Kacerz - Kafir

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

Radek Sztylc prze­krę­cił klucz w zamku i naci­snął klamkę, by po chwili zna­leźć się w swoim dwu­kon­dy­gna­cyj­nym domu zlo­ka­li­zo­wa­nym na jed­nej z cichych uli­czek Saskiej Kępy, gdzie od jakie­goś czasu miesz­kał z córką. W dziel­nicy, w któ­rej przed­wo­jenna War­szawa wciąż szep­tała o daw­nych cza­sach, a nowe budynki sta­rały się nie zakłó­cać jej deli­kat­nej ele­gan­cji. Nie­ru­cho­mość, którą kupił Radek, wznie­siono w 1938 roku, a zapro­jek­to­wał ją Mie­czy­sław Michal­ski. Z zewnątrz kamie­nica pre­zen­to­wała się skrom­nie, w środku nato­miast kryła prze­strzeń urzą­dzoną tak, by wła­ści­ciel mógł zna­leźć rów­no­wagę mię­dzy bała­ga­nem życia ope­ra­cyj­nego a potrzebą cie­pła, któ­rego tak długo mu bra­ko­wało. Po wej­ściu od razu rzu­cała się w oczy este­tyka cie­płego art déco. Drewno o bar­wie koniaku, mięk­kie świa­tło lamp z mlecz­nego szkła, mosiężne detale w sto­no­wa­nym poły­sku. Ciemny dąb uło­żony w kla­syczną jodełkę lśnił na pod­ło­dze. Na ścia­nach domi­no­wały przy­tulne beże prze­ła­mane butel­kową zie­le­nią.

Ser­cem lokalu był zaś salon, który zaj­mo­wał znaczną część par­teru. Pośrodku usta­wiono w nim dużą kanapę w kolo­rze ciem­nego kar­melu, obitą miękką, lekko posta­rzaną skórą -?naprze­ciw biblio­teczki i masyw­nego, ele­ganc­kiego kominka z gra­nitu. Wła­ści­ciel nie palił w nim pra­wie ni­gdy, po pro­stu lubił na niego patrzeć. Na ścia­nach wisiały stare fran­cu­skie gra­fiki z lat trzy­dzie­stych. Sztylc dostał je w pre­zen­cie od starca, który twier­dził, że kupił je we Fran­cji, będąc tam na wycieczce z Wehr­mach­tem. Mówił to bez wstydu, nie­mal z roz­ba­wie­niem, można było odnieść wra­że­nie, że cho­dziło o zwie­dza­nie muzeów, a nie marsz przez cudze życie... Gra­fiki były bru­talne i poli­tyczne, dokład­nie tak samo nie­przy­zwo­ite jak histo­ria ich zakupu.

Przy oknie stał ciężki fotel klu­bowy, a obok niego nie­duży sto­lik z intar­sją. Było to ide­alne miej­sce, by pić nocą kawę, roz­my­ślać i patrzeć na leniwy o tej porze ruch uliczny. Radek usiadł więc w fotelu, wycią­gnął nogi i upił łyk z fili­żanki. Odwró­cił głowę w kie­runku okna i spoj­rzał na sto­lik, na któ­rym leżały teczki Jugow­skiego. Wciąż te same, po roku. Świa­tło lampy z masyw­nym aba­żu­rem sto­ją­cej obok fotela padało na pożół­kły papier, pod­kre­śla­jąc każdy szcze­gół, każde nazwi­sko, każdą tajem­nicę, którą los posta­no­wił wetknąć Sztyl­cowi w ręce. Radek sie­dział w fotelu, z papie­ro­sem w jed­nej dłoni i fili­żanką w dru­giej, a jego myśli krą­żyły ciężko jak dym.

War­szawa za oknem grzała się w świe­tle latarni, nato­miast umysł Radka wra­cał do tam­tego hotelu pod Alpami, w któ­rym pierw­szy raz przej­rzał owe doku­menty. Do Jugow­skiego, Ryszew­skiego, ludzi wciąż uwi­kła­nych mimo upływu czasu w brudną histo­rię. Czuł, że we wła­snym domu, w tej ciszy Saskiej Kępy, znów dopada go histo­ryczna zmora, przed którą pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie uciec przez ostatni rok.

Zacią­gnął się papie­ro­sem i obser­wo­wał, jak kłębki uno­szą się leni­wie w stronę sufitu. Nie powi­nien tu palić, Anaba nie zno­siła tego zapa­chu... Po raz kolejny otwo­rzył teczkę, któ­rej zawar­tość znał już na pamięć. Zdję­cia agen­tów, raporty, nazwi­ska, które zbyt dobrze wryły mu się w głowę i trwały tam niczym hie­ro­glify na obe­li­sku z Kar­naku. Opo­wieść, która nie chciała zdech­nąć, a alpej­skie powie­trze i głos Anaby ją tylko utrwa­lały.

"Tato, prze­cież ty nie zno­sisz zimy".

Śmiech Jugow­skiego, nie ten praw­dziwy, tylko ten zbu­do­wany ze wspo­mnień i domy­słów. I gniew Sztylca, kiedy pierw­szy raz zoba­czył nazwi­sko Ryszew­skiego na rapor­tach. Rok minął, a emo­cje wciąż były żywe, jak rana, która ni­gdy nie zdą­żyła się zamknąć. Radek pamię­tał, jak w tam­tym hote­lo­wym pokoju jego myśli rwały się jak postrze­lone psy. Jak chciał wyrzu­cić papiery przez okno. Jak chciał zadzwo­nić do kogoś... kogo­kol­wiek. A potem przy­po­mniał sobie, że nie ma gdzie dzwo­nić.

Bo niby do kogo? Wszyst­kie służby trzy­mał za mordę obecny rząd, a Ryszew­ski był w nim, kurwa, mini­strem, a nie mini­stran­tem. Nawet gdyby Sztylc zadzwo­nił gdzie trzeba, po kilku godzi­nach doku­menty z jego domu wypa­ro­wa­łyby szyb­ciej niż szczyny wiel­błąda na Saha­rze w samo połu­dnie.

Dla­tego posta­no­wił, że da sobie czas. Tak mu się przy­naj­mniej wyda­wało, że to dobre roz­wią­za­nie. Nie­stety kwity z dnia na dzień cią­żyły mu coraz moc­niej, niczym kamień u szyi toną­cego wal­czą­cego o życie w szam­bie histo­rii. Teraz, rok póź­niej, widział, jak bar­dzo się oszu­ki­wał.

Prze­su­nął pal­cem po sta­rej foto­gra­fii. Ryszew­ski spo­glą­dał z niej jak ktoś, kto dawno wygrał par­tię, któ­rej Radek nawet nie chciał roz­gry­wać. I wła­śnie wtedy, w tym war­szaw­skim domu, Sztylc zro­zu­miał coś, czego rok temu zro­zu­mieć nie chciał. Papiery tra­fiły do niego nie dla­tego, że Jugow­ski mu ufał, tylko dla­tego, że wie­dział, że Radek nie uciek­nie, nie spier­doli za kulisy jak poli­tycy po nie­uda­nej kam­pa­nii wybor­czej.

-?Kurwa... Dosko­nale wie­dział, jak mnie roze­grać -?mruk­nął do sie­bie Sztylc.

Wes­tchnął ciężko, zga­sił papie­rosa w fili­żance po zim­nej kawie i oparł się na krze­śle. War­szawa za oknem zdą­żyła już dawno zasnąć snem spra­wie­dli­wego, a on? On sie­dział tu, z doku­men­tami, które mogłyby wywo­łać arma­ge­don w całym kraju. Rok temu myślał, że wystar­czy je zamknąć z powro­tem w ban­ko­wej skrytce. Dziś wie­dział, że ta skrytka była niczym kata­kumby, w któ­rych on pogrze­bie ludzi żyw­cem, jeśli teraz nic nie zrobi. Spoj­rzał na opa­słe teczki raz jesz­cze. Nie jak na histo­ryczny relikt, lecz jak na deto­na­tor. I w tym momen­cie zro­zu­miał, że cicha i nie­wi­dzialna wojna służb, od któ­rej ucie­kał przez rok, wła­śnie dogo­niła go w War­sza­wie.

Z zamy­śle­nia wyrwał go szczęk zamka w drzwiach. To Anaba wró­ciła z pracy. Sztylc wstał, wziął doku­menty i prze­niósł się do kuchni. Dziew­czyna, która też wła­śnie do niej weszła, posta­no­wiła nasta­wić czaj­nik z wodą na her­batę.

Radek spoj­rzał na swoją córkę, potem na teczkę, którą poło­żył na stole. Ugrzązł w bagnie histo­rii i to po uszy. Prze­ka­za­nie tych mate­ria­łów mogło uciąć łeb przy­naj­mniej jed­nemu agen­towi... oczy­wi­ście rów­nie dobrze mogło pocią­gnąć za sobą nie­win­nych, i to tych mu naj­bliż­szych, nie za takie papiery ludzie zabi­jali dla rato­wa­nia wła­snej dupy.

-?Pod­ją­łeś w końcu decy­zję? -?spy­tała Anaba.

-?Tak, zro­bię to, jak zapla­no­wa­łem -?oświad­czył Radek.

-?W końcu, tato! -?Dziew­czyna uśmiech­nęła się z ulgą.

Radek z kolei uśmiech­nął się smutno, bo wie­dział, że córka chce tego ze względu na pamięć o Jugow­skim. Plan, który Sztylc obmy­ślił, był trudny, lecz wyko­nalny. Radek jed­nak nie miał złu­dzeń. Wie­dział, że sys­tem jest zbyt prze­żarty złem. Mimo to nie mógł odpu­ścić. Dla­tego jego plan skła­dał się z kilku eta­pów...

***

On sam nie mógł zanieść kwi­tów do pro­ku­ra­tury. W sekundę pod­niósłby się rwe­tes, że "były ban­dyta z WSI" pew­nie wszystko sfa­bry­ko­wał. Media roz­szar­pa­łyby Sztylca na strzępy, a Ryszew­ski, mający zna­jo­mych w każ­dej redak­cji i sądzie, śmiałby się ostatni. Pozo­sta­wało jedno wyj­ście. Tele­wi­zja, nie ta pań­stwowa, która stała się par­tyjną tubą obec­nego rządu, tylko pry­watna, głodna sen­sa­cji i gotowa wsko­czyć w ogień, byle tylko prze­bić kon­ku­ren­cję. Radek przy­go­to­wał sta­ran­nie paczkę. Teczka, kopia listy sygna­tur, lista pokwi­to­wań, kilka mel­dun­ków z pod­pi­sem Ryszew­skiego, a na górze wła­sno­ręczna dekla­ra­cja współ­pracy z GRU, ruską służbą znie­na­wi­dzoną przez Pola­ków. Potem zało­żył ręka­wiczki, wło­żył wszystko do neu­tral­nej koperty i pod­rzu­cił ją nocą zaspa­nej ochro­nie na par­te­rze redak­cji jed­nej z naj­więk­szych sta­cji infor­ma­cyj­nych. Bez pod­pisu, bez śladu.

Kolej­nego dnia na ante­nie zawrzało. Znany z kon­tro­wer­syj­nych mate­ria­łów dzien­ni­karz odpa­lił temat jak lont przy dyna­mi­cie. "Agent SB w sze­re­gach Soli­dar­no­ści?!" -?gło­sił nagłó­wek na pasku. Przez godzinę poka­zy­wano skany doku­men­tów, ana­li­zo­wano pod­pisy, komen­ta­to­rzy grzali temat jak piec hut­ni­czy.

Ryszew­ski zare­ago­wał szybko. Wyszedł z cie­nia, żeby ude­rzyć. Na kon­fe­ren­cji pra­so­wej wyzwał dzien­ni­ka­rzy od pro­wo­ka­to­rów, gro­ził pozwami, powta­rzał jak man­trę, że to fał­szywki, "grze­bane przez ruso­fili i post­ko­mu­ni­styczne szczury".

Radek Sztylc wie­dział swoje. Znał tych ludzi na wylot. Poli­ty­ków, pro­ku­ra­to­rów, eks­per­tów od "osta­tecz­nych prawd". Znał ich twa­rze, spo­sób mówie­nia i ten moment, w któ­rym koń­czyła się u nich facho­wość, a zaczy­nał instynkt samo­za­cho­waw­czy. Sie­dząc w fotelu, ponow­nie z fili­żanką dawno wysty­głej kawy, wró­cił myślami do sprawy, która była dla niego jak instruk­cja obsługi pań­stwa w wer­sji brud­nej i szcze­rej. Pamię­tał histo­rię Lecha Wałęsy i teczek zna­le­zio­nych po śmierci Cze­sława Kisz­czaka. Doku­men­tów, które wypły­nęły nagle. Można wręcz było odnieść wra­że­nie, że ktoś celowo otwo­rzył właz w dnie szamba. Na początku wszystko wyglą­dało popraw­nie. Pro­ce­dury prawne, ścieżki służ­bowe. Akta tra­fiły do poli­cji, a gra­fo­lo­dzy na jej usłu­gach mieli zro­bić to, co do nich nale­żało. Zba­dać pod­pisy, porów­nać mate­riał, opi­sać wąt­pli­wo­ści, jeśli się poja­wią. Bez emo­cji i bez poli­tyki. Wtem ktoś naci­snął ręczny hamu­lec tak, że histo­ria w jed­nej chwili zmie­niła kie­ru­nek jazdy.

Zanim poli­cyjni bie­gli zdą­żyli wydać ofi­cjalną opi­nię, teczka została im ode­brana. Po cichu. Bez uza­sad­nie­nia. Doku­menty prze­ka­zano do Insty­tutu Eks­per­tyz Sądo­wych imie­nia pro­fe­sora Jana Sehna w Kra­ko­wie. Insty­tu­cji z histo­rią, z auto­ry­te­tem, pod­le­ga­ją­cej Mini­ster­stwu Spra­wie­dli­wo­ści i finan­so­wa­nej z budżetu pań­stwa. Radek wie­dział, że w takich miej­scach nie potrzeba spi­sku na dzie­sięć osób. Wystar­czył jeden czło­wiek, eks­pert, kie­row­nik zespołu, szef pra­cowni albo ktoś, kto aku­rat cze­kał na "zała­twie­nie swo­jej sprawy". I nie­ważne, czy miał to być awans, prze­dłu­że­nie kon­traktu, dodat­kowe środki lub spo­kojna eme­ry­tura. Cokol­wiek, co wisiało w próżni i wyma­gało dobrej decy­zji z góry. Zależ­no­ści nie trzeba było zapi­sy­wać w mailach, one wisiały w powie­trzu.

Wła­śnie wtedy wyda­rzył się cud, który można by było porów­nać do nawró­ce­nia ate­isty na słuszną wiarę. Insty­tut nie miał wąt­pli­wo­ści. Ani jed­nej. Pod­pisy sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat, z innej epoki, z innych warun­ków, nagle oka­zały się w stu pro­cen­tach auten­tyczne. Bez mar­gi­nesu błędu i zastrze­żeń, bez kla­sycz­nego języka ostroż­no­ści, który nor­mal­nie chroni eks­per­tów przed kom­pro­mi­ta­cją. Nawet jeśli Wałęsa twier­dził, że to nie jego pod­pisy, eks­per­tyza była twarda, zamknięta i osta­teczna. Jak wyrok.

Sztylc pamię­tał, jak mówiono wtedy o nauce, o obiek­ty­wi­zmie, o nie­za­leż­nych bie­głych. Pamię­tał też głosy kry­ty­ków, któ­rzy pró­bo­wali napo­my­kać o ogra­ni­cze­niach gra­fo­lo­gii, o wpły­wie czasu na pismo, o ryzyku nad­in­ter­pre­ta­cji. Te głosy uto­nęły szybko w nar­ra­cji, która już dawno była gotowa. Pie­czątka posta­wiona, sprawa domknięta.

Teraz widział ten sam mecha­nizm odtwa­rzany nie­mal punkt po punk­cie. Eks­per­tyzy, które nagle brzmiały jak nie­pod­wa­żalne... Radek dawno zro­zu­miał, że prawda w tym ukła­dzie nie miała zna­cze­nia. Liczyła się kolej­ność zda­rzeń i to, kto trzy­mał dłu­go­pis w odpo­wied­nim momen­cie. Poj­mo­wał jesz­cze jedno. Jeśli w insty­tu­cji znaj­dzie się choć jeden czło­wiek, na któ­rego obecna wła­dza ma haki lub który ma coś do zała­twie­nia u mini­stra, eks­per­tyza zawsze będzie taka, jaka "ma być". Nie dla­tego, że ktoś kazał. Tylko dla­tego, że sys­tem nagra­dza tych, któ­rzy rozu­mieją alu­zje. A Ryszew­ski wła­śnie stał się kolej­nym roz­dzia­łem tej samej histo­rii. Sztylc nie miał poję­cia, jak sprawa zosta­nie uwa­lona. Był nato­miast pewny, że tak się sta­nie, na sto pro­cent. Teczka Ryszew­skiego nie będzie pozo­sta­wiona sama sobie i zapewne znik­nie w ten czy inny spo­sób.

I rze­czy­wi­ście, z redak­cji szybko tra­fiła ona do pro­ku­ra­tury. Ofi­cjal­nie "celem prze­pro­wa­dze­nia eks­per­tyz gra­fo­lo­gicz­nych i wery­fi­ka­cji auten­tycz­no­ści doku­men­tów". Radek jed­nak wie­dział swoje. W tym kraju prawda była ostat­nią rze­czą, któ­rej kto­kol­wiek szu­kał.

I tylko jedno pyta­nie wciąż wisiało w powie­trzu. Czy ten ruch był począt­kiem końca, czy począt­kiem odwetu?

Do sprawy wziął się pro­ku­ra­tor Jacek Bar­bosa, do tej pory znany jako "łowca skór" mafii pali­wo­wej. Kom­pe­tentny, ambitny, wytre­no­wany w prze­krę­ca­niu para­gra­fów jak kara­bi­no­wego zamka. Ryszew­ski kupił go nie za gotówkę, lecz za obiet­nicę wła­dzy. Bar­bosa miał zostać nowym sze­fem Pro­ku­ra­tury Kra­jo­wej, jeśli tylko "roz­wiąże pro­blem" archi­wum z pią­tego pię­tra.

Pro­ku­ra­tor nale­żał do ludzi, któ­rych nie spo­sób było pomy­lić z kim­kol­wiek innym, choć każdy, kto miał z nim do czy­nie­nia, chęt­nie pró­bo­wałby zapo­mnieć jego syl­wetkę. Miał nieco ponad sto sześć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, a mimo to spra­wiał wra­że­nie, jakby gra­wi­ta­cja cią­gnęła go w dół bar­dziej niż innych. Był gruby, ciężki, zawsze kro­czył lekko pochy­lony, jakby dźwi­gał na ple­cach nie tylko swoją masę, ale i wszyst­kie małe, nik­czemne sekrety, które przez lata skru­pu­lat­nie zbie­rał. Był łysy, z wyjąt­kiem kilku upar­tych wło­sków nad uszami, które trzy­mały się czaszki jak resztki daw­nej god­no­ści. Jego czoło wiecz­nie świe­ciło podej­rza­nym, lep­kim potem, jak gdyby ciało nie­ustan­nie pra­co­wało nad wyrzu­ce­niem nad­miaru żółci i jadu.

Miał już pod pięć­dzie­siątkę, wyglą­dał nato­miast sta­rzej, jak czło­wiek, któ­rego cha­rak­ter zużywa szyb­ciej niż czas. Uwagę zwra­cała jego sze­roka, nalana twarz z małymi oczkami świ­dru­ją­cymi spod cięż­kich powiek. Oczkami czło­wieka pamię­ta­ją­cego czasy, w któ­rych donos był cnotą, a lojal­ność walutą. Bo Bar­bosa pocho­dził z rodziny sta­rych komu­ni­stycz­nych praw­ni­ków, tych, któ­rych od poko­leń uczono, że prawo można nagi­nać jak papie­rowy spi­nacz, byle tylko słu­żyło "słusz­nej spra­wie". W jego domu nie mówiło się o war­to­ściach, mówiło się o ukła­dach, zależ­no­ściach i o tym, komu warto zanieść infor­ma­cje, by dostać coś w zamian. Już jako dziecko był "synem dono­si­cie­lem", wiecz­nie sto­ją­cym bli­żej nauczy­cieli niż rówie­śni­ków. Dzie­ciaki go nie lubiły, nie tylko za to, że był cho­ro­bli­wie otyły. Bar­dziej za kablo­wa­nie, bo każdy wybryk, o któ­rym Bar­bosa usły­szał -?"przez przy­pa­dek", ni­gdy ina­czej -?koń­czył się u dyrek­tora.

Obec­nie jako pro­ku­ra­tor nosił szary, przy­cia­sny gar­ni­tur, który opi­na­jąc jego masywne ciało, wyglą­dał jak worek jutowy nacią­gnięty na beczkę. Spod koł­nie­rza koszuli czę­sto wysta­wały mokre plamy, bo Bar­bosa pocił się zawsze. A to z ner­wów, a to z wysiłku, a to z nie­na­wi­ści do ludzi, któ­rzy mieli lżej­sze życie od niego. Jego ręce były krót­kie, pulchne, o pal­cach przy­po­mi­na­ją­cych parówki. Gdy coś pod­pi­sy­wał, zawsze dyszał, jakby każdy ruch był walką o prze­trwa­nie. Naj­gor­sze były jed­nak jego emo­cje. Zawiść. Cho­ro­wał na zazdrość wobec każ­dego, kto miał coś, czym on nie mógł się cie­szyć: sza­cu­nek, rodzinę, wygląd, talent, przy­ja­ciół. Dla­tego Jacek Bar­bosa uwiel­biał swoją wła­dzę. Małą, lokalną, lecz realną wła­dzę nad ludz­kimi życio­ry­sami. Wła­dzę, którą wyko­rzy­sty­wał z paskud­nym uśmiesz­kiem. Tak wyglą­dał czło­wiek, któ­rego nazwi­sko wypo­wia­dano pół­gło­sem, w oba­wie, że tłu­ste palce pro­ku­ra­tora mogą się wydo­stać zza rogu i się­gnąć po kolejną ofiarę.

Szare niebo odbi­jało się w szy­bach sze­ścio­pię­tro­wego gma­chu pro­ku­ra­tury okrę­go­wej przy ulicy Cho­cim­skiej. Od frontu budy­nek wyglą­dał jak ste­rylna for­teca, chłodna, monu­men­talna, odpy­cha­jąca. Tylko w jego pod­zie­miach pul­so­wała ner­wowa ener­gia. Ludzie pro­ku­ra­tora Jacka, przy­słani przez Ryszew­skiego, poja­wili się w nie­dzielny pora­nek o godzi­nie, w któ­rej gmach zwy­kle trwał w pół­śnie. W pół­mroku kory­ta­rzy krzą­tali się cicho, nie­mal bez­sze­lest­nie, jak cie­nie wyko­nu­jące dawno zapla­no­wany ruch. Roz­ma­wiali po pol­sku, z twar­dym, wschod­nim akcen­tem, któ­rego Bar­bosa z wyuczoną obo­jęt­no­ścią nie sły­szał i nie roz­po­zna­wał. Trak­to­wał go jak szum w prze­wo­dach, jak suchy trzask izo­la­cji pod pal­cami.

To on ich tu ścią­gnął. Wcze­śniej uprze­dził ochronę, że na pię­trze, gdzie pra­cuje, doszło do awa­rii zasi­la­nia i że musi pil­nie dokoń­czyć doku­menty mimo week­endu. Zgło­sze­nie brzmiało ruty­nowo, nie­mal nudno. Ekipa tech­niczna poja­wiła się więc bez pośpie­chu, z narzę­dziami i iden­ty­fi­ka­to­rami. Ochrona spi­sała ich dane jak nazwi­ska, numery doku­men­tów, firmę ser­wi­sową. Wszystko się zga­dzało. Przy­naj­mniej na papie­rze.

Doku­menty były fał­szywe, przy­go­to­wane sta­ran­nie i bez pośpie­chu. Wpisy w reje­strze wyglą­dały popraw­nie, pod­pisy nie drżały. W nie­dzielę nikt nie miał powodu, by przy­glą­dać się im zbyt uważ­nie. A cisza budynku sprzy­jała tym, któ­rzy wie­dzieli, co robią.

Nie­długo potem roz­pi­nano ostat­nie prze­wody, porząd­ku­jąc insta­la­cję tak, by inge­ren­cja nie rzu­cała się w oczy nawet przy pobież­nej kon­troli. W kana­łach wen­ty­la­cyj­nych osa­dzono nie­wiel­kie gene­ra­tory dymu z wkła­dami piro­tech­nicz­nymi o kon­tro­lo­wa­nej emi­sji. Nie po to, by wznie­cić ogień, lecz by wytwo­rzyć aero­zol o gęsto­ści i skła­dzie wystar­cza­ją­cych do zadzia­ła­nia optycz­nych czu­jek dymu. Ukryte w ciągu nawiew­nym, miały roz­pro­wa­dzić dym rów­no­mier­nie, bez gwał­tow­nych sko­ków tem­pe­ra­tury, które mogłyby wzbu­dzić podej­rze­nia bie­głego.

Dodat­kowo zmo­dy­fi­ko­wano grzej­nik elek­tryczny w pomiesz­cze­niu socjal­nym. Zmie­niono zabez­pie­cze­nia ter­miczne i doło­żono ele­ment opo­rowy o zwięk­szo­nej mocy, tak by w wyzna­czo­nym dniu urzą­dze­nie prze­kro­czyło dopusz­czalną tem­pe­ra­turę pracy. Nie cho­dziło o pło­mień, wystar­czył zapach prze­grza­nej izo­la­cji i pierw­sze smugi dymu uno­szące się spod obu­dowy. Tyle, by czujki tem­pe­ra­tury i sys­tem sygna­li­za­cji pożaru zare­ago­wały zgod­nie z pro­ce­durą.

Plan nie prze­wi­dy­wał real­nego roz­woju pożaru. Prze­ciw­nie, wszystko miało mie­ścić się w gra­ni­cach incy­dentu, który uru­chomi insta­la­cję try­ska­czową i kaskadę zabez­pie­czeń. Resztę miała wyko­nać woda, dzia­ła­jąca już nie w try­bie symu­la­cji, lecz z bez­względną fizyką ciśnie­nia i gra­wi­ta­cji.

Cały sys­tem prze­ciw­po­ża­rowy został pod­krę­cony z chi­rur­giczną pre­cy­zją i dzia­łać miał teraz nawet na dym z zapałki w miesz­cze­niu, a woda z niego nawet po odcię­ciu zasi­la­nia miała na­dal lać się ze spry­ski­wa­czy, bez opa­mię­ta­nia, jakby budy­nek sam posta­no­wił się uto­pić.

Dodat­ko­wym "bonu­sem" była awa­ria sta­rej rury kana­li­za­cyj­nej. Nad­miar wody, prze­cią­że­nie i lata zanie­dbań miały spra­wić, że pęk­nie w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie, roz­sz­czelni się nie­po­zor­nie, a potem gwał­tow­nie, potę­gu­jąc zala­nie dwóch pię­ter. Wszystko zostało obli­czone: gdzie woda popły­nie, gdzie się zatrzyma, gdzie nasiąk­nie doku­menty i roz­myje tusz. Czyli pię­tro niżej, do archi­wum, i jesz­cze niżej tam, gdzie mie­ściła się kan­ce­la­ria Bar­bosy. W tej ope­ra­cji nie ogień był żywio­łem. Ogień miał tylko otwo­rzyć drzwi. Praw­dziwą pracę wykona woda, cier­pliwa, ciężka i nie­ubła­gana.

Wystar­czyła wil­goć, czas i odpo­wied­nie warunki, a naj­lep­sze pano­wały o dziwo oczy­wi­ście u pro­ku­ra­tora pro­wa­dzą­cego tę sprawę, Jacka Bar­bosy. Cho­dziło o teczki, które obna­żały jed­nego z naj­bar­dziej wpły­wo­wych poli­ty­ków w kraju. Czło­wieka, o któ­rym media pisały z naboż­nym podzi­wem, o któ­rym mówiono, że był boha­te­rem stanu wojen­nego i ikoną opo­zy­cji. I na któ­rego zna­lazł się w końcu nie­pod­wa­żalny dowód zdrady, gro­żący bru­tal­nym zaprze­pasz­cze­niem legendy.

Jan Ryszew­ski był nie­gdyś mini­strem bez teki, a fak­tycz­nie szarą emi­nen­cją resortu spraw wewnętrz­nych. Jego kariera i for­tuna mogłyby w jed­nej chwili runąć, gdyby świa­tło dzienne ujrzały akta o sygna­tu­rze S-4/11 -?i gdyby opi­nia publiczna uwie­rzyła w zawar­tość tych akt. Kil­ka­dzie­siąt pożół­kłych kar­tek, z pozoru nie­groź­nych, skry­wało naj­ciem­niej­szy sekret Ryszew­skiego, współ­pracę z Urzę­dem Bez­pie­czeń­stwa w cza­sach PRL oraz ści­śle tajną notkę o prze­ka­za­niu teczki GRU.

Wśród doku­men­tów znaj­do­wała się wła­sno­ręcz­nie napi­sana dekla­ra­cja lojal­no­ści, spi­sana cha­rak­te­ry­stycz­nymi, kan­cia­stymi lite­rami. Dalej dzie­siątki pokwi­to­wań, bez­dy­sku­syjne dowody na to, że Ryszew­ski nie tylko dono­sił, lecz dodat­kowo brał za to pie­nią­dze. W aktach były także szcze­gó­łowe mel­dunki agen­tu­ralne, w któ­rych dono­sił na kole­gów z "Soli­dar­no­ści", ich dzia­ła­nia, kon­takty, pry­watne roz­mowy. Nie­które z rapor­tów suge­ro­wały, że pisał także donosy na księ­dza Popie­łuszkę, oma­wia­jąc jego kaza­nia, spo­tka­nia oraz kon­takty z zachod­nim ducho­wień­stwem.

Teczki zdrady Ryszew­skiego miały być trzy­mane w sej­fie na pią­tym pię­trze, w archi­wum pro­ku­ra­tury. Miej­scu, które zwy­kli urzęd­nicy omi­jali sze­ro­kim łukiem ze względu na zapach wil­goci, kurz i nie­koń­czące się stosy maku­la­tury. Dla pro­ku­ra­tora Bar­bosy brzmiało to, jak kiep­ski żart. Sejf, pię­tro, sys­temy zabez­pie­czeń... a on i tak miał wszystko pod kon­trolą. Ponie­waż pro­ku­ra­tor Jacek już dawno pobrał te doku­menty i teraz spo­czy­wały pię­tro niżej w jego sej­fie klasy S1 w służ­bo­wej kan­ce­la­rii. Bar­bosa wło­żył naj­waż­niej­sze akta z teczki "S-4/11" do pla­sti­ko­wego budow­la­nego wia­dra wypeł­nio­nego wodą i środ­kiem che­micz­nym, który w ciągu czter­dzie­stu ośmiu godzin zamie­niał każdy atra­ment w bez­barwną zawie­sinę. Zosta­wił je tam na dwa dni. Papier roz­cho­dził się pod pal­cami jak mokry chleb. Litery ginęły, pod­pisy zni­kały, czy­niąc z histo­rii papie­rową papkę. Bar­bosa potrze­bo­wał teraz tylko pre­tek­stu, cze­goś, co odwróci uwagę, nada pozory loso­wo­ści.

Dwa dni póź­niej, w nocy z wtorku na środę, w pomiesz­cze­niu socjal­nym tuż nad archi­wum doszło do spię­cia. Mini­ła­dunki w wen­ty­la­cji zadzia­łały bez­gło­śnie, nie­mal dys­kret­nie. Wystar­czyła chwila, by w kana­łach roz­lał się gęsty dym, nie­groźny, lecz dosta­tecz­nie prze­ko­nu­jący, by czuj­niki uznały go za zwia­stun kata­strofy. Sys­tem alar­mowy obu­dził się natych­miast, jak zwie­rzę wyrwane ze snu.

Resztę zro­bił elek­tryczny grzej­nik. Stał nie­win­nie, przy­cza­jony pod ścianą, lecz jego roz­ża­rzone spi­rale pod­nio­sły tem­pe­ra­turę dokład­nie o tyle, ile trzeba było, by symu­la­cja stała się wia­ry­godna. Ogień nie musiał wybu­chać. Wystar­czyło, by budy­nek uwie­rzył, że pło­nie. I dokład­nie na to liczył Bar­bosa. Wie­dział, że jeśli jego ludzie deli­kat­nie nad­wy­rężą zawór cza­sowy, insta­la­cja nie ode­tnie się zbyt szybko. Archi­wum na pią­tym pię­trze miało sejfy ognio­od­porne, twarde jak pan­cer­niki, pro­jek­to­wane z myślą o pło­mie­niach i wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze, nie­stety zabra­kło im wodosz­czel­no­ści.

Z sufitu lunęła woda. Stare rury wyko­nały resztę. Strugi spły­wały po sza­fach, przez zawiasy, pod uszczel­kami. W środku teczki nasią­kały, pęcz­niały. Meta­lowa kaseta z aktami S-4/11 w końcu napeł­niła się jak wanna, na dnie leżała teczka, z któ­rej naj­waż­niej­sze doku­menty Bar­bosa trzy­mał już u sie­bie. Iro­nią losu było to, że teraz ta pań­stwowa kopia, kom­plet­nie bez­u­ży­teczna i roz­ma­zana, dosłow­nie pły­wała w bru­nat­nej wodzie.

Pro­ku­ra­tor Jacek Bar­bosa obser­wo­wał to wszystko z ciem­nego vana zapar­ko­wa­nego na rogu Mada­liń­skiego. Był spo­cony, jak zawsze. Tłu­sty kark błysz­czał mu w świe­tle ekranu poli­cyj­nego ska­nera. Oddy­chał ciężko, z zado­wo­le­niem, jego czoło lśniło jak pole­ro­wana żarówka. W słu­chawce sły­chać było syk radia PSP. Po całej akcji, kiedy straż już zwi­jała swój sprzęt, ciemny van nie­spiesz­nie odje­chał z par­kingu obok.

"To był fał­szywy alarm. Uszko­dzone czuj­niki prze­ciw­po­ża­rowe. Brak strat w archi­wum wła­ści­wym na pią­tym pię­trze, znaj­du­ją­cym się poni­żej strefy obję­tej fał­szywym alar­mem".

Tak brzmiał ofi­cjalny komu­ni­kat pro­ku­ra­tury. Bar­bosa uśmiech­nął się krzywo. Oczy­wi­ście. Ofi­cjal­nie brak strat. W prak­tyce -?kil­ka­dzie­siąt stron klu­czo­wych akt zamie­nio­nych w mokrą, bez­kształtną breję. Dokład­nie tak, jak to sobie zapla­no­wał.

Dwa tygo­dnie póź­niej w jego skrom­nym gabi­ne­cie poja­wiła się biała koperta. Bez znaczka, bez pie­czą­tek, bez śla­dów pal­ców. Ktoś po pro­stu wsu­nął ją pod drzwi. W środku był nie­wielki pen­drive. Jacek wło­żył nośnik do portu lap­topa. Po chwili na ekra­nie zaczęły poja­wiać się skany akt ozna­czo­nych sygna­turą: S-4/11.

Nie wszystko, jed­nak wystar­cza­jąco dużo, by poczuł zimny dreszcz sunący wzdłuż krę­go­słupa. Na końcu ostat­niego pliku wid­niało kilka krót­kich zdań, zapi­sa­nych pro­stą, bez­na­miętną czcionką. "Nie wszystko w ogniu pło­nie. Nie wszystko w wodzie tonie. To były tylko bar­dzo dobre kopie. Ory­gi­nały są bez­pieczne, ty już mniej. Masz czas, żeby prze­my­śleć swoje postę­po­wa­nie, Jacku. R.S.".

Pro­ku­ra­tor Bar­bosa prze­łknął ślinę. Po raz pierw­szy od dawna... spo­cił się nie ze zło­ści, lecz ze stra­chu.

Sztylc tym­cza­sem sie­dział w kuchni od dobrego kwa­dransa, nie­ru­chomy jak czło­wiek, który już wszystko prze­czy­tał, mimo to wciąż nie potrafi zamknąć sprawy. Lap­top stał otwarty na bla­cie, ekran jarzył się chłod­nym świa­tłem poranka. Nagłó­wek krzy­czał grubą czcionką o poża­rze w budynku pro­ku­ra­tury, o zwar­ciu insta­la­cji, o "praw­do­po­dob­nym nie­szczę­śli­wym wypadku". W tek­ście powta­rzały się te same słowa co zawsze. Brak osób poszko­do­wa­nych, trwa usta­la­nie przy­czyn, doku­menty zabez­pie­czone. Radek prych­nął cicho.

-?Kurwa, zabez­pie­czone -?mruk­nął do sie­bie. Wie­dział, co zna­czy "zabez­pie­czone".

Do kuchni weszła Anaba, jesz­cze w blu­zie, z wło­sami zwią­za­nymi nie­dbale i z tym spoj­rze­niem, które mówiło, że dopiero się obu­dziła, a świat już zdą­żył ją wku­rzyć.

-?Cześć, córka -?przy­wi­tał się Radek, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu. Po chwili obró­cił lap­top w jej stronę i prze­su­nął go po bla­cie.

-?To zamiast poran­nej kawy -?dodał z nikłym uśmie­chem na twa­rzy.

Anaba usia­dła, nachy­liła się nad ekra­nem. Czy­tała szybko. Z każdą linijką jej szczęka zaci­skała się coraz moc­niej.

-?A to skur­wy­syny... -?wyrwało jej się, zanim zdą­żyła pomy­śleć.

Radek uniósł wzrok.

-?Anaba. Bez prze­kleństw. Prze­cież mówi­łem ci, jak to się skoń­czy.

-?Bez prze­kleństw? -?odparła ostro, wbi­ja­jąc palec w ekran. -?Spa­liła się pro­ku­ra­tura, tato. Akta, dowody na zdradę, a oni tu piszą, że wszystko jest pod kon­trolą. To nie jest bajka, to jakiś serial pod tytu­łem "Pań­stwo z dykty na ślinę kle­jone"!

-?Wła­śnie dla­tego -?odparł spo­koj­nie Radek. -?To nie jest bajka.

Anaba oparła się o krze­sło, na chwilę zamknęła oczy, po czym z gwał­tow­nym ruchem wstała i spoj­rzała na ojca z nie­do­wie­rza­niem.

-?To co teraz? -?zapy­tała. -?Gdzie jest spra­wie­dli­wość?

Sztylc uśmiech­nął się krzywo, bez cie­nia humoru.

-?W książ­kach dla małych dzieci, skar­bie. Na tej samej półce co smoki, ryce­rze i dobry król oraz zła cza­row­nica zawsze koń­cząca na sto­sie.

Zapa­dła cisza. Taka, która boli bar­dziej niż krzyk.

-?To temat zamknięty, tę sprawę w ten spo­sób już zała­twiono. -?Sztylc zamilkł na chwilę. -?Tutaj trzeba innych roz­wią­zań.

Anaba zmru­żyła oczy i nachy­liła się do przodu w kie­runku ojca.

-?Jakich?

Radek zamknął lap­topa jed­nym, krót­kim ruchem. Spoj­rzał na córkę uważ­nie, ważąc każde słowo.

-?Wiesz... spra­wie­dli­wość to jedno, zemsta to dru­gie, a ona nie potrze­buje roz­głosu medial­nego. Ponadto, Anabo, dla wino­wajcy cze­ka­nie na wyrok jest cza­sem gor­sze od samego wyroku.

-?Mówisz jak ktoś, kto już pod­jął decy­zję -?zauwa­żyła cicho.

Radek nie zaprze­czył, tylko się dziw­nie uśmiech­nął.

Tego samego dnia, kilka pię­ter wyżej, w ste­ryl­nym gabi­ne­cie pach­ną­cym jed­no­cze­śnie nowymi meblami i sta­rym, głę­boko skry­wa­nym stra­chem, na biurko mini­stra Ryszew­skiego tra­fiła koperta, która z pozoru nie wyróż­niała się niczym szcze­gól­nym. Była szara, zwy­czajna, pozba­wiona pie­czą­tek, logo i adresu zwrot­nego, a jed­nak sekre­tarka poło­żyła ją z ostroż­no­ścią, jakby pod cien­kim papie­rem kryło się coś, co mogło ugryźć.

Mini­ster otwo­rzył kopertę sam i już jedno pobieżne spoj­rze­nie wystar­czyło, by twarz Ryszew­skiego zbie­lała jak czy­sta kartka.

W środku znaj­do­wała się kopia jego teczki, nie tej współ­cze­snej ani ofi­cjal­nej, lecz tej dru­giej, o któ­rej ist­nie­niu sam pró­bo­wał zapo­mnieć. Pocho­dziła z cza­sów, gdy posłu­gi­wał się nie nazwi­skiem, a pseu­do­ni­mem, mel­dunki zaś pisał nocami, z ręką drżącą bar­dziej ze stra­chu niż z zimna. Doku­menty mówiły jasno: tajny współ­pra­cow­nik, numer ewi­den­cyjny, donosy, spo­tka­nia, pokwi­to­wa­nia.

Na samym wierz­chu leżała kartka z jed­nym zda­niem, napi­sa­nym na kom­pu­te­rze, a treść była pozba­wiona jakich­kol­wiek emo­cji.

"Spo­koj­nie. Nie wszystko pło­nie. Nie wszystko tonie. Jesz­cze przyj­dzie czas, by za to wszystko zapła­cić, towa­rzy­szu Ryszew­ski. Cze­kaj­cie, nikt o was nie zapo­mniał, a rachu­nek już idzie do was".

Ryszew­ski opadł ciężko na fotel, poczuł nie­mal fizyczny ból kogoś, kto nagle stra­cił krę­go­słup. Skóra na jego twa­rzy ścią­gnęła się, usta zro­biły się cien­kie i sine. W gabi­ne­cie pano­wała cisza, ste­rylna i mar­twa, ale w jego gło­wie dud­niło jak pod­czas alarmu prze­ciw­lot­ni­czego, jed­no­staj­nie i bez lito­ści. Serce biło za szybko, za gło­śno, pró­bo­wało wyrwać się z klatki pier­sio­wej i uciec, zanim będzie za późno. Pożar w pro­ku­ra­tu­rze niczego nie zała­twił. To nie był finał, to była tylko zasłona dymna. Bar­bosa został wyki­wany jak ama­tor, a Ryszew­ski sam wła­śnie zro­zu­miał, że nie jest widzem, tylko celem. Zaczy­nał się goto­wać od środka. Czuł, jak w brzu­chu nara­sta ciężka, lepka wście­kłość zmie­szana ze stra­chem. Ktoś chciał znisz­czyć całe jego życie. Nie tylko karierę. Chciał go odrzeć z nazwi­ska, z uzna­nia, z legendy, którą budo­wał latami, i wypa­lić na nim piętno zdrajcy.

Dla poli­tyka z takim dorob­kiem był to wyrok osta­teczny, choć nie miał w sobie nic z gwał­tow­nej egze­ku­cji czy jed­nego wido­wi­sko­wego upadku. To był koniec roz­pi­sany na etapy, roz­cią­gnięty w cza­sie, zapla­no­wany tak, by bolał dłu­żej i sku­tecz­niej. Ryszew­ski wie­dział, że takie sprawy nie eks­plo­dują od razu, one peł­zną, wże­rają się w życio­rys i mielą go powoli, aż nie zostaje nic poza nazwi­skiem obcią­żo­nym wsty­dem. Wie­dział też, że medial­nie zosta­nie ska­zany natych­miast, jesz­cze zanim kto­kol­wiek zada pierw­sze pyta­nie, wyrok zapad­nie na czo­łów­kach por­tali, w czer­wo­nych paskach sta­cji infor­ma­cyj­nych i wypo­wie­dziach eks­per­tów, któ­rzy zawsze wie­dzą wszystko pierwsi. Potem to już rów­nia pochyła, na któ­rej nie ma hamul­ców ani punk­tów zacze­pie­nia. Komi­sje śled­cze, prze­słu­cha­nia cią­gnące się godzi­nami, kon­tro­lo­wane prze­cieki i pół­słówka pod­su­wane dzien­ni­ka­rzom, suge­stie rzu­cane mimo­cho­dem, a w końcu gęsta cisza. Dawni sojusz­nicy prze­staną odbie­rać tele­fony, a ludzie, któ­rzy jesz­cze wczo­raj kle­pali go po ple­cach, nagle uznają, że ni­gdy go nie znali. To wła­śnie w tej ciszy poli­tycy naprawdę umie­rają.

Pierw­szym odru­chem Ryszew­skiego było się­gnię­cie po tele­fon i skon­tak­to­wa­nie się z Ulie­wem. Jego palce unio­sły się nad biur­kiem, zawi­sły w powie­trzu. Ręka zamarła. W tym bowiem momen­cie dotarło do niego coś jesz­cze. W tej chwili sta­wał się zagro­że­niem rów­nież dla Rosjan. Czło­wiek z teczką na wierz­chu nie jest akty­wem. Jest pro­ble­mem. Śmie­ciem, który trzeba zamieść pod dywan albo usu­nąć na zawsze. A co, jeśli Uliew po usły­sze­niu, co się dzieje, uzna, że naj­bez­piecz­niej­szym roz­wią­za­niem będzie pozby­cie się Ryszew­skiego? Mar­twi nie skła­dają zeznań. Mar­twych nie ściga pol­skie prawo. Mar­twi nie cią­gną spraw latami.

Mini­ster Teo­fil Ryszew­ski, kawa­ler Orderu Orła Bia­łego nada­wa­nego przez pre­zy­denta, były boha­ter walki z komuną, ikona walki o wol­ność, pra­wi­cowy rady­kał, poli­tyk i pol­ski patriota, który nie uzna­wał kom­pro­mi­sów i jesz­cze trzy­dzie­ści lat po upadku sys­temu walił w mło­dych lewa­ków zaku­rzo­nymi tecz­kami ich ojców i dziad­ków komu­ni­stów, poczuł praw­dziwy strach. Taki, który nie krzy­czy, tylko dusi. Zda­wał sobie sprawę, że rycerz w srebr­nej zbroi, wal­czący rze­komo w imię zasad, za sprawą tych mate­ria­łów mógł zmie­nić się w pod­łego zdrajcę na krem­low­skim żoł­dzie.

Zimny pot spły­wał mu po ple­cach, potwier­dza­jąc, że ciało zro­zu­miało szyb­ciej niż umysł, iż to nie łagodny zjazd po stoku w Zako­pa­nem, tylko szybki rajd w dół, pro­sto na dno szamba histo­rii. A z tego gówna nawet pol­skie mydło Biały Jeleń nie było w sta­nie czło­wieka wymyć.

1. Kijów

1.

KIJÓW

Moskwa, 20 lutego 2021 roku

Gene­rał major Nikita Sier­gie­je­wicz Uliew od kilku mie­sięcy pra­co­wał nad pla­nem oba­le­nia obec­nego rządu Ukra­iny i prze­ję­cia wła­dzy w Kijo­wie. Ści­śle tajna ope­ra­cja, okre­ślana przez wyko­naw­ców Spe­cjalną Ope­ra­cją Woj­skową, była efek­tem pracy eli­tar­nej grupy star­szych ofi­ce­rów rosyj­skich, pod­le­głych bez­po­śred­nio pre­zy­den­towi Wła­di­mi­rowi Puti­nowi.

Uliew był wyso­kim siwie­ją­cym blon­dy­nem, dobrze po sześć­dzie­siątce. Pomimo wieku wciąż impo­no­wał posturą, jako męż­czy­zna wysoki, potęż­nie zbu­do­wany, o wyraź­nie zary­so­wa­nej musku­la­tu­rze, utrzy­my­wa­nej dzięki codzien­nym tre­nin­gom. Jego ogo­lona na gładko kwa­dra­towa szczęka oraz chłodne, lodo­wo­nie­bie­skie oczy nada­wały mu wygląd czło­wieka nie­zno­szą­cego sprze­ciwu. W ide­al­nie skro­jo­nym czar­nym gar­ni­tu­rze przy­po­mi­nał raczej boha­tera ame­ry­kań­skich maga­zy­nów niż typo­wego rosyj­skiego gene­rała.

Tego dnia dopra­co­wy­wał ostat­nie szcze­góły zama­chu stanu, któ­rego celem było szyb­kie i bru­talne prze­ję­cie kon­troli nad sto­licą Ukra­iny. Rosja zakoń­czyła wła­śnie prze­rzut więk­szo­ści sił prze­wi­dzia­nych do ope­ra­cji. Kreml zapla­no­wał ofen­sywę na dzie­wię­ciu kie­run­kach. Cztery natar­cia miały być skie­ro­wane bez­po­śred­nio na Kijów, jedno miało wyjść z Bieł­go­rodu na Char­ków, a następ­nie na Kra­snoh­rad. Kolejne zgru­po­wa­nia miały ruszyć z oko­lic Doniecka na Dniepr i Zapo­roże, a z Rostowa nad Donem na Mariu­pol i dalej na Meli­to­pol. Dodat­kowe siły zaś -?ruszyć z Krymu na zachód, w kie­runku Cher­so­nia, oraz na wschód -?na Meli­to­pol i Mariu­pol.

Głów­nym celem stra­te­gicz­nym była szybka likwi­da­cja ukra­iń­skich struk­tur wła­dzy oraz oba­le­nie pre­zy­denta Woło­dy­myra Zełen­skiego i zdo­by­cie Kijowa. Po osią­gnię­ciu linii Dnie­pru Rosja­nie pla­no­wali cał­ko­wite prze­ję­cie kon­troli nad wschod­nią czę­ścią kraju.

W przy­padku powo­dze­nia pierw­szej fazy ope­ra­cji druga faza prze­wi­dy­wała ude­rze­nia z Kijowa na Żyto­mierz i Koro­steń, z Dnie­pru na Kro­pyw­nycki i Umań oraz z Cher­so­nia na Ode­ssę i Win­nicę. Trze­cia faza miała dopro­wa­dzić do zdo­by­cia całej Ukra­iny. Siły rosyj­skie miały wyko­nać w niej ofen­sywę z linii Żyto­mierz-Win­nica na zachod­nią Ukra­inę, doko­nu­jąc zaję­cia miej­sco­wo­ści Sarny, Kowel, Równe, Lwów, Chmiel­nicki, Tar­no­pol i Użho­rod. Całość ope­ra­cji woj­sko­wej miała trwać zale­d­wie trzy dni i zakoń­czyć się defi­ladą zwy­cię­stwa w Kijo­wie oraz usta­no­wie­niem mario­net­ko­wego rządu, na czele któ­rego miał sta­nąć były pre­zy­dent Ukra­iny Wik­tor Janu­ko­wycz, który został oba­lony pod­czas wyda­rzeń Euro­maj­danu w 2014 roku i zbiegł w nie­sła­wie do Rosji.

Uliew nie odpo­wia­dał za całą agre­sję. W tym dia­bel­skim pla­nie gene­rał miał swoje zada­nie. Jego ludzie mieli prze­jąć klu­czowe obiekty w sto­licy. Do wyko­na­nia zada­nia Uliew dostał wspar­cie eli­tar­nej 45. Samo­dziel­nej Gwar­dyj­skiej Bry­gady Spe­cjal­nego Prze­zna­cze­nia Sił Powietrz­no­de­san­to­wych, na co dzień sta­cjo­nu­ją­cej w Kubince pod Moskwą. Bry­gada ta była przy­go­to­wana do głę­bo­kich raj­dów i ope­ra­cji spe­cjal­nych, a jej żoł­nie­rze wyróż­niali się dosko­na­łym wyszko­le­niem. To wła­śnie przy tej jed­no­stce woj­sko­wej dzia­łała tajna grupa Uliewa, stu­oso­bowy oddział, skła­da­jący się z wyse­lek­cjo­no­wa­nych byłych funk­cjo­na­riu­szy rosyj­skich służb spe­cjal­nych, ści­śle powią­za­nych z GRU. W prze­ci­wień­stwie do sze­roko rekla­mo­wa­nych wagne­row­ców Pri­go­żyna, ludzie Uliewa dzia­łali w cie­niu, byli znacz­nie lepiej wyszko­leni, wypo­sa­żeni i opła­cani. Ich ist­nie­nia świa­do­mych było zale­d­wie kilku wysoko posta­wio­nych ludzi w Moskwie, ofi­cjal­nie wcho­dzili w skład 45. Samo­dziel­nej Bry­gady.

Już w lutym 2022 roku grupa ta została prze­rzu­cona do Bia­ło­rusi, razem z głów­nymi siłami desan­to­wymi. Samo­dzielna Bry­gada liczyła około tysiąca żoł­nie­rzy i prze­trans­por­to­wano ją w dwóch rzu­tach. W pierw­szym rzu­cie pod koniec stycz­nia pół tysiąca żoł­nie­rzy, dru­gie tyle tydzień póź­niej. Towa­rzy­szyły im rów­nież inne eli­tarne for­ma­cje, jak 137. Pułk Powietrz­no­de­san­towy z Ria­za­nia, będący czę­ścią 106. Dywi­zji z Tuły, oraz bata­lion 31. Samo­dziel­nej Bry­gady Desan­towo-Sztur­mo­wej z Ulja­now­ska.

W sumie do ope­ra­cji zaję­cia Kijowa przy­go­to­wano 16 bata­lio­no­wych grup bojo­wych WDW1, każda liczyła około pię­ciu­set żoł­nie­rzy i czter­dzie­stu wozów bojo­wych. 98. i 106. Dywi­zja Gwar­dyj­ska wysta­wiły po cztery grupy, nato­miast 76. Gwar­dyj­ska Dywi­zja Desan­towo-Sztur­mowa z Pskowa -?aż sześć. Łącz­nie na kijow­ski kie­ru­nek wyzna­czono nie­mal dzie­sięć tysięcy żoł­nie­rzy i około sied­miu­set wozów bojo­wych.

Ope­ra­cja miała roz­po­cząć się od zma­so­wa­nego ataku z tery­to­rium Bia­ło­rusi oraz z powie­trza -?poprzez zaję­cie stra­te­gicz­nego lot­ni­ska trans­por­to­wego w Hosto­melu. Wła­śnie tam pla­no­wano zrzut desantu, który miał zapew­nić Rosja­nom bły­ska­wiczne prze­ję­cie ini­cja­tywy i zasko­cze­nie sił ukra­iń­skich.

Gene­rał Uliew odgry­wał w tej ope­ra­cji spe­cjalną rolę. Został wybrany nie­przy­pad­kowo. Był wete­ra­nem sowiec­kich ope­ra­cji spe­cjal­nych, ofi­ce­rem sta­rej szkoły. Karierę zaczy­nał w cza­sach inter­wen­cji ZSRR w Afga­ni­sta­nie jako młody ofi­cer pod roz­ka­zami gene­rała porucz­nika Wadima Alek­sie­je­wi­cza Kir­pi­czenki, legendy radziec­kiego wywiadu, funk­cjo­na­riu­sza I Zarządu Głów­nego KGB, a potem Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego Fede­ra­cji Rosyj­skiej.

To wła­śnie pod­czas ope­ra­cji o kryp­to­ni­mie "Sztorm-333", kry­ją­cym bły­ska­wiczny atak w Afga­ni­sta­nie na pałac Hafi­zul­laha Amina w Kabulu w grud­niu 1979 roku, młody Uliew po raz pierw­szy zetknął się z bez­po­śred­nią likwi­da­cją głowy pań­stwa i prze­ję­ciem wła­dzy w ciągu kilku godzin. Tam zdo­był doświad­cze­nie, które miało stać się fun­da­men­tem pla­no­wa­nia kijow­skiego blitz­kriegu.

Tym razem histo­ria miała się powtó­rzyć, z tą róż­nicą, że celem był nie afgań­ski pałac, lecz sie­dziba pre­zy­denta Ukra­iny. A wyko­nawcą stary, lecz wciąż groźny rosyj­ski gene­rał, Nikita Uliew.

Uliew i jego ludzie mieli w tych pla­nach ode­grać klu­czową rolę. Gene­rał odpo­wia­dał za fizyczne zli­kwi­do­wa­nie całej woj­sko­wej i poli­tycz­nej elity ukra­iń­skiej. Ruski ofi­cer prócz swo­ich stu pod­wład­nych ści­śle współ­pra­co­wał i nad­zo­ro­wał oddziały cze­czeń­skie, które miały być wspar­ciem w trak­cie pla­no­wa­nych czy­stek i egze­ku­cji.

Gene­rał nie lubił Cze­cze­nów, bo zbyt mocno się pano­szyli i byli mało zdy­scy­pli­no­wani, jed­nak nie miał wyj­ścia, to był roz­kaz z samej góry. Dowódcą Cze­cze­nów był major Mago­med Tusza­jew, kie­ru­jący 141. Puł­kiem Zmo­to­ry­zo­wa­nym Cze­czeń­skiej Gwar­dii Naro­do­wej. To eli­tarna jed­nostka cze­czeń­skiego przy­wódcy Ram­zana Kady­rowa, czło­wieka Putina rzą­dzą­cego w imie­niu Rosji na Kau­ka­zie, a z takimi pro­te­go­wa­nymi Uliew wolał nie zadzie­rać.

Ofi­cer wywiadu otrzy­mał od prze­ło­żo­nych z FSB listy pro­skryp­cyjne, na któ­rych byli umiesz­czeni wszy­scy urzęd­nicy i wyżsi dowódcy ukra­iń­scy. Ci ludzie mieli znik­nąć cał­ko­wi­cie. I to mieli zro­bić pod­władni Uliewa. Zapra­wieni w boju mor­dercy, któ­rzy bez mru­gnię­cia okiem umieli zabić.

Ruski gene­rał nie miał pro­blemu z wyko­na­niem roz­kazu pole­ga­ją­cego na mor­do­wa­niu, wyrzuty sumie­nia poże­gnał już dawno. Taki był roz­kaz i on zamie­rzał go wyko­nać. Garstka jego ludzi już prze­nik­nęła do Kijowa, teraz cze­kali tylko na roz­kaz, by zacząć mor­do­wać wska­zane cele. Sam gene­rał miał zna­leźć się w mie­ście razem z dru­gim rzu­tem wojsk desan­to­wych, które miały wylą­do­wać na lot­ni­sku w Hosto­melu, z pod­le­głym plu­to­nem zahar­to­wa­nych najem­ni­ków, któ­rzy doświad­cze­nie zdo­by­wali w Syrii i Afryce, mor­du­jąc na potęgę prze­ciw­ni­ków Baszara Al-Asada. Uliew znał oso­bi­ście syryj­skiego dyk­ta­tora. Przez ostat­nie kilka lat prze­by­wał bowiem na Bli­skim Wscho­dzie, nie­jako na wygna­niu, po tym jak fia­sko ponio­sły dzia­ła­nia w Pol­sce, gdy jego ludzie mieli prze­jąć tajne doku­menty. Akcja skoń­czyła się cał­ko­witą klapą i kil­koma ruskimi tru­pami, a zastępca Uliewa musiał sal­wo­wać się szybką ucieczką.

Gene­rał nie zapo­mniał, komu zawdzię­czał to wygna­nie, a raczej przez kogo tak się dla niego skoń­czyło. Teraz wró­cił, bo był potrzebny Krem­lowi do czy­stek w Ukra­inie. A na czym jak na czym, ale na mor­do­wa­niu ludzi Uliew i jego pod­władni znali się bar­dzo dobrze.

Jed­nym z jego pod­wład­nych był puł­kow­nik Rie­zan­cew o prze­zwi­sku Sta­kan, który wszedł wła­śnie do pomiesz­cze­nia.

-?Wszystko gotowe, gene­rale -?zamel­do­wał, prę­żąc się w drzwiach.

-?Tylko tego nie spier­dol, Sta­kan, nie ścier­pię, jeśli ta ruda kurwa wam uciek­nie drugi raz -?mruk­nął zimno Uliew, nie odry­wa­jąc wzroku od moni­tora lap­topa.

Sta­kan mimo­wol­nie pobladł. Dosko­nale wie­dział, o kim mówił prze­ło­żony. Ruda suka. Ukra­iń­ska puł­kow­nik Ałła Kirył­łowa, znana też jako Oksana Sko­ro­pad­ski, była ofi­cerka GRU, która zdra­dziła i prze­szła na stronę wroga. To przez nią roz­sy­pała się ope­ra­cja w Pol­sce, a jej nazwi­sko od dawna wid­niało na liście osób do likwi­da­cji, i to w pierw­szej dzie­siątce. Uliew i Rie­zan­cew nie­na­wi­dzili jej szcze­rze, lecz nie za zdradę, tylko za to, że oka­zała się od nich lep­sza.

Alek­san­der Jakow Rie­zan­cew był nie­gdy­siej­szym zastępcą szefa Fede­ral­nej Służby Ochrony (FSO), jed­nej z naj­bar­dziej tajem­ni­czych rosyj­skich służb spe­cjal­nych, od lat bro­nią­cej życia i pry­wat­no­ści zwa­nego nie­ofi­cjal­nie carem Rosji Wła­di­mira Putina.

FSO, podob­nie jak więk­szość rosyj­skich służb, wywo­dziła się ze Związku Radziec­kiego. Wów­czas naj­waż­niej­szych człon­ków par­tii komu­ni­stycz­nej i ich rodziny ochra­niało dzie­sięć tysięcy agen­tów tak zwa­nej dzie­wiątki, czyli Dzie­wią­tego Zarządu KGB. Do ich zadań, poza dba­niem o bez­pie­czeń­stwo ludzi, nale­żało rów­nież zabez­pie­cza­nie budyn­ków pań­stwo­wych, insta­la­cji nukle­ar­nych, parku samo­cho­do­wego oraz wizyt zagra­nicz­nych dygni­ta­rzy. Po pie­re­strojce służba ta roz­ro­sła się do nawet dwu­dzie­stu tysięcy funk­cjo­na­riu­szy.

Naj­waż­niej­szym jej celem wbrew pozo­rom nie była ochrona oso­bi­sta rosyj­skich nota­bli. FSO pod tym pre­tek­stem nad­zo­ruje rosyj­skie elity poli­tyczne i spraw­dza ich lojal­ność. Jej oczy bacz­nie przy­glą­dają się pań­stwo­wym kon­cer­nom stra­te­gicz­nym. Dzień i noc strzegą dobra głowy pań­stwa, człon­ków rządu, guber­na­to­rów i naj­wyż­szych patriar­chów Rosyj­skiej Cer­kwi Pra­wo­sław­nej. FSO ma pod opieką także naj­waż­niej­sze obiekty, takie jak sie­dziba Dumy czy Kreml oraz garaże spe­cjal­nego prze­zna­cze­nia, w któ­rych znaj­duje się grubo ponad sto samo­cho­dów dla naj­waż­niej­szych dygni­ta­rzy z Kremla. W kom­pe­ten­cjach i upraw­nie­niach ofi­ce­rów FSO leży też pro­wa­dze­nie wła­snych śledztw, pełna inwi­gi­la­cja, a nawet aresz­to­wa­nie i prze­słu­chi­wa­nie podej­rza­nych bez zgody sądu.

W tej eli­cie mie­ści się też super­elita, która chroni bez­po­śred­nio krem­low­skie kory­ta­rze. To liczący pięć tysięcy osób Pre­zy­dencki Regi­ment, w skład któ­rego wcho­dzą naj­lepsi z naj­lep­szych funk­cjo­na­riu­szy. Wyma­ga­nia, by dostać się do tej jed­nostki, są dra­koń­skie. Każdy kan­dy­dat musi mieć co naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i zali­czyć test spraw­no­ściowy oraz spe­cjalne psy­cho­te­sty, a ponadto wyka­zać się zna­jo­mo­ścią języka angiel­skiego. Wła­śnie z tej grupy Rie­zan­cew wybrał dzie­się­ciu ludzi, któ­rzy teraz pra­co­wali dla niego i Uliewa. Ci zawo­dowcy koń­czyli jedną naj­bar­dziej reno­mo­wa­nych szkół. Jedyną w swoim rodzaju szkołę FSO. Nauka tam trwa pięć lat, a w tym cza­sie słu­cha­cze nie tylko poznają zasady ochrony VIP-ów czy spraw­dza­nia pomiesz­czeń, dodat­kowo uczą się pro­wa­dze­nia samo­chodu w warun­kach eks­tre­mal­nych, strze­la­nia do celu z pędzą­cego po oblo­dzo­nej dro­dze auta, walki wręcz oraz tech­nik prze­słu­chań. A to tylko nie­wielka cząstka pro­gramu naucza­nia w ich szkole.

Rie­zan­cew, mimo że dość długo pra­co­wał jako zastępca szefa FSO, nie był ogól­nie znany, gdyż dbał o swoją pry­wat­ność. Dla­tego w śro­do­wi­sku nazy­wano go wręcz czło­wie­kiem bez twa­rzy, a w naj­bliż­szym kręgu nosił przy­do­mek Sta­kan. Słowo to ozna­cza po rosyj­sku szklankę. Na Rie­zan­cewa zaś tak mówiono, ponie­waż sta­rał się być jak szklanka, wręcz prze­zro­czy­sty, w trak­cie wszel­kich ofi­cjal­nych dzia­łań zwią­za­nych z ochroną waż­nych rosyj­skich poli­ty­ków. A poza tym, gdy za dużo wypił, to zja­dał szklankę. Był to jego popi­sowy numer na wszel­kich liba­cjach.

Pod skrzy­dła Uliewa Sta­kan tra­fił po wpadce, czy jak sam mówił, incy­den­cie, który pozwala zro­zu­mieć, jak pra­co­wał on i jego ofi­ce­ro­wie. W 2007 roku ówcze­sny zastępca szefa dzie­wiątki i jego ludzie ubez­pie­czali wizytę jakie­goś pre­zy­denta obcego mocar­stwa w Peters­burgu. Kiedy kon­wój z dygni­ta­rzami jechał uli­cami mia­sta, snaj­per FSO obsa­dza­jący dachy na tra­sie prze­jazdu zwró­cił uwagę Rie­zan­cewa na okno w jed­nym z domów. Rie­zan­cew spoj­rzał przez lor­netkę i zoba­czył męż­czy­znę, który potrzą­sał jakimś przed­mio­tem. Dowódca, prze­stra­szony, że może to być deto­na­tor, roz­ka­zał swoim ludziom wejść do domu i zli­kwi­do­wać podej­rza­nego osob­nika. W ciągu trzech minut agenci poja­wili się pod miesz­ka­niem, wyła­mali drzwi, a kiedy weszli do środka i zabili czło­wieka z miej­sca, oka­zało się, że rze­komy napast­nik trzy­mał w ręce pilota i wyma­chi­wał nim, zmie­nia­jąc kanały w tele­wi­zji. Służba Rie­zan­cewa, podob­nie jak jego pod­wład­nych, zakoń­czyła się po tym szyb­kim prze­nie­sie­niem do rezerwy, a tu już cze­kał na niego z otwar­tymi ramio­nami Uliew. Miał bło­go­sła­wień­stwo ludzi z Kremla, by ich prze­jąć, a sam Sta­kan świet­nie się odna­lazł jako prawa ręka gene­rała. Uliew potrze­bo­wał kogoś takiego, bru­tal­nego, lojal­nego i bez hamul­ców.

24 lutego 2021 roku, Kijów

-?Kurwa, mówi­łem, żeby... -?Potężna eks­plo­zja zagłu­szyła słowa, a pęka­jące szyby prze­rwały w pół zda­nia Rad­kowi, który zasło­nił się przed pokru­szo­nym szkłem.

-?Mówi­łeś, a mimo to przy­je­cha­łeś -?odparła Anaba.

-?Przy­je­cha­łem po cie­bie! Mia­łaś się nie ruszać ze Lwowa! Cho­lera jasna! Pro­si­łem cię, nie jedź do Kijowa. Prze­cież Miron przy­jeż­dżał do cie­bie i też cię o to pro­sił. To nie! Panienka Anaba musiała posta­wić na swoim! No i gdzie on teraz jest i gdzie jest Rusi­nek? Szlag by to tra­fił! Zachciało im się wojaczki! -?nakrę­cał się coraz bar­dziej Radek.

-?Są w Hosto­melu przy lot­ni­sku, teraz ruskie orki pró­bują je zająć - zako­mu­ni­ko­wała nad­zwy­czaj spo­koj­nie Anaba, nie prze­sta­jąc w tym cza­sie pako­wać torby sani­tar­nej.

-?No ja pier­dolę! -?wyrwało się Sztyl­cowi, który dzień wcze­śniej roz­ma­wiał z Ałłą wła­śnie o tym kie­runku i praw­do­po­dob­nej agre­sji ruskich jed­no­stek na port lot­ni­czy Hosto­mel, znany rów­nież jako lot­ni­sko Gosto­mel lub lot­ni­sko Anto­nowa. Port poło­żony był na pół­nocny zachód od Kijowa. Sztylc wie­dział, iż to jedno z trzech mię­dzy­na­ro­do­wych lot­nisk znaj­du­ją­cych się na tere­nie obwodu kijow­skiego, obok por­tów lot­ni­czych Kijów-Bory­spol i Kijów-Żulany.

Od połu­dnia lot­ni­sko Hosto­mel ota­cza mię­dzy­na­ro­dowa trasa samo­cho­dowa M07 (E373) łącząca zachod­nią gra­nicę pań­stwa z Kijo­wem. Od pół­nocny droga T1011, która łączy się następ­nie z M07. Na wschód od lot­ni­ska prze­pływa z kolei rzeka Irpień, wzdłuż któ­rej w latach trzy­dzie­stych dwu­dzie­stego wieku wybu­do­wana została linia obrony skła­da­jąca się z umoc­nień sta­łych, polo­wych oraz prze­szkód inży­nie­ryj­nych, mająca chro­nić zachod­nią gra­nicę ZSRR.

Port lot­ni­czy był bar­dzo dobrze sko­mu­ni­ko­wany ze sto­licą, co w razie ataku Rosjan uła­twiało Ukra­iń­com wysła­nie szyb­kiej pomocy woj­sko­wej. Nie­stety dzia­łało to też w drugą stronę. Rosja­nie po opa­no­wa­niu lot­ni­ska przez woj­ska desan­towe mogli rów­nież ruszyć z szyb­kim ata­kiem na Kijów. Ponadto zarówno po zachod­niej, jak i po wschod­niej stro­nie lot­ni­ska znaj­do­wały się tereny zale­sione, dosko­nale nada­jące się do ukry­cia wyrzutni obrony prze­ciw­lot­ni­czej i oddzia­łów zme­cha­ni­zo­wa­nych. Obiekt został wybu­do­wany w 1959 roku i był wyko­rzy­sty­wany do celów mili­tar­nych. Od 1989 roku część kom­pleksu lot­ni­czego Anto­nowa stała się lot­ni­skiem typu cargo. W cza­sach Związku Radziec­kiego w miej­scu tym budo­wano super­cięż­kie samo­loty woj­skowe An-123 "Rusłan". Ozna­czało to, że pas star­towy lot­ni­ska mógł przy­jąć maszyny o dowol­nej wiel­ko­ści. W prze­ci­wień­stwie do portu lot­ni­czego Kijów.

Radek dosko­nale pamię­tał, że Hosto­mel znaj­duje się po lewej stro­nie Dnie­pru. Po tej samej stro­nie rzeki w Kijo­wie miesz­czą się sie­dziby naj­waż­niej­szych insty­tu­cji pań­stwo­wych, mię­dzy innymi Biuro Pre­zy­denta Ukra­iny, Naj­wyż­sza Rada Ukra­iny czy Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej. Gdyby Rosja­nom udało się opa­no­wać port, ich woj­ska nie musia­łyby zdo­by­wać mostów ani for­so­wać Dnie­pru, żeby zdo­być Kijów.

-?Co ty robisz? -?nie­ocze­ki­wa­nie zain­te­re­so­wał się Radek.

-?Jak to co? Pakuję torbę sani­tarną, chło­paki będą potrze­bo­wać ratow­nika medycz­nego -?odparła bez zawa­ha­nia Anaba.

-?Tobie, córka, cał­kiem się na łeb rzu­ciło! Ni­gdzie nie poje­dziesz! Zresztą nie prze­pusz­czą was przez poste­runki -?stwier­dził sta­now­czo, choć już spo­koj­niej Sztylc.

-?Pojadę, tato, mam dwa­dzie­ścia lat, nie możesz mi zaka­zać. Jestem od... - Kolejny wybuch wstrzą­snął restau­ra­cją, tym razem na szczę­ście słab­szy od przed­niego.

Na salę weszła Kata­rina, ubrana w woj­skowy uni­form z dys­tynk­cjami młod­szego pod­po­rucz­nika oraz dużym ple­ca­kiem wiszą­cym na pra­wym ramie­niu. Dziew­czyna od roku słu­żyła jako ochot­niczka na sta­no­wi­sku ratow­nika medycz­nego w nie­wiel­kim oddziale Gwar­dii Naro­do­wej wcho­dzą­cym w skład 4. Bry­gady, w któ­rej też słu­żył Miron.

-?Mam prze­pustkę, prze­pusz­czą nas -?oświad­czyła z nie­znacz­nym uśmie­chem.

-?Ja pier­dolę -?stęk­nął zre­zy­gno­wany Sztylc, ciężko sia­da­jąc na baro­wym krze­śle.

Kata­rina Szew­czuk od dwóch lat był dziew­czyną Rusinka. Poznali się wła­śnie w tej restau­ra­cji, zwa­nej Lwow­ska Bułka. Kawiar­nia znaj­do­wała się w ści­słym cen­trum Kijowa: przy przy­stanku metra na ulicy Mykoły Łysenki, nie­da­leko Zło­tej Bramy.

Lokal wcho­dził w skład małej ukra­iń­skiej sieci ser­wu­ją­cej roga­liki na słodko i wytrwa­nie. Radek kupił w niej udziały, a Pio­trek nad­zo­ro­wał je z pozy­cji Lwowa.

Pew­nego dnia Piotr był wła­śnie na kon­troli w restau­ra­cji, kiedy do lokalu weszło pię­ciu nacjo­na­li­stów ukra­iń­skich i sły­sząc pol­ski język, zaczęli sobie robić nie­wy­bredne żarty. Nie podej­rze­wali, że Rusi­nek, miesz­ka­jący dobre dwa lata we Lwo­wie, wszystko rozu­mie. I na żar­tach pew­nie by się skoń­czyło, gdyby Pio­trek odpu­ścił. Nie­stety nie odpu­ścił. Teraz już nikt nie pamię­tał, czy to była iry­ta­cja spo­wo­do­wana zmę­cze­niem, czy nawa­łem pracy. A może chciał zaim­po­no­wać Kata­ri­nie, która z miej­sca wpa­dła mu w oko. W każ­dym razie zaczął się odci­nać i od słowa do słowa doszło do ręko­czy­nów. W trak­cie krót­kiej bija­tyki Pio­trek zdą­żył pobić dwóch typów i nawet nie­źle mu szło z kolej­nymi, do momentu, gdy Kata­rina wpa­dła mię­dzy nich z gazem pie­przo­wym, waląc po oczach wszyst­kich, włącz­nie z Rusin­kiem. Całą akcję zakoń­czył Miron, który wpa­ro­wał do lokalu, tłu­kąc, gdzie się dało, pozo­stałą trójkę i wyzy­wa­jąc po ukra­iń­sku od głu­pich chu­jów. To nie zmie­niło faktu, że Rusi­nek zaim­po­no­wał kobie­cie. I tak już z nim została. Z Pola­kiem o -?jak sama mawiała -?"krwi goręt­szej od lawy".

-?Czym wy tam chce­cie jechać? Auto­bu­sem pod­miej­skim? -?wtrą­cił Sztylc z rezy­gna­cją w gło­sie, w mię­dzy­cza­sie zakła­da­jąc swoją skó­rzaną kurtkę.

-?No mam starą Ładę -?odrze­kła Kata­rina.

-?Poje­dziemy moim! -?zako­men­de­ro­wał zatem Radek tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu. -?W samo pie­kło. Kurwa mać! -?To osta­nie prze­kleń­stwo mruk­nął już tylko i ruszył ku drzwiom. -?Ja pier­dolę, chyba jestem nie­nor­malny...

-?To dobrze! Ojciec ma bzika na punk­cie bez­pie­czeń­stwa, dla­tego jego samo­chód jest dopan­ce­rzony -?wyja­śniła Kata­ri­nie Anaba, kiedy Sztylc już wyszedł z lokalu.

Radek po chwili sie­dział w swoim SUV-ie, któ­rym przed­wczo­raj przy­je­chał do Kijowa. Powody przy­jazdu tu miał trzy. Raz, chciał zoba­czyć restau­ra­cję, w którą Pio­trek zain­we­sto­wał dobre dwa lata temu pie­nią­dze Radka i o dziwo pro­wa­dził ją bez zarzutu. Dwa, jego córka Anaba, będąc na dru­gim roku stu­diów, wzięła dzie­kankę i dwa mie­siące temu poje­chała do Kijowa. Rad­kowi oznaj­miła to tylko krót­kim SMS-em, gdy on prze­by­wał aku­rat biz­ne­sowo we Fran­cji.

Sztylc wie­dział, że Anaba jest zako­chana w Miro­nie Dra­ho­ma­no­wie. Powo­dem trze­cim było spo­tka­nie z Oksaną Sko­ro­pad­ski vel Ałłą Kirył­łową, z którą wczo­raj spę­dził wspól­nie wie­czór i noc.

Radek znał Mirona od 2011 roku. Dzie­więt­na­sto­letni wów­czas chło­pak przy­je­chał do Pol­ski, wypchnięty na emi­gra­cję przez ciężką sytu­ację rodziny w Doniecku, z któ­rego pocho­dził. Wyróż­niał się strze­li­stą syl­wetką, jasnymi wło­sami i twardo zary­so­wa­nymi mię­śniami, a jego uroda szybko przy­cią­gnęła uwagę młod­szych dziew­cząt z oko­lic Boń­czy. Był wtedy chło­pakiem szu­ka­ją­cym jed­no­cze­śnie pracy i dachu nad głową, który pod­jął stu­dia w Zamo­ściu, wie­dząc, że bez dodat­ko­wego zarobku nie utrzyma się na powierzchni. Pra­cu­jąc u Radka w Boń­czy, poznał młodą wów­czas Anabę i po mniej wię­cej trzech latach mię­dzy nimi poja­wiło się coś wię­cej niż zwy­kła bli­skość. Teraz Miron od roku słu­żył w ukra­iń­skiej armii.

Będąc już w samo­cho­dzie, Radek wbił koor­dy­naty do nawi­ga­cji. Około trzy­dzie­stu kilo­me­trów dzie­liło restau­ra­cję od nie­wiel­kiej dziel­nicy miesz­ka­nio­wej Kijowa, w któ­rej znaj­do­wało się lot­ni­sko.

-?Szyb­ciej -?pona­glał dziew­czyny Radek przez otwarte okno swo­jego mer­ce­desa.

-?Tato, ale co ty się tak dener­wu­jesz? -?pod­pusz­czała go Anaba.

-?Ja? -?odparł Sztylc, rusza­jąc z piskiem opon. -?Ja się, kurwa, wcale nie dener­wuję! -?wydu­sił przez zaci­śnięte zęby, wjeż­dża­jąc na ulicę Sicho­wych Strył­ców.

-?Spo­koj­nie...

-?Prze­cież ja, kurwa, jestem spo­kojny! Jestem wręcz jebaną oazą spo­koju! Pier­do­lo­nym kwia­tem lotosu, Jezu­sową miło­ścią i dobro­cią. Powie­dział­bym, że mam w sobie spo­kój całego pier­do­lo­nego klasz­toru medy­tu­ją­cych tybe­tań­skich mni­chów.

-?Aha, jasne, fak­tycz­nie się nie dener­wu­jesz! Tato! To nie pomaga! I mia­łeś tyle nie prze­kli­nać, obie­ca­łeś.

-?Nie no, córka, a czym ja mam się dener­wo­wać. No niby czym? Jadę se, kurwa, bez broni mięk­kim autem na linię frontu wśród napier­da­la­ją­cych o zie­mię ruskich rakiet! Istna idylla! Kurwa, wycieczka kra­jo­znaw­cza po przed­mie­ściach Kijowa. Naj­pierw sko­czymy sobie na lot­ni­sko. A co potem? Zoo czy wypad na lody?

-?A pro­pos broni -?prze­rwała mono­log Radka Kata­rina, grze­biąc w swoim wiel­kim ple­caku, by po chwili wyjąć dwa pisto­lety i podać jeden przez ramię Rad­kowi. Był to Glock-17.

-?Skąd ty to masz! -?pra­wie krzyk­nął Sztylc. I mimo począt­ko­wego zasko­cze­nia skwa­pli­wie uło­żył sobie pisto­let mię­dzy kola­nami. - Zała­do­wany? -?spy­tał już spo­koj­niej, jakby pisto­let był smocz­kiem, któ­rego potrze­bo­wał aku­rat wrzesz­czący dzie­ciak w wózku.

Tere­nówka mknęła przez mia­sto ponad sto kilo­me­trów na godzinę, łamiąc wszel­kie prze­pisy dro­gowe. W mie­ście cały czas było sły­chać ryk syren. Mer­ce­des co raz mijał karetki, wozy stra­żac­kie i poli­cyjne, wszyst­kie pędziły na sygnale w różne strony mia­sta.

Jechali ulicą Jurija Ilienki. Po pra­wej minęli Insty­tut Medyczny, a po pię­ciu minu­tach mknęli już Wielką Obwod­nicą Kijow­ską.

Sztyl­cowi prze­mknęło przez myśl to, co wczo­raj powie­działa mu Ałła w hotelu...

-?"Bój się i ocze­kuj naj­gor­szego" -?zacy­to­wała, wsta­jąc nago z łóżka. - Taki komu­ni­kat uka­zał się czter­na­stego stycz­nia na stro­nie naszego MSZ. Auto­rami wpisu byli ruscy hake­rzy z grupy "Turla", któ­rzy wła­mali się na naszą stronę.

-?Spo­dzie­wa­cie się agre­sji? -?spy­tał Radek.

-?Tak i to na dniach, wszy­scy są w goto­wo­ści. Ruscy chcą prze­jąć wła­dzę w Kijo­wie i dopro­wa­dzić do zama­chu stanu.

Kobieta, dobrze po czter­dzie­stce, w rze­czy­wi­sto­ści wyglą­dała na dzie­sięć lat mniej. Jej piersi i pośladki były wciąż jędrne, a na twa­rzy nie było widać ani jed­nej zmarszczki. Ałła była na­dal olśnie­wa­jąco piękna.

-?Czyli ten ame­ry­kań­ski think tank, który prze­wi­dział atak i opi­sał w arty­kule praw­do­po­dobne ude­rze­nie na Ukra­inę, miał infor­ma­cje z pierw­szej ręki. Niech zgadnę. Infor­ma­cje mają od was -?stwier­dził Radek.

-?Tak -?zgo­dziła się jego kochanka. -?To prawda. A my mamy infor­ma­cje od naszej agen­tury bez­po­śred­nio z Rosji. Będą ata­ko­wać lot­ni­ska, bar­dzo moż­liwe, że wszyst­kie w oko­licy Kijowa, no i oczy­wi­ście sam Kijów.

-?Nie dzi­wię się, skoro chcą urzą­dzić bły­ska­wiczny zamach stanu w waszej sto­licy, to pew­nie wyko­rzy­stają swoje WDW.

-?Nie­głupi jesteś, Radku -?uśmiech­nęła się iro­nicz­nie Ałła. -?Nasze infor­ma­cje fak­tycz­nie potwier­dzają takie plany. Rosja­nie naj­pierw zaata­kują Bory­spol i Hosto­mel, bo są po pra­wej stro­nie Dnie­pru. Jak pew­nie wiesz, po tej samej stro­nie rzeki w Kijo­wie znaj­dują się sie­dziby naj­waż­niej­szych insty­tu­cji pań­stwo­wych. Gdyby ruskim udało się opa­no­wać port w Hosto­melu, ich woj­ska nie musia­łyby zdo­by­wać mostów ani for­so­wać Dnie­pru, żeby zdo­być Kijów.

-?Wiem. A czy wy już wie­cie, które jed­nostki rosyj­skie są przy­go­to­wy­wane do ataku?

-?Tak, to też nam się udało usta­lić. To rosyj­ska Jede­na­sta Samo­dzielna Gwar­dyj­ska Bry­gada Desan­towo-Sztur­mowa oraz Trzy­dzie­sta Pierw­sza Samo­dzielna Gwar­dyj­ska Bry­gada Desan­towo-Sztur­mowa.

Radek, słu­żący nie­gdyś w roz­po­zna­niu, a potem w WSI, dosko­nale znał tak­tykę rosyj­skich wojsk, jak rów­nież ich struk­turę. Był to nie­odzowny ele­ment szko­le­nia dla żoł­nie­rza roz­po­zna­nia, a potem ofi­cera kontr­wy­wiadu WSI. Rosja­nie przy­naj­mniej w tam­tych cza­sach mieli naprawdę dobre woj­ska powietrz­no­de­san­towe -?to było oczko w ich gło­wie. Odgry­wały klu­czową rolę w rosyj­skiej i wcze­śniej radziec­kiej myśli woj­sko­wej od lat osiem­dzie­sią­tych XX wieku.

Wów­czas dowódz­two woj­skowe ZSRR zaczęło kon­cen­tro­wać się na przy­go­to­wa­niu do wojny kon­wen­cjo­nal­nej z NATO, trak­tu­jąc ude­rze­nia nukle­arne jako ewen­tu­alne uzu­peł­nie­nie raj­dów pan­cerno-zme­cha­ni­zo­wa­nych. Skut­kiem tego był duży nacisk na roz­wój wypo­sa­że­nia, roz­bu­dowę struk­tur i szko­le­nie tego rodzaju wojsk. W cza­sie inter­wen­cji w Afga­ni­sta­nie for­ma­cje desan­towo-sztur­mowe brały udział w ofen­sy­wie w doli­nie Pandż­sziru w 1982 i 1984 roku oraz two­rzyły pozy­cje blo­ku­jące na stra­te­gicz­nej prze­łę­czy Andżu­man. W cza­sie dru­giej wojny w Cze­cze­nii w 2000 roku 6. kom­pa­nia 104. gwar­dyj­skiego desan­towo-sztur­mowego pułku 76. gwar­dyj­skiej dywi­zji wzięła udział w bitwie o wzgó­rze 776, w któ­rej zgi­nęło osiem­dzie­się­ciu czte­rech z dzie­więć­dzie­się­ciu rosyj­skich żoł­nie­rzy. Do dzi­siaj wyda­rze­nie to okre­ślane jest mia­nem kau­ka­skich Ter­mo­pil i uro­czy­ście upa­mięt­niane z udzia­łem naj­wyż­szych władz pań­stwo­wych. Czy dalej Rosja­nie byli tak dobrze wyszko­leni? Tego Sztylc już nie wie­dział...

-?Od kilku dni wzmac­niamy obronę Kijowa -?kon­ty­nu­owała Ałła, odgar­nia­jąc sobie nie­po­korny kosmyk wło­sów z czoła. -?W oko­li­cach sto­licy zgro­ma­dzi­li­śmy pra­wie pięć bry­gad. Główną siłę sta­nowi Sie­dem­dzie­siąta Druga Bry­gada Zme­cha­ni­zo­wana, któ­rej bata­liony roz­lo­ko­wane zostały w samej sto­licy i jej oko­li­cach po obu stro­nach Dnie­pru.

-?To na blo­kadę -?wtrą­cił Radek.

-?Tak -?zgo­dziła się Ałła. -?Będą blo­ko­wać ruskich na kie­runku pół­nocno-zachod­nim. W rejo­nie dziel­nicy Obo­łoń oraz na kie­runku pół­nocno-wschod­nim w rejo­nie miej­sco­wo­ści Bro­wary.

-?Jaki skład ma ta jed­nostka? -?spy­tał Sztylc.

-?A co ty, do służby wró­ci­łeś, że tak wypy­tu­jesz? -?zacze­piła go Oksana.

Puł­kow­nik Rado­sław Sztylc zaśmiał się spa­zma­tycz­nie i szcze­rze.

-?Nawet przy dużych chę­ciach z mojej strony, to i tak nie ma dla kogo. Poli­tyczne kurwy roz­pie­przyły pol­skie służby w drobny pył. Ponadto takich jak ja, "ban­dy­tów", nie biorą -?skwi­to­wał i zare­cho­tał ponow­nie. -?To bar­dziej zbo­cze­nie zawo­dowe i z cie­ka­wo­ści pytam. Jeśli nie chcesz, to nie mów.

Ałła znała histo­rię Sztylca, więc tylko się uśmiech­nęła.

-?Bry­gada skła­dała się z trzech bata­lio­nów zme­cha­ni­zo­wa­nych, bata­lionu pie­choty zmo­to­ry­zo­wa­nej, bata­lionu czoł­gów, a dodat­kowo z bry­ga­do­wej grupy arty­le­rii i pomniej­szych kom­pa­nii tyło­wych -?wyre­cy­to­wała.

-?Widzę, że taka wzmoc­niona ta bry­gada -?zauwa­żył Sztylc, pole­wa­jąc wódkę do szkla­nek.

-?A i ow­szem -?uśmiech­nęła się Oksana, bio­rąc w dłoń napeł­nione szkło. - Łącz­nie posia­dała czter­dzie­ści czoł­gów, sie­dem­dzie­siąt wyrzutni rakie­to­wych i hau­bic oraz około stu trans­por­te­rów.

-?To chyba zbyt mało, by bro­nić Kijowa?

-?Spo­koj­nie. W oko­li­cach naszej sto­licy są ponadto: Trzy­dzie­sta Bry­gada Zme­cha­ni­zo­wana, Sto Dwu­na­sta Bry­gada Obrony Tery­to­rial­nej, Sto Czter­na­sta Bry­gada Obrony Tery­to­rial­nej oraz Czwarta Lekka Bry­gada Szyb­kiego Reago­wa­nia Gwar­dii Naro­do­wej i siły spe­cjalne.

-?Tam służy Miron, a Rusi­nek szkoli waszych żoł­nie­rzy -?wtrą­cił się Radek.

-?Tak, Radku, oni obec­nie sta­cjo­nują w oko­li­cach lot­ni­ska Hosto­mel.

Sztylc roz­ma­wiał swego czasu z Rusin­kiem, który mówił o tej inno­wa­cyj­nej jed­no­stce, sfor­mo­wa­nej w 2015 roku. 4. Lekka Bry­gada była rewo­lu­cyj­nym pro­jek­tem Sił Zbroj­nych Ukra­iny. Miała formę wzmoc­nio­nej bry­gady lek­kiej pie­choty, zdol­nej do szyb­kiej reak­cji, wypo­sa­żo­nej dodat­kowo w czołgi, arty­le­rię, drony oraz dość spore kom­po­nenty: roz­po­znaw­czy, łącz­no­ści i logi­styki. Bry­gadę pod­po­rząd­ko­wano bez­po­śred­nio dowódz­twu Gwar­dii Naro­do­wej. Od samego początku jed­nostka powsta­wała według wzor­ców natow­skich. W szta­bie każ­dego bata­lionu zasia­dała zwięk­szona liczba ofi­ce­rów. Szko­le­niem zaj­mo­wali się żoł­nie­rze Gwar­dii Naro­do­wej USA i Sił Obrony Izra­ela.

No i oczy­wi­ście Piotr Rusi­nek. Jakby nie miał co, kurwa, robić w życiu, tylko do wojaczki się brać -?pomy­ślał lekko tym fak­tem wkur­wiony Radek.

-?Dobór do tej jed­nostki był naprawdę szcze­gólny. -?Oksana wyrwała Sztylca z zamy­śle­nia. -?Ludzi pozy­ski­wano według kry­te­riów takich jak doświad­cze­nie w ope­ra­cji anty­ter­ro­ry­stycz­nej ATO2. -?Prze­rwała na chwilę, się­gnęła do paczki papie­ro­sów, by wycią­gnąć jed­nego i odpa­lić. Po chwili kłąb dymu wyle­ciał z jej ust. -?Udział w szko­le­niach orga­ni­zo­wa­nych przez NATO, zna­jo­mość języka angiel­skiego oraz akcep­ta­cja warun­ków służby podob­nych do sze­re­go­wych i sier­żan­tów.

-?Nie pal -?zabro­nił jej odru­chowo Radek tonem, który wyra­żał tro­skę.

-?Odwal się. -?Ałła vel Oksana zaśmiała się mimo wszystko cie­pło i ponow­nie zacią­gnęła, mimo że w hotelu pano­wał cał­ko­wity zakaz pale­nia. Ale jej zawsze było wolno wię­cej niż innym. -?Znam ten hotel lepiej niż wła­sne miesz­ka­nie -?dodała, na­dal z uśmie­chem.

Radek odwza­jem­nił ten uśmiech, nie odry­wa­jąc wzroku od swo­jej roze­bra­nej roz­mów­czyni.

-?Tu, na Placu Świę­tego Michała, znaj­do­wały się zarówno ukra­iń­skie MSZ, jak i Hotel Inter­con­ti­nen­tal, w któ­rego wnę­trzach zwy­kli­śmy przyj­mo­wać wysoko posta­wio­nych gości. W mar­mu­ro­wym holu tego przy­bytku spę­dzi­łam wiele godzin na bez­ru­chu i obser­wa­cji. Cze­ka­nie nie jest wyłącz­nym zaję­ciem kie­row­ców, sta­nowi rów­nież część dyplo­ma­tycz­nego rze­mio­sła, wpi­saną w codzien­ność ludzi przy­zwy­cza­jo­nych do ciszy, spoj­rzeń i upływu czasu.

-?Cze­ka­nie na co?

-?Cze­ka­nie, aż kon­fe­ren­cje się skoń­czą, aż pre­zy­dent opu­ści swój pokój hote­lowy lub jego samo­lot w końcu wystar­tuje.

-?Trzeba coś zjeść, ślicz­notko. Z tym nie cze­kajmy. Zamó­wi­łem kola­cję. - Radek zmie­nił temat, powoli wkła­da­jąc ubra­nie.

Sztylc też zatrzy­mał się w Inter­con­ti­nen­talu, w samym cen­trum zasy­pa­nego śnie­giem Kijowa. Mia­sta, które nawet zimą pul­so­wało napię­ciem i ema­no­wało dosto­jeń­stwem. W tej porze roku biel przy­kry­wała emo­cjo­nalne natę­że­nie przed ocze­ki­waną wojną. Ta zima była surowa, ostra jak brzy­twa i zda­wała się współ­grać z losem ludzi, któ­rych los zwią­zał z tą zie­mią.

Gmach hotelu, zbu­do­wany w stylu neo­re­ne­san­so­wym, stał się tym­cza­sową twier­dzą Sztylca przed życiem w cią­głym stre­sie. Luk­su­sową enklawą ciszy i kon­troli. Radek, były ofi­cer pol­skich służb spe­cjal­nych, który odszedł, zanim wypa­liły go cynizm i zdrady, teraz był czło­wie­kiem majęt­nym, wpły­wo­wym, ope­ru­ją­cym pie­niędzmi i infor­ma­cją z tą samą pre­cy­zją, z jaką nie­gdyś obsłu­gi­wał broń krótką. Mógł wybrać dowolne miej­sce na świe­cie. Los jed­nak wybrał za niego Kijów, bo tutaj dotarła jego córka Anaba. I tu była Oksana, która dla Radka pozo­stała chyba na zawsze Ałłą. Dwie kobiety, które w sumie kie­ro­wały jego życiem.

Wie­dząc, jak sub­tel­nie Ałła trak­tuje luk­sus, nie jako cel, lecz prze­strzeń, w któ­rej nie musi wal­czyć o sza­cu­nek, Sztylc wyna­jął dla nich prze­stronny apar­ta­ment, który bar­dziej przy­po­mi­nał rezy­den­cję niż pokój hote­lowy. Cie­płe świa­tło wpa­dało do niego przez pano­ra­miczne okna z wido­kiem na ośnie­żone dachy, złote kopuły mona­ste­rów i linię Dnie­pru zamar­z­nię­tego gdzieś w oddali. Mar­mu­rowa łazienka pach­niała cypry­sem i świe­żym drew­nem, a miękki dywan tłu­mił każdy krok. Ściany zaś każde słowo. Tak jak nale­żało w miej­scu, w któ­rym pro­wa­dzono roz­mowy o tre­ści nie zawsze prze­zna­czo­nej dla uszu osób trze­cich.

Ałła zja­wiła się tego wie­czoru w hotelu ubrana w gra­fi­towy płaszcz, który opi­nał jej zgrabną syl­wetkę. Była drobna, lecz nie kru­cha. Cecho­wała ją uroda powścią­gliwa i hip­no­ty­zu­jąca zara­zem, jak ikona, którą trzeba rozu­mieć, a nie tylko oglą­dać. Ofi­cerka HUR, jedna z naj­wy­żej posta­wio­nych kobiet w struk­tu­rach ukra­iń­skiego wywiadu woj­sko­wego, miała spoj­rze­nie chłodne i prze­ni­kliwe, a jej ruchy zdra­dzały wewnętrzne napię­cie. Takie, które znali tylko ci, któ­rych życie wyma­gało bez­względ­nej samo­kon­troli.

Czy Ałła kochała Radka? Tak. Choć ni­gdy nie usły­szał tego od niej wprost. Czuł to w jej obec­no­ści, w tym, jak odsu­wała się o krok, by nie być zbyt bli­sko, i w tym, jak zawsze, nawet na niego wście­kła, znaj­do­wała dla niego czas.

Kola­cję zje­dli w prze­szklo­nym salo­nie na dachu hotelu. Zima roz­cią­gała się za oknami. Śnieg wiro­wał w smu­gach reflek­to­rów, a świa­tła mia­sta odbi­jały się w szy­bach niczym roz­ża­rzone znaki nadziei. Stół nakryto dys­kret­nie: biały obrus, srebrna zastawa, deli­katne szkło. W tle cicho roz­brzmie­wała muzyka for­te­pia­nowa, a zapach świeżo wypie­ka­nego chleba mie­szał się z aro­ma­tem wyra­fi­no­wa­nej kuchni fran­cu­skiej. Comme Il Faut nie zawio­dło. Na taler­zach poja­wiły się prze­grzebki z musem z selera, pie­czony gołąb z sosem z czer­wo­nego wina, zaś na deser par­fait z lawendą i mio­dem z Kar­pat.

Radek nie odzy­wał się przez dłuż­szy czas. Patrzył na Ałłę, która jadła spo­koj­nie, z taką samą god­no­ścią, z jaką mil­czała przy sto­łach nego­cja­cyj­nych. Pomię­dzy nimi nie pano­wała pustka. Docho­dziło raczej do zde­rze­nia dwóch rów­no­rzęd­nych sił, które się sza­nują. Żadna ze stron nie chciała jed­nak zro­bić kolej­nego kroku, z powo­dów zależ­nych nie tylko od nich. Mimo że Radek nie był już zwią­zany ze służ­bami, w rela­cji z Ałłą jego prze­szłość wciąż cią­żyła jak cień, któ­rego nie spo­sób strzą­snąć. Jesz­cze sil­niej odci­skała się przy­szłość, ponie­waż Ałła na­dal słu­żyła w ukra­iń­skim wywia­dzie, zaj­mu­jąc sta­no­wi­sko by­naj­mniej nie dru­go­pla­nowe. Ta nie­rów­no­waga spra­wiała, że ich pry­watna więź była, deli­kat­nie mówiąc, skom­pli­ko­wana. Żadne nie chciało jej zakoń­czyć, żadne też nie miało odwagi pchnąć jej naprzód wbrew roz­sąd­kowi. I w tym ukła­dzie jedli kola­cję w jed­nym z naj­lep­szych hoteli Kijowa, dzie­ląc stół, ciszę i myśli, któ­rych nie nale­żało wypo­wia­dać.

Mimo takich pro­ble­mów ten wie­czór spę­dzali razem w zimo­wym Kijo­wie. Nad ich gło­wami zawi­sła cisza. Oboje nie nazy­wali uczuć na głos, wie­dzieli bowiem dosko­nale, że tylko to, co nie­na­zwane, może prze­trwać w świe­cie, gdzie wszystko inne bywa zdra­dliwe.

Sztylc nie pla­no­wał tego spo­tka­nia. Tak naprawdę od pew­nej feral­nej nocy na Mazu­rach nie roz­ma­wiali ani razu. Kilka lat mil­cze­nia, cięż­kiego, peł­nego dumy i bólu, któ­rego żadne z nich nie potra­fiło prze­ła­mać. Aż do momentu, gdy jego córka Anaba wyje­chała do Lwowa. Wtedy Radek, dzia­ła­jąc bar­dziej instynk­tow­nie niż roz­waż­nie, wysłał krótką wia­do­mość do puł­kow­nik Ałły Kirył­ło­wej, zna­nej rów­nież pod obec­nym nazwi­skiem Oksana Sko­ro­pad­ski.

Pro­sił, by miała oko na Anabę, nie liczył na odpo­wiedź. Nie po tym wszyst­kim, co mię­dzy nimi zaszło. Tym­cza­sem wia­do­mość przy­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Zwię­zła, pro­sta, ude­rza­jąca w samo serce.

"Bra­kuje mi Cie­bie, Lachu".

Od tam­tej chwili znów zaczęli roz­ma­wiać. Naj­pierw ostroż­nie, nie­mal zawo­dowo. Krót­kie wia­do­mo­ści, spo­ra­dyczne roz­mowy przez szy­fro­wane łącza. Z upły­wem czasu coś się zmie­niło, mil­cze­nie prze­stało cią­żyć, a każde kolejne słowo zaczęło odbu­do­wy­wać most, który kie­dyś sami spa­lili.

Pod­czas kola­cji wię­cej na sie­bie patrzyli i się uśmie­chali, niż jedli i mówili, a te dłu­gie chwile mil­cze­nia były gęste, nasy­cone wszyst­kim, czego nie potra­fili lub nie chcieli już wypo­wie­dzieć. Wra­ca­jąc nato­miast do hote­lo­wego apar­ta­mentu, szli obok sie­bie rów­nież w ciszy, jak dwie rów­no­le­głe linie, które wresz­cie miały się prze­ciąć.

Zale­d­wie zamknęły się za nimi drzwi, bez słów, bez zbęd­nych rytu­ałów roze­brali się i rzu­cili na łóżko, trak­tu­jąc seks przed kola­cją jako lekki ape­ri­tif, podany przed posił­kiem w celu pobu­dze­nia ape­tytu. Celem zaś było tylko przy­go­to­wa­nie pod­nie­bie­nia na nad­cho­dzącą ucztę. Oboje pró­bo­wali nad­ro­bić trzy lata roz­łąki tą jedną chwilą. Sztylc cało­wał Ałłę gwał­tow­nie, nie­mal zachłan­nie, jak czło­wiek, który przez długi czas odma­wiał sobie cze­goś, czego pra­gnął naj­bar­dziej. Pie­ścił, nie­mal sma­ko­wał jej ciało z uwagą i pasją, niczym rzadki przy­smak, sta­ran­nie przy­go­to­wane danie, któ­rego smak chciał zapa­mię­tać na zawsze. Ona nie tylko nie pro­te­sto­wała, lecz poszła za swoim instynk­tem bez cie­nia waha­nia. Odpo­wia­da­jąc z tą samą siłą, z tym samym gło­dem. Nie­mal wal­cząc o ini­cja­tywę.

Nie było mię­dzy nimi żad­nych nie, żad­nych gra­nic. To nie był seks, to była fizyczna kul­mi­na­cja wszyst­kiego, co przez lata w sobie tłu­mili. Tęsk­noty, żalu, gniewu i miło­ści. Przez godzinę ich ciała mówiły wię­cej niż jakie­kol­wiek słowa. W końcu, wyczer­pani, bez tchu, zapa­dli się razem w ciszę, tym razem już inną, cie­płą, czułą i wypeł­nioną obec­no­ścią.

-?Zabierz córkę do Pol­ski -?zapro­po­no­wała Ałła, sia­da­jąc na brzegu łóżka. Jej głos był spo­kojny, tylko oczy, ciemne, zamglone i zmę­czone, zdra­dzały powrót do spraw codzien­nych.

Przez chwilę Radek nie zare­ago­wał, leżał z zamknię­tymi oczami, roz­cią­gnięty na nie­upo­rząd­ko­wa­nej pościeli. Spo­cone ciało błysz­czało w pół­mroku pokoju, gdzie tylko przy­ćmione lampki przy łóżku rzu­cały cie­płe, bursz­ty­nowe świa­tło na ściany. Z sufitu zwi­sała lekka żyran­do­lowa kon­struk­cja, teraz wyłą­czona i mar­twa, a za zasło­nię­tymi kota­rami sły­chać było odle­głe dud­nie­nie mia­sta. W końcu Radża otwo­rzył powoli oczy, jakby wybu­dzony ze snu, któ­rego nie chciał zakoń­czyć. Zmarsz­czył brwi, pod­cią­gnął się na łok­ciu.

-?Nie uwie­rzysz... -?par­sk­nął ner­wowo -?...jak Anaba jest zako­chana w Miro­nie. Po uszy! -?Skrzy­wił usta w gorz­kim pół­u­śmie­chu.

-?A ty? -?zapy­tała Ałła miękko, mru­żąc powieki. Głos miała z pozoru obo­jętny, ale palce zaci­snęła na kra­wę­dzi prze­ście­ra­dła, aż zbie­lały jej kostki. Radek udał, że tego nie widzi.

-?Ja? Ja Mirona nie kocham -?odparł i zaśmiał się krótko, z wyraźną inten­cją ucieczki od tematu roz­mowy. Wstał z łóżka, nie przej­mu­jąc się swoją nago­ścią. Sztylc był grubo po pięć­dzie­siątce, ale jego syl­wetka wciąż wyglą­dała jak wycio­sana w zapa­śni­czym tre­ningu. Mię­śnie miał twarde, gęste i funk­cjo­nalne. Takie, które nie służą do pozo­wa­nia w lustrze, tylko dźwi­ga­nia, dusze­nia i wycho­dze­nia cało z bójek, z któ­rych inni wyno­szą jedy­nie zęby w kie­szeni. Ruszał się z oszczędną pew­no­ścią czło­wieka, który swoje już prze­żył, a mimo to potra­fiłby zawsty­dzić kon­dy­cją nie­jed­nego dwu­dzie­sto­latka. To nie było ciało z siłowni i kolo­ro­wych maga­zy­nów, tylko narzę­dzie stwo­rzone do walki i prze­trwa­nia.

Pod­szedł do małego sto­lika pod ścianą, gdzie w meta­lo­wym wia­derku wokół butelki wódki top­niał lód. Ściany pokoju ozda­biały, blade w tym świe­tle, obrazy. W powie­trzu uno­siła się mie­szanka zapa­chu potu i alko­holu, a przez szpary w kota­rach wpa­dało świa­tło noc­nego mia­sta spo­wi­tego zimą.

Radek nalał do dwóch szkla­nek zimną wódkę, któ­rej skro­pliny spły­wały po prze­zro­czy­stym szkle, two­rząc małe kałuże na drew­nia­nym bla­cie.

-?Dobrze wyglą­dasz, puł­kow­niku, jak na swoje pięć dekad -?oce­niła Oksana, opie­ra­jąc się łok­ciem o mate­rac. W jej spoj­rze­niu cza­iło się nieco iro­nii pomie­sza­nej z auten­tycz­nym podzi­wem.

-?To tylko sko­rupa -?rzu­cił bez uśmie­chu. -?Sko­rupa, która nie­długo się posy­pie.

-?W środku też sko­rupa? Nie sądzę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki