1. BROK
Mysz uciekająca przed polującym na nią kotem
też zapewne nie zastanawia się nad tym,
czy jest on bury, czy czarny, wszystko jej jedno,
czy nazywa się Mruczek, czy jakoś inaczej.
MICHAŁ GŁOWIŃSKI
Choć Brok nie był żeglowny, mieszkańcy Czyżewa mogli spławiać nim bale do oddalonych o kilka kilometrów tartaków. Tam były cięte na deski. Wyrąb drewna był pierwszą ekonomiczną działalnością w Czyżewie, która wymagała pewnej organizacji. Później rozpoczęła się produkcja ubrań modlitewnych - białych koszul zakładanych przez ortodoksyjnych Żydów pod czarne chałaty. Zdobiące koszule frędzle, nazwane przez ortodoksyjnych Żydów Europy Wschodniej cycesami, przypominają noszącemu je o obowiązku wypełniania boskich przykazań.
Wytwórstwo cycesów było pierwszą działalnością w Czyżewie, która rzeczywiście przyniosła zysk, bo kupowano je w całej Rosji. Później eksportowano je także do Ameryki i Kanady. Ostatecznie ponad ćwierć ortodoksyjnych Żydów na świecie nosiła cycesy z Czyżewa.
W czasie, gdy urodziła się matka Mali, Ester Doba Saper, z ich produkcji utrzymać się mogło - a szyć je wolno było jedynie mężczyznom - trzydzieści rodzin. Wcześniej, czyli przed 1887 rokiem, klepano tu biedę nawet w porównaniu z innymi sztetlami w okolicy.
"Jedyną cechą wyróżniającą ten sztetl od innych, była jego nędza". Cytat ten pochodzi z czyżewskiej księgi pamiątkowej, tak zwanej "jizkor-buch". Wiele żydowskich wsi i miasteczek, które już nie istnieją, taką posiada. Księga pamiątkowa Czyżewa, wydana piętnaście lat po drugiej wojnie światowej w Tel Awiwie, spisana została przez mieszkańców, którzy przeżyli Zagładę. Biedę oddają też statystyki z tego okresu, z początków XX wieku. W archiwum wojewódzkim w Białymstoku można przeczytać, że w sztetlu mieszkało wówczas tysiąc czterysta dziewięćdziesiąt pięć osób. "Sztetl" w języku jidysz oznacza po prostu niewielkie skupisko miejskie zamieszkane w większości przez Żydów. Z wyjątkiem trzydziestu czterech osób wszyscy mieszkańcy Czyżewa byli Żydami.
Przez długi czas liczba mieszkańców nie rosła, mimo że rodziny były dzietne. Mieszkańcy wyjeżdżali do miast takich jak Łódź i Warszawa - oba leżały na terenie zaboru rosyjskiego - albo emigrowali za granicę przez port w Gdańsku. Śmiertelność wśród dzieci była wysoka, średnia życia niska. Niemal każda poważna infekcja prowadziła do śmierci. Woda w studni była tak brudna, że mogła służyć jedynie do gaszenia niezliczonych pożarów, do których dochodziło w drewnianym miasteczku, gdzie wieczorem jedynym źródłem światła były świece i lampy naftowe.
Czyżewo było ortodoksyjnym sztetlem. Nie licząc paru osób, wszyscy jego mieszkańcy żyli według zasad religii. Miasteczko znało jednak kilka jej odmian. Pod koniec XIX wieku między chasydami a ich przeciwnikami - mitnagdim - zwanymi potocznie litwakami, wybuchł ostry konflikt dotyczący uboju rytualnego. Wygrali go chasydzi. Od tego czasu litwacy z Czyżewa mogli się tylko krzywić, jedząc mięso zwierząt, które według nich nie zostały odpowiednio zabite.
Rodzina Mali była chasydzka. Dziadek pełnił funkcję inspektora szkół religijnych w okolicy. Do kłótni doszło też wśród społeczności chasydzkiej, pomiędzy tymi, którzy za duchowego przewodnika uznawali cadyka z Ger (Góry Kalwarii), a zwolennikami rabina z Aleksandrowa - tak zwanych Aleksanderer. Chasydzkich wyznawców skupionych wokół cadyka z Ger łatwo było poznać po wkładanych do skarpet nogawkach spodni. Rezultatem kłótni było założenie przez obie grupy oddzielnych domów modlitw.
Wszyscy porozumiewali się ze sobą po "żydowsku" - w jidysz - a łamaną polszczyzną z policją, pracownikami poczty, strażakami, urzędnikami państwowymi i katolikami, których liczba w latach trzydziestych wzrosła do około dwustu. Mieszkańcy rozmawiali też po polsku z okolicznymi chłopami, którzy raz w tygodniu odwiedzali miasteczko, by sprzedać na rynku swoje produkty rolne.
Rodzice Mali wzięli ślub w 1905 roku, najpierw w Warszawie, potem w Czyżewie. Mala podejrzewa, że jej matka została wydana za mąż już jako trzynastolatka, ale oficjalny akt ślubu o tym nie wspomina. Ustalony przez dokument z białostockiego archiwum wiek panny młodej to osiemnaście lat, czyli dwa lata więcej niż minimalny wiek pozwalający na zawarcie małżeństwa. Pan młody, Sender Icchak Kizel, miał lat dwadzieścia cztery. W archiwum powiedziano mi, że to możliwe, iż nieoficjalnie dokonano uzgodnień małżeńskich ze swatem już wówczas, kiedy Ester miała trzynaście lat.
Mala twierdzi, że jej rodzice spotkali się po raz pierwszy w dniu zawarcia małżeństwa. O podobnych sprawach akty ślubu nie opowiadają. Mówią za to, kto zapewniał kest, czyli tymczasowe utrzymanie młodym małżonkom, jak również i o tym, kto co wniósł w posagu: szabasowe świeczniki, chanukową lampę, srebrne łyżki, biżuterię i tak dalej. Tradycyjnie kest leżał w gestii rodziców panny młodej i podobnie było w przypadku rodziców Mali. Z tego powodu jeszcze przez dość długi czas rodzice Mali mieszkali w Czyżewie, zanim wyruszyli do Warszawy. Było to na krótko przed pierwszą wojną światową. W pewnym sensie można powiedzieć, że zrobili to w odpowiednim momencie, ponieważ w sztetlu nastały trudne czasy. Po 1918 roku Czyżów znalazł się na terenie Polski, państwa, które po ponad stu dwudziestu latach odrodziło się przy stole negocjacyjnym w Wersalu. Wycofujące się wojsko rosyjskie podłożyło ogień w wielu domach. Spłonęły między innymi fabryka mydła i cztery młyny. Następnie nadeszły oddziały Józefa Hallera, polskiego nacjonalisty o antysemickich inklinacjach. Jego Błękitna Armia obchodziła zwycięstwo nad młodym Związkiem Radzieckim (1919-1921), upokarzając żydowską społeczność i znęcając się nad Żydami, których uznawała za bolszewickich kolaborantów. Hallerowcy bili, kopali Żydów, golili im brody i zmuszali ich do bezsensownej pracy, na przykład do pędzenia bydła z jednej wsi do drugiej. Wielu mieszkańców Czyżewa zginęło pod ich butami. Potem upadła produkcja cycesów. Z przyczyn geopolitycznych odcięty został olbrzymi obszar w Rosji, który był głównym rynkiem zbytu modlitewnych ubrań.
Dopiero w latach trzydziestych społeczność Czyżewa odzyskała swoją dawną liczebność. Z powodu rosnącego w okolicznych wsiach antysemityzmu Żydzi przenieśli się do Czyżewa. Tutaj byli wśród swoich. Jak określają to Amerykanie, circling the wagons - w obliczu zagrożenia ustawienie wozów w okrąg zapewniało im poczucie bezpieczeństwa. I, pozostając przy tej metaforze, ci, którzy stali na straży, rzeczywiście ujrzeli na horyzoncie bizony i Indian. W Czyżewie byli nimi w 1939 roku Sowieci.
To zapomniany aspekt drugiej wojny światowej w wielu częściach świata, ale oczywiście nie w Polsce: najpierw, 1 września 1939 roku, niemiecki Wehrmacht zaatakował kraj od zachodu, a szesnaście dni później zrobiła to samo Armia Czerwona - od wschodu. Mocarstwa dokonały tego za obopólnym porozumieniem. W pakcie, który przeszedł do historii pod nazwą Ribbentrop-Mołotow, a dokładnie w tajnym protokole dodatkowym tego paktu o nieagresji, Hitler i Stalin podzielili między sobą wschód Europy. Zachodnia połowa Polski włącznie z Warszawą dostała się w ręce Niemiec, a wschód (obejmujący wówczas obszary obecnej Litwy, Białorusi i Ukrainy) przypadł Związkowi Radzieckiemu. W tej właśnie części leżał Czyżew.
Niemcy i Sowieci przypieczętowali zwycięstwo wielką wspólną defiladą wojskową w Brześciu Litewskim, na nowej granicy Niemiec i Związku Radzieckiego. W kolejnych miesiącach Sowieci deportowali z zajętych przez siebie terenów ponad trzysta tysięcy mieszkańców, przede wszystkim inteligencję i ziemiaństwo. Selekcji dokonywano dość arbitralnie. W niektórych miastach i wsiach rosyjscy żołnierze aresztowali wszystkie osoby noszące okulary - czyli w ich przekonaniu inteligentów - albo patrzyli na ręce. Tych, którzy mieli gładkie dłonie o delikatnych palcach i zadbanych paznokciach, brali natychmiast, bo nie byli zahartowani pracą fizyczną.
Nieliczni komuniści w regionie mieli pomóc Sowietom zdecydować, kogo powinno się wysłać transportem, a kto zostać. Podobnie było w Czyżewie, gdzie komunistów można było zliczyć na palcach jednej ręki. Komunista równa się ateiście, a czego mógł szukać ateista w ortodoksyjnej osadzie? Jeden z nich - wysoki mężczyzna z wyrazistą szczęką i krótko przystrzyżonymi włosami - był przed wojną nauczycielem w jedynej w okolicy szkole powszechnej. Nazywał się Klar i znany był ze swojego ateizmu, a nie z komunistycznych przekonań, choć jego miłość do dyktatury proletariatu objawiła się już w pierwszych dniach sowieckiej okupacji. Donosił na osoby, z którymi niedawno się przyjaźnił i których dzieci nauczał. Jak wynika z księgi pamiątkowej, wiele osób, które przeżyły wojnę, nawet po latach jednoznacznie wyrażały swoje oburzenie. Jak on mógł?
Prawie dwa lata po Sowietach do Czyżewa weszli Niemcy. W operacji Barbarossa Hitler zamierzał w ciągu jednego lata rzucić na kolana Związek Radziecki. Wehrmacht przemaszerował szybko przez miasteczko, ciepło przyjmowany przez polskich katolików z okolicy. Przy drodze prowadzącej do Czyżewa z zachodu postawili dla Niemców sklecony naprędce łuk triumfalny. Wynika to z raportu podróżującego w tamtych dniach przez rejon białostocki oficera Armii Krajowej - największej polskiej armii podziemnej z typową strukturą dowodzenia: góra otrzymywała rozkazy od rządu na uchodźstwie. W sprawozdaniu spisanym dla przełożonych oficer potwierdził to, czego rząd za granicą się obawiał - że Polacy w tym regionie uważali Niemców za wyzwolicieli. Dalej na wschód, na Litwie, było jeszcze gorzej, twierdził oficer. Właśnie stamtąd wracał.
Początkowy entuzjazm mieszkańców okolic Czyżewa szybko zgasł. Okazało się, że podobnie jak Sowieci, także Niemcy zamierzali zmieść naród polski z powierzchni ziemi. Zmusili oni mieszkańców do pracy na rzecz machiny wojennej, czy to jako chłopa na własnym polu, czy jako robotnika w przemyśle wojskowym Trzeciej Rzeszy na terenach położonych dalej na zachód. Jednak w pierwszych dniach po opuszczeniu okolicy przez komunistów zapanowała ulga. Polacy o antysemickich inklinacjach liczyli na to, że Niemcy porachują się z Żydami. Wielu w okolicy uważało Żydów za kolaborantów, bo niektórzy z nich - ludzie tacy jak Klar - w 1939 roku entuzjastycznie witali Armię Czerwoną. Istniejący mit o tym, że Żyd to komunista, był w latach trzydziestych aktywnie rozpowszechniany przez zwolenników Narodowej Demokracji, a Niemcy dali tej propagandzie wolną rękę. Członek AK napisał w swoim raporcie, iż "[w]rogość do Żydów jest tak wielka, że miejscowa ludność nie wyobraża sobie, aby w przyszłości mógł nastąpić normalny stosunek do Żydów"[13].
W Czyżewie oficer nie spotykał już żydowskich mieszkańców. Część z nich uciekła z Armią Czerwoną, inni, jak dowiedział się od miejscowych chłopów, "zniknęli" na drodze między Zarembami a Czyżewem. W pobliżu drogi są jeziorka i rowy. Z późniejszej rekonstrukcji wynika, że ponad dwa tysiące mieszkańców Czyżewa zostało zamordowanych po nadejściu Niemców w okolicach Szulborza Wielkiego. Pojawienie się niemieckich żołnierzy grupa Polaków uznała za sygnał do rozpoczęcia akcji przeciw Żydom, która pod przewodnictwem Niemców przerodziła się w krwawy mord.
Historycy tłumaczą, że trudno dojść prawdy o tym, co rzeczywiście się wydarzyło. W tym samym miesiącu Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa Rzeszy, wydał polecenie nawoływania do pogromów, "nie pozostawiając śladów", tak by ""miejscowe koła samoobrony" nie mogły później powoływać się na rozporządzenia lub udzielone polityczne przyrzeczenia".
Cholewicki, chłop z okolicznej wioski Godlewo Wielkie, którego syna odwiedziłem, poszedł dwa dni po przybyciu Niemców do miejsca, z którego słyszał rozlegające się godzinami strzały. Ujrzał ruszającą się ziemię. Doszedł do wniosku, że to z powodu gazów powstających podczas rozkładu ciał. "Piekielny widok", opowiadał później synowi. Przynajmniej dwoje członków rodziny Mali padło ofiarą tej pierwszej fali mordów, między innymi Frajda Saper - siostra bliźniaczka jej matki.
Czy dzisiaj pozostało coś jeszcze z przedwojennego Czyżewa? Raczej nie. Kilka drewnianych chałup ze spadzistym dachem przypomina atmosferę tamtego okresu, choć większość z nich pomalowana jest na jaskrawe kolory, jakich przed 1941 rokiem mieszkańcy nie używali. Niektóre mają nawet błękitny dach, co nadaje im charakteru budowli z klocków Lego. Bieżącą wodę doprowadzono do wsi dopiero w latach pięćdziesiątych, a niewiele później elektryczność. Istnieje jeszcze malutki rynek, ale obecnie pędzą przez niego samochody: na wschód do Białegostoku albo na zachód do Warszawy. Wciąż stoi kościół: nieproporcjonalny, szeroki, w pastelowej żółci, wyrastający ponad wszystko inne. To jednocześnie jedyny budynek przy rynku pozbawiony reklam czy krzykliwej fasady. Nawet synagoga, która wszystko przetrwała, obwieszona jest reklamami. Banery zakrywają jej ściany z cegły. Z jednego z nich krzyczy słowo "Wipasz!" - jest to nazwa okolicznych zakładów drobiarskich.
W miasteczku stoi też pomnik. Napotykam na niego naprzeciw pomalowanego na niebiesko drewnianego domu pełniącego funkcję poczty, za rogiem dawnego rynku. Składa się na niego ustawiony pionowo granitowy blok z upamiętniającą miedzianą tabliczką. Poświęcony jest "Polakom poległym w walkach o odzyskanie niepodległości naszej ojczyzny". Dotyczy on wcześniej wspomnianej wojny między młodą Rzeczpospolitą Polską a równie niedawno utworzonym Związkiem Radzieckim. Polacy, którzy w niej polegli, nie pochodzili ze sztetla Czyżew. Jak zatem znalazł się ten pomnik, postawiony w 1928 roku, w miasteczku zamieszkanym niemal w całości przez Żydów, których niewiele obchodziło odzyskanie niepodległości przez Polskę? Miejscowy historyk wyjaśnia, że podobne pomniki nie należą do rzadkości w sztetlach tego regionu. Należy je interpretować jako symbole wyborczego zwycięstwa antysemickiej endecji. Stojąc przed lokalami wyborczymi z pałkami w rękach, endecy uniemożliwiali Żydom głosowanie, a znalazłszy się w zarządzie miasteczka, grali w ten sposób mieszkańcom na nosie: "Jesteśmy w Polsce i obnosimy się z polskością. To działa".
W 1940 roku Sowieci zburzyli pomnik i go zakopali, zniszczyć taką masywną konstrukcję jest bowiem niezwykle trudno. W 1981 roku Polacy odnaleźli pomnik i ponownie go postawili.
Ojciec Mali wychował się na Dzikiej, kilka ulic na południe od domu, w którym ona sama spędziła dzieciństwo. Mala uważa, że cała rodzina ojca pochodziła ze stolicy, zapewne dlatego, że wszystkie ciotki, czyli trzy siostry ojca, mieszkały w sąsiedztwie. Dokumenty w archiwach temu przeczą. Matka Sendera pochodziła z Tyszowiec, a ojciec z Krasnobrodu. Oba miasteczka leżą w okolicach Zamościa położonego jakieś dwieście kilometrów na wschód od Krakowa i będącego od wieków ważnym centrum żydowskiej społeczności we wschodniej Europie. Dziadek i babka Mali wzięli ślub w Tyszowcach 8 lipca 1864 roku. Jak na tamte czasy dość późno: oboje mieli dwadzieścia dwa lata, a ze statystyk wynika, że ponad połowa ówczesnych panien młodych nie skończyła dwudziestu jeden lat. Z upływem czasu to się zmieniło, co jest charakterystyczne dla żydowskiego ortodoksyjnego świata, który z dystansu przypominał stojącą wodę, ale w którym w rzeczywistości aż bulgotało od zachodzących zmian.
Bardziej frapujące od widniejącego w akcie ślubu z 1864 roku wieku nowożeńców są ich nazwiska: babka - Kizel, dziadek - Kiessel. Pozwólcie, że wyjaśnię, iż różnica w pisowni została prawdopodobnie wykreowana przez urzędnika stanu cywilnego. Małżonkowie byli zapewne bliską rodziną. Nie stanowiło to jakiegoś wyjątku, podobnie jak skłonność urzędników, by w podobnym przypadku zmieniać pisownię nazwisk. Pracownik archiwum widzi potwierdzenie tej hipotezy w nazwisku dzieci, które urodziły się z tego małżeństwa. Według oficjalnych dokumentów nazywają się Kizel - co było nazwiskiem ich matki, ale przypuszczalnie również ojca. "Jeśli rodzice nie nosiliby tego samego nazwiska, byłoby logiczniej, gdyby dzieci nazywały się Kiessel". Zrozumienie tej myśli zajęło mi nieco czasu.
Pracownik archiwum uważa zresztą, że istotniejszy od nazwisk jest język, w jakim sporządzono dokument: "To musi być jeden z ostatnich aktów ślubu spisanych po polsku". Po stłumieniu kolejnego zbrojnego powstania rosyjskie władze zakazały używania języka polskiego w urzędowych dokumentach. Właśnie w tamtym roku. I rzeczywiście, kiedy czterdzieści lat później syn Kizelów, czyli ojciec Mali, się żenił, urzędnik posługiwał się rosyjskim.
Czego można się dowiedzieć z dokumentu po polsku? Tego, że ojciec dziadka już nie żył. Że matka utrzymywała się z pracy fizycznej na polu będącym własnością rodziny Głogowskich, w których rękach do 1944 roku znajdowało się miasteczko Tyszowce. Matka był córką handlarza zbożem, o tym wspominał akt ślubu. "Handlarz" nie jest może odpowiednim określeniem: skupował on ziarno od okolicznych chłopów, mełł je w najbliższym młynie, a mąkę sprzedawał z domu mieszkańcom swojej wsi.
Dokument stwierdza ostatecznie, że podczas zawierania małżeństwa ze względu na "niedostateczną ilość mienia" notariusz nie był obecny.
-
Miasteczko Tyszowce, z którego pochodził dziadek - choć nie aż tak marne jak Czyżew - nie było duże. Oprócz żydowskiej przeszłości miało też polską historię, która sięgała średniowiecza. Leżało przy szlaku handlowym i było na tyle atrakcyjne, aby je kilkakrotnie zrabować i zniszczyć: około 1500 roku dokonali tego Tatarzy, sto kilkadziesiąt lat później Szwedzi i parę razy Kozacy. Za każdym razem je odbudowywano. W XVIII wieku Tyszowce zasłynęły z produkcji butów z cholewami, tak zwanych tyszowiaków, które miały jedną praktyczną cechę: prawy i lewy but były identyczne. Tymczasem życie żydowskiej społeczności rozkwitało dzięki niejakiemu Janowi Mierowi, nowemu właścicielowi wsi i jej okolicy, który zachęcał Żydów do osiedlania się, kusząc specjalnymi przywilejami. Potrzebna mu była klasa średnia: kupcy oraz ludzie, którzy mogli ściągać podatki od okolicznych chłopów. Żydzi doskonale się do tego nadawali, bo w przeciwieństwie do polskich chłopów pańszczyźnianych zawsze umieli czytać (choć niekoniecznie pismo używane lokalnie). Żydowscy rodzice niezmiennie uczyli tego swoje dzieci, nawet w najmroczniejszych okresach historii "ludu Księgi", bo osoba, która nie potrafi sama zgłębić świętych pism, nie może brać udziału w życiu religijnym. Inaczej mówiąc, jedynie człowiek, który umie czytać, może być Żydem.
W świecie ortodoksyjnych Żydów Tyszowce stały się sławne z powodu pewnego zatargu. Jego historia sięga 1881 roku, kiedy to chasydzi zarzucili miejscowemu rabinowi, który był litwakiem, że zbyt drogo sprzedaje koszerne mięso. Tego oskarżenia pozostali mitnagdim nie zamierzali puścić płazem. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, aż rok później doszło do bijatyki, podczas której wybito wszystkie szyby w domu bożym. Do zaprowadzenia porządku trzeba było wezwać rosyjskich żołnierzy. Chasydzi donieśli następnie rosyjskim władzom na rabina, który miał pomagać uchylającym się od służby wojskowej w ucieczce do monarchii habsburskiej rozpoczynającej się zaledwie kilka kilometrów na południe od Tyszowiec. Rosjanie zbadali sprawę, jednak nie znaleźli dowodów tego przestępstwa. Chasydzi musieli więc sięgnąć po inne środki, żeby pozbyć się rabina. Wciąż nie wiadomo, jak im się to udało, ale rabin w końcu zniknął ze sztetla, a jego funkcja przez dziesiątki lat pozostawała nieobsadzona. To właśnie w tamtym okresie rodzice Sendera opuścili miasteczko. Przeprowadzili się do Warszawy, wówczas dużego miasta na zachodzie rosyjskiego imperium.
Kto obecnie spaceruje po Tyszowcach, napotyka przede wszystkim tanią murarkę z lat pięćdziesiątych i peerelowską kostkę stawianą na wsi od lat sześćdziesiątych. Na większości domów umocowane są zardzewiałe na brzegach białe anteny satelitarne. Zarówno po pierwszej, jak i po drugiej wojnie światowej miasteczko trzeba było odbudować. Za drugim razem bez Żydów, którzy już nigdy tutaj nie powrócili, mimo że część z nich przeżyła Zagładę w głębi Rosji. Żołnierze Armii Czerwonej zaproponowali Żydom we wrześniu 1939 roku - na krótko po aneksji Tyszowiec i niedługo przed przekazaniem miasteczka, zgodnie z umową zawartą przez oba mocarstwa, Niemcom - by ruszyli z nimi na wschód. Z pozostałych w miasteczku tysiąca trzystu Żydów Niemcy pozostawili przy życiu jedynie tych, których uznali za zdolnych do pracy w obozie na brzegach Huczwy - podobnie jak Brok dopływu Bugu. Do października 1942 roku mieli oni utwardzić brzegi rzeki i uczynić ją spławną. Następnie furmankami zostali przewiezieni trzydzieści kilometrów na południe do obozu zagłady w Bełżcu.
Obecnie liczba mieszkańców wynosi około trzystu pięćdziesięciu osób, czyli mniej niż jedną dwudziestą populacji miasteczka w 1939 roku. Na dawnym rynku wyrósł park. Głowa wsi, sołtys, potwierdza, że największą atrakcją Tyszowiec jest cmentarz.
Mala wychowywała się w rodzinie liczącej ośmioro dzieci. Przyszła na świat jako szósta i była tylko o dziesięć miesięcy starsza od młodszego brata. Po dwóch latach urodził się jeszcze jeden chłopiec, Meir. Matka umarła, mając czterdzieści siedem lat, wkrótce po ósmych urodzinach Mali. Mala pamięta poczucie zdezorientowania: Gdzie podziała się mama? Po pogrzebie rozpytywała, dlaczego mama nie wróciła do domu. "Wszyscy płakali, ale nikt mi nie wytłumaczył, co rzeczywiście się stało".
Matkę zastąpiły siostry i ciotki. Biorąc pod uwagę nędzę panującą w żydowskiej dzielnicy w Warszawie, Kizelom nie powodziło się źle. Mieszkali na piętrze, córki spały w jednym, a synowie w drugim pokoju. Choć nie mieli ciepłej wody ani łazienki, ojciec był w stanie opłacić dwie pomoce domowe. "Polska pomoc przychodziła do nas cztery razy w tygodniu, a żydowska - dwa" - wspomina Mala.
To sformułowanie zastanawia. Poprawnie należałoby rozróżniać między katolicką a żydowską pomocą domową, jednak w latach trzydziestych mówiło się o Żydach i Polakach, tak jak robią to obecnie Mala i ludzie w Polsce. Dziennikarka Anna Bikont tłumaczy: "Tutaj jest się albo Żydem, albo Polakiem". Próbuje się temu przeciwstawić, bo sama uważa się za Polkę i Żydówkę - za polską Żydówkę. Uważa tak od czasu, kiedy po trzydziestce odkryła, że jej matka jest Żydówką. Matka Bikont przetrwała wojnę dzięki Aryjczykowi, który zapewnił jej fałszywe papiery. Tych dwoje zakochało się w sobie, wzięło ślub i postanowiło oszczędzić dziecku życia jako żydowskiej osobie w Polsce. Bikont nie zaakceptowała ich decyzji i będąc świadoma swojego pochodzenia, chce być zgodnie z nim zaliczana do polskich Żydów. Podczas ostatniego spisu ludności odkryła, jakie to trudne. "Żeby postawić krzyżyk przy "Żyd", musiałam najpierw odpowiedzieć przecząco na pytanie, czy jestem Polką. Wówczas mogłam wybrać z listy obejmującej Ukraińców, Niemców, Białorusinów i jeszcze kilka narodowości. Inaczej mówiąc: Żyd uważany jest w Polsce wciąż za narodowość".
Powróćmy do polskich i żydowskich pomocy domowych u Kizelów, które będę nazywać dla ułatwienia zgodnie z duchem tamtych czasów. Mala tłumaczy, że ojciec bardziej ufał polskiej niż żydowskiej pomocy, bo ta pierwsza lepiej znała kaszrut, czyli żydowskie prawa dotyczące żywności, i pilnowała, żeby dzieci nie łamały tych zasad.
Ojciec prowadził w domu przy ulicy Miłej 21 cheder. Z okien widać było kamienicę pod numerem 18, adres zasłynął później z tego, że w kwietniu 1943 roku w zabarykadowanych ruinach tego domu aż do końca walczyli ostatni bojownicy skazanego na niepowodzenie powstania w getcie. Ulica ta prawie cztery lata wcześniej legła w gruzach na skutek bombardowania Warszawy będącego częścią bliztkriegu. Zginęły wówczas co najmniej dwadzieścia dwa tysiące mieszkańców, siedemdziesiąt razy więcej niż podczas bombardowania Rotterdamu w maju 1940 roku i tyle samo, ile w niesławnym bombardowaniu Drezna przez aliantów w lutym 1945 roku.
Przed bombardowaniem ulica Miła zabudowana była wysokimi, stojącymi ciągiem kamienicami, w większości pięciopiętrowymi z dużymi podwórzami, gdzie bawiły się dzieci i wywieszano pranie. Na końcu ulicy rozciągał się plac Muranowski, gdzie odbywał się targ.
Nazwa szkoły ojca brzmiała Grodzisker Klojz. "Grodzisker" odnosił się do wywodzącego się z chasydzkiego rodu z Grodziska, sztetla niedaleko stolicy, rabina, którego uczniem był ojciec Mali. "Klojz" to w języku jidysz określenie domu nauki. W niezliczonych gazetach w jidysz, które wychodziły w latach dwudziestych i trzydziestych, znajduję dwie informacje o szkole. Z pierwszej wynika, że dwa lata po śmierci żony Sender wpadł w finansowe tarapaty. Groziła mu nawet eksmisja i wyprzedaż majątku. Mala tego nie pamięta. Kilka dni później inna gazeta podawała, że problem został rozwiązany. Nigdzie nie napisano, w jaki sposób.
Mala przypomina sobie, że przez szkołę ojca w domu nigdy nie było cicho. Uczniowie czytali na głos od wschodu do zachodu słońca, przerywając jedynie na czas lekcji z nauczycielem. Mala pamięta jak przez mgłę obecność pilnujących. Przypisani oni byli do każdego domu nauki, zwanego inaczej jesziwą. Sprawdzali, czy uczniowie się nie obijają i czy nie przemycają do środka wolnomyślnej literatury, na przykład powieści albo innej lekkiej rozrywki. Gazety również były nieodpuszczalne. "Gazety miały zły wpływ na nas, ortodoksyjnych Żydów. Mieliśmy się modlić, modlić i jeszcze raz modlić. Tak mnie uczono" - wyjaśnia Mala.
Książki były jednak obecne w domu. Noam Silberberg z Żydowskiego Instytutu Historycznego imienia Emanuela Ringelbluma odnalazł nazwisko Sendera Kizela w hebrajskich książkach - studiach teologicznych wydanych z pomocą ojca Mali. Gdy tylko wystarczająco dużo osób zebrało pieniądze na publikację, mogły one dokonać subskrypcji. Przy odpowiedniej liczbie subskrybentów, a więc i funduszy, wydawano księgę z zamieszczonymi z tyłu nazwiskami donatorów - był to crowdfunding avant la lettre. W domu półki z książkami sięgały od podłogi do sufitu. Mala ma jeszcze przed oczami ten obraz: "Ojciec używał drabinki, żeby dosięgnąć książek, które mu były potrzebne".
W przeciwieństwie do Żydów w sztetlach ortodoksyjnym rodzicom w Warszawie nie udawało się odseparować życia, jakiego sobie życzyli dla swoich dzieci, od pełnego wrzawy i zmieniającego się świata za progiem domu. Mimo że próbowali. Dochodziło przez to do pokoleniowych konfliktów między ojcami a synami. Córki nawracały się na katolicyzm i uciekały z domu z przystojnym polskim oficerem albo porzucały bogobojne życie, żeby śpiewać, tańczyć lub zająć się aktorstwem w kwitnącym przemyśle rozrywkowym stolicy, w której wszystko znajdowało się w ruchu. Zdarzało się, że rodzice decydowali się z tego powodu na oficjalną żałobę, tak zwaną sziwę. Ponosząc tak wielką ofiarę - ogłaszając śmierć odstępczyni - mieli nadzieję, że pokonają wstyd i naturalny porządek powróci. Komu nie brakowało talentu do samooszukiwania się, wierzył, że coś takiego było możliwe.
Wzrost popularności endeków i ich przemoc wobec Żydów szły - paradoksalnie lub nie - w parze z rozkwitem żydowskich partii politycznych, klubów kulturalnych i miejsc rozrywki, podobnie jak z rosnącą liczbą pisarzy i poetów, którzy mogli swobodnie wybrać jeden język spośród dostępnych im trzech: hebrajskiego, jidysz i polskiego. Szczególnie publikacje w języku jidysz odnotowały gwałtowny przyrost. Zawarte w nich opinie skupiały się na tym, co obecnie określa się mianem polityki tożsamości: Kim jesteśmy? Jaka jest nasza rola w społeczności? Jak my i inni mamy ją wypełniać?
Z artykułów, które pojawiały się w dzieciństwie Mali, wynika, że Żydzi w Polsce widzieli przed sobą trzy możliwości: wyjazd z kraju, asymilację, czyli dostosowanie się do kultury polskiej większości, lub pozostanie tym, kim byli, czyli Żydami. Każda z opcji występowała w przeróżnych wariantach. Bo czy asymilacja oznaczała porzucenie własnej religii i języka, czy również nawrócenie się na katolicyzm? Czy Żydom wypadało wyemigrować do Ameryki i Niemiec, czy tylko do Erec Israel? Kolejne pytanie: Czy pozostanie tym, kim się jest, oznaczało pełne stosowanie się do żydowskich tradycji i zwyczajów, które powstawały przez wieki na polskiej ziemi?
Dla mężczyzn takich jak ojciec Mali odpowiedź na powyższe pytania nie była zbyt skomplikowana. Zwyczaje, tradycje i przekonania religijne, które pielęgnował również jego ojciec, nie tylko nadawały kształt istnieniu Żydów, ale były jego esencją. Dla Wysokiego Sendera było to tak oczywiste, że nie zauważył, jak dzieci zmieniały się pod jego nosem, jak same próbowały ułożyć sobie życie inaczej, niż nakazywała to tradycja. Weźmy na przykład starszą siostrę Mali, Mirę. Ojciec nie pozwolił jej pójść do szkoły średniej. Wystarczyło, że córka umiała pisać w jidysz. Kobiety miały rodzić dzieci i troszczyć się o męża. Dobra żona dbała też o satysfakcję i szczęście w małżeństwie, nie traktowano tego jednak jako wymogu, ale postrzegano jako bonus. Mira miała na ten temat inne zdanie. Chciała studiować i za plecami Wysokiego Sendera skończyła szkołę, która umożliwiała jej podjęcie studiów na uniwersytecie. Zarabiała na czesne, pracując, nieraz aż do późnej nocy. Obsługiwała maszynę, za pomocą której haftowała poszewki na poduszki i pościel.
Trudno sobie obecnie wyobrazić, jak tego praktycznie dokonać: chodzić do szkoły bez wiedzy ojca. W tym przypadku jej płeć była zaletą. Wysoki Sender nie zwracał na córki tyle uwagi, ile na synów. Jak mówi Scharf, nasz przewodnik po świecie, który przeminął, swoją ambicję rodzice kierowali na chłopców. Dlatego też świadczyło o dużym sprycie Azriela, najstarszego syna w rodzinie, że udało mu się osiągnąć to samo co siostrze. Wysoki Sender, który liczył na to, że wszyscy jego synowie zostaną rabinami, znawcami Talmudu o stopień wyżej w religijnej hierarchii niż on sam, szczególną nadzieję pokładał w tym mądrym chłopcu. Sender i Ester wydali majątek - Sender sam to przyznawał - żeby jeździć z chorowitym synem od lekarza do lekarza, nawet do samego Wiednia. Ponadto zapłacili dużą sumę, żeby wykupić Azriela ze służby wojskowej. Ukochany syn jednak nie czuł powołania i zapisał się potajemnie do szkoły technicznej.
To nie ojciec ani matka go na tym przyłapali, tylko Mala. Znalazła w domu paczkę z nieżydowskim ubraniem, które brat wkładał przed wejściem do szkoły, i go z tym znaleziskiem skonfrontowała. Miała wówczas jedenaście lat, on - dwadzieścia parę. Azriel przyznał się do wszystkiego. Opowiedział, że zaczęło się od dorywczej pracy w fabryce. Poprosił Malę, żeby o niczym nie mówiła ojcu.
Chętnie mu to obiecała. W rodzinie już i bez tego zdarzały się liczne spięcia. Mali z trudem przychodzi podanie przykładów. No, może jedna, drobna kwestia, która jednak na zawsze zapadła jej w pamięć. Azriel wrócił od domu z tortem czekoladowym w kształcie Wielkiej Synagogi na Tłomackiem. "Azrielowi tort niezwykle się podobał i spodziewał się, że my też się z niego ucieszymy. Był poza tym smaczny. Rodzice jednak zareagowali irytacją. Stwierdzili, że tak przecież nie można: nie powinno się jeść synagogi. Tort pozostał nienapoczęty". Mala przypomina sobie jeszcze jedno zajście, nieco później, z rudawym nastolatkiem z Czyżewa. Chłopiec został wysłany przez rodziców ze sztetla do Wysokiego Sendera. U niego mógł kontynuować studia talmudyczne, a jednocześnie poprawić swoją postawę, która - tak jak u większości chasydów - była do niczego. Tutaj należy się pewne wyjaśnienie. Synowie chasydów od wczesnego dzieciństwa otrzymywali nauki. Gdy tylko zaczęli mówić, uczyli się od matki pobożnych błogosławieństw, następnie przechodzili na kolana ojca, który - jeśli był uczonym w piśmie, tak jak Sender - przeważnie siedział w domu pochylony nad książkami. W ten sposób brzdąc zaznajamiał się ze śpiewnym rytmem studiów. Kołysał się razem z ojcem, który, badając tekst, huśtał tułów nieustannie w przód i tył. Po skończeniu trzech lat chłopiec szedł do chederu, przedszkola, w którym chłopcy (dziewczynki nie miały takiego obowiązku) uczyli się hebrajskiego alfabetu i pierwszych modlitw. Chłopak siadał w tej samej pozycji co ojciec, pochylony nad tymi samymi tekstami. O bieganiu po podwórku i zabawach na świeżym powietrzu nie było raczej mowy. Dziecko miało "zich lernen" dziesięć godzin dziennie. "Młody żydowski chłopiec ze sztetla przesiadywał od ósmej rano do szóstej wieczorem pięć dni w tygodniu i przez połowę piątku w domu nauczyciela w niewielkim, często zatęchłym i nędznie umeblowanym pokoju, w którym tłoczyło się piętnaścioro czy dwadzieścioro dzieci w różnym wieku"[14] - pisał Scharf.
"Wielu chasydom wyrastał garb od tej nauki, jednak przypadek tego chłopca był wyjątkowo ciężki: już jako nastolatek przypominał staruszka" - opowiada Mala. Jego rodzice z Czyżewa byli świadomi, że coś należy zrobić, wysłali zatem ucznia jesziwy do rodziny kuzynki Estery w dużym mieście. Jej mąż, Wysoki Sender, miał kuzyna, który był nauczycielem gimnastyki. Poza tym ów Sender był głęboko religijnym człowiekiem, dlatego mogli z czystym sumieniem umieścić u niego syna. Sender miał własne zamiary względem chłopca. Żywił nadzieję, że ten pobożny chłopak z Czyżewa przekaże coś ze swojej głęboko zakorzenionej wiary niezbyt pobożnemu kuzynowi sportowcowi. Tak się jednak nie stało. Chłopiec nie był widocznie aż tak mocno przekonany o Bożej wszechmocy, jak nauczyciel o Bożej nieobecności. I w przeciwieństwie do synów Wysokiego Sendera rudawy chłopiec nie próbował ukrywać swoich wątpliwości dotyczących wiary. Po każdej lekcji gimnastyki niepokoił Sendera pytaniami. Było coraz gorzej. Sender uznał, że chłopiec zaczął się staczać, i wysłał rodzinie w Czyżewie telegram. Mala nie wie, co dokładnie w nim napisał. Pamięta jednak reakcję, jaka nadeszła ze sztetla: "Wciąż mam to przed oczami. Nagle w drzwiach wyrósł wysoki mężczyzna z długą siwą brodą. Wyglądał na wściekłego. Chłopak siedział przy stole, a ja robiłam coś innego, nie pamiętam co. Mężczyzna prędko zbliżył się do syna, z całej siły uderzył go otwartą dłonią, podciągnął w górę i zabrał ze sobą. Nie padło przy tym ani jedno słowo". Ojciec zabrał syna z powrotem do Czyżewa - nieważne, że wciąż zgarbionego i nieruchawego. "Już nigdy więcej go nie zobaczyłam" - kończy opowieść Mala.
Mala mówi, że z pewną rzewnością wspomina to zdarzenie, bo lubiła nauczyciela gimnastyki, Dawida Rosenblatta, a wprost uwielbiała matkę, ciotkę Surele, siostrę ojca. Sympatia ta była wzajemna. Surele nazywała Malę "Mameszi", bo matka Surele na łożu śmierci miała przepowiedzieć narodziny "dziewczynki z moją duszą". Nieprzypadkowo Mala dostała imię po tej kobiecie, swojej babce ze strony ojca, czyli Mali Rywce Kizel.
Ciotka Surele mieszkała przy ulicy Nowolipki 51a, pięć ciągów kamienic w stronę starego centrum. Jako mała dziewczynka Mala często tam chodziła, a Surele zajmowała się jej pielęgnacją. "Myła mi głowę, czego w domu nikt nie robił". Mala nie mogła opowiadać o tych wizytach u siebie w domu, bo tam ciotką pogardzano. Matka Mali jej nie lubiła. Według niej Surele nie wychowywała dzieci wystarczająco pobożnie, i co gorsza, nie mówiła o tym prawdy. Pod naciskiem matki ciotkę Surele zaczęto bojkotować. Bo wszędzie czyhało niebezpieczeństwo sekularyzacji. Dowodem na to była starsza siostra Mali, która nawet dotkliwiej niż ciotka Surele i jej wysportowany syn skonfrontowała swoich rodziców z rzeczywistością. Siostra Mali, Sure - nie mylić z Surele - była podobnie jak Mala blondynką. I - podobnie jak Mala - mówiła po polsku niemal bez akcentu, czego również nauczyła się w szkole, którą skończyła bez wiedzy rodziców lub przy ich całkowicie obojętnym nastawieniu. Odniosła społeczny sukces. Prowadziła własny żłobek. Pewnego dnia zakochała się w Henryku Tragerze, mężczyźnie ze zasymilowanej rodziny, który nie rozumiał ani słowa w jidysz. Wówczas zainterweniował ojciec. Zamknął córkę na miesiąc w domu. To, że córka miałaby nie wyjść za chasyda, było straszne; nawet nieortodoksyjny Żyd był złem, a co dopiero Żyd niewierzący i całkowicie pozbawiony szacunku do własnej kultury!
Podczas gdy Sure przebywała w domowym areszcie, do Sendera pukały jej klientki, matki małych dzieci, z pytaniem, gdzie jest przedszkolanka. Ojciec nie otworzył im drzwi.
Po osiemdziesięciu latach Mala nie potrafi ocenić, czy ojciec sądził, że miesiąc bez ukochanego rozwiąże problem, czy może kara była jedynie wyrazem paniki i bezsilności. Pamięta jednak, że potajemnie zanosiła siostrze listy od Heńka. "Płacił mi za to. Po czterech tygodniach ojciec wypuścił Sure. Powiedział, że nie dostanie posagu".
Choć tę bitwę wygrał, wojnę przegrał. Wola Sure okazała się niezłomna.
Odegrał przy tym rolę łut szczęścia. Kuzyn matki, który był przemysłowcem, zgromadził w Berlinie fortunę. Powrócił do Polski, ponieważ jesienią 1938 roku naziści wydalili za granicę wszystkich Żydów z polskim obywatelstwem, łącznie siedemnaście tysięcy. Polska nie była chętna na ich przyjęcie, dlatego większość z nich została osadzona w obozie przejściowym w Zbąszyniu, wspomaganym przez międzynarodowe organizacje żydowskie. Życie w nim było trudne. Producent szczotek z Berlina, kuzyn matki, miał wystarczająco dużo pieniędzy, aby go uniknąć. Wprowadził się do Bristolu, najelegantszego hotelu w Warszawie - kremowego neorenesansowego budynku uwieńczonego glorietą, położonego przy Krakowskim Przedmieściu, szerokiej i długiej ulicy, która prowadzi od leżących wcześniej poza miastem siedemnastowiecznych pałaców królewskich do średniowiecznego centrum. Według Mali kuzyn matki był zawsze ubrany w biały garnitur. Lubił Sure i chętnie opłacił jej ślub. Znalazł też dla niej i jej zasymilowanego, niewierzącego męża mieszkanie. Zapłacił za nie czynsz za dwa lata z góry i całkowicie je wyposażył, jak twierdzi Mala, "aż po szczoteczki do zębów". Temu majętnemu członkowi rodziny udało się nawet przekonać Sendera, że ślub tych dwojga da się przeboleć.
Poza tym okazało się, że z mężem Sure można się dogadać. Gdy Sender szedł w piątek do synagogi, chciał, by towarzyszyli mu wszyscy synowie i zięciowie. Niewierzący Henryk się zgodził. Teść dał mu modlitewną chustę, którą w synagodze należało okryć głowę i ramiona - i Trager rzeczywiście ją nosił.
Właściwie jedynie Alter odpowiadał wyobrażeniom ojca. Był zaledwie o kilka lat starszy od Mali i w rok po wybuchu wojny, w wieku dziewiętnastu lat, został rabinem. Mala pamięta go jako wysokiego, przystojnego blondyna. Alter ściśle przestrzegał zasad religijnych. "Nigdy nie podał mi na przykład bezpośrednio klucza do ręki. Kładł go na stole, tak by mnie nie dotknąć. A przecież to była ręka jego małej siostry!" Nawet po osiemdziesięciu latach Mala nie może z tego powodu przestać się dziwić.
Aby zrozumieć konflikty w żydowskim świecie lat trzydziestych, warto wziąć pod uwagę, że z perspektywy Sendera, Altera i innych chasydów ślubu, znajomych, szkoły i wizyt w kinie nie można było oddzielić od zdominowanego przez studia nad Torą życia. Nie chodziło tutaj o przeciwstawienie studiów codziennemu życiu, choć tak to było odbierane, również przez Malę. Kwestie halachistyczne, inaczej mówiąc, wszystko to, co ma związek z odpowiednim trybem życia, jest omówione w Talmudzie, w którym zawarte są decyzje podjęte przez ponad dwa tysiące nauczycieli z następujących po sobie rodów. Procedura jest ustalona. Po przestudiowaniu licznych stanowisk uczeni podejmowali ostateczną decyzję, również w odniesieniu do zasad wierności i miłości. "Halacha" oznacza dosłownie "iść, wędrować". Innymi słowy: duża część religijnej literatury żydowskiej poświęcona jest relacjom międzyludzkim, konfliktom małżeńskim, tradycjom rodzinnym i kwestiom wychowania. Nawet jeśli Sender wydawał się młodszym pokoleniom oderwany od świata, sam się z pewnością jako taki nie postrzegał. Uważał, że zna się na ludzkich relacjach właśnie dlatego, że całymi dniami sterczy nad świętymi pismami. A ostateczny charakter decyzji uczonych odbierał mu wolność własnych sądów - możliwość stwierdzenia, że co czasy, to obyczaje. Dodatkowym problemem jest to, że w Torze okresy historyczne nie następują po sobie chronologicznie. Odpowiedzi na pytania, którymi zajmuje się pismo, pochodzą ze wszystkich okresów, podobnie jak zamieszczony przy nich komentarz. Teraźniejszość i przeszłość wzajemnie się przenikają, albo - mówiąc precyzyjniej - tworzą jedność. Ponownie zacytuję tutaj Scharfa: "Student jesziwy bierze udział w dyskusji między Hillelem a Szamajem, dwoma żydowskimi autorytetami prawno-religijnymi z początku naszej ery; następnie studiuje stanowisko nauczyciela z XVII wieku, by ostatecznie sformułować własne niezależne stanowisko, które przez innych uczniów może zostać albo ośmieszone albo przyjęte z uznaniem"[15].
Jeśli chodzi o szkołę Mali, to Talmud zobowiązywał Wysokiego Sendera do przestrzegania miejscowego prawa. A ono mówiło, że każde dziecko, a zatem także to ze społeczności posługującej się jidysz, od siódmego roku życia ma uczęszczać do szkoły uznanej przez władze. Do której szkoły miała pójść Mala? Jej siostra, Mira, słyszała, że dwa lata wcześniej otwarto "szkołę przypominającą pałac", w dodatku tuż za rogiem. Została ona założona za pieniądze ze spadku po filantropie, adwokacie i znawcy polskiej literatury, Leopoldzie Méyecie, który zmarł w 1912 roku. Szkoła, będąca w jego duchu idealistycznym, wielokulturowym projektem, została świadomie otwarta w biednej dzielnicy. Méyet był jednym z polskich Żydów, którzy próbowali zasypać przepaść między kulturą w jidysz i kulturą polską, które to obie ucierpiały z powodu rosyjskich represji. Nie propagował asymilacji, ponieważ nie chciał wypierać się swoich żydowskich korzeni, był jednocześnie polskim nacjonalistą - połączenie to nie było niczym niespotykanym w XIX wieku, kiedy to polscy nacjonaliści walczyli przede wszystkim z zaborcami, a nie z "obcymi elementami" we własnych szeregach. Nacjonaliści mogli być anarchistami, socjalistami, Żydami, katolikami i tak dalej. Méyet rozumiał nacjonalizm przede wszystkim jako sposób na uczynienie z prostych katolików, Żydów, Niemców, Łemków, Białorusinów oraz innych mniejszości równoprawnych, wyedukowanych obywateli polskiej republiki, która miała powstać. Z jego pism wynika, że chodziło mu o podniesienie standardu życia, zwalczanie analfabetyzmu i propagowanie polskiej literatury.
Czesne w szkole było niskie, a dla dzieci biednych rodziców nauka była nieodpłatna. Dyrekcja zapewniała też ubrania. Wszyscy uczniowie otrzymywali darmowy posiłek. Mala pamięta salę teatralną, salę gimnastyczną a w szczególności prysznice z ciepłą wodą: "Dzięki nim byłam zawsze w domu jedyną czystą osobą".
Wielokulturowy idealizm nie oznaczał jednak, że szkoła była mieszana w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Żydowskie i katolickie dzieci chodziły do tej samej szkoły, w której wszyscy nauczyciele wyznawali mniej więcej te same ideały. Uczniowie nie uczyli się jednak w tych samych klasach. Oddzielne były klasy dla dzieci żydowskich i katolickich. We wszystkich nauczano tego samego programu, a nacisk kładziono na język, literaturę, historię Polski i rachunki. Żydowskie dzieci otrzymywały dodatkowo lekcje hebrajskiego, żydowskiej kultury i historii, a katolickie - lekcje katechezy.
Ze względu na to, że Mala została późno zapisana (przez siostrę), a szkoła cieszyła się większą popularnością wśród dzieci żydowskich niż katolickich (leżała przecież w dzielnicy, w której przeważali żydowscy mieszkańcy), trafiła do klasy katolickiej. Należała w niej do nielicznych żydowskich uczniów. "I jako jedyna pochodziłam z rodziny ortodoksyjnej".
Była to piękna szkoła, o sympatycznych założeniach, jednak według Mali nie spełniała ideałów Méyeta. Na przerwach dzieci katolickie i żydowskie biły się ze sobą. Los żydowskich dzieci, takich jak Mala, w klasach katolickich był w tym wielonarodowościowym projekcie szczególnie ciężki: "Żydowskie dzieci rzucały w nas kamieniami, a koledzy i koleżanki z klasy popychali nas, żebyśmy się przewrócili na śniegu".
Mala poprosiła, żeby nazywać ją Marylką, mając nadzieję, że mniej jej będą dokuczać. "Nie na wiele się to zdało". Mocno dała się jej we znaki przede wszystkim dziewczynka o imieniu Jadwiga. W klasie siedziała w ławce za Malą i ciągnęła ją za warkocze. "Bez przerwy. Pewnego razu tak bardzo się zdenerwowałam, że uderzyłam ją ręką w twarz. Na szczęście siedziała na krześle, bo była ode mnie dużo większa. W klasie zapadła cisza, wszyscy byli zdumieni. Jak ja - Żydówka - śmiałam spoliczkować nieżydowską dziewczynkę? Dzieci poszły się namówić, co ze mną zrobić. Okropnie się bałam".
Następną lekcją była religia prowadzona przez księdza. Zwykle wypuszczał wtedy żydowskie dzieci, tym jednak razem kazał Mali i Jadwidze, żeby zostały. "Strasznie się obawiałam księdza, bo Żydom dostawało się od katolików przeważnie w niedzielę, po mszy. Siedziałam na krześle, trzęsąc się ze strachu, nie wiedząc, co mnie czeka. Ksiądz przywołał mnie do siebie i zapytał: "Moje dziecko, dlaczego ją uderzyłaś?". Byłam zaskoczona, że powiedział do mnie "moje dziecko". I że był taki miły. Opowiedziałam, co się wydarzyło, i że Jadwiga ciągle mi dokucza. Jadwiga się przyznała. "Ona jest przecież Żydówką"? - to była jej odpowiedź na pytanie księdza, dlaczego mnie dręczy. Ksiądz odpowiedział: "Wszyscy jesteśmy Bożymi dziećmi. Powinniśmy się wzajemnie kochać". Kazał nam dać sobie wzajemnie buziaka, co też zrobiłyśmy. A ja odkryłam po raz pierwszy, że księża wcale nie muszą być tak okropni, jak mi się wydawało".
Mala pokochała szkołę i to uczucie okazało się odwzajemnione. "Byłam dobrą uczennicą, choć w domu nikt nie interesował się moimi dobrymi świadectwami, a już na pewno nie ojciec. Nigdy nie dostałam od niego książki ani zeszytu. Już jako siedmiolatka wiedziałam, że sama muszę o wszystko zadbać". Samodzielnie znalazła więc pracę - przy pakowaniu czekoladek. W wieku siedmiu lat! Później pomagała przy sortowaniu owoców w sklepie na końcu ulicy przy placu Muranowskim. Mając dziesięć lat, udzielała korepetycji z matematyki. Dzięki szkole odkryła poezję i literaturę. "Nasz dom był wypełniony książkami. Wszystko to były pisma religijne, dla dziewczynki nie znajdowało się tam zbyt wiele interesujących rzeczy. Pożyczałam więc polskie książki od moich kolegów i koleżanek z klasy. Uwielbiałam to. Kiedy bracia z ojcem zagłębiali się w żydowskich naukach, ja czytałam w napięciu historie o złych macochach i niespełnionych miłościach. Nigdzie nie wybierałam się bez książki. Lubiłam opowiadania, powieści, a przede wszystkim wiersze. Kilkudziesięciu z nich nauczyłam się na pamięć i potrafiłam je wyrecytować".
Bracia patrzyli z pogardą na takie ilości sekularnej albo, co gorsza, katolickiej sieczki. Odstręczała ona szczególnie brata Altera. Czego Mala szukała w katolickiej szkole? Regularnie wyrażał swoją niechęć. "Kiedy zastał mnie kiedyś przy odrabianiu lekcji, zgarnął łokciem wszystkie książki ze stołu i powiedział: "Aweg mitn kościół!" - precz z tym Kościołem! Poskarżyłam się ojcu, na co Alter jeszcze bardziej się rozzłościł i powiedział do ojca: "Przekonasz się, że ona pewnego dnia nawróci się na katolicyzm"".
Postawa Altera nie stanowiła wyjątku. Herszel Zimmermann przeżył wojnę i wspominał później swoją młodość, która przypominała młodość Altera. Na łożu śmierci w Miami opowiadał żonie, jakim wstrętem napawali go - ucznia szkoły średniej - katolicy, z którymi od jedenastego roku życia musiał obowiązkowo chodzić do jednej szkoły, bo w sąsiedztwie nie było żydowskiej szkoły uznawanej przez państwo. Choć bardziej od monotonnej nauki religii w domu rabina lubił skrycie lekcje świeckich przedmiotów, takich jak geografia, historia Polski i polska literatura, publicznie przeklinał nałożoną przez prawo obowiązkową edukację. Katolickim uczniom powtarzał bez przerwy, że żydowski Bóg jest jedynym prawdziwym Bogiem. "W odwecie oni ubliżali nam od morderców Chrystusa". Następnie często zaczynali się ze sobą bić. Zimmermann stwierdza, że symboliczne jest to, jak łatwo nauczycielom było skłócone strony rozdzielić. "Dzięki naszym pejsom, kapeluszom i czarnym kaftanom".
Brat Mali Alter nie mógł wówczas przypuszczać, że Mala przeżyje apokalipsę dzięki temu, że trafiła do katolickiej klasy. Tam, w pałacu przy Okopowej 55a, pedagodzy perfekcyjnie nauczyli ją języka polskiego. Wykuła na pamięć wiersze, dzięki czemu podczas wojny przekonała do siebie niepiśmienne córki polskiego chłopa. W szkole zdobyła też wystarczająco dużo informacji o wierze katolickiej, by później na komendę wyrecytować modlitwy, które znała każda katolicka dziewczynka. Dzięki szkole zyskała pewność siebie pozwalającą jej na przekroczenie progu kościoła. Wiedziała, jak, gdzie i dlaczego ma się przeżegnać.
Mówienie po polsku nie było zwyczajem w jej rodzinie, nie wspominając o mówieniu w tym języku bez obcego akcentu. Wśród starszego pokolenia było to wprost niespotykane. Akt ślubu rodziców Mali z 1905 roku określa ich obydwoje jako niepiśmiennych, co było wierutną bzdurą, bo Wysoki Sender siedział z nosem w Torze, a jego żona też doskonale radziła sobie z czytaniem. Określenie "pisać nieumieją [sic!]" w dokumentach oznaczało w tamtym okresie nieznajomość (pisemnego) polskiego albo rosyjskiego (cyrylicy). Tylko te języki były uznawane przez urzędników stanu cywilnego.
W Amstelveen Mala rozmyśla nad animozją między katolikami i Żydami z czasów jej młodości i nad znaczeniem szkoły w jej dalszym życiu. Z wahaniem stwierdza, że nie tylko szkoła zachęciła ją do wybrania innej drogi niż brat. "Mam też oczywiście talent do języków". Trudno temu zaprzeczyć. Jej niderlandzki jest doskonały, mimo że usłyszała go po raz pierwszy po trzydziestce. Mówi dobrze po niemiecku, hebrajsku, angielsku i trochę po rosyjsku. I naturalnie w jidysz, który jest jej językiem ojczystym. "Mimo to najlepiej posługuję się językiem polskim. Zdarza mi się często myśleć w tym języku. I śnię po polsku". To zaskakujące, bo Mala nie była w Polsce od 1946 roku. Poza tym w czasach młodości przez sen mówiła w jidysz. To istotny szczegół w jej historii przetrwania, który sprawi jej jeszcze poważne kłopoty.
Zamiast przypisów
Deportacje Polaków do łagrów i więzień w Związku Radzieckim w okresie od października 1939 roku do czerwca 1941 roku zostały dokładnie zbadane dopiero po upadku komunizmu. W latach dziewięćdziesiątych badacze mieli wstęp do archiwów w Moskwie i od tego czasu panuje wśród nich coraz większy konsensus: podczas sowieckiej okupacji od trzystu dziewięciu do trzystu dwudziestu siedmiu tysięcy Polaków zostało wywiezionych na wschód. Wśród nich od stu dziesięciu do stu trzydziestu tysięcy trafiło do więzień, pozostali udali się do obozów pracy.
Raport polskiego członka ruchu oporu, który latem 1941 roku podróżował po okolicach Białegostoku, zacytował polsko-amerykański historyk Jan Tomasz Gross w książce Fear. Anti-Semitism in Poland After Auschwitz. An Essay in Historical Interpretation (2006)[16]. Zajmując się raportem, Gross zauważa, że w narodowym dyskursie historycznym Polacy dużo uwagi poświęcają entuzjastycznemu przyjęciu Armii Czerwonej przez (część) Żydów w miasteczkach i wioskach na wschodzie Polski, podczas gdy poświęcają jej niewiele albo wcale entuzjazmowi, z jakim niecałe dwa lata później (część) Polaków witała na tych samych terenach Niemców. Historycy, którzy o tym piszą, mogą się spodziewać ostrej krytyki ze strony polskich gazet i czasopism. Polscy historycy ostrzegają mnie, że nawet jedynie wspominając o tym w formie dopisku w tym miejscu, powinienem liczyć się z odmową jakiegokolwiek dofinansowania przekładu z polskiej strony. (To się okaże).
Nie wszyscy Żydzi, którzy pozostali w Czyżewie, zostali zamordowani latem 1941 roku we wspólnej akcji Niemców i Polaków. Ci, którzy przeżyli, trafili do obozu pracy w Zambrowie. Półtora roku później, 10 stycznia 1943 roku, zostali deportowani do Auschwitz. Po upływie kolejnych dwóch lat, 20 marca 1945 roku, kiedy na tym obszarze już od miesięcy nie było śladu po Niemcach, uzbrojeni Polacy zabili dziesięciu żydowskich mieszkańców, którzy powrócili do Czyżewa, w ich własnych domach. Ofiarom udało się wcześniej ujść przed Niemcami daleko w głąb Związku Radzieckiego, przed sąsiadami uciec im się jednak nie udało. Pozostali żydowscy repatrianci zrozumieli przesłanie miejscowych Polaków i na zawsze opuścili miasteczko. Większość z nich wyjechała do Ameryki albo do Izraela. Pojedynczy odwiedzili Czyżewo ponownie, po latach, i opisali swoje przygnębiające rozczarowanie taką podróżą down memory line. W księdze pamięci Czyżewa, która została w całości zamieszczona w internecie, można przeczytać podobną historię.
Imponująca jest liczba spisanych i przetłumaczonych ksiąg pamięci. Zawarte w nich teksty to pomniki miasteczek i wsi, które często istnieją już tylko w przekazach. Opowieści są przeważnie spisane w sposób wzruszający i nieporadny i mają na celu wzmacnianie poczucia wspólnoty wśród - cytując słowa Anny Bikont - "zdziesiątkowanej przez historię, rozproszonej po świecie społeczności"[17]. Jak stwierdza Bikont, podczas prób odkrywania historii nie na wiele się one zdają. Chodzi w nich przecież o gloryfikację życia w sztetlu, a nie o jego rekonstrukcję. Mimo to Bikont słusznie sądzi, że "stanowią [one] niezrównany materiał dla antropologa kultury, ukazując proces tworzenia się mitu szczęśliwego żydowskiego miasteczka"[18].
Podjąłem oczywiście wszelkie możliwe starania, aby znaleźć informacje o barwnej postaci, kuzynie matki Mali, majętnym wujku w białym garniturze. Niestety, bezskutecznie. Podane przez Malę nazwisko i pozostałe informacje zwiodły mnie ostatecznie - wraz ze wszystkimi ekspertami, do których się zwróciłem - na manowce. Nawet księga gości Bristolu z tego okresu nie wspomina o osobie, której nazwisko byłoby choćby zbliżone do tego, które zapamiętała Mala: Józef Pogoda. Dyrekcja hotelu może skrupulatnie sprawdzić, kto był wtedy gościem, ponieważ jako jeden z nielicznych budynków w Warszawie Bristol przetrwał wojnę. Powód? Podczas powstania warszawskiego latem 1944 roku mieszkali w nim oficerowie SS. Nawet te dość spektakularne historie o bogatym wujaszku krążące po rodzinie nie pomogły w odnalezieniu tropu. Wuj był ponoć ślepy, bo rozwścieczył swoją narzeczoną. Miała oblać jego twarz kwasem siarkowym, bo nie chciał jej zabrać ze sobą do Warszawy. Zdeponował jakoby swoje pieniądze na szwajcarskim koncie i przyjechał do Warszawy w kabriolecie z prywatnym szoferem. Jego kierowca też miał przebywać w drogim hotelu Bristol.
Po długich poszukiwaniach Noam Silberberg z Żydowskiego Instytutu Historycznego imienia Emanuela Ringelbluma stwierdził: "To typowy przykład koloryzowanej historii rodzinnej, jakie często słyszę. Typowy, ponieważ chasydzi i ich zsekularyzowane dzieci nadawały taki właśnie kształt - odwołujący się do magicznego realizmu - swojemu zdziwieniu z powodu burzliwych zmian społecznych zachodzących w tamtym okresie". Jednocześnie wspomnienia Mali są tak klarowne i dokładne, że nie wydaje mi się możliwe, aby jej wuj w rzeczywistości nie istniał.
Moja koleżanka po fachu, Magdalena Kicińska, znalazła kilka artykułów o szkole. Najwięcej informacji zawierał tekst pochodzący z czasopisma "Kurier Wspomnień" z 13 grudnia 2010 roku.
Batalia dziennikarki Anny Bikont, aby wejść do spisu ludności jako Polka o żydowskich korzeniach, dowodzi o uporczywym przekonaniu polskich urzędników - wówczas i obecnie - że bycie Żydem to przynależność narodowościowa, w dodatku niezbywalna. Badania nad historią innej osoby, która weszła do polskiej historii jako Krwawa Luna, demonstrują to może jeszcze wyraźniej. Julia Brystiger była zagorzałą komunistką. Po wojnie pełniła ważną funkcję w Urzędzie Bezpieczeństwa. Tam musiała co jakiś czas wypełniać formularze dotyczące swojej osoby. W rubryczce "narodowość" wpisywała "polska". Ten, kto zwróci się o dostęp do tych formularzy w Instytucie Pamięci Narodowej (IPN) w Warszawie, zobaczy, że urzędnik zajmujący się archiwizacją formularzy skreślił słowo "polska" i napisał obok "żydowska". W ramach korekty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki