Już czas - Dorota Śliwa

Kup ebooka

9.90 zł
8.22 zł (8,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

Znowu padał deszcz, ale trzeba przyznać, że pogoda idealnie obrazowała mój nastrój. Był początek stycznia i wręcz powinno być zimno i śnieżnie. Tymczasem było mokro i przygnębiająco, a ja po raz kolejny zostałam wezwana do szkoły. Córka znów miała kłopoty, i to nawet nie ze swojej winy.

Malina miała czternaście lat i nie sprawiała żadnych problemów wychowawczych. Była dobrą uczennicą, a wiedza wchodziła jej do głowy nie wiadomo jak i kiedy. Może była lekko nieśmiała, ale starałyśmy się pokonywać ten strach i udawało nam się to całkiem nieźle. Wiedziałam, że śmierć Tomasza głęboko ją dotknęła. Trudno było nam obu oswoić się z nową sytuacją rodzinną, ale po dwóch latach można powiedzieć, że byłyśmy już ustabilizowane w naszym nowym życiu. Przywykłyśmy, choć obie tęskniłyśmy. Ja za mężem, ona za tatą.

Tylko ten chłopak z klasy równoległej uczepił się jej, nie wiadomo po co i dlaczego. Nie dawał jej spokoju. Ciągle ją zaczepiał. Zaczęło się od zwykłego ciągnięcia za kucyk, potem zaczął jej podbierać jedzenie ze śniadaniówki. Jestem pewna, że zaraz przejdzie to w zwykłe prześladowanie, a na to już nie mogę pozwolić. Nie będę patrzyła, jak moja córka jest gnębiona. Nie ma na to szans.

Wchodząc do szkoły, od razu wiedziałam, do której sali mam się kierować. Gdy tylko tam doszłam, ujrzałam Malinę siedzącą na parapecie przy oknie. Ucieszyła się na mój widok. – Malinko, wszystko w porządku? – zapytałam.

– Tak – powiedziała, spoglądając w bok.

Wtedy zobaczyłam, że kilka okien dalej, również na parapecie, siedzi chłopak, który ją wciąż zaczepiał. Z jednej strony miałam ochotę do niego podejść i zapytać, o co mu chodzi. Z drugiej zaś wiedziałam, że nie moją rolą jest wychowywanie tego łobuza. Pogłaskałam córkę po ramieniu.

– Nie martw się, Malinko, zaraz to załatwimy – powiedziałam, wskazując jej, żeby na mnie poczekała.

– Ale, mamo! No bo właśnie ja sama to już załatwiłam! – odpowiedziała ze spuszczoną głową, co mnie zaskoczyło.

Wchodząc do sali, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jeśli Malina sama rozwiązała problem, to najpewniej zostałam wezwana do szkoły z powodu jej zachowania, a nie zachowania tego młodzieńca. W sali czekała na mnie wychowawczyni Maliny, a także wychowawczyni Sebastiana wraz z jego ojcem.

– Dzień dobry – przywitałam wszystkich.

– Dzień dobry, pani Justyno – przywitała się pani Ewa, wychowawczyni Maliny. – Najpewniej domyśla się pani, w jakim celu panią wezwałam.

– Najprawdopodobniej tak właśnie jest. Proszę o przybliżenie sytuacji – odrzekłam spokojnie.

– Pani córka spowodowała, że mój syn był wyśmiewany przez całą klasę – wyjaśnił ojciec Sebastiana. Nie był zdenerwowany, ale ewidentnie pachniało mi tu pretensją.

– Doprawdy? – zapytałam, co ostatecznie nie było nawet pytaniem.

– Pani Justyno – wtrąciła wychowawczyni córki. – Malina dzisiaj wymyśliła rymowankę, która była bardzo przykra dla Sebastiana. Rozpowiedziała wszystkim, że – tu zacytuję – "Sebastian to świnia, co ciągle przeklina, nigdy się nie myje, a w środku gnije''. Rozumiemy, że państwa sytuacja rodzinna jest szczególna, ale nie możemy pozwolić na takie incydenty – skończyła pani Ewa.

– Oczywiście, rozumiem niewłaściwość jej zachowania – powiedziałam spokojnie. – Nie przypominam sobie jednak podobnej rozmowy w sprawie rymowanek wymyślonych przez Sebastiana. Jak to było? – zapytałam retorycznie. – "Malina, Malina się wypina" czy "Malina to głupia dziewczyna".