JUŻ NIE MA TAMTEJ MNIE - Amber Smith

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆPIERW­SZA

Pierw­sza klasa

.

NIE WIEM WIELU rze­czy. Nie wiem, dla­czego nie usły­sza­łam ci­chego trza­sku za­my­ka­ją­cych się drzwi. Dla­czego w ogóle nie za­mknę­łam tych cho­ler­nych drzwi na klucz. Albo dla­czego nie zo­rien­to­wa­łam się, że dzieje się coś złego - tak bez­li­to­śnie złego - kiedy po­czu­łam, jak ma­te­rac ugina się pod jego cię­ża­rem. Dla­czego nie krzyk­nę­łam, kiedy otwo­rzy­łam oczy i zo­ba­czy­łam, jak wśli­zguje się pod moją koł­drę. Albo dla­czego nie pró­bo­wa­łam z nim wal­czyć, kiedy jesz­cze mia­łam szansę.

Nie wiem, jak długo leżę po wszyst­kim, mó­wiąc so­bie: Za­ci­śnij po­wieki, spró­buj, po pro­stu spró­buj za­po­mnieć. Spró­buj zi­gno­ro­wać to wszystko, co wy­daje się nie w po­rządku, wszystko, co spra­wia wra­że­nie, że już ni­gdy nic nie bę­dzie w po­rządku. Zi­gno­ruj smak w ustach, lepką wil­goć po­ścieli, ogień roz­cho­dzący się po two­ich udach, przy­pra­wia­jący o mdło­ści ból - to, co wdarło się w cie­bie jak na­bój i utknęło we fla­kach. Nie, nie mo­żesz pła­kać. Bo nie ma o co. Bo to był tylko sen, zły sen. Kosz­mar. To nie­prawda. Nie­prawda. Nie­prawda. To wła­śnie po­wta­rzam so­bie w my­ślach. Nie­praw­da­Nie­praw­da­Nie­prawda. Po­wta­rzaj, po­wta­rzaj, po­wta­rzaj. Jak man­trę. Jak mo­dli­twę.

Nie wiem - jesz­cze - że te ob­razy prze­la­tu­jące mi przez głowę jak film o kimś in­nym w in­nym miej­scu ni­gdy tak na­prawdę nie znikną, ni­gdy prze­nigdy się nie za­trzy­mają, ni­gdy nie prze­staną mnie prze­śla­do­wać. Znowu za­my­kam oczy, ale wszystko, co wi­dzę, wszystko, co czuję, wszystko, co sły­szę, to jego skóra, ra­miona, nogi, zbyt silne ręce, jego od­dech na mnie, roz­cią­ga­nie mię­śni, pęk­nię­cia w ko­ściach, ła­ma­nie w ciele, ja sama, słab­nąca, blak­nąca. To wszystko, co jest.

Nie wiem, ile go­dzin mija, za­nim bu­dzę się przy wtó­rze zwy­kłego har­mi­dru nie­dziel­nego po­ranka. Garnki i pa­tel­nie brzę­czą na ku­chence. Za­pa­chy je­dze­nia są­czą się przez szcze­linę pod mo­imi drzwiami - be­kon, pan­kejki, kawa mamy. Te­le­wi­zor do­nosi o chłod­nych fron­tach i zja­wi­skach bu­rzo­wych, które mają na­dejść nad na­szą oko­licę przed po­łu­dniem - to ka­nał po­go­dowy taty. Od­głosy zmy­warki. Ha­ła­śliwy pies z na­prze­ciwka po­szcze­kuje i po­pi­skuje. Tra­dy­cyj­nie. I jesz­cze: pra­wie nie­sły­szalny dźwięk ryt­micz­nie od­bi­ja­ją­cej się od zro­szo­nego as­faltu piłki do ko­szy­kówki i szu­ra­ją­cych po pod­jeź­dzie stóp w adi­da­sach. Na­sze głu­pie, senne przed­mie­ście bu­dzi się za­mro­czone i obo­jętne na wła­sną bła­hość. Wszy­scy pra­gną ko­lej­nej so­boty, nie­chęt­nie my­śląc o obo­wiąz­kach do­mo­wych i ko­ściele, i li­stach rze­czy do zro­bie­nia, i po­nie­dział­ko­wym ranku. Ży­cie po pro­stu się to­czy, po pro­stu się dzieje, po­su­wa­jąc się na­przód jak za­wsze. Nor­malka. A ja nie mogę po­zbyć się świa­do­mo­ści, że bę­dzie to­czyło się da­lej bez względu na to, czy obu­dzę się, czy nie. Nie­przy­zwo­icie nor­malne.

W mo­men­cie gdy zmu­szam się do otwar­cia oczu, nie wiem jesz­cze, że kłam­stwa zo­stały już wpra­wione w ruch. Pró­buję prze­łknąć ślinę. Boli mnie gar­dło. Jak przy an­gi­nie, mó­wię so­bie. Po pro­stu się roz­cho­ro­wa­łam. Mu­szę mieć go­rączkę. Mam zwidy. Nie my­ślę ja­sno. Do­ty­kam ust. Pieką mnie. Czuję smak krwi na ję­zyku. Ale nie, to nie mo­gło się stać. Nie­prawda. Więc gdy wpa­truję się w su­fit, my­ślę so­bie, że coś musi być ze mną bar­dzo nie tak, je­śli śnią mi się ta­kie rze­czy. Ta­kie okropne rze­czy. O Ke­vi­nie. O Ke­vi­nie. Bo Ke­vin jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mo­jego brata, wła­ści­wie moim bra­tem. Moi ro­dzice go ko­chają, jak wszy­scy, na­wet ja, i Ke­vin ni­gdy by... Ni­gdy by nie mógł. To nie­moż­liwe. Ale wtedy pró­buję po­ru­szyć no­gami, żeby wstać. Są obo­lałe. Nie, od­no­szę wra­że­nie, że są po­ła­mane. A szczęka mnie boli ni­czym dwa rzędy zę­bów peł­nych dziur.

Znowu za­my­kam oczy. Biorę głę­boki wdech. Do­ty­kam ręką swo­jego ciała. Nie mam na so­bie bie­li­zny. Sia­dam zbyt szybko i moje ko­ści ję­czą, jak­bym była stara. Boję się spoj­rzeć. Ale wtedy je wi­dzę: moje majtki z na­dru­kiem - na­zwami dni ty­go­dnia - zwi­nięte w kulkę na pod­ło­dze. Te były opi­sane wto­rek, mimo że mia­łam je na so­bie w so­botę, no bo - no wła­śnie, kto by tam miał je oglą­dać. Tak so­bie my­śla­łam, kiedy za­kła­da­łam je wczo­raj. I te­raz wiem na pewno, że to się stało. To się na­prawdę stało. I ten ból w sa­mym środku mo­jego ciała, głę­boko w mo­ich trze­wiach, wy­bu­cha na nowo. Zrzu­cam z sie­bie koł­drę. Si­niaki w kształ­cie ko­lan po­kry­wają moje ra­miona, bio­dra, uda. I krew. Na po­ścieli, na­rzu­cie, mo­ich no­gach.

To prze­cież miała być zwy­kła nie­dziela.

Mia­łam wstać, ubrać się i usiąść do śnia­da­nia z ro­dziną. Po śnia­da­niu wró­ci­ła­bym od razu do swo­jego po­koju skoń­czyć za­da­nia do­mowe, któ­rych nie zro­bi­łam w pią­tek wie­czo­rem. Za­dba­ła­bym o to, żeby szcze­gól­nie dużo uwagi po­świę­cić geo­me­trii. Prze­ćwi­czy­ła­bym nową pio­senkę, któ­rej na­uczy­li­śmy się na pró­bie or­kie­stry. Za­dzwo­ni­ła­bym do swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Mary. Po­tem może po­szła­bym ją od­wie­dzić. Zro­bi­ła­bym mnó­stwo in­nych, głu­pich i nie­istot­nych, rze­czy.

Ale kiedy sia­dam na łóżku, wpa­tru­jąc się w sińce na mo­jej skó­rze i przy­ci­ska­jąc drżące ręce do ust, wiem, że dzi­siaj to się nie wy­da­rzy.

Ktoś puka, dwa razy, do drzwi mo­jego po­koju. Pod­ska­kuję.

- Wsta­łaś już, Edy? - od­zywa się głos mo­jej matki.

Otwie­ram usta i wy­daje mi się, że ktoś wlał mi do gar­dła kwas solny, że już ni­gdy nie wy­po­wiem ani słowa.

Puk, puk, puk.

- Eden, śnia­da­nie!

Szybko ob­cią­gam ko­szulę nocną tak ni­sko, jak się da, ale na niej też wi­dać plamy krwi.

- Mamo? - od­po­wia­dam w końcu zgrzy­tli­wym, okrop­nym gło­sem.

Matka uchyla drzwi. Za­gląda do po­koju, a jej wzrok na­tych­miast pada na krew.

- Boże! - Osłu­piała wśli­zguje się do środka i szybko za­myka za sobą drzwi.

- Mamo, ja... - Ale jak mam wy­po­wie­dzieć te słowa, naj­gor­sze słowa, te, które, wiem, że mu­szą być wy­po­wie­dziane?

- Och, Edy - wzdy­cha mama, spo­glą­da­jąc na mnie ze smut­nym uśmie­chem. - Wszystko w po­rządku.

- Co... - za­czy­nam.

Jak to może być w po­rządku? W ja­kim świe­cie to jest w po­rządku?

- Tak się cza­sem dzieje, kiedy się tego nie spo­dzie­wasz. - Mama krząta się po po­koju, do­pro­wa­dza­jąc go do po­rządku. Pra­wie nie pod­nosi na mnie wzroku, kiedy tłu­ma­czy mi okresy, ka­len­da­rze i jak mam li­czyć dni. - To przy­da­rza się każ­demu. Wła­śnie dla­tego ci po­wie­dzia­łam, że­byś pil­no­wała ter­mi­nów. W ten spo­sób nie bę­dziesz mu­siała ra­dzić so­bie z ta­kimi... nie­spo­dzian­kami. Bę­dziesz... przy­go­to­wana.

My­śli, że to wła­śnie to.

Prawda jest taka, że obej­rza­łam wy­star­cza­jąco wiele fil­mów w te­le­wi­zji, aby wie­dzieć, że trzeba o tym po­wie­dzieć. Że po pro­stu trzeba, do cho­lery, o tym po­wie­dzieć.

- Ale...

- Dla­czego nie wsko­czysz pod prysz­nic, ko­cha­nie? - prze­rywa mi. - Zajmę się tym... no wiesz... - Jej dłoń za­kre­śla koło i wska­zuje na łóżko. Mama szuka słów. - Tym ba­ła­ga­nem.

Tym ba­ła­ga­nem. O Boże, te­raz albo ni­gdy. Te­raz.

- Mamo... - znowu pró­buję.

- Nie wstydź się - mówi matka ze śmie­chem. - To nic ta­kiego, na­prawdę. Daję słowo. - Kiedy staje nade mną, wy­daje się wyż­sza niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Po­daje mi szla­frok, nie za­uwa­ża­jąc mo­ich maj­tek z wtor­kiem zmię­tych u jej stóp.

- Mamo, Ke­vin... - za­czy­nam, ale jego imię w mo­ich ustach spra­wia, że chcę zwy­mio­to­wać.

- Nie martw się, Edy. Wy­szedł na ze­wnątrz z twoim bra­tem. Grają w ko­szy­kówkę. A tata sie­dzi przy­kle­jony do te­le­wi­zora jak za­wsze. Nikt cię nie zo­ba­czy. No leć. Za­łóż to.

Kiedy pa­trzę na nią z dołu, czuję się taka mała. A głos Ke­vina wi­ruje jak tor­nado w mo­jej gło­wie, kiedy chło­pak szep­cze z od­de­chem na mo­jej twa­rzy: Nikt ci ni­gdy nie uwie­rzy. Wiesz o tym. Nikt. Ni­gdy.

Wtedy mama po­trząsa przede mną szla­fro­kiem, pro­po­nu­jąc mi kłam­stwo, któ­rego na­wet nie mu­sia­łam wy­my­ślać. Za­czyna mieć ten wy­raz twa­rzy, ten znie­cier­pli­wiony jest-prze­rwa-świą­teczna-a-ja-nie-mam-na-to-czasu wy­raz. Naj­wy­raź­niej przy­szedł czas, że­bym już so­bie po­szła i po­zwo­liła jej za­jąć się "tym ba­ła­ga­nem". I naj­wy­raź­niej nikt mnie nie usły­szy. Nikt mnie nie zo­ba­czy. Wie­dział o tym. Spę­dził w tym domu wy­star­cza­jąco dużo czasu, by wie­dzieć, jak sprawy się tu­taj mają.

Pró­buję wstać tak, aby nie wy­glą­dało jakby wszystko we mnie było zła­mane. Wko­puję wtor­kowe majtki pod łóżko, żeby mama ich nie zna­la­zła i nie za­częła się za­sta­na­wiać nad ich obec­no­ścią. Biorę szla­frok. Biorę kłam­stwo. I kiedy pa­trzę przez ra­mię na mamę i wi­dzę, jak zgar­nia w ra­miona po­ściel - do­wód - do­ciera do mnie, że je­śli nie te­raz, to prawda ni­gdy nie wyj­dzie na jaw. Po­nie­waż miał ra­cję, nikt by mi nie uwie­rzył. Oczy­wi­ście, że nie. Ni­gdy.

***

W ła­zience ostroż­nie ścią­gam z sie­bie ko­szulę. Trzy­ma­jąc ją na od­le­głość ra­mie­nia, zwi­jam ją w kulkę i wpy­cham do ko­sza na śmieci pod umy­walką. Po­pra­wiam oku­lary i przy­pa­truję się so­bie do­kład­niej. Mam na szyi kilka bla­dych siń­ców w kształ­cie jego pal­ców. Ale są na­prawdę nie­wiel­kie w po­rów­na­niu z tymi na resz­cie ciała. Żad­nych śla­dów na twa­rzy. Tylko pię­cio­cen­ty­me­trowa bli­zna nad brwią po wy­padku ro­we­ro­wym sprzed dwóch lat. Moje włosy wy­glą­dają tro­chę bar­dziej okrop­nie niż za­zwy­czaj, ale za­sad­ni­czo wy­glą­dam tak samo. Uj­dzie.

Za­nim wyjdę spod prysz­nica - cią­gle brudna, mimo że szo­ro­wa­łam ciało do czer­wo­no­ści w na­dziei, że może uda mi się zmyć te si­niaki - on już jest w domu. Sie­dzi przy moim stole, w mo­jej ja­dalni, z moim bra­tem, moim tatą, moją mamą, pi­jąc mój sok po­ma­rań­czowy z mo­jej szklanki. Jego usta do­ty­kają szkła, któ­rego kie­dyś będę mu­siała użyć, wi­delca, któ­rego wkrótce nie da się od­róż­nić od in­nych wi­del­ców. Od­ci­ski jego pal­ców znaj­dują się nie tylko na każ­dym cen­ty­me­trze mnie, ale są wszę­dzie. Mój dom, moje ży­cie, świat są nim za­in­fe­ko­wane.

Ca­elin pod­nosi głowę i pa­trzy na mnie, mru­żąc oczy, kiedy nie­uf­nie zbli­żam się do drzwi ja­dalni. On to wi­dzi. Wie­dzia­łam, że on to na­tych­miast zo­ba­czy. Je­śli kto­kol­wiek miał to za­uwa­żyć, to wła­śnie on, mój star­szy brat.

- Do­bra, te­raz je­steś na­prawdę dziwna i po­ważna - ogła­sza. Zo­rien­to­wał się, bo za­wsze znał mnie le­piej niż ja sama.

Więc stoję i cze­kam, aż coś z tym zrobi. Aż odłoży wi­de­lec, wsta­nie i od­cią­gnie mnie na bok, za­bie­rze mnie do ogrodu na ty­łach domu i za­żąda, że­bym mu wy­ja­śniła, co się ze mną dzieje. Za­żąda, że­bym po­wie­działa, co się stało. Wtedy opo­wiem mu, co Ke­vin mi zro­bił, a on po­dzieli się ze mną jedną z tych swo­ich mą­dro­ści star­szego brata, na przy­kład: Nie martw się, Edy. Zajmę się tym. Tak, jak za­wsze to ro­bił, kiedy ktoś mi do­ku­czał. A po­tem wbie­gnie do domu i za­dźga Ke­vina no­żem do ma­sła.

Ale nic ta­kiego się nie dzieje.

Ca­elin po pro­stu da­lej sie­dzi. Pa­trząc na mnie. Po­tem usta mo­jego brata ukła­dają się wolno w je­den z jego uśmiesz­ków - wy­szczerz jak po ka­wale zro­zu­mia­łym tylko dla nas dwojga. Czeka, aż od­wza­jem­nię ten gry­mas albo dam mu ja­kiś znak, albo po pro­stu za­cznę się śmiać, jak­bym w ta­jem­nicy żar­to­wała so­bie z ro­dzi­ców. Czeka, aż za­ła­pie mój żart. Ale się nie do­cze­kuje. Więc tylko wzru­sza ra­mio­nami, pa­trzy z po­wro­tem na ta­lerz i od­krawa wielki ka­wa­łek placka. Na­bój wbija mi się tro­chę głę­biej w brzuch, kiedy stoję znie­ru­cho­miała w przed­po­koju.

- Ale se­rio, na co się ga­pisz? - mam­ro­cze Ca­elin z ustami peł­nymi je­dze­nia, tym zna­jo­mym, bra­ter­skim, je­steś-naj­głup­szą-osobą-pod-słoń­cem to­nem, który udo­sko­na­lił przez lata.

Tym­cza­sem Ke­vin le­d­wie rzuca okiem w moją stronę. Żad­nych groź­nych spoj­rzeń, prze­stróg, ni­czego. Jak gdyby nic się nie wy­da­rzyło. To samo chłodne lek­ce­wa­że­nie, któ­rym za­wsze mnie ob­da­rzał. Jak­bym cią­gle była po pro­stu młod­szą sio­strą Ca­elina, nie­zdarną, pie­go­watą i z kiep­ską fry­zurą. Nie­wi­dzialną pierw­szo­kla­sistką, która gra w or­kie­strze i za­wsze się za nimi wle­cze, dźwi­ga­jąc fu­te­rał na klar­net. Ale już nią nie je­stem. Już nią na­wet nie chcę być. Tamta dziew­czyna była na­iwna i głu­pia. Była dziew­czyną, która po­zwo­liła, by coś ta­kiego jej się przy­da­rzyło.

- No już, Min­nie - zwraca się do mnie prze­zwi­skiem tata. Min­nie jak Myszka Min­nie, bo za­wsze by­łam taka ci­cha. Wska­zuje na je­dze­nie na stole i do­daje: - Sia­daj. Śnia­da­nie sty­gnie.

Kiedy tak przed nimi stoję - ich Ci­cha Myszka - ob­na­żona przed ośmior­giem oczu, które cze­kają, aż za­gram swoją rolę, a prze­krzy­wione oku­lary zjeż­dżają mi z nosa, w końcu uświa­da­miam so­bie, o co tu cho­dzi. Po­przed­nie czter­na­ście lat było tylko próbą ge­ne­ralną, ćwi­cze­niem umie­jęt­no­ści po­praw­nego za­mknię­cia się te­raz. Ke­vin mi to po­wie­dział. Z ustami nie­mal do­ty­ka­ją­cymi mo­ich warg wy­szep­tał słowa: Gęba na kłódkę. W nocy to było po­le­ce­nie - roz­kaz - ale dzi­siaj to po pro­stu prawda.

Po­pra­wiam oku­lary na no­sie. I ze ści­skiem w żo­łądku, po­dob­nym do tremy na sce­nie, ru­szam po­woli, ostroż­nie. Pró­buję za­cho­wy­wać się tak, jakby żadna część mo­jego ciała, w środku i na ze­wnątrz, nie drgała i nie pul­so­wała. Sia­dam na krze­śle obok Ke­vina jak pod­czas nie­zli­czo­nych wcze­śniej­szych po­sił­ków ro­dzin­nych. Bo uwa­ża­li­śmy go za członka ro­dziny. Mama za­wsze to po­wta­rzała, cią­gle i cią­gle. Za­wsze był u nas mile wi­dziany. Za­wsze.

.

PO ŚNIA­DA­NIU W DOMU za­pada zu­pełna ci­sza. Ca­elin i Ke­vin wy­szli grać w ko­szy­kówkę z daw­nymi ko­le­gami z dru­żyny ze szkoły śred­niej. Tata po­je­chał do sklepu z na­rzę­dziami po ja­kiś spe­cjalny klucz, po­trzebny mu do za­mon­to­wa­nia no­wej desz­czow­nicy, którą ku­pił ma­mie na Gwiazdkę. Mama za­jęła się w swoim po­koju ad­re­so­wa­niem kar­tek no­wo­rocz­nych.

Ja sie­dzę w sa­lo­nie, wy­glą­da­jąc przez okno.

Rząd ko­lo­ro­wych świa­te­łek cho­in­ko­wych za­wie­szony wo­kół ga­rażu mi­go­cze spa­zma­tycz­nie w sza­rym świe­tle po­ranka. Chmury na­ra­stają jedna na dru­giej, bez końca. Niebo za­myka się nad nami. U są­sia­dów z domu obok z ol­brzy­miego Mi­ko­łaja uszło po­wie­trze. Ko­ły­sze się te­raz wolno na środku ośnie­żo­nego traw­nika jak chory zom­bie. Czuję się jak w tej sce­nie z Czar­no­księż­nika z kra­iny Oz, kiedy wszystko zmie­nia się z czarno-bia­łego w ko­lo­rowe. Tylko tym ra­zem jest ra­czej na od­wrót. Jak­bym za­wsze są­dziła, że rze­czy ist­nieją w ko­lo­rze, gdy tak na­prawdę są czarno-białe, a te­raz wresz­cie mogę to zo­ba­czyć.

- Do­brze się czu­jesz, Edy? - Mama po­ja­wia się znie­nacka w sa­lo­nie ze sto­sem ko­pert w ręce.

Wzru­szam ra­mio­nami w od­po­wie­dzi, ale my­ślę, że na­wet tego nie za­uważa.

Pa­trzę, jak pod zna­kiem stopu na rogu prze­jeż­dża bez za­trzy­my­wa­nia się sa­mo­chód. Kie­rowca pra­wie nie spraw­dza, czy droga jest pu­sta. My­ślę o tym, co się czę­sto mówi: że lu­dzie naj­czę­ściej po­wo­dują wy­padki dro­gowe mniej niż pół­tora ki­lo­me­tra od wła­snych do­mów. Może dla­tego, że kiedy wszystko jest ta­kie zna­jome, prze­sta­jesz zwra­cać uwagę na szcze­góły. Nie za­uwa­żasz tej jed­nej rze­czy, która się zmie­niła: jest usta­wiona na opak albo tro­chę prze­su­nięta, albo staje się nie­bez­pieczna. I za­czy­nam są­dzić, że może wła­śnie to mi się przy­da­rzyło.

- Wiesz, co my­ślę? - pyta mama to­nem, któ­rego używa w roz­mo­wach ze mną, od­kąd la­tem Ca­elin wy­je­chał do col­lege'u. - My­ślę, że je­steś wście­kła na brata, bo spę­dza z tobą mniej czasu, niż kiedy miesz­kał w domu. - Cią­gnie swój mo­no­log, nie cze­ka­jąc, aż po­wiem jej, że się myli. Aż po­wiem jej, że tak na­prawdę to ona jest wście­kła o to, że Ca­elin nie bywa w domu wy­star­cza­jąco czę­sto. - Wiem, że chcia­ła­byś, że­by­ście byli tylko we dwoje, tak jak kie­dyś. Ale on do­ra­sta. Oboje do­ra­sta­cie. On te­raz stu­diuje, Edy.

- Wiem o tym... - za­czy­nam, ale matka mi prze­rywa.

- Chce spo­tkać się ze zna­jo­mymi, kiedy tu przy­jeż­dża. Nie ma w tym nic złego.

Prawda jest taka, że kiedy Ca­elina nie ma w domu, żadne z nas nie wie, jak się za­cho­wy­wać w sto­sunku do reszty. Jak­by­śmy na­gle stali się so­bie obcy. Mój brat skle­jał na­szą ro­dzinę. Da­wał nam cel - po­wód i spo­sób na prze­by­wa­nie ze sobą. Bo co mamy ra­zem ro­bić, je­śli już nie ki­bi­cu­jemy mu na me­czach ko­szy­kówki? Jak mają brzmieć na­sze roz­mowy przy ku­chen­nym stole, je­śli Ca­elin nie za­ba­wia nas opo­wie­ściami o swo­ich co­dzien­nych za­ję­ciach? Ja na pewno nie na­daję się do tego, żeby go za­stą­pić, wszy­scy to wie­dzą. Co ta­kiego, do cho­lery, dzieje się w moim ży­ciu, co mo­głoby do­rów­nać nie­ustan­nemu, więk­szemu-niż-ży­cie roz­go­rącz­ko­wa­niu, które na­zywa się Ca­elin McCro­rey? Po­cząt­kowo my­śla­łam, że to okres przej­ściowy. Ale my po pro­stu tacy je­ste­śmy. Tata czuje się za­gu­biony bez in­nego fa­ceta w domu. Mama nie wie, co ze sobą zro­bić, kiedy Ca­elin nie zaj­muje jej ca­łego czasu i uwagi. A ja... ja chcę je­dy­nie od­zy­skać naj­lep­szego przy­ja­ciela. To ta­kie pro­ste, a za­ra­zem ta­kie skom­pli­ko­wane.

- To­bie też by nie za­szko­dziło, gdy­byś po­sze­rzyła ho­ry­zonty - mówi da­lej mama, prze­kła­da­jąc ko­perty z ręki do ręki. - Za­przy­jaź­nij się z kil­koma no­wymi oso­bami. Ofi­cjal­nie jest już nowy rok. - Uśmie­cha się. Ja nie. - Edy, wiesz, że uwa­żam, że Mara jest świetna, że jest dla cie­bie do­brą przy­ja­ciółką, ale mó­wię po pro­stu, że lu­dziom wolno mieć wię­cej niż jed­nego przy­ja­ciela w ży­ciu, to wszystko.

Wstaję i prze­cho­dzę obok niej, kie­ru­jąc się do kuchni. Na­le­wam so­bie szklankę wody tylko po to, żeby się sku­pić na czymś - czym­kol­wiek - in­nym niż mama, bez­sens tej roz­mowy i nie­koń­czący się ciąg my­śli tłu­ką­cych mi się po gło­wie.

Mama staje koło mnie przy ku­chen­nym bla­cie. Czuję, że wpa­truje się w mój pro­fil. To spra­wia, że chcę się ulot­nić ze swo­jej skóry. Mama wy­ciąga rękę, żeby za­ło­żyć mi grzywkę za ucho. Za­wsze tak robi. Ale się od­su­wam. Nie ce­lowo. A może tak. Nie je­stem pewna. Wiem, że zra­ni­łam jej uczu­cia. Otwie­ram usta, żeby ją prze­pro­sić, ale to, co się z nich wy­do­bywa, to:

- Za go­rąco tu­taj. Wy­cho­dzę.

- Jak uwa­żasz - mówi mama wolno, zdez­o­rien­to­wana.

Stopy niosą mnie jak naj­szyb­ciej, byle da­lej od niej. Ła­pię kurtkę z wie­szaka przy tyl­nych drzwiach, wsu­wam ko­zaki i wy­cho­dzę do ogrodu. Zmia­tam śnieg z sie­dze­nia drew­nia­nej huś­tawki. Czuję, jak si­niaki na moim ciele puchną w ze­tknię­ciu z zim­nym drew­nem i łań­cu­chami. Chcę po­sie­dzieć przez mo­ment w spo­koju - po­od­dy­chać, spró­bo­wać zro­zu­mieć, jak to się mo­gło stać, że zna­la­złam się w tym punk­cie, i wy­kom­bi­no­wać, co mam te­raz zro­bić.

Za­ci­skam po­wieki, za­pla­tam palce i - cho­ciaż nie ro­bię tego tak czę­sto, jak pew­nie po­win­nam - mo­dlę się. Mo­dlę się gor­li­wiej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Żeby to się od­stało. Że­bym się obu­dziła i żeby znowu było rano, tylko tym ra­zem żeby nic się nie stało w nocy.

Pa­mię­tam, że usia­dłam z nim przy stole. Gra­li­śmy w Mo­no­poly. Nic spe­cjal­nego. Wszystko było w po­rządku. Wła­ści­wie był dla mnie miły. Za­cho­wy­wał się tak, jakby... jakby mnie lu­bił. Jak­bym była kimś wię­cej niż tylko młod­szą sio­strą Ca­elina. Jak­bym była kimś praw­dzi­wym. Dziew­czyną, nie dzie­cia­kiem. Po­ło­ży­łam się spać szczę­śliwa. Po­ło­ży­łam się spać, my­śląc o nim. Ale na­stępna rzecz, którą pa­mię­tam, to to, że się obu­dzi­łam, kiedy się na mnie wdra­py­wał, przy­ci­skał dłoń do mo­ich ust i szep­tał za­mknij­się­za­mknij­się­za­mknij­się. I wszystko po­to­czyło się tak szybko. Gdyby to był tylko sen, tylko sen, z któ­rego mo­gła­bym się obu­dzić, to wciąż by­ła­bym bez­pieczna we wła­snym łóżku. To mia­łoby o wiele wię­cej sensu. I nic nie bę­dzie źle. Nic nie bę­dzie ina­czej. Będę w swoim łóżku i nic złego ni­gdy mi się tam nie przy­trafi.

- Obudź się! - Wy­daje mi się, że wy­szep­ta­łam to na głos. Boże, po pro­stu się obudź. Obudź się, Edy!

- Eden! - woła ja­kiś głos.

Otwie­ram gwał­tow­nie oczy. Serce osuwa mi się na dno żo­łądka, kiedy roz­glą­dam się wo­kół. Bo nie je­stem w łóżku. Je­stem w ogro­dzie, sie­dzę na huś­tawce, wo­kół łań­cu­chów mocno za­ci­skam zgra­białe palce.

- Co ty tam ro­bisz, roz­sz­cze­piasz atomy?! - krzy­czy mój brat, sto­jąc w tyl­nych drzwiach na­szego domu. - Ze sto razy już cię wo­ła­łem.

Pod­cho­dzi do mnie. Kroki sta­wia sze­roko, szybko i pew­nie, dep­cząc śnieg pod sto­pami. Pro­stuję krę­go­słup, kładę ręce na po­dołku i sta­ram się nie po­ka­zać po so­bie ni­czego, co by mu po­wie­działo, jak bar­dzo obce jest mi w tym mo­men­cie wła­sne ciało.

- Więc, Edy - za­czyna, sia­da­jąc koło mnie na huś­tawce - sły­sza­łem, że je­steś na mnie zła.

Sta­ram się uśmiech­nąć. Sta­ram się jak naj­le­piej uda­wać sie­bie.

- Niech zgadnę, kto ci to po­wie­dział.

- Po­dobno to dla­tego, że nie spę­dzam z tobą dość czasu. - Jego pół­u­śmiech mówi mi, że wie­rzy jej po­ło­wicz­nie.

- Nie, to nie to.

- No do­brze, bo wiesz, za­cho­wu­jesz się bar­dzo dziw­nie. - Daje mi kuk­sańca w ra­mię i do­daje z uśmie­chem: - Na­wet jak na cie­bie.

Może to moja szansa. Czy Ke­vin na­prawdę by mnie za­bił, gdy­bym po­wie­działa...? Czy mógłby mnie na­prawdę za­bić? Mógłby. Upew­nił się, że wiem, że mógłby, gdyby chciał. Ale w tej chwili go tu nie ma. Jest za to Ca­elin. Żeby mnie chro­nić i być po mo­jej stro­nie.

- Ca­eli­nie, pro­szę, nie wy­jeż­dżaj ju­tro - wy­rzu­cam z sie­bie, czu­jąc, jak ogar­nia mnie ja­kaś pa­ląca ko­niecz­ność. - Nie wra­caj do col­lege'u. Po pro­stu mnie nie zo­sta­wiaj, do­brze? Pro­szę! - bła­gam go, na skraju łez.

- Co? - pyta nie­malże ze śmie­chem w gło­sie. - Co cię na­pa­dło? Edy, mu­szę wró­cić. Nie mam wy­boru. Wiesz o tym.

- Nie­prawda. Masz. Masz wy­bór. Mógł­byś się prze­nieść tu­taj. Do­sta­łeś tu sty­pen­dium, pa­mię­tasz?

- Ale z niego zre­zy­gno­wa­łem. - Robi prze­rwę, przy­glą­da­jąc mi się z nie­pew­no­ścią. - Po­słu­chaj, nie wiem, co ci po­wie­dzieć. Ty tak na se­rio?

- Po pro­stu nie chcę, że­byś wy­jeż­dżał.

- W po­rządku, teo­re­tycz­nie po­wiedzmy, że zo­stanę. Okej? Ale co ze stu­diami? Jest śro­dek roku aka­de­mic­kiego. Wszyst­kie moje rze­czy są tam. Moja dziew­czyna jest tam. Moje ży­cie jest te­raz tam, Edy. Nie mogę rzu­cić wszyst­kiego i wpro­wa­dzić się z po­wro­tem do domu po to, że­by­śmy mo­gli spę­dzać ra­zem czas, czy co­kol­wiek ci cho­dzi po gło­wie.

- Nie to mia­łam na my­śli. Nie trak­tuj mnie jak dziecka - mó­wię do niego ci­cho.

- Nie chcę cię mar­twić, Edy, ale je­steś dziec­kiem. - Ca­elin uśmie­cha się, kle­piąc mnie po ra­mie­niu. - Poza tym, jak miałby po­ra­dzić so­bie Ke­vin? Miesz­kamy ra­zem. Dzie­limy się sa­mo­cho­dem. Dzie­limy się ra­chun­kami. Wszyst­kim. Tro­chę po­le­gamy te­raz na so­bie, Edy. Sprawy do­ro­słych. Wiesz?

- Ja też na to­bie po­le­gam. Po­trze­buję cię.

- Od kiedy? - pyta ze śmie­chem.

- To wcale nie jest śmieszne. Je­steś moim bra­tem, nie Ke­vina - pra­wie krzy­czę. Drży mi głos.

- W po­rządku, w po­rządku. - Prze­wraca oczami. - Je­śli twoim po­sta­no­wie­niem no­wo­rocz­nym było, żeby się po­zbyć po­czu­cia hu­moru, to ewi­dent­nie świet­nie ci idzie. - Wstaje, jakby uznał, że roz­mowa jest skoń­czona, po­nie­waż po­wie­dział, co miał do po­wie­dze­nia. - No chodź, wra­cajmy do środka. - Wy­ciąga do mnie rękę.

Czuję, jak moje stopy opie­rają się o śnieg. Moje nogi in­stynk­tow­nie za­czy­nają po­dą­żać za nim, jak za­wsze. Moja ręka unosi się w jego kie­runku. Ale gdy moje palce znaj­dują się tuż-tuż od jego dłoni, coś we mnie pęka. Fi­zycz­nie pęka. Gdyby moje ciało było ma­szyną, kółka zę­bate w środku za­trzy­ma­łyby się wła­śnie ze zgrzy­tem. W mo­ich mię­śniach na­stę­puje zwar­cie i ciało prze­staje się ru­szać.

- Nie - mó­wię do­bit­nie.

Mój głos brzmi, jakby na­le­żał do ko­goś in­nego.

Ca­elin staje jak wryty, pa­trząc na mnie z góry. Za­sko­czony, bo do­tych­czas nie po­wie­dzia­łam mu "nie" ani razu w ży­ciu. Prze­stę­puje z nogi na nogę i lekko prze­chyla głowę jak pies. Wy­dy­cha ob­ło­czek po­wie­trza z uśmiesz­kiem i otwiera usta. Ale nie mogę do­pu­ścić, by wy­po­wie­dział ja­ką­kol­wiek prze­mą­drzałą uwagę, którą jego mózg wła­śnie pró­buje wy­pro­du­ko­wać.

- Nic nie ro­zu­miesz! - Gdy­bym nie za­ci­skała tak mocno zę­bów, byłby to krzyk.

- Nie ro­zu­miem czego? - Jego głos brzmi o oktawę za wy­soko. Ca­elin roz­gląda się wo­kół, jakby stał tu jesz­cze ktoś, kto po­wi­nien był go we wszystko wta­jem­ni­czyć.

- Je­steś moim bra­tem. - Czuję, jak słowa za­pa­dają mi się w gar­dle jak la­wina. - Nie Ke­vina!

- O co ci cho­dzi? Wiem to!

Wstaję. Nie mogę po­zwo­lić mu uciec, do­póki nie do­wie się prawdy. Do­póki nie po­wiem mu, co się stało.

- Je­śli to wiesz, to dla­czego on za­wsze tu jest? Dla­czego za­wsze go ze sobą przy­wo­zisz? Ma swoją wła­sną ro­dzinę! - Głos mi się ła­mie i nie mogę po­wstrzy­mać pła­czu.

- Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łaś pro­blemu z tym, że spę­dza u nas czas. Wręcz prze­ciw­nie. - Ostat­nie zda­nie za­wisa w po­wie­trzu jak od­głos echa.

Spo­glą­dam na niego. Na­wet przez roz­ma­zu­jące ob­raz łzy wi­dzę, że jest wście­kły.

- Co to zna­czy - wzdry­gam się - wręcz prze­ciw­nie?

- To zna­czy, że może już czas so­bie od­pu­ścić to całe pod­ko­chi­wa­nie się w nim jak uczen­nica? Przez ja­kiś czas to było słod­kie, a na­wet za­bawne, ale już prze­stało, nie wy­daje ci się? Ro­bisz się przez to, bo ja wiem, wredna. Za­cho­wu­jesz się jak nie ty. - A po­tem do­daje, bar­dziej do sie­bie: - Wiesz, pew­nie po­wi­nie­nem był to prze­wi­dzieć. To śmieszne, bo Ke­vin i ja do­piero co roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat.

- Co? - sa­pię ci­cho, le­d­wie mo­gąc się zmu­sić do pod­nie­sie­nia głosu cho­ciaż odro­binę.

Nie mogę w to uwie­rzyć. Nie mogę uwie­rzyć, że na­prawdę to zro­bił. Udało mu się na­sta­wić mo­jego brata - mo­jego praw­dzi­wego naj­lep­szego przy­ja­ciela, mo­jego so­jusz­nika - prze­ciwko mnie.

- Nie­ważne - ucina.

Od­dala się ode mnie, wy­rzu­ca­jąc ręce w po­wie­trze. A ja mogę tylko pa­trzeć, jak robi się co­raz mniej­szy, pa­trzeć, jak blak­nie i tra­cąc ko­lory, staje się czarno-biały jak wszystko inne. Stoję tak przez ja­kiś czas, pró­bu­jąc roz­szy­fro­wać, jak za nim iść, jak się ru­szyć - jak ist­nieć w świe­cie, gdzie Ca­elin nie stoi już dłu­żej po mo­jej stro­nie.

***

Tej nocy de­li­kat­nie za­my­kam drzwi do swo­jego po­koju. Prze­krę­cam za­mek o dzie­więć­dzie­siąt stopni i szar­pię za klamkę naj­moc­niej, jak tylko mogę, żeby się upew­nić, że się nie otwo­rzą. Po­tem się od­wra­cam i pa­trzę na łóżko - po­ściel i na­rzuta są czy­ste, łóżko jest za­słane. Nie wiem, jak prze­trwam choćby jesz­cze jedną mi­nutę, je­żeli nie opo­wiem ko­muś o tym, co się stało. Wy­cią­gam z kie­szeni te­le­fon i wy­bie­ram nu­mer Mary. Ale prze­ry­wam po­łą­cze­nie.

Włą­czam lampę pod su­fi­tem i lampkę na biurku i wy­cią­gam z gór­nej półki w sza­fie śpi­wór. Roz­kła­dam go na pod­ło­dze i pró­buję my­śleć o czym­kol­wiek, tylko nie o tym, dla­czego nie mogę się zmu­sić, żeby spać we wła­snym łóżku. Ni to opa­dam, ni to zwa­lam się na zie­mię. Na­cią­gam na głowę po­duszkę i pła­czę tak bar­dzo, że nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek uda mi się prze­stać. Pła­czę przez, jak mi się wy­daje, całą wiecz­ność. Pła­czę do chwili, kiedy nie mam już łez, jak­bym je wszyst­kie wy­lała, jak­bym uszko­dziła so­bie cho­lerne ka­na­liki łzowe. Po­tem tylko wy­daję od­głosy: ła­pię od­de­chy i po­cią­gam no­sem. Czuję, że mo­gła­bym po pro­stu usnąć i się nie obu­dzić. W rze­czy sa­mej nie­mal mam na to na­dzieję.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki