Okna
Tamtego majowego ranka, gdy odkrył, że jest bogaty, Leon struchlał i zmartwiał. A mówiąc między nami, prywatnie i zwyczajnie: dostał
rozwolnienia we śnie.
Niedługo później, albo może było to rankiem następnego dnia, albo
któregoś z kolejnych dni - nie potrafiłby powiedzieć dokładnie, bo za
oknem wciąż świeciło słońce - zwlókł się z łóżka i w poczuciu winy,
trzymając się ścian, poczłapał tam, gdzie trzeba. Oczywiście na wszystko
było za późno, ale czas w życiu Siermięgi od dawna już nie miał formy
linii prostej. Pętlił się. Podobnie rzecz miała się z samopoczuciem.
Falowało.
Z ubikacji Leon wyszedł już jako nowy człowiek. Wpierw w odgłosach
siklawy spuszczanej wody, potem w charczeniu walczących z treścią ludzką
starych rur, nagi, szurając kapciami przemierzył pokój.
Po drodze rzucił przelotne spojrzenie w lustro, by sprawdzić, czy
wygląda tak, jak się czuje. Tak, wyprostowany, prawie nieutykający.
Twarz z ostro zarysowaną kością brody, cień zarostu. Takiej twarzy nie
widywał u siebie od lat. Zapomniał, że kiedyś w ogóle ją miał. Dobra
twarz; męska twarz.
Leon podszedł do okna kuchennego i, uważając, żeby nie poruszyć firanki,
wyjrzał na podwórko kamienicy.
* * *
Nic, tylko furkot skrzydeł i pióra. Meneliza stała w szlafroku pod
kapliczką Matki Boskiej Podwórkowskiej i karmiła bułką gołębie.
Biedna, umęczona. Wyglądała, jakby wszystko wewnątrz niej upadło do nóg.
Kiedyś najładniejsza w klasie. I właśnie ta uroda, jak kłoda, legła jej
pod nogami od razu na starcie świadomego życia. Mała potknęła się i już
nigdy nie złapała równowagi, runęła.
Urodziła troje dzieci, zanim jeszcze skończyła dwudziestkę. Jedno zmarło
śmiercią łóżeczkową w noc po chrzcie. Drugie, córka, dawno dorosłe, nie
chciało mieć z mamusią żadnych wspólnych wspomnień. A trzecie, Adonis,
oficjalnie dobiegający pełnoletności w rodzinie zastępczej w nieznanym
mieście - ale raczej chyba w więzieniu, jak się mówiło na Niecałej - był
podobno głębokim autystykiem.
Leon obrzucił kobietę zimnym okiem. Meneliza przypominała postać z posągu za swoimi plecami i dobrze o tym wiedziała. Numer z karmieniem
ptactwa należał od jakiegoś czasu do jej żelaznego repertuaru. Zwracała
na siebie uwagę. Ale wołała nie wiadomo o co, chyba o guza.
- Stylizowane emocje - szepnął stary, wzruszając ramionami.
Przeszedł przez pokój do przeciwległego okna, od ulicy.
Po drodze lustro w przedpokoju znów ujawniło jego oczom wspaniałego
samca, wcale nie tę jakąś codzienną resztkę mężczyzny. Siermięga
przystanął. Wciągnął brzuch. Objął dłońmi biodra w taki sposób, że
kciuki wystawały na zewnątrz, wskazując przyrodzenie.
Język ciała, w tym - jak mu się zdawało - był kiedyś mistrzem.
Uśmiechnął się śmiało. Sztuczna szczęka pozostała jakimś cudem na
miejscu. Zęby zalśniły żółcią klawiszy starego fortepianu. Nieźle.
Zrzucił kapcie podomowe, stanął boso. Haluksy, no i co z tego? Da się z tym żyć! I Leon przepełnił się nagle taką śmiałością, taką niedorzeczną
wiarą w siebie, że aż się przeraził. Zmitygował postać w lustrze. Brzuch
znowu wylazł i rozpłynął na boki. Ale figlarny nastrój nie ustępował.
- No i proszę - powiedział do siebie Profesor, a oko błysnęło mu
łobuzersko. - Wystarczyło wysrać się szczegółowo.
Ale to nie była cała prawda, wiedział o tym. Teraz trzeba było uważać,
żeby nie popełnić jakiegoś głupstwa. Mimo to Leon odważnie otworzył
drzwi balkonowe na całą szerokość i wyjrzał na Niecałą. Stał oparty
brzuchem o drewniane zabezpieczenie balkonu, który dawno temu odpadł,
pozostawiając po sobie jedynie dwa betonowe, wbite w mur pod kątem
prostym dźwigary.
Leon rozejrzał się. Po prawej nic, po lewej nic. Pusto. Pod nim, u Celiny Urniarz, suszyło się na słońcu pranie. Na chodniku, w cieniu
wielkiej donicy, w której zamiast roślin tkwiły pety, wylegiwała się,
dysząc ciężko, suczka pani Żałobowej. Nad Leonem jeszcze dwa piętra i już niebo.
- Zawsze jest jeszcze wszechświat - szepnął Profesor.
Był to ulubiony jego cytat, klejnot z zeszytu z cytatami, notatkami i bazgrołami Leona Siermięgi. Niestety nie wiedział, kto tak powiedział,
ale na pewno nie on sam.
* * *
Na wprost okna, na skraju bruku z kocich łbów, stał zapatrzony przed
siebie Waldemar Kurtz z najwyższego piętra, były pułkownik, i wahadłowo
przenosił ciężar ciała z palców na pięty i na odwrót.
Ręce miał skrzyżowane za plecami, od czasu do czasu rytmicznie poruszał
palcami. Ciekawe, na co tak patrzył, skoro po drugiej stronie ulicy
Niecałej, dokładnie naprzeciwko kamienicy 44, biegł wysoki mur z czerwonej cegły, który urywał się nagle bliżej torów kolejowych, przy
zakładzie pogrzebowym Eden, i odsłaniał coś, co kiedyś było skwerkiem,
ale zmieniło się w puszczę z jedną ławką i jedną zjeżdżalnią dla
dzieciaków - Plac Osiemset Plus.
Pułkownik musiał patrzeć na coś choćby z tego powodu, że trudno było
wyobrazić sobie, że taka persona jak Kurtz nie patrzy na nic. Łysy,
potężny, ubrany w koszulkę na ramiączka, spod której - na plecach -
wystawały zmechacone siwe włosy.
Ten Kurtz to była zagadka. Otaczała go aura chytrego węża niejasno
umocowanego w sferach władzy. Po pierwsze, nie wiadomo, jakich służb był
pułkownikiem. Owszem, starsi i trzeźwiejsi lokatorzy kamienicy, czyli
Leon, pamiętali jeszcze, jak za socjalizmu przywoził go z pracy
granatowy polonez. Albo jak czekał na Kurtza pod kamienicą enigmatyczny
kierowca z twarzą pozbawioną mimiki. A pułkownik wychodził w sztywno
odprasowanym garniturze i pod krawatem, wygolony do ciemnej siności,
pozostawiając po sobie na klatce schodowej duszny zapach dezodorantu
marki Derby. Jeśli chodzi o Derby, to był to wtedy najbardziej pożądany
dezodorant wśród alkoholików, ponieważ swoją niebywałą mocą zapachową
doskonale maskował wódczane wapory ciała.
* * *
Nagle, nie odwracając się, Waldemar Kurtz uniósł rękę jak do
pozdrowienia i powolutku pogmerał palcami w powietrzu.
Leon cofnął się w głąb pokoju. Wystarczyła jedna chwila, ten jeden gest,
żeby stracił całą pewność siebie. Teraz, przyglądając się sąsiadowi zza
firanki, z irytacją wypominał sobie te kilkanaście minut euforii.
Obejrzał się, pościel leżała na łóżku skołtuniona i poznaczona
odcieniami brązu. Dobrze, że nie miał węchu.
Stary i głupi - oto, jaki jest! Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że cofnie
się w czasie? Będzie młody i bogaty? Idiota! Był, jest i zawsze będzie z niego tylko człowiek o imponująco zerowej wartości - łajał się. Jak się
mówi inaczej na trupa? Pstrykał palcami, ale nie mógł sobie przypomnieć.
Takie krótkie słowo na "k". Do półki ze słownikiem wyrazów obcych bał
się podejść. W ogóle bał się drgnąć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ciała
Była już noc, ciemna i bezksiężycowa. Deszcz bębnił w szyby i parapety;
nadchodził przypływami, atakował i odstępował. Wiatr jęczał upiornie,
śpiewał nieznaną żałobną pieśń piekieł. W telewizji mówili, że zbliża
się powódź, jakiej nie pamiętają najstarsi Polacy. I że jesień zdarzy
się latem.
W zakratowane okno kostnicy szpitalnej zaglądała tylko jedna latarnia
starego typu: betonowy słup z nieosłoniętym kloszem na szczycie.
Delikatnie wypełniała sterylne i pozbawione wszelkich ozdób
pomieszczenie żółtym i ciepłym, pełnym cieni światłem.
Kostnica zdawała się istnieć poza czasem. Powietrze było tu ciężkie od
chłodu i zapachu środków dezynfekujących, które - mimo całej swej
chemicznej mocy - nie potrafiły zagłuszyć mdlącej woni śmierci.
Pachniało słodko-kwaśno, a wiatr - szarpiący się na łańcuchu pies - nie
miał tu dostępu, choć szturmował uparcie. W środku szumiała
klimatyzacja. Czasem też żeliwne rury umocowane w rogach pod sufitem
wydawały z siebie głośne czknięcie - jakby masy płynących nimi cieczy
usiłowały przetkać jakiś zator. Ale to było normalne - cała dzielnica
cierpiała z powodu przestarzałej przedwojennej kanalizacji.
* * *
Jedna oszalała jarzeniówka migała z niezdrową nieregularnością w kącie
za przepierzeniem z grubego płótna - należąca do świata przedmiotów
martwych wariatka, która widziała zbyt dużo, żeby móc kiedykolwiek
zasnąć.
Ściany miały kolor poszarzałych kości, ich nieskazitelna czystość była
jedynie cienką błoną zasnuwającą niepojętą liczbę ludzkich przypadków
medycznych i opowieści życia, które definitywnie - po wypaleniu się -
odstawiano tutaj na boczny tor. Każdy centymetr ściany wiedział więcej,
niż zdołał zapamiętać.
Metalowy stół z nierdzewnej stali, rzeźbiony regularnymi rowkami
odprowadzającymi w razie potrzeby krew i płyny ustrojowe, łyskał smutnym
światełkiem, odbijał blask latarni. Kładł się na niego wielkim,
przytłaczającym konturem kształt okiennych krat - kutych w ozdobne
secesyjne kwiaty. Stół przypominał pogański ołtarzyk ku czci milczenia.
Nic tu nie było widowiskowe, ani nagłe. Jeśli czymś przerażało, to
spokojem - obojętnym i metodycznym spokojem procedur instytucji, dla
której umarli to codzienność. Cisza nie była gościem, tylko
pełnoprawnym, zameldowanym lokatorem. Przylegała do ciał jak naoliwiony
całun i tak pozostawała - bez oddechu, bo tutaj się nie oddychało. Każdy
nieoswojony dźwięk, jaki by się pojawił - nawet pojedyncza kropla
rozbijająca się o beton podłogi - urósłby do rangi złowrogiej wieści
dobijającej się skądś głęboko w podłodze. Dźwięk byłby bardzo
niepożądany, mógłby obudzić coś, co powinno pozostać nieruchome i pokutować tu po kres świata.
Ale od kilku dni w telewizji pokazywali proroka Porwaja, który dowodził,
że świat właśnie się kończy. Temat chwycił i pasjonował publikę.
* * *
Coś za oknem przeszyło powietrze, przeleciało po przekątnej z dołu w górę, wtedy dopiero walnęło głucho, blaszanie. Syknęło, błysnęło i zapanowała ciemność. Potem rozległ się cichy, krótki gwizd.
Bezgłos w kostnicy zgęstniał i przyczaił się. Ale w powietrzu dało się
wyczuć, że tak nie zostanie - że to jedynie czekanie na stosowny czas.
Takich rzeczy nigdy nie wie się na pewno, nie są wyświetlane na żadnej
tablicy ogłoszeń, ani na ekranach telefonów - to raczej natężenie
trwogi, zwierzęcy instynkt pierwotny.
Po minucie czy dwóch nad kotarą oddzielającą węższą część pokoju ukazała
się stara, poobijana, drewniana proteza ręki. Nadziana na kij od
szczotki wyłoniła się, powolutku powędrowała w górę, pod sufit, na
chwilę tam zatrzymała, a następnie jednym małym ruchem przedramienia
zbiła szamocącą się jarzeniówkę. Posypało się drobne szkło. Ciemność nie
ma jakiegoś własnego zapachu albo kształtu - przejmuje te cechy z otoczenia, w którym panuje, oraz z wyobraźni ludzi żywych.
Ale ta ciemność była obezwładniająca właśnie dlatego, że dokoła nie było
nic żywego. Można było najwyżej spodziewać się, że krążą gdzieś pod
sufitem dogasające myśli tych, których przywieziono tu poprzedniego dnia
i nie zdążyli jeszcze wystygnąć z niepotrzebnych już emocji. Ciała
astralne, mówiły o takich z przekąsem szpitalne łapiduchy. Jednak na
razie nic się nie działo, zdawało się, że samo chemiczne powietrze
nasłuchuje.
Nagle rozwarła się kurtyna przepierzenia i na główną salę tej poczekalni
śmierci wytoczył się miękko i bezszelestnie podłużny wózek do przewozu
towarów. Za nim podążyły dwa wózki inwalidzkie. Cała ta upiorna karawana
na gumowych kołach zatrzymała się przy stole do sekcji, wydając jedynie
cichutki szczęk zderzenia blachy z blachą. A potem - niechże zamilkną
śmiechy niedowiarków, a błogosławieni niech będą ci, co nie widzieli, a uwierzyli - w całkowitej czerni zaszumiały dobrze naoliwione szyny
umieszczonych w ścianach szuflad chłodniczych. Odgłosy suwania dobiegały
niemal jednocześnie z wielu miejsc tej upiornej szuflandii.
Pomieszczenie zaroiło się od szeptów.
Beztwarze, bezmózgie i kaprawe postaci - ale też te całkiem młode i przystojne, z rozprutą piersią - powstawały z pozycji leżących. Nie były
w stanie usiąść, dlatego chwiały się bezradnie sztywnymi korpusami nad
brzegiem szuflad. Gdzie?, gdzie? - dało się słyszeć cichsze od deszczu
szepty.
Kółka jeździły po szynach. Dużo wzdychano pełną piersią, zastałym
powietrzem. Ktoś przeliczył się w ruchach i głośno opadł całym sobą na
blachę-kwasówkę. Wolność tego niespodziewanego drugiego życia, już nie
tak wygodnego jak to prawdziwe, ale jednak życia - o dziwo - nie
prowokowała do strzelistych modlitw, już raczej do pomstowania. Bo nic
nie było takie samo jak kiedyś. Wszystko było obrzydliwe, zimne i oślizłe jak udko kurczaka świeżo wydobyte ze sklepowej folii. Ludzie
kleili się do rąk. Starsi stukali o siebie jak drewniane klocki. Ktoś
wymiotował stłumionymi spazmami nad wielką umywalką, w której mógłby
zmieścić się byk.
Wtem, na mgnienie, w czarno-szarości, do której już przyzwyczaiło się
oko, powstał wysoko ponad inne kobiecy kadawer bez głowy i rąk. Deszcz
akurat odstąpił od okien, jakby z szacunkiem dla tej znękanej osoby.
Kadawer chwilkę żeglował przez zaduch, poruszając się miarowo w górę i w dół. Opadł na któryś z foteli inwalidzkich. Za nim poszły jeszcze dwa
inne. Stuknęły o blachę, plasnęły o dermę siedzisk i ktoś rzucił
szeptem: "Bedzie tego, kurwa!"
Do ogarniętego bezkrwawą rewolucją pomieszczenia wdarł się szary kwadrat
światła. Ukazał pobojowisko. Potem poszerzył się nieco z lekkim
skrzypieniem, a przez otwarte drzwi kostnicy wyprysnęły w podziemne
korytarze szpitala dwa wózki inwalidzkie i podłużny wózek z nierdzewki.
Siedziały lub leżały na nich byłe osoby ludzkie; zwłoki.
Drzwi do świata ciszy zamknęły się z nieodgadnioną lekkością. Odbite
przez ciemność wnętrze znów pogrążyło się w tajemnicy. Była to ostatnia
przygoda życia dla kilku bezimiennych osób.
To
Leon Siermięga nic nikomu nie był winien. Z tego faktu czerpał drobne
elementy zadowolenia, ale o radości nie mogło już być mowy. Nie w jego
wieku, nie w jego sytuacji i nie w tym kraju - zwykł narzekać.
Był patykowaty wzdłuż, pękaty w tyłku, niepogodzony z łysieniem i flaczeniem skóry. Mężczyzna bez urody - po ojcu. Niepijący - to znaczy
pijący tylko czasami. Utykał po nieudanej operacji biodra i były dni,
kiedy musiał podpierać się laską. Stare i wyszmelcowane spodnie
garniturowe wyglądały na nim tak, jakby wyhodował sobie na starość
drugie kolana.
Przed paru laty szczęka pękła Leonowi wzdłuż podniebienia i, jeśli się
nie pilnował, opadała. Żaden domowego wyrobu klej, żadna wymuszana na
sobie mimika twarzy nie były w stanie temu zaradzić. Jeśli przytrzymywał
protezę językiem przy podniebieniu albo celowo wydłużał oblicze tak, by
wewnętrzne części policzków objęły zęby w mięsne kleszcze, uzyskiwał co
najwyżej zmianę wyrazu twarzy z wyniosłego na przyćmiony umysłowo. Była
to więc najczęściej twarz niejasna, nie tyle nawet niewiele mówiąca o nastroju właściciela, co mówiąca wszystko naraz. Znajomi ludzie,
spotykający go na ulicy, przeważnie nie wiedzieli, czy stary jest dziś
bardziej za, czy przeciw światu. To wywoływało niekiedy drobne akty
popłochu, takie jak błyskawiczne znikanie sąsiadów w bramach, udawanie
długiego i starannego wiązania sznurówek lub też gapienie się w niebo,
na gołębie.
Szczęka opadała zawsze, gdy TO nadchodziło. Leon wiedział, że TO się
zbliża, nauczył się wiedzieć. Zawsze zaczynało się od jakiejś
przypadkowej złej myśli, w pierwszej chwili zupełnie niegroźnej. Z tą
myślą chodził następnie tu i tam, do Lidla na zakupy, na spacer z psem,
na bazarek do Wietnamczyków po nowe skarpetki i majtki, do urzędów, za
nasyp kolejowy, na działki pod wyniosłymi kominami elektrociepłowni, do
Celiny na herbatę i chleb z dżemem, z wędką nad wyschłe glinianki -
posiedzieć tam w łopianach i słodkim zapachu nawłoci. To był świat
Siermięgi.
Zła myśl tymczasem rosła w Leonie bezwiednie, zataczała coraz szersze
kręgi w mózgowiu, wracała, wrastała, czepliwa jak pnącze winobluszczu
pięciolistkowego. I podobnie jak winobluszcz ekstremalnie odporna na
rzeczywistość i pozostawiająca trwały nalot na podłożu.
Leon Siermięga nawet lubił te stany, przynosiły mu złagodzenie wszelkich
cech charakteru, nie wyłączając zaburzeń i natręctw. Czuł się jak
sprawiedliwy wśród narodów świata, w tym świeckim i pozbawionym
politycznych naleciałości znaczeniu.
- Między byciem a wydawaniem - mawiał łagodnie pogodzony. - Ja chmura,
ty chmura. Duże, łagodne zachmurzenie.
Łagodność chmur mogła trwać i kilka dni, zanim Leon nie przeszedł do
rozwikływania nierozwiązywalnych problemów, które TO zawsze ze sobą
niosło. Wtedy nagle pojawiali się ludzie. Widziani kątem oka, okupanci
skrawków chodników i czarnych, otwartych jap bram. Ich pomiot
przyczajony z patykami nad kratką ściekową - to z braku piaskownic.
Gapie z ulicy Niecałej, zdaniem Leona najgorszy rodzaj ludzi. Coraz
więcej ludzi.
- Wariat wariuje - mówili.
- Gada sam do siebie.
- Formatuje se twardy dysk.
- On z 44. Tam się cyrki dzieją, strach chodzić.
- Kiedyś był bardzo porządny człowiek, nie można powiedzieć.
- No. Profesorem był, moją Eurekę uczył.
- Mojego Platonka tak samo.
- Co tu gadać, starość - wzdychał ktoś ze zrozumieniem.
- Midasa też uczył - dorzucał ktoś inny z zadumą, bo Midas został
szewcem po przyuczeniu w poprawczaku, a tymczasem nieoglądająca się na
nic cywilizacja skasowała zawód szewca i Midas próżnował.
(Nawiasem mówiąc: Kreon, jego brat, też się obijał bezproduktywnie po
życiu, zanim nie znalazł zajęcia w wydziale komunikacji urzędu
dzielnicy).
- Ten Profesor to wrak. Narobi se krzywdy, zobaczycie.
- Dzwonić?
- Co dzwonić? Gdzie? Przyjadą i go jeszcze obiją. On nasz.
- Pomóc nie pomożesz. On jest ostatni herbatnik.
A gdy dzieciaki zaczynały krzyczeć "wampir, kryj się!" i biegały za
Leonem po ulicy jak rozsypane ziemniaki, Siermięga osiągał apogeum swej
chmury i spadał na ziemię z głośnym plaśnięciem zamierających tkanek,
splątany i bezradny, całkiem nagi umysłowo.
Bez żartu: stary, śliniący się człowiek, psychonieruchawy, rozczochrany,
z opadłymi policzkami i pogryzionymi wargami, z których sterczała na
bakier sztuczna szczęka. Ze smyczą Meli, dawno zmarłego psa, owiniętą
wokół dłoni. Pośrodku jezdni. W piękny, słoneczny dzień, w śpiewie
ptaków i dusznym zapachu dzikich jabłonek. Z tramwajem cierpliwie
czekającym, aż stary zejdzie z torów. Suche gałązki wplątane w jego
sweter na plecach. Wstyd! Pała! Siadać!
Po paru takich razach Leon zorientował się, że prawdopodobnie chodzi o wysokie dźwięki. Dzieciaki się drą - on wraca na ziemię. Zbierał się
wtedy, rozglądał, jak obudzony z ciężkiego snu, przyczesywał palcami,
wciskał koszulę w spodnie. Potem ktoś z sąsiadów bez słowa podawał mu
jego grzebień, klucze od mieszkania, scyzoryk - zawsze te same rzeczy
przynależące do człowieka za życia. Poza tym wypadłe gdzieś za rogiem
papiery urzędowe, jakieś rachunki za prąd i telefon. Po paru dniach ktoś
inny przynosił mu pod drzwi zgubiony w nawłociach za torami zegarek
marki Casio, nic niewart. Raz nawet odnaleziono jego buty - sandały ze
skaju.
Wszyscy na ulicy Niecałej wiedzieli, że Leona nie stać na życie, ale nie
daje tego po sobie poznać i tylko unosi się na powierzchni, jak
przepełniony dumą spławik z korka. Rozumieli, bo w ogóle cała ta ulica
była zdziadziała. Leon budził wzruszenie. Ale w związku z tym, że niczym
nie gardził bardziej niż czułością, zwłaszcza taką, której sam jest
bohaterem, natychmiast atakował.
- Jak mi który przyniesie pieniądze albo jedzenie, ubiję! - darł się na
całą ulicę, miotając pioruny z oczu i wymachując pięścią.
Głos mu się łamał, wpadał w dyszkant. W takich stanach wszystko go
mierziło, a najbardziej sam siebie mierził, osobiście.
A Niecała siedziała cicho, tylko się przyglądała i czekała, aż Leon
pójdzie spać. Leniwy i zgodliwy spokój ulicy dawał pewność, że w tym
dniu sprawy już dalej nie zajdą.
* * *
Leon ruszył ulicą w kierunku kamienicy numer 44. Wzbierał w nim smutek,
jak zawsze kiedy TO się kończyło. Głowę miał ciężką, słuch przytępiony i bardzo się martwił z powodu rodzinnych skłonności do zmartwień. Jego
matka i dwie ciotki, niech leżą w spokoju, zmarły na melancholię. Za to
ojciec - skała; walczył w Batalionach Chłopskich i dostał medal za
odwagę. Cała nadzieja Leona w zmarłym ojcu i jego genach. Chciało mu się
pić.
Niezmienne otoczenie tego najdalszego przedmieścia, przez którego gorąc
Siermięga płynął jak rybka bez płetwy, trochę koiło, ale nie za bardzo.
Tutaj nic nie mogło go zaskoczyć, tu wszystko zastygło w czasie przed
wieloma laty. Trwało. Niby bez zarzutu, na niskim poziomie bytu, a wysokim poziomie sprytu, ale trwało. Chociaż była w tym, ma się
rozumieć, jakaś podpowierzchniowa wada. Bardziej eteryczna - uważał Leon
- niż widoma. Ulotny zapach butwy, pleśń, co ze ścian przerzuca się na
ludzi i zwierzęta. Stadna pustka myślowa. Czekanie na dzianie. Raz
Siermięga chciałby mieć władzę, żeby potrząsnąć, naprawić tych ludzi,
społeczeństwo! Raz uważał, że ludzie są skazani na świeckie piekło i szkoda na nich czasu. Chciało mu się bić.
* * *
Minął zamknięty na zawsze zakład fryzjerski trzeciej kategorii Karol. W środku, za zaciągniętą kratą, wszystko pozostało w gotowości - stare i srebrne stojące suszarki przypominające hełmy kosmonautów, lustra
odbijające głowy porozwieszanych na ścianach plakatów z eleganckimi
osobami. Fotele fryzjerskie ustawione frontem do drzwi. Na ścianie
kartka z czasów epidemii kowidu: "każdy klient ma prawo żądać ponownej
dezynfekcji narzędzi".
Karol fryzjer był starym, zgryźliwym sukinsynem i może dlatego Leon czuł
się kiedyś dobrze w jego zakładzie. Fryzjer witał go zawsze tak samo:
witam z ograniczoną uprzejmością. A że, będąc nominalnie fryzjerem
męskim, strzygł również kobiety i dzieci, Leon namawiał go, żeby sobie
na szyldzie napisał "fryzjer męski, żeński i nijaki". Proponował mu
także slogan: "trzecia kategoria, ale pierwsza klasa".
Fryzjer umarł na kowid. Leon był blisko śmierci z tego samego powodu,
ale się wylizał. Stracił tylko węch, ale - dochodząc sam ze sobą do
porozumienia w tym temacie - uznał, że węch już dawno nie był mu
potrzebny na tym śmierdzącym świecie.
Minął bar Siódemka, od którego ostentacyjnie stronił, ale zdarzało się,
że bywał. Dziwne to były wizyty, ponieważ im częściej Leon siedział w Siódemce, tym bardziej udawał, że go tam wcale nie ma. Wiadomo: prawo
Kubusia Puchatka. Obecnie sine twarze z baru gapiły się na Leona przez
szybę w przyczajeniu. Przyspieszył kroku.
Krok miał teraz zadzierżysty, z furią zarzucał sztywną nogą. Nie
odwracał się. Plecami czuł, że na niego patrzą - ale obojętnie, bez
namiętności. Można powiedzieć: filozofowie stoicy. Nawet ich psy gryzły
się z rzadka, głównie oddawały się patrzeniu w dal, ziewaniu i lizaniu
jąder.
Upał operował, świerszcze w chaszczach grały, zawył tramwaj wyjeżdżający
z zajezdni, gołębie hodowlane Janóża krążyły w błękicie nad ulicą, jak
cekiny - za wysoko, żeby było słychać łopot skrzydeł. I żaden wiatr nie
rozwiewał tej monotonii.
Tutaj po prostu musiało się coś wydarzyć.
* * *
Otworzyło się okno na pierwszym piętrze kamienicy, dwa piętra pod
mieszkaniem Siermięgi. Wychyliła się kudłata głowa Celiny Urniarz.
Oczywiście uliczny głuchy telefon z Niecałej już podał dalej wiadomość,
że Leon znów nie ten tego. Że wariował.
Celinę Leon lubił, choć niezbyt poważał - dziwne, poczciwe uczucie.
"Ufam jej sercu, ale nie ufam rozsądkowi" - zacytował kiedyś Celinie
takie zdanie z Chandlera, ale nie pojęła, że to o niej. Była na trójkę,
góra trzy plus. Prozaiczna dziewczyna.
Jej pięty przypominały pumeks, a delikatny ciemny wąs sugerował bujne
owłosienie także w innych miejscach ciała. W dłuższych zdaniach wyraźnie
brakowało jej słów, a porównania i metafory dla niej nie istniały, a jeśli w ogóle coś czytała, to kartki z kalendarza. Czasem zapraszała go
do siebie, nawet dość często, pochlebiało mu to. Taka była Celina
Urniarz: prostota, uczciwość i nieco romansowe oczy.
- Leon, herbaty zrobiłam - zawołała. - Chodź no, bo mam sprawę.
Celina
Siedział przy stole w kuchni i skubał brzegi gumowanej ceraty w kratkę.
Krążek cytryny tonął w herbacie. Radio, nastawione na państwową jedynkę,
cicho nadawało porady ogrodnicze. Nie mówili "człowiek", tylko "osoba".
Nie "kierowca", tylko "osoba kierująca pojazdem". Leon Siermięga to
wychwycił i skrzywił usta z obrzydzeniem. Nie znosił współczesnej
nowomowy.
Szczęka natychmiast wymknęła się spod kontroli. Odwrócił głowę do
ściany, żeby Celina nie widziała. Poprawił zęby oburącz. Wsadził ręce do
kieszeni spodni, żeby osuszyć palce.
Jego wzrok padł na wiszące nad stołem dzieło pacykarza. Scenka rodzajowa
przedstawiająca zagryzanie jelonka przez psy myśliwskie. Siermięga znał
tego pacykarza. Nazywał się Porwaj. Latem tworzył w jednej z altanek na
działkach robotniczych z widokiem na kominy elektrociepłowni, zimą pił
za zarobione. Nie rozumiał perspektywy i za nic miał kompozycję. Aż
pewnego dnia jakiś głąb w internecie zakrzyknął, że Porwaj jest nowy
Nikifor. Inni urodzeni w czasach internetu ludzie ustawili się w kolejce
po jego prace. Poza tym pytali pacykarza, jak żyć.
Głód przewodników duchowych był w społeczeństwie polskim ogromny.
- No wiesz - szepnął Leon. - Wieszać na ścianie takie bohomazy.
- Mi tam się podoba - Celina wzruszyła ramionami.
- Nie mówi się "mi się podoba", tylko "mnie się podoba" - jak zwykle nie
umiał się powstrzymać od podobnych uwag.
W kieszeniach namacał dwie monety, na czucie - dwuzłotówki. Użalił się
nad sobą w cichej skardze byłego humanisty, bez łez. Czuł się jak każdy
po studiach, kto patrzy na zwycięstwa nieuków. TO pozostawiało go zawsze
w pluszowym nastroju. TO miało coś wspólnego z niezgodą na upływ czasu.
Z żałobą po samym sobie. Wszystkie miejsca dookoła Leona nabrzmiewały
przewrażliwieniem.
- Popatrz, Celina, jaki ze mnie strzępek - westchnął.
Waliła talerzami w zlewozmywaku, odwrócona do niego tyłem. Za nic sobie
miała globalną suszę. Stare rury jęczały i popierdywały w ścianach,
wysysając Wisłę z brzegów.
- Jeszcze tak źle to z tobą nie jest, Leonku - powiedziała, co
wiedziała.
Wiedziała, co mówić dogasającemu mężczyźnie domagającemu się uwagi w momentach słabości narcystycznej, choć pewnie nie potrafiłaby tego
nazwać tak precyzyjnie.
- Jeszcze będziesz brykał, zobaczysz - dodała od siebie. - Jak młody
cielak po zielonym.
Leon machnął ręką i skrzywił się. Te jej hiperbole! Wiadomo, że nie ma
starych cielaków. I na jakim zielonym? Na świetle? Zresztą co mnie to
obchodzi?, pomyślał. Wychowanie, poprawna polszczyzna, dobry gust? Nie
warto walczyć z tłumem.
* * *
Celina Urniarz była prawdziwą, zawodową, kucharką weselną. Zwykle
obsługiwała połacie na wschód od miasta, w kierunku Wołomina. Czasem
jakieś ekstra fuchy kuchenne w odległych krańcach kraju. Mówiła o nich
"występy". Z występów wracała ze spuchniętymi nogami i rękami, czasem
zapłakana. Jak wtedy, gdy gotowała na weselu syna pewnego posła. Nazywał
się Nierobisz i trząsł całą Kielecczyzną. Ale, jak ostatnio mówili w telewizji, koledzy z partii dobrali się Nierobiszowi do dupy i tak
skończyła się jego wielkość.
Celina nie była ani młoda, ani stara. Jej wiek oscylował pomiędzy
trzydzieści a pięćdziesiąt. Są takie ciężko pracujące kobiety.
- Wesela są najniebezpieczniejsze ze wszystkiego - mawiała.
A kiedy indziej, oparta o kuchenny parapet i zagapiona w podwórze
kamienicy:
- Ludzie myślą, że kucharka nic nie widzi, tylko nosi garnek.
Była nisko osadzona, blisko ziemi cieleśnie i mentalnie, zaradna.
Produkt regionalny. Słowem, jak myślał Leon, Pyza na polskich
dróżkach. Zdaje się, że nikogo nie miała. Najwyżej doskakiwacza, nic na
stałe. Inaczej, myślał Leon, w ogóle by nie gadała z takim dziadem jak
on. Pochodziła ze wsi. Wymieniła kiedyś jej nazwę - zapisał ją w swoim
zeszycie z notatkami.
Celina miała swoje branżowe powiedzonka:
- Ciasto-pieniądz - mówiła na przykład, a potem przyglądała się Leonowi,
sondując, czy wychwycił żart i stopniowo pokazywała w uśmiechu coraz
dalsze zęby, aż do brakujących górnych piątek. - Ty to łapiesz?
Normalnie mówi się "czas to pieniądz", a ja...
Siermięga przerywał jej, machając ręką zniecierpliwiony.
- Bez wątpienia masz umysł - mruczał nad herbatą z cytryną i kromką
chleba z dżemem śliwkowym produkcji Celiny.
Bywał złośliwy i uważał to za przejaw żywej inteligencji. Inni nie
zawsze tak to odbierali. Ale jedynie umacniali go w przekonaniu, że
generalnie ludzie są głupi. Był zdania, że kiedyś wszystko było lepsze,
a ludzie bardziej się starali.
Stojąc przy zlewozmywaku, odwrócona tyłem do gościa, kobieta poruszała
miłymi partiami postaci. Leon spoglądał jednym okiem, skrycie. Drugim
skupiał się na herbacie. Dla niepoznaki mieszał łyżeczką, głośno
podźwiękując o szklankę. Nauczył się tej sztuczki lata temu, przydawała
się w pracy nauczyciela. Widział wszystko, co działo się w klasie, i wyciągał wnioski, a w razie potrzeby mógł się wszystkiego zaprzeć.
- Niewątpliwie masz umysł - powtórzył głośniej.
Drżące ciało Celiny pachniało płynem Ludwik i cebulą. Ręce miała silne,
pewny chwyt. Budziła zaufanie. Zmywanie nie miało dla niej tajemnic.
Było jak żonglerka. Jeśli Leon Siermięga czuł do Celiny Urniarz coś
głębszego, to była to potencjalność, nie potencja. Niczego sobie uczucie
w jego wieku, jeśli się nad tym zastanowić.
Rury wodociągowe stękały ostatkiem sił.
- Nic cię nie słyszę, bo woda leci - krzyknęła Celina, udając, że nic
nie słyszy, bo woda za głośno leci.
Leon
Siedział już u Celiny Urniarz za długo, nadużywał gościny. Czuł, że
wspólne tematy, których nigdy nie mieli za wiele, zupełnie się
wyczerpały. Równie dobrze mógłby teraz recytować z pamięci Juliusza
Słowackiego - nic by to nie zmieniło.
Żółte światło wieczoru wpadało przez uchylone kuchenne okno, na
parapecie pogruchiwały gołębie. Firanka unosiła się łagodnie, niosło się
głuche dudnienie.
- Miałabyś pożyczyć z pięćdziesiąt złotych? - spytał chyłkiem.
Nie usłyszała. Gdzieś w dole, na dnie studziennego podwórza kamienicy,
gówniarzeria grała w piłkę. Albo w kurwę, bo tego słowa najczęściej tam
używano.
- Finansowo jestem w stadium przetrwalnika - powiedział.
- Co? - spytała.
Leon poczuł metaliczny posmak w ustach. Nerw powracał. Pogładził
językiem górne zęby, a ręką czoło. Najwyraźniej TO zbliżało się znów,
nic nie mógł poradzić. Uchwycił rękami krawędź stołu. Stary odruch pchał
go do okna. Wychylić się, zwrócić uwagę, wezwać rodziców na rozmowę.
Powiedzieć im, że dzieci klną jak szewcy i że to świadczy o domu, w którym dorastają. Sam się musiał zwalczać, żeby tego nie robić.
Wychowanie młodzieży odpuścił dawno temu. Niech chamieją! Niech nie
deklinują i nie koniugują! Co mu tam?! Niech sobie gniją bez
kindersztuby! Znał ich wszystkich co do jednego, tych piłkarzy z podwórka. I ich rodziców też.
"Groza, groza", jak rozsądnie mawiał pułkownik Kurtz z najwyższego
piętra kamienicy. Cały ten dom to galeon-widmo, myślał Leon. Przepływa
daleko na horyzoncie w upalny dzień, ma rozmyte w słońcu kontury. Z brzegu usiłują trafić go z nowoczesnych armat, jednak widać tylko
pojedyncze dymki. Nic nie słychać, milczenie jest całkowite, a morze
spokojne jak glinianka. Ponieważ to jest galeon sprzed wieków, jego tak
naprawdę już nie ma, płynie tylko przez czas, do jądra ciemności.
Piłka trafiła Matkę Boską w głowę. Potem w kubeł na śmieci - przewrócił
się z blaszanym łoskotem. Wrzasnął przerażony kot. Piłkarze zawyli
unisono. Zawył też pociąg osobowy przejeżdżający pobliskim nasypem i szyby zadrżały od łoskotu torów. Wybiło to Siermięgę z techniki
wewnętrznego pejzażowania. Do dupy z tymi wizualizacjami! Do dupy z całą
tą psychologią dla ubogich! Celem psychologii jest zmniejszanie
rozpaczy, podobny cel ma zwykła wódka! Skutki są podobnie chwilowe.
Marni ludzie, pomstował w myślach na sąsiadów. Niewdzięczne, merkantylne
kanalie! Psi pomiot, debile, ośle łąki, kurwa ich mać!
* * *
Aż się wzdrygnął z obrzydzenia. Zebrany do skoku, z zamkniętymi oczami,
usiłował sobie przypomnieć to słowo. Żeby tylko zająć czymś głowę,
odwrócić uwagę. Nie szło. Jeszcze mocniej zacisnął powieki. Pamięć coraz
częściej zawodziła, za mało w młodości jadł orzechów. Czasem nawet przez
długie tygodnie zapominał się umyć. Mózg niedotleniony i dlatego.
Człowiek nie rusza się za miasto, nie widzi horyzontu i dlatego
wszystko.
Teraz, u Celiny za stołem, skupiał się cały na wnętrzu, żeby się odciąć
od zewnętrza. W środku też była pustka, aż prawie wpadł w panikę. Słowo,
którego szukał, nie wyświetlało się na zgruchotanym telebimie
przodomózgowia.
- Co z tobą, Leon? - spytała czujnie kucharka weselna.
Już jakiś czas temu zakończyła zmywanie. Stała oparta o szafki,
wycierała ręce w ścierkę. Błyskały jej pewne siebie, umięśnione,
wymoczone we wrzątku przedramiona. Patrzyła z troską, ale przytomnie,
gotowa nieść pomoc.
- Przyuspokój się trochę - poradziła po swojemu, łagodnie.
Leon Siermięga otworzył oczy. Czuł wstyd, a to jeszcze bardziej go
denerwowało. Jeśli czegoś naprawdę nienawidził u Celiny, to tego jej
zaaferowania. Gminna, pomyślał, wybałuszona. Na krawędzi zawołania
łolaboga! Nie potrzebował jej pomocy. Na to nie mógł sobie pozwolić,
żeby potrzebować. Całe życie radził sobie sam i teraz też tak będzie!
Nie da się zapędzić do przytułku.
Zerwał się od stołu, prawie zawył z bólu. Fala sztywności przeszła od
biodra przez kręgosłup, aż po jakiś nieznany punkcik pod czaszką. Dalej
nie poszła, zagnieździła się. Jezus Maria, udar? Spocił się cały, twarz
też. Postanowił nic po sobie nie pokazywać, drewnianym krokiem,
wiosłując nogą, ruszył do wyjścia.
Celina biegła za nim, zastępując drogę. Czepiała się ramion, ale
strząsał ją. Zaglądała mu w twarz to z jednej, to z drugiej strony. Te
jej przejęte strachem gminne oczy, ręce złożone jak do modlitwy. Palce
zaciśnięte w podwójną pięść.
- Leon? - szeptała. - W imię Ojca i Syna, co ci? Mam dzwonić?
Już wypadł na schody, złapał się poręczy. Sapał, pchając się na piętro,
do siebie, byle do siebie. Na parterze rozjazgotała się łysa i histeryczna suczka Żałobowej. Jej pani - dawna woźna szkolna - nie miała
już sił na spacery z psem, pies wyprowadzał się sam i obszczekiwał
ludzi. Suczka zapowietrzyła się widocznie, bo szczekała teraz, jakby
bekała. Poniosło się w górę z doskonałą akustyką. Z powodu jej psa Leon
nie odzywał się do pani Żałobowej, choć pracowali kiedyś w tej samej
szkole.
Klatka schodowa śmierdziała takimi rzeczami jak: przetrawione piwo,
mocz, dym papierosowy, niemyte ciała i kadzidło kościelne. Okna były aż
mleczne od zastarzałego brudu. Tynk odpadał ze ścian powyżej lamperii,
odsłaniał gołe cegły. Na wysokości człowieka łuszczyło się w liszajach i zaciekach kilkanaście kolorów farby olejnej. Cała historia tej spisanej
na straty kamienicy. Która już dawno powinna zapaść się pod ziemię i zostać zaorana! Razem z jej gówno wartymi lokatorami!
Tak myślał Leon, ale okazało się, że krzyczy na całe gardło. Aż spod
czwórki wychyliła się skołtuniona głowa Menelizy. Sina twarz zdjęta
ostatecznym, alkoholicznym przestrachem. Połą burego szlafroka Meneliza
przysłaniała wstydliwie kibić. To była jeszcze całkiem niestara kobieta,
jeśli nie liczyć zmęczenia. Natychmiast rozpoznała Leona, szurnęła nogą
i ukłoniła się grzecznie.
- Dzień dobry, Psorze - powiedziała.
A on piął się i piął w górę po schodach, szukając słowa, którego
zapomniał. Byle dalej od tej Celiny. Która nie odstępowała go, biegła
wciąż obok i zaglądała mu w twarz. I jęczała: Matko Bosko Jedyno! I załamywała te swoje ogromne, zahartowane w ogniu palników gazowych
łapska, wytrawione w zupie pięści - aż do siności palców. Tą pobożnością
tylko Leona rozjuszała. Uwsteczniała go, jak sądził. Bo pomijając napady
klinicznej mizantropii - jak ten, w którym właśnie uczestniczymy -
pomijając rwę kulszową, osteoporozę, ewidentnego Alzheimera, zwykłą
starość, starczą niezadbaność i ataki znacznie większego niż przeciętne
wśród Polaków przekonania o własnej wyższości nad innymi ludźmi,
Siermięga był w dodatku uparcie niewierzący.
* * *
Klucze wypadły mu z rąk. Westchnął, czyli zawył. Podniósł klucze,
umieścił w zamku, z wielkim i strasznym spokojem. Przekręcił. Wpadł do
swojego mieszkania. Zatrzasnął metalowe drzwi przed wiejskim okiem
Celiny.
Trzask był potężny. Znad futryny opadł przedwieczny kurz i osiadał
leniwie w kędzierzawych włosach Celiny Urniarz. Aż piętro wyżej sąsiad
Janusz Kowalski, szerzej znany na ulicy Niecałej jako Janóż, wyskoczył
na schody, wystawił złą gębę przez wybite szczebelki w balustradzie i krzyknął ochryple, konkretnie:
- Co jest, kurwa wasza niemyta?!
Ale Leon Siermięga już był całkiem spokojny. Zapalał gaz pod czajnikiem.
Chciało mu się herbaty, bo tej u Celiny nie dopił. Nie lubił nie kończyć
raz rozpoczętych rzeczy, tak zawsze tłumaczył to uczniom: rzecz każdą
należy doprowadzić do końca, bo jedynie wówczas człowiek zasługuje na
miano człowieka.
Czajnik zagwizdał i plunął gwizdkiem pod ścianę. W tej sekundzie
przypomniało się Leonowi to cholerne słowo. Abulia, czyli uwiąd woli. To
wtedy, jak już nie możesz nic. Ale nie fizycznie, z braku siły, tylko
dlatego, że już nie chcesz móc.
Sięgnął na półkę przeszklonej szafki po stary zeszyt szkolny zawierający
cytaty z wielkich ludzi, notatki osobiste i złote myśli, i wpisał
kolejną: możesz, ale nie chcesz móc.
Na półce trzy hebanowe małpy zatykały sobie uszy, usta i oczy.
- Na czym to ja stanąłem? - zastanawiał się Leon.
Wpatrywał się w niewidzącą małpę, a ona powoli odsłaniała oczy.
* * *
- Znowu? - zapytała Meneliza schodzącą z góry Celinę Urniarz.
Głos miała piaszczysty, jak piasek. Suche oczy świeciły własnym
światłem. Zbolała twarz poruszała się na boki delikatniutkim wahadłowym
ruchem, wyrażając głęboko humanistyczny frasunek i zrozumienie dla stanu
Leona. Zależało jej widocznie na pokazaniu duchowego powinowactwa.
Meneliza rozumiała delirium jak nikt. A gdy człowiek raz to zrozumie, to
potem myśli, że wszyscy są delirykami.
- Sio! - rzuciła jej Celina.
Meneliza delikatniutko zamknęła swoje drzwi, noszące ślady pożaru.
Niecała
Ulica Niecała w pełni zasługuje na swoją nazwę. Zatopione w przedwojenny
bruk tory tramwajowe urywają się tu nieodwołalnie, zalane byle jak
asfaltem. Zresztą i tak dalsza podróż ulicą nigdy nie była możliwa.
Stawał jej na przeszkodzie wysoki nasyp kolejowy linii wschodniej,
małkińskiej, i zamykał horyzont w poprzek.
Pół wieku temu na Niecałą zbłądził papież. Był to jeden z tych wysoko
postawionych sług bożych, którzy od czasu do czasu upierają się
skontaktować na żywo z prawdziwym człowieczeństwem. Obejrzeć byt, jakim
w istocie jest, poobcować wzrokowo i pomachać mu ręką. Metaforycznie
przygarnąć ubogich do serca. Gdyby sam Pan Jezus żył, również
niewątpliwie ukochałby Niecałą całym ogromem swej miłości, więc co się
dziwić papieżowi?
Aby ojciec święty nie wytrząsł się zbytnio na kocich łbach, ulicę
Niecałą zalano asfaltem. W ten sposób ziścił się świecki cud. Bo
wcześniej, gdy mieszkali tu jeszcze porządni ludzie, rzemieślnicy,
władza konsekwentnie im asfaltu odmawiała. Były bardziej palące potrzeby
gdzieś w głębi miasta, wciąż brakowało środków.
Sąsiedzi z domu numer 44 przychodzili do Leona Siermięgi, wówczas
młodego, rzutkiego nauczyciela polskiego i wuefu w podstawówce, pytać,
jak należy rozumieć słowo "środki". Tłumaczył, że chodzi o pieniądze. I że "środki" pisze się wtedy, kiedy chce się wyjść na ważniaka i zamydlić
ludziom oczy, a pieniędzy nie dać.
Podobnie, tłumaczył, jak mówi się "ojciec święty", kiedy tak naprawdę
chodzi o zwykłego księdza diecezji rzymskiej, ubranego na biało. Jednak
od wizyty papieża, przez kilka kolejnych lat, dopóki sięgnęła pamięć
tego wzniosłego wydarzenia, kamienica 44 mówiła z uszanowaniem, że
ojciec święty załatwił środki na asfaltowanie.
Bo też nie mieszkali tu żadni niewierzący cynicy, prócz Siermięgi.
Każdej niedzieli odświętnie ubrani sąsiedzi odbywali rytuał wypraw
modlitewnych do parafialnej bazyliki. A Leon, zwany Profesorem, z wędką
na ramieniu, udawał się ostentacyjnie w przeciwną stronę, na glinianki
za torami. Wierzącym wypominał głośno i z prześmiechem plemienne
zdyscyplinowanie.
- Życie parafiańskie - rzucał i podkreślał, że to słowa Czechowa.
A oni do niego milczeli z taką wyższością, jak to tylko prosty człowiek
potrafi. Nazywali go po cichu komunistą. Kamienica nigdy tak naprawdę
nie lubiła Leona, jedynie szanowała go ze strachu i z przyzwyczajenia.
* * *
I jakoś wcale nie przeszkadzało wtedy ludziom, że asfalt nie sięgnął ich
kamienicy. Kończył się ze sto metrów wcześniej, gdzie papieski samochód
mógł bezpiecznie zawrócić do centrum miasta właściwego. Dalej Niecała
zwężała się, bo już nigdzie się stąd nie spieszyła. Między kamienicę pod
numerem 44 a nasyp kolejowy zdołał wcisnąć się jeszcze tylko mały zakład
kamieniarski. Za siatką oddzielającą go od ulicy prezentował swój
ostateczny asortyment z lastriko i żelazobetonu. Nosił nazwę Eden. I to
był już koniec - tak czy inaczej. Godna zawrotka papieska byłaby w tym
miejscu i niewykonalna, i mało atrakcyjna propagandowo.
Papież przyjechał i odjechał, a Niecała pozostała samiutka na nowe
zawsze. Mijały dziesięciolecia. Zmieniały się ustroje polityczne,
lokatorzy kamienicy, papieże w Rzymie, prezesi spółdzielni
mieszkaniowych, świat, biznes, całe to miasto. I wydawało się, że tylko
numer 44 z Leonem, jako ostatnim z dawnych lokatorów, stoi nietknięty.
Jednak to nie była prawda. Nawet ludzie i domy, które budowano, żeby
przetrwały wojny, potrzebują miłości.
Cała Niecała, przepraszam za rym, się sypała. A kamienica numer 44
najbardziej. Od czasu do czasu jakieś milczące komisje budowlane
przychodziły ją oglądać, ale nic z tego nie wynikało dla ludzi.
Jeśli podziwiacie stare domy, weźcie pod uwagę, czy opierają się czasowi
z dumą, czy już tylko z pokorą. Różnica jest merytoryczna.
Janóż
Codziennie po przebudzeniu - a już zwłaszcza kiedy przesypiał w malignie
kilka dób z rzędu - Leon Siermięga spędzał dłuższą część poranka na
dochodzeniu do porozumienia sam ze sobą. Strasznie nie chciało się żyć.
Wpierw pracował nad głową, w której niepowiązane myśli goniły się jak
wiejskie burki w rui. Wyglądało na to, że wszystko, co Profesor
kiedykolwiek w życiu usłyszał, obejrzał lub przeczytał, spadło z półek
jednocześnie. Zawalona biblioteka.
Teraz był koniec maja, upalnie. Zza okna dochodziły metaliczne
szczekania megafonu. Coś się zbliżało, przeszkadzało myśleć. Trzy
możliwości wchodziły w grę.
Pierwsza: samochód z wodociągów, z wieścią, że z powodu nieplanowanej
awarii rur znowu wyłączają wodę na tydzień. Sformułowanie "nieplanowana
awaria" zawsze wyprowadzało z równowagi polonistę w Leonie.
Druga: lodziarz, czyli młody facet przebrany za przedwojennego
lodziarza, obowiązkowo w kaszkiecie i kraciastej marynarce. Idiota -
według Leona. Chociaż sam lodziarz wolał, kiedy nazywano go "kolorytem".
I wreszcie trzecia możliwość: te cholerne, nowoczesne grupy spacerowe.
Skrzykiwali się przez internet i chodzili po Niecałej, podziwiając jej
niegdysiejsze rozwiązania planistyczne. Ale głównie, jak mówił Leon
sąsiadom, ludzie ci, chodząc, poprawiali sobie dobrostan. Czerpali morze
radości z prostego faktu, że sami nie muszą tu mieszkać.
Raz nawet, gdy znajdował się w wyjątkowo podłym usposobieniu, Leon
zagadnął Janóża z ostatniego piętra kamienicy, czy nie dałoby się
nauczyć tych spacerowiczów moresu.
- Czego? - zainteresował się Janóż, który akurat ssał zapałkę.
- Dyscypliny - uściślił Siermięga.
- Czyli że nakłaść po mordzie? - doprecyzowywał sąsiad.
Leon lekko przechylił głowę, był to ruch nieokreślony. Janóż pojął w czym rzecz i zapytał, za ile. Stary, przekonany, że wciąż świetnie
orientuje się w pajęczych niuansach dzielnicy, w której spędził
przytłaczającą większość życia, zaoferował jako zapłatę za fatygę pół
litra wódki. Janóż odrzekł honorowo, że to mu nic nie mówi, ponieważ
osobiście od dawna nie spożywa alkoholu.
W przyszłości już nie kontynuowali tej rozmowy. Po prostu stanęło na
tym, że Janóż patrzył na Leona z taką jakby wyższością. A Profesor
boleśnie zdał sobie sprawę z głębi zmian obyczajowych, jakie targnęły
światem w ostatnich latach. Rozumiał mniej i mniej, i mniej każdego
dnia.
Leon Siermięga i upływ czasu to były dwie całkowicie różne bajki. Choć
oczywiście każdy wie, że była to ta sama bajka, ze smutnym dla
wszystkich starych ludzi morałem.
* * *
Ponownie, jak co rano, przegrawszy z tłumem myśli, Leon pozostał przy
wstydzie jako dominującym uczuciu. Niepotrzebnie zagadywał wtedy Janóża.
Ten chłopak, podstarzały już syn dwojga jego dawnych uczniów, z wyglądu
drobniutki cielęcy blondyn, od dzieciaka był podręcznikowym przykładem
czegoś, co w pokoju nauczycielskim szkoły, w której pracował Leon,
określano "zaniechaniem rodzicielskim". Profesor, cytując starego
dobrego Boya, mawiał o Januszu Kowalskim, że jest "niezbyt pochopny do
mózgowego wysiłku". Natomiast, co miało się wkrótce okazać i co zaważyło
na całym jego życiu, Janóż posiadał czułe i zwinne dłonie
pianisty-wirtuoza.
Opuszki jego palców zdradzały jakieś zupełnie nieopisywalne w tamtych
czasach połączenie neuronowe ze słuchem i ogólniej, z wyczuwaniem
nastrojów otoczenia. Chłopak był sensorem, zanim jeszcze powstała
elektronika. Potrafił wstrzymać oddech na tak długo, że sum prędzej
wypływał na powierzchnię niż on. Jak huragan przeszedł więc całą
dostępną w dzielnicy drogę rozwoju: od piwnic, przez samochody i mieszkania, po instytucje państwowe i prywatne. Yale'owski zamek
potrafił otworzyć spinaczem do papieru w mniej niż minutę.
Potem oczywiście Janóż się popsuł. Towarzystwo, w którym się obracał,
straciło klasę i doniosło na niego, a po więzieniu Janóż poszedł w taką
codzienną drobnicę złodziejską, że szkoda gadać. Na przystanku
tramwajowym pod bazyliką, uzbrojony w nóż kuchenny, wyrywał staruszkom
torebki. Stąd wzięła się jego obecna ksywa. A pomyśleć, że kiedyś wołali
na niego Mefisto. Każdy wie, co może zrobić wódka wrażliwemu
człowiekowi.
- Proponować takiemu indywiduum pół litra, idiota! - głośno zżymał się
na siebie Leon Siermięga w trakcie zwlekania lewej nogi, tej kulejącej,
z łóżka.
W ogóle nie chciała dziś złapać mocy.
- Trzeba było od razu zacząć od litra, może wtedy byśmy do czegoś doszli
- łajał się stary Profesor.
Spacerowicze
Bo też ci internetowi spacerowicze naprawdę byli denerwujący. Sami
dobrze odżywieni czterdziestolatkowie, finezyjnie przystrzyżone
siwiejące brody. Dziadkowe kardigany noszone z dumą. Albo z fikuśnym
zdziwieniem, że już do takich kardiganów doszło. Zaś ich kobiety w dresowych spodniach pod drogimi płaszczami.
Wyglądało to Leonowi na pierwsze zawirowanie smugi cienia w życiu tych
ludzi. Przyszłości się bali, więc chętnie zwracali się ku przeszłości.
Każdy wie, że przeszłość jest lepsza, ponieważ ma raz na zawsze
zakończoną możliwość permutacji losowych. Przeszłość niesie ukojenie,
nic się już w niej nie dozdarzy. To bardzo atrakcyjna oferta na
dzisiejsze czasy. Ci spacerowicze oglądali Niecałą jak wzruszający okaz
osobliwy, dlatego należałoby ich stąd wypędzić nogą w pośladki.
Hałas za oknem przydał się o tyle, że wypchnął Leona z łóżka. Wkurw bywa
siłą, każdy to powie. Siermięga wyjrzał zza firanki.
- Zwróćcie, proszę, uwagę, kochani, że na ulicy Niecałej funkcjonują aż
dwa zakłady kamieniarskie, oba jakże zasłużone dla obywateli dzielnicy,
w której się aktualnie znajdujemy - darł się megafon.
Młodziak tuż przed pięćdziesiątką nadużywał słowa "kochani", jednak
kochani nie mieli mu za złe tej nachalnej familiarności. Rzucało się w oczy, że jedzą przewodnikowi z ręki, bo reagowali śmiechem niemal na
każde jego zdanie. On natomiast pasł się tym. Dosłownie wzrastał i przybywał na osobowości.
- A teraz, kochani, mam dla was taką malutką zagadkę - kontynuował ten
zapiewajło. - Po jednej stronie Niecałą zamyka zakład Eden, a po drugiej
Syjon. Z czymś nam się to kojarzy?
Leon się zainteresował; był ciekaw, czy odpowiedzą logicznie. Ale oni z podśmiewania przeszli prosto w ciszę. Szukali odpowiednich słów, czy nie
wiedzieli? W końcu jeden gość w skórzanych klapkach zaciągnął się
głęboko e-papierosem i zaryzykował:
- Konkurencja? - spytał wiedząco.
- No niedokładnie, kochani - przewodnik cmoknął.
Leon Siermięga natychmiast stracił zainteresowanie tą grupą bęcwałów. Od
paru miesięcy niemal co niedziela padało pod jego oknem to samo pytanie
o stosunki międzyludzkie w przedwojennej Polsce, a może ze dwa razy
zdarzyło się, że padła właściwa odpowiedź. Machnął ręką, poszukał
okularów.
Zasiadł przy stole i otworzył okładki etui, w którym przechowywał
telefon. Ze skupieniem, długo i pieczołowicie przepisywał palcem
wskazującym hasła dostępu z wyświechtanej kartki papieru. Był bardzo
ciekaw, czy politycy zrewaloryzowali mu emeryturę, tak jak zapowiadali w telewizji. Gdyby tak się stało w istocie, mógłby jutro pójść kupić sobie
krakowskiej, zamiast pasztetowej.