Kabała panny Barlove, czyli morderstwo po angielsku - Jerzy Siewierski

-
Proszę czekać

- Chyba się pomyliłam - powiedziała panna Barlove i jej nieprawdopodobnie szybkie palce znieruchomiały. Nie położyła na stole kolejnej karty.

- Poczekaj, kochanie - zainteresowała się ciocia Jane i pochyliła się nad rozłożoną kabałą. - Ależ tak! Wszystko się zgadza. As pik, nad nim dziewiątka pik, a teraz położyłaś obok dziesiątkę...

- Chyba się pomyliłam - powtórzyła z uporem panna Barlove i ściągnęła wargi. - Zacznijmy od początku - energicznym ruchem zgarnęła rozłożone karty. - Zresztą - dodała - nie mam dziś nastroju do wróżenia.

Ciotka Jane nie dała się jednak zbyć tak szybko.

- Kochanie - wykrzyknęła - przecież to oznacza śmierć! Zawsze mi mówiłaś, że te trzy karty tak ustawione... - dorzuciła tonem zrozumienia - nie chciałaś mnie przestraszyć, Piotrusiu!

- Pomyliłam się, Jane - zapewniła sztywno panna Barlove - przypominam sobie, że przerzuciłam się rozkładając drugi rząd...

Ciocia Jane nie dała jednak za wygraną:

- Nie opowiadaj takich rzeczy, Piotrusiu! Wszystko było poprawnie ułożone. Jeżeliby naprawdę wierzyć we wróżby, znaczyłoby to, że...

Ciocia była wyraźnie przejęta. Uznałem za stosowne się wtrącić:

- Nie należy brać wszystkiego dosłownie...

- Właśnie! - zahuczał starczym basem wuj Archibald. - To wszystko są straszne brednie! Za przeproszeniem jakieś figle-migle. Gdy służyłem w roku 1936 w Mandaley, przyszedł do mnie taki jeden ciemnoskóry miglanc, o którym opowiadano, że potrafi przepowiadać przyszłość... Zaraz, to było jednak chyba w Rangunie w roku 1937...

Groziło nam poważne niebezpieczeństwo. Gdyby wuj Archibald zaczął snuć swoje wspomnienia, skazani byśmy zostali na wysłuchanie nie kończącej się historii, w której wszystko dokładnie splątywało się z sobą. Trzeba było temu zapobiec. Wtrąciłem się więc grzecznie, ale stanowczo:

- Wuj jak zwykle ma rację. Nie należy brać poważnie wróżb i przepowiedni. Kabała to w gruncie rzeczy tylko przyjemna rozrywka towarzyska na długie wieczory. Nic więcej.

- O, czyżby? - zapytała ironicznie panna Barlove i znowu ściągnęła wąskie wargi. - Oczywiście - dodała - w tym wypadku po prostu pomyliłam się rozkładając karty. Ale zazwyczaj, młody człowieku - panna Barlove obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem - moje wróżby się sprawdzają. Przekona się pan o tym, gdy pewnego dnia postawię panu karty.

- Będę niesłychanie zobowiązany - uśmiechnąłem się uprzejmie.

- W ogóle wszelkiego rodzaju wróżbiarstwo - wtrącił się milczący dotychczas kuzyn James - to niesłychanie ciekawa sprawa i jeszcze nie w pełni wyjaśniona naukowo. Wprawdzie nie potrafimy znaleźć żadnego racjonalnego wyjaśnienia dla wiary w jasnowidzenie, istnieje jednak wiele konkretnych przypadków, w których sprawdziły się nawet najdziwniejsze przepowiednie...

- Jesteś strasznie przesądny - odezwała się milcząca dotąd kuzynka Jocelyn - słyszałam, że kierowcy wyścigowi boją się czarnych kotów i nie chcą startować w piątki. Nie podejrzewałam jednak, że i ty wierzysz w takie brednie.

Głos Jocelyn pełen był nutek pogardliwej ironii i ku mojej niekłamanej satysfakcji kuzyn James zaczerwienił się okropnie. Nie cierpię kuzyna Jamesa, a już szczególnie nie lubię, gdy przewraca oczami za Jocelyn. Ta dziewczyna była dla niego stanowczo za ładna i za inteligentna.

- Ależ kochanie - zaprotestował niemrawo - oczywiście, że nie wierzę w żadne zabobony. Chciałem tylko powiedzieć, że w pewnych wypadkach...

- Jednak im ulegasz - zaśmiała się Jocelyn. - Niech ciocia sama osądzi - zwróciła się do ciotki Jane - czy to nie jest komiczne? Nasz demon szybkości zwany przez prasę srebrzystym bolidem torów wyścigowych wierzy chyba w kabałę, każe sobie wróżyć z fusów od kawy, spluwa trzykrotnie na widok pająka i chwyta się za guzik, gdy spotyka kominiarza...

- Przestańcie się sprzeczać - stanowczo zażądała ciotka. - Nie lubię, jak stale dogryzasz Jamesowi. On, biedaczysko, jest taki bezradny i wcale nie umie się bronić...

Usłyszawszy to James zaczerwienił się jeszcze bardziej i już w ogóle zapomniał języka w gębie.

Panna Stella Webster, sekretarka generała Archibalda, pochyliła się ku wujowi i szepnęła coś cichutko. Wuj chrząknął nagle głośno, odstawił swoją filiżankę i powiedział:

- E, sądzę, że właściwie już czas kończyć naszą herbatkę, pozwolisz, siostro - skłonił głowę w kierunku ciotki Jane - że już wrócimy do mego gabinetu. Mamy jeszcze, e...e..., ze Stellą sporo roboty. Chciałbym zakończyć dziś wreszcie czwarty rozdział.

Wuj Archibald od kilku miesięcy spisywał przy pomocy panny Stelli swoje wspomnienia z kampanii birmańskiej. Dowodził jedną z dywizji, która brała udział w tej kampanii, i od wielu lat powtarzał, że w związku z całkowitą niekompetencją i ignorancją wszystkich tych, którzy dotąd pisali o tym teatrze wojny, zmuszony będzie, gwoli dania świadectwu prawdzie, chwycić za pióro. Nie traktowaliśmy tych zapowiedzi poważnie. Okazało się jednak, że nie docenialiśmy starego wojaka. I oto przed pięcioma miesiącami pojawiła się w Manor Farm panna Stella Webster i ku rozpaczy ciotki Jane zaczęło się prawdziwe piekło.

Generał Archibald Crone okazał się niezwykle pracowitym pamiętnikarzem. Pozornie wydawałoby się, że pisanie pamiętnika, i to w dodatku przy pomocy wykwalifikowanej sekretarki ze znakomitymi referencjami, jest zajęciem absorbującym wyłącznie dla autora. Było jednak inaczej. Ciocia Jane i jej wierna przyjaciółka Piotrusia Barlove wykorzystane zostały jako siły pomocnicze. Obarczano je setkami najrozmaitszych zleceń, najczęściej natury bibliograficznej. Wuj po prostu wręczał obu paniom po kilka grubych tomów i najspokojniej w świecie zalecał im wyszukanie interesujących go informacji, których najczęściej wcale w owych tomach nie było.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.