Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie - Ryszard Wolański

Kup ebooka

34.90 zł
27.92 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

[MOTTO]

UWERTURA, CZYLI WSTĘP

PRZEDMOWA

OD AUTORA

CZĘŚĆ PIERWSZA

WARS(ZAWSKI) W WARSZAWIE

WARSZAWSCY

KLONOWA 16

NA PRAWO CZY NA...

ZNOWU W MUNDURZE

TO JEST PAN ANDRZEJ

SUKCES?

A JEDNAK SUKCES!

W PARZE Z SYRENĄ

LAWINA DO MORSKIEGO OKA

ZŁOTE SZALEŃSTWA

Z WARS-EM W TYTULE

ALE KINO

DŹWIĘKOWIEC POLSKI

WESELI REWELERSI

MIKROFON I EKRAN

KABARET I KINO, ALBO...

...ALBO ODWROTNIE

PUPIL X MUZY

KRYZYS

SEANSE MUZYCZNE

ŚPIEWANIE NA EKRANIE

ŚPIEWANIA NA EKRANIE CIĄG DALSZY

LEKCJA HISTORII

JEST TAKI ROK

NIE MA JAK JAZZ

Z FILMOWEGO ŚPIEWNIKA

GWIAZDY

WOJNA?

CZĘŚĆ DRUGA

WARS NA WOJNIE

LWÓW

A W WARSZAWIE...

ZSRR

IRAN

IRAK

PALESTYNA I SYRIA

EGIPT

WŁOCHY

CO ROBILI INNI?

CZĘŚĆ TRZECIA

VARS W HOLLYWOOD

AMERYKA

GARAŻ

DEBIUT

KINO

DOM

OBCZYZNA

WARSZAWA

WYWIAD

CODA

REPRYZA, CZYLI ŚPIEWNIK HENRYKA WARSA

CODA, CZYLI ANEKSY

PIOSENKI POLSKIE HENRYKA WARSA

PIOSENKI AMERYKAŃSKIE HENRYKA WARSA

FILMOGRAFIA POLSKA HENRYKA WARSA

FILMOGRAFIA AMERYKAŃSKA HENRYKA WARSA

MUZYKA KLASYCZNA HENRYKA WARSA

DYSKOGRAFIA HENRYKA WARSA

SOUNDTRACKI

FILMY I PROGRAMY TELEWIZYJNE

BIBLIOGRAFIA

UWERTURA, CZYLI WSTĘP

 

PRZEDMOWA

Ludzie urodzeni na początku XX wieku to chyba najtragiczniejsza generacja w czasach nowożytnych. Dwie wojny światowe plus wojna polsko-sowiecka, rewolucje, dwa totalitaryzmy, straszliwie wpływały na życie szczególnie w Europie Środkowej.

Bohater tej biografii miał „szczęście” żyć w tych „ciekawych czasach”, mimo że stworzony był dla muzyki – sfery abstrakcyjnej, najbardziej oddalonej od okrutnego życia realnego, ale i na tym polu musiał doznawać ekstremalnych emocji. Był niezwykle popularnym, rozchwytywanym kompozytorem muzyki filmowej i kabaretowej, by u szczytu powodzenia stracić wszystko, również znaczną część twórczości w dniu wybuchu II wojny światowej.

Po tułaczce w Związku Sowieckim, Iranie, Palestynie, służbie w armii Andersa, nie mając złudzeń, jak wygląda prawdziwe życie w powojennej komunistycznej Polsce, osiedlił się w Kalifornii. Tu musiał zaczynać od początku, zaznając goryczy niezrozumienia i braku pracy. W samotności pisze wtedy to, co być może najbardziej chciał tworzyć: utwory symfoniczne. Gdy kilkanaście lat mozolnej wspinaczki po szczeblach hollywoodzkiej kariery zaowocowało wreszcie ciekawymi partyturami i kontraktami dla filmu i telewizji, nastąpił kryzys zdrowotny. Zmarł w wieku 75 lat, słuchając na słuchawkach muzyki uwielbianego Karola Szymanowskiego.

Los okrutnie obszedł się z jego muzyką filmową. Bogata twórczość symfoniczna do filmów powstawała po prostu za wcześnie. W czasach, gdy udawało się ledwie „uchwycić” głośne dźwięki instrumentów dętych. Nawet najnowocześniejsze technicznie nagrania były tylko karykaturą prawdziwego brzmienia. Jeszcze gorzej było z muzyką w raczkującym filmie dźwiękowym. Trzeszczące, poszarpane wałki-taśmy skutecznie odstraszają dziś od słuchania muzyki tamtego czasu. A najgorsze jest to, że zaginęły partytury z przedwojennych filmów, z ocalałych zaś fragmentów filmowych scen nie da się ich odtworzyć.

Mimo wszystko Henryk Wars był całe życie pogodnym gentlemanem poliglotą o niezwykle rozległych horyzontach. W 2004 roku znakomity pianista, kompozytor, dyrektor Polish Music Center w Los Angeles, a także niestrudzony propagator i przyjaciel domu Warsów, Marek Żebrowski przedstawił mnie wdowie (uczyła się pływać w rzece Jeziorce w Piasecznie!). Poznałem też dzieci Warsa – Danutę i Roberta wraz z wnukami i prawnukami.

Wiele wspomnień rodzinnych niezwykle sumiennie spisał autor tej biografii. Ja mogę dodać relację świadczącą o wszechstronnych talentach kompozytora. Otóż syn Robert, kilkunastolatek nieznający angielskiego, po przybyciu do USA miał na początku problemy z nauką w college’u. Okazało się, że jego ojciec potrafił pomagać mu w nadrabianiu zaległości z... algebry, fizyki, historii USA i jeszcze innych przedmiotów, posługując się przy tym bezbłędnie terminologią amerykańską. Nie podobało mu się wulgaryzowanie języka polskiego w PRL-u, a sam pielęgnował wschodnie „ł” i pilnował, aby dzieci możliwie często mówiły po polsku. W czasie moich wizyt w domu Warsów w Brentwood miałem zaszczyt podziwiać karykatury rysowane niezwykle dowcipnie i sprawnie przez kompozytora i kolekcję malarstwa, którą zgromadził w latach 60. i 70. Podziwialiśmy z żoną również niezwykłej urody stroje damskie projektowane dla sławnego amerykańskiego domu mody Loppera (m.in. dla Grace Kelly) przez zawsze niezwykle elegancką panią Elżbietę. Grałem na fortepianie Henryka Warsa i nie raz w czasie uroczystości rodzinnych, wraz żoną propagowaliśmy wśród wnuków i prawnuków muzykę ich wielkiego dziadka. Najmłodszym podobała się najbardziej rapowana wersja piosenki Sex appeal. Oni wpadali w taneczny trans, a pani Elżbieta miała łzy w oczach. Powiedziała kiedyś mojej żonie: „To już tyle lat minęło, odkąd Henryk nie żyje, że coraz częściej zastanawiam się, czy taki Wars to był na tym świecie, a może mi się tylko zdawało...”.

Elżbieta Warsowa zmarła w 2009 roku i zawsze jej mówiliśmy, że jej mąż żyje, bo żyją jego piosenki. Ich witalność, czar, ponadczasowa nowoczesność i – jak mówią młodzi – energetyczność, sprawiają, że wciąż wykorzystuje się je w coraz nowych opracowaniach, które przeważnie nie mogą dorównać mistrzowskiemu poziomowi pierwowzoru. Dzięki temu, że moja żona pomaga Robertowi i Danucie w zarządzaniu spuścizną ojca, wiem, że moda na Warsa wręcz narasta.

Pani Elżbieto! O mężu będziemy pamiętać, bo jego utwory symfoniczne, którymi miałem zaszczyt dyrygować pierwszy raz w Polsce w 2005 roku na Festiwalu Muzyki Filmowej Henryka Warsa w Łodzi (i później kilkakrotnie w innych miejscach), są niezwykle cenną i oryginalną pozycją w polskim repertuarze symfonicznym. Nasi wielcy kompozytorzy XX wieku inspirowali się muzyką francuską lub awangardą niemiecką i szerzej europejską. Henryk Wars jest bodaj jedynym kompozytorem, który inspirowany muzyką amerykańską, potrafił zbudować swój indywidualny idiom kompozytorski i dlatego będzie grany wiecznie!

Ale jak się to wszystko stało, co trzeba przeżyć, aby stać się postacią, bez której nie potrafimy sobie wyobrazić kultury polskiej, tego dowiecie się Państwo z następnych stron tej książki.

Krzesimir Dębski

 

OD AUTORA

Jak opisać życie artysty, którego twórczość to przecudnej urody dźwięki? Czy może opowiadać muzykę? Jaką miarą ją oceniać, skoro czas wystawia jej dalej najwyższe oceny?

Odpowiedziałem już kiedyś na te pytania dwukrotnie. Raz płytą z jego przebojami, mając w pamięci słowa, że w piosence jest siła zaklęta, i czar, i moc, a po raz drugi swoim filmem Bo wszystko w nim grało. Ale to było dawno. Okazało się też zajęciem stosunkowo łatwym, gdyż język filmu pozwala na zachowanie właściwych proporcji między obrazem, słowem i dźwiękiem (muzycznym). A gdzie indziej, jak nie w filmowej biografii można pozwolić sobie na przekazanie nawet czterech informacji w jednym czasie (obraz, komentarz, muzyka i napis). Taki zabieg pozwala powiedzieć wiele, ale nie zawsze to, co wypada powiedzieć w innych okolicznościach.

W życie Henryka Warsa wkroczyłem, gdy jego rodzinne miasto nadal z trudem zbiera lub odtwarza pamiątki z historii. Wojna, którą przeżył Wars z dala od Warszawy, nie stwarzała w ogóle okazji do zajmowania się sobą i własnymi pamiątkami, a frontowe życie artystyczne nie było tematem wiodącym kronik wojennych. Po wojnie spotkałem go osobiście. Na krótko, chociaż wierzyłem, że będę miał okazję widzieć go znowu. Hollywood, w którym spędził drugą połowę swego życia, odwiedziłem dwukrotnie, kilkanaście lat po jego śmierci. Miasto, film i muzyka też były inne.

Jakie jest więc życie i kariera Warsa? To przedwojenne, odtwarzane z postrzępionej dokumentacji? To wojenne, opowiadane przez emigrantów, takich jak on tułaczy? Ta warszawska przygoda, o której tak szybko „musiał” zapomnieć, jak szybko się nią zachłysnął. I to w Hollywood, w którym spędził ostatnie dwadzieścia lat.

Czyżby urodził się w nieswoim czasie? Za wcześnie? A może za późno. Jedno jest pewne: płyta, nagranie, film – to wypowiedzi nadzwyczaj „eteryczne”, skazane na łaskawość medialnego nadawcy i fanaberie płytomana.

I jeśli nawet ma rację (oby po wieki) Ludwik Starski, że...

 

...nie zapomnisz mnie,

Gdy moją piosenkę spamiętasz,

W piosence jest siła zaklęta,

I czar, i moc...

 

...to – tak mawiał mój profesor Wincenty Laski – dźwięki wysłuchane cudzym uchem brzmią zawsze fałszywie. Tak więc wysłuchałem własnym uchem jego muzyki i wspomnień. Przy okazji wyprostowałem to, co zostało „wykrzywione” w jego burzliwym życiu, utrwaliłem odnalezioną o nim wiedzę o ogromnej i różnorodnej twórczości, spotkałem tych, którzy go znali i pamiętali, obejrzałem jego filmy, które czasami pojawiają się na ekranie (rzadziej w sprzedaży). I wszystko to spisałem. Nie mam wyrzutów sumienia, że złamałem XI przykazanie Stanisława J. Leca „nie cudzosłów”. Bo słowo mówione, obce słowo zapisane, jest najlepszym świadectwem swoich czasów. I brzmi wiarygodniej, od najrzetelniejszej historycznie narracji.

Może wreszcie nawet najmłodsi kinomani, oglądając przedwojenne filmy, będą pamiętać, że swoją muzyką przystroił Henryk Wars trzecią część przedwojennej dźwiękowej produkcji filmowej, że jego żołnierski mundur ozdobiło blisko dwadzieścia orderów i medali za udział w dwóch wojnach o niepodległość Polski, że ci, którzy dalej śpiewają jego piosenki, będą wreszcie wiedzieć, że to jego – Henryka Warsa.

 

PS Jeszcze podziękowania.

Wiadomo od dawna, że książki o Warsie nie można napisać samodzielnie. Cień możliwości powstał jednak po wielu latach zbierania „różności”, nie zawsze zresztą z myślą o książce. Wciąż bowiem wydawało mi się, że za mało o nim wiem. Nie dotarłem do ludzi, którzy wiedzą o nim więcej, jeszcze pamiętają. Nie pozbywając się do końca tego przekonania, nabrałem jednak „książkowego” zapału.

Z radością przyjąłem do wiadomości to, że Marek Żebrowski dotarł wreszcie do pełnego zbioru Warsowych rękopisów i umożliwił mi dostęp do nich. Wykonanie odnalezionej muzyki po społu z Krzesimirem Dębskim uznałem za dobry znak. Zastanawiałem się, czy „nowa pamięć” o Warsie jest w stanie namówić jego spadkobierców do przywrócenia młodym polskim twórcom nagrody jego imienia. Ale o złożonej wówczas propozycji nikt nie chciał słyszeć. Myślałem, że uda mi się zainteresować władze polskiej telewizji kolejnym, okolicznościowym programem o nim, tym bardziej, że okazja była świetna: 40. rocznica jego śmierci i rocznica wybuchu II wojny. Odpowiedź była jedna – „nie!”. Dlaczego? Oto jej istotny fragment: „Program, który przedstawia osobę muzyka, podsumowuje jego osiągnięcia i wydane płyty, to zbyt mało dla dzisiejszego, bardzo wymagającego widza”. I zamaszysty podpis – Dyrektor Programu 1 TVP SA (nazwiska nie będzie, bo nazbyt często się zmienia, w przeciwieństwie do jakości programu). Do dziś zachodzę w głowę, które z programów muzycznych telewizyjnej Jedynki adresowane są do tych „bardzo wymagających”? Bo poprzedni o nim mój program chętnie oglądały miliony w kraju i za Oceanem.

Na szczęście innego zdania był kanał TVP Kultura, który poświęcił Warsowi sporo miejsca. Korzystając z najnowszych osiągnięć technicznych, opowiadając o Warsie, Wiesław Dąbrowski doprowadził mostem powietrznym do spotkania Renaty Bogdańskiej-Andersowej (w Londynie), Gwidona Boruckiego, eksmałżonka pani Renaty (w Melbourne) i Roberta Warsa (w Los Angeles). Ale od tamtej pory każdy rok, każdy miesiąc przynosi same straty.

Odchodzą ci, którzy pamiętali tamte czasy. Giną nuty, zdzierają się płyty. Starych filmów wydanych kiedyś na kasecie VHS nie odtworzy właściciel nowego sprzętu elektronicznego. Mój tryptyk sprzed siedemnastu lat w części trzeciej stracił na aktualności w związku z odkryciami „hollywoodzkimi”.

Spieszę też z podziękowaniami dla dyrektora Muzeum Wojska Polskiego, prof. dra hab. Janusza Ciska i st. kustosza Działu Zbiorów Głównych tegoż muzeum, pani Iwonny Sobierajskiej oraz dyrektora Filmoteki Narodowej, prof. Tadeusza Kowalskiego oraz Adama Wyżyńskiego, z którego wiedzy wielokrotnie korzystałem. Z wdzięcznością wspominam wsparcie Nikodema Bończy-Tomaszewskiego, szefa Narodowego Archiwum Cyfrowego, Aleksandry Sołtan-Lipskiej z Muzeum Historycznego m.st. Warszawy, Anny Mieszkowskiej, autorki wielu książek o polskiej emigracji artystycznej, za udostępnione zdjęcia z Archiwum PAN. Dziękuję Marioli Nałęcz z Biblioteki Narodowej i Zofii Zacharewicz z Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy oraz Tomaszowi Lerskiemu za kopalnię wiedzy o polskiej fonografii i udzieloną zgodę na wykorzystanie kilku zdjęć z jego książki. Dozgonnie wdzięczny pozostaję Jerzemu Siemaszowi za tłumaczenie Flippera, Zbigniewowi Kurtyczowi za zdjęcie z domowego archiwum, Stanisławowi Wielankowi i Zbigniewowi Rymarzowi za przedwojenne wydawnictwa. A także Marii Szabłowskiej za zainteresowanie słuchaczy radiowej Jedynki Warsem i jego muzyką oraz Krzesimirowi Dębskiemu za cenne rady i słowo wstępne oraz Ani Jurksztowicz (jego żonie) i Ani Krajewskiej-Wieczorek za pomoc w kontaktach z dziećmi Warsa.

Specjalnie podziękowania składam spadkobiercom Henryka Warsa, Warsowym przyjaciołom i znajomym, których spotkałem, chodząc po muzycznej jego drodze w kraju i zagranicą. Wszystkim, którzy zachowali go w swojej pamięci. I tym, którzy pamięć zechcą odświeżyć, czytając tę książkę i słuchając jego piosenek.

Ryszard Wolański