Cyganka Zosia
Wchodzi prezenter na scenę, obok niego facet przebrany za Cygankę.
PREZENTER: Witam państwa. Mam przyjemność przedstawić państwu, najlepszą wróżbitkę świata; Nostradamusa 21 wieku, miss mokrego podkoszulka. Cygankę Zosię.
CYGANKA: Powitać.
PREZENTER: Niech pani tu usiądzie, a ja poproszę kogoś z publiczności. Ochotniczkę. Najlepiej pannę, która chciałaby poznać swoją przyszłość. Proszę się nie bać, ona nie gryzie.
CYGANKA: Ze sztuczną szczęką to sobie mogę.
PREZENTER: Jest ochotniczka. Jak masz na imię?
ASIA: Asia.
PREZENTER: Brawa dla Asi za odwagę. Proszę usiąść, nie denerwować się. ( Prezenter przyprowadza kobietę z widowni do cyganki. )
CYGANKA: Idź pan już. Ten facet działa mi na uzębienie. Zośka jestem. ( Podaje cyganka dłoń na przywitanie, rzuca okiem na dłoń Asi z myślą, że ukradnie z jej ręki pierścionek lub obrączkę. ) Ani pierścionków, ani obrączki. Też mi wybrał. A więc masz na imię? Nie mów! Zgadnę. Asia. Mieszkasz? Nie mów! Zgadnę. W Polsce. Wiek? Nie, nie mówmy. No dobra kochaniutka. ( Siadają. ) Powróżę ci najpierw z ręki. ( Asia podaje prawą dłoń. ) Uuu, aaa. Serce miłości. Widzę, dużo kresek, odcinków, cięciw. Nic z tego nie wynika, ale ta linia tutaj jest długa. Będziesz długo żyć. Nawet dożyjesz emerytury. A tu linia frontu Polsko - Ruskiego... będzie cud w twoim życiu. I ciemność, widzę ciemność. Rzuć dyszkę. ( Cyganka zakrywa ręką swoje oczy. Czeka chwilę. ) Nie masz. Dobra. Bez pieniędzy, bez obrączek, ale mi wybrał dziad jeden. Teraz rzucę kośćmi. ( Cyganka wyjmuje atrapę kości z nogi człowieka. Wyrzuca za siebie. ) Nie, to resztki z obiadu. ( Później dopiero cyganka znajduje zwykłe kości do gry. ) Gdzie ja je schowałam... a są. ( Rzuca cyganka kostkami. ) 5+6 razem 12, parzyście. Niedobrze, znowu wrócę późno do domu. Teraz ty. ( Rzuca Asia, a cyganka znowu liczy błędnie. ) 5+3 =9 sama radość czeka na ciebie w życiu. Pranie, gotowanie, sprzątanie. Dobra kochaniutka. To może powróżymy teraz z kart, 100% sprawdzalności. ( Cyganka wyjmuje talie kart i pojedynczo rozkłada. ) Zoboczmy co cię czeka. Zakonnica. ( Pierwsza karta wizerunek zakonnicy. ) Uuu. Będziesz kochana bezrobotna. Królik. ( Następna karta. ) Dużo, dużo dzieci urodzisz. Nic dziwnego, że nie będzie chciało się pracować. ( Wyjmuje swoją kartę z banku. ) A to? Ups. To moja karta kredytowa z Amber Gold. Tak Tusk reklamował ten bank, że taki cygański, więc brałam kredyty i miał rację. Do tej pory nie muszę oddawać pieniędzy. Kowalewski. ( Kolejna karta. ) Brunet odwiedzi cię wieczorową porą. Rekin. ( Kolejna karta. ) Nie je ryb. Wegetarianin. Księżyc. ( Kolejna karta. ) Raz w miesiącu wyje. Coś nie ma wzięcia. ( Wyjmuje kartę z wizerunkiem piosenkarki Britney Spears. ) Nic dziwnego. Britni Śpirs. Brzyydalll. Wąż. ( Karta z wężem ogrodowym. ) To tego moczy się nocą. Karzeł. ( Kolejna karta. ) Ma niski poziom cukru we krwi. Martini. ( Kolejna karta. ) Przed użyciem wstrząśnij. ( Mówi po cichu do Asi. ) Gucci. ( Kolejna karta. ) Znaczy ma styl. A nie. Gutti. Lubi podróbki. Warcaby. ( Kolejna karta. ) Bystry to nie jest. Pies z pizzą? ( Kolejna karta. ) Aaa, wabi się Giuseppe. Papieros. ( Kolejna karta. ) Poliglota. Byk. ( Kolejna karta. ) Zakolczykowany. Rower. ( Kolejna karta. ) Tak wiem, pierwsze skojarzenie, lubi pedałować, ale po prostu, może nie dorobił się samochodu. Zdjęcie z Wojewódzkim. ( Kolejna karta. ) No to już wiemy, że jest po nieudanym związku. ( Cygance dzwoni telefon. Dzwonek Cyganeczka Zosia. Wyjmuje stary model urządzenia. ) O mężulek dzwoni. Przepraszam na chwile. Cós chcesz?! W pracy jestem. Obiad? W lodówce! Wiem, że nie mamy lodówki. Idź do żabki i weź coś dla mnie. Wolno, wolno. Co nam mogą zrobić? Jesteśmy mniejszością narodową. I zgarnij dzieci z ulicy. Narka. Mąż. Siedzi w domu nierób, a ja muszę wciskać ludziom kit, żeby zarobić na chleb. Lecimy dalej. Teletubisie. ( Kolejna karta. ) Komuniści staną wam na drodze. ( Cyganka pluje na kartę. ) Nie lubię komunistów. Internowali mnie za komuny. Wszystkich zabierali z mieszkań, a mnie zgarnęli z ulicy. Krowa i Red Bull? ( Kolejna karta. ) Twój kochany da ci ptasie mleczko. Róże. ( Kolejna karta. ) I bukiet tulipanów. Smok. ( Kolejna karta. ) Niedobrze. Urząd skarbowy będzie się domagał podatku od darowizny. Osioł. ( Kolejna karta. ) Ale kolega twojego Shreka okiełzna, to zło. Michałowa. ( Kolejna karta. Kobieta z serialu ranczo. ) Wyjdzie z tego niezły bigos. Łyżka. ( Kolejna karta. ) Ale utoniecie w swoich ramionach. Sałata. ( Kolejna karta. ) Nie mam zielonego pojęcia. I ostatnia karta. ( Pisze na niej ODWRÓĆ SIĘ. ) Odwróć się. Gdzie? Nic nie widzę. A nie, to ty kochaniutka masz się odwrócić.
( Odwraca się Asia za siebie i widzi wywróżonego faceta z kart. Mężczyzna zaczyna śpiewać. )
KAWALER: Ti Amo, to znaczy kocham. Ti Baccio, całuje ciebie. Gdy jestem z tobą dziewczyno, tak dobrze mi, jak w niebie. ( Mężczyzna ma w ręku ptasie mleczko i tulipany. Podchodzi do Cyganki zamiast do Asi. )
CYGANKA: Kurde, coś w tym prawdy jest.
Cyganka ucieszona wychodzi razem z facetem. Asia zostaje sama przy stole. Podchodzi prezenter i dziękuje jej za występ.
Doktor lepka rączka
Na ulicy przed domem spotyka się doktor ze swoim sąsiadem.
SĄSIAD: A co to za nieszczęście idzie?
DOKTOR: Cześć sąsiad.
SĄSIAD: Cześć. Jak tam w pracy?
DOKTOR: A spoko. Wyspałem się.
SĄSIAD: Działo się coś?
DOKTOR: Skoro mnie nie budzili to chyba nikt nie umarł, ale przedwczoraj musiałem operować.
SĄSIAD: I co?
DOKTOR: Zgroza. Zamiast pacjentowi nerkę wyciąć to wyciąłem mu śledzionę.
SĄSIAD: Jak to mogło się stać?
DOKTOR: Obok stołu operacyjnego stał spirytus i tak non stop myślałem o śledziu.
SĄSIAD: Spirytus w szpitalu?
DOKTOR: Do odkażania. No co?
SĄSIAD: To sąsiad operuje. To pewnie kardiochirurg?
DOKTOR: Nie, operator koparko ładowarki. No pewnie, że chirurg. Ale nie. Sąsiad, serc to nie wycinam. To jest poważna sprawa. Wiesz, że jak się je wytnie, to trzeba włożyć drugie i jeszcze podpiąć. A ja na hydraulice się nie znam.
SĄSIAD: A co z tym pacjentem co mu płuca wyciąłeś?
DOKTOR: Żyje do tej pory. Na ssaniu zamontowałem mu odkurzacz, a na tłoczeniu dmuchawę. Tylko, że jest jeden mały problem. Musi non stop leżeć przy gniazdku.
SĄSIAD: To pewnie się nudzi.
DOKTOR: Nie, cały czas się modli, żeby mu prądu nie wyłączyli.
SĄSIAD: A jak z zarobkami sąsiad. Dychę wyciągniesz?
DOKTOR: Dychę to z samych kopert wyciągam. Słuchaj sąsiad przychodzi ostatnio do mnie taka babka, daje mi kopertę i pyta się, czy jej mąż wyjdzie z tego. Ha ha.
SĄSIAD: I co. Wyszedł?
DOKTOR: Tak, nogami do przodu. Od dwóch godzin już leżał w kostnicy, ale jak tu nie wziąć. Przecież się starałem, nawet leki kazałem jemu podać. Ale ciężko, ciężko sąsiad wyżyć za te 20 tysięcy.
SĄSIAD: Trzeba żyć oszczędnie. Zamiast szynki kupić parówkę.
DOKTOR: Nie jadam parówek.
SĄSIAD: Od kiedy?
DOKTOR: Od kiedy obejrzałem Galileo. Poza tym mam dużo osób na utrzymaniu.
SĄSIAD: Przecież masz tylko żonę.
DOKTOR: Żonę, kochankę. O dzieciach nie wspomnę.
SĄSIAD: Masz sąsiad dzieci? Nie wiedziałem.
DOKTOR: Kilkanaście nieślubnych. Błędy młodzieńczych lat. Naiwny byłem, myślałem, że jak będę uprawiał sex na strzeżonych parkingach, to będzie bezpieczny. A teraz trzeba płakać i płacić.
SĄSIAD: No dobra. Kobiety, alimenty i na co jeszcze?
DOKTOR: Tabletki uspakajające.
SĄSIAD: Żart. Bierzesz je za darmo ze szpitala.
DOKTOR: Taką truciznę co tam dają? W życiu. Pacjenci jak to biorą, to później wariują. Na przykład jeden taki próbował popełnić samobójstwo. Skakał z parapetu na podłogę.
SĄSIAD: I udało jemu się?
DOKTOR: Tak, ale dopiero jak jemu podpowiedziałem, żeby skoczył na główkę. Normalnie dom wariatów. Jak nie wypiję przed operacją pół litra, to mi ręka normalnie tak, tak lata ( Pokazuje. ) Albo ostatnio to mało zawału nie dostałem. Robię sekcję zwłok, a tu gościu wstaje i pyta się mnie, która godzina.
SĄSIAD: I co zrobiłeś?
DOKTOR: A co miałem zrobić. Uśpiłem jego i dokończyłem. Akt zgonu już wypisany, rodzina już czekała na ciało... nie mogłem ich rozczarować. Ja to ogólnie idę ludziom na rękę. Żeby nie powiedzieć do każdego rękę wyciągnę.
SĄSIAD: Ten kraj schodzi na psy.
DOKTOR: Ma sąsiad rację. Ludzi nie opłaca się leczyć. Dlatego teraz otwieramy nowy oddział dla psów, kotów i surykatek.
SĄSIAD: A skąd te surykatki?
DOKTOR: Z reklamy Wedla. Najadły się za dużo czekolady.
SĄSIAD: Ty sąsiad to masz dopiero ciekawą pracę. Nie to, co ja.
DOKTOR: A właśnie sąsiad. Gdzie ty w ogóle pracujesz?
SĄSIAD: W Najwyższej Izbie Kontroli. ( Sąsiad pokazuje odznakę. Doktor ucieka. )
Dyspozytorka pogotowia
Starsza kobieta na dyżurce pogotowia luzacko odbiera telefony od ludzi. Przynosi filiżankę herbaty, pełną po czubek.
DYSPOZYTORKA: Dojdę. Dojdęę. Dojdęęę. ( Dzwoni telefon. Wystraszona wylewa herbatę. ) Dzięki Bogu plama. Znowu się zaczyna. Dzień dobry. Jadwiga Pachulec się kłania. Powiatowa stacja pogotowia ratunkowego imienia Koziołka Matołka w Pacanowie. W czym mogę pomóc? A jeszcze muszę dodać, że rozmowa jest nagrywana. Jeżeli nie zgadzasz się na nagrywanie. Rozłącz się. Tak. A jeszcze muszę dodać, że rozlałam herbatę i jestem wkurzona, więc nie próbuj mnie denerwować. No. Aha. Tak. No. Nie, kebaba nie mamy. Pizzy też nie sprzedajemy. Co mnie obchodzi, że jest pan śmiertelnie głodny. Panie my tutaj ratujemy ludziom życie. Nie, nie sprzątniemy pana starej. To stare dzieje, już nie handlujemy skórami. Do widzenia. Co za człowiek ( Popija i znowu telefon. ) Znowu. Dzień dobry. Jadwiga Pachulec. Powiatowa stacja pogotowia... słucham. Co? Żona nie oddycha. A co pan z nią, robił? Moja, moja sprawa. Ode mnie zależy, czy wyśle karetkę. Aha ten tego. Jak długo? Po Bożemu? Na łóżku, czy na podłodze. Proszę pana to jest ważne. Aha i nagle straciła oddech. Mnie też to się często zdarza. Proszę się uspokoić, położyć ją na plecach. Już leży. I rozpiąć bluzkę. A zapomniałam, że już wszystko zdjęte. Co? Prądem! Nie, ja wiem, że ma pan prącie to znaczy prąd. Proszę się ubrać, bo mnie pan rozprasza. Co? Nie chce się schować. Polać zimną wodą to zawsze działa. No już? ( Popija herbatę. ) Żona panu umiera, a pan teraz będzie się stroił. Już. Teraz proszę robimy usta, usta. No jak?! Nigdy nie robiłeś to z żoną? A co robiliście usta nos? Co? Ty zbereźniku! Już cię lubię. Dobrze otwiera pan wargi i dmucha. Dmuchać mocno. Tak. Co pan tak sapie? W które te wargi pan dmucha? Te na górze człowieku. Daj kobiecie odetchnąć. Co za ludzie. Proszę wdmuchujemy powietrze. Nie, nie włączaj kompresora. Ze swoich płuc. Tak. Może pan wziąć Tic Taca. Już? Robi pan wdech, żona robi wydech. Nie robi, to proszę nacisnąć w okolicy piersi. Nie, nie głaskamy. Koniec z pieszczotami teraz trzeba walić. Wal pan. Co? Sztuczna szczęka jej wypadła. Chłopie z wyczuciem, to jeszcze żywe stworzenie. Wdech i ucisk. Wdech i ucisk. Jak długo to ma pan robić? Aż żona wstanie i powie, że już nie chce. Proszę nie dziękować. Czekoladki można podesłać. Do widzenia. Lubię pomagać ludziom ( Odkłada słuchawkę. Znowu dzwoni telefon. Odbiera wściekła. ) Czego!? Spadł pan z dachu i złamał nogę. I co mam panu dać medal za to?! Boli. No musi boleć. Otwarte złamanie, to proszę schować tę kość, bo się psy zlecą. U nas jest takie powiedzenie. Jakby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Jest pan kawalerem? Tak. No to do wesela się zagoi. Tak. No na pewno, jak pan jest w potrzebie, to ja jestem facetem. Do widzenia. ( Chce się napić herbatki, ale nie może, bo znowu odbiera telefon. ) Słucham. Pogotowie. Co? Pies panu umiera. Dobrze. Już wysyłam karetkę z hyclem. Proszę podać adres. Hmm ( Zapisuje. ) Proszę poczekać długopis mi nie pisze. ( Bierze do ust długopis. ) Imię i nazwisko? Nie psa! Pana. Nazwisko rodowe ojca. Czy dziadek służył w wermachcie? To jest bardzo ważne proszę pana. Służył. Teraz średnia zarobków z trzech ostatnich miesięcy. Netto. Tak 500+ też się wlicza. Ooo nieźle. Nie próżnował pan, a czy lubi pan Krzysia Ibisza? Tak to super, bo on właśnie ma dla pana ofertę. Telewizje za pół ceny i telefon za złotówkę. Ma pan telefon, to dla psa niech pan weźmie. Ja nie naciągam wolę bez. Panie minister nam każe. Musimy na siebie zarabiać. Nie chce pan! To nici z karetki! Będzie pan miał swojego psa na sumieniu. Chu... ( Rzuca słuchawkę wściekła. ) Cham. ( Znowu chce się napić i znowu nie może. ) Nawet nie dadzą się napić. Halo. Nie. Do wielkiej orkiestry świątecznej pomocy. Żartuję. Miał pan wypadek. A samochód cały? Tył skasowany. Szkoda. Jakie autko. Garbusek. Zawsze o takim marzyłam. A silnik? O koniach proszę mi nie wspominać, już się dzisiaj nasłuchałam. Sprzedaje pan? Po co panu złom. Proszę podać cenę. To za dużo. Dam tysiąc. Albo nie. Zamiana. Pan weźmie karetkę, a ja garbuska. A co, jeśli kierowca się nie zgodzi? Panie, sama do pana pojadę. Już wyjeżdżam. ( Wybiega zadowolona. )
Góralski list
Wchodzi góral, siada przy stole i zaczyna pisać list do dziewczyny. To co pisze, i to, co myśli, mówi na głos.
GÓRAL: ( Idzie i śpiewa. ) Hej górole nie bijta się, mom dwie łowce podzielita się. Troche się łosksybołem, tero mogę napisać list. ( Na brodzie i twarzy ma plastry. ) Kortke mom. Pena mom. Łod cego tu zacąć. A jus wim. Moja najdrosso. Najukochanso. Naj... moze nie bede i tak podchlebioł bo utyje. Ceść Maryna. Tu jo. Stasek. W nawiasie niedźwiedź z Krupówek. Pise do ciebie łostatni list. Tylko spokojnie nie panikuj. Jus ci tłumace. Gdyż. Ponieważ. Wróć! Słychać, ze po podstawówce jestem. Łostatni list. Bo. Jutro kupuje se smartfona. Wróć. Nie wi, co to jest. Kupuje te godające pudełko. To bede dzwonił. Tylko ty tys muśisz se kupić i wejść na dach, zebyś mioła zasięg. Zasięg? No zeby cię było widać. Mom ci tela do powiedzenia. Wcoraj pojechołem kóniem pole łorać. Słonko świeciło. Psysedł sąsiad z jabolami... a dalej to nie pamiętom. Nie, zebym był pijok. Jo to unikom picia w pracy bo, później mi staje. Ciekawe ło cym sobie pomyśli. Moze napise, bo pózniej bedą zwady w związku. Jo to unikom picia w pracy, bo mi staje kóń. I wsystko jasne. A ty jak żyjesz? Nie pise jak cep. A ty jak bytujesz? Pewnie mos ręce pełne roboty. W sobote kcem cię zabrać na dozynki. To kupie ci chlyb ze smolcem. Nie to ma na codziń. Kebaba. Mom nodzieje ze wi z cym to się je. Później siądziemy i pokonwersujemy. Wieśniacko bzmi. Pogodomy, a później się zobocy. Moze pudymy kaj w ksoki. Albo nie na pierwsy randce nie wypado. Ale muse sprawdzić cy mo simloka. Tęskni mi się bardzo. Zol mnie ścisko. Serce kołoce gdy cię nie widze. A jak widze to coś innego się dobijo. Mój babcok godo ze głuptok ze mnie. Ze za stary na zeniacke. A jo ji na to. Tsech jus pogzebałaś, a drugi nie dos. Moze i stary kawaler jestem, zato zymby mom zdrowe. Z siekierą nie lotom, nikogo nie podpolom, a chodze i zyje. Hej! W copce nie jem. Do kościoła uczę... uczęszczam. Trudne słowo. Śpiewać ni umiem, ale ustami dobze operuje. Niby pobozno, ale bedzie wiedzić ło co chodzi. Pewnie się zastanowios, ile mom pola. Mało. Ino dwadzieścia hektarów. Z palcem, nie napise gdzie se obrobiom. Traktor tys mom, ale jus niechodzi. I dobze. Paliwo drogie. Ło ce tseba płacić, a łod cego mom kónia. Powiedz łojcu ze psyjade z bimbrem, a matusi, ze te łowce dom co obiecołem. Dzieśić. Więcy nie jest worta. Ale to i nie na napise. Taki scyry to nie jestem. Napise tak. Jesteś worta kazdy łowcy. No tero to zapunktowołem. Papier wsysko psyjmie. To jo jus bede kuncył. Tsymaj się mocno. Nie. Nie zrozumie aluzji. Tsymaj spódnicę wysoko. Łocy dookoła głowy. Nie długo bedzies moja. Na razie pa pa pa buziacków sto dwa. No i zeniacke mom w kieszeni.
Bierze kartkę i dumny wychodzi.