Represyjność prawa i sądownictwa w powojennej Polsce
Rządy komunistów w powojennej Polsce spowodowały, że zasadniczym
zadaniem, zarówno aparatu bezpieczeństwa, jak i aparatu sądowniczego
PRL, zwłaszcza w latach 1944-1955, była walka z wszelkiego rodzaju
"wrogami klasowymi", "wrogami ustroju", "reakcją", "karłami burżuazji",
"zaplutymi karłami reakcji", "burżuazją", "wstecznictwem". Jak słusznie
zauważają współcześni historycy, problem polegał na tym, że definicji
powyższych pojęć, którymi tak ochoczo szafowała peerelowska propaganda,
przedstawiciele władz, a nawet ferujący surowe wyroki sędziowie, próżno
szukać w kodeksie prawnym, dlatego można było je dowolnie stosować,
kierując się jedynie kryteriami politycznymi. Określenia te stosowano
więc wobec Kościoła, przedwojennej burżuazji, inteligencji, ziemiaństwa,
Armii Krajowej oraz innych organizacji walczących o wolność Polski,
oczywiście z wykluczeniem tych, mogących się wylegitymować
komunistycznym lub chociaż ludowym rodowodem. Na domiar złego, o metodach zwalczania działalności tych organizacji lub jednostek,
określanych wcześniej przytoczonymi pojęciami, decydowały z reguły
wewnątrzresortowe instrukcje, a czasem po prostu wymyślali je sami
funkcjonariusze bezpieki. Jakby tego było mało, aparat bezpieczeństwa,
podobnie jak sądownictwo, tak bardzo zaangażował się w ściganie i karanie, jak również całkowite wyeliminowanie ze społeczeństwa wszelkich
"wrogów ustroju", że najważniejsze zadanie policji i sądownictwa w państwach demokratycznych, jakim jest karanie przestępców, spadło na
ostatnie miejsce.
Pierwszym organem komunistycznego aparatu bezpieczeństwa powołanym na
ziemiach polskich był Resort Bezpieczeństwa Publicznego, utworzony jako
jeden z 13 resortów Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. PKWN był
dość osobliwym tworem o charakterze rządu, działającym de facto bez
legitymacji prawnej. Zgodnie z zamiarem Stalina miał być formalnym
partnerem w rozmowach dotyczących powstania "nowej Polski", państwa,
które na mocy konferencji jałtańskiej miało znaleźć się w strefie
wpływów ZSRR.
Jak wiadomo, PKWN, wbrew kłamliwej propagandzie, nie powstał wcale w Lublinie 22 lipca 1944 roku, ale utworzono go z inicjatywy Stalina
między 18 a 20 lipca 1944 roku w Moskwie, a jego członkowie przed końcem
lipca 1944 roku nie zdążyli nawet dotrzeć na ziemie polskie. Zadbano też
o pozory prawne dla działania tego organu, mającego pełnić funkcję
rządu. Służył temu stosowny dekret tzw. Krajowej Rady Narodowej,
samozwańczego parlamentu utworzonego przez PPR, określającego siebie
jako: "faktyczna reprezentacja polityczna narodu polskiego, upoważniona
do występowania w imieniu narodu i kierowania jego losami do czasu
wyzwolenia Polski spod okupacji". W rzeczywistości był to twór
polityczny powstały z inspiracji Sowietów, całkowicie spenetrowany przez
NKWD i obsadzony przez jego agenturę. Aby przynajmniej zachować pozory
legalności, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego został powołany
(antydatowaną) ustawą Krajowej Rady Narodowej z 21 lipca 1944 roku.
Zgodnie z przywołaną ustawą PKWN miał 13 resortów, w tym Bezpieczeństwa
Publicznego - narzędzie do utrzymania władzy i porządku komunistycznego
w ówczesnej Polsce. Nazwa "resort" funkcjonowała do chwili powstania
Rządu Tymczasowego i 1 stycznia 1945 roku została zmieniona na
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, podobnie pozostałe resorty
także zostały przekształcone w ministerstwa. Na ich czele mieli stanąć
kierownicy, a kierownikiem Resortu Bezpieczeństwa Publicznego został
Stanisław Radkiewicz. W tym miejscu należy zwrócić uwagę, że ustawa nie
zawierała żadnych przepisów określających zadania i kompetencje
poszczególnych resortów. Ponieważ ten kierowany przez Radkiewicza miał
być najważniejszym gwarantem zdobycia i utrzymania przez komunistów
władzy w Polsce, kolejne dekrety PKWN, a więc akty prawne z mocą ustawy,
wydawane przez organ inny niż parlament, nadały mu bardzo szerokie
uprawnienia. Obejmowały one m.in. wykonywanie czynności prokuratury oraz
sądów, jak również prowadzenie śledztw wobec podejrzanych o przestępstwa
w rozumieniu dekretów PKWN. Resort zajmował się więc ściganiem osób
wrogich lub tylko uznanych za wrogie wobec władzy. Jak łatwo się
domyślić, w organizacji Resortu Bezpieczeństwa Wewnętrznego niemały
udział mieli towarzysze z bratniego ZSRR. Funkcjonujący tam system
prawny był dla komunistycznych władz w Polsce wzorem do naśladowania.
Dlatego, mimo że, przynajmniej teoretycznie, wciąż obowiązywał
przedwojenny kodeks karny z 1932 roku, komuniści podjęli dość karkołomną
próbę przemodelowania jego przepisów za pomocą odpowiednich dekretów.
Nic więc dziwnego, że ostatecznie prawu karnemu wyznaczono funkcję
narzędzia w utworzonym na wzór sowiecki systemie represji, które służyło
realizacji celów politycznych i gospodarczych nowej władzy utworzonej na
terenach ZSRR, która przybyła wraz z wojskiem. Tak sprytnie "skrojone"
prawo karne służyło jednemu zasadniczemu celowi: niszczeniu opozycji
politycznej, z czego zresztą wywiązywało się nieźle, a jego zastosowanie
w gospodarce zastąpiło mechanizmy wolnego rynku.
Już w pierwszych dniach funkcjonowania PKWN można było się przekonać,
jakie intencje przyświecają ludziom go tworzącym, już bowiem 26 lipca
1944 roku, a więc zaledwie cztery dni po oficjalnym ogłoszeniu
Manifestu, stronie radzieckiej przekazano jurysdykcję nad obywatelami
polskimi, którzy w strefie przyfrontowej popełnili przestępstwa
przeciwko oddziałom Armii Czerwonej. 30 października tego samego roku
uchwalono dekret o ochronie państwa, który de facto był po prostu
narzędziem do walki z antykomunistycznym podziemiem. Ponad rok później,
16 listopada 1945 roku, wydano kolejne specjalne akty karne - dekrety o postępowaniu doraźnym, o utworzeniu i zakresie działania Komisji
Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym oraz o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa.
Ten ostatni uważany jest obecnie za pierwszą wersję tzw. Małego kodeksu
karnego, całkowicie zmieniającego przepisy kodeksu z 1932 roku. Zmiana
ta polegała głównie na zaostrzeniu przepisów i skierowaniu ich przeciwko
potencjalnej opozycji. Kolejnym krokiem zmierzającym ku rozbudowie
systemu prawa karnego było uchwalenie 13 czerwca 1946 roku dekretu,
noszącego zresztą identyczny tytuł, jak ten z poprzedniego roku.
Najbardziej znaczącymi aktami były te o charakterze obrachunkowym, np. z 31 sierpnia 1944 roku zwany dekretem sierpniowym lub po prostu
sierpniówką. Co ciekawe, jak stwierdza dziś znawca prawa karnego z czasów stalinowskich, Piotr Kładoczny, wspomniany akt prawny nie miał
swojego odpowiednika nawet w systemie prawnym ZSRR, który polscy
komuniści chcieli przeszczepić na polski grunt. Ostatniego sierpnia PKWN
uchwalił więc dekret o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich
zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców narodu polskiego, skąd można wysnuć wniosek,
że dotyczył on wyłącznie zbrodni wojennych dokonanych na ludności
polskiej. Tak rzeczywiście było, ale oprócz zbrodniarzy wojennych, katów
z obozów koncentracyjnych, konfidentów, zdrajców, szmalcowników i volksdeutschów komuniści wykorzystywali go także do rozprawy z AK czy
też cywilnymi działaczami Polskiego Państwa Podziemnego, walczącymi
przecież z najeźdźcą o wolność naszego kraju. W tym przypadku
posiłkowano się terminologią radziecką, w której mianem "faszyzmu" nie
określano tylko ideologii w państwie włoskim pod wodzą Mussoliniego czy
hitlerowskich Niemczech. Określenie to wykorzystywano też do
stygmatyzacji sił politycznych wrogich władzy komunistycznej, dlatego
używano go wobec podziemia niepodległościowego, i to nie tylko w Polsce,
ale także na Ukrainie oraz w państwach bałtyckich. Dekret sierpniowy
został więc wykorzystany m.in. w procesach generała Emila Fieldorfa
"Nila" i Kazimierza Moczarskiego.
Kolejnym aktem odwetowym wykorzystywanym do rozprawy z podziemiem i opozycją, ale także z elitą przedwojennej Polski, w tym z urzędnikami
administracji i funkcjonariuszami państwowymi Drugiej Rzeczypospolitej,
był uchwalony 22 stycznia 1946 roku dekret o odpowiedzialności za klęskę
wrześniową i faszyzację życia państwowego. W oficjalnej propagandzie
nowych władz Druga Rzeczpospolita przedstawiana była nie tylko jako
państwo burżuazyjne, ale też, zwłaszcza w ostatnich latach swego
istnienia, jako państwo... faszystowskie. Ukuto nawet pojęcie "rodzimy
faszyzm", stosowane wobec rządów sanacji, jak potocznie nazywano obóz
polityczny sprawujący rządy w Polsce w okresie od maja 1926 do września
1939 roku, a więc po przewrocie majowym dokonanym przez Józefa
Piłsudskiego.
Nowe komunistyczne władze pokazywały jednostronny obraz tego okresu w historii naszego kraju, przedstawiając go jako czas wielkiej biedy,
nierówności społecznych, terroru policyjnego, prześladowania lewicowych
(a więc postępowych) organizacji politycznych i społecznych oraz
okrucieństw Berezy Kartuskiej. Józefa Piłsudskiego porównywano nawet do
dyktatora III Rzeszy. Partyjny "Sztandar Ludu" pisał o nim: "to mały
Hitlerek w polskim wydaniu, który lekceważył wyraźnie Sejm, z Konstytucji uczynił świstek papieru i realizował konsekwentnie politykę
Brześcia i Berezy"2. Uparcie lansowano też pogląd, że wrześniowa
klęska 1939 roku była wynikiem nieudolnej polityki sanacji i "zbrodniczej" działalności ówczesnych elit politycznych. Przy okazji pod
niebiosa wynoszono zasługi polskich komunistów, skwapliwie omijając
drażliwą kwestię napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku.
Dekret był drastycznym przykładem złamania fundamentalnej zasady prawa:
lex retro non agit - prawo nie działa wstecz, gdyż w jego artykule 10
zapisano, że ma on zastosowanie "do przestępstw, przewidzianych
niniejszym dekretem, a popełnionych przed dniem 1 września 1939
r."3. Co więcej, dekret ten zawierał dość niejasne sformułowania,
które można było dopasować niemal do każdej sytuacji, a wszystkie
działania przyporządkować do kategorii działalności "na szkodę Narodu
lub Państwa Polskiego". Niejasny był też artykuł 3, głoszący: "Kto, idąc
na rękę ruchowi faszystowskiemu lub narodowosocjalistycznemu, działał w zakresie rozstrzygania w sprawach publicznych na szkodę Narodu lub
Państwa Polskiego w sposób inny niż przewidziany w art. 1 lub 2, podlega
karze więzienia"4. Cóż bowiem może oznaczać pójście "na rękę
ruchowi faszystowskiemu"? Co więcej, ustawodawca celowo nie do końca
określił konkretny wymiar kary za poszczególne czyny, co stanowiło
pretekst do zasądzania ich w bardzo wysokim wymiarze.
Na podstawie tego dekretu ścigano więc nie tylko przedwojennych
urzędników państwowych, co było zresztą zadaniem niemal niewykonalnym,
gdyż w większości ludzie ci albo już nie żyli, albo przebywali na
emigracji, ale również osoby uznane przez komunistyczne władze za
przedstawicieli sanacyjnego aparatu represji. Do tej grupy należy
zaliczyć niewątpliwie pułkownika Wacława Kostka-Biernackiego,
sprawującego nadzór nad obozem w Berezie Kartuskiej, skazanego w głośnym
procesie w 1953 roku na karę śmierci, zamienioną późnej na dożywocie.
Znaleźli się w niej także kierownicy Brygady I Urzędu Śledczego na m.st.
Warszawę, Henryk Pogorzelski i Tadeusz Pawłowski, których oskarżono o zwalczanie komunistycznej działalności w czasach Drugiej
Rzeczypospolitej. Ich również skazano na karę śmierci, którą ostatecznie
zamieniono na 15 lat więzienia dla Pogorzelskiego i dożywocie dla
Pawłowskiego. Na podstawie omawianego dekretu na ławę oskarżonych
trafiło też wielu wysokich rangą funkcjonariuszy przedwojennego systemu
więziennictwa. Bardzo często na podstawie dekretu z 22 stycznia 1946
roku stawiano zarzuty także w innych sprawach karnych, w których
oskarżeni nie mieli nic wspólnego ani z przedwojenną władzą, ani ze
służbami więziennictwa w Drugiej Rzeczypospolitej. Na przykład
aresztowanemu w 1951 roku i sądzonemu w pokazowym procesie w dniach
14-20 września 1953 roku biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi, oprócz
zarzutu szpiegostwa na rzecz USA i Watykanu, nielegalnego handlu
walutami i kolaboracji, zarzucono także faszyzację życia
społecznego. Duchownego oskarżono o to, że w trakcie pobytu we Francji w latach 1922-1928 brał udział w zwalczaniu polskiego ruchu robotniczego
na emigracji, a w okresie rządów sanacji współpracował z "faszystowskim
rządem" w zwalczaniu tzw. ruchów postępowych, znacznie przyczyniając się
w ten sposób do... osłabienia obronności kraju.
Krótko mówiąc, każda forma represji zastosowana wobec działaczy
komunistycznych w czasach Drugiej Rzeczypospolitej albo jedynie, jak w przypadku biskupa Kaczmarka, milczące jej akceptowanie, zasługiwała w oczach ówczesnego wymiaru sprawiedliwości na uznanie za działalność na
szkodę narodu i państwa polskiego. Jak pokrętne było to rozumowanie,
dowodzi chociażby orzeczenie sądu w sprawach Henryka Pogorzelskiego i Tadeusza Pawłowskiego: "Jest oczywistym, że gdyby w Polsce w okresie
drugiej niepodległości zwyciężyła polityka KPP, Polska nie byłaby we
wrześniu 1939 r. krajem zacofanym pod względem gospodarczym i wojskowym,
nie byłaby izolowana i pozbawiona potężnego sojusznika w postaci Związku
Radzieckiego, nie byłaby nieomal bezbronna wobec hitlerowskiej napaści.
[...] Wtrącanie najwybitniejszych działaczy tych partii [tj. KPP, jak
również radykalnych partii lewicowych - I.K.] do więzień, do Berezy i tych wszystkich miejsc udręki, jakimi dysponował reżim sanacyjny, było
przede wszystkim działalnością przeciwko Narodowi Polskiemu, który w tragiczne dni września 1939 r. został zmuszony do poniesienia
konsekwencji zdradzieckiej polityki reakcji"5.
Ludzie wtrącający działaczy komunistycznych do więzienia lub sprawujący
nadzór nad nimi w czasie odsiadywania przez nich wyroków, zdaniem sądu,
prowadzili działalność przestępczą, wymierzoną "przeciwko partiom
komunistycznym i antyfaszystowskim, jedynej wówczas sile
przeciwstawiającej się poważnie siłom agresywnym faszyzmu i budzącej
czujność społeczeństwa przez wskazywanie na niebezpieczeństwo grożące
Narodowi i Państwu Polskiemu ze strony faszyzmu - osłabiali ducha
obronnego społeczeństwa, paraliżując jego aktywność, izolując od
społeczeństwa najaktywniejsze i najdzielniejsze jednostki"6,
a więc, pośrednio, doprowadzili do klęski wrześniowej.
W latach 1944-1954 wydano ponad 100 dekretów i ustaw dotyczących
funkcjonowania gospodarki i nowego politycznego ładu, których realizację
zapewniał system represji. Niestety, ich skutki były nie do naprawienia.
Komuniści nie tylko naginali obowiązujący system prawny do swoich
potrzeb, ale i posuwali się do oszustwa, jakim było chociażby
sfałszowanie wyborów w styczniu 1947 roku, dzięki czemu przejęli pełnię
władzy w powojennej Polsce. Zanim jednak do tego doszło, doprowadzono do
przekształcenia PKWN w komunistyczny rząd, stanowiący konkurencję dla
wciąż przecież legalnego i uznawanego na arenie międzynarodowej rządu
emigracyjnego w Londynie.
Utworzenie takiego rządu było dla ZSRR koniecznością, głównie z powodu
komplikacji, jakie pojawiały się na arenie międzynarodowej. Sytuacja, w której PKWN funkcjonował w Lublinie, a rząd na emigracji, bardzo
utrudniała "rozmowy międzysojusznicze na temat ładu powojennego,
niewiele posuwając naprzód kwestię uznania międzynarodowego "nowej"
Polski"7. Nic dziwnego, że zniecierpliwiony Stalin w październiku 1944 r., podczas spotkania z przedstawicielami PKWN w Moskwie, powiedział, aby przyspieszyli czynności zmierzające w tym
kierunku oraz organizowali "wystąpienia dołów w tej sprawie"8.
Aby sprostać oczekiwaniom dyktatora, polscy komuniści zintensyfikowali
działania. Przede wszystkim starano się wywołać wrażenie, że powstanie
rządu w Lublinie jest życzeniem narodu, dlatego prasa rozpisywała się o wiecach, na których lud miast i wsi domagał się powołania Rządu
Tymczasowego, a członkowie PKWN w swoich wypowiedziach na łamach gazet
mówili o żądaniu całego społeczeństwa. W końcu słowo stało się ciałem i 31 grudnia 1944 r. "Krajowa Rada Narodowa, przychylając się do ogólnych
żądań społeczeństwa polskiego, wyrażonych w masowych uchwałach,
rezolucjach i wezwaniach organizacji społecznych, politycznych i zawodowych, zebrań fabrycznych, chłopskich, inteligenckich,
młodzieżowych oraz zjazdów i kongresów: spółdzielczego, chłopskiego,
związków zawodowych i poszczególnych partii politycznych"9
powołała w miejsce PKWN "Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej
oparty o program działania wyrażony w Manifeście Lipcowym Polskiego
Komitetu Wyzwolenia Narodowego"10.
Rząd londyński oczywiście z miejsca oprotestował powołanie tego organu
władzy, ale nikt się tym specjalnie nie przejął. Powstanie Rządu
Tymczasowego było na rękę przede wszystkim przywódcy ZSRR, który dzięki
temu "mógł łatwiej wycofać się z zarysu porozumienia co do formuły
legalizacji faktu funkcjonowania dwóch polskich ośrodków władzy, do
którego zbliżono się w październiku 1944 r. W zamierzeniu Stalina nowy
byt miał zarazem ułatwić Rooseveltowi i Churchillowi decyzję cofnięcia
uznania Rządowi RP na wychodźstwie"11.
Wraz z powstaniem nowego rządu Resort Bezpieczeństwa Publicznego
przekształcono w Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, a na jego
czele stanął Stanisław Radkiewicz, teraz w randze ministra, który
wcześniej niejednokrotnie miał okazję udowodnić swoje oddanie i lojalność, zarówno wobec krajowych komunistów, jak i Wielkiego Brata ze
Wschodu. W terenie funkcjonowały podległe ministerstwu Urzędy
Bezpieczeństwa Publicznego, które z czasem zaczęto określać skrótem UB,
a ich funkcjonariuszy - ubekami.
Wraz z utworzeniem ministerstwa z Polski wyjechali oficerowie
radzieccy, wcześniej oficjalnie pełniący funkcje doradców nowo
utworzonych służb bezpieczeństwa na ziemiach polskich. A było ich
niemało, tylko w strukturach Informacji WP działało aż 100 pracowników
kontrwywiadu wojskowego "Smiersz", a kolejnych 15 funkcjonariuszy NKWD -
w Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego. Swojego doradcę, którym był
podpułkownik Bielajew z NKWD, miał nie tylko Radkiewicz, ale też
poszczególni wiceministrowie, dyrektorzy departamentów, naczelnicy
wydziałów oraz szefowie wojewódzkich i powiatowych urzędów
bezpieczeństwa. Funkcjonariuszy będących doradcami ministra nazywano
potocznie sowietnikami; w latach 1944-1956 byli to kolejno: generał
Sierow, pełniący funkcję do kwietnia 1945 roku, generał Nikołaj
Seliwanowski, który wytrwał na stanowisku do kwietnia 1946 roku,
pułkownik Siemionow i Siergiej Dawydow, doradzający szefowi resortu
bezpieczeństwa do 1950 roku, pułkownik Michaił Biezborodow, pełniący
funkcję doradcy od 1950 do 1953 roku, Nikołaj Kowalczuk współpracujący z ministrem w 1953 roku, generał Serafin Lalin, będący doradcą do
początków 1954 roku, którego w 1954 roku zastąpił generał Gieorgij
Jewdochimienko.
Oficerowie radzieccy pracowali również na eksponowanych stanowiskach w logistyce, pionach technicznych oraz kadrach. Ich zasadniczym zadaniem
była oczywiście kontrola nad "polskim" aparatem bezpieczeństwa. Poza tym
dysponowali własną, świetnie zorganizowaną i sprawnie funkcjonującą
siecią agenturalną, która pozwalała wnikać im we wszystkie dziedziny
życia w Polsce. Korpus doradców miał nawet własny sztab, którego
siedziba znajdowała się w ambasadzie radzieckiej w Warszawie. Poza
korzystaniem z rad i bogatego doświadczenia sowietników aparat
bezpieczeństwa wyposażony był także w radzieckie uzbrojenie,
umundurowanie i sprzęt łączności.
Radzieccy konsultanci, których należałoby określać mianem nadzorców,
sprawowali oczywiście kontrolę nad procesem likwidacji oddziałów
polskiego podziemia niepodległościowego. Jednak wyjazd owych "doradców"
nie odmienił oblicza służb bezpieczeństwa ani też oblicza wymiaru
sprawiedliwości, które stały się skutecznym narzędziem terroru i przymusu w rękach komunistycznych władz. Co więcej, działalność aparatu
bezpieczeństwa: stosowany przez niego terror i towarzyszące mu
bezprawie, stała się symbolem pierwszej dekady powojennych rządów. Lata
1944-1956, nazywane okresem stalinowskim, należały do najmroczniejszych
rozdziałów powojennej historii Polski. Obywatele byli inwigilowani przez
władzę, a Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, któremu podlegały
urzędy bezpieczeństwa na szczeblu wojewódzkim, powiatowym i miejskim -
siały strach i terroryzowały obywateli. Na porządku dziennym były nocne
aresztowania, bezprawne zatrzymania, brutalne przesłuchania, wymuszanie
zeznań. Do więzienia można było trafić za słuchanie zagranicznych
audycji radiowych, krytykowanie władzy, brak akceptacji dla
kolektywizacji wsi. Nie można było nawet obchodzić świąt kościelnych, na
przykład Matki Boskiej Zielnej 15 sierpnia, czy przedwojennych świąt
państwowych, jak Konstytucji 3 maja.
Represje miały dwa cele: wiarygodność władzy wobec społeczeństwa
nieakceptującego nowego porządku i wyeliminowanie, także dosłowne, osób
niewygodnych dla władzy. Drugi cel, eliminowanie osób niewygodnych,
osiągnięto przez stosowanie wspomnianych wyżej dekretów: sierpniowego i o faszyzacji.
Nad organizacją aparatu bezpieczeństwa czuwał oczywiście Stalin,
wykazując wyjątkową troskę o właściwy dobór zatrudnionych w nim
funkcjonariuszy. Początkowo mieli oni rekrutować się spośród Polaków
służących w szeregach Armii Czerwonej lub żołnierzy tej formacji
nieprzyznających się do polskiego pochodzenia, ale w stopniu dobrym lub
zadowalającym władających językiem polskim. To właśnie wśród nich polscy
komuniści, oczywiście z błogosławieństwem Wielkiego Brata, mieli znaleźć
ludzi gotowych do pełnienia najwyższych funkcji w tworzonej właśnie
bezpiece. Po starannym wyborze kandydatów poddano ich szkoleniu w NKWD,
polegającym głównie na zaznajomieniu z technikami operacyjnymi i metodami śledczymi - nieodzownymi składnikami aparatu terroru, jaki miał
funkcjonować na terenie Polski.
Najobfitszym źródłem kadr przyszłych służb bezpieczeństwa okazała się
jednak szkoła oficerska nr 366 w Kujbyszewie (obecnie Samara), skąd
wywodzili się późniejsi kierownicy jednostek aparatu bezpieczeństwa. Co
ciekawe, przyszli uczniowie szkoły oficerskiej nie wiedzieli o jej
istnieniu, nie mogli zatem zgłosić chęci nauki w tej placówce.
Kandydatów na szkolenie wybierano bez ich wiedzy, po wcześniejszym
rozpracowaniu, weryfikacji i sprawdzeniu pod względem politycznym przez
NKWD. Jak wynika z zachowanej dokumentacji, selekcja i nabór na kursy w Kujbyszewie były prowadzone już w lecie 1943 roku, kiedy do
stacjonującej w Sielcach 1 Dywizji im. T. Kościuszki przyjechała
tajemnicza komisja złożona z oficerów sowieckich w mundurach różnych
rodzajów broni. Zróżnicowane umundurowanie miało zamaskować
funkcjonariuszy NKWD. Komisja wzywała na rozmowy wcześniej starannie
wyselekcjonowanych żołnierzy i oficerów, których poddawano szczegółowemu
przesłuchaniu. Enkawudzistów interesowała zwłaszcza przeszłość
ewentualnych kandydatów, których badano, stosując metodę krzyżowych
pytań.
Po wyjeździe komisji nie nastąpiły żadne dalsze działania, ale w marcu i kwietniu 1944 r., kiedy polska dywizja stacjonowała w okolicach
Smoleńska, wielu z badanych w Sielcach otrzymało nagłe wezwanie do
Kujbyszewa. Tam zdziwionego delikwenta informowano, że weźmie udział w szkoleniu oficerskim, podawano mu informacje odnośnie do jego długości,
terminu i miejsca. Jak łatwo się domyślić, odmowa nie wchodziła w grę.
Dopiero na miejscu kursanci się dowiadywali, na czym ma polegać ich
edukacja. Formalnie kurs rozpoczął się w połowie kwietnia 1944 roku, ale
był to jedynie wstęp do zasadniczego szkolenia, który miał wyłonić
najlepszych kandydatów do nauki w Kujbyszewie, dokąd ostatecznie trafiło
217 osób. Stworzono z nich dwie kompanie, każda po pięć plutonów.
Czego uczyli się "kujbyszewiacy", jak ich później nazywano w Polsce? Jak
się okazuje, program obejmujący dwa miesiące nauki podzielony był na
trzy zasadnicze działy: przedmioty ogólnokształcące, w tym m.in.
historia polskiego ruchu robotniczego, historia ZSRR, ze szczególnym
uwzględnieniem działalności Czeka, czyli Ogólnorosyjskiej Nadzwyczajnej
Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem (poprzedniczki NKWD), oraz
historia literatury rosyjskiej i radzieckiej (naukę historii literatury
polskiej uznano za zbędną). Drugi dział obejmował wojskowość, w tym
naukę o broni, strzelanie i musztrę. Wykształcenia dopełniała tematyka
zawodowa, czyli nauka metod pracy śledczej i operatywnej w połączeniu z wybranymi zagadnieniami prawa.
Ci kursanci, którzy nie opanowali zbyt dobrze języka rosyjskiego, mieli
poważne problemy z nauką i ze zrozumieniem wykładowców, ponieważ w Kujbyszewie wszystkie zajęcia, z wyjątkiem historii polskiego ruchu
robotniczego, prowadzone były w języku rosyjskim. Ale to nie koniec
problemów, na jakie natknęli się uczestnicy kursu. Co prawda codziennie
kładziono im do głowy, że są "najlepszymi z najlepszych", ale
najważniejszymi kryteriami doboru uczestników szkolenia nie były
przecież inteligencja i poziom wykształcenia. W efekcie większość miała
zaledwie podstawowe, często niepełne wykształcenie i na ogół nie miała
nawyku uczenia się, co dodatkowo utrudniało przyswajanie wiedzy. Nic
dziwnego, że, jak wspominał jeden z uczestników, wykładowcy wkładali
"maksimum wysiłku i serca, aby w jak najprzystępniejszy sposób przekazać
swoje wiadomości i doświadczenie"12.
Trzydziestego pierwszego lipca 1944 r. około dwustu kursantów zakończyło
zajęcia i zdało egzamin końcowy, po którym mocodawcy bezzwłocznie
wysłali ich do Lublina, a do Kujbyszewa przybyła następna, stuosobowa
grupa. Z czasem przysyłano tam kursantów z Polski, ale z powodu braków
kadrowych czas szkolenia stopniowo był skracany, co drastycznie odbiło
się na jego poziomie.
Absolwenci pierwszego kursu w Kujbyszewie stawili się w Lublinie na
początku sierpnia 1944 roku, z zadaniem organizacji aparatu
bezpieczeństwa i objęcia w nim kierowniczych funkcji na szczeblu
resortu województw i powiatów. Do dyspozycji Teodora Dudy, kierownika
Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie, skierowano
trzynastu oficerów, z których większość została w urzędzie wojewódzkim,
a pozostali zasilili urzędy powiatowe, gdzie z reguły obejmowali
kierownicze stanowiska. "Kujbyszewiacy" wyróżniali się umundurowaniem,
składającym się m.in. ze spodni w kolorze granatowym oraz
charakterystycznych butów z miękkimi, marszczącymi się cholewami, tzw.
harmoszkami.
Pod koniec 1944 roku w szeregach bezpieki służyło już około 2500
funkcjonariuszy, a przecież wojna wciąż trwała, front znajdował się na
Wiśle, a komuniści mieli w swych rękach jedynie 30 procent obszaru
dzisiejszej Polski. Aparat bezpieczeństwa rozrastał się coraz bardziej i w maju 1945 r. zatrudniał 24 000 funkcjonariuszy.
Jak można się domyślić, funkcjonariusze bezpieki nie cieszyli się
sympatią obywateli. Wkrótce pojawił się pogląd, że są to komuniści
pochodzenia żydowskiego, wysłani przez Sowietów na kurs w Kujbyszewie,
którzy po powrocie do kraju przywdziewali polskie mundury, by
kontrolować społeczeństwo. Tymczasem w zdecydowanej większości
istniejących urzędów bezpieczeństwa na obszarze powiatu jego
funkcjonariusze byli Polakami, podobnie jak w milicji i wojsku. Osoby
żydowskiego pochodzenia, ale także członkowie innych mniejszości
narodowych, jak również Rosjanie, zajmowali najważniejsze stanowiska na
szczeblu centralnym. Przy czym Rosjanie byli nie tylko doradcami, ale
pełnili także funkcje organizacyjne i dowódcze.
Obok aparatu bezpieczeństwa komuniści zajęli się także organizacją
sądownictwa. Zaraz po wojnie w Polsce funkcjonowało szesnaście
rejonowych sądów wojskowych i sekcje spraw tajnych w sądach
powszechnych, które podlegały władzom bezpieczeństwa i informacji. Od
początku wiadomo było, że sądownictwo w państwie, w którym władzę mieli
przejąć komuniści, bynajmniej nie będzie niezawisłe i niezależne. Już w sierpniu 1944 roku zastępca kierownika resortu sprawiedliwości PKWN,
Leon Chajn, oświadczył: "Od sądu Demokratycznej Polski oczekujemy
surowych wyroków dla tych wszystkich, którzy stoją na drodze postępu,
dla tych, którzy przeszkadzają w zapanowaniu na świecie wzniosłych haseł
wolności i równości"13. Zgodnie z tą wskazówką, w latach
1944-1955 polskie sądownictwo prowadziło walkę z tymi, którzy, zdaniem
partii, stali "na drodze postępu", a więc zwalczało wszelką opozycję i wrogów władzy ludowej, stając się de facto organem aparatu przemocy i terroru wymierzonym przeciw obywatelom.
W tym czasie, a więc w latach 1944-1955, jurysdykcji sądów wojskowych
podlegały wszelkie czyny, przedmiotowo lub podmiotowo. W roku 1944 sądy
wojskowe objęły swoją właściwością również wszystkich pracowników kolei,
PKP bowiem zostały zmilitaryzowane dekretem z 4 listopada 1944 roku, a ludność cywilna objęta jurysdykcją wojskową na podstawie dekretu z 30
października 1944 roku o ochronie państwa, dekretem z 16 listopada 1945
o ochronie państwa, tudzież dekretem z 16 listopada 1945 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa
polskiego. Mały kodeks karny z 13 czerwca 1946 roku umacniał właściwości
sądów wojskowych wobec osób cywilnych. Od 12 lipca 1946 roku w sądach
wojskowych za wszystko karano w trybie doraźnym: zarówno za przestępstwa
uznawane za polityczne, mające na celu obalenie ustroju, za działalność
podczas wojny, jak i za niemające nic wspólnego z polityką. "Tylko w latach 1944-1948 aresztowano około 100-150 tysięcy osób, a sądy wojskowe
wydały w tym czasie ponad 22 tysiące wyroków, w tym 2500 wyroków
śmierci, z których większość wykonano. W latach pięćdziesiątych został
rozwinięty proceder tajnych rozpraw sądowych, utrzymanych w ścisłej
tajemnicy, a równolegle odbywały się głośne procesy pokazowe, w większości oparte na fałszywych oskarżeniach"14.
Takiego sfingowanego procesu, z wyrokiem ustalonym odgórnie, cudem
uniknął prezes PSL Stanisław Mikołajczyk, któremu 20 października 1947
roku udało się odpłynąć z Gdyni do Wielkiej Brytanii na pokładzie
brytyjskiego statku "Baltavia". Ukryto go między bagażami brytyjskiego
chargé d'affaires, które przywieziono na statek z Warszawy ciężarówką
ambasady. Dzięki sprowokowanej awanturze urzędnika ambasady z żołnierzami WOP Mikołajczyk niepostrzeżenie znalazł się na statku. Kilka
dni wcześniej, 17 października, poprosił ambasadę amerykańską o pomoc w wydostaniu się z kraju. Miał informacje, że 27 października, podczas
posiedzenia sejmu, pozbawiony zostanie immunitetu poselskiego, a potem
osądzony na karę śmierci. Amerykanie pomogli w zorganizowaniu ucieczki,
ale polskie władze wykorzystały to propagandowo. Zenon Kliszko na
mównicy sejmowej oświadczył, że "Obce czynniki kierujące polityką S.
Mikołajczyka doszły do przekonania, że należy go zabrać z kraju, zanim
ostatecznie kompromitacja wobec narodu polskiego nie uczyni go całkiem
nieprzydatnym narzędziem"15. Nie wszyscy, niestety, mieli
tyle szczęścia co Mikołajczyk. Oskarżeni w procesie przywódcy WiN, który
odbył się w pierwszych dniach stycznia 1947 roku, otrzymali wysokie
wyroki, z karą śmierci włącznie.
Właściwości sądów wojskowych umacniał także dekret z 26 października
1949 roku o ochronie tajemnicy państwowej. W latach 1944-1955, oprócz
żołnierzy WP, jeńców, zakładników, poborowych od chwili powołania,
pracowników PKP i ludności cywilnej, w obszarze właściwości sądownictwa
wojskowego znaleźli się funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego (MO, KBW, Służby Więziennej),członkowie Powszechnej
Organizacji "Służba Polsce" i żołnierze WOP. Stan taki trwał aż do roku
1955, bo właśnie 1 maja 1955 roku weszła w życie Ustawa o przekazaniu
sądom powszechnym dotychczasowej właściwości sądów wojskowych w sprawach
karnych osób cywilnych, funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa
publicznego, Milicji Obywatelskiej i Służby Więziennej z dnia 5 kwietnia
1955 roku.
Kwestię zadań stojących przed "nowym", "ludowym" wymiarem
sprawiedliwości poruszył nawet Bolesław Bierut, przemawiając 20 kwietnia
1949 roku podczas plenum KC PZPR. Według niego te najważniejsze to:
wzmocnienie walki z obcą agenturą, wyostrzenie i udoskonalenie form tej
walki, demaskowanie i unieszkodliwianie ośrodków obcej agentury,
wzmocnienie obronności kraju oraz walka z podżegaczami wojennymi i ich
ekspozyturą w kraju.
Sędziom mającym wątpliwości wykładni udzielił dyrektor Departamentu
Ustawodawczego Ministerstwa Sprawiedliwości oraz redaktor naczelny
"Nowego Prawa" - Leszek Lernell. W redagowanym przez siebie periodyku
pisał, że: "Podstawową funkcją sądownictwa w nowym państwie jest ochrona
ustroju demokracji ludowej [...] walka o rugowanie i likwidację
elementów kapitalistycznych"16.
Zdaniem marksistowskiego teoretyka państwa i prawa Stanisława Włodyki
"Skutkiem takiego stanu rzeczy było przyjęcie, że:
1) sądy mogły odmówić zastosowania "norm formalnie co prawda
obowiązujących, ale sprzecznych z postulatem ochrony demokracji ludowej
i jej rozwoju w kierunku socjalizmu";
2) w sporach cywilnych, których stronami była jednostka reprezentująca
"własność społeczną" i jednostka reprezentująca "inną kategorię
własności - należy dać bezwzględną przewagę jednostkom reprezentującym
własność społeczną";
3) w sporach, w których jedną ze stron jest przedstawiciel "klasy
wyzyskującej", należy "dawać bezwzględne pierwszeństwo stronie
przeciwnej [...] nawet z naruszeniem obowiązujących przepisów
proceduralnych""17.
Inny prominentny prawnik i procesualista karny Leon Schaff w swojej
rozprawie doktorskiej uznał, że najważniejszymi działaniami wymiaru
sprawiedliwości w kraju, w którym władzę sprawuje lud, są m.in.:
"dławienie oporu obalonych klas wyzyskiwaczy"18, obrona
przed "wszelkimi zamachami wroga klasowego"19, walka "przeciw
własnym wyzyskiwaczom, [...] przeciw szpiegom, dywersantom, agentom
obcego wywiadu nasłanym przez państwa kapitalistyczne"20
oraz "ściganie i tępienie wszelkich przejawów wrogiej ideologii,
reprezentującej interesy obalonych klas wyzyskiwaczy"21.
Henryk Świątkowski, minister sprawiedliwości w latach 1945-1956, uważał,
że wśród zadań sądów "szczególną rolę odgrywa walka o praworządność
ludową"22. Można było również spotkać poglądy takie, jakie
reprezentowali sędzia Sądu Najwyższego Gustaw Auscaler oraz zastępca
Naczelnego Prokuratora Wojskowego i zastępca Prokuratora Generalnego PRL
Henryk Podlaski, którzy uważali, że "Nasza praworządność ludowa
skierowana jest przeciw wszelkim obcym agentom, przeciw zdradzieckim
poczynaniom WiN, PSL i WRN, przeciw wszelkim przejawom oporu wroga
klasowego w zaostrzającej się walce klasowej na wsi i w mieście"23. Jak widać, żaden z przytoczonych "autorytetów" nawet
nie zająknął się na temat ścigania i karania sprawców przestępstw
pospolitych, kryminalnych czy rozpoznawania sporów cywilnych. Nic
dziwnego, skoro w kwestii organizacji aparatu sądowniczego w Polsce
naśladowano najwspanialszy wzór, jaki funkcjonował w ZSRR. Jak zauważył
minister Świątkowski w swoim artykule Sąd i prokuratura w walce o wykonanie Planu Sześcioletniego w Polsce Ludowej (jak widać
komunistyczna gospodarka planowa objęła także wymiar sprawiedliwości),
zamieszczonym na łamach "Przeglądu Prawniczego" w 1956 roku, Polska
Ludowa, ze względu na "swój charakter klasowy, swoje cele i zadania"24 jest podobna do "radzieckiego państwa
socjalistycznego pierwszej fazy swojego rozwoju"25 i dlatego
powinna realizować i realizuje "te same funkcje, które realizowało
państwo radzieckie w pierwszej fazie swojego rozwoju". Do owych funkcji
minister zaliczył:
"1. funkcje łamania oporu obalonych klas [...];
2. funkcje obrony kraju przed atakiem z zewnątrz [...];
3. funkcje gospodarczo-organizatorskie i kulturalno-wychowawcze
[...]"26.
I znów próżno szukać choćby wzmianki o ściganiu pospolitych przestępców.
Oczywiście nowy "ludowy" aparat sprawiedliwości nie mógł opierać się na
sędziach, prokuratorach czy też adwokatach wykształconych i prowadzących
swoją działalność w czasach Drugiej Rzeczypospolitej, dlatego zadbano o kuźnię własnych kadr prawniczych, mimo że przyszłych prawników
kształcono na odradzających się w bólach polskich uczelniach i szkołach
wyższych. Jako pierwszy swoje podwoje otworzył Katolicki Uniwersytet
Lubelski, gdzie uruchomiono początkowo jeden wydział jurydyczny -
Wydział Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych, a od 1945 roku także
Wydział Prawa Kanonicznego. Oba wydziały od 1949 roku stopniowo
likwidowano, na skutek decyzji ministra, pod pretekstem niskiego poziomu
nauczania. Wynikało to oczywiście z założeń ideologicznych komunistów,
którzy pragnęli podporządkować sobie szkolnictwo wyższe, i było etapem
likwidacji sektora niepaństwowego, a przede wszystkim - szkolnictwa
kościelnego. Prawo wykładano także na Uniwersytecie Marii
Curie-Skłodowskiej, powołanym do życia dekretem Polskiego Komitetu
Wyzwolenia Narodowego z 23 października 1944 roku. Wydział Prawa
reaktywowano też na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie
Poznańskim oraz na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie katedrę prawa
otworzono w listopadzie 1945 roku.
Istniejące placówki nie spełniały jednak oczekiwań władz, którym marzyło
się wykształcenie "prawników nowego typu", posłusznych nie tyle literze
prawa, ile nakazom partii. Pozyskaniu takich prawników miał służyć
Dekret Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z 22 stycznia 1946 roku o wyjątkowym dopuszczaniu do obejmowania stanowisk sędziowskich,
prokuratorskich i notarialnych oraz do wpisywania na listę adwokatów. W artykule 1 dekretu napisano, że minister sprawiedliwości ma prawo
zwolnić z odbywania studiów, a co za tym idzie, z aplikacji sędziowskiej
i egzaminu sędziowskiego osoby, "które ze względu na kwalifikacje
osobiste oraz działalność naukową, zawodową, społeczną lub polityczną i dostateczną znajomość prawa nabytą bądź przez pracę zawodową, bądź w uznanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości szkołach prawniczych dają
rękojmię należytego wykonywania obowiązków sędziowskich"27.
Na mocy owego przepisu na stanowiska sędziów, asesorów sędziowskich i prokuratorów powoływano więc osoby ledwo umiejące czytać i pisać, a czasem nawet pozbawione tych cennych umiejętności, ale za to usłużnie
wykonujące polecenia partii, co ustawodawca nazwał rękojmią "należytego
wykonywania obowiązków". Ten sam dekret powoływał do życia tzw. szkoły
prawnicze, które w zamyśle ustawodawcy stanowiły średni szczebel
edukacji, ale w rzeczywistości były co najwyżej kursami przyuczającymi
do zawodu. Współczesnych studentów, którzy mają przed sobą długie lata
studiów, a później aplikację, zapewne wprawi w osłupienie, że to
przyuczanie do zawodu trwało najpierw 6 miesięcy, a następnie
przedłużono je do 15 miesięcy. Nawet osoba mająca dość pobieżne pojęcie
o prawie doskonale zdaje sobie sprawę, że taki okres nie wystarczy, by
posiąść nawet ułamek wiedzy potrzebnej do wykonywania zawodu sędziego
czy prokuratora. Nie dość, że kursy te były stanowczo za krótkie, by ich
słuchacze mogli nabyć jakie takie pojęcie o zawiłościach prawa, to
jeszcze główny nacisk kładziono nie na naukę zagadnień prawniczych, ale
na wpajanie słuchaczom zasad ekonomii politycznej, materializmu
dialektycznego i historycznego oraz historii polskiego ruchu
robotniczego. Prawo rzymskie, podstawa kształcenia prawników niemal na
całym świecie, zostało uznane za relikt przeszłości, balast, którym nie
ma co obciążać umysłów przyszłych sędziów i prokuratorów.
Doktor Emil Merz, jeden z sędziów odpowiedzialnych za mord sądowy na
bohaterze Polskiego Państwa Podziemnego Emilu Fieldorfie "Nilu", tak
uzasadniał potrzebę stworzenia owych szkół: "Powstały one w wyniku
zapotrzebowania społecznego, wymiar sprawiedliwości Polski Ludowej nie
mógł bowiem oprzeć się wyłącznie na przedwojennych kadrach sędziów i prokuratorów, którzy dzięki ciążącemu na ich umysłowości balastowi
ideologii burżuazyjnej, z trudem tylko przystosowywali się do nowych
stosunków i nie podążali za biegiem wypadków. Chodziło o wprowadzenie do
organów wymiaru sprawiedliwości ludzi świeżych, nowych, nie mających
wprawdzie częstokroć matury licealnej, posiadających natomiast pewien
staż pracy politycznej lub społecznej, doświadczenie życiowe, a nade
wszystko - instynkt klasowy. Uniwersytety ludzi takich dostarczyć nie
mogły. Dlatego stworzono Szkoły Prawnicze, do których wstęp mają tylko
odpowiednio dobrani ludzie, skierowani przez partie polityczne i związki
zawodowe. [...] Szkoły Prawnicze - to nie tylko awans społeczny dla ich
absolwentów, to w pierwszym rzędzie olbrzymi sukces Demokracji Ludowej
na drodze zwycięskiego marszu ku Socjalizmowi"28.
Jak można się domyślić, szkoły przyuczające do zawodu prawnika cieszyły
się w społeczeństwie, delikatnie mówiąc, niezbyt wysoką renomą, ale i tak nie narzekały na brak kandydatów na "studentów". Ostatecznie
ukończyło je 1081 absolwentów, z których 44 procent rozpoczęło pracę
jako sędziowie, pozostali zaś zostali prokuratorami.
Wkrótce jednak nawet sami komuniści byli zażenowani poziomem
reprezentowanym przez osoby, które te szkolenia ukończyły, dlatego
jesienią 1948 roku powzięto decyzję o powołaniu do życia Centralnej
Szkoły Prawniczej im. Teodora Duracza, z dwuletnim cyklem nauczania. Jej
pierwszym dyrektorem został Igor Andrejew, nawiasem mówiąc, wywodzący
się z rodziny legitymującej się prawniczymi tradycjami: adwokatami byli
zarówno jego dziadek Bazyl, jak i ojciec Paweł. Ten drugi w 1927 roku
zyskał rozgłos, broniąc syna białogwardyjskiego działacza,
odpowiadającego za zabójstwo sowieckiego dyplomaty, za co po zajęciu
Wilna przez Armię Czerwoną został zesłany na Syberię.
Igor Andrejew był świetnie przygotowany do kierowania placówką
kształcącą młodych prawników: ukończył prawo na Wydziale Prawa i Nauk
Społecznych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, a także miał za
sobą staż w charakterze aplikanta sądowego i asystenta na wydziale prawa
wspomnianej uczelni. Ale i on zaprzedał się systemowi, ponieważ bez
bezwzględnego podporządkowania się komunistom nie mogło być nawet mowy o powierzeniu mu tak odpowiedzialnej funkcji, jaką było kierowanie szkołą
prawniczą. Obejmując stanowisko, Andrejew z dumą stwierdzał, że "CSP
jest pierwszą w Polsce wyższą uczelnią prawniczą, w której wszystkie
przedmioty wykładane są zgodnie z założeniami marksizmu i leninizmu"29. Jak widać, naukę w tej placówce określano mianem
studiów prawniczych, chociaż było w tym sporo przesady.
Statut CSP określał, że zadaniem szkoły jest: "(a) kształcenie
teoretyczne i praktyczne kandydatów na stanowiska sędziowskie i prokuratorskie w wymiarze sprawiedliwości; (b) wychowanie słuchaczy w duchu ideologii demokratycznej i sprawiedliwości
społecznej"30. Zgodnie ze statutem słuchaczami szkoły mogły
być jedynie osoby "skierowane [...] przez zarządy centralne partii
politycznych, związków zawodowych lub organizacji społecznych, w wieku
lat od 21 do 40, posiadające co najmniej wykształcenie licealne (ogólne
lub zawodowe) względnie równoznaczne, które złożą z wynikiem pomyślnym
egzamin wstępny. Minister sprawiedliwości może w wyjątkowych
przypadkach zwolnić kandydata do Centralnej Szkoły Prawniczej od wymogu
wykształcenia licealnego"31.
Przyglądając się programowi tej placówki z punktu widzenia dzisiejszych
wymagań, musimy także stwierdzić, że poziom kształcenia w CSP był daleki
od doskonałości i niewiele odbiegał od tego, co oferowały funkcjonujące
wcześniej szkoły prawnicze. Co prawda ujęto w nim takie przedmioty, jak:
historia prawa, prawo administracyjne, prawo skarbowe, prawo
gospodarcze, medycyna sądowa czy kryminalistyka, a nawet, wcześniej
pogardzane, prawo rzymskie, ale wszystkie przedmioty wykładane były
zgodnie z założeniami marksizmu-leninizmu. Nie zabrakło też miejsca dla
prawa i ustroju ZSRR.
Za patrona szkoły obrano Teodora Duracza, przedwojennego prawnika i działacza komunistycznego, zamordowanego przez hitlerowców w 1943 roku
na Pawiaku, w oficjalnych życiorysach przedstawianego jako idealny
patriota. Tymczasem w rzeczywistości jego patriotyzm był co najmniej
dyskusyjny. Jak bowiem uznać za przykład miłości ojczyzny nawoływania do
oddania Niemcom "okupowanych" przez Drugą Rzeczpospolitą Gdańska i Górnego Śląska? Poza tym Duracz przed sądami bronił nie tylko działaczy
ruchu komunistycznego, co jeszcze można byłoby zrozumieć i wytłumaczyć
jego lewicowymi zapatrywaniami, ale również sowieckich szpiegów.
Zresztą, jak dowiedziono, on sam był agentem radzieckiego wywiadu.
W 1950 roku Centralna Szkoła Prawnicza im. Teodora Duracza przestała
istnieć, a zastąpiła ją Wyższa Szkoła Prawnicza tego samego imienia. Był
to rezultat ostrej krytyki uniwersyteckiego nauczania prawa,
przeprowadzonej na plenum KC PZPR w kwietniu 1949 roku, podczas którego
domagano się "zmiany oblicza profesury"32, jak również nowych,
wiernych partii kadr oraz przetłumaczenia w trybie pilnym na język
polski "doskonałych podręczników radzieckich"33. Studia w Wyższej Szkole Prawniczej trwały dwa lata w systemie dziennym i kolejne
cztery w systemie zaocznym, a program nauczania był bardzo podobny do
programu Centralnej Szkoły Wyższej. Szkoła istniała formalnie do 1953
roku, do czasu, kiedy jej dalsze funkcjonowanie nie miało już sensu. Po
pierwsze: zadanie dostarczenia "prawników nowego typu" zostało w pełni
wykonane, a po drugie: w tym samym czasie przeprowadzono reformę
uniwersyteckich studiów prawniczych, dostosowując je do wymagań
ideologicznych nowego ustroju.
Niestety, zdecydowana większość "prawników nowego typu" okazała się
wiernymi sługusami partii i systemu. Za ich sprawą możliwe były mordy
sądowe, do których dochodziło w naszym państwie w latach czterdziestych
i pięćdziesiątych. Niektórzy więźniowie nawet nie zdążyli stanąć przed
sądem, ponieważ zostali zabici jeszcze w trakcie śledztwa, w budynkach
urzędu bezpieczeństwa i więzieniach. Podczas przesłuchiwania uduszono
naukowca profesora Mariana Grzybowskiego, a z okien przy ulicy
Koszykowej wyrzucono Jana Rodowicza, żołnierza AK z batalionu "Zośka".
Ksiądz Zygmunt Kaczyński, redaktor katolickiego pisma "Tygodnik
Warszawski", zginął w celi więziennej w niewyjaśnionych okolicznościach.
Taki sam los spotkał pułkownika Wacława Lipińskiego, organizatora obrony
Warszawy w 1939 roku. Są to tylko niektóre przykłady.
System prawny funkcjonujący w owym czasie był parodią sądownictwa. W haniebny sposób kompromitowano niepodległościowy ruch oporu i władze
międzywojenne, przypisując im kolaborację z nieprzyjacielem. Na porządku
dziennym, po zastosowaniu okrutnych tortur, była kara śmierci lub
ciężkie więzienie. Nie uznawano przedawnienia, stanu wyższej
konieczności, nie stosowano warunkowego zawieszenia kary, a podstawowym
środkiem utrwalającym nową władzę stało się eliminowanie "wroga
ustroju".
Organy władzy stosujące ostre represje, a więc Główny Zarząd Informacji,
sądy, prokuratury i Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, były podporządkowane Ministerstwu
Bezpieczeństwa Publicznego. Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym powołana została w 1949 roku w celu
"uproszczenia" ludowego wymiaru sprawiedliwości, dlatego instytucji tej
nie obowiązywało prawo karne i z całą pewnością nie wyróżniała się
niezawisłością, podobnie zresztą jak ówczesne sądy. Orzeczenia Komisji
Specjalnej, będące w rzeczywistości aktami administracyjnymi, miały moc
podobną do orzeczeń sądowych i nie było od nich odwołania - prokurator
je niezwłocznie wykonywał.
Nie tylko sądownictwo, ale i więziennictwo było częścią aparatu represji
i terroru politycznego. Nie rozróżniano zatrzymania od aresztowania,
zamykano ludzi bez nakazów i wyroków, a więzienia nie były instrumentem
polityki karnej, ale służyły walce politycznej, gdyż izolowano w nich
ludzi nie na podstawie wyroków sądów, lecz za pomocą działań
pozaprawnych. "Zresztą fakt zapadnięcia wyroku skazującego tak naprawdę
nie zmieniał niczego w dotychczasowym statusie oskarżonego. Wydanie i zatwierdzenie wyroku nie zamykało definitywnie śledztwa, powodowało
jedynie przyjęcie przez nie formy utajnionej. Ta utajniona forma w każdej chwili mogła przemienić się w jawne, formalnie prowadzone
śledztwo, zmierzające do kolejnego procesu sądowego, jawnego bądź
tajnego, i do kolejnego skazania"34.
Nic w tym dziwnego, skoro prawo zostało całkowicie podporządkowane
komunistycznej ideologii. Najsurowszy wymiar kary - karę śmierci - orzec
można było również na podstawie dekretu z 16 listopada 1945 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa
(kara śmierci z trzech artykułów), dekretu z 22 stycznia 1946 roku o odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego
(kara śmierci z jednego artykułu), dekretu z 13 czerwca 1946 roku
[drugi] o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie
odbudowy państwa (kara śmierci z jedenastu artykułów). Jak słusznie
zauważają współcześni badacze zajmujący się problematyką czasów
stalinowskich, "Polityka, ideologia i zasady funkcjonowania państwa
totalitarnego stwarzały warunki do popełniania zbrodni komunistycznych i gwarantowały bezkarność"35.
Zbrodniczy system prawny funkcjonujący w Polsce w czasach stalinowskich
nie oszczędzał też dzieci i młodzieży, których do 1950 roku traktowano
na równi z dorosłymi. Młodociani nie byli zatem sądzeni w sądach dla
nieletnich, ale przez sądy wojskowe. Osadzano ich w więzieniach w Rawiczu i Wronkach, czasem z kilkunastoletnimi wyrokami, byli
torturowani, deprawowani i wyniszczani ciężką, fizyczną pracą. Z początkiem lat pięćdziesiątych poniemiecki obóz w Jaworznie, filię obozu
oświęcimskiego, przekształcono na obóz dla młodzieży. Cały teren
otoczono sześciometrowej wysokości murem z cegły. Od strony wewnętrznej
rozpostarto drut kolczasty pod napięciem elektrycznym i pas codziennie
grabionego piasku. Przez ten obóz w okresie pięciu lat istnienia
przeszło prawie dziesięć tysięcy chłopców. Obóz pracy w Jaworznie
stanowił zaplecze taniej siły roboczej dla wielu kopalń węgla, w których
zatrudniano prawie połowę więźniów. Praca rujnowała ich organizmy, była
bardzo ciężka, chłopcy byli niedożywieni, a właściwie głodzeni. "Nie
można przemilczeć tego, jaki wysiłek wkładano (w śledztwie, a później w więzieniach i obozach) w łamanie charakterów tych dzieci, ich moralne
unicestwienie"36.
Nie bez przyczyny lata 1944-1956 nazywane są często najmroczniejszym
okresem polskiego sądownictwa. Jak słusznie zauważa Zbigniew Hołda,
zajmujący się problematyką prawa karnego wykonawczego i prawami
człowieka: "nowa polska władza uczyniła represję prawną i pozaprawną
podstawowym środkiem walki z opozycją polityczną oraz środkiem
rozwiązywania problemów społecznych i gospodarczych. Zachowano wprawdzie
w mocy przedwojenne kodeksy, ale dokonano ich nowelizacji. Co więcej, w latach 1944-1953 wydano około 100 ustaw i dekretów z zakresu prawa
karnego. Tak powstała hybryda łącząca elementy liberalnego prawa karnego
opartego na standardach europejskich z elementami represyjnego,
nieludzkiego prawa karnego rodem ze Związku Radzieckiego. Prawo karne (w tym przepisy dotyczące wykonywania kar) zostało zdegradowane i wynaturzone"37. A temu wynaturzonemu systemowi prawnemu
służyli ludzie - jego funkcjonariusze, mordercy w togach sędziowskich i prokuratorskich oraz oprawcy na etacie Urzędów Bezpieczeństwa.
Praca operacyjna i metody śledcze aparatu bezpieczeństwa w okresie stalinowskim
Komuniści, przejmując władzę w powojennej Polsce, doskonale zdawali
sobie sprawę, że jej utrzymanie nie będzie możliwe bez sprawnie
działającego aparatu bezpieczeństwa, dlatego, poza przyznaniem mu
szerokich uprawnień, nie szczędzili środków na jego funkcjonowanie. W efekcie środki finansowe, jakimi na potrzeby kierowanego przez siebie
resortu dysponował Radkiewicz, znacznie przewyższały możliwości
budżetowe państwa polskiego, z trudem dźwigającego się ze zniszczeń
wojennych. Aż do 1955 roku fundusze przewidziane na ten cel stanowiły
drugi co do wielkości składnik wydatków naszego państwa. Więcej wydawano
tylko na Ministerstwo Obrony Narodowej.
Aby nie być gołosłownym, wystarczy wspomnieć, że w 1946 roku na
działalność resortu bezpieczeństwa wyasygnowano 19 590 tysięcy złotych,
a więc o 100 tysięcy złotych więcej, niż wynosił budżet Ministerstwa
Oświaty, co stanowiło bardzo znaczącą kwotę w wydatkach państwa. Budżety
dwóch innych ministerstw, ważniejszych z punktu widzenia dobra obywateli
i gospodarki państwa - Ministerstwa Pracy oraz Ministerstwa Zdrowia -
prezentowały się także znacznie skromniej. Pierwszy z nich miał do
dyspozycji 1 113 tysięcy złotych, a drugi -1 244 tysięcy złotych. Dwa
lata później na potrzeby Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
przeznaczono kwotę dziesięciokrotnie większą niż dla Ministerstwa
Odbudowy. W 1947 roku minister Radkiewicz mógł dysponować kwotą 17 010
tysięcy złotych, przekraczającą łączne budżety resortów najważniejszych
dla gospodarki odbudowującego się państwa, a więc Ministerstwa Ziem
Odzyskanych, które otrzymało 5 308 tysięcy złotych, Ministerstwa
Komunikacji, na którego potrzeby wyasygnowano 5 320 tysięcy złotych,
Ministerstwa Przemysłu i Handlu, dysponującego budżetem w wysokości 2
572 tysiące złotych oraz Ministerstwa Administracji Publicznej, które na
swoje potrzeby otrzymało 1 511 tysięcy złotych. Biorąc to pod uwagę,
śmiało można postawić tezę, że powtarzane niczym mantra przez cały okres
trwania PRL twierdzenie o zaangażowaniu "władzy ludowej" w odbudowę
kraju jest jedynie propagandowym mitem. Niewątpliwie, zarówno tempo
odbudowy, jak i poziom życia obywateli byłyby znacznie wyższe, gdyby
pieniądze przewidziane na utrzymanie aparatu bezpieczeństwa zostały
przeznaczone zgodnie z rzeczywistymi potrzebami społeczeństwa i powstającego z ruin państwa.
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego umiało wykorzystać każdą
przeznaczoną na ten resort złotówkę. Dużą część środków pochłaniały
pensje funkcjonariuszy, których liczba z roku na rok rosła. W listopadzie 1944 roku w bezpiece pracowało około 2,5 tysiąca
funkcjonariuszy, ale w końcu 1945 roku ich liczba wzrosła do około 24
tysięcy, by w 1953 roku dojść do 33 tysięcy. Zgodnie z szacunkami
współczesnych historyków, w latach pięćdziesiątych jeden funkcjonariusz
przypadał na 1300 obywateli. Resort od początku się rozbudowywał i został ukształtowany w strukturę o pionowej zależności. W jego skład
weszło oczywiście Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, pełniące
funkcję centrali, oraz wojewódzkie i powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa
Publicznego, a na niektórych terenach w latach 1944-1945 również gminne
Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, Referaty Ochrony (RO), jak również
Referaty Wojskowe (RW).
Rok 1953 był niewątpliwie szczytowym okresem rozwoju liczebnego i organizacyjnego resortu. Wówczas na terenie Polski, oprócz ministerstwa,
którego siedziba mieściła się oczywiście w stolicy, funkcjonowało:
siedemnaście wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego, dwa
miejskie Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego na prawach wojewódzkich (w Warszawie i Łodzi), czternaście miejskich Urzędów Bezpieczeństwa
Publicznego, dziesięć Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego na miasto i powiat (w: Toruniu, Będzinie, Bielsku, Bytomiu, Częstochowie, Gliwicach,
Radomiu, Tarnowie, Jeleniej Górze oraz Wałbrzychu), dwieście
sześćdziesiąt pięć powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego, jeden
Urząd Bezpieczeństwa Publicznego na Nową Hutę i placówki Urzędów
Bezpieczeństwa Publicznego na m.st. Warszawę: Urząd Bezpieczeństwa
Publicznego Wawer oraz Urząd Bezpieczeństwa Publicznego Włochy.
W okresie istnienia ministerstwa nie tylko systematycznie zwiększała się
liczba etatów, ale i rozbudowywała się jego struktura, która z czasem
była tak skomplikowana, że obecnie nieliczni znawcy tematu potrafią
wymienić poszczególne wydziały, departamenty i resorty, z podaniem ich
pełnej nazwy oraz kompetencji. Dość powiedzieć, że na przykład w 1951
roku w skład działu Szefostwa Zaopatrzenia wchodziło aż 14 wydziałów
pełniących funkcje pomocnicze. Nic więc dziwnego, że rozbudowujący swoje
struktury resort z czasem stał się istnym państwem w państwie,
dysponował bowiem własną siecią punktów usługowych, w których
zaopatrywać się mogli wyłącznie funkcjonariusze bezpieki i urzędnicy
resortowi, przedszkoli (tylko w Warszawie działało aż pięć resortowych
placówek tego typu), a nawet szpitali i sanatoriów.
Jak obliczyli współcześni historycy, na początku lat pięćdziesiątych
ministerstwo miało dwa szpitale i poliklinikę w stolicy, kilkanaście
resortowych szpitali w miastach wojewódzkich oraz aż dwanaście
sanatoriów. Pracownicy aparatu bezpieczeństwa mogli wybierać spośród
siedmiu domów wczasowych zlokalizowanych w najatrakcyjniejszych
turystycznie rejonach naszego kraju. Tak rozrośnięta struktura sprawiła,
że na liście płac resortu znajdowali się nie tylko jego funkcjonariusze,
współpracownicy czy urzędnicy administracji, ale także osoby niemające
nic wspólnego z pracą w aparacie bezpieczeństwa, jak chociażby
pielęgniarki oseskowe oddziału ginekologiczno-położniczego Centralnego
Szpitala MBP. Takie szeroko rozbudowane zaplecze socjalne, obok wysokich
zarobków, miało zachęcić do wstępowania w szeregi służb bezpieczeństwa.
Problemem okazało się wykształcenie funkcjonariuszy, z których niewielu
mogło wykazać się świadectwem maturalnym. "Ilość aktywu (ogólna)
kierowniczego - stwierdził podczas narady odbywającej się 26 maja 1950
roku Stanisław Radkiewicz - wynosi 2059 ludzi. W wieku do 22 lat mamy 2
osoby, do 25 [lat] 283. [...] Można powiedzieć, że w zasadzie, jeśli
chodzi o wiek - aparat kierowniczy naszego ministerstwa w WUBP jest na
ogół zadowalający. Rzecz jasna, że nie jest normalną rzeczą, że mamy 283
osoby, które nie mają pełne 25 lat. [...] Robotników mamy 76%, chłopów
16%, inteligencji pracującej 10%, drobnomieszczaństwa 4%, innych 3%.
Stan społeczny kadr naszego aparatu w zasadzie przedstawia się
zadowalająco. Ze szkołą powszechną mamy 38% (800 osób); 43 ludzi na
kierowniczych stanowiskach naszego aparatu w całym kierownictwie ma
zaledwie 7 kl[as] wykształcenia. Pod względem wykształcenia ogólnego
kadra nasza przedstawia się opłakanie"38. Chciałoby się
powiedzieć: "przyganiał kocioł garnkowi", bo autora tej wypowiedzi
trudno byłoby zaliczyć do osób wykształconych - minister ukończył
zaledwie kilka klas szkoły podstawowej. Podobnym wykształceniem
legitymowała się zdecydowana większość ówczesnej kadry kierowniczej
resortu, osoby mające dyplom ukończenia studiów można było policzyć na
palcach jednej ręki, nawet biorąc pod uwagę urzędy wojewódzkie i powiatowe.
Tak jak w innych krajach bloku wschodniego, zwanych potocznie
demoludami, polski aparat bezpieczeństwa służył wyłącznie interesom
"przewodniej siły narodu", czyli PPR, a później - PZPR. Wszyscy jego
funkcjonariusze musieli należeć do partii. Resort pracował zgodnie z wytycznymi Biura Politycznego Komitetu Centralnego PPR, a później -
PZPR, a wszystkie otrzymywane stamtąd polecenia i zalecenia były w ministerstwie przekładane na język resortowych rozkazów lub instrukcji,
a następnie przekazywane do podległych departamentów i jednostek
terenowych. Zarówno minister, jak i szefowie lokalnych urzędów
utrzymywali ścisły kontakt z kierownictwem partyjnym, a obsada wyższych
stanowisk musiała być zaakceptowana przez stosowne czynniki partyjne.
Zgodnie z nakazami władzy aparat bezpieczeństwa, stojąc na straży
zdobyczy socjalizmu, zajmował się identyfikacją, rozpracowywaniem i eliminacją rzeczywistych bądź urojonych wrogów partii rządzącej,
posługując się wzorcami zaczerpniętymi, jakżeby inaczej, zza wschodniej
granicy. 24 lutego 1949 roku powołano niejawną Komisję Bezpieczeństwa,
która jako Komisja Biura Politycznego ds. Bezpieczeństwa Publicznego
miała za zadanie sprawować nadzór partii nad organami bezpieczeństwa.
Jej szefem został Bolesław Bierut, wspierany przez innych partyjnych
tuzów - Jakuba Bermana, Hilarego Minca oraz oczywiście Stanisława
Radkiewicza.
W pierwszym okresie istnienia resortu główny ciężar "oczyszczania
terenów z wrogich elementów" spoczywał jednak na formacjach radzieckich,
obecnych na ziemiach polskich jeszcze przed styczniową ofensywą 1945
roku. Już wówczas zrzucano na tyły frontu radzieckie oddziały
wywiadowcze i partyzanckie. Krok w krok za regularną armią w głąb
terytorium naszego kraju przesuwały się grupy operacyjne NKWD i "Smiersza" - zjednoczonej struktury kontrwywiadu wojskowego Armii
Czerwonej, posługującej się akronimem hasła smiert' szpionam - śmierć
szpiegom, które bezzwłocznie po wkroczeniu na tereny naszego kraju
rozpoczęły aresztowania członków Armii Krajowej.
W meldunku przygotowanym pod koniec lutego przez pułkownika Jana
Zientarskiego, komendanta Okręgu AK Radom-Kielce, dla komendanta
głównego AK, czytamy: "Na terenie Okręgu wszystkie więzienia są już
zapełnione żołnierzami AK. Aresztowania trwają w dalszym ciągu"39.
A dowodzący Okręgiem Białostockim podpułkownik Władysław Linarski
dodawał: "NKWD z całą pasją wściekłości przeprowadza aresztowania
dowódców AK. Bada w bestialski sposób, bije drutem kolczastym, kłuje
szpilki za paznokcie, łamie żebra i wszystkich wywozi do Rosji"40.
W efekcie szeroko zakrojonych działań formacji radzieckich Armia Krajowa
tylko w ciągu pierwszych tygodni 1945 roku poniosła znacznie większe
straty niż w czasie okupacji niemieckiej! Jednak największy cios AK
zadała radziecka bezpieka, aresztując w Pruszkowie 27 i 28 marca 1945
roku 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, których wywieziono do
Moskwy i postawiono przed sądem. Posłużono się w tym celu podstępem:
polscy działacze zostali zaproszeni na spotkanie z przedstawicielami
dowództwa 1 Frontu Białoruskiego - generałem Iwanowem (pseudonim, pod
którym ukrywał się wspomniany już w niniejszej publikacji Iwan Sierow) i pułkownikiem Pimenowem - który ręczył słowem honoru za bezpieczeństwo
zaproszonych Polaków. Pomimo nieufności wobec Sowietów i ogromnego
ryzyka Polacy postanowili przybyć na spotkanie.
Jak zauważa profesor Andrzej Garlicki: "Można uważać, że przywódcy
podziemia łatwo dali się zwabić w pułapkę zręcznie zastawioną przez gen.
Iwana Sierowa [...]. Ale sprawa nie była wcale taka prosta. Decyzja
rozmów z władzami radzieckimi była decyzją polityczną. Zakładano
możliwość aresztowania, ale przede wszystkim poszukiwano drogi do
włączenia się w życie legalne. [...] Przywódcy podziemia chcieli
wykorzystać wszelkie formy legalnej opozycji w zapowiadanym przez
postanowienia jałtańskie systemie demokratycznym"41.
Ponieważ na nawiązanie kontaktów z Sowietami nalegały także rządy
Wielkiej Brytanii i USA, przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego uznali
je za swój patriotyczny obowiązek. Według wstępnych ustaleń rozmowy
miały dotyczyć stanowiska polskiego wobec władz ZSRR, uzgodnień
jałtańskich oraz sytuacji na zapleczu frontu. Ze względu na wagę
spotkania, Rząd RP na Uchodźstwie został również o nim poinformowany.
Dwudziestego siódmego marca do Pruszkowa przybyli: delegat rządu na kraj
i wicepremier Jan Stanisław Jankowski, ostatni Komendant Główny AK,
generał Leopold Okulicki, pełniący funkcję Komendanta Głównego
organizacji NIE *, Kazimierz
Pużak, przewodniczący Rady Jedności Narodowej, oraz pełniący funkcję
tłumacza Józef Stemler-Dąbski, jednocześnie wiceminister Departamentu
Informacji Delegatury RP na Kraj. Następnego dnia dołączyli do nich:
Antoni Pajdak (PPS-WRN), Stanisław Jasiukowicz, Kazimierz Kobylański,
Zbigniew Stypułkowski i Aleksander Zwierzyński ze Stronnictwa
Narodowego, Józef Chaciński i Franciszek Urbański ze Stronnictwa Pracy,
Adam Bień, Kazimierz Bagiński i Stanisław Mierzwa ze Stronnictwa
Ludowego oraz Eugeniusz Czarnowski i Stanisław Michałowski ze
Zjednoczenia Demokratycznego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki