy, czy jakieś pytania, które miały ominąć jego bariery, aż nim wstrząsało.
- Czasem nie warto - wycisnął przez zęby i wyszedł z klasy.
Popierz coś tam za nim przebąknęła, że "nie wiesz, co przyniesie przyszłość", albo jakiś inny banał.
Jarek opuścił mury liceum numer trzy i odetchnął świeżym powietrzem. Długo jednak się nim nie delektował, bowiem, gdy tylko dobiegł za róg szkoły, upewniwszy się uprzednio czy Groszek z bandą za nim nie ruszyli, sięgnął po papierosa i odpalił faję z błogą ulgą. Wypuścił dym, obserwując jego chaotyczne kształty, dopóki nie rozwiał ich wiatr. Bez przerwy oglądał się przez ramię. Odkąd Jarek wyszedł na frajera, regularnie płacił Groszkowi srogim łomotem po szkole. Stare siniaki rzadko kiedy zdążyły mu się zagoić zanim dorobił się nowych.
Mijał zaparkowane rzędem samochody, wyczekując odgłosów pogoni i odwracając się co kilka kroków. Siniak pod lewym okiem rozlał się purpurą po policzku, a ostatnią rzeczą, której chciał Jarek, była symetria. Nie przypuszczał jednak, że atak nadejdzie z innej strony.
- Chyba dostajesz za dużo kieszonkowego, dzieciaku - rozległo się z boku. Zza uchylonej szyby czerwonej Hondy Civic wystawała głowa jego ojca. Odruchowo chciał cisnąć niedopałek w krzaki, lecz już było za późno. Popatrzył więc w oczy Grzegorza i przystawił filtr do ust. Zaciągnął się na tyle, na ile starczyło mu tchu i pstryknął papierosem pod auto. Z satysfakcją obserwował, jak twarz Grzegorza przybiera purpurowy kolor.
Ojciec otworzył drzwi od strony pasażera i warknął:
- Wsiadaj.
- Wrócę sam.
- Wsiadaj, mówię.
- Co ty w ogóle tu robisz?
- Akurat przejeżdżałem.
- Trzeci raz w tym tygodniu?
Grzegorz zacisnął szczęki i powiedział:
- Dokładnie i spodziewaj się, że jutro też po ciebie przyjadę...
- Co to ja mam pięć lat?
Z tyłu rozległy się odgłosy, koledzy z klasy powoli doganiali chłopaka. Już kilku z nich pokazywało na niego palcami.
- Robisz mi przypał - syknął Jarek.
- Szlugów powinieneś się wstydzić, a nie ojca. Wsiadaj. Nie będę się powtarzał.
Jarek wytrzymał stalowe spojrzenie ojca, choć mimowolnie zacisnął pięści. Przełknął ślinę. Głosy kolegów narastały i wśród nich rozróżnił Groszka, który śpiewał coś o "frajerstwie" i "wpierdolu", co się nawet nie rymowało. Jeszcze może uciec i wrócić autobusem... Choć z drugiej strony wtedy dorwą go na przystanku; już raz się tak zdarzyło.
- Co oni tam śpiewają? - spytał ojciec, zerkając w boczne lusterko. Nagle otworzył szeroko oczy. - To Groszek?! Ja już mu nagadam, do cholery! Nie będzie mi dzieciaka prał, degenerat.
Jarek zbladł. Dotychczasowe działania Grzegorza doprowadziły jedynie do tego, że regularnie obrywał po lekcjach. Bał się pomyśleć, co będzie, jeśli teraz jeszcze ojciec spróbuje coś wyjaśniać na własną rękę.
Drzwi kierowcy uchyliły się nieznacznie, kończąc dylemat Jarka. Pchnął je z całej siły.
- Synek, co ty...
- Dobra, wrócę z tobą. Jedźmy lepiej!
Jarek zacisnął zęby, obiegł auto i wsiadł do środka.
***
- Idę do Kuby, pograć w Fortnite'a - rzucił do rodziców, podnosząc klucze, lecz nim założył buty, obok niego pojawił się ojciec.
- Odwiozę cię - powiedział, ściągając z wieszaka skórzaną kurtkę.
- Przecież macie gościa - zaprotestował Jarek. - Poza tym to na Gulczewie, raz-dwa przejadę trójką.
Ojciec zignorował jego słowa i przygotowywał się do wyjścia. Matka stanęła na progu salonu ze skrzyżowanymi ramionami, a za chwilę sponad niej wyjrzała okrągła twarz wujka Mirka.
- Grzesiek - powiedziała spokojnym głosem. - Może faktycznie niech pojedzie sam... Mógłbyś zostać z nami.
Jarek posłał matce wdzięczne spojrzenie. Ojciec przerwał zakładanie drugiego buta i też spojrzał na żonę, choć w jego wzroku nie było wdzięczności, a jedynie determinacja.
- Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy - powiedział. - Chłopak ma ścisły nadzór, dopóki nie okaże się godny zaufania. Wciąż tylko kopci, pije i narkotyki mu w głowie...
Jarek zacisnął zęby. Kilkakrotnie próbował przekonać ojca, że marycha to żaden narkotyk; że sprawa Maty jest procesem pokazowym; że marihuana medyczna jest legalna... Te argumenty spływały po ojcu jak woda po kaczce.
- Ale tato, przecież wrócę o dziewiątej tak jak zawsze i...
- Słuchaj, zaraz w ogóle nigdzie nie pójdziesz.
Jarek spojrzał na mamę. Agata westchnęła, podeszła do Grzegorza i położyła mu ręce na barkach:
- Niech dziś już idzie sam - powiedziała. - Nie możesz przecież łazić za nim cały czas.
- A tam, Agata - wszedł jej w słowo wujek, który lubił niepytany wygłaszać opinie - ja uważam, że ścisła kontrola w tym wieku jest całkowicie usprawiedliwiona i zwróci się z nawiązką. Gdyby nasz ojciec...
- Wystarczy, Mirek - powiedział Grzegorz. Miał w oczach coś, co Jarkowi przypominało strach. Hardość ojca skarlała. Odsapnął. Odłożył łyżkę do butów, a potem powiedział:
- Idziesz sam...
Jarek odetchnął.
-... tylko wywróć kieszenie na drugą stronę.
- Co?!
- Wywracaj kieszenie, powiedziałem.
Jarek przewidział, że kiedyś przyjdzie ten moment, więc się przygotował. Zapłacił za doszycie ukrytej kieszeni wewnątrz kurtki. Tam chował lufkę, czy kilka luźnych fajek. Jeśli ktoś nie wiedział, o jej istnieniu, ciężko miałby na nią natrafić podczas przelotnego przeglądu. Jarek wywrócił kieszenie spodni. Wyjął ze środka klucze, iPhone'a i portfel. Ojciec bez ogródek sięgnął po portfel, otworzył go i z uwagą przeglądał jego zawartość. Jarek zacisnął usta, lecz gniew i tak wyciągnął z nich o kilka słów za dużo:
- Może jeszcze mi w dupie pogrzebiesz? Mam się wypiąć i kaszlnąć?
- Coś powiedział? - Grzesiek wypuścił powietrze z furią byka. Poczerwieniał na twarzy i sapał głośno. Mirek powiedział: "ohoho" i zniknął w salonie, jakby przeczuwał kłopoty.
- Nie wiem, gdzie kończy się moja prywatność, ani gdzie zaczyna. Do łazienki też będziesz ze mną łaził?
- Nigdzie nie będę łaził, bo za takie zachowanie nosa z pokoju nie wyściubisz. Będziesz szczał do miski!
- Pfff - prychnął Jarek i spojrzał na mamę. - To jest niesprawiedliwe! Powiedz coś ojcu... od dwóch miesięcy nie paliłem.
- Odkąd cię złapałem ze szlugiem przed szkołą, tak?
Jarek machnął ręką na ojca, czekając, aż matka odpowie, niestety Grzegorz nie dał jej dojść do głosu. Chwycił go za kurtkę i przyciągnął do siebie. Jarkowi strach osiadł na dnie żołądka. Ojciec nie szarpał nim, jednak zrobił coś gorszego: odchylił połę kurtki i sięgnął wprost do ukrytej kieszeni. Otworzył ją i wyciągnął lufę i fajki.
- I co? Takiś odpowiedzialny? Że pierwsze co robisz, to kłamiesz?
Jarek patrzył zaszokowany to na mamę, to na ojca.
- Ale... Ale... skąd... - Z miejsca zrozumiał skąd; ojciec musiał regularnie przetrzepywać mu pokój i ubranie. - Przeszukujesz mi rzeczy, do cholery?! Bez mojej wiedzy!
Chciał się wyrwać, lecz chwyt ojca przypominał imadło. Jarek prędzej rozerwałby kurtkę w szwach, niż odgiął te sztywne palce.
- A skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę, co? Przed czterema miesiącami dostałeś ogromny kredyt zaufania, ale poszedł z dymem. - Ojciec zaakcentował ostatnie słowo. - Wiń siebie, a nie mnie. A teraz daj znać Kubie, że zobaczycie się kiedy indziej. I wypad do pokoju! Ciesz się, że ci jeszcze telefonu nie zabrałem.
Jarek znów się szarpnął i wtedy go ojciec puścił. Chłopak uderzył plecami o ścianę, aż go zatkało. Zrobił groźną minę, po czym zabrał rzeczy z korytarza i poszedł do pokoju. Trzasnął drzwiami, a niewypowiedziane słowa: "Nienawidzę cię" paliły mu usta. Padł na łóżko i wbił twarz w poduszkę. Krzyknął w nią z całych sił. Krzyczał aż nie zabrakło mu tchu.
Łzy leciały mu ciurkiem po policzkach i był w stanie jedynie patrzeć w sufit. Nie chciało mu się nic, nawet pograć na kompie. Mógł tylko leżeć i nienawidzić, co po półgodzinie zmieniło się w pustkę. Brakowało jedynie krat w oknach i małego kibla w pokoju, choć i tak chyba to w więzieniu czułby większą swobodę. Miał ochotę wziąć marker i na złość ojcu nakreślić kreski na ścianie, do czasu aż się stąd nie wyprowadzi. Ojciec trzy lata temu pomalował ściany i do dziś mówił o tym jak o dowodzie na swoją męskość oraz na to, że tylko on dba o mieszkanie.
Sięgnął po telefon i skrolował rolki na YouTube. Skończył po dobrych dwóch godzinach, lecz nie parsknął śmiechem nawet raz. Zazdrościł influencerom tylko szmalcu, bo dzięki niemu nie musieli mieszkać ze starymi. Na Freakfighty też by z chęcią poszedł. Skoro i tak zgarnia od Groszka za darmo, to mógłby chociaż coś na tym zarobić. Skończyło się jedynie na wylaniu jadu w komentarzu pod nowym filmikiem Dubiela; pewnie zgarnie kilka lajków. O tyle - pomyślał, gdy ktoś dał łapkę w górę - to mój cały wpływ na świat.
Wieczorem matka rozmawiała z ojcem długo i była cała w nerwach, co zdarzało się rzadko. Jarek słuchał ich głosów, ale przez ścianę brzmiały jak bełkot. Ktoś płakał, ktoś krzyczał, coś łupnęło. Chłopak nie mógł podzielić dialogu na role, jednak przypisywał ojcu wszystko, co najgorsze. W końcu wcisnął słuchawki do uszu i puścił "Wszystko do nas wraca" B.O.K. Rap leciał na playliście, dopóki Jarek nie usnął. Kolejny zmarnowany dzień.
Jarek skręcił z Armii Krajowej w przylegającą ulicę i jego żołądek skurczył się nieprzyjemnie. Prześwit pomiędzy budynkami przechodził w długą drogę, oświetloną rzędem żółtych latarń, która kończyła się blokiem na Sikorskiego - jego blokiem. Zwykle w tym miejscu żegnał podwórko, czyli gasił papierosa, którego ściskał za filtr przełamaną gałązką, zbijał piątkę z Hubertem, by na koniec snuć się nieśpiesznie, rozmyślając o czekającej go kolacji. Taka mała tradycja na zakończenie dnia. Zwykle nawet nie zmieniał kolejności. Zwykle... lecz nie dziś. Dziś był ten wyjątkowy czas, kiedy stumetrowa żółta droga rozciągała się do zielonej mili. Wszystko za sprawą światła w mieszkaniu na pierwszym piętrze. Wychodząc ze swojego pokoju, zostawił je wyłączone, a teraz jasny kwadrat budził w nim lęk niczym czerwień znaku stop. Ojciec już na niego czekał, choć o tej godzinie sprzed telewizora trzeba by go odciągać dźwigiem ewentualnie kanapką z tuńczykiem. Zazwyczaj światło o tej porze skutkowało krzykiem, szlabanem na komputer oraz całonocnym rozstrojem żołądka.
Jarek zaklął pod nosem. Czyżby te dwóje z bioli i histy miały mu skutecznie spieprzyć wieczór? A planował ogrywać Counter Strike'a na streamie. Niech to szlag trafi, pomyślał. Tucholska i Popierz, głupie krowy, już mogły wpisać oceny do elektronicznego dziennika i ojcu - jak na złość - zachciało się akurat dziś do niego zajrzeć. W ich rodzinie to matka doglądała spraw związanych z edukacją, ale choć od tygodnia była na konferencji naukowej, mogła załatwić sprawę jednym telefonem. Szesnastolatek pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
- Będą dymy... - mruknął pod nosem i zwolnił kroku. Choć dochodziła dziesiąta, godzina, o której obiecał wrócić z osiedla, wolał odrobinę opóźnić konfrontację. Nawet za cenę dodatkowych chmurnych spojrzeń.
Rozmowy o ocenach zdążył już przeprowadzić w każdy możliwy sposób, toteż przygotowany był na cały wachlarz wyrzutów. Ostatecznie chodziło o wysłuchanie krzyków, pokorne przyjęcie kary i wyrażenie chęci poprawy, zazwyczaj zakończone trzaśnięciem drzwiami. Taka domowa wizyta w konfesjonale. Odklepać swoje i ruszyć dalej, niekoniecznie z pragnieniem poprawy, a co dopiero mówić o zadośćuczynieniu. Najważniejsze z "przykazań" - żeby pyskować tylko do momentu, po którym każde kolejne słowo czy spojrzenie boli jak uderzenie w twarz. Szczerze mówiąc, Jarek nie chciał sprawdzać, do czego ojciec byłby w stanie się posunąć. Widok jego czerwonej twarzy, przekrwionych oczu i dłoni to zaciśniętych w pięści, to otwartych, jakby rozważał, czy przyłożyć synowi prawym prostym czy z liścia, w zupełności Jarkowi wystarczał. A Grzegorz dłonie miał silne i sztywne jak deski, które obrabiał w pracy; do tego stopnia, że pozostawało zagadką, czy lepiej się z nim witać przybijając piątkę, czy uściskiem dłoni. Obie wersje były bolesne.
Z zamyślenia wyrwała go postać, która nadchodziła z naprzeciwka. Kobieta w obszernym, trochę podniszczonym futrze. Sama w nocy i - jeśli dobrze słyszał, mamrocząca coś do siebie pod nosem. O dziwo, szept był wyraźny, jakby kradł z otoczenia inne odgłosy - zniknął odległy szum aut, kroki, świst wiatru - chociaż chłopak nie rozróżniał w nim żadnego słowa. Mówiła w nieznanym mu języku. Kiedy spojrzała mu w oczy, Jarek zesztywniał ze strachu. Była starsza, niż to wcześniej ocenił po jej prężnym kroku. Pewnie w wieku jego ojca. Bez wyraźnego powodu zagrodziła mu drogę i zatroskanym głosem spytała:
- Co cię trapi, młodzieńcze?
- Yyy... Nic, nic. Wracam do chaty, po prostu.
- Wyglądasz, jakbyś miał dostać rozwolnienia - zaświergotała z uśmiechem.
Jarek stał osłupiały. Jej słowa były dziwne, niepasujące ani do wieku ani do rozmowy z nieznajomym. Wygląd także. Futro wybrzuszało się na niej, jakby pod spodem nosiła pas szahida, gęste kręcone blond włosy opadały na ramiona, a w oczach za grubymi okularami czaił się błysk ciekawości, który równie dobrze mógł być błyskiem obłędu. A jednak ze sraczką trafiła.
- Pewnie dlatego że to prawda - powiedział i na widok oczu bez wyrazu, jakby łapały ostrość, postawił sztywny krok w stronę domu. Walczył z chęcią ucieczki. Kobieta capnęła go za łokieć chwytem godnym kamieniarza, który zjadł zęby na swoim rzemiośle. Zatrzymała go w miejscu.
- Ej, co pani robi? Proszę mnie puścić. Zwariowałaś, starucho?
- Weź to, chłopcze - powiedziała i wolną ręką sięgnęła do kieszeni. - Przyda ci się.
Wepchnęła mu do ręki paczuszkę i puściła. Miejsce, w które wpijała palce, zabolało mocniej niż dłoń po ojcowskim uścisku. Chciał oddać kobiecie pudełko, lecz już odchodziła: spokojnym krokiem, jakby do niczego nie doszło, nawet powróciła do mamrotania pod nosem. Spojrzał pod światło, by sprawdzić, co trzyma w ręce.
Co za szurnięta starucha!
Węgiel aktywny? Zmarszczył brwi. Na co mu to? Pokręcił głową i prychnął pod nosem. Kto nosi takie rzeczy w kieszeni? Szuria jakaś.
Spojrzał za obcą kobietą, ale nie zobaczył nikogo. Nikogo. Rozpłynęła się w cieniach nocy, jak gdyby nigdy nie istniała. Stał z rozdziawionymi ustami, aż deszcz przywrócił go do rzeczywistości. Schował węgiel do kieszeni i pobiegł do domu.
Wpisał kod do klatki i rozległ się krótki świerkocząco-dudniący dźwięk. Jego żołądek zawtórował domofonowi serią burknięć.
Już wie, że wróciłem... - pomyślał, po czym westchnął i ruszył po schodach, zastanawiając się, czy dziś nadszedł dzień, kiedy ojciec go uderzy. Czasem by nawet wolał to, od słuchania krzyków i wyrzutów, brzmiących na ogół: "Ufamy ci, bo już prawie jesteś dorosły, i co?!"; "Syn-pijak, naprawdę? Szesnaście lat i już chlejesz? Chcesz skończyć jako śmieciarz?"; "Poczekaj, aż powiem matce, że dałeś w łeb Maćkowi, poczekaj tylko, pożegnasz się z kompem do końca roku, przysięgam!". Lepiej chyba dostać pasem w dupę, przyjąć szlaban na telefon, czy komputer, niż słuchać wciąż tych samych połajanek. A może nie? Może rozczarowanie w oczach ojca, czy nauczycieli boli znacznie bardziej? Powoli zaczynał mieć to gdzieś.
Jarek znał zasady rodziców. Jeśli je łamał, robił to świadomie i jeżeli go przyłapali, to zwykle nie dzięki swojemu sprytowi, tylko dlatego że spieprzył i kara stanowiła formalność. Na co mu umoralniająca pogadanka, która tylko przedłuża tortury i męczy uszy?
Drzwi z numerem osiemdziesiąt trzy stały otworem. Żołądek zabolał, jakby pizza, którą zjadł trzy godziny temu, okazała się implantem odrzuconym przez organizm, który teraz chciał wyrzucić ją ze środka i nie obchodziło go, którą stroną wyjdzie.
Jarek odetchnął ciężko, zacisnął szczęki i wszedł do środka.
- Zamknij drzwi - powiedział ojciec zimnym tonem, niepasującym do jego rozpalonej złością, czerwonej twarzy i palącego spojrzenia. Jarek po raz pierwszy pomyślał, że może jednak ma na sumieniu coś więcej, niż tylko złe oceny. Ale co? - Tato, jeśli chodzi o te dwójki... - zaczął, ale ojciec przerwał mu jednym gestem. Wyciągnął rękę zza pleców. To, co w niej trzymał, zmroziło Jarkowi krew w żyłach. Nagle zapomniał języka w gębie. Na szczęście pierwszy szok szybko ustąpił rozsądkowi. Ojciec, nie znając kontekstu, zapewne obwinia go o najgorsze, ale...
- Co... To... Jest? - wycedził Grzegorz przez zęby.
- Ma-ma-marycha - wyjąkał, patrząc na strunowy woreczek wypełniony suszem, ale zaraz odchrząknął i powiedział: - To nie moja. Groszek poprosił mnie o przechowanie...
Ojciec zbliżył się do niego na odległość nie ciosu, a pocałunku, lecz w jego oczach brakowało miłości. Grzegorz długo stał i patrzył, a syn dostrzegał każdą żyłkę w białkach jego oczu. Ojciec oddychał niczym rozzłoszczony byk. Nagle wszystko dookoła stało się dla Jarka interesujące, nawet biała ściana - byle nie patrzeć w te jednocześnie wściekłe i zimne oczy - jednak gdyby teraz uciekł wzrokiem, dałby ojcu jasny sygnał, że kłamie. A mówił prawdę. Groszek zostawił mu dwa gramy na przechowanie, ponieważ jego rodzice byli bardziej wścibscy niż Grzegorz Marciniak. Ten drugi często przedkładał telewizję nad kontrolę, lecz kiedy pytał: "jak w szkole?", to odpowiedź: "dobrze", zwykle go nie satysfakcjonowała. Tego nauczyła go żona. Kiedy już rozmawiali, poświęcał synowi całą uwagę, choć niektóre z pytań wkraczały w prywatną sferę Jarka. Teraz zaś wzrok ojca penetrował każdą sferę; wiercił mu dziurę w duszy. Borował sumienie. Dręczył go niczym psychopatyczny dentysta.
Jarek pomyślał, że nadszedł dzień, w którym ojciec ulży swoim swędzącym dłoniom. Chłopak napiął mięśnie, gotów zablokować ewentualny cios.
- Mówię prawdę... - powiedział w końcu. Nie mógł już znieść tego spojrzenia i kwaśnego oddechu.
Grzegorz zrobił krok w tył, mimo że Jarek ciągle czuł się osaczony. Chłopak stał przyciskając plecy do drzwi, a krew szumiała mu w skroniach. Ojciec cmoknął i powiedział:
- Słuchaj, synek, przymknąłem oko na tę bajeczkę, że Hubert przy tobie jara i dlatego śmierdzisz fajami. Nie jestem głupi, sam kiedyś byłem nastolatkiem i uważam, że każdy potrzebuje swobody. DO PEWNYCH GRANIC. Natomiast to - pomachał woreczkiem przed twarzą syna - to jest ta granica. Nie. To znajduje się dobre trzy kilometry za pieprzoną granicą.
- Daj spokój, tato - odparł Jarek. Złość ojca była zupełnie nieadekwatna do sytuacji. Mocno przesadna. - Suszysz mi głowę za odrobinę zioła, którego ani nie zapaliłem, ani nawet nie jest moje...
- Policja ma gdzieś twoje intencje! - ryknął. - Posiadasz i już. Myślisz, że jak komuś rozbijesz łeb na ulicy, to kogokolwiek będzie obchodzić, czy tamten zaczął? Ubijesz bezzębnego, pijanego śmiecia, co chciał cię okraść, a idziesz do paki jak za człowieka. Posiadasz, masz problem. Chęci bledną przy konsekwencjach. Tyle.
Abstrakcyjna argumentacja ojca sprawiła, że Jarek nabrał więcej odwagi.
- Od razu policja? Gdzie niby miałaby mnie złapać z towarem? W domu, czy w autobusie do szkoły? Jutro miałem mu oddać torbę i essa.
Jarek wyciągnął rękę po marychę, lecz ojciec ją odsunął.
- Jeszcze za młody jesteś, żeby zrozumieć, czym ryzykujesz...
- Żadne ryzyko. Mówię prawdę, to zielone Groszka.
- Nie wierzę ci. Jesteś mądry chłopak i potrafisz na poczekaniu wymyślić przekonującą bajkę. A nawet jeśli to jego, chłopie, powinieneś z większą uwagą dobierać przyjaciół. Znałem ojca Groszka, to był kawał śmiecia. Widać niedaleko pada zgniłe jabłko od jabłoni, ale prędzej zdechnę, niż pozwolę, żebyś też spleśniał.
- Dobra, rozumiem - mruknął Jarek ponurym głosem, a później wyciągnął rękę po woreczek. - Muszę to oddać...
- Chyba sobie żartujesz. Po naszej rozmowie towar wędruje prosto do kibla.
Jarek chciał zaprotestować; wykrzyczeć, że to niesprawiedliwe; że jeszcze będzie musiał oddać kumplowi szmal. Zobaczywszy jednak mord w oczach ojca, mimo otwartych ust nie był już wstanie wymówić ani słowa.
- Najwyraźniej trzeba ci wszystko tłumaczyć jak trzyletniemu dziecku. Wobec tego od dziś nie chcę tu widzieć żadnych, ale to ŻADNYCH narkotyków. Żadnych, zrozumiano?
Jarek zdusił pragnienie, żeby uświadomić ojca o nieszkodliwości marihuany, kampaniach społecznych, sprawie Maty, umarzania spraw za posiadanie i o tym, że w cywilizowanych krajach jest legalna, a wręcz prozdrowotna. W końcu ojciec był boomerem - skąd miał wiedzieć? Grzegorz stronił nawet od alkoholu. Czuł jednak, że to nie czas na podobną dyskusję. Ojciec i tak ledwie nad sobą panował. Jarek bał się, że te spracowane, twarde ręce zostawiłyby trwałe ślady na jego ciele.
Z udawaną pokorą w oczach jedynie krótko kiwnął głową.
- Co więcej, widzę, że dużo daliśmy ci z matką swobody - rzekł ojciec. - Za dużo. Oboje sądziliśmy, że masz więcej oleju w głowie, chłopie. Skoro nam udowodniłeś, że się myliliśmy, to od dziś będziesz traktowany jak dziecko. Sam sobie będziesz tylko dupę wycierał. Dopóki nie wykażesz, że jesteś odpowiedzialnym facetem, dopóty nie zaufam ci w żadnej kwestii.
- Pfff - prychnięcie opuściło usta Jarka mimowolnie, ale gdy już wyszło, pociągnęło za sobą kolejne słowa: - Mam szesnaście lat...
- Co oznacza, że ani nie jesteś dorosły, ani samodzielny. Mieszkasz tu, gdzie warunki ustalają osoby opłacające czynsz. A właściciele nie tolerują takich substancji w lokalu. Skoro wymagasz ścisłego nadzoru, dostaniesz go wedle potrzeb i nawet na zapas. Nie zostaniesz ćpunem, młody. Po moim, kurwa, trupie.
Ojciec się odwrócił i poszedł do łazienki. Jarek poszedł za nim. Zdążył zobaczyć, jak torba wpada do toalety, by zaraz po spuszczeniu wody zniknąć w odpływie. Sto złotych i zaufanie Groszka połknęła dziura na gówno, pomyślał wściekły Jarek. Stary powtarza frazesy matki o zaufaniu, komitywie i Bóg wie czym jeszcze, a zobaczywszy zwykły woreczek z trochę niezwykłą zawartością, przestaje słuchać syna. Ot tak. Żadnych szans na wyjaśnienia. A przecież powiedział prawdę - to nie jego sprzęt.
- I wiesz, co? - spytał Grzegorz.
- Co...
- Może mi nigdy nie podziękujesz...
- Na pewno - rzucił Jarek, ze skrzyżowanymi ramionami.
- ... ale robię to dla twojego dobra.
Jarek z niedowierzaniem pokręcił głową. Wiedział, jak rodzice tłumaczą swoje debilstwa, ale żeby nawet teraz?
Jelita Jarka dopraszały się o uwagę.
- Wyjdź stąd... - powiedział młody, zaciskając pośladki z całej siły.
- Torba już poszła do rybek, nawet się nie łudź, że coś wyłowisz.
- Muszę skorzystać z kibla.
Ojciec zmierzył go ostrym spojrzeniem, a potem po prostu wyszedł. Kroki stawiał tak stanowczo, jakby chciał rozwalić płytki podłogowe.
Bulgotanie w żołądku było nie do zniesienia i przez dobre kilka minut bał się podnieść tyłek z sedesu. Wtedy też dostrzegł, że z kieszeni spuszczonych spodni wystaje róg pudełka. Węgiel aktywny od zwariowanej kobiety, o której zdążył już zapomnieć. Miała rację - przyda się mu, jak nic innego. Wziął kilka tabletek, bez zwracania uwagi na zalecenia dotyczące dawkowania, i popił wodą z kranu. Później wyszedł z łazienki gotowy na kolejną porcję wyrzutów.
Prawdziwe piekło jednak Grzegorz rozpętał miesiąc później, gdy wywęszył od syna smród marihuany. Ciągle go nie uderzył, natomiast ogromnie utrudniał mu życie. Z dwojga złego Jarek wybrałby regularne lanie.