Rozdział 1
Kilka miesięcy wcześniej
Marek Zawrotny sprawnym ruchem dłoni chwycił za butelkę czerwonego wina, poczekał, aż jego żona Nina podniesie kieliszek, po czym zaczął go ostrożnie napełniać.
- Wystarczy! - zawołała.
- Już? - Zdziwił się. Przecież dopiero zaczął lać! - Tylko tyle?
W odpowiedzi uśmiechnęła się w nieco prowokacyjny sposób.
- W głowie już mi trochę szumi - wyjaśniła.
- Tak? - W lot podłapał jej grę. - To chyba dobrze? - spytał. - Będziesz łatwiejsza...
Popatrzyła na niego zalotnie.
- Lubisz łatwe?
- Lubię ciebie... - szepnął. Dziewczynki były u jego rodziców, jak w co drugi piątek - chyba że akurat w Miejskim Domu Kultury, w którym pracował, działa się jakaś większa impreza i był potrzebny na miejscu - dzięki czemu mogli mieć chociaż trochę czasu dla siebie.
Odstawił butelkę na miejsce, swojego kieliszka już nie uzupełniał. Podszedł do niej od tyłu, odsunął włosy znad karku, musnął go ustami raz, potem dru-gi.
Kiedy jęknęła, objął ją delikatnie rękoma i zaczął rozpinać guziki bluzki, muskając przy tym oba sutki.
Od razu strząsnęła jego dłonie.
- Jeszcze nie teraz... - rzuciła. - Za wcześnie...
*
Kiedy skończyli się kochać, Nina Zawrotna od razu sięgnęła po koc i nakryła się nim po samą szyję. Po trzeciej ciąży, gdy jej ciało nie wróciło już do dawnej formy, zaczęła mieć kompleksy. Dwa razy zaczynała nawet treningi na siłowni, ale szybko dała sobie spokój. Przy takim obciążeniu pracą w szkole i obowiązkami domowymi - z trzema córkami na czele - nie było szansy na regularne ćwiczenia.
Mąż nawet na nią nie spojrzał, był zajęty wciąganiem spodni od mocno wytartego już dresu.
- Dobrze ci było? - spytał, cały czas walcząc z nogawkami spodni.
Popatrzyła na Marka, przygryzła wargę. Nigdy nie był jakoś rewelacyjny w łóżku, ale ostatnie miesiące to była już kompletna porażka. Doszło nawet do tego, że łapała się na tym, iż podczas seksu wyobraża sobie, że jest z kimś innym, kto zna jej ciało lepiej niż ona sama.
- Uhm. - Skłamała. Nie chciała robić mu przykrości. Nie był może najlepszym kochankiem, ale to wciąż jej mąż, tłumaczyła sobie.
Zawrotny wreszcie uporał się ze spodniami. Podszedł do stołu, nalał sobie porcję wina i wychylił ją jednym haustem.
- Mnie też było dobrze - rzucił. - Co teraz robimy?
Nagle zerwała się z kanapy, bacząc przy tym, aby koc się z niej nie zsunął.
- Zapomnieliśmy o twojej rocznicy! - krzyknęła radośnie. - Przecież to dzisiaj!
- No tak. - Uśmiechnął się szeroko. - Dzisiaj...
- Dziesięć lat! - Wciąż była rozemocjonowana. - Szmat czasu.
- Wciąż mam w pamięci ten dzień, jak podczas przerwy świątecznej wróciłem do domu, zobaczyłem ogłoszenie o naborze na instruktora i poszedłem do MDK-u prosto z ulicy!
- I dostałeś tę robotę! - Cieszyła się tak, jakby to wszystko było jej udziałem.
- A nawet nie miałem jeszcze magistra! - Był równie uradowany, co żona.
Napełnił oba kieliszki. Jeden podał Ninie.
- W MDK-u ktoś pamiętał? - Upiła łyk.
- Żartujesz? - Zaśmiał się sztucznie. - U nas takich rocznic się nie obchodzi.
- A jubileuszówkę chociaż dostaniesz?
- Nie wiem, muszę spytać księgową. - Zamyślił się. - Tobie jak zwykle tylko pieniądze w głowie...
- Pieniądze szczęścia nie dają, ale spróbuj być bez nich szczęśliwy! - Zaszczebiotała radośnie. Podbiegła do męża, pocałowała w policzek i wróciła na kanapę.
Zaraz potem w teatralnym geście podniosła swój kieliszek tak wysoko, że można było odnieść wrażenie, iż jeszcze parę centymetrów, a dotknie nim sufitu.
- Wznoszę toast za Marka Zawrotnego! - mówiła głosem pełnym powagi. - Instruktora do spraw muzyki, dzięki któremu sekcja muzyczna Miejskiego Domu Kultury w Żywotach Małych święci swoje największe sukcesy w ponad pięćdziesięcioletniej historii!
Wstał, unosząc prawą rękę w górę i wykonując gest, jakby uciszał widownię. Potem wystudiowanymi ruchami zaczął udawać, że poprawia stojący przed sobą mikrofon. Wreszcie, po krótkiej chwili, przemówił.
- Moja żona Nina ma trzydzieści dwa lata i właśnie ogląda tę galę w domu, w Polsce... Nino! - Zrobił pauzę dla zwiększenia efektu. - Właśnie otrzymałem Oskara! - Udał, że obiema rękoma unosi statuetkę ponad głowę. - Moja podróż do Hollywood zaczęła się od małego skromnego miasteczka w Polsce. Kiedy przyjechałem do USA, najpierw rok musiałem spędzić w podrzędnej rewii na Broadwayu i czekać, aż dostanę szansę, by pokazać się szerszej publiczności. W końcu jednak się udało i teraz jestem w tym miejscu, w którym jestem. I pomyśleć, że do tej pory takie historie wydarzały się jedynie w filmach! - Gestem lewej dłoni znów zaczął uciszać publiczność. - This is the real American dream! To jest prawdziwy amerykański sen! - Skłonił się nisko. - Na koniec dodam jeszcze to, że tę nagrodę dedykuję mojej ukochanej małżonce Ninie i naszym trzem cudownym córeczkom!
Nina Zawrotna zaczęła bić brawo, patrząc na męża. Wiedziała, że to jego niespełnione marzenie - wystąpić w musicalu przy jednej z najsłynniejszych nowojorskich ulic. Tak, jak miała doskonale w pamięci, że kiedy kończył akademię muzyczną, liczył, iż uda mu się znaleźć angaż w jakiejś znanej filharmonii.
Właśnie wtedy się poznali: on był na ostatnim roku studiów i przygotowywał się do obrony pracy dyplomowej, ona zakuwała na trzecim roku polonistyki na sąsiednim uniwerku. Zaczęło się od tego, że wyszło na jaw, iż pochodzą z tego samego miasta. Potem była pierwsza randka, później druga, trzecia i ani się obejrzeli, byli już parą.
Marek Zawrotny wrócił do stołu, wylał resztkę wina do kieliszka. Przytknął go do ust, ale nie wypił.
- Co się stało? - spytała cicho.
- Nic. - Zdał sobie sprawę, że radosny nastrój sprzed chwili zniknął bezpowrotnie.
- Posmutniałeś...
- Dobrze chociaż, że przez chwilę mogłem się poczuć jak prawdziwa gwiazda... - stwierdził kwaśno.
Odstawił nieopróżniony kieliszek na stół. Usiadł na kanapie, przysunął się do żony.
- Marnujesz się w tej dziurze... - Westchnęła, objąwszy go ramionami. - Ja też się marnuję... - Sama także miała dużo większe ambicje. Chciała zostać na uczelni, dostała nawet wstępną propozycję od promotorki, ale właśnie wtedy Marek otrzymał pracę i musiała wybierać: kariera akademicka z dala od narzeczonego czy powrót do rodzinnej dziury. Zresztą, na wynajem mieszkania w metropolii nie było ich stać, położyła więc uszy po sobie i wróciła do domu.
Pierwsze lata narzeczeństwa i później małżeństwa spędzili kątem u jej rodziców. Nie było łatwo, ona wychowywała Zosię, podczas gdy Marek pracował na dwa etaty i właściwie tylko dzięki temu - gdy na świecie pojawiła się już druga córeczka, Maja - mogli wreszcie wziąć kredyt, kupić upragnione mieszkanie i pójść na swoje.
Gdyby wtedy wiedzieli to, co teraz - że po dwóch kolejnych latach na świecie pojawi się jeszcze Joasia - zdecydowaliby się na czteropokojowe, żeby każda dziewczynka miała swój własny kąt.
- W dziurze, dobrze powiedziałaś... - Westchnął. - Tutaj wszyscy się znają, każdy o każdym wszystko wie i każdy pod każdym kopie dołki...
- Żebyś wiedział... - potwierdziła skwapliwie. - Dzisiaj rano w naszej szkole gruchnęła wieść, że wicedyrektorka rozwodzi się po dwudziestu pięciu latach...
- Poważnie? - Nie mógł uwierzyć. - Przecież to było takie przykładne małżeństwo... Coś mylę, czy z tej okazji nawet dostali nagrodę od prezydenta miasta?
- Od prezydenta miasta i jeszcze od premiera - wyjaśniła. - Jej stary ma znajomości na, jak to się mówi, wysokim szczeblu.
- Znajomości... - Cmoknął. - Lepiej je mieć niż nie mieć... Szkoda, że my nie mamy... - Zamyślił się. - Ale dlaczego rozwód?
- Przyłapała go w kancelarii ze stażystką, jak mu robiła loda.
- Co za debil. - Pokiwał z niedowierzaniem głową. - Żeby robić to w takim prawie publicznym miej-scu...
Nina Zawrotna spojrzała na męża z wyrzutem.
- Nie przejąłeś się zdradą, tylko tym, że facet dobrze się nie zakamuflował? - spytała gniewnie.
- Nie moje łóżko, nie moja sprawa - uciął. Nie miał ochoty wdawać się w dyskusję, która, jak znał życie, mogła się skończy awanturą. To był pierwszy ich wspólny tak udany wieczór od dawna i chciał, żeby tak też się skończył. - Ja również mam hiciora z pracy. - Postanowił zmienić temat.
- Z MDK-u?
- Niestety tak.
- Niestety? - Ożywiła się natychmiast. - Co się stało?
- Marika Pawełczak wróciła.
Przytknęła dłonie do ust. Swego czasu Marek tyle przez tę zdzirę wycierpiał, że do dziś na dźwięk tego nazwiska otwierał się jej nóż w kieszeni.
- Wróciła ze zwolnienia tydzień temu.
Nina Zawrotna wiedziała, że tamto babsko leczyło poważny uraz kręgosłupa odniesiony w wypadku na autostradzie. Jednak im dłużej nie było jej w pracy, tym większą nadzieję miała na to, że już do niej nie wróci.
- I nic nie powiedziałeś? - Przygryzła nerwowo wargę.
- Właściwie wróciła już tydzień temu, ale w firmie jej nie było, robiła badania lekarskie - wyjaśnił. - Wpadała tylko na chwilę, żeby wypełnić jakieś dokumenty w kadrach i poplotkować.
- Rozmawiałeś z nią?
- Nie miałem okazji. - Wzruszył ramionami. - Rzucała mi tylko cześć na korytarzu. Przecież wiesz, że nigdy mnie nie lubiła.
- Wiem... - rzekła smutno. - Mam to wciąż w pamięci...
- Do naszej pracowni wpadła tylko raz, na kawę, ale gadała jedynie z Grześkiem.
- Ty z nimi nie piłeś?
- Jakoś żadne z nich mi nie zaproponowało... Przyszedłem, jak już gadali...
- Oni znali się wcześniej? - Zdziwiła się. - Przecież Grzesiek przyszedł, jak jej już nie było w pracy...
- Starzejesz się. - Zaśmiał się, ale zabrzmiało to jakoś sztucznie, jakby w ten sposób chciał przykryć własne zdenerwowanie. - Przecież to Marika załatwiła Grześkowi tę robotę.
- Fakt, zapomniałam... - Zamyśliła się. - Może chciała po prostu powspominać stare czasy?
- Może...
Zaczęła z uwagą wpatrywać się w twarz męża. Znała go, rozpoznawała ten ton głosu i czuła, że coś jest nie tak.
- Nie mówisz mi wszystkiego - rzuciła po dłuższej chwili.
- Co?... - Odwrócił się, nie chciał, żeby patrzyła mu prosto w oczy.
- Coś ukrywasz - wyjaśniła. - Znam cię nie od dziś. Widzę, że coś w sobie gnieciesz.
- Nie... - Cały czas spoglądał w innym kierunku. - Mylisz się tym razem...
Przyłożyła swoją dłoń do jego podbródka, obróciła jego głowę do siebie.
- Mów - naciskała. - Mów, bo pół nocy potem nie prześpisz. - Wiedziała, że jej mąż przeżywa każdą sporną sytuację w pracy, nawet taką, w której sam nie brał udziału. Był tak emocjonalny, że sukces swój czy podopiecznych też musiał potem odchorować.
- Spytała, czy podpiszę się pod rekomendacją dla niej...
- Rekomendacją? - Weszła mu w zdanie. - Nie chcesz chyba powiedzieć, że zamierza wystartować w konkursie na dyrektora?!
- Chce - odparł krótko. - Właśnie dzisiaj się dowiedziałem. Sama mi to powiedziała. Mnie i Grześkowi. Podejrzewam, że wiedzą już wszyscy w firmie.
- Wróciła po niemal dwóch latach nieobecności i pierwsze, co robi, to podkopywanie stołka pod swoim bezpośrednim szefem? - Nina Zawrotna nie mogła w to uwierzyć. - I jak zareagowałeś?
- Grzecznie jej odmówiłem.
Wiedziała, że jest nie tylko wrażliwy, ale i lojalny. Kiedy ponad trzy lata temu ich najmłodsza córka przyszła na świat - jako wcześniak - i okazało się, że jest poważnie chora, to właśnie dyrektor pośpieszył im z pomocą. Zorganizował wielką imprezę charytatywną, kasa, którą wtedy zebrano, wystarczyła im na operację i późniejszą rehabilitację. Marek powiedział wtedy, że będzie jego dłużnikiem do końca życia.
- Obraziła się? - Bezwiednie oblizała usta. Niczego nie bała się bardziej niż tego, że znów zaczną się te same kwasy, co przed wypadkiem Mariki Pawełczak. Pamiętała nawet, że kiedy się o nim dowiedziała, to nie mogła się posiąść z radości.
- A skąd mam wiedzieć? - odpowiedział zgodnie z prawdą. - Nie pamiętasz, że Marika ma taką zdolność, że jedno mówi, a drugie myśli, ale ty widzisz tylko to pierwsze i nie masz pojęcia, co właśnie dzieje się w jej głowie?
- Już zapomniałam... - odparła. - Prawie dwa lata to długo... - Na wspomnienie różnych wcześniejszych sytuacji, jakie Marek przez nią przechodził, nerwowo się zatrzęsła. - A może lepiej było podpisać?
- Słucham?
- Może lepiej było podpisać rekomendację... - powtórzyła cicho. - Dyrektora ze stołka i tak nie wygryzie... - wyjaśniła. - A lepiej tego babska za wroga nie mieć.
Milczał.
- Nie wygryzie, prawda? - spytała po chwili niepewnym głosem. - Ma szanse? Wujek jej załatwi?
Marika Pawełczak była bratanicą biskupa pomocniczego, czym nie omieszkała chwalić się przy każdej nadarzającej się okazji.
- Jej rodzina jest wysoko umocowana i ma znajomości nie tylko tu, ale i w całym województwie - zauważył. - Ale chyba nie aż takie, żeby załatwiła sobie stołek naszego dyrektora. On jest nie do ruszenia. Nie po tym, jak zdobył te dwadzieścia milionów na generalny remont MDK-u.
Klasnęła dwa razy.
- W takim razie nie ma się co tym przejmować! - rzuciła radośnie.
- Też tak myślę - potwierdził skwapliwie. - A ja nie mogłem inaczej postąpić. Nie po tym, co szef dla nas zrobił. - Zawahał się. - Zresztą powiedziałem jej o tym wprost: że jestem lojalny wobec szefa, a wystawienie jej rekomendacji byłoby oznaką nielojalności. Każdy normalny człowiek to zrozumie.
- Ale ona nie jest normalna... - powiedziała to machinalnie.
Zaczęła przypatrywać się mężowi.
Ten w odpowiedzi znów uciekł wzrokiem.
- Nie powiedziałeś mi wszystkiego. - W lot pojęła, co się dzieje. Zbyt dobrze go znała! - Próbujesz mnie zbyć...
- Nie próbuję.
- Kłamiesz.
- To nieprawda... - krygował się.
- Nie mówisz zatem wszystkiego... - Nie zamierzała odpuszczać. - To się nazywa półkłamstwo.
Nie odezwał się.
- I tak mi prędzej czy później powiesz - rzuciła. - Równie dobrze możesz to zrobić teraz. Przynajmniej łatwiej zaśniesz.
Udał, że się zastanawia. Nie chciał polec bez walki.
- Coś jeszcze powiedziała... - rzekł po chwili.
Czekała, nie ponaglała go.
- Jak odmówiłem i wyjaśniłem... - zaczął mówić. - Powiedziałem jej to, co tobie przed chwilą... - Uważnie dobierał słowa. Nie chciał czegoś przekręcić. - Najpierw uśmiechnęła się w ten swój sposób... Wiesz, który...
Na same wspomnienie Nina Zawrotna poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Ile razy miała okazję widzieć Marikę Pawełczak, tyle razy odnosiła wrażenie, że ma do czynienia z kimś, kto jedną ręką klepie cię po plecach jak najlepszego przyjaciela, a drugą w tym czasie sięga po nóż, żeby w te same plecy wbić go aż po rękojeść.
- Wiem... - szepnęła.
- A potem spojrzała na Grześka... Chwilę to trwało... - opowiadał. - Mogę się tylko domyślać, że mrugnęła do niego okiem... A później... - Zawahał się.
Napięcie, które Nina Zawrotna czuła od dłuższej chwili, stawało się nie do zniesienia. Po radosnym nastroju sprzed paru momentów nie było już śladu. Teraz w pokoju panowała tak gęsta atmosfera, że można ją było ciąć siekierą.
- Powiedz wreszcie... - syknęła.
- A później mi powiedziała, że ma bardzo dobrą pamięć.