Kadet (#1) - Jarosław Kasperek

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ziemia (obecnie Gaja) początek XXI wieku

Szaman leżał sobie wygodnie na trawie, podziwiając zachód słońca. Trenował właśnie trudną sztukę niemyślenia. Nie jest to łatwe, ale polepsza samopoczucie.

Długo szukał odpowiedniego miejsca odosobnienia. Osiadł wreszcie w samym sercu kanadyjskiej puszczy. Kupił odpowiednie ubrania, namiot, wędki, siekierę i parę innych rzeczy, a po czym zbudował dom i nauczył się funkcjonować w nowym środowisku. Polubił to życie i umiejętności, które tu rozwinął, były unikalne.

Szelest liści przerwał dalsze rozmyślania. Gałęzie krzaków, którymi zarosła dawno nieużywana ścieżka, rozsunęły się i ukazały posapującą postać, dzierżącą w ręku ogromną maczetę. Gość był starszy, tęgi i ubrany w zielony kapelusz, zielone spodnie, zieloną bluzę, buty trapery i olbrzymi plecak - też zielony. Za nim szła chuda dziewczyna, identycznie ubrana w wieku, tak na oko, dwudziestu paru lat.

- Dzień dobry - powiedział. - Przepraszam, czy pan eee... Szaman?

- Tak nazywają mnie czasem Indianie - uśmiechnął się. - Mam na imię Nick.

- Bob, bardzo mi miło, a to jest Melinda. Dzięki Bogu, że tu w ogóle trafiliśmy. Długo cię szukaliśmy.

- Trzeba było wziąć indiańskiego przewodnika.

- Ja bym wziął, ale Mel się uparła, że sama cię namierzy, bo wiesz, ona jest trochę jasnowidząca, ale coś jej za bardzo nie wychodziło.

- Nic dziwnego, bo zabezpieczam się przed penetracją mojego umysłu.

- Domyśliłam się tego, ale byliśmy już w głębokim lesie - uśmiechnęła się nieśmiało, błyskając aparacikiem na zębach.

- Dobrze, że wziąłem maczetę, bo inaczej nie przedarlibyśmy się przez te krzaki. A komary tutaj są wielkie jak słonie. Ciebie nie gryzą?

- Trochę gryzą, więc lepiej pogadajmy w mojej chacie.

Budowla, w której mieszkał gospodarz, zrobiona była z drewnianych bali, o krzywym dachu krytym trzciną. Większą część izby zajmował solidny piec z kamieni i gliny.

- Z tego pieca jestem najbardziej dumny. Jest mocny i podpiera dach. Najtrudniej było zrobić komin. Siadajcie.

Usiedli na ławach przy stole z nieheblowanych desek. Gospodarz zapalił lampę naftową.

Melinda rozglądała się z zainteresowaniem.

- Wszystko to sam zrobiłeś?

- A miałem inne wyjście?- wzruszył ramionami. - Na początku myślałem o szałasie z kory, to był kiedyś tradycyjny dom Odżibwejów, tutejszych Indian, ale stwierdziłem, że jest trochę no... za mało komfortowy. Natomiast użyłem tego materiału do pokrycia kibl... to znaczy wychodka. Później wam pokażę, gdzie stoi.

- Wiesz, zawsze marzyłam, żeby żyć w takim miejscu.

- Ja też marzyłem, ale gdybym wiedział, ile to mnie będzie kosztowało wysiłku, to nie wiem, czy bym się zdecydował.

- Musiałeś mieć jakiś ważny powód - stwierdził Bob. - Tak jak i my.

- Zaraz pogadamy, tylko może najpierw zrobię wam coś do picia i do jedzenia. Niestety nie mam kawy ani herbaty.

- Dzięki, kawę i herbatę mamy ze sobą, więc pozwól, że to my cię poczęstujemy.

Bob zaczął rozpinać plecak.

- Mel, możesz wyciągnąć suchary i czekoladę?

Nickowi roześmiały się oczy na widok wyjmowanych produktów.

- Wow, już nie pamiętam, kiedy ostatnio piłem kawę.

Wstał i zaczął rozpalać w piecu.

- Odżywiam się tutaj głównie grzybami, kukurydzą i rybami.

- Dobrze ci to robi na linię. Chociaż myślę, że na podobnej diecie, w dwa tygodnie zrzuciłbym nadwagę.

- Może będziesz miał okazję - uśmiechnął się gospodarz, nalewając wody z glinianego dzbana do okopconego czajnika.

- Sądzę, że wiesz, co nas tu sprowadza. Ja sam nie do końca rozumiem. Mel też nie, chociaż to ona miała wizje, żeby odnaleźć jakiegoś jasnowidza. Mówiła, że to dla nas ważne.

- I to prawda, dlatego tu jestem - powiedział Nick, stawiając na stole blaszane kubki. - Wiem, bo sam inspirowałem Melindę. Wysłałem telepatyczny przekaz, który widocznie tylko ona była w stanie odebrać, bo do tej pory nikt inny się nie odezwał.

Dziewczyna aż podskoczyła na ławie.

- Zaczęłam to wyczuwać, jak tylko cię zobaczyłam. Było w tobie coś dziwnie znajomego. Byłam przekonana, że mam telepatyczny kontakt z jakąś formą Inteligencji Pozaziemskiej. W dodatku przyjaznej. No to nieźle mnie nabrałeś.

- Miałem naprawdę ważny powód.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, dzięki czemu wtargnęły przez otwarte okno odgłosy puszczy.

- Dobra herbata - stwierdził Nick.

- Wiemy - odpowiedział Bob. - Nie odbiegaj od tematu.

- Okej - zgodził się gospodarz, napił się i wziął herbatnika. Światło lampy złotawo podświetlało jego twarz. - Cała historia jest bardzo dziwna i trochę... nieprawdopodobna. Wiecie, że wibracje Ziemi bardzo wzrosły?

- Wiemy, Jasnowidzący to wyczuwają, a coraz więcej ludzi odkrywa w sobie paranormalne uzdolnienia. Większość jednak nie ma pojęcia co z tym robić i myślą, że wariują. Ja też tak myślałam. Na szczęście, zanim udałam się do psychiatry, przeczytałam książkę Boba.

- Ooo, piszesz książki?

- Bob jest całkiem dobrze znany w kręgach ezoterycznych. Pisze książki i prowadzi wykłady.

- Staram się służyć ludziom, jak potrafię, a że przy okazji trochę przy tym zarabiam, to chyba nie szkodzi. Moją specjalnością jest starożytna wiedza hawajskich szamanów.

- Ciągle mnie zaskakujesz - roześmiał się Nick. - Wiecie, spędziłem z nimi trochę czasu na Maui.

- No proszę, dotarłeś do źródła - powiedział Bob. - Wcale mnie to nie dziwi, ale... znów odbiegliśmy od tematu.

- Dobra - kontynuował Nick. - Otóż istnieje kilka teorii, dlaczego tak się dzieje, od globalnej katastrofy do nastania złotego wieku. To pewnie wiecie?

- O tym się mówi od kilkudziesięciu lat, nic nowego. Jak będzie, to się okaże - powiedziała Mel. - Przyszłość ludzkości jawi mi się raczej pozytywnie, ale bez szczegółów.

Zapadła chwila ciszy, którą przerwał Nick.

- Mel!

- Słucham?

- Mówiłaś, że odniosłaś wrażenie, że masz kontakt z formą Inteligencji Pozaziemskiej?

- Tak to odczułam.

- Niezupełnie się pomyliłaś.

- Jak to?

- Ja byłem tylko przekaźnikiem. Oni mówili do ciebie bezpośrednio.

- Co? A dlaczego akurat do mnie?

- Nie tylko ciebie, ale i do mnie i Boba, wszystko mieli zaplanowane z góry, gdyż podróżują w Przyszłość i w Przeszłość. Jest to rzeczywiście zaawansowana inteligencja, ale bynajmniej nie pozaziemska. Oni są jak najbardziej z Ziemi, tylko że z... Przyszłości. Wybrali nas, bo jesteśmy jednymi z nich, tylko o tym nie pamiętamy. Wpakowaliśmy się tu na Ziemię na ochotnika, żeby pomagać ludziom w transformacji świadomości na wyższy poziom. Mamy nałożone blokady pamięci, ale poprzez nasze podświadomości stale komunikują się z nami.

Minęła dłuższa chwila.

- Ufff... Mocno zabrzmiało - powiedział Bob. - To by jednak wiele tłumaczyło. Jak do tego doszedłeś?

- Jak się tylko dostroiłem - bo wiesz, to miejsce ma szczególną energię - zaraz zacząłem coś odbierać. Z czasem coraz wyraźniej.

- Skąd wiesz, czy nie wyprowadzają cię na manowce?

- Pewne wibracje - można by powiedzieć, że wysokie - które empatycznie czułem. Poza tym wyraźnie czuję więź. Mel chyba może to potwierdzić.

Mel pokiwała głową i ziewnęła.

- Tak, ale jestem taka śpiąca, że już mi właściwie wszystko jedno. Możemy przestać gadać i iść spać?

- Ok, dokończymy rozmowę jutro, jak się wyśpimy - powiedział gospodarz.

- I jutro umyjemy zęby - powiedziała z uśmiechem wskazującym na to, że nie mówi tego poważnie.

- Niegrzeczna dziewczynka - powiedział Bob. - Proszę, tu jest pasta i szczoteczka, a ja rozkładam śpiwory. Nick!

- Słucham?

- Możesz pokazać ten swój superwychodek pokryty korą?

- Jasne, tylko weź latarkę.

Kiedy Bob otworzył oczy, w chacie było już dość jasno. Wszyscy jeszcze spali. Nick odstąpił, tym razem, od swojego codziennego zwyczaju oglądania wschodu słońca. Niebo było zresztą zachmurzone, ale deszcz nie padał. Bob tylko tyle mógł dostrzec przez okno z poziomu podłogi, na której leżał. Boki bolały go od twardej, glinianej polepy, ale chętnie by jeszcze pospał, gdyby nie pewna niecierpiąca zwłoki konieczność. Starając się nie robić zbyt wiele hałasu, wygrzebał się powoli ze śpiwora i, nie trudząc zakładaniem butów, wyszedł na zewnątrz. Chłodne powietrze wygoniło resztki senności, a mokra trawa przyjemnie chłodziła mu stopy. Stwierdził, że ma dobry humor i, cichutko pogwizdując, udał się w kierunku najbliższego krzaczka.

Przemieszczanie się Boba w kierunku wyjścia obudziło Nicka, który też spał na podłodze, gdyż rycersko oddał swoje łóżko dziewczynie. Wstał, przeciągnął się i ponieważ nie cierpiał bałaganu, zaczął sprzątać brudne kubki i miski po wczorajszej kolacji. Wyniósł naczynia na zewnątrz, by je opłukać wodą z plastikowego wiadra.

- Tak - zamruczał. - Trzeba przyznać, że mieszkam w bardzo ładnej okolicy. Las, rzeka, niewielka polanka, ale co tu ukrywać, tęsknię za cywilizacją. A zwłaszcza... - tu spojrzał na chatę - za niektórymi jej aspektami.

Jeden z owych aspektów wyłonił się właśnie z sieni. Melinda obrzuciła okolicę niezbyt przytomnym spojrzeniem. Rozczochrana, ubrana tylko w kusy podkoszulek i majtki, wydała się Nickowi takim zjawiskiem, że aż jęknął cicho.

Dziewczyna spojrzała na Nicka ponuro.

- Czy wy, do cholery, macie owsiki? Najpierw wczoraj nie mogłam zasnąć, bo żeście chrapali jak zarzynane dziki, a teraz najpierw jeden wstaje o świcie, żeby oddać mocz, a drugi rzuca talerzami i obija się o wszystkie możliwe sprzęty. POZA TYM TE DRZWI STRASZNIE SKRZYPIĄ!

- Przepraszam - odpowiedział skruszony. - Chciałem zrobić kawę.

- Aha - uśmiechnęła się niespodziewanie. - Wybacz, ale jak jestem niewyspana, to mam zły humor, więc kawa jak najbardziej wskazana. Możesz mi jeszcze powiedzieć, gdzie mogę się umyć?

Gospodarz pokazał palcem.

- Tam, za tymi krzakami jest rzeczka. Widzę, że Bob już rozpoznał teren.

Rzeczywiście, spoza wskazanych krzaków wyłoniła się znajoma postać idąca energicznym krokiem w ich kierunku.

- Wykąpałem się w rzece - oznajmił Bob triumfalnie.

- Nie masz pojęcia, jaka zimna woda - dodał, zwracając się do Mel.

Dziewczynie zrzedła mina.

- Trudno. Wy zróbcie kawę, a ja idę nad rzeczkę. Tylko wezmę mydło i ręcznik.

Weszła do chaty, a po chwili ruszyła w kierunku wody, wymachując niewielką torbą.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Ścieżka prowadziła do dużej, okrągłej polany. Dokładnie na jej środku stał dysk hiperprzestrzenny, a pod nim kręciło się parę osób. W miarę zbliżania się zacząłem rozpoznawać twarze moich towarzyszy podróży.

Aenę i Nel znałem już wcześniej, ale ponieważ studiowaliśmy na różnych kierunkach, dość rzadko się spotykaliśmy. Każde z nas spędzało wolny czas w gronie swoich własnych przyjaciół. Nie znałem trzeciego towarzysza, lecz jego wydłużone do góry uszy świadczyły o tym, że prawdopodobnie był Plejadaninem.

- Cześć - powiedziałem.

- Cześć - dziewczyny odpowiedziały jednocześnie, a on podniósł dłoń w geście powitania.

- H'natz... Aerte - przedstawiła nas Aena. - H'natz pochodzi z Plejad, jest pilotem i konstruktorem statków czasoprzestrzennych. Będzie testował nowy model generatora pola grawitacyjnego.

Spojrzałem sceptycznie na statek, którym mieliśmy lecieć. Mówiąc szczerze, ten model czasy świetności miał już dawno za sobą. Plejadianin zauważył moje spojrzenie.

- Stary jest tylko kedłub, resta to berdzo dobra łobudowa do nasego projektu, stop miedzi, niklu i złota. We srodku jezd wsystko nowiutkie.

- H'natz jeszcze się uczy naszego języka - wyjaśniła Aena, widząc mój uśmiech.

- To na co czekamy? Wsiadajmy - zaproponowałem.

- Jeszcze nie - pokręciła głową Aena. - Brakuje nam jednego członka załogi.

- Kogo?

- Kapitana. O, właśnie idzie.

Wysoki, siwy mężczyzna ubrany w luźny, szary kombinezon zbliżał się spacerkiem, trzymając ręce w kieszeniach. Rzeczywiście miał odznakę kapitana.

- Czołem, załogo, widzę, że już jesteście w komplecie. Nazywam się Uwe Ortis i będę waszym szefem podczas tego lotu. Oczywiście jesteście zapoznani z ogólnymi celami tego szkolenia?

Popatrzyliśmy po sobie. Mnie nikt nie zapoznawał. Chyba, że coś mi umknęło. Dziewczyny miały niewyraźne miny, tylko H'natz wydawał się być rozbawiony.

- Żartowałem. Nikt tego nie zrobił, bo tak naprawdę to misja testowa sprawdzająca Was, w różnych sytuacjach, pod kątem przydatności na różnych stanowiskach we flocie Federacji. Mamy tylko ogólny harmonogram i wasza inicjatywa będzie mile widziana oraz doceniona. Uczymy się samodzielności w myśleniu i działaniu. Jakieś pytania?

Jak zwykle po takim pytaniu zapadła cisza.

- Kiedy ruszamy? - spytałem w końcu.

- Możemy zaraz. Ustawcie się pod włazem. Wsiadamy.

Statek nie różnił się z zewnątrz od znanych mi pojazdów. Miał kształt dysku o średnicy pięćdziesięciu metrów. Wyglądał dosłownie jak dwa głębokie talerze połączone krawędziami, wokół których rozmieszczono iluminatory. Na wierzchu - kopuła anteny hiperprzestrzennej, na dole - trzy podpory zakończone wielkimi, okrągłymi łapami. Stanęliśmy pod okrągłym włazem i zostaliśmy wessani do środka przez pole grawitacyjne. Wylądowaliśmy w Śluzie, na której ścianach wisiały znane mi skafandry i przez chwilę poczułem się, jakbym był znowu w szkole, na zajęciach pilotażu. Po krótkiej chwili, gdy zostaliśmy już sprawdzeni i zeskanowani, otworzyły się drzwi i mogliśmy wejść dalej.

- Pewnie znacie ten rodzaj pojazdu - raczej stwierdził niż zapytał, Uwe. - Ale zgodnie z przepisami, muszę Was z nim zapoznać. Zaczniemy od góry.

Kokpit jest mózgiem każdego statku, w przenośni i dosłownie, gdyż tam właśnie półorganiczny mózg przeprowadza i kontroluje większość procesów związanych z lotami oraz z działaniem całej infrastruktury. Piloci zwykle leżą na swoich fotelach i przeraźliwie się nudzą, bo poza wprowadzeniem parametrów celu lotu, nie mają właściwie nic do roboty. Oczywiście jest także awaryjne sterowanie ręczne, ale nie słyszałem, żeby ktoś tego używał. Spore, okrągłe pomieszczenie, podkowiasty pulpit sterowniczy z ekranami, dwa fotele przed pulpitem, trzy pozostałe z tyłu. Cztery ekrany na ścianach przekazywały obraz otoczenia statku. Przyćmione światła - czyli, jednym słowem, normalka. Większość dysków ma identyczne pomieszczenia.

Nel usiadła na jednym z foteli i obróciła się w kółko. - Ojej, ale wygodny!

- Ten typ fotela dopasowuje swój kształt do sylwetki człowieka - powiedziałem.

- Jeszcze się na nim nasiedzisz - uśmiechnął się Uwe. - Chodźmy dalej i miejmy to z głowy.

Właściwie niewiele zostało do obejrzenia, statek nie był przecież duży. Znajdowało się w nim trochę schowków na różne przedmioty i szaf na kombinezony. Najwięcej miejsca, bo prawie cały środkowy pokład, zajmowała okrągła salka edukacyjno-wypoczynkowa. Była niezbyt wysoka, ale miała prawdziwe okna i cały sprzęt potrzebny do zabijania nudy.

Zwiedzanie zakończyliśmy w niewielkim pomieszczeniu na niższym pokładzie - w kantynie z samoobsługowym bufetem.

- Częstujcie się - Uwe opadł na jedno z krzesełek. - Samo ekologiczne jedzenie. Kiełki, warzywa, owoce, soki, mleko roślinne, sałata i tak dalej. Mamy też piwo i cheeseburgery.

- Piwo? - spytałem. - Takie z alkoholem?

- Nie, ale całkiem niezłe. Na statkach nie wolno pić alkoholu. Jak pewnie wiesz.

- Wiem, ale szkoda.

- Słusznie - powiedziała Aena, mając pełne usta gotowanej marchewki. - Posa tym nie lufię pifa, bo jeszt goskie.

- Nie mówi się z pełną buzią - pouczyła ją Nel.

- U nas nie ma pifa - odezwał się H'natz, który nic nie jadł.

Kapitan wstał, odchrząknął i powiedział:

- Po lunchu zapraszam na środkowy pokład. Omówimy wstępnie harmonogram lotu.

Uwe wyszedł, a mnie nie chciało się specjalnie wstawać. Piwo było takie sobie, ale przynajmniej zimne.

- Chodź, Aen - powiedziała Nel. - Arti dołączy jak zaspokoi pragnienie.

* * *

W sali panował półmrok. Szyby w bulajach zostały przyćmione, a kapitan mówił, stojąc przed trójwymiarową projekcją Układu Słonecznego.

- Przeszłość jest kluczem do zrozumienia Teraźniejszości, która to z kolei tworzy Przyszłość. Logiczne jest zatem, że Przyszłość jest wynikiem naszego myślenia i działania Tu i Teraz, ale najczęściej to właśnie myślenie bazuje na naszych doświadczeniach i wiedzy.

Uwe popatrzył na nas, jakby mu się coś przypomniało.

- Właściwie, czy... przynajmniej ogólnie... ktoś wam powiedział, dokąd właściwie lecimy?

- Początek - wyrwało mi się.

- Słucham?

- Mamy dotrzeć do początku Nowej Ery, kiedy to ludzkość rozpoczęła proces kolejnej ewolucji świadomości, dzięki czemu mogliśmy dołączyć do innych międzygwiezdnych cywilizacji w stosunkowo krótkim czasie.

- Co oznacza skok w przeszłość - dodałem po chwili.

Uwe podszedł do trójwymiarowej mapy zawieszonej w powietrzu.

- Tak. Polecimy, popatrzymy i wrócimy. To coś jak pójście do muzeum, tylko czeka nas więcej zwiedzania.

- Spójrzcie tu - powiedział, powiększając obraz. - Tam właśnie lecimy. To będzie zwykły, hiperprzestrzenny skok w przeszłość.

Przyjrzałem się obrazowi naszej planety z tamtego okresu i nie był to przyjemny widok.

* * *